-
extracted text
-
DARIUSZ
wowanych zjawisk, to co w istocie pozostanie obiek
tem naszego namysłu? O czym tak naprawdę mówimy
i mówić będziemy? Bez zabawek, jak wiadomo, zabawy
nie ma.
Wedle pociesznego sloganu lat ostatnich, antropo
log to ktoś, kto nade wszystko się dziwi. Wartość heu
rystyczna tego określenia, sądząc po powstałych w tym
czasie publikacjach, jest niemal żadna (gdzie ta lawina
prac odkrywających rzeczywistą, a nie urojoną, nieoczywistość naszych oczywistości?!), wszelako dobrze
nadaje się ono jako środek poprawiający samopoczu
cie. Dziwiący się antropolog, nie ukrywajmy - to brzmi
dumnie. Owo zdziwienie, poprzez szacowne greckie
thaumadzein, miało nas sprawnie i bez bólu przybliżyć
do głębi filozoficznego namysłu. Tyle że owo antropo
logiczne zdziwienie rzadko, o ile w ogóle, nawiązywało
do greckiej tradycji mądrościowej, źródłowo z tym sło
wem związanej, najczęściej był to po prostu epistemologiczny czek bez pokrycia.
CZAJA
Życie czyli
nieprzejrzystość
Poza antropologię
-
kultury
Nie mam rozwiązania zagadki życia.
Wilhelm Dilthey, Gesammelte Schriften (VIII, 220)
1
C'est la vie.
Poddajmy zatem zdziwieniu fakt, któremu mało
kto zazwyczaj się dziwi. Otóż, pojęcie kultury nie jest,
jak zdaje się sądzić większość z nas, filozoficznie nie
winne. Nie jest tak, że windując tę kategorię na czoło
naszej listy pojęciowych narzędzi, nie prokurujemy
tym samym wyraźnej ontologii badanych przez nas fe
nomenów. A ontologia ta, choć niemal powszechnie
akceptowana, nie ma w sobie nic z przymusu dziejowej
konieczności. A jeśli tak, to wolno przynajmniej
zorientować się na czym polega jej dyskusyjny status.
francuskie
„Kultura" jako źródło cierpień
G
dyby komuś o naturze pedanta, mającemu
równocześnie nadmiar wolnego czasu, chciało
się sporządzić listę frekwencyjną pojęć kluczo
wych pojawiających się w artykułach i pracach etno
grafów/etnologów/antropologów (niepotrzebne skre
ślić), bez wątpienia okazałoby się, że na czele takiego
rankingu, na jednym z pierwszych miejsc, znalazłoby
się pojęcie kultury. „Kultura", to coś między fetyszem
a oczywistością. Kategoria kultury używana jest już
niemal bezrefleksyjnie, na zasadzie pojęciowego liczmanu. Na co dzień zajmujemy się przecież kulturo
wym wymiarem stroju, jedzenia, ozdabiania ciała itp.
Badamy „kulturowy aspekt zagadnienia", nalegamy na
to, by „tłumaczyć kulturę przez kulturę", bo ten sposób
podejścia do przedmiotu naszych badań ma wyróżniać
nas spośród tych, którzy podejmują podobne tematy,
to ma być nasz znak firmowy, nasza antropologiczna
differentia specifica. Dziesiątki, zazwyczaj bezużytecz
nych poznawczo, jej definicji wtłaczamy w głowy zdez
orientowanych studentów. Dzielimy włos na czworo,
odróżniając „kulturę ludową" i „kulturę masową",
„kulturę materialną" i „kulturę duchową", „kulturę
instrumentalną" i „kulturę symboliczną", a w przypły
wie fantazji wymyślamy nawet upiorne cielę o dwóch
głowach - „kulturę społeczną". Niekończące się i bez
nadziejnie nużące dyskusje na temat ich zakresu zna
czeniowego to pokaźna część antropologicznej reflek
sji teoretycznej. Wydaje się, że gdyby pozbawić antro
pologię jej ulubionej kategorii, ta rozsypałaby się niez
włocznie jak domek z kart. No bo skoro nie ma poję
cia, które wiązałoby w całość różnorodny świat obser
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie ma jednej,
obowiązującej w antropologii czy - właśnie! - w „na
ukach o kulturze", niekłopotliwej definicji tego termi
nu. Wydaje się jednak, że tak jak bywa ono najczęściej
używane, gromadzi w sobie przynajmniej dwie dające
się bez trudu wyodrębnić cechy.
W pojęciu kultury mieści się tedy, po pierwsze,
roszczenie do powszechności, wymiaru ponadjednostkowego, anonimowego, uniformizującego, typizującego. Pojedynczy człowiek wpleciony w kulturę - obojęt
nie, czy za pomocą „wzoru", „normy", „koniunktury",
„wtórnego systemu znaczącego" czy „epistemy" - jest
zawsze elementem czegoś większego, rozleglejszego,
jest zaledwie cząstką ogarniającego go organizmu. Jest
jej elementem zestandaryzowanym i powtarzalnym,
realizującym „program" narzucony przez kulturową
konwencję. Pojęcie systemu, tak ważne dla dzisiej
szych ujęć kultury, fakt ten dobitnie potwierdza. Po
drugie, kultura to obszar tego, co utrwalone czy też,
jak powiadamy, zobiektywizowane, tego, co można zo
baczyć i opisać. Jeśli tak, to katalog pytań, które moż
na tak pojmowanym zjawiskom kultury zadać, jest
z punktu ograniczony. Mówiąc na razie skrótowo:
ograniczony jest do powierzchniowego, widocznego,
zewnętrznego wymiaru zjawisk, do ich, co najwyżej,
semantyki, ale już nie do, na przykład, ich aspektu eg
zystencjalnego czy — Boże broń! - metafizycznego. Za
kłada się tu milcząco, że „treści kultury" cała ta złożo-
6
Daiusz Czaja • ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
na i różnorodna siatka znaczeń jest zasadniczo pozna
walna i lepiej lub gorzej, ale daje się opisać w którymś
z wybranych języków teoretycznych. Rozumieć zjawi
sko kultury, to zrekonstruować reguły (bądź też odkryć
osławione „mechanizmy kultury", w których po
brzmiewa nie zawsze uświadamiany pogłos utechnicznienia języka humanistyki) nadawania sensu rzeczywi
stości. Z jednej strony: aż tyle, ale z drugiej: tylko tyle.
nym wzoru postępowania, jak twórcza jednostka pod
daje swej woli zastany układ.
W polemice z pracami historyków spod znaku Nouvelk Histoire dobitnie podkreśla Łotman, że metodolo
giczny przechył od jednostronnie pojmowanej historii
politycznej do historii anonimowych quasi-deterministycznych struktur domaga się korekty. Łotman w żad
nym stopniu nie dezawuuje osiągnięć badaczy spod
znaku Annales, wskazuje wszakże na istotne ogranicze
nia ich podejścia. Trudność polega na określeniu rela
cji pomiędzy czynnikiem świadomym i nieświadomym
procesu historycznego. Późny Łotman ujmuje rzecz
dialektycznie: „Historia nie jest tylko świadomym pro
cesem, ale nie jest też tylko nieświadomym procesem.
Stanowi ona wzajemne napięcie obu czynników. Jeżeli
«historia polityczna* lekceważyła jedną stronę tego
dwoistego procesu historycznego, to nowa historia czy
ni to w stosunku do drugiej. Wszelki dynamiczny pro
ces dokonujący się z udziałem człowieka waha się mię
dzy biegunem ciągłych powolnych zmian (na nieświa
domość i wola człowieka nie okazuje wpływu, są one
często w ogóle niezauważalne dla współczesnych, po
nieważ ich okresowość jest dłuższa niż życie pokolenia)
a biegunem świadomej działalności ludzkiej, przepro
wadzonej w rezultacie wolicjonalnych i osobistych wy
siłków. Oderwać jednej strony od drugiej nie można,
tak samo jak nie można oderwać północy od południa.
Ich przeciwstawienie jest warunkiem ich istnienia".
Uwagi poniższe wyrastają z dziecinnego, być może
zdziwienia, że niejedyna to droga zajmowania się świa
tem ludzkich znaczeń, że antropologię da się pomyśleć
równie sensownie opierając się na innych, skądinąd
dobrze znanych i funkcjonujących od dawna w huma
nistyce pojęciach. Wyrastają przede wszystkim z po
czucia pewnego braku. A nawet więcej: z poczucia, że
rozpowszechnione i dominujące współcześnie w an
tropologii obiektywizujące i systemowe rozumienie
kultury jest sitem, które przepuszcza tylko pewne tre
ści, „całą resztę" zaś - w moim przekonaniu dalece
ważniejszą - pozostawiając poza granicami refleksji; że
zatem antropologia, która z pojęcia kultury uczyniła
swój sztandar, jest antropologią naznaczoną u źródeł
niezmywalnym grzechem pierworodnym redukcji.
Gra przypadku i konieczności
Na czym bliżej rzecz polega? Rozważmy zatem przy
kładowo przypadek semiotyki kultury, podejścia,
w którego owocność poznawczą - sądząc po imponu
jącej liczbie pozycji z tej dziedziny - trudno wątpić. Se
miotyka kultury, jak może mało która ze szkół metodo
logicznych, ufundowana jest na dobrze zdefiniowanym
pojęciu kultury. Jego rozumienie zmieniało się wszak
że w czasie. Przypadek Jurija Łotmana, a zwłaszcza je
go, ewoluującego z latami, rozumienia semiotyki kul
tury, jest, w świetle poruszanych tu kwestii, bardzo po
uczający. Jeden z twórców tartuskiej wersji semiotyki,
jej patron intelektualny i duchowy, dochodzi po latach
do pewnych konkluzji, które stawiają częściowo pod
znakiem zapytania wcześniejsze (teksty z lat 60. i 70.),
formułowane z ogromnym rozmachem i na podstawie
potężnego materiału empirycznego , rozstrzygnięcia
w kwestii statusu ontologicznego kultury, jak i możli
wości jej badania. Najogólniej rzecz ujmując, chodzi
tu o relacje pomiędzy jednostką i kulturą. Pomiędzy
żywym, myślącym, działającym człowiekiem a bezoso
bowymi nadrzędnymi strukturami o charakterze nie
omal deterministycznym: językiem naturalnym i ufor
mowanymi wedle jego wzoru strukturalnego wtórnymi
systemami modelującymi. Nie przypadkiem zajął się
Łotman badaniami natury procesu historycznego. Sta
rał się odpowiedzieć na pytanie o „warunki możliwo
ści" zmiany historycznej, rekonstruował jego elementy
stabilizujące i jego dynamikę. Przede wszystkim jednak
próbował opisać, jaką rolę w procesie historycznym
odgrywa jednostka, w jaki sposób dochodzi do przeła
mania dominującego w danym momencie historycz
3
Jak widać, gra idzie o niebagatelną stawkę: jest nią
pytanie o stopień i zakres ludzkiej wolności. W jakim
stopniu nasze działania są jedynie prostą funkcją ponadjednostkowych struktur, a w jakim od nich odbie
gają? W jakim są domeną konieczności, a w jakim
świadomości i woli? Łotman podejmuje w tym miejscu
i rozwija pewne spostrzeżenia Marca Blocha, szczegól
nie jego metaforę przebiegu historycznego jako serii
klatek taśmy filmowej, którą historyk winien umieć
zrekonstruować. O ile jednak klasyk francuskiej histo
riografii rozpatruje - nieco na modłę heglowską - ciąg
owych zdarzeń nie tylko jako prawdopodobnych, ale
jedynie możliwych, to Łotman wskazuje, że zdarzenie
historyczne jest zawsze w y b o r e m spośród szeregu
istniejących możliwości, że jest rezultatem realizacji
jednej z nich. Oznacza to konieczność zmiany podej
ścia do materiału historycznego. Coś zdarzyło się nie
dlatego, że zdarzyć się musiało, ale dlatego, że - z pew
nych powodów - wybrana została ta, a nie inna moż
liwość: „Wyobraźmy sobie film, przedstawiający życie
człowieka od narodzin do śmierci. Oglądając go retro
spektywnie, powiemy: człowiek ten miał jedynie jedną
możliwość i on z żelazną konsekwencją zakończył na
tym, na czym powinien był zakończyć. Błędność takie
go poglądu stanie się oczywista podczas perspekty
wicznego przeglądu kadrów: wówczas film stanie się
opowieścią o zmarnowanych możliwościach i dla głęb
szego odsłonięcia istoty życia będzie wymagał paralelnych alternatywnych zdjęć. I możliwe, że w jednym
2
7
Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
wariancie bohater zginie w wieku 16 lat na barykadzie,
a w drugim - w wieku 60 lat będzie pisał donosy na są
siadów do służb bezpieczeństwa".
Niezwykle interesująco wplata Łotman w swoje
wywody ustalenia biochemika Ilji Prigożyna, twórcy
teorii bifurkacji. Prigożyn, badacz procesów dynamicz
nych w przyrodzie, zauważył, że w pewnej fazie dyna
miki procesów chemicznych, biologicznych i fizycz
nych, które przebiegają według zdeterminowanej krzy
wej, dochodzi do takiego momentu krytycznego, że
nie ma możliwości przewidzenia dalszego stanu dane
go układu. Od tego momentu zwanego punktem bi
furkacji (od łac. bifurcus - dwuzębny, rozdwojony),
rzeczywistość przestaje być przewidywalna. Nie można
stwierdzić, co dalej nastąpi, jako że przed układem po
jawia się szereg możliwości, a ich wybór jest w znacz
nej mierze dziełem przypadku. Przyszłość przestaje być
obszarem konieczności, a staje się przestrzenią możli
wości. Łotman aplikując ów model przyrodoznawczy
do własnych celów, podkreśla rolę elementów nieprze
widywalnych w procesie historycznym. Akcentuje
obecność twórczego przypadku w zdeterminowanym
świecie systemu semiotycznego. „Przy rozpatrywaniu
procesu historycznego w kierunku strzały czasu punk
ty bifurkacji okazują się tymi momentami historyczny
mi, kiedy napięcie sprzecznych strukturalnych biegu
nów osiąga najwyższy stopień i cały system traci rów
nowagę. W tych momentach zachowanie tak poje
dynczych ludzi, jak i mas przestaje być automatycznie
przewidywalnym, determinacja schodzi na dalszy plan.
Ruch historyczny należy w tych momentach przedsta
wiać sobie nie jak trajektorię, lecz jak continuum, któ
re potencjalnie jest w stanie zakończyć się szeregiem
wariantów". W punktach bifurkacji, akcentuje Łot
man, zaczyna działać nie tylko przypadek, ale przeja
wia się świadomy wybór jednej z rysujących się możli
wości. Znika więc przymus systemu, historia okazuje
się areną wypadków nieprzewidywalnych. Nie jest, co
prawda, tak, by przypadek pojawiał się na scenie h i
storii jak deus ex machina, niemniej jednak jest jako
ścią, której zaistnienia nie da się przewidzieć, nie da
się logicznie wyprowadzić z analizy warunków począt
kowych. Późny Łotman jak gdyby chciał połączyć
w całość historię wydarzeniową i historię „długich
trwań", jak gdyby chciał związać w jedno przypadek
i konieczność, pokazując, że mamy tu do czynienia nie
z dwoma rozłącznymi aspektami, ale z dwiema strona
mi jednego medalu. Proces historyczny byłby wówczas
dialektycznym spięciem jednego i drugiego.
koniec życia ku ujęciom antropologii, które zrywałyby
z ortodoksyjną realizacją semiologicznego wzorca, nie
przekroczył jednak kredowego koła języka opisu wy
kształconego u początku jego pisarstwa. W dalszym
ciągu wolno mieć wątpliwości co do tego, czy na ołta
rzu znakowych idei nie poświęcono tu wielowarstwo
wej, skomplikowanej, niejednoznacznej, ale także:
alogicznej, irracjonalnej rzeczywistości ludzkiej? Czy
na gruncie tego języka da się pomyśleć prawdziwy pod
miot, który nie będzie tylko definiowany przez jego
zdolności znakotwórcze i komunikacyjne, ale który
będzie przypominał bardziej żywego człowieka z krwi
i kości, człowieka z jego nieprzejrzystą, wciąż dziejącą
się, wciąż będącą in statu nascendi tajemniczą egzysten
cją? Czy koncepcja człowieka wpisanego w kulturę
4
7
0 znakowych parametrach nie jest, mimo wszystko, re
dukcyjnym modelem osoby? Czy obiektywizujący ję
zyk semiotyki, tak sprawny w opisywaniu większych
całości kultury, tak precyzyjny, gdy chodzi o modelowy
opis pewnych sfer kultury, nie gubi czegoś istotnego,
gdy chodzi o pojedynczą, niepowtarzalną osobę? Czy
nieprzewidywalność procesu historycznego, a zatem
otwarcie furtki w szczelnym dotąd synchronicznym
systemie znakowym, to jej słowo ostatnie?
Sztuka i kultura
Niejedyne to wątpliwości, jakie można formułować
wobec opisu rzeczywistości przez pryzmat „kultury".
Kulturę można kontestować także i z innej, dość nie
spodziewanej, strony: z punktu widzenia sztuki. Tak
właśnie czyni Wiesław Juszczak - nominalnie historyk
sztuki, ale i równocześnie badacz zajmujący się filozo
ficzną refleksją nad sztuką - w książce Fragmenty, zbio
rze artykułów, które wbrew skromnemu i mylącemu
tytułowi jest wyjątkowo spójną i domyślaną wizją sztu
ki, a przede wszystkim jej miejsca we współczesności.
Do przedstawionej tu listy pytań wobec „kultury", do
pisuje swoje, bodaj jeszcze ważniejsze, dopowiadając
5
1 radykalizując tym samym jeszcze znaki zapytania po
mnożone powyżej. Rzadki to głos we współczesnej hu
manistyce, rzadki, gdy chodzi o formułowanie tez idą
cych jawnie pod prąd dominujących w niej przyzwy
czajeń poznawczych. Choćby i z tego powodu warto
przyjrzeć się im bliżej.
Na czym polega zarysowane tak ostro i drastycznie
przez Juszczaka napięcie między sztuką i kulturą? Bie
rze się ono przede wszystkim, z jasno wyłożonej przezeń
koncepcji dzieła sztuki. W swojej refleksji nad istotą
sztuki, nad jej ontologicznym wymiarem, podąża on
wiernie za rozstrzygnięciami Heideggera z jego funda
mentalnej rozprawy O źródle dzieła sztuki i uwagami
Gadamera z Prawdy i metody. Sztuka to taki obszar
ludzkiego działania, w którym nie wartości estetyczne
- jak pouczał Kant - stoją najwyżej. Sztuka jest instru
mentem poznania, to przestrzeń ujawniania się prawdy.
Dzieło sztuki „jest miejscem stanowienia się prawdy.
Wolno wszakże zapytać, czy nawet takie postawie
nie sprawy, dowartościowujące przestrzeń ludzkiej
wolności, pokazujące, że system semiotyczny nie jest
szczelnie domknięty i w pewnych sytuacjach dopusz
cza jego rozerwanie, eksplozję, jak powiada Łotman,
w swojej ostatniej książce, czy takie przesunięcie
oznacza istotny zwrot w semiotycznej ontologii. Wy
daje mi się, że Łotman, choć wyraźnie sterował pod
6
8
Dmusj Czaja • ZYCIE C Z Y L I NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
Jest przy tym zawsze również rzeczą. Ale jest takim jej
osobliwym rodzajem, którego pierwszą i podstawową
funkcję odkrywa się w tym, że rzecz ta wskazuje wprost
na swą istotę, i inaczej niż przez swą istotę nie może się
nam objawić, nie może zostać poznana. Odsłania się
najpierw i właściwie tylko w tym, co stanowi o praw
dzie jej bycia. A wszystkie rzeczy inne niż dzieło są
w tak pojętej swej prawdzie właśnie ukryte. Wśród rze
czy więc jedynie dzieło może naprowadzić nas na isto
tę, ukazać także prawdę rzeczy innych niż ono".
8
Nie piękno tedy, ale prawda staje się tu kategorią
nadrzędną. Piękno, powtarza za Heideggerem Jusz
czak, jest miejscem zjawiania się prawdy, jest co najwy
żej znakiem, śladem tego, że prawda pojawia się w dzie
le. Sztuka nie jest - i nie może być - pojmowana jako
najgłębiej prywatna, subiektywna wypowiedź artysty.
Sztuka nie jest bowiem, jak się wciąż niemal powszech
nie sądzi, ekspresją „wnętrza" artysty, ale instrumentem
poznania rzeczywistości. Rzeczywistości, jak dodaje za
Claudelem, w sensie najbardziej totalnym, obejmują
cym „rzeczy widzialne i niewidzialne". Wychodząca od
przestrzeni zmysłowej, „materialnej", sztuka zawsze ce
luje w to, co „niematerialne". Autentyczne dzieło sztu
ki odsłania lub przynajmniej stara się odsłonić ową ta
jemniczą granicę zmysłowego i duchowego. Ma moc
odsłaniania, skrytego za woalem codzienności, niezwy
kłego wymiaru rzeczy. Sztuka pozbawiona wymiaru du
chowego to w perspektywie przyjętej przez Juszczaka
jawny przykład kwadratury koła. Tak pomyślaną sztukę
można by nazwać religijną, gdyby nie mylące (konfesyj
ne najczęściej), rutynowe skojarzenia związane z tym
przymiotnikiem. Religijną, bo tak jak religia obejmuje
sens całości doświadczenia i stara się nieustannie po
dążać za niezgłębialnym, penetrować wciąż umykający
horyzont tajemnicy.
To właśnie w tym punkcie sztuka jawnie bierze roz
brat z kulturą. Kultura, utrzymuje Juszczak, jest obsza
rem tego, co nazwane, znane, jest domeną tego, co po
znawczo oswojone. „Zdawało mi się kiedyś, że nazwy:
«kultura», i «cywilizacja» oznaczają dwie różne dziedzi
ny. Teraz coraz mniej jestem tego pewien. A na pewno
jestem przekonany, ze sztuka odleglejsza jest od kultu
ry niż kultura od cywilizacji, nawet jeśli między dwiema
ostatnimi da się wskazać jakieś różnice. W pewnym
momencie, nie tak dawno, dało o sobie znać «semantyczne drżenie» u samych podstaw terminu «kultura».
Zewnętrznym tego sygnałem okazała się konieczność
dopowiedzenia, doprecyzowania tego słowa. Zaczęło
się dość powszechnie (a nawet w trybie naukowo-administracyjnym) mówić o «kulturze duchowej» i «kulturze materialnej®. Spróbujmy dokonać takiej samej
operacji na słowie «sztuka», 3 przekonamy się o istot
nej między nimi różnicy. (...) Upór, z jakim powtarzam,
że należy oddzielić sztukę od kułtury, spowodowany
jest także względami zupełnie doraźnymi. Współczesna
historia sztuki, a jeszcze bardziej krytyka artystyczna,
zdaje się bowiem zapominać o tym, co istotnie stanowi
jej «przedmiot». Coraz bardziej zacierają się i są zacie
rane różnice między tym, co artystyczne i paraartystyczne. Pojęcie «ikonosfery» nie tyle przyczyniło się do
tego zamieszania, co stało się widocznym znakiem jego
istnienia - i zgody na nie. Sztukę włączono w obszar
«widzialnych artefaktów®, w którym, jeśli się nawet
chciało uwzględnić jakiś hierarchiczny porządek, nie
sposób go było na dłuższą metę utrzymać".
Juszczak kontestuje „kulturowe" podejście do rze
czywistości sztuki, nie tylko po to, aby utrzymać jakieś
elementarne dystynkcje między tym, co jest sztuką,
a tym, co zaledwie sztukę pozoruje, by wprowadzić ja
kiś ład pojęciowy w świecie rozchwianych kryteriów
i doraźnych, czynionych na podstawie drugorzędnych
cech, nobilitacji „przedmiotów" sztuki. Zwraca uwagę
na często co prawda podkreślany fakt dyktatu myśle
nia naukowo-technicznego we współczesności, ale
i wyprowadza z tego faktu wnioski dla „kultury"
i „sztuki", dla bliższego określenia relacji między nimi.
Akcentuje, że to, co nazywać zwykliśmy „duchowym"
aspektem kultury, zbudowane jest „na podstawach na
uk i ogarnia sobą wszelkie dziedziny wiedzy oraz bar
dziej stechnicyzowane metody poznania. (...) To, co
nazwałem degradacją sensu, polega na uzależnieniu
takich zjawisk i wytworów [zjawisk przypominających
zewnętrznie sztukę - DC] od bezpośredniego dyktatu
techniki, użytkowości, konsumpcji; tych funkcjonal
nych celów, które dominują w sferze „środków maso
wego przekazu". Degradacja ta polega, dalej, na re
dukcji rzeczywistości do sfery ludzkich wytworów
i pragmatycznych celów. Polega wreszcie na redukcji
tejże rzeczywistości do tego, co może być naukowo lub
przy użyciu analogicznych do naukowych metod po
znane i wykorzystane".
9
10
Uwagi Juszczaka, warto może to podkreślić, nie są
jakimś histerycznym (i w dodatku mocno spóźnionym)
atakiem na stechnicyzowaną współczesność, nie są
podszyte wizją retrospektywnej utopii w duchu rousseańskim. W rozgraniczeniu „kultury" i „sztuki" chodzi
mu, jak rozumiem, przede wszystkim o utrzymanie
w mocy wspomnianej autonomicznej jakości sztuki, ja
kości niesprowadzalnej do żadnej innej dziedziny ludz
kiej twórczości. W kulturze bowiem nie ma miejsca na
tajemnicę, z kolei w sztuce tajemnica jest celem twór
czego działania. Kultura oferuje nam produkty godzące
nas z rzeczywistością, tworzące tak pożądany kokon
komfortu i bezpieczeństwa, sztuka zaś to taki rodzaj po
znania, który stawia nas za każdym razem wobec nie
poznawalnego. Tymczasem świat współczesny, zorgani
zowany na podstawie modelu naukowego, dostarczając
owych analgetyków w nadmiarze, z punktu uchyla ja
kiekolwiek pytania o tajemnicę, o to, co niepoznawal
ne, co wymyka się dyskursywnemu nazwaniu.
Propozycja Juszczaka, zdaję sobie sprawę, wyda się
wielu zbyt radykalna i nie do przyjęcia. Jest tu zapew
ne z czym dyskutować. W tym miejscu jednak wątpli
wości traktuję na korzyść oskarżonego. Nie wchodzę
Daiun Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
w meritum ewentualnego sporu. Jego koncept przywo
łuję tu przede wszystkim z jednego powodu: pokazuje
on, mianowicie, że można myśleć o ważnym polu ludz
kiej aktywności - sztuce - nie w obrębie „kultury", ale
dokładnie poza jej obszarem. Ze do myślenia o sztuce,
o tym, co w niej najgłębsze, „kultura" nie jest koniecz
nie potrzebna. Jest tak dlatego, ponieważ rozpo
wszechnione ujęcia „kultury", o słabo - jak zaznacza
Juszczak — uświadamianej pozytywistycznej prowe
niencji (tu świetnym przykładem może być „kultura
symboliczna" Cassirera), nie uwzględniają szczególnej
ontologii dzieła sztuki. Nie uwzględniają również, co
z metodologicznego punktu widzenia jeszcze ważniej
sze, że uprzedmiotawiający, obiektywizujący język opi
su, który tak dobrze przystaje do analizy fenomenów
kulturowych, załamuje się w zetknięciu z dziełem sztu
ki, odsłania swoją nieadekwatność i w gruncie rzeczy
bezradność.
A obraz zszedł z obrazu i usiadł przy stole,
A listonosz nie przyszedł i r e n t y nie przyniósł.
N a s t ę p n e g o d n i a także listonosz nie przyszedł.
H e n r y k K w i a t e k co chwilę d o swych d r z w i podchodził.
M i n ą ł tydzień czekania - listonosz nie przyszedł.
H e n r y k K w i a t e k d o gościa z obrazu powiedział:
- Ja dotychczas nie c h c i a ł e m niczego o d ciebie.
W i e m doskonale, że ty możesz w i e l e .
Ja d o tej pory niczego o d ciebie nie c h c i a ł e m ,
więc teraz o pożyczkę c h c i a ł b y m cię poprosić.
Henryk Kwiatek...
Święty gość długo milczał i patrzył świętymi
O c z a m i na H e n r y k a - H e n r y k K w i a t e k z n o w u
Poprosił o pożyczkę. A gość palec uniósł,
popatrzył na H e n r y k a i powiedział:
- MIŁOŚĆ...
Sytuacja przypomina tę opisaną powyżej. Tak jak
semiotyczna koncepcja kultury zamyka z definicji pe
wien obszar rzeczywistości, uniemożliwia postawienie
pytań o egzystencjalny i metafizyczny sens rzeczywisto
ści, bo wszystko zaczyna się i kończy na „tekstach kul
tury", tak i tutaj „kultura" okazuje się domeną jedynie
ludzkich wytworów, a przez tę właśnie zasłonę kulturo
wych konstruktów sztuka (podobnie jak i religia) pra
gnie się przebić. I w jednym, i w drugim przypadku ka
tegoria „kultury" pełni rolę filtra, który - by przywołać
poręczną metaforę z akustyki - skutecznie obcina pew
ne istotne pasma doświadczanej i przeżywanej rzeczy
wistości. Eliminuje z refleksji antropologicznej i unie
ważnia tajemnicę jako tajemnicę właśnie.
Teraz k a m e r a opuszcza mieszkanie
I widać b l o k o w i s k o przeraźliwie czarne
I widać czarne niebo - i na niebie c z a r n y m
WIELKIE I B L A D E PRZERAŹLIWIE SERCE""
Spróbujmy na moment założyć - rzecz z punktu wi
dzenia reguł literaturoznawczej intrepretacji skandalicz
na - realność fikcji, p r a w d z i w o ś ć opisanej tu hi
storii życiowej. Potraktujmy ów precyzyjnie zrobiony
wiersz, operujący świadomie sprozaizowanym językiem
reporterskiej (także i filmowej) narracji, jak opowieść
„z życia wziętą". Dla podparcia tego jawnie antymetodologicznego procederu, dodać tu można, że historia ta ma
swoje wcale liczne odpowiedniki w niezwykłym filmie
Marcela Łozińskiego „Wszystko może się przytrafić".
W tym arcydziele polskiego dokumentu, sześcioletni syn
reżysera, jeżdżąc na hulajnodze po warszawskich Łazien
kach „przepytuje z życia" takich właśnie jak u Świetlic kiego bohaterów. A może raczej: antybohaterów, ludzi
bez wielkich dokonań, bez biografii obfitujących
w chwalebne czyny, najczęściej samotnych i wyrzuco
nych na margines życia, ludzi z bocznego toru wielkiej
historii, ludzi - chciałoby się powiedzieć - bez właściwo
ści, gdyby za tym słowem nie stała jednoznacznie nega
tywna kwalifikacja. Wszyscy oni mają (mieli?, większość
z nich to ludzie w podeszłym wieku) nie jakieś, ale naj
głębiej własne i niepodobne do innych życie. I wszyscy
dzielą się z chłopcem i z nami, widzami tej opowieści,
szczegółami swojej zwyczajnej egzystencji. Pobudzeni py
taniami dziecka, jakby na podobieństwo uwag Łotmana,
odwijają przed nami film swojego życia, wywołują jego
znaczące kadry. Łozińskiemu udała się rzecz rzadka.
W zderzeniu życia wchodzącego w świat i życia schodzą
cego z „tego świata", w postawieniu bohaterów wobec
perspektywy ostatecznej, okazało się, że zwykłe, zwyczaj
ne, banalne skrawki życia nabierają nieledwie epiranicznej gęstości. Zwykłość egzystencji okazała się jedynie
maską dla ukrytej niepojętości i niezgłębialności życia.
Kartka z żywotów nieświętych
Prowokacji nigdy za mało. Przyjrzyjmy się teraz
fragmentowi pewnego współczesnego zwyczajnego ży
wota. Spójrzmy nieuprzedzonym okiem na ten poetyc
ki zapis codzienności.
„Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
To był j e d y n y facet, z którym mógł t o robić.
W r a c a ł d o d o m u - zaparzał h e r b a t ę ,
A w t e d y święty obraz doń z obrazu schodził.
I r o z m a w i a l i . H e n r y k K w i a t e k mówił
o wszystkim, co m u się zdarzyło tego d n i a a święty
milczał i świętymi oczami na H e n r y k a patrzył.
H e n r y k Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
B o z k i m się miał przyjaźnić? N o przecież nie z księdzem,
C o raz do r o k u po kolędzie chodził.
Bo z k i m się miał przyjaźnić? Przecież nie z listonoszem,
co raz na miesiąc m u r e n t ę przynosił.
Henryk Kwiatek...
H e n r y k Kwiatek przyjaźni! się z gościem ze świętego obrazu.
Któregoś d n i a wrócił z miasta - zaparzył h e r b a t ę .
10
Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
Co antropolog k u l t u r y ma do powiedzenia
o przytoczonym przed chwilą jednym ledwie fragmen
cie zwyczajnej egzystencji? Co potrafi powiedzieć o tej,
zamkniętej w trzech obrazach, historii przeraźliwej sa
motności i głodu rozmowy z niewidzialnym, historii
nadziei i rozpaczy, historii zamkniętej na głucho świę
tości (bo chyba nie jest to wiersz o kłopotach poczty
z doręczaniem renty) ? Co antropolog kultury, ze swo
imi kodami, systemami znaczącymi, kanałami infor
macji itp. ma o tej historii do powiedzenia? Co może
zrobić z tą tragiczną i (zakładamy dalej) prawdziwą h i
storią pojedynczego życia? W końcu, było nie było,
„antropologia" ma w swym rdzeniu anthropos, człowie
ka, a kto powiedział, że ma to być człowiek uogólnio
ny, przedstawiciel jakiejś grupy społecznej, reprezen
tant jakiejś zbiorowości, a nie człowiek z własną histo
rią, własną biografią, własnym, osobnym i niepowta
rzalnym jak linie papilarne, wzorem egzystencji. Chcę
być dobrze rozumiany: nie idzie mi tu o żadną solidar
ność w cierpieniu, o jakiekolwiek etyczne powinności
antropologa (choć tych pewnie nigdy za dużo), o ża
den sentymentalizm uczuciowy. Kwestię stawiam wy
łącznie na poziomie metodologicznym: chodzi mi o to,
co może on - jako badacz zajmujący się rozumieniem
spraw ludzkich i mający w zanadrzu dobrze sprawdzo
ne narzędzia opisu - zrobić z t у m właśnie życiem? Na
ile kategorie, z którymi dziarsko wyrusza w świat, są tu
w ogóle przydatne? Biegli w sztuce dzielenia znaków
na naturalne i arbitralne, w odróżnianiu znaczącego
od znaczonego, w dodawaniu do „kultury" różnicują
cych ją przymiotników, co możemy powiedzieć
o t у m życiu, tak prostym i tak nagim w swojej prze
zroczystej, zdawałoby się, zwyczajności, a tak umykają
cym przed schwytaniem go w jednoznaczne formuły
logiczne i semantyczne?
Widać przecież wyraźnie, że potraktowanie nasze
go modelowego Henryka Kwiatka po prostu jako sta
tystycznego przypadku zwyczajnie zabija, excusez le
mot, przedmiot naszego badania. Widać nie mniej wy
raźnie, że zastosowanie wobec tego „przypadku" trady
cyjnej, z „kulturą" związanej aparatury pojęciowej mi
ja się z celem. Czujemy jak odległe i toporne są narzę
dzia analityczne wobec tej zwyczajnie nie-zwyczajnej
egzystencji. Rozumiemy, że opowiedziane tu fragmen
tarycznie życie, to, co w nim najciekawsze i najbardziej
tajemnicze, nie odsłoni się w ten sposób przed nami.
Prowadzi to do konstatacji bolesnej, ale prawdziwej,
że, krótko mówiąc, antropolog к u 1 t u г у na temat
powyższej historii i jej podobnych ma do powiedzenia
niewiele bądź zgoła nic. Albo inaczej: że wszystko to,
co ewentualnie miałby do powiedzenia, będzie zawsze
p o n i ż e j historii tu przedstawionej, że życie skutecz
nie opiera się przed zakusami próbujących roztajemniczyć go kulturowo badaczy.
Trzeba przy tym powiedzieć wyraźnie: w zarysowa
nym tu lapidarnie i grubą kreską sprzeciwie wobec
„kultury" nie chodzi o żadne dramatyczne ruchy, o ja
kąkolwiek nazewniczą rewolucję. Byłaby to w istocie
operacja samobójcza (spróbujmy wyobrazić sobie tekst
antropologiczny całkowicie obywający się bez pojęcia
kultury). Nie idzie o to, by niczemu niewinne dziecko
wylać razem z kąpielą. Zależało mi na czym innym: na
pokazaniu, jak ograniczona jest to wizja świata ludz
kiego i jak mocno funkcjonuje w naszym myśleniu; jak
ciągnie za sobą ogon nieprzezwyciężonych do dzisiaj
- wbrew głośnym deklaracjom - przesądzeń i dyrektyw
poznawczych paradygmatu pozytywistycznego; jak
w dalszym ciągu daje prymat metodzie przed prawdą,
jak dystansuje się od dialogicznej formuły rozumienia,
jak dalece lęka się wszystkiego, co wymyka się dyskur
sy wnemu poznaniu.
12
Z ciemności w ciemność
Dobrze więc: jeśli nie „kultura", to co? Wprowadź
my zatem do zatęchłego antropologicznego słownika
(akulturacja, obyczaj, zmiana kulturowa...) nieco przy
kurzone, co nie znaczy: martwe, pojęcie „życia". „Ży
cia" w całej jego prostocie i . . . skomplikowaniu. Trzeba
będzie powrócić tym samym do elementarnej charak
terystyki tego terminu, tak jak pojawia się ona w pi
smach filozoficznych Wilhelma Diltheya, najważniej
szego z przedstawicieli tzw. filozofii życia przełomu XIX
i XX stulecia. Z Diltheyem jest ciekawa sprawa. Wspo
mina się zawsze jego nazwisko, ilekroć mowa o odle
głym sporze o odrębny status poznawczy humanistyki
czy dyskusjach o naturze interpretacji, ale w zasadzie
traktuje się jego pomysły niemal wyłącznie jako etap
(przezwyciężony) w historii filozofii. Docenia się jego
wpływ na późniejsze wielkości (Husserl, Heidegger),
ale jego filozofia życia traktowana jest jako szacowny,
ale jednak zabytek w dziejach pojęć filozoficznych.
W pracach antropologicznych, nieufnych wobec kon
ceptów filozoficznych, jako żywa inspiracja metodolo
giczna pojawia się rzadko. ' Tymczasem wydaje się, że
pojęcie „życia", ma w dalszym ciągu intrygującą moc
oddziaływania. Obejmując treści bardziej podstawo
we i daleko szersze niż pojęcie „kultury", rejestruje bo
wiem i uwzględnia nie tylko poznawalne, ale także
niedyskursywne i semantycznie ciemne, niedookreślo
ne sfery rzeczywistości, może być dla niego interesują
cą przeciwwagą.
1
14
Przypomnijmy: dla Diltheya polemizującego z róż
nymi odmianami filozofii świadomości to właśnie „ży
cie" stanowiło fundamentalną i nieredukowalną pod
stawę namysłu nad człowiekiem. Pojęcie „życia" skie
rowane było przeciwko wszelkim uroszczeniom rozu
mu abstrakcyjnego, przeciwko wszelkim konstrukcjom
teoretycznym, niemającym umocowania w empirii.
W miejsce świadomości pojawia się u niego życie jako
pierwsza, podstawowa struktura znacząca, jako sposób
bycia człowieka. Nie przypadkiem Heidegger będzie
podkreślał swój dług wobec Diltheya (czy heiedegge-
Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC
rawskie Dasein jest powtórzeniem, czy rozwinięciem
diltheyowskiego „życia" w innym języku pojęciowym,
to osobny problem). Dilthey wielokrotnie utrzymywał,
że wszystkie pojęcia, którymi próbujemy opisywać i i n
terpretować zachowania człowieka, właśnie z życia się
wywodzą, że innymi słowy: „życie poznaje życie" (czyż
by prasformułowanie tezy o poznawaniu „kultury przez
kulturę"/). I jest to sytuacja trwała. Poza życie, jako
pierwotne datum, nie można wyjść, z niego pochodzą
kategorie, które stać się mogą narzędziami jego opisu.
Pojęcie życia wprowadza Dilthey z całą towarzyszącą
mu dwuznacznością. Jest bowiem życie przedmiotem,
ale i podmiotem poznania. Kategorie życia nie są jedy
nie formami pozwalającymi okiełznać chaos doświad
czenia, ale równocześnie sposobami, w jakich życie się
uzewnętrznia.
w stanie go transcendować, przeciwnie: zawsze jest je
go ekspresją. Dilthey pokazywał będzie i przekonująco
dowodził, jak wątłe i kruche są nasze narzędzia po
znawcze, jak niezdarnie próbują wyjść poza „przyro
dzone" im ograniczenia. Żyjemy otoczeni ścianami,
powtarzał, i poza nie nie sposób wyjść. Toteż lektura
życia, czytanie w jego znakach nie ma, bo mieć nie
może, ostatecznego końca. Zycie musi być wciąż na
nowo wypowiadane. Jakże dalekie to od późniejszego
optymizmu poznawczego w humanistyce, która w i
działa swoją szansę wyjścia z kryzysu epistemologicznego w przyjęciu modelu dostarczonego przez przyro
doznawstwo.
Zasługą Diltheya jest wydobycie na jaw całego dy
namizmu, pulsowania, zmienności kategorii życia, jego
dziejowości. Wnikliwa komentatorka diltheyowskiej
filozofii, zauważa, że utożsamienie życia z dziejowością
jako przestrzenią pojawiania się znaczeń pozwala mó
wić o logosie życia, o trwałej jego dyspozycji do wydo
bywania z siebie struktur, na podstawie których może
być rozumiane. „ L o g o s ż y c i a jest więc dziejowym
procesem, w trakcie którego dochodzi do głosu zna
czenie życia i kształtują się jego struktury; dopiero ja
ko dziejowe, czyli podlegające dynamice ekspresji, ży
cie jest poznawalne. Proces ten nie czyni go jednak
całkowicie przejrzystym i nie jest w stanie usunąć irra
cjonalnej reszty; jako niosące nowość, otwarte ku
przyszłości - życie pozostaje niezgłębialne". Ów logos
życia jest więc kategorią paradoksalną. Wskazuje, że
życie może być rozumiane, poznawalne, ale tylko do
pewnego stopnia. Pojawianie się znaczeń, nadawanie
kształtu przepływającemu, dynamicznemu strumienio
wi życia to jeden aspekt zjawiska. Drugim jest nieod
łączne od jego „jasnej" części, ciemne tło, jak i otwar
tość biorąca się z jego „wychylenia" w przyszłość.
W jednym z bardziej przejmujących fragmentów swo
jego dzieła odnotowuje Dilthey: „W obu kierunkach
życie niknie w ciemności. W ciemności tonie jego po
czątek, ciemność spowija jego koniec. Ciemność ta ro
dzi w nas obawy, nadzieje, najrozmaitsze afekty. Pod
ich wpływem powstaje wiara, poezja i metafizyka... To
z ciemności wybiegające i w ciemność biegnące życie
chciałby człowiek wpisać w jakiś układ, w którym ży
cie stałoby się dlań pojmowalnym". Nawet w auto
biografii, którą uznawał on za najbardziej instruktywną formę, jaką przybiera rozumienie życia, dostrzega
momenty niepoddające się analitycznemu rozbiorowi:
„Autobiografia jest objaśnieniem życia w jego tajemni
czym splocie przypadku, losu i charakteru. Gdziekol
wiek spojrzymy, tam nasza świadomość próbuje uporać
się z życiem. Nasze losy, jak również nasza istota, na
pełniają nas cierpieniem i zmuszają, byśmy się z nimi
rozumiejąco pogodzili. Przeszłość tajemniczo nęci, by
śmy poznali nici znaczenia jej momentów. Jej eksplika
cja pozostaje jednak niezadowalająca. Nigdy nie upo
ramy się z tym, co nazywamy przypadkiem: zdarzenia,
które jako wspaniałe czy jako straszliwe stały się zna-
Czym jest dokładniej owo „życie", jak je rozumieć?
Niewątpliwie jest czymś innym niż fenomen czysto
biologiczny, i to bodaj jedyna rzecz, o której można
powiedzieć bez żadnych dwuznaczności. Dilthey dookreślał je wielokrotnie, oddawał jego znaczenie
w wielu terminach i określeniach metaforycznych.
Bez wątpienia jego eksplikacja tego pojęcia daleka
jest od tak miłej sercu uczonego jednoznaczności.
Chciałoby się powiedzieć, że jest równie bogata i wie
loznaczna (co dla wielu znaczy po prostu: mętna i po
krętna) jak... samo życie. W jednej z jego opisowych
charakterystyk, zwraca Dilthey uwagę przede wszyst
kim właśnie na to, jak wymyka się ono jednoznacz
nym określeniom, jak oscyluje na granicy między
oczywistością i esencjalną niepojętością: „Słowo życie
oznacza coś każdemu z nas najlepiej znanego, rzeczy
wistość najintymniejszą, ale równocześnie i najciem
niejszą, ba, zupełnie niemożliwą do zbadania. Czym
jest życie - zagadka to nie do rozwiązania. Wszelki na
mysł, wszelkie myślenie i badanie wyrasta z tak nie
zbadanej rzeczywistości. Korzenie wszelkiego pozna
wania tkwią w tym niepoznawalnym w swej pełni ży
ciu. Można opisywać życie. Można uwydatniać jego
poszczególne cechy charakterystyczne. Można śledzić
w tej wzburzonej melodii jej jak gdyby rytm i akcent.
Ale nie można rozebrać życia na czynniki. Zycie jest
nieanalizowalne. Żadna formuła, żadne wyjaśnienie
nie jest w stanie wyrazić, czym jest życie. Pojawiając
się w życiu i istniejąc w układzie życia, myślenie bo
wiem nie może nawrócić poza życie. Zycie pozostaje
dla myślenia niedocieczonym jako dana, do której
ono samo należy, poza którą zatem nie może ono na
wrócić. Myślenie nie może nawrócić poza życie, po
nieważ jest jego wyrazem. Najważniejsze pojęcia,
z pomocą których pojmujemy świat, są kategoriami
życia. Jakimże sposobem moglibyśmy z pomocą pojęć,
wyodrębnionych i poprzez abstrakcję oczyszczonych
z życia, wyjść poza życie".
15
17
18
16
Nie można adekwatnie wypowiedzieć życia, bo my
ślenie analityczne, które próbuje ten cel osiągnąć, nie
może oderwać się od obiektu swojego opisu, nie jest
12
Daiusz. Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSĆ
czącymi dla naszego życia, zawsze zdają się wkraczać
przez bramy przypadku".
To ciekawe, u Łotmana przypadek jest jedynie sy
gnałem otwartości systemu znakowego, czymś nie
przewidywalnym, ale dającym się w dużym stopniu ex
post zrekonstruować i wytłumaczyć; u Diltheya przy
padek jest emanacją niewytłumaczalnego, jest każdo
razowo zwiastunem tajemnicy.
Poznanie żywego, pulsującego życia, życia z jego
niedającą się precyzyjnie wykreślić trajektorią przy
padków, zawsze będzie naznaczone skazą nieadekwatości. Analiza życia skazana jest tedy na niedopowie
dzenie, a w ostateczności niewy-powiedzenie. Inter
pretacje życia zawsze zawierać będą w sobie ową, nie
usuwalną „ślepą plamkę" poznania. Ale nie jest to
okoliczność epistemologicznie frustrująca. Nie jest to
świadectwo bezradności poznawczej, ale konsekwen
cja źródłowej, pierwotnej, nieprzekraczalnej ontologii
życia. To po prostu uznanie twardej konieczności, któ
ra wynika z przekonania, że każde „pozytywne" rozwią
zanie zagadki życia staje się kolejnym pytaniem, na
które trzeba dać odpowiedź. Przyjmuje ono naturę ho
ryzontu, który - mimo naszych prób schwytania go wciąż będzie rysował się przed nami. Doskonalenie
i wysubtelnianie naszych narzędzi poznawczych nicze
go w tej sytuacji nie zmieni. Zycie pozostanie nieod
gadniona i nieodgadywalną z natury rzeczy zagadką.
Jeszcze raz Dilthey: „życie zawsze pozostaje dla nas za
gadką, przeto i uniwersum musi pozostać dla nas za
gadkowym. Gdybyśmy mogli analizować życie, wyja
śniłaby się nam tajemnica świata". Warto podkreślić
wagę tego równania: życie = świat. Pytanie o życie,
o to, jak się jawi, nie jest zatem jakimś pytaniem, jed
nym z wielu, pytaniem, które dotyczyłoby pewnego
wydzielonego obszaru doświadczenia. Dilthey wyraź
nie mówi, że w pytaniu o życie wybłyska niejasno ta
jemniczy sens Całości.
19
20
Zycie i opowieść
Nieżywiąc nadziei na złamanie szyfru świata, chce
my jednak jakoś zrozumieć życie. Jak je myślowo
okiełznać, jak - mimo dojmującej świadomości ułom
ności naszych narzędzi poznawczych - schwytać je
w porządkujące schematy poznawcze? Jedną z ciekaw
szych propozycji w tym względzie wydaje się koncepcja
tożsamości narracyjnej Paula Ricoeura. Również i tu,
podobnie jak w analityce egzystencjalnej Dasein Hei
deggera, słychać pogłos biograficznej i autobiograficz
nej lekcji Diltheya.
Ricoeur wychodzi w swoim rozumowaniu od za
kwestionowania zdroworozsądkowego przekonania
o fundamentalnej i nieprzekraczalnej odmienności ży
cia i opowieści. W potocznym rozumieniu życie jest
przeżywane, historie zaś opowiadane. Zycie naznaczo
ne jest stemplem prawdy, „czymś, co zdarzyło się na
prawdę"; opowieści, z definicji, są produktem wyobraź
13
ni, są nie-realne, mają status fikcji. Zdaje się jak gdyby
życie od fikcji oddzielała przepaść nie do pokonania.
Konstruując narracyjną koncepcję podmiotu, Ricoeur
stara się przerzucić nad nimi pomost, wskazać możliwe
łączniki, które mogłyby te dwie jakości ze sobą związać,
tak jednak, by nie zatraciły one swojej odmienności.
Opowieść fikcyjna prowadzi do życia z prostego po
wodu. Otóż, proces budowania, komponowania opo
wieści nigdy nie jest dopełniony w tekście, ale każdo
razowo dopełnia się po stronie czytelnika. Za sprawą
opowieści dochodzi do refiguracji życia. Inaczej mó
wiąc: sens opowieści pojawia się na przecięciu świata
tekstu i świata czytelnika. A k t lektury jest nie tylko
twórczy, ale staje się momentem krytycznym w proce
sie przekształcania doświadczenia czytelnika przez
opowieść. Ricoeur podkreśla tu szczególnie potencjal
ną otwartość tekstu fikcjonalnego: „Mówiąc o świecie
tekstu, akcentujemy charakterystyczną dla każdego
dzieła literackiego zdolność otwierania horyzontu
możliwego doświadczenia - jakby rzutowania przed
siebie świata, w którym dałoby się żyć. Tekst nie jest
czymś w sobie zamkniętym. Jest projekcją nowego universum, różnego od tego, w którym przywykliśmy żyć.
Przyswoić sobie tekst w trakcie lektury to wejść w ob
ręb horyzontu świata otwartego przez tekst - świata,
w którym mieszczą się działania, charaktery i wydarze
nia opowiadanej historii. W rezultacie czytelnik od
krywa, że przynależy jednocześnie do dwóch światów:
tego, w którym rozwija rzeczywistą działalność, oraz
tego, którego doświadcza mocą wyobraźni".
21
Z hermeneutycznego punktu widzenia tekst jest
czymś więcej niż autoreferencyjnym układem znaków,
tak jak chcieli to widzieć strukturaliści. Dzieło literac
kie obejmuje trzy wymiary: referencyjność, komunikowalność i samorozumienie. Pierwszy wymiar odnosi się
do pośrednictwa między człowiekiem i światem, drugi
pośredniczy między człowiekiem i drugim człowie
kiem, trzeci - odnosi się do pośrednictwa między człowiekim i nim samym. W tym ostatnim przypadku akt
lektury staje się twórczym narzędziem samorefleksji.
Czytanie, powiada Ricoeur, jest samo w sobie pewnym
sposobem życia w świecie fikcji, który dla czytającego
zostaje otwarty przez dzieło. A zatem historie są nie
tylko powtórnie opowiadane, ale także przeżywane i tu
otwiera się już możliwość ich wzajemnej interferencji.
Szczególną rolę przyznaje Ricoeur właściwości
ludzkiej egzystencji, którą nazywa prenarracyjną zdol
nością przypisaną samemu życiu. Mówiąc najprościej,
chodzi tu o to, że życia nie da się zinterpretować sen
sownie dotąd, dokąd będzie się je pojmować wyłącznie
w kategoriach biologicznych. Jest w samym życiu coś,
co domaga się interpretacji. Zycie chce być opowie
dziane, chce być schwytane w narracyjny schemat.
Doświadczenie życia zawiera w sobie wymóg rozjaśnia
jącej je opowieści. Prenarracyjną jakość ludzkiego do
świadczenia pozwala mówić o życiu „jako pewnej hi
storii w stadium narodzin, lub jako d z i a ł a n i u
Daiusz Czaja * ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
i d o z n a w a n i u d o m a g a j ą c y m się o p o w i e d z e n a .
Zrozumienie działania nie sprowadza się do znajomo
ści siatki pojęciowej, w którą bywa ujmowane. Na mo
cy swego symbolicznego zapośredniczenia, zrozumie
nie to sięga aż do rozpoznania czasowych właściwości
działania, które przywołuje opowieść. To nie przypad
kiem, ani nie przez pomyłkę potocznie mówimy, że
przydarzyła się nam jakaś historia lub że jakaś historia
schwyciła nas w pułapkę, lub po prostu mówimy o hi
storii życia."
że fikcja, w szczególności opowieść fikcyjna, jest nieredukowalnym obszarem s a m o r o z u m i e n i a . Jeśli jest
prawdą, że fikcja wypełnia się sensem tylko w życiu,
a życie może być rozumiane tylko przez historie, które
o nim opowiadają, to życie p r z e m y ś l a n e - w zna
czeniu, jakie zapożyczyliśmy od Sokratesa - jest ży
ciem p o n o w n i e o p o w i e d z i a n y m . "
Niezależnie od wątpliwości, jakie można żywić wo
bec narracyjnej koncepcji tożsamości, która w opo
wieści widzi narzędzie samorozumienia, niezależnie od
tego, jak postrzegać będziemy rolę owych zdolności fabulacyjnych, cztery wnioski, jakie wyciągnąć można
z analiz Ricoeura, wydają się niepodważalne. Pierwszy:
ukazuje on tożsamość w jej aspekcie dynamicznym,
pokazuje - choć po analizach filozofii egzystencji rzecz
to nienowa - życie jako strukturę otwartą, niedo
mkniętą, wciąż stającą się w drodze kolejnych opowie
ści. Drugi: życie naprawdę ma strukturę narracjopodobną, nie jest to wynik rzutowania weń znanych nam
fabuł. Zycie oglądane z perspektywy narracyjnej two
rzy gęsty, splątany wzór historii potencjalnych, histo
rii, które oczekują na swojego narratora. Trzeci, kom
plementarny: opowieści fikcyjne są szczególną maszy
ną do unieruchamiania czasu. Pozwalają na wprowa
dzenie do chaosu danych wyjściowych, do tej nieja
snej epizodycznej magmy życiowego doświadczenia,
narracyjnego wzoru nadającego im ład i strukturę.
Prościej: wprowadzają sens w przemijający i przypad
kowy zbiór faktów naszego życia. I czwarty: tak ścisłe
powiązanie życia i opowieści, opowieści i życia, tworzy
przekonujące i dobrze uzasadnione podstawy antropo
logii narratywnej.
2 4
22
W tym miejscu może pojawić się wątpliwość, czy
nie jest tak, że wspomniane zapośredniczenie życia
przez opowieść nie prowadzi do błędnego kola. Skoro
bowiem rzutujemy na własne życie historie już usłysza
ne, mogłoby się wydawać, że nie mamy dostępu do
„nagiego", żywego doświadczenia naszego życia, życia
z wpisaną weń wirtualną opowieścią, ale od razu po
strzegamy je przez pryzmat opowieści już istniejących.
W odpowiedzi Ricoeur przywołuje sferę doświadcze
nia codziennego, pytając retorycznie: „czyż nie jeste
śmy skłonni postrzegać pewien łańcuch epizodów na
szego życia jako coś w rodzaju ciągu h i s t o r i i jesz
cze n i e o p o w i e d z i a n y c h , historii, które domagają
się opowiedzenia i które oferują punkty zaczepienia
dla możliwej narracji? Co więcej, czyż opowieści nie
są, na mocy definicji, historiami na nowo opowiedzia
nymi? Wydaje się to oczywiste, kiedy mamy na myśli
opowiadanie o faktycznych historiach, które się zda
rzyły. Ale czyżby pojęcie historii możliwej było nie do
przyjęcia?"
25
23
Dwa „z życia wzięte" pospolite przykłady uprawo
mocniają taką supozycję: seans psychoanalityczny
i przewód sądowy. I w jednym, i w drugim przypadku,
splątanej serii rozmaitych epizodów trzeba nadać
(w miarę) spójną postać. W pierwszym przypadku psy
choanalityk jest tym, który umożliwia pacjentowi wy
ciągnięcie z rozlicznych faktów jego życia spójnej nar
racji, nadaje im postać koherentnej opowieści, która
byłaby dla niego zrozumiała i do przyjęcia. Zakłada się
tym samym, że historia życia tkwiła już immanentnie
w głowie pacjenta, że wyrasta z historii jeszcze nie opo
wiedzianej, stłumionej na rzecz tych opowieści, które
dostępne były jedynie na poziomie świadomym.
W przypadku drugim sędzia stara się poskładać w spój
ną całość splątane wątki historii, w którą uwikłany
jest pozwany. Tu również praca interpretacyjna polega
na wyświetleniu i zebraniu w pewną całość życiowych
przypadków pozwanego, które tworzą z początku męt
ny i niejednoznaczny obraz historii jeszcze nieopowiedzianej. Łączenie wszelkich znaczących poszlak jest
urzeczywistnieniem tej istniejącej dotąd in potentia
wirtualnej historii. Z chwilą tej rekonstrukcji z masy
poplątanych, często sprzecznych wątków, wyłania się
ich podmiot. Sędzia-narrator, przekształca więc to, co
się wydarzyło w przeszłości, jakąś niejasną prehistorię
pozwanego, w sensowną i logiczną opowieść. „Z tej
podwójnej analizy — podsumowuje Ricoeur — wynika,
14
Uwagi Ricoeura są dobrym preludium do ostatniej
już odsłony tych rozważań o życiu. O życiu, które chce
być opowiadane, a które nigdy do końca opowiedzia
ne być nie może. O „życiu", które jest większe i bogat
sze od „kultury", które przerasta kulturę. O życiu, któ
re samo siebie transcenduje, które wciąż wymyka się
nazwaniu i wypowiedzeniu.
Zycie codzienne
przy Simon-Crubellier
Na początku był rysunek. W roku 1949 Saul Stein
berg opublikował obrazek zatytułowany po prostu:
The Art of Living. Rysunek przedstawia kamienicę
z częściowo odsłoniętą fasadą. „Zerwanie" przedniej
ściany odsłania życie toczące się w kilku mieszkaniach,
prezentuje w obrazkach ową tytułową sztukę życia.
Zwyczajne, codzienne życie, rozpisane na kilka miesz
kań i utrwalone w swojej jednoczesności. Niepowta
rzalna kreska Steinberga szkicuje więc parter, a tu pa
ni z panem przy stole, obok ktoś bierze prysznic, jesz
cze obok pani z panem śpią, ale w osobnych łóżkach,
piętro wyżej pani robi na drutach, jeszcze jedno piętro
- a tam rodzina w salonie z dziećmi, pani z panem czy-
Daimz Сща
• ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
Moretlet
SMAUTF SUTTON ORŁOWSKA
НОПОГС
Simpson
Jirdme
NETO
CRESPI
dziesiątki zrekonstruowanych retrospektywnie biogra
fii, historii życia jej mieszkańców pomnożonych o dzie
siątki innych, które „przy okazji" ich referowania się
pojawiają. Podobieństwo i - chciałoby się powiedzieć
- wręcz niewolnicze naśladownictwo obrazkowego
pierwowzoru polega i na tym, że obraz Pereca również
jest do bólu statyczny: „akcja" powieści została jak
gdyby unieruchomiona przez wskazówki zegara, umiej
scowiona jest dokładnie 23 czerwca 1975 roku około
godziny ósmej wieczorem. Siedzimy więc zatrzymane
w kadrze zwielokrotnione życie mieszkańców jednego
domu. Brak tu jednej, rozwijającej się linearnie fabuły,
mamy za to dziesiątki różnorodnych, pozornie niezwiązanych ze sobą opowieści. Fragment goni frag
ment. Okno z jednego pomieszczenia wyprowadza nas
do drugiego. Wędrujemy do piwnic, do kotłowni, do
służbówki i na strych. Wchodzimy do windy. Przemie
rzamy halle i schody. Narracja, ruchem konika szacho
wego (skomplikowany szachowy algorytm leży u pod
staw konstrukcji powieści) przebiega z mieszkania do
mieszkania, pozwalając nam - na wzór zasłony zdartej
przez Steinberga - przyjrzeć się bliżej mieszkańcom tej
osobliwej kamienicy. Wedle autokomentarza Pereca
całość książki została pomyślana na podobieństwo do
mu, którego mieszkania, łącząc się ze sobą, przypomi
nają pojedyncze elementy, które tworzą skomplikowa
ny wzór jakiejś układanki.
Troquet
PLASSAERT
HUTTING
GRATtOLET
Troyan
ALBIN
Fresnel
& ROGERS
BRHDEL
Brodin-
VAlfcNE
Jerome
•Gratiolct
CI NOC
WINCKLER
Doktor M N T E V I L L E
Graliotet
Hourcade
REOL
Hiben
POULEROT
RORSCHASCH
Speiss
Echard
BERGER
Grifalconi
MARQUISEAUX
Danglars
Colomb
BARTLEBOOTH
FOUREAU
SCHODY
Appenzzelł
ALTAMONT
DE BEAUMONT
MOREAU
LOUVET
Claveau
Wejście
MARCIA
stróżówka
- antykwarial
NOCHERE
dla
służby
KOTŁOW
PIW ( I C E
NIA
Massy
H A L L WEJŚCIOWY
MASZYNERIA
PIW U C E
WINDY
MARCIA
P
I
V
I'
I
С
E
K a m i e n i c a przy rue S i m o n C r u b e l l i e r 11. P l a n b u d y n k u
(kursywą zaznaczone są nazwiska d a w n y c h mieszkańców)
tają, dzieci krzątają się po podłodze... 1 tak dalej przez
cztery kondygnacje. Steinberg robi w istocie przekrój
poprzeczny przez budynek, dając w efekcie nieco
dzienny portret wielorodzinny we wnętrzu.
Ten właśnie rysunek stał się inspiracją dla Georges'a
Pereca, autora jednej z najbardziej niezwykłych powie
ści ubiegłego stulecia: Zycie. Instrukcja obsługi. Powie
ści pisanej przez Pereca powoli, metodycznie, przez
prawie dziesięć lat. Powieści, o której Italo Calvino
powiedział (przepisuję ze skrzydełka polskiego wyda
nia): „Myślę, że ta książka, wydana w Paryżu w roku
1978, jest ostatnim prawdziwym wydarzeniem w histo
rii powieści". W rzeczy samej wielkie to dzieło. Naj
pierw całkiem dosłownie: książka Pereca liczy około
700 stron, podzielona jest na 99 rozdziałów. Obejmu
je przy tym kilkadziesiąt detalicznie opowiedzianych
historii, wprowadza na literacką scenę setki postaci
o różnej randze i znaczeniu, zawiera niezliczoną ilość
nazw własnych i tyleż samo przedmiotów różnego au
toramentu. Całość poprzedza wstęp i kończy epilog.
Ale to nie wszystko: zamieszczony jest w niej również
plan budynku, indeks, kalendarium, „przypomnienie
niektórych opowieści zawartych w niniejszym dziele",
a także postscriptum. Projekt najwyraźniej pomyślany
jako swoista, literacka summa. Pomysł tej wielopiętro
wej konstrukcji literackiej był tak genialny w swej pro
stocie, jak rysunek Steinberga. Mianowicie, Perec
przedstawia i obrysowuje ze wszelkimi szczegółami
świat jednej kamienicy mieszczącej się przy me Simon-Crubellier nr 11 w Paryżu, świat obejmujący
Zanim zajrzymy wraz z Perekiem do wnętrza ka
mienicy, odnotujmy, że pewne przesłanki koncepcji
powieści, jej głównych wątków i tematów, ba, sensu
uprawiania literatury, układania słów w sensowne
struktury, można wyśledzić bez trudu we wcześniejszej
twórczości Pereca. Ale także w jego biografii. Perec
trawiony był obsesją zapomnienia, zanikania pewnych
fragmentów rzeczywistości, toteż starał się zapisywać
wszystko, co związane z jego życiem. Jeśli „wszystko"
wydaje się słowem na wyrost, to warto wspomnieć
w tym miejscu kilka utworów, które nie pozwalają
wątpić w całościowy charakter jego zamysłu. W roku
1976 opublikowany został tekst zatytułowany: Próba
skatalogowania wszystkich płynnych i stałych pokarmów,
jakie pochłonąłem w ciągu roku 1974, i istotnie tytuł nie
kłamie, autor odnotowuje sumiennie, co w tym czasie
wypił i zjadł. Podobny, ewidencyjny charakter ma
tekst Notatki dotyczące przedmiotów, które znajdują się
na moim biurku. W książce Je me souviens z roku 1978,
zawierającej kiłkaset zdań opartych na jednym sche
macie - „pamiętam, że..." — rzeczywiście stara się Pe
rec zgodnie z tytułową zapowiedzią zdać sprawę z tego,
co zapamiętał z lat 1946-61, co ważne przy tym, pa
mięć jego odnotowuje nie wielkie wydarzenia z pierw
szych stron gazet, ale rzeczy, fakty, postacie, które oka
zują się całkowicie zwykłe, banalne, należące bez resz
ty do żywiołu nieefektownej codzienności. Jak sam
mówił, interesowało go odnotowywanie tych okru
chów codzienności, którymi ludzie naprawdę żyli,
a które z rozmaitych powodów uległy zapomnieniu.
16
Daiusz. Czaja • ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
W kilkustronicowym Approches de ąuoi? daje Perec
„teoretyczną" podbudowę takiego podejścia do rozu
mienia życia. Twierdzi, że tym, co zwykle zostaje zapi
sane, zapamiętane, jest to, co wystaje ponad przecięt
ność, ponad banał codzienności: „A to, co naprawdę
zdarza się, to, czym żyjemy, reszta, cała ta reszta, gdzie
to jest? To, co przydarza się każdego dnia i każdego
dnia powraca, to, co banalne, codzienne, oczywiste,
powszednie, zwyczajne, podzwyczajne (1'infraordinaire),
cały ten niezauważalny zgiełk codzienności - jak zdać
sobie z tego sprawę, jak o to zapytać, jak to wszystko
opisać. (...) Być może trzeba w końcu zająć się odkry
ciem naszej własnej antropologii: takiej, która opowie
o nas, która będzie szukać w nas tego, co od tak daw
na łupimy u innych. Już nie egzotyka, ale to, co najgłę
biej własne (I'endotique)".
samej «gry ze światem», która pozwala nadać mu sens.
Wymyślić świat to go zinterpretować, obdzierając z nie
wiadomego. Użyczyć przedmiotom języka, odpamiętać
to, co zapomniane, ocalić przez zapis to, co pod-zwyczajne - to zakorzenić się w świecie zadomowionym
przez język. We wszystkich tych przypadkach pisaniem
Pereca rządzi lęk przed pustką, ten sam lęk, który kazał
mu drżeć przed pustą kartką papieru i zapisywać miej
sca, w których spał".
Dziwnie to wszystko się splata: Dilthey mówiący
0 autobiografii jako najbardziej filozoficznej literaturze
1 o nie dającej się rozwiązać zagadce życia, Ricoeur kła
dący nacisk na porządkującą, wyświetlającą znaczenie
życia rolę fikcji, ale i na jej tymczasowy, „stający się",
dynamiczny, charakter, Perec maniakalnie zapisujący
umykające życie, zagadujący pustkę świata sporządza
niem dziwacznych rejestrów i pisaniem autobiografii...
27
7
26
Zapomnieniu ulega to, co naprawdę tworzy materię
naszego życia, jego, jak sądzimy, mało efektowny
miąższ. Cały wysiłek Pereca, te niekończące się wyli
czanki niemal wszystkiego, co oko ludzkie jest w stanie
wziąć pod uwagę, brał się właśnie z pragnienia zapisa
nia, utrwalenia tego ogromnego obszaru naszego praw
dziwego życia. To była jego wersja antropologii codzien
ności. Jeśli przypomnimy sobie kilka prac antropolo
gicznych dotyczących podobnego obszaru - Ervinga
Goffmana Człowiek w teatrze życia codziennego, Michę la de Certau The Practice of Everyday Life czy Rocha
Sulimy Antropologie codzienności - widać wyraźnie ra
dykalizm jego wizji codzienności, zwyczajnego życia.
Aktywność Pereca ograniczała się do opisu tego, co
niezauważane, pomijane milczeniem, co rutyna i przy
zwyczajenie wyłącza z naszego pola widzenia. Powtórz
my: opisu. Detaliczny, indeksowy, ewidencyjny, katalo
gujący opis bez imperatywu systematyzującej analizy.
Próba maksymalnego przybliżenia się do żywej tkanki
życia. Pragnienie zapisu surowego życia, życia as itself.
Próba zbudowania jakiejś radykalnej postaci realizmu
obywającego się bez uprzednich założeń. Ale czy jest to
w ogóle możliwe, zważywszy że rzeczy i obiekty nie ska
talogują się raczej same? Za daną „kolekcją" zawsze
ktoś (tu: Perec) stoi, ktoś, kto porządkuje rzeczywistość
według własnych preferencji, pragnień i obsesji.
Paradoks puzzla
Powróćmy zatem do Życia. Instrukcji obsługi. Do po
wieści, która obok swej rangi literackiej jest dla mnie
jednym z najznakomitszych dzieł z antropologii życia.
Życia - nie kultury. To tu właśnie z rzadką wnikliwością
i konsekwencją sproblematyzowany zostaje tytułowy
rzeczownik „życie". To tu oglądamy je jak gdyby pod
zwielokrotniającym jego intensywność szkłem powięk
szającym. Wiele mówi się ostatnio o związkach i wza
jemnym przenikaniu literatury i antropologii. Nie mam
wątpliwości, że Perec napisał wielki - w każdym zna
czeniu tego słowa - traktat antropologiczny. W tym
traktacie brak co prawda pojęciowych analiz, są nato
miast liczne opowieści, zestawienia, rekonstrukcje
i przybliżenia, które ostatecznie składają się na solidną
antropologię z „życiem" jako spoiwem całości.
Nie ma oczywiście żadnej możliwości - ani chyba
sensu - by streścić tę książkę o ogromnej kubaturze, by
próbować zebrać w jakąś sensowną całość splątane ni
ci pomieszczonych w niej biografii, historii, pobocz
nych opowieści. Można wszakże wydestylować z niej
jeden z wątków, jak wolno sądzić, wątków głównych,
wskazać bohaterów, wokół których oplata się to, co
u Peteca najważniejsze. Tak się przy tym składa, że ów
wątek dobrze - kongenialnie wręcz - współbrzmi z po
czynionymi tu wcześniej „życiowymi" uwagami.
Bez względu jednak na to, jak określać ów realizm,
jak oceniać jego rezultaty w stosunku do zamierzeń,
jedno wydaje się nie podlegać wątpliwości. Ten typ re
alizmu jest próbą okiełznania chaosu świata i podobnie
jak fikcyjne opowieści Ricoeura zmierzają w gruncie
rzeczy w tym samym kierunku. Niezwykle trafnie wska
zuje na tę cechę realizmu Pereca Michał P. Markowski,
uwydatniając przy tym niejasny na pierwszy rzut oka
związek prostego inwentarza z fikcją: „Realizm Pereca
nie jest jedynie rejestrowaniem faktów wyblakłym pi
smem neutralnego obserwatora. Obejmuje on nie tyl
ko surowe zapisy, lecz także - przede wszystkim - auto
biografię i fikcję, gdyż w obydwu tych przypadkach pi
sanie pozwala zapanować nad światem. Fikcja i neu
tralny opis łączą się dlatego, że stanowią dwie strony tej
Spośród ogromnej liczby postaci przewijających się
przez strony Życia trzy zdają się mieć znaczenie naj
istotniejsze: Percival Bartlebooth, angielski miliarder,
osobliwa postać, o jeszcze bardziej osobliwych zainte
resowaniach, Gaspard Winckler, rzemieślnik parający
się stolarką, ale i innymi wyrafinowanymi zajęciami rę
kodzielniczymi i Serge Valene, malarz, postać nieeksponowana w książce, ale odgrywająca w niej niepo
ślednią rolę. Cała trójka to mieszkańcy kamienicy przy
Simon-Crubellier 11. Te trzy postaci połączone są przy
tym subtelną siecią powiązań i zależności. Przyjrzyjmy
się bliżej tym związkom.
17
I
Daiusz Czaja * ŻYCIE C Z Y L I NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
dzić pięć albo sześć dni na miejscu. W ciągu dwóch
pierwszych dni spacerował brzegiem morza, obserwował
statki, gawędził z rybakami (o ile oczywiście byli w stanie
porozumieć się w jednym z pięciu znanych mu języków,
to znaczy po francusku, angielsku, hiszpańsku, arabsku
albo portugalsku), a niekiedy nawet wyruszał z nimi
w morze. Trzeciego dnia wybierał odpowiednie miejsce
i rysował kilka szkiców, po czym natychmiast darł je na
kawałki. W wigilię odjazdu malował marinę - zazwyczaj
późnym przedpołudniem, chyba że uwiecznić chciał ja
kiś specjalny efekt: wschód albo zachód słońca, nadcho
dzący sztorm, huragan, mżawkę, przypływ lub też odpływ
oceanu, przelot ptaków, wyjście kutrów w morze, przyby
cie okrętu, kobiety piorące na brzegu bieliznę albo i in
ne podobne tematy. Pracował niesłychanie szybko i ni
gdy nie rozpoczynał od nowa. Ledwie podeschniętą
akwarelę odrywał z bloku marki Whatman i wręczał
Smautfowi. (...) Smautf otulał marinę delikatną bibułką,
wsuwał w półsztywną kopertę i zawijał w solidny papier
pakowy, a następnie obwiązywał ją sznurkiem i pieczęto
wał lakiem. Jeszcze tego samego
wieczora, a najpóźniej - jeśli nie by
ło na miejscu poczty - na drugi
dzień rano, Smautf ekspediował pa
pier do: «Monsieur Gaspard Winckler, 11 me Simon-Crubellier, Paris
17France»".
Bartlebooth wraz ze swoim służącym Smautfem
przez dwadzieścia lat podróżował po świecie, oddając
się dość ekscentrycznemu, a z pragmatycznego punk
tu widzenia całkowicie bezużytecznemu, o ile nie
wręcz absurdalnemu zajęciu. Oddajmy głos Perecowi:
„Bartlebooth zamierzał namalować pięćset mor
skich pejzaży w pięciuset rozmaitych portach. Porty te
wytypował osobiście, zdając się w większym czy mniej
szym stopniu na przypadek - przeglądał atlasy, dzieła
geograficzne, opisy podróży i turystyczne foldery, za
znaczając przy tym miejsca, jakie wpadły mu w oko.
Następnie Smautf studiował sposoby dotarcia do celu
i badał możliwości zakwaterowania.
Pierwszym portem, w którym się zatrzymali w pierwszej połowie stycznia roku tysiąc dziewięćset
trzydziestego piątego - było Gijon w Zatoce Gaskońskiej, niedaleko miejsca, gdzie nieszczęsny Beaumont
poszukiwał z uporem wielce problematycznej stolicy
Arabów w Hiszpanii. Ostatnim - w drugiej połowie
grudnia roku pięćdziesiątego czwartego - Brouwershaven u ujścia Skaldy w Zelandii. Po
drodze był mały irlandzki port Muckanaghederauhaulia opodal Costello
w zatoce Camus i jeszcze mniejszy
port U na Karolinach; były porty bał
tyckie, łotewskie, chińskie; porty malgaskie, chilijskie, teksańskie; były ma
leńkie porty na dwie rybackie łodzie,
Tutaj, w paryskiej kamienicy,
obok których suszyły się sieci, oraz
towar odbierał Win-ckler i przy
porty olbrzymie, z pirsami ciągnącymi
stępował do pracy w swoim warsz
się na kilometry z mnóstwem nabrze
tacie. Namalowany obrazek był
ży, basenów i doków, z tysiącami żura
bowiem dopiero etapem pośred
wi i setkami suwnic; były porty zato
nim do właściwego celu. Tym ce
pione we mgle, porty zalane żarem,
lem było stworzenie z dostarczo
Georges Perec
porty skute lodem; porty opuszczone,
nej akwareli układanki, barwnego
porty zapiaszczone; były porty jachto
puzzla. Proces jego powstawania
we, gdzie na sztucznych plażach, pośród bieli fasad pa
rozłożony był na kilkanaście dni. Perec raz jeszcze:
łaców i kasyn, pyszniły się sztucznie hodowane palmy,
„Pierwszego dnia Winckler ustawiał akwarelę na
i stoczniowe inferna, wypluwające tysiącami liberty
sztaludze obok okna i wpatrywał się w nią, nawet jej
shops; były porty obrócone w perzynę przez bombardo
nie dotykając. Nazajutrz naklejał ją na odrobinę od
wania i porty zaciszne, w których nagie dziewczynki
niej większy podkład z topolowej sklejki. Używał do
opryskiwały się wodą tuż obok sampanów; były porty
tego sporządzonego przez siebie kleju w ślicznym nie
z pirogami i porty z gondolami; były porty wojenne, do bieskim kolorze, a pomiędzy sklejką i arkuszem Whatki, darsy, redy, mola i kanały; i piramidy lin, baryłek,
mana umieszczał cieniutką kartkę białego papieru,
gąbek; stosy egzotycznego drewna, góry makuchów,
która ułatwić miała w przyszłości oddzielenie odtwo
fosfatów i rudy; były kosze rojące się od homarów i kra
rzonej akwareli od podkładu, a poza tym wyznaczała
bów; i kramy pełne nagładów, cierników, głowaczy,
brzegi puzzla. W końcu pokrywał całą powierzchnię
merlanów, makreli, płaszczek, tuńczyków, mątw, minoochronnym werniksem, posługując się przy tym szero
gów, dorad; i były porty cuchnące mydlinami i chlo
kim, płaskim pędzlem zwanym ogonem dorsza. A po
rem, porty spustoszone sztormem i wyludnione porty
tem znów przez trzy albo i cztery dni studiował akwa
zduszone upałem; były krążowniki o poszarpanych bur
relę posługując się lupą, lub też stawiał ją ponownie na
tach, spawane w ciemnościach nocy tysiącami palni
sztalugach i zasiadał przed nią na wiele godzin, od cza
ków i radosne transatlantyki pośród statków-cysterm,
su do czasu podnosząc się, by sprawdzić z bliska jakiś
z których tryskały wspaniałe fontanny w ogłuszającym
szczegół, a niekiedy krążył wokół niej jak pantera
zgiełku syren oraz biciu dzwonów.
uwięziona w klatce.
28
Pierwszy tydzień upływał w całości na drobiazgo
wej, niespokojnej obserwacji. Potem wszystko zaczyna-
Bartlebooth na każdy port przeznaczał dwa tygodnie,
wliczając w to podróż, co pozwalało mu zazwyczaj spę18
Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC
ło dziać się bardzo szybko: Winckler przykrywał akwa
relę nadzwyczaj cienką kalką i, praktycznie nie odrywa
jąc ołówka, rysował przyszłe cięcia puzzla. Reszta pole
gała już tylko na technice - technice delikatnej i cza
sochłonnej, wymagającej sumienności i zręczności, nie
wymagającej jednakże jakiejkolwiek inwencji; korzy
stając z kalki, sporządzał formę (...) która pozwalała mu
pewnie prowadzić osadzone w pałąkowatej ramie
ostrze wyrzynarki. Oszlifowanie papierem ściernym
wszystkich kawałków puzzla i przetarcie ich irchą oraz
kilka końcowych zabiegów zajmowało mu ostatnie dni
z owych dwóch tygodni. Puzzel wędrował do jednego
z przewiązanych szarą wstążką czarnych pudełek pani
Hourcade; Winckler naklejał pod pokrywką etykietkę
z datą i miejscem powstania akwareli
ukę malowania poprzedziły rutynowe lekcje rysunku,
węglem, grafitem i sangwiną, po paru latach dopiero
przyszły pierwsze próby w plenerze. Odpowiedzią na
kiepskie wprawki ucznia była niezmiennie totalna
i bezlitosna krytyka malarza. W samej decyzji Anglika,
by podjąć, naukę, było coś zagadkowego, niedającego
się zdroworozsądkowo wytłumaczyć. Valene nie mógł
pojąć jak to możliwe, by człowiek tak pozbawiony ta
lentu jak Bartlebooth, zdecydował się na długie,
żmudne i odpłatne studia malarskie. „Poza ową zwię
złą edukacją prawie z sobą nie rozmawiali. (...) Kilka
razy jednak zdarzyło mu się w czasie powrotnej jazdy
zadać Bartleboothowi pytanie, dlaczego właściwie tak
uparcie pragnie nauczyć się malować akwarelą.
«A czemuż by nie?», odpowiadał zazwyczaj Bartlebo
oth. «Ponieważ - zareplikował pewnego dnia Valene na pańskim miejscu większość moich uczniów dawno
by się zniechęciła*. «Jestem więc aż tak beznadziejny?*
*Fort Dauphin (Madagaskar) 12 czerwca 1940*
albo *Port Said (Egipt) 31 grudnia 1953*, a następnie
pudełko, opatrzone uprzednio numerem i zalakowane,
dołączało do gotowych już puzzli w bankowym sejfie
Societe Generale; nazajutrz zaś, a czasami kilka dni
później, listonosz przynosił nową akwarelę".
I tak osobliwa spółka Bartlebooth-Winckler funk
cjonowała nieprzerwanie przez dwadzieścia lat od
1935 do 1955 roku. W tym czasie Winckler wywiązał
się bez zarzutu z powierzonej mu pracy, wykonując
wszystkie 500 układanek na podstawie nadesłanych
mu akwarel.
Cytuję bezwstydnie i bez skrupułów te długie frag
menty z Pereca, nie tylko dlatego, że jakiekolwiek
streszczenie zmienia te finezyjne mikroeseje o pejza
żach portowych, o procesie ich malowania, o pracy
nad wycinaniem wzoru puzzla w blady i nieuchronnie
kaleki, pomniejszony model oryginału. Przede wszyst
kim jednak dlatego, by unaocznić, jak językiem Pere
ca rządzi zasada maksymalnej wierności wobec opisu
widzialnego świata, jak słowo ciasno przylega tu do
rzeczy, a także, by zademonstrować, jak twórczo obec
ny jest w nim wspomniany wcześniej żywioł enumeracji. Ten chwyt nigdy nie jest prostą, pozbawioną więk
szego sensu wyliczanką, zawsze służy nazwaniu, skata
logowaniu, objęciu maksymalnej liczby elementów da
nej klasy obiektów. Zawsze jest ambitną, choć z góry
skazaną na porażkę, próbą utrwalenia w języku istnie
jącej różnorodności form widzialnych. Jest pragnie
niem ich unieśmiertelnienia, zapisania śladów ich
obecności. Imperatyw Pereca - choć jedyny w swoim
rodzaju - przypomina wysiłki innych pisarzy, znajdują
cych sens pisania po stronie jej funkcji ocalającej:
choćby Schulza („co nienazwane nie istnieje"), czy
Miłosza („co niewyrażone zmierza do nieistnienia").
- spytał Bartlebooth. «Cóż - odrzekł Valene - przez
dziesięć lat można się wszystkiego nauczyć; panu rów
nież się to uda. Ale dlaczego chce pan gruntownie po
znać sztukę, która emocjonalnie jest panu całkowicie
obca?*. «Nie interesuje mnie akwarela, tylko to, do cze
go ma mi posłużyć*. «A do czego ma panu posłużyć?*
«Ależ do puzzli, drogi panie, do puzzli, rzecz jasna*
- odparł bez najmniejszego wahania Bartlebooth".
Dopiero bliższy kontakt ze Smautfem i Wincklerem dal Valene'owi pogląd o ciężarze i skali przedsię
wzięcia Bartlebootha. Pozwolił zrozumieć, że w wytwa
rzaniu puzzli najmniej chodziło o manualną rozrywkę:
„Wyobraźmy sobie człowieka, którego bogactwu do
równuje jedynie jego obojętność wobec wszystkiego,
na co zwykle pozwala wielka fortuna, i który, poniesio
ny ambicją i dumą, zapragnął objąć, opisać, wykorzy
stać do cna — nie, nie całość świata, to bowiem z zało
żenia skazane byłoby na żałosną klęskę - ale jego frag
ment: stawiając czoło jego zagmatwanej niespójności,
doprowadzić do końca zamierzenie niewątpliwie ogra
niczone, ale tworzące zamkniętą całość, nieskazitelne,
definitywne".
29
30
31
Pomysł Bartlebootha był równie prosty, jak konse
kwentny. Obejmował trzy
etapy. Przez pierwsze dzie
sięć lat, od roku 1925,
opanuje on biegle sztukę
akwareli. Przez kolejne
dwadzieścia, sporządzi 500
marin identycznego for
matu, gotowa akwarela
powędruje do rzemieślnika
specjalisty, który naklei ją
na deseczkę, a następnie
potnie ją na puzzel złożony
z 750 kawałków. Przez na
stępnych dwadzieścia lat
zrekonstruuje on w po
rządku powstania wszyst-
Pora wprowadzić trzecią postać z kamienicy Pereca,
malarza Valene'a. Związek Valene'a z Bartleboothem
ma dwojaki aspekt. Najpierw o pierwszym, bezpośred
nim. To u niego właśnie Bartlebooth pobierał pierwsze
lekcje sztuki malowania farbami akwarelowymi. Ten
nie miał żadnego pojęcia o sztuce akwareli, toteż na
19
Daiusz Czaja * ŻYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
kie pięćset puzzli, przy czym każda akwarela zostanie
po ułożeniu oddzielona od podłoża, zawieziona na
miejsce swoich narodzin i tam poddana unicestwieniu
przy pomocy rozpuszczalnika. Tym samym po całej
operacji nie pozostanie żaden ślad. Cały proces zato
czy koło i powróci do punktu wyjścia. Będzie to więc
droga od pierwotnego Nic do końcowego Nic, jak gdy
by kulawe, ograniczone, bo na ludzką skalę, powtórze
nie dzieła rozpiętego między stworzeniem i apokalipsą.
Projekt Bartlebootha wspierał się na trzech podsta
wowych zasadach. Wedle pierwszej, moralnej, nie cho
dzi w tym przedsięwzięciu o żaden czyn heroiczny, byłby
to projekt zwyczajny, niedostrzegalny, trudny, ale z pew
nością dający się wykonać. Według drugiej, logicznej,
wyklucza się tu działanie przypadku wpisując w prze
strzeń i czas wydarzenia o identycznej naturze. Według
trzeciej, estetycznej, projekt spełniałby się nie tylko
w swojej bezużyteczności, ale przede wszystkim bezinte
resowności i kulminował ostatecznie w samozniszczeniu.
Niestety, nadzwyczaj ambitny i pozbawiony pra
gnień o jakiejkolwiek korzyści, projekt angielskiego mi
liardera nie zostanie doprowadzony do końca. Przed ułoże
niem pięćsetnej mariny umiera. Perceval Bartlebooth
ostatecznie nie dociera do swojego Graala.
Drugi, subtelniejszy związek Valene'a z Bartleboothem
polega na tym, że malarz również żyje obsesyjnie pew
nym projektem. Pragnie namalować obraz kamienicy,
w której od 55 lat mieszka, obraz, „którego znierucho
miałe, oderwane wycinki stały się przekleństwem każ
dej z jego c h w i l " . Valene, nieco podobnie jak Bartle
booth, chce namalować, utrwalić również jeden zna
czący fragment świata, jedną kamienicę z całą jej po
gmatwaną historią, prześladuje go obraz „rozpłatanego
budynku, który obnaża bezwstydnie skazy swej prze
szłości i teraźniejszy rozkład, całe to pozbawione dal
szego ciągu spiętrzenie historyjek wzniosłych lub far
sowych, frywolnych lub żałosnych". O n sam także
znalazłby się na obrazie, gdzieś na jego obrzeżu i malo
wałby obraz, na którym stoi on sam malujący obraz
itd., jakby malarska wariacja na temat grafik Eschera.
Tego obrazu nigdy nie skończy, dodajmy: ledwie go za
cznie. Śmiercią Valene'a i opisem niedokończonego
płótna - „jedynie kilka starannie narysowanych wę
glem linii dzieliło je na równe kwadraciki - szkic prze
kroju domu, w którym już nikt nie zamieszka" - koń
czy się powieść. Obydwa więc zamierzenia, mistrza
i ucznia, kończą się ostatecznie porażką.
32
33
Czymże w związku z tym jest układanie puzzla,
czynność, którą zdaje się odesłaliśmy już nieodwołalnie
do dziecięcego pokoju: „Na pierwszy rzut oka układa
nie puzzli wydaje się prostą, niewymyślną sztuką,
mieszczącą się bez reszty w ubogich naukach Gestataktheorie; rozpatrywany przedmiot - obojętne, czy jest
nim akt postrzegania, proces uczenia się, system filozo
ficzny, czy też, jak w interesującym nas przypadku, wy
konana z drewna układanka - nie jest sumą poszcze
gólnych elementów, które należy najpierw wyodrębnić
i z osobna przeanalizować: stanowi on całość, to znaczy
pewną formę, pewną strukturę; element nie istnieje
przed zaistnieniem całości, nie jest od niej ani później
szy, ani wcześniejszy; to nie elementy warunkują całość
- to całość określa elementy; nie sposób odgadnąć po
staci całości ani rządzących nią praw, nie sposób po
znać zbioru ani jego struktury, jeżeli zna się jedynie
z osobna składające się nań fragmenty, a co za tym
idzie, można wpatrywać się w cząstkę układanki przez
trzy doby bez przerwy i - pewnym będąc, że zgłębiło się
bez reszty wszelkie tajniki jej kształtu i kolorów - nie
posunąć naprzód o najcieńszy włos, liczy się bowiem
wyłącznie możliwość zespolenia jej z innym fragmen
tem; i w tym sensie sztuka układania puzzli ma coś
wspólnego ze sztuką gry w go: dopiero połączone ele
menty stają się czytelne, nabierają znaczenia - rozpa
trywana z osobna cząstka układanki nie znaczy nic, jest
tylko jakimś mglistym wyzwaniem, pytaniem, na które
nie sposób znaleźć odpowiedzi; ale gdy tylko się uda po niekończących się chwilach prób i błędów albo
w przebłysku olśnienia - połączyć ją z jedną z jej sąsia
dek, wtedy po prostu znika, przestaje istnieć jako cząst
ka, a zawiłe problemy poprzedzające owo zespolenie,
problemy, których naturę tak dobrze oddaje angielskie
słowo puzzle - zagadka - nie tylko tracą rację bytu, lecz
wobec oczywistości rozwiązania wydaje się wręcz, że ni
gdy ich nie było: obie w cudowny sposób połączone
cząstki przeistaczają się w jedną, i z kolei ona staje się
źródłem pomyłek, wahań, przypływów, nadziei".
35
O czym mówi Perec w tym fragmencie/
Oczywiście, w planie najprostszym, najbardziej po
wierzchniowym, pozostającym zresztą w zgodzie z dzia
łaniami jednego z głównych bohaterów, jest to czytel
na rekonstrukcja sposobu układania puzzla. Dokład
niej może: rekonstrukcja sposobu niemożliwości,
a każdym razie trudności uktadania puzzla. ]ak można
ułożyć cały obrazek, skoro nie wiemy, co w gruncie
rzeczy układamy (narrator ma na myśli „prawdziwego"
puzzla, a nie produkt masowy sprzedawany w skle
pach, o czym za chwilę), a z poszczególnych elemen
tów owej całości, z definicji, wydedukować się nie da.
Możemy tworzyć drobne związki sensownych połą
czeń, ale i one stają się raczej kolejną zagadką niż roz
wiązaniem. Pierwszy zespól znaczeń odnosiłby się więc
do zagadnień związanych przede wszystkim z grą.
34
O d epilogu powróćmy - na koniec - do wprowa
dzenia. Tam bowiem znajduje się niby tylko technicz
ny, ale zawierający pewien filozoficzny naddatek, opis
układania i tworzenia puzzla. Ze jest to fragment o du
żym, fundamentalnym wręcz znaczeniu dla całej po
wieści, domyślać się możemy również i po tym, iż zo
stał on in extenso powtórzony w rozdziale XLIV, gdzie
mowa jest o pracy rzemieślnika Wincklera nad przygo
towaniem układanki.
Drugi plan, chyba też nie jest przesadną, nomen
omen, zagadką. Umieszczając rozważania na temat puz20
Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOŚĆ
zli we wprowadzeniu do swojej książki, daje Perec
przejrzysty wykład sposobu jej czytania, właśnie: in
strukcję obsługi dzieła, które mamy przed oczami. Perec
skonstruował swoją książkę na podobieństwo puzzla,
sam obsadzając się w roli jego twórcy, nas, czytelników,
w rolach jego rekonstruktorów, układaczy. Przepowie
dział jednocześnie, jakie trudności możemy napotkać
w trakcie lektury. Składanie tych 99 rozdziałów w spój
ną całość w istocie przypomina męki układacza puzzla.
Co ważne, akt lektury nie jest w tym układzie biernym
poddaniem się tekstowi, ale twórczą, rekonstrukcyjną
pracą nad jej sensem głębokim. Do czytelnika należy
połączenie tych różnorodnych epizodów, tak by pod ni
mi odsłonił się czytelny wzór całości.
W trzecim, najbardziej nas interesującym planie
owo składanie puzzla najbardziej przypomina inter
pretację życia, rekonstrukcję jego znaczeń w spójne
całości. Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że dla Pe
reca puzzel jest figurą życia. Zycie jest pewną postacią
puzzla, powiada Perec. Tak jak rozsypana układanka,
i życie składa się z setek, tysięcy drobnych detali, któ
rych sens nie rysuje się przed nami z naturalną oczy
wistością. Chcąc je zrozumieć, dodajemy mozolnie je
den fragment do drugiego, przymierzamy, czy do sie
bie pasują i z tych drobin sensu staramy się konstru
ować jakieś większe całości. Co i raz wydaje się nam,
że uchwyciliśmy właśnie sens całości, ale ten nie
ustannie wymyka się. Zycie, przypomnijmy raz jeszcze
Diltheya, jest tym, co nas przerasta, co wychodząc na
jaw, raz po raz znika w ciemności. Interpretator życia,
ten, który chce nadać mu jakieś znaczenie, usiłuje
ogarnąć je w pewne sekwencje, związki, struktury, n i
czym w istocie nie różni się od tego, który pochylony
nad setkami rozsypanych elementów stara się zbudo
wać z nich obrazek, w którym wszystkie elementy bę
dą do siebie pasowały. I jeden, i drugi, jak sugeruje
przypadek Bartlebootha, ostatecznie nie są w stanie
sprostać zadaniu.
pozacierał ślady - posłuży się fortelem, iluzją, zastawi
pułapki; z premedytacją sprawi, że wszystkie widoczne
w obrazie przedmioty - fotel pokryty złocistym broka
tem, trójgraniasty czarny kapelusz zdobny czarnym, wy
strzępionym piórem, żonkilowa liberia z mnóstwem
srebrnych galonów - od samego początku kierować bę
dą na fałszywe tropy; mało tego, że obraz - zorganizo
wana, spójna, ustrukturowana, pełna znaczeń prze
strzeń - pocięty zostaje na rozproszone, bezkształtne,
ubogie w treść cząstki: od tej chwili ich zdaniem staje
się dezinformacja; pasujące do siebie jak ulał dwa frag
menty gzymsu stosowne miejsca znajdują na przeciwle
głych krańcach sufitu, klamra mundurowego pasa oka
zuje się metalowym zwornikiem kandelabru, a kilka
identycznych prawie na pierwszy rzut oka kawałków na
leży po części do stojącego na kominku karłowatego po
marańczowego drzewka, po części zaś do jego odrobinę
tylko ciemniejszego odbicia w zwierciadle - oto klasycz
ne pułapki, z jakimi ma do czynienia prawdziwy amator
układanek.
Z powyższego wysnuć można pewien wniosek
- otóż ostateczna prawda, jaką kryje w sobie puzzel,
polega na tym, że nie jest to, wbrew pozorom, samot
na rozrywka: każdy gest układającego jest tylko po
wtórzeniem gestu, jaki twórca puzzla wykonał już
przed nim; każdy element, który bierze do ręki, który
bada i pieści, odkłada, znów po niego sięga, każda
kombinacja, której bezskutecznie poszukuje, każdy
przebłysk intuicji i nadziei, każdy odruch zniechęcenia
- jest wynikiem jego poprzednika, ów bowiem wszyst
ko to dawno już obmyślił, zbadał i wyliczył".
Układanie puzzla jest tedy sztuką nieuchronnie dwu
znaczną. Jest przestrzenią wolności, spontaniczności,
kreacji, a z drugiej strony ograniczane jest wciąż przez za
mysł jego twórcy, co sprawia, że ręka układającego, sama
0 tym nie wiedząc, poddana jest jakiemuś przedustawnemu imperatywowi konieczności. Czy „gra w życie" pod
lega temu samemu, paradoksalnemu prawu. Nie jest
przecież jasne, czy z powyższego wynika, że tkanina życia
również ma swego Autora? Czy jest ktoś, kto „wycina"
puzzla poszczególnego życia? Czy rozumienie życia - „nie
jest to samotna rozrywka" - polegałoby zatem w istocie
jedynie na powtórzeniu gestu pierwotnego kreatora, od
czytaniu przygotowanego uptzednio wzoru? I jeszcze: czy
jest ktoś (kto?), kto przygotował puzzla życia, którego
elementami wszyscy jesteśmy? Tego, niestety, nie wiemy.
36
7
I w tym miejscu pojawia się zaskakująco czwarty plan,
metafizyczny, wokół którego od początku tych rozważań
nieśmiało krążymy. Pojawia się jako zwieńczenie rozwa
żań o różnych typach puzzli. Otóż, narrator wyraźnie
podkreśla, że mechanicznie tworzone, najczęściej spoty
kane puzzle są produktem o małej wartości. Nie tylko
wykonane są z kartonu, a nie z drewna, nie tylko zaopa
trzone są na pudełku w obrazek, który trzeba ułożyć, ale
nade wszystko są cięte mechanicznie, co w gruncie rzeczy
niweczy samą istotę puzzla. Dzieje się tak dlatego, że
przypadkowe cięcia dają w efekcie dość przypadkowe
trudności w ułożeniu, generalnie jednak po ułożeniu naj
bardziej wyeksponowanych przedmiotów, stopień trud
ności, jaki przedstawiają dla układającego, jest niewielki.
1 zdaje się, wiedzieć nie będziemy.
Zycie jest opowieścią o nieczytelnym wzorze, mówi
Ricoeur.
Zycie jest puzzlem, powiada Perec. Puzzlem, czyli
zagadką.
Nie mam rozwiązania zagadki życia, dopowiada
Dilthey.
Ale wysiłki, by odnaleźć przynajmniej zarysy wyj
ściowego obrazka, nie ustają.
C'est la vie. Bo Francuzi zawsze wszystko wiedzą
najlepiej.
„Prawdziwa sztuka pojawia się dopiero wraz z drew
nianym, ręcznie wykonanym puzzlem; pojawia się
w owej chwili, w której jego twórca rozważać zaczyna
wszelkie zagadnienia, z jakimi przyjdzie borykać się
układającemu; gdy - zamiast pozwolić, by przypadek
21
Daiusz Czaja • ZYCIE CZYLI NIEPRZEJRZYSTOSC
Przypisy
1
2
fragmentu przeszłości. (...) Jeśli interesujemy się przeszłością,
W. Dilthey, Rozumienie i życie, w: Wokół rozumienia. Studia i szki
powinniśmy interesować się tym, co oznacza ona dla nas tu i te
ce z hermeneutyki, wybór i przekład G. Sowiński, Kraków 1993,
raz. Do tego potrzebne jest romantyczne podejście do tekstu hi
s. 91
storycznego, a nie naukowe podejście współczesnego history
Por. choćby artykuły z dwóch dobrze znanych zbiorów wyda
ka", Pochwala narratywizmu.
nych po polsku, prezentujących dokonania badaczy z Tartu: Se
smitem, „Konteksty" nr 1-2: 1997, s. 90
miotyka kultury oraz Semiotyka dziejów Rosji.
3
4
1 1
Rozmowa z Franklinem R. Anker-
Nawiasem mówiąc, gdy chodzi o skalę i wnikliwość polskiej re
J. Łotman, Wola boska czy gra hazardowa (Prawidłowość i przypa
cepcji Diltheya, bez wątpienia ma rację Grzegorz Sowiński, tłu
dek w procesie historycznym), „Konteksty" nr 1-2: 1997, s. .33
macz arcyciekawych fragmentów z obszernego dzieła niemiec
Tamże, s. 33-34; por. też fascynującą książkę Alexandra De
kiego filozofa, że jest ona minimalna, a w niektórych przypad
mand ta na temat historii alternatywnej, w której rozważa on na
kach wręcz skandaliczna, por. G. Sowiński, Ku myśli myśliciela.
podstawie o wielkie wydarzenia w historii inne możliwe scena
Zapiski hermeneutyczne na marginesie dzieła Wilhelma Diltheya, w:
Wokół rozumienia..., s. 120
riusze tego, co się rzeczywiście wydarzyło, A . Demandt, Historia
niebyła. Co by było, gdyby...!, przel. M. Skalska, Warszawa 1999
14
Z badaczy zwyczajowo łączonych z filozofią życia na odkrycie
5
Tamże, s. 34
przez antropologię oczekuje bez wątpienia jeszcze Georg Sim-
6
J. Łotman, Kultura i eksplozja, tl. i wstęp B. Zylko, Warszawa
mel, autor błyskotliwych antropologicznych rozpraw i esejów,
1999, s. 172
który w wyniku administracyjnego przyporządkowania został
7
zesłany do obozu socjologii i prawem bezwładu tam już pozostał.
O kłopotach semiotyki z podmiotem zob. klasyczny artykuł R
Ricoeura, Wyzwanie semiologiczne: probłem podmiotu, w: tegoż,
15
Egzystencja i hermeneutyka, opr. S. Cichowicz, Warszawa 1985,
innych przedstawicieli ówczesnej filozofii życia.
s. 245-275 czy świetny artykuł W. Panasa, Z zagadnień semiotyki
16
podmiotu, w: tegoż, W kręgu metody semiotycznej, Lublin 1991, s.
17
123-1.35
8
W. Dilthey, Rozumienie i życie, w: Wokół rozumienia..., s. 87
E. Paczkowska-Łagowska, Logos życia. Fiłozofia życia w kręgu
Wilhelma Diltheya, Gdańsk 2000, s. 92
W. Dilthey, Rozumienie i życie..., w: Wokół hermeneutyki...., s. 94
W. Juszczak, Treść pierwszych rzeczy, w: Fragmenty. Szkice z teo
18
rii i filozofii sztuki, Warszawa 1995; Kiedyś Stanisław Lem sfor
14
Dilthey, Rozumienie i życie, s. 83
mułował trzy prawa rządzące polską rzeczywistością czytelniczą:
2 0
W. Dilthey, Wokół rozumienia... s. 87
1. Nikt nic nie czyta. 2. Jeśli czyta, to nie rozumie. 3. Jeśli rozu
21
mie, to zapomina. Bardzo skromna, niemal żadna, jeśli nie li
9
Co wyraźnie odróżniało Diltheya od Nietzschego czy Bergsona,
R Ricoeur, Zycie w poszukiwaniu opowieści,
tłum. E . Wolicka,
„Logos i Ethos" nr 2: 1993, s. 230
czyć kilku drobnych recenzji, recepcja wybitnej książka Wiesła
2 2
Tamże, s. 233
wa Juszczaka refleksję Lema boleśnie potwierdza.
2 5
Tamże, s. 233
W. Juszczak, Występny ornament, czyli o napięciach między sztuką
2 4
Tamże, s. 234
a kulturą, w: Fragmenty..., s. 15.3-154
2 5
Elżbieta Wolicka zarzuca Ricoeurowi, że ten miesza perspekty
1 0
Tamże, s. 155
wę rozumiejącej opowieści i rzeczywistego życia, nieuwzględnia-
"
M. Swietlicki, Henry/c Kwiatek, w: Wiersze wybrane, Legnica
jąc, że zasadnicze dylematy ludzkiego życia rozgrywają się na in
2002, s. 10-11
nej płaszczyźnie niż histotyczne fikcje czy fikcyjne historie: „Nie
12
Wątpliwości tu zaprezentowane nie ograniczają się jedynie do
wystarczą tylko erudycyjne poszukiwania «formy nałożonej na
obszaru antropologii. Oto glos historyka sztuki, w którym po
mgliste treści*, ponieważ nie w nałożeniu takiej czy innej formy
brzmiewają bardzo podobne tony: „Tak charakterystyczne dla
kryje się sedno dramatu ludzkiej dziejowości, dokonywanych
współczesnej nauki pozbycie się gatunków i metod poznania na
wyborów i decyzji. Rozgrywa się on na płaszczyźnie rzeczywi
zywanych poznaniem artystycznym, doprowadziło do sytuacji
stości, wobec której człowiek wypowiada elementarne tak lub
kiedy dialogiczna, utożsamiająca refleksja o sztuce stała się nie
nie, a dopiero potem — jeśli i na ile zdoła — ubiera tę źródłową
możliwa. (...) Nie możemy pozwolić na to, aby język mówił na
afirmację (...), lub negację w kształt opowieści", E. Wolicka,
mi, a nie my językiem, nie możemy pozwolić, by wszelkie łączo
Homo narrator, „Logos i Ethos", nr 2: 1993, s. 245
ne z procesem twórczym dychotomie, takie jak na przykład bie
1 Ь
guny przypadku i konieczności, spontaniczności i kontroli, bez
tuję za stroną internetową: Georges Perec/ Interroger Yhabitueł
pośredniości i pośredniości, improwizacji i kalkulacji, stwarza
2 7
M. P. Markowski, Georges Perec: zapisywanie pustki, „Tygodnik
2 8
G. Perec, Zycie. Instrukcja obsługi, przeł. W. Brzozowski, Warsza
nia i odkrywania, uczuciowości i zmysłowości, łączono jedynie
M. Perec, Approches de ąuoil, w: In/ra-ordinaire, Paris 1989, cy
Powszechny" nr 28: 2002, s. 16-17
ze sztuką", W. Okoń, Nie Van Dycki, czyłi o utożsamianiu, „Kon
teksty" nr 1-2: 1997, s. 53; wtóruje mu historyk opowiadający
wa 2002, s. 75-77
się za „nowym romantyzmem" w metodologii historii: „To jest
N
Tamże, s. 247-248
teoria historyczna, która mi odpowiada. Historia nie jest tu
3 0
Tamże, s. 152
traktowana jako nauka. C i romantyczni historycy, choćby Mi-
ч
Tamże, s. 152-153
chelet, Tocqueville, byli bardzo osobiście zaangażowani.
32
Tamże, s. 164
(...)
Chcieli powiedzieć coś bardzo osobistego, o czym powinni wie
!3
Tamże
dzieć inni. I to jest to, co utraciliśmy, ponieważ historia stała się
14
Tamże, s. 596
nauką. Historia jest pisana przez całkowicie odczłowieczone
35
Tamże, s. 11-12
jednostki, które po prostu orzekają o prawdziwości jakiegoś
16
Tamże, s. 14
22