9834036da99f69bd48feca7a1270fb42.pdf
Media
Part of Na Podhalu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1
- extracted text
-
Na Podhalu
Antoni Kroh
Moja babcia była uczennicą carskiego gimnazjum w Zgierzu.
Uparła się dalej studiować, przetrzymała rodzinne perswazje
i wyjechała za granicę, do Krakowa. W tamtych czasach student
płci żeńskiej, to był rzadki ptak; babcia wspominała, jak pewien
pan profesor, rycerski wobec dam, ale nie tolerujący ich na
uczelni, spytał z wyszukaną uprzejmością, czy nie obiło jej się
0 uszy nazwisko, najmocniej przepraszam że ośmielam się
Łaskawą Panią fatygować, Adam Mickiewicz. Wyjaśniła lodo
watym tonem, że owszem, obiło, pan profesor zachwycił się jej
niezwykłą jak na kobietę erudycją i wyjąkał: nie chciałbym być
natrętnym, ale skoro Czcigodna Pani zdecydowała się zostać
adademiczką, to może byłaby Pani tak uprzejmą natężyć pamięć
1 wymienić ze trzy utwory tego poety... Uczyniła zadość jego
prośbie, wpadł w ekstazę, wpisał stopień celujący i w lansadach
odprowadził do drzwi. Babcia bardzo chciała się nie rozpłakać
i prawie jej się to udało. Inny znowu pan profesor oznajmił
z katedry, że skoro damy wyświadczyły mu ten zaszczyt
i raczyły uświetnić jego wykład swoją uroczą obecnością, to on
uważa za swój obowiązek zmienić temat, albowiem musi
wyjaśnić, jak odróżniać grzyby trujące od jadalnych, by
Czcigodne Słuchaczki nie wymordowały swoich przyszłych
mężów. Tenże profesor (nie wiem, jak się nazywał) zwracał się
do mojej babci per „Jaśnie Oświecony Pan Anna B o b i ń s k a " .
Dziewczęce przyjaźnie, zadzierzgnięte w takich warunkach,
trwały do późnej starości.
Przyjaciółka mojej babci miała na imię Malwina. Została
nauczycielką, wyszła za pana Doborzyńskiego. Mieszkali
w Warszawie, a pod koniec lat dwudziestych wystawili sobie
letni dom na zupełnym odludziu, w Bukowinie. W ciągu nie
długiego czasu Bukowina z zapadłej dziury przeistoczyła się w
modne letnisko. Bukowinę Tatrzańską - za sprawą niewielkiej
grupy społeczników, między innymi państwa Doborzyńskich.
W końcu lat czterdziestych pani Doborzyńska była w d o w ą
i mieszkała w Bukowinie na stałe. Ja miałem sześć lat, dusiła
mnie astma i nie bardzo było wiadomo, co ze mną robić; Mama
po śmierci Ojca musiała iść do pracy, a Babcia miała wojenną
gruźlicę oraz parę innych chorób.
Nie wiem, jak dorośli porozumieli się w mojej sprawie.
Pewnie pani Doborzyńska sama wyszła z propozycją; podczas
wojny pracowała w tajnym nauczaniu, po wojnie była na
Olczańskim Wierchu spolegliwą sąsiadką, robiła zastrzyki,
doradzała w rozmaitych sprawach, pomagała góralskim dzie
ciom w nauce, bo po prostu taka była. No, i wzięła sobie na
głowę nadwrażliwego, chorego miejskiego dzieciaka, jakby to
był jej wnuk.
Mieszkałem w Bukowinie, z przerwami, między szóstym
a czternastym rokiem życia - wtedy, gdy człowiek jest najchłonniejszy i wszystko co najważniejsze się w nim odkłada.
Chodziłem tam do piątej, szóstej i siódmej klasy.
Zawieźli mnie, zostawili. Nic nie rozumiałem, ale jedno
wiedziałem na pewno: nienawidzę wszystkich i wszystkiego.
Droga przed domem była jednym wielkim grzęzawiskiem; od
jesieni zamarznięta, zgrudzona, nogi wpadały w koleiny, nie
dało się chodzić, płakałem. Dom aż kołysał się od wiatru,
wszystko świstało, trzeszczało, wyło przeraźliwie, gałęzie
szamotały się w świetle księżyca. M ó w i o n o że to halny, który
zrywa dachy, łamie drzewa, a człowieka może zwyczajnie
porwać i cisnąć gdzieś daleko. Po cóż więc mieszkać w takiej
strasznej okolicy? O ileż lepiej w Warszawie, gdzie jest tyle
przytulnych ruin do zabawy. Dom w porównaniu do naszej
warszawskiej kochanej ciasnoty wydawał mi się bezsensownie
przeogromny. Trzy wielkie pokoje na górze stały puste. Po co je
budowano, skoro nikt w nich nie mieszkał? Weszłyby tu ze trzy
66
rodziny przecież. Drobna, siwa pani powiedziała, żebym mówił
do niej „ B a b u n i u " . A to niby z jakiej racji. Więc na początku
zwracałem się do niej pokrętną składnią, bezosobowo. Dopiero
po dłuższym czasie awansowałem j ą na Babunię.
Dzieci sąsiadów mówiły niezrozumiale i zachowywały się
dziwacznie. Ale j u ż podczas pierwszej zabawy zrozumiałem, że
to j a jestem dziwaczny, natomiast oni normalni - z tej
oczywistej przyczyny, że j a jestem sam, a ich kilkanaścioro.
Język, ubranie, pochodzenie, zachowanie, nazwisko - wszyst
ko, czego dotychczas używałem na co dzień, kompromitowało
mnie, zdradzało mnie obrzydliwie, szydziło ze mnie. Na
przykład - dotychczas „wychodziłem na grubo" albo „na
cienko", tutaj dzieci po prostu srały albo jscały, przykucnąwszy
gdzieś, niespecjalnie się kryjąc. Gdy któreś naginało się do
mojej polszczyzny, reszta wybuchała śmiechem. Śmiech jest
o wiele gorszy niż bicie. - Jako sie pises? - Zwyczajnie, piórem.
Śmiech. - No, jako cię wołają? - Raz głośniej, raz ciszej.
Śmiech. W i ę c urzędowo: imię i nazwisko? Nazwisko mam obco
brzmiące, czyli głupie i śmieszne. Co robić? Przyznać się,
powiedzieć Krouu, bo tak należy moje nazwisko wymawiać,
czy ratować się k ł a m s t w e m ? Jak się odtąd nazywać - Krok,
Kruk, Król? Co robię w Bukowinie, gdzie moi rodzice?
Wyjaśniam, że tatuś zginął w wypadku, a mama mieszka
w Warszawie. - A jak zginął? Zadowolony, że wreszcie mogę
czymś się pochwalić, opowiadam: ciężarówka się wywróciła
kołami do góry i go przygniotła. - A to cymu nie hipnon w bok?
Nas tato nie byłby taki głupi!
Ale się przecież z nimi zaprzyjaźniłem. Trzeba się było
czymś wkupić do towarzystwa, więc sporządziłem machajkę.
Taką machajkę, daleką k r e w n ą kościelnej kadzielnicy, miał
każdy chłopak u nas na Bielanach. Była to puszka po konserwie
uwiązana na drucie. Dno należało podziurawić dla dostępu
powietrza. Do machajki wpychało się kawałek gazety, tekturę,
patyki, podpalało się i machało nad głową. D y m układał się
w piękne esy floresy, czasem buchnął płomień. Kilku chłopacz
ków z sąsiedztwa pod moim fachowym kierownictwem sporzą
dziło sobie machajki; machaliśmy wesoło, w ustronnym miejs
cu, za stodołą pełną słomy. Na szczęście ktoś zauważył, więc nie
było tragedii, a zaledwie awantura i sporo regionalnych prze
kleństw, z których najbardziej zainteresowały mnie „basamazania" i „ b a s a m a k u t i a " , bo ich nie znałem. Znakomite przekleńs
twa, egzotyczne i miejscowe zarazem, nadawały się do użytku
w domu - za psiakrew i cholerę byłem tępiony, a za to nie, bo
dorośli myśleli, że to taka sobie dziecięca pogaduszka. Znacznie
później dowiedziałem się, co to znaczy i że to z węgierskiego.
Sąsiad nazywał się Kuruc; gdy po latach przeczytałem, kim byli
kumce, w jednej sekundzie doszedłem do ściśle naukowego
wniosku, że przekleństwa i nazwisko to pamiątka bukowiańs
kich Kuruców po ich madziarskich przodkach, którzy po klęsce
Wiosny Ludów schronili się w tatrzańskiej puszczy. Ta łatwość
wysnuwania wniosków i poczucie satysfakcji, płynące z nie
złomnej wiary, że to, co właśnie wymyśliłem, jest obiektywnym
faktem, czyniła ze mnie dobry materiał na humanistę.
Drugi sąsiad nazywał się Rusin. To nazwisko często spotyka
ne w Bukowinie; jest także Rusiński Wierch i Rusinowa Polana.
Gazda Rusin strzygł owce, więc i dziecko potrafił ostrzyc. Żeby
było równo, wsadził mi na głowę donicę i obciął, co wystawało.
Wyświadczył mi tym przysługę, bo od tej pory nie wyróżniałem
się tak okropnie, przynajmniej pod względem fryzury. Ale
moim pierwszym uczuciem do sąsiada Rusina nie była wdzięcz
ność.
Sąsiad Rusin miał córkę Hankę; zawdzięczam jej aforyzm,
który towarzyszy mi przez całe życie. Gdy kończyliśmy zabawę
0 wiele później niż należało, Hanka bała się wracać do chałupy.
Przystawała, miała bardzo ważne rzeczy do powiedzenia, nie
śpieszyło jej się do awantury i lania. A ż nadchodził moment
twardej decyzji; brała się pod boki jak dorosła gaździna i mówiła
z determinacją: „coz m i zrobiom? Przecie mnie nie zjedzom.
A jak mnie zjedzom, to mnie wysrajom". Otóż to.
Za oknami werandy rozciągała się szeroka na cały horyzont
panorama Tatr, od Szalonego Wierchu i Płaczliwej Skały na
wschodzie aż po Giewont, Osobitą i dalej ku zachodowi. Na
ścianie wisiała, przybita gwoździami tapicerskimi, fotograficz
na składanka „Panorama Tatr z B u k o w i n y " , z nazwami
szczytów i wysokościami. Wysokości mnie nie obchodziły, ale
szczytów nauczyłem się na pamięć i recytowałem je bezbłędnie,
tyle że od prawej ku lewej, wskazując ręką od lewej ku prawej;
składanka wisiała w kącie, nie mogłem równocześnie patrzeć
wte i wewte i porównać obrazka z tym, co widziałem za oknem.
Ale od czegóż intelekt; opierając się na informacjach z pewnego
źródła, a ich niedosyt zastępując stanowczością, nazwałem
Giewont Szalonym Wierchem, Płaczliwą Skałę Małołączniakiem itd., na sztuki się zgadzało. I oto zdumiona rzeczywistość
podporządkowała się mojej woli - Łomnica stanęła tam, gdzie
ja ją postawiłem. Lecz nie na długo. Ciocia Rysia, Babunia,
chłopcy, wszyscy śmiali się z moich dokonań; najpierw obra
ziłem się śmiertelnie, ale potem, co było robić, ustąpiłem
1 przewartościowałem mój dorobek, dopasowując szczyty do ich
nazw po raz drugi. Paskudna robota.
O wiele płynniej recytowałem nazwy szczytów, gdy Tatry
były zasnute mgłą, a j u ż zupełnie wspaniale, gdy w pobliżu nie
było Kazia ani Jurka, którzy byli ode mnie starsi i zdrowsi,
chodzili po Tatrach naprawdę, więc znali je nie tylko z foto
grafii. Za to miałem chwile satysfakcji, objaśniając panoramę
przypadkowym letnikom. Robiłem to płynnie, trochę niedbale,
czasem z bolesną zadumą, dając do zrozumienia, że na tym
właśnie szczycie ocierałem się o śmierć. A gdy proszono
0 szczegóły, odpowiadałem że ach nie, lepiej nie wspominać.
Takie zachowanie dwunastoletniego chłopaczka było chyba
przede wszystkim zabawne, ale nie przypominam sobie, żeby
ktoś moje popisy oblał zimną w o d ą - zwłaszcza, że mówiłem
gwarą; w tamtych stronach zapotrzebowanie na regionalnych
kabotynów jest przeogromne. Opowiadano w Zakopanem o pa
nu, który żył z pogadanek w domach wczasowych, że gdy się
spóźniał, a często się spóźniał, wpadał na salę zasapany,
spazmatycznie wyrzucając z siebie urywane sylaby i rozpacz
liwie chwytając powietrze: ach - bar - bar - dzo przee
- praszam, ach moment, bardzo Państwa przee - niech odsapnę,
- praszam, ale właśnie wracam z Zamarłej Turni, byłem na
akcji, zdej - m o w a - l i ś m y rannego taternika... To zawsze robiło
wrażenie, większe niż cała reszta pogadanki. Nieważne, że pan
prelegent miał pod pięćdziesiątkę, brzuszek i teczkę, więc
wyglądał jak urzędnik z karykatury. Nieważne, że całe tubylcze
Zakopane się zaśmiewało. W a ż n e , że spełniał doniosłe zapo
trzebowanie społeczne.
Ubrany byłem i pachniałem j a k inne dzieci, mówiłem gwarą
jak one, ale przecież gwara nie była moim domowym językiem,
a tylko zręczną bujdą, czułem to nieustannie. M o g ł e m bez trudu
udawać górala i wielokrotnie to robiłem, ale tylko wobec ludzi
dólskich - bo każdy góral zaczynał r o z m o w ę z nieznajomym
dzieckiem od: cyjś ty? Ka siedzis? Letnika nie obchodziło,
w której chałupie siedzę, bo letnik chałup nie rozróżniał; góral
musiał dzieciaka natychmiast umiejscowić.
W ogóle dosyć wcześnie zauważyłem, że co innego być
góralem między góralami, a co innego między panami, że to
drugie jest łatwe, przyjemne i może dawać profity. Dla letnika
góral, to człowiek mówiący gwarą, ubrany jak miejscowy
1 w ogóle wyglądający na miejscowego - a dla górala góral, to
Jasiek albo Józek, o którym dokładnie wiadomo, ka siedzi, jako
sie pise, jako na niego wołajom i kielo mo krów.
Pamiętam, sterczę sobie w Bukowinie pod lodziarnią, nie
mam ani grosza, a przy drodze stoi piękna taksówka (tak
nazywaliśmy każdy samochód osobowy), w taksówce rozparł
się pon, liże loda, otworzył se radio i słucha koncertu skrzyp
cowego. Nie wiem, jak to się stało, zdaje się, że dawni poeci
nazywali to natchnieniem; podchodzę do pana i słyszę swój
głos, jakby mówił ktoś obcy: słuchojcie panie, ka trzymocie tego
muzykanta? W kufrze? Pan patrzy na mnie i j u ż wiem, że jestem
górą. - Toś ty nigdy nie widział radia? - Co godocie? A co to za
kołoc? - To lody, nie kołacz - wyjaśnia pan z pokorą. - Teloście
panie durny, co raty. D y przecie lody som zimom, na Biołce.
I stało się: pon wysiada z taksówki, kupuje porcję za całe trzy
złote, wręcza m i i patrzy łapczywie, jak jem. Bardzo wtedy
zyskałem w oczach kolegów.
Wedle norm obyczajowych schyłku X X wieku prawdziwy
hrabia powinien być wolny od przesądów i odnosić się ze
światłą dezynwolturą do herbów, fumów, sygnetów, antenatów,
paranteli itp. przeżytków. Stać go na to - pod warunkiem, że jest
prawdziwym hrabią, nie farbowanym. C ó ż więc się dzieje, gdy
na pogrzebie prawdziwego Potockiego przepycha się do katafal
ku, lejąc gorzkie łzy, fałszywy Potocki? Jak to, co się dzieje.
Wszystkich prawdziwych Potockich cholera trzęsie. Przed laty
czytałem w gazecie o takim wypadku. Ten fałszywy Potocki
nawet sprawił sobie sygnet z hrabiowską koroną. - Pokaż no ten
sygnet, kochasiu - rozkazał prawdziwy Potocki; korona miała
dziesięć pałek, choć każdy głupi wie, że prawdziwa korona
hrabiowska powinna mieć dziewięć. - Ta dziesiąta pałka, to ty!
- powiedział odpowiednim tonem prawdziwy Potocki, więc
intruz otarł łzy po swym zmarłym fałszywym krewniaku
i poszedł. Zaś my, obywatele, zadajmy sobie pytanie: a cóż by to
panom Potockim szkodziło, że jakiś nieszczęśnik popłakałby
sobie nad ich trumną, czemuż to nie zdobyli się na odruch
wielkopańskiej pobłażliwości?
Za moich młodych lat podobnie rysowała się sprawa górals
kich portek. (Teraz jest inaczej). Góralowi wolno było parado
wać w garniturze, a niechby i we fraku, jego góralska honorność
na tym nie traciła (przykładem p. Bachleda, śpiewak operowy).
Góral nie musiał nosić góralskich portek, bo i tak był góralem.
Magistra Obrochtę stać było, żeby publicznie oznajmić, że nie
sprawi sobie góralskich portek, bo nie jest Indianinem i nie
będzie siedzieć w rezerwacie. Góral może sobie te sprawy
lekceważyć. Pod warunkiem, że jest niewątpliwym góralem.
Ale człowiekowi dólskiemu wara od portek. Nie ma do nich
moralnego prawa.
Już stary Witkiewicz pisał, że w podhalańskich portkach „jest
szczególna moc obyczajowa i szczególny czar elegancji i pięk
na. Jak panowie, przebierając się za Górali, zaczynają od
włożenia cyfrowanych portek, tak dla Górala przebierającego
się za pana, ostatnią rzecz własną, którą z siebie zrzuca - są
portki."
Pewnie, że tak. Tylko jeden raz w życiu miałem na sobie
prawdziwe portki podhalańskie. Śmierdziały naftaliną, bo po
chodziły z magazynu Muzeum Tatrzańskiego. Nie spadły ze
mnie podczas fotografowania jedynie dlatego, że były strasz
liwie ciasne i ostre j a k papier ścierny, więc trzymały się
właściwych sobie rewirów siłą tarcia, funkcjonując wedle tego
samego prawa fizyki, co bębny hamulcowe w samochodzie.
Staszek był zakopiańczykiem w trzecim albo czwartym
pokoleniu, całe życie mieszkał w Zakopanem; gdy chciał,
mówił gwarą jak góral, znakomicie śpiewał po góralsku, miał
bogaty repertuar góralskich dowcipów, nosił na swetrze prze
wodnicką blachę i błękitny krzyż. A l e nie był rodowitym
góralem, co nieustannie mu wypominał Józek Krzeptowski,
słynny kurier i przewodnik, potomek Sabały, idol Staszka
i może nawet jego przyjaciel. O Józku krążyły po Zakopanem
anegdoty, z których wynikało, że bardzo lubił ludziom okazy
wać, że ma ich gdzieś, koniecznie w ten sposób, by rozmówca
czuł się zaszczycony, że sam Józek Krzeptowski osobiście ma
go gdzieś. I m kto bardziej kochał góralszczyznę, tym głośniej
powinien śmiać się z tych dowcipów. Staszek miał nad łóżkiem
fotografię Józka, wielbił go i z d u m ą obnosił jego lekceważenie.
Mechanizm zjawiska był logiczny, czyli bezdennie głupi:
Staszek kochał góralszczyznę, czuł się góralem i dlatego musiał
przyjąć góralskie kryteria, wedle których góralem nie był. I m
bardziej był góralem, tym bardziej nim nie był; miłość do
67
góralszczyzny przeszkadzała mu być pełnoprawnym góralem.
Naturalnie, w życiu sprawa nie wyglądała tak dramatycznie,
istniała sobie i tyle; ale gdy Staszek umarł, okazało się, że miał
w szafie góralskie portki, które sobie kupił, chociaż klepał
biedę, ale w których ani razu nie pokazał się na ulicy. Nawet
rodzina o tych portkach nie wiedziała.
O tym, że w góralskich portkach jest szczególna moc
obyczajowa, nie musiałem się uczyć od pana Witkiewicza. Ja te
sprawy przerabiałem w praktyce. Pamiętam, pięćdziesiąty
trzeci rok, trwa lekcja, pani nam tłumaczy że atom jest
niepodzielny, bo tak miała w podręczniku fizyki, a była lekcja
fizyki, nie historii, za oknem Hawrań, nad Hawraniem czarne
chmury, aż tu wpada do klasy pan kierownik Ostrowski. Nie
mówi dzień dobry, tylko krzyczy i wywija pięścią, że któryś
chłopak rzucał kamieniami w izolatory dopiero co zamon
towane, cała Bukowina jest bez prądu i bez telefonu. - Gdyby
tak twoja matka teraz umierała i trzeba było wezwać pogotowie,
gdyby twoja gazdówka się paliła, baranie jeden z drugim, a czy
wy wiecie cymbały, jakim dobrodziejstwem jest elektryfikacja
wsi, jakim wielkim osiągnięciem Polski Ludowej, ile to kosz
tuje, ile krajowi potrzeba izolatorów, już jedzie milicja i niech
ten sabotażysta nie myśli, że mu się uda, władza ludowa nie
daruje itd.
Zadzwonił dzwonek, wyszliśmy ze szkoły. Idziemy drogą
w górę wsi, gadamy o swoich sprawach. Pod kapliczką siedzi
Michał, starszy od nas o kilka lat.
- Cy to ty, Mihale, ozdupcyłeś ten lekstryke? - zagadnął
obojętnym tonem Stasek, obecnie dziekan wydziału chemii.
- Ne dy j o . A bo co?
- A bo kierownik straśnie dar kufe.
- Niekze ta.
- Godoł, ze jedzie milicja.
- Niekze ta. Niek ino ftóry z wos cosi powie, to go podpole
- przypomniał dla porządku Michał, chociaż wiedział, że każdy
z nas doskonale o tym wie, więc można liczyć na naszą
dyskrecję.
- A cymuś to, Mihale, ozdupcył? - zasięgnął informacji
Marek, który później został wybitnym fizykiem, pracował
w Dubnej pod M o s k w ą , a dziś mieszka na Mokotowie.
- Wiys, Marecku, jako ci to pedzieć. N i mógek strzymać. To
przecie straśnie brzyćkie, takie biołe na hałupie. I te słupy tys
straśnie brzyćkie. Godom ci, telo brzyćkie, telo brzyćkie
- Michał zastanowił się, jakiego by tu użyć porównania, aby
wyrazić cały swój wstręt - godom ci, widziało się, jako by hań
drogom seł Bierut w góralskik portkak.
Nie wiem, co stało się z Michałem i jego wrażliwością
estetyczną. Robiłem konkursy plastyki ludowej, miałem wielu
twórców w ewidencji, ale jego nie. Szkoda, że nikomu nie
wpadło na myśl zorganizować Biennale Konceptualizmu Ludo
wego Karpat Polskich. Michał miałby znaczne szanse. Aczkol
wiek konkurencja byłaby silna.
Latem po sąsiadach mieszkali panowie z dziećmi. Niektórzy
wyobrażali sobie, że skoro płacą za mieszkanie, obiady itd., to
my, dzieci miejscowe, mamy obowiązek słuchać ich poleceń,
w szczególności bawić się z ich dziećmi. Rzecz jasna, bawić się
tak, jak tamte dzici sobie życzą, a dokładniej mówiąc, jak matki
sobie wyobrażają, że ich dzieci sobie życzą. Szczególnie
skrzyntna była jedna pani z Warszawy, matka Jędrka. Skrzyntna
znaczy namolna albo nachalna, dziś mówi się upierdliwa. M o ż e
nawet dla świętego spokoju przyjęlibyśmy Jędrka między
siebie, ale on się absolutnie do niczego nie nadawał. Siano było
dla niego kłujące, woda w potoku zimna, grapy strome, zabawa
z kopaniem się w tyłek nieatrakcyjna, ludzkiej mowy nie
rozumiał, bał się krów, nie lubił dosiadać barana, wczepiać mu
się z całej siły w sierść ani z niego spadać, więc po chwili szedł
do matki z płaczem albo nawoływał nas bezradnie. Matka
skarżyła na nas, próbowała mediacji, przekupstwa, mówię wam,
strasznie była skrzyntna. Aż wymyśliła. Pożyczyła od starego
Kuruca świętalne portki i na białych długich kalesonach Jędrka
starannie odwzorowała parzenice. Rankiem ubrała syneczka
w te gatki i przyprowadziła między nas. Nie będę opisywał co
było dalej, jeszcze dzisiaj mi wstyd.
Wieczorem, na werandzie Babuni, dorośli opowiadali za
słyszaną gdzieś historię sprzed kilku lat o Jaśku, chłopaczku
bodaj dwunastoletnim, czyli moim rówieśniku, który był ozdo
bą dziecięcego zespołu regionalnego: tańczył, śpiewał, wywijał
ciupagą, opowiadał razowe anegdoty. Którejś nocy ubowcy
wpadli do chałupy i zabrali Jaśka razem z jego góralskim
strojem i ciupażką. Rodzice nie mogli pojąć co się stało,
wychodzili ze skóry żeby go ratować, nie wiedzieli jak; jeździli
do miasta pod więzienie, płakali w Komitecie Powiatowym,
płakali na milicji, próbowali przekupstwa. B y l i to ludzie starej
daty, których życie niczego nie nauczyło; wciąż wierzyli
biednymi zmysłami, że między winą a karą musi istnieć
logiczny związek. I oto po kilku dniach przed chałupę zajechał
czarny samochód, wysiadł Jasiek w góralskim stroju, uśmiech
nięty, w jednej ręce ciupażka, w drugiej wielka torba cukierków.
Był w samej Warszawie, spełniał funkcję państwową - wręczał
kwiatki gościom zagranicznym. Sam prezydent Bierut osobiście
pociągnął go za ucho i zapytał:
- No, smyku, jak ci idzie nauka?
- Dobrze! - zażartował rezolutny góralczyk.
- No to dobrze!
Ta historyjka, opowiedziana przez kogoś mimochodem,
przyniosła mi trochę ukojenia; strasznie wtedy cierpiałem, że
nigdy nie będę mieć góralskich portek i nie zatańczę zbójnic
kiego na scenie jak moi koledzy z klasy, bo jestem niegodny,
nierasowy, źle urodzony. Co prawda, wystąpiłem na akademii
w bukowiańskim Domu Ludowym, ale nie jako góral, lecz
recytator.
Warszawski wiatr po Starówce i Mariensztacie,
warszawski wiatr wy się w nim jak j a zakochacie,
warszawski wiatr jemu równego nie ma,
na Freta i Bema
i jak szeroka ziemia
pędzi warszawski wiatr.
W tym miejscu dla większego efektu uczyniłem pauzę, nieco
wysunąłem nogę i obniżyłem środek ciężkości, jak to czynią
szermierze, narciarze albo figury na pomnikach, podniosłem
rękę - i w tym momencie od strony widowni usłyszałem inny
wierszyk:
Jest tu taki między nami
Co sie posroł łotrymbami.
Dla panów strój góralski to portki, cucha, kłobuk z piórkiem,
ciupaga, kierpce, gorset, korale. Dla mnie pierwszy strój
góralski, widziany z bliska, najpierw egzotyczny i fascynujący,
ale potem zwyczajny, to wigon. Ja sam nie miałem wigona, ale
widywałem rodowitych Podhalan w autentycznych ludowych
wigonach. Wigon to dziecięca koszulka do połowy łydki,
podwinięta z tyłu albo związana na supeł, żeby jej nie zabrudzić
podczas wiadomej czynności. Dobrze zapamiętałem wigony, bo
było ich pełno i nam, starszym, okropnie przeszkadzały w zaba
wach na pastwisku. Biegały na bosaka, a gdy krowa zrobiła
kupę, przepychały się, wrzeszcząc, by choć przez chwilę
pogrzać sobie stopy w cudownie ciepłym krowim nawozie.
Najsilniejszy wygrywał, uśmiechał się rozkosznie, inne wigony
w tym czasie wyły z zawiści.
Dla panów kierpce to oczywisty atrybut górala. Na weselu
czy na scenie góral bez kierpców nieważny. Ale dla bukowian,
którzy byli staruszkami wtedy, kiedy j a miałem dwanaście lat,
kupne buty były symbolem bogactwa, kierpce - biedy. Robiono
je z nie wyprawionej świńskiej skóry, w czasie deszczu
rozciągały się, spadały z nóg, w słońcu twardniały i były jak
z blachy. Za to nadawały się do jedzenia, więc trzeba je było
wieszać gdzieś wysoko, żeby ich nie porwał pies albo kot.
Czasem silniejszy pastuch, gdy j u ż nie mógł wytrzymać z głodu,
zrywał słabszemu kierpiec, opiekał przy ognisku i zjadał,
a właściciel płakał. Pierwsze buty w Bukowinie robiono na
początku lat dwudziestych, na wzór pańskich - ale, jak to
zwykle w sztuce ludowej, bezwiedny chłopski geniusz od
ruchowo wprowadził twórcze modyfikacje: nie było butów
lewych ani prawych, małych ani dużych, ale wszystkie takie
same, programowo wielkie, żeby pasowały na każdą nogę i by
można je było poupychać szmatami lub słomą. Ach, jakie były
wspaniałe w porównaniu do kierpców! (Widziałem jeszcze
takie buty w pięćdziesiątym drugim roku). Pani Michalina
Cwiżewiczowa, nauczycielka, która sprowadziła się do Buko
winy w latach dwudziestych, opowiadała, ile j ą kosztowało
wysiłku, gdy zakładała pierwszy w Bukowinie zespół taneczny,
aby namówić góralską młodzież, żeby się pokazała w kierpcach
na scenie. Na stroje góralskie się godzili, na tańce też, ale
koniecznie chcieli tańczyć w butach, bo kierpce ich hańbiły.
W końcu lat dwudziestych i na początku trzydziestych, gdy
młodzież bukowiańska, naśladując Zakopane, wprowadzała
modę na paradne stroje, dzisiaj uważane za typowo podhalańs
kie i pradawne, starzy patrzyli na to ze zgorszeniem. W Cichem
pierwszych właścicieli bogato cyfrowanych portek przezywano
kurwiorzami i niechętnie wpuszczano do kościoła. Gdyby
bukowianin, zmarły sto lat temu, wstał dzisiaj z grobu i zobaczył
współczesny góralski strój, nie domyśliłby się, że to strój
bukowiański.
O szarej godzinie, rozmawiając z kimś na werandzie, Babunia
wspominała (nie wiedząc, że podsłuchuję), że za jej młodych lat
góralki chodziły bez majtek, zimą też. Babunia, świetna
pielęgniarka, była miejscowym pogotowiem ratunkowym; kurując którąś sąsiadkę podarowała jej ciepłe majtki. Wieść o tym
genialnym wynalazku rozniosła się natychmiast - opowiadała
Babunia-całe procesje góralek mnie nachodziły, przekupywały
drobiem i nabiałem, pisałam do siostry w Krakowie, siostra
przysyłała paczkę za paczką i dziwiła się, na co m i u diabła tyle
majtek? Dowiedział się o tym pewien znany miłośnik góralsz
czyzny, spędzający na Bukowinie wakacje, nie chcę wymieniać
nazwiska; specjalnie przyszedł, żeby mnie zbesztać. T o ż to
- powiada - degrengolada! Na co i m majtki? Chodziły bez
i dobrze było! Kultura ludowa jest homogeniczna, rządzi się
własnymi prawami, wprowadzając do niej nowy element
zburzyła pani prastary ład! - Co to znaczy homogeniczna?
- zapytałem odruchowo, zapomniawszy, że nieładnie pod
słuchiwać i powinienem być w łóżku. Babunia mnie ofuknęła,
kazała wyjść - no i nie wiem, jak się dalej rozwinęła dyskusja.
Lubiłem brać udział w wiejskich pracach, biegałem do
sąsiadów zwozić siano, paść krowy albo ozkidować gnój, ale
tym się różniłem od rówieśników, że dla mnie była to atrakcja,
nie obowiązek. Pracowałem najwydajniej jak mogłem, z po
czuciem dyscypliny, ale dla samego uczestnictwa, by dodać
sobie ważności i mieć poczucie sensu istnienia. W i ę c niby
żyłem w Bukowinie jak inne wiejskie dzieci, ale nie wiem, co
znaczy być zaharowanym wiejskim dzieckiem. Dopiero dzisiaj
przychodzi mi do głowy, że moja zabawa miała jakąś wartość
w sensie ekonomicznym, k o m u ś przynosiła zysk - i by j ą
doprowadzić do końca, trzeba było zażądać choćby lizaka.
Latem bukowiańskie dzieci zbierały borówki i sprzedawały
panom. Wziązłem bornie i pobiegłem za innymi, ale na
zbierałem niewiele, bo więcej borówek poszło do gęby. - Teloś
ino nazbieroł? Babka cie dobije po tyj cornyj kufie. - E, cozby
go miała dobić, dy to pon. W i ę c innym razem pilnie zbierałem,
nazbierałem więcej niż Józek, który był ode mnie większy
i silniejszy. Jasne, co było dalej. Wiedział, że nie poskarżę
dorosłym. Ale później starał m i się to wynagrodzić: uczył mnie,
jak sypać borówki, żeby się wydawało, że jest ich więcej. Uczył
mnie także techniki niewydawania reszty, rzecz jasna, pod
budowanej ideowo: panowie majom skoły, to cymu som takie
głupie i nie pilnujom swoik dutków. A przecie i tak ludzie na nik
robiom, coby z głodu nie zdechli.
Latem sprzedawałem borówki, zimą od czasu do czasu
smarowałem panom narty, zarobione groszaki były moje i niko
mu nie musiałem się z nich rozliczać. T y m się różniłem od
kolegów; prawie wszyscy zarabiali, na ogół znacznie więcej ode
mnie, ale rodzice natychmiast odbierali i m pieniądze. W i ę c j a
byłem, wstyd powiedzieć, bogaty pon.
W szóstej klasie siedziałem w jednej ławce z Bronkiem.
Próbowałem się z nim zaprzyjaźnić. Przez dłuższy czas mnie
zbywał, ale za którymś razem powiedział, tonem proszalnym
i rozkazującym równocześnie, żebym mu dał śniadanie, bo jest
głodny.
Jasne, że był głodny, j a też po całym dniu na śniegu bywałem
głodny. Babunia mówiła, że to objaw zdrowia, żebym tak nie
wrzeszczał i dokładniej otrzepał się ze śniegu. Rozpakowałem
śniadanie, przedarłem na pół i dałem koledze. Trochę się
zdziwiłem, że porównał oczami oba kawałki. Mnie się wydawa
ło, że są równe, ale widziałem, że on widzi, że mój kawałek jest
większy.
Na drugi dzień Bronek zażądał śniadania bardziej zdecydo
wanie. Nie miałem, bo akurat nie chciało m i się przygotować.
No to idź do piekarni i kup m i bułkę, powiedział opryskliwie,
językiem pańskim, nie po góralsku, co było dodatkową karą.
Miałem pięćdziesiąt groszy, kupiłem mu wodną bułkę, a przy
okazji odkryłem, że Bronek jest głodny nie tak jak ja, radośnie,
tylko głodny na smutno, bo ma w domu za mało jedzenia.
Czytałem w książkach o czymś takim, biedna chatka i głodne
dzieci, a tu proszę, widzę to na własne oczy. Poczułem radość,
jak wtedy, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczyłem z bliska
stadko saren.
Wiedziałem, że Bronek na mnie liczy, więc starałem się
przynosić z domu śniadania w miarę systematycznie. Ale
czasem całymi tygodniami chorowałem. Potem bałem się iść do
szkoły i narażać się na jego afronty. Miał do mnie pretensje, że
sobie po pańsku choruję, gdy on nie ma co jeść.
Dosyć mnie ten układ uwierał, ale również przynosił zysk, bo
choćby na gimanstyce Bronek zagrywał tylko do mnie i dzięki
temu nie sterczałem jak kołek przez całą lekcję.
Któregoś dnia pan kierownik zebrał starsze klasy i długo
mówił, że na Ziemiach Odzyskanych są wolne gazdówki,
murowane, zelektryfikowane, woda w chałupie i w oborze, a kto
je obejmie, ten dostanie ziarno siewne, maszyny, pożyczkę
bezzwrotną. Więc po co dziadować w Bukowinie, skoro
wystarczy się przenieść na prastare piastowskie ziemie, żeby się
dorobić. Gdy nas puścił, na korytarzu wisiał plakat Przygody
Antoniego Rybki.
Jedźże z nami, Rybko drogi,
Na ugory! Na odłogi!
A więc Rybka sakum-pakum,
Ekwipunek j u ż w plecaku.
Plakat był podzielony na obrazki, pod każdym czterowiersz.
Jak każda dobra agitka, tak i ona miała wątek erotyczny: na
drugim albo trzecim obrazku Rybka kosił, na następnym pisał
list do Zośki żeby przyjeżdżała bo jest wspaniale, więc na
ostatnim obrazku uśmiechnięta Zośka wyglądała z okna wago
nu, zaś Antoni Rybka czekał na peronie z bukietem.
Po kilku tygodniach pan kierownik powiedział, że rodzina
Bronka przenosi się na Ziemie Odzyskane i bardzo mądrze oraz
patriotycznie postępuje. Już wkrótce Bronek będzie bogaty,
będzie miał piękne ubranie, a z czasem może nawet i motocykl.
Bronek stał na baczność i słuchał. Był trzynastoletnim
chłopakiem jak ja, ale miał twarz dorosłego człowieka.
Uśmiechałem się do niego i myślałem, jakimi słowami się
z nim pożegnać i życzyć mu szczęścia. Ale mnie uprzedził.
- Hyboj se mnom, mom ci cosi pedzieć.
Poszliśmy dróżką w dół, za cmentarzem skręciliśmy w prawo.
Bronek przystanął, rozejrzał się. Sprawdził, czy nikt za nami nie
idzie, a od drogi zasłania nas cmentarz. Zacisnął rękę w pięść,
odwinął się powoli i walnął mnie w twarz.
Zakręciło m i się w rozumie, upadłem w krowi talerz,
bryznęło, specjalnie mnie tak ustawił. Leżałem ogłupiały, nie
próbowałem się bronić. Nieraz biłem się z chłopakami, ale tym
razem przeżywałem coś nieznanego; Bronek nie wyżywał się na
mnie, nie był agresywny, lecz bił spokojnie, metodycznie, jak
się odgarnia śnieg albo podaje snopki. Gdyby mój przyjaciel
miał pod ręką siekierę albo kulik, to znaczy gruby k i j , pewnie
byłby mnie zabił. Ale pracował gołymi rękami i nogami też na
bosaka.
69
Gdy uznał, że robota skończona, rozprostował plecy, wziął to,
co mu służyło za teczkę i nie oglądając się, poszedł wolnym,
gazdowskim krokiem w stronę Rusińskiego Wierchu. Wstałem
dużym wysiłkiem, bolał mnie każdy ruch, byłem wypaprany
krwią i krowim nawozem.
Powlokłem się za Bronkiem ścieżką do potoka, żeby się
umyć. Ukląkłem, nabrałem wody w dłonie.
Bronek był j u ż na grapie. Spojrzał w dół, zobaczył że klęczę
nad wodą, i krzyknął:
- Cobyś nie zabacył!
I to samo, ale po pańsku:
- Żebyś se pamiętał!
Pamiętam, Bronuś.
Chłopcy bukowianie dzielili się na dwa obozy: kto wy
chodząc ze szkoły skręcał na prawo, w górę wsi, był górzanem,
a kto na lewo, dolanem. Od czasu do czasu górzanie i dolanie,
zamiast spokojnie iść ku chałupom, chwytali za kamienie albo
za bryły lodu. Pan kierownik Ostrowski wylatywał na ganek,
rozkazywał natychmiast przestać, wygrażał pięściami, zniewa
żał obie walczące strony. Gdyby mu wyłączyć fonię, wyglądał
by jak charyzmatyczny wódz, zagrzewający armię do boju.
Potem pewnie sobie wyobrażał, że to on swym pedagogicznym
autorytetem zażegnał konflikt i nie dopuścił do rozlewu krwi.
Był w błędzie, bo chłopcy i tak po niejakiej chwili cichli, jakby
kto zgasił silnik, i rozchodzili się w najlepszej zgodzie.
Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jednego dnia
nic się nie działo, a drugiego dnia chwytano za kamienie. Nie
wiem, co bywało bezpośrednią przyczyną bitki, jak wybuchała,
nie jestem w stanie jej zrelacjonować, wskazać prowodyrów,
opowiedzieć o mechanizmach, które nią rządziły. Zrywała się
nagle, wzmagała, wkrótce cichła. To wszystko.
Jeśli nie liczyć tych bójek, górzanie i dolanie żyli zgodnie.
Nie przypominam sobie w naszej klasie wrogich obozów ani
grupowych antagonizmów. Kogoś się lubiło, kogoś nie lubiło
- ale nie dlatego, że mieszkał wyżej bądź niżej. Kto dostał
kamieniem, ten rozcierał siniaka, jeśli bolało to płakał i obiecy
wał zemstę, ale na drugi dzień zachowywał się zwyczajnie.
Gdyby znalazł się chłopak, który w dniach bójek byłby akurat
w szkole nieobecny, to taki chłopak mógłby chodzić do
bukowiańskiej szkoły przez całe siedem lat i ani razu nie
usłyszeć o górzanach i dolanach.
Mój pierwszy raz wyglądał tak: Stasek, Marek i ja, trzej
klasowi intelektualiści, wychodzimy ze szkoły, idziemy wol
niutko, rozmawiamy, czy na Marsie są ludzie. Wiosna, spod
śniegu wypływają potoki brązowej wody i płyną środkiem
drogi, zimowa kacabaja robi się ciężka, bielućki Hawrań lśni
w słońcu, Marek mówi, że ludzie naMarsie mogom być, ftoz w i ,
ale nie ludzie, ba coś podobnego do ludzi, diasi wiedzom co.
Stasek żegna się, odchodzi, Marek zastanawia się, jak ci ludzie
z Marsa wyglądają; nagle krzyk, nie wiem kto krzyczy i dlacze
go, ale Marek wie doskonale, chwyta bryłę zlodowaciałego
śniegu, burego od końskiego nawozu i ciska w Staska, który stoi
0 kilka kroków od nas i gapi się na ptaki, krążące nad
cmentarzem. Stasek się uchyla, pocisk przelatuje mu koło ucha,
błysk spojrzenia, widzę, że Stasek natychmiast pojął o co
chodzi, podczas gdy j a nic nie rozumiem. Stasek rozgląda się po
ziemi, chwyta coś, podnosi rękę, ktoś wrzeszczy z bólu; biegnę
w stronę Domu Ludowego na ile mi starcza oddechu, przysia
dam na ławeczce przed którąś chałupą, odpoczywam. Marek
nadchodzi i stawia zagadnienie, jak pogodzić istnienie ludzi na
Marsie z biblijną wersją stworzenia świata. Pytam, co to było,
Mareknie rozumie o co pytam, wreszcie uśmiecha się i mówi, że
przecie pirso godzina, połednie minęło. - No to co? - Nie wiys?
Przecie siyćka wiedzom, ze dolanie majom rozum ino do
połednia.
No, to na drugi raz byłem mądrzejszy. Na drodze j u ż nie było
śniegu, tylko żwir i kamienie. Cisnąłem równocześnie kamień
1 obelgę. Przycupnąłem za stertą ostrewek, sytuacja była
korzystna, wychynąłem ze swego bunkra, posuwam się krok po
kroczku, szczęśliwy, dzielny, walczę jak w ekstazie. Któryś
z naszych siedzi na krawężniku i płacze, a j a prę do przodu,
70
gardząc niebezpieczeństwem. Celuję trochę na oślep, nie żeby
w kogoś trafić, po co m i to, ciskam kamienie dla samej radości
życia i nawet nie patrzę, czy ktoś rzuca w moją stronę, trochę
dlatego, że jestem dzisiaj wyjątkowo dzielny, a trochę dlatego,
że kamienie jakoś same mnie omijają.
I wtedy Józek Mendlak, jeden z lepiej zbudowanych dolano w,
zawołał do mnie życzliwie:
- Idźze chłopce ku chałupie, bo i ty dostanies.
W ten przystępny sposób m i uświadomił, jak wygląda moja
sytuacja, oglądana z zewnątrz. Oto mogłem sobie pozwolić na
dzielność, ponieważ dolanie nie uważali mnie za górzana
i rzucali kamieniami gdzie indziej. Moje bohaterstwo, dopóki
nie zagrażało innym walczącym, było tolerowane, ale skoro
tylko wysunąłem się do przodu i stałem się niebezpieczny,
poproszono mnie, żebym się wycofał. Jeśli nie, to zostanę
potraktowany sprawiedliwie, czyli ukamienowany.
Spojrzałem w tył. Prawdziwi górzanie kryli się gdzie kto
mógł; walczyli dzielnie, ale na bezpieczną odległość, by nie
okaleczyć kolegów i nie dostać za mocno. Tylko j a jeden nie
umiałem zachować miary, bo musiałem być dzielny bardziej niż
inni, było mi to potrzebne, miejskiemu chłopakowi, który zdążył
już pokochać B u k o w i n ę , ale nie został górzanem i nigdy nie
będzie. Przywołano mnie do porządku, muszę przyznać, że
bardzo uprzejmie; gdyby z mojego zachowania wyciągnięto
dopuszczalne konsekwencje, chodziłbym dzisiaj bez oka albo
z dołkiem w czaszce.
I tak każdy dzień przynosił dowody, że pon, to człowiek
gorszego gatunku, a jedynie góral jest coś wart. Sami panowie to
przyznawali, bo przecież na każdym kroku nadskakiwali góra
lom; zaś górale traktowali panów pobłażliwie, z wyższością.
Panom najwyraźniej to odpowiadało. Lubili, żeby ich lek
ceważyć. Na przykład słowo ceper, wybitnie obraźli we. Nazwać
pana ceprem, to jakby nazwać chłopa chamem albo Żyda
gudłajem. Cepry to słowo znacznie mocniejsze niż stonka.
Stasek, syn sąsiadów, tylko jeden jedyny raz nazwał mnie
ceprem; bić się z nim nie mogłem, bo był silniejszy, więc
odwróciłem się i poszedłem ku chałupie. Przez tydzień pat
rzałem na niego, jakby był przeźroczysty, a gdyby mnie nie był
przeprosił, nie odezwałbym się do niego do końca życia. Otóż
panowie najwyraźniej lubili słowo ceper, gdyż posługiwali się
nim na co dzień; w ich języku oznaczało ono człowieka
nieporadnego w górach, odpowiednik mieszczucha albo szczura
lądowego. Jeśli któryś letnik pobłądził w lesie, otarł sobie piętę,
jeździł na nartach jak szafa trzydrzwiowa albo nie wiedział, że
nie mówi się „spodnie g ó r a l s k i e " , tylko „portki góralskie",
towarzystwo nazywało go ceprem, a on się godził.
Nam, bukowiańskim dzieciom, zjawisko to dawało niemało
radości; to tak, jak gdyby wytworna cudzoziemka witała się
słowami: jestem kawał cielęciny, sądząc, że mówi dzień dobry.
Dorosłych górali także śmieszyło słowo ceper w tym in
teligenckim znaczeniu. Jędrzej Skupień Florek powiedział: „jo
panów ceprami nie przezywom, ale kie sie sami tak przezywaj o m , to j o sie i m nie prociwiem. Niek se ta majom, kie fcom."
Wedle niezłomnego przekonania moich rówieśników pano
wie dawno by wyzdychali, gdyby nie górale, którzy na nik
robiom. Panowie są ludźmi, ale nie całkowicie. Przede wszyst
kim dlatego, że nie pracują. Robota wiejska to praca; praca
umysłowa nie jest pracą, bo jej sens nie jest oczywisty; robi sieją
na siedząco, a siedzenie to przecie odpoczynek. Z czego jasno
wynika, że panowie to darmozjady — nic nie robiom, a bierom
wielgie dutki nie wiadomo za co, więc powinni te dutki
zostawiać ludziom (w mowie bukowiańskiej wyraźnie rozróż
niało się „ p a n ó w " i „ l u d z i " ) , tak jak las powinien dawać
borówki i grzyby.
W szóstej klasie chodziła z nami do szkoły przez miesiąc albo
dwa panna Jędrzejowska, lekarzówna z Chrzanowa. Gdy ojciec
ją zabierał, wręczył nauczycielce bukiet kwiatów, nam też
pięknie podziękował i zostawił dwukilogramową torbę cukier
ków. Podczas przerwy, gryząc cukierki, jednogłośnie uznaliśmy
pana J. za głupca: po co dawał pani kwiaty, przecie pani nie
krowa, to ich nie zeżre, gdyby jej dał dutków albo na spódnicę,
to coś by z tego miała. Kupowanie cukierków całej klasie to też
wielka głupota, wyrzucanie pieniędzy. Pan J. zapewne był
przekonany, że zostawił po sobie dobre wrażenie. Mylił się.
W domu Babuni była wielka weranda, która mi się czasami
śni. Tam się jadało kolacje, a potem dorośli rozmawiali.
Szczególnie latem było ludno: rodzina Babuni, jacyś znajomi,
wynajmujący pokoje u Orłowskich, Rusinów, Kuruców albo
dalej we wsi. Każdy chodził po Tatrach, każdy bardzo chciał
zobaczyć niedźwiedzia czy choćby świeżą kupę niedźwiedzia,
komuś się to marzenie spełniło, opowiadał, dumny szalenie, a ja
się straszliwie bałem. Jakiś pan, mieszkający w domu wczaso
wym FWP „ W a t r a " opowiadał, że na jego turnus dostała
skierowanie wiejska babina gdzieś z Mazowsza, która nie mogła
sobie miejsca znaleźć: pierwszy raz w życiu była wolna od
jakichkolwiek obowiązków i trudno jej się było z tym pogodzić.
Nie mogła znieść, że podają jej obiad do stołu, chciała zmywać
po sobie, zamiatać, wdzierała się do kuchni, denerwowało ją, że
nic, ale to zupełnie nic nie robi. W i ę c j ą namówili, żeby sobie
poczytała. „Watra" to był przedwojenny pensjonat z częściowo
przedwojenną biblioteką; babina wzięła jakiś romans z wyż
szych sfer, zajęła leżak obok pana, który nam o tym opowiadał,
wsadziła na nos okulary i zaczęła sylabizować półgłosem, jakby
odmawiała koronkę: ...jej nagie piersi, skąpane w księżycowej
poświacie, rzekłbyś utoczone z włoskiego marmuru, lecz gorące
niczym rozpalona lawa, wznosiły się i opadały,
chwytając
powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg... No to — opowiadał ten
pan — zdrzemnąłem się, a gdy się ocknąłem, słyszę: ...w tym
momencie uczuła, że namiętne spojrzenia hrabiego palą jej
duszę na popiół, a wszelki opór jest daremnym. No to znowu się
zdrzemnąłem. Budzę się, bo słońce zaszło za chmurę, trochę się
ochłodziło, i słyszę: ciałem Artura wstrząsnął dreszcz pożąda
nia. Rozchylił swe zmysłowe, mięsiste wargi, które
nabiegły
czarnąposoką, i rozdął chrapy niczym koń pełnej krwi arabskiej
na bezbrzeżnym stepie... Babina czytała to monotonnym głosem,
a gdy doszła do momentu, w którym błyskawica swym trupim
blaskiem rozświetliła na ułamek sekundy dwa nagie ciała,
splecione w namiętnym uścisku na leśnej polanie pośród mchów
i paproci, smagane ulewą, drżące z zimna i
niewysłowionej
rozkoszy, odłożyła książkę i straszliwie się rozszlochała. „To
panowie to robią tak ładnie? Za m n ą chłopy się uganiały, dwóch
mężów pochowałam, życie przeżyłam, a nie wiedziałam, że to
można robić tak ładnie..." Płakała do wieczora, nie chciała jeść,
dostała gorączki, zabrali j ą do Zakopanego do szpitala.
Bo przecież trzeba pamiętać, że tamte lata, to również
turystyka dla mas. Nikt jej nie opisał, a szkoda, bo jakże tu
zrozumieć czasy dzisiejsze, jeśli człowiek nie zda sobie sprawy,
jakim gigantycznym wysiłkiem ówcześni chłopi wchodzili do
cywilizacji. Róża Drojecka, wspaniała gaduła, wiele jej za
wdzięczam, w początkach Polski Ludowej pracowała w zako
piańskim Funduszu W c z a s ó w Pracowniczych jako przewod
niczka. Obsługiwała wiejskich ludzi, którzy nie mieli śmiałości
wejść do przedziałów kolejowych, bo siedzenia były wy
ściełane; zdarzyło się, że ktoś przez cały turnus bał się zabrudzić
pościeli i spał na podłodze, kiedyś pół wycieczki spłakało się ze
wzruszenia, że władza ludowa pomyślała o nich i przygotowała
im na wycieczkę suchy prowiant. Na wieczorkach zapoznawczych kaowcy z d o m ó w wczasowych życzliwie wyjaśniali, na
czym polega różnica między u m y w a l k ą a waserklozetem, nad
Morskim Okiem aktywiści zbijali się w gromadkę, ileż tu
nieużytków, jakie straszne dziedzictwo sanacji, ale Polska
Ludowa już niedługo zrobi porządek z tą zacofaną kupą
kamieni, przydadzą się na budowie socjalistycznych miast,
a tutaj, nad Morskim Okiem, zakwitną sady. Wsiadali do kolejki
na Gubałówkę nie wiedząc co ich czeka, a gdy wagonik ruszał,
wrzeszczeli, próbowali wyskakiwać, mdleli ze strachu albo
modlili się histerycznie; na Kasprowy decydowali się najodważ
niejsi.
Po drugiej stronie Gubałówki, w Cichem, pewnie żyją ludzie
pamiętający rok 1957, kiedy to zobaczyli z bliska pierwszą
w życiu młockarnię. Wiem od naocznego świadka, że cała wieś
wyległa wtedy na drogę, każdy dzierżył wiadro, pokrywkę albo
inny kawał blachy, walił w to z całej siły i darł się przeraźliwie;
baby miauczały, a mężczyźni miotali wyzwiska w rodzaju: ty
stary głupce, jakże bedzies młócieł tom kurwom! Gazda, który
kupił młockarnię, przesuwał się wolno przez ten rozwścieczony
tłum jak Mojżesz przez Morze Czerwone, z kamienną twarzą
patrzał przed siebie, jakby był sam jeden na świecie.
W środku Bukowiny, nieco powyżej Domu Ludowego, stała
przy drodze szopa. Gdy chodziłem tamtędy do szkoły, obser
wowałem, jak przedzielano j ą przez pół; w jednej połowie
mieszkała krowa, a drugą gazdowie wynajęli na salon fryzjerstwa damskiego, czynny sezonowo. Wycięli okienko, żeby
w salonie było widno, ściany obili listewkami, z przodu
dobudowali ganeczek, z tyłu wygódkę. Nieco poniżej stała
druga szopa, na niej zielony szyld z herbem bukowiańskiej
Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska i napisem „Sklep
Potrzeb Kulturalnych". W środku Maryśka. Otwierając drzwi
potrącało się dzwonek, zawieszony na sprężynie ponad futryną.
Maryśka podnosiła głowę. Coześ fcioł? Sprzedawała poradniki
rolnicze, przybory szkolne, utwory naszych wielkich pisarzy jak
Putrament, Kraszewski, Kruczkowski, Czeszko, Mickiewicz
i inni, a niekiedy papier toaletowy. Kiedyś zamiast reszty
wetknęła mi broszurkę J. Słowackiego Ojciec
zadżumionych,
wziąłem, bo nie miałem śmiałości wadzić się z Maryśką. To jest
bardzo ładny i smutny kawałek, o Arabie, któremu cała rodzina
wymarła, jedno po drugim, ogółem ośmioro. Szybko się czyta,
więc gdy skończyłem, przeczytałem jeszcze raz, a wieczorem
umiałem na pamięć. Próbowałem recytować kolegom, ale nie
chcieli słuchać i zamiast mi dziękować, przezywali mnie „ociec
cholerycny".
Lubiłem czytać, ale nie byle co. W Domu Ludowym była
biblioteka gromadzka; poprosiłem panią, żeby mi wybrała coś
dobrego o problemach młodzieży, dała mi powieść postępowe
go pisarza rosyjskiego F. Dostojewskiego pod tytułem Młodzik.
Siedziałem sobie na miedzy i czytałem, pasąc krowę Orłows
kich, dumny i świadom ciążącej na mnie odpowiedzialności.
Jakiś letnik przechodził. Zagadnął mnie uprzejmie, jak mi się
pasie, czy mnie krowa słuchai co czytam. Więc mu wyjaśniłem,
że płóno mi się czyta, bo panowie przeszkadzają, a czytam
Dostojewskiego, straszne nudy. — Nudzi cię Dostojewski?
— rozpromienił się — to świetnie! — Jak to, świetnie? — Bo to
znaczy, że jesteś normalny. — No pewnie że jestem normalny,
to przecież oczywiste! — Och, to wcale nie jest takie oczywiste.
Tak sobie powiedział i poszedł, a skutek taki, że do dziś dnia nie
przeczytałem w całości ani jednej powieści Dostojewskiego
i już tego nie uczynię, po co miałbym się przymuszać. Stasek
twierdził, że są dwa rodzaje książek: Dawno i nieprawda oraz
Zabili go i ucik. Obie kategorie są nic nie warte. Tak jest, bo tak
powiedział jego tato.
Od czasu do czasu do Sklepu Potrzeb Kulturalnych rzucali
papier toaletowy. Maryśka klęła, bo w sklepie robiło się ciasno,
rolki z dziwnym napisem S O L A L I tworzyły na ladzie piramidę
pod samą powałę, wystarczyły dwa worki, żeby całe wnętrze
Sklepu Potrzeb Kulturalnych było zatarasowane i klienci nie
mieli gdzie stać, więc trzeba było te worki wynosić do sąsiada,
sąsiad się krzywił. Wiele z tym było zawracania głowy, a utarg
niewielki. Jeszcze pół biedy latem, bo wtedy papier wykupywali
panowie, bardzo ich to radowało i dziwiło, że ot tak po prostu ten
towar jest w sklepie i m o ż n a go kupić bez ograniczeń; cieszyli
się na swój sposób, to znaczy byli dumni, że w Bukowinie taki
prymityw, że papier toaletowy nie jest natychmiast rozchwyty
wany, i dopiero oni, przedstawiciele wyższej cywilizacji, zrobią
z tym porządek. Więc kupowali po kilkadziesiąt rolek, pakowali
w paczki i nieśli na pocztę, naczelnik wzdychał i klął po
węgiersku. Gorzej wiosną i jesienią, bo leżało to świństwo
tygodniami, zawalało cały sklep. Czytałem niedawno w gaze
cie, że Niemcy z byłej N R D wykupują po naszej stronie Odry
zapasy papieru toaletowego, bo do takiego są przyzwyczajeni od
lat: jest twardy, solidny, przypomina im dawne czasy, nie jak to
miękkie dziadostwo, które tam teraz produkują.
Między Sklepem Potrzeb Kulturalnych a Salonem Fryzjerstwa Damskiego, ale po drugiej stronie drogi, stoi karczma
71
I I . 1. T a n i e z b ó j n i c k i , repr. z: S t a n i s ł a w W i t k i e w i c z Na Przełączy,
„Janosik". Józek Łojas, pierwszy sławny człowiek, którego
dane m i było znać osobiście, a nawet się z nim trochę przyjaźnić,
wsławił się w tym właśnie miejscu. Był to góralik jak z obrazka,
z pierwszym zarostem na twarzy i wesołą dziecięcą buzią.
Grałem z nim parę razy w piłkę. Józek, niewiele starszy ode
mnie, dobry chłopak, przystojny, tylko głupi i wielki pechowiec,
pił w „Janosiku" z panami, śpiewał i m po góralsku i słuchał
komplementów, j a k i to jest gibki i śwarny, prawdziwy zbójnik,
więc gdy sobie popił, a czemu miał nie popić skoro panowie
stawiali, rzeczywistość wymieszała mu się ze zbójnickimi
przyśpiewkami i chcąc pokazać, jaki jest śwarny (każdy
miłośnik Podhala zna to słowo), wyleciał na drogę i ot tak dla
śpasu uderzył przechodzącego wczasowicza. No i zabił nie
chcący, taki pech. Dostał dożywocie, a jego nazwisko przez
wiele lat było w Polsce synonimem bandziora. Nazwiska
panów, którzy upili prymitywnego smarkacza i mieli rozrywkę,
podjudzając go do janosikowych czynów (najpierw było jakieś
rzucanie stołkami w karczmie i peTlisty damski śmiech),
pozostały w cieniu. O Józku pisały wszystkie ówczesne gazety,
a gdy bukowiańska gmina próbowała go bronić, zerwał się
jazgot oburzenia; pamiętam rysunek w „ S z p i l k a c h " , przed
stawiający karykaturalnych, wstrętnych górali, osłaniających
mordercę, i podpis: Górala, czy ci nie żal? Skoro panowie tak
grzecznie pytacie, odpowiadam: żal. Żal mi obu — i tego
studenta z Krakowa nazwiskiem Marek Orman, który przyje
chał do Bukowiny na parę dni, zatrzymał się u starego Pary
i wyszedł na drogę tak okropnie punktualnie, że akurat zdążył na
swoją śmierć, i żal m i Józka, bo też padł ofiarą tragicznego
splotu przypadków, w którym wszystkie elementy bezbłędnie
zagrały. A żeby było jeszcze obrzydliwiej, prawie równocześnie
z procesem Józka odbywał się w Warszawie głośny proces
poszlakowy profesora medycyny, oskarżonego o otrucie żony
— podobno truł j ą powolutku, miesiącami, z wykorzystaniem
wiedzy fachowej, podbierając służbowe proszki z Akademii
Medycznej. Józkowi wsuli dożywocie, a tamtemu piętnaście lat.
Zawirowało m i w rozumie, gdy o tym przeczytałem. Jeśli był
winien — próbowałem przywołać na pomoc zdrowy rozsądek
(w chwilach zwątpienia przywołuję zdrowy rozsądek i to na
ogół pogarsza mój stan) — jeśli był winien, należał mu się
wyrok śmierci; a jeśli nie udowodnili mu winy, powinni go
zwolnić, myślałem. Gazety pisały, że po Bukowinie chodzi
plotka, że panowie się obrażą o to morderstwo i przestaną
przyjeżdżać na wczasy, ale nie ma się czego bać, przecież
72
1889
panowie bardzo kochają góry. — Pewnie, że nie ma się czego
bać — myślałem — panowie nie tacy znowu wrażliwi, żeby się
pozbawiać przyjemności z powodu jednego trupa. Zapomną.
Śmieszą mnie słowa „ ś w a r n y " , „ h a r n a ś " , „ m o c a r n y " .
W prozie Tetmajera występuje góral o przydomku Mocarny;
czytelnik myśli, że chodzi tu o mocarza, herosa. Tymczasem
przydomek „ m o c a r n y ' ' powstał jako złośliwość, coś w rodzaju
„ g o ł o d u p i e c " , a oznacza gazdę, mieszkającego na terenie
podmokłym, czyli nędzarza. „ H a r n a ś " występuje dzisiaj głów
nie w nazwach restauracji, sklepów itp. W N o w y m Targu
istnieje Spółdzielnia Inwalidów „ H a r n a ś ' ' ; gdy po raz pierwszy
zobaczyłem ich szyld, wesoło m i się zrobiło — ale szybko mi
przeszło, gdym sobie uświadomił, że ze mnie też taki inwalida
harnaś.
Nie przepadam za tańcem zbójnickim, również ze względów
osobistych. Pierwszy raz widziałem go na scenie w bukowiańs
k i m Domu L u d o w y m , w wykonaniu moich rówieśników,
chłopców z szóstej i siódmej klasy. Podziwiałem ich, żarła mnie
zazdrość i wstyd, że gdzie mi tam z moim warszawskim wiatrem
do ich wspaniałego występu. Taniec zbójnicki to nie jest zajęcie
dla warszawiaka, ani tym bardziej dla astmatyka. I co z tego, że
ja też bardzo pragnąłem pięknie wyglądać, dziarsko wywijać
ciupagą i śpiewać:
Nie chodź na zbój Wojtek, Maciek,
lepij robić w kombinacie!
Chłopcy byli świetnie zgrani, wyćwiczeni, szczęśliwi. Pat
rzałem i bulgotała we mnie parszywa, upokarzająca zawiść,
wymieszana z zachwytem. A ż wreszcie nastąpiła scena finało
wa: stanęli twarzą do widowni, lewa ręka na biodrze, prawa,
wysoko uniesiona, dzierży ciupagę, a z młodzieńczych, zbójnic
kich piersi wyrywa się okrzyk:
— Praca! Pokój!
Wracałem do domu naburmuszony. Babunia mnie pochwali
ła, że ładnie wypadłem. Odpowiedziałem niezbyt uprzejmie.
Ofuknęła mnie, że jestem nieznośny malkontent. Milczeliśmy.
Chciało m i się płakać.
Nieco później przeczytałem po raz pierwszy Na przełęczy
Witkiewicza. Uderzyło mnie, że taniec zbójnicki w tej książce
wygląda zupełnie inaczej od tego, który widziałem na własne
oczy.
Oto na skrawku łączki, pod lasem lub gdzie bądź przed
szałasem lub schroniskiem, pozrzucali na kupę torby i cuchy,
pozrzucali i kapelusze albo je przymocowali pod brodą zawad-
II. 2. Taniec zbójnicki, lata 1950-1960. Fot. Krystyna Gorazdawska
łami, następnie wbijają wszystkie ciupagi w ziemię i zaczynają
dokoła nich taniec. Każdy po kolei staje przed grajkiem, śpiewa
parę zwrotek, płaci za muzykę i puszcza się drobnego. W końcu
wszyscy już są w kole i wtedy rozpoczyna się jakieś
szaleństwo,
taniec opętany, wariacki, w którym na tle pewnego
ogólnego
tempa ruchów każdy, odpowiednio do swego
temperamentu
i zdolności tancerskich, improwizuje rozmaite ruchy i skoki. Ten
łagodny blondyn, zgrabny i smukły, stula nogi, bierze się pod
boki i wyprostowany rzuca sobą w powietrze, padając
ukośnie
na ziemię jak gwóźdź olbrzymi. Ten drab potężny o czerwonej,
spoconej twarzy wyrzuca się w górę na sążeń, zgina nogi, uderza
Z trzaskiem w locie dłoniami po piętach i spada z hukiem. Ów
z nadzwyczajną elegancją i szykiem drepce w miejscu, po
chylony, jak gdyby się zachwycał własnymi nogami. Tamten bije
Z zaciekłością nogą w ziemię, jak gdyby chciał w niej dziurę
wybić lub roztrzaskać własną piętę. Ów przypada całym ciałem
do ziemi i wylatuje nagle w powietrze jak raca. Tamten
przeciera obłąkane oczy, włosy mu się jeżą, wytrząsa
rękoma
nad głową zdaje się być opętanym, pijanym jakimś
szałem,
a jego nogi same, bez jego woli i wiedzy, trzęsą się na miejscu
w jakichś zygzagowatych, błyskawicznych
ruchach.
Wszyscy
wykrzykują, szamocą się, tupią, śmigają rękami i nogami i zdają
się być zębami jednego koła, lecącego w najszybszym
obrocie.
Znowu muzyka wolnieje, ruchy stają się spokojniejsze,
tańczący
biorą ciupagi, sczepiająje ostrzami, trzymając wysoko, i tańczą
wkoło z wolna, jakby dla odpoczynku. Lecz nagle grajek naciąga
brwi wielkie nad oczyma ukrytymi pod wystającym jak okap
zrębem czoła, ściska konwulsyjnie skrzypki i rżnie jeszcze
wścieklejszym rytmem, a cała banda tancerzy zaczyna się
z jeszcze większą gwałtownością
ciskać i szaleć. Latają w powie
trzu ręce, nogi, błyska stal ciupag, wszystko się miesza i mąci
w jakiś chaos.
Wyżej opisana scena rozegrała się w końcu lat osiem
dziesiątych X I X wieku. Ilustracja w Na przełęczy,
również
autorstwa pana Witkiewicza, zgadza się z powyższym opisem:
każdy zbójnik na obrazku tańczy po swojemu, improwizuje,
wspólna jest tylko atmosfera szaleństwa. Tymczasem istotą
tańca zbójnickiego, który znam z Bukowiny, a potem z innych
estrad, jest ściśle przestrzegana jednoczesność ruchów, realizo
wanie precyzyjnego planu; dobre wykonanie musi więc być
poprzedzone ćwiczeniami pod okiem fachowca.
Gdy człowiek ma lat dwanaście—czternaście, stara się ułożyć
całą swoją ciężko zdobywaną wiedzę na temat otaczającej go
rzeczywistości w j e d n ą sensowną tablicę Mendelejewa. Mija
nieco czasu, człowiek się przekonuje, że zadanie to jest raczej
niewykonalne, więc w ogóle przestaje myśleć. Ale j a wtedy
miałem trzynaście lat. W e z w a ł e m na pomoc zdrowy rozsądek
i myślałem mniej więcej w taki sposób: zbójnicki, jak go znam,
wymaga sceny, widowni i długich wspólnych ćwiczeń. A prze
cież trudno przyjąć, żeby tatrzańskie bandy rabunkowe sprzed
stuleci pobierały w wolnych chwilach lekcje tańca. Pan Wit
kiewicz ma rację: taniec zbójnicki w dawnych czasach był
improwizacją, a nie śwarnym podskakiwaniem i przykucaniem
wedle ściśle określonych reguł. A więc — rozumowałem
— taniec zbójnicki w którymś momencie swej historii przeob
raził się. Znamy nazwiska wielkich wynalazców, jak Newton,
Popów albo Miczurin, lecz nie wiemy, jak się nazywał wynalaz
ca nowoczesnego tańca zbójnickiego. A przecież taki ktoś
musiał być. Pytanie tylko, jak się nazywał oraz kiedy i w jakich
okolicznościach dokonał swego odkrycia.
Mijały lata. Jako, że poza tańcem zbójnickim miałem jeszcze
kilka innych ważnych problemów na głowie, wyjaśnienie tej
sprawy się odwlekało. Lecz kwestia żyła, raz po raz dając
o sobie znać. Kiedyś na przykład spotkałem bratnią duszę,
etnografkę z Czech, która dzieliła się swym dramatem: od lat
zbiera ludowe legendy z okolic Jiczina, ale wyniki jej pracy
nikogo nie obchodzą, każdy tylko pyta o zbója Rumcajsa, który
jest niejicziński, nieludowy, niemerytoryczny, obcy i okropnie
bezczelny. Starsze pokolenie jiczińskiego ludu niebawem odej
dzie, zaś obecna młodzież zmieni się w czcigodnych starców,
którzy będą twierdzić z niezłomnym przekonaniem, że Rumcajs
był w miejscowej tradycji od zawsze, bo pamiętają go z telewi
zji, jego ubiór to pradawny tutejszy strój ludowy. No i co pan na
to? — Niech pani o tym napisze artykuł — poradziłem
— zostanie jako memento dla przyszłych pokoleń. — Ja, artykuł
o Rumcajsie? — obraziła się.
Zbójnik, jakiego znamy z góralskiego festiwalu, nosi na
głowie czerwone wiaderko z grubej tektury, może z filcu albo
innego materiału, obszyte żółtą lamówką. Jest ono niezbędne,
aby można było odróżnić zbójnika od zwykłego górala, a to
bardzo ważna rzecz, bo gdy osobnik przystrojony po zbójnicku
zawoła: dawaj pieniądze! nie ma się czego obawiać, bo to tylko
zbójnik; gorsza sprawa, gdy w ten sam sposób zagadnie cię
osobnik bez zbójnickich rekwizytów.
Człowiek dociekliwy z braku poważniejszych zmartwień być
może zada sobie pytanie, dlaczego taka ogromna czerwona
73
czapa znamionuje akurat zbójnika — bo przecież trudno sobie
wyobrazić, aby w czymś podobnym można było wygodnie
uciekać przez las, wpadać do komory albo wspinać się po
baszcie. Odpowiedź jest raczej prosta: współcześni zbójnicy
z Krupówek są atrakcyjni dla turystów z tej głównie przyczyny,
że wyglądają identycznie jak zbójnicy na góralskich szklanych
obrazkach. Lecz pytanie pozostaje — dlaczego' zbójnik na
obrazku, czyli zbójnik-praktyk z przełomu osiemnastego i dzie
więtnastego wieku, włożył taką dziwaczną czapę? To także
nietrudne: węgierscy hajducy z południowej strony Tatr nosili
futrzane czapy wojskowe, a zbójnicy polowali na nie jak na
skalpy. Popularny ludowy obrazek, tak zwany janosikowy,
przedstawia zbójników, radujących się ze zwycięstwa: skaczą
przez ognisko, piją wino i strzelają na wiwat z pistolców. Ubrani
są w węgierskie zdobyczne mundury. Nieznany artysta powięk
szył im nakrycia głowy do ogromnych rozmiarów, bo chciał
zilustrować ich życiowy sukces. To nie są czapki, lecz trofea.
Historia sztuki dobrze zna takie intencjonalne powiększenia;
można je zaobserwować między innymi w dawnej rzeźbie
ludowej lub we współczesnej karykaturze. Dopóki więc zbój
nicy tkwili na obrazku, byli zgodni z konwencją; ale gdy stary
motyw został odwzorowany na tysiącach regionalnych pamią
tek przez ludzi, którzy tego starego obrazka nie rozumieli,
a obrazkowi zbójnicy ożyli i wyszli na Krupówki, chcąc nie
chcąc musieli zabrać swe niewygodne czapy, gdyż inaczej nie
zostaliby rozpoznani w tłumie.
Od moich bukowiańskich czasów minęło wiele lat; szperam
w starych papierzyskach z jakiegoś tam powodu, i nagle
zauważam ze wzruszeniem, że moje dziecięce przewdywania
były słuszne! Oto mam przed sobą czarne na białym, że taniec
zbójnicki w jego nowoczesnej postaci został wynaleziony
w 1910 roku przez Szczęsnego Połomskiego, naczelnika (to
znaczy głównego instruktora) nowotarskiego gniazda Towarzy
stwa Gimnastycznego „ S o k ó ł " .
Owego roku przypadała pięćsetna rocznica Grunwaldu. Jak
Galicja długa i szeroka, w miasteczkach odbywały się parady,
festyny, manifestacje pod sztandarami z wyobrażeniem sokoła,
wzbijającego się do lotu, który wszystkim kojarzył się z Orłem.
Największą uroczystość, czyli Grunwaldzki Zlot „ S o k o ł a " ,
przewidziano w Krakowie; Polacy z trzech zaborów i z diaspory
chcieli zamanifestować jedność i wolę walki o niepodległość.
Ignacy Paderewski ufundował wielki pomnik, sokoli w zielo
nych czamarach i amarantowych koszulach ćwiczyli paradny
krok, cała Polska wstrzymała oddech ze wzruszenia. Druh
Połomski zapragnął przygotować na tę okazję coś zupełnie
ekstra. Nadał temu nazwę „Ćwiczenia toporkiem wraz z tańcem
górali i góralek tatrzańskich". Były to popisy gimnastyczne
lekko podmalowane na ludowo, z użyciem góralskich ciupag
zamiast popularnych ówcześnie maczug, szarf i wywijadeł.
Wynalazek Połomskiego polegał na ubarwieniu ćwiczeń gim
nastycznych elementami folkloru podhalańskiego. Był więc
zaprzeczeniem żywiołowości; zaplanowano go jak pokazy
fechtunku, piramidki albo tzw. żywe obrazy.
„Ćwiczenia toporkiem" zyskały wielkie uznanie, nawet
druhowie sokoli ze Śląska postanowili pójść tym śladem
i ułożyli taniec górniczy z kilofkami, który niestety się nie
przyjął. Tymczasem zbójnicki wedle układu druha Połomskiego
tak się spodobał, że górale przyjęli go za swój.
W „Przewodniku Gimnastycznym » S o k ó ł « " , nr 10/1910 r.
zachowała się notatka o tym, że po paru miesiącach od Zlotu
Grunwaldzkiego druha Połomskiego przeniesiono z Nowego
Targu. Urządzono wieczorek pożegnalny, na którym nowotar
żanie — sokoli śpiewali:
Uczył nas nacelnik bić się toporkami
A teraz odjezdzo; co tez będzie z nami?
Ani na wirsycku, ani na dolinie,
Połomskiego imię nigdy nie zaginie.
Lata mojego bukowiańskiego dzieciństwa, to również począ
tki Muzeum Lenina w Poroninie. Do legendowych postaci
zakopiańskich zaliczyć wypada nie tylko Sabałę, Chałubińs
kiego, księdza Stolarczyka, starego Witkiewicza itd., ale rów
74
nież Eugeniusza Zrosta. Znałem go osobiście. Krążą o nim
klechdy, które warto zanotować.
Zjawił się pod Tatrami tuż po wojnie, w gorących czasach,
gdy liczne bandy rabunkowe chodziły, jak to się powiadało,
z kopytem po prośbie; jeszcze dzisiaj starsi ludzie potrafią
wskazać piękne wille w regionalnym stylu, które stawiano
kopytem, czyli zarabiano na ich b u d o w ę rewolwerem. Był
aktywistą Z W M i PPR, mianowany dyrektorem Muzeum
Lenina w organizacji. Stanowisko to wymagało odwagi i tę
należy tow. Zrostowi bezwzględnie przyznać. Szukając lenin
owskich śladów i kładąc podwaliny muzeum, ryzykował ży
ciem. Jego kolegów z Z W M zamordowano, bo wybrali się na
spacer po Gubałówce (w miejscu ich śmierci postawiono
skromny obelisk; nie wiem, czy się zachował, czy też jakiś
głupiec kazał go zburzyć). T o w . Zrost miał żelazne zdrowie,
wolę działania, otwarte konto w banku i fotokopie dokumentów
z pobytu Lenina na Podhalu, przysłane z Moskwy, które miały
ułatwić poszukiwania.
Lecz tow. Zrost nie mógł z nich skorzystać, albowiem języka
rosyjskiego nie posiadał. W tamtych pionierskich czasach listy
Lenina, pamiętniki Krupskiej itd. nie były jeszcze przetłuma
czone na polski. Z całej fury fotokopii i służbowych książek
mógł więc tow. Zrost przeczytać o własnych siłach jedynie
reprodukcje adresów na kopertach: Sehr geehrter Herr Vladimir
Uljanov, Poronin, Galizien. W y s n u ł z tego wniosek, że Lenin
mieszkał w Poroninie; nie przyszło mu na myśl, że poroniańska
poczta obsługiwała również sąsiednie wsie. Po jakimś czasie,
gdy ktoś gramotny przeczytał, co było do przeczytania, bez
trudu odnaleziono w Białym Dunajcu właściwą chałupę. Gaź
dzina, Teresa Skupień, pamiętała swoich cudzoziemskich let
ników sprzed lat. Zapytana, dlaczego siedziała cicho, tłumaczy
ła się płaczliwie, że j u ż raz miała kłopoty z policją austriacką,
a przecie ona niewinna; teraz znowu jej się czepiają, że ten pon,
co u niej siedzioł, to podobno jakiś bolszewik. Więc dali jej
spokój, nikt jej nie włóczył po leninowskich uroczystościach
i nie nagabywał o wywiad. Zresztą wkrótce zmarła.
Więc tow. Zrost szukał w Poroninie. A kto ma otwarte konto
w banku i zapał rewolucyjny w sercu, ten znajdzie, czego szuka.
Zwłaszcza, gdy sprzyjają mu dziejowe realia. W tamtych latach,
zgodnie z samosprawdzającą się tezą tow. Stalina o zaostrzaniu
się walki klasowej w miarę budowy socjalizmu, w każdej wsi
typowano kułaka, by podjąć z n i m zwycięski bój. Kułakiem
poroniańskim mianowano gazdę Guta, który rzeczywiście był
stosunkowo zamożny: miał starą karczmę i pensjonat. Jeszcze
tego samego wieczora gazda Gut wiedział, j a k ą rolę wyznaczyła
mu władza ludowa. Postanowił uprzedzić atak; złożył wizytę
tow. Zrostowi, by poinformować, że poszukiwany Lenin miesz
kał u niego w domu zajezdnym. Gazda Gut został przemianowa
ny z kułaka na bezpartyjnego towarzysza, jego karczmę wyku
piono za ciężkie pieniądze, wykupiono też sąsiednie parcele,
chałupy stojące na nich rozebrano; w ten sposób za przyczyną
budowy muzeum odszedł z tego świata jedyny leninowski
autentyk w Poroninie — stara poczta, do której pan Uljanow
jeździł codziennie rowerem po gazety i listy. Budowa muzeum
ruszyła w szalonym tempie. N o , i poszła lawina: wierszyki,
artykuły, filmy, audycje, cała Polska wiedziała i wie po dziś
dzień: Lenin w Poroninie, Lenin w Poroninie.
A skoro się okazało, że Lenin mieszkał w Białym Dunajcu,
nie w Poroninie — zrobiło się dziwnie. D o m w Białym Dunajcu
był owszem zwiedzany, wymieniany w przewodnikach, nie
działa mu się krzywda, ale jakoby go nie było; w świadomości
społecznej do dziś funkcjonuje zbitka „Lenin w Poroninie",
Biały Dunajec jest znacznie słabiej rozpropagowany.
W ogóle Lenin w Poroninie to skarbnica dla artysty czy
naukowca. Przyszłe pokolenia docenią ten wspaniały temat.
Naturalnie dopiero wtedy, gdy my, kompetentni, przeniesiemy
się za księżą oborę, a słowa, które teraz piszę, będą miały
wartość dokumentu, gdyż zostały napisane przez naocznego
świadka, którym nie byłem.
W połowie lat sześćdziesiątych skończyłem studia i zamiesz
kałem w Zakopanem. Byłem młodym naukowcem. Młody
naukowiec tym się głównie charakteryzuje, że ogromnie chciał
by coś odkryć. Ja też chciałem coś odkryć. Problem polegał na
tym, że wiedziałem jedynie to, o czym wiedzieli również inni,
na ogół lepiej ode mnie, więc nie mogłem tego odkryć. Z kolei
nie mogłem odkrywać tego, o czym nie wiedziałem, to chyba
jasne. Paskudna sytuacja. Szukając gwałtownie, co by tu,
cholera, odkryć, zwróciłem u w a g ę na Muzeum Lenina; zafas
cynowało mnie zjawisko wielkiego zapotrzebowania na tubyl
ców, którzy pamiętali wodza rewolucji i rozmawiali z nim.
Potrzeby w tym względzie były tak ogromne, że przyjmowano
entuzjastycznie każdy gest dobrej woli. W Muzeum Lenina
widziałem notatki z badań terenowych, z których wynikało, że
górale urodzeni w dziewiątym, dziesiątym, jedenastym roku
prowadzili z Leninem w 1914 roku długie dysputy, które
powtarzali słowo w słowo w roku pięćdziesiątym albo sześć
dziesiątym którymś. Nie mam zamiaru z tego szydzić, nie
posądzam autorów tych notatek o walenrodyzm czy o gorliwość
idioty, a górali o mentalność dobrego wojaka Szwejka, gorzej:
obie strony posądzam o autentyczną dobrą wolę, którą i ja noszę
w sercu i jestem z tego dumny. Mamy tu chyba do czynienia
z wyjątkowym przerostem dobrej woli. Jest to również ilustracja
ciekawego zjawiska — oto gdy nasz zdrowy rozsądek i starogrecka logika stają nam na drodze w osiągnięciu upragnionego
celu, jednym zdecydowanym ruchem odsuwamy je na bok. Czy
to w końcu ważne, że człowiek urodzony w 1910 roku wiosną
1914 roku miał miał trzy albo cztery lata i nie był dojrzały
intelektualnie do wymiany poglądów z Włodzimierzem I I jiczem? Czy to ważne wobec faktu, że mamy to, czego
pragnęliśmy tak bardzo?
W roku sześćdziesiątym siódmym kierowniczką Domu Le
nina w Białym Dunajcu była pani Michałowska. Od czasu do
czasu wpadała do nas do Muzeum Tatrzańskiego, przede
wszystkim żeby się wygadać. Skarżyła się pani Sredniawie,
która cierpliwie kiwała głową, że Lenin to wcale nie taki
lukratywny temat jakby się komu wydawało, a ludzka bezczel
ność przechodzi wszelkie granice; zamówili u niej w redakcji
(nie dosłyszałem, w której) tekst rocznicowy, wydrukowali,
a gdy się dopominała o pieniądze, odpisali, że Nadieżda
Krupska uważała dzieła Lenina za własność całej ludzkości,
więc nie przyjmowała za nie honorariów i pani Michałowska
winna postąpić tak samo.
Odwiedziłem j ą w Białym Dunajcu. Dom Lenina wydał mi
się bardzo interesujący, przede wszystkim jako świadectwo
stosunku polskich inteligentów do tradycji ludowej. Dla in
teligentów wszystko co góralskie jest zarazem archaiczne,
odwieczne. Ten pogląd obowiązywał jeszcze za moich czasów;
wyposażenie Domu Lenina, od płotu aż do krzeseł i ryzowanych
gablot, wykonane było w stylu cepeliowskim lat pięćdziesiątych
i sześćdziesiątych przez twórców ludowych, których znałem
osobiście. M o ż n a przypuszczać, że autorzy ekspozycji chcieli
odtworzyć nastrój z czasu pobytu Lenina, ale przy okazji
udokumentowali fakt, że nie dostrzegają różnicy między górals
ką chałupą sprzed pierwszej wojny światowej a sklepem
Cepelii. To jakby nie widzieć różnicy między gotykiem a neogotykiem. Ekspozycja w Białym Dunajcu nie jest więc rekon
strukcją wnętrza z czasów Lenina, lecz ilustracją naszego braku
poczucia czasu i naszego stosunku do kultury ludowej. Nikomu
nie przyszło do głowy, że od 1914 roku sztuka góralska przeszła
znaczną ewolucję, dowodziłem. Pani Michałowska spojrzała na
mnie z macierzyńskim ciepłem. Młody człowieku, czy napraw
dę nie ma pan większych zmartwień?
Odczepiła sznurek i weszła do p. o. sypialni państwa
Uljanowych. Uklękła, zanurzyła rękę pod łóżko i wyciągnęła
pękaty skoroszyt. Gdy jesienią 1956 roku Muzeum Lenina
przechodziło socjalistyczną odnowę, mówiła, a tow. Zrosta,
twórcę i dyrektora tej placówki, wywieziono za bramę na
furzyku, czyli na taczkach, pożyczonych naprędce od sąsiada,
który parę godzin wcześniej woził nimi gnój, urzędowe papiery
zachowały się jak obyczaj nakazuje: wyfrunęły z segregatorów
i walały się po pejzażu, więc pani Michałowska zgarnęła
chyłkiem co się dało i wzięła sobie na pamiątkę. Czytałem cały
wieczór, nietórych fragmentów nauczyłem się na pamięć, więc
mogę teraz zacytować.
Daty nie pamiętam: między pięćdziesiątym a pięćdziesiątym
czwartym rokiem. Protokół z operatywki pracowników Muze
um Lenina. Temat: postawa moralna tow. Żmudy. Zagaja tow.
Zrost: Jak towarzysze wiecie, przy naszym muzeum istnieje
biblioteka marksizmu-leninizmu. Karta tow. Zmudy jest czysta,
tow. Ż m u d a nie korzysta z biblioteki. Widocznie uważa, że już
zjadł wszystkie rozumy i nie potrzebuje się dokształcać.
Natomiast nie jest żadną tajemnicą, że tow. Żmuda przyjmuje
do siebie na noc kobiety. Nie jest to jedna kobieta, lecz kilka,
tow. Ż m u d a postępuje wobec nich nieuczciwie, bo przecież nie
ożeni się z nimi wszystkimi. Tow. Ż m u d a powinien kłaść
mniejszy nacisk na kobiety, a większy na podnoszenie swej
świadomości członka partii. Tow. Ż m u d a (arogancko): Co ja
robię w nocy to moja sprawa prywatna. Tow. Zrost (łagodnie):
sprawa prywatna, ale mieszkanie służbowe. Ale nie w tym
rzecz. M y , pracownicy Muzeum Lenina, jesteśmy wzorem dla
okolicznej ludności, stoimy na moralnym świeczniku. Co
będzie, jeśli okoliczna ludność zacznie brać przykład z tow.
Ż m u d y ? I kto będzie odpowiedzialny za ten stan rzeczy?
Dalej zapomniałem; pamiętam tylko tyle, że dano tow.
Żmudzie sześć miesięcy na uzupełnienie wiedzy z marksizmuleninizmu i powołano trzyosobową komisję, która miała to
wyegzekwować.
Inne pismo, z tego samego okresu: Do Powiatowego Urzędu
Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu. Dzisiaj w na
szym muzeum dokonano aktu wrogiej roboty. Nieznani sprawcy
wpisali do księgi pamiątkowej, że wystawa jest nudna.
Czytałem to na głos, śmiałem się, pani Michałowska też się
śmiała i zapewniała, że te pisemka zostały uratowane przypad
kowo i niczym nie różniły się od tych, które przepadły. Skoro
pp. archeologowie na podstawie kilku glinianych skorup od
twarzają pradawną kulturę razem z jej wierzeniami i systemem
społecznym, to chyba na podstawie tych kilkudziesięciu pise
mek można będzie po latach wyrobić sobie ogólniejszy pogląd
na epokę, rozmarzyła się. Owszem, mówiłem, ale z tym
zastrzeżeniem, że tezę archeologa m o ż e wzbogacić lub obalić
jedynie inny archeolog, który podlega takim samym obciąże
niom jak ten pierwszy, więc z rekonstrukcją bohaterskiej
młodości tow. Żrosta m o g ą być niejakie kłopoty.
W 1967 roku, gdy sprowadziłem się do Zakopanego, pełnił on
funkcję sekretarza ideologicznego Komitetu Miejskiego PZPR.
Opowiadano o nim złośliwości, za którymi czaił się strach.
W 1970 r. został dyrektorem Muzeum Tatrzańskiego. Miano
wanie akurat jego było straszliwym chamstwem, a mnie
dodatkowo sprawiało dużą przykrość, gdyż w tej sytuacji nie
było już dla mnie miejsca w muzeum i musiałem opuścić
Podhale. Plotkowano w Zakopanem, że tow. Zrost został
skierowany do muzeum, bo towarzysze mieli go serdecznie dość
i dali mu kopa. Kultura, jak wiadomo, była wówczas prze
chowalnią, lodówką względnie zesłaniem dla towarzyszy,
którzy akurat popadli w niełaskę; kierowano ich do kultury bez
obawy że naszkodzą, bo przecież robić w kulturze każdy dureń
potrafi.
Tow. Zrost dzielnie zniósł degradację i również w nowym
miejscu starał się służyć partii, jak umiał najlepiej. Najpierw
kazał usunąć z gabinetu góralskie obrazki na szkle, bo miały
tematykę religijną. Potem kazał usunąć z ekspozycji rzeźbiony
ul w postaci świętego A m b r o ż e g o i zastąpić go ulem w formie
niedźwiedzia, z tego samego powodu. Jego pierwszą decyzją
personalną na nowym stanowisku było przyjęcie mojego wymó
wienia.
Po latach przyjechałem do Bukowiny z przyjaciółmi. Myś
lałem, że nikt mnie nie rozpozna. Siedzimy w karczmie na
Klinie, zamawiamy pięć razy bigos, bufetowa mówi, że bigosy
są ino śtyry. Zastanawiamy się co robić, aż tu bufetowa pochyla
się nade mną i szepce: nie bier-ze tego, Jantuś, niek se panowie
sami źrejom.' Nie przyznałem się, dlaczego zamawiam tylko
chleb z masłem, chcieli się ze m n ą dzielić tym bigosem,
martwili się że będę głodny, siedziała tam między nimi moja
dziewczyna, patrzyłem jak je i było mi cudownie, jak to
wspaniale być prawdziwym góralem, gdy się nim nie jest.
Bufetowa, moja szkolna koleżanka, płukała kufle.
75
