415d8e4651318aaa74aa1a59e6d0861a.pdf

Media

Part of Zwyczaje, obrządki, zagadki i pieśni ludu kaliskiego w okolicach Wielunia / Lud, 1909, t. 15

extracted text
Opisy i notatki

Jeżeli kolędnicy zostaną zaproszeni do izby, śpiewają
w dalszym ciągu kolędy, poczem najstarszy obracając gwiazdą
składa domownikom życzenia:
Winszujem Im szczęścia, zdrowia, na ten to nastający Nowy Rok.
Nie tylko na ten Nowy Rok ale i na dalsze czasy!
Wszystkiego dobrego od Pana Boga miłego
I tego Emanuela Świętego, Jezusa Chrystusa !
Żeby to dzieciątko w sercach ich przebywało,
Żeby mieli wielką radość z Niego.
Przyszła nam nowina, miłość Jezusowa cały świat zdziwiła.
Paśli Pastuszkowie w północnej krainie,
Jasność ich wielka otoczyła, oni się bardzo przelękli;
Anioł się im ukazał i rzekł do nich :
»Nie bójcie się ubodzy pastuszkowie,
Ale idźcie do Betleem, tam znajdziecie Dzieciątko
W żłobie położone, w pieluszki uwinione,
Jezusa Chrystusa«. Amen. — 1)

F. Gawełek.

Zwyczaje, obrządki, zagadki i pieśni ludu kaliskiego
w okolicach Wielunia.
W bibliotece Czartoryskich w Krakowie, znajduje się po­
wyższy rękopis nr. 3778 nieznanego autora. Obejmuje 12 kartek
formatu 4, gęsto zapisanych. Rękopis ten pochodzi z drugiej
połowy XIX. w., jak można wywnioskować z charakteru pisma
i rodzaju papieru. Ciekawsze miejsca podaję poniżej.
*
Dość żyzne okolice Wielunia zamieszkuje lud z wielu
względów godny literackiego badania. Pełno tutaj pieśni, obrząd­
ków, powiastek właściwych onej tylko okolicy.
Mnie zdaje się, że głównie na ich jednostajne, niezmieniające się wiekami obyczaje, wpływało najwięcej dziedziczenie
’) Co się tyczy samych widowisk świątecznych, zob. Fr. Gawełek:
Zwyczaje świąteczne w Radłowie. Lud 1907, s. 130. — Tenże: Boże
Narodzenie w Radłowie. Lud 1908, s. 131,

— 91

Opisy i notatki

wiosek przez rząd albo księży. Dotąd daleko od Wielunia ku
Częstochowie, prawie same tylko dobra skarbowe, już to ko­
ronne od wieków, już to pokonfiskowane duchownym przez
rząd pruski w końcu przeszłego wieku.

Wesela i ubiory świąteczne Wielunian.
Wesela w tej stronie mają wiele charakterystyczności od­
dzielnej.

12.

Każda wioska stanowi jedną familię; zwyczaj tu bowiem
trwa oddawna, że nie wydają nigdy za obcych swoich córek,
ani też nie łączą z obcemi synów.
Gdy gospodarz spostrzeże w swoim synu chętkę do że­
niaczki, naradza się najprzód ze sąsiadem, czyby go jeszcze
przetrzymać, czy mu obmyślić towarzyszkę?... Jeśli syn najstar­
szy (biorący zazwyczaj rolę po ojcu) ma być żeniony, nie szu­
kają jemu żony bogatej, ale urodnej, zdrowej i pracowitej. Jeśli
zaś młodszy, (który nic po ojcu oprócz przyodziewki nie
weźmie), wtedy szuka się jedynaczki, cobyto miała i rolę i chu­
dobę niezgorszą.
— 92 —

Opisy i notatki

Gdy sobie coś podobnego uprojektują, wtedy w niedzielę,
w karczmie, ojciec, chcący ożenić syna, z ojcem upodobanej
dziewuchy, świadomym już rzeczy z biegającej wieści po siole,
siadają za stół i zaczynają ciągnąć po kwaterce. Za niedługo
przyłączają się małżonki i pokrewni, a widząc przy coraz żyw­
szej rozmowie, na co się to wszystko zanosi, każda strona
chwalić zaczyna swoje dziecko.
Przy tej okoliczności nadmienia się coś o posagu a potem
wprost oświadcza, że czas dziecko odprawić do ludzi. Wtedy
ojcowie już się zrozumieli. Ojciec pretendenta prosi do swej
chałupy rodziców oblubienicy i sąsiadów kilkoro. Gospodyni
przyrządza na wieczerzę kluski cienkie, łokciowe z olejem, ka­
pustę z grochem i kołacze (placki białe z makiem i miodem).
Gospodarz domu idzie po wódkę do dworu, bo dla gości
w karczmie nie kupuje się nigdy; goście tymczasem, gdy za­
trudnieni gospodarze, kopcą tytoń z kusych, śląskich fajeczek,
radząc to o panu, to o włodarzu, tó o pańszczyźnie.
Nadchodzi wreszcie z gorzałką gospodarz, zaczynają pić
po trzech kupkami jedną szklaneczką. Później wieczerzają i znowu
piją aż do upadłego i dopiero mocno rozmarzeni trunkiem,
oświadczają sobie otwarcie: „kumotrze, pożeńma swoje dzieci
ze sobą“. — „Dobrze“ odpowiada drugi, uderzywszy z całej
siły dłonią w podaną dłoń kuma; gdy tymczasem pijane kumotry z wylaniem serca ściskają się w objęciach. Znowu piją,
póki gorzałki staje przez całą noc przy świetle łuczywa, lub
w bardzo zamożnym domu przy świeczce, osadzonej w kar­
toflu albo brukwi, zastępującej miejsce lichtarza.
Bywa to zazwyczaj w jesieni i w zapusty, a rzadko bardzo
po Wielkanocy. Tę biesiadę pierwszą u rodziców żeniącej się
pary, nazywają gościną. Kiedy na drugi dzień kuma kumie
oświadczy, że Klichy byli u Bieniasów ze swoimi w gościnie,
wie już cała wioska na trzeci dzień — „jako Bieniasiak ma się
pobrać z Klichówną“. 1 każdy wtedy myśli i radzi, jakie będzie
wesele — pieczone czy gotowane ? Co stosownie do zamożności
rozmaicie się zdarza.
Ma się rozumieć, że na owej gościnie oblubieńcy nie znaj­
dują się wcale. Oblubieniec w karczmie tańcuje w lewo i prawo;
oblubienica zaś, jeśli troskliwie przez rodziców chowana, siedzi
w domu, pilnując młodszych dzieci — jeśli zaś pieszczocha, to
pewno także w karczmie na odsibkę z parobkami wywija.
93

Opisy i notatki

W następną sobotę wybierają swatów, którzy do rodziców
panny mają zaprowadzić pana młodego i „smawiać“. Wybiera
się zazwyczaj na to poselstwo krewny oblubienicy, stryj,
chrzestny lub pociotek; przewiązuje on się białym rańtuchem
przez ramię i ze szwachną czyli starościną pan starosta albo
drużba idą z koszykiem, w którym znajduje się butelka wódki,
kartoflany placek, kilka jaj gotowanych i ser. Za nimi postępuje
pan młody; wszyscy w świątecznych sukniach; dzieje się to
o zmroku. U rodziców dziewczyny, uwiadomionych o tern
wprzódy, czeka kilku sąsiadów i sąsiadek.

13.

Starostowie wchodzą do izby, a pan młody zostaje w sieni
za drzwiami. — „Niech będzie pochwalony“ starostowie mówią,
„Na wieki wieków“ odpowiadają obecni w izbie. — „Witamy
gości w doma! rzekną gospodarze. — „Bóg zapłać przyjaciele!
mówią starostowie i zaraz perorę rozpoczyna starosta: „Po­
dobno tu macie dziewce na wydaniu, pobożne, młode, urodliwe; chłopiec gładki, bogaty bardzo się ku niej zapolił...
przyśliśma złemu zabiegnąć'*.
Tu dziewucha ucieka do sieni, ale oblubieniec zastępuje
jej drogę; ona się cofa wrzasnąwszy z całego gardła „o rety“
i kryje się w komorze lub na przypiecku stosownie do oko— 94 —

Opisy i notatki

liczności. Jest to powszechna i zawsze jedna forma. Starosta
goniąc, woła: „Aoj dziewce! radzibyśmy z tobą pogadali... ale
dziewczyna, choćby jej „fołdy u buroka“ (kiecki) wyrwali, musi
się skryć koniecznie.
Tu starościna prosi ojców, żeby pozwolili napić się z dzie­
wuchą gorzałki. Ojcowie zawsze pozwalają. Wtedy dopiero
sceny, jakby tu dziewuchę z przypiecka zwabić. Starosta, staro­
ścina koleją używają całego dowcipu: „pućże, gąsie, puć! zaprowadzima cię na wodę, pływa tam biołny gąsiorek, Błaek mu
imię, a ślepięta jakby wykapane twoje świcą mu w łepku“.
Kiedy próżne wszystkie zażywania sposobów, ojciec krzy­
knie: złaź Kaśka duchem z przypiecka! toć i musi chociaż
z płaczem. Aleć też nie każdej trzeba tyle gadać, bywają i ta­
kie, co nie uciekają na przypiecek, ale wychodzą przed sień
rade jak najprędzej powitać z dobrą nowiną starostów, a pan
młody jeszcze na progu uściśnie powolną kochankę na wszyst­
kie pieszczoty.
Ody dziewczyna wylezie przecie z komory, albo ją ojciec
ściągnie z przypiecka, starościna woła ze sieni pana młodego.
Ten rodziców panny obłapiwszy za nogi, pije potem z rąk sta­
rościny do oblubienicy. Ta szarpie się, gniewa, droży, aż w końcu
za przykładem ojców bierze kieliszek z rąk narzeczonego i obró­
ciwszy się tyłem do wszystkich, pije w kącie z przestankami,
za każdym razem obcierając usta zapaską, resztę zaś wylewa
przez głowę za siebie.
Wypicie wódki z rąk pana młodego jest silniejszem zarę­
czeniem nad wszystkie intercyzy wysokiego tonu. Już odtąd na­
zywają się mój i moja. Wolno już odtąd oblubieńcom pocało­
wać się, poigrać, a nawet w karczmie bez pozwolenia ojców
częstować się przy tańcu wódką i piwem. Cały wieczór i noc
po „smówieniu“ tańce, hulanka, krzyki i śpiewy przy obficie
płynącej gorzałce. Nazajutrz w niedzielę idą do proboszcza dać
na zapowiedzi. W trzy tygodnie po smowinach odbywa się we­
sele. Rodzice panny wyprawiają takowe, stosownie do zamożno­
ści pieczone lub gotowane.
Pieczone wesele jestto uczta składająca się ze samych ko­
łaczy pszennych, tudzież z jabłek i innych suszonych owoców,
orzechów i miodu. Pieczone wesele często trwa i tydzień.
Gotowane wesele bardzo wiele kosztuje. Zazwyczaj krowa,
para wieprzków i całe stado gęsi pada ofiarą wesela gotowa95 —

Opisy i notatki

nego. Rzadko wesele gotowane dłużej trwa nad dni cztery. Bo­
gacze młynarze, pustkowianie wyprawiają córkom wesela hucz­
niejsze; jest ono i pieczone i gotowane, bo wszystkiego obfi­
tość. Na każdem zaś weselu wódki i piwa musi być obfitość.
W dzień ślubu przychodzą do domu panny młodej druchny
cztery lub sześć czasem i więcej, lecz zawsze parzysto i czekają
na pannę w izbie, kiedy ją starościna, matka i inne matrony
stroją w komorze.
Siedzi ona na dzieży, przewróconej dnem do góry, ubie­
rają jej głowę w kolorowe wstążki, obcisło fałdując dokoła;
w tyle zaś w rozpuszczoną kosę wpinają ogon z kilkudziesięciu
kolorowych wstąg szerokości i długości rozmaitej. Szyję w pa­
ciorki, korale, perełki fałszywe tak grubo obwijają, że ciała
dojrzeć nie można. Kryzy u koszul rzadko w której parafii
około Wielunia ku Częstochowie noszą kobiety. Zamiast nich
gors koszuli i końce szerokich rękawów wszywają w wąziutką
listewkę, wyhaftowaną wraz z ramionkami różnokolorową włó­
czką i jedwabiem.
Spódnicy wełnianej, tak zwanej „borok“ lub „kiecka“ nieużywaja panny do ślubu. Spódnica jedwabna, zwana rubronem
lub merynosowa, obszyta galonem szczero-złotym lub srebrnym
dokoła u dołu, zapaska bawełniana w czerwone paski lub ze
staroświeckiego persu, gorset z bogatej materyi, trzewiki na
wysokich korkach, pończochy modre z czerwonymi klinami
u kostek—są paradnym strojem dziewcząt. Cały ubiór okrywa
z wierzchu granatowy kaftan, gładki naokoło, po bokach tylko
po parę fałdków mający; jest on długi blisko do kolan, powyszywany tasiemeczkami jasno-niebieskimi. U przodu dwa rzędy
guziczków świecących, zapina się na pentelki. Do niemałej
ozdoby należy także szkaplerz na szerokich wstęgach przez ra­
miona przepiętych.
W zimie jeszcze na to wszystko wdziewają baranią szubkę
węgierskiego kroju, taśmowaną na piersiach i na każdym szwie;
ta bywa rozmaitych kolorów, granatową jednak najpowszechniej.
Rańtuch, pewien gatunek szala, biały, płócienny lub perkalowy, służy starszym niewiastom do noszenia dzieci przy
piersi będących, albo też do ozdoby w niedzielę „do kościoła“.
Panna młoda nie obejdzie się bez tej ozdoby przy ślubie.
Gdy już swachny pannę ubiorą, zostawiają ją w komorze
samą, druchny zaś śpiewają smutne piosenki przy drzwiach,
96

Opisy i notatki

jakby żegnając dziewicę, która z ich grona przechodzi na wieki
w koło poważnych mężatek i już nigdy do ich zabaw dziewi­
czych należeć nie będzie.
Juześ dziewcyno nos pogardziła, Kiej śnieg zabieli pole wokoło,
Idzies do męża rodzica,
Z kądzielą nie pudzies z nami,
Zostawios matkę, co cię kormiła, Śpiewać nie będzies jak my wesoło,
Juz ty nie bedzies dziewica!
1 bawić druchen gadkami.
Nie bedzies s nami obrazów stroić Cy w kłakociny, cy we wyrzynke
1 białnej chorągwie nosić,
Nie będzies s nami tańcować,
Bieda ci bedzie serce oswoić,
Bo musis w doma gospodarować
1 krzywdy od obcych znosić.
I małych dzieci pilnować.
(w Pątnowie).

Zazwyczaj te piosenki są nuty smętnej. Śpiewają je strof­
kami; po skończeniu jednej odzywają się chórem wszystkie
powtarzając dwa ostatnie wiersze zwrotki i dodając la la la la,
da da dana — i znowu jedno z nich kolejno śpiewa inną
zwrotkę.
Często przy weselach znajdziesz śpiewki nowe, improwi­
zowane przez stare matrony, wyjadaczki, co to tylko z wesela
na wesele, z chrzcin na chrzciny chodzą.
Panna młoda spłakawszy się porządnie, sama niewiedząc
dlaczego (drugie płaczą przed ślubem, więc i ona płacze) wy­
chodzi nareszcie z komory do izby i ściska kolejno druchny. Te
wszystkie nad nią płaczą.
Tymczasem na drodze ukazuje się ciągnąca tłumnie dru­
żyna, młodziany na koniach z kolorowemi chustkami w jednej,
a batami w drugiej ręce pędzą cwałem. Za nimi jedzie kilka
wozów weselnego orszaku.
Każdy młodzian ubrany w granatową kapotę, z kołnie­
rzem stojącym, obszytym podwójnie jaśniejszą tasiemeczką ba­
wełnianą. Dwa rzędy małych świecących guziczków, klapka wy­
wrócona podszyta czerwoną materyą, podszewka sycowa lub
persowa w żywe kolory lub płócienna, są to konieczne ozdoby
kapoty. Buty długie za kolana, czapa siwa z wieńcem, uwitym
z płatków, pierzanych kwiateczków, szkiełek i świecideł różnych,
czerwona lub modra wstążeczka pod szyją, oto cały strój mło­
dziana. Starzy tylko odróżniają się pasem rzemiennym z ka— 97 —

Ópisy i notatki
litką, zapinanym na kilka sprzączek i powyszywanym w różne
desenie.
Starosta czyli drużba wchodzi pierwszy do izby, przewią­
zany białym rańtuchem przez ramię i przypomina, że już czas
do ślubu. Tu dla lepszej ochoty wypijają dużo gorzałki, nastę­
pnie drużba bierze chustkę purpurowego koloru, podaje jeden
koniec pannie młodej, sam bierze drugi przeciwległy i wypro­
wadza do kościoła.
Stare matrony w świątecznych strojach różnią się tylko
w ubraniu —- czepcem mało wyglądającym z pod dużej chustki
w tył zawiązanej, z opuszczonym na plecy jak klapa końcem.
Lewą dłoń ręki obwijają chustką na paradę, palce oplatują
w różaniec.
Za drużbą idą parami panny druchny, trzymając się po­
dobnie za rogi chustek, dalej postępuje cała drużyna bez po­
rządku. Choćby dwa staja było do kościoła, dla większej pa­
rady siadają na wozy. W pierwszym zazwyczaj mieści się mu­
zyka złożona ze skrzypiciela i basisty, w drugim panna młoda,
starosta, swachna i dwie druchny, w następnych wozach cały
orszak weselny, zajmujący często i dwanaście wozów. Pan
młody i młodzianie na koniach krążą około wozów, śpiewając
i krzycząc z całego gardła.
Wszyscy, dojechawszy do kościoła, zsiadają z wozów i tłum­
nie cisną się do plebanii prosić księdza o ślub. Gdy po zapi­
saniu aktu przychodzi do zapłaty, wtedy dopiero sceny. Im bo­
gatsi, tern bardziej targują się z księdzem, aby co więcej oszczę­
dzić... na gorzałkę. Znudzony proboszcz ich modłami przystaje
na wszystko, a oni go prawie na rękach niosą do kościoła.
Jeżeli ksiądz okazał się powolnym przy targu o zapłatę, to
każdy składa mu w ofierze mnóstwo orzechów, jabłek, jaj, lnu
i innych drobiazgów. Ślub biorą jak zwyczajnie. Zamiast obrą­
czek metalowych na palce, używają częściej rucianych wianków,
które dudką od gęsiego pióra już w kościele przypina swachna
państwu młodym do włosów; następnie kapłan zdjąwszy, po­
święca je i znów kładzie na głowy. Po ślubie zaraz swachna
zbiera obydwa i chowa w zanadrze. Przed udaniem się państwa
młodych do łożnicy, zaszywają je matrony w pierzynę, co na­
stępuje zarazem miejsce święcenia łoża oblubieńców. Jak wszę­
dzie tak i tutaj wszyscy bacznie zwracają na to uwagę, kto
z państwa młodych przy wiązaniu stułą mieć będzie rękę na
- 98 -

Opisy i notatki

wierzchu i z tego wróżą przewagę jednego z małżonków nad
drugim, bo „kto górował przy ślubie, ten do śmierci górować
będzie“. Często kręcą oboje oblubieńcy rękami dotąd, póki ich
ksiądz nie pogodzi, ustawiając tak ręce obojga, że i jedno i dru­
gie nic wróżyć na swoją stronę nie może.
Często pijany skrzypiciel jeszcze w kościele „zarzempoli
od ucha mazureczka skocznego. Skoro tylko wyjdzie orszak
weselny z dziedzińca kościolnego, krzyki i śpiewy młodzianów
całej wsi ogłaszają, że już po ślubie. Wszyscy następnie ciągną
do karczmy; tu wypiwszy niemało i pohulawszy w prawo to
na odsibkę udają się do domu rodziców oblubienicy i tam ban­
kietują najmniej trzy dni. Pieczone jednak wesele zawsze bywa
dłuższe. Wtedy dopiero uciecha. Cała chata, podwórko i sad
pełne gości, wszędzie jedzą i piją. Z izby wszystko powynoszone, tylko zostały wzdłuż ścian ławy i stoły, za którymi przy
kieliszku śpiewają i gwarzą matrony. Parobcy zaś porzucawszy
kapoty, a dziewczęta kaftany — tańczą bez ustanku, kręcąc się
po środku szczupłej izdebki.
Jadła gotują wtedy albo w kuchence, albo w pobliskim
piecu od lnu. Czarniną z gęsi z grubą kaszą, zwaną pęczakiem
lub z kartoflami, kawały mięsiwa różnej wielkości, żadnej niemające przyprawy oprócz soli i pieprzu, kapusta z grochem,
kluski długie jak węże — oto wszystkie potrawy składające
ucztę weselną. Goście wcale nie patrzą na jakość ale na mno­
gość potrawy. Kluski z makiem i miodem, ogromne kołacze,
jabłka i orzechy stanowią jakby deser. Ma się rozumieć, że go­
rzałki obfitość, piwa niewiele i to rzadko w której wiosce uży­
wają przy weselu. Pokrajane w kawałki kołacze, ser, jabłka,
suszone gruszki i orzechy stoją na żądanie gości w sitach, prze
takach i miskach. Późno w noc pierwszego dnia wesela nastę­
pują oczepiny. Stare swachny starają się choćby zdradą lub
przemocą schwytać i uprowadzić pannę młodą do komory. Tam
bez litości na jej płacze i żal serdeczny, obcinają nożycami
pukle choćby najśliczniejszych włosów i wkładają jej ogromny
czepiec, ustrojony wstęgami i galonami. Jest on zazwyczaj z bo­
gatej często złotem tkanej staroświeckiej materyi (zazwyczaj po
prababkach spuścizna). W niektórych wioskach z drugiej strony
Wielunia ku Sieradzowi, młódź z oczepin robi sobie zabawki.
Włazi kilku parobków do komory i kolejno przebiera się jeden
w czepiec, zakapturzywszy oczy, wdziewa na wierzch kożuch do
— 99 -

Opisy i notatki

góry futrem i skurczony (według potrzeby, aby naśladować
wzrost panny młodej) wchodzi do izby w towarzystwie dwóch
swatek. Dziewczęta obchodzą go dokoła, chcąc poznać czy to
panna młoda lub nie; jeśli poznają że mężczyzna, wtedy wrza­
snąwszy uciekają od uiego, a parobcy batami po karku grzmocą
zwodziciela. Taką kolej kilku przechodzi, aż na końcu panna
młoda w tym samym ukazuje się stroju. Te jednakże odrazu
poznają druchny i zdejmują z niej kożuch. Następnie mężatki
(przyniósłszy każda ze sobą czepiec w upominku dla panny
młodej) czepią ją znowu kolejno swoimi czepcami. Panna
młoda zaś zdziera każdy z głowy i chowa między nogi (zwy­
czaj powszechny w okolicach Sieradza, Konina, Kalisza po czę­
ści Wielunia). Często uzbiera czepców i trzydzieści. Kiedy już
ostatni ściągnie z głowy, swachny kładą jej złotolity i tak
przybraną oddają w ręce pana młodego. Wtedy młodzież często
zaśpiewa piosenkę: (jak w Pątnowie, Grębieniu i t. d.).
Mos tero! mos tero!
Dałaś wionek za ogonek...
Mos tero!
Po chwili pan młody, łyknąwszy dla ochoty jeszcze kube­
czek, żegna się z gościną słowami: „ostańta z Bogiem“ i wziąw­
szy za rękę pannę młodą prowadzi ją do komory i tam się
z nią zamyka.
Nazajutrz rano pod drzwiami komory grzmi muzyka na
dzień dobry państwu młodym, a ochotni biesiadnicy już wszyscy
zebrani, śpiewają i wykrzykują. Pan młody wychodzi wtedy
z komory i pozdrawia wszystkich. Swachny biegną do śpiącej
jeszcze pani młodej, bawią tutaj czasem zadługo, czasem bar­
dzo krótko. Przyczyny tego z pewnością nie wiem. W pierw­
szym razie wyprowadzają panią młodą w bogatym szepcu, tym
samym, którym ją czepiono,— w drugim razie tylko w modrej
lub żółtej chustce, zawiązanej na siatkowej kapce. W tym przy­
padku jest ona smutna i wstydząca się; pan młody nie zawinie
się koło niej przez całe wesele, nikt też nie powita jej śpie­
wem, ni młodziany ni druchny. W pierwszym zaś razie huczne
okrzyki i pieśni witają oblubienicę, druchny po kolei serdecznie
ją ściskają, każda wprzódy ścisnąwszy jej nogi z uszanowaniem
jako poważnej mężatce, a ona płacze z wszystkiemi towa­
rzyszkami.
100 —

Opisy i notatki

Jeśli oblubienica wchodzi do domu rodziców męża na
mieszkanie, zowie się ona wtedy niewiastą. Jeśli zaś pan młody
zostaje w domu rodziców żony, zowią go komornikiem.
Wesele wdowy mniej wspaniałe i od wielu zwyczajów
wolne. Wdowiec, żeniący się z panną, niczem swojego wesela
nie odróżnia, a często jakby młodzik wieniec do czapki z białą
wstęgą przypina. Kiedy parobek ożeni się z wdową, powiadają,
że przystał do wdowy (w Załęczu i Dzietrznikach). Po trzech
dniach, choćby wesele tydzień jeszcze się ciągło, już ani jedna
dziewka, ani jeden parobek znajdować się na niem nie może.
Wywód i przenosiny oblewają jeszcze solennie, ale na te dwie
uczty każdy z krewnych i gości musi przynieść flaszkę wódki
i placek.
Widziałem także podczas jednego wesela w Dzietrznikach
niedźwiedzia ubranego z grochowia, którego dosyć zabawnie
naśladował w ruchach jeden włościanin. Oprowadzano go po
wsi całej, wszędzie gdzie stanęli przed chatą, naprzód często­
wano gości wódką, a potem goniono niedźwiedzia z wodą.
Pełno uciechy i śmiechu, ale piosenki żadnej przy tern nie
słyszałem.

Znachorstwo.
Zawsze w każdej wiosce znajdziesz kilka w swojej sztuce
biegłych doktorek. Te nieproszone często gęsto przychodzą
z pomocą położnicy. Przy podawaniu „leków“, odmawiają one
tajemnicze szepty, nakadzania, zażegnywania, z których każde
odbywa się w odpowiednim, oznaczonym, czasie. To szczególne,
że wszystkie te eskulapki utrzymują się ze swego szarlatanizmu,
każda szanuje tajemnice drugiej i żyją w jak największej zgo­
dzie. Lud prostoduszny wcale się nie poznaje na ich oszustwie.
Tym niewiastom każdy wieśniak największą cześć oddaje, oba­
wiając się jakiego czaru, albo postrzału. One bowiem posiadają
tajemnice czarów, mocą których, w przekonaniu ludu, mogą
dobre i złe wyrządzić.
Młynarze i bartnicy również są biegłymi w różnych sztu­
kach lekarskich i czarodziejskich, ale oni najwięcej szkodzą
tylko młynom lub pszczołom swoim wzajemnie. Kiedy któremu
z bartników upadną pszczoły, je t to niezawodnie sztuka nie­
życzliwego przeciwnika, tak zw. „założenie“. Wtedy biorą zaraz
święconą wodę, kadzą mirą „trzech królową“ dokoła pasiekę
— 101 —

Opisy i notatki

i pokrapiają takąż wodą wszystkie wnijścia u uli; przytem
w różnych miejscach piszą święconą kredą krzyżyki. Jeśli zły
człowiek dotknie ciałem lub suknią którykolwiek z tych zna­
ków, to nieszczęście, jakie chciał drugiemu „założyć“, spadnie
na jego pasiekę. Na pszczołę nie mówi się, że zdechła, ale
umarła.
Pogrzeby.
Umierający człowiek rozmaitym ulegać musi zabobonom.
1 rupiarki baby jeszcze do żyjącego przychodzą ze swoją usługą.
Kiedy widzą chorego bardzo już słabym, natychmiast składają
go z łoża na prostą słomę. Następnie jedzie który z sąsiadów
po księdza i chory na tej słomie spowiada się. Napróżno im
przekładają księża, że oni zgon przyspieszają choremu, wyj­
mując go z ciepłej pościeli na zimną słomę. Sam chory, gdy
się czuje zbyt słabym, każę się zaraz przełożyć na słomę. Kiedy
mieszkałem w Dzietrznikach, jeden z najcnotliwszych gospodaizy wioski zasłabnął. Często odwiedzałem go w czasie choroby.
Pewnego razu zastałem go leżącego na słomie. Kazałem go
natychmiast włożyć do pościeli napowrót, ale chory ostatku sił
dobywając, ozwał się do mnie: „Dajcie pokój paniczku! tak
mój dziad, pradziad Bogu ducha oddawał i ja nie mogę przestępować ich układu“. Kiedy począł okropnie dychać, podano
mu natychmiast krzyż do prawej, a gromnicę do lewej ręki,
a on ścisnął je konwulsyjnie. Wszyscy upadli na kolana, sąsiedzi, żona, dzieci. Nagle umierający otworzył oczy, przygasłą
źrenicą spojrzał po wszystkich, zawarł znowu powieki, wypuścił
z rąk krzyż i gromnicę, westchnął głęboko i już żadnego nie
okazywał ruchu. Wtedy jedna z trupiarek zawarła mu oczy
i usta, dotknęła się ręką lewego boku jego i po chwili, obró­
ciwszy się do nas, rzekła: już Bogu ducha oddoł, módlcie się
za umarłego.
Nie ubierają nigdy umarłego w to odzienie po śmierci,
jakie nosił za życia, ale szyją mu z nowego, białego, niepranego jeszcze płótna całun, podobny kształtem do długiej ko­
szuli z szerokimi rękawami. Nazywają powszechnie tę pośmiertną
suknię żgłem (1 przyp. żgło). Jest ono tak długie, że zupełnie
zakrywa nogi, również obszyte w płótno. Na głowę wkładają
czapkę także płócienną, szerokie zaś rękawy około dłoni prze­
wiązują kolorową tasiemeczką. Na piersiach przypinają do żgłą
- 102

Opisy i notatki

papierowy obrazek, a w złożone ręce kładą krzyżyk z Panem
Jezusem.
Skoro chory ducha wyzionie, trupiarki gotują wodę z zio­
łami na kąpiel zmarłemu. Biorą zazwyczaj suchy barwinek, rozchodnik, rutę, bylicę, paproć, słowem wszystkie zioła, jakie
święcą w Matkę B. Zielną. Po ukąpaniu ubierają w żgło i kładą
na tę samą słomę, na której ducha wyzionął. Tam leży, póki
kołodziej trumny nie ukończy.
Budowanie trumny i kopanie grobu ważną także jest rze­
czą. Zabobon nakazuje pozbierać wszystkie wióry i hyblowiny
od trumny. Grubsze palą a drobne sypią w trumnę na posłanie
zmarłemu. Broń Boże zostawić w dziedzińcu najmniejsze wióro;
zaszkodziłoby ono każdemu, ktoby je udepnął. Niosąc przez
drogę trumnę, kołodziej nikogo nie pozdrowi, do nikogo słowa
nie rzeknie. Wierzy bowiem najszczerzej, że przemawiając, sobie
lub drugiemu, zaszkodziłby tern niesłychanie.
Jeżeli zmarły był w stanie dziewiczym, to stroją mu
wewnątrz trumnę weselnymi kwiatami, jako to, rutą, rozmary­
nem i z takiż kwiatów wieniec kładą na trumnie. Jeśli żonaty,
to obścielają go dokoła suchem zielskiem. Słomy, na której
skonał, nie ruszają dotąd, dopóki ciało pod dachem. Dopiero
po pogrzebie starannie zebraną, pali za wsią dziad lub baba-trupiarka. Z kierunku płynącego w górze dymu wróżą, w której
stronie śmierć wioskę odtąd najpierwej nawiedzi. Trumnę do
grobu wiozą zazwyczaj na wozie, rzadko niosą na marach,
chyba gdy kościół jest bardzo blizko. Przewrócenie się świecy
około katafalku lub na ołtarzu w czasie nabożeństwa żałobnego
uważają za zły znak.
Z księdzem o zapłatę żadnych targów nie robią, bo przez
to mogliby sprawić niepokój duszy zmarłego. Pogrzeby co do
obrządków kościelnych odprawiają się w wioskach bogatych
i ludnych wspaniale; choćby nawet składkę przyszło po wsi
zrobić, to biedny równie jak bogacz musi być pochowany.
Stypa pogrzebowa jest osobliwą w tei okolicy z tego po­
wodu, że drużyna jedząc i pijąc, śpiewa pobożne pieśrfi i modli
się za umarłego. Najczęściej odbywa się ona przy gościńcu, co
nieraz podziwia wędrowiec, jak pijani mogą się skromnie i po­
bożnie zachowywać na pogrzebowej uczcie.
Skrawki płótna, pozostałe po skrajaniu żgła, oraz igła,
którą ono szyli, zaraz po skończeniu pogrzebu niszczą. Gdyby
— 103 --

Opisy i notatki

bowiem złemu człowiekowi do rąk się dostały, mógłby niemi
zaszkodzić wiele niejednemu. Igłę tę zwą martwicą.
Gdy kto ma złość na drugiego a chce’ się zemścić, to
może pozbawić go wzroku, dostawszy trzech rzeczy, to jest:
igły, którą szyto żgło zmarłemu, włosa przeciwnika i żaby ro­
puchy. Przy świetle gromnicy w piątkowo sobotnią noc szuka
się w dole na kartofle żaby ropuchy. Dostawszy tym sposobem
żabę, przewleka się przez oczy włos przeciwnika igłą martwicą
i związuje się jego końce. Póki włos związany, przeciwnik nie
widzi; gdy się żabę spaliło, to wiecznie pozostanie ślepym.
Kłakociny, pakoliny, tłuka, sobótki, wyżynka.
Kłakociny i pakuliny są to obrządki nietylko Wielunian,
Zwyczaj ten, rozgałęziony daleko w Wielkopolsce i po Chrobacyi, niewiadomo której części kraju właściwie przypisać. Kła­
kociny w Wieluńskiem, gdzieindziej zwą „kłaczkowiny“ a nawet
w niektórych miejscach nie odróżniają ich od pakulin.
Zimą, podczas długich wieczorów, zwykły polskie kobiety
przy łuczywie gorejącem, na kominie oprządzać wytarty i wyczesany len. Pora do tego najstosowniejsza, równie jak do ro­
bienia płótna. Kiedy bowiem śnieg pola zaścieli, a rolnik wolny
od pracy w polu krząta się około młócenia snopów, wtedy
gospodynie zajmują się lnem. Praca nudna, jednostajna wymaga
zawsze jakiegoś uprzyjemnienia. Dziewczęta zatern schodzą się
po kilka do jednej gospody; fruczą wrzeciona, trzeszczy palcami szarpany len, a jedna z kolei opowiada jaką gadkę, co
od matusi albo babki słyszała Ożyje tutaj niejedna piosenka,
śpiewana może jeszcze przed czterystu laty, a zagadek to już
mnóstwo, n. p.:
Stoi słup,
A w nim trup,
Na wierzchu gołka (kapusta).

Fraktom, traktom
Pod żelazną płachtom (brona).

Stoi panna w oknie,
Warkocek jej moknie (igła).

Stoi panna w sklepie,
Dydki sobie klepie (masło robić).

Malusinkie, cornusinkie,
Zielone jak łąka, nie łąka,
Kieby kłoda chłopa rusy (pchła). Białe jak mąka, nie mąka,
Mo ogonek jak myska, nie myska
[(rzepa).

104 —

Opjsyjjiotatki
Corno kura
dzióbkiem bzdzi (komin).

Jedno mówi: stójmy!
Drugie mówi: pućmy!
Trzecie mówi: pochrobocmy się!
[(piasek, woda, trzcina).

Jedno mówi: Panie, dejze na...
Barołecka wina,
Drugie mówi:
A dziury w niej nima? (jaje).
Jak mnie we dnie, tak mnie w nocy
Zawse trza wytrzescać ocy (drzwi
[i okno).

Zagadki te są odwieczne, nowa rzadko się ukaże, równie
jak powiastki i piosenki. Są przecież starzy wyjadacze i wyjadaczki, co to tylko z wesela na wesele, z chrzcin na chrzciny
chodzą — jak to mówią — gdzie z komina zakurzy, tam le­
zie — toć nieraz na weselu złoży jaką śpiewkę, albo przy wy­
żynce na włodarza, na „okunona“ i t. p. Zimą też przy kądzieli
niejedna powiastka składna się ulęże, — „ręce robią, gęba ple­
cie, jedno drugiemu nie wadzi“. Na pamiątkę miłego spędzenia
mroźnej pory roku wyprawiają sobie dziewczęta bankiet w miej­
scu, gdzie się schadzały. Składają się na wódkę i piwo, spra­
szają parobków sąsiednich i hulają całą noc. Ten to bankiet
na zakończeniu „prządek“ zowie się kłakociny, albo kłaczkowiny.
Pakuliny w Wieluńskiem są zupełnie inną uroczystością.
Stare baby we „wstępną środę“ uwijają ze zdzier konopnych
ogromną kądziel i chodzą gromadą od domu do domu, gdzie
tylko jest młoda mężatka, która dopiero tego roku za mąż
poszła. Jeśli ją zastaną w domu, nie wykręci się im sianem,
ale musi im porządnie „posmarować gardło“. Niektóra, chcąc
uniknąć wydatku, ucieka z domu, albo kryje się gdzie dobrze,
bo jak znajdą, to jeszcze dla niej gorzej. Musi prząść zdziery
twardej kądzieli i fundować trunku do woli.
Tłuka w Wieluńskiem jest może zwyczajem najpożytecz­
niejszym. Kiedy gospodarz zalegnie w jakiej robocie, a sam
sobie rady dać nie może, idzie po wsi i sprasza sąsiadów na
tłukę do kosy, do młocki, sierpa, najczęściej do tarcia lnu.
Rzadko kto odmówi tej pomocy przyjacielskiej. Schodzi się kil­
kunastu i za jednym razem zdejmują gospodarzowi kłopot
z głowy za poczęstowanie wódką i za jadło. Wieczorem po
skończeniu roboty (najczęściej tarcia lnu) kobiety podchmieliw­
szy sobie śpiewają i tańcują. Im więcej ludu, tern sławniejsza
105 —

Opisy i notatki

tłuka. Po szlacheczyznach tłuka lub darmocha jest to pańsz­
czyzna, odrabiana bez wynagrodzenia, nad powinność, zwykle
z krzywdą wieśniaków.
W przeddzień św. Jana, jak po całym kraju, tak i tutaj od­
prawia lud uroczystość sobotek lub sobódek. Pastuchy na
wszystkich prawie drogach, któremi pędzali bydło na paszę,
nakładają stosy słomy, gałęzi, barłogu, łodyg suchego zielska,
zapalają i przepędzają bydło. Odbywa się to jednakże bez pie­
śni, tylko przy zwyczajnych skokach i wrzaskach. W uroczy­
stości tej starsi rzadko biorą udział, chyba przypatrują się tylko.
Wyżynka odbywa się tylko po tych wsiach, w których
dwory zamieszkuje szlachta. Przychodzą wieśniacy z wieńcem
uplecionym z kłosów i kwiatów do dworu, i składają panu
dary z jabłek, orzechów i jagód. Pieśni przy tym obrządku
w różnych miejscach są odmienne. W okolicy Wielunia w stronę
Częstochowej mało gdzie są obchodzone.
Dziadowizna.
Jedną z najpiękniejszych cnót ludu w okolicy Wielunia jest
„dziadowizna“. Kiedy wieśniak po długoletniej pracy nie może
zabiegać około gospodarstwa, a ma już ożenionego syna lub
zięcia, wtedy zdaje na niego całe gospodarstwo, zostawiając
sobie do śmierci kawał najlepszy ziemi na wyżywienie. Syn
z największą troskliwością obrabia kawałek ojcowskiego gruntu.
Rzadko też znaleść okolicę nad Wieluńskie, gdzieby tak mało
było żebraków.
Najstarszy syn zazwyczaj odziedzicza wszystko po ojcu,
rolę, budowle i całe gospodarstwo. Inne dzieci tylko przyodzie­
wek dostają, a córki szmaty po matce, korale i krowy. Obo­
wiązkiem jednakże najstarszego syna, głowy rodziny, każdej
siostrze wyprawić wesele, dać krowę w posagu, brata wyswatać
i matkę (po śmierci ojca) do śmierci opatrywać.
Wszystkie te obowiązki dobrowolnie, z godną podziwu
skrupulatnością wypełniane bywają.
Tańce i zabawy.
Taniec w Wieluńskiem zawsze jednaki: jest to walc w prawo
i w lewo, albo krakowiak. Szczególniejszy jednak sposób za­
praszania dziewcząt w taniec zasługuje na uwagę.
— 106 —

Opisy i notatki

Każdy z tańczących parobków opłacić się musi pieniędzmi
lub gorzałką, jeśli tańczą w karczmie w niedzielę. Przy weselach
i innych uroczystościach domowych, gospodarz koszta muzyki
ponosi. Parobcy, którzy opłacili się grajkowi, zdejmują z siebie
kapoty, nakładają kuse fajeczki tytoniem i te kopcąc długo
chodzą po środku izby dokoła jeden za drugim. Dziewki zaś
stoją kupkami wedle pieca lub szynkwasu, czekając spokojnie,
rychło którą w taniec jeden z młodzi zaprosi. Gdy parobcy
nachodzą się już dosyć dokoła i każdy sobie tancerkę obmyśli,
wołają z kolei: Kaśka, Marysia, a tak grzecznie zaproszona
w tany dama, zrzuciwszy z siebie kaftan, zaraz przybiega do
tego kawalera, co ją zaprosił, chwyta go za rękę i podrygać
do taktu zaczyna. Kiedy już wszyscy mają pary, wtedy przo­
downik klasnąwszy kilka razy w dłoń, ujmuje w pas swoją
dziewczynę,’ a za nim wszyscy zaczynają w prawo i w lewo
walcować. Broń Boże przewrócić się której parze, wtedy bo­
wiem całe koło tancerzy uściele się na niej w pędzie jakby
zaspą aż pod sufit, — a tym najgorzej, co na spodzie. Mazurek
dosyć często daje się widzieć, kozak do niejakiegoś czasu...
ale to tylko jakby dla odpoczynku po walcu.
Edmund Kołodziejczyk.

— 107 -

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.