cf5804bdf94fbd911032f0862a7dbf6b.pdf
Media
Part of Krytyka i sprawozdania, cz. 3 / Lud, 1908, t. 14
- extracted text
-
KRYTYKA I SPRAWOZDANIA.
------<X~----- X------
Rocznik Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie. Tom I. 1907.
8" str. 187. Wystarczy ten napis przeczytać, ażeby książkę wziąć z roz
rzewnieniem do ręki. Po tylu dziesiątkach lat najcięższej niedoli, w ja
kiej pozostawała Litwa, przecież wreszcie z naszej strony znak jakiś
pomyślniejszego życia, a po stronie rosyjskiej, która to umożliwiła, znak
jakiś większego rozumu. Na jeden i drugi objaw patrzy się w głębokiej
zadumie, załamawszy ręce, w tern głębszej zadumie, że nie wiadomo,
czy utrzyma się ten początkujący rozum i rozwinie, czy na nieszczęście
własne i drugich przeminie, jak przemija błyskawica letnia, która na
chwilę rozświeci ciemności chmur i znika.
Dzięki inicyatywie zacnych ludzi miejscowych i pomocy tyle a tyle
na różnych polach zasłużonego Alfonsa Parczewskiego z ziemi kaliskiej
powstało w Wilnie r. 1906. Towarzystwo Przyjaciół Nauk.
Ułożono statut, rząd zatwierdził i rozpoczęła się praca. Znalazły się fun
dusze, znalazły się zbiory, znalazło się i pomieszczenie dla nich, bo nie
brakło ofiarności, dobrej woli i ochoty. Daj, Boże, cierpliwości, wytrwania
i pomyślności, bo rozumu po tylu doświadczeniach nie powinno braknąć.
Początki takiego Towarzystwa przedstawiają wielkie trudności.
Przełamano je wszystkie i zdołano nawet wydać pierwszy tom R o cznika. Jak na jeden rok istnienia Towarzystwa wśród takich warun
ków, to bardzo wiele.
Rocznik przedstawia się bardzo dobrze. Są w nim prace większe
i drobniejsze, ale wszystkie cenne, ani jedna licha. Na czele tomu śliczna
rycina z nieznanej akwareli, przedstawiająca Jana Śniadeckiego w pra
cowni jego naukowej. Zaraz potem idzie wydany przez Henryka Mości
ckiego pamiętnik Michała Czarnockiego z r. 1844 p. t. Krótka wia-
402 —
dom ość o tajnych Towarzystwach uczniów uniwersy
tetu wileńskiego aż do ich rozwiązania w r. 1824. Pamięt
nik to niemałej wartości, bo zawiera wiele nieznanych szczegółów lub
niedokładnie znane rozjaśnia, inne stwierdza, co nauce także na korzyść
wychodzi. Po tym pamiętniku następują dwie bardzo cenne prace etno
graficzne, a mianowicie p. Ludwika Czarkowskiego: Powiat Bielski
w gub. Grodzieńskiej, zarys etnograficzny i p. Michała
Bernstejna: Przyczynki do etnografii Litwy. Obiedwie prace
doskonale napisane i ze znajomością rzeczy, któremi się zajmują. Praca
p. Czarkowskiego zajmuje prawie połowę Rocznika, jest najobszer
niejsza ze wszystkich i ze wszystkich samodzielnych najcenniejsza. Daje
wcale dokładny obraz powiatu Bielskiego, dawnej Ziemi Drohickiej.
Mamy nasamprzód statystykę ziemi i ludności, następują potem stosunki
społeczne (duchowieństwo, szlachta, mieszczanie i włościanie), religijne
i narodowościowe szczegółowo opracowane, wreszcie ludność polska
pod względem folklorystycznym: ubiór, zwyczaje i obyczaje wogóle i do
roczne, gry i zabawy, przesądy, lecznictwo ludowe, przysłowia Poczciwą
tę pracę kończy słownik gwary ludowej w Ziemi Drohickiej i mapa po
wiatu. Za pracę tę ludoznastwo polskie i wogóle słowiańskie może być
tylko bardzo wdzięczne. Mniejsza znacznie rozmiarami jest praca p.
Bernstejna, bo obejmuje zaledwie 10 stron, jest to więc tylko rozprawka,
ale bardzo ciekawa i ozdobiona doskonałemu illustracyami. Składa się
z dwu części: pierwsza traktuje o zapomnianych instrumentach muzy
cznych litewskich, druga zaś o maskach, których używa lud litewski,
przebierając się do zabaw w czasie zapust, na Boże Narodzenie, na
Wielkanoc, nawet na dożynki. Rzecz cała wyborna, choć mała.
Mamy dalej w Roczniku trochę dokumentów historycznych,
dotyczących Wilna i Litwy, jest dalej spis druków polskich, wydanych
od r. 1900 do 1907 włącznie, opracowany przez p. Czarkowskiego, spis
suchy, jak każdy spis, a wymowniejszy od Demostenesa i Skargi. Ach!
bo słucha cie i zważcie u siebie! W wielkiej stolicy Litwy, gdzie na
szych w mieście i na prowincyi całe krocie, ogłoszono drukiem po
polsku w r. 1900 cztery książeczki, wyraźnie cztery książeczki, z których
największa (Gonitwy, Deotymy) kosztowała rubla, dwie (Po ja ta
i Pijaństwo zgubą) po 30 kopiejek, a jedna (H i s t o r y a poży
tecznego człowieka' 15 kopiejek za egzemplarz. Rok 1902 i 1904
jeszcze smutniejsze, bo w każdym z nich drukuje się w Wilnie po polsku
tylko po dwie książki w takiej cenie, jak wyżej zacytowane i oprócz
prac Zahorskiego o Trokach i katedrze Wileńskiej takiej samej treści.
W r. 1901 pojawiło się aż ośm książek, co wszystko można było
nabyć za 5 rubli i 5 kopiejek, a i ta suma dla tego tylko tak wysoka,
że X. Kurczewskiego Kazania przygodne kosztują 1 rb 50 kop.,
a cena rozprawy X. Niedziałkowskiego: Czemu dziś w poezyi
nie mamy słowików? wynosi 1 rb. 60 kop.
W r. 1903 takuteńki stan rzeczy, wyszło znowu aż ośm książek,
ani o jedną mniej ani więcej i znowu takiej samej treści: Augustyn św.
Wyznanie (w przekładzie) cena 1 rb.; Celibat a prawa natury
cena 30 kop.; Kalwarya pod Wilnem cena 30 kop.; Rolnik
— 403
chrześcijański cena 25 kop.; Chodźki Obrazy litewskie
cena 1 rb. 50 kop.; i jedna jeszcze książka, egzempl. po 1 rb. i jedna po
cenie 15 kop. za egzemplarz!
W r. 1905 zdobycz ogromna! wyszło książek aż dziewięć takich
samych i zaczął wychodzić Kuryer litewski, bo dotąd nie było
ani jednego polskiego dziennika.
Dopiero rok 1906 wykazuje prawdziwą zmianę na lepsze. Samych
czasopism wychodzi dziesięć, książek jeszcze niewiele, ale zawsze
już 22 !
Wspieraj Was, Boże, i ochraniaj !
S. Matusiak.
Emil Kałużniacki. Über Wesen und Bedeutung der volksety’nolo
gischen Attribute christlicher Heiliger. Broszurka niniejsza o 22 stronach
jest odbitką z pamiątkowego, zbiorowego dzieła, wydanego na cześć
prof. V. Jagića. Zasłużony profesor czerniowieckiego uniwersytetu po
święcił ją bardzo ciekawej sprawie, a mianowicie attrybutom Świętych
chrześcijańskich, powstałym pod wpływem etymologii ludowej tak w za
kresie języków słowiańskich, jak i innych.
W padaczce wzywają ludzie (w Niemczech było już tak za czasów
Lutra) pomocy św. Walentego, który za życia swego z chorobą tą nic
nie miał do czynienia. Jak do tego przyszło? Imię Valentin brzmi
w ustach ludu niemieckiego prawie jak Falentin, co naprowadziło na
myśl, że imię to pozostaje w etymologicznym związku z wyrazem
fallen i oto przyczyna, dla której ujrzano w św. Walentym pomocnika
w padaczce. Św. Augustyn pomaga podług wyobrażeń ludu niemie
ckiego w chorobach oczu, bo jego imię wywodzi etymologia ludowa od
wyrazu Auge (oko). Św. Błażej pomaga tutaj na pęcherz, bo wydało
się, że imię jego jest w związku z wyrazem Blase (pęcherz. Św.
Andrzej uchodzi powszechnie za Świętego, który pannom naznacza
mężów, gdyż po grecku aner-andros znaczy mąż.
U Francuzów św. Klara sprawia, że się jasno widzi, gdyż clair
znaczy w tym języku jasny. Św. Klaudiusz pomaga tutaj przy oku
lawieniu, gdyż c 1 a u d oznacza w tym języku chromego, niedołężnego.
Św. Korneliusz jest tutaj opiekunem bydła rogatego, gdyż bydło
rogate zowie się po francusku les bête à cornes.
Podług wyobrażeń południowych Słowian i Rusów jest św. Błażej
pomocnym w chorobie włosów, bo zowie się u tych Słowian W 1 a s i j,
Własij, a to przypomina etymologicznie wyraz wlas (u południowych
Słowiam i wołos u Rusów). Św. Elizeusz zowie się po bułgarsku
zwyczajnie Liseaj i uchodzi za opiekuna łysych, gdyż łysina zowie się
po bułgarsku li so, li sa ta. Św. Jeremiasz, po rusku Jarema, ucho
dzi za patrona zwierząt, bo wkłada się na nie jarzmo, po rusku
jarmo. Św. Łazarz jest u Serbów opiekunem małych dzieci, gdyż
imię jego w poczuciu językowym weszło tutaj w związek z wyrazem
łazić (łaziti). Św. Makryna uchodzi u Rusów za dawczynię wilgo
tności, bo wydało się Rusom, że imię to pozostaje w etymologicznym
związku z wyrazem mokry.
404 Prof. Kałużniacki naliczył takich przykładów z różnych języków
79, a jest ich niewątpliwie więcej; kończy zaś rzecz rozwiązaniem py
tania, skąd to poszło, że ludy pogańskie, przvjąwszy chrzest, w różnych
swych potrzebach takich pomocników i opiekunów szukały. Przyczyna
tkwi w dawnych wierzeniach, a nowa wiara nie sprzeciwiała się temu,
gdyż podług jej nauki święci są u Boga orędownikami żywych. Ewan
gelie same i żywoty Świętych, wreszcie etymologia ludowa ułatwiały
sprawę. Św. Józef musiał wobec tego stać się opiekunem stolarzy
i cieśli, św. Piotr rybaków, św. Łukasz malarzy i t. d.
Praca to bardzo ciekawa i cenna, pod każdzm względem wzorowa.
S. Matusiak.
Ahmed Bey Kamal. Livre des perles enfouies et du mystère
précieux au sujet des indications des cachettes, des trouvailles et des
trésors, publié et traduit par... Kair 1907. 2 tomy, cena 155 piastr egip
skich (około 38 koron'’.
W artykule moim o ludzie górno-egipskim („Lud“ 1907. str. 276
i 277) pisałem, jak tubylcy zapatrują się na poszukiwanie starożytności,
lak odpędzają duchy niebezpieczne, strzegące skarbów podziemnych, jak
wreszcie „powołują się na jakieś księgi, w których zaznaczone mają być
miejsca godne wykopalisk“. Otóż taką to księgę, złożoną ze wskazówek
i zaklęć magicznych, ogłosił Ahmed Bey Kamal, uczony konserwator
muzeum egipskiego w Kairze, po arabsku i w przekładzie francuskim,
z ciekawą przedmową. Wiara w skarby zakopane zawsze istniała w kra
jach muzułmańskich: świadczą o tein m. in. Ibn Chaldun i Leon Afry
kański. Szczególniej jednak często przetrząsano ziemię w Egipcie, do
czego przyczynił się nadewszystko starożytny zwyczaj składania przy
mumiach różnorakiego dobytku. Podróżnicy europejscy byli, a po części
są jeszcze w oczach tubylców czarodziejami, którzy przy pomocy zaklęć
wydzierają ziemi skarby. Ahmed Bey Kamal ogłosił swoją księgę według
rękopisu z XV wieku, znajdującego się w posiadaniu Johnsona Paszy;
przytem uwzględnił waryanty dwu innych rękopisów, przechowywanych
przez muzeum kairskie. Zbędna rzecz tłomaczyć folklorystyczne zna
czenie tego dzieła; wydawca poucza nas, że kierowała nim inna jeszcze
pobudka: chęć uprzystępnienia współziomkom rzadkiej księgi, zdyskre
dytowania jej na tej drodze, a w następstwie powstrzymania zabobonnych
od niszczenia starożytności wedle nierozumnych rad i magicznych
poleceń.
. .
Na str. 111 powtarza Ahmed Bey Kamal za Makrizim wspomnienie
o owym Daudzie, który „w dolinie, koło Klimunu, w krainie południo
wej" miał widzieć pola skamieniałych harbuzów i ogórków (Makrizi,
Opis Egiptu, tłómaczenie francuskie Bourianta — str. 118, nie 114, jak
A. B. K. fałszywie przytacza). Ponieważ ani Bouriant, ani A. B. K. nie
umieli wyjaśnić, co to za Klimun, zaznaczam, że jestto Kalamun na po
łudnie od Fajumu, gdzie mieszkał ongi koptyjski święty Samuel, a gdzie
dotąd są (świeżo ożywione) ruiny klasztoru, o których niebawem pisać
będę w kairskich Rocznikach Wydziału Starożytności. Byłem tam w sty-
405 —
czniu b. r. i widziałem owe „skamieniałe harbuzy“, buty kamienne baidzo w istocie oryginalne i tubylców w podziw wprawiające. Twierdzenie
A. B. K—a, jakoby według Koranu skarby Faraonów miały być zamie
nione w kamienie, jest nieścisłe. Koran (X, 88) używa wyrazu ta masa,
który znaczy „zmienić postać, dać inną naturę“ (nie unicestwić, jak
tłómaczy Savary): o skamienieniu mowy niema i dopiero komentatorowie tak to wyrozumowali.
Tad. Smól.
Jan Machał. Bdjeslovi slovanske. V Praze 1907. Str. 174. (Mitologia
słowiańska). Lingwistyka słowiańska cieszy się już dawno wiekiemi
zdobyczami i rozwija się coraz pomyślniej. Nie można tego samego po
wiedzieć o mitologii słowiańskiej, jakkolwiek zajmowali się nią prawie
ci sami ludzie, co lingwistyką. Przyczyna nie tylko w tern, że źródła do
mitologii słowiańskiej są bez porównania uboższe od źródeł językowych,
ale i w tern, że brakło mitologii słowiańskiej Jakóba Grimma, uczonego
wysokich zdolności, któryby połą.zył głęboką wiedzę lingwistyczną
z równie głęboką wiedzą mitologiczną. Znakomici lingwiści słowiańscy
tylko ubocznie i dorywczo zajmowali się mitologią słowiańską. Żaden
z nich nie objął, jak Grimm, całego materyału tak historycznego jak
i folklorystycznego i nie stworzył takiego dzieła, jakiem jest Grimma
Deutsche Mythologie, dzieła, na którem późniejsi bez wahania
oprzećby się mogli i dalej pracowali. Na takie dzieło słowiańskie po
dziśdzień na próżno czekamy i zapewne długo jeszcze będziemy musieli czekać, pomimo wielu bardzo cennych prac przygotowczych szcze
gólniej rosyjskich i czeskich. Brak takiego dzieła podstawowego, grun dlegend, jak się Niemcy wyrażają, wywołuje różne fatalne skutki. Niema
mianowicie nic ustalonego, nic za prawdę uznanego, jakkolwiek me
brak w mitologii słowiańskiej rzeczy zupełnie pewnych i stwierdzonych.
Wynikiem tego z jednej strony za daleko idący optymizm, z diugiej
jeszcze dalej sięgający pessymizm, bo złe zawsze więcej podobało się
ludziom i podoba. Ten pessymizm w ostatnich dwudziestu kilku latach
przybrał nawet takie rozmiary, że traktować mitologię słowiańską przez
ramię uchodzi u pewnego rodzaju „uczonych“ za dobry ton i „uczoność“. Im kto głupszy w tych rzeczach, tern większego udaje znawcę,
tern butniej i złośliwiej traktuje mitologię i mitologów. Stąd poszło, ze
mitologia słowiańska ma więcej złośliwych krytyków, aniżeli zamiłowa
nych pracowników, że ludzie spokojni i poważni wolą się mą me zaj
mować, żeby się na niezasłużone nie narazić przykrości. Rzecz naturalna,
że na tern najgorzej wychodzi sama sprawa mitologii słowiańskiej.
Byliśmy też nader mile zdziwieni, kiedy r. 1891. pojawiła się w Pra
dze pokaźna książka dra Jana Machała: „Nakres slovanskego bajeslovi .
Przeczytawszy ją, przekonaliśmy się, że to wprawdzie jeszcze me dzieło
w rodzaju Grimma, że to nawet nie całkiem samodzielne studya z zakresu
mitologii słowiańskiej, ale tylko zwięzły przegląd, „zarys“, jak sam autor
nazywa swą książkę, mitologii słowiańskiej; jednakże juz samo po ja
wienie sie pracy, streszczającej wyniki najnowszych badan z mitologu
—406 —
słowiańskiej, uważaliśmy za rzecz niemałej odwagi ze strony autora
i niemałej doniosłości dla dalszej pracy na polu mitologii słowiańskiej.
Przekonaliśmy się niebawem z recenzyi Karłowicza, zamieszczonej
w Wiśle, że wartość książki dra Machała oceniliśmy należycie.
Obecnie wydana przez dra Machała książka jest popularnem opra
cowaniem tamtej i wyszła jako jeden z tomików „Biblioteki światowej"
(Svetova Knihovna), wydawanej w Pradze. Widać jednak z niej, że autor
śledzi wciąż wyniki pracy na polu mitologii słowiańskiej i dalej zajmuje
się gorliwie folklorystyką słowiańską, która już do pracy jego z r. 1891,
dostarczyła mu tyle nieocenionych skarbów. Ponieważ to książka zu
pełnie popularna, więc jeszcze bardziej od pierwszej sprawozdawcza. Ze
swojem własnem zdaniem autor rzadko się wyda e, co najwięcej z dwu
lub więcej sprzecznych na jedno się decyduje. O ile trafnie, możnaby
czasem mieć wątpliwość, ale to nie umniejsza zasługi autora.
Jak w szczegółach, tak i w ogólnem pojmowaniu zjawisk mitolo
gicznych, idzie autor za najnowszymi zapatrywaniami i prądami, które
się ujawniły szczególniej w Niemczech. Czy wszędzie warto za tern iść
tak bezwzględnie zwłaszcza co do tych prądów, ośmieliłbym się wątpić,
ale nie żal, że się to stało, bo warto i z tego stanowiska na rzecz popa
trzeć. Zresztą jak w lingwistyce nie o to narazie chodzi, jaki jest po
czątek mowy ludzkiej, ale o poznanie wszelkich zjawisk językowych,
tak i w badaniach naszych mitologicznych nie to narazie główna rzecz,
jaki był początek różnych wiar ludzkich, lecz to, żebyśmy zrozumieli
należycie każdą wskazówkę, podaną nam przez historyę, archeologię czy
język, ocenili gruntownie i prawdziwie wartość każdej z tych wskazówek
i złożyli sobie prawdziwą całość wierzeń naszych przodków w pewnej
epoce, bo dopiero mając to, będziemy mogli coś pewniejszego powie
dzieć o dalszej przeszłości, co do której nie mamy już żadnych źródeł
i musimy polegać jedynie na wnioskach i analogiach. Mówić dzisiaj, że
pierwszym etapem w wierze naszych pogańskich praojców był kult
przodków i że z tego wywiązała się wiara w bogów, uważamy za rzecz
jeszcze przedwczesną i zdaje nam się, że zanim do tego przystąpimy,
powinniśmy wpierw dokładnie zbadać, kto był Jesza, Łada, Świętowit,
Swarożyc i t. d. i jak wyglądała nasza wiara w całości lub, dajmy na
to, tylko w ocalałych fragmentach, (jeżeli całości nie zdołamy już złożyć)
ale dokładnie poznanych.
Zbadanie tych szczegółów jest jeszcze wciąż niestety słabą stroną
mitologii słowiańskiej, choć nie są to rzeczy, których by zgoła nie można
było rozjaśnić. Butna krytyka i niby wielce naukowa z uśmiechem mó
wiła o mitologii Długoszowej, a tymczasem pokazało się na podstawie
kazania z XV. wieku, że jego Jesza i Łada nie są wcale zmyśleniem,
że jeszcze w XV. wieku czczono ich więcej, aniżeli samego Boga, i że
Łada był istotnie bogiem wojny, jak to powiada Długosz. A skoro te
szczegóły prawdziwe, to zapewne prawdziwe są i inne, bo i skądżeby
czcigodnemu Długoszowi przyszło na myśl zmyślać jakieś dziwaczne
imiona bóstw pogańskich (których on ani lubił ani cenił), jak Jesza
i Łada, Dziedzylela itp. i o każdem z tych bóstw prawić, czein było,
gdyby był tego nie wyczytał w źródłach dawniejszych. Bądźmy zresztą
— 407 —
tak łaskawi i zbadajmy wpierw gruntownie i wszechstronnie każdy z tych
szczegółów, zanim wydamy ostateczny sąd, ale nie zbadawszy tego i nie
zrozumiawszy, lekkomyślnie traktować to jako rzeczy bezwartościowe,
to chyba nie jest naukowem postępowaniem i do naukowych rezultatów
doprowadzić nie może. A zaimponuje to chyba tylko takim, których —
jak mówi polskie przysłowie — nie sieją.
Prof. Machalowi należy się wielka wdzięczność nie tylko za pracę,
godną ze wszech miar pochwały, ale i za to, że nie waha się w tych dość
jałowych i niepomyślnych dla mitologii słowiańskiej czasach o niej mó
wić, przypominać i naprzód popychać.
S. Matusiak.
8
