2cd0293fb897e8982e5d8ca05e720c1a.pdf

Media

Part of Opis wesela w Juszczynie / Lud, 1908, t. 14

extracted text
- 378
„Nie dam ci zboża, podwil mi nie przyniesies od gospodyni
k 1 u c y“; i t. d.
Gospodyni sie ozgniwała, wszystkie kluce oskidała.
Kłokosecka sie zwyrtła, jedon kluc schytła, zaniesła go rol­
nikowi.
Rolnik sie ozgniwał, wszystko zboże oskidał; kłokosecka i t. d.
Mynarz sie ozgniwał, wszystko moko oskidał; kłokosecka i t. d.
Piekarz sie ozgniwał, wszystki chleb oskidał; kłokosecka i t. d.
Kosarz sie ozgniwał, wszystko siano oskidał; kłokosecka sie
zwyrtła, jedno ścibło schytła; i t. d.
Byk sie ozgniwał, wszystki łój oskidał; i t. d.
Dąb sie ozgniwał, wszystkie zołodzie oskidał; i t. d.
Świnia sie ozgniwała, wszystkie kielce oskidała; i t. d.
Panna sie ozgniwała, wszystkie wieńce oskidała ; i t. d.
Morze sie ozgniwała, wszystko wodo oschlustało; i t. d.
Kłokosecka sie zwyrtła, jedno kroplo schytła, zaniesła je kłokotkowi. Kłokłotek sie napiuł i zawołał:
Kukuryku 1
Spisane w Inwałdzie w r. 1896.
Szymon Gonet.

Opis wesela w Juszczynie.
(POWIAT MYŚLENICE).
Podał

Nawalany Julian.
Pierwszą podbudką do opracowania niniejszego tematu
były mi niektóre piosenki weselne, zasłyszane od Wicherkowej
z Juszczyna, które mnie bardzo zaciekawiły. To też nie zanie­
chałem się udać do wspomnianej wsi, gdzie dowiadywałem się
chętnie nowych szczegółów. Zasięgałem także rad i wskazówek
od Uczniakowej, żony byłego wójta, kobiety już okrytej siwizną,
ale nad wyraz krzepkiej i wesołej, bo żyje słodkiemi wspomnie­
niami, które jej lat ujmują i wiecznym okraszają uśmiechem;
dawniejszemu' laty nie obeszło się bez niej na żadnem weselu.
Niełatwem było rozgraniczenie poszczególnych zwrotek i zba­
danie co do czego należy, gdyż nieraz dyktowano mi tak, jak
komu co „żywnie na myśl przyszło“.

— 379 —
Pierwsze starania o rękę dziewczyny zaczynają się już
w noc noworoczną, kiedy młodzieniec idzie do niej na „pod­
chody“. Źle mu się znaczy, gdyby jego wybranica nawet nie
wstała z łóżka. Uchodzi natomiast za dobrą wróżbę, jeśli wtedy
o północy otworzy drzwi ona sama.
Poufne zbliżenie się dwojga młodych następuje zwyczajnie
w jakieś święto lub niedzielę przed sumą koło kościoła para­
fialnego. Gotowemu do ożenki porywa wówczas jedna z dziew­
czyn dobrze mu znajomych czystą, białą chusteczkę, wystającą
nieco z kieszeni. Dzieje się to niby nieznacznie. Chłopiec ów
prosi ją po tygodniu do karczmy, gości cukierkami i piwem,
ta zakrywa sobie twarz i oczy, rumieni się i odwraca od niego,
mówi niewiele, poczem staje się wesoła i miła w zabawie. Pod­
czas ożywionej rozmowy traci chustkę na rzecz kochanka. Są
to zaręczyny; ich symbolem z jego strony mogą być także
obrazki, pierścionek lub kulczyki.
Zazwyczaj we czwartek wieczorem jedzie 2—3 zaufanych
gospodarzy na „zmówiny“. Nasamprzód pochwalą Pana Boga;
następnie jeden znich zapytuje: „Poraili mi tu, ze mocie jakąś
jałówecke na sprzedoj; ile za nią?“ Jeśli dziewczyna nie „ucieknie“ lub wnet wraca stamtąd, gdzie się ukryła, to daje do po­
znania, że ma szczerą chęć i ochotę wydać się za proszącego
o jej rękę. Skoro dziewczę usłyszy: „Poraili mi tu, żebyś sła
na służbę“, domyśla się, o co chodzi i zgadza na wolę ojca.
Po „dobiciu targu“ rozpoczyna się uczta. W razie natychmia­
stowego zerwania układów — przybyli na swaty zabierają ze
stołu nieknięte flaszki z winem i piwa już nie przynoszą z wozu.
Za napitek żądają niekiedy zwrotu kosztów. Nazajutrz po za­
warciu ugody biorą udział we wspólnem śniadaniu. Potem inte­
resowani załatwiają sprawy gruntowe i matrymonialne u notaryusza i proboszcza. Przed drugą zapowiedzią jadą narzeczeni
do Suchej — każde z osobna, z powrotem razem. On jej ku­
puje trzewiki z gumami, ona jemu bieliznę i ubranie. — Pań­
stwo młodzi spraszają dostojników wesela, każde w swojej wsi,
jeśli te są odległe. We wigilię ślubu przychodzą o zmierzchu do
panny młodej drużbowie, którzy po przekąsce i tańcach idą
prosić gości na ślub. Dwie pierwsze druchny ubierają konie
choinkami, zdobnemi w sztuczne kwiaty i paski kolorowych pa­
pierów. Przed drzwiami, koło których jest przybity wieniec, sta­
wiają po 2 lub 4 jodełki tak, że tworzą bramę. Po tych przygo-

— 380 —
towaniach zaświta dla młodej pary piękny dzień ślubu, który
odbywa się zwyczajnie we wtorek i w karnawale. Byłoby złą
wróżbą przystępować do ołtarza we środę. We czwartek udziela
ksiądz ślubu za karę wprawdzie przed głównym ołtarzem, ale
wtedy nie odsuwają obrazu Matki Boskiej, lub częściej przed
bocznym, który zawiera obraz Michała Archanioła, pogromcy
czarta. To służy czasem za pretekst do wcale niesmacznego
żartu: „Przed tym dyabłem weźmiesz ślub“. Dziewczyna idzie
na śniadanie z druchnami i drużbami do swego oblubieńca, jeśli
ma u niego zamieszkać na stałe. Po przekąsce i czułem poże­
gnaniu syna z rodzicami wracają do niej, gdzie oboje klękają
wśród poważnego nastroju. Matka oblubienicy zrasza młodą
parę święconą wodą; ojciec udziela błogosławieństwa. Przez ten
akt pokory ona niejako przeprasza rodziców, on dziękuje za
córkę. Goście wychodzą. Drużbowie stają przed bramą. Uderza
nas ładny, wiejski strój, co do którego parę uwag: Będzie temu
15—20 lat, jak panny młode nosiły białe, batystowe suknie
i z materyi zwanej muszlinem lub bengalem; wieniec mirtowy,
symbol dziewictwa, zdobił głowę i opadał na plecy do pasa;
szeroką wstążkę zieloną z kwiatami, ujętą w kokardę przypinało
się do włosów; jej końce opadały równo ze suknią. Dzisiaj:
jeden wianek mirtowy na głowie, drugi przeprowadzony przez
pierś od lewego ramienia ku prawemu; szarfy niema, do całej
zaś sukni są poprzypinane bukieciki mirtowe. Kawaler ma przy
bukiecie mirtowym białą wstążkę. Wdowcowi bukietu brak, tylko
dla żartu niekiedy wtyka sobie za kapelusz gałązeczkę jodły.
Wdowy chodziły dawniej w czepcach; obecnie noszą przeważnie
zieloną, drapową suknię i jedwabną chustkę. Panna po straceniu
wianka idzie do ślubu w ubraniu kolorowem i z gołą głową
jeśli proboszcz na to pozwoli.
Zanim wyruszą w drogę, kropi starościna wodą święconą
orszak weselny i sypie nań owsem. Wszyscy zwarci gromadnie,
nadstawiają kapelusze lub chustki, poczem te ziarenka składają
w darze pannie młodej, życząc jej równocześnie dalszego powo­
dzenia. Jej cisną się wtedy łzy do oczu ; część darowanego owsa
bierze ze sobą do kościoła. Prócz tego ma w kieszeni kawałek
chleba i cukru, surowego ziemniaka i pieniądze „Święcony“ owies
mięsza się po ślubie z tym, co został w domu. Trzeba go za­
siać, gdyż ma być, podobnie jak zasadzony ziemniak, rękojmią
dobrego urodzaju. Chleb daje pewność, że go nigdy nie braknie.

— 381 —
Cukier oznacza słodkie życie. Wreszcie pieniądze mają się za­
wsze „trzymać“ przyszłej gospodyni. Branie lnianego siemienia
na „święcenie“ już wyszło ze zwyczaju.
Siadają na wozy. Weselnicy czują się podczas drogi przy­
gnębieni, bo przed kościół parafialny w Makowie nie wolno
przyjeżdżać z muzyką*1). W tern miasteczku rozchodzą się druchny po sklepach, kupują bukiety fabryczne lub mirtowe i przy­
pinają je drużbom. Każdy zanich rewanżuje się w kościele świecą.
Za jej wypożyczenie trzeba dać 10 h. Jeśli się zbierze kilka par
młodych naraz, to wtedy świece po ślubie oddaje się za pośre­
dnictwem kościelnego do rąk uczestników następnego wesela.
Oblubieńcy wchodzą do kościoła nawą główną, wracają zaś bo­
czną po ślubie i obejściu ołtarza według pewnego porządku i po
modlitwie przed wizerunkiem Ukrzyżowanego. Grajkowie, bawiący
dotychczas w gospodzie, wychodzą naprzeciw i witają nowożeń­
ców muzyką. Już na miejscu u pana młodego (jeśli ten ma
u żony zamieszkać) podają na obiad kapustę, ziemniaki z roso­
łem, kaszę jęczmienną, omaszczoną słoniną i mięso z chlebem
lub plackiem. Izbą gościnną jest piekarnia lub inny poblizki dom.
Niezadługo rozpoczynają się pląsy. Każdy drużba wrzuca z ko­
lei do basów 20 hal., zaśpiewa coś, każę sobie zagrać polkę,
mazurka lub walca, ale wszyscy tańczą prawie zawsze tylko kra­
kowiaka. W skład muzykantów wchodzą miejscowi ludzie, z któ­
rych każdy jest samoukiem. Klarnet, dwoje skrzypiec i basy —
to zwykłe instrumenta muzyczne.
W nocy dopiero proszą drużbowie na wesele tych, co się
jeszcze za dnia do domów rozeszli. Są to przeważnie starsze
osoby. Młodzi robią im miejsce za stołem na wezwanie gospo­
dyni: „Idźcie tańczyć, bo inni wlezą“. Przykre słowa: „Wyście
tu już byli“ należą do wyjątków. Niefortunne powiedzenie pani
młodej: „Bo ją wywlekę za łeb“ miało raz miejsce. Z reguły
podejmuje się wszystkich ze staropolską gościnnością. Od czasu
do czasu słychać zachętę „Jedz, jak chces“. Mieszczanie piją
kawę, herbatę i piwo — zazwyczaj w osobnej izdebce, gdyż
wobec nich lubi się wieśniak krępować i zabawa straciłaby swój
*) Uwaga. Wprawdzie byli tacy, co rozumieli, źe w tern nic złego
i starali się złagodzić to zarządzenie a nawet, o ile to od nich zależało,
całkiem usunąć przez takie powiedzenie, jak: „Jedziecie z pogrzebem?“
lub „Już w Kanie galilejskiej grano na weselu, a wy nie?“, ale to nię
pomogło i zwyczaj wyrugowano,

382 —

rodzimy, wesoły charakter. Otoczeni czcią, narażają się w naj­
lepszej chęci na wyrzut: „Nie gardźcie nami“. — Wśród dźwię­
ków muzyki tańczą świeże partye. Rozlegają się piosenki we­
selne. Dzisiaj pod wpływem szkoły zanika dość prędko ich lu­
dowe brzmienie, lubo starzy nie mogą się jeszcze pogodzić
z myślą, że ich dzieci „sze-sze-sze“ wymawiają. Podamy je we
formie dawniejszej. Niektóre z nich budzą ogólny poklask i szczere
uśmiechy. Jeśli kto „odciął się“ porządnie, powstaje sprzeczka
a nawet bójka. Nie brak też ostrych przytyków do państwa
młodych:
Bodaj cią, dziewcyno, skały rozstrzaskały,
Zęby moje łocy na cią nie patrzały.
Bodaj cią, dziewcyno, piorun trząsł, piorun trząsł
Za moją urodę, za mój cas, za mój cas.
Widziołem cią, widzioł, kiedyś żyto zyna,
Trzy milem ujechoł, a tyś się nie zgiena.
Wysokoś i prosta, wysokiego wzrostu,
Aleś świdrowato, powiem ci po prostu.
Salała, salała rybecka za wodom,
Ale jo nie bede, dziewcyno, za tobom.
Kiedy jo, dziewcyno, za tobom nie saloł,
Tylko za konikiem, co mi łokulawioł.
Paliłaś, dziewcyno, surowemi drwami,
Puscałaś dym oknem, a chłopcyków drzwiami.

Bodaj ci, chłopcyno, słońce nie świeciło,
Kiedyś mnie nie kochoł, nie zwodzić mnie było.
Bodaj cią dziewcyno pierwsa kula biła,
Za moją poczciwość, jako jo se była.
Poznać se to, poznać, który chłop zyniaty,
Bo jak idzie przez wieś, mo łeb jarganiaty1).
*) jarganiaty = rozczochrany.

— 383 Nasiałam łowieska, mnie się zrodziuł koper;
Byłeś mój kawaler, bądźze mój kumoter.
Pocoście tu przyśli, moi Stasikowie,
Skoroście nie przynieśli wionecka na głowie ?
Odpow. Nie kciołeś, Wojtusiu, panny pod wioneckiem,
Boś ty wołał wdowę, pieniądze z woreckiem.

Smutek zawiedzionego chłopca znajduje wyraz w następu­
jącym dwuwierszu:
Mój Boże jedyny, zol mi tej dziewcyny,
Com sie je nakochoł, teroz kocho inny.

Nowożeńcy przekomarzają się nawzajem i nie tracą otuchy
na przyszłość:
fcozyniłek ci sie, niegzeta, niegzeta,
Wzionek se dziewcyne, bedzie ta, bedzie ta.
fcozyniłek ci sie na biede, na biede,
Pewnie cią, żonusiu, łodyjde, łodyjde.
fcozyniłek ci sie, niegzeta, niegzeta,
Spoźre na żonusie, a żonusia zgięta.
Wiedziałaś, dziewcyno, ze jo huloł, pijoł,
Mogłaś i to wiedzieć, ze cią bede bijoł.
Nie bede cią bijoł jaz na święty Michoł,
Żebyś pamiętała świętego Michała.
Ty moja, dziewcyno, porachujze sobie,
Ile jo drózeczek narobił do ciebie.
Jednę dróżkę przez las, drugą przez lescynę,
Trzecią koło łóżka, cwortą pod pierzynę.

— 384 —
Łobjechałeś, Jasiu, za wysokie pole,
Zadno cią nie kciała, wróciłeś sie do mnie.
Chodziek sie wydała, to sie nie dom nędzy,
Pójdemy do lasu, nazbieramy rydzy.

Młodzież nie skąpi sobie wzajemnych komplementów. Je­
dni rozpoczynają, drudzy „odśpiewują“. Częstokroć wywiązują
się pocieszne dyalogi, których obrót zależy od danej sytuacyi
i humoru. Niektóre z niżej podanych wierszy można tutaj zali­
czyć. Podzielimy je na ogólne, dalej — śpiewane przez dziew­
czyny i chłopców.'
Leciały gołębie, pływały karasie,
Kiedy ja cią kocham, to z innemi zasie.
Siwy gołąbecek na stole przybity,
Kiedy jo cią kochom, kochajze mnie i ty,
Dudni woda dudni w cembrowanej studni,
Trudno się zakochać, lecz odkochać trudni.

Muzycko, mi zagraj, basisto, zabasuj,
Niech jo sie uciese, gdym dorwała casu.
Świeci miesiąc, świeci na niebie wysoko,
Wpodłeś mi, chłopcyno, do serca głęboko.
Pozdrowiom cią, Jasiu, przez ten kwiatek biały,
Boś ty mi jest milsy, niżeli świat cały.
Wysoka przynica, jesce wyzse kłosy,
Mnie sie spodobały u chłopoka wąsy.
Poznać se to, poznać, który parobecek,
Bo jak idzie przez wieś, jakby janiołecek.
W moim łogródecku kwitnie róża polno,
Śliby do mnie chłopcy, ale im nie wolno.

— 385 —
Ciociaz ja dziubato, w kazdem dziubie dukot,
Pilnujcież mnie chłopcy, by mnie kto nie ukrod.
Chociaż jo nieładno, o to się nie trosce,
fcadnem i bogatem scyńścia nie zazdrosce.
Chociazem nieładną, i nie jestem gładko,
Który na mnie spoźry, łocy sobie zatko.
Kukułecka kuka w łogródku na grusce,
Wyspołeś sie, Jasiu, na moi podusce.
Kukułecka kuka, ale nie wiem kany,
Cyli u Jasinka, czyli u polany.
Jak ja se zaśpiewom w lesie u polany,
To mi nie potrefią Zawojskie łorgany.
Jak jo se zaśpiewom w Juscynie na górze,
To mi sie rozwinie spódnica na snurze.
Cegóz ty, Jasinko, po mnie kces, po mnie kses,
Kiedy jo ci dała chustecek jaze sześ?
Jednę jo ci dała wybijaną złotem,
Co moja matusia nie wiedzieli o tern.
Drugągek ci dała biolutką, biolutką,
Kiedyk była jesce dziewcyną malutką.
Trzeciągek ci dała z kwiotkami, z kwiotkami,
Kiś do mnie przyjechoł ze swemi bratami.
Cwortągek ci dała łozdobną, łozdobną,
Kiedy jo se była dziewcyną nadobną.
Piątągek ci dała ze ślakiem, ze ślakiem,
Kiedyześ przyjechoł kulawem konikiem.

— 386
Szóstągek ci dała z lelią, z lelią,
Bój się Boga, Jasiu, dej mi ją, dej mi ją.
Nie wrócę, nie wrócę, pod konika wrzucę,
Konik potratuje, reśte ci daruję.

Powiedzze mi, powiedz, dziewcynecko, powiedz,
W którą niedzieleckę domy na zapowiedź.
Cem dali w gęstwinę, prościjsa dębina,
Cem dali od ludzi, ładnijsa dziewcyna.
Poznać se to, poznać, któro dziewcynecka;
Idzie do kościoła poprawio wionecka.
Kochana dziewcyno, przyznaj mi tę prawdę,
Ze jo juz ładniejse nad ciebie nie znajdę.
U dziewcyny w sieni torniami zacieni/)
Tornie wyrąbali, dziewcynę porwali.
Wiedziałaś, dziewcyno, ze jo urlopnicek,
Pocóześ chodziła ku mnie na trownicek?
Ty moja dziewcyno, moje sto tysięcy,
Jak mi ciebie dadzą, nie stoję o więcy.

Wczesnym rankiem wraca pan młody z wesela do rodzi­
ców, by w biały dzień znów pojechać ze swą drużyną w celu
zabrania żony. Wyprawę umieszczają tymczasem „spólnice (są­
siadki z tej samej roli) w skrzyni; na spodzie chleb, zboże ró­
żnego gatunku i placek weselny, potem dopiero korale, chustki
lub „kęsek“ (60 łokci) płótna. Tę skrzynię niosą drużbowie
wśród tańca, przyczem sobie ktoś nogę potłucze, i kładą na
wóz. Cztery starościnę i bogate dziewczęta siadają na „pościel“
związaną w płachcie. Przed wyjazdem śpiewają na nowo;
») zacieni = zagrodzili.

387 —
Pierwszy drużba.
Siadaj Maryś na wóz,
warkocki se załóz,
bo juz Wojtuś przyjechoł.

Pani młoda.
Nie bede siadała,
bom nie sprzeprosała,
bo mi łojca matki zol.

Pierwszy drużba.
Oj siadaj, siadaj, kochanie moje,
Bo ci juści nie pomoże płakanie twoje.

Pani młoda.
A ja nie bede z wami siadała,
Bom swojej matce1) nie dziękowała.
Dziękuję ci moja matko,
cesałaś mnie zawse gładko,
więcy nie bedzies.
Dziękuję ci, miły łojce,
chowałeś nas2) jako owce,
więcy nie bedzies.
Dziękuję ci, moja siostro,
robiłyśmy zawse łostro,
więcy nie bede.
Dziękuję ci, miły bracie,
pierałak ci zawse g...e,
więcy nie bede.
Dziękuję wom ławy, ściany
i ty piecu łopsarpany,
w którymek jeś gotowała,
więcy nie bede.
’) Przed każdą zwrotką dziękczynną powtadrza się ten czterowiersz
małą różnicą: swemu łojcu, swojej siostrze i t. p.
2) nas = rodzeństwo.

388' —

Starościnę.
Siadaj, Maryś, siadaj, cobyś ta chodziła,
Przeproś konewecki, coś wodę nosiła.
Zabieraj sie, Maryś, zabieraj się z nami,
Zawieś se wionecek w sieni nade drzwiami.
W sieni nade drzwiami, w sieni na łocapie,1)
Bo juz twój wionecek u matusi skąpie.
Chodziłaś, pijałaś i grywałaś w karty,
Myślałaś, Marysiu, ze to będą żarty.
Zabieraj się Maryś, zabieraj, zabieraj,
Tylko se do jedne spódnice pozbieraj.
Zabieraj się, Maryś, bo juz cas niemały,
Nie na rok, nie na dwa, ino na wiek cały.
Wszystkie Juscynianki, postanijcie w rzędzie,
Nad nasą Marysie pieknijse nie bedzie.
Świeci miesiąc, świeci, pomogo mu gwiozda,
Juz się ta rodzina rozlatuje z gniozda.
Patrzajciez, wy dziewki i wy tez mężatki,
Jak się ciężko wybrać od łojca, od matki.
Zodne dziecko łojcu nie nagrodzi tego,
Jako sie wybiero z domu rodzinnego.
Ty nasa dziewcyno, zabieraj sie z nami,
Bo tu juz nie bedzies ze swemi łojcami.

Pierwszy drużba wyprowadza panią młodą z domu i roz
wesela śpiewkami:
Myślałaś, dziewcyno, ze ci dobrze będzie,
Bedzies se siedziała z kurami na grzędzie.
') łocap — pierwsza belka poprzeczna nad oknem lub drzwiami,

— 389 —
Z kurami na grzędzie, z kackami na wodzie,
Nie trubuj sie1), dziewce, bo ci dobrze bedzie.
Nie krzyc juz, dziewcyno, cegobyś krzycała,
Dostałaś chłopcyka biolutkiego ciała.
Biolutkiego ciała, wysokiego wzrostu,
Obrałaś dziewcyno do swojego gustu.
Chłopcyno, chłopcyno, przecie z ciebie zrojca,2)3
Wykrodeś dziewcyne od matki, od łojca.
Chłopcyno, chłopcyno, wielkimeś tyranem,
Wykrodeś dziewcyne łoknem zawieranem.
Zabieraj sie, Maryś, ze swoje świetnice,1)
Przeproś łojca, matkę i wszyskie spólnice.

Na odchodzie nuci w ostatniej chwili sama pani młoda
lub zwykły ją wyręczać kobiety:
Wybiła godzina, zabierać sie muse,
Bracie i bratowo sanuj mi matusie.
Bywajcież mi zdrowe, wy łojcowskie progi,
Nie beda tu chodzić więcy moje nogi.
Ani nogi chodzić, ani ręce robić,
Nie bedziecie więcy nade mną przewodzić.

Jademy, jademy,
drózecki nie wiemy,
ale ludzie wiedzą,
to nam dopowiedzą.

Dwaj parobcy gubią gdzieś bicze po drodze i nie chcą ru
szać dalej, dopóki się ich nie poczęstuje cygarami. Gdy. już pań
») trubuj się = turbuj się (od- łac. turbo).
2) zrojca = zdrajca.
3) świetnica = świetlica.

— 390 —
stwo młodzi są w pobiżu swej chaty, napotykają zaporę ze żer­
dzi. U góry — na poprzek widnieje napis: „Witamy gości!
Tuż obok z drugiej strony siedzi przy stole jakiś poważny go­
spodarz, otoczony stosem ksiąg; niby w charakterze urzędnika,
przybiera wobec przyjezdnych nasrożoną minę, mierzy ich zwrokiem przez okulary z drutu, często bez szkiełek, powiada:
„Wyście z Jerozolimy, wyście śpiegowe, gdzie mocie poświadcenie?“ naco otrzymuje utarte wyjaśnienie: „My w tern domu
zamieskomy, my jesteśmy pewni'1. Tę całą pocieszną scenę
urozmaica komiczna rola i figura turonia, który, odziany w skórkę
cielęcą, chowa się do wydrążonej beczki, to znów, gdy jest przy
humorze a ze strony napitych parobków nie grożą mu guzy,
bodzie rogami nowoprzybyłych, gdyż ma on straszyć „obcych*
i pędzić ich z roli dotąd, aż ci się okupią sowicie baryłką piwa.
Z chwilą, gdy okup nastąpi, gospodarz ów przestaje się bawić
w protokolistę, nie robi już żadnych trudności, lecz wystawia
paszport, który pieczętuje n. p. kawałkiem buraka. Przejazd
wolny.

Kobiety.
Matusiu, matusiu otwieraj pałace,
Wiezemy niewiastę, ale bardzo płace.
Otwieraj, tatusiu, nowy dwór, nowy dwór,
Wiezemy niewiastę na wybiór, na wybiór.

Pierwszy drużba za panią młodą:
Łobiecoł mi tatuś polane darować,
Ino mi sie kozoł z Józusiem sanować.
Kobiety.
Nierada, nierada, matusia nierada,
Bo sie jej zrobiła u pieca zawada.
Nierada, nierada matusia niewieście,
Zaprzągojcie konie, zaroz ją odwieźcie.

— 301 —
Matka pana młodego:
Tu moja chałpecka, tu mój dom, tu mój dom,
Tu moja Marysia, tu ją mom, tu ją mom.
Kobiety.
Przysłaześ tu, Maryś, na inną fortece,
Bedzies sprzedawała korcami przynice.
Gdyś przysła do chałpy, weźmijsie do sprawy,
Pamiętaj to dobrze, nie pij nigdy kawy.
Ugotuj wodzianki, chleba razowego,
A trzymoj sie zawse gospodarstwa swego.
Bedzies miała kluce gospodarstwa w mocy,
Musis ik doglądać, jak wednie, tak w nocy.
Wyźryj-ze, Józecku, wyźryj-ze na pole,
Bo ci se wiezemy pociesynie twoje.
Pociesynie twoje i twoją zoninke,
Bosą bedzies mioł z niej, dobrą gospodynke.
Nima se to, nima, jako Juscynianki,
Gospodynie dobre i stałe kochanki.

U celu podróży sprowadza matka synowę z wozu, wita
się z nią serdecznie, całuje i gości chlebem ze solą i piwem.
Kiedy zaś ta przechodzi przez próg, powinna podłożoną miotłę
precz odrzucić, a okaże wielką sprawność i dowiedzie, że bę­
dzie gospodarna. Jeśli się jej potoczy bochenek chleba prosto
ku bydłu, to ono nie zmarnieje i będzie się dobrze chowało.
Prócz stajni obchodzi również z matką izbę, piekarnię, komorę,
chleb zaś chowają do skrzyni z wyprawą, której nie wolno ru­
szać przez cały rok z tego miejsca, gdzie ją raz ustawiono.
Przestąpienie tego zwyczajowego zakazu wróży świeżo wydanej
dziewczynie śmierć. Pierzynę chcą „ukraść“ drużbowie. Dawniej
kładziono ją chwilowo na nizkim piecu.
Około godz. 9. wieczorem siadają do uczty goście, pań­
stwo młodzi i krewni. Gdy sobie podjedzą, popiją, opłaca sta­
rościna muzykantów, wyśpiewuje okolicznościowe piosenki pod

— 392 —

adresem pani młodej, z którą tańczy. Na ten mniej więcej czas
przypada kłótnia bez tła realnego między matką a synową:
Chociaż jo uboga, ubogo sie nosę,
Żadnej ja matusi o syna nie prosę.
O syna nie prosę i prosić nie bede,
Zodnej ja matusi synową nie bede.
Choćby mi go dała, tobym go nie kciała.
Wciązby mi mówiła, ze mi syna dała.
Chociażby synowa od północka wstała,
Matkaby mówiła, ze nic nie robiła.
Choćby jej synowa ręce, nogi myła,
Matkaby mówiła, że nic nie robiła.
Wstaj ze ty synowa, cego bedzies spała,
Wyzyńze te krowy, coś ik tu przygnała.
Wiedziałaś, matusiu, ze jo krów nie miała,
Cóz mi teroz mówis, bym ik wyganiała.
Cicho być, synowo, nie otwieraj gęby,
Bo wezmę warzechę, wybiję ci zęby.
Nie potom tu przysła, żebyś mnie tu biła,
Tylko jo se po to, żebym ci robiła.
Jo na twoim chlebie zębów nie nabyła,
Żebyś mnie ty, małpo, skrobacyskiem1) biła.

Z rąk starościny bierze do tańca panią młodą pierw­
szy drużba. Robią mu wyrzuty, jeśli mu ta ucieknie n. p. do
słomy i odwleka chwilę czepin, które odbywają się na ko­
newce lub częściej na stołku z poduszką, żeby oczepiona
miała lekkie życie. Nie można dokonywać tego obrzędu na
„gnacie“ (pniak do rąbania drzewa) ani na dziżce od chleba.
Skoro dziewczyna opiera się i nie chce siadać, co sobie uważa
’) skrobacysko = warzecha, pogrzebacz.

- 393 —
za zaszczyt, pierwszy drużba używa przemocy i dopnie celu.
Gdyby już ze stołka uciekła, to powiadają o niej, że „kiedy
głupia, to niech leci“, nie szukają jej więcej a w pewnych ra­
zach czepiny się nie odbędą. Nie zbyt pochlebnie sądzą ró­
wnież o takiej, która wcale nie stawia oporu: „Leci jak ciele
na kołek. Dyć je juz zacepcie, nie może się dockać“. — Gdy
wdowa ponownie wyszła za mąż, to jeden mężczyzna przebiera
się za kobietę, wdziewa spódnicę, fartuszek, da się oczepić na
osobności, następnie okryty chustką wchodzi do izby, usiądą
i zawodzi ogromne żale za wiankiem, który co dopiero miał
utracić. Starościna wkłada pani młodej na głowę „cepiec“ i sztu­
cznie składaną „chustkę“, którą na jednym rogu zdobią misterne
hafty w batyście lub na tinku. Z oczepinami łączą się następu­
jące śpiewy:
Jak cią beda cepić spoźryj do powały,
Zęby twoje dzieci corne łocy miały.
Jak cią beda cepić spoźryjze do nieba,
Zęby twoje dzieci nie pragnęły chleba.
Jak cią beda cepić, spoźryj na tragarza,
Żebyś uchowała syna dla cysarza.
Jak cią beda cepić, spoźryj do polinie1),
Zęby cią kochały wszystkie gospodynie.
Nie krzyc-ze, dziewcyno, nie krzyc-ze juz wiele,
Złożyłaś wionecek Maryi w kościele.
Widzioł cią ksiądz probosc i pon łorganista,
Izes we wionecku do kościoła przysła.
Poproś łorganisty, księdza wikarego,
Zdyjmą ci wionecek z óntorza wielkiego.

O chmielu, chmielu, wysokie liście.
Była dziewcyna, zacepiliście.
’) polina = drzewo do suszenia.
Lud. Rocznik XIV.

27

— 394 —
Żebyś ty chmielu po gojak nie loz,
Tobyś nie robiuł z tych dziewcont niewiost.
Ale ty chmielu po gojak łazis,
Niejedno dziewce z wieńca wywodzis.
Wdzioli se ci, wdzioli na głowicke sacek1),
Nie bedzies wiedziała, gdzie jaki jarmacek.
Wdzioli se ci, wdzioli na główicke pęto,
Nie bedzies wiedziała, kiedy jakie święto.
Króla korunują,
to winecko piją,
a ty panie młody
dejze nam choć wody.
Sanuj-ze mnie sanuj,
za wionecek za mój,
za mój różanowy
coś mi go zdarł z głowy.

Bodaj cią, dziewcyno, za twój rozum krótki,
Straciłaś wioneck za kielisek wódki.
Myślałaś, Marysiu, ze ci bedzie lepi,
A tu ci sie nieroz postronkiem przylepi.
Nie bedzies, Marysiu, u nas wody nosić,
Bo je bedzies miała pod łokciami dosyć.
Sto razy do roku, sześ razy na tydzień,
Bedzies ty płakała nieomal w każdy dzień.
Mówili ci wcora, bywaj panno zdrowa,
A dzisiaj ci mówią, pani Józefowa.
Wcora była dziewka, a dzisiaj juz baba,
Przypatrzcie się ludzie, jak óna to rada.
*) sabek = „cepcysko niciane“.

— 395 —
W zajęcowy grusce, wszystko cosik chrusce,
Przypatrzcie sie, ludzie, jak Marysi w chusce.
Tu w Juscynie grusce wszystko cosik chrusce,
Przypatrz-ze sie, Jasiu, jak Marysi w chusce.
Patrzajcież, wy dziewki i wy też mężatki,
Jako to pasują ty Marysi smatki1).
Patrzajcie, wy młodzi, jak starzy tańcują,
Idą im kulchony, 2) ani nóg nie cują.
Pamiętaj, dziewcyno, ześ nam wionek dała,
Bo rok potem cosik bedzies kolebała.
Pamiętaj, dziewcyno, bo nadzieja blizko,
Zmieniłaś wionecek i swoje nazwisko.
Byłaś dobrą panną, bądź-że i mężatką,
Bądź-ze i dla dzieci ukochaną matką.
Mierziały cią Maryś stązki wywijane,
Teroz cią nie mierzi cepcysko niciane.
Mierziały cią, panno, wywijane stązki,
Teroz cią nie mierzi cepcysko z powązki.3).
Byłaześ w Juscynie, znałaś Juscynianki,
Teroześ w Żarnowce, znajze Zarnowianki.
Byłaześ dziewcyno, chodziłaś z dziewkami,
Teroześ kobieta, bedzies z kobietami.
We wianecku chodzić, we wianecku sypiać,
Jakże ci sie ni mioł wianecek rozsypać?
Wydać sie to wydać,
zęby jako wybrać,
zęby sie wymówić,
zęby ś nim nie legać.
') smatka = chustka kolorowa.
2) . Kulchony. :== nogi.
3) . powązka = płótno do cedzenia wydojonego mleka.

— 396 —
I wydać sie może
i wybrać sie może,
ale od lezyska
nima wymówiska.
Oj ciężki, oj ciężki jest ten kamień młyński,
A jesce dużo cięzsy ten stan małzyński.
Oj bo kamień młyński
ciągle wodą płynie,
a ten stan małżyński
nigdy nie zaginie.

W całym „opisie“, który doprowadziliśmy do końca, pio­
senki ząjęły stosunkowo dużo miejsca. Prócz nowych, przyto­
czyliśmy także mniej oryginalne, które są z pewnemi odmianami
wspólną własnością ludu polskiego, a to dlatego, że gdyby
wszyscy i ja na ostatku jedynie z tej racyi nie chcieli je spisać,
to skarby te, obecnie szeroko znane, byłyby kiedyś nieznane
nikomu.

Odpowiedzi na zapytania.
Goszyce, wieś w powiecie miechowskim, gub. kielecka.
1) Bocian — nie ma nic szczególnego. Wyraz „boćko“
oznacza i tu: straszydło.
2) Piast, piasta. Używa się na oznaczenie pewnej
części koła.
3) Stępa. Jest znana i używana; kształt zwyczajny (patyk
prosty, wydłubany itd.). Tłuką w niej krupy (jęczmień), a przez
tłuczenie zdejmuje się skórę z ziarna jęczmiennego, tak że zo­
stanie samo czyste ziarno; jak jest suchy, skrapia się wodą.
4) Socha. Są to słupy w stodole do podpierania dachu.
5) O smokach: św. Jerzy — niema żadnych podań.

Maryan Goyski.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.