263b2e86e2fa943ce0ef1eda0e232f70.pdf

Media

Part of Sprawozdania, recenzje, drobne wiadomości / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1951 t.5 z.1-2

extracted text
KURSY MALOWANIA ORRAZÓW NA SZKLE

ROMAN

Ryc. 1. K. Duda l. 11 i S. Sieczka l. 14 najzdolniejsi
uczestnicy kursu malowania obrazów
na szkle odby­
wającego
się w Maniowach, pow. Nowy Targ. Fot.
R. Reinfuss. 1951 r.
Z inicjatywy Departamentu Twórczości Artystycznej
Ministerstwa Kultury i Sztuki, przy współudziale Wy­
działu Kultury Wojewódzkiej Rady Narodowej w K r a ­
kowie zorganizowane zostały na terenie powiatu no­
wotarskiego 3 kursy, których celem było zapoznanie
ludowych artystów góralskich z zapomnianą już dziś
techniką malowania na szkle i wyłowienie nowych ma­
larskich talentów.
Kursy prowadziła znana malarka podhalańska He­
lena Rój-Kozłowska, której obrazy malowane na szkle
wystawiane były na licznych pokazach sztuki ludowej
Jako miejsca, gdzie kursy miały się odbyć wybrano
trzy wsie położone w północno-wschodniej części po­
wiatu nowotarskiego a mianowicie: Dębno, Szlembark
i Maniowy.
W czasie kiedy kurs odbywał się w Maniowach, ko­
rzystając z zaproszenia ref. Wydziału Kultury i Sztu­
ki w Krakowie Ob. Bieszczanina miałem możność za­
poznania się ze sposobem prowadzenia nauczania, a po
części i z wynikami.
W opuszczonej chałupie góralskiej, dobrze ogrzanej,
urządzonej prowizorycznie sprzętami wypożyczonymi

60

REINFUSS

z przedszkola, siedziała gromadka chłopców nachylo­
nych nad stołem zasłanym papierami, kawałkami szyb
i słoiczkami z farbą. Jedni z nich rysowali na papie­
rze podkłady, inni ze sporządzonych przez siebie pod­
kładów przenosili konturowy
rysunek na szybę, lub
uważnie zakładali kolorem partie rysunku uwidocznio­
nego na szkle. Dookoła stołu krążyła Rój-Kozłowska
przyglądając się uważnie pracom swych wychowan­
ków. Zasadniczo starała się swym uczniom zostawiać
możliwie największą swobodę, ograniczając się jedynie
do uwag technicznych. Niemniej jednak, w niektórych
wypadkach pomoc jej okazywała się niekiedy potrzeb­
na. Właśnie zgłosił się nowy uczeń, chłopiec lat około
12. Dostał ołówek i papier z poleceniem skomponowa­
nia projektu obrazka. Chłopiec nie może się zdecydo­
wać, rysuje góry, przekreśla je i zaczyna rysować ko­
ściół, ale po chwili przerywa tę pracę i patrzy przed
siebie niezdecydowany, nie może wybrać tematu. R ó j Kozłowska wdaje się z nim w krótką rozmowę, po pa­
ru minutach chłopiec już wie, że tematem projektu
może być nie tylko kościół czy góry, ale także np. co­
dzienna praca. Zabiera się więc żywo do rysowania
i po chwili na papierze ukazuje się scena dojenia owiec.
Chłopcy malują swe prace posługując się materia­
łem dostarczonym w całości przez organizatorów kur­
su. Malują farbami temperowymi ręcznie na miejscu
przez Rój-Kozłowską ucieranymi. Zastosowanie farb
temperowych jest pewnego rodzaju uproszczeniem,
wiemy bowiem, że w dawnych obrazach ludowych naj­
częściej używane były farby rozrabiane z pokostem,
te jednak nie dałyby się na kursie zastosować z powodu
zbyt powolnego wysychania.
Nauka na kursie odbywa się od rana do zmroku,
gdyż część dzieci uczęszcza do szkoły rano, a część po
południu.
W dniu, w którym odwiedziliśmy Maniowy, prócz
prac znajdujących się na warsztacie, widzieć już moż­
na było kilka robót całkowicie wykończonych.

Tematyka tych prac jest dosyć różnorodna, Spotyka­
my wśród nich bacę z owcami na hali, odbudowę War­
szawy w naiwnej interpretacji dziecka, które nigdy
Warszawy nie widziało (ryc. 3), pustelnika pieniń­
skiego (ryc. 2), sceny przedstawiające pracę codzien­
ną, czy obrazy z życia zbójników (ryc. 4). Poza jed­
nym wypadkiem, jawnie zresztą inspirowanym przez
Rój-Kozłowską, gdzie 12-letni Kazimierz Duda nama­
lował zbójników (ryc. 5) w ujęciu powtórzonym z ob­
razów janosikowych przechowywanych w zakopiań­
skim Muzeum, reszta prac ani w tematyce, ani w for­
mie nie nawiązuje do dawnych góralskich obrazów na
szkle malowanych.
Nić tradycji między dawnymi obrazami na szkle
a tymi, które powstają dziś na omawianych kursach
nie została nawiązana.
Nic zresztą w tym nie ma
dziwnego, skoro uświadomimy sobie, że w kursach bio­
rą udział prawie wyłącznie dzieci (ryc. 1), których
większość nigdy obrazu na szkle nie widziała. W ta­
kich warunkach nie może być mowy o kontynuowaniu
i rozwijaniu zamarłego (przed niemal 100 laty) ma­
larstwa tradycyjnego.

Ryc. 2. Pustelnia w Pieninach, obraz na szkle 20x18
cm, mai. Józef Sekuła, Maniowy. Fot. R. Reinfuss.

Zresztą gdyby nawet tego rodzaju próby zostały na
szeroką skalę podjęte, wynik ich byłby prawdopodobnie
z góry przesądzony. Nowa bowiem produkcja „sta­
rych" obrazów raziłaby swą nieszczerością, sztuczno­
ścią i nasuwałaby takie same zastrzeżenia jakie przy­
chodzą na myśl podczas oglądania obrazu K a z k a Du­
dy, powtarzającego mechanicznie motyw janosikowy.
Wspomniany wyżej brak ciągłości powiązań między
tradycyjną sztuką podhalańską a dzisiejszym malar­
stwem uprawianym przez młodzież na kursach powo­
duje, że twórczość tę trudno jest uważać za sztukę
w sensie ścisłym „ludową". Jest to raczej sztuka dziec­
ka i to dziecka słabo już zżytego z tradycyjną kulturą
swojej grupy. Młodzi malarze w małym stopniu są
„Góralami". Zainteresowania ich kierują się raczej ku
współczesności i ku przyszłości, dlatego w twórczości
ich trudno byłoby doszukiwać się choćby tylko wpły­
wów dawnej podhalańskiej sztuki ludowej.
Kursy w Dębnie, Szlembarku i Maniowach nie były
więc reaktywowaniem tradycyjnego ludowego malar­
stwa podhalańskiego na szkle, niemniej był to nie­
zwykle ciekawy eksperyment, dający przegląd możli­
wości malarskich młodzieży góralskiej i sposobność
wyselekcjonowania jednostek utalentowanych.
Oceniając wynik kursów pod tym właśnie kątem wi­
dzenia należy podkreślić ich pozytywne znaczenie. Nie­
wątpliwie spośród 28 chłopców i dziewcząt, uczęszcza­
jących na kursy we wszystkich trzech wsiach, da się
wydzielić grupę bardziej utalentowanych. Według in­
formacji Rój-Kozłowskiej w Szlembarku do tej grupy
zaliczyć można Wincentego Harendzę (1. 14), Czesła­
wa Budzą (1. 15), Ludwika Szlembarskiego (1. 12),
w Dębnie Franciszka Jonasa (1. 15) (.krewniaka ludo­
wego rzeźbiarza), Jana Głodka (1. 15), w Maniowach
Stanisława Sieczkę (1. 14), Kazimierza Dudę (1. 11)
i syna miejscowej nauczycielki Andrzeja Paszkowskie­
go. Wymienieni tu chłopcy wykazali duże zaintereso­
wanie w kierunku malarstwa na szkle i talent. Nasu­
wa się teraz pytanie czy i w jaki sposób nabyta na

Ryc. 4. „Zbójnicy
idą wyrabować
zamek w Czorszty­
nie", obraz na szkle, 16 r 11 cm, mai. Kazimierz Duda
l. 11 Maniowy. Fot. R. Reinfuss.
Ы

kursach umiejętność zostanie w przyszłości przez tych
młodocianych malarzy zużytkowana. Znając upodoba­
nia artystyczne współczesnej wsi góralskiej wątpię aże­
by prymitywne malatury naszych kursistów mogły
znaleść się kiedyś na ścianach izb wiejskich. Jakież
więc będą dalsze losy produkcji artystycznej świeżo
wyszkolonych malarzy ? Gdzie znajdą one odbiorców ?
Skoro na wieś w tym względzie liczyć nie można, po­
zostaje miasto, ale i ta sprawa nie wydaje się taka
całkiem prosta. Do niedawna artysta wiejski sprze­
dawał swe wyroby w mieście, gdzie nabywali je róż­
ni zbieracze, wśród których nie brakowało również
zwykłych snobów rozpływających się w płytkich po­
chwałach ludowego prymitywu. Obecnie stosunek do
tych zagadnień uległ zasadniczej zmianie. Dziś arty­
sta nie pracuje już dla zadowolenia prawdziwych czy
udanych potrzeb garstki (przypadkowych odbiorców
lecz na zamówienie społeczne szerokich mas. I teraz
właśnie należałoby gruntownie
przedyskutować na­
suwające się pytanie: czy i w jakiej mierze twórczość
artystyczna w rodzaju omawianych tu obrazów na
szkle odpowiada
zamówieniu
społecznemu
chwili
obecnej.
R y c . 5. Jan osikowa banda, obraz na szkle 31 x 32 cm.
Mai. Kazimierz Duda l. 11 Maniowy. Fot. R. Reinfuss.

RUDOLF

BEDNARIK

Ludove nahrobniky na Slovensku
Turc. sv. Martin 1949 Wyd. Matica Slovenska str. 113,
33 rysunki, L X X I I tablice na kredowym papierze.

Pracę swą o ludowych nagrobkach na Słowacji roz­
poczyna autor od przedstawienia w skrócie wierzeń
ludu słowackiego związanych ze śmiercią i dawnych
form grzebania. Jeszcze w X V I I I w. notują źródła hi­
storyczne wypadki kar pieniężnych nakładanych na
chłopów, którzy pomijając formę pogrzebu chrześci­
jańskiego grzebali swych zmarłych wprost pod drze­
wami, śladem tego zwyczaju jest późniejsze sadzenie
drzew na grobach, co łączy się z rozpowszechnioną
u ludu wiarą, że dusza zmarłego znajdzie w drzewie
swą trwałą siedzibę. Na drzewie siadają nosiciele dusz
•— ptaki. Drzewa zasadzone na grobie jako miejsca
schronienia dla duszy były równocześnie najpierwot­
niejszymi nagrobkami. Inne formy oznaczania grobów
w postaci domków, słupów, krzyżów itp., były w isto­
cie formami wtórnymi zastępującymi owo drzewo i też
służyły jako siedlisko dla duszy zmarłego.
Niekiedy
drewnianemu pomnikowi stawianemu nad grobem na­
daje się nawet kształty ludzkie, co uzmysławiać ma
opiekuńczego ducha zmarłego przodka. Zdeformowane
nagrobki człeko-kształtne przybrały postać słupków
przypominając kształtem niektóre „pazdury" z da­
chów podhalańskich. Nagrobki te posiadają często wy­

62

ryte na s .vej powierzchni znaki magiczne i apotropeiczne. Krzyż jako symbol przyjęty przez chrześcijań­
stwo zjawiając się na cmentarzach słowackich już w
pierwszycń wiekach po przyjęciu chrześcijaństwa miał
na celu usunięcie z tych miejsc resztek pogańskiego
kultu przodków. Od czasów baroku, krzyże bywają
pięknie zdobione i zaopatrywane w symbole czerpane
z wierzeń chrześcijańskich. Starsze przedchrześcijań­
skie znaki i symbole utrzymują się nadal na słupkowatych pomnikach nagrobnych wykonanych bądź
z drzewa bądź kutych w kamieniu, które według auto­
ra są naśladownictwem drewnianych.
W pracy swej autor stara się przeciwstawić poglą­
dom niektórych autorów, dopatrujących się w słup­
kowych nagrobkach słowackich
wpływów
obcych,
madziarskich czy tureckich. Posługując się rozległym
materiałem czerpanym z etnografii słowiańskiej udawadnia, że opisywne przez niego formy nagrobków
(z wyjątkiem oczywiście krzyża) są zabytkami rodzi­
mymi, wiążącymi się ściśle z wierzeniami dawnych
Słowian, rozwiniętymi na tle ogólnego podłoża indoeuropejskiego.
R. Reinfuss

MELODIE TANECZNE POWIŚLA

Zebra) i objaśnieniem zaopatrzył Chorosiński Jan.
Przedmowę napisał prof. dr. Adolf Chybiński. Kraków
1949. P W M . Str. 88 + 1 mapka. Okładka i rysunki
M. Makarewicz.
Zbiór ten ma wprowadzić czytelnika w świat ta­
necznych melodii ludowych części woj. kieleckiego
i niewielkiego skrawka woj. lubelskiego na przestrzeni
biegu Wisły od Tarnobrzegu przez Sandomierz, Puła­
wy pod Dęblin po Kozienice czyli w teren zwany przez
jego mieszkańców
„Powiślem".
Uderzającą, jednak
większość melodii zebrał autor z powiatu iłżyckiego,
co stanowi uderzającą dysproporcję w stosunku do ilo­
ści przykładów z powiatów pozostałych (na 125 poda­
nych melodii — 93 pochodzi z pow. Iłża). Zbioru więc
nie można pojmować jako zobrazowanie całego oma­
wianego regionu. Ponieważ jednak Jan Chorosiński
gromadzi melodie ludowe interesujących go okolic od
lat kilkunastu — można się spodziewać, że posiada on
w swoich tekach równie liczny materiał z pozostałych
powiatów „Powiśla" i ujawni go w dalszych zapowie­
dzianych wydawnictwach.
Dyspozycja pracy przemyślana, podział materiału
- przejrzysty, poruszone zagadnienia i obserwacje —
liczne. Trafny tytuł dał autor swojemu zbiorkowi:
„Melodie taneczne" a nie „Tańce".
Temat „Tańce"
w y m a g a ł b y od autora sklasyfikowania typów tanecz­
nych i pod względem muzycznym i choreograficznym.
Tytuł „Melodie taneczne" uwolnił autora od tych obo­
wiązków. T y m niemniej Jan Chorosiński omawia po­
szczególne „grupy tańców" i wylicza ich 15. Rozdrob­
nienie to ma swe uzasadnienie w czysto praktycznym
zastosowaniu tańców i w okolicznościach w jakich ta­
niec jest wykonywany. Stąd owe „flisackie", „leśnioki",
„kopanioki" itd. W rzeczywistości zaś nie są to pod
względem muzycznym osobne grupy tańców — lecz
wszystkie one stanowią jedną grupę, jeden typ melodii
tanecznej, mianowicie typ oberka. I przede wszystkim to
właśnie należało — przy dość szeroko potraktowanym
omówieniu tańców — podkreślić. Po przeanalizowaniu
zbiorku okazuje się bowiem, że jest w nim nie 15 grup
tańców lecz 7: oberki, „stare tańce", marsze, walczyki,
poleczki i dwie grupy niesklasyfikowane przez autora
a umieszczone w innych grupach -— polonezy i kra­
kowiaki. Tak więc ta czysto użytkowa podstawa po­
działu, bez jednoczesnego zwrócenia uwagi na stronę
muzyczną, wprowadza nieobeznanego czytelnika w błęd­
ne przeświadczenie, że na „Powiślu" istnieje taka mno­
gość typów tanecznych. Wszak w innych regionach
Polski oberek ujawnia się również pod różnymi nazwa­
mi (w Lubelskim — „majdaniak", w Rzeszowskim —
„chaciok" itp.) nie mówiąc już o tym (co zresztą autor
zaobserwował też na swoim terenie) — że melodie
taneczne otrzymują często nazwy od imion lub nazwisk
znakomitszych intrumentalistów, którzy je ze specjal­
nym ulubieniem grywali (np. „jastkowiak", „paster­
nak" itp.) co nie znaczy bynajmniej, by miał to być

jakiś odrębny typ tańca. Tak też i tutaj niemal wszyst­
kie melodie taneczne, zaklasyfikowane przez autora do
10-ciu grup, stanowią jeden zasadniczy typ ludowego
oberka. — W dalszej grupie „stare tańce" znajdujemy
powszechne i znane w innych regionach tańce — zabawy
jak „mietlorz" „smit" (w Wielkopolsce czy Opoczyń­
skim -— „kowal"), popularny
„gołąbek",
„foter"
(„ojciec") itd. Nazwa „stare tańce" uzasadniona tu
jest widocznie cytatem wziętym z ust ludu, w rzeczy­
wistości jeśli idzie o wartości melodyczne i rytmiczne
tej grupy — to przymiotnik „stare" jest tu mniej uza­
sadniony, a należy się on właśnie owym „okrąglokom",
„powiślokom", „węglorzom" itp. Najmniejsze wartości
etnograficzno-muzyczne wykazuje grupa „walczyków",
w której łatwo dopatrzyć się powiązań z innymi regio­
nami Polski (nr 114, 118) oraz reminiscencji z przeminionego repertuaru muzyki lekkiej (nr 117). Nato­
miast piękny okaz ludowego walca umieścił autor w
grupie
„oczepinowych"
(nr 74)
pod nagłówkiem
„chodzony". W grupie „marszów" melodyka ludowa
również nie wypowiedziała się bogato, co zresztą za­
obserwować można i w innych regionach Polski. W
grupie tej autor zasugerowany przeświadczeniem, że
marsze muszą być napisane w takcie parzystym, wkleszczył w ramy 2ji melodię „oczepionego chodzonego"
(nr 112), który jest wyraźnie na 3/4 i w 3^4 powinien
być zapisany. W grupie „poleczki" doszło do w i ę k s z e ­
go zamieszania: na cztery zamieszczone polki pierwsza
(nr 122) jest typowym krakowiakiem (znanym zresztą
szeroko w całym Rzeszowskim), dwa następne numery
to bardzo silnie, że się tak wyrażę „zkrakowiaczone"
polki, a dopiero ostatni numer grupy (nr 125) jest
właściwą polką, nie nasuwającą żadnych podejrzeń.
W grupie „weselne i obrzędowe" znajdują się bardzo
piękne a niesklasyfikowane przez autora okazy polone­
za (nr 75, 77).
W samym omówieniu i objaśnieniach podszedł Choro­
siński do ludowego materiału muzycznego w sposób
bardzo słuszny i rozumny, mianowicie od strony jego
związku z życiem i warunkami życia. Zapatrzony w
ideę takiego podejścia stara się autor podciągnąć pod
nią cechy i wartości melodyczne tańców. W niejednym
przypadku operacje te są wyraźnie sztuczne i nie można
się oprzeć wrażeniu, że te brzmiące przykłady siłą zo­
stały wciągnięte pod linię takiego wytłumaczenia. Tym
więcej, że autor sam wpada z sobą w sprzeczność, bo
okazuje się, że te same melodie, które określa i uza­
sadnia jako — można powiedzieć — „zawodowe",
a więc właśnie owe „leśnioki" czy „kopanioki", grane
i tańczone w specjalnych i określonych okolicznościach
łącznie z pracą zawodową, mają zastosowanie jako
melodie taneczne na weselach czyli są zwykłymi ober­
kami tak samo chętnie tańczonymi na weselach jak
i np. na porębie.
Nie wyszliśmy jeszcze z tego okresu, w którym
o muzyce ludowej pisze się frazesami, poetyzując, ślady

65

tej maniery widoczne są jeszcze i u Chorosińskiego,
trzeba jednak z góry zaznaczyć, że są one u niego
zrównoważone rzetelnymi i treściwymi spostrzeżeniami
poczynionymi w terenie zwłaszcza odnośnie kapel daw­
nych i dzisiejszych oraz praktyki instrumentalnej. Spo­
strzeżenia te nadają omawianej pracy dużą wartość.
Zapis nutowy Chorosińskiego dobry i przekonywujący
posiada cechy „porządnej roboty". Zapis wystarczający
jest dla użytku praktyki muzycznej, wystarczy też
kompozytorowi pragnącemu zaznajomić się z melodyką
ludową regionu, odda usługi ruchowi amatorskiemu
pragnącemu go zużyć do swoich celów. Rozmach melo­
dyczny skrzypków kieleckich każe przypuszczać, że
powtórki melodii nie przebiegają u nich w sposób iden­
tyczny jak to podaje zapis, zrozumiałe jednak, że za­
pisanie tego w terenie, bez oparcia o nagranie, jest
w większości przypadków niewykonalne. N a specjalnie
dodatnie podkreślenie zasługuje w notacji Chorosiń­
skiego fakt, że podał on za pomocą metronomu tempo
melodii, co w ogóle — a w tańcach w szczególności —
ma znaczenie decydujące i pozwala na scharakteryzo­
wanie regionu. Chorosiński jest w notowaniu o tyle
szczegółowy, że wypracowuje smyczkowanie, a nawet
palcowanie. W przyszłości zapisy jego nabiorą jeszcze
większej wartości, gdy wypracowane zostaną szcze­

gółowiej akcenty, które w tańcach odgrywają tak za­
sadnicza rolę, a które w łączności ze smyczkowaniem
można zanotować i opracować.
Wydanie P W M jak zawsze na poziomie, korekta
staranna. Natomiast zasadnicze zastrzeżenie nasuwa
strona ilustracyjna. Ilustrator, pragnąc być najwidocz­
niej w zgodzie z treścią wydawnictwa, które przedsta­
wia czysto ludowe, prymitywizmem tchnące melodie,
postawił sobie słusznie za cel danie rysunku również
prostego i prymitywnego. Niestety, w tej słusznej
skądinąd tendencji, doszedł do przejaskrawienia i stwo­
rzył ilustracje nie proste lecz karykaturalne. Tym sa­
mym wpadł w konflikt z treścią wydawnictwa, czyli
wynikł z tego błąd, którego ilustrator właśnie chciał
uniknąć. Zbiorek, wykazujący piękno melodii ludowych,
zilustrował karykaturami postaci ludowych. Szkoda
tym większa, że pomysły rysownika w nawiązaniu do
treści śpiewek i objaśnień słownych autora są na ogól
dobre. Poruszam to i z tego względu, że w przypadku
gdy zbiorek dostanie się do rąk ludzi wsi ilustracja
taka może wywołać wrażenie wprost przeciwne niż
to jakie ilustrator miał na myśli.
Jadwiga

Sobieska

L U D O W E M O T Y W Y W W Y R O B A C H DZIANYCH
Parę kilometrów na zachód od Krakowa położona
jest wieś Tyniec znana niegdyś jako miejsce wyrobu,
słynnych w okolicy, białych, bogato haftowanych chust
czepcowych i magierek tj. czapek wełnianych (ryc. 1)
robionych szydełkiem, które stąd rozchodziły się daleko,
roznoszone przez wędrownych przekupniów docierają­
cych w okolice Rzeszowa, Sanoka, Gorlic a na północ
prawie po Kielce.

„Magierka"

z Tyńca. pow. Kraków,
wykonała
Marcjanna
Siwkowa.
(Balaskowa). Fot. w r. 1947 R. Reinfuss.

Po I wojnie światowej wyrób „sytych chust" tyniec­
kich poszedł w zapomnienie, a zamiast magierek za­
częto wyrabiać na sprzedaż do miasta grube skarpety
zimowe, i rękawiczki. Szydełkarstwo jest w Tyńcu tak
rozpowszechnione, że zajęciu temu oddają się nie tylko
kobiety, ale i dzieci, a nawet mężczyźni. W okresie
międzywojennym wyrabiane w Tyńcu rękawice zaczę­
to zdobić spotykanymi dziś na każdym kroku motywa­
mi norweskimi.
Obecnie na terenie Tyńca została zorganizowana
spółdzielnia pracująca w ścisłym kontakcie z kra­
kowską Delegaturą C.P.L. i A.
W trosce o podniesienie poziomu estetycznego wyro­
bów tynieckich i dla nadania im charakteru twórczości
rodzimej Delegatura krakowskiej C . P . L . i A. postano­
wiła wyeliminować wzory norweskie, zastępując je po
zasiągnięciu rady w Zakładzie Badania Plastyki i Zdob­
nictwa Ludowego P.I.S. motywami zaczerpniętymi ze
zdobnictwa dawnych magierek. Próbny komplet składa­
jący się z czapki, szalika, rękawic i skarpetek po­
wierzono do wykonania Marejannie Siwkowej zw
Balaskowa, starej kobiecie, która w młodości swej sama
jeszcze magierki wyrabiała. Próba wypadła nadspodzie­
wanie i należy przypuszczać, że już w przyszłym sezo­
nie zimowym w sprzedaży ukażą się wyroby tynieckie
wykonane według obecnie opracowywanych wzorów.
R. R.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.