4433881edd817c6b44874cf69c5c17ab.pdf

Media

Part of Legenda ludowa o wieczności / Lud, 1908, t. 14

extracted text
— 291 —

Legenda ludowa o wieczności.
(z Tarnawy w pow. bocheńskim).
Był raz jeden pąn, co miał wielgi majątek, ale był ogro­
mnie skąpy. Lubiuł jeździć po balach, krzcinach, lubiuł tańco­
wać i bawić się, ale nie lubiuł przytem nic stracić. Zawse też
upominał swego parobka, zęby go wołał do dąmu, gdy se podochoci, zęby nic nie stracić. Parobek tez ten był u niego za pa­
robka, kuciera, za lokaja, bo nie kciał mieć zadny służby, zęby
nie wydawać pieniądzy. Tak tez jeździli se razęm, pan był scęśliwy bo sie bawiuł, piuł i jad a nic nie straciuł. U siebie tez
nigdy gości ni miał, a jak kogo przyjąn, to nie dawał dużo jeś,
— bo widzicie, — jak zawse skąpiec, zal mu było pieniędzy.
Raz tak wiecór jechał na bal do sąmsiadów welo smyntarza.
Po drodze upominał swego furmana, zęby go wołał, jak uźry,
ze podpity, ze juz cas do dąmu, i ze juz kawał w noc. Ną, jądą
tak. Pąn upominał jesce raz, zęby nie zabocuł tego zrobić i dał
mu nawet bucaka1), z cego sie parobek ogromnie sciesuł. bo sie
to rzadko trafiało i pojechał prędzy. Zajechali na bal, a tam juz
traśliwie dużo gości, a ną i nas pąn zacąn sie bawić razem
z nimi. Tańcował, piuł i jad do rozpuku2).3 Parobek wciągle do
niego zaglądał i patrzał, cy juz ma doś. Jak sie tak miało juz
welo północy, miesiącek juz doś wysobo wysed na niebo, tak
parobek odwazuł sie polecieć do pana i dali mu gadać, ze juz
cas, ze tam w domu jakie niescęście móze sie stać, krowa sie
miała cielić, Świnia prosić, wiec go ciągnie, zęby sie spiesuł.
Pąn juz miał sporo w głowie, nie kciało mu sie nijak jechać,
ale parobek go wyciągnął. Siad na bryckę i pojechał. Był straśnie
wesoły, capkę wdział se na bakier, bo miał kuraśs). Nadjechali
nad smyntarz, parobek zdjon capkę i modluł sie okropnie scerze, bo to była juz północ i bał sie duchów. Parobek sie mo­
dluł, a pąn poprawiuł capki i dali tak mówić: „Widzicie, umrzyki,
ja sie tak dobrze bawię, jęm i piję, hulam, a wy tu musicie
gnić i chrobaki żreć. Zebyście to tak do mnie przyśli, tobym
') moneta miedziana wynosząca cztery centy.
2) co tylko mógł.
3) dobry humor.

— 292 —
wam dał pocęsne“. Jak ino te słowa wyziunął, tak ci zaraz sie
jakisi głos ze smyntarza odzywa do niego (A był to strasny
głos, bo to przecie widzicie z grobu po śmierci, niech ta Bóg
brąni, ja pamiętam ino raz taki głos, jak przysed strzygoń beze
drzwi, ja se siedział przy cyganie1), bo to przecie dawni, jak
sie ta pewnie ucycie, nie było tak jak teraz, nie mieliśwa patycków, kanfiny2), ino to wadzicie świeciło sie smolówkami.
Bieda była, to prawda, ale ludzie nie byli tak popsuci, jak teraz.
Jeżeli dziewka chciała zapalić, a ogień ji zgaś, to musiała lecieć
do drugi chałpy po ogięń i tam z pod popiołu wygarnować.
Źle było dawni, bo chłopy musieli pańscyznę odrabiać, a jak
sie który odrobinę spóźniuł, tak go zaraz na podkładę bili. Lu­
dzie jakoś wytrwalsi byli, bo pomyślijcie sobie, ktoby to teraz wy­
trzymał. Nie ubierali sie w jakiesi tam surguty carne, ino mieli swoje
górnice3), a na zimę kożuchy białe z wielkim kołnierzem i buty
wysokie. Na głowę nacisnął capkę, jak to teraz zorkami4) na­
zywają i był chłop, nawet sie wilka nie bał. Aha na cemem to
skońcuł, aha na strzygoniu. Tak widzicie jak tęn strzygąń właz,
jak mi ugryź kawałek kamienia u zar5), jak zgrzytnął, takem
myślał, ze mie juz zje. Ale ze przecie zły duch prawa do mnie
nima, bom krześcijąn, tak posed do chlewa do świń i tam sie
ze świniami zacąn żreć. Jak zacąn zgrzytać, kwiceć, tagem juz
myślał, ze mi chałpę rozwali. Jak sie wygryź, wyzar, tak sie
zabrał i posed. To widzicie ja znąm taki głos, niech ta Pąn
Bóg brąni go usłyseć.) A ną, jak ten pan tak powiedział, tak
sie ze smyntarza odezwał głos: „A przydzięmy, przydzięmy ju­
tro o dwunasty w nocy.“ Pąn sie zaśmiał i kazał jechać dali,
a parobek to jaz struchlał ze strachu. Jak przyjechali, tak on
sie obróciuł do pana i zacąn mu powiadać, co on to zrobiuł
jedynego, jak powiedział, jak mu odpedzieli. Ale pąn jesce go
skląn, bo to był właśnie taki niedowiarek, jak i teraz niektórzy.
Ośmiał sie i pojechał dali. Na drugi dzięń zawołał parobka
i dali sie go pytać, co to było wcora, bo go to jakosi rozesło

’) przy kominie
2) nafta
3) białe płótnianki, noszą je dotychczas w tych okolicach, ale co­
raz bardziej wychodzą z mody.
*) czapka wełniana, okrągła, z czarnymi paskami.
B) żarna

— 293 —
w nocy, jak sie przebudziuł. Parobek opowiedział mu wszyćko
i pan struchlał, wyjąn bucaka i dał mu; posed tez zaraz do księ­
dza o poradę. Ksiądz mu kazał wyzabijać wszyćkie woły, kro­
wy, świnie, cielęta, owce i wyprawić wielką uctę w domu, na
godzinę jedenastą w nocy, zęby było wszyćko gotowe. Pąn za
głowę sie chyciuł, ale cóz miał robić, bał sie okropnie, więc
zwołał wszyćkich chłopów i kucharzów z okolicy i kazał wszyćko
wyzabijać, ugotować i wyprawić uctę. Ale ze nimiał tak wielgich pokojów, tak kazał w ogrodzie poprzybijać ławki długie
i tam zastawić miski z jadłem. Na godzinę jedenastą było wszyćko
juz w porządku. Cekają, cekają, nie widać nic. Az przychodzi
dwunasta i zjawia się straśna chmara ludzi, a na ich cele biskup
z tą swoją laską i capką. Straśnie dużo ludzi było, bo to juz
oddawna na tym smyntarzu chowali. Pąn wysed przed nich i ze
strachem straśnym przywitał ich w bramie. Prosiuł ich do ogro­
du, zęby se usiedli. Biskup dał znać, zęby usiedli wszyscy. Jak
se juz siedli, tak biskup zwróciuł sie do pana i tak do niego
powiedział: „Dobrze, ześ nas przyjąn dobrze, ale my i tak jeś
nie będziemy, bo nimamy ciał, ale tobie musimy sie odwdzięcyć. Latego1) tez przydź jutro do nas w nocy o dwunasty. Ja
tam lezę w grobie, puknij, a grób ci sie sam otworzy. Jak to
powiedział, tak dał znak ręką i wszyćkie duse zniknęły i bi­
skup tez znik. Pąn straśnie sie tern zakłopotał, bo sie bał iś.
Nie spał nic, ino cekał. Przed dwunastą godziną wybrał sie pie­
chotą i posed na smyntarz. Jak przysed, tak zapukał do na­
grobka i grób mu sie otworzuł. On tam wsed do mały stancyjki i wnetki zobacuł biskupa. Za biskupęm wysunął sie mały
stolicek, a na stolicku leżało małe jabko. Biskup kazał usiąś
panu, potem sąm usiad i rozkrajał jabko na śtery cęści. Dał
jedną panu, a jak tęn zjad, tak spytał sie go, cy mu smakuje.
Jak ino tęn powiedział, ze mu smakuje, wziąn drugą ceś, dał
panu zjeś, a potem trzecią i cwartą. Jak juz wszyćkie zjad, tak
biskup powiedział, ze mu juz więcy nie da, bo nima i ze juz
po ućcie. Pąn wysed z grobu, ale jak wysed tak się bardzo
zdumiał, bo wszyćko la niego było obce. Kościół był insy, smyn­
tarz inacy wyglądał, drzew juz takich, jak on zostawiuł, nie było.
Zdumiał sie ogromnie, ale posed, gdzie jego dwór stał. Chodziuł

’) Dlatego
Lud. Rocznik XIV.

20

— 294 —
i chodziuł i nijak nimóg poznać tego miejsca. Nareście znakiz
dwór, ale bardzo sie zadziwiuł, jak zobticuł ładny, murowany
dwór. Posed na gąnek. Idzie do drzwi, kazał se lokajowi otwo­
rzyć do pokojów. Ale lokaj nie usłuchał go, ino go wyrzuciuł.
Pan opowiedział mu, ze to jego dwór, ze to jego włościzna1),
ale lokaj temu nie wierzuł. Opowiedział, ze dopiero teraz w no­
cy wysed, a teraz rano wraca i ze zostawiuł swój dwór i pa­
robka w nim, kazał go zawołać. Ale lokaj nic nie pytał, ino go
wyrzuciuł i jesce psami poscuł. Pąn zalał się łzami i posed do
księdza, ale i tu go nie poznali, bo ten ksiądz, co go znał, leżał
juz dawno w grobie. Na zapytanie księdza opowiedział całe
swoje zdarzenie i nazwisko, ale ksiądz nie znał takiego, ani o
nim nie słysał. Zacąn atoli zaraz patrzeć do mentryk. Przeleciał
lat 50, 100, 200, 300 i dopiero przy śterech Stach znalaz takie
nazwisko, jak mu pąn podiił. Powiedział mu ksiądz, ze w cemś
zgrzesuł ciężko i lâ tego musi pokutować. Wziąn go na spowiedź
i wyspowiadał go, a jak pąn przyjąn komąniją świętą, rozsypał
sie w te razy w proch.
Opowiadanie powyższe jest ciekawym przyczynkiem do
zapatrywań ludu naszego na pojęcie wieczności, a równocześnie
daje nam niektóre dane o wyobrażeniach na życie pozagrobowe
ludu; dłuższy epizod o strzygoniu, który nawiedził dom opo­
wiadającego Stanisława Głowackiego, włościanina w Tarnawie
(pow. Bochnia), charakteryzuje sposób opowiadań wiejskich.
Często bowiem spotyka się, że opowiadający do zasłyszanego
zdarzenia wplata i osobiste przygody, w ten nieraz sposób z dwóch
podobnych wypadków z biegiem czasu powstaje jedna opowieść,
z której trudno poznać, co jest późniejszym dodatkiem.
Kazimierz Karczmarczyk.

Dodatek do Słownika Języka Polskiego
Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego.
1. Arabista = uczony oddający się badaniu literatury
arabskiej, niem. Arabist, fr. arabisant.
2. Brzana. W zeszycie 2-im (str. 217) podano tylko zna­
czenie dosłowne: ryba muraena. W żargonie „andrusów“ kra­
kowskich brzana = dziewczyna.
2) Własność

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.