7e129096f6f36f471ff6aa5c6414da01.pdf
Media
Part of Żyć w rytmie 230 bitów na minutę / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.1-2
- extracted text
-
Okazuje się, że już nie mamy s k ą d , ani d o k ą d ucie
kać, że jedno z dwojga: albo nie ma rzeczywistości i jest tyl
ko telewizyjna hiperrealnośc, albo (co na jedno wychodzi)
nie ma hiperrealności, a telewizja wiernie odwzorowuje rze
czywistość codzienną. A o uciekaniu od absurdu do absurdu
możemy mówić o tyle, o ile od absurdu do absurdu uciekamy
na co dzień (kiedy mami nas to, tamto i owo, kiedy s'nimy na
sze „sweet dreams").
Kiedy to piszę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że takich
rejterad dokonywaliśmy (my, ludzie) zawsze. I zawsze mieli
śmy poczucie uciekania, zawsze od absurdu do absurdu. Jed
nak śpieszę sobie tłumaczyć, że zawsze odbywało się to
wzdłuż (czy może - skoro ucieczka - to w poprzek) jakiegoś
szlaku, że można było mówić o uciekaniu, ale względem cze
goś, względem drogi prowadzącej do jakiegoś celu. Absur
dem było wtedy wszystko znajdujące się poza wytyczoną
ścieżką. Dzisiaj, jak głoszą myśliciele, nie ma szlaku, jest
niezliczona ilość dróg, kierunków, kłącze, brak centrum. Mo
że poczucie uciekania jest słabsze. Może znamieniem na
szych czasów jest, że na to uciekanie głośno przyzwoliliśmy
(w końcu liczy się teraz ilość i intensywność właśnie w i e
l o r a k i c h wrażeń)? Nie wiem, sądzę raczej, że gdyby tak
było, to nikt by o spacerowaniu nie mówił „dreams", ani nie
nazywał go uciekaniem (a już tym bardziej od absurdu do ab
surdu). Z drugiej strony zastanawia mnie, czy aby na pewno
epizodyczność (którą tak łatwo zdeprecjonować nazywając
absurdem właśnie) wyklucza pielgrzymowanie? Bo ja raczej
skłonna byłabym twierdzić, że tak nie jest.
PRZYPISY
' L. Kołakowski, Nasza wesoła Apokalipsa. Kazanie na ko
niec wieku, „Gazeta Wyborcza", 25-26 października 1997, s.
8-10
Zob. J. Baudrillard, Precesja symulakrów, s. 176, [w:] Post
modernizm. Antologia przekładów, (red.) R. Nycz, Kraków 1997.
L. Kołakowski, op. cit.
Zob. F. Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsump
cyjne, [w:] Postmodernizm. Antologia przekładów, (red.) R.
Nycz, Kraków 1997
W odróżnieniu od paleotelewizji, zob. U. Eco, Przejrzy
stość utracona, [w:] tenże, Semiologia życia codziennego,
2
3
4
5
Warszawa 1996, a także M. Przylipiak, Kryzys zjawiska pro
jekcji/identyfikacji jako podstawowego modelu odbioru filmu
fabularnego, „Kultura Współczesna", nr 2(4), 1994 г.,
s. 40-49
F. Casetti, R. Odin, De la paleo- a la пео-television, „Com
munications", 1990 г., nr 51, s. 21, cytuję za: M. Przylipiak, op.
cit. s. 44-45
Zob. np. Z. Bauman, Nowoczesność i zagłada, Warszawa
1992, oraz tegoż, Wieloznaczność nowoczesna, nowoczesność
wieloznaczna, Warszawa 1995
Z. Bauman, Wieloznaczność... op. cit.
6
7
8
Żyć w rytmie
230 bitów na minutę*
Marcin Kafar
Pożarłszy wszystko inne, podmiot pożera
siebie samego [...]. A dokąd zdążamy,
pozostaje mrocznym pytaniem.
Give Staples Lewis, Odrzucony obraz
W recenzji zbioru tekstów pt. Mitologie popularne. Szki
ce z antropologii współczesności („Konteksty", nr 2, 1995)
jej autorka - Iwona Kurz - przedstawiła, moim zdaniem, bar
dzo interesującą myśl, dotyczącą tego nowego nurtu we
współczesnej polskiej humanistyce, który określany jest mia
nem „antropologii współczesności". „Książka [Mitologie po
pularne - przyp. M . K] - powiada autorka - mieści się w ra* Recenzja z książki Tomasza Szlendaka, Technomania. Cyberple»4 w zwierciadle socjologii. Graffiti ВС, Toruń 1998
mach antropologii, która pozwala odbiorcy określić swoje
miejsce we własnej kulturze. To ogromny obszar badawczy,
jeszcze chaotyczny, mało precyzyjnie określony. Stąd też ry
zyko, że antropologia pop-kultury może się stać pop-antropologią".
Obawa Iwony Kurz nie jest odosobniona. Podzielają ją
także i inni antropolodzy - nierzadko apologeci rzeczonej an
tropologii współczesności - którzy dostrzegają w niej, prócz
bardzo przydatnego narzędzia do oglądu dzisiejszej polisemantycznej kultury, także szczególne zagrożenie dla myśle159
nia i twórczości naszych rodzimych adeptów antropologii
i etnografii. Wśród tych ostatnich panuje bowiem coraz czę
ściej zauważana tendencja do ulegania wpływom i modom
intelektualnym, wyrosłym na gruncie bezrefleksyjnej bardzo
często fascynacji postmodernizmem, jako formacją znoszącą
twarde reguły pozytywistycznego spojrzenia na świat. Owe
„twarde reguły" są często zastępowane ideami czerpanymi ze
źle rozumianych lub zbyt pobieżnie czytanych przez etnogra
fów tekstów autorów zaliczanych do grupy tzw. pisarzy ponowoczesnych. Takie postawy owocują z kolei pseudoliterackimi, pozbawionymi ponadto spójnych metod interpretacyj
nych, dokonaniami w postaci tekstów etnograficznych, te
kstów, jak mówi Clifford Geertz, przynależących kategorii
„gatunków zmąconych". A przecież „Bez harmonii i wewnę
trznej dyscypliny poezja staje się bełkotem; etnologia bez
metody - o nie, nie literaturą, a płaskim reportażem" - powia
da Ludwik Stomma i chyba wypada przyznać mu w tym
względzie rację.
Tym bardziej godne dostrzeżenia jest pojawianie się prac,
których autorom, mimo tego iż opowiadają o zjawiskach zu
pełnie nowych (mieszczących się we wzbudzającej tak wie
le kontrowersji popkulturze), starcza własnej inwencji, ale
także i sprytu intelektualnego, aby wykorzystać przy ich
analizie nowe tendencje interpretacyjne i przedstawić podej
mowane tematy w ciekawy sposób i w metodologicznie
zwartej formie. Do takich należy, według mnie, książka To
masza Szlendaka pt. Technomania. Cyberplemię w zwiercia
dle socjologii.
Chociaż jej autor deklaruje w tytule pracy postawę zo
rientowaną w kierunku socjologii, to ta, którą reprezentuje
w treści, bliższa jest antropologii (chodzi przy tym zarówno
o sam temat, jak i o formę, w jakiej jest on przedstawiony).
Można przywołać w tym momencie starą maksymę Clyde'a Kluckhohna, mówiącą o tym, że antropologia to licen
cjonowane kłusownictwo. Szlendak porusza się bowiem po
pograniczach metodologicznych, poszukując wsparcia
w metodach socjologicznych (sięga do interakcjonizmu
symbolicznego, odwołując się m.in. do Anzelma Straussa),
teorii analizy nowych ruchów społecznych: amerykańskiej
koncepcji mobilizacji zasobów oraz europejskiej teorii
NSMs - new social movements, jak również klasycznej już
dzisiaj koncepcji Ervinga Goffmana, postrzegającej życie
społeczne jako teatr, oraz antropologicznych właśnie (wyko
rzystując dokonania antropologii symbolicznej, poprzez
odwołanie się do modeli struktury i communitas Victora Tur
nera czy stosując metodę „doświadczenia antropologiczne
go" w czasie obserwacji uczestniczącej, przy okazji badania
zabaw tanecznych, tzw. rave parties). Szlendak mówi po
nadto o swoich rozważaniach, jako opowieści socjologicz
nej, co dla znawcy podstawowych tekstów z gatunku wspo
minanej już tutaj kilkakrotnie antropologii współczesności
jednoznacznie będzie wskazywało na odniesienia do książki
Wojciecha Burszty i Krzysztofa Piątkowskiego pt. O czym
opowiada antropologiczna opowieść [podkr. - M . K.], na
którą notabene autor Technomanii kilkakrotnie powołuje się.
Momentami konwencja jego książki przypomina także te
ksty etnograficzne w klasycznym tego słowa znaczeniu.
Szlendakowe oprowadzanie nas po technoświecie (zaiste
niezwykle skomplikowanym) przywołuje w pamięci twór
czość Jana Stanisława Bystronia, który z tak ogromną swo
160
bodą intelektualną potrafił wypowiadać się o, jakże niekiedy
zawiłych, obliczach współczesnej sobie kultury. Posłuchaj
my, jak sam Szlendak uzasadnia wybór takiej formuły inter
pretacyjnej: „Opisująca i analizująca ponowoczesny świat fi
lozofia zwana postmodernizmem zwraca naszą uwagę na to,
że jednym z zasadniczych procesów zachodzących w obrę
bie szeroko rozumianej ponowoczesności jest demitologizacja wielkiej oświeceniowej kultury, takich jak pozytywizm,
strukturalizm czy funkcjonalizm, które nakazywały postrze
gać wszelkie zjawiska poprzez jeden, odgórnie narzucony
i społecznie uznany aparat pojęciowy. U schyłku dwudzie
stego stulecia wraz »z upadkiem [tych] globalnych syste
mów znaczenia kultura stała się zbiorem opowieści«. Jedną
spośród wielu takich małych opowieści składających się na
kulturę popularną jest również technomania.f...] Technoma
nia to opowieść ponadregionalna, docierająca wszędzie tam,
gdzie włączyć można odbiornik telewizyjny lub radiowy
nadający muzykę techno; wszędzie tam, gdzie grono entu
zjastów organizuje taneczne technoimprezy". Wszędzie tam,
uzupełnijmy za Szlendakiem, gdzie pojawiają się społeczne
i jednostkowe fobie związane z kultem infostrad w postaci
telefonów komórkowych, telefaksów i Internetu. Także tam,
gdzie po odrealnieniu spowodowanym zbyt długim obcowa
niem z grą komputerową czy symulakrami telewizyjnymi,
dziecko uśmierca nieświadomie swoje rodzeństwo bądź ko
legę będąc jednocześnie przekonanym, że ci ostatni za chwi
lę wstaną i wszyscy zaczną się bawić dalej wspólnie, bo to
jest przecież tylko gra.
Początków tej dziwnej gry należałoby doszukiwać się
w Anglii „w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy to na dobre
rozpoczęła się ekspansja komputerowej wymiany informacji,
a w klubach tanecznych zaczęto lansować »bezduszną cybermuzykę«". Była ona połączeniem muzyki disco lat siedem
dziesiątych, z ograniczonym do minimum wokalem, wzboga
coną przez użycie syntezatorów oraz technik komputero
wych, dzięki którym możliwe było wielokrotne nakładanie
ścieżek dźwiękowych (metoda tzw. digital sampling). Istot
nym elementem w tej muzyce stał się jednostajny, monoton
ny rytm (metrum 4/4), sprzyjający osiąganiu przez tancerzy
stanów transowych, potęgowanych przez zbiorowe zażywa
nie narkotyku o nazwie ecstasy. Ten ostatni, jako że uzyski
wany jest z psychoaktywnych komponentów muszkatołowca,
posiada właściwości sympatykogenne i stymulujące, przez co
powoduje u tańczących stan głębokiego doświadczenia rze
czywistości (otoczenia) oraz muzyki (wpływając na selek
tywność jej odbioru). Używając tych środków zaczęto tań
czyć w starych, opuszczonych fabrykach, hangarach czy
wprost na ulicach. Imprezom tym, trwającym nieraz kilka
bądź kilkanaście dni, przydano miano rave parties (szalonych
zabaw). Nawiązywały one swoją nazwą, a częściowo także
i charakterem, do organizowanych na przełomie lat 50. i 60.
rave'ow ówczesnej brytyjskiej bohemy artystycznej. Wów
czas też, jak się wydaje, położone zostały podwaliny fenome
nu, którego rozkwit przypada na lata 90., kiedy to nowa sub
kultura nastawiona na hedonizm i egalitaryzm ujawnia się ja
ko techno.
Autor Technomanii bezpośrednio wiąże z tym zjawiskiem
permisywizm postaw i światopoglądów, a „także związany
z nim, odrodzony w niespotykanej dotąd formie relatywizm
kulturowy. Każda już rzecz w ponowoczesnej kulturze, bez
wyjątku, jest relatywna wobec czasu, miejsca i okoliczności.
Nie istnieje już [...] żadna ponadkulturowa moralność, która
mówiłaby, co jest dobre i złe generalnie, co jest piękne, a co
brzydkie, co warte uwagi, a co nieistotne we wszystkich ludz
kich społecznościach". Świat ponowoczesny to świat nowoplemion powstających i ginących jakby „na zawołanie" , za
leżnie od doraźnych potrzeb. Utrzymanie trwałych systemów
wartości jest zatem praktycznie niemożliwe, jesteśmy skaza
ni na ciągłą wędrówkę, jesteśmy ponowoczesnymi wagabundami (Bauman).
Jednym z takich ponowoczesnych nowoplemion jest tak
że subkultura techno. To za jej pomocą właśnie próbuje
człowiek współczesny poszukać „zakorzenienia" którego
potrzeba, jak stwierdza Leszek Kołakowski w jednym z wy
wiadów przeprowadzonych przez Adama Michnika, rozu
miana „jako życie w świecie, gdzie czujemy się u siebie,
jest normalna".
Ale czy rzeczywiście uda się człowiekowi „zakorzenić"
w świecie, który tak bardzo stał się jemu samemu obcym
światem? Jaka w związku z tym czeka nas przyszłość? W kla
syce literatury futurologicznej rysują się jej dwie możliwe do
spełnienia wizje.
Jedną z nich jest ta, którą George Orwell przedstawił
w Roku 1984. Świat Orwella to świat ogarnięty żądzą wła
dzy, gdzie człowiek - jednostka - sterowany jest przez sy
stem władzy totalitarnej. Kontrola sprawowana jest za po
mocą perswazji, w postaci sprawnie używanej kary za nie
posłuszeństwo. Żądzę władzy zaspokaja sprawianie cierpie
nia ludziom, którzy zdecydowali się na złamanie obowiązu
jących zasad. Świat Roku 1984 to świat rządzących i rzą
dzonych, przy czym ci ostatni nie posiadają żadnych praw
z wyjątkiem jednego - prawa do życia w systemie, który ni
mi steruje.
Druga wizja to Nowy Wspaniały Świat wykoncypowany
przez Aldousa Huxleya i ukazany w książce pod tym samym
tytułem. Świat według Huxleya odznacza się kompletnym
zorganizowaniem, które utrzymywane jest za pomocą roz
licznych, a przy tym mało drastycznych manipulacji natury
psychicznej i fizycznej, a także przez genetyczną standaryza
cję. To świat totalnego odhumanizowania, zautomatyzowania
działań człowieka. To świat, w którym nie ma problemów
przeludnienia, ponieważ liczba łudzi dostosowana jest do ilo
ści zasobów naturalnych, mogących zaspokoić ludzkie po
trzeby, wszelkie zaś problemy natury psychicznej rozwiązać
można natychmiast, łykając tabletkę somy - substancji che
micznej dostępnej dla każdego. Nowy Wspaniały Świat to
w gruncie rzeczy świat umarły, w którym człowiek nie jest
już ludzki, jest raczej niezdarnym tworem, odbiciem wła
snych wynalazków.
Wydaje się, że wizja Huxleyowska jest dzisiaj bliższa
spełnienia niż wizja Orwellowska. Podobnego zdania jest
Stanisław Lem, który w swoich książkach próbuje uświado
mić nam zagrożenia cywilizacyjne i wyczula nas na możli
wość zatrzaśnięcia się pułapki technologicznej, jaką człowiek
stworzył dla siebie samego. Lem ostrzega nasz gatunek przed
coraz łatwiej osiągalną możliwością samozagłady, przed jaką
stanął człowiek ery industrialnej. W Summa Technologiae pi
sze on: „technologizacja niesie więcej zła niż dobra; człowiek
okazuje się więźniem tego, co sam stworzył, istotą, która
w miarę zwiększania swej wiedzy, w coraz mniejszym stop
niu może decydować o swoim losie".
Coraz potężniejsze stają się środki, jakimi dysponuje
człowiek i coraz mętniejsze cele, ku którym dąży. Pojawiają
się siły, którym nie potrafi się oprzeć. Zapada się w nieznane,
traci poczucie bezpieczeństwa, słowem - pogrąża się w cha
osie. Jedyne, co mu pozostaje, aby zmienić ten stan, to poszu
kiwać czegoś trwałego, jakiegoś axis mundi. Może nim być
taniec, który stanowi jedno z podstawowych ogniw tworzą
cych rave'ową communitas, a któremu Szlendak nie poświę
ca jednak w swojej książce zbyt wiele uwagi. A oto, co mówi
Piotr - uczestnik łódzkich rave parties:
„Oglądasz: mecz, »Teleexpres«, migawki z wojny,
»Śmiechu warte«. Nic już nie jest ciekawe, nie masz czasu
na refleksję, chcesz zobaczyć coraz więcej, w końcu nie
wytrzymujesz i uciekasz. Jak najdalej, najgłębiej - w ta
niec".
Taniec staje się azylem, swoistym wentylem bezpieczeń
stwa. Stwarza możliwość zaangażowania w odbudowanie
utraconego świata. Daje więc ludziom na powrót szansę
„obudzenia tego, co uśpione" , odnalezienia „słowa pośrodku
mowy", jak powiedzielibyśmy za Paulem Ricoeurem. Czy
człowiek będzie jednak w stanie skorzystać z tej szansy? Czy
będzie w stanie za pomocą „mowy pierwotnej", „symbolicz
nego pierwiastka", jakim jest taniec, na nowo „zakorzenić się
w świecie, odkryć zagubioną gdzieś po drodze swoją tożsa
mość? A może dokona tego angażując się w coś, co go prze
rasta - to jedna z dróg wyjścia z kryzysu - mówi Ricoeur. To
także główna idea „technoludzi": współczesny człowiek jest
skazany na życie w świecie stechnicyzowanym i nie jest
w stanie tak naprawdę tego zmienić. Jeżeli zatem przytłacza
nas technika, to nie starajmy się jej niszczyć, zaakceptujmy
ją, wykorzystajmy w stopniu maksymalnym - oto co próbuje
nam przekazać subkultura techno. Czy zatem jesteśmy
świadkami uświadomienia sobie nowej ekostruktury, u której
podstaw leży maszyna i jej aktywna akceptacja ze strony
człowieka?
Czy antropologia postawiona wobec nowych problemów
i nowych wyzwań świata, który kształtuje przecież jej obli
cze, będzie w stanie go pojąć? Częściową odpowiedź na to
pytanie odnajdujemy czytając książkę Tomasza Szlendaka,
która stanowi kolejną próbę wejrzenia w mechanizmy organi
zujące kulturę masową.
POSTSCRIPTUM
W nawiązaniu do uwagi, jaką Tomasz Szlendak poczynił
na pierwszych stronach swojej książki, chciałbym zazna
czyć, iż jego praca nie jest pierwszą podejmującą problem
analizy antropologicznej kultury techno czy rave. Poświęci
łem temu zagadnieniu pierwszy rozdział swojej pracy magi
sterskiej pt. Tematy, których mi nie odradzano. Szkice z an
tropologii współczesności, pisanej pod kierunkiem prof. An
drzeja P. Wejlanda w KEUŁ w latach 1996-97. Przyznać
jednak trzeba, że autor Technomanii nie miał do tej pory
możliwości dotarcia do wspomnianego przed chwilą tekstu,
gdyż dopiero niedawno został on przygotowany do druku ja
ko artykuł.
161
