Dzienniki 1914-1918 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4

Dublin Core

Tytuł

Dzienniki 1914-1918 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4

Opis

Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4, s.107-118

Twórca

Malinowski, Bronisław

Wydawca

Instytut Sztuki PAN

Data

1999

Relacja

oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2813

Format

application/pdf

Język

pol.

Identyfikator

oai:cyfrowaetnografia.pl:2621

PDF Text

Text

Bronisław Malinowski
Dzienniki 1914-1918
Prezentowany fragment pisał Malinowski na Wyspach Trobrianda między połową grudnia 1917 a połową stycznia 1918.
Nastręczał on dużych trudności w opracowaniu, gdyż zawiera
bardzo wiele obcojęzycznych wtrąceń. Widać, że Malinowski
jest już długo poza zasięgiem polszczyzny, że coraz częściej my­
śli po angielsku i pewnych wyrażeń nie chce mu się już tłuma­
czyć na polski. Jest to dziennik intymny, nie przewidziany do pu­
blikacji, ani nawet do czytania przez kogokolwiek, więc autor
nie stara się o piękno wypowiedzi i komunikatywność, stąd też
wielka ilość spolszczanych słów angielskich, lapidarny styl, czę­
sto zupełnie nieczytelny.
Oprócz stałego wątku i powodu, dla którego młody uczony
dokonuje zapisków, jakim jest praca nad sobą, można zauważyć
także, co jest dla niego sprawą istotną, a co nie. Na pierwszy plan
wysuwa się powód, dla którego się znalazł na Trobriandach, czy­
li badania terenowe, a raczej ich finalizowanie, codzienna żmud­
na, czasami nudna i odstręczająca praca polegająca na groma­
dzeniu materiałów etnograficznych. Ta rutyna i zniechęcenie
odbija się na jego stosunku do krajowców (patrz przypis 24 do­
tyczący terminu „nigger"), ale także do białych mieszkańców
wysp. To co daje mu, jak zwykle, chwile szczęścia i zapomnie­
nia, to kontakt z przyrodą. Zachwyt nad jej pięknem często poja­
wia się w opisach zachodów słońca, morza i nieba etc. Opisy te
świadczą o jego wrażliwości, a usiłowanie nadania im walorów
literackich - o artystycznych ambicjach młodego uczonego.
Innym stałym motywem jest miłość do Elsie Masson, tęskno­

ta za nią, decyzja o małżeństwie i walka o zachowanie emocjo­
nalnej wierności (czasami wszakże bezskuteczna, co jest z kolei
powodem do wyrzutów sumienia i nakazów poprawy). Motyw
wojny w Europie pojawia się niezmiernie rzadko, na przykład
pod postacią problemu heroizmu, wobec którego musi się usto­
sunkować. Narzeczony Elsie zginął pod Gallipoli. Jego cień
prześladuje Malinowskiego, ale trwa on jednak w przekonaniu,
że jeżeliby dostał powołanie, to poszedłby na wojnę bez ociąga­
nia, ale zdawał sobie jednocześnie sprawę, że ryzyko takiego
obrotu spraw jest dość ograniczone.
Matka i Polska zjawiają się jak wyrzut sumienia: „Zapomi­
nam zupełnie o wilii Bożego Narodzenia. (...) O Boże, Boże, ja­
kież marne jest życie w ciągłym rozdźwięku etycznym. Ten brak
myśli głębszych o Mamie, o Stasiu, o kraju i tern co oni wszyscy
cierpią i co Polska cierpi - jest czemś wstrętnem". Jego plany ży­
ciowe ciągle są jednak związane z krajem: „będę niewątpliwie
'wybitnym uczonym polskim'. To [tutaj] będzie moim ostatnim
etnograficznym wybrykiem. Potem oddam się konstruktywnej
socjologii; metodologii ekonomii politycznej etc. i w Polsce mo­
gę zaspokoić moje ambicje lepiej niż gdzieindziej". Musiał w to
jeszcze wtedy wierzyć naprawdę.
W opracowaniu korzystałam w dużej mierze z przypisów
i słownika języka tubylców pomieszczonych w A Diary in the
Strict Sense of the Term.

Środa 12 112.17.1
Rano wstaję dość późno i zaczynam pisać dziennik, gdy
Billi woła mnie. Jedziemy. Tam czuję się mocno podmęczony przez cały czas. Kamera mi ciąży. Czuję wyrzuty sumie­
nia, że nie opanowałem etnograficznej sytuacji. Obecność
Billa mi trochę przeszkadza. After all [ostatecznie], on nie ma
tej intenzywności interesu [zainteresowania], a raczej dla nie­
go to wszystko jest trochę głupie. Tu znowuż moja zdolność
poddawania się cudownym stanom psychicznym (czasem
urojonym) płata mi figla. Współdziałanie E.R.M. w moich
badaniach nie działa na odległość. Raczej mam uczucie, że
błaźnię się przed nią, że muszę jej wyraźnie napisać, że je­
stem disaponinted with myself [niezadowolony z siebie]. For­
mułuję Ust do niej popołudniu, odpoczywając w samotnej
jeździe dinghą. W Oburaku: idziemy do domku kapitana
(Towakajse). Tam siadamy na Bwajmie. Potem pieczenie
żywcem świni. Pomieszane uczucia okrucieństwa i oburze­
nia. Płatanie świni i anatomiczne wyrażenia. Potem fotogra­
fujemy grupę z nose-stickami [patykami w nosie]; baku
z puatai i świniami. Ja robię snapshot [zdjęcie migawkowe]
z grupą płataczy świń. Potem siedzimy i smakujemy. Obcho­
dzę wioskę szukając miejsca pod namiot. Jemy banana i pije­
my coconut [orzech kokosowy]. Potem Sagali [ceremonialny
podział żywności] obukubaku [część baku]. Vanoi kirivina.

Spotykam znajomych: drjari z Kudokabilia, który przyniósł
mi jaja w nocnej koszuli damskiej. Nie ma nikogo z Omarakany ani z Kasanai. Sagali: wszystkie wioski wymiecione.
Uczucie społecznego mixusu w tym akcie: cała wyspa jako
jedna całość: Kaileula i inne wyspy nie wymienione, nato­
miast Kitava i Vakuta wymienione. - Potem deszcz nadciąga.
Siedzimy w Bwajamie Kapitana. Potem fotografuję widok
wioski z zewnątrz 2 canoes [czółna]. Billi odjeżdża. Siedzę,
rysuję kany. Wracam z Toguguą jego łódką. Siadam na dinghę i raduję się samotnością. Uczucie speszenia etnograficz­
nego (predominujące) powraca. Odnoszę je do E.R.M. Wio­
słując myślę o E.R.M. i jej zachwycie nad łódkami na Yarze
[Yarra - rzeka w Melbourne]. - Wracam, jem kolację z Mic­
kiem, który powtarza, że takiego Sagali Kiriwina nie widział,
a potem usprawiedliwia, że nie dał mi tytoniu. Siedzę na arm­
chair [fotelu] na werandzie i drzemię. - Idę spać o 8=ej. Śpię
nieźle; mam sny, które mnie przenoszą daleko od Trobriands
i od etnografii - ale dokąd? - Aha. Przed 2 dniami zacząłem
czytać Tess of the d'U[rbervilles]. Zbliża mnie to do E.R.M.
„Maiden no more" [już nie dziewica]. Refleksja nad tern, jak
dalece ja jestem zobowiązany w stosunku do niej. Myślę

1

2

3

4

5

6

Grażyna Kubica-Heller

7

0 niej jako o mojej przyszłej żonie z poczuciem pewności
1 ufności, ale bez dreszczu. Myślę często o N.S. Pokazałem
jej fotografie Billowi. Smutek. Kocham ją jak dziecko, ale nie
8

107

łudzę się i nie wątpię, że ona nie mogłaby być szczęśliwa ze
mną i vice versa. Melodja z Samsona i Dalili przypomina mi
ją. Przychodzi mi na myśl: „Nie Uchadi!" i jestem w muzycz­
nym transie. Tęsknię często za kulturą, Paul & Hede i ich ho­
me [dom] (prawie ze łzami tęsknoty); E.R.M. i M.H.W. jako
atmosfera. - Czy powrócą jeszcze kiedy te dni szczęśliwe
w E. Malwern? - Melodje Bethovena - jestem niezmiernie
przywiązany do P. i H.
9

Czwartek 13. [12.17.]
Wstaję koło 7=ej. Herbata ranna; gadam z Mickiem. Idę
pod kokos pisać dziennik za parę dni ostatnich. Zapowiadam
Mickowi, że koło 11 chcę wyjechać. Po napisaniu dziennika
koło ll=tej wracam. Gadam z Mickiem: Brudo" wrócił. Br.
Nie dostał vaigua. Br. świnia. Dawniej było tu wielu traders
[kupców]. Zbierali się wieczorami „playing & whoring" [na
zabawę i rozpustę]. Mówi mi o swojem wyczerpaniu; poka­
zuje ciało wychudłe i oklapłe. Nie może nawet iść do shit housu [wychodka]. Dyskurs o konieczności wielkich shithouseów. Ofiarowuje mi dinghe. Zbieram rzeczy, załatwiam busi­
ness z Marjanną. Czuję się byczo fizycznie. Native canoe [tu­
bylcze czółno] napełnia się wodą. Przepakowujemy na din­
ghe. Przyjazd. Obieram miejsce na tent [namiot]. Gomeran,
policeman [policjant] i paru boyów [służących] pomagają mi.
Trochę czuwam nad tentem, trochę oglądam wioskę. Mam
satysfakcję w patrzeniu na budowę tentu. Przyjemność pikni­
kowania. Ilumedoi siedzi ze swymi braćmi i introduce'uje
[przedstawia] mnie. Daję 3 sztyki tobaku. Jem banany. Potem
spisuję plan wioski. Brat Ilumedoi b. pomocny przytem. Wra­
cam. Oglądam tent i superintenduję [nadzoruję] rozpakowa­
nie rzeczy. Potem spacer. Myślę o E.R.M., dochodzę do wo­
dy. Robię gimnastykę szwedzką. Czuję się dobrze i jakkol­
wiek atmosfera łaźni tureckiej, nie jestem oprymowany [znu­
żony] ani zdeprymowany. Pierwszy spacer kiriwiński. Chwi­
10

ne

la poczucia, że Kiriwina [?]. Obecność duchowa E.R.M. My­
ślę o napisaniu definitywnem do N.S. Wracam i nogi mi cią­
żą. Piję kolację. Potem idę na round [spacer okrężny] wie­
czorną. Tuż koło mnie - jakie 6 metrów - iwalamsi [krzyczą].
Słyszę głównie Latuyu, gadugedo bigadajgu. Melodyjny, mo­
notonny chant [śpiew] - musi ich narkotyzować. Potem idę
do Towakaise. Tam długie gwałcenie zanim oni decydują
się gadać. Mówię o Poulo [połów]; potem 2 facetów Kukuonebusi. Czuję się wściekle śpiący. Wracam, piję kawę.
Kładę się spać, ale wizje grzebieni szyldkretowych spędza­
ją mi sen. W nocy deszcz. Bulukwy spacerują naokoło
mojego tentu.
12

Piątek 14.П2.171
Deszcz. Wstaję koło 6=30. Idę naokoło wioski, patrzę na
grupy. Wracam, piję śniadanie. Gadam na werandzie z policemanem i kilku drjaniami. Potem wracam do tentu, parę de­
finitywnych zadań: przerysować plan wioski. Spisać dziennik
etnograficzny. Robię trochę tego, ale, chociaż czuję się fi­
zycznie dobrze, opory: nie interesuje mnie praca. Przytem
deszcz gwałtowny; woda spływa przez namiot, robimy ryn­
sztoki; namiot przepuszcza wodę. To wszystko mnie peszy;
także Pilapala [grzmot] wali i to daje mi na nerwy. Koło 12
przychodzą drjanie z Vilajlimy i Osapoli. Gadam o krabach
etc. Ciąży mi ten interview [wywiad] i nie idzie b. pomyślnie.
Koło 2=ej ordynuję lunch: jaja, kakao. - Myślę o Paulu. E.R.M. wciąż mi się przypomina. Myślę z pangiem [ostrym
bólem] o cywilizacyi; wiosłuję Yarra; czytając gazetę szcze­
góły o Melbourne. Rano srając, czytam głupstwa w gazecie
z Melbourne. Domek w Malvern jak raj ziemski. - Przez ten
czas, kiedy byłem z nimi, byłem niewątpliwie szczęśliwy
(wykluczając nastroje a la Dostojewski i chorobę). Zwłaszcza
pod koniec, kiedy tak bardzo pragnąłem zostać w Melbourne
do kwietnia. - Wojna pewnie się skończy i idylla w Melbour­

ne weźmie w łeb: [?] żalu za tern i wyrzutów sumienia. - Po­
południu wypoczywam; idę naokoło wioski - przygotowania
do mony [puding z taro]. Koło 4=30 idę, patrzę na gotowanie
tara. Kładziemy kluski; excitement [podniecenie]; buoysila
Urgowa. Idę od jednego gar[n]ka do drugiego. Excitement
i buoysila Urgowa pociągają mnie. Stanie na nogach męczy
mnie. „Upadam ze zmęczenia". Sagali w Kajzabu. Siedzę na
bwajmie młodej kobiety z Sinakety. - Wracam do Yasitine.
Mrok. Szarzyzna. Ciemnoniebieski wilgotny dym kłębi się
wśród palm, domki - niektóre szare, ciemnobrązowe, ochrowe pokrywają się ciepłymi tonami. Wioska spowita w ciem­
ność zacieśnia się i skupia, wyłania się [z] otaczającej pustki.
Idę do tentu; leżę przez chwilę. Wiosłuję dinghą, nie bez funku [strachu], że nie znajdę wioski, że mielizna mnie odetnie,
że „coś" wylizie z ciemności. Myślę o E.R.M., że ona by lu­
biła mnie widzieć. Gdy patrzę na kobiety, myślę o piersiach
i o budowie ciała in terms of [kategoriami] E.R.M. - Wracam,
jem b. frugalną [oszczędną] kolację, leżę na łóżku, gadam
z drjaniami, policemanem z Vakuty i drjaniem w żółtej lawalawa [przepasce biodrowej] o różnych rzeczach (Poulo, Tova'u ). Także o Doketa v. Gabena. On znał Giblena, Subeta,
Arse'a. - Śpię nieźle, choć obawiam się, że będę się czuł pod­
le (popołudniu reakcja [?]). Biorę cathar[tic] compfound]
[przeczyszczającą miskturę].
13

Sobota 15.112.171
Rano koło 6=tej gwałtowne valamsi [krzyki] na dwa gło­
sy (Ginger mówi, że w Saribie nie ryczą tak ciągle). Wstaję
o 6=30, łódki odjeżdżają. Idę srać między mangrowy: jedyne
okazje, w których jestem w kontakcie z przyrodą! Potem
przez wioskę, znowuż sram: wielkie drzewa, liście twarde,
politurowe, głębokie cienie na ziemi pokrytej gnijącymi liść­
mi. Czuję się fizycznie byczo i to trwa przez cały dzień. Po
śniadaniu (herbata i biscuits [herbatniki]) v[illage] census
[spis ludności wioski] od 9 - 11. Potem wracam i przeryso­
wuje wioskę. Census: siedzę na krześle, które gwadi [dzieci]
przenosi naokoło wioski. Guadi także dają mi nazwiska mie­
szkańców. Niektórych wymieniają po nazwisku pomimo ża­
łoby, jeżeli Kala koulo kwaiwa'u, nie mówią nazwisk. O 12
idę na dinghę. Pod namiotem chłodno, w słońcu gorąco. Wio­
słuję koło mangrowów. Poczucie siły i zdrowia. O 12 "Galuluwa i chleb od Micka. Uczę Gingera (klnę na czem świat
stoi) jak smażyć. Jem jajecznicę na smalcu. Wypoczywam
(nie czytam powieści). O 3=30 zaczynam robić genealogję
cenzusową. Przychodzi Toulu[wa] i naprzód N.G. , daję
mu tytoń. Pytam o przyjaciół. Śmierć Gilayviaka. Przycho­
dzą inni: Kalumwaywo , Muaiduili, Orjcapa. Ten ostatni ma
może najbardziej „ludzkie" maniery. W każdym razie ma nie­
zmiernie miły wyraz, piękne usta i urocze oczy i dużo skrom­
ności w wyrazie. Jest on the first gentleman of Kiriwina.
[pierwszym dżentelmenem Kiriwiny] - Toulu[wa] przycho­
dzi. Witamy się jak przyjaciele. On mówi o mnie i renomuje
mnie. Pomimo wszystko jest pewne residuum sympatyi. Stoi
nade mną z pół ironicznym i pobłażliwym uśmiechem pół deprecatoryi opowiada o moich exploits [wyczynach]. - Żart
o naszej kuli. - Potem w namiocie Dipapa, Kenoria. - Idę
sam ku Waweli. Duszno, ale jestem energiczny. Puszcza mnie
fascynuje. Siedzę, Gijowile; Kenoria ładna, świetnie zbudo­
wana. Pasja, aby ją „poklepać po brzuchu". Opanowuję to. Wieczorem znów wiosłuję. Idę spać wcześnie.
14

15

16

17

18

19

Niedziela 16.112.171
Rano śpię długo. Taparoro (b. krótki). Koło mojego na­
miotu Tomwaya Lakwabulo i paru innych drjani. Niezła in­
formacja o Poulo. Przed lunchem wiosłuję trochę. Po lunchu
o 2=ej cenzus wioski. Około 3=ciej b. zmęczony (nerwowo)
- ledwo się ruszam, jadę do Kiribwy (tomakapa [obcy] i yamatamlobwala). Mick b. podle, użala się; b. pesymistyczny.
Opuszczony domek; samotny stateczek - smutna książka od
E.R.M. Czytam kawałki Stevensona . Wracając wiosłuję.
Gadam z facetem of Poulo, planie mona tutaj naokoło. [??]
Wiosłuję energicznie. Czuję się nieźle. (Jem cudowną polę­
dwicę wieprzową w Kiribwa). Około 8=ej piję lemoniadę; idę
do Kwayutili. Bwogau rano. Siedzę, faceci mówią mi o Katoulu, Silami etc. Village policeman [wioskowy policjant] b.
dobry informant. - Idę do namiotu o 16=tej, myję głowę. Śpię
nieźle.
20

21

17/12/17
Wstaję o 6=30. Round naokoło [?] Siedzę i słucham wa­
lam i rozmawiam ze starym facetem w Walawi. Potem via
Okinai, Olouam (staram się kupić 2 lagimy ) do namiotu.
Przynoszą Vayoulo. Taszczą[?] Tomwaya Lakwabulo. - T L .
daje mi vocabulare [słownik] języka Tuma. B. ochrypły. Po­
tem Baloma [duchy zmarłych]. Potem Namwana Guyau wra­
ca. Jadę dinghą jak zwykle. Po lunchu taszczę żółte calico
[perkal] i gadam o Balomach. Robię małe Sagali, Navavile.
Czuję się fed up [znudzony] niggrami [czarnuchami] i pra­
cą. Idę sam przez raibuag. Woda. Czuję się silny i energicz­
ny. I waded through [szedłem w bród], ale błoto mnie zatrzy­
muje w drodze. Podczas spaceru fizyczny wysiłek mnie ab­
sorbuje i nie myślę dużo ani nie tęsknię. Tropiki zupełnie
straciły dla mnie charakter nadzwyczajnego istnienia: czuję
się l=st cl[ass] [pierwsza klasa] i nie mogę wierzyć, że bym
się gdziekolwiek mógł czuć lepiej. - Dinghy; czuję się tak
energiczny, że po powrocie do brzegu znowu wracam i wio­
słuję. Potem bananowy kompot (świeży wynalazek). Idę do
Navavile. Jestem śpiący i zmęczony. - W nocy burza, ale za­
sypiam znowu prędko. - Reumatyzm w kolanie znikł prawie
bez śladu. - Czasem czuję, że mam prawą nogę.
22

23

24

25

26

18/12/18.
Wstaję o 7=ej. Chłodny powiew - kładę extra gacie i ko­
szulę (t = 24,5°). Chalcedonowo niebieskie niebo z płatkami
róży herbacianej. To samo na morzu z zielonymi refleksami.
- Rano przeglądam parę stron tego dziennika i myślę
o E.R.M., P.&H. I Mim. Postanawiam: wprowadzić ład do
moich notatek i polepszyć system dotychczasowy. - Aha:
wczoraj podczas spaceru myślę o „przedmowie" do mojej
książki: Jan Kubary jako konkretny metodysta. MikłuhoMakłay jako nowy facet. Porównanie Maretta: early ethnogphers as prospectors [wcześni etnografowie jako poszuki­
wacze]. Myślę o moim obecnym stosunku do pracy et­
nograficznej] i do nativow [krajowców]. Moja uczuciowa
niechęć do nich. Tęsknota za cywilizacją. - Po śniadaniu
przeglądam dotychczasowe notatki, adnotuję i porządkuję.
Nie idzie mi to zbyt dobrze: tępota i lekkie otumanienie gło­
wy. Chwilami [?] down. Ideał P.J. Black (Greenwood go mał­
puje?) ze swoją kamienną powolnością i flegmą. O 12=tej właśnie kiedy słońce wschodzi, jadę łódką. Ból głowy, tępo­
ta, brak energii - mija pod wpływem exercise [ćwiczeń].
27

28

29

30

109

Mam myśli ogólne (spisane na verso [odwrocie]) o socjolo­
gii, Riversie i.t.p. Po lunchu (smażenie ryby - moje wyna­
lazki kulinarne) spisuję myśli ogólne, kolo 3=ciej idę do Tubwabiu i robię cenzus genealogiczny (nie zabawne!) - Potem
z policjantem do Lubwoile (sapi [plewienie]) - jestem zmę­
czony, ale idę szybko i czuję się lepiej. Potem łódką. Na środ­
ku, stopuję, słucham, szmery na dnie łódki - funk [strach].
Potem ciemność; myślę o N.S. i o liście, który muszę do niej
napisać. Ciemne chmury z brudno brązowymi refleksami,
deszcz płatami na morze, na Zachodzie pilapala [grzmot] wa­
li i kavikavila [błyskawica?] mruga. Smutek. Myślę o E.R.M.
- gdyby ona tu była? Czy byłbym wolny od tęsknot i melan­
cholii? Zmęczenie. Kładę się. Przychodzą facety. Kadilakula
i Nayowa i inni. Gadam o Poulo, Wasi, Gimwali [barter]
etc. Idę spać dość późno; piszę list do Billi; czytam parę l i ­
stów Stevensona.
31

32

19/12/17.
Wstaję o 7=ej. Wczoraj pod moskitierą brzydkie myśli:
Mrs. Hary Pitt; Mrs. Cummings, nawet Mrs. Wilson. [?]
w myśli te baby, które bym mógł był uwieść. Myślę, że gdy­
by nawet E.R.M. tu była, to by mnie to nie zadowolniło. My­
ślę brzydko o C[?] Roberts. Doktryna tego drjania [?], że wy­
świadcza się dobrodziejstwo kobiecie rozprawiczając ją. (So­
lomon Hirschband). Myślę nawet o uwiedzeniu Mimy. Otrzą­
sam się z tego i decyduję przedewszystkiem unikać biblji.
Dziś wstaję o 7=ej - gnuśność; leżę pod moskitierą i chciał­
bym wziąść książkę i czytać, zamiast pracować. Wstaję, idę
na round wioski. Śniadanie. Gimwali. - Postanawiam: abso­
lutnie unikać wszelkich lubieżnych myśli i osiągnąć czystość
duchową. - W pracy: zbyć się cenzusu; jeśli można dzisiaj. Popołudniu, koło 4=tej idę do Kaytabu, gdzie robię cenzus ze
staruszkiem z bródką. Monotonna, głupia robota, ale ko­
nieczna. Jestem wściekle zmęczony pod koniec i często od­
poczywam. Potem dinghą na lunch - crab z ogórkiem. Obe­
cne jadło: rano cacao; względnie dość urozmaicony i prawie
zawsze fresh food [świeże jedzenie]. Wieczór b. lekkie: kom­
pot z bananów, Momjajpu [papaja]; raz jadłem dość dużo ry­
by etc. i nie czułem się źle. Tendencja do konstypacyi [zapar­
cia] (jod czy arszenik?). Popołudniu (jedzenie craba zajmuje
mi 2 godziny!) o 3=ej cenzus w Obukubaku. Koło 5=tej ja,
młody facet z Kaytabu (Mwanusa) i Moruvato, idziemy do
Waweli. Nie czuję się zbyt bu[o]yant [pogodny]; boję się, że
mnie spacer zmęczy. Ale nie, przyszedłszy nad morze, okrzyk
radości: przeźroczysta woda z ciemno stalowym połyskiem
w dali i pasmo czarnych i białych [?] breakers [fal przybrzeż­
nych] - gaping black when they vault and then white with fo­
am - [rozwierające się czarno, gdy się wysklepiają, a potem
białe od piany] to daje jakiś ton radosnej odświętności, które­
go tu na lagunie nie ma. Gaj kokosowy wśród łagodnej zao­
krąglonej zieleni zatoki, która się piętrzy amfiteatralnie nad
piaskiem brzegu. Dalekie stretches [odcinki] brzegu ku Vakucie. Pandanusy i szeroko liściaste drzewa na brzegu. Jedzie­
my łódką. Myślę o E.R.M. i odczuwam mistyczny związek
między nią i tym widokiem, zwłaszcza czarno-białą linię ła­
miących się fal.) Raduję się na myśl, że tutaj będę mieszkał.
Szeroka ulica w Waweli. Konfrontacja z Kovala Koja. Idę po­
przez, wybieram site [miejsce] pod mój namiot - zaraz za
wioską pod palmami. Trzeba będzie babajva kawałek odyli
[buszu]. Dwa lub trzy opuszczone obukubaki. Smutny widok
33

110

tej podupadłej wioski. - Chałupka Kitawczyków. Naguajluwa, mieszkająca w chatce samotnej. W nocy, trochę zmęczo­
ny, ale nie wyczerpany, śpiewam Wagnera: „Całujże mnie
w dupę" ażeby odpędzić Mulukwausi [latające wiedźmy].
Staram się [?] moich towarzyszów, ale oni widocznie zdener­
wowani i droga też podła. Tomakapu nie czeka na nas, lecz
[?] wprost do wioski. Trick z odpędzeniem fireflies [świetli­
ki] (Fireflies wspaniałe w Rajbwagu). O mało co nie wysypu­
ję się do wody, kiedy black [czarny] mnie transportuje. Burza
nadciąga. Szumi deszcz i wiatr. Wspaniały płat, like a curta­
in [jak zasłona], zawieszony nad morzem, zbliża się. (Wczo­
raj wiosłując myślę o E.R.M. i naszych planach socjologicz­
nych; o tern, że jakbym nie miał prawa jej zatrzymać i że na­
sze role są przewrócone: ja - robię poświęcenie kobiety, ona
- mężczyzny, wystawiając się na niebezpieczeństwo). - Mia­
łem wczoraj, wracając z Wawelu, jakieś pomysły etnologiczne, i nie mogę sobie przypomnieć! *) Odnosiły się one do
ogólnego sosu teoretycznego], w którym pływają moje kon­
kretne obserwacje. - Koło 9=tej idę pod moskitierę i gadam
trochę z Niyową. Zasypiam z pewną trudnością.
34

Czwartek 20/12.Ц7]
Wstaję o 6=tej (budzę się o 5=30). Nie czuję się b. intenzywnie. Robię round wioski; Tomakapu objaśnia mnie co do
świętego gaju koło jego domu. Deszcz całą noc, błoto. Wszy­
scy w wiosce. Policeman przychodzi do mnie koło 9=tej, bio­
rę się do roboty z nim. Około 10=30 nie decyduję się iść na
poulo. - Ja zbieram się z nimi. Megwa [magia] w domku Yosala Gawa. Czuję znowuż rozkosz bycia z prawdziwymi Naturmenschen [ludźmi natury]. Jazda na morze. Mnóstwo obserwacyi i informacyi. Ogólny Stimmung [nastrój]. Styl,
w którym obserwuję tabu. Technologia polowania, której ty­
godnie badań by nie wyczerpały. Radość z otwartych hory­
zontów. Robię cruise around this part of the lagoon [wyciecz­
kę dookoła tej części laguny]. Aż do Kiribi, potem ku Buomapou. Bajeczne wrażenie ryb unoszących się w powietrzu
i wskakujących w sieci. Wiosłuję z nimi; zdejmuję koszulę
i mam rodzaj kąpieli słonecznej. Puntuję [płynę na pych]; po­
ciąga mnie woda, chciałbym się kąpać. Ale jakoś tego nie ro­
bię - dlaczego? Ten sam brak energii i inicjatywy, który mi
tyle złego zrobił. Potem to zaczyna mnie nużyć; głód. Urok
otwartych przestrzeni ustępuje przed pustką absolutną. Wra­
camy koło Kaytuvi i Kwabulo; [?] Katakajluve u ujścia Wai.
- Łódka od Billi z butami i Billicannami [menażkami z pu­
szek]. Wracam, jem lunch (o 3=ciej czy 4=tej). Potem około
5=tej idę do Tudagi, gdzie robię cenzus. Wracam, zachód pło­
nie ceglastym kolorem. Nativy [krajowcy] spostrzegają rybę
Tumadawa i 12 czy 13 łódek jedzie za nią w pościgu. Ja sta­
ram się dogonić ich, ale czuję się trochę zmęczony i składam
wiosła, myślę o N.S., o południowej Australii. Sfouth]
A[ustralia] jest dla mnie jedną z najbardziej uroczych części
świata. Intenzywne uczucia, które miałem teraz wracając
tam. N.S. i moja z nią miłość jest duszą tego raju. Teraz kie­
dy N.S. stracona, raj stracony. Nie chcę nigdy tam wrócić.
Myślę o tern i układam list do niej. Nie chcę stracić jej przy­
jaźni. - Niewątpliwie miłość do niej była jedną z najczyst­
szych, najbardziej romantycznych rzeczy w moim życiu.
*) Naturmythus, Naturkontakt d. Naturvolker [mit natury, kontakt
z naturą u ludów pierwotnych]

Przyjaźń dla niej? Gdyby była zdrowa i silna? Nie - jej spo­
sób brania życia byłby dla mnie niemożliwy. Całkiem nie­
możliwy. Gadalibyśmy do siebie jak z jednego pokoju do
drugiego. Niemniej żal. Gdybym mógł odwołać to wszystko
i nigdy nie być w posiadaniu jej duszy? Ta fatalna żądza do­
stania się aż na dno, bezwzględnego opanowania duchowego.
Niewątpliwie zawiniłem w stosunku do niej i bez serca po­
święciłem ją dla bardziej pewnego stosunku. - Wracam, czu­
ję się dość kiepsko. Piję herbatę tylko. Gadam trochę, ale bez
definitywnego celu. Lewatywa i sranie na plaży. Śpię nieźle.
Piątek 21/12.[17]
Budzę się późno o 7=ej. Sny, w których S[tanisław] I[gnacy] W[ifkiewicz] i stary Wfitkiewicz] zmieszani. Także judge
[sędzia] Herbert i inni. - Deszcz, wściekła sraczka koło gro­
bów. Postanawiam już więcej nie brać cathartic compound! Lenistwo: chciałbym przerwać monotonny bieg życia, „take
a day off' [wziąć dzień wolny] - to jest jedna z najfatalniejszych tendencyi! Całkiem przeciwnie: wykończę rutynowe
rzeczy: dziennik etnograficzny; przejrzę notatki cenzusowe
i wrażenia wczorajsze.
Dziś rano czułem się trochę podławo, ręce mi drętwieją
(zmęczenie serca); głowa omglona; osłabienie i „dno w stru­
mieniu żywotności". - Myślę o E.R.M. i o liście do niej. - Po
śniadaniu Tomwaja Lakwabulo i jego historyjki z tamtego
świata. Język Balomów. Kiedy go pytam, krótka pauza przed
odpowiedzią, a shifty look in his eyes [nie patrzy prosto
w oczy]. Przypomina mi trochę Sir Olivera Lodge. - Potem
spisuję moje wrażenia z wczorajszej ekspedycyi. Potem idę
do Walasi i robię cenzus. Sram znowuż. Jestem b. zmęczony
i po lunchu (ryby i taro) kładę się spać. Budzę się około 4=tej
b. zmęczony. Myślę o urywku z listów Stevensona, gdzie on
35

mówi o heroicznej walce z chorobą i wyczerpaniem. - Potem
łódką do Kuabulo. Pytam trochę [o] nazwiska drzew i laguny
i postanawiam zabrać się do systematycznego opracowania
języka i ułożenia vocabulary. Waya Kuabulo - cienista wąska
rzeczka między grupami mangrowów. - W Kuabulo - popo­
łudniowy, cienisty nastrój - chłodny urok na czarnej ziemi
i złoto-zielone połyski [?] Oglądam kwilę Inuvailauego.
Kupuję banany, momjajpy, jeden kamień. Wracamy. Intenzywny blask na zachodzie - złoto-brązowy, otoczony
mon[o]tonnym, płynnym ażurem na niebie i morzu. Planuję
rysunek chmur dla E.R.M. i różne inne rysunki dla niej oprócz sylwetek gór naszkicowanych na Itace. Jadę znowuż
sam - pustka księżycowej nocy na lagunie. Wiosłuję intenzywnie i myślę o? Wracam b. zmęczony. Piję herbatę i idę do
łóżka na czczo po rozmowie z Morowatym Karaiwapą, o ry­
bołóstwie i nazwach drzew etc.


Cały ten dzień tęsknota za cywilizacją. Myślę o przyjacio­
łach z Melbourne. Wieczorem na dyndze myśli przyjemne
i ambitne: będę niewątpliwie „wybitnym uczonym polskim".
To [tutaj] będzie moim ostatnim etnograficznym wybrykiem.
Potem oddam się konstruktywnej socjologii; metodologii
ekonomii politycznej etc. i w Polsce mogę zaspokoić moje
ambicje lepiej niż gdzieindziej. - Silny rozdźwięk między
snami o życiu cywilizowanem z jednej a dzikusami z drugiej
strony.
Postanawiam: wyeliminować czynniki (składniki) leni­
stwa i rozlazłości z mojego życia obecnego. Nie czytaj po­
wieści, o ile to nie jest konieczne. Staraj się nie zapominać
myśli twórczych.
Sobota 22/12.[17]
Budzę się b. późno (śpię mamie, 3 gr. kalomelu wieczo37

111

rem). Pod moskitierą myślę o stosunku historycznego point
of view [punktu widzenia] (uwypu[k]lenie przyczynowości
jako związku rzeczy nadzwyczajnych, osobliwych) do socjo­
logicznego (związek biegu normalnego, prawo socjologicz­
ne w znaczeniu praw fizyki i chemii. „Historycy" a la Rivers
= badanie geologii i „historyi" geologicznej, ignorując pra­
wa fizyki i chemii). Fizyka i chemia historyi i etnografii =
psychologia społeczna. Mechanizm i chemizm socjologicz­
ny = dusza indywidualna w stosunku do zbiorowych wytwo­
rów.
Rano idę spacerem ku Sopi [wodzie] i myślę o języku ja­
ko utworze zbiorowej psychologii. Jako „system of social
ideas" [systemie społecznych wyobrażeń]. Język jest wytwo­
rem objektywnym i jako taki odpowiada on instytucyi w rów­
naniu {wyobrażenie społeczne = instytucja + myśli indywi­
dualne}. Z drugiej strony język jest urządzeniem, naczyniem
myśli indywidualnych i jako taki jest pierwszym z brzegu,
gdy badam drugi składnik równania. Potem opracowuję
(głównie Morovaty, Yosala Gawa, Karawabu i Toyodaya).
Wyrażenia rybołóstwa i I overhaul [sprawdzam] szkic wypra­
wy, który napisałem spontanicznie. Rezultaty zadawalniające. Po lunchu śpię. Także przed lunchem. W ogóle czuję się
niezbyt tęgo, ale lepiej niż w Piątek. W Piątek miałem Stevensonowskie refleksje. W Sobotę (po wzięciu 10 gr. chininy,
3 gr. kalomelu i Epsom Salts rano) czuję się nieźle, ale trochę
wyczerpany. Około 4=tej decyduję się pojechać do Kiribwa;
angażuję Morowatego i Weironę; krótki cenzus w Oloulam,
o 5=tej jedziemy, ja wiosłuję a good deal [sporo]. Mick
znacznie lepiej; mówimy o jego zdrowiu, jemy przypaloną
zupę z kwabu. Słońce zachodzi w różnokolorowych szkarła­
tach i ochrach. Wracamy przy księżycu. Dyskusja geografii
laguny z Morovatym. Wiosłuję dużo i energicznie. Objadam

112

się bananami i ryżem. Jestem dość ociężały. Idę pod moskitierę. Lubieżne myśli - decyduję się opanować je. Ale [?]
zbyt daleko. Biblia. Śpię b. kiepsko. Zmęczenie serca i drę­
twieją ręce.
Niedziela 23/12.Ц7]
Ten dzień odkładam na pisanie listów Bożego Narodze­
nia. Rano sraczka. Potem wracam. Wprost do tentu. Czytam
trochę Stevensona. W łóżku, pod moskitierą piszę najłatwiej­
sze i najbłahsze listy Miss D[?], Bruno etc. Koło 12=tej ob­
serwuję robienie Saipwany w wiosce. Potem wracam, piszę
znów listy. B. zmęczony kładę się i drzemię. Budzę się zmę­
czony ale silniejszy. Drab z ogórkami. Potem chwilkę odpo­
czywam. Niggersy hałasują - wszyscy nic nie robią z powo­
du Niedzieli. Piszę do P.&H., zaczynam do E.R.M. Myślę
o liście do N.S. - Koło 6=tej na lagunę. Bajecznie przejrzy­
sty wieczór. Dzieci jadą i śpiewają na łódce. Jestem pełen tę­
sknot i myślę o Melbourne (?). Jakaś niepewność co do
E.R.M. Gdy uprzytamniam sobie co jej grozi - zimny pot
mnie oblewa. Myślę jak ona cierpiała, wyczekując wiadomo­
ści o C.E.M. - Chwilami tracę ją z oczu. Zmysłowo nie zdo­
łała mnie ujarzmić. - Jadę łódką aż pod Kajtuvi, wracam przy
księżycu. Gubię się w pustce, reverie [zaduma]; chmury, wo­
da. W ogóle wstręt do niggersów, do monotonii - poczucie
więzienia. Jutrzejszy spacer do Billi i pobyt w Gusawecie
niezbyt jako przyjemność. Wieczorem Kajaku; terminy lin­
gwistyczne - naokoło śpiewy (sprośna piosenka z Okajkody).
O 10=tej zasypiam szybko.
38

Poniedziałek 24.Г 12.17.1
Wstaję o 7=ej. Idę wokoło wioski. Kumajdona tomuota
bilousi wapoulo [wszyscy poszli łowić ryby]. Trochę mnie to
irytuje. Kilesi Imkuba ivita vatusi Saipwana. Postanawiam

zdjąć fotografie. Grzebię się z kamerą. Około 10=tej psuję ją,
psuję jedną rolkę. Wściekłość i mortyfikacja [wstyd]. Up aga­
inst fate [stawiam czoło przeciwnościom losu]. After all it
will probably do its work [w końcu chyba zrobi co do niego
należy]. - Zdejmuję baby. Wracam wściekle speszony. Pomi­
mo to piszę do E.R.M. Nadzieja listu od niej. Stopniowo wra­
ca jej obecność - zaczynam się „czuć ją" znowu. Wizja prze­
szłości. Lunch (jestem wciąż speszony i wydaję moje rozka­
zy Gingerowi płaczliwym głosem). Potem znowuż piszę z pewnym wysiłkiem, ale czuję że muszę jej powiedzieć du­
żo rzeczy. O 4=30 Wilkes i Izod zjawiają się na horyzoncie.
Jestem stanowczo niezadowolony i są mi w drodze. In fact
[rzeczywiście], psują mi urok i poezję spaceru popołudnio­
wego. Pokazuję im kwilę Inuvailausa w Kuabulo. - Fatalne
to, że nie umiem się wyizolować kompletnie z atmosfery
stworzonej przez foreign bodies [obce ciała]: ich obecność
deprecjuje dla mnie wartość naukową i osobistą przyjemność
tego spaceru; widzę i odczuwam całą nieefektywność kiriwińskich wiosek i patrzę na nie ich oczami (zdolność tego
jest miła) ale zapominam patrzyć moimi własnymi. - Rozmo­
wa: krytyka Governmentu, zwłaszcza Murraya. Poetyczna ja­
zda między mangrowami zepsuta rozmową: Wilkes lubi opo­
wiadać swoje historje. Tępy egoista pod powłoką pewnej
ogłady. Izod całkiem sympatyczny. - Priest [ksiądz] jeszcze
nie przyjechał - pewno pije z Auerbachami. Rozmowa
z Billem o fotografiach, butelka whiskey. - Mick opowiada
39

0 swoich countrymanach [rodakach]. Idę spać o 10=tej. My­
śli intenzywne i głęboko uczuciowe (zmysłowość najfajniej­
szego typu) o E.R.M. Czuję, że chciałbym ja mieć za żonę
1 że myśl o zmysłowości z innymi kobietami ma quelque cho­
se de funeste [coś zgubnego] w sobie. Myślę o naszych chwi­
lach przeszłych i jak nigdy nie osiągiem tej prawdziwej war­
tości, którą sam fakt posiadania Jej mi dać musi. Tęsknię za
nią - mieć ją znowu przy sobie. Wizja jej z rozpuszczonymi
włosami. Intenzywna tęsknota idzie zawsze ku ostatecznościom? Być może tylko pod moskitierą. - W nocy budzę się
i obłażą mnie myśli lubieżne of all the people imaginable
[o wszystkich jakich można sobie wyobrazić], o żonie moje­
go gospodarza! To musi ustać! Żebym ja nie był w stanie być
absolutnie pewnym, że nie uwiodę żony przyjaciela, żeby po
takim silnym przypływie tęsknoty za E.R.M., to mogło się
przytrafić c'est un peu trop [to trochę za dużo]! Muszę to
zmienić, absolutnie. - Wczoraj w dzień czuję się nieźle. - Za­
pominam zupełnie o wilii Bożego Narodzenia. Ale właśnie
teraz, właśnie dziś rano, kiedy nie spałem, Mamusia tam my­
ślała o mnie i tęskniła za mną. O Boże, Boże, jakież marne
jest życie w ciągłym rozdźwięku etycznym. Ten brak myśli
głębszych o Mamie, o Stasiu, o kraju i tern co oni wszyscy
cierpią i co Polska cierpi - jest czemś wstrętnem.
Wtorek 25.П2.171
Wyłażę spod moskitiery przed wschodem słońca. Billi,
kąpiel, rozmowa o Ted; Ted idzie do Gilmoura i mówi mu:
,J have the clap" [Mam trypra], „What is clap?" [co to tryper], „Bloody pocks" [chlerne krosty] Gilmour nie daje mu
lekarstwa. - Ted przepija „80 funtów" pożyczonych Georgowi przez Murphy'ego i łże Georgowi, że mu to odda. - Ted
ma [?] krosty na kutasie. Bill pyta gdzie „on the bloody cock"
[na cholernym członku]. - Po śniadaniu idę pod drzewo i pi­
szę list do E.R.M. Ogisa odpędza muchy. Czuję się niezmier­
40

nie bardziej zbliżony do niej. List idzie mi łatwiej. Zupełnie
inne uczucia. Potem piszę pod domem. Lunch z Mickiem.
Bałwany wracają z Billem. Koło 3=ciej znów wracam do l i ­
stu. O 5=tej ubieram się i idę via Tukwaukwa ku Olivilevi.
Czuję się nieźle ale pocę się porządnie. Obiad. Jazda dinghą
z Gingerem i Gumerau. Ten ostatni daje mi świetne informa­
cje o Bwaga [czarowniku] i Taukuripokapoka. - Gwałtow­
na niechęć do słuchania go. Cudowne jego informacje poprostu odrzucam wewnętrznie. Pokonanie tego jest główną trud­
nością etnograficzną! Piję claret. Gadamy z Billi & Priest,
który vocyferuje [wykrzykuje] przeciw swemu bossowi. Idę
pod moskitierę i wracam myślą do E.R.M.
41

26.12.[17]
Rano scramble [rzucam się] na łeb na szyję z listami.
Trudność w pisaniu do N.S. Listy oficjalne o przedłużenie
urlopu. - Potem rozmowa z Wilksem, który reweluje [ujaw­
nia] się jako kurwiarz kobiet kolorowych i bez sense of hu­
mour [poczucia humoru] mówi, że niektóre dystrykty Nigerii
są „very bad" [bardzo złe]: jego uznanie dla Conrada mnie
trochę [?].[?] odjeżdża, pół godziny przeglądam war pictures
[wojenne zdjęcia], a potem biorę się do przeglądu moich rze­
czy. Rozpakowuję foodstuff [żywność] i klasyfikuję je z Gin­
gerem. To pozwoli mi zorjentować się co i jak powinienem
jeść itp. - Potem jadę dinghą na creek [zatoczkę], z imieniem
E.R.M. Jestem b. energiczny i czuję się zdrowo (odpocząłem
nerwowo - moja praca etnograficzna jest ciężka). Wieczorem
gadamy z Billem o perłach. - Opowiada mi o targach między
Stonem i Grekami. O Verebelim, który był obrażony na nie­
go, za to że George Auerbach dowiedział się o tern, że V. ca­
me up 100 £ on his original price [podniósł о 100 funtów swą
początkową cenę].
27.12.Ц7.]
Wstaję dość późno. Mam plany o przeglądzie moich pa­
pierów i zabraniu się do roboty. Ale pakowanie zabiera mi du­
żo czasu. Po lunchu znowuż się grzebię w moich rzeczach.
Koło 4=tej jedziemy z Billim do Mission Station. Tam Tay­
lor, młody, przystojny, sympatyczny; Brudo b. uprzejmy
i przyjacielski. Wracam z Billem. Przygnębiające wrażenie
w Losui: podłe drjanie i życie ich i funkcje są wstrętne. Poprostu otrząsam się na myśl, jak życie przedstawia się z ich
perspektywy. Campbell, Symons. [?] głupie i nieprzyjemne
żarty o mojej Austrian nationality [austriackiej przynależno­
ści państwowej]. - Obrzydliwe i przygnębiające wrażenie: te
drjanie mają takie [?] opportunities [możliwości] - morze,
statki, jungle, władzę nad krajowcami - i nic z tego nie robią!
- Kolacja z Billem. List lizodupski do Symonsa. O 8=30 idę
do Oburaku. Czuję się z początku out of sorts [niedyspono­
wany] i gdyby nie przekonanie, że a la fin des fins [koniec
końców] spacer zrobi mi dobrze, mój nerwowy stan prawdo­
podobnie wywołałby wyczerpanie. Między Olivilevi i Vilailima jestem b. energiczny; potem trochę podmęczony ale nie
tak bardzo. Jazda po płytkiej lagunie. Zabawny facet z Sajzaja taszczy mnie. Ciemna, obnażona ziemia z korzeniami mangrowów, jakby sekcja roślinności. Ryby skaczą cały czas.
Myśli, uczucia i nastroje: silny brak zainteresowania w etno­
logii. Podczas pakowania i rannego włóczenia się z kąta w kąt
w Gusawecie, stała tęsknota za E.R.M. ([?] wieczora poprze­
dniego kiedy patrzę na jej fotografje). Cały czas silne poczu-

113

cie jej istotności: jest moją żoną de facto i powinienem o niej
tak myśleć. - Co do etnologii: wizje życia krajowców jako
coś absolutnie nieinteresującego, nieistotnego. Coś co jest tak
dalekie jak życie psa. Podczas spaceru „biorę na ambit". My­
ślę o celu mego istnienia tutaj. O konieczności zebrania dużo
dokumentów. Mam ogólne wyobrażenie o ich życiu i pewną
znajomość języka, ale jeżeli teraz potrafię „zdokumentować"
to, to będę miał świetny materjał. - Zamknąć się w ambicyi
i celowości pracy. Zorganizować lingwistykę i kolekcje doku­
mentów, wprowadzić udoskonaloną metodę badań kobiet
i guguadi [dzieci] i system badania „wyobrażeń społecz­
nych". - Silny popęd duchowy: przeglądam moje książki, za­
bieram Riversa, niemieckie książki, poezje; poza pracą pro­
wadzić życie umysłowe i żyć w samotności, a E.R.M. jako
companion [towarzyszka]. - Tak intenzywnie i wyraźnie
uzmysławiam sobie szczęście, że ją posiadam, że strach polikratyczny mnie ogarnia, że coś tak doskonałego mogło się
zdarzyć. - Niemniej jednak teraz, w świadomości, że ona
mnie kocha, że o mnie myśli, że wszystko co dla niej czuję
i myślę nie idzie w pustkę - jestem szczęśliwy.
28.12.[17]
Po przyjeździe do namiotu; o 12=30 znajduję Ogisę, Tomakapu i boje śpią. Ginger ściele łóżko, piję 2 bwajbwaje,
zmęczony idę spać. Śpię b. długo do 10=30. Wstaję. Silna tę­
sknota za E.R.M. - czytam jej listy. Dezorganizacja w pracy.
Nie mam ochoty się zabrać do niczego. Postanawiam przejrzyć cenzus; i wydobyć lingwistykę. Poświęcić * godziny
dziennie językowi. - Kończę wszystkie preliminarja o 12=30.
Przeglądam i porządkuję v[illage] cenzus (b. podle). Jem
lunch. Czytam Swinburne'a (restlessness [niepokój]). Po­
tem znowu v.c. (czuję się słaby i wyczerpany i mózg nie pra­
cuje porządnie). Potem dezorganizacja: biorę Swinburne'a,
Vilette. Piszę list do E.R.M. Ciężka tęsknota. (Wściekłość na
42

41

114

Gingera) Silne poczucie istotności mojego stosunku do
E.R.M. Jazda dinghą. Myślę mało, ale staram się steel my
thoughts for work [zahartować moje myśli do pracy]. Wra­
cam. Po kolacyi Gomerau i Ginger. - Ocena tego dnia: nie­
wątpliwie jestem przemęczony poprzednim spacerem. Leni­
stwo i rozlazłość. Brak sił na dindze. Zmęczenie oczu wie­
czorem. - Nagle przerwanie palenia i lekiego alkoholizowa­
nia się. - Stany Weltschmertzu [melancholii], ale z określonem koncentrowaniem się na E.R.M. Poza brakiem wydajno­
ści, nie mam sobie nic do zarzucenia.
29.12.Ц7]
Śpię do 9=tej. Oczy zmęczone (pole widzenia jak sitko).
Wstaję zaraz. Dzień szary, chłodny; niebo i morze diluted
Sax[on] blue [wyblakły błękit]. Zapuszczam krople w oczy.
Tendencja do myślenia o E.R.M. Chciałbym znów pisać do
niej, czytać jej listy. Gomerau czeka - zabieram się z nim do
pracy. Rano długa sesja. Toyodala opowiada Liliu [mit]. Po
południu znowuż, koło 5=tej ja i Gomerau jedziemy do Kiribi. Dużo wiosłuję. Billi, Mick i „Kaiona" jedzie następnego
dnia. Piszę listy do E.R.M. - do Smitha, Mrs. Gofton
i Aumiillera. - Jestem zmęczony (oczy i nerwy) i idę spać.
- Jestem b. z E.R.M. przez cały ten czas; myślę wciąż o niej.
Mam plany myślowe [?] dzielę z nią. Myślę o niej z czuło­
ścią, głęboką przyjaźnią i namiętnością.
44

30.12.Ц7.]
Rano wstaję o 6=tej z brzaskiem dnia (wziąłem kalomel
dnia poprzedniego) i kończę list do E.R.M. (czytam jej listy
z całkiem innem uczuciem, znacznie intenzywniej niż po­
przednio) i o 9=ej wyprawiam Gingera (jednonogi Medó'u funkuje [tchórzy przed] Samarai). Opracowuję spisaną
poprzedniego dnia liliu (dzień deszczowy). Po lunchu jadę
na poulo, fotografuję; potem creekiem do Kaituvi - mangro-

wy; wrażenie czegoś niezmiernie pogodnego i wesołego
{Kontrast: mangrowy podczas odpływu jako istota potwor­
ności; życie na bagnie - mangrowy podczas przypływu:
uśmiechające się życiu) Wieczorem idę do Yosala Gawa.
Rozmawiam o kula, o Kudayuri (stary brat opowiada liliu).
- Opowiadanie robi mnie b. śpiącym. Wracam (irytacja głu­
potą Ogisa). Pod moskitierą myślę o E.R.M. czule i namięt­
nie.
45

31.12.17.
Ostatni dzień roku. - Roku, który być może będzie nie­
zmiernie ważnym w moim życiu, jeżeli E.R.M. zostanie mo­
ją żoną. Rano pod moskitierą myślę niezmiernie intenzywnie
0 E.R.M. - Koło 8 ' wszyscy wyjeżdżają na poulo. Idę nao­
koło wioski, zbieram informantów. B. kiepski komplet (Narubutau, Niyova, Taburabu, Bobau) ci dwaj ostatni staruszko­
wie jeszcze względnie najlepsi. - Rozpacz i niecierpliwość.
Ale przemagam się i przepiłowuję. Po lunchu - koło l=ej
wszyscy wracają - Yosala Gawa i Toyodala. Spisuję megwę
nienajgorzej i zaczynam tłomaczyć. O 5=tej zmęczenie. Ro­
bię trochę lingwistyki. Zbiera mnie gwałtowna tęsknota za
E.R.M. - Ostatni dzień 1917. Morze lekko wzruszone, taje­
mniczy [?] światło i cień mieszają się w nieustannym biegu,
znikają i przychodzą. Nad tern niebo [?] pogodne; na hory­
zoncie między pasiastymi chmurami złoty blask zachodu; na
tern wsunięty między morzem i niebem, aż do połowy [?]
czarny pas mangrowów. Z początku myślę o Baldwinie
46

1 przygotowuję retaliację [zemstę] ([?] zbiory i wypomnę mu
objetnicę niedotrzymaną). Potem [?] i myślę o E.R.M. „Co
ona robi?" - a jeżeli - jej nie ma? Straszne uczucie. Myślę
o niej i o C.E.M. O wojnie. - Także mam myśli konstrukcyj­
ne, gramatyczne. Wracam, Navavile daje mi megwę (b. by­
czo). Piszę list do E.R.M. Intenzywność myśli i messages
[wiadomości] niknie w świetle białego papieru. Laguna spo­
kojna jak zwierciadło, zalana światłem wschodzącego księ­
życa. Palmy schylone nad wodą. - Czuję się znowuż dobrze
fizycznie i tropiki mi wcale nie dokuczają. Tęsknię za E.R.M.
raczej niż za cywilizacją.
1.1.18.
Budzę się o 7=ej. Powietrze czyste z lekkim zabarwie­
niem, które nadaje ciepły różowawy ton [?]. Mangrowy wy­
raźne z puszystymi pękami zieleni i płaciastymi cieniami.
Budzą mnie krzyki nativow, którzy idą na [?] do Oiabia [Metodystyczna misja koło Losuya]. Wstaję, myślę o Nowym
Roku - pewne ściśnienie serca, cyfra 17 symbol obrazy ży­
cia, symbol sztywnego wcinania nieubłaganego następstwa
liczb w treść życia. Myślę o E.R.M. Piszę dziennik. Mam
istotne myśli o pisaniu dziennika i pogłębianiu życia. Idę srać
nad morze między mangrowy. - Myśli o historycznej warto­
ści dziennika (vide verso). Skupiam się, w ogóle czuję się by­
czo. - Zabieram się do lingwistyki z niezłem powodzeniem.
Potem Balomy. Zmęczony, o £ do l=szej ' godziny lekkiej
drzemki. Potem superintenduję [nadzoruję] smażenie kotletu
(damned hard [cholernie twardy]), potem przychodzę i pod
[?] znowuż kajaku i rozmowa o Balomach. O 5=ej bum off
[wstaję], golę się, zbieram rzeczy i wiosłuję do Billa. Gwia­
zdy się jarzą (z początku zachód płonie) - wiosłuję intenzyw­
nie i myślę o lingwistyce. Także o gwiazdach i gwiazdom
mówię o E.R.M. - Billi, herbata. Opowiadam mi o Oiabii,

Brudo z żoną i dziećmi, Thursday Islanders, którzy tańczą
potem. - Mówi mi jak Geo Auerbach chce podkupić Harrisona i wziąść jego trading site [teren handlowy] w Vakucie.
Mówi o .jumping a claim on the gold fields" [przywłaszczyć
sobie prawo do czyjejś działki złotonośnej] & „tin-drumming" - Potem ja pompuję go co do materjału etnograficzne­
go: o miesiączce, o poczęciu, o porodzie. Potem siedzimy
chwilę w pokoju, i idę spać o 12=tej. Mick kaszle potwornie,
potem dziecko buczy. - Noc podła.
2.1.18.
Pomimo to czuję się nieźle. Wyłażę o 7=ej z pod tajnamu
[moskitiery]; typowy Stimmung domku Billa. Idę do smali
house'u. Piję morning tea [poranną herbatę] na stole, na
którym dzieci Billa zrobili potworny mess [bałagan]. Potem
zabieram się do fotografji. Faceci z Omarakany. Ja i Bill
idziemy na Wasi do Teyawy. Wracamy, lunch; potem znowuż
zdejmuję 6 film. Pomimo upału (świat jarzy się zielenią i błę­
kitem w słońcu) jestem całkiem energiczny i po powrocie
(gdybym miał czas) zabrałbym się do języka, chwytam się
energicznie, jakkolwiek z niezbyt dobrym rezultatem (!) oko­
ło moich fotografii. Po kolacyi zbieram muszelki (injekcja
Streptokoków); jem zbyt dużo pomimo to wiosłuję całą dro­
gę i przyjeżdżam tu w godzinę i * . Herbata z kroplą brandy,
rozmowa z kilku dzikusami - koło ll=tej. Myślą do E.R.M.
się przenoszę.
Obserwacje wewnętrzne: konstatuję raz jeszcze moją materialistyczną zmysłowość: chuć, z jaką odnoszę się do owej
butelki ginger beer [napój imbirowy], która jest pozytywną
pokusą; skrytna gorliwość z jaką przynoszę sobie butelkę
brandy, a jak wyczekuję owych butelek z Samarai, ostatecz­
nie poddaję się pokusie tytoniu. W tern nie ma nic złego.
Zmysłowe używanie świata jest tylko niższym stopniem arty­
stycznego używania. Chodzi o to tylko, ażeby jasno sobie
z tego zdać sprawę i żeby to nie właziło w rzeczy istotne.
(Przypomnij jak sobie lubiłeś dogadzać u Khunerów). Z dru­
giej strony, jestem w stanie żyć prawie że ascetycznie. Naj­
ważniejszą rzeczą jest, ażeby to does not matter [było bez
znaczenia].
3.1.18.
Rano ten sam Stimmung na lagunie. Błękit zmieszany
z ciepłym różowym tonem, małe fioletowe chmurki. Laguna
gładka, na tyle tylko zmarszczona, że odbite chmury mienią
się i żyją. - Pod moskiterą zazwyczaj skupiam się i gotuję do
pracy, [?] moją robotę, staram się pogłębić dziennik. Robię to
prawie że codzień. Ale, jak dotąd dziennik nie jest jeszcze
zbyt pogłębiony! - O 7=ej wyłażę z pod moskitiery. Dzien­
nik, śniadanie, przeglądam papiery. T L . [Tomwaya Lakwabula] koło mojego tentu. O 10=tej biorę się do pracy (Balo­
my, reinkarnacja, koncepcja). Około 12=30 b. zmęczony, kła­
dę się, drzemka. O 1=30 wstaję, superintenduję bulukwę,
która jest b. smaczna, jem takową. O 3=ciej zabieram się do
roboty (ale jestem zmęczony i ociężały). O 4=tej [?] preliminarja kuli i próbki (echantilions [próbki]) Mwasili. O 5=tej
b. zmęczony (dno świadomości, fluid duchowy dried up [wy­
sechł]), kładę się, Tiresias Swinburne'a. Piszę do E.R.M.
- O 6=tej jadę dinghą. Rozbieram do paska rupturycznego.
Fragment kojarzeń: myślę o małżeństwie z E.R.M. B[aldwin]
Sp[encer] [?] dla niej - czy zerwie z nią? Lady Sp. jaką przyj47

115

mie postawę? Oburzenie na myśl o jej ,,anty-Aust[riacko]Polskiej" attitudzie [postawie] - Wyobrażam sobie mój dys­
kurs, wykazujący podłość tego. I screw myself up to a pitch
of indignation [zbieram się na odwagę wyrażenia oburzenia].
- Potem uświadamiam sobie, że ona dba tylko o public opi­
nion [opinię publiczną]. „Wahn, alles Wahn" [złudzenie,
wszystko złudzenie]. Myślę o R. Wagner[?] czy on teraz był­
by gwałtownym anglofobem? - Przychodzi mi do ucha melodja taneczna rosyjska: wizja Julitki i Olgi w E. Malvern Stu­
dio. Tęsknię za tem co było. Myślę o Ivanowych. - Potem
gwiazdy wychodzą. Orjentuję się w konstelacjach. Przez
chwilę problem: jak dalece ja żyję w „mroku gwiazd" - jak
Tirezjas Swinburne'a? E.R.M. jest wciąż ze mną. Myślę dłu­
go o planowanej wycieczce łódką. - Postanawiam nabić ka­
merę: zrobić fotografje i układam które zrobić. [ I zapominam
zabrać kamerę!} - Wieczorem od 8=ej piję herbatę. Potem
kajakuję i gadam różności. Od 10=30 - 11 piszę do E.R.M.
Potem myślę o niej pod moskitierą: czy będę jeszcze w Ca­
irns szedł na paradzie? Czy zobaczę jeszcze E.R.M. - Death,
the blear-eyed visitor, I am ready to meet [śmierć, gość o za­
mglonych oczach, którego jestem gotów spotkać]. - Aha, na
dindze silne poczucie pragnienia, że chciałbym mieć rodzinę,
ożenić się z E.R.M., osiąść.
4.1.18.
Budzę się jak zwykle i wyłażę o 7=ej z pod tajnamu. Znowuż gładka woda, chmurki - cienkie fioletowawe kumulusy
na niebosklepie i białe [?] na nieboskłonie. Silny powiew Rualiminy, deszcz - morze szklisto zielone, trochę brudnawe.
Potem mangrowy świeżą matową zieleń poprzez rzednący
deszcz, tęcza i znów słońce i pogoda i białe chmurki na nie­
116

bie i na wodzie. - Muszę napowrót podjąć dziennik etnogra­
ficzny. - Zabieram się do roboty o 9=tej ale b. prędko zmę­
czenie. Pracuję z marnymi informatorami i overhaulujac mo­
je informacje z pomocą paru drjani. Bobau niezły informant,
after all [mimo wszystko]. O ll=tej przestaję wyczerpany
i piszę list do E.R.M. (paskudny deszcz, składam papiery) ja­
dę łódką - ale bez energji i bez „punchu" [krzepy]. - Wra­
cam. Jem taro. Koło 3=ciej znów do roboty. Tababayila b.
marny jako habitan[t] informant [miejscowy informator]. Potem piszę znowuż do E.R.M., łódka. Marne, powierzchow­
ne kojarzenia: myślę o Józku Kościelskim i jak bym go opi­
sał: syn członka Herrenhausu [pruskiej Izby Panów] i przyja­
ciela Kaisera; wnuk Blocha - pamiętam rozmowę z nim
w Berlinie (poznałem tych facetów: Morsztyn, Kościelski przez Jana Włodka). Potem myślę o Weyssenhofce i o tem
czy imponowałbym jej teraz. Myślę o imaginarnym spotka­
niu z Polkami i Polakami. Małżeństwo z E.R.M. odsunęłoby
mnie od Polskości. To mnie peszy być może więcej niż cokol­
wiek innego w myśli o małżeństwie z nią. - A ją? Potem pa­
trzę na morze i niebo i tęsknotą wracam do E.R.M. Żal na
myśl, że jej może nigdy nie zobaczę. Wracam. Kolacja, czy­
tam T[ess] o[f the] d'U[rbervilles], w której zaczynam coś
znajdować. Motyw fałszywego płciowego przywłaszczenia b.
silny, ale treatment [sposób potraktowania]? - Krótka rozmo­
wa z nativami bez wielkiego rezultatu. - Pod tajnamem my­
ślę o E.R.M. Pożądam ją b. głęboko i intenzywnie. Myśli nie
zbaczają w żaden impas lubieżności. - Przed wyjazdem sma­
ruję ręce wazeliną. Ta nikczemna asocjacja budzi we mnie tę­
sknotę zmysłową, głęboką, sentymentalną - Myślę o powro­
cie: zielony żar naszego spojrzenia. Bezwzględna wartość jej
ciała.
48

49

50

51

52

5.1.18.
Dzień wilgotny, deszczowy i gromowy. Rano niebo i lagu­
na bleu electrique [niebieskie elektrycznie]. O 10=tej biorę
się do roboty. Tokajbalisa kończy swoje liliu; I slacken [zwal­
niam] kolo 10=tej; jem betel nut, potem jadę dinghą koło £ do
l=szej (czuję konieczność exercise). Po lunchu zabieram się
prędko do roboty z Yosala Gawa i 2 godziny tłomaczenia je­
go megwy, „do for me" [zrób dla mnie]. Około 4 " zbieram
się i idę do water hole [dołu na wodę], szybko, biegnę przez
4 minuty atletycznie. O 6=tej wracam i jadę aż ku Buoimapou, wracam. Po kolacyi, Navavile mówi o Kum', spisuję tra­
dycje, tak jak ja słyszę od niego. Piszę parę słów do E.R.M.
Pod moskitierą zasypiam prędko.
Głębszy nurt życia. Rano zabieram się do pracy, a także
obrabiam dziennik etc. bez potrzeby specjalnego montowania
się. Idzie mi to do pewnego stopnia, as a matter of course [zu­
pełnie naturalnie]. Praca sama nie idzie mi świetnie. Być mo­
że fizycznie nie jestem A = l (miałem pewną depresję we
Czwartek). Najważniejszą rzeczą byłoby wyeliminować ele­
ments of worry out of my work [elementy niepokoju z mojej
pracy]. Mieć poczucie of the ultimate mastery of things [cał­
kowitej biegłości]. Przy spisywaniu informacyi mam: 1° pe­
dantyczne poczucie, żeby odrobić a certain measure [pewną
miarę], (3 page [strony], 2 hours [godziny], fill out a blank
space in Chap.X or Y [uzupełnić puste miejsce w rozdz.
X czy Y]), 2° Zbyt duża chęć przeskoczenia, tam gdzie możnaby podleść.

Pod koniec pracy wyłażą tęsknoty i wizje: wczoraj nagle
zobaczyłem Zach. koniec Albert Street, tam gdzie przechodzę
szeroki bulwar ażeby zejść do Lonsdale St[reet]. Tęsknota za
E.R.M. follows [następuje]. - Na spacerze do Sopi, czuję po­
trzebę ucieknięcia od niggers, ale o czem myślę nie pamię­
tam. - Na łódce: poczucie Joan Weigall; tęsknota za „ubrany­
mi" wytwornymi kobietami. E.R.M. chwilowo zaćmiona. Przez chwilę myślę z szaloną tęsknotą za powrotem South
[na południe]. Jak bym się czuł, gdyby z jakiegokolwiek po­
wodu E.R.M. nie wyczekiwała na mnie tam? Po prostu nie
mogę o tym myśleć. Mieszanina kojarzeń: przyszłość
z E.R.M. - w Melb[ourne] w Polsce? Myślę o Mollie i że
mógłbym napisać do niej list Nowo Roczny! Niewątpliwie
ona będzie miała jeszcze do czynienia ze mną. Charaktery­
styczne, że ja więcej myślę o ludziach wrogich niż o przyja­
ciołach. I takich których by trzeba przekonywać, gwałtem
ujarzmiać (Joan, Lady Sp., Baldy, Molly), nie o Khunerach,
Mim, Peckach, Stirlingach.
Dziś rano (6.1.18) myślę, że pisanie dziennika i tendencja
kontrolowania życia i myśli w każdej chwili, umieć dążyć do
normalizowania życia, do integrowania myśli, do unikania
siekania tematów. - Takie refleksje stałe, jak np. ta o wrogach
etc. - Powrót z Boymapou, cudne [?], ryby iluminowane. Pa­
trzę na Venus i myślę o E.R.M. i o pracy; układam i planuję
atak na dokumenty etc.
Transkrypcja i opracowanie Grażyna

Kubica-Heller

PRZYPISY
1

Patrz przypisy w poprzednim odcinku.
J.w.
' Dingi lub dinghy - mała jednomasztowa łódź żaglowa.
Bwayma - trobriandzki spichrz czasami dodatkowo wyposażony
w platformę i miejsce do siedzenia. „Każdy, kto odwiedzi Wyspy Trobrianda, będzie pod wrażeniem znaczącego miejsca, jakie zajmuje bwa­
yma: budynek wyższy i bardziej okazały niż dom mieszkalny, bogaciej
ozdobiony, staranniej naprawiany, otoczony większą liczbą tabu i reguł
postępowania", B. Malinowski, Ogrody koralowe i ich magia, w: Dzieła,
t. 4, cz. 2, s. 335.
2

4

s

Baku - duża, otwarta przestrzeń w s'rodku trobriandzkich wiosek,
otoczona pierścieniem chat poprzedzonych spichrzami; na baku stały do­
my wodza, a reszta służyła za miejsce do tańców, a dawniej także jako
cmentarz.
Pwata'i - duży zbiornik na żywność w kształcie pryzmy, służący do
przechowywania mniejszych kuvi (dużego yamu), orzeszków betelowych i trzciny cukrowej.
Ta dziwna pisownia słowa drań jest spowodowana prawdopodobnie
tym, że jest to słowo w polszczyźnie w tym znaczeniu stosunkowo nowe.
U Lindego nie ma go jeszcze wcale. Zaś w słowniku J. Karłowicza, A.
Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego (Warszawa 1898) znajdujemy nastę­
pujące jego znaczenia: „Drań [Drańć, Drańcie, Drańdź, Dreń, Draństwo,
Dreństwo], 1. (o rzeczach) lichota, gałgaristwo, plugastwo, zły towar, sta­
ry sprzęt, grat, łach, gałgan. 2. (o ludziach) gałgan, nicpoń, rozpustnik,
leniuch, próżniak, hultaj, podlec, nikczemnik, dureń, głupiec, ukr. dran,
brs. dreń, ros. drjań" Malinowski używa zatem słowa „drań" w wersji ro­
syjskiej. Niewykluczone, że to właśnie z tego języka weszło ono do pol­
szczyzny.
6

7

8

Inicjały Niny Stirling, córki Sir Edwarda Stirlinga, profesora uni­
wersytetu w Adelajdzie, który pomógł Malinowskiemu w wydaniu jego
pierwszej monografii nowogwinejskiej The Natives of Mailu. Podczas
kilkutygodniowego pobytu w Adelajdzie Malinowski zakochał się
w pięknej córce profesora Stirlinga i się jej oświadczył. Mimo swego

związku z Elsie Masson nie zerwał zaręczyn z Niną Stirling, z czego wy­
nikł poważny skandal. Patrz H. Wayne-Malinowska, Wpływ kobiet na ży­
cie i dzieło Bronisława Malinowskiego, „Konteksty" 236-7.
Patrz przypisy w poprzednim odcinku.
J.w.
J.w.
Bulukwa Miki - europejski gatunek świni, znany jako świnia Mic­
ka, rozpowszechniona na Wyspach Trobrianda przez Micka George'a,
greckiego kupca. Świnie te mają wielką wartość, można było za nie do­
stać od 5 do 10 lokalnych świń.
Tauwa'u - złe, antropomorficzne stworzenia przybywające z wysp
południowych i wywołujące choroby.
Kala koulo kwaiwa'u - żałoba praktykowana przez rodzinę osiero­
conego (np. brata wdowy, w czasie okresu żałoby brat nie wymienia
imienia zmarłego ani wdowy po nim).
Patrz przypisy do poprzedniego odcinka.
Inicjały Namwana Guya'u - najstarszego syna To'uluwy, jego ulu­
bieńca i wiodącej postaci w Omarakanie. Mimo że został wygnany do in­
nej wsi, często odwiedzał ojca.
Kalumwaywo jest wspomniany w Ogrodach koralowych jako sil­
ny i wydajny ogrodnik.
Podczas swego poprzedniego pobytu na Trobriandach Malinowski
namówił To'uluwe, aby go zabrał na wyprawę kula na wyspę Kitava.
W połowie drogi wiatr się zmienił i czółna musiały zawrócić. Malinow­
ski miał wrażenie, że To'uluwa jego winił o sprowadzenie pecha.
Dipapa i Kenoria - syn i córka To'uluwy.
Tomwaya Lakwabulo - jasnowidz, jeden z głównych informato­
rów Malinowskiego (patrz Życie seksualne dzikich).
Robert Louis Stevenson (1850-1894), szkocko-angielski pisarz,
który osiedlił się na Samoa i występował w obronie miejscowej ludno­
ści. Autor m.in. następujących książek: Wyspa skarbów, Porwany za
miodu, Dziwna historia dra Jekyila i Mra Hyde'a, a także In the South
Seas.
9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

2 0

2 1

117

2 2

Lagim - dwie ozdobne poprzeczne deski ograniczające zbiornik
z wodą na czółnie z obu końców.
Tuma - wyspa położona na północny zachód od Boyowy, była tak­
że miejscem przebywania dusz zmarłych.
Navavile - ważny informator Malinowskiego ze wsi Oburaku.
Termin „nigger", którego obraźliwą konotację dobrze chyba odda­
je polski „czarnuch", był słowem powszechnie używanym przez Brytyj­
czyków w koloniach. Malinowski zaczął go stosować dopiero po dłuż­
szym przebywaniu na Nowej Gwinei. W jego dzienniku występuje
w spolszczonej wersji nawiązującej do słowa „negr", które miało bar­
dziej neutralne zabarwienie emocjonalne. Malinowski używa jednak te­
go słowa raczej w znaczeniu angielskim, gdy chce podkreślić swą nie­
chęć czy irytację w stosunku do tubylców. Wokół tej kwestii narosło wie­
le nieporozumień, a prekursorzy idei politycznej poprawności robili Ma­
linowskiemu z tego powodu zarzuty i obwiniali go o niechętną wobec
krajowców postawę. Cóż, nieczęsto pałał do nich sympatią, ale podobnie
często nie pałał sympatią do otaczających go białych. Robienie mu za­
rzutów, że używał słowa powszechnie wtedy stosowanego, jest nieporo­
zumieniem, szczególnie w ustach osób nawykłych do idei kulturowego
relatywizmu. A że miał czasami dość przedmiotu swych badań? - to
uczucie nieobce jest każdemu badaczowi terenowemu. Jedyną w tym za­
kresie „winą" Malinowskiego jest, że nie był hipokrytą i o tym pisał.
2 3

2 4

2 5

2 6

Raybwag - rafa koralowa pokryta małymi skrawkami urodzajnej
ziemi, porośniętej dżunglą.
Mim Weigall, przyjaciółka Elsie Masson.
Jan Stanisław Kubary (1846-1896), polski podróżnik i etnograf,
autor min. Beitrage zur Kenntnis des Karolinen Archipels, 1895
Nikołaj N. Mikłucho-Makłaj (1846-1888) rosyjski podróżnik i et­
nograf, który w latach 1870-86 odbył liczne podróże po Oceanii, Filipi­
nach, Indonezji, Półwyspie Malajskim, Australii. Autor Podróży, 1940-44
R.R. Marret (1866-1943), antropolog brytyjski.
W.H.R. Rivers, brytyjski antropolog i fizjolog, założyciel szkoły
psychologii eksperymentalnej w Cambridge. Przeprowadzał swe testy
psychologiczne na Melanezyjczykach, rozwinął metody zapisu danych
dotyczących pokrewieństwa, które stały się najważniejszymi technikami
zbierania materiału w czasie badań terenowych. Jego prace miały duży
wpływ na badaczy, włączając w to Malinowskiego. Autor History of Melanesian Society, 1914
2 7

2 8

2 9

3 0

31

3 2

Wasi - wymiana jarzyn na ryby między wsiami wewnątrz lądu i ty­
mi na wybrzeżu.
Morovato - godny zaufania informator, cytowany w Życiu seksu­
alnym dzikich.
Niyova - krajowiec z Oburaku, którego Malinowski uważał za do­
brego informatora.
Patrz przypisy w odcinku w numerze 242-3
Kwilą - kamienny punkt orientacyjny, związany z legendą opowia­
daną przez Inuvayla'u w Życiu seksualnym dzikich.
Kalomel - chlorek rtęci, był używany raczej zewnętrznie jako śro­
dek przeciwbakteryjny, doustnie bardzo rzadko jako środek pobudzający
wydzielanie wszystkich gruczołów.
Są to prawdopodobnie inicjały byłego narzeczonego Elsie - Charlesa Mattersa, który w lipcu 1915 roku poległ pod Gallipoli.
Patrz przypisy do poprzedniego odcinka.
Pastor M.K. Gilmour z Metodystycznej Misji w Oiabia. W Argo­
nautach Zachodniego Pacyfiku pisze o nim Malinowski, że wiedział
wszystko o „kuli".
3 3

3 4

3 5

3 6

3 7

4 1

Ta'ukuripokapoka - istota mitologiczna, wcielenie zła. Mówi się,
że wiedźmy spotykają się z nim w nocy na tańce i orgie.
Bwaybwaya - orzech kokosowy w takim stadium wzrostu, kiedy
jego wnętrze wypełnione jest słodką galaretką.
Patrz przypis w poprzednim odcinku.
Toyodala - ważny informator z Oburaku, patrz Życie seksualne
dzikich.
Kudayuri - wieś na wyspie Kitava. Mit o latającym czółnie z Kudayuri jest przytoczony w Argonautach Zachodniego Pacyfiku.
Sir Walter Baldwin Spencer, znany etnolog brytyjski, który razem
z F.J. Gillenem opublikował kilka ważnych monografii dotyczących abo­
rygenów australijskich. Bardzo zachęcał Malinowskiego do badań tere­
nowych w początkowym okresie.
4 2

4 3

4 4

4 5

4 6

4 7

Mwasila - magia wykonywana po dotarciu do celu kula, aby na­
kłonić gospodarzy do hojności.
Chodzi o Władysława Kościelskiego (1886-1933), syna Józefa
(patrz niżej), poetę, wydawcę i mecenasa sztuki. W roku 1911 założył
wraz z L.H. Morstinem w Paryżu pismo „Museion" mające informować
0 życiu artystycznym Francji i nawiązywać do tradycji klasycznych.
Wtedy zapewne poznał go Malinowski. W odrodzonej Polsce zajmował
się głównie działalnością wydawniczą. Popełnił samobójstwo wyskaku­
jąc z okna poznańskiego hotelu Bazar, gdy jego sytuacja finansowa była
krytyczna. Pozostały majątek wyciągnęła z długów wdowa po nim - Mo­
nika z Krystyńskich, dawna aktorka i piosenkarka. Ustanowiła ona
później w Szwajcarii Fundację Kościelskich, która od 1961 roku przy­
znaje doroczne nagrody młodym polskim twórcom kultury zamieszka­
łym w kraju i na emigracji.
4 8

4 9

Mowa o Józefie Kościelskim (1845-1911), ziemianinie, polityku,
poecie i dramaturgu. Postaci dość wpływowej choć kontrowersyjnej,
zwolenniku lojalizmu wobec Prus.
Jan Gotlib Bloch (1836-1902), znany finansista, przemysłowiec
1 ekonomista, współdziałał przy budowie kolei Warszawsko-Petersburskiej, założeniu Banku Handlowego w Warszawie i wielu innych inicja­
tywach.
Ludwik Hieronim Morstin (1886-1966), dramaturg, poeta, powieściopisarz, eseista i tłumacz. Uczęszczał do tego samego co Malinowski
gimnazjum, ale chyba się wtedy nie znali. Studiował na niemieckich uni­
wersytetach. W Paryżu założył z Kościelskim pismo „Museion". W cza­
sie I wojny światowej zgłosił się do Legionów Polskich. Służbę wojskowo-dyplomatyczną zakończył w randze majora w 1924 roku. Później ob­
jął rodzinny dwór Pławowice, gdzie stworzył swoisty „salon literacko-artystyczny". Przedstawiciel tendencji klasycystycznej w schyłkowym
okresie Młodej Polski. Pisał sztuki i powieści o tematyce antycznej
(Obrona Ksantypy, Penelopa), historycznej (Polacy nie gęsi - o Reju,
Klos panny - o Koperniku) i współczesnej (Przygoda florencka) oraz po­
ezje, szkice literackie i eseje.
5 0

51

5 2

Może chodzić na przykład o siostrę Jana Weyssenhoffa lub jego
matkę, pochodzącą z Blochów. Jan (1889-1972) ukończył gimnazjum
w Krakowie i Uniwersytet Jagielloński, gdzie studiował nauki ścisłe
i mógł znać Malinowskiego. Później profesor fizyki teoretycznej Uni­
wersytetu Wileńskiego, UJ, członek PAU.

3 8

3 9

4 0

118

Za konsultację językową dziękuję Anniemarii Orla-Bukowskiej, Pio­
trowi Olszówce. Przemysławowi Piekarskiemu i Krzysztofowi Kowal­
skiemu.

Cytat

Malinowski, Bronisław, “Dzienniki 1914-1918 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1999 t.53 z.4,” Cyfrowa Etnografia, Dostęp 19 sierpnia 2022, https://cyfrowaetnografia.pl/items/show/10315.

Formaty wyjściowe