„W stronę światła Południa…” czyli Mirosława Żuławskiego odkrywanie Afryki / Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2012, t. 66,

Item

Title
„W stronę światła Południa…” czyli Mirosława Żuławskiego odkrywanie Afryki / Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2012, t. 66,
Description
Polska Sztuka Ludowa-Konteksty 2012, t. 66, s. 265-274
Creator
Raczkowska, Joanna
Date
2012
Subject
Żuławski, Mirosław (1913-1995), Afryka
extracted text
23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

o Afryki uciekałem, żeby mieć święty spokój (…). Chciałem (…) pożyć sobie w takim kraju, gdzie wszystko jest, a nic się nie
dzieje, gdzie nikt nie będzie miał do mnie o nic najmniejszej pretensji i gdzie codziennie świeci słońce”1 –
wyznaje narrator Ucieczki do Afryki Mirosława Żuławskiego jednemu z uczestników swej egzotycznej wyprawy. Piękno Czarnego Lądu, znane z dziecięcych snów
i wyobrażeń, mocno urzekło autora – pisarza, dyplomatę i członka rodu, który w kulturze polskiej zaznacza się od kilku pokoleń. Dlatego, gdy po latach pojawia się okazja do skonfrontowania tworu fantazji
z prawdą rzeczywistości, staje się ona realizacją chłopięcego marzenia, symbolicznym powrotem do dzieciństwa.
Ucieczka do Afryki, napisana w 1983 roku, stanowi
zapis przeżyć z Senegalu, w którym Mirosław Żuławski
przebywał w ramach swej służby dyplomatycznej, pełnionej w latach 1974-77. Jest to utwór hybrydyczny,
łączący w sobie elementy powieści, pamiętnika, zbeletryzowanego eseju oraz reportażu. Jako kompozycja
wielowarstwowa, Ucieczka do Afryki jest jednocześnie
czymś więcej – wielkim urzeczeniem tym kontynentem. Afryka bowiem, postrzegana dotychczas z oddalenia, jawiła się twórcy jako nostalgiczna przestrzeń

JOANNA RACZKOWSKA

„D

Mirosław Żuławski. Zdjęcie pochodzi z książki Andrzeja
Żuławskiego Listy do domu
(Wyd. Twój Styl, Warszawa 1996).

„W stronę światła
Południa…”
– czyli Mirosława
Żuławskiego
odkrywanie Afryki
wolności od totalnego uwarunkowania myśli przez system PRL-u. W archaicznej kulturze Czarnego Lądu
Żuławski dostrzega szansę wyrwania się z przypadkowości i doczesności kultury europejskiej. Ucieczka jest
rezultatem bogatego doświadczenia i wnikliwej obserwacji, gdyż Żuławski, choć dyplomata, to jednak
w pierwszej kolejności skupiony antropolog i filozof,
chłonący afrykańską rzeczywistość. Rzeczywistość,
którą starał się poznać i zrozumieć, świadom zarazem,
że w całej pełni poznać jej i zrozumieć nie zdoła. Przyglądał się Afryce również jako pisarz, jako człowiek
wrażliwy na uroki folkloru, bogactwo barw, dźwięków
i zapachów. Przede wszystkim zaś jako przyjaciel tamtejszych ludzi, u których tak bardzo cenił ich szacunek
i miłość do przyrody, budzącej w nim samym niezmierzony zachwyt. To właśnie tam, wśród plemienia zamieszkującego lasy Czarnego Lądu, zaobserwował po
raz pierwszy pokorę, z jaką naczelnik wioski, pośród ciszy nocnej i sennej, oddawał pokłony wszystkim czterem stronom świata, drzewom, ptakom i zwierzętom,
prosząc je zarazem o wybaczenie krzywd i wieczną
przyjaźń.2
Jako esteta i bywalec salonów dyplomatycznych,
Mirosław Żuławski cenił także prostotę i elegancję
swych „czarnych” przyjaciół. Przemierzając afrykańskie strony, dostrzegł, że choć mieszkańcy poszczególnych regionów różnili się między sobą typem urody,
uczesaniem czy odcieniem skóry, to łączyło ich zamiłowanie do ozdób: naszyjników, obręczy na włosy i szyję czy przepasek splecionych z koralików. Ulubione
kolory zamykają oni w barwach tęczy: czerwień, żółć,
kobalt i zieleń. Najdrobniejszy szczegół biżuterii ma
w Afryce znaczenie symboliczne. Stanowi nie tylko
uzupełnienie stroju, ale przede wszystkim pełni istotną
rolę w rytualnych zwyczajach. A tych w Afryce nie
brakuje, jako że „ludzie żyją tu od obrzędu do obrzędu,
od święta do święta, w ten sposób zachowując coś z tej
magii, bez której życie byłoby tylko bytem”.3 Wszelka
magia zaś, jako próba zaklinania losu i wpływania na
bieg wypadków, musi wynikać z wiary. Żuławski był
zwolennikiem takiej koncepcji. Przy czym wiara pisarza nie koncentrowała się na osobie Boga – wszak

265

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

w istnienie Tegoż autor zwątpił – lecz transcendowała w swoistą jedność z naturą, w zachowanie ścisłych
relacji ze zmarłymi i z przeszłością: „Wszystkie te osoby, które od nas odeszły, te papierzyska, te graty, te
wspomnienia, które po nich zostały, wszystkie skrzynie
na strychach i schowki w pamięci, konieczne są nam
dla własnej identyfikacji. Stanowią świadectwo tożsamości, bez którego człowiekowi trudno, a może nawet
niepodobna się obejść. Są dla jednostki tym, czym
znajomość (…) własnej historii dla narodu”.4
Wiara Żuławskiego to także kult starców, jak przypomniały mu o tym prymitywne ludy, z ich tradycyjnymi śpiewami i tańcami. Ten archetyp Starca, który już
głęboko poznał życie, jest wciąż prawdziwy. Starzec
afrykański, niczym starożytna Sybilla, posiadł moc
przewidywania i zaczarowywania rzeczywistości, wpływania na bieg wypadków, gdyż jako jedyny ma dar kontaktu z bóstwem. „Kontakt, jaki nawiązałam w Afryce
z tak odmienną od mojej własnej rasą, zaowocował dla
mnie niewyjaśnionym do końca poszerzeniem właściwego mi widzenia świata. Głos, jakim śpiewałam tam
pieśń życia, zyskał dodatkowe brzmienie i w duecie
z pieśnią Afryki nabierał pełni i bogactwa”5 – wypowie
Karen Blixen kilka miesięcy po swoim ostatecznym
powrocie z Afryki. Doświadczenia Polaka były podobne. Wszak to tu właśnie zauważy, iż jest to „jedyna cywilizacja, która nie stworzyła miast, zamków, katedr,
piramid, ksiąg świętych, kalendarzy, tablic matematycznych (…), jedyna, w której cały proces społecznego życia zajął się wyłącznie człowiekiem, wyłącznie
ludźmi, jakby tylko oni godni byli tego, by ich wytwarzać, tworzyć, formować, kształtować (…). Myślę: nie
mieli uczonych, ale mieli mędrców”.6
Mirosławowi Żuławskiemu towarzyszyła ogromna
potrzeba ukonstytuowania własnej podmiotowości,
własnej tożsamości: jako Polaka, Europejczyka, jako
człowieka wreszcie.7 Znany amerykański psycholog
i psychoterapeuta, jeden z najznakomitszych przedstawicieli psychologii egzystencjalnej – Rollo May – skomentował taką potrzebę następująco: „każdy z nas
czuje się jak pasażer łodzi dryfującej po oceanie, bez
kompasu czy jakiegokolwiek wyczucia kierunku, tuż
przed sztormem”.8 Pisarzowi, obywatelowi państwa zza
żelaznej kurtyny, takie doznania z pewnością nie były
obce. Jego wyprawa do Afryki i konfrontacja kultur
uwolniły w nim potrzebę „ucieczki z czasu”, „terroru
historii” własnego kraju, która ludzką świadomość
czyni zniewoloną.
„Człowiek odkrywa siebie i istnieje tylko przez
drugiego człowieka”,9 wszystko zaś „zależy od naszego
miejsca w przestrzeni; przestrzeń bowiem określa nasze odczucia i wyobrażenia, a w konsekwencji nasz
los”.10 Można powiedzieć, że „konwersacja przestrzeni”, jaka dokonała się w umyśle Mirosława Żuławskiego w wyniku spotkania z Drugim, sprowokowała konieczność poszerzenia własnego horyzontu,

uświadomienia osobistego losu oraz zrekonstruowania
i odbudowania własnej tożsamości.

Próba (od)czarowania życia – sztuka
prymitywizmu
Fascynacja kulturą egzotyczną, która stała się
udziałem Mirosława Żuławskiego, nie była nowa, jako
że odkrycie sztuki pierwotnej dokonało się w Europie
Zachodniej (głównie we Francji) już w 1889 roku, kiedy na wystawie światowej w Paryżu pokazano wiele
znalezisk antropologicznych, które tak bardzo urzekły
europejskich artystów. Oczarowaniu sztuką prymitywizmu sprzyjał fakt, że jest ona zwierciadłem wszelkich
wyobrażeń afrykańskich, od kosmogonicznych po zwyczajowe. Właściwie każdy afrykański artysta, tancerz
czy śpiewak, malarz czy rzeźbiarz, za swój największy
obowiązek uważał służbę bogu. Sztuka wiązała się bezpośrednio z wierzeniami danej społeczności i to z niej
czerpała swe natchnienie.
Rysunki i malowidła naskalne przedstawiały głównie świat zwierząt uważanych za święte. Były wśród
nich m.in.: krokodyle, ryby, warany. Jednak najważniejsze miejsce u wielu plemion zajmował wąż. To
święte zwierzę przedstawiane jest najczęściej w postaci zwiniętej, z ogonem w pysku. Taki sposób prezentacji, symbolizujący nieśmiertelność węża, jest stary
i uniwersalny dla niemal całej ludzkości. Wąż zrzuca
swą skórę i żyje w dalszym ciągu, dlatego ludzie po
śmierci cielesnej mogą doświadczyć życia duchowego.
W sztuce religijnej największym powodzeniem
cieszyła się rzeźba. Artyści wykorzystywali głównie
drewno lub glinę, czasem także kości zwierząt domowych. Z materiałów tych rzeźbiono figurki bądź maski,
za pomocą których próbowano nawiązać kontakt ze
światem nadprzyrodzonym. Figurka oddziaływała na
wyobraźnię wiernych swoją stałością, maska zaś przypisanymi jej właściwościami dynamicznymi, co znacznie ułatwiało imaginację świata zamieszkanego przez
bóstwa oraz zmarłych, do których odnoszono się
z wielkim pietyzmem. Intymny kontakt z drewnem zachęcał artystów afrykańskich do swoistych „snów
o materii”, która jawiła się jako element niezwykle tajemniczy, ucieleśniający sakralność i siłę. Nieco przekorne wobec powyższego wydaje się stwierdzenie Mirosława Żuławskiego z czasu jego pobytu na Czarnym
Lądzie: „nieznany czarny twórca, który je [to jest figurki i maski wykorzystywane w rytualnych tańcach –
przyp. J.R.] wykonał, nie uważał ich za dzieło sztuki,
były dla niego przedmiotami magii, środkiem komunikacji z mocami pozaziemskimi dla sprawienia dobra
lub zażegnania zła. To myśmy zrobili z nich muzealne
eksponaty. To my widzimy je w kategoriach estetycznych, a nie magicznych. To my odbieramy im wszelki
sens”.11
Parafrazując Eliadego, można powiedzieć, że spotkanie twórczości paryskiej awangardy z afrykańską

266

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

sztuką świata archaicznego wyzwoliło ruch interioryzacji, „powrotu do świata, którego się nie zapomina,
ponieważ jest on światem dzieciństwa”.12 Słowa te,
wypowiedziane przez rumuńskiego filozofa w 1967 roku, ciekawie korespondują z wypowiedzią Leszka Kołakowskiego dwadzieścia cztery lata później: „historia
mitologiczna uzasadniała prawomocność i, co za tym
idzie, sens ich [to jest ludzi w ogóle – przyp. J.R.]
obecnego życia – sens ustalony i określony niejako
u źródeł bytu. Ów fakt ustanawiający nie był faktem
po prostu (…); był czymś koniecznym i w tym sensie
bezczasowym, albo wyłączonym z następstwa faktów”.13

Locus amoenus czy locus horridus?
Obraz Afryki w literaturze polskiej
i europejskiej
Zjawisko fascynacji twórców europejskich sztuką
prymitywną stanowi jednocześnie tło kulturowe, na
jakim Mirosław Żuławski komponował swą Ucieczkę
do Afryki. Europejski inteligent i erudyta, mieszkaniec
Paryża i bywalec świata z pewnością miał świadomość
jego istnienia. Z pewnością też to ono właśnie – w jakiejś mierze – określało jego stosunek do Afryki i jej
tradycji, co tym bardziej zachęcało pisarza do podjęcia
swej wyprawy, a następnie przelania na papier wrażeń,
jakich ona dostarczyła.
Ale nie tylko znajomość sztuki Południa warunkowała wiedzę autora na temat kontynentu afrykańskiego. Jej składnikiem były bowiem także literackie
świadectwa pozostawione przez m.in.: Louisa Ferdinanda Céline’a – Podróż do kresu nocy (1932), Ernesta Hemingwaya – Zielone wzgórza Afryki (1935) oraz
Śniegi Kilimandżaro (1936), Josepha Conrada – Jądro
ciemności (1902) czy Karen Blixen – Pożegnanie
z Afryką (1937), by wspomnieć zaledwie te tytuły,
które bezpośrednio pojawiają się w tekście Ucieczki
do Afryki.
Inne literackie opisy Czarnego Lądu znane Żuławskiemu pochodzą ze skarbnicy polskiej. Już Jan
Kochanowski wspominał o niejakim Kretkowskim,
który w XVI wieku miał dotrzeć do brzegów Nilu.
I choć poeta z Czarnolasu nie pozostawił ściślejszych
informacji na ten temat, to jednak wiadomo, że już
sto lat wcześniej po Czarnym Lądzie stąpali Polacy
udający się na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. I tak,
pierwszy jej opis, sporządzony w XVI wieku przez Jana Goryńskiego z Ojrzanowa, ma postać dziennika
z podróży odbywanej w latach 1560-70. Ciekawsza
jednak zdaje się relacja Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła zwanego Sierotką, księcia i podróżnika, który
swą wyprawę pokutną po Syrii, Damaszku i Palestynie z lat 1582-84 opisał w dziele Peregrynacja albo
pielgrzymowanie do Ziemi Świętej Jaśnie Oświeconego
Pana I.M. Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, książęcia na
Ołyce i Nieświeżu… Pamiętnik ten, wydany po raz

pierwszy w języku łacińskim w 1601 roku, został następnie przetłumaczony na wiele języków. W wersji
polskiej ukazał się w 1607 roku nakładem drukarni
krakowskiej. Inne dzienniki z pielgrzymek do Ziemi
Świętej to: Illustris perigrinatio Jerosolimiatana latius
protracta per tres insigniores mundi partes a Thoma
Stanislaw Wolski nobili Polono peregrino Jerosolimiato
nempe per Europam, Asami et Africam (Lwów, 1736)
Tomasza Stanisława Wolskiego, szlachcica i podróżnika oraz Pielgrzymka X. Józefa Drohojowskiego, reformata, do Ziemi Świętej, Egiptu, niektórych wschodnich
i południowych krajów odbyta w 1788, 89, 90, 91, pobożno-ciekawej publiczności ofiarowana (Kraków,
1812) ks. Józefa Drohojowskiego, misjonarza, którego pobyt w Egipcie związany był z objęciem stanowiska definitora Kustodii Ziemi Świętej.
Jednak pierwszą podróż sensu stricto do Afryki odbył hrabia Jan Potocki, który w 1784 roku zwiedził
Egipt, a następnie spisał swe wspomnienia w książce
Podróż do Turcyi i Egiptu: z wiadomością o życiu i pismach tego autora (I wyd. fr.: Voyage en Turquie et en
Egypte, fait en l’année 1784-1788, I wyd. pol. – 1789).
Kolejne wyprawy podjęli m.in. Józef Sułkowski – oficer, adiutant Napoleona Bonaparte, uczestnik militarnej ekspedycji napoleońskiej z 1798 roku, podczas
której poniósł śmierć, Antoni Muchliński – orientalista, podróżnik, który w latach trzydziestych XIX
wieku dokonał pierwszej polskiej ekspedycji badawczej na Czarnym Lądzie czy Józef Konrad Korzeniowski, przebywający w dorzeczu Konga w końcu XIX
wieku, czego świadectwem jest spisany w 1890 roku
The Congo Diary, stanowiący następnie podstawę
The Heart of Darkness (Jądro ciemności). Większemu
zainteresowaniu Afryką w Polsce przysłużyła się
twórczość Henryka Sienkiewicza, który w Listach
z Afryki (1891-92), a następnie w powieści W pustyni
i w puszczy (1911) zapoznaje czytelnika z wizerunkiem „dobrego dzikusa”, wyznaczając tym samym ramy stereotypu, który na długo zagościł w nadwiślańskich stronach. Niezwykła moda na Afrykę związana
była w drugiej połowie XIX wieku z wyprawą Stefana
Szolca-Rogozińskiego do Kamerunu (1882-83), szeroko komentowaną wśród przedstawicieli parnasu
pozytywistycznego (Prus, Sienkiewicz, Świętochowski). Ten ostatni zresztą ubolewał nad postępującym
procesem degradacji „dobrego dzikusa” przez kulturę
„Białych”, czemu dał wyraz w swych dramatach Aureli Wiszar (1888) i Regina (1899), których akcja częściowo rozgrywa się w Afryce. Sam zaś Rogoziński
tak oto opisał wrażenia, jakich dostarczył mu widok
Czarnego Lądu: „W zamorskich podróżach przeczytałem kilka kart najżywszej księgi – ze świata samego.
Za siną falą, na południu, poznałem ląd inny, który
zaczął mnie pociągać ku sobie, następnie zastanawiać, a wreszcie zrósł się z memi myślami. Była to
Afryka”.14

267

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

Literackiego opisu ekspedycji męża dokonała Janina Pajzderska z Boguskich, v. Szolc-Rogozińska, powieściopisarka, poetka i tłumaczka, w zbiorach nowel:
Z dalekich lądów (1893), Ostatnia butelka (1902) oraz
Rosa Nieves (1925), zajmując przy tym stanowisko krytyczne wobec kolonializmu europejskiego.15 Zmierzch
pozytywizmu powoduje także zanikanie jego poznawczej, naukowej ciekawości świata, stapiając się stopniowo w dekadenckich, melancholijnych nurtach
Młodej Polski. Odwołania do topiki afrykańskiej pojawiają się ponownie na gruncie rodzimym w pierwszej
ćwierci XX wieku, kiedy to polscy futuryści, zainspirowani włoskim przykładem buntu, jaki w 1909 roku
Filippo Tommaso Marinetti zamanifestował wobec
tradycji i języka, podążyli jego śladem. Upatrując w egzotycznej kulturze afrykańskiej powiewu świeżej wolności i nowości, awangarda polska lat dwudziestych
popełniła ten sam błąd, co jej dziewiętnastowieczni
poprzednicy. Postać Murzyna zamknęła w ramach
stereotypu. Wprawdzie odmiennego w stosunku do
epoki minionej – wykorzystała bowiem jedynie aspekt
jego potencji seksualnej, czemu publicznie przeciwstawiał się Karol Irzykowski – niemniej skutek okazał się
porównywalny.
Odmienny stosunek do mieszkańców kontynentu
afrykańskiego zrodzi dopiero klęska i upadek kultury
„Białych” wywołane skutkami II wojny światowej.
Publiczny wyraz owej zmiany zaprezentował Jean-Paul Sartre, kiedy w przedmowie do powojennego
wydania Anthologie de la nouvelle poésie nègre et malgache de langue française (Antologii nowej poezji francuskiej, I wyd. w 1948 r., red. Léopold Sédar Senghor), zatytułowanej Ophrée Noir (Czarny Orfeusz)
użył terminu négritude na oznaczenie ideologii odzyskiwania tożsamości przez „Czarnych”. Fakt ten wiąże się z ówczesnymi procesami dekolonizacyjnymi
i walkami narodowościowymi w Afryce. Istotę działalności poetów negroafrykańskich piszących w języku francuskim Sartre określił jako „tragiczne piętno
négritude”, to jest usilne dążenie „czarnego Orfeusza”
do połączenia z utraconą Eurydyką, symbolizującą
afrykańską tradycję i négritudeską duszę. Według
Aimé Césaire’a, który w swym sztandarowym poemacie Cahiers d’un retor au pays natal (Notatki z powrotu do rodzinnego kraju) z 1939 roku po raz pierwszy
użył neologizmu négritude – wykorzystanego następnie w przedmowie Jean-Paula Sartre’a – „czarni” ludzie mieli do wypełnienia duchową misję w uczłowieczaniu świata, gdyż w przeciwieństwie do „białych”
byli pełni spontaniczności, otwartości, dobrotliwości
i szczerości.
Również wśród Polaków dokonują się zmiany światopoglądowe. Zapoczątkowują je: korespondencja Kazimierza Nowaka, podróżnika, który w latach 1931-36,
jako pierwszy człowiek na świecie, przemierzył samotnie kontynent afrykański, i jego córki, Elżbiety

Nowak-Gliszewskiej (Rowerem i pieszo przez Czarny
Ląd. Listy z podróży odbytej w latach 1931-1936, I wyd. –
2000, kolejne 2006, 2008), reportaże Ryszarda Kapuścińskiego (Gdyby cała Afryka, 1969; Heban, 1998;
Z Afryki [album fotograficzny], 2000), powieść Mariana
Brandysa (Śladami Stasia i Nel; Z Panem Biegankiem
w Abisynii, Londyn 1993), poematy i opowieści Bogumiła Witalisa Andrzejewskiego (Podróż do krajów legendarnych, 1985) czy wreszcie barwne przygody Tomka
Wilmowskiego, spisane piórem Alfreda Szklarskiego
(trylogia: Tomek w krainie kangurów, 1957; Przygody
Tomka na Czarnym Lądzie, 1958; Tomek wśród łowców
głów, 1965).
„Kochałem ten kraj i czułem się tu jak u siebie,
a gdzie człowiek czuje się jak u siebie, poza miejscem
swego urodzenia, tam powinien iść”16 – wypowie Ernest Hemingway w roku 1937. Niecałe trzydzieści lat
później Ryszard Kapuściński doda: „Ten kontynent
jest zbyt duży, żeby go opisać. To istny ocean, osobna
planeta, różnorodny, przebogaty kosmos”.17 Barwna
różnorodność, poczucie powrotu do dawno opuszczonego domu, wreszcie mistyczny spokój, wolny od zagłuszeń ponurej gonitwy cywilizacyjnej – wszystko zaś
zanurzone w soczystej pomarańczy afrykańskiego
słońca – oto doznania rozpoznane w powyższym „dialogu”. Afryka Żuławskiego także mieni się wieloma
barwami, kształtami i nastrojami. Składają się nań
pojedyncze spektakle wywołane wschodami i zachodami słońca, złotawymi świtami i liliowymi zmierzchami. To obrazy malowane czerwonym pyłem laterytowych dróg, bielą poszarpanych obłoków bądź
migotliwym blaskiem gwiazd. To także pejzaże bezkresnych, soczystych w swej wybujałej zieloności sawann, ograniczonych jedynie horyzontem przestronnego, gorejącego słońcem lub śniącego bóstwem
księżycowym nieba. To wreszcie specyficzny zapach:
mikstura spalonej ziemi, ożywczej wody oraz krwi, wylewanej w rytuałach codziennych polowań ludzkich
bądź zwierzęcych.

Bieszczadzkie polowania
i afrykańskie safari
W zjednoczeniu z przyrodą i wtopieniu w jej otoczenie Żuławski powraca do rytmu dnia człowieka
pierwotnego, wyznaczonego pobudką o wschodzie
słońca i ukołysaniem do snu o jego zmierzchu. Do rytmu dnia, w którym tak istotną rolę odgrywa rytuał polowania z jego determinizmem, zmysłowością i subtelnym artyzmem. Z całą swą dramaturgią budowaną
trudami pokonywanych dróg oraz tropieniem uciekającej zwierzyny, okupionym wysiłkiem, zmęczeniem
i potem. Długimi godzinami spędzanymi w mistycznym, a jednocześnie jakże namacalnym kontakcie ze
zwierzęciem. Spektakl safari to także możliwość poznania ogromnej różnorodności afrykańskiej fauny reprezentowanej przez słonie, guźce, bawoły, gazele, lwy,

268

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

zebry czy gepardy. To także widowiskowe loty różnokolorowych gatunków ptaków oraz bogactwo wspaniałej flory.
Mirosław Żuławski bardzo lubił polowania. Wiedziony przykładem Hemingwaya, Conrada, Turgieniewa czy Sienkiewicza, przede wszystkim zaś zainspirowany postawą ojca, traktował łowiectwo jako sztukę.
Jako szkołę uczuć nie tylko do otaczającego świata
przyrody, ale także możliwość poprawy kondycji i wytrwałości własnego organizmu, hartu własnego ducha.
Pierwszy kontakt ze strzelbą zapewnił pisarzowi jego ojciec, kiedy to budził syna o świcie, witał kubkiem
gorącego, wiejskiego mleka i zabierał w ukochane
Bieszczady, by tam wraz z psami tropić lisy, borsuki
i zające. To właśnie ojciec przekazał mu wiarę, że polowanie to misterium, którego długo trzeba się uczyć.
Składa się nań bowiem odwieczny obyczaj, ściśle określona etyka, a nade wszystko miłość do przyrody. Dlatego nie każdy, kto poluje, jest myśliwym. Łowiectwo
wymaga mądrości i rozsądku, samo strzelanie to tylko
niewielka jego część.
„Mój ojciec zawołał mnie pewnego dnia i podarował mi swoją ulubioną strzelbę. – Już mi to nie sprawia
przyjemności, już mnie to męczy, już nie mogę – powiedział. Wtedy zrozumiałem, że spada na niego starość, nagle i ostatecznie”.18 I choć pisarz długo nie
mógł zaakceptować takiego stanu rzeczy, nie potrafił
uporać się z myślą o utracie tak miłych sercu powrotów z polowań, kiedy wraz z ojcem milczał na tle zachodzącego słońca – to jednak w chwilę potem stwierdza: „Będę się po nich [tj. Bieszczadach – przyp. J.R.]
włóczył ze strzelbą, jak długo będę mógł i jak długo będzie mi się chciało”.19
W zamiłowaniu Żuławskiego do łowiectwa kryła
się świadomość pochodzenia z kraju wielkich i mądrych myśliwych, którzy swe historie zapisali na kartach własnych ksiąg: Mikołaj Hussowski z jego słynną
Pieśnią o żubrze, napisaną na zamówienie biskupa Erazma Ciołka dla, znanego ze swej pasji łowieckiej, papieża Leona X. Dalej Mateusz Cygański (Myślistwo
ptasze, w którym się opisuje sposób dostawania wszelakiego ptaka, 1584), nazwany przez chrzanowskiego przyrodnika Mieczysława Mazarakiego wybitną indywidualnością swoich czasów, odczuwającą „potrzebę
utrwalenia swych nabytych długoletnim doświadczeniem wiadomości i umiejętności dla społeczeństwa,
[indywidualnością – przyp. J.R.], która pragnie się nimi podzielić, przekazać myśliwym swych czasów oraz
zostawić je tym, którzy po niej przyjdą”.20 Toteż dzieło
Cygańskiego precyzyjnie opisuje sposoby łowienia
ptactwa oraz zawiera wykaz przyborów myśliwskich temu służących. Poza tym na uwagę zasługuje Jan
Ostroróg (Myślistwo z ogary Jana hrabiego Ostroroga,
wojewody poznańskiego, ok. 1618), który tak oto pisał
o myśliwym: „Człowiek myśliwy nie dośpi, nie doje,
upragnie, umoknie, uziębnie, uznoi się, na szkapie się

ukołysze, ba i potłucze, i wszystko mu lekko, dla tego
smaku, który w myślistwie czuje (…). Zda się nieborakom myśliwcom po wszystkich onych pracach i niewczasach, że czegoś jeszcze nie dostawa, kiedy słońce
zachodzi”.21 W roku 1822 ukazują się Pierwsze początki terminologii łowieckiej profesora leśnictwa Wiktora
Kazimierza Grzegorza Kozłowskiego, kolejno zaś wychodzą m.in. Dyplomatyka i łowy (IV księga Pana Tadeusza, 1834) Adama Mickiewicza, Myślistwo w Polsce
i na Litwie (1865) Waleriana Kurowskiego czy Uwagi
myśliwskie dla wszystkich myśliwych i właścicieli dóbr
ziemskich w Galicji jako też w Królestwie Polskim (1879)
Józefa Ignacego Ożegalskiego. Z twórców współczesnych należy wymienić: Józefa Weyssenhoffa, autora
Sobola i panny (1912, powieści-poematu o łowach
i miłości rozgrywających się na tle pejzażu litewskiego)
oraz Puszczy (1915, prozatorskiego hymnu na cześć
poleskiej przyrody), następnie poetę, prozaika i tłumacza Juliana Ejsmonda (W puszczy, 1927; Żywoty drzew,
1929 – wyd. łączne obu pozycji 1977; Moje przygody łowieckie, 1929), który wspomnieniom zimowych polowań nadał poetycką stylizację: „piękne to były łowy.
Puszcza zdawała się jakąś krainą ze srebrnej bajki…
W zimowym świetle księżycowym nieruchome drzewa
przypominały białe widma”;22 dalej Melchiora Wańkowicza z jego Szczenięcymi latami (1934) czy wreszcie,
wspomnianego już powyżej, Mieczysława Mazarakiego
(Z sokołami na łowy, 1977).
Polskie polowania, w tym także te, w których Mirosław Żuławski jako chłopiec brał udział osobiście,
ciekawie korespondują z łowami afrykańskimi. Tu też
chłopcy od samego początku przygotowywani byli
przez starszyznę do myśliwskiego rzemiosła. Hermann
Freyberg pisze: „Aby zapewnić rodzinie dostateczną
ilość pożywienia, młodzi chłopcy kształcą się od małego na myśliwych. Już w latach dziecięcych ojciec uczy
ich polowania oszczepem w gęstej puszczy na antylopy
i dziki. Uczą się także strzelać z łuku. Ojciec żąda, aby
syn nie był słabeuszem i traktuje każdy objaw zmęczenia jako niedołęstwo. Jeśli syn po drodze zasłabnie, ojciec pozostawia go samego w lesie, w zaroślach czy na
stepie. Uważa za oczywiste, że chłopiec znajdzie drogę
powrotną do wsi. W ten sposób wychowuje się najlepszych myśliwych i tropicieli, z których usług chętnie
korzystają Europejczycy. Widziałem dwunastoletnich
myśliwych, którzy z łuku trafiali w pudełko od zapałek
z odległości czterdziestu metrów”.23
A pamiętać należy, że puszcza afrykańska jako
miejsce polowań nie stanowi przyjaznej przestrzeni.
Powietrze w niej parne i duszne. Pot leje się z czoła,
dookoła jedynie zieleń, która przesłania wszelkie inne
widoki, a zewsząd unosi się przykry zapach zgnilizny.
I choć świadectwo pozostawione przez Mirosława Żuławskiego zdaje się zadawać kłam powyższym faktom,
jako że dla pisarza „w buszu było wspaniale: zapachy
rozprażonych w słońcu ziół, nieprawdopodobne ptaki,

269

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

czerwone i zielone papugi, wioski prawdziwe, z dala od
dróg”24, to jednak rzeczywistość często okazywała się
bardziej brutalna. Przekonali się o tym Karen Blixen
i Ernest Hemingway, doświadczył tego także nasz pisarz na dalszym etapie swej afrykańskiej odysei.
Świadomość wielkich poprzedników kunsztu łowieckiego, których historia sięga czasów starożytnej
Grecji – Ksenofont i jego Podręcznik łowiectwa, towarzysząca Żuławskiemu w trakcie jego afrykańskich polowań, kryła większą, niemal mistyczną potrzebę wkraczania w łowiecki dzień, z taką otuchą, z jaką wchodzi się
w życie – „bo łowiectwo to część odwiecznej historii
człowieka na ziemi”.25 Wschodzący dzień polowania, niczym nowe życie, niesie jakąś niespodziankę, zawiera ten
element tajemnicy, oczekiwania, nadziei i możliwości,
tak miły sercu pisarza. Mirosław Żuławski, posiadając
Hessowską „umiejętność próżnowania” oraz zachwytu
okresem wakacyjnym, uwielbiał wszelkie sytuacje świąteczne, niezwykłe, różne od codziennej zwyczajności
i oczywistości.26 Sytuacje, które wytrącają z rytmu, zakłócając przyzwyczajenia i niwecząc czas, które umożliwiają poznanie siebie i świata, by paradoksalnie uwrażliwić nas na dramaturgię codzienności, na drobne sprawy,
które w innych okolicznościach pozostałyby niezauważone. Te momenty i chwile stanowiły dla pisarza dar
o wiele cenniejszy niż jakiekolwiek uogólniające formuły, wpisujące pojedynczy los w większe struktury.

Muzyka afrykańskiej ciszy
„Stada płynęły, unoszone leniwym prądem, pochylone zwierzęta, potrząsając głowami, pasły się w wysokiej trawie – ledwie było słychać melancholijny krzyk
ptaków drapieżnych. Była to cisza wiecznego początku
– cisza świata takiego, jakim był zawsze w stanie niebytu”27 – oto doświadczenia Carla Gustawa Junga z jego wyprawy po Czarnym Lądzie. Mirosław Żuławski
także odkrył „ciszę” w swej Afryce, przy czym jego cisza miała nieco inny charakter. Była to cisza „rozbrzmiewająca” krzykiem ropuch, zapowiadającym
porę deszczową, szelestem konika polnego wyskakującego spośród źdźbeł trawy, ruchem motylich skrzydeł,
śmiechem hien czy „bezgłosem” skradającego się lwa.
„Wszystko, co tu żyje, czyni hałas: wielkie ptaki kalao,
zawsze latające parami, drą się jakby je ktoś skubał,
kanie gwiżdżą, sępy świszczą, bulbule śpiewają, kukale
hukają, a to wszystko nad naszymi głowami, bo nad
dachem pochyla się i rozpina konary wielkie afrykańskie drzewo”.28
Taka cisza zniewala egzotyką swych tonów, melodyjnością brzmień, które niczym dźwięki czarodziejskiego fletu bądź szamańskiego tam-tamu otwierają
przed przybyszem nieprzebrany skarbiec odczuć i przeżyć. Paradoksalnie cisza afrykańska wyzbyta jest milczenia – to cisza, która posiada własną mowę, własny
język, własną muzykę. Niemiecki kompozytor doby romantyzmu – Felix Mendelssohn-Bartholdy – twier-

dził, że ludzie, skarżąc się często na wieloznaczność
muzyki, podkreślają jednocześnie zrozumiałość słów.
Tymczasem, zdaniem Bartholdy’ego, to muzyka właśnie wypełnia duszę ludzką tysiącem stanów o wiele
lepszych niż słowa, wyraża myśli, których w żaden sposób nie można wypowiedzieć słowami, gdyż są one zbyt
ubogie i niewystarczające. To dlatego klimat afrykański tak bardzo oczarował Żuławskiego, iż wiele było
w nim subtelnych znaczeń, brak zaś formalistycznych,
natarczywych treści, tak mocno zdezawuowanych europejskimi kataklizmami. Prostotą myśli uderza historia o Cissie, służącym pisarza, który za wszelką cenę
starał się udowodnić swemu panu, że gekony są złe,
mimo iż ten rozprawiał o pożytkach płynących z posiadania jaszczurki w domu, gdyż zjada ona moskity i ich
larwy, dzięki czemu przyczynia się do zmniejszenia zagrożenia malarią, żółtą febrą i dengą. Ciss wysłuchał
zapewnień Żuławskiego, po czym stwierdził, że choć
dla Polaka gekony są dobre, to dla Cissa nadal pozostają złe, dlatego nie przestanie ich zabijać. Po namyśle pisarz skontastował: „Skoro oni w to wierzą, to jest
to ich wewnętrzną prawdą, cząstką rzeczywistości,
w której żyją, i trzeba się z tym liczyć, tak samo, jak
z naukowo dowiedzioną prawidłowością”.29 Profesor
Jerzy Faryno, powołując się na Rudolfa Arnheima,
psychologa, estetyka i teoretyka sztuki, zapewnia, że
muzyka i malarstwo są jednakowo abstrakcyjne, gdyż
nie przedstawiają przedmiotów, lecz interpretują je
w swych jednakowo abstrakcyjnych kategoriach.30
Myślę, że podobnego spostrzeżenia dokonał Żuławski
w odniesieniu do sposobu myślenia Afrykańczyków,
kiedy już na wstępie swego pobytu w Senegalu zauważa, iż cechuje ich ogromna skłonność do abstrakcji
oraz wielkie poczucie sprawiedliwości. Czyż to nie paradoks? Abstrakcja i zrygoryzowana sprawiedliwość
oraz dosadność i prawdziwość znaczeń stawiane na
jednym poziomie, zrównane ze sobą. Nasz podróżnik
w swej afrykańskiej odysei jeszcze niejednokrotnie
ulegnie zadziwieniu.
Muzyczność i płynność afrykańskiej ciszy stała się
lekiem na umęczenie hałasem. Dla umysłu przeładowanego nadmiarem wrażeń, dźwięków i barw, zranionego cywilizacją – stała się inspiracją i oazą spokoju.
W rozkoszowaniu się jej smakiem, pragnieniu wiecznego trwania i spijaniu życiodajnych mocy – Mirosław
Żuławski niejednokrotnie odnajduje jasność myślenia.
Do tej ciszy przemawiał swoim wnętrzem, myślą. Nie
chciał przeciąć jej słowem w obawie, że jest ulotna
i nagle go opuści, odpłynie wraz z rozżarzonym powietrzem. W obawie, że będzie za nią tęsknił.

„Nie jesteśmy stuleciem, które miałoby
swój raj” – czarne oblicze Afryki
Doświadczanie pierwotnego świata afrykańskiego
pozwoliło Żuławskiemu poznać nie tylko jego urzekające piękno, ale także równie głębokie cierpienie.

270

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

Rzeczywistość Czarnego Lądu bowiem to również,
a być może przede wszystkim: głód, bieda, choroby
i wojny, równie silnie w niej zakorzenione co mistyczny urok. „Więc jeszcze raz musiałem spojrzeć w ospowatą twarz wojny. Było to bardzo przygnębiające.
Wojna po afrykańsku jest jeszcze gorsza niż jakakolwiek inna. Mało się na niej walczy, ale dużo zabija,
i śmierć na niej jest prawie nigdy ani łatwa, ani zwykła, żołnierska”31 – napisze Żuławski w drugiej części
Ucieczki, zatytułowanej Misja. To sugestywny, reportażowy opis wojny domowej w Angoli, w której do
1975 roku trwały walki narodowowyzwoleńcze przeciwko portugalskim kolonizatorom, zainicjowane wystąpieniem Czerwonych Goździków w 1974 roku.
Pobyt w pogrążonej żywiołem wojny Luandzie nie
przyniósł dyplomacie ogromnych rozczarowań. Afrykę
pełną kontrastów, zmian, nędzy opisał już w pierwszej
części swego utworu. Ujęta w formie dziennika Wawa
ma charakter bardzo osobisty, intymny. Urzeka szczerością i prostotą, niepozbawioną jednak humoru i ironii, tak charakterystycznego dla rodowitego kresowiaka i ziemianina. To tu właśnie Żuławski notuje:
„Afryka niezwykłych przygód już nie istnieje, a Afryka
nieskażonej przyrody odchodzi na naszych oczach
(…). Afryka przedstawia ciągle jeszcze, czy też już, nie
tyle uroki pierwotności, co dokuczliwości niedostatku
cywilizacji” – i za chwilę zapytuje: „cóż więc tu robię?,
czego szukam?”.32
Pytanie to, postawione niemal w początkach pobytu na Czarnym Lądzie, odsłania także inny charakter
wyprawy. Kiedy opisywaliśmy uroki afrykańskiego pejzażu dostrzeżone oczyma Mirosława Żuławskiego,
podkreślaliśmy przede wszystkim ich aspekt poznawczy, antropologiczny. Tymczasem zdanie powyższe
otwiera przed czytelnikiem także mistyczną, rzec można, filozoficzną płaszczyznę tej wyprawy. Sytuuje ono
bowiem narratora w kręgu rozmyślań egzystencjalnych. Sprawia, iż poszukuje on odpowiedzi o charakterze uniwersalnym. Te z kolei transcendują w sferę
mitologizacji. Spektakl „starej Afryki”, w poszukiwaniu której wyruszył, stawia autora w samym środku jego życia, umożliwia mu doświadczenie jego tajemnicy,
jego źródeł i jego potęgi.

mają na celu uzmysłowienie faktu, iż w większości literackich transpozycji afrykańskich wędrówek opozycja
światła i ciemności odgrywa kluczową rolę. Podobny
zabieg występuje w Ucieczce Mirosława Żuławskiego.
Spragniony blasku słonecznego, który przygasł wraz ze
„zmierzchem” Europy, bynajmniej nie poszukuje go na
Wschodzie, w ojczyźnie światła, jak czynili to niegdyś
wielcy mistycy i wizjonerzy: Emanuel Swedenborg, Johann Christian Friedrich Hölderlin czy Gérard de Nerval. Pisarz bowiem poznał niezwykle krwawe oblicze
Orientu, czego świadectwa zamieścił w dwóch utworach: Rzece Czerwonej (1954) – zbeletryzowanej próbie opisu walki Wietnamczyków przeciw francuskim
kolonizatorom, oraz Drzazgach bambusa (1956) – reportażowym zapisie powrotu władzy ludowej z gór do
Hanoi. Równolegle z Drzazgami Żuławski wydał dwa
opowiadania dla młodzieży, także o tematyce wietnamskiej. Szczególnie dużym powodzeniem cieszyło
się jedno z nich – Opowieść atlantycka, którą, podobnie jak Rzekę Czerwoną, przetłumaczono na wiele języków, zaś Wanda Jakubowska nakręciła film na podstawie tej opowieści.
To wszystko nazywa autor „epizodem wietnamskim”, który w jego twórczości odgrywa jednak bardzo
istotną rolę. Europocentryczne przekonania pisarz poszerza o nowe perspektywy: geograficzną, historyczną
i kulturową. Stąd nie dziwi silna więź uczuciowa, jaka
połączyła go z wymienionymi książkami, zwłaszcza że
obok reportaży Wojciecha Żukrowskiego pt. Dom bez
ścian (1954) były to owego czasu w Polsce pierwsze literackie świadectwa wojny wietnamskiej.
Zawiedziony błękitem Wschodu, który teraz nabrał ciemnych, ponurych tonów nicości i cierpienia,
Mirosław Żuławski upatruje swej Arkadii w Południu,
mieniącym się świetlistą żółcią ciepła, słońca i życia.
Czyste światło to synonim doskonałości i pełni, a ta –
jak zauważa autor – po pierwsze jest nieosiągalna, po
drugie zaś – będąc wszystkim – jest zarazem nieobecna, jest abstrakcją, jest nicością. Doświadczywszy
pustki, narrator stwierdzi: „Przybysz na zawsze będzie
obcy wśród cudzych domostw i świątyń, które ani on
stawiał, ani jego praojce”.34

Solarna epifania, czyli w stronę światła
Południa

„Sztuka uwalnia nas, choćby na chwilę, od codziennej przeciętności uczuć, myśli i sytuacji. Daje
wzory czyste, doskonałe, do jakich podświadomie tęsknimy”35 – pisał Ludwik Erhardt w felietonie zawartym w zbiorze Poniżej muzyki, na który w swych wspomnieniach powołał się Zygmunt Mycielski. Gdyby
w miejsce słowa „sztuka” wstawić określenie „przystanek życia”, jakie w odniesieniu do swej afrykańskiej
wyprawy zastosował Mirosław Żuławski, wówczas pojawia się w jego utworze motyw Ultima Thule, krańca
świata. Afryka zobrazowana piórem Żuławskiego spełnia wszystkie warunki konieczne do bycia przestrzenią

Ultima Thule i mit starej Afryki
„Horyzont tonął w bieli. Powoli wzbierające na intensywności światło, by tak rzec, w rzeczy, te zaś, jak
gdyby pałając od środka blaskiem, w końcu stawały się
przezroczyste, niczym kolorowe szkła. Wszystko stawało się migoczącym kryształem. Horyzont obiegały
nawoływania ptaka dzwonu. W takich chwilach czułem się, jakbym był w świątyni. Była to najświętsza godzina dnia. Oglądałem tę wspaniałość w nieustającym
zachwycie czy raczej – w bezczasowej ekstazie”.33 Przytoczone po raz kolejny doznania Carla Gustawa Junga

271

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

nacechowaną symbolicznie.36 Poprowadzeniu interpretacji w tym kierunku posłużyło nam zainteresowanie „archetypicznymi uniwersaliami przestrzennymi”
oraz „ich rolą w kształtowaniu pisarskiej imaginacji”.37
Zdaje się, że mit „starej Afryki” zbudował autor
w oparciu o archetypiczne doświadczenia pewnych
kategorii przestrzennych.
Jeśli odwołać się do tradycji historycznoliterackiej,
to waloryzacja motywów przestrzennych pojawiła się
już u Wergiliusza, który wspominając w swych Georgikach o „Thule północnej”, ujmuje ją metaforycznie jako „koniec świata”. Średniowieczni myśliciele, nie rezygnując z obrazu mitycznego oceanu otaczającego
świat, wnieśli do interpretacji przestrzennej pojęcia
moralno-religijne. Dlatego, skoro „Jerozolimę na średniowiecznych mapach świata umieszczano w środku
i uważano za pępek”,38 to miejsca leżące z dala od tegoż centrum stawały się symbolem bram, wyznaczających granice świata pozagrobowego. Stąd też „ziemska
wędrówka mogła doprowadzić do innego świata”.39
W obliczu powyższego, Afryka – jako przestrzeń
życiowa człowieka archaicznego – staje się symbolicznym centrum, które wyznacza oś orientacji przestrzennej, poznawczej i egzystencjalnej. To tu kryją
się wartości mocne, nierelatywizowalne, to tu biją
źródła życiodajnej prawdy i sensu istnienia. Jako Ultima
Thule pielgrzymki Żuławskiego, Afryka staje się dla
autora „przystankiem życia”, miejscem granicznym,
w którym strudzony wędrowiec może odpocząć i podjąć decyzję o wycofaniu się lub kontynuowaniu dalszej
drogi. Stanowi przestrzeń mediacji i jako taka nacechowana jest dwuznacznością. Otwiera bowiem wrota
bądź „do chaosu i śmierci”, bądź do „Rajskiego ogrodu
Bezczasowej Jedności”.40 Ten zaświat jednak zawsze
pełni rolę swoistego sacrum. Stąd w jego rozpoznaniu
mieści się możliwość mitycznej transcendencji.
„Stara Afryka (…). Wierzę, że ona gdzieś jest, ale
nie wierzę, żeby można ją było gdzieś spotkać, bo tam,
gdzie my docieramy, nie ma już starej Afryki, albo jest,
ale się przed nami rozstępuje, cofa, albo chowa”.41
A w dalszej części autor stwierdza: „Czy nie leży ona
w ludziach, a nie w tej wstrząsającej, fizycznej obecności jej niezwykłego pejzażu?”.42 Przywołany przez
Mirosława Żuławskiego mit „Starej Afryki” pozwolił
autorowi osadzić swe przeżycia i pragnienia z teraźniejszości w perspektywie przeszłości, nadać im głębsze
znaczenie, sprowadzić do jednoczącej, organizującej
formuły. Dzięki temu rzeczywistość afrykańska traci
charakter czegoś jednorazowego, zyskując rangę bezczasowości. W świątecznym zatrzymaniu czasu „powieściowego” ujawnia się bowiem moc mitu.
„Stara Afryka” stanowi zatem przestrzeń zalegoryzowaną, skupiającą inicjacyjne figury dyskursu symbolicznego, takie jak: mistyczne piękno przyrody, niszczenie kontynentu na skutek zmian cywilizacyjnych
płynących z Europy i z Ameryki, śmierć, cierpienie

i bieda jako skutki walk plemiennych. W swej wędrówce ku odnalezieniu prawdy o sobie i świecie Żuławski porusza się w przestrzeni zalegoryzowanej,
w której „spotyka” to, co „wewnętrzne”. Ta swoista
eksterioryzacja życia wewnętrznego („raz jeszcze przekonałem się, że o odbiorze przeżycia decyduje nie tylko jego niezwykłość, lecz nasze wewnętrzne nastawienie”43), przekładanie perspektywy mentalnej nad
zmysłową sprawia, że Mirosław Żuławski dokonuje podróży w głąb samego siebie. Rację mieli zatem św. Augustyn i Mircea Eliade, twierdząc, że nie w odległych
krainach, lecz we wnętrzu każdej jednostki ukryte jest
wszystko to, co najistotniejsze. Tam też należy „się
udać”, by odkryć prawdę. Mirosław Żuławski w taką
właśnie wędrówkę wyrusza, kierując się przy tym pamięcią, na którą tak bardzo uwrażliwili go przodkowie.
Jest zatem pamięć i nauka Września pielęgnowana
na wzór pamięci powstania styczniowego i listopadowego, jako że godny tego miana naród jest obdarzony
ciągłością pamięci, która pozwala pokoleniom obecnym na identyfikację z pokoleniami przodków. Gdyż
zapomnieć o tym, o czym – parafrazując wypowiedź
Benedykta Korczyńskiego – rodzona ziemia sama woła, ani wypada, ani wolno. Mirosław Żuławski był także świadomy swego trwania w reifikującym jednostkę
systemie komunistycznym. I bynajmniej nie była to
świadomość „człowieka z podziemia”, który jej nadmiar uważa za prawdziwą chorobę, skazującą na
bezład i niewiarę. Była to świadomość konstytuująca
własną podmiotowość, zdolność językowego komunikowania się z innymi, która, w oparciu o platoński mit
jaskini, głosi postulat ukonstytuowania świadomości
wspólnej, świadomości grupowej, społecznej, która ma
zawiązywać się w dążeniu jednostki do wyjścia z jaskini. „Człowiek bowiem jest nie do pomyślenia poza
społeczeństwem, a społeczeństwo to właśnie ta misterna siatka utkana z wzajemnych stosunków, powiązań,
odniesień, bez których życie nie byłoby ani przez chwilę możliwe”44 – powie dyplomata i społecznik, Mirosław Żuławski.
Wyczulony na deszyfrację mitów narodowych
i kulturowych, odzieranie ich z sentymentalnej otoczki, uwrażliwiony na misterną grę formą – pisarz podejmie próbę porachunku z własnym losem. Bingo, jedno
z opowiadań Psiej gwiazdy (1965), jest bodaj najbardziej charakterystyczną ilustracją tych autorskich zamierzeń, wycelowanych w odkrycie tajemnicy szczęścia oraz ocenę postaw człowieka, które zajmuje on
wobec rozstrzygnięć losu. To tu właśnie autor powie
wprost: „Należę do tych, którym w życiu różnie się
wiodło i nie przestanę nigdy zastanawiać się, dlaczego
wiodło mi się właśnie tak, a nie inaczej, i zawsze dochodzić będę, jak funkcjonuje mechanizm ruletki zwanej
losem”.45 Nie bez przyczyny całość zbioru, zawierającego pięć opowiadań, w których w ironicznym nawiasie
Żuławski dokonał fatalnej próby swego szczęścia, autor

272

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

opatrzył tytułem Psia gwiazda. Psia gwiazda bowiem to
Syriusz, będący symbolem układów planetarnych niewróżących pomyślności. W obliczu demontażu mitu
„europejskości” oraz degradacji mitów narodowych,
tytuł ten zdaje się nabierać rangi symbolu. Stąd też
jakże znamiennym jest motto, jakim za Mauriakiem
twórca opatrzył zbiór, stanowiący pięć wariantów tej
samej sprawy – tajemnicy powodzenia: „Ale ludzie
dzisiejsi utracili znajomość zarówno wszelkich tajemnic, jak i wszelkich słów, którymi zaklina się szczęście”.46 Psia gwiazda pisana podczas pewnej trudnej
zimy, w mrokach której autor pragnął wywołać słoneczne obrazy innych równin, wybrzeży i miast, podejmuje problem czasu. Jest obrazem osobistej rozprawy
Żuławskiego z własnym życiem, ukazuje smutek zdarzeń nieodwracalnych i melancholię rzeczy minionych. Stanowi też punkt odniesienia do rozważań nad
własną tożsamością.

Zaklinacz czasu, zaklinacz świata
W Pisanych nocą Mirosław Żuławski zanotował:
„Wszyscy znamy wypadki, w których człowiek ratuje
się ucieczką przed sytuacją, której dłużej znieść nie
może albo kiedy mu się tak zdaje. (…) Uciekamy
gdzieś, skądś, od czegoś, uciekamy także w coś. Ten
ostatni sposób uciekania jest chyba najbardziej powszechny; ucieka się nie ruszając się z miejsca, zostając tam, gdzie się było, a jednak ucieka się naprawdę
i czasami nawet bardzo daleko. Następuje to zwykle
wtedy, kiedy nie można dać sobie rady z życiem; człowiek samotny, kiedy przekroczy ostateczną barierę
osamotnienia, ucieka nie ku ludziom, lecz w głąb swojej samotności. W ten sposób rodzą się dziwaki, odludki, odmieńce… W ten sposób także rodzą się artyści, bo sztuka jest ostateczną próbą ucieczki przed
cierpieniem przemijania i nonsensem śmierci. Wspomnienia są ucieczką w krainę, w której czujemy się dobrze i swobodnie, w której jesteśmy naprawdę u siebie”.47 Samotność i smutek stanowiły tę dyspozycję
ducha Żuławskiego, która nakładała, niby maskę, nowe spojrzenie na opustoszały świat, tak by nadal móc
rozkoszować się jego tajemną przyjemnością.
To właśnie dlatego pobyt w Afryce zakończyła myśl
o kolejnej ucieczce. Przestrzeń kontynentu, choć urzekająca i przyjazna, nie była jednak przestrzenią bohatera utworu, który pod koniec swego pobytu na Czarnym
Lądzie poczuł się obco w „swojej” Afryce. Trzecia,
ostatnia część zbioru Ucieczka do Afryki nosi tytuł
Przejście przez pustynię. Tytuł to bardzo istotny w odniesieniu do całości twórczości Żuławskiego, która
w Ucieczce znajduje swe symboliczne ukoronowanie.
Po 1983 roku nie powstaje już żadna nowa książka pisarza. Felietony, które pisał do czasopisma Twój Styl,
zostały zebrane i podane do druku już po jego śmierci.
A zatem na pustyni, w dosłownym i przenośnym tego
słowa znaczeniu, autor kończy swą literacką przygodę.

Pustynia to miejsce arcyźródłowe, anarchiczne,
pustka. W rzeczywistości jednak nie jest to przestrzeń
zupełnie martwa. Jest ona zawieszona między życiem
a śmiercią. Najstraszniejsze są w niej tysiące śladów
prowadzących donikąd, które się krzyżują, przecinają,
układają w labirynty pozbawione wyjścia. Piasek bowiem jest zdradliwy. To tymi śladami podążał Żuławski wraz z synem Mateuszem, kiedy raz jeszcze, niemal
u kresu pobytu na Czarnym Lądzie, nadarzyła się okazja odkrycia „Starej Afryki”. We dwóch przemierzali
pustynię skupiającą w sobie bezwład, płynność oraz
wielość niezapewniającą jedności, nierodzącą wspólnoty ani tradycji. Wędrowali przez pustynię będącą
w istocie miejscem osamotnienia i nieskończonego
błądzenia. Pustynia bowiem ujednolica wszystkie ślady, pozbawia je sensu, tak iż do niczego nie odsyłają.
To nomadyczne miejsce, w którym piasek przysypał
wszelkie tradycje i historię, jest zarazem źródłem
prapoczątku. Bo choć w doświadczeniu pustyni zawarte jest błądzenie myśli i brak stałości oraz punktów odniesienia, to jednak jest ona miejscem narodzin pragnienia. A to stanowi pierwszy objaw
przebudzenia i oczekiwania na znalezienie właściwej
drogi wyjścia.
„Zajadał [Mateusz – przyp. J.R.] z apetytem swego
sandwicza. Nie domyślał się nawet, jaką drogę odbyłem i z jak daleka wracam”.48 To zdanie jest wydarzeniem po wydarzeniu. Dołącza do poprzednich zdań,
niczym cień do konturu, stanowi ich dopełnienie i wyciszenie zarazem, pojawia się jakby z drugiej strony.
Rodzi się w szczególnej fazie i równie niezwykłym
miejscu, które nieoczekiwanie przenosi całą historię
w inny wymiar rzeczywistości, transcenduje własną
czasowość i zbliża się do czasowości czytelnika. Deszyfracja mitów „Starej Europy” i „Starej Afryki”, dokonana w szerokim kontekście antropologiczno-filozoficzno-literackim, posłużyła Żuławskiemu do
odbudowania mitu innego – mitu „rodzinnych stron”,
a tym samym mitu „człowieczeństwa”. Pragnienie jego
odkrycia skłoniło siedemdziesięcioletniego pisarza
i dyplomatę do chwilowego zatrzymania w czasie, tak
by móc dokonać bilansu własnego życia, jego zysków
i strat. Niemniej nie tylko wiek i możliwość wyjazdu
na Czarny Ląd przyczyniły się do powstania niezwykle
interesującej, sentymentalnej i ironicznej zarazem
Ucieczki do Afryki. Magia kontynentu została wyeksponowana z taką pieczołowitością również za sprawą
przypisanej Żuławskiemu pogody ducha, którą pisarz
zachował pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. To
także właściwa autorowi wrażliwość na estetyczny sens
egzystencji uobecnianej w twórczości literackiej. W tym
„życiopisaniu”, którego fundamentem są wspomnienia
pisarza zamknięte, niczym specyficzny czas afrykański,
w dwóch wymiarach: Sasa – to teraz, dziś, wczoraj, jutro; Zamani zaś, to „cmentarzysko czasu”, skrywające
wszelką pamięć. Wspomnienia Żuławskiego to czas

273

23_Joanna Raczkowska.ps - 6/13/2012 9:07 PM

Joanna Raczkowska • „W STRONĘ ŚWIATŁA POŁUDNIA…” – CZYLI MIROSŁAWA ŻUŁAWSKIEGO ODKRYWANIE AFRYKI

Sasa, ich prostota polega na tym, że nic nie przemija.
Jednak, żeby uchronić je przed niebezpieczeństwem
Zamani, „trzeba zaklinać czas (…). Trzeba umieć go
zaklinać, bo nie ma nic smutniejszego, jak jego mijanie, zwłaszcza, kiedy daje mu się mijać bez żadnych
śladów, prócz tych, jakie zostawia nam wokół oczu”.49
Afryka pozostawiła trwały ślad w pamięci i sercu
Mirosława Żuławskiego. I choć, opuszczając kontynent afrykański, pisarz wiedział, że już nigdy nie odwiedzi go ponownie, to jednak miał świadomość, że
myślami zawsze będzie do niego wracał. „Dobra była ta
Afryka” – powie w swej Ucieczce, pojawiła się ani za
wcześnie, ani za późno, i, co ważne, pozwoliła przedłużyć złudzenia.

21

22

23

24
25
26

27

Przypisy
1

2

3
4
5

6
7

8

9

10

11
12

13

14

15

16

17
18
19
20

M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, KAW, Warszawa
1989, s. 57.
Por. M. Żuławski, Pisane nocą, Czytelnik, Warszawa 1976,
s. 19.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 15.
M. Żuławski, Pisane nocą, dz. cyt., s. 290.
K. Blixen, Cienie na trawie, przeł. Małgorzata Klimek,
Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 1997, s. 8.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 25.
Szerzej na ten temat piszę w swym artykule: Idea dialogu
międzykulturowego a europejsko-afrykańskie doświadczenia
Mirosława Żuławskiego, [w:] „Studia Paradyskie”, t. 19,
Paradyż – Zielona Góra – Szczecin 2009, s. 79-95.
R. May, Błaganie o mit, przeł. Beata Moderska, Tadeusz
Zysk, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1997, s. 129.
I.S. Kon, Odkrycie „ja”, przeł. Larysa Siniugina, PIW,
Warszawa 1987, s. 33.
W. Myśliwski, Widnokrąg, Wyd. Muza, Warszawa 1997,
s. 28.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 65.
M. Eliade, Próba labiryntu. Rozmowa z Claude-Henri Rocquetem, przeł. Krzysztof Środa, Wyd. „Sen”, Warszawa
1992, s. 209.
L. Kołakowski, Czy człowiek historyczny odszedł z tego świata i czy powinniśmy jego zgon opłakiwać, przeł. K. Środa,
„Puls” nr 1 (48), 1991, s. 85-86.
S. Szolc-Rogoziński, Wyprawa S.S. Rogozińskiego: żegluga
wzdłuż brzegów zachodniej Afryki na lugrze „Łucya – Małgorzata” (1882-83), Księgarnia A. Gruszeckiego, Warszawa 1886, s. 6.
Por. także: H. Szumańska-Grossowa, Podróże Stefana
Szolca-Rogozińskiego, PIW, Warszawa 1967 oraz
T. Dzierżykraj-Rogalski, Wspomnienie o polskim badaczu
Afryki Stefanie Szolcu-Rogozińskim (w dziewięćdziesiątą
rocznicę jego wyprawy kameruńskiej), „Przegląd Antropologiczny” 1973, nr 39, s. 233-236.
E. Hemingway, Zielone wzgórza Afryki, przeł. Bronisław
Zieliński, Wyd. Iskry, Warszawa 1980, s. 213.
R. Kapuściński, Heban [wstęp], Czytelnik, Warszawa 1998.
M. Żuławski, Pisane nocą, dz. cyt., s. 308.
Tamże, s. 309.
M. Mazaraki, Z sokołami na łowy, Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1977, cyt. za: A. Kryński, Z kart łowiectwa polskiego, Wyd. Sport i Turystyka, Warszawa 1991,
s. 79.

28
29
30

31
32
33

34
35

36

37

38

39
40

41
42
43
44
45

46
47
48
49

274

J. Ostroróg, Myślistwo z ogary Jana hrabiego Ostroroga,
wojewody poznańskiego, Wyd. Biblioteki Polskiej, Kraków 1859, cyt. za: A. Kryński, Z kart łowiectwa polskiego,
dz. cyt., s. 81.
J. Ejsmond, W puszczy, t. 1, przedmowa Józef Weyssenhoff, fotogramy Stanisław Turski, PIW, Warszawa 1977,
s. 12/1.
H. Freyberg, Afryka pełna tajemnic, przeł. Bronisław
Wojciechowski, ilustracje Andrzej Strumiłło, Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1961, s. 37.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 35.
M. Żuławski, Pisane nocą, dz. cyt., s. 64.
A fakt to, wbrew pozorom, bardzo istotny, gdyż współcześnie chwile błogiego „nicnierobienia”, a nawet szczęście, jako złodziej czasu, tak bardzo ważnego w codziennej gonitwie cywilizacyjnej, stają się po prostu
niepraktyczne.
C.G. Jung, Wspomnienia, sny, myśli. Spisane i podane do
druku przez Anielę Jaffé, przeł. Robert Reszke i Leszek
Kolankiewicz, Wyd. Wrota, Warszawa 1997, s. 223.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 20-21.
Tamże, s. 39.
Por. J. Faryno, Tak znaczyć muzyka nie chce, bo…, „Teksty” 1997, nr 5-6.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 85.
Tamże, s. 32.
C.G. Jung, Wspomnienia, sny, myśli. Spisane i podane do
druku przez Anielę Jaffé, dz. cyt. s. 234.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 63.
Z. Mycielski, Szkice i wspomnienia, Biblioteka „Więzi”,
Warszawa 1999, s. 184.
Sformułowania „przestrzeń symboliczna” używam tu
zgodnie ze znaczeniem, jakie nadaje mu Mieczysław Porębski: „Przestrzeń symboliczna to przestrzeń koncentryczna, zamykająca się wokół wyróżnionego punktu
centralnego”, zob. M. Porębski, O wielości przestrzeni,
[w:] M. Głowiński, A. Okopień-Sławińska (red.), Przestrzeń i literatura: studia, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1978, s. 75.
Por. J. Sławiński, Przestrzeń w literaturze, [w:] M. Głowiński, A. Okopień-Sławińska (red.), Przestrzeń i literatura: studia, dz. cyt., s. 17.
A. Guriewicz, Kategorie kultury średniowiecznej, przeł. Józef Dancygier, PIW, Warszawa 1976, s. 75.
Tamże, s. 76.
Por. Hasło: Jaskinia, [w:] P. Kowalski, Leksykon. Znaki
świata: omen, przesąd, znaczenie, PWN, Warszawa 1998,
s. 181.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 64.
Tamże, s. 98.
Tamże, s. 32.
M. Żuławski, Pisane nocą, dz. cyt., s. 20.
M. Żuławski, Psia gwiazda, Czytelnik, Warszawa 1965,
s. 220.
Tamże, s. 7.
M. Żuławski, Pisane nocą, dz. cyt., s. 204-205.
M. Żuławski, Ucieczka do Afryki, dz. cyt., s. 126.
M. Żuławski, Psia gwiazda, dz. cyt., s. 119.

Item sets
Konteksty 2

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.