9c62760a6b17bb27c548f210e1d85135.pdf

Media

Part of Materyały do poznania górali tatrzańskich IV. Symcio Tatar / Lud, 1911, t. 17

extracted text
SZYMON TATAR.
(RZEŹBA WOJCIECHA BRZEGI).

MATERVAŁV DO POZNANIA GÓRALI TATRZAŃSKICH.
Zebrał

WOJCIECH BRZEGA.
Uwagami i słowniczkiem opatrzył dr. Frań ciszek Krćek.
(Ciąg dalszy).

IV.

Symcio Tatar.
„He, Wojtku! Juz mi grajom. Lem sie zmirknie, pełnućko
ik izba. A i koło węgłów stojom. Jo juz, Wojtku, po kolana
w ziemi. Juz to przyhodzi cas. Przyhodzom po mnie towarzysio.
Syćko, cok w młodości robił, wraco sie teroz. Ci, cok ś nimi
parobcył i narobioł, przyhodzom po mnie. Kany jaki Mateja,
Lamek Wojtek, Dziórulin Jaś, Jędrek Krzeptowski, Sabała —
syćko ci moi towarzysio i rówieśnicy. Ba haj! z muzykom
przyhodzom. To owinę głowę w zogłówek, ale co byś ta — przy
samućkiej głowie mi grajom. Ba, kie zaświce patycek, to ani
jednego w izbie nima“.
Stary Tatar nie chciał się dać śmierzci zabrać. Wyschnął,
twarz się mu ściągła, zeżółkła, trząsł się cały, ale matury swo­
jej nie popuścił. Zawsze pięknie obuty w kierpce, portki na
nim bez zgurbki leżały, oczy tylko zamglone nie miały już tego
Ognia i tej dumy, która go pomimo wszystkiego nie opuszczała.
Ludzie gwarzeli o nim: „El bedzie tys ta śmierć miała ś nim
- 97 —

Materyały i poszukiwania

toniec. Cysto piknie se kosę na nim połomie, zakiela go zwłodze, bo to twarde a honorne jak djabli“.
Tatar był podufały, ale nikomu tern nie szkodził. Jak trza
było pracować, to ciężko robił, by wyżyć i swoją rodzinę wyży­
wić. Symcio był jednym z najlepszych strzelców i przewodni­
ków. Onto był z tych górali, co pierwsi z Tytusem Chałubińskim
Tatry zdobywali, co stworzyli przewodnictwo i przez to tater­
nictwo. Wspomina o nim Chałubiński w swojej „Wycieczce bez
programu“, drukowanej w „Kłosach“ przed laty — jako w najtrudniejszem miejscu szedł pierwszy ponad przepaści i dowścipował. Wspomina o nim Wrześniowski August w swojej pracy:
„Tatry i Podhalanie“, drukowanej w Pamiętniku Towarzystwa
Tatrzańskiego w roku 1882, jako uciekał przed leśniczym i jego
towarzyszem, którzy konno Tatara szosą z jaką wiorstę galo­
pem ścigali i nie mogli go złapać, chociaż ten miał na plecach
stutuntowego capa. Tatar skoczył później na zakręcie w las
i uciekł. Sam mi o tern opowiadał w sposób następujący: „A no­
gi tok takie mioł, Wojtku, co mie panie (leśniczy) z jakimsi
drugim horarem na koniak hytali, a ni mogli mie hycić. Sełek
se od hol i niosek capu w torbie na grzybiecie. Wyhodzę tu
z pod Nosola huściokami, kciołek przez dróge i pod regle,
a panie tu — najehoł z niedobocka na mnie. Nie było sie ka
podzieć i drogom jek zacon uciekać. To ci powiem, zek sie
tak niós, cok jaze furkoł. Ka byś ta! nie hycili mie. To były,
Wojtku, nogi!" O innej przygodzie swej w górach tak mówił:
„W Rohacak to my jehali na śniegu jakie trzysta siąg. Poślimy
z Jasie Dziórulinym na kozy we wiesne i śniegu jesce mocki
było od północnej strony. My śli skosami i urwoł sie śnig
s nami — takie bołty jehały — lawina — i ostawiło nos na
takiej półce, a to takim pyłem siuhło w dolinę. To juz tam
kieby nos było wzieno—e! Boże jedyny —toby nos były pote
liski ozniesły, kieby śnig wyginon, abo by było kości z nos
ozeprało. Pośli my na noc w dolinę — spali my w sałasie, to
rano się bida było rusyć, kiek sie zoblók z kosule, to cyrniuckie było ciało“.
Na starość przeniósł się Symcio od syna, ze środka Za­
kopanego, na Skibówkę, na stary ojcowski plac, gdzie sobie
domek w lesie wybudował i tam żyje zupełnie samotnie. Jeszcze
przed paru laty wystrugał sobie łyżniki zdobne, spinki z blachy
srebnej porobił, ale teraz już zniedołężniał, wygaduje na starość
98 —

Materyały i poszukiwania

i czeka ostatniej godziny, a towarzysio jego co noc przychodzą
z tamtego światu i grają mu staroświeckie nuty.
Jeszcze przed trzema laty — pamiętam — jaki był krzepki,
pomimo osiemdziesiątki z górą włosy się nic nie srebrzyły
i jeszcze go życie cieszyło.
Z ludźmi rad uradzał, mówił mądrze, ale o ogólnych rze­
czach, bo gdy zaczął o sobie, to w jego mniemaniu nie
było nadeń człeka na świecie. „Jo, Wojtku, nie takbyk sie
był ożenił, jako Bukowión, kiebyk był kcioł. Jo ci tu powiem:
Roz jek zawiód panów do Smeksu (Smokowiec, letnisko wę­
gierskie), ale to nie było tamok tak, jako dzisiok, co jest Untersmeks i stary Smeks i nowy Smeks, a i niżny Smeks, dyć i środ­
kowy — dziś sie jik do sto djabłów nakociło! Wte był jino
jeden Smeks i tamok w środku w nim był hotel. Jo zawiód
panów do hotelu, ułozyłek jik i wyhodze — wypłacili mnie —
nie powiem — w porządku i posełek. Muzyka cygańsko grała
przed hotele, jo tez zacon tońcyć i tońcem, jakok ta umioł.
Tońcem, a jakosi pani, roz z tej strony, drugi z inej, zachodzi
i patrzy, jako jo to tońcem. Kiek skońcył, tak- óna przyhodzi
ku mnie i gwarzy, cobyk przyseł ku niej do hotelu. Jo pote
poseł, a óna kozała przyryktować na stół wina i różne jedze­
nie i nukajom mie obie z kuharcyskem. Wzionek i pojodek
i napiłek sie wina i gwarze: „Musze tez iść ku swoim panom,
hnetki sie wrócę“.— „Ale się wrócis?“ pytała pani. To ci powiem,
ze ino tak fyrcot piorg z pod nóg, tak jek seł we Felke (Wie­
licka dolina). To mie pote z kuharcyskem po całym Smekse
zesukały i, kie sie pote dowiedziały od ludzi, zek w Polskom
poseł, to w łózecku za mnom płakała ta hrabino. Kciała mie
wej wziąść na Węgry, tamok do swoich dworów. Byłbyk sie
ś niom ożenił i byłbyk se pane“.
— „Dyć-jeście jesce mieli wte swojom babę!“ wtrącam.
„Babę jek mioł, ale się to, Wojtku, nie radzi, jako by to akturatnie być musiało, ino sie godo, jako by to być mogło. Abo i z pa­
niom Modrzojowskom! Kciala ci mie wziąść ze sobom do świa­
tu, coby mie w tryjatrze pokazować, bo takiego, jako jo, to
nima na świecie — ino jednego takiego kasi w Pradze naśli,
a kcieli nos mieć do pory, coby nos w tryjatrze pokazować.
Ale jo gazda! Co mnie za niewolo tłuc się po świecie!“
Ostatniemi czasy już nie widać Tatara na polu, siedzi jako
duch w swojej chałupce. Syn jego Jędrek jeno zachodzi do
— 99 —

Materyały i poszukiwania

niego z garnuszkami i to jest oznaką, że stary Symcio jeszcze
żyje. Podobno już Tatar bardzo na niedołęstwo narzeka i stra­
sznie wygaduje na starość, ale ubiera się po dawnemu, „jak
sie patrzy“. Flinta mu nad głową wisi, nóż w ścianie zatkany,
a pod zagłówkiem pudełko z pieniądzmi. „No, ftóryz tu stary
mo ta, jako jo?“, mówi do syna, wysypując złotą monetę na
drżącą dłoń.
Jak tak dalej będzie, to życie się mu skotwi i będzie chyba
tak wygadywał na śmierzć, jak stary Bukowion. co się nie mógł
tej zębatej doczekać i bardzo ją poniewierał mówiąc: „Kiz
djabli, co sie jej nimogem dockać! Cy juz i óna, wereda, się
zestarzała i nimoze łazić? Dyć som jest teroz koleje, to kolejom
przyjehać może, kie jom nogi bolom. Cy juz ino jedna jest na
cały świat, cy telo mo z ludziami roboty? He! musiala o mnie
zabocyć. Juz jo widzem, ze sie jej niedockom i trza będzie
wiecnie zyć“. Ale się śmierzć ulitowała nad starym Bukowianem i przysła po niego.
W Zakopanem 1910.

Mistrz Twardowski.
Kilka lat temu ukazało się na łamach «Wisły» (XI. t. 223)
ogłoszenie, że pewien uczony polski w zamiarze opracowania
podań o Twardowskim zwraca się za pośrednictwem redakcyi
czasopisma do wszystkich czytelników z prośbą o pomoc przez
wskazanie mu materyału w postaci druków, czy rękopisów, od­
noszących się do ciekawej legendy. O ile mi wiadomo, po dziś
dzień niema w polskiej literaturze naukowej ani jednego studyum
nad legendą o Twardowskim, wyjąwszy kilka stron u Macie­
jowskiego w jego „Polsce, aż do I. połowy XVII. wieku“ 1842.
(IV. s. 376—436.) i Świeżawskiego. „Przyczynek do studyów
nad podaniem o Twardowskim (Bibl. Warsz. 1875. III. s. 205—
225.) to dotychczas jedyne, więc najlepsze, prace nad tym bo­
haterem polskich ludowych podań.
Oczywista, każdy, kto bada legendę o Twardowskim, zmu­
szony jest z natury rzeczy liczyć się z pracami wyżej wymienio— 100 —

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.