2584f8c33b17546e516bdfcae2e0ed8b.pdf

Media

Part of Folkloryzm - inspiracja, manipulacja / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.4

extracted text
Aleksander Jackowski

FOLKORYZM — I N S P I R A C J A , M A N I P U L A C J A

Folkloryzm, jak wiemy, obejmuje różne przejawy stymulacji twór­
czości ludowej, inspirowania się nią. W tym szkicu chciałbym ukazać
dwa, krańcowo różne, przykłady stosunku do twórczości ludowej
— na przykładzie Dagestanu. Dlaczego Dagestanu? Dlaczego,
ponieważ trudno by mi było wskazać w Polsce tak wyraziste
przykłady sytuacji krańcowych; zadecydował też o tym wyborze
przypadek, lektura książki Świadectwo. Wspomnienia Dymitra Szos­
takowicza a w niej fragment o Dżambule Dżabajewie (który
przedrukowuję) oraz w kilka tygodni później przeczytany artykuł
Dymitra Mitlańskiego Maleńkie arcydzieła z Balcharu . Oba teksty
opisują sytuacje niemal równoległe w czasie, historia Dżambuła to
lata czterdzieste i pięćdziesiąte a bałcharskie figurki ceramiczne
pochodzą z końca lat pięćdziesiątych. Przedtem ich nie było. Był
natomiast ośrodek garncarski, znany ze swych wyrobów artystom
zgrupowanym w sekcji sztuki ludowej radzieckiego związku plasty­
ków. Sekcja ta, przypomnę, w odróżnieniu od instytucji handlo­
wych, dba przede wszystkim o zachowanie autentycznych wartości
twórczości ludowej. Pracownicy Sekcji jeżdżą do mało znanych
ośrodków nie skażonych jeszcze komercją, prowadząc skup wyro­
bów wykonanych przez starych twórców. Sprzedawano je miłośni­
kom sztuki, zbieraczom, muzeum w salonie przy Kutuzowskim
Prospekcie. Najlepsze dzieła pokazywano na wystawach w Związku
Radzieckim i za granicą. Wystawa taka gościła przed kilkunastu laty
także w Warszawie. Przywiózł ją członek prezydium Sekcji, sam
zresztą świetny artysta, Grigorij Derwiz. Artykuł jego ukazał się
w 1974 r. na łamach „Polskiej Sztuki Ludowej". Wystawa była
znakomita, dostarczyła mi wzruszeń takich, jakie towarzyszą oglą­
daniu doskonałych dzieł sztuki. A były to tylko dzbanki, misy,
tkaniny, maty. Już nie chcę porównywać waloru tych dzieł mądrych
doświadczeniem pokoleń z masową produkcją pamiątkarską w skle­
pach „Nataszy" nawet z manieryczną precyzją malatur na lace
szkatułek z Palecha.
1

2

3

Otóż w 1958 r. z ramienia Sekcji pojechał do Dagestanu moskie­
wski historyk sztuki B. Aleksiejew, aby przywieźć naczynia, które
miano wysłać na międzynarodową wystawę ceramiki w Ostendzie.
W aule Bałchar ceramiką zajmowały się kobiety, tocząc garnki na
ręcznie obracanych kołach. Wszystko to jeszcze było jak za dawnych
lat. Kobiety spowite w czerń, siedziały w kucki i toczyły naczynia na
ręcznie poruszanych kołach garncarskich. Później wypalały je
w piecu, zwieńczonym postacią ducha, chroniącego ogień. Lepiły też
zabawki — gwizdki dla dzieci, wśród nich z rzadka spotkać było
można wyobrażenie ptaszka, jeszcze rzadziej baranka.
Aleksiejew, zachwycony urodą tych figurek zachęcił kobiety, by
zrobiły dla niego figurki większe, z ornamentem podobnym do tego,
jakim zdobiły misy i garnki. Kobiety nie dały się prosić, a ich prace
otrzymały medal w Ostendzie. Zachęcone sukcesem kobiety zrobiły
następne partie figurek i wysłały do Moskwy. Ale dużego zbytu nie
było, na domiar złego sporo zabawek uległo zniszczeniu w transpor­
cie. Złym okiem patrzyli też na ceramiczki starcy z aułu, stojący na
straży przepisów Koranu. Grozili kobietom, że będą w życiu
pozagrobowym odpowiadały za dusze wykonanych przez nie w gli­
nie postaci. Kobiety, choć przestrzegały nakazy religii i zwyczaje
(np. rękę podawały przez chustkę) gotowe były, mimo niezadowole­
nia starców, lepiej dalej swoje figurki. Rodziły to z chęcią, chyba nie
tylko dla zarobku. Mitlański, który pojechał do nich w 1966 r. chcąc
zidentyfikować autorstwo już mu znanych figurek poprosił je
o wykonanie figurek podobnych do tych, które zrobiły dla Aleksiejewa. Nie wahały się, nawet zgodziły się przedstawić postać złego
ducha. W tym czasie z 8 kobiet zajmujących się garncarstwem
pracowała już tylko jedna, najmłodsza (autorka Syreny, na ilustracji
lewa figurka w 2 rzędzie od góry).

Aleksiejew zainteresował się kunsztem bałcharskich ceramiczek
w momencie, gdy były one zakorzenione w tradycjach rodzimej
kultury. Nie umiały pisać i czytać, nie przejęły jeszcze miejskich
wzorców estetycznych. Ich wiedza o świecie była znikoma, wzorem
dla postaci syreny, smoka, dinozaura, borsuka czy renifera stały się
obrazki w szkolnych podręcznikach dzieci. Jednocześnie słabła siła
zakazów, autorytet starszyzny. W takich warunkach zachęta ze
strony moskiewskiego gościa mogła w nich wyzwolić inwencję
twórczą, która znajdowała wyraz w formach zakotwiczonych w tra­
dycji estetycznej. Rzeźbiarkom obcy jest naturalizm, postacie kształ­
tują zgodnie z wymogami materiału i techniki, osiągając prostymi
środkami formy lakoniczne i wręcz doskonałe. Inwencja jest tu
bowiem wsparta wrażliwością zakotwiczoną w tradycji, w gustach
środowiska. Jednocześnie jest w tych figurkach coś, co każe myśleć
0 sztuce ludowej różnych kultur, autentyzm, prostota, doskonałe
wyczucie proporcji, roli ornamentu. Podobnie jak — dalekie
przecież pod wieloma względami — rzeźby eskimosów kanadyj­
skich, figurki Laków mają w swych proporcjach cechy monumen­
talne (widać to doskonale, gdy się je powiększy na fotografii). Jest
w nich, i w tym także można doszukiwać się podobieństw w myśleniu
plastycznym do rzeźb eskimoskich znakomite poczucie bryły, wy­
porności, te cechy, które w rzeźbie X X wieku szczególnie akcento­
wali Brancusi, Arp czy Henri Moore. Monumentalność tych rzeźb,
zauważa Mitlański, polega na doskonałości bryły, kształtu ograni­
czonego napięciem gładkiej powierzchni. „Ciekawe, dodaje, iż
z dziesięciu, piętnastu minut, które trwa proces lepienia jednej
figurki, większość czasu zużywa się na wygładzenie powierzchni".
Inspiracja, a właściwie propozycja rozszerzenia kręgu tematycz­
nego nie zakłóciła w przypadku bałcharskich kobiet istoty ich
myślenia i działania plastycznego.Taka inspiracja daje dobre rezul­
taty, gdy zgodna jest ze świadomością ludowego artysty, gdy
uruchamia jego inwencję, nie naruszając zasad estetyki.
W obrębie definicji folkloryzmu opisana sytuacja może być
uznana za pozytywną, nie narusza bowiem wartości autentycznych
1 wynika z szacunku dla ludzi, ich tradycji kulturowych, dla ich
sztuki. Drugim biegunem będzie postawa manipulacyjna, której
towarzyszy brak szacunku a nawet — jak w przytoczonej dalej
historii z Dżambułem Dżabajewem — pogarda dla prawdy, dla
ludzi: twórców i odbiorców. Powstrzymam się od komentarzy
i porównań (choć w skromniejszej skali można by znaleźć i w dzie­
jach naszych powojennych zainteresowań twórczością ludową),
i ograniczę się do przytoczenia fragmentu z relacji Dymitra Szos­
takowicza.
„Pewien znajomy kompozytor opowiedział mi historię, która
jest zarazem i zwyczajna i niezwykła. Zwyczajna, ponieważ prawdzi­
wa, a niezwykła, bo opowiada o zdarzeniach, godnych pióra Gogola
czy E.T.A. Hoffmanna. Otóż ów kompozytor dziesiątki lat pracował
w Kazachstanie. Naprawdę został czymś w rodzaju nadwornego
kompozytora, stąd też wiedział o wielu sprawach, które na ogół są
tajemnicą.
Każdy mieszkaniec ZSRR zna Dżabajewa Dżambuła. Mój syn
uczył się jego wierszy w szkole, moje wnuki też się ich uczą
— oczywiście po rosyjski (przetłumaczono je z kazachskiego). Są to
wzruszające wierszyki. Może pan sobie wyobrazić, jak to było
w czasie wojny: „Leningradczycy, dzieci moje..." — mówił przybra­
ny w dostojne szaty stuletni mędrzec. Wszyscy nasi zagraniczni
goście lubili się z nim fotografować — te zdjęcia były takie
egzotyczne. Ludowy pieśniarz, mądrość stuleci malująca się w jego
oczach i tak dalej. Nawet ja się na to nabrałem, przyznaję, napisałem
muzykę do paru jego tekstów. Tak się złożyło. A tu okazuje się, że to
wszystko bujda. To znaczy Dżabajew Dżambuł jako człowiek
4

5

211

oczywiście istniał i rosyjskie teksty, czyli tłumaczenia jego wierszy,
także istniały, tylko oryginałów nigdy nie było. Dżabajew Dżambuł
może i był dobrym człowiekiem, ale nie był poetą. Przypuszczam, że
mógłby nim być, ale nikogo to nie obchodziło, bo te tak zwane
tłumaczenia nieistniejących wierszy pisali rosyjscy poeci nie pytając
nawet naszego wielkiego pieśniarza ludowego o pozwolenie. Zresz­
tą, gdyby nawet chcieli go zapytać, to i tak by nie mogli, bo nie znali
ani słowa po kazachsku, a Dżambuł nie znał ani słowa po rosyjsku.
Nie, to nieprawda. Znał jedno rosyjskie słowo: „honorarium".
Jego sens wytłumaczono Dżambułowi tak: za każdym razem, po
złożeniu podpisu (nie ulega wątpliwości, że Dżambuł był analfabetą,
ale nauczono go wykonywać zakrętas, który miał być jego podpi­
sem) ma wypowiedzieć magiczne słowo „honorarium", a wtedy
dostanie pieniądze i będzie mógł kupić wiele owiec i wielbłądów.
Za każdym razem, gdy Dżambuł stawiał swoją parafkę na
umowie, otrzymywał honorarium i stawał się coraz bogatszy. To mu
się podobało. Pewnego razu jednak przywieziono go do Moskwy
i w ramach marszruty pełnej konferencji, przyjęć i bankietów
zorganizowano także spotkanie z dziećmi, z drużyną pionierów.
Pionierzy otoczyli Dżambuła prosząc o autografy. Wyjaśniono mu
więc, że ma kreślić swój słynny zakrętas. Czynił to, owszem, ale za
każdym razem powtarzał „honorarium". Był pewien, że płacą mu za
podpis, nic nie wiedział o swoich wierszach. Był bardzo rozczarowa­
ny, gdy zrozumiał, że tym razem nie będzie honorarium i że nie
przybędzie mu bogactwa.
Jaka szkoda, że nie było przy tym Gogola, to temat dla niego:
wielki, znany w całym kraju nieistniejący poeta. Każda groteskowa
historia ma jednak również swoją tragiczną stronę. Może ten
nieszczęsny Dżambuł naprawdę był wielkim poetą? W końcu
brzdąkał na swojej dombrze i coś tam śpiewał. Nikogo to jednak nie
interesowało. Potrzebne były szumne ody na cześć Stalina, życzenia
w stylu orientalnym z różnych okazji — urodzin, wejścia w życie
stalinowskiej konstytucji, wyborów, wojny domowej w Hiszpanii
i tak dalej. Setki powodów do rymowania. O żadnej z tych spraw ten
niepiśmienny starzec nic nie wiedział. Skąd miał wiedzieć o górni­
kach w Austrii, zresztą, co go to obchodziło?
Cała brygada rosyjskich wierszokletów trudziła się za Dżambu­
ła, w tym ludzie znani, jak Konstantin Simonów. Mieli dobre
rozeznanie w sytuacji politycznej i pisali tak, żeby zadowolić wodza

i nauczyciela, co sprowadzało się głównie do pisania o nim samym.
Nie zapominali też o jego sługusach, choćby o Jeżowie.
Pamiętam, że w swoim czasie bardzo chwalono pieśń o Jeżowie.
Był to utwór w stylu pseudoludowym, którego tematem była tajna
policja i Jeżów, jej wspaniały dowódca. Autor wyrażał w niej
następujące życzenie: Niech pieśń ma poniesie szeroko w świat
chwałę naszego bojownika. Jeżów rzeczywiście zyskał światową
sławę, ale nie z tych powodów, o których myśleli twórcy pieśni.
Pisali szybko, byli płodni, a kiedy jednego „tłumacza" opuszcza­
ło natchnienie, zastępował go inny, ze świeżymi siłami. W ten sposób
nie było przestojów w produkcji. Fabrykę zamknięto dopiero wraz
ze śmiercią Dżambuła.
Ludzie powiedzą, jak zwykle, że to przypadek wyjątkowy, a ja
twierdzę, że bardzo typowy. Nie ma tu nic sprzecznego z regułą,
przeciwnie, wszystko jest w zgodzie z regułami, wszystko było tak,
jak być powinno. Wielki przywódca wszystkich narodów potrzebo­
wał natchnionych śpiewaków spośród przedstawicieli poszczegól­
nych narodów, a zadaniem państwa było tych śpiewaków wyszukać.
Jeśli nie mogli ich znaleźć, to musieli ich stworzyć, stworzyli więc
Dżambuła. Dzieje narodzin tego wielkiego nowego poety są także,
według mnie, typowe i pouczające. Pewien rosyjski poeta i dzienni­
karz zatrudniony w latach trzydziestych w kazachskiej gazecie
partyjnej (wydawanej po rosyjsku) przyniósł do redakcji kilka
wierszy, które, jak twierdził, zanotował słuchając pewnego pieśnia­
rza ludowego, a potem przetłumaczył. Wiersze podobały się,
wydrukowano je. Wszyscy byli szczęśliwi. W 1 5 1 1 1 c/asie w Moskwie
przygotowywano właśnie wystawę osiągnięć s/tuki kazachskiej.
Sekretarz partii w Kazachstanie przeczytał w gazecie wiersze
„nieznanego poety" i kazał go odnaleźć: „Niech natychmiast pisze
pieśń ku czci Stalina". Zwrócono się do dziennikarza: „Gdzie ten
twój poeta?" Pismak tak długo stękał i kwękał, aż stało się jasne, że
wszystko wyssał z palca. Trzeba było jakoś z tego wybrnąć,
a „narodowy poeta kazachski" do wychwalania Stalina i tak był im
potrzebny. Ktoś przypomniał sobie, że widział malowniczego starca,
który grał na dombrze i wyglądał na fotogenicznego. Stary nie znał
ani słowa po rosyjsku, więc nie było problemu. Trzeba było tylko
znaleźć mu dobrego „tłumacza". Napisaną naprędce w imie­
niu Dżambuła pieśń sławiącą Stalina posłano do Moskwy. Spodo­
bała się Stalinowi, to było najważniejsze. I tak zaczęło się nowe życie
Dżabajewa Dżambuła."

PRZYPISY
1

Świadectwo. Wspomnienia Dymitra Szostakowicza tak jak
zostały opowiedziane Solomonowi Wolkowowi i w opracowaniu tegoż,
przełożyła Barbara Maluch. Niezależna Oficyna Wydawnicza, War­
szawa 1987, s. 176—178
D. Matlański, Malenkije szedewry iz Bałchara. „Dekoratiwnoje Iskusstwo", 1967, nr 9, s. 48
2

3

Grigorij Derwiz, Tradycyjna sztuka ludowa republik radziec­
kich, „Polska Sztuka Ludowa", R. 28, 1974, nr 2
Laki (Lakcy), grupa narodowościowa licząca wg oficjalnej
statystyki sprzed 20 lat — 75000 członków
Świadectwo ... op. cit.
4

5

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.