9e60bd03ac8d7d432886f05e90e15c38.pdf

Media

Part of Z życia górali nadłomnickich / Lud, 1911, t. 17

extracted text
B.

J.

MATERYAŁY I POSZUKIWANIA.

JÓZEF SCHNAIDER.

Z życia górali nadłomnickich.
Wstęp.

Nie kreślimy tu całokształtu życia wspomnianych wyżej gó­
rali, chociaż praca taka pod względem etnograficznym miałaby
wartość o wiele większą, lecz ograniczyliśmy się tylko do zesta­
wienia pojedynczych szkiców i obrazków, z życia ich nakreślo­
nych, uzupełniając je niektórymi zwyczajami, oraz utworami
umysłu i wyobraźni górala, jego wierzeniami i przesądami.
Życie górala daje się podzielić na pewne okresy ze
względu na pory roku. I tak — z wyjątkiem tych, którzy wyłą­
cznie zajmują się swem gospodarstwem — przepędza góral wię­
kszą część wiosny na flisach czyli „spławach“, lato na halach
czyli „połoninach“, odwiedzając często swą trzodę w chwilach
wolniejszych od zajęć gospodarskich, jesień i zimę zaś w „kołybie“ przy robotach leśnych.
Z natury rzeczy wynika, że majętniejsi nie mają czasu po
temu, by zajmować się spławianiem drzewa, lub robotami le138 —

Materyały i poszukiwania

śnemi. Wiosnę i lato bowiem poświęcają oni uprawie roli,
a jesień przepędzają „u łazu“, czyli na odleglejszych łąkach,
ciągnących się popod lasami, zajęci zbiorem siana, a następnie
wypasem trzód, spędzonych z połonin. W takich „łazach“
mają też swe zabudowania, czyli „chaty“, zwane także „zymiwlami", gdzie przez pół, lub nieraz i całą zimę trzymają i kar­
mią swe bydło. Nie przeszkadza to im jednak do wysyłania
zimą koni na zarobek przy wywozie drzewa z lasów na składy,
czyli przy tak zwanem „sztrajfowaniu“.
Inni znowu, nie mając czem zająć się w domu, wiosnę
i lato również spędzają w kolibie, oddając się rozmaitym zaję­
ciom, jak kultury leśne, budowa dróg lub też wyrąb drzewa.
Naszym zamiarem jest podać w pierwszej linii krótki opis
zajęć poza chatą górala, a potem niektóre jego zwyczaje
i utwory tak umysłu, jak wyobraźni, prócz pewnych wierzeń,
czarów, leków i przesądów.
Notatki nasze dotyczą ludu perehińskiego (w powiecie dolińskim) i jasieńskiego (w powiecie kałuskim), jako najbardziej
wysuniętego tak po lewym, jak po prawym brzegu -Łomnicy ku
jej źródłom górskim, a więc właściwych górali (bójków).
Notatki dotyczące tylko jednego z nich oznaczamy w skró­
ceniu literami P. lub J.
I.

Flisy czyli „spłąwy“ zwane także „płotami“.
Łomnica dopiero w odległości około 15 kim. od swych
źródeł tworzy rzekę spławną, czyli zdolną do przewożenia nią
drzewa budulcowego, klocowego lub materyałów tartych. Stąd
dopiero ciągną się — w mniejszej, lub większej odległości od
siebie — położone nad jej brzegami składy drzewa „portaszi“,
zwożonego w porze zimowej z lasów sąsiednich, a składanego
wedle wymiarów długościowych, a także i grubościowych w sto­
sy, czyli „mygły“.
Z wiosną, po stajaniu śniegów, zaczyna się t. zw. spła­
wianie, trwające — stosownie do stanu wody — 6 do 8 tygo­
dni, a w złych warunkach i całe lato nieraz.
Gdy tylko rzeka wezbierze, idą już flisacy („spławnykie“)
„płoty honyty“.
Każdy skład oddawany bywa przez kupca przedsiębiorcy,
czyli „kieronowi" do spławienia na oznaczone miejsce za cenę,
139 —

Materyały i poszukiwania

ugodzoną od stopy kubicznej drzewa. Kieron przybiera sobie
ludzi, których również od stopy kubicznej opłaca.
Spławy wiążą w ten sposób, że na cieńszych końcach
kilku lub kilkunastu sztuk drzewa — po poprzedniem zaciosaniu ich — przymocowują kołkami czyli „czopami“ bukowymi
lub brzozowymi 1—3 poprzeczek, t. zw. „popruhy“, przybijając
je czopem do każdej sztuki, grubsze zaś końce — „huzary“
wiążą „orzewkami“, t. j. parzonymi w ogniu i skręcanymi na­
stępnie młodymi świerkami. Spław taki — gdy sztuki drzewa
zbliżone są do siebie — wygląda, jakby na końcu zaopatrzony
był w łuki. Na przodzie umocowane jest na stołku zapomocą
czopa wiosło, czyli „kierma“, które tworzy deska wycięta
w kształcie noża i przybita kołkami do rączki zwanej „drugarem“. Przy drzewie cieńszem, 5 8 sążni długiem , czyli
t. zw. piątakach, szóstkach, siódemkach i ósemkach, umo­
cowują zwyczajnie jedno wiosło, przy dziewiątkach i dziesiątkach
d\va, przy jedenastkach i dwunastkach nawet trzy wiosła, zaś
przy drzewie dłuższem, a także spławach z tarcicami dają rów­
nież wiosła z tyłu.
Pośrodku spławu, zaciąwszy drzewo, wbijają w nie wąziu­
tki stołek w postaci krzyża, na którym zawieszają wierzchnie
ubrania i jedzenie.
Deski wiążą w ten sposób, że tak na przodzie, jak w tyle
przewiercają każdy „bund“ desek i orzewkami „bunty“ związują
ze sobą w taflę czyli „tabłę“. Tafle łączą ze sobą w spław rów­
nież za pomocą orzewek. Wiosła, podobnie, jak przy drzewie
krągłem, umocowują na stolcach.
Przy zbijaniu spławów używają prócz siekier i świdrów
„płotywnykami“ zwanych, zwykłych kołów drewnianych, zwa­
nych także „begarami“.
Spławy zbijają na brzegu, staczając z mygły na podkłady,
czyli „pilhy“, potrzebną ilość sztuk drzewa i zbite już zsuwają
po pilhach do rzeki.
Spław taki prowadzi zazwyczaj dwóch ludzi, rzadziej jeden,
a to stosownie do ilości wioseł.
Zdarza się — gdy woda bardzo opadnie — że wiążą kilka
spławów razem, jeden poza drugim, i popychają je kołami.
Spławy tak związane powodują zebranie się poza nimi większej
ilości wody, przez co połączony spław łatwiej popychać („haH0„-

Materyały i poszukiwania

ruwaty“), jak pojedynczy. Pod spławy pojedyncze znowu pod­
kładają choinę i gałęzie z liściem, by tamowały wodę.
Na większej wodzie, gdzie rzeka jest szersza i głębsza
wiążą po dwa, rzadziej po trzy spławy razem zapomocą orzewek’
przytwierdzając na przednim końcu pierwszego i tylnym osta­
tniego odpowiednią ilość wioseł, zwyczajnie na przednim spła­
wie 2, na tylnym jedno wiosło. Poniżej Perehińska — bliżej ku
Kałuszowi wiążą nawet po cztery spławy razem, a to po dwa
wszerz i wzdłuż.
Spławnicy zanim uchwycą za wiosła, odkrywają głowy
i odmawiają cichą modlitwę — każdy dla siebie.
W drodze nie mają żadnych szczególnych sygnałów, oprócz
przeciągłego świstu w palce, gdy chcą by spław przedni ustąpił
z drogi lub przybił do brzegu.
W razie potrzeby przywiązują spław do brzegu grube mi
linami, zwanemi „kanaty“, lub dłuższemi orzewkami, czyli „cwajkami“.
Ponieważ droga wodna ma swoje stacye, zaopatrzone
w kanały, gdzie spławy się zatrzymują, a flisacy dostawiają swe
spławy nie dalej jak z jednego kanału do drugiego, względnie
ze składów w górach do któregoś z kanałów, wobec czego po­
dróż trwa nie dłużej nad kilka godzin, przeto nie biorą ze sobą
żywności, prócz kawałka chleba, nieraz słoniny lub nieco sera,
placka kukurudzianego lub też ugotowanej i wystygłej kuleszy.
Kanały takie znajdują się: Na Markowcu t. j. u ujścia
rzeki Mołody do Łomnicy, na Ostodorze, w Niebyłowie, w Dołhem poniżej Perehińska, w Kałuszu i Podmichajlu.
Na siebie biorą flisacy zwykłe ubranie robocze, t. j. ko­
szule, spodnie płócienne (haczi) lub wełniane (chołoszni), rze­
mień, torbę skórzaną, zwaną „taszka“, onuce, chodaki (postoły)
i kapelusz, a jako wierzchnie okrycie kożuch bez rękawów
zwany „bundą“ i sirak; na nogi często przypinają żelaza zwane
„podkowami“, by nie padali chodząc po spławie.
W flisactwie, pominąwszy Rusinów węgierskich z Brustur,
Sinaueru i Kołyczawa najczęściej tu zatrudnianych, celują przedewszystkiem ludzie z Perehińska i Niebyłowa, potem ze Śli­
wek, a najmniej z Jasienia.
Rynkiem zbytu dla tutejszego drzewa (t. j. świerka i jodły)
jest Rosya, przeto spławy idą Łomnicą do Halicza, skąd już
Dniestrem dowożą drzewo do Okopów na granicy rosyjskiej.
— 141 —

Materyały i poszukiwania

Flisacy tutejsi nie tworzą żadnych związków, towarzystw,
ani kompanii nawet lub rot; nie mają też swej literatury trady­
cyjnej, jak pieśni, powiastek, przysłów itp., a słownictwo
nie jest też tak bogatem, jakby być mogło.
Prócz wyrażeń powyżej przytoczonych podnieść należy nie­
które jeszcze. 1 tak spław nazywają spław lub płot’, spław po­
dwójny zwą cwajowanka, trzy spławy połączone ze sobą —
trijka; zbijać spławy — płoty zbywaty*), wieźć spławy — płoty
honyty, popłynął ze spławem — zajmyw płot’, zatrzymać spław
— jimyty sia, spławy płyną — płoty idut; gdy spuszczą wodę
ze zbiornika celem podwyższenia stanu wody na rzece — klauza
ide; gdy wskutek powodzi woda zabierze pozostawione i przy­
wiązane w drodze spławy i zbije je w jeden wał na rzece, wał
taki zwą hajtasz lub strim.
Spławianie daje najlepszy prawie zarobek ze wszystkich
zajęć, dlatego w lecie trudno jest nająć flisaka do innej roboty.
Nie zważają też oni na niebezpieczeństwo — wypadki utonięcia
zdarzają się bowiem nieraz — ani na szkodę spowodowaną za­
braniem i rozbiciem spławu podczas powodzi. Podnieść bo­
wiem należy, że w razie rozbicia spławu kupiec traci drzewo,
flisak zaś swą pracę, gdyż tylko po dostawieniu na oznaczone
miejsce może otrzymać zapłatę.
II.

Na połoninie.
Gdy ciepły podmuch wiatru południowego stopi ostatnie
płaty śniegu na grzbietach gór i zazieleni się trawa, budzi się
życie na połoninach. Zwyczajnie około „swietoji ned’ili (t. j. Zie­
lonych świąt) wypędzają w hale „miszenia“ owiec, a wkrótce
potem bydło rogate i konie na paszę.
»Miszenie« jest to spędzanie owiec przez poszczególnych
właścicieli za pewną opłatą do jednego „bohaczie“, lub konsorcyum, składającego się z kilku włościan majętniejszych, którzy
przyjmują „wataha“ i „wiwczieriw“ (pasterzy), tudzież zajmują
się wypędzaniem owiec na połoniny i spędzaniem z powrotem,
oraz opłatą paszy, odszkodowań i pasterzy. Wełnę strzyże so­
bie każdy gospodarz przed wypędzeniem owiec na paszę, znaczy
zaś je, wycinając odpowiednie znaki na uszach. Każdy znak ma
*) U Rusinów węgierskich — daraby szyty.

- 142

Materyały i poszukiwania

swoją nazwę, jak np. bałta, ustroka, striwka, wiszczok, wskis,
zatynka, rozkił i t. p.
W Jasieniu np. urządzają obecnie dwa „miszenia“, a to
jedno w „horisznim“, drugie w „dolisznim kincy“ wsi. Jedno
„miszenie“ obejmuje zwyczajnie 600—800 sztuk owiec — licząc
razem jałownik i owce dojne — i oprócz „wataha“ posiada
4—5 pasterzy. Dawniej atoli zbierano owce w trzy „miszenia“,
z których każde po 650—800 sztuk samego „gijnyka“ (zamiast
„dijnyka“, to zn. owiec dojnych), a 450—650 „jaliwnyka“ obej­
mowało.
Spędzone razem przez właścicieli owce pasą najpierw pa­
sterze przez 2-3 tygodni w małych stadach we wsi, zwyczajnie
w łazach („u łazu“), a gdy się wyuczą razem chodzić, zganiają
pewnego wieczora wszystkie do jednej, albo do dwóch koszar
i tu śpią już razem. Drugiego dnia rano rozłączają owce dojne
od jałownika i tak je pasą aż do południa. W południe scho­
dzą się gospodarze i każdy doi swe owce. Gdy się dojenie
skończy, mierzy „watah“ mleko od owiec każdego poszczegól­
nego właściciela osobno, a to od mniej jak pięciu owiec w ma­
łym szafliczku, zwanym „kawusz“, od większej zaś ilości w „wahowycy“, t. j. rodzaju dzierzy z umocowanym u góry sznurem
do podnoszenia. Wysokość zawartego w „wahowycy“ lub „kawuszu“ mleka znaczą karbami (zwanymi „rawaszi“) na krągłym
patyku, nazwanym „skała“. Tę skalę zatrzymuje „watah“, każdy
właściciel natomiast dostaje „miru“ (miarę mleka) od swych
owiec na innym kawałku patyka.
Trzeciego dnia wypędzają już owce w połoniny. Każde
„miszenie“ przed wypędem w hale ksiądz błogosławi, pasterze
zaś w ostatni wieczór schodzą się razem i zabawiają się („hułajut“) przez całą noc. Przy wypędzie idą w pewnych odstępach
od siebie nietylko poszczególne „miszenia“, ale jałownik i owce
dojne. Przez jałownik rozumieć należy barany, „jarki“ t. j.
owce, które jagniąt jeszcze nie miały, i „micyki“, czyli jagnięta.
A imponująco przedstawia się taki wypęd w hale. Przodem
idzie jeden z pasterzy, inni po środku rozdzieleni, a z tyłu jadą
„bohaczi“, wioząc na furze wiktuały, tudzież rozmaite potrzebne
naczynia. Pasterze jasieńscy grają na „fujarach“, perehińscy na
„trombetactr, a i na skrzypcach nieraz, od czasu do czasu zaś
świszczą głośno w palce, by owce się nie rozbiegały, lecz szły
w porządku. Psy owczarskie — często z uwiązanymi u szyi
143

Materyały i poszukiwania

patykami, aby zwierzyny po lasach nie goniły — znając swą
służbę, idą po bokach i skomlą radośnie. Tu i ówdzie widzieć
można owcę, która na chwilę przystanie, a jagnię, ukląkłszy na
przednie nóżki, ssie łakomie zgłodniałe. *) Daleko też słychać,
jak owce „blejut“ (J.) lub „blajut“ (P.), co przy takiej liczbie
sprawia zgiełk nie do opisania.
Na noclegach improwizują na prędce zagrody, a pasterze
siadłszy w otworach zagrodzenia, tuż jeden przy drugim, chwy­
tają cisnące się owce i zdoiwszy je, wpuszczają do wnętrza.
W braku koliby rozkładają ognisko pod rozłożystą smereką i tu
zaraz po zdojeniu, tak wieczór, jak rano, „budź“ wyrabiają. Tu
też nocują.
Żywność i przybory wiozą na furze tak daleko, jak mo­
żliwe, a wreszcie zostawiwszy wóz, siodłają konie w kulbaki
i objuczywszy je sakwami, beczkami i kotłami, pędzą za „miszeniem“.
Na połoninie stawiają zagrodę, zwaną „zarub“ —- oddzielną
dla jałownika, oddzielną więc dla owiec dojnych — z przegni­
łych kłód drzewa, krzaków czyli „runczie“, gałęzi („plastie“)
itp. Zamiast wrót, znajdują się w takiej zagrodzie otwory — je­
den przy drugim — z zasuwami pionowemi, zwane „strunkie“,
w których do podoju zasiadają pasterze. Przed zagrodą — tuż
obok strunek — stoi koliba („kołyba“).
Koliba pasterska — to płat dachu z „łubia“ (kory świer­
kowej), wsparty jednym swym końcem o ziemię, drugim o pła­
twę spoczywającą na dwóch widełkowatych palach, czyli „so­
chach“. Przód i boki koliby otwarte, by widzieć i słyszeć mo­
żna co się dzieje z trzodą. Wewnątrz koliba wyścielona choiną,
mchem lub trawą, przed nią tli „watra“. W kolibie na ziemi
leżą wiktuały i przybory mleczarskie. Obok „zarubu“ z jałownikiem znajduje się druga koliba.
Pasterze nocują rozdzieleni po obu kolibach, celem ściślej­
szego dozoru powierzonej ich pieczy trzody. Zdarza się bowiem
często, że wilki — ci stali mieszkańcy tutejszych gór — ścią­
gnąwszy latem w pobliże połonin, wpadają nawet we dnie do
zagrody i zabierają owce, a pasterze nieraz z zębów już wyry­
wać im je muszą. Mimo ostrożności pasterzy i czujności psów
brakuje nieraz w jesieni po kilkadziesiąt owiec w jednem mi*) Malutkie (późno urodzone) jagnięta idą w połoninę wraz z swemi
matkami.

— 144 —

Materyały i poszukiwania

szeniu. W tych kolibach nocują też „domari“, którzy ze wsi
przyszli za budzem.
Dojenie odbywa się trzy razy dziennie. Pasterze, zasiadłszy w „strunkach“ na kamieniach i wziąwszy każdy dojnicę,
zwaną „gełetka“, pomiędzy kolana, biorą po jednej owcy przed
siebie i doją, zwróciwszy ją tyłem ku sobie. A doją z tyłu dla­
tego, że nie przez pociąganie dójek, jak to u krów ma miejsce,
lecz przez ściskanie oburącz wymienia („meryndie“) mleko od­
ciągają. Gełetka ma kształt szaflika, który zamiast ucha, w for­
mie średnicy zapuszczony ma patyk u góry.
Wyrobem „budzów“ (sera) zajmuje się „watah“. Udojone
mleko zlewa on zaraz do dzierzy zwanej „putyra“, cedząc przez
sito druciane, wewnątrz choiną czyli „czetyną“ wyścielone i dodaje jeden lub dwa „połonyki“ (chochle drewniane) „glegu“
(zawartość w jelitach małego cielęcia, które ssie jeszcze), po­
czerń mleko stoi dopóki nie zgęstnieje („ne stanę takie u putyri,
jak wid korowy w mołoczniaku, jak wże kwaśne“). Zgęstniałe
mleko rozbija przyrządem, zwanym „bataliw“ w ten sposób,
jak gdyby masło robił, a rozbity ser zbiera i ściska rękami. Po­
zostałą serwatkę, zwaną „newarka“, wlewa watah do kotła i roz­
grzewa, a rozdrobiwszy zebrany już ser, parzy go nią, poczem
znowu zbiera i ściska rękami. Wybrany ser wkładają do „budzowiaczu“' (ścierki) i zawieszają, by serwatka ściekła zupełnie,
a gdy ostygnie, wybierają i składają w „komarnyku . Komarnyk taki stoi przed kolibą. Jest to rodzaj stryszka o dachu
dwuspadowym z „łubia“, podbitym ze spodu dranicami, a spo­
czywającym na dwóch sochach, tak, że pod spodem tworzy
przestrzeń otwartą, którędy przechodzić można. Na tym stry­
szku składają gotowe już budzy. Bataliw jest to przyrząd w ro­
dzaju kołotewki, której zęby czyli palce Otoczone są drewnia­
nym pierścieniem.
....
Z pozostałej po wyrobie budzu serwatki wyrabiają jeszcze
„wurdę“. Serwatkę gotują w kotłach, a wytworzoną wurdę zbie­
rają drewnianą chochlą z dziurkami, zwaną „girkowec“. Wurdę
przechowują w konewkach z nakrywkami, pozostałą zas zentycę piją pasterze, karmią nią psy, a resztę zlewają do beczu­
łek. Gleg przechowują w drewnianej koneweczce, zwanej
„worczoł“.
,,
Budź rozdzielają na wagę. Gospodarz, przyszedłszy na po­
łoninę, daje watahowi swą miarę, a ten porównawszy z odnos145 —

Materyały i poszukiwania

nym znakiem „skały“ wymierza nią w kawuszu odpowiednią
ilość wody zamiast mleka i tę wlewa do wahowyci. W sochę
komarnika wbite jest nieruchome ramię, zacięte na końcu, a na
niem zawieszona waga, sporządzona przez wataha. Na jednym
końcu tej wagi zawieszona jest próżna wahowycia, na drugim
zaś w budzowiazie o równej wadze kamienie. Wlawszy odmie­
rzoną wodę do wahowyci, kraje watah budź i wrzuca kawałki
tegoż do budzowiaza z kamieniami. Każdy właściciel owiec dostaje 11 takich kawałków budzą, z których każdy waży tyle, ile
zawarta w wahowyci woda, jako dochód z mleka za cały se­
zon paszy. Do budzą dostaje każdy właściciel odpowiednią ilość
wurdy. Jeden budź cały oznacza jeden podój, czyli mleko (,mołoko“). Jeżeli tedy gaździe przypadnie w udziale np. dwa budzy,
to i wurdy z dwóch podojów dostaje.
Pasterze w dnie postne żywią się czyrem i Chlebem, w inne
dnie budzem na śniadanie, a kuleszą i wurdą na obiad i kolacyę. Ubranie ich składa się z wysmarowanej masłem koszuli,
której przez całe lato nie przebierają, płóciennych spodni, czyli
„haczi“, szerokiego rzemienia, onuc, chodaków, krótkiej „kożuszyny“ bez rękawów, którą noszą odwróconą barankiem na ze­
wnątrz, tudzież kapelusza czarnego, filcowego z zatkniętem pió­
rem indyczem, lub piórami głuszca, które znachodzą pod poło­
ninami. W rzemieniu przechowują tytoń, papierki, cygarnice, fa­
jeczki, pieniądze, za rzemieniem widać zatkniętą „fujarę“ (J.)
czyli „sweriłkę“ (P.)
Pasąc, grają owczarze jasieńscy na fujarkach, perehińscy
prócz tego na „trombetach", podświstując, lub przyśpiewując od
czasu do czasu. Oto niektóre ze śpiewek pasterskich:
Piszły wiwci w połonynu
Biłeńki, biłeńki,
A za nymi wiwczaryki,
Chłopci mołodenki.
Piszły wiwci w połonynu,
Jahniatka sia wstały;
Wiwczaryki mołodenki
W palci zaswystały.
Piszły wiwci w połonynu
Blajuczy, blajuczy,

A za nymy wiwczaryki
Hrajuczy, hrajuczy.
Oj oweczki biłeńkiji,
W trawi zaszumiły;
Oj ta wijdy biła d’iwko
Poza nowi siny.
Oj oweczki biłeńkiji.
Biłeńkoji wowny
Chto was budę wipasaty,
Jak pidem do wojny?
146 —

Materyały i poszukiwania

Oj budę nas wipasaty
W prawej ruci sweriwoczka,
Ta chłopec mołodec,
A w liwij toporec.
Około „druhoji Matki“ (Rożdestwo Pr. Bohorodyci — we
wrześniu) spędzają owce z połonin i we wsi pasą jeszcze aż
do śniegu. Tu grodzą dla owiec koszary z „worynia“ (tj. łat
kłutych lub krągłych), które z miejsca na miejsce przenoszą,
nawożąc przez to łąki.
Barany dobrze wypasione bija po spędzeniu z połonin,
a mięso przechowują w beczkach, nasoliwszy je wpierw dobrze
i dodawszy czosnku. Sprzedają je też na rzeź, najczęściej w ten
sposób, że „tusz“ czyli mięso pozostawia sobie rzeźnik, skórę
zaś zwraca właścicielowi. Skóra i wełna z owiec przedstawiają
ogromną wartość dla górala, ze skór bowiem szyją „bundy“
i kożuchy, ze skórek jagnięcych kołnierze i czapki, z wełny zaś
wyrabiają sukno na siraki i „wujasze“ (krótkie siraczki), „werety“ do nakrywania się i „wołoki“ do „postołów“. Ostrzyżoną
z jednej owcy lub barana wełnę zwą „runo“, z jagnięcia zaś
„micyk“.
Trzymają po największej części owce czarne, gdyż i skóra
i wełna z tych owiec są droższe i potrzebne im do wyrobu
ubrań, tak bowiem siraki, jak i „wujasze“ noszą ciemne (czarne,
brązowe lub siwawe — zależnie od wełny), sukno zaś białe
na chołoszni i onuce zakupują najczęściej w sklepach. W ostat­
nich jednak latach spotykać się dają pomiędzy owcami czarnemi gdzieniegdzie i białe (węgierskie), zakupywane dla ich
taniości i dla skór, z których też wyrabiają „bundy“.
Bydło rogate („skotyny“) pasą na połoninach osobnych.
Krów dojnych w hale nie wypędzają, tylko woły i jałownik.
Pasterze zwani „gulaszi“, ubrani podobnie jak owczarze, no­
cują w kolibach takiej samej konstrukcyi, jak koliby owczarskie.
Żywią się chlebem, kuleszą, kartoflami, mlekiem — gdyż dla
mleka jedynie mają jedną lub dwie krowy na połoninie
albo
też żentycą, którą przynoszą sobie od owczarzy. Mięsa, ani
grzybów piec im niewolno, bo niedźwiedź, poczuwszy woń
tychże, przyszedłby do bydła. Zagród dla bydła nie stawiają
żadnych.
’ Konie — jeśli ich nie pasą razem z owcami lub bydłem —
wypędzają na zbocza gór zrzadka lasem porosłe i tych zwy­
czajnie nikt nie pasie. Co najwyżej ustanowiony „koniuchar
dozoruje, by nie schodziły na drogę.
— 147 —

Materyaly i poszukiwania

Bydło rogate i konie spędzają wcześniej niż owce, zwy­
czajnie przed ,,perszow Matkow“ (Uspenije Bohorod. — z koń­
cem sierpnia), ze względu na przypadający w tym czasie jar­
mark w Kałuszu. We wsi pasie każdy gospodarz swe bydło
na swoich łąkach, z których siano już zebrano. Majętniejsi
mają na łąkach takich chaty, zwane „zymiwle', w których przez
pół, a nieraz i całą zimę z bydłem przebywają, gdyż wskutek
dalekiej, uciążliwej drogi lub nieraz zupełnego jej braku, nie mo­
gliby przywieźć do wsi zrobionego na łąkach tych siana.

W kolibie.
„Kołyb“ stawia lud tutejszy dwa rodzaje. Jedne w lesie,
na składach itp. dla robotników, drugie na połoninach, polan­
kach, pastwiskach dla pasterzy. Mamy na myśli pierwsze
z nich, gdyż o tych drugich wspomnieliśmy już poprzednio.
Te więc — w przecięciu poziomem — tworzą ośmiobok o zrę­
bie wysokim na 3-4 sztuk drzewa na sobie leżących. Drzewo w ścia­
nach krągłe zazwyczaj. Wewnątrz, przez środek koliby biegną
dwie płatwy w kierunku od drzwi ku ścianie tylnej, a każda
z nich wsparta na dwóch palach czyli . sochach“. Jedna płatwa
od drugiej około 1 m. oddalona, obie zaś wystają tak z przodu,
jak i z tyłu koliby aż poza zrąb ścian. Ze zrębu ścian do pła­
tew biegną pochyło umocowane krokwie, połączone łatami po­
ziomo do nich przytwierdzonemi. Pokrycie dachowe bywa roz­
maite — z „łubia“ czyli kory świerkowej, „dranic“ tj. kłótych
deszczułek lub wreszcie z rozmaitych kawałków desek i opółków. Dach taki wygląda na stożek ścięty, u góry spłaszczony.
Rotunda dachowa przecięta jest u wejścia drzwiami, bądź to
orzewkami do słupa umocowanemi, bądź wpuszczonemi w próg
i belkę górną. Ponad drzwiami umieszczony jest często na pła­
twach daszek dwuspadowy, który chroni wejście przed de­
szczem. Przestrzeń pomiędzy słupami drzwi wchodowych,
a pierwszemi dwoma sochami, zaszalowana jest często po obu
stronach, tworząc przez to samo niejako przedsionek.
Wewnątrz w ściany powbijane są kołki, a na nich wspie­
rają się deszczułki, tworzące rodzaj półeczek, przeznaczonych
na łyżki, „kołysziry" (patyki służące do mieszania kuleszy), gar­
nuszki itp. Łyżki i kołysziry często wtykają też w ściany. Zie­
mia bez podłogi, wyścielona jest wzdłuż ścian choiną, „łubiem“,
— 148

Materyały i poszukiwania

trawą, sianem, albo słomą, a na niej leżą „sakwy“ z wiktuałami.
Po środku koliby tli ognisko („watra“), około którego pieczę
ma specyalnie w tym celu ustanowiony „kalman“. Zadaniem
kalmana jest przygotowanie opalu, podsycanie ognia, nastawia­
nie wody na kuleszę, kartofle, bób, groch lub fasolę — w cza­
sie śniadania, tudzież przed nadejściem robotników na „połudenok“ lub wieczerzę.
Ściany takiej koliby na zimę z zewnątrz obrzucają darnią.
Życie w kolibie jest nadzwyczaj monotonne. Robo­
tnik, wstawszy rano, myje się lub nie, odmawia pacierze,
a zjadłszy śniadanie, składające się z kartofli lub kuleszy (za­
mieszki kukurudzianej) z mlekiem, — w czasie postu z czyru
kukurudzianego, kartofli pieczonych lub gotowanych, gotowa­
nych fasoli, bobu lub grochu, suszonych śliwek, nieraz z su­
chego kawałka chleba
idzie do roboty.
Połudenok i wieczerza nie różnią się w potrawach. Mleko
często podpuszczają wodą, by go na dłużej starczyło. Nieraz
zamiast mleka używają słoniny. Zabierają też mięso z rozjedzonych przez wilki jeleni i z tego w południe lub na wieczerzę
gotują rosół, czyli „juszkę“. Rybacy łowią pstrągi i te gotują,
lub „babci“, z których zupa ma być wielkim przysmakiem.
Wiktuały jak mąkę, sól, chleb, mleko w koneweczkach
z nakrywkami itp. przywożą lub przynoszą w sakwach ze wsi
— najczęściej na dwa tygodnie, a po upływie tego czasu wra­
cają do wsi w celu przebrania bielizny i przywiezienia świeżych
zapasów żywności.
Przy jedzeniu opowiadają sobie o wypadkach dnia, wyda­
rzeniach i nowinach ze wsi, „prachtykują“ (żartują), a po wie­
czerzy lub w święta, wylegują się, opowiadają sobie bajki, przy­
śpiewują lub przygrywają na „drymbie“, albo fujarkach, gdy się
zdarzy, że są młodzi chłopcy w kolibie. W dnie świąteczne
idą latem niektórzy na połoninę za mlekiem lub żentycą, inni
szukają padliny, inni znów łowią rybę.
Po ukończonej robocie odkrywają robotnicy głowy i że­
gnają się, poczem dopiero schodzą do koliby.
Całodzienne zajęcia ich są nadzwyczaj różnorodne. I tak
jedni zakładają i uprawiają szkółki leśne, siejąc w nich nasiona
lub sadząc młode rośliny drzewne, używając przytem „czakanów“, ryskali, czyli „łopat“, grabi żelaznych, taczek, lub noszy
ręcznych, zwanych „szaraglami“. Inni sieją nasiona lub sadzą
— 149 —

Materyały i poszukiwania

młode drzewka w zrębach („robiet u sijanci“ albo „sadiet zrub“),
używając do tego motyk, czyli „sap“, inni znowu zajęci wycina­
niem nowych dróg, lub naprawą starych, jako to dowożeniem
i rozrzucaniem szutru, tłuczeniem kamieni, kopaniem rowów,
budową mostów, przepustów (kanałów), kaczyc, odboi („krył“)
i suchych murów, do czego znów, prócz wymienionych wyżej
narzędzi, używają krat żelaznych do przesiewania szutru, kołów
żelaznych czyli „sztangli“ do podważania skał, młotków do tłu­
czenia i obrabiania kamieni, „dziubin“ do wykręcania i ściągania
drzewa, świdrów, siekier i pił.
Prócz tych robót zaj­
mują się również wyrębem lasu, używając przytem głównie
piły i siekiery.
Wyróbka drzewa oddawana bywa w przedsiębiorstwo „kieronom“, a należytość wypłacana bądź od stopy kubicznej („wid
kubika“), bądź od sztuki drzewa wyrobionego. Taki kieron
przyjmuje sobie ludzi i tych najczęściej wedle dni roboczych
wypłaca. Przy ścinaniu drzewa każdych dwóch ludzi tworzy
t. zw. „piłę“. Drzewo ścięte i okorowane („łupłene“ w lecie gdy
kora daje się oddzierać, lub „szlajchowane“ —■ gdy kora przy­
stanie i trzeba ją sciosywać siekierą) spuszczają do dróg („honiet“) i to albo po uboczach i zworach, albo zapomocą zbu­
dowanych ryz („ryzujut“).
Drzewo wyrobione i spuszczone w „mygły“, albo „łusznyci“, oddawane bywa następnie kierónowi w celu dowozu do
składów, przyczem tak kieron, jak poszczególni furmani od
stopy kubicznej wypłacani zostają.
Wywózkę taką zwą „sztrajfowaniem“, ludzi, którzy ładują
drzewo na sanki „nabyralnykamy“ lub „terchacziemy“. Sanki
krótkie, na których tylko jeden koniec drzewa jest przywiązany,
podczas gdy drugi wlecze się po drodze, zwą „grendżoły“. Do
przywiązywania drzewa na sankach służy „łanc“ z „łonami“
tj. grubymi gwoździami na kółkach, nawleczonych na łańcuchu.
Z drzewa dowiezionego wycina się na składach, stosownie
do jego dobroci i długości kloce 2, 3 i 4 sążniowe, tudzież bu­
dulec 5 do 12 sążni długi z odpowiednim nadmiarem, potrze­
bnym do umocowania wiązadeł przy zbijaniu spławu. Każdy
sortyment na 2-3 pokładach, zwanych „pilhy“, składany bywa
oddzielnie w stosy, czyli „mygły“, ciągnące się rzędem w odda­
leniu zaledwie 1—2 m. od siebie nad brzegiem rzeki. Ludzi za­
jętych przy mygłowaniu zwą „mygłasziemy“ (J.), lub „mygła— 150 —

Materyały i poszukiwania

szamy“ (P.). Drzewo w mygłach złożone jest cieńszym końcem
na dół, grubszym zaś w kierunku źródeł rzeki tak, jak to jest
potrzebne do zbijania spławów. Tak przy ładowaniu drzewa
na sanki, jak i mygłowaniu używają narzędzi, zwanych „dziubinami“ i „gryfami“. Pierwsze z nich mają kształt dzioba sępa
i służą do ciągnięcia i wykręcania drzewa, drugie kształt czterograniastego szpica o końcu zagiętym nieco i służą do podno­
szenia, przesuwania i taczania drzewa. Tak jedne, jak i dru­
gie osadzone są na długich rączkach, czyli „sztylach .
Grubsze sztuki drzewa (kloce podwójne) zwą „gency“.
Z drzewa cienkiego wycinają wiosła ( drugary1), zwyczajnie
9 m. długie, z odcinków drzewa grubszego poprzeczki, czyli
„porruhy“ 4 m. długie, służące do wiązania spławów, cieńsze
wierzchołki zaś służą na stolce spławowe („stilci“), na których
przytwierdzają wiosła, czyli „kiermy".
Ubranie robocze górala składa się z „szmatia“ (J.) czyli
„riendia“ (P.) tj. koszuli i spodni płóciennych („haczi“), zimą
zaś z „chołoszni" wełnianych i bawełnianej najczęściej koszuli,
dalej z rzemienia, torby czyli „taszki“, onuc i chodaków, czyli
..postołów“ z „wołokami“ wełnianemi, rzadziej rzemiennemi,
kapelusza względnie czapki baraniej, siraka, albo krótkiego siraczka, zwanego „wujasz“, a w zimie jeszcze „bundy“ tj. kożucha
bez rękawów, lub też „kożuszyny“ krótkiej z rękawami. Niektó­
rzy, zamiast siraka i bundy, ubierają kożuch długi z rękawami.
Podnieść tu jeszcze należy, że w miejscu, gdzie został ro­
botnik zabity przez spadające drzewo, lub piorun, stawiają zaraz
towarzysze pracy niewielki krzyż drewniany, jednoramienny a krzyże takie nierzadko spotyka się w tutejszych górach.

IV.

Wesele w Jasieniu.
Kiedy parobek upatrzy sobie dziewczynę na żonę, posyła
starszego gazdę — zwykle krewnego - „na swad’bę“ do mej.
Gazda, porozmawiawszy trochę, powiada wreszcie w jakim celu
przyszedł, a rodzice zapytują od kogo i dowiadują się o
izsze szczegóły, dotyczące osoby parobka, poczem goszczą go
jadłem i napojem, gdy pije.
Po odejściu gazdy powiadają, że „żenychie
— 151

u
u y

Materyały i posznkiwania

W dzień lub dwa — gdy się rodzice dziewczyny poradzą
— idzie ktoś starszy z rodziny z odpowiedzią do rodziców pa­
robka.
Jeśli dziewczyna odmówiła parobkowi i ten, kto zawiado­
mił o tern rodziców jego, wychodzi od nich z chaty, szydzą, że
„prykietyła berbenyciu“, gdy zaś dziewczyna parobka przyjęła,
goszczą go rodzice młodego, a wieczór idzie młody z ojcem
i gazdą, który chodził „na swad’bę“, „nazhodu do widdanyci“.
Przy zgodzie staje często dziewczyna obok parobka i szep­
ce mu, czego ma żądać w posagu.
Jeżeli zgoda co do wiana nastąpi, to goszczą przybyłych
rodzice widdanyci.
Odtąd narzeczeni zaczynają się uczyć pacierzy. Gdy dają
bowiem na zapowiedzi, egzaminuje ich ksiądz z modlitw i jeśli
które dobrze nie umie — co najczęściej zdarza się u dziewcząt
— „prowodyt jeji“, a ona za nim powtarza, poczem odsyła ją
jeszcze na naukę do diaka, za co mu płacą od 4 do 6 koron.
Po wygłoszonych zapowiedziach idą narzeczeni ze swymi
ojcami, mając każde po dwóch świadków, „do protokołu“ do
księdza, a na drugi dzień następuje t. zw. „winec“.
Z południa zaczyna grać muzyka tak u młodego, jak
u młodej.
W dzień wiją „żony“ u młodej wianek dla młodego. Za­
tknąwszy nóż w bochenek chleba, przywiązują doń sznurki, a na
tych wiją wianek z listków barwinku, poczem złocą go pozłótką. Przy tern siedzi zwyczajnie młoda z drużką, a „żony“
przyśpiewują przeciągle, czyli „ładkają“. Następnie tak młodą,
jak i drużkę ubierają jednakowo.
Na głowę zaczesaną w dwie kosy, spuszczone na plecy,
nakładają dużą chustkę wełnianą w jedwabne pasy wokoło, za­
zwyczaj czerwoną lub czarną, znaczoną w kółka (tak zw. „grejcarową“), którą wiążą w ten sposób, iż złożywszy ją we dwoje
(w trójkąt) zawijają w nią szeroki na dłoń pas grubego papieru,
najczęściej z cukru, a założywszy ją na głowę, owijają tak, że
dwa jej końce spinają z tyłu głowy szpilką, trzeci zaś po wierzchu
ich zwisa. Na czole — od ucha do ucha — do chustki z za­
winiętym papierem przypinają poziomo kilka wstążek („byndiw“) czerwonych, jedwabnych, a poza papier zawinięty w chu­
stkę zatykają pióra pawie, które okrywają zupełnie szczyt
głowy, tudzież „kosycię“ kupną, sterczącą nad czołem do góry.
— 152 —

Materyały i poszukiwania

Na siebie ubierają białą koszulę „riesneną" (składaną
w drobne fałdy), biały „fartuch riesnenyj“, zastępujący spódnicę
i zeszyty jak ona, a po nim „zapaskę“ kupną, białą, która
„sama sie riesnyt“. Koszula na „dudach“ wyszyta, zdobna
w wstawki na ramionach, a fartuch i zapaska wyszyte są u spodu.
Opasują się „krajką“ czerwoną w zielone i białe lub żółte pa­
ski, tak długą, że się nią kilka razy owiną. Szyję przybierają
„byndą“ (wstążką jedwabną), koralami i sztucznemi perłami, na
nogi wdziewają buty.
U młodego przygotowują swachy wieczorem „korowaj“
z mąki pszenicznej lub żytniej razowej, ubierając go kwiatami
z ciasta („cyckamy“), przyczem ładkają. Następnie, gdy ojciec
młodej przyszedł z wiadomością, że mogą przyjść po wieniec
i gdy „korowaj“ wsadzono już do pieca, idzie młody, ubrany
w czapkę baranią tak latem jak zimą z ojcem swym, drużbą,
starostą, starszymi gazdami, parobkami, którzy umieją śpiewać,
i muzyką swą „po wineć“ do młodej.
Kiedy u młodej posłyszą, że przyszli już i śpiewają przed
chatą, zamyka starosta młodej drzwi z nadworu i czeka w sieni
ze świecą w ręku, starosta zaś młodego bije pięścią do drzwi
i woła: „Starosta seho domu proszu“. Starosta młodej, otwo­
rzywszy, powiada: „Szo tutka za zbuji pryjszły?“, a starosta
młodego „prachtykuje" (żartuje), że szli rąbać drzewo, lub coś
podobnego, a „że sie opoznyły-*, proszą, by ich na noc przy­
jęto. Starosta młodej odmawia jednak i zamyka drzwi znowu.
Ceremonia ta powtarza się po trzykroć. Za trzecim razem do­
piero wpuszczają ich do chaty, schowawszy młodą do komory,
w czasie czego starosta młodej pokazuje koszulę, którą młoda
ze swego płótna uszyła młodemu, starosta młodego natomiast
pokazuje „rantuch“ przez młodego kupiony dla młodej, a wy­
mieniwszy je, zasiadają goście młodego wraz z młodym za sto­
łem nakrytym „skatyrką“. *)
Teraz przygrywa tu muzyka młodego, podczas gdy muzyka
młodej odchodzi do którejś z chat sąsiednich i tam gra, dopóki
ta nie odejdzie.
Siedzący za stołem starosta młodego odzywa się do sta­
rosty młodej, by sobie ręce podali, a kiedy tenże wyciągnie swą
rękę, odpowiada pierwszy, że „naszi ruki stari, zamaszczeni, nam
*) Skatyrka = płótno grube, podłużne, w kształcie ręcznika, tkane
w pasy czerwone, w którem niosą paski do święcenia.

— 153 —

Materyały i poszukiwania

treba biłych, u perstenioch“ itp. Przyprowadza tedy starosta mło­
dej jakąś babę, owinąwszy jej palce słomą (zamiast pierścieni),
na co rzecze starosta młodego: „E to wy sobi schowajte, to
ne wid nas para, my poza toji wże sie raz hostyły, my choczemo mołodoji“. Przyprowadzają więc jakąś dziewkę, włożywszy
jej klucz na palec, na co starosta młodego znowu się odzywa:
“To ne wid toho para, my kołyś budem poza neji takoż żyty,
pyty, meni dajte z takimy zołotymy perstenimy“, przywodzą
tedy drużkę, której również starosta młodego nie przyjmuje, od­
powiadając : „To wid seji paru dajte nam, toto takoż kołyś
budę, ałe teper nam dajte taku z rohamy, pawy aby buły“ itp.
Wreszcie wprowadza starosta młodą, która stanąwszy jedną
nogą na ławkę, drugiem kolanem oparłszy się o stół, przechyla
się i uwiązuje młodemu chustkę u rzemienia (tę samą, którą
przed ślubem przywiązują mu do rękawa), a młody pocało­
wawszy się z nią, płaci jej parę koron, dając przez rękaw siraka pieniądze, które młoda również przez sirak odbiera, — lub
też nieraz młoda, sięgnąwszy w rzemień, sama wyjmuje przygo­
towane w tym celu pieniądze. Obecni nakrywają im wtedy dło­
nie czapkami, przez co tworzy się formalna góra czapek i przy­
trzymując je rękami, błogosławią: „na woły, na korowy, na
wiwci i na dityj kopyciu“.
Po rozebraniu czapek powiada starosta młodej: „Wżeśte
sie zahriły, może wam parno, porozhortajte kożuchie, bundy“,
na co znowu starosta młodego odpowiada: „Wyby nas chofiły
zrabuwaty“, a pierwszy rzecze: „My ne taki lude“. Starosta mło­
dego wreszcie prosi „dajte meże nas korole, bo my ne bezpeczni“, wskutek czego starosta młodej przynosi obręcz, potem
wieniec ze słomy, potem z choiny, „prachtykując“ przy każdym,
a gdy starosta młodego przyjąć nie chce, wchodzi młoda z wień­
cem z barwinku — niosąc go na bochenku chleba, na którym
go wito — i położywszy chleb na stole, całuje się z młodym
i zawiązuje mu wieniec na głowie, wokoło czapki, za co tenże
daje jej w rękaw pieniądze przez rękaw swego siraka.
Obaj starostowie „prachtykują“ dalej ze sobą. Starosta
młodej pokazuje garnuszki, z których rzekomo pić mają, staro­
sta młodego nie przyjmuje ich, aż w końcu podadzą szklankę
i częstują się — najpierw piwem, które przyniósł starosta mło­
dego ze sobą, a następnie dopiero tern, które wnosi starosta
młodej — przyśpiewując przytem, poczem zasiadają do jadła
154 —

Materyały i poszukiwania

i bawią się do późna w nocy. Młody atoli nie je ostątniej po­
trawy, skosztuje tylko i idzie prędko z drużbą do siebie, gdzie
matka przez „skatyrkę" zdejmuje mu wieniec i wrzuca do pieca.
Zapłaciwszy matce parę koron za to, że pierś jej ssał, wraca
zaraz młody wraz z drużbą do młodej.
W tym czasie kiedy młody wyszedł, wiją u młodej dla
obojga wianki ślubne w ten sam sposób, jak pierwszy wieniec,
przyczem młoda siedząc, trzyma przez rękaw siraka owies,
miód i czosnyk w ręku. Wianki te leżą na chlebie, na którym
je wito, aż do chwili, kiedy młodych do ślubu w nie ubierają.
Często jednak wiją odrazu wszystkie trzy wianki.
Drugiego dnia chodzi młoda z drużką po wsi spraszać na
wesele, przyczem kobiety proszone dają jej „powisma“ (przę­
dzę), które zbiera drużka, młoda zaś zbiera kwiaty na „kosycię“
do ślubu. Przez cały ten dzień grają muzyki w chatach oby­
dwojga młodych, gdzie bawią się i tańczą.
Trzeciego dnia zrana przychodzi młody z drużbą, starostą,
parobkami i muzyką „do uboryn.“ do młodej.
Nim wejdą do chaty znowu trzy razy zamyka i otwiera
drzwi starosta młodej, zanim ich wpuści do sieni. A kiedy już
wejdą, zasiadają młodzi w sieni na ławce („wslin“), przed którą
stoi dzierza nakryta „skatyrką“, a na niej dwa bochenki chleba
i wianki. Pod nogi kładą im jarzmo i snop owsa. Brat młodej
zdejmuje jej chustkę z głowy, rozplata kosę i rozczesuje włosy,
rozpuszczając na plecy, a „żony“ (kobiety zamężne) wkładają
jej na głowę pozszywane w kształcie czepca „byndy“ (wstążki)
kolorowe, które z tyłu głowy zwisają rozpuszczone aż do pasa,
nad czołem zaś przyszyte są do włożonego nań wianka. Za
wianek — z tyłu głowy — zatykają bukiet z ziela zw. „wasylok“, „czystec', „postaja“ itp., na ramiona narzucają „namit“
tj. płótno cienkie, białe, w kształcie ręcznika wyszyte, wokoło
którego końce zwisają aż do pasa.
Potem wkładają wieniec młodemu na czapkę, a przy
wkładaniu wianków ładkają (wymawiają : łatkajut):
Oj to naszym susidoczkam
Dywneńko, dywneńko;
Ide doni do śluboczku
Iz kim ji myłeńko.

— 155 —

Materyały i poszukiwania

jeśli młoda jest sierotą:
Oj zacwyła riesna hruszka,
Hyż sie rozcwytaje;
Oj diwczyna rano płacze,
Bo mamki ne maje.

i t. p.
Wreszcie owijają i przypinają młodym na rękawach u pra­
wej ręki duże wzoizyste chustki czerwone, lub czarne, które za­
zwyczaj młoda nosiła na głowie.
Kiedy młodzi powstaną z ławki, starosta młodego prosi
rodziców i rodzinę o błogosławieństwo dla nich. Następnie
drużba, trzymając w jednej ręce „kołokiłce“ (tj. 4—5kałatawek,
umocowanych na patyku), które od początku wesela nosi przy
sobie, drugą ręką bierze młodego za chustkę u rękawa — pod­
czas, gdy ten trzyma za takąż chustkę młodą — i tak obszedł­
szy dzierzę trzy razy dokoła, wyprowadza ich z chaty, robiąc
we drzwiach „koiokiłcem“ trzykrotnie znak krzyża.
Do cerkwi idzie przodem muzyka, starosta młodego i pa­
robcy, za nimi idą młodzi z drużbą i drużką, a wkońcu „świtywka“ tj. druga drużka, zwyczajnie siostra młodego, zamężna
lub nie, zawiązana jednak chustką, jak mężatka.
Przy ślubie wkłada ksiądz młodym korony na głowy, oraz
zarzuca „namit“ młodym obojgu na szyje i zbliża ich głowy
do siebie. Starosta młodego niesie w sakwach do ślubu dwie
„strucle“ i płótno, zwane „kryżmo ", na którem klękają mło­
dzi — dla księdza. Pod nogi młodym kładzie drużba po cen­
cie, które następnie zabiera sobie diak, pałamarz zaś bierze
krzyżmo rzuca na bok, a następna para młodych przyszedłszy
(zwyczajnie jednego dnia odbywa się po kilkadziesiąt ślubów),
ścieli swoje. Przy ślubie przysięgają też młodzi, że pić nie będą
gorących napojów.
Od ślubu młoda wziąwszy drużkę pod „namit“ -- aby się
prędko wydała — wychodzi tak z nią za próg cerkwi, a nastę
pnie wraca z nią do swej chaty, młody z drużbą, „switywką",
starostą, parobkami i muzyką wraca do swojej. Tu przed chatę
— tak u młodej, jak i u młodego — wychodzi matka i gości
ich kołaczem z miodem, przyczem nożem od miodu maści
przybyłych po twarzy.
Pogościwszy swych gości, idzie młody z drużbą spraszać
kobiety „w swachy“. Te, przyszedłszy, ubierają „sosnę“ włóczką
156 —

Materyały i poszukiwania

czerwoną, bukiecikami z białych wstążeczek papierowych i kło­
sów owsa, barwinkiem, wasylkiem, poczem złocą ją pozłótką
i zatykają w „korowaj“ opasany krajką.
Podczas ubierania śpiewają:
Oj sosna — każę — sosna,
Sosna zełeneńka,
Tos neznaw towaryszu
Kotra ty myłeńka.

i t. p.
Wreszcie „swacliy“, wsiadłszy na furę i wziąwszy „korowaj“ na
kolana, jadą, młody zaś, niosąc w zanadrzu bułkę i chleb pod
sirakiem, z resztą drużyny weselnej i muzyką idzie pieszo —
po młodą.
I znowu „prachtykują“, zanim ich wpuszczą do chaty,
przyczem często palą z pistoletów.
Kiedy drzwi otworzą, pierwszy wchodzi drużba i płaci
kilka centów małemu chłopcu - którego umyślnie w tym celu
posadzono obok młodej — za miejsce dla młodego. Gdy młody
wejdzie, młoda, siedząc za stołem, łamie chleb, i rzuciwszy trzy
razy na niego, skłania głowę na stół, a drużka kładzie jej na
głowę kołacze, przytrzymując rękami. Młody, przystąpiwszy,
podnosi jej trzy razy głowę razem z kołaczami, a wreszcie
siada za stołem koło niej. Obok młodej siada drużka i swachy,
a obok młodego „świtywka“, drużba natomiast, wyszedłszy,
pilnuje fury, by zbytków nie robiono. Zdarza się bowiem, że
parobcy powyciągają zatyczki z osi, a gdy młoda wyjedzie, koła
pospadają.
W izbie tymczasem się goszczą. Młody kraje przyniesioną
bułkę, a młoda rozdziela między rodziców, rodzinę i sąsiadów,
przyczem „żony“ ładkają:
Oj zaświty misiaczeńku
Nad namy, nad namy;
Zbyraj sie donuneczko
Iz namy, iz namy.
Ne płacz, ne płacz donuneczko
W nas połę riwneńkie;
Budę tobi za Pyłypom
Łyczko rumianeńkie.

— 157 -

Materyały i poszukiwania

Oj ko wała zazułeńka
Tam, de ne kowaty;
De mnie mamka ne rodyła
Tamby prywykaty.
i w. i.
Przy gościnie młodzi jedzą jedną łyżką, aby przyszłe dzieci
wiele nie jadły. W końcu i drużba wchodzi do chaty, a przękąsiwszy gdzie co w komorze, skacze z „kołokiłcem“ naprzeciw drużki i śpiewa:
Hej hyła, hyła,
Huseczki na staw ;
Koby ja w drużki
Chustynu distaw.

Hej hyła, hyła,
Reszeto bobu;
Jak tobi, tak meni,
Tak mołodomu.

Jak siuda, tak tuda
Wse połę riwne;
Jak tobi, tak meni
Hułaty wilno.

Dobra kapusta
Na sołonyni,
Dawała drużka
Żydowy nyni.

Hej hyła, hyła
Biliji husy,
Ne kałamufte
Wody Hanusy.
i wiele innych w ich mniemaniu dowcipniejszych.
Podczas tego poddrużbi trzaska polanem o stół, wtórując
niejako drużbie. Drużka natomiast wywija chusteczką przed
drużbą i kiedy tenże chce jej ją wyrwać, ta przy pomocy swach
wydziera mu „kołokiłce''. Drużba nie odebrawszy chusteczki,
wrzuca w miskę stojącą przed drużką pieniądze, a ta klaszcze
w dłonie („piesze“), by dalej skakał. 1 znowu wywija mu chu­
stką popod nos, gdy ten, śpiewając, skacze z „kołokiłcem“.
Wreszcie — widząc iż ma już dość pieniędzy — zarzuca mu
chustkę na oczy, on zaś chwyta ją i ciągnie przez stół na śro­
dek izby, gdzie tańczą oboje — zazwyczaj trzy razy — ze sobą.
Po tańcu wyprowadza drużba młodych za chustki z za
stołu, ci zaś kłaniając się po trzykroć przed każdem z rodziców
i rodziny — którzy siedzą na ławce — całują się z nimi na
pożegnanie, poczem drużba, robiąc znowu w drzwiach „koło­
kiłcem“ trzykrotnie znak krzyża, wyprowadza ich z chaty.
Przed chatą, gdy młoda pożegna się z dziewczętami i ko— 158 —

Materyały i poszukiwania

bietami, wysadza ją młody na furę, na której już poprzednio
umieszczono jej skrzynię z rzeczami, chłopcy zaś chwytają co
mogą i pakują na furę.
Obok młodej siada „świtywka“ i odjeżdżają do młodego.
Młody jednak z drużbą, starostą i parobkami wraca z ulicy
przed chatę i tu goszczą ich jeszcze.
Młoda, przyjechawszy przed chatę młodego, czeka, aż ten
z resztą gości nadejdzie i zdejmie ją z fury, a gdy to nastąpi,
wyprzęga sama konie lub woły z wozu, on zaś bierze snop
owsa i rozwiązawszy go, wyściela jej drogę do chaty. Podczas
tego „swachy" ładkają:
Zahrij sonce kroz wikonce,
Zahrij do komory;
Ustań, ustań newistoczko
Puskaty korowy.

Ustań, ustań newistoczko
— Bodajes ne wstała —
Ta popuskaj korowyci,
Szo ty maty dała.

Meni mama ta ne dała,
Bo sama ne mała —
Abym toty popuskała,
Szom tujka zastała.

i t. p.
Wreszcie matka młodego, wziąwszy swą „newistkę“ pod
bundę (aby się nie patrzyła w piec), wprowadza do chaty i sa­
dza za stołem, a drużba gości ją, podając w łyżce popiołu lub
węgla, kota w rzeszocie itp. — poczem młoda rozdziela po­
między rodziców młodego przywiezione „sztrucle“, rodzeństwu
zaś daje bułki, a drobnym dzieciom sąsiadów, które się poschodzą, małe bułeczki.
Potem bawią się i tańczą aż do „propoju“.
..Propij“ robią wieczorem. Starosta młodej, przyszedłszy z jej
rodzicami i rodziną, sąsiadami i muzyką do młodego, znowu
trzykrotnie dobywa się do drzwi, zanim go wpuszczą, niosąc
w sakwach podarki młodej dla rodziny młodego — kobiety zaś
niosą ..korowaj“ wraz z „sosną“. Za trzecim razem wychodzi
matka młodego z owsem w zapasce i gdy przybyli z „korowa­
jem“ ustawią się w koło, drużba wyprowadza młodych, trzyma­
jących się za chustki wraz z drużbą i drużką, którzy z muzyką
obchodzą koło trzykrotnie, a matka obsypuje ich owsem. Ko­
biety podczas tego znowu ładkają.
— 159 —

Materyały i poszukiwania

Ponieważ wraz z gośćmi młodej przyszła i muzyka jej,
przeto muzyka młodego odchodzi do chaty sąsiedniej i tam pozostaje dotąd, dopóki ta nie odejdzie.
Wszedłszy wreszcie do chaty goszczą przybyłych. Młoda
zasiada wraz z rodzicami, starostami i „propijcami“ za stołem
— w czasie czego starosta znowu „prachtykuje“ z garnuszkami
— a gdy wkońcu wniosą kieliszek, młoda przepija do każdego
z obecnych (udając naturalnie, że pije), za co jej w miskę z ka­
wałkiem chleba wrzucają pieniądze. Kobiety w czasie tego ładkają. Starosta młodej zaś, wyjmując z sakiew podarki, wywo­
łuje każdego z rodziny młodego, a drużba — ubrany w krajkę
zdjętą z korowaju — kraje korowaj, który starosta rozdziela po
kawałku nakrywszy podarkiem. Podarki te z rąk starosty mło­
dej odbiera starosta młodego i znosi je do komory. Ojciec dostaje zawsze płótna na koszulę, bracia na rękawy do koszul,
a matka i siostry na zapaski.
Po rozdaniu podarków młoda tańczy jeszcze we wianku,
a wkońcu wiodą ją do komory, gdzie młody bierze ją na ko­
lana, a matka lub siostra jej zdejmuje jej wianek z głowy i cho­
wa do skrzyni. Wianek ten palą w Wielki czwartek, rozpaliwszy
w piecu na paskę. Następnie młody, zaczesawszy żonę w jedną
kosę, zakłada jej czepiec — który ona, zrzucając wciąż z głowy,
za trzecim razem dopiero przyjmuje — i chustkę, którą siostra
młodego po mołodycku jej zawiązuje.
Gdy młody wyprowadzi żonę z komory, tańczą jeszcze
do rana, lub nieraz i dłużej, parobcy zaś przyśpiewują:
drużbie:
Drużbo — każę — drużbo
Tożby tebe byty,
Bo tytilko ne zadrużbyw,
Szoby w puszki wzięty.
staroście:
Jaka bida w Łypowycy,
Taka w Suchodoli,
Jakaś bida pidolleła
Starostu w komori.
a gdy ich starosta pogości:
Hej drużbońki, starostońki
De sie podijemo,

Ta jak sese wesileńko
Tutka wiżyjemo.
— 160 —

Materyały i poszukiwania
A jak sese wesileńko
Tutka wiżyjemo,

Haj to my sie izberemo,
Na druhe pidemo.

W końcu się rozchodzą i wtedy muzyka młodej odchodzi
z jej rodzicami i gośćmi, a wraca od sąsiada muzyka młodego.
W obu chatach weselnych grają muzyki przez cały dzień
jeszcze, a w dniu tym znoszą znajomi młodym podarki, jak
„sztrucle“, zboże, lub mleko, za co ich goszczą. Wieczór zaś
następuje „hostyna“. Starosta młodego przychodzi z młodymi,
drużbą i drużką, rodzicami i gośćmi młodego, tudzież muzyką
do rodziców młodej. Ubrana w „rantuch młoda, której strzedz
jest obowiązkiem drużby, często się przybyłym wymknie, a wbiegłszy do chaty chowa się poza dziewczętami, starosta mło­
dego zaś „prachtykuje“ znowu, dobijając się do drzwi, zanim
ich wpuszczą, a gdy wreszcie wejdą, zasiadają za stołem, obe­
cni zaś w chacie goście weselni odchodzą z muzyką swą do
chaty sąsiedniej. Po gościnie, trwającej 2 3 godzin, rozcho­
dzą się goście, starostowie, drużba, drużka i muzykanci do do­
mów, młodzi zaś wracają do siebie — do chaty młodego.
Jeśli młody „przystaje do młodej“, cała zabawa weselna
odbywa się tak samo w obydwóch chatach weselnych, tylko
młodą po ślubie wiozą bez skrzyni do chaty młodego, a po
„hostyni“ zostają już młodzi u rodziców młodej.
Zaznaczyć wkońcu wypada, że tak zięcia, jak i szwagra
nazywają jednem mianem „ziet’“.
(C. d. n.).

Przyczynek do słownika gwary mazowieckiej.
Jako przyczynek do słownika gwary mazowieckiej podaję
tutaj garść wyrazów, wyrażeń, przysłów i zwrotów przysłowio­
wych, które w ciągu lat 1908—1910 udało mi się zanotować
w Sierpcu i najbliższej jego okolicy.
A w ej, a oto.

A wej pali

V., 915>

papićrosa.

Porów. Prace

,

• ,

fil.,



Bogać nie, Bogać ta nie, Bogać. Używa się stale jako odpo­
wiedź potakująca na zadane pytanie.
Chorzy jesteście?
Bo

gać nie.
Chlustać, skakać. Chluśnies na wóz? Ja chlusnę.

— 161

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.