b472a31d2c3c91dd631cd6a959e3b45e.pdf

Media

Part of Szkoła przetrwania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1

extracted text
Anna Sobolewska - Szkoła przetrwania
„Jeśli chcecie państwo, coś o zniechęceniu, musicie znaleźć inną
książkę. Bo choć może ta wydaje wam się chwilami ponura, to ona
zakłada chęć do życia i porozumienie między ludźmi (...)" (s. 54)
- pisze Małgorzata Baranowska zwracając się do czytelnika za
pomocą formy „proszę państwa", zarazem ceremonialnej i poufa­
łej. Czytelnicy traktują jej książkę jak przekaz osobisty. Książka To
jest wasze życie znajduje bezpośrednią drogę do czytelnika - poru­
sza w nas jakieś osobiste struny, nadzieje i niepokoje. Zmusza do
refleksji nad własnym życiem, a zwłaszcza nad kruchym systemem
naszych mechanizmów obronnych, o czym wolimy na co dzień nie
myśleć. A przecież każdy z nas był i będzie pacjentem. W kręgach
psychologów i lekarzy książka ta cieszy się zasłużoną sławą lektury
podnoszącej na duchu, a równocześnie nie omiającej spraw najtrud­
niejszych.
Małgorzata Baranowska, chorująca od kilkunastu lat na
ciężką
postać
(lupus, polska nazwa „toczeń") napisała
książkę niezwykłą, zawieszoną między pamiętnikiem, poradnikiem
a esejem. Dzieli się z czytelnikiem swoim doświadczeniem wielo­
letniego zmagania z chorobą na płaszczyźnie i praktycznej, i ducho­
wej. Choroba dotknęła tym razem osobę zaprawioną w sztuce
wyrażania siebie (Małgorzata Baranowska jest poetką i historykiem
literatury), dzięki czemu jej doświadczenie pacjentki mogło stać się
doświadczeniem wspólnym, dzielonym nie tylko przez inne za­
przyjaźnione „lupuski", ale i przez liczne „plemię" czytelników.
Książka Baranowskiej nasunęła mi na myśl opowieści o mod­
nych na Zachodzie „szkołach przetrwania". Uczestnik takiej
szkoły, zabrany z zatrutego wprawdzie, lecz bezpiecznego środowi­
ska miejskiej cywilizacji zostaje wrzucony w dziką rzeczywistość
dżungli, pustyni czy gór. I musi jakoś sobie radzić. Czy nie podobnie
bywa z ciężką chorobą? Choroba dopada nas wtedy, gdy jesteśmy
dobrze zabezpieczeni i zakotwiczeni w naszym wygodnym życiu.
Choroba niszczy wszelkie zabezpieczenia i wydaje nas na pastwę
samotności, bólu, depresji, apatii. Organizatorzy szkół przetrwania
wydają książki, w których radzą, jak złowić rybę bez wędki czy jak
wydostać się z tonącego lub płonącego samochodu. Książka
Małgorzaty Baranowskiej daje czytelnikowi podobną szansę prze­
trwania, przezwyciężenia śmiertelnego niebezpieczeństwa, jakie
stwarza groźna choroba. Niebezpieczeństwa utraty własnego „ j a "
czy mówiąc staroświecko zatracenia własnej duszy. Autorka prag­
nie nas bowiem przekonać, że nie tylko ciało wymaga obrony
w chorobie przewlekłej, ale przede wszystkim dusza. To właśnie
dusza jest zagrożona - może popaść w letarg i zapomnieć o swoim
powołaniu.
Baranowska radzi czytelnikowi, jak być sobą w chorobie prze­
wlekłej. Czy można wytrzymać z ludźmi i z sobą samym, nie tracąc
„wątku własnej osobowości"? Jak zachować i rozwinąć swoją
własną, „niepowtarzalną formę istnienia"? Obecność lub nieobec­
ność w życiu jednostki tej indywidualnej „formy", uzewnętrz­
niającej się poprzez słowo, to jedna z wielu interesujących hipotez
poznawczych tej książki.
Silne poczucie własnej indywidualności jest nam potrzebne
właśnie w chorobie przewlekłej, która może bezwstydnie ujawnić
naszą wewnętrzną pustkę i rozbicie, lęk przed śmiercią i lęk przed
życiem. Trzeba więc stać się w pełni sobą póki czas, bo tylko będąc
sobą można się oprzeć przeciwnościom losu: „Własny punkt
widzenia, świadomość kim się jest, to zasadniczy warunek każdej
ukształtowanej osobowości. Dziwne, ale bycie sobą nie należy
wcale do stanów jednoznacznie oczywistych. Wielu ludziom
wydaje się na tym nie zależeć i kiedy przychodzi jakaś poważniejsza
życiowa próba, nie są w stanie poczuć się jednostką osobną, wolną,
niepowtarzalną.
Wyraźnie uświadomione poczucie, kim się jest, będzie państwu
szczególnie potrzebne we współżyciu z chorobą przewlekłą, z jej
nudą, namolnością, nieustępliwością'' (s. 53) - konstatuje autorka.
Dlatego właśnie Baranowska zachęca czytelnika, by już teraz, nie
odkładając niczego na później, na jutro, na lepsze lub gorsze czasy,
zdobył się na wysiłek samopoznanie i autoanalizy, prowadzącej do
samodyscypliny niezbędnej w sytuacji kryzysu. Niestety, jak

zauważyła autorka w naszej świadomości społecznej nie funk­
cjonuje żadna twórcza tradycja autoanalizy: „Prawie nikt w Polsce
nie umie powiedzieć, jak czuje się jego psyche, jego dusza, bo
przecież na ogół nawet nie słyszał, że coś takiego istnieje, poza
może Kościołem, gdzie kwestia duszy traktowana bywa raczej ex
cathedra" (s. 49). Czasem dopiero w szpitalu starzejący się
mężczyzna, a częściej starzejąca się kobieta „matka-Polka", ma
czas zastanowić się, kim właściwie jest. W tym sensie choroba może
być wielką szansą dla osobowości, stwarza okazję samopoznania
i odnalezienia siebie:
„Choroba to również taki rodzaj codzienności, który potrafi
niespodziewanie przemienić się w soczewkę skupiającą wszystkie
promienie, powiększającą rzeczywistość i oświetlającą nowym
światłem całe życie. Nie przegapmy tej soczewki" (s. 112).
Tymczasem w życiu bywa odwrotnie. W starciu z chorobą
przewlekłą poddajemy się bez walki i bez refleksji, rezygnując
z własnego życia i własnego zdania. Właśnie w chorobie często
ulegamy cudzej woli. Stąd apel autorki o odwagę i śmiałe próby
wyrażania siebie, o własne zdanie w kontaktach z lekarzami
i rodziną: „To w a s z e ż y c i e . To w a s z a dusza i w a s z e
ciało. To wasze zdrowie'' - podkreśla (s. 27). Postulaty Baranows­
kiej trafiają do czytelnika tym łatwiej, że zostały wyrażone jasnym
i prostym językiem. Jej styl jest zwięzły, a nawet aforystyczny,
dzięki czemu jej sugestie, wyrażone w atrakcyjnej formie, zostaną
dobrze zapamiętane:
„Czas choroby jest także czasem życia".
„Ból to ból. Służy do tego, by nie dawać spokoju".
„Życie nie jest symetryczne. A już uczucia, nawet odwzajem­
nione, są nie tylko niepoliczalne, ale i całkiem niesymetryczne".
„Każdy wobec naporu świata ma tylko siebie, ale i aż siebie".
„Zupełnie nie musicie się wstydzić. Niech się choroba wstydzi".
„Nie można ubóstwiać medycyny, dopóki istnieje śmierć".
^ C i e k a w o ś ć i m i ł o ś ć to ż y c i e .
Ś m i e r ć to n u d a i b r a k u c z u ć " .
Niezależnie od faktu, że choroba jest szansą dla osobowości,
należy ją pozbawić pełni władzy nad naszym życiem i ustawić na
właściwym miejscu. Wszyscy doświadczyliśmy, że choroba ozna­
cza życie ograniczone. Tymczasem zamiast życia w ograniczeniu
Małgorzata Baranowska proponuje ekspansję, życie czynne, petne
wrażeń, ciekawości i niespodzianek: Co nazywam ciekawością?
Chodzi mi o ten stan dobrego napięcia, który daje początek nadziei,
zainteresowaniu światem, życiem, najbliższym dniem. Ciekawość
to sprężyna, która uruchamia mechanizm aktywności. Budzimy się
i jeszcze jesteśmy ciekawi, co będzie dalej. Chcemy iść za fabułą
życia, chcemy j ą kształtować (s. 72).
„Piszę przecież tę książkę, by głosić pochwałę ciekawości życia,
blasku przyjaźni, miłości. Ale piszę, bo wydaje mi się, że znam ich
cenę czy raczej bezcenność'' (s. 97).
Czego można się nauczyć w „szkole przetrwania" Małgorzaty
Baranowskiej? Jakie sposoby zdystansowania się wobec choroby
i bólu proponuje autorka? Jednym ze sposobów obrony jest
kultywowanie uczuć. Znajdziemy tu piękne słowa na temat wiel­
kich pasji, a także „małych form miłości" Jak odruchy życzliwości,
solidarności i przyjaźni. Na co dzień lekceważymy „małe formy
miłości'' w jałowym oczekiwaniu na wielkie. Naszym sojusznikiem
w walce z chorobą może być twórczość - angażująca, twórcza praca
czy traktowane poważnie zainteresowania, np. kolekcjonerstwo.
Twórczość artystyczna nie tylko dostarcza zajęcia i rozrywki, ale
- jak pisze autorka - ma siłę „odbierania grozy odczuciom i
wewnętrznym i przenoszenia ich na inny poziom przeżyć. Sztuka
może zmienić doznania bolesne i niszczące w doświadczenia „'
twórcze" (s. 134-135).
Wypróbowanym przez pisarzy i poetów sposobem przetrwania rz
jest gra pamięci i wyobraźni. Ten „proustowski" model życia ty
z chorobą przewkleką jest dostępny dla każdego pacjenta. Moz- „ i
liwość twórczej pracy nie zawsze jest realna, nie ma natomiast takiej le
sytuacji, by nie można było ożywić magazynu pamięci czy ki
uruchomić teatru wyobraźni. Autorka wypracowała na własny oi

użytek metodę pracy twórczej, która pozwoliła jej pracować nad
książką nawet w szpitalu - nauczyła się opracowywać swoje
artykuły czy fragmenty książki notując je w pamięci. Nośnikiem
twórczości może być także gra wyobraźni. Baranowska przytacza
opowieść o tym, jak Władimir Bukowski w łagrze, a najczęściej
w lagrowym karcerze, budował zamki w wyobraźni - od dokład­
nego planu i konstrukcji aż do „architektury wnętrz'", bogatego
wyposażenia komnat i biblioteki.
Rzecz interesująca, że wszystkie te sposoby zyskania dystansu
wobec choroby wcale nie odrywają nas od życia, ale na odwrót
- mocno przytwierdzają nas do rzeczywistości. Kryje się tu
paradoks, znany z doświadczenia kontemplacji religijnej czy
estetycznej: tylko dzięki wewnętrznemu dystansowi możemy być
w centrum życia. Wewnętrzny dystans i uczestnictwo warunkują
i wzmacniają się nawzajem.
Warunkiem przetrwania w sytuacji choroby przewlekłej jest,
zdaniem autorki, budowanie wokół siebie „plemienia otwartego".
Teoria „plemienia otwartego'' to oryginalna propozycja antropolo­
giczna Małgorzaty Baranowskiej. „Plemię otwarte" to mała społe­
czność nastawiona na życzliwą wymianę i ekspansję - integrowanie
nowych członków. Człowiek przewlekle chory wymaga, jak wiado­
mo, stałej pomocy; nie musi to być jednak pomoc przeciążonej
rodziny, ale życzliwość szerokiego kręgu przyjaciół, znajomych
i znajomych znajomych. W czasie stanu wojennego „system
plemienno-wymienny" funkcjonował znakomicie, żyliśmy wów­
czas w ciepłym kręgu „plemienia otwartego". Wokół czyjegoś
internowania czy złamanej nogi narastała sieć więzi międzyludz­
kich, opartych na bezinteresownej pomocy czy wymianie usług.
Dzisiaj czasy nie sprzyjają integracji. Budowanie „plemienia
otwartego" wymaga znacznie większego wysiłku, ale jest tym
większym wyzwaniem.
Apologia „plemienia otwartego" nasunęła mi na myśl podobne
sposoby przetrwania w życiu i twórczości najbardziej cierpliwego
pacjenta w literaturze polskiej - Mirona Białoszewskiego. Był on
zawsze osią „plemienia otwartego", do którego należała także

- punkt równowagi między kurczowym trzymaniem się życia z lęku
przed chorobą, bólem i śmiercią (co wcale nie sprzyja zdrowiu)
a zniechęceniem i apatią. Tym punktem równowagi jest właśnie
wola życia i determinacja w dążeniu do zdrowia, ale bez lęku, bez
poczucia krzywdy i poczucia winy, a także bez iluzji.
Książka Małgorzaty Baranowskiej jest nie tylko książką o choro­
waniu, ale przede wszystkim książką o życiu. Sztuka chorowania
jest tu tylko szczególnym wypadkiem, mieszczącym się w planie
sztuki życia. Życie bywa przecież przewlekłym kryzysem, podob­
nym do przewlekłej choroby. Z rozproszonych uwag autorki można
by złożyć mały traktat o wolności z akcentem na kwestii wolności
wewnętrznej. Usiłuje ona przekonać czytelnika, że w każdej
sytuacji, nawet najbardziej niesprzyjającej, można ocalić spójność
własnej osobowości i wolność wewnętrzną. Rozważania Baranows­
kiej są polemiką z wiązką obiegowych sądów na temat nieuchron­
nego zniewolenia przez chorobę. Jej zdaniem chorzy sami godzą się
na cały system ograniczeń, krępujących ich życie. U nas chorym
odbiera się - bez protestu z ich strony - powszechne prawa
obywatelskie i odpowiedzialność za własne życie i zdrowie. Tę
diagnozę potwierdzają liczne wypowiedzi chorych w naszej prasie
(np. wypowiedzi rodzących kobiet o oddziałach położniczych
przypominają relacje z więzień i gułagów). Chorzy naprawdę mogą
być wdzięczni autorce za obronę ich praw - do prywatności,
elementarnej wygody czy indywidualnych potrzeb. Ograniczenie
wolności chorego może być dziełem nie tylko bezdusznego per­
sonelu, ale i kochającej rodziny. Chory jest wpychany na siłę
w niedojrzałość, karmiony sztucznym optymizmem i tłustym
„rosołkiem". Nie ma prawa stanowić o sobie, to inni najlepiej
wiedzą, co jest dla niego dobre.
„Nikt nam nie obiecywał lekkiego życia" - twierdzi Małgorzata
Baranowska (s. 43). Ta książka jest w pewnym sensie przeciwieńst­
wem modnych obecnie poradników, optymistycznych aż do absur­
du, proponujących rozmaite magiczne sposoby przeciwko choro­
bom. Na wszystkich straganach w Warszawie można znaleźć
poradniki, jak łatwo zwalczyć wszelkie choroby, nie wyłączając
paraliżu i raka. Niestety te optymistyczne książeczki, sugerujące
Małgorzata Baranowska. W Zawale, Konstancinie,
Listach do
„jak uzdrowić swoje życie", kryją w sobie niebezpieczną pułapkę
Eumenid („Teksty" 1991 nr 6) kryje się projekt życia czynnego,
- pośrednio obciążają nas winą za wszystkie choroby i nieszczęścia.
pełnego atrakcji i niespodzianek, nawet na oddziale reanimacji.
Skoro wszystko zależy od nas, to jesteśmy także wszystkiemu
Obecnie dziełem wysoko cenionym przez chorych jest autobio­
winni. Tak więc rewersem nieograniczonego optymizmu jest
graficzna książka Josepha Hellera Nie ma się z czego śmiać,
odwieczne przeświadczenie, że choroba jest karą za grzechy.
napisana wspólnie z przyjacielem. Heller z dnia na dzień stracił
władzę w całym ciele, powalony przez piorunującą odmianę
„Pozytywne myślenie" jest wprawdzie cenną umiejętnością, ale
paraliżu. Stracił nawet zdolność samodzielnego oddychania. Jego
nie może być oparte na infantylnym negowaniu choroby, negowa­
pokój szpitalny z respiratorem stał się wkrótce pierwszym salonem
niu rzeczywistości i narcystycznym przeświadczeniu, że wszystko
intelektualnym Nowego Jorku, gdzie bohater wraz z przyjaciółmi
od nas zależy. Takie negowanie choroby trudno bowiem oddzielić
wyśmiewał swoją chorobę aż do szczęśliwego wyleczenia.
od fiksacji na chorobie. A choroby śmieją się z egzorcyzmów na ich
cześć i działają zgodnie ze swoją naturą: toczeń - toczy, a nieżyt
W rozdziale pod prowokującym tytułem Czy chory nadaje się na
kiszek - goni.
przyjaciela? Małgorzata Baranowska rozprawia się z kompleksami
ludzi przewlekle chorych. „Czy to rozsądne tracić poczucie własnej
Czytelnik wielu poradników „pozytywnego myślenia" dziwi się,
wartości, ponieważ jakieś drobnoustroje opanowały nasz orgaże choroba i śmierć jeszcze istnieją. Naprawiwszy nasze man­
kamenty psychiczne, powinniśmy bowem żyć wiecznie. Autorzy
pyta, sprowadzając poczucie mniejszej wartości
(s.<
tych poradników nie mogąc zapewnić czytelnikowi nieśmiertelno­
do absurdu. Akcent pada tutaj nie na odrzucenie chorego przez
świat, ae przez samego siebie. Chorzy często sami ustawiają się na ści, obiecują mu, że przynajmniej umrze zdrowy...
Małgorzata Baranowska też proponuje czytelnikowi „przesunię­
pozycji „niedotykalnych". Baranowska wprowadza precyzyjny
cie myśli" od zniechęcenia do życia. Nie radzi czekać, aż choroba
termin „samotność domniemana", która bywa przyczyną izolacji
ustąpi pod wpływem magicznych sztuczek. Zamiast łatwej sztuki
chorych częściej niż samotność rzeczywista! Ich brak wiary
autosugestii proponuje wysiłek samopoznania i dyscypliny zarów­
w siebie podważa zaufanie do innych. „Co takiego przeszkadza
no w życiu praktycznym, jak i duchowym. Czytelnik mógłby
komukolwiek mieć przyjaciół?" - pyta. „Kto państwu każe
sądzić, że tę książkę napisała osoba obdarzona łaską wiecznego
pogrążać się w rozpaczy?" „Dlaczego ludzie chorzy tak często
optymizmu i pogody ducha. Czy tak jest w istocie? Nie wiemy.
uważają, że tylko oni potrzebują uczuć, wysłuchania, przyjaźni?
A może nie łaska pogody ducha jest tu najważniejsza. Autorka
Czy zdrowi są jacyś inni?" Autorka nie wierzy chorym, gdy skarżą
się na samotność i społeczną izolację. Podejrzewamy wraz z nią, że mówi nam bowiem, że „organizowanie jasnej strony życia"
wymaga ogromnego wysiłku: „...ż y c i e z c h o r o b ą p r z e ­
każdy wybiera świadomie lub podświadomie aktywność lub apatię
wlekłą może b y ć pełne, ciekawe, związane
i samotność.
z l u d ź m i . To w s z y s t k o ma j e d n a k s w o j ą c e n ę
Chory wcale nie musi być pariasem, przeciwnie - jako człowiek
„doświadczony" czy „wypróbowany" przez los może stać się
- w i e l k i , n i e u s t a n n y , c o d z i e n n y w y s i ł e k " (s.
„wypróbowanym przyjacielem". Potrafi z pewnością odróżniać
97).
rzeczy błahe od ważnych. W innym rozdziale, opatrzonym mocnym
„Trzeba przemienić w radość wszystko to, czego odmawia nam
tytułem Nie ma dnia bez bólu autorka przedstawia obrazowo
szczęście. Być może to właśnie nazywa się poszukiwaniem szczęś­
„codzienną nudę gehenny" - życie w oczekiwaniu na ból. Nie cia" - napisał w liście do żony Emmanuel Mounier, filozof, ojciec
lekceważąc bólu, który potrafi zniszczyć całą pracowicie budowaną
upośledzonej umysłowo dziewczynki. Czy naprawdę można wy­
konstrukcję współżycia z chorobą, Baranowska równocześnie
drzeć nieszczęściu wszystkie zdobycze, zamieniając je w żyzne
odbiera bólowi jego ostrze. Poszukuje - wraz z czytelnikiem
prowincje?
27

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.