c2c9bd922d0769f157dd260315ef062b.pdf
Media
Part of O muzyce ludowej i jej kapłanach / Lud, 1909, t. 15
- extracted text
-
OPISY I NOTATKI.
---«---->0 —
O ludowej muzyce i jej kapłanach.
Jest rzeczą stwierdzoną, że poezya wśród ludu kwitnie
w całej pełni, a poezya o wiele różna od naszej, cywilizowanej,
częstokroć przeczulonej aż do pewnej chorobliwości. Lud nasz
ogromnie jest wrażliwy na piękno przyrody, która go otacza,
wśród której wije cierniowy wieniec swego żywota. On się z nią
zrósł, on z nią spoił swą prostą duszę, stopił w jeden metal
i z metalu tego wydobywa dźwięki pełne piękna, harmonizujące
z najwznioślejszymi polotami.
Ci, co się muzyce lub pieśni ludowej przysłuchują z pewnem uprzedzeniem, że prosty chłop nie może przecie, jako
na nizkim poziomie kultury stojący, odczuć i objąć duszą nie
zliczonej ilości tonów i ich misternych barw — ci piękna w tej
muzyce nie dostrzegają. Ale tony te są; one drgają przedziwnie
pięknie, chociaż szata ich skromna. Dla mnie ta nuta ludowa,
która mię wykołysała, mieć będzie zawsze więcej uroku, niż
pierwszorzędne arcydzieła kompozytorskie.
Ile uczucia i rzewności mieści się w obrzędowych pieśniach
weselnych, ile tęsknoty w pastuszem kwileniu na ugorze, ile
bólu w trenach pogrzebowych, ile wreszcie ognia i siły w dziar-*
skiej, młodzieńczej pieśni!
— 61 —
Ópisy i notatki
Obawiam się, żebym nie był źle zrozumianym i dlatego
nadmieniam, że muzyki ludowej nie pojmuję inaczej, jak tylko
w zespole z przyrodą. Jakże przedziwne wtedy brzmią jej akordy!
Jest np. pogodny, śliczny ranek maja.
Dziewczyna w lasku krowy pasie i śpiewa, o lepsze z sło
wikiem walcząc. Kędyś w dali wtóruje jej fujarka pastusza,
a dzwonów granie, co po rosie drżącemi falami płynie, dopeł
nia akordów.
Albo : głęboka noc listopadowa. Cichy wiatr igra zeschłymi
liśćmi po ogrodach, a z chaty płynie rzewna melodya weselna:
Jest w lesie sosna
Trzy lata rosła,
Ucz się Hanuś pracować —
Jeszcze cię nie wziął
Jasieńko miły,
A już cię chce — katować.
Jeszcze echo tej pieśni nie zamilkło w oddali, a z chaty
wyrywa się nowa, gromka i dziarska:
Myślałaś Hanusiu,
Żeś dostała pana,
Dostałaś Jasieńka
Wielgiego cygana.
Krakowiaki, oberki, mazury, kujawiaki, kołomyjki przepla
tają się nawzajem, tworząc wzorzysty kobierzec melodyi, jak
ugór, obfitujący w dzikie maki, bławaty i inne ziela.
Zebrać te wszystkie nuty i melodye — na wzór Kolberga,
księga byłaby olbrzymia, a ktoby się pracy tej podjął, miałby
wielką zasługę. Ludowa pieśń — to krynica, z której płyną
jasne, krysztalne zdroje, opalizujące wszystkiemi barwami tęczy.
Ludowa nuta wciąż się tworzy, uzupełnia, wydoskonala,
a znamiennem jest to, że gdzie dosięgła fala cywilizacyi, tam
jej poezya straciła swój pierworodny urok, a stała się... po
dobną do szynkownych koncertów.
We wsi K., położonej w pięknem, podkarpackiem ustroniu,
istnieją dwa rody „grajków“, od bardzo dawnych czasów. Oglą
dałem „basy“, w niemiłosierny sposób poklejone i poklamro
wane tak, że w niektórych miejscach są one całkiem drutem
pokryte. Jest to spuścizna po pradziadku Bębasie. Sam on so— 62
Opisyi notatki
bie ten instrument z wierzby wystrugał, sam z baranich jelit
struny pokręcił i „basował“ z bratem, który był skrzypkiem
i również sam sobie instrument zmajstrował. A było to ongiś,
jeszcze na początku XVIII wieku.
Bracia Bębasi grywali na weselach nie tylko w swojej wsi, ale
i w okolicznych. Że jednak wesela trwały czasem przez cały tydzień,
jedna „banda“ nie wystarczała. Skrzypek Bębas wziął na naukę
chłopaka od sąsiada Sybury i po kilku latach nauczył go rzempolić. Żałował później tego, choć zapłacono mu sowicie: 5 kor
ców żyta, 2 jęczmienia, prosiaka i przez czas terminowania
t. j. przez cały rok udój mleka dziennie. Liczeń po kilku latach
prześcignął mistrza, stał się jego niebezpiecznym konkurentem.
Od tego czasu oba rody przekazywały fach i instrumenty
swoim potomkom, prześcigając się ciągle i walcząc ze sobą
o klientelę w ten sposób, że wynajdywali nowe melodye, kom
ponowali i wzajemnie się przy tern z kompozycyi tych — okra
dali. A zawsze było tak, że w jednym i drugim rodzie był
„muzyka“ t. j. skrzypek i „basisty“. Około r. 1840 Paweł Sybura, uchodzący za pierwszorzędnego „muzykę“ w całej oko
licy przeraził się okrutnie, odkrywszy niepospolity talent w ma
łym Michałku Bębasie, który już w 10 roku życia odważył się
pójść z ojcem jako „basistym“ na 4-dniowe wesele. W kilka
lat później Michałek tak się wybił, że Pawła Syburę, jak
to pospolicie rzec można, ludzie puścili w trąbę. Wtedy
doprowadzony do ostateczności Sybura rozpił się, skrzypki
połupał, trzaski rzucił w piec, i oddał się — kradzieży koni
i bydła. Z początku wiodło mu się nowe przedsiębiorstwo, ale
za jaki może rok złapali go na kradzieży, uwiązali u „drągarza“
w chałupie głową na dół i bili i „dzwonili“ nim, jak do dziś
jeszcze w kłótni wypominają to ludzie potomkom Sybury,
aż wreszcie artystyczna dusza wyszła z ciała i na niej na pe
wien czas zamilkł talent w rodzie Syburów.
Ku utrapieniu jednak miejscowych i okolicznych mieszkań
ców, Michałowi Bębasowi nie pozwolił dziedzic się ożenić, wsku
tek czego Michałek rzucił gospodarstwo i wstąpił do klasztoru
Reformatów w S. Nauczył on się tam wkrótce grać na or
ganach bardzo pięknie, ale mimo to nie zarzucił skrzypiec
i od czasu do czasu wygrywał na nich, kryjąc się z tern przed
drugimi braciszkami, którzy uważali świeckie śpiewki za profa— 63 —
Opisy i notatki
nacyę murów klasztornych. Bratu Michałowi było bardzo z tego
powodu przykro, to też skoro tylko zniesiono pańszczyznę,
wrócił do wsi, sporządził sobie w komorze u brata Błażka,
skromną izdebkę i żył w niej samotnie, śpiewając godzinki i wy
grywając na przemian piosenki. Wkrótce przyzwyczaił się do
świeckiego życia i zaczął na nowo z Błażkiem chodzić po we
selach i uczyć bratanka Grzesia na skrzypcach. 1 kiedy tak
wieczorami uczył go na podwórzu, lub w swej izdebce — skra
dał się tam cichaczem mały lwaś Sybura, zdradzający ogromny
zapał do skrzypiec. Bębasowie wkrótce odkryli ten nietakt
Iwasia i mieli się na ostrożności, ale on jakby im na złość za
dziwiające robił postępy jako samouk. Nieraz na weselu Michał
eks-Reformat skrzypce swoje odłoży na chwilę, by do komory
„domatora“ o wódkę zapukać—już lwaś skrzypce bierze igra,
a ludzie tańczą z taką samą ochotą, jak kiedy gra Michał. To
też ludzie zaczęli go brać na wesela. Wkrótce brata swego Stefana
basować wyuczył i doszedł do takiej sławy, że Michał, jak ongiś
Paweł Sybura rzucił skrzypce i oddał się całkowicie pustelniczemu
życiu w swojej izdebce, a Grześ również czując, że nie wy
trzyma konkurencyi — wyuczył się krawiectwa wiejskiego. Ale
Błażej, co „zęby zjadł po weselach“ nie mógł odżałować, swo
jej odstawki. Po pewnym czasie sprzedał krowę, poszedł pie
chotą do Lwowa, kupił sobie śliczne politurowane „basy“, a sy
nowi Grzesiowi ładne skrzypce. Toż dopiero niespodzianka dla
całej gromady! Nowe, błyszczące „basy“ huczały tak, że na
drugą wieś było słychać. 1 znowu ludzie poczęli się do Bębasiów garnąć, pomijając Iwana. Aż raz... Huczne było wesele,
bo żenił się kmieć. Grzesio, parobek już tęgo gra na nowiut
kich skrzypcach na podwórzu, ojciec mu basuje na nowych
„basach“, aż Bóg wie, gdzie słychać, ludzie tańczą, jak waryaci,
aż tu namówieni i spici przez Syburę parobcy zwalili się „nie
chcący“ na muzykantów i z nowiutkich instrumentów pozostały
trzaski.
Sybura tryumfował, chociaż sprawa oparła się o sąd wój
towski i sprawcy katastrofy wespół z jej inicyatorem musieli
płacić trzy garncy wódki radnym z okazyi „prawa" i wyliczyć
Bębasom 30 papierków odszkodowania. Błażej wydobył teraz
wspomniane wyżej historyczne „basy“, syn kupił gdzieś w mia
steczku poklejone stare skrzypce, no i hegemonia ich kwitła
dalej ku niezadowoleniu Syburów.
- 64 —
Opisy i notatki
Ale Iwan Sybura knuł w sercu zazdrość ku Bębasom,
tembardziej, że w ich rodzie nowa zeszła artystyczna gwiazda.
Syn Grzecha, Filik, pasąc krowy wygrywał całymi dniami na
skrzypeczkach, czemu przysłuchiwał się nieraz stary Iwan, no,
i wnosił, że Filik niebawem posiędzie więcej sławy, niż wszyscy
przodkowie obu rodów. I nie mylił się. Filik miał tak dosko
nały słuch, że nutę skowronka umiał udawać, naśladował sło
wika, kosa, a co ważniejsza komponował coraz to inne „ka
wałki“. Ostatecznie ludzie nie dali mu spokoju i naciągnęli go
na debiut, który nawiasem mówiąc, wypadł znakomicie. Teraz
zazdrość Sybury nie miała granic. Co tylko nowego Filik wy
myśli, zaraz to Sybura podchwyci, trochę przeinaczy i twierdzi
że to jego własna kompozycya.
Wśród ludu nowości muzyczne, czyli „nuta“ zmienia się
więcej może, niż moda pań w wielkich miastach. Nowo wyna
leziona nuta idzie od wsi do wsi, jak te fale po stawie. Rozcho
dziły się więc z K. coraz to nowe piosnki aż wreszcie brakło
konceptu. Tedy Filik jął się na sposób. Brany na wesela, nie
raz aż na dziesiątą wieś podsłuchiwał tam melodye ludowe
i wprowadzał je u siebie jako nowość. A szła pewnego razu
od gór nieznana dotąd piosenka:
Pasła Kasia wołki pod górą,
Uciekłże jej jeden za górę,
— Ktoby mi nawrócił te byczki
— Dałabym mu złote trzewiczki.
Skąd ty jedziesz Jasiu ?
— Z Kierdela
— A co ty mi wieziesz
z wesela ?
— Kołkowane buty,
złoty pas,
Nie będę ja z tobą
Byczków pasł.
Piosnka ta, przyniesiona przez Filika zainteresowała wszyst
kich ogromnie. Na weselach, chrzcinach, przy żniwie, pługu,
i pod kądzielą — nikt nic innego nie śpiewał, jak tylko „Jasiu
z Kierdela:“
Tymczasem Sybura puścił się na kompozycyę i ułożył:
6.5 -
Z
Opisy i notatki
Ej nowy płużek, nowy,
Dopiero zrobiony,
Będzie wysypywał,
Juhaju,
Wysokie zagony,
Szałaju.
Pomysł był tak szczęśliwy, że niebawem cała okolica za
rzuciła wszystkie piosnki a śpiewała z ogromną przyjemnością
„Szałaja“.
Ale sędziwi ludzie, wierni tradycyom, poczęli przebąkiwać,
że ta nowa nuta pochodzi od dyabła i że gotowe być kiedyś
nieszczęście. I sprawdziło się. Raz pod jesień na „praźnik“
t. j. odpust, popołudniu była w karczmie „muzyka“ (tańce) Sybura grał, a parobcy śpiewali „Szałaja“. Wtem nadciągnęła
burza i razem z nią trąba powietrzna, która pozrywały wiele
dachów, zabrała zboże na polach i nawet sztuki bydła. Tedy
opinia publiczna zwróciła się z całą surowością przeciw wyna
lazcy dyabelskiej nuty. 1 było mu tak nieznośnie, że wydzier
żawił grunt i poszedł z dziećmi w świat.
Po kilku latach wrócił. „O szałaju“ zapomniano, nato
miast czterej synowie Syniury nauczyli się grać z nut od żydow
skiej kapeli w jakiemś miasteczku.
Najstarszy Paweł dmuchał w klarnet, dwaj inni dzierżyli
pierwsze skrzypce, stary bębnił na bębenku, a najmłodszy 11 le
tni basował. Kapela to nielada! Bębasi skwitowali, a Syburowie słyną obecnie na całą okolicę. Najstarszy dość często je
ździ do Lwowa, zwiedza szynki i podchwytuje melodye. Ubie
głej jesieni, bawiąc w K„ słyszałem tę kapelę. Grała „rach, ciach
ciach“ — mazury, walce najnowsze, a nawet ulubione lwow
skie „Hamaj kiciu“.
Nie robi to jednak wielkiego wrażenia. Jeden z sędziwych
chłopów mówił do mnie :
— Do niczego ta moda. Dużo hałasu, pisku, jakieś za
wodzenie, et niema to, jak nasze starodawne „nuty“.
1 miał słuszność. Niemieckie i czeskie piosnki nie trafią
do serca polskiego ludu. Ładne, bo ładne, ale nie swoje.
Bębasów ani śladu, jakiegokolwiek instrumentu. Nawet owe
„historyczne basy“ poszły do pieca, bo zawadzały. A szkoda 1
66 —
Opisy i notatki
Syburowie grają dalej, jeno że ubyła głowa z ich kom
pletu : stary Iwan umarł, a jeden z synów, który wstąpił do
wojskowej „bandy“, przyjeżdża na każde święta i przywozi mu
zyczne nowości.
Cywilizacya zatem w całej pełni 1
Lwów.
Kazimierz Króliński.
Kometa r. 1812 w Muszynie.
W 10-tym tomie aktów hipotecznych miasta Muszyny (pow.
Nowy Sącz) z r. 1813. znalazłam pod powyższym tytułem cha
rakterystyczny dokument. Jest to nie tylko ciekawy przyczynek
do poznania umysłowości i kultury mieszczańskiego światka
z owego czasu, ale i zajmujący szczegół dla badań i poszuki
wań geograficznych, a nawet astronomicznych.
Ówczesny burmistrz miasteczka, Józef Pawłowski, rozpo
czynając nową księgę hipoteczną, właśnie w tym czasie, kiedy
miasteczko nawiedziła klęska powodzi, korzysta z tego i umiesz
cza zaraz na pierwszej stronie księgi opis tego zjawiska.
Widocznie wstrząsnęła ona silnie mieszkańcami, a w nim
samym obudziło żyłkę urodzonego kronikarza, który dla „na
uki i przestrogi“ chce podać potomności to, na co patrzyły
jego oczy. Opisuje więc nie tylko powódź, ale i świecącą
wówczas kometę, którą uważa za herolda klęski.
Z sumiennością dokładnego obserwatora podaje nawet
rysunek owej gwiazdy złowrogiej, która swoją rózgą straszyła
już od roku 1811 mieszczan muszyńskich, zapowiadając karę
Bożą. Widocznie jednak ludzie nie umieli „zawczasu przebłagać
majestatu Bożego“ i klęska przyszła, straszniejsza niż zapowia
dały przeczucia.
Oto dosłowna, z zachowaniem wyrażeń, kopia „dokumentu“
którego autentyk znajduje się w biurach gimnazyum nowosą
deckiego. Sądząc z wyrażenia końcowego „w przytomności
naszej“, pisał go widocznie pisarz gminny pod dyktatem
burmistrza.
»Gwiazda, którą nazywają kometą. Ta zaczęła
świecić, czyli wschodziła w miesiącu września r. 1811,
(pisze o niej w książce czeskiej zwanej Lucydar, że ta
67 —
