"Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna odcinać sie od korzeni, z ktorych wyrosła" / LUD 2007 t.91

Dublin Core

Tytuł

"Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna odcinać sie od korzeni, z ktorych wyrosła" / LUD 2007 t.91

Temat

antropologia kulturowa
antropologia kulturowa - historia
Kowalska-Lewicka, Anna (1920-2009)

Opis

LUD 2007 t.91, s.305-346

Wydawca

Polskie Towarzystwo Ludoznawcze

Data

2007

Prawa

Licencja PIA

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5191

Format

application/pdf

Język

pol

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:4816

PDF Text

Text

Lud, t. 91, 2007

R O Z M O W Y I WSPOMNIENIA

ANNA KOWALSKA-LEWICKA
Kraków

„NASZA WSPÓŁCZESNA ANTROPOLOGIA
SPOŁECZNA I KULTUROWA NIE POWINNA ODCINAĆ SIĘ
OD KORZENI, Z KTÓRYCH WYROSŁA".
ODPOWIEDZI NA PYTANIA ZBIGNIEWA JASIEWICZA
1

Po maturze w Liceum im. Królowej Wandy w Krakowie w roku 1938 zapisała się
Pani Doktor na filozofię i romanistykę. W okresie okupacji uczestniczyła Pani w kon­
spiracji, a w trakcie pracy w Muzeum Archeologicznym w kursach historii sztuki
i archeologii. Jaka była Pani droga do etnologii?
W owych czasach do gimnazjum szło się po czwartej klasie szkoły podstawowej,
a samo gimnazjum miało osiem klas, czyli maturę zdawało się w 18. roku życia. Po
maturze zapisałam się na filozofię ścisłą — po prostu to mnie interesowało, jeszcze
w gimnazjum wiele na ten temat czytałam. Równocześnie zapisałam się na roma­
nistykę, dlatego żeby mieć jakieś studia „praktyczne", które mogły mi dać w przy­
szłości możliwość zarabiania na życie — myślałam o zawodzie nauczyciela języka
i kultury francuskiej. Znałam język, literaturę francuską, lubiłam uczyć (w szkole był
system, że lepsze uczennice bezinteresownie pomagały w nauce słabszym).
Trafiłam na doskonałych nauczycieli, zwłaszcza filozofów. Przy tym zupełna
swoboda studiów (obowiązkowy był właściwie tylko udział w proseminariach, z wy¬
kładów trzeba było mieć w indeksie podpis wykładowcy, ale była to tylko czysta for¬
malność, nie było mowy o sprawdzaniu obecności). Przy tym można było samemu
wybierać wykłady, także na innych wydziałach, wedle własnych zainteresowań. Ta
sama swoboda dotyczyła egzaminów. Można było studiować cztery lata bez zdania
jakichkolwiek egzaminów, a po tym czasie w ciągu kilku tygodni zdać wszystkie
egzaminy z ubiegłych lat. Studentów na filozofii (szeroko pojętej) było stosunkowo

1

Pełny tekst odpowiedzi zostanie złożony w Archiwum Naukowym Polskiego Towarzystwa Lu­
doznawczego.

306

Anna Kowalska-Lewicka

niewielu, profesorowie znali ich wszystkich, a dzięki dyskusjom i pracom seminaryj­
nym wiedzieli, jaką wartość każdy z nich przedstawiał.
Skorzystałam z przywileju wolnych studiów i poza kolokwiami nie zdałam po
pierwszym roku żadnych egzaminów — miałam tylko zaliczenia z wszystkich przed­
miotów, obowiązkowych i nieobowiązkowych. Jak wiadomo, w tymże roku 1939
wybuchła wojna.
Nie uciekaliśmy, jak wielu Polaków, w pierwszych dniach wojny. Rodzice i brat
byli w dniu moich imienin (26 lipca) na wycieczce w Tatrach i tam ulegli wypadkowi.
Kiedy wróciłam z karpackiej eskapady, zastałam ich wszystkich w szpitalu w Zako­
panem. Byli dosłownie zmasakrowani, z wyjątkiem Matki — ale ona, która wyszła
bez jakichkolwiek widocznych obrażeń na ciele, miała złamany kręgosłup. Tuż przed
wojną została przewieziona sanitarką do Krakowa, ale mowy być nie mogło o jakiej¬
kolwiek ucieczce. Dzięki temu oszczędzony nam był tragiczny los uciekinierów. Oj­
ciec, Tadeusz Kowalski, co prawda został już 5 września wzięty jako zakładnik przez
Niemców (jak kilku innych krakowskich prominentów — był sekretarzem generalnym
PAU), ale nikt nie zorganizował zamachu na Niemców, więc i jego niebawem zwol­
niono z tej „zaszczytnej funkcji". Niemniej, półtora miesiąca potem, w ramach słynnej
Sonderaktion Krakau, dostał się do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen pod Oranienburgiem. Wrócił!
Na początku okupacji natychmiast zaczęły się wywózki Polaków z Poznańskiego
i innych ziem przyłączonych do Reichu. Pierwsze ich transporty nadeszły, o ile pa­
miętam, w listopadzie, może nawet w październiku. Krakowskie harcerstwo, w tym
i ja, zgłosiliśmy się natychmiast do utworzonej przez kardynała Sapiehę „Sekcji cha¬
rytatywnej", która zajęła się wysiedlonymi. Z dworca kolejowego przewożono ich do
starych austriackich bunkrów (Rondo Mogilskie), koszarów 8. pułku ułanów w Ko­
bierzynie, koszarów 20. pułku piechoty. Tam już dostawali się pod naszą opiekę. Na¬
leżało zająć się ich zdrowiem, wyszukać im mieszkanie, zdobyć odzież (przyjeżdżali
bez niczego, mieli w rodzinnym domu dziesięć minut na spakowanie się, a wysiedleń
z zasady dokonywano nocą, kiedy ludzie śpią), znaleźć dla nich pracę itd. Transporty
przychodziły prawie codziennie.
Niemal równocześnie, w każdym razie jeszcze w 1939 roku, zaczęła działać tajna
szkoła pielęgniarstwa — już wtedy liczono się z walką podziemną i koniecznością
posiadania własnych kadr pielęgniarskich. Natychmiast zgłosiłam się, mam świade¬
ctwo ukończenia rocznego kursu pielęgniarskiego.
Wysiedlenia skończyły się po kilku miesiącach; wysiedleni zostali rozlokowani
w domach prywatnych i klasztorach, które miały wielkie gmachy i po zaledwie kilku
pensjonariuszy. Zaczęłam pracować w dziale opieki klasztornej, dostałam pod swą
opiekę klasztor Paulinów na Skałce. Powstała już też oficjalna Rada Główna Opie­
kuńcza „Ergieo", my staliśmy się jej sekcją (początek 1940 roku). Odtąd zaczęto nam
wypłacać pensję (za miesięczną pensję mogłam kupić 1 kg masła). Najważniejsze
było, że mam pracę, co chroniło przed wywózką na roboty do Niemiec.
Z początkiem 1940 roku nawiązałam kontakt z organizacją podziemną, zaczęłam
pracować w dziale propagandy. Moja funkcja polegała na codziennym spotykaniu się
z człowiekiem, który przekazywał mi rano, kiedy szłam do pracy, teksty komunikatów

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

307

nadawanych przez Londyn. Spotkania odbywały się zawsze w parkach, nie znałam ludzi,
od których dostawałam zwitek tekstów. Szłam z tym w miejsce przez nich wskazane,
gdzie znów nieznajomemu człowiekowi przekazywałam materiały i dopiero wtedy szłam
na 8. godzinę do pracy w „Sekcji". Nieznajomego poznawałam np. po książce w zielonej
oprawce, którą trzymał w ręku, lub podobnym znaku, czasem odbywało się to w punkcie
kontaktowym, np. w zakładzie szewskim. Po południu udawałam się albo do klasztoru,
który mi podlegał, albo znów do punktu kontaktowego po wydrukowany już biuletyn,
a z nim do miejsca, z którego inni kurierzy brali paczki do roznoszenia po domach. Moja
rodzina nie miała pojęcia, co robię, dowiedziała się dopiero po wojnie. Nie chciałam ich
obciążać w razie „wsypy", a oni mieli do mnie pretensje, że wciąż „gdzieś się włóczę".
Poza tym były różne zlecane akcje, kontakty z terenową partyzantką, należało
kogoś odstawić „do lasu" lub tym podobne, ale to długa historia i nie mająca wiele
wspólnego z karierą etnograficzną.
Minęły dwa lata, odstawiłam moją ranną porcję podsłuchu i przyszłam do pracy.
Koledzy powiedzieli mi, że czeka na mnie jakiś pan. Myślałam, że to któryś z wy¬
siedlonych, wyszłam po załatwieniu najpilniejszych spraw na korytarz, gdzie czekał.
Zapytałam, co mogłabym dla niego zrobić, odpowiedział: „pójdziemy na Pomorską"
(nazwa ulicy, przy której mieściło się gestapo). Był to dla mnie wstrząs tak silny, że nie
potrafiłam go ukryć, choć wtedy zdawało mi się, że tego nie zauważył. Byłam pewna,
że obserwował moje ranne podjęcie komunikatu radiowego i przekazanie go następ¬
nemu łącznikowi. Przerażenie moje polegało na niepewności, czy wytrzymam tortury
i nie sypnę — nikt nie może wiedzieć, jak zareaguje na ból, póki tego nie przeżyje.
Zapytałam, czy mogę moje służbowe sprawy przekazać w biurze — zgodził się.
Powiedziałam kolegom, że idę na przesłuchanie i gdybym nie wróciła do południa,
niech zawiadomią rodzinę, po czym wyszliśmy. Miałam wtedy 21 lat, ale wygląda¬
łam na kilkanaście. Biała bluzka, granatowa spódnica, warkocze i talent robienia
z siebie idiotki — to uratowało mi niewątpliwie życie, a w każdym razie uchroniło
od aresztowania i obozu.
Po drodze rozmawialiśmy przyjaźnie, byłam już całkowicie opanowana. O sa¬
mym przesłuchaniu na Pomorskiej, o konfrontacji w więzieniu, nie będę pisać. To
jeden z epizodów mego życia, z których jestem naprawdę dumna, ale nie mających
żadnego związku z moją specjalnością. Dość, że mnie puścili.
W pracy konspiracyjnej zostałam zawieszona na sześć miesięcy. Istniała możli¬
wość, że wypuszczono mnie, by nadal śledzić i dojść „po nitce do kłębka". Odbyłam
tę swoją kwarantannę i wróciłam do pracy, ale we własnym przekonaniu byłam już
mało wartościowym konspiratorem. Po prostu zaczęłam się bać, wiedząc, że drugi
raz nikt mi już nie uwierzy, a poza wszystkim prześladowało mnie przekonanie, że
jestem śledzona i czułam, że nie zachowuję się normalnie, np. idąc na kontakt do me¬
liny nie potrafiłam nie obejrzeć się za siebie, gdy słyszałam za plecami czyjeś kroki.
Do tego aresztowano mego chłopca i po dwóch tygodniach rozstrzelano w Oświęci¬
miu. Czułam, że muszę zmienić otoczenie.
Wtedy mój Ojciec dopomógł mi w znalezieniu pracy w Muzeum Archeologicz­
nym w Polskiej Akademii Umiejętności. Zawdzięczałam j ą dr. Rudolfowi Jamce,
którego Niemcy zostawili w Muzeum jako opiekuna zbiorów i dr. Novotnemu,

308

Anna Kowalska-Lewicka

Austriakowi z Wiednia, zmobilizowanemu pracownikowi Museum für Völkerkun­
de, niezwykle przyzwoitemu człowiekowi, którego dr Jamka poprosił o zatrudnienie
mnie (Novotny był Treuhänderem Muzeum). I oto zaczął się nowy okres w mym
życiu, weszłam w samo serce tajnego uniwersytetu.
Muzeum było spakowane do ewakuacji (która na szczęście nigdy nie nastąpiła),
a więc nie było prawie żadnych prac — trochę konserwacji ceramiki i żelaza, poza tym
morze wolnego czasu. Mieściło się w oficynie Polskiej Akademii Umiejętności, w bu­
dynku frontowym znajdowały się biura Liegenschaftverwaltung, a więc ciągły ruch in¬
teresantów, który doskonale krył osoby wchodzące przez tę samą bramę do Muzeum
Archeologicznego — no i szef Novotny, który nigdy nas nie nachodził bez uprzedzenia.
Uczeni krakowscy oczywiście przez całą wojnę pracowali naukowo, mimo innych
zajęć, np. prof. Safarewicz, -wybitny językoznawca, był konduktorem tramwajowym,
a prof. Małecki pracował w „Społem". Cały uniwersytet robił dla „Społem" pomadki,
a sam profesor ponadto zorganizował tajne studia uniwersyteckie. W Muzeum odby¬
wały się regularnie posiedzenia naukowe z referatami na temat prowadzonych prac
badawczych. Pełną parą szło tajne nauczanie. Profesor Gąsiorowski wykładał teorię
historii sztuki, profesor Ruxerówna, wysiedlona z Poznania i koczująca w sąsied­
nim Muzeum Przyrodniczym PAU, wykładała archeologię klasyczną, dr Jamka —
archeologię Polski, dr Leńczyk — epokę poprzedzającą powstanie państwa polskie¬
go, prof. Jakubowski uczył nas rysunku eksponatów archeologicznych, prof. Albin
Jura — paleolitu, antropologię wykładało dwóch asystentów UJ — Jasicki i Sikora.
Potem przybył jeszcze prof. Tadeusz Dobrowolski, historyk sztuki. Etnografii uczył
Roman Reinfuss, który ze zbiorami Muzeum Etnograficznego, kiedy wyrzucono je
z Wawelu, wylądował także w Muzeum Archeologicznym.
Jednym słowem, było się u kogo uczyć, co też młodsze pokolenie wykorzysty¬
wało w pełni. W ostatnim okresie, po powstaniu warszawskim, zaroiło się jeszcze
od warszawiaków — przybył prof. Antoniewicz, prof. Frankowski, Drewko, znawca
paleolitu Krukowski, Marciniak i inni.
Słuchaliśmy wykładów, brali udział w seminariach, pisali referaty, nawet brali
udział w wykopaliskach. Muzeum kopało zameczek w Szaflarach, który okazał się
co prawda piecem do wypalania wapna, ale wbudowanym później we wzgórze, na
którym stał niegdyś drewniany gród fałszerza polskich pieniędzy, zniszczony przez
królewskie oddziały.
Zostałam starościną studiów historii sztuki i jako taka, już po wojnie, wystawia¬
łam świadectwa naszym wykładowcom. Jeszcze w czasie wojny zdałam egzaminy
z historii filozofii u Tatarkiewicza, logiki — u Zawirskiego, archeologii klasycznej
— u Gąsiorowskiego, historii sztuki — u Dobrowolskiego, antropologii — u Jasickiego, archeologii — u Jamki — to pozwoliło mi na ukończenie studiów zaraz po
wojnie, w 1946 roku.
Wracając jeszcze do „drogi ku etnologii", to ważne było w niej zainteresowanie
mego Ojca kulturą ludową. Był humanistą o bardzo szerokich horyzontach, języ¬
koznawcą, ale i historykiem kultury, dialektologiem tureckim, ale i znawcą kultury
ludowej tureckiej wsi. Schodził na piechotę Azję Mniejszą, tureckie enklawy w Do¬
brudży, karaimskie osady w Polsce i całe Podhale — nie tylko Tatry.

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

309

W Muzeum Archeologicznym stykałam się na co dzień z Romanem Reinfussem,
świetnym wykładowcą i badaczem terenowym. Potem pojawił się Moszyński, któ¬
ry zafascynował mnie kulturami innych kontynentów. Archeologia dawała niepełny
obraz kultury ludzkiej, przynajmniej taka, jaką poznałam w Krakowie.
Krainą ukochaną jest dla Pani Podhale. Obok miłości do gór jest to również za­
interesowanie tamtejszą kulturą. Pisała Pani o tradycyjnych normach obyczajowych
młodzieży podhalańskiej, strojach, pasterstwie, saniach i wozach. Skąd wzięło się
zainteresowanie Podhalem?
Oboje rodzice od czasów gimnazjalnych związani byli z Tatrami. Ojciec po raz
pierwszy zetknął się z Zakopanem jeszcze w przedszkolnych latach. Urodził się
i mieszkał wtedy we Francji, a Babka, stęskniona za Krakowem i ogólnie Polską,
wyjechała z małymi dziećmi na wakacje do Zakopanego. Pociąg dochodził wtedy
tylko do Chabówki, dalej trzeba było tłuc się po kamienistej drodze około 40 km
chłopską furką. Po powrocie rodziny do Polski, już w gimnazjum, Ojciec wybrał się
z kolegami na piechotę z Krakowa do Tatr — i to był prawdziwy początek jego fa¬
scynacji Tatrami i Podtatrzem. Z kolei Matka była koleżanką szkolną Heli Dłuskiej,
córki budowniczych sanatorium Dłuskich w Kościelisku, pierwszego gruźliczego sa¬
natorium z prawdziwego zdarzenia w Polsce, zbudowanego zresztą za pieniądze ich
przyjaciela Ignacego Paderewskiego. Paderewski był kolegą p. Dłuskiego z konser¬
watorium w Odessie, tylko że Dłuski miał mniejszy talent, więc skończył dodatkowo
medycynę w Paryżu, żeby mieć z czego żyć i tam ożenił się z koleżanką, lekarką
— siostrą Curie-Skłodowskiej i bliską znajomą aktorki Modrzejewskiej. Notabene
Paderewski był ojcem chrzestnym Heli Dłuskiej. Oprócz właściwego sanatorium
w parku stała „dyrektorówka", gdzie mieszkali Dłuscy, a latem tłum przyjaciół ze
sfer intelektualno-artystycznych ówczesnej Polski. Moja Matka była tam zapraszana
na wakacje, dla podreperowania zdrowia, a kiedy już skończyła medycynę w Wied¬
niu, pracowała przez rok wojny w laboratorium sanatoryjnym. Spędziła tam też pół
roku po maturze, zaproszona przez Dłuskich „dla poratowania zdrowia". Jej ojciec
nie chciał zgodzić się na studia medyczne, uważał, że pannie wystarczy seminarium
nauczycielskie, mimo wszystko dopięła swego.
Całe to młodzieżowe towarzystwo: córki p. Curie-Skłodowskiej, jej bratanica
Haniusia Skłodowska i jej późniejszy mąż Walek Goetel (kolega szkolny mojego
Ojca), Ojciec, no i oczywiście Hela Dłuska całe lato chodzili po Tatrach. Starsze
pokolenie muzykowało i wiodło intelektualne rozmowy. Pani Dłuska, dobry lekarz
i arcyenergiczna kobieta (m.in. wszystkie społeczne inicjatywy jej męża, np. kościół
w Kościelisku, Muzeum Tatrzańskie, życie towarzyskie i wycieczki tatrzańskie — to
była zawsze inicjatywa i cała praca organizacyjna pani Dłuskiej), organizowała życie
tej małej społeczności, a także administrowała sanatorium.
Kiedy Rodzice byli już na studiach w Wiedniu, nadal wakacje spędzali w Koś¬
cielisku. Jako młode małżeństwo wynajmowali izbę na Sobiczkowej, u Hanki Stopki
Macicki, która z latami stała się serdeczną naszą przyjaciółką, a moją najukochańszą
Babką-Gaździną. Babka nie umiała pisać, ale mimo to była jedną z najmądrzejszych

310

Anna Kowalska-Lewicka

kobiet, jakie znałam. Mimo że była niebogata, że była analfabetką, a najdalsza kraina,
do której dotarła (oczywiście na piechotę), to była Kalwaria Zebrzydowska, była oso¬
bą niezwykle rozsądną i mądrą, z której zdaniem liczyła się cała Polana Sobiczkowa.
We wszystkich sporach, np. o miedzę, czy innych kłótniach sąsiedzkich, to do niej
udawano się o opinię i jak ona zdecydowała — tak robiono. Po prostu, wieś doceniała
jej uczciwość, bezinteresowność, doświadczenie i wiedzę. Poza tym Babka umiała
czarować, o czym dowiedziałam się dopiero po jej śmierci. To była moja pierwsza
„informatorka", ona przekazała mi wiedzę swojej młodości, a urodzona była w latach
pięćdziesiątych XIX wieku, a więc pamięcią sięgała bardzo odległych czasów.
W deszczowe dni bawiłam się na podłodze w jej izbie, podczas gdy ona przędła,
siedząc na ławie pod oknem (gospodarstwo prowadziła już wtedy jej córka, rówieśni¬
ca mojej Matki). W pogodę zabierała mnie na pole, suszyć siano, paść krowy, „brać"
len, wiązać owsiane snopki, później bawić jej wnuki. Najbardziej lubiłam prace przy
lnie. Babka marzyła o wnuczce, a doczekała się samych wnuków — chłopców, stąd
serdeczna miłość, jaką mnie darzyła.
Niewątpliwie, moje dzieciństwo na Sobiczkowej, dzieci, z którymi się wtedy ba¬
wiłam, chałupy ich rodziców i dziadków, a przede wszystkim obcowanie z Babką
— to początek mojej miłości do Podhala i mojej wiedzy o kulturze góralskiej. Nic
więc dziwnego, że z chwilą zapadnięcia żelaznej kurtyny, kiedy „szeroki świat" zda¬
wało się na zawsze został przed nami zamknięty, moje zainteresowanie skierowałam
ku mojej drugiej (poza Krakowem) ojczyźnie — Podhalu.
Takiego Podhala już nie ma, nie ma ludzi, którzy by je pamiętali. Górale podzielili
los Indian Stanów Zjednoczonych, są już tylko góralami „na pokaz" dla ceprów, jak
tamci Amerykanie, dla których „indiańskość" jest już tylko wabiem dla turystów,
którzy w podzięce za sfotografowanie się z „prawdziwym" Indianinem płacą żywą
gotówką.
W artykule na temat etnologii polskiej po II wojnie światowej przed rokiem 1956
napisałem, że wyjazdy na badania nad kulturą ludów pozaeuropejskich były wówczas
zupełnym wyjątkiem. Takim zupełnym wyjątkiem była Pani Doktor. W roku 1947 wy­
jechała Pani do Ameryki. Częścią rocznej wędrówki po Ameryce Południowej były
kilkutygodniowe badania wśród Indian Shipibo. Jaka była przyczyna zainteresowań
Ameryką Południową? Jak udało się wyjechać? Dlaczego, po opublikowaniu zupeł­
nie wyjątkowej w naszym piśmiennictwie książki „Shipibo" (Wrocław 1969), nie kon¬
tynuowała Pani zainteresowań amerykanistycznych?
W lecie 1939 roku zorganizowałam miesięczną wędrówkę po Karpatach Wschod¬
nich. Piszę o niej, gdyż miała zaważyć na dalszych mych losach. Zaproponowałam
trzem moim przyjaciołom wspólną wędrówkę od Worochty po Hnitesę, ostatnie pas¬
mo Karpat Wschodnich, leżące już na granicy ówczesnego państwa polskiego. Pa¬
nowie byli ode mnie starsi co najmniej o osiem lat: absolwent WSH (Wyższa Szkoła
Handlowa w Krakowie), asystent historii Uniwersytetu Lwowskiego i asystent orientalistyki Uniwersytetu Lwowskiego. Mieliśmy się spotkać w Żabiem, już na Huculszczyźnie, i stamtąd wyruszyć główną granią Karpat aż po granicę ZSRR. Wędrówka

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

311

miała trwać miesiąc. Zgodnie z umową spotkaliśmy się w schronisku PTT w Żabiem,
niestety lwowski historyk nie dojechał. Czekaliśmy dwa dni, wreszcie zdecydowali¬
śmy ruszyć tylko w trójkę. Nigdy potem już nie miałam o nim żadnych wieści.
Ruszyliśmy z Worochty z potwornie ciężkimi plecakami. Trzeba było dźwigać
namioty, śpiwory i żywność, bo wsie leżały w głębokich dolinach, a schronisk na
grani nie było. Ostatnie znajdowało się na Popie Ivanie — dalej już tylko szałasy
pasterskie, gdzie można było dostać mleka i sera — nic więcej. Pogoda była cały
czas fantastyczna, krajobrazy zatykające dech w piersiach i przez miesiąc zaledwie
kilka razy spotkaliśmy huculskich pasterzy, ani razu turystów. Trzy razy dziennie
kukurydziana mamałyga okraszona skwarkami, herbata, ewentualnie borówki i grzy¬
by, zebrane po drodze i morze gór. Bo w Tatrach, które znałam od urodzenia, gdzie¬
kolwiek spojrzysz, widać w dali niziny i ludzkie osady — tu tylko puste łańcuchy
górskie.
To był pierwszy cud mego długiego życia. Pod powiekami do dziś mam te widoki
— ale nie o tym rzecz. Pamiętam rozmowę którejś nocy przy ognisku. Powiedziałam
do moich towarzyszy — czy to nie skandal, że ja, dziewiętnastolatka, jak dotąd orga¬
nizuję dla nich, o tyle ode mnie starszych, -wyprawy „w szeroki świat" (rok przed Huculszczyzną było to wielodniowe koczowanie w opuszczonych szałasach i kolibach
podskalnych w Tatrach). Mam „pomysł", wyznaczam trasę, czas, ekwipunek, a oni,
stare chłopy, po prostu jadą już „na pewnego". Czy nie byłby czas, by i oni pomy¬
śleli o zorganizowaniu następnych wakacji? Pierwszy odezwał się „handlowiec", że
dobrze, że to on bierze na siebie organizację następnych wakacji. — A dokąd chcia¬
łabym pojechać? — Bez namysłu powiedziałam, że do Ameryki Południowej. Dla¬
czego tam akurat? Po prostu w Polsce przedwojennej był to kontynent u nas najmniej
znany, a ja właśnie byłam po lekturze Lepeckiego. Staszek uścisnął moją dłoń i z po¬
ważną miną powiedział: „Dobrze, stoi! Na przyszłe wakacje organizuję wyprawę do
Ameryki Południowej!". I jak się okazało, dotrzymał słowa, choć z opóźnieniem, bo
po wojnie, której nikt z nas w lipcu 1939 roku nie spodziewał się.
Wszyscy troje wojnę przeżyliśmy. Ja w Krakowie, Tadeusz (mój późniejszy mąż)
najpierw we Lwowie w konspiracji, potem „wsypa", udało mu się uniknąć areszto¬
wania, potem w Warszawie pod zmienionym nazwiskiem, stąd partyzantka na Zamojszczyźnie, powrót do Warszawy po nowy przydział, w międzyczasie wybucha
powstanie, kapitulacja, obóz jeniecki w Murnau, po wojnie oddziały wartownicze
USA w Niemczech, Włochy i Anders w płonnej nadziei, że jednak wybuchnie dal¬
sza wojna i odzyskamy wolność, Jałta, przewiezienie polskiego wojska z Włoch do
Anglii, wreszcie propozycja pracy na uniwersytecie w Cambridge i mimo wszelkich
pokus nostalgia i powrót jesienią 1947 roku do Polski.
Zaraz po zakończeniu wojny dostałam list z Kolumbii. Pisał mój towarzysz wy¬
prawy w Karpaty Wschodnie — że przyszedł czas, by dotrzymać danego słowa. Woj¬
nę przeżył. Znalazł się we Włoszech, skąd już prosta droga do Ameryki Południowej.
Przekwalifikował się w międzyczasie na geologa, przyjął pracę u Shella i obecnie
poszukiwał złóż ropy naftowej w Andach. Jego szef wyraził zgodę na mój udział
w wyprawach poszukiwawczych w charakterze turystki (jedna więcej osoba w ich
wyprawach nie stanowiła problemu), więc mogę przyjechać, kiedy mi się podoba.

312

Anna Kowalska-Lewicka

Euforia! Ziszczą się moje marzenia! Wymagane egzaminy miałam w większości
zdane. Pracę magisterską i egzamin końcowy miałam gotowe wiosną 1947 roku.
Brakowało tylko drobnej formalności — paszportu. I tu następny „cud". Ministrem
spraw zagranicznych był wtedy Modzelewski, ideowy komunista, po wielu latach
więzień za komunizm. Wtedy jeszcze u władzy było wielu ideowców, potem już
prawie wyłącznie karierowicze. Modzelewski wykombinował (i chyba słusznie), że
byłoby rozsądnie zrobić ambasadorem polskim w Turcji mego ojca (dobra znajo­
mość języka i kraju, twórca pierwszej „dialektologii tureckiej", serdeczny przyja¬
ciel ówczesnego tureckiego ministra spraw zagranicznych). My wojnę przeżyliśmy
w kraju okupowanym przez Niemców, od strefy rosyjskiej dzieliła nas granica wo­
jenna, słabo orientowaliśmy się w stosunkach po tamtej stronie kordonu. Ojciec na tę
propozycję odpowiedział — decyzję podejmie, jeśli będzie mógł wyjechać do Turcji
i zobaczyć, jak przedstawia się rzeczywistość. Modzelewski zaakceptował taki po¬
mysł. W międzyczasie mnie odmówiono paszportu. I wtedy Ojciec poprosił Modze¬
lewskiego o interwencję. Paszport dostałam natychmiast. Oczywiście, nie chwaliłam
się, jaką drogą — i co zabawniejsze, zgłosiło się kilka osób, które „w najściślej¬
szej tajemnicy" zakomunikowały nam, że to wyłącznie dzięki nim dostałam ten
paszport.
Skończyłam pracę magisterską, zdałam ostatni egzamin, wyjechałam via Paryż
i Londyn, dalej już samolotem: Azory, Bermudy, Jamajka, Bogota. Zamieszkałam
u przyjaciół Szwajcarów w Bogocie i oni uświadomili mi, że mam kruche szanse na
wizy południowoamerykańskie. Ich przyjaciel, ambasador Szwajcarii w Kolumbii
i szef korpusu dyplomatycznego, zaproponował, że da mi passaporte de emerjencia,
czyli paszport „bezpaństwowca". Z wdzięcznością przyjęłam tę propozycję, polski
paszport schowałam sobie na powrót i odtąd byłam już pod opieką szwajcarskich pla¬
cówek dyplomatycznych w Kolumbii, Ekwadorze, Peru i Boliwii. Muszę przyznać,
że była to serdeczna, życzliwa i bardzo pomocna opieka. Drugim moim opiekunem
i sponsorem okazał się szef Shella na Kolumbię, no i oczywiście mój przyjaciel z wy¬
prawy w Karpaty Wschodnie, który wprowadził mnie w to całe towarzystwo. Bez
niego nigdy bym nie zrealizowała swych marzeń. Przeniósł się potem do USA, ożenił
się z Polką, więźniarką Oświęcimia, potem wyjechał na Alaskę.
W Ameryce Południowej miałam dwa dokonania (nie licząc licznych, dłuższych
i krótszych, wycieczek w wyżej wymienionych krajach). Pierwsze — to konna wy¬
prawa w poprzek Cordillera Central w Kolumbii (wyprawa Shella miała na celu
zmierzenie wysokości przełęczy, przez którą zamierzano przeprowadzić rurociąg,
dostarczający ropę ze złóż nad Atlantykiem do największego portu — Barranquilla,
nad Pacyfikiem. A map i pomiarów wtedy jeszcze nie było! Po raz pierwszy w życiu
siedziałam na koniu i to od razu w bardzo stromych, prawie bezludnych górach i co
najważniejsze — nie spadłam!
Drugie dokonanie — to wyprawa, też pod auspicjami Shella, do Selva na Rio
Ucayali — Amazonia w Peru, a jeśli już selwa, to i wybrzeże od granicy Ekwadoru
do granicy Chile i wyprawa nad jezioro Titicaca, z wypadem do Boliwii. To ostatnie
już bez Shella, ale pod opieką kompanii „Hoteleria Peruana", należącej do Szwajca¬
rii, oczywiście z polecenia Shella.

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

313

W planie było jeszcze kilka miesięcy w Ameryce Centralnej, ale Ojciec, po kilku
miesiącach jeżdżenia po Turcji (wykorzystał ten pobyt do celów naukowych), po
powrocie do Polski pojechał natychmiast do Warszawy, by podziękować Modzelew­
skiemu za propozycję pracy w służbie dyplomatycznej, której jednak nie przyjął. Po
prostu w polskiej ambasadzie pracował jego uczeń (jako tłumacz), który powiedział
Ojcu, że wszelkie decyzje ambasador musi uzgadniać z portierem, Rosjaninem. Oj­
ciec nie powiedział tego Modzelewskiemu, nie chcąc kompromitować swego infor­
matora. Jednakże Modzelewski ułatwił mu sytuację.
Do podróży po Turcji przydzielono Ojcu urzędnika ambasady, jako „sekretarza".
Trudno było z niego zrezygnować, bo pan ambasador osobiście prosił, by Ojciec się
zgodził. Otóż teraz Modzelewski -wyciągnął z szuflady pękatą teczkę, pokazał ją Ojcu
— że oto dostał „raport" tego tzw. sekretarza, w którym znajduje się zarówno infor¬
macja, z kim Ojciec się spotykał, jak i jakie są jego prawdziwe poglądy. Powiedział,
że może się zapoznać z jej treścią, ale Ojciec zrezygnował z tej przyjemności. Szkoda
mu było czasu. Wtedy Modzelewski podarł kartę po karcie, wyrzucił do kosza na
papiery i ściskając na pożegnanie rękę Ojca powiedział: „Wcale się panu nie dziwię,
nie myślałem, że to aż tak...". Przyzwoity facet, krótko był ministrem. Ale ja swój
paszport miałam, a zresztą wtedy już mnie w Polsce nie było.
Wracając do mojej podróży — plany nie ziściły się. W czasie pobytu nad Ucayali
nie miałam żadnej możliwości komunikowania się ze światem. Ale już po powrocie,
na lotnisku w Bogocie, wręczono mi korespondencję, jaka w międzyczasie nadeszła.
Matka pisała, że Ojciec jest śmiertelnie chory — rak jelit z przerzutami na wszystko,
co tylko można sobie wyobrazić, że jeśli chcę go jeszcze zobaczyć, muszę natych¬
miast wracać. Na samolot nie miałam pieniędzy, rezerwacja miejsca na statku wyma­
gała czasu. Wyjechałam więc do USA via Miami, Waszyngton, Nowy Jork, wszędzie
krótki czas pobytu poświęcając na zwiedzanie muzeów, głównie tych, w których były
zbiory z Ameryki Południowej, ale nie tylko — sądziłam, że tam już nigdy nie będę
(w tym jednym się pomyliłam). W Paryżu na dworcu czekali na mnie prof. Wędkiewicz (dyrektor stacji PAU) i p. Pułaski (notabene właściciel Manhattanu, który,
jako bezludną wyspę, ofiarował jego antenatowi Washington i o którą całe życie się
procesował — niestety procesu nie wygrał). Mieli już dla mnie bilet na pociąg od¬
chodzący tegoż dnia nocą do Polski. Mieli też list od Matki do mnie. Niestety, Ojciec
żył po moim powrocie jeszcze parę miesięcy. „Niestety" piszę z myślą o Nim, bardzo
cierpiał.
Pyta Pan, dlaczego zarzuciłam tematykę amerykanistyczną. To bardzo proste.
Wróciłam do Polski już po ucieczce Mikołajczyka, kiedy dla nas ostatecznie zatrzas¬
nęła się brama więzienia. Byłam przekonana, że już nigdy nie przekroczę granic
„Polski Ludowej", a emigrować nie chciałam. Mam liczną rodzinę za granicami kra­
ju, ale oni wszyscy, czy ich rodzice, wyjechali w czasie działań wojennych w 1939
roku, bardzo często via Sybir — to całkiem inna sytuacja. Byłam wtedy pewna, że
mnie więcej nie wypuszczą, a Moszyński wszczepił we mnie zasadę, że lepiej napi¬
sać mały artykulik, ale przynoszący nowy materiał, niż mleć w kółko to, co już ktoś
napisał przed nami. Nie oceniam teraz, o ile miał słuszność, ale przy ówczesnej „za¬
sobności" naszych bibliotek w „americana", nawet kompilując, miałam minimalne

314

Anna Kowalska-Lewicka

możliwości. Wolałam drobne prace, ale oryginalne, a Podhale znałam od podszewki;
rozumiałam, wiedziałam, jak mało o nim wiemy.
Po powrocie do kraju zaangażowałam się w pracę w PTL, zrazu w Oddziale Kra¬
kowskim. Mój wyjazd był wtedy sensacją, byłam więc rozrywana z mymi prelekcja¬
mi o Ameryce Południowej.
Funkcjonowała wówczas organizacja nosząca miano (o ile pamiętam) „Wiedza
Powszechna". Jakoś się o mnie zwiedzieli i organizowali mi prelekcje w całej połu¬
dniowej Polsce. Ludzie spragnieni byli wiedzy o szerokim świecie, sala zawsze była
wypełniona po brzegi, dyskusja i pytania ciekawe, zazwyczaj po takim wystąpie¬
niu zapraszano mnie do prywatnych domów. Była to dla mnie wielka przyjemność
— łatwo przychodziło mi mówienie publiczne, przyjemnością było przypominanie
niedawnych przeżyć.
Po powrocie z Peru zetknęła się Pani Doktor z sensacyjną sprawą skarbu inka¬
skiego odnalezionego jakoby w Niedzicy. Ostatnio powiedziała Pani dziennikarzowi:
„Straciłam rok życia, mogłam zrobić coś ciekawego, ...a tymczasem goniłam tym
tropem, nie chcąc uwierzyć, że to wszystko bujda". Co spowodowało zaangażowanie
się Pani w tę sprawę? Chęć uczestniczenia w czymś niezwykłym? Przekonywająca
mistyfikacja?
Zaraz po powrocie z Peru dowiedziałam się z artykułu w którejś z krakowskich
gazet o rewelacyjnym odkryciu Jalu Kurka, który spotkał w Krakowie ni mniej, ni
więcej — ostatniego potomka Inków. Sensacja nie z tej ziemi na skalę światową!
Zajmowali mnie Indianie selwy, o państwie Inków wiedziałam tyle, co przeciętny
turysta zwiedzający peruwiańskie Andy i płaskowyż wokół jeziora Titicaca. Okres
bezpośrednio po konkwiście był stosunkowo mało znany, a tym bardziej mnie mało
znany. W Polsce nikt się tym nie zajmował, poza mym antenatem, doktorem Klugerem, który notabene swe zbiory amerykanistyczne ofiarował Muzeum Archeolo¬
gicznemu PAU, gdzie chadzałam jako mała dziewczynka z Rodzicami, oprowadzana
przez innego antenata, Włodzimierza Demetrykiewicza. Pamiętam tylko tyle z owych
odległych czasów, że bałam się śmiertelnie peruwiańskich mumii i „oglądałam" je
z zaciśniętymi powiekami, żeby nie musieć patrzeć na te okropności, ciągnięta za
rękę przez wuja, Włodzimierza Demetrykiewicza, w tych czasach kierownika Muze¬
um Archeologicznego PAU.
Rzecz opisana przez Jalu Kurka wyglądała prawdopodobnie — a gdyby była
prawdziwa, byłaby naprawdę sensacją na światową skalę. Wniosek prosty — skoro
już nigdy nie wypuszczą mnie z Polski, skoro napisałam już wszystko, co wiedzia¬
łam o moich Indianach, a mielenie nie wiem po raz który odkryć innych podróżni¬
ków uważałam za stratę czasu — tu mogłam się „wykazać" czymś odkrywczym. No
i postanowiłam rzecz zbadać, a w razie, gdy okaże się prawdziwym „odkryciem"
— będzie to rewelacja.
Przez ponad rok z etnologa stałam się detektywem. Muszę tu złożyć pokłon ge¬
niuszowi mego późniejszego męża. Po krótkim czasie, wtajemniczany przeze mnie
w coraz to nowe odkrycia, powiedział: „Daj sobie z tym spokój, po prostu studencina

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

315

Benesz postanowił «poderwać» pannę Pacułę, a że nie miał jej czym zaimponować,
postanowił zagrać rolę ni mniej, ni więcej, tylko spadkobiercy korony Inków («Inkasów», jak sam się nazwał), poza tym chłopak musi mieć bujną fantazję i musiał czy¬
tać powieści Umińskiego [mąż był wiernym czytelnikiem literatury młodzieżowo-przygodowej okresu międzywojennego]. Nie demaskuj go, bo panna z nim zerwie,
a szkoda go — musi być ostro zakochany". Ale ja oczywiście nie posłuchałam. Po¬
nad rok tropiłam biednego Benesza. Sekundowała mi gromada dziennikarzy, a każdy
z nich „odkrywał" nowe szczegóły. Nawet ubiegłego lata poznałam (ściślej — nie¬
mal poznałam, bo zręcznie uniknął spotkania ze mną) kolejnego odkrywcę, który już
nie artykuł, ale całą książkę o tych wydarzeniach napisał. Swego czasu pisał książkę
Jan Józef Szczepański, któremu notabene pożyczyłam cały zgromadzony z trudem
materiał — nigdy go już nie zobaczyłam (nie Jana Józefa, ale materiału). Słowem,
artykuły z coraz nowymi odkryciami, książki, nawet film — czyż w tych warunkach
można burzyć taki genialny mit?
Niemniej, zaczynając całą sprawę, naprawdę w nią wierzyłam, tylko że ja szu¬
kałam prawdy, oni szukali sensacji. Oczywiście ja przegrałam, bo ludzie lubią być
oszukiwani, zwłaszcza jeśli to oszustwo jest takie romantyczne.
Pod kierunkiem Profesora Kazimierza Moszyńskiego przygotowała Pani Doktor
pracę magisterską i doktorską. Nazywa go Pani w jednym z artykułów „swoim mi¬
strzem, wspaniałym wykładowcą i nauczycielem". Co w Profesorze tak ujęło ucznia
i współpracownika?
Pracę magisterską napisałam u prof. Moszyńskiego, który po wojnie zjechał
z Wilna i rozpoczął swoje fascynujące wykłady, słynne na całym UJ. Przychodzili na
nie słuchacze z innych wydziałów, po prostu, żeby posłuchać, rozszerzyć swoje ho¬
ryzonty — był np. student, późniejszy profesor Akademii Górniczej. Moszyński był
fantastycznym mówcą, do tego świetnym rysownikiem. Wszystkie mapy, przedmio¬
ty, o których mówił, równocześnie kilku pociągnięciami rysował na tablicy. Ludzie
siedzieli w ławkach, na podłodze, stali, a ci, którzy nie mogli się wcisnąć, stali przy
otwartych drzwiach na korytarzu. W czasie jego wykładu panowała cisza absolutna,
wszystkie oczy wlepione w mistrza, nikt nie odważył się głośno oddychać. Nie trzeba
się było uczyć, pamiętało się każde słowo.
Przy referatach (nie mówiąc już, że przy dyskusji) padało często pytanie: „Jakie
ma pan(i) fakty dla poparcia swej tezy?" lub: „Czy to pana (pani) zdanie, czy też cy¬
tuje pan(i) jakiś autorytet — a jeśli tak, proszę podać, kogo, lub udokumentować fak¬
tami pańską opinię". Ciężkie to były próby dla złotoustych teoretyków, plączących
się, gdy Profesor żądał od nich poparcia konkretami błyskotliwych tez. Porażający
był też zakres jego wiedzy, a także piękno jego polszczyzny. Przy tym interesował
się losem swych studentów, sam proponował w -wypadku trudnościfinansowychpod¬
jęcie starań o stypendia, które potem skutecznie popierał. Po prostu był indywidual¬
nością w najlepszym tego słowa znaczeniu, człowiekiem absolutnie i bez reszty od¬
danym nauce, prawdomównym, odważnym politycznie, sprawiedliwym i o głębokim
poczuciu własnej wartości.

316

Anna Kowalska-Lewicka

Moja praca doktorska nosiła tytuł (o ile pamiętam) „Ceramika Indian selwy" lub
coś w tym rodzaju. Widać tu obciążenia archeologiczne, gdyż za moich czasów w ar¬
cheologii kładziono główny nacisk na typologię, technikę wyrobu itp. realia. Zresztą
w Katedrze brak było literatury do szerszych ujęć.
W środowisku krakowskim w okresie powojennym pracowało kilku wybitnych et¬
nologów/antropologów społecznych wykształconych jeszcze przed wojną: Kazimierz
Moszyński, Kazimierz Dobrowolski, Andrzej Waligórski, Anna Kutrzeba-Pojnarowa,
Jadwiga Klimaszewska, Mieczysław Gładysz, Roman Reinfuss, Tadeusz Seweryn.
Czym się różnili? Którzy z nich ze sobą współdziałali?
O Moszyńskim już mówiłam. Dobrowolski był niewątpliwie inteligentny, dobry
naukowiec, ale charakter żaden. Opowiadał mi o nim Roman Reinfuss, który u nie¬
go bywał, w czasie wojny pożyczał od niego książki z jego olbrzymiej biblioteki.
Przede wszystkim Dobrowolski odmówił udziału w tajnym nauczaniu — to wiem
z własnego doświadczenia, byłam do niego delegowana jako starościna grupy et¬
nologów, historyków sztuki i archeologów. Reinfuss, kiedy zaczął go odwiedzać,
w gabinecie Dobrowolskiego, za szkłem drzwi szafy z książkami, widział fotografię
Dobrowolskiego w mundurze żołnierza austriackiego z I wojny światowej. Po wojnie
została "wymieniona na fotografię Dobrowolskiego ściskającego dłoń Bieruta — takie
niby nic, a jednak... Nie zachowywał się także właściwie w więzieniu, a zwłaszcza
w obozie koncentracyjnym. Przed wojną dom Dobrowolskiego był odwiedzany po¬
wszechnie. Ojciec nieraz w dyskusjach domowych powoływał się na jego głębokie
socjologiczne opinie o sytuacji geopolitycznej w Polsce i bardzo go cenił. Po powro¬
cie z obozu, w dzień św. Kazimierza, a więc w dniu imienin Dobrowolskiego, jego
imieniny zostały zbojkotowane. Nikt z kolegów obozowych nie przyszedł. Tak trwa¬
ło przez pierwsze lata, potem wobec natłoku wydarzeń i faktów, pomału jakoś się ta
pamięć rozmyła — nastąpiły dalsze wydarzenia, które zatarły pamięć. A przełamał
ten bojkot Kutrzeba (skądinąd bardzo wysoko przez Ojca ceniony), którego córka,
Hanka Kutrzebianka, jeszcze w gimnazjum, za radą Dobrowolskiego opracowała ka¬
pliczki z Zawoi. Później Dobrowolski pomógł jej w opublikowaniu tej pracy.
Chodziłam na seminaria Dobrowolskiego, był dobrym naukowcem i wykładow¬
cą, a innego socjologa nie było, ale my, najstarsza grupa studentów, na ogół wiedzie¬
liśmy o jego oportuniźmie. Niemniej tyle się od pierwszego roku wojny działo, że
jego sprawki obozowe zbladły wobec o wiele bardziej aktualnych problemów. Zresz¬
tą i moralne zasady przybladły wobec nowych wyzwań ideologicznych.
Andrzej Waligórski — przyjechał po wielu latach pobytu w Anglii, gdzie 'wyjechał
jeszcze przed wojną jako stypendysta-anglista (z wykształcenia był wtedy filologiem
angielskim). W Anglii zaskoczyła go wojna, wstąpił do polskiej armii (tego rozdziału
jego życia nie znam zupełnie). Tam trafił do Malinowskiego i stał się etnologiem.
Co najmniej rok prowadził badania wśród Luo (Afryka, Kenia), gdzie wyjechał na
angielskie stypendium z żoną Angielką i dwojgiem dzieci.
Tak bardzo tęsknił za Polską, że zdecydował się na powrót, co miało fatalne skut¬
ki w jego prywatnym życiu. Żona nie wytrzymała warunków mieszkaniowych (stare

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

317

mieszkanie matki Andrzeja), mało kto wówczas w Polsce znał język angielski, więc
i ich stosunki towarzyskie były mocno ograniczone, ale ta izolacja została szybko
przezwyciężona. Ona była ładna, miła, głęboko przekonana o wyższości Anglików
w całym cywilizowanym świecie, co z zapałem podtrzymywali krakowscy anglomani. Zaczęła dawać lekcje angielskiego w sferach uniwersyteckich, robić wspól¬
nie z mężem tłumaczenia do różnych wydawnictw naukowych, słowem, mogło być
wszystko OK., ale nie było. Andrzej zachorował na ciężką astmę, dosłownie dusił
się biedak, był ciągle chory. Do tego postanowił zapisać się do partii — nie wiem
dlaczego, chyba ze strachu, ale że był człowiekiem przyzwoitym, do partii nie został
przyjęty, a w każdym razie żył w ustawicznym lęku przed aresztowaniem — i na tym
tle zaczęły się jego kłopoty psychiczne. Skończyło się rozwodem. Andrzej został
zawieszony w próżni. Oboje, najpierw razem, potem osobno byli naszymi dobrymi
znajomymi. W tych czasach, za życia Tadeusza (mego męża), prowadziliśmy tzw.
dom otwarty — stałe spotkania, przyjęcia, bale w karnawale, wspólne wyjazdy do
naszej chałupy w Kościelisku. Andrzej należał do tej grupy, jego ex-żona także, choć
bywała rzadszym gościem.
Andrzej nie był nigdy moim profesorem — przyjechał do Polski, kiedy już byłam
„gotowym" etnologiem, ale zafascynowana Malinowskim często korzystałam z jego
konsultacji. Był bardzo inteligentny, opiekował się po ojcowsku swymi uczniami,
jeden z nich został mu wierny do końca swego życia (Dzięgiel, bardzo przyzwoity
facet!). Cenił go ogromnie Moszyński i stale zasięgał jego rad (w sensie naukowym)
— wiem to od nich obu. Niewątpliwie był gentlemanem. Także niewątpliwie miał
niewielu przyjaciół wśród mężczyzn. Tępił go prof. Dobrowolski, choć w swój cha¬
rakterystyczny sposób: „To bardzo inteligentny człowiek, szkoda, że psychopata,
szkoda, że nie umiejący pisać, szkoda że... itd.". Tuptuś (prof. Dobrowolski) do przy¬
jazdu Waligórskiego uchodził za jedynego ucznia prof. Malinowskiego, a Andrzej
mu tę chwałę odebrał.
Z Andrzejem współpracowałam blisko, odkąd zaproponował mi reaktywowanie
Komisji Etnograficznej przy krakowskim Oddziale PAN (już po likwidacji PAU),
pod jednym warunkiem — że on jako profesor zajmie się reaktywowaniem i gotów
jest zostać prezesem, ale ja zostanę sekretarzem i zajmę się całą stroną organizacyjną.
Zgodziłam się, po prostu lubiłam organizować i nieźle mi to wychodziło. Za naszej
wspólnej kadencji regularnie odbywały się zebrania, każdego roku zapraszaliśmy
zagranicznych prelegentów, regularnie wychodziły sprawozdania — no i doskonale
nam się współpracowało. Ułatwiała nam pracę znajomość języków, organizowanie
dla gości zagranicznych wyjazdów badawczych w teren i przyjęć w moim domu,
gdzie mieli okazję poznać lokalny światek etnologiczny.
Anna Kutrzeba-Pojnarowa — trudno mi j ą oceniać obiektywnie. Bliżej poznałam
ją, kiedy Ojciec został sekretarzem generalnym PAU, czyli od 1939 roku (wiosną).
Zbliżyła nas (zresztą zbliżyła cały Uniwersytet) wojna, zwłaszcza aresztowanie pro¬
fesorów (a więc jesień 1939). Była ode mnie kilka dobrych lat starsza, a w tym wieku
to ogromna różnica. Ona przed wojną była już asystentką, ja ledwie na pierwszym
roku studiów. A po wojnie ona szybko wyjechała do Warszawy, ja zostałam, mimo
namów, w Krakowie. Kutrzeba był wdowcem, jej (Hanki) młodsza siostra Helena,

318

Anna Kowalska-Lewicka

anglistka, zmarła tragicznie w czasie wojny. Najmłodsza Madzia nie liczyła się w ro¬
dzinie, nie była intelektualistką, studiowała na Wyższej Szkole Handlowej. Hanka
pełniła więc rolę pani domu, domu, który był ośrodkiem życia towarzysko-naukowego Krakowa, co jeszcze podnosiło jej prestiż. Zaprzyjaźniłyśmy się dopiero po
moim powrocie z Ameryki i małżeństwie z Tadeuszem (zawszeć — „pani profeso¬
rowa"). Hanka była życzliwa ludziom, nie wiem, jakim była pedagogiem, bo nigdy
nie byłam na jej wykładach. Referaty naukowe (głównie słyszałam j ą na zjazdach
PTL) były zawsze inteligentne, często nowatorskie — musiała być naprawdę bystra,
bo w ogromnej większości pisała je albo w pociągu, jadąc na zjazd, albo w hotelu,
w nocy poprzedzającej samo wystąpienie. To, co napisała, też było ciekawe. Raz tyl¬
ko byłam z nią na badaniach terenowych — tu mogę z całą pewnością powiedzieć, że
nie umiała rozmawiać z ludźmi niewykształconymi, ale to jej nie przeszkadzało zdo¬
bywać wiadomości — umiała korzystać z ekspertów społecznych i to bardzo dobrze.
O Hance o wiele więcej mogliby powiedzieć jej uczniowie — zresztą to zrobili.
Jadzia Klimaszewska. Była tak dalece w cieniu swego mistrza prof. Moszyń¬
skiego, że trudno powiedzieć, jaka była naprawdę. Nigdy nie była moim nauczy¬
cielem, nie chodziłam nawet na jej proseminaria. Myślę, że gdyby była wybitniej¬
szą indywidualnością, mimo wszystko "wyzwoliłaby się z tej intelektualnej niewoli.
Uwielbienie dla mistrza też trzeba odrobinę dozować. Byłam z nią dwukrotnie na
badaniach i była świetna jako terenowiec. Miała też talent pedagogiczny, ale na
poziomie proseminarium. Była lubiana przez uczniów. Mimo że j ą znałam od po¬
czątku okupacji (obie pracowałyśmy w RGO), że to ona pierwsza wprowadziła
mnie „w teren", nie potrafię właściwie nic więcej o niej powiedzieć jako o etno­
grafie. Miała swoje sympatie (przeważnie miernoty) wśród studentów i swoje
antypatie — my obie byłyśmy zawsze w dobrych stosunkach, aż do jej śmierci.
Próbowałam namówić prof. Robotyckiego, by urządził jej jubileusz, kiedy koń¬
czyła 90 lat — odmówił. Bądź co bądź wszyscy etnologowie, którzy studiowali
w ciągu minionych 50 lat, byli jej uczniami — należało jej się to. Mówiła, że nie
lubi żadnych „jubli", ale to się tak mówi, na pewno by była zadowolona. Niestety,
moim zdaniem, nie znała się na ludziach. Komplementy (a starano się jej schlebiać
w czasach, kiedy była „asystentką Moszyńskiego") brała za dobrą monetę i ciężko
się potem rozczarowywała, kiedy już nie była potrzebna. Ale z godnością znosiła
porażki. Niechętna była prof. Gajkowi, chyba dlatego, że przynajmniej częściowo
zrealizował koncepcję atlasu etnograficznego Polski, którego pomysłodawcą był
jeszcze przed wojną Moszyński — ale to tylko mój domysł.
Mieczysław Gładysz. Poznałam go jeszcze w czasie wojny. Tuż przed wojną wy¬
dał w PAU, w serii prac śląskich, dwa tomy swojego Zdobienia na Śląsku. Była to
jedyna seria wydawnictw, za którą płacono honoraria, a on miał tyle rozumu, by te
pieniądze ulokować w handlu. Podobno jego brat otworzył sklep spożywczy w Czę¬
stochowie, który wspaniale prosperował przez cały czas okupacji, dzięki czemu nie
miał problemów finansowych. Żeby być zatrudnionym, pracował w RGO, w sekcji
opieki nad wysiedlonymi z Rzeszy i mieszkającymi w klasztorach. Codziennie zja¬
wiał się koło południa, zawsze idealnie elegancki i zadbany, gdzie już czekała na
niego pani Myczkowska (mam nadzieję, że nie mylę nazwiska) i wychodzili razem

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

319

na „odwiedziny klasztorne". Jego żona, Lila Gładyszowa, pracowała w tej samej
instytucji, w magazynie odzieżowym (zbieraliśmy odzież dla wysiedlonych). Dosiadywała czasu końca pracy, po czym obładowana zdobytymi zakupami wracała do
domu, wstępując po drodze na tzw. „komplety". Uczyła, oczywiście „społecznie",
geografii w działających w konspiracji „kompletach" gimnazjalnych, zbierających
się w prywatnych mieszkaniach. Gładysz ani nie uczył na kompletach gimnazjal¬
nych, ani nie pracował na kursach uniwersyteckich, ani nie spotkałam go nigdy na
tajnych posiedzeniach z referatami — w ogóle mało go z tego okresu znałam. Mogę
tylko tyle powiedzieć, że naprawdę kochał ten swój Śląsk, że podobno przed wojną
działał i naukowo, i literacko (dowód — obie jego doskonałe publikacje o sztuce;
miał też talent literacki, dobrze pisał). Zaraz po wojnie wyjechał na Śląsk i rozpoczął
pracę w śląskim muzealnictwie, a również podjął starania, by dostać się na uniwer¬
sytet, najpierw wrocławski, ale ten zaniedbał całkowicie dla muzealnictwa, przez co
miejsce jego zajął Reinfuss. Był to powód do niechęci między tymi dwoma panami,
ale wszelkie akcje bojowe prowadziła Gładyszowa, Miecio publicznie się tu nie wy¬
powiadał. Zresztą po krótkim czasie Reinfuss przeniósł się do Lublina. Wiem też, że
Gładyszowi udało się wyrzucić z Muzeum Śląskiego dr Malickiego i jego żonę (pra¬
cowała w administracji) — znaleźli azyl w Gdańsku, ale jakiś czas byli bez środków
do życia.
W wypadku Gładysza trudno mi się wypowiadać obiektywnie — po krótkim okre­
sie przyjaźni i mojego podziwu dla jego sukcesów naukowych, doszło do konfliktów,
a więc nie mogę tu być obiektywna. Mój zachwyt nad jego sukcesami naukowymi
zrozumiał na swój sposób, co z kolei mnie nie odpowiadało. Kiedy powstała Akade¬
mia Nauk i stworzono IHKM, przeniesiono mnie z Muzeum Archeologicznego PAU,
zlikwidowanej przez reżim, do Pracowni Etnograficznej IHKM — zresztą najzupełniej
słusznie — już wtedy byłam zdeklarowanym etnologiem, więc nie pasowałam do dru¬
żyny archeologicznej, pozostając zresztą z niedobitkami z tamtych czasów w bliskiej
przyjaźni — dokąd żyli. Gładysz został szefem Zakładu Etnografii IHKM PAN. Ucie­
szyłam się, że powstał Zakład Etnografii i z radością do niego przeszłam. Niestety,
okazałam się kompletną idiotką.
Jeszcze za czasów Muzeum Archeologicznego zorganizowałam grupę przyja¬
ciół zajmujących się Podhalem. Była to zupełnie nieformalna grupa, składająca się
z kilkunastu osób, zatrudnionych w różnych instytucjach, także studentów. Nie mie¬
liśmy żadnych pieniędzy — co kto zdobył, szło do wspólnej kasy. Ja np. miałam
delegację z Muzeum Etnograficznego z Warszawy na zakup eksponatów we wsiach
Podhala, Bronka Jaworska z Uniwersytetu Łódzkiego, inni w ogóle delegacji nie
mieli, np. Zbyszek Gołąb, językoznawca, później profesor slawistyki w USA, czy
Krzysztof Malkiewicz, obecnie profesor w szkole filmowej Disneya w Hollywood,
Hanka Zambrzycka i inni, w tym rysownik i fotograf z kroniki filmowej. Trochę
pomógł prof. Antoniewicz dobrą radą, do kogo „uderzyć". To były wspaniałe czasy.
Dwa miesiące spędziliśmy w jednej wsi (marzec i wrzesień w ciągu jednego roku),
jeden miesiąc letni — wędrówka po całym Podhalu (10 wsi po dwa dni i jeden dzień
na „przemieszczenie się", oczywiście pieszo, z punktu do punktu. Do szeregu wsi
— wypady kilkudniowe przez cały rok, m.in. dwa tygodnie zimowe w Obidzy. Spa-

320

Anna Kowalska-Lewicka

liśmy pokotem w śpiworach na podłodze jednej izby, codziennie na obiad była kasza
ze skwarkami, na śniadanie i kolację ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Każdego dnia
wieczorem zasiadali wszyscy, by podzielić się zdobytymi informacjami danego dnia,
a w nocy kolejno przepisywało się to na maszynie w dwóch egzemplarzach: dla sie¬
bie i wspólnego archiwum. Pomysł wieczornych spotkań miał tę dobrą stronę, że
każdy opowiadał, czego się dowiedział, a więc korzyść była dla całej grupy, każdy
poznawał wszystkie działy kultury — te, jakie były udziałem każdego z nas.
Otóż, w momencie powstania Zakładu Etnologii IHKM PAN znalazłam się
w składzie proponowanych pracowników, Gładysz wciągnął jeszcze swoją żonę,
wtedy moją przyjaciółkę, prosił mnie także o rekomendacje, którego z bezrobotnych
wtedy etnologów zatrudnić. Poleciłam moje najbliższe koleżanki, a przy tym inteli¬
gentne, zainteresowane pracą naukową — Irenę Nizińską i Hankę Zambrzycką. Obie
przyjął i obie okazały się doskonałymi pracownikami.
Na pierwszym organizacyjnym zebraniu, na które przyjechał też prof. Dynowski,
Gładysz bardzo sympatycznie do nas przemówił: — że chciałby, byśmy stworzyli
przyjacielski zespół (był to okres, kiedy „praca zespołowa" była hasłem wszystkich
socjalistycznych akcji), opracowali wspólny plan itd., itd. Idea piękna, przy naszym
koleżeńskim, już wypróbowanym współżyciu wprost idealna. A ponieważ temat
owego zebrania był nam już wcześniej zakomunikowany („pomyślcie, jaki temat
moglibyśmy podjąć zespołowo"), obgadałyśmy z dziewczynami, że zaproponuje¬
my Podhale, no i oczywiście ja, idiotka, się tego podjęłam. Przydźwigałyśmy na to
zebranie ciężkie pudła z naszymi podhalańskimi materiałami: przepisane wywiady,
fotografie, filmy, rysunki, plus inwentarze tego wszystkiego, dla poparcia naszej pro¬
pozycji. Prof. Gładysz zwrócił się do „koleżeństwa" (tak się wtedy przemawiało)
z prośbą, byśmy wysunęli nasze propozycje, jaki teren Polski uważamy za właściwy,
by od niego zacząć. Zabrałam pierwsza głos, że, jak wiadomo, od paru lat pracujemy
prywatnie nad Podhalem i sądzę, że skoro już tyle zostało zrobione (tu wyciągnęłam
skrzynki z materiałami jako dowód i już opublikowane artykuliki i artykuły, opar¬
te na tych materiałach) byłoby najrozsądniej skończyć zaczętą pracę i na pierwszy
ogień wziąć Podhale. W ten sposób w krótkim stosunkowo czasie może powstać
monografia Podhala i Zakład będzie mógł się szybko pochwalić osiągnięciami. Dynowski przyklasnął, Gładysz zamilkł, inni milczeli także, czekając, co będzie dalej.
Potem mówiło się o różnych innych drobnych sprawach, nie wracając już do właś¬
ciwego tematu. W efekcie okazało się, że przystąpimy zespołowo do monografii wsi
Siołkowice na Śląsku, a ja indywidualnie będę kontynuować prace podhalańskie.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że jeśli szef pyta, co myślimy, najbezpieczniej
jest milczeć i czekać, by dowiedzieć się, co on myśli, a najmądrzej zawczasu poznać
jego zamiary i wyskoczyć z odpowiednim tematem. Niestety okazałam się kiepską
uczennicą, nigdy się tej mądrości nie nauczyłam, choć dość skutecznie odwykłam
od zabierania głosu. Teoretycznie wszystko było o.k. Mogłam robić, co chciałam,
bez pieniędzy, jak poprzednio i co przykre dla mnie, samotnie, bo inni dostali swoje
działki na Śląsku, potem w Bułgarii.
Następny etap, to sprawa mojej habilitacji. Chciałam j ą wciągnąć do planu Zakła¬
du — nie pamiętam już, jak wyglądały akurat w tym czasie procedury, dość że odbyło

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

321

się posiedzenie, na którym wystąpili: prof. Moszyński jako przyszły promotor, prof.
Kazimierz Dobrowolski, Gładysz jako szef placówki PAN, w której byłam zatrudnio¬
na, Irena Nizińska jako protokolantka, no i ja. Zreferowałam konspekt, uzgodniony
zresztą wcześniej z Moszyńskim i zaczęła się dyskusja. Moszyński ocenił go pozytyw¬
nie, po czym zabrał głos Dobrowolski (a panowie serdecznie się nie kochali). Stwier¬
dził, że plan jest niezgodny z obowiązującą obecnie ideologią itd., itd. Moszyński był
coraz bardziej wściekły, ale w sprawie „ideologii" miał niewiele do powiedzenia — po
prostu i on był tu słaby. Gładysz cały czas nie objawiał swego stanowiska, jedynie od
czasu do czasu rzucał pytania, które podsycały elokwencję Dobrowolskiego. Pamiętam
jedno z nich już na koniec dyskusji: „Panie Profesorze, czy mamy zaprotokołować, że
plan pracy jest «nie marksistowskie, czy «antymarksistowski»? Na co Dobrowolski:
„Oczywiście, antymarksistowski". W rezultacie zalecono mi dokształcenie ideologicz¬
ne i zrobienie nowego konspektu (którego nie zrobiłam).
Tak zakończyła się moja przygoda z habilitacją. Co prawda prof. Moszyński,
kiedy wprowadzono docentury z mianowania, zaproponował, że mnie wysunie, ale
odmówiłam — miałam już tego dość. Jeśli mam być całkiem szczera, to potem żało¬
wałam — choć nie bardzo, ale kiedy odchodziłam na emeryturę, mogłam i chciałam
jeszcze pracować w Instytucie, wtedy już jako kierownik Pracowni Etnograficznej
IHKM PAN w Krakowie, brak habilitacji mi to uniemożliwił. A przecież spory pro¬
cent moich rówieśników, dziś czcigodnych profesorów i członków Akademii Nauk
czy Umiejętności, jest docentami z mianowania i nikt im tego nigdy nie wypomniał.
Niemniej Gładysz musiał mi niezłą opinię wypisać do IHKM, skoro prof. Hensel
sam, bez jakiejkolwiek sugestii z mej strony (nawet mi do głowy nie przyszło coś ta¬
kiego), zaproponował, bym przeniosła się do Łodzi, pod skrzydła prof. Zawistowicz-Adamskiej, że mogę nadal mieszkać w Krakowie, ale będę przypisana do Łodzi.
Skorzystałam i błogosławię tę decyzję. Do Krakowa wróciłam dopiero po pójściu
Gładysza na emeryturę, mianowana przez Dynowskiego i Hensla (o ile pamiętam,
już wtedy kierownikiem Zakładu Etnografii była Frankowska, ale pełna inicjatywa
była w rękach Hensla). Wtedy zostałam kierownikiem krakowskiej Pracowni Etno¬
graficznej (Zakład zaistniał tylko w Warszawie).To był bardzo miły czas dla mnie,
miałam doskonałe stosunki z koleżankami i kolegą Pietraszkiem, jedynym mężczy¬
zną w tym babskim gronie.
Kiedy w roku 1956 zaczęły się u nas przemiany ustrojowe, odtajniono archiwa.
Dowiedziałam się o tym od p. Żółkiewskiego, dyrektora administracyjnego IHKM
PAN. Przyjechałam kiedyś z jakąś sprawą do IHKM do Warszawy — spotkał mnie
na korytarzu, zaciągnął do swego biura i zapytał, czy wiem, że opinie o pracowni¬
kach zostały odtajnione i czy chcę przeczytać opinię o sobie, wystawioną przez prof.
Gładysza ileś tam lat temu. Powiedziałam, że nie chcę — zrobiłam mu tym wyraźną
przykrość.
Roman Reinfuss — przeciwieństwo poprzednio przedstawionego. Choleryk,
gwałtowny, absolutnie przyzwoity, choć niełatwy w obcowaniu. Etnografia była dla
niego całym światem — kiedyś wypowiedział się w jakimś prasowym wywiadzie,
że zawsze nie mógł pojąć, za co mu płacono pensję, skoro całe życie robił tylko to,
co mu sprawiało przyjemność. Nikt mi nie nagadał tylu impertynencji, co on, jak się

322

Anna Kowalska-Lewicka

0 coś wściekł — a wściekał się często i o byle co. Był zawsze kontra... Przed wojną
był komunistą, relegowanym z wszystkich polskich gimnazjów. Dopiero matka jego
przyjaciela napisała list do prezydenta Mościckiego i Roman dostał zgodę na maturę
1 pójście na studia (notabene prawnicze). Jeszcze przed wojną odbył praktykę w kan¬
celarii adwokackiej czy notarialnej w jednym z miasteczek Małopolski wschodniej
i tam „zakochał się" w Łemkach i pozostał im wierny do śmierci. Wielki wpływ miał
na niego Seweryn Udziela, z którym współpracował amatorsko, jeszcze jako uczeń
gimnazjalny. W czasie wojny zbiory Muzeum Etnograficznego wylądowały w Muze¬
um Archeologicznym, a z nimi Roman Reinfuss, obok Rudolfa Jamki (późniejszego
profesora archeologii), był najbardziej pracowitym członkiem naszego zespołu. Po
wojnie, jeszcze jako magister prawa, Roman został wykładowcą etnografii najpierw
we Wrocławiu (bardzo krótko), potem w Lublinie, na Uniwersytecie Curie-Skłodowskiej, a równocześnie kierownikiem Pracowni Sztuki Ludowej Instytutu Sztuki
PAN. Jego dziełem były słynne obozy etnograficzne, dzięki którym zrobiono wtedy
zdjęcie etnograficzne prawie całej Polski. Poza tym zgromadził wokół siebie grupę
młodzieży etnograficznej, którą opiekował się jak własnymi dziećmi. Po jego śmierci
spotykali się co roku, nazywali się sami „dziećmi" prof. Reinfussa. Jednym z jeszcze
żyjących jest Jerzy Czajkowski. Reinfuss brał czynny udział w tajnym nauczaniu
i robił to znakomicie. Jego porywczość przysparzała mu wrogów i oddanych na całe
życie przyjaciół; świństwa nigdy nikomu nie zrobił.
Tadeusz Seweryn. Miał duszę artysty, znał się na sztuce, świetnie pisał, ale często
ponosiła go fantazja. Wyszedł album z fotografiami rzeźb Wowry, ludowego artysty
spod Wadowic. Tak się złożyło, że napisałam do niego tekst, bo Wowrę znałam od
wczesnego dzieciństwa, moi dziadkowie mieszkali w Wadowicach, Dziadek kolek¬
cjonował jego rzeźby. Mój Ojciec miał też niezgorszą kolekcję, ile razy przyjeżdża¬
liśmy do Wadowic, szło się do Gorzenia do Wowry po nowe trofea, a poza tym do
Zegadłowiczów. Zegadłowicz był odkrywcą Wowry, jego córka chrześnicą Dziadka
i moją koleżanką w dziecinnych zabawach, a jesteśmy równolatkami. Zapewne dla¬
tego powierzono mi tekst do Albumu. Otóż właśnie córka Zegadłowicza twierdziła,
że Seweryn raz czy dwa był u Wowry, znał go raczej z opowiadań Zegadłowiczów,
rzeźby dla Muzeum Etnograficznego kupował nie on, ale Wowro przynosił je do
Zegadłowiczów do dworu i tam zostawiał dla Seweryna. Tymczasem w powojennej
pracy o Wowrze, pisanej kilkanaście lat po śmierci rzeźbiarza, są całe strony jego
wypowiedzi na temat sztuki, życia artysty itd., itd. W dodatku nigdzie nie znaleziono
notatek Seweryna z tych spotkań (spotkania?). Dziś już nikt nie żyje, kto mógłby
sprawdzić, gdzie leży prawda. To samo dotyczy wojennej przeszłości Tadeusza Se¬
weryna. Sam rozpowiadał na prawo i lewo (sama od niego to słyszałam), że był sze¬
fem akowskiego sądu, który przeprowadzał egzekucje na kapusiach i zdrajcach, ale
po wojnie, podczas gdy inni siedzieli i tracili życie za swoje konspiracyjne grzechy
on, zrazu co prawda zatrzymany, ale niedługo potem został dyrektorem Muzeum
Etnograficznego i świetnie prosperował, rozbudowywał Muzeum.
Niewątpliwie był to człowiek bardzo inteligentny, aktywny organizacyjnie, twór¬
czy, pełen inicjatywy, jak na naukowca miał może odrobinę za wiele fantazji. Jedni
go cenili, inni wprost przeciwnie, ale mam własne o nim zdanie.

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

323

Bliska była Pani Doktor Polska Akademia Umiejętności. Ojciec Pani był od roku
1927 członkiem PAU, a od roku 1938 jej sekretarzem generalnym. W czasie woj¬
ny znalazła Pani pracę w założonym przez PAU Muzeum Archeologicznym, w któ¬
rym zresztą kontynuowała Pani pracę również po wojnie. Jakie miejsce w dzia¬
łalności przedwojennej i powojennej Polskiej Akademii Umiejętności zajmowała
etnologia?
Niewiele potrafię powiedzieć. Wiem, że bardzo ceniony był Moszyński — naj¬
lepszy dowód, że to PAU wydało jego Kulturę ludową Słowian; również Bystroń
miał tu doskonałą prasę i powszechnie ubolewano nad jego chorobą. Wysoka była
pozycja Dobrowolskiego aż do wojny i do jego pobytu w Oranienburgu. Niestety, nie
żyje nikt, kogo mogłabym o to zapytać. W każdym razie w PAU wyszło wiele prac
etnograficznych: Moszyńskiego, Dobrowolskiego, tuż przed wojną Gładysza (dwie
książki), Pożywienie Kurpiów Chętnika itd.
Szczególnie pozytywny stosunek do etnologii mieli językoznawcy z Rozwadow¬
skim i Nitschem (dialektolog) na czele. To Rozwadowski zaproponował Bronisła¬
wowi Piłsudskiemu katedrę etnologii porównawczej i postarał się o fundusze, by
ten mógł studiować etnologię na zachodnich uniwersytetach. Niestety, Bronisław był
niespokojnym duchem i nic z tego nie wynikło, ale jedyna jego stricte naukowa pra¬
ca wyszła właśnie w PAU z dużym wkładem i pomocą naukową Rozwadowskiego.
Również historycy tutejsi popierali etnografię — np. Potkański.
Pierwszą pracę podjęła Pani Doktor w Polskiej Akademii Umiejętności. Wraz
z jej włączeniem do Polskiej Akademii Nauk stała się Pani pracownikiem tej instytu­
cji. Wiele lat pracowała Pani w krakowskiej placówce etnograficznej Instytutu Histo­
rii Kultury Materialnej PAN, a od roku 1971 kierowała tą placówką zwaną wówczas
Grupą Roboczą Zakładu Etnografii IHKM PAN. Zna Pani również środowisko uni¬
wersyteckie, wykładała Pani przecież na Uniwersytecie Jagiellońskim i Wrocław¬
skim. Na czym polega specyfika pracy etnologa na uniwersytecie i w akademickim
instytucie badawczym?
Nigdy nie pracowałam na Uniwersytecie Łódzkim — tylko Wrocławskim i Kra­
kowskim (wykłady zlecone). Już o tym poprzednio wspominałam. Ze studentami
Uniwersytetu Łódzkiego wyjeżdżałam tylko na praktyki terenowe w zastępstwie
Bronki Jaworskiej. Już za czasów IHKM PAN dostałam pod opiekę warszawskiego
magistranta — to inny świat. Mieszkał w hotelu i jedynie dojeżdżał „w teren". Poży¬
czył mój kwestionariusz i nigdy mi go nie oddał (miałam tylko jeden egzemplarz).
Obiecał podzielić się uwagami i materiałami terenowymi — nie tylko tego nigdy nie
zrobił, ale żadnych materiałów nie oddał do archiwum Instytutu w Warszawie — sło¬
wem, był to totalny niewypał.
Przez jeden sezon byłam instruktorem na obozie Dynowskiego na Kurpiach
— dostałam grupę muzykologów z Uniwersytetu Warszawskiego. Biedne dzieci,
zagubione we mgle. Dziękowali wylewnie za uratowanie im życia!!! Ode mnie do¬
wiedzieli się, że można spać na sianie, jeść z jednej miski, myć się w miednicy, a nie

324

Anna Kowalska-Lewicka

tylko w łazience i że chłopi to też ludzie. Byli rozbrajający i naprawdę sympatyczni,
ale gdzie się tacy uchowali? Dostałam nawet listy z podziękowaniem od kochających
rodziców, wdzięcznych za uratowanie ich dzieci z tej niebezpiecznej opresji. Nie,
niestety pedagogiem nie byłam, czego żałuję.
W moim mniemaniu różnica pracy w instytucie badawczym i ze studentami jest
taka, że w instytucie — to tylko praca naukowa, na uniwersytecie, przynajmniej
na początkowych latach — to także pedagogika, ale w gruncie rzeczy student po¬
winien od pierwszego roku uczestniczyć w pracy badawczej asystenta czy nawet
profesora, a douczać się pod jego okiem z literatury. Ponadto praca w instytucie ba¬
dawczym winna uczyć pracy kolektywnej, ustawicznych dyskusji, porównywania
własnych koncepcji za zdaniem innych. Przez lata, kiedy pracowałam w IHKM, czy
to w Krakowie jako kierownik Pracowni, czy też w takim samym charakterze w Ło¬
dzi, w określonym dniu tygodnia ktoś z pracowników referował swoje osiągnięcia,
czy własne badania, czy udział w kongresie lub innym zebraniu pozainstytutowym,
czy jakąś przeczytaną książkę lub badania terenowe. Wszyscy wiedzieli, nad czym
kto pracuje, na jakim jest etapie realizacji planów, do jakich doszedł wyników. To
samo obowiązywało szefa, jak i jego współpracowników (np. prof. Zawistowicz-Adamska referowała nam swoje artykuły w trakcie ich pisania). Jeszcze w Krako¬
wie, w czasie badań sądeckich, wszyscy wiedzieliśmy, co robią inni, każdy „chwalił
się" swoimi pomysłami i materiałami. To działa bardzo inspirująco i pozwala nie tyl¬
ko unikać błędów, ale także uczy bronienia własnych koncepcji, a przede wszystkim
jasnego referowania pomysłów i bronienia tez, które, dajmy na to, inni krytykują.
Poprzez ojca, Profesora Tadeusza Kowalskiego, i męża, Profesora Tadeusza Lewi¬
ckiego, stykała się Pani Doktor również ze środowiskiem orientalistycznym. Utrzymuje
Pani kontakty również z orientalistami z młodszego pokolenia. Istniały kontakty etnolo¬
gów z orientalistami, np. prof. Kazimierz Moszyński w wydanej przez prof. T. Kowalskie¬
go „Relacji Ibrahima ibn Jakuba z podróży do krajów słowiańskich " (1946) umieścił
swoje „Uwagi etnologiczne". Kiedy potrzebni są orientaliści etnologom, a etnologo¬
wie orientalistom? Czy istnieją różnice między tymi dwoma środowiskami?
Zacznę od domu rodzinnego. Ojciec miał bardzo szerokie zainteresowania, w tym
ciekawiła go tzw. kultura ludowa. Nie tylko obserwowaliśmy w domu, od najwcześ¬
niejszego dzieciństwa, wszelkie obrzędy, w rodzaju „lajkonika", „Emaus", procesji
Bożego Ciała czy dorocznego odpustu na krakowskich Bielanach, nie mówiąc już
o paradzie wojskowej na Błoniach krakowskich na 3 Maja, laniu wosku w wigi­
lię św. Andrzeja itd., itd. Całe moje dzieciństwo upłynęło „od jednego do drugiego
święta". W Kościelisku, na wakacjach, nasze spacery i wycieczki to nie tylko tury¬
styka, ale odwiedziny w góralskich chałupach, rozmowy o czarach, duchach, wypra¬
wach łowieckich po borsucze sadło itd. To samo dotyczyło Ojca językoznawczych
badań w Azji Mniejszej, w społecznościach tureckich na Bałkanach czy polskich
Karaimów. Zasadniczo chodziło o język, ale przy tym zbierał teksty folklorystyczne,
opisy obyczajów, obrzędów. Ponieważ Ojciec należał do generacji, w której wieczor¬
ny spacer był obowiązkowy, odkąd nauczyłam się chodzić, uczestniczyłam w nim.

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

325

Chodziliśmy już całą rodziną na niedzielne całodniowe wycieczki — i wtedy Ojciec
opowiadał. Dziś, wspominając te czasy, widzę, jak bardzo interesowały go nie tylko
„gwary", ale i fakty kulturowe w tych gwarach opowiadane.
Sądzę, że stąd wzięło się zainteresowanie Ojca Ibrahimem ibn Jakubem. Widocznie
nie miał wystarczającego zaufania do swej wiedzy, stąd współpraca z Moszyńskim przy
wydaniu tej pracy, i także z prof. Plezią. Tadeusz Lewicki, mój mąż, kontynuując niejako
pracę Ojca, zwłaszcza teksty wydawane w związku z pracami nad tysiącleciem państwa
polskiego, miał wygodniejszą sytuację bo, poza tym, że dyskutował z Moszyńskim i in¬
nymi „ludoznawcami", miał mnie jeszcze pod bokiem.
W ogóle, w okresie międzywojennym, przynajmniej w Krakowie, może dzięki
„Ludowi Słowiańskiemu" i częstym referatom w komisjach PAU, humaniści z po¬
krewnych dziedzin częściej się spotykali (historycy — przynajmniej ich część, ję¬
zykoznawcy, dialektolodzy, etnografowie, antropogeografowie). Także tematyka
wówczas była często „interdyscyplinarna". Np. ważny wtedy temat — pochodzenie
Słowian — pasjonował na równi archeologów co antropologów, etnologów, history¬
ków czy językoznawców. Po wojnie trwało to jeszcze, póki nie „przeżyliśmy" tysiąc¬
lecia, poczem wygasło.
Dziś, przynajmniej wedle mych obserwacji, wszystkie te dziedziny rozeszły się,
wyspecjalizowały, tematy niegdyś łączące stały się niemodne. Każda z tych nauk wyra­
bia sobie własne tematy zainteresowań, inne metody pracy. Choć Kraków jeszcze czꜬ
ciowo trzyma się dawnych tradycji. Przy Instytucie Orientalistyki UJ jest Pracownia
Źródłoznawcza (monety masowo znajdowane w Polsce, plus źródła pisane — chodzi
0 wczesne średniowiecze), która w pewnym stopniu współpracuje z mediewistami, nie
sądzę natomiast, żeby to w jakimkolwiek stopniu zainteresowało etnologów.
W domu rodzinnym Pani Doktor przechowywane były listy Bronisława Piłsud­
skiego do Władysława Kotwicza. Jakie były losy tej korespondencji? Jak w jej świetle
rysuje się osobowość Bronisława Piłsudskiego?
Mój pierwszy mąż, Marian Lewicki, stryjeczny brat Tadeusza, ałtaista, uczeń
1 następca Kotwicza, odziedziczył po swoim mistrzu, zmarłym w czasie wojny, jego
archiwum, w którym były właśnie te listy (Piłsudskiego i do Piłsudskiego). Skąd się
tam wzięły — nie wiem, ale sądzę, że wspólność zainteresowań obu panów — Kotwicza i Piłsudskiego — miała swoje znaczenie. Po śmierci Mariana jego spuścizną
naukową zajęła się (również już od lat nieżyjąca) jego siostra Irena Lewicka i to ona
przekazała do PAU te listy.
Dowiedziałam się o tym stosunkowo niedawno, już po napisaniu życiorysu Pił¬
sudskiego. Szukałam ich po świecie, pojechałam nawet do Nowego Jorku, gdzie mia¬
ły być w Instytucie Józefa Piłsudskiego (tak mi przynajmniej powiedzieli w drugim
takim instytucie w Londynie), ale ich tam nie znalazłam. Przypisywałam to straszne¬
mu bałaganowi, jaki tam panował — nikt niczego nie wiedział, wszystko wymiesza¬
ne. Dopiero w parę lat później po prostu ukazały się drukiem w Roczniku Biblioteki
PAU i to wydane przez mego bliskiego znajomego i przyjaciela — po prostu nie
przyszło mi do głowy, by go o to zapytać, a materiały miałam pod nosem.

326

Anna Kowalska-Lewicka

W świetle tych listów osobowość Piłsudskiego rysuje się nie inaczej, jak w świet¬
le poprzednio mi znanych dokumentów. Potwierdziła się moja teza, której tylko po¬
przednio nie miałam odwagi tak jasno sprecyzować, że opowieści o jego tragedii
rozstania z ajnoską żoną i dziećmi to bajeczka dla grzecznych dzieci. Po prostu, jak
wieloma innymi sprawami, po krótkim czasie znudził się rodziną i skorzystał z oka¬
zji, by od niej uciec. To samo stało się z jego drugą, nieformalną żoną. Sielanka skoń¬
czyła się, gdy skończyły się jej pieniądze, a do tego zachorowała na raka. Wróciła do
męża i nie mamy żadnych dowodów na to, by do niej, czy jej rodziny, napisał. Zacho¬
wał się list jakiegoś Ajna, znającego słabo język rosyjski, właśnie w korespondencji,
znajdującej się u Mariana Lewickiego, pisany po rosyjsku, szereg lat po wyjeździe
B. Piłsudskiego z Rosji. Pisze on w imieniu ajnoskiej żony z zawiadomieniem, że
już po jego wyjeździe urodził mu się syn, że żona nadal na niego czeka, że mimo
upływu lat nie wyszła ponownie za mąż. Nie mogę powiedzieć z całą pewnością,
że Piłsudski na ten list nie odpowiedział, bo po prostu brak materiałów, ale legenda
wymyślona przez jego apologetę, o tym, jak ją z dziećmi wysiedlono na Hokkaido,
jak stracił kontakt, jak cierpiał z powodu tego oddzielenia od rodziny — jakoś się
z tym listem nie zgadza. Broniś po prostu taki był, ani nie mógł usiedzieć na miej¬
scu, wciąż „nosiło go po świecie", ani nie był w stanie niczego wykończyć (to tylko
udało się Rozwadowskiemu, ale też tę jedyną naukową pracę prawie w całości sam
napisał — oczywiście na podstawie materiałów zabranych przez Piłsudskiego). Do
tego uciekał od odpowiedzialności i obowiązków. Genialnie scharakteryzował go
jego wielki przyjaciel, Talko Hryncewicz, w pośmiertnym wspomnieniu. Zresztą sam
Piłsudski pisał, że jest od tego, by rzucać dobre pomysły, a niech to już inni realizują
(np. sprawa Muzeum Tatrzańskiego).
Trzykrotnie wyjeżdżała Pani Doktor do Afryki. Rezultatem jednej z podróży jest
znakomicie napisana, pełna interesujących obserwacji i informacji etnologicznych,
książka popularno-naukowa „Mauretania" (1976). Książka ta została przetłumaczo­
na i wydana w Moskwie w roku 1981 w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy. Była to
jedyna książka polskiego etnologa wydana po wojnie w Związku Radzieckim. Co
skłoniło Panią do tych podróży? Co je umożliwiło?
Kiedy miałam lat dziesięć, poszłam do Gimnazjum Królowej Wandy (notabene
nie wiadomo, czy owa Wanda w ogóle istniała, a jeśli nawet tak, to na pewno nie
była królową). Ale nie o to chodzi. Posadzono mnie w ławce z dziewczynką, która
stała się moją najbliższą przyjaciółką. Obie marzyłyśmy o podróżach. Ja wówczas
o Indiach (nigdy tam niestety nie pojechałam), ona o Afryce. Miałam nawet bardzo
jasny plan, jak zrealizować nasze marzenia. Postanowiłam napisać do jakiegokol¬
wiek maharadży, czy nie zechciałby nas przyjąć do swego haremu. Na przeszkodzie
stanął drobny fakt — nie miałyśmy żadnego adresu prawdziwego maharadży, więc
stanęło na Afryce. Zawszeć bliżej od Indii.
Był sobie, oczywiście wiele lat później, taki Francuz, orientalista, lekko pomylo­
ny, czego dowodem była jego głęboka przyjaźń z Kadafim i uwielbienie dla Chomeiniego, którego olbrzymi portret wisiał w jego salonie. Byliśmy kiedyś z Tadeuszem

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

327

(moim mężem) u niego na przyjęciu i tak ot — powiedziałam, że zazdroszczę mu
świetnej znajomości Afryki francuskiej — rzeczywiście znał j ą doskonale. Powie­
dział, że to nic prostszego — wystarczy pojechać. Roześmiałam się — „pojechać, ale
za co?" (to był okres, kiedy 1 dolar był majątkiem). Nic prostszego, odparł, przecież
jest bez liku stypendiów francuskich, wystarczy tylko złożyć podanie. No to złoży­
liśmy takie podania z Tadeuszem, którego znano na Zachodzie głównie jako ibadytologa, ale było wolne miejsce akurat nie w Algierii, tylko w Senegalu, w Institut
Fondamental d'Afrique Noire. Wytargowaliśmy tylko, że co prawda IFAN jest w Se­
negalu, ale zainteresowaniami obejmujemy również Mauretanię, która była znacznie
mniej znana od Afryki czarnej, a u nas w Polsce już prawie zupełnie nieznana. Do
tego Tadeusza interesowali legendarni Bafurowie, a ci mieli być ponoć przed Maura¬
mi w tym kraju. Tak czy inaczej, dostaliśmy trzymiesięczne stypendium do Senegalu
i Mauretanii. Udało mi się uzyskać bezpłatny urlop w PAN oraz czasowo z nim zgra¬
ny urlop wypoczynkowy — no i pojechaliśmy.
Wyjazd do Afryki miał trzy fazy: pobyt w IFAN w Dakarze — mieszkaliśmy
w pokojach gościnnych IFAN, a całe dnie spędzaliśmy w bibliotece, idealnie zaopa¬
trzonej — wtedy w Polsce nie było prawie nic, a już na pewno nic nowoczesnego
o tej części Afryki. Trzeba się było przygotować do pracy w terenie. Następnie — po¬
dróż po Mauretanii, dostaliśmy z Instytutu landrover, kierowcę i już w Mauretanii
przewodnika. Wreszcie, z tym samym kierowcą i tym samym samochodem podróż,
bardziej turystyczna niż naukowa, ale fantastycznie ciekawa — po Senegalu (a więc
już Afryka czarna) i Gambii.
Dzięki tej podróży znalazłam się „na liście" i odtąd bez problemów mogłam li¬
czyć na francuskie stypendia, zwłaszcza że napisałam książkę, wydaną wnet po po¬
wrocie i mieli dowód, że pobytu nie zmarnowałam.
Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tę książkę przetłumaczono na rosyjski i kto
w tym maczał palce. Po prostu zwrócił się do mnie ZAIKS, który w tej epoce zaj¬
mował się ochroną praw autorskich, czy wyrażam zgodę na tłumaczenie na język
rosyjski. Zgodę wyraziłam, honorarium zainkasowałam, tekstu nie czytałam, bo nie
znam rosyjskiego i na tym się skończyło.
Druga moja podróż afrykańska na zaproszenie brata, który przez kilka lat był
profesorem zoologii w Oranie, to miesięczna podróż po całej Algierii samochodem.
Geograficznie ciekawa, bo naprawdę objechaliśmy cały kraj. Była to dla mnie zabawa
w zoologa, natomiast brakowało mi kontaktu z ludźmi. Oczywiście zwiedzało się też
oazy. Najciekawszy był M'Zab, pięć oaz M'Zabitów, pozostałość ich państwa, jakie
obejmowało kiedyś niemal całą północ Afryki (to sekta muzułmańska, tysiąc lat temu
potężna, narodowo są Berberami i mówią dotąd po berbersku). Te oazy — to fanta¬
styczne wczesnośredniowieczne miasta obronne. W Beni Isguen do dziś zamyka się na
noc bramy, a „niewierni" muszą przed zachodem słońca opuścić oazę. W ciągu dnia
wolno turystom pod opieką przewodnika zwiedzać miasto, co też zrobiłam. Opuściłam
je zafascynowana z głębokim postanowieniem, że muszę tu wrócić — i wróciłam.
Tadeusz, jako student prawa międzynarodowego w Paryżu, zaczął tam naukę
arabskiego, bo chciał pracować w służbie dyplomatycznej na Wschodzie. W tym cza¬
sie zmarła jego daleka ciotka, a że nie zostawiła testamentu, spadek dostał się kilku

328

Anna Kowalska-Lewicka

spadkobiercom, z których każdy zrobił z niego właściwy użytek, jedni przepili swoją
działkę, inni kupili kamienice we Lwowie, Tadeusz wyjechał do Paryża na studia, no
i dobrą zabawę. Kiedy zaczął uczyć się arabskiego, szybko doszedł do wniosku, że
najlepiej uczyć się w krajach arabskich, a że Algieria była wtedy nawet nie kolonią,
ale „zamorskim" departamentem Francji, więc pojechał do Algierii. Tak po prostu,
bez planu i bez jakiegokolwiek przygotowania. To historia nadająca się na sensa¬
cyjną nowelę, więc nie będę jej tu opowiadać, dość że wylądował jako przemytnik
wielbłądów z Algerii do Libii. Potem zamieszkał wśród M'Zabitów w Ghardaya i za­
interesował się ich historią i religią. Jako M'zabitolog, czy ibadytolog przeszedł do
historii orientalistyki światowej (w Polsce znano go jako speca od źródeł arabskich
do Słowian, ale to wszystko przez Hitlera, na wiele lat zostaliśmy przez wyzwolicieli
— Rosjan zamknięci od świata żelazną kurtyną, a do Ibadytów trzeba było jeździć do
Afryki lub Omanu). Nazwisko Tadeusza znane jest wszystkim Ibadytom.
Otóż, znów dzięki Francuzom, Michałowi Markusowi (Panie, świeć nad jego
duszą) i innemu dziwnemu przypadkowi, znalazłam się na międzynarodowym kon¬
gresie, poświęconym krajom i kulturom Morza Śródziemnego, na wyspie Bendor
(wyspa vis-a-vis Tulonu). Na tym kongresie zauważyłam człowieka o ciemnej karna¬
cji, ubranego jak wszyscy inni, ale wyglądającego, jakby występował w przebraniu
— tak jakoś to wszystko nie leżało na nim, tak dalece wyraźnie czuł się nieswojo.
Zapytałam o niego znajomych i dowiedziałam się, że to mieszkaniec M'Zabu, właś¬
nie mojego wymarzonego Beni Isguen. (Jego skrępowanie — to, że zawsze chodził
w powiewnych szatach i turbanie — wielokrotnie obserwowałam to u Arabów nagle
przebranych za Europejczyków).
Podeszłam, przedstawiłam się jako żona Tadeusza, oczywiście wiedział, o kogo
chodzi i pierwsze jego pytanie było, czy Tadeusz przyjechałby do M'Zabu, gdyby oni
go zaprosili. Powiedziałam, że sama decydować nie mogę, ale mogą spróbować. Na
tym na razie się skończyło.
Minęło parę miesięcy, niemal zapomniałam o tym incydencie, aż tu nagle — wró¬
ciłam przed południem z Łodzi, gdzie wówczas pracowałam, a tu córka wita mnie
z tajemniczą miną, że w jadalni siedzi pan dziwnie ubrany i rozmawia z tatą. Okazuje
się, że to mój M'Zabita, poznany na wyspie Bendor, który właśnie był z interesami
w Szwajcarii, a że to już parę kroków od Polski, wstąpił do Krakowa, by osobiście
zaprosić nas do Algierii. Oczywiście nie wpadło mu do głowy, że mogło nas nie być
w Polsce. Ale byliśmy.
Przyjęcie zaproszenia ze strony Tadeusza było dowodem odwagi. Był wtedy już po
osiemdziesiątce, z sercem w nie najlepszym stanie, ale ciekaw kraju, który znał sprzed
pół wieku, chciał skonfrontować ówczesną rzeczywistość ze swymi młodzieńczymi
przeżyciami. Postawił tylko jeden warunek — że i ja pojadę. Czuł się pewniejszy —
zresztą wszędzie jeździliśmy razem, więc i w tym wypadku tak miało być.
Zaproszenie, jakie przyszło niebawem, brzmiało: Monsieur Tadee Lewicki z Mał¬
żonką. Już wcześniej zamówiłam sobie bezpłatny urlop w IHKM, a do paszportu ko¬
nieczne było oficjalne zaproszenie, złożone jako załącznik w biurze paszportowym,
zresztą paszport załatwiałam przez UJ. I oto następny cud — dostaję telefon z biu¬
ra paszportowego, dzwoni sekretarka pana kierownika do pani Lewickiej. Rodzina

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

329

wzywa mnie do telefonu, a tam rozkoszny szczebiot, nie tylko uprzejmy, ale niemal
czuły, że pan kierownik przeprasza, że oczywiście wszystko jest w porządku, pasz¬
port będzie w ciągu jednego dnia.
Dużo później wyjaśniła mi sprawę Zośka Reinfussowa. Był sobie na początku
ery powojennej sympatyczny chłopak, chodzący na etnografię. Potem nastała era,
kiedy skończono z „chęcią szczerą" („nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie
oficera") i postanowiono nie tylko ucywilizować wojsko, ale także milicję. Przyjmo¬
wano każdego, byle mgr. W tym czasie było trzech kończących studia etnografów,
miłych chłopców w bardzo ciężkich warunkach materialnych, bez widoków pracy
w etnografii — po prostu skorzystali z oferty. Jeden z nich został szefem od prostytu¬
tek w Szczecinie, drugi nie wiem czym, trzeci szefem krakowskiego biura paszpor¬
towego. On mnie zapamiętał, ja go nie, ale jak mi powiedziała Zośka R., wszystkie
paszporty krakowskich kolegów właśnie przez niego były pozytywnie załatwiane.
No i pojechaliśmy. Zamieszkaliśmy w domu mego znajomego z Bendor, z tym że
dla mnie i dom i podwórko były otwarte, biedny Tadeusz miał dostęp tylko do części
męskich. Kiedy np. szliśmy na śniadanie lub obiad, gospodarz najpierw klaskał, by
kobiety domowe mogły się schować, potem przeprowadzał Tadeusza przez pokój-salon, gdzie normalnie przesiadywała cała rodzina.
Pobyt został idealnie zorganizowany. Dla nas zarezerwowane było pierwsze piętro
i płaski dach-taras, Rano przynoszono nam śniadanie, po czym pojawiało się dwóch
młodych ludzi, którzy zabierali nas na półdniową wycieczkę, każdego dnia inną. Po¬
tem obiad u naszego gospodarza, postaci znanej i wiele znaczącej w tej społeczno¬
ści (tu nie będę mówić dlaczego, bo to skomplikowana historia narodowo-religijna).
Każdego popołudnia nadjeżdżała cała kawalkada samochodów z naszej i sąsiednich
oaz na dyskusję z moim mężem na tematy historii Ibadytów. Bardzo to było zabawne,
bo z jednej strony głębokie średniowiecze w stroju, urządzeniu domu, wszyscy sie¬
dzieli na podłodze itd. Z drugiej strony, ponieważ na każde takie spotkanie wieczorne
przyjeżdżało kilkadziesiąt osób, więc część tylko mieściła się na pierwszym piętrze
męskiej części domu, część już na parterze. Dyskusja między tymi z piętra i parteru
odbywała się za pomocą kamer i ekranu. Np. padało pytanie z parteru, które słyszeli
i widzieli na swoim monitorze siedzący na pierwszym piętrze, odpowiadali i znów
odpowiedź była widziana i słyszana na monitorze umieszczonym na parterze.
W tym czasie ja przechodziłam do części kobiecej, bo goście przyjeżdżali z żonami
i dziećmi, które z kolei były gośćmi żony gospodarza. Zarówno na górze i w męskiej
części parteru, jak i w części kobiecej, zajadano olbrzymie ilości chałwy, przywie¬
zionej przez gości. Większość mężczyzn i kobiet mówiła po francusku, więc miałam
pełną możliwość uczestniczenia w rozmowie kobiet, toczącej się wokół codziennych
spraw rodziny, całej społeczności itd. Kapitalne pole obserwacji! Co najdziwniejsze,
zwłaszcza starsze kobiety żywo interesowały się i polityką i tym, co działo się poza
M'Zabem, mimo że teoretycznie kobieta nie powinna nigdy opuszczać m'zabickich
oaz. Teraz to się nieco zmienia, bo wielu mężczyzn kończy studia, pracuje w admini¬
stracji państwowej, ma międzynarodowe firmy handlowe itd. i zabiera ze sobą żony,
niemniej, przynajmniej teoretycznie, nie mogą opuszczać mieszkania. Stąd ich osa¬
motnienie i niechęć wychodzenia za mąż do miast poza oazami M'Zabu. Niemniej,

330

Anna Kowalska-Lewicka

jak wspomniałam, zadziwiają ich szerokie zainteresowania. Rozmowa na szersze
tematy wygląda następująco: „Mój syn mówi, że we Francji zwycięży w wyborach
prezydenckich X . — Chyba Twój syn się myli, bo mój syn właśnie wrócił z Paryża
i mówi, że Y ma większe szanse. — Chyba ona ma rację, bo mój syn właśnie piel­
grzymował do Mekki i tam wszyscy są zdania, że...". Te kobiety świat widzą wy¬
łącznie oczyma swych synów, z którymi łączą je bardzo bliskie i serdeczne stosunki,
podczas gdy córki wychodzą za mąż na ogół w 14 roku życia i na zawsze opuszczają
rodzinę. Jeśli kogoś interesuje codzienne życie społeczności muzułmańskiej, musi
mieć dostęp do świata kobiet, a więc musi to być kobieta. Oczywiście mam na myśli
społeczeństwo ibadyckie.
Prowadziła Pani Doktor badania ponadto w Polsce i innych krajach europejskich,
a także w Ameryce. Sięgała Pani również po materiały azjatyckie przedstawiając pa­
sterstwo i gospodarkę mleczną Tuwijczyków. Znalazła się zatem Pani we wcale licznej
grupie polskich etnologów, takich np. jak Stanisław Poniatowski, Bronisław Piłsud­
ski, Józef Obrębski, Witold Dynowski, badających zarówno kulturę polską i kultury
ludów pozaeuropejskich. Co sprawiło, że w Polsce nie zaistniał podział podobny do
tego w Niemczech na Volkskunde i Völkerkunde? Jakie były rezultaty łączenia zaintere­
sowań kulturami grup europejskich i pozaeuropejskich?
Nie wiem, dlaczego w Polsce nie zaistniał podział na Volkskunde i Völkerkunde.
Myślę, że duże znaczenie miał nasz brak państwowości i co za tym idzie — brak ko¬
lonii. Jeśli Polacy pracowali w krajach pozaeuropejskich, to albo ich wyniki szły na
konto krajów, które organizowały ich ekspedycje, np. prof. Motyliński — ibadytolog,
w świecie uważany za Rosjanina, Czekanowski, Malinowski, zwłaszcza ten ostatni,
jako przedstawiciel nauki angielskiej. Albo byli to amatorzy, publikujący wyłącz¬
nie „wspomnienia z podróży", a nie nowe koncepcje naukowe, czy choćby mono¬
grafie naukowe. Sądzę też, że nasz brak własnej państwowości zaważył na długie
lata, nawet jeszcze w okresie międzywojennym, na poszukiwaniu własnych korzeni
kulturowych, doszukiwaniu się w tzw. kulturze ludowej korzeni kultury narodowej
— w sumie brak zainteresowania kulturami ludów pozaeuropejskich.
Wśród osób, które wymieniasz, są też często badacze ludów pozaeuropejskich
nie z własnego wyboru, ale na skutek przypadku, wynikającego z naszych dziejów.
Klasycznym przykładem jest Bronisław Piłsudski, ale i u innych znaleźć można „za¬
wirowania historii".
Jakie były rezultaty łączenia zainteresowań kulturami grup europejskich i poza¬
europejskich? — Nie umiem odpowiedzieć. Niewątpliwie szersze spojrzenie na kulturę
w ogóle, a poza wszystkim nowe teorie w postrzeganiu kultury, jej pochodzenia, pra¬
wideł rządzących jej rozwojem, rodziły się wyłącznie u ludzi o szerokich horyzontach,
o znajomości różnych kultur i różnych dróg ich rozwoju.
Najważniejszym i najbardziej trwałym przedmiotem zainteresowania Pani Doktor
było pasterstwo. Z tego zakresu opublikowała Pani wiele prac, m.in. ważną mono­
grafię „Hodowla i pasterstwo w Beskidzie Sądeckim" (1980). Później zajęła się Pani

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

331

także pożywieniem. Pojawiły się możliwości pracy nad obydwoma tematami w ra­
mach zespołów międzynarodowych: Międzynarodowej Komisji do Badania Kultury
Ludowej w Karpatach i Międzynarodowej Komisji do Badań nad Pożywieniem, dzia­
łającej w ramach Société Internationale d'Ethnologie et de Folklore. Jakie miejsce
w tych zespołach zajmowali etnologowie polscy? Co uczestnictwo w tych międzyna­
rodowych zespołach dało etnologii polskiej?
Trudno powiedzieć, że pasterstwo było głównym moim zainteresowaniem. Po
prostu od tego zaczęłam, a że zajęłam się pasterstwem w Beskidzie Sądeckim, to za­
sługa Juliusza Zborowskiego. Kiedyś powiedział mi, żebym sobie dała spokój z pa­
sterstwem podhalańskim, bo wszyscy tak czy inaczej tym się zajmują, a Beskid Są­
decki nie ma żadnej literatury w tym zakresie. Uznałam jego racje. Istotnie Podhalem
zajmowało się wielu: Staszek Leszczycki, Bronka Jaworska, nie mówiąc już o Do­
browolskim, Jostowa i przede wszystkim Antoniewicz, ze swą wspaniałą koncepcją
„Tatr polskich i Podhala" — no i oczywiście sam Zborowski, Paryski i inni „podhalofile" lokalni. Trudno tu było znaleźć jakąś niszę dla siebie. Cokolwiek zaczynałam,
okazywało się, że już ktoś inny zajmuje się tym tematem. Podhale od szóstego tygo­
dnia życia było moją ojczyzną i do dziś mam do niego sentyment. Z Międzynarodo¬
wą Komisją do Badania Kultury Ludowej w Karpatach nie miałam wiele wspólnego
— poza Sądecczyzną. Nie miałam tam żadnej swojej działki tematycznej.
A w ogóle z tą Komisją to było tak. Roman Reinfuss od początków swej kariery
etnograficznej zajął się Łemkami i Bojkami i to on powziął myśl stworzenia wiel­
kiej monografii polskich Karpat. Jednakże los zdecydował za niego, bo, wylądował
w katedrze w Lublinie, a jego stosunki z PAN wiązały się raczej z zainteresowaniami
sztuką ludową, a nie całokształtem kultury. I on to wymyślił, żeby „ubrać" Gładysza w Karpaty, bo po pierwsze, Gładysz miał wszelkie dane, gdyż już przed woj­
ną opublikował swoje, doskonałe zresztą Góralskie zdobnictwo drzewne na Śląsku
(1935) oraz Zdobnictwo metalowe na Śląsku (1938), po drugie, w czasie gdy rzecz
się działa, był profesorem prestiżowego Uniwersytetu w Krakowie, a więc najbliżej
Karpat. Do tego był kierownikiem Zakładu Etnografii PAN w Krakowie, serdecznym
przyjacielem Dynowskiego, który w tym czasie reprezentował etnografię w PAN
i miał wszelkie dane, by sprawę rozpropagować i zdobyć pieniądze na tak szeroko
zakrojone, międzynarodowe przedsięwzięcie. Teoretycznie Reinfuss miał rację, ale
ja wierzyłam w jego talent organizacyjny i namiętność do badań terenowych, a poza
tym Łemkowszczyzna i Bojkowszczyzna to przecież też „polskie Karpaty". Nie dał
się przekonać i namówił Gładysza do tego pomysłu. Od tego czasu Gładysz porzucił
swoje Siołkowice i wystąpił z inicjatywą badań Karpat w skali międzynarodowej,
a że tak się składało, że Karpaty leżą na terenie ówczesnych „demoludów", więc
i szansa była duża, że pomysł chwyci. I chwycił.
Piszę to dlatego, że nigdzie, ani wtedy, ani teraz nie słyszałam o udziale Reinfussa
w rodzeniu się Komisji Karpackiej, a chyba warto o tym wspomnieć, choć on sam
nigdy się nie upominał, by go zaproszono do współpracy.
Muszę uczciwie dodać, że w początkach organizowania ogólnokarpackich poczy¬
nań brałam jednak udział. Wzięłam na siebie techniczną stronę organizowania pierw-

332

Anna Kowalska-Lewicka

szej, „zapoznawczej" konferencji w Krakowie, byłam też na jednej z pierwszych
konferencji w Smokowcu w Tatrach.
Jeśli chodzi o pożywienie, to wybrałam je dlatego, że był to temat w etnologii
niemodny. Prawdę powiedziawszy, nikt się tym nie zajmował. Później dopiero zain¬
teresował się tym tematem dr Dekowski z Łodzi i zaczął pracę nad rodzajem ency¬
klopedii pożywienia ludowego w Polsce, której jednak nie udało mu się ukończyć.
I tu okazało się, że pożywieniem na Podhalu zajmuje się Wanda Jostowa — pisała
ciekawą pracę o pożywieniu pasterskim w Tatrach, a z czasem tematem tym zajęła
się Zofia Szromba.
Mój wkład w całą sprawę to obszerny artykuł monograficzny w języku niemie¬
ckim, opublikowany na Węgrzech, zorganizowanie ogólnopolskiej konferencji pożywieniowo-interdyscyplinarnej, pod firmą PTL — Oddziału Krakowskiego i Muzeum
Etnograficznego w Krakowie. Materiały zostały opublikowane w osobnym tomie
— byłam redaktorem całości.
Dzięki dr. Michałowi Markusowi z Czechosłowacji, który znał moje publikacje
i był na konferencji krakowskiej, zostałam zaproszona na międzynarodową konfe¬
rencję, poświęconą pożywieniu, do Lund, zarekomendowałam też Marię Dembińską
z IHKM PAN, która właśnie opublikowała doskonałą książkę o kuchni na dworze
Jadwigi i Jagiełły. To był początek mej działalności w tej nieformalnej organizacji
międzynarodowej. Nikt nam nie patronował — wybrano tylko grupę osób, tworzą¬
cych jakby komitet organizacyjny. Wyboru dokonano na kongresie w Austrii i tam
zostałam jednym z „członków założycieli". W gruncie rzeczy nie mieliśmy wiele
roboty. Kolejne kongresy zorganizowali: Markus, Wiegelmann i Bringeus. Główną
naszą czynnością było na każdym z kolejnych zjazdów wyszukać wśród kolegów or¬
ganizatora następnego zjazdu i naczelnego tematu. Cała organizacja należała do tego
z kolegów, który nas zaprosił i to on (ona) starali się zarówno o zdobycie sponsorów,
jak i podejmowali się całej strony organizacyjnej, przeważnie w oparciu o instytucję,
w której pracowali. Sponsorami na ogół byli przedstawiciele przemysłu spożywcze¬
go, ale także różne inne instytucje, które udało się zainteresować zjazdem. Referaty
były publikowane w czasopismach naukowych w kraju, w którym odbywał się zjazd.
Niestety zjazd w Polsce, organizowany w oparciu o PTL, nie ma swej publikacji, na
skutek odmowy subwencji przez władze finansujące wydawnictwa PTL.
Uczestniczyłam z referatami w kilku konferencjach. Ostatni z serii tych zjazdów
odbył się w Filadelfii, od 18 do 23 czerwca 1989 roku, i nosił tytuł „The 8 Inter­
national Conference of Ethnological Food Research"; miałam na nim referat „Die
Nahrung als Symbol der nationalen Eigentümlichkeit der polnischen Karaimen".
Niestety później już na te konferencje przestałam jeździć z dwóch powodów.
Po pierwsze, wielu mych najbliższych przyjaciół (ze mną włącznie) postarzało się
i przestało bywać, napłynęły natomiast rzesze nieznanej mi młodzieży; po wtóre,
młodzież ta posługuje się wyłącznie językiem angielskim, który z kolei ja znam sła¬
bo, a niemiecki zupełnie wyszedł z użycia, wreszcie — stałam się „ofiarą" przemian
politycznych. Odkąd oswobodziliśmy się od Rosjan, i w ogóle odkąd świat stał się
bogatszy, zjazdy takie stały się bardzo drogie, a ponieważ ani razu nie miałam naj¬
mniejszego dofinansowania z Polski, po prostu nie było mnie na nie stać. Wcześniej
th

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

333

gospodarze danego zjazdu starali się zawsze o jakiegoś sponsora w swoim kraju,
który nas, uczestników z „demoludów", dofinansowywał. W moim wypadku, o czym
już pisałam, jechałam zawsze w ramach urlopu i wyłącznie za własne pieniądze.
Wspomniałam o takim kongresie w Polsce (VI Międzynarodowa Konferencja Pożywieniowa — „Innowacje w zwyczajach żywieniowych", 2-12 października 1985
roku), jaki udało mi się zorganizować pod firmą Polskiego Towarzystwa Ludoznaw¬
czego w Krakowie, a ściślej we wsi Karniowice pod Krakowem, gdzie znajdował się
świetnie zorganizowany i wyposażony ośrodek konferencyjny. Wszystkie materiały
z tego kongresu wysłałam do PTL, kiedy starałam się o publikację materiałów. Wy­
dawało mi się, że to będzie pewnego rodzaju sukces dla Towarzystwa, które dotąd
mogło się pochwalić wyłącznie publikacjami w języku polskim, a że miało wymianę
międzynarodową, więc taki tom anglo-niemieckojęzyczny mógł być interesujący dla
instytucji w krajach Zachodu — przynajmniej zrozumieliby, o co tam chodzi. Do
tego w interesie prelegentów z wielu krajów świata było, by płody ich ducha rozpro­
pagować na Zachodzie. Niestety, koledze, reprezentującemu w PTL dział wydaw­
nictw, nie udało się nakłonić Działu Wydawnictw PAN do sfinansowania tomu i rzecz
upadła — a chyba szkoda.
Nie mając subwencji na zjazd międzynarodowy ogłosiłam wpisowe — 100 dola­
rów, co dla kolegów z Zachodu było wprost śmiesznie tanio (w porównaniu z poprzed­
nimi zjazdami), a nam umożliwiło zorganizowanie naprawdę ciekawego spotkania.
Zwróciliśmy się np. do najlepszych krakowskich restauracji, które w ramach własnej
„promocji" zafundowały kilkudziesięciu osobom obiady ze staropolskim menu. Do­
staliśmy od różnych instytucji darmowe autobusy, co umożliwiło wycieczki, np. do
Wieliczki, do skansenu w Nowym Sączu, gdzie urządzono pokaz ludowej produkcji 10
różnych potraw, czy raczej półproduktów. Było mielenie na żarnach, wędzenie śliwek,
pieczenie chleba, wyrób serów krowich i owczych itd., a wreszcie w dworze skanse¬
nowskim obiad, w ramach wiejskiej kuchni sądeckiej. Do tego wszyscy zjazdowicze
dostali w języku angielskim przepisy na serwowane potrawy, nie licząc możliwości
samodzielnego robienia masła, sera, mielenia na żarnach itd. Biorąc pod uwagę, że np.
w Szwecji wieziono nas kilkaset kilometrów, by pokazać nam, jak robi się babkę droż¬
dżową — to były prawdziwe rewelacje. Sam zjazd, jak wspomniałam, odbywał się we
dworze pod Krakowem, gdzie znajdował się luksusowy hotel, funkcjonowała świetna
kuchnia, a dział konferencyjny wyposażony był w najnowocześniejszą aparaturę, za¬
równo w sali obrad plenarnych, jak i sekcyjnych. Był to taki pokazowy socjalistyczny
ośrodek konferencyjny dla pokazowych konferencji rolniczych międzynarodowych
— znowu przypadek, że udało się nam go uzyskać (oczywiście przez przypadkowe
znajomości). Wielka szkoda, że przepadło wydawnictwo.
Jeśli chodzi o „pożywienie", byłam jeszcze na Oxford Symposium of Food and
Cookery (1986) — tu już bez referatu. Ta konferencja nie miała związku z naszą
nieformalną grupą — potem, jak to już wspominałam, moje finanse okazały się nie¬
wystarczające, zwłaszcza że kolejni koledzy organizatorzy nie mogli się wystarać
o sponsorów w swoich krajach (Szkocja, Irlandia, Cypr).
Z problemem pasterstwa łączą się dwa wystąpienia międzynarodowe — Smolenice pod Bratysławą: „Hodowla kóz jako jeden z elementów tradycyjnej kultury

334

Anna Kowalska-Lewicka

karpackiej w Polsce", 11-17 września 1967 roku, a następnie referat, z którego je­
stem naprawdę dumna, dotyczący pasterstwa na konferencji „Elevage et vie pastorale
dans les montagnes d'Europe au moyen age et a l'époque moderne", w Clermont,
w roku 1981. Tytuł mojego wystąpienia: „L'organisation de la vie pastorale dans les
Carpates polonaises". Po tym referacie dostałam zaproszenie z uniwersytetu w Cler­
mont na jeden semestr wykładów. Referat miałam 3 czerwca, zaproszenie przyszło
we wrześniu na wiosenny semestr, w grudniu tegoż roku „wybuchł" stan wojenny.
Na dwa lata zapomniałam o moim pasterstwie i pogrążyłam się w polityce. Jedyna
satysfakcja, że nie siedziałam w kącie, kiedy działy się wielkie sprawy. Fakt, że do
Clermont-Ferrand nie pojechałam.
Przypomniał mi się jeszcze jeden kongres — w Moskwie. Nie pamiętam roku,
wiem, że miałam referat po francusku, ale nie pamiętam, na jaki temat. Były tam setki
Amerykanów, bo dla nich była to jedyna okazja zobaczenia ZSRR. Oczywiście też
nie byłam „delegatem", tylko koledzy, chyba warszawscy, załatwili przez Orbis wy¬
cieczkę, niby to turystyczną na ten kongres i skorzystałam z okazji. Pamiętam, że kilka
miejsc zajęli ludzie zupełnie z kongresem niezwiązani, żeby dopełnić liczby uczestni­
ków, gwarantujących opłacalność dla Orbisu organizowania takiej eskapady.
Był jeszcze I Congres International des Études Balkaniques et Sud-Est Européenes
w Sofii (25 sierpnia-1 września 1966). Pojechałam tam tylko dlatego, że umówiona by­
łam na podróż po Bułgarii z Lacim Földesem z Budapesztu, moim bliskim przyjacielem.
Chcieliśmy poznać kraj i koczowiska Karakaczanów, co udało nam się w pełni zreali­
zować. On, jako pracownik Muzeum Budapeszteńskiego, miał oparcie we wszystkich
bułgarskich muzeach. Nasza przyjaźń zaczęła się nietypowo. Był stypendystą węgier­
skim w Warszawie i koledzy warszawscy przysłali nam go do Krakowa w przeddzień
Wigilii, chcąc się go pozbyć na okres świąteczny. Nie znając go, po prostu zaprosiłam
go na wigilię do mego domu, czym, jak się okazało, zrobiłam mu przyjemność. Potem
nadjechała jego żona z synkiem w wieku przedszkolnym, a ponieważ moja córka była
w przedszkolu, załatwiłam przedszkole i dla niego. Wreszcie zabraliśmy go na miesiąc
do Kościeliska, gdzie co roku wysyłałam Ulę z opiekunką na miesięczne jeżdżenie na
nartach, saneczkach i inne atrakcje zimowe.
Potem, kiedy wybuchło powstanie węgierskie, zorganizowałam pomoc dla Muze¬
um, w którym Földesowie pracowali, słowem nasze stosunki były niemalże rodzinne,
aż do jego śmierci.
Było też ileś tam kongresów na Węgrzech. Parę tygodni pracowałam w Muzeum
Rolnictwa w Czechach — nie pamiętam, jak się ta wieś nazywała — wielkie zbiory
eksponatów, olbrzymia biblioteka. Czesi robili wszystko, by mi pracę ułatwić, potem
był pobyt w Pradze.
Pobyt w M'Zabie „sprzedałam" w Niemczech, w Kolonii, na międzynarodowej
konferencji — Tagung der Deutschen Gesellschaft für Völkerkunde (4-9 październi­
ka 1987). Referat nosił tytuł: „Die Frau in M'Zab. Die Änderungen in ihren sozialen
Status in Folge der Kontakte mit der Kultur des Abendlandes".
No i oczywiście -wystąpienia w Polsce, w Komisji Etnograficznej PAN w Krakowie
i innych lokalnych spotkaniach i zjazdach — myślę tylko o tych, które publikowa¬
ły referaty. Między innymi przez pewien czas interesowało mnie lecznictwo ludowe

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

335

i wzięłam udział w I I Ogólnopolskim Seminarium Etnobotanicznym, poświęconym
zagadnieniom fitoterapeutycznym. Wygłosiłam tam referat „Znajomość i użytkowa¬
nie ziół leczniczych przez ludność wielkich miast (na przykładzie Krakowa)". Było
to w Kolbuszowej w 1981 roku. Coś o medycynie ludowej mówiłam na kongresie,
poświęconym temu zagadnieniu we Fryburgu, w 1981 roku. Było to tuż przed stanem
wojennym. Nie czytałam prasy i nie wiedziałam, że jest tak „gorąco". Uświadomi¬
li mi to koledzy niemieccy, przybiegli wczesnym rankiem do hotelu, żeby namówić
mnie i Dankę Tylkową, żebyśmy nie wracały do Polski, bo wojska rosyjskie stoją nad
polską granicą i lada moment wybuchnie wojna rosyjsko-polska. Oni dadzą nam na¬
tychmiast pracę i możemy u nich zostać. Dlatego teraz, kiedy jest taki atak na Jaruzel¬
skiego, jestem przekonana, że i on wierzył w inwazję rosyjską i robiąc stan wojenny był
przekonany, że wybiera mniejsze zło. Obie miałyśmy rodziny w kraju i odmówiłyśmy
pozostania, ale dzięki tej sytuacji obie byłyśmy dosłownie zasypywane w stanie wo¬
jennym paczkami żywnościowymi, od kolegów nie tylko niemieckich, którzy byli na
konferencji i mieli nasze adresy. To taka uwaga na marginesie.
Teraz, kiedy z zakamarków pamięci wyciągam na pół zapomniane zaintereso¬
wania, wyjazdy, referaty, widzę, jak to źle być niekonsekwentnym. Moje zaintere¬
sowania ulegały wciąż nowym impulsom, a jak mnie jakiś drobiazg zainteresował,
starałam się jak najwięcej o nim dowiedzieć. To wielki błąd — trzeba było trzymać
się jednego tematu, poszerzać go i pogłębiać. Ale po pewnym czasie temat zaczy¬
nał mnie po prostu nudzić, a że pracę naukową zawsze traktowałam jako bardzo
przyjemne, ciekawe i inspirujące zajęcie, łatwo porywał mnie następny temat, zo¬
stawiałam poprzedni i „rzucałam się" na następny. Do tego jeszcze sporo czytałam
w różnych językach, a że w Polsce wtedy nie było łatwo o zachodnią literaturę, co
nowego przeczytałam, to streszczałam w formie recenzji. Słowem — namnożyło się
tych pozycji, nie zawsze ważnych — lubiłam pisać, więc pisałam.
Z Polski w kongresach owej nieformalnej organizacji, zajmującej się pożywie¬
niem, brali udział: historyczka Maria Dembińska, pracownik IHKM PAN, ja — też
IHKM PAN i później dokooptowany Michał Abdalla, Asyryjczyk osiadły w Polsce.
Abdalla był z wykształcenia „żywieniowcem", ale zawsze interesowały go sprawy
jego ojczyzny, którą ze względów politycznych musiał opuścić. Obecnie habilito¬
wany, mieszka w Poznaniu i o ile wiem związał się z placówką orientalistyczną na
Uniwersytecie Poznańskim.
Do „pożywieniowców" dołączyła doc. dr Zofia Szromba-Rysowa z Krakowa,
publikując w 1984 roku w „Etnografii Polskiej" (t. 28) Biesiady wiejskie (dotyczyło
to Beskidu Śląskiego). Potem, w 1985 roku to samo o Beskidzie Sądeckim, następ­
nie Żywieckim, wreszcie na Podhalu. Ona też wzięła udział w zjeździe na Cyprze
w 1996 roku, referując „Pożywienie na Podhalu". Na tym zjeździe już nie byłam.
O ile wiem, zjazdy takie nadal się odbywają, ale nie potrafię powiedzieć, na jakie
tematy i czy ktokolwiek z Polski bierze w nich udział.
W każdym razie, pożywienie nigdy (o ile wiem) nie było brane pod uwagę jako
temat do międzynarodowego opracowania w ramach Międzynarodowej Komisji
Karpackiej, a więc trudno mi o tym mówić; żaden taki międzynarodowy zespół nie
powstał, nie znam też jakichś międzynarodowych opracowań tego tematu.

336

Anna Kowalska-Lewicka

Trudno mi też powiedzieć, co uczestnictwo w Komisji Karpackiej dało polskiej
etnologii, poza licznymi kontaktami towarzyskimi. Na pewno zbliżenie badaczy,
związanych z tą tematyką, orientację, co nasi sąsiedzi robią, a raczej planują zrobić
w tej dziedzinie.
Ważna była działalność Pani Doktor w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym.
Pełniła Pani funkcje przewodniczącej Głównej Komisji Rewizyjnej, redaktora serii
„Biblioteka Popularno-Naukowa", wiceprezesa i w latach 1982-1989 prezesa To­
warzystwa. Wpamięci swojej zachowałem obraz dystyngowanej damy, osoby otwar¬
tej i życzliwej, a jednocześnie stanowczo reagującej na łamanie zasad kulturalnego
współżycia. Jaką wartość przedstawia dla etnologii stowarzyszenie grupujące ludzi
z różnych środowisk i o różnych potrzebach? Jakie zadania stawia Pani przed Towa­
rzystwem?
Nie wiem właściwie, dlaczego tak się zaangażowałam w pracach PTL. Po prostu
dobrze się tam czułam. Zawsze miałam łatwość obcowania z ludźmi z różnych grup
społecznych i było mi głęboko obojętne, czy jest to profesor uniwersytecki, czy bon¬
za partyjny, czy wiejski gospodarz lub aktor, zbierający ludowe rzeźby. Byle lubił
to, co robi i robił to nie dla zysku czy kariery. Stąd miałam wielu przyjaciół, może
i wrogów, ale byli na tyle łaskawi, że nie dali mi tego poznać, a nawet jeśli dali, to
los obdarzył mnie darem zapominania przykrości, a przynajmniej nie przejmowania
się nimi. PTL nie było żadną „drogą do kariery", a więc i jego członkowie nie mogli
liczyć na żadne apanaże, płynące z przynależności do tej organizacji, wręcz przeciw¬
nie — do uczestnictwa w zjazdach, publikacji, organizacji zebrań, notorycznie się
dokładało z własnej kieszeni.
Oczywiście, że i tutaj pełno było wzajemnych zawiści, podkładania sobie nogi,
ale tak już jest chyba we wszystkich polskich organizacjach. Na szczęście mnie to
nie dotyczyło, byłam za mało znaczącym pionkiem. Bez najmniejszej wątpliwości
PTL zawdzięczało swoje powodzenie, odrodzenie i rozwój Gajkowi, i pierwsze lata
powojenne to były „lata Gajka". Popierał go Czekanowski, który był niepodważal¬
nym autorytetem, stali za nim koledzy ze Lwowa i póki wszyscy tkwili w Lublinie,
wszystko było o.k. Pod egidą Gajka zjeżdżano się dla ustanowienia programu stu­
diów uniwersyteckich etnografii. Gajek kierował wydawnictwami, więc lepiej było
go mieć za przyjaciela, organizował zjazdy itd. Ale miał jeden podstawowy feler
— małżonkę. Olga uwielbiała męża i pragnąc podnieść jego autorytet, robiła wszyst¬
ko, by zirytować innych, a on niestety nie umiał jej powstrzymać. Sam zresztą był
zaprzeczeniem wszelkiej dyplomacji. W sposób mistrzowski umiała ta pani (z którą
zresztą byłam w zupełnie poprawnych stosunkach, bo po prostu wszystkie jej „tak¬
towne" uwagi puszczałam mimo uszu) zrażać ludzi nie tylko do siebie, ale i do uko­
chanego małżonka. Przykład jeden z wielu: Zjazd w Toruniu, 1949 rok. Referat prof.
Frankowskiego (wtedy jeszcze najbliższego przyjaciela) o etnografii w ZSRR. Czas
przewidziany 45 minut, a ten gada i gada, godzinę, półtora. Przewodniczący (nie pa¬
miętam, kto) uprzejmym głosem przypomina, że prelegent przekroczył swój czas już
o godzinę — nic to nie pomaga. Wtedy zaczynają z wolna z sali wyciekać słuchacze.

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

337

Zrywa się Gajkowa, zamyka drzwi na klucz, który chowa do kieszeni i oznajmia:
„Nikt się stąd nie ruszy, póki prof. Frankowski nie skończy!!!". Ja dostałam ataku
śmiechu, ale inni obrazili się śmiertelnie i mieli rację.
Abstrahując od komizmu sytuacji i pierwszych zetknięć z ludźmi, pomyślałam,
że jednak jest to forum, z którego można by wyłuskać i ludzi, i idee pożyteczne
dla mojej dyscypliny i moich celów. Rozmowy tzw. kuluarowe, ściślej przy kawie
w przerwach obrad, pozwoliły na liczne nowe znajomości i przekonanie, że wśród
uczestników jest wiele osób podzielających moje zainteresowania kulturą ludową,
która wtedy jeszcze różniła się od kultury miejskiej, była dla mnie ciekawa przez
swoją inność, dawała odpowiedź na kierunek procesu przemian, jakie dokonywały
się szczególnie w tym kotle powojennym, jakim stała się Polska (wymieszanie lud¬
ności z tak różnych i słabo do niedawna kontaktujących się regionów). Taki film,
puszczony w wielokrotnie przyspieszonym tempie. Większość osób, z którymi się
rozmawiało, miało swoje przemyślenia, swoje uwagi i koncepcje — słowem było
z kim i o czym gadać, konfrontować własne pomysły i obserwacje z pomysłami
innych. Pomyślałam, że tutaj nie będę się nudzić i rzeczywiście wróciłam z Torunia
wyraźnie podekscytowana.
Wtedy było trudno (i teraz nie jest łatwo) działać w pojedynkę. Towarzystwo stało
się tą moją „firmą". W tamtych czasach nie można było działać samotnie. Budziło to
podejrzenia. Pani X była niczym, ale pani X „reprezentująca Towarzystwo..." obo¬
jętnie jakie, to już był ktoś. Zaczęłam działać najpierw w Krakowie, potem ruszyłam
w teren, uzbrojona w odpowiednie papierki (pismo z PTL i list od księdza infułata —
był wujem jednej z mych koleżanek, przy okazji wciągniętym do PTL). Przyjeżdżało
się w teren w sobotę rano i szło prosto do gminy, żeby podbić delegację. Stamtąd
prosto na plebanię z listem księdza infułata. W niedzielę całe nasze towarzystwo na
sumie, ksiądz z kazalnicy zapowiadał, że tu przyjechali tacy — ale nie będą zakładać
kołchozów i potem wszystko szło jak z płatka.
Były to czasy, kiedy w Krakowie miałam wolną rękę do wszelkich akcji popular¬
no-naukowych, a gdzie się udało spotkać odpowiednich ludzi — także naukowych.
Natomiast Zarząd Główny PTL zbierał się co miesiąc i tu znowu spotykali się ludzie
z całej Polski. Było z kim i o czym podyskutować. Do szeroko pojętego Zarządu do¬
stałam się dość szybko. Nie pretendowałam do ważniejszych funkcji w Zarządzie, to
by mi zabrało zbyt wiele czasu, ale w końcu doszło do tego, że już wszyscy z wszyst¬
kimi mieli jakieś sporne sprawy, a właśnie zbliżał się okres zebrania wyborczego.
Niestety, zmarł wtedy prof. Włodzimierz Zajączkowski, orientalista — turkolog,
nasz bliski przyjaciel. Pogrzeb miał się odbyć na cmentarzu karaimskim w Warsza¬
wie, w dniu walnego zjazdu. Wytłumaczyłam się, że przyjadę dopiero na sesję na¬
ukową, ściśle — wieczorem, po walnym zgromadzeniu. Istotnie, pojawiłam się dość
późnym wieczorem w budynku i pierwsza spotkana na korytarzu osoba składa mi
gratulacje. Nie rozumiem powodu i dowiaduję się, że zostałam wybrana na prezesa.
A wiedziałam, że do kandydowania musiała być pisemna zgoda kandydata, nikt mnie
o to nie pytał, żadnej zgody nie wyraziłam. Za chwilę spotykam Ewę Fryś-Pietraszkową i ta — „Mam nadzieję, że mnie nie skompromitujesz! To ja postawiłam twoją
kandydaturę, a kiedy okazało się, że brak twojej zgody, powiedziałam, że mam ustne

338

Anna Kowalska-Lewicka

zapewnienie, że taki wybór przyjmiesz". Co miałam robić? Rzeczywiście teraz, po
wyborach, byłabym narobiła kłopotu, zburzyła im program, skompromitowała Ewę.
Prawdę powiedziawszy, było mi to akurat wtedy bardzo nie na rękę. Stało się, zosta¬
łam prezesem i „rzuciłam się w wir pracy". Potem znalazłam dobre strony takiego
układu i, jak umiałam, starałam się być dobrym prezesem — nie mnie oceniać, na ile
mi się to udało.
Jestem głęboko przekonana, że tego rodzaju towarzystwa są potrzebne dla roz¬
woju intelektualnego społeczeństwa. Niewątpliwie ich naukowe znaczenie jest obec¬
nie mniejsze, niż było 100 lat temu, kiedy nasza dyscyplina stawiała pierwsze kroki
i w gruncie rzeczy wystarczyło sumiennie obserwować i zapisać dla potomnych kul¬
turę wsi i małych miasteczek, która tak znacznie różniła się od tej elitarnej kultury,
jaką reprezentowały warstwy tzw. wyższe. Było to przede wszystkim gromadzenie
dokumentów, które już w XIX wieku, a tym bardziej obecnie, stanowią bazę dla
poznania korzeni naszej ogólnoludzkiej kultury. Nie jestem psychologiem i nie stu¬
diuję ludzkiej natury, ale z pobieżnej obserwacji wydaje mi się, że u większości ludzi
drzemie potrzeba poszukiwania „korzeni" — korzeni swej rodziny, swej klasowej,
regionalnej czy narodowej kultury. Nawet jeśli w pewnych epokach dominuje fascy¬
nacja odkrywaniem nowego świata czy wszechświata, są ludzie, a często są to nawet
ci sami ludzie, którzy z jednej strony uprawiają najnowszą fizykę czy astronomię,
a z drugiej kolekcjonują starą broń, z sentymentem przechowują korespondencję
swych prapradziadków, w gruncie rzeczy na nic im niepotrzebną.
W naszej dyscyplinie, jak mnie się przynajmniej wydaje, nastąpiło pozytywne
przesunięcie od opisu do zainteresowania — dlaczego? Wydaje mi się, że te dwa
spojrzenia doskonale się uzupełniają. Przeszłość i współczesność, opis i proces ta¬
kiego czy innego stawania się. Jedyny szkopuł, że nie dochowaliśmy się, jak dotąd,
wybitniejszego teoretyka kultury — zawsze kogoś naśladujemy. Do tego fascynacja
teorią kazała nam mieć w głębokiej pogardzie fakty, na których te teorie się opierają.
Przy tym mnogość i różnorodność kultur ludzkich w czasie i przestrzeni, a nie obec¬
ny monotonny globalizm powodują, że nie do każdej kultury można bezkrytycznie
stosować taką czy inną teorię. Zauważyli to już zoologowie, ale nie zawsze teoretycy
kultur ludzkich.
Wydaje mi się, że w naszym wypadku rola takiego na pół profesjonalnego, na
pół hobbystycznego towarzystwa naukowego, jak PTL, powinna polegać nie na po¬
godzeniu się z pogardą współczesnych antropologów kultury wobec etnologów, nie
mówiąc już o etnografach, ale na współdziałaniu obu kierunków. Może by się cza¬
sem przydało trochę tych konkretnych faktów, czy staroświeckich wniosków, np.
dotyczących takich a nie innych przemian świadomości, zmieniającego się widzenia
rzeczywistości itd.
Poza tym PTL spełnia ważną rolę upowszechniania kultury, a równocześnie daje
możliwość studiowania pewnej dziedziny zjawisk kulturowych, dzielenia się swymi
pomysłami, „odkryciami", zachęca do studiowania, czytania, obserwacji i utrwala¬
nia, choćby w formie materiałowych artykulików, swoich osiągnięć. Coś w tym musi
być, skoro tego typu towarzystwa istnieją w innych gałęziach wiedzy, często na tzw.
prowincji, oddalonej od uniwersyteckich centrów kulturalnych i bynajmniej nie są

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

339

lekceważone przez naukowców, przynajmniej w dwóch dziedzinach wiedzy — przy¬
rodzie (botanika, zoologia) i historii.
W czasie pracy w Instytucie IHKM PAN, na uniwersytetach oraz działalności
w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym zetknęła się Pani Doktor z wszystkimi wybit­
nymi etnologami jej czasów, decydującymi o kształcie etnologii polskiej. Nie potrafili
oni jednak doprowadzić do powołania Instytutu Etnologii PAN. Wjakich sytuacjach
skłonni byli współdziałać, a w jakich pojawiały się między nimi konflikty? Czy osobo­
wość uczonych ma wpływ na losy dyscypliny naukowej?
Zaczynam od końca. Czy osobowość uczonych ma wpływ na losy dyscypliny na­
ukowej? Niestety, na pewno tak. Dlaczego nie potrafiono powołać Instytutu Etnologii
PAN? W tym celu trzeba by przede wszystkim chcieć go powołać, wierzyć, że jest po¬
trzebny. Trzeba było samemu być autorytetem i mieć zdolności dyplomatyczne, żeby
pozytywnie nastawić do tej idei innych. Trzeba było wierzyć w tzw. pracę zespołową
— no i lubić pracę organizacyjną. Moszyński był autorytetem naukowym, ale wszelką
tzw. pracę organizacyjną uważał za stratę czasu. Wiem, że mój ojciec, który go bardzo
wysoko cenił, miał do niego pewien żal, że odmawiał wszelkich funkcji na UJ (nawet
jeszcze przed przeniesieniem się do Wilna) i w PAU. Niezwykle sumiennie traktował
obowiązki pedagogiczne, był przecież profesorem i jako taki skrupulatnie zajmował się
studentami, ale odmawiał wszelkich obowiązków w rodzaju dziekaństwa, opieki nad
kołami naukowymi studenckimi, redakcji, organizacji jakichś naukowych zjazdów czy
konferencji. Na wakacje wyjeżdżał do Przegorzał, wsi, gdzie stale mieszkali antropo¬
logowie Stołyhwowie. Mieszkał w ich domu, ale nie brał udziału w ich bujnym życiu
towarzyskim (bo szkoda czasu). On pracował (pracownia była na parterze), podczas
gdy żona miała obowiązek siedzieć z gałązką i spędzać z parapetu okna wróble, które
nadlatywały i pazurkami skrobały po blasze, co go rozpraszało.
Dobrowolski uważał się za socjologa, zresztą nikt by z nim nie współpracował.
Frankowskiego nie traktowano zbyt poważnie przez te jego dziwactwa. Prof. Zawistowicz-Adamska (nie wiem dlaczego) była systematycznie tępiona przez Dynowskiego — „bo pani Kaziunia jest taka delikatna, słabego zdrowia, nie chcę jej mieć
na sumieniu" — i np. nie powiadamiał jej o jakichś konferencjach, nie posyłał do
Łodzi gości zagranicznych, jej samej nie proponował wyjazdów. Najbardziej do tego
nadawał się sam Dynowski, tylko że jemu się nie chciało. W Instytucie IHKM miał
wyjątkową sytuację, bo po pierwsze był w Warszawie, po wtóre całą młodość spędził
w Rosji, znał język i mentalność Rosjan, miał do nich sentyment. Po trzecie, był nie¬
zależny finansowo. Jego wielka kamienica w Warszawie, w której zresztą mieściła
się Katedra Etnografii i jego mieszkanie, ocalała z powstania, do tego miał siostrę
(o ile pamiętam) w USA, która miała tam dobrze funkcjonujący zakład kosmetyczny
i posyłała mu pieniądze, dzięki czemu uważany był za krezusa, co zresztą chętnie
podkreślał. A do tego jego stosunek do etnologii był dość specyficzny.
Pamiętam szok, jaki przeżyłam. Poszłam wtedy jedyny raz prosić go, jako mego
bezpośredniego szefa, o podpisanie podania do prof. Hensla, dyrektora całego IHKM,
o bezpłatny urlop. Chciałam pojechać do Paryża, żeby tam popracować w Musée de

340

Anna Kowalska-Lewicka

l'Homme. Dynowski na to, że podpisze, ale żebym mu nie opowiadała bzdur, że do
Paryża jadę pracować. Tam się jeździ po nylonowe pończoszki, a nie dla jakiejś pra¬
cy. On np. właśnie wrócił ze Sztokholmu, gdzie pojechał po firanki, a jest człowie­
kiem uczciwym — po prostu powiedział, że jedzie po firanki. Mnie zamurowało. Nie
wiedziałam, czy to dowcip? Po chwili powiedziałam — „Tak, ma pan profesor rację,
chcę sobie kupić nylonowe pończoszki". A on na to: „Jak tak, to rozumiem i apro¬
buję" — i podpisał podanie. To był jedyny raz, kiedy pojechałam w ramach urlopu
naukowego, a nie wypoczynkowego i do dziś nie wiem, czy to był dowcip, czy serio.
Poza tym był miły towarzysko, przepadał za moim mężem i zawsze odwiedzał nas,
ile razy był w Krakowie. Mam od niego bardzo ładny stary mosiężny czajniczek na
mongolską herbatę, podobno gdzieś tam wykopany w czasie ich badań terenowych
w Mongolii.
Był w Warszawie na miejscu, a więc miał duże możliwości załatwiania tego i owe¬
go, a nie zżerała go ambicja, by coś po sobie zostawić. Miał pieniądze. Mongolia była
realizacją jego młodzieńczej tęsknoty za „rajem utraconym" niegdysiejszej Rosji. Po
co miał się wplątywać w walki o instytut i ciężką pracę z realizacją tego pomysłu,
gdzie i tak zdystansowaliby go koledzy etnografowie z „polskim" doświadczeniem,
wiedzą i dorobkiem.
Cały czas mówię o pokoleniu dojrzałym przed wojną. Z tzw. „młodych" warto
jeszcze wspomnieć o Reinfussie — jemu wystarczała praca i jego uczniowie i młodzi
współpracownicy, dla których był -wyrocznią. Zostaj e nam j eszcze Zawistowicz-Adamska, wykształcona, inteligentna, ale typu „kobieciątko", bez ambicji przywódczych. Jej
uczennice, to też mniej lub więcej „kobieciątka", może z ambicjami, ale też bez charak¬
terologicznych możliwości przewodzenia. W gruncie rzeczy nadawałby się tu Gajek,
ale ten, dzięki swym „talentom" zrażania sobie ludzi, był już „spalony".
Możliwości tworzenia jakiejś ogólnopolskiej organizacji widziałabym tylko w Jó­
zefie Burszcie. Ten miał wszelkie dane ku temu, aby być „organizatorem — przy¬
wódcą", ale i jemu brakło odwagi, podejrzewam, że gnębił go kompleks chłopskiego
pochodzenia. W pierwszych latach po II wojnie to jeszcze było żywe, choć starannie
kryte, ale byłam świadkiem kilku scen, które wówczas mnie zdumiały, nie mogłam
ich zrozumieć (zaznaczam, że byłam tylko niezaangażowanym świadkiem).
Niestety, wedle mej opinii, etnografowie umieli się jednoczyć tylko przeciw, a nie
za jakąś ideą, w przeciwieństwie np. do archeologów, którzy żarli się między sobą,
ale mieli tyle zdrowego rozsądku, by na zewnątrz występować razem, nie bacząc na
osobiste sympatie czy antypatie.
Sądzę, że obok Burszty na organizatora instytutu nadawałaby się Bronka Jawor¬
ska, ale wtedy, kiedy o tym była mowa, Bronka była za młoda i w cieniu prof. Adam¬
skiej.
W dziejach etnologii polskiej ważną rolę odegrały kobiety. Antonina Czaplicka,
pierwsza kobieta-wykładowczyni antropologii społecznej w Oxfordzie, nie wpłynęła
bezpośrednio na rozwój etnologii polskiej, ale była zapewne wzorem. Cezaria Bau­
douin de Courtenay-Ehrenkreutz-Jędrzejewiczowa już w roku 1922 uzyskała habi­
litację, w roku 1929 mianowana została profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

341

Wileńskiego, a w roku 1934 profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego.
Lista innych wybitnych etnolożek polskich jest długa: Kazimiera Zawistowicz-Adamska, Jadwiga Klimaszewska, Anna Kutrzeba-Pojnarowa, Maria Frankowska. Kobiet,
które zajmowały eksponowane stanowiska, było więcej w porównaniu z innymi po¬
krewnymi dyscyplinami: socjologią, historią, historią sztuki, archeologią, orientalistyką, nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach, może z wyjątkiem Stanów
Zjednoczonych. Jakie były tego przyczyny? Czy fakt ten wpłynął na kształt i sytuację
etnologii polskiej?
Kobiety w etnologii! Ich pozycja w etnologii była taka, jak ich pozycja w kulturze
polskiej — niestety. O Czaplickiej w „moich" czasach już się nie mówiło. Odeszła
do historii. Niewątpliwą indywidualnością była Cezaria, ale i ona traktowana była
przez wielu, zwłaszcza tych, którzy jej osobiście nie znali, albo znali słabo, jako
córka Baudouina albo pani Vasmerowa, albo Ehrenkreutz, a wreszcie pani ministro¬
wa Jędrzejewiczowa. Należała do kręgów swoich mężów, a nie oni do jej kręgów
— zresztą tu jestem niemiarodajna, nie znałam osobiście tej pani. Klimaszewska
i Frankowska nie były odbierane jako indywidualności, Frankowska żyła w cieniu
męża, druga w cieniu mistrza Moszyńskiego. Zresztą Klimaszewska sama kiedyś
przyznała, że po prostu bała się cokolwiek pisać czy referować, bo i tak wiedziała,
że w blasku jego intelektu będzie to słabizna. Niestety, choć bardzo wysoko ceniłam
Moszyńskiego, muszę przyznać, że ją lekceważył. Była traktowana jako dobra sekre¬
tarka, nic więcej.
Zawistowicz-Adamska była, w przeciwieństwie do dwu poprzednio wymienio¬
nych pań, osobą o silnej indywidualności i na pewno od nich inteligentniejszą. Miała
dobre pomysły, świetnie mówiła, ale i na niej ciążyło piętno „kobieciątka" (czego
np. nie ma w najmniejszym stopniu Bronka Jaworska). Choćby fakt, że zgodziła się,
by Muzeum Etnograficzne i Archeologiczne w Łodzi zamienić w Muzeum Arche­
ologiczne i Etnograficzne, przy czym Konrad Jażdżewski został dyrektorem — bo
ona nie lubiła administracji i reprezentowania itd. Słowem, Jażdżewski został dyrek¬
torem całą gębą, robił to dobrze, ale Kaziunia zeszła do rangi kierownika „jednego
z działów" Muzeum Archeologicznego, co się do dziś fatalnie odbija na Dziale Etno¬
graficznym. Kobiety u nas mają mniej pewności siebie, mniej ambicji, co nie tylko
stawia je niżej w „świecie mężczyzn", ale i one same do tego się przyczyniają.
Co do Hanki Pojnarowej nie mam wyrobionego zdania. Na pewno była bardzo
inteligentna, bardzo dobrze pisała, miała dobry charakter, a przede wszystkim męża,
który ją bardzo cenił i ułatwiał jej wyzwolenie ze spraw codziennego życia, sam
biorąc na siebie całą „organizację codzienności". Ona, moim zdaniem, miała wszel¬
kie warunki rozwoju — przy tym nie miała kompleksów środowiskowych. Kariera
naukowa to była rzecz zwykła dla niej, jak dla dzieci lekarzy zawód lekarza, dla
nauczycieli — nauczyciela.
Sądzę, że ustawianie się w drugim szeregu kobiet w naszej dyscyplinie było
szkodliwe dla jej rozwoju, ale to pokolenie już odeszło lub odchodzi. Skończyły się
kompleksy — teraz rolę odgrywają wartości intelektualne i charakterologiczne, choć
pozostanie zawsze „kula u nogi", jaką są dzieci (miła kula u nogi, ale zawsze).

342

Anna Kowalska-Lewicka

Wraz z dr Ewą Fryś-Pietraszkową i dr Anną Spiss brała Pani Doktor udział
w przygotowaniu wydanego w roku 2002 słownika „Etnografowie i ludoznawcy pol­
scy". Jakie były przyczyny podjęcia się tej pracy i jakie napotkały Panie trudności?
Słownik etnografów polskich był pomysłem Dekowskiego, człowieka niezwykle
pracowitego, zamiłowanego w swym zawodzie, pełnego naprawdę dobrych pomy¬
słów. Był nauczycielem szkoły podstawowej, ale swój zawód poświęcił dla etnogra¬
fii, skończył studia, doktoryzował się, a także, co bardzo ważne, miał żonę podzie¬
lającą jego hobby, a potem poważne naukowe zainteresowania, która stworzyła mu
idealne warunki rozwoju intelektualnego. Wśród jego dobrych pomysłów znalazł się
„słownik etnografów". Po jego śmierci (żona już wtedy nie żyła), wobec braku zain¬
teresowania w łódzkim środowisku, zabrałam rozpoczętą pracę do Krakowa. Tu zor­
ganizowaliśmy zespół przy Oddziale Krakowskim PTL, składający się z ówczesnego
prezesa Oddziału — Anny Spiss, Ewy Pietraszkowej i prof. W. Bieńkowskiego (pro­
fesora na UJ i kierownika pracowni biograficznej PAU). Znałam wiedzę Wiesława
— „Przemka" i jego wprost niesamowitą pracowitość, a poza wszystkim — związany
był z etnografią, napisał pracę o Kolbergu i nieskończoną ilość biogramów do wyda­
wanego przez PAU Polskiego słownika biograficznego. Był więc wśród nas jedynym
fachowym biografem — no i zabrałyśmy się, w oparciu o jego rady, do zbierania
materiałów. Ania i Ewa włożyły w to dzieło morze pracy. Pierwotnie chciałyśmy to
publikować w PAU, zreferowałam cały pomysł i stan zaawansowania na Komisji
Historii Nauki Polskiej Akademii Umiejętności, co ukazało się drukiem w „Sprawo¬
zdaniach" tejże Komisji. Ponieważ jednak tych komisji jest chyba ponad 40 i Akade¬
mia rocznie publikuje dziesiątki pozycji, nasz „Słownik", zakwalifikowany do druku,
musiałby czekać. Tymczasem Ania Spissowa jako prezes PTL/Kraków prowadziła
bardzo mądrą politykę finansową i ze sprzedaży wydawnictw PTL uzbierała sporo
pieniędzy, a do tego znalazła wydawcę. Charakterystyczne — przedstawiony w pla¬
nie wydawnictw PTL I tom „Słownika" Komitet Badań Naukowych odrzucił, mimo
starań naszego PTL-owskiego kierownika Działu Wydawnictw, natomiast tenże tom,
z tymi samymi recenzjami, przedstawiony przez naszego krakowskiego prywatnego
wydawcę — KBN przyjął i dał pieniądze, a że ich było za mało, dołożyliśmy to,
co zaoszczędził Oddział Krakowski PTL — no i tom się ukazał. Drugi tom jest już
gotów, w tym wypadku redaktorami będą Pietraszkowa i Spiss. Bieńkowski nie żyje,
a ja już się tym nie zajmowałam. Co ciekawe — KBN (czy jak się to teraz nazywa)
dał nam wyższą dotację niż ta, o jaką PTL się ubiegało. Ten tom to już całkowicie
dzieło Ani Spiss i Ewy. Planujemy już teraz zabrać się do III tomu, przy czym zachętą
jest sposób, w jaki ten pierwszy tom został przyjęty.
Wyjazdy zagraniczne, praca w międzynarodowych zespołach, otwarte drzwi goś­
cinnych domów w Krakowie i Kościelisku, pozwoliły Pani Doktor poznać wielu etno­
logów z Zachodu i Wschodu. Co interesowało ich w etnologii polskiej i w Polsce?
Istotnie, przez te kilkadziesiąt lat mojej etnologicznej kariery przez nasz dom kra¬
kowski i chałupę kościeliskową przewinęło się sporo osób z Polski i innych krajów,

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

343

zarówno indywidualnie przyjeżdżających do Krakowa, jak i w czasie konferencji
czy kongresów i zjazdów etnologicznych. Wielu już nie pamiętam, bo pojawiali się
raz jeden i więcej do Polski nie przyjeżdżali, a z początku nie prowadziliśmy „Księ¬
gi gości". Najpierw nasza „Księga" powstała w Kościelisku, teraz już jest czwarta,
ale zawładnęła nią młodzież i ostatnie tomy pełne są bohomazów i głupkowatych
wpisów. W Krakowie założyliśmy ją dopiero w 1974 roku i pierwsi wpisali się pp.
Gavazzi z Zagrzebia i Vakarelski z Sofii (Zjazd w Krakowie uczniów Kazimierza
Moszyńskiego w rocznicę jego śmierci), potem Tillhagen za Sztokholmu i inni.
Kogo mogłam, zaciągałam „w teren" i to właśnie było dla nich największą atrak¬
cją. Tradycyjność polskiej kultury owych lat! Niejednokrotnie musieli spać na sianie,
jeść z jednej miski z gospodarzami, jak „szedł deszcz" dostawali grabie do ręki i mu¬
sieli „pograbować", bo kop nie potrafili stawiać. Niejednokrotnie się i upili w goś¬
cinnych domach. Nils Bringeus próbował nawet szyć „bukowe" portki u wiejskiego
krawca. Fenton, dyrektor muzeum z Edynburga, trafił przypadkowo na chrzciny i tam
niesłychanie zaimponował gościom, spijając nieprawdopodobne ilości alkoholu bez
najmniejszego śladu upicia się, a co najdziwniejsze, doskonale się z chłopami doga¬
dywał, choć on ani słowa nie umiał po polsku, a oni tym bardziej po angielsku, co im
nie przeszkadzało wypić bruderszaftu.
Dopiero teraz właściwie zdałam sobie sprawę, że zagraniczni goście nie pytali ani
o nasz pisany dorobek, ani o studia — naprawdę interesował ich teren i tradycyjna
kultura. Nawet teraz, kiedy zdaje mi się, że niewiele z niej zostało, moi goście (w od¬
stępie dwóch lat gościłam dwa małżeństwa z USA) dosłownie szaleli z aparatami
fotograficznymi, przez kilka dni fotografując dosłownie wszystko i zapełniając grube
zeszyty uwagami i szkicami.
Los zdarzył, że udało się Pani Doktor przeżyć całe życie w jednym, rodzinnym
domu. To ewenement w burzliwej historii polskich rodzin inteligenckich. Drzwi
domu, niegdyś otoczonego ogrodami, a od lat 70. wciśniętego między wysokie blo¬
ki mieszkalne, szeroko otwarte były także dla etnologów. Kogo z etnologów gościła
Pani w swoim domu?
Kogo z etnologów gościłam w swym domu? Trudne pytanie. Mogła by pomóc
„Księga gości", ale tak wielu podpisywało się gryzmołem, że teraz trudno ich ziden¬
tyfikować — zresztą to i etnografowie, i orientaliści, i osoby, które po prostu do nas
przysyłali wspólni znajomi, żeby poznały nie tylko hotele, ale i zwykłe polskie domy.
Z Polaków, to prawie wszyscy, dziś już ze starszego pokolenia. A z innych kra¬
jów? Z „pierwszego rzędu" to tylko Malinowski, ale on — za czasów mojego dzie¬
ciństwa, więc się nie liczy. Uniwersytet krakowski chciał go koniecznie pozyskać,
on postawił sprawę uczciwie, że po prostu Polska nie może dać mu odpowiednich
warunków finansowych, by mógł prowadzić badania w krajach pozaeuropejskich.
Żeby odpowiedzieć dokładnie, musiałabym poświęcić co najmniej kilka dni na
postudiowanie mego dziennika i korespondencji z tych wielu lat i przeglądnąć księgi
gości. Niektórzy z nich pozostali w mej pamięci dzięki jakiemuś drobiazgowi. Np.
dyrektor muzeum z Bazylei (nie pamiętam nazwiska), zajmował się pożywieniem

344

Anna Kowalska-Lewicka

i marzył o skosztowaniu bigosu. Akurat miałam w zamrażalniku słój litrowy tego
specjału — zjadł cały z wielkim apetytem.
Etnologia obecna jest oczywiście inna od tej sprzed laty. Nazywana jest również
antropologią społeczno-kulturową; z ośmioma uniwersyteckimi ośrodkami kształce¬
nia i niewyobrażalną niegdyś liczbą trzech tysięcy studentów stała się ważną dy¬
scypliną edukacyjną. Co cieszy Panią Doktor, a co niepokoi w rozwoju etnologii
polskiej?
Cieszy mnie to, że stała się tak popularna, że objęła swymi zainteresowaniami tak
szeroki zakres tematyczny, że wypracowała nowe metody pracy, że tak dalece posze¬
rzyła krąg swych zainteresowań. Martwi mnie natomiast niewspółmierność efektów
naukowych do liczby pracowników, tak naukowo-pedagogicznych, jak i studentów.
W tym zakresie na pewno jestem niedouczona, więc nie mnie wypowiadać się wartościująco, ale wśród tych tabunów specjalistów nie znam nazwisk, które liczyłyby
się poza naszym polskim zaściankiem. Sami sobą jesteśmy zachwyceni, ale czy inni
nami również? Jeszcze raz podkreślam, że niestety nie czuję się kompetentna do za¬
bierania w tej sprawie głosu, ale staram się czytać i to, o ile możliwości, w oryginal¬
nym języku, nie tylko w polskim tłumaczeniu, i z pewnym niepokojem stwierdzam,
że większość referatów, jakich słuchałam (Komisja Etnograficzna PAN w Krakowie,
od czasu do czasu jakiś zjazd itp.), to po prostu mniej lub bardziej swobodne refero¬
wanie cudzych osiągnięć — czasem autor nawet zapomina powiedzieć, czyich.
Jesienią tego roku akademickiego byłam na referacie świetnie powiedzianym.
Wysłuchałam go z prawdziwą przyjemnością, jakkolwiek tak się złożyło, że właśnie
niedawno czytałam nowo wydaną w polskim tłumaczeniu anglojęzyczną książkę na
tenże temat, o czym autor nie wspomniał. W rozmowach po referacie wszyscy byli
zachwyceni nowatorskim spojrzeniem itd. — i mieli rację. Nie odezwałam się — po
prostu było mi głupio. Tego roku akademickiego byłam na referacie, którym autor
oczarował tłum słuchaczy swą erudycją. I tu już trochę się zdenerwowałam i coś mnie
podkusiło, żeby użyć blefu. Ryzykowałam, bo nie znałam zagadnienia, ale bogactwo
cytatów dodało mi skrzydeł. Postanowiłam spróbować. W dyskusji zapytałam autora,
czy cytat ze św. Augustyna — to z wydania antiochijskiego, czy rzymskiego, bo on
oczywiście wie, że te dwie wersje różnią się dość zasadniczo, akurat w tej sprawie.
Nastąpiła chwila żenującej ciszy i autor przyznał, że czerpie z polskiego tłumaczenia,
gdzie te sprawy nie były wyjaśnione (pojęcia nie mam, czy istnieje jakieś antiochijskie i rzymskie wydanie, ale on też nie wiedział — to moje szczęście, bo mogłam się
wygłupić).
Żeby odpowiedzieć krótko. To dobrze, że etnologia polska (a przede wszystkim
światowa) spojrzała na kulturę ludów nowymi oczyma, że dostrzegła nowe i nowa¬
torskie trendy. Niepokoi mnie brak w Polsce naukowych indywidualności na szerszą
skalę. Niepokoi mnie również brak zainteresowania dla własnych źródeł nauki. Trud¬
no powiedzieć, że mamy nic nie znaczącą historię, językoznawstwo, nauki przyrod¬
nicze. Szczególnie jeśli chodzi o nauki ścisłe, ale i nauki o ziemi, nauki przyrodnicze
— biologię, czy nawet tak nowoczesne, jak astronomia — wszystkie one wyprzedza-

„Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna...

345

ją w tempie rozwoju naszą staroświecką humanistykę, ale i one nie odcinają się od
historii swej dyscypliny.
Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa, podobnie jak inne nauki
0 człowieku i jego kulturze, nie powinny odcinać się od korzeni, z których wyro¬
sły, a swe nowatorskie spojrzenie powinny opierać na otaczającej nas rzeczywistości
1 korzeniach, z których zrodził się nasz dzień dzisiejszy, nasze współczesne problemy
— a te sprawy są przez nas traktowane co najmniej z lekceważeniem.
Lubię, tak dla rozrywki, grzebać w naszej bibliotece Akademii Umiejętności (po¬
nad pół wieku jest moim drugim domem), czy w archiwum tejże Akademii i mniej
czy więcej głęboko znam tematykę nowo publikowanych prac humanistycznych
(i nie tylko), i nigdzie nie spotkałam takiej pogardy dla własnych źródeł, jak w naszej
dyscyplinie.

Kolekcja

Cytat

“"Nasza współczesna antropologia społeczna i kulturowa nie powinna odcinać sie od korzeni, z ktorych wyrosła" / LUD 2007 t.91,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 6 października 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/5897.

Formaty wyjściowe