6a58664b6f9605beb9c55c49a72c90ad.pdf

Media

Part of Poezya Gilaków / Lud, 1911, t. 17

extracted text
BRONISŁAW PIŁSUDSKI.

Poezya Gilaków.
„Tyle życia, co jest w pieśni,
„Tyle szczęścia, co się prześni".

Na dalekim krańcu Sybiru, omywana falami Oceanu Wiel­
kiego, leży smutna wyspa znana i naszemu narodowi przez
długie lata reakcyi ostatniej doby, jako groźba dla hardych
i nieugiętych, jako jaskinia do wrzucania nieszczęśliwców, któ­
rzy przekroczyli surowe prawa ludzkie, ujęte w formuły i księgi.
U wejścia do tego czyśca na ziemi mógłby witać straszny
napis: „wchodząc tu odrzućcie wszelką nadzieję“.
Wyspą tą jest S a c h a 1 i n , surowy i trochę dziki, zeszpe­
cony jednak więcej przez brutalnych i barbarzyńskich ludzi, niż
przez przyrodę, rozmaitą, czasem miękką, żywą i barwną, cza­
sem imponującą i potężną, to znów skarłowaciałą — przygnę­
biającą i smutną, jak dusze tych, co musieli tam pędzić na wy­
gnaniu „dnie, tak długie, — każdy jak trzy jesienie“1).
Kraina ta, znienawidzona przez białych przymusowych
osiedleńców, była ukochaną ojczyzną dla trzech nielicznych
szczepów tubylców, zaludniających tę bogatą w rybę i w zwierza
wyspę, w stuletniej, miłośnie przez nich wspominanej prze­
szłości.
J) Przysłowie chińskie.

— 95 —

Bronisław Piłsudski

Pierwsi, z którymi się poznałem, trafiwszy dzięki zrzą­
dzeniom ślepego losu na Sachalin, byli Gilacy; oni też pozo­
stali mi na zawsze najlepszymi, drogimi druhami, wspólnej nie­
doli. 1 dla nich, dla całego plemienia, dnie sławy, czasy świe­
tnej, z ich punktu zapatrywania, przeszłości, minęły i już nigdy
nie wrócą... 1 oni, niedawni panowie piętrzących się wszędy
gór, bystrych, przeczystych i wiecznie szumiących potoków, rzekkarmicielek, gęstych lasów tajemniczych, pełnych zwierza o fu­
trach bogatych — oni dumni z panowania nad rozległą przy­
rodą — zostali zdeptani przez nowych przybyszów — utracili
na zawsze, tak przez nich ukochaną swobodę.
Tę świadomość bezpowrotnej utraty samodzielności, dro­
giej i im prostaczkom, jednym z najmłodszych braci naszej
wielkiej rodziny ludzkiej, tę beznadziejność czytałem nieraz
w wyrazie smutku — tkwiącym głęboko w zapatrzonych w pło­
mień ognia domowego, lub błądzących w przestrzeni, czarnych
jak węgiel, gilackich oczach.
Wspólna, ciężka niedola, tylko rozmaicie odczuwana, je­
dnakowa, szczera i gorąca miłość dla Ojczyzny, kolebki na­
szego życia, zbliżyła nas i pokochaliśmy się. Z poza mego
szarego chałatu z żółtym tuzem na plecach, który was odstra­
szał, bo widzieliście w nim okropnych zbójów, czyhających na
wasze życie, mienie i cześć waszych niewiast, z poza innych
ciężkich symbolów aresztanckiego położenia mego, odczuliście,
wy, moi starzy przyjaciele, swym pierwotnym dziecięcym
instynktem, że mogę wam szczerze współczuć i was po­
gardzonych, niezrozumianych, uważanych za „psów smrodli­
wych“ pokochać.
1 garnęliście się do zamyślonego wciąż, bladego, a tak dzi­
wnego dla was młodziana, szliście do niego długim nieprze­
rwanym szeregiem przez lat niemal 12, by usłyszeć słowo do­
bre, by otrzymać przyjacielską, zdrową radę, by się poskarżyć
na ciężkie krzywdy brutalnych sąsiadów — białolicych, by od­
począć wśród wypraw myśliwskich, posilić się i wyspać u tego
przyjaciela, któremu daliście drogie i zaszczytne dla niego miano
„starszego brata“, „AKAN“.
Biegły lata nieskończenie jednostajnie, jak krople rzęsi­
stego deszczu, i smutne, jak płomyk zasypanego popiołem
i wdeptanego w ziemię a płonącego przedtem drzewa.
— 96 —

Poezya Gilaków

Związek serdeczny nas łączący krzepł i rozszerzał się na
coraz dalsze okolice. Jużeśmy razem się cieszyli powodzeniem
waszem w sezonach połowu ryb, i myśliwstwa, odczuwaliśmy
radość, gdy zdrowe latorośle uszczęśliwiały rodziny i powięk­
szały liczbę członków gasnącego waszego szczepu; smuciliśmy
się razem, gdy śmierć unosiła do pięknego ale nieznanego
„Mlywo“ tych, których zaliczaliśmy do naszych wspólnych przy­
jaciół ; żebraliśmy razem u naszych „Panów“, by wykołatać
pomoc w klęskach, grożących wam głodem, obmyślaliśmy
środki, by zapobiegać szerzącym się epidemiom.
O dzięki Wam, bracia moi żółtolicy, dzięki za zaufanie
i przyjaźń, które z żywego trupa, pożądającego śmierci, zrobiły
napowrót człowieka hołdującego przedewszystkiem czynnej mi­
łości dla ludzi. Dziękuję za otwarcie mi dusz waszych, za od­
słonięcie mi tajników waszej trudnej, odmiennej, nieharmonijnej dla nas, ale wam drogiej ojczystej mowy, za powierzenie
niejednej tajemnicy, za chętne objaśnianie waszych myśli i za­
patrywań, za dzielenie się ze mną najdroższym skarbem, który
wam pozostał i osładzać wam będzie ciężkie kajdany niewoli —
waszemi pieśniami.
A Wam, drodzy rodacy z ukochanej Litwy, za którymi
tęskniłem swem młodem, kochającem sercem, i tęsknię jeszcze
i teraz, po latach dwudziestu kilku, — tę moją pracę po­
święcam.

Literatura w ogóle, a szczególniej poezya, jest wierną to­
warzyszką zmiennych losów narodu. W swych pieśniach daje
nam on wyraz swoich myśli, pojęć, uczuć, i swojej wiary —
wykazuje swój charakter i odtwarza cechy każdej minionej
epoki. Pierwotne plemiona posiadają swoją literaturę ustną,
mają swe podania, baśnie, legendy i pieśni, które są zwiercia­
dłem ich duszy. Jest ona u mało rozwiniętych plemion mniej
skomplikowaną od naszej, lecz również wrażliwa i zdolna do
tych elementarnych uczuć, które są wspólne całemu rodowi
ludzkiemu, co pobudziły jednego uczonego do wyrzeczenia
słów: „świat cały jest jednym krajem“.
Ciężkie warunki, które się wytworzyły, dla szczepów pier­
wotnych z chwilą wtargnięcia na obszary, uprzednio wyłącznie
przez nie zajmowane, narodu o silniejszej i więcej posuniętej na97 —

Bronisław Piłsudski

przód kulturze, odbiły się ujemnie na ich twórczości poetyc­
kiej. Materyalnie szczep tubylców podupadł niezmiernie, kolo­
niści wypalili lasy, niszczyli zwierza, odbierali lepsze tereny
i tonie do połowu ryb, a nawet rabowali i okradali z tej nę­
dznej chudoby, która przedstawiała ruchomą majętność tubyl­
ców. Psychiczna depresya wobec tak prędkiej i nagłej prze­
miany warunków życia, strach przed dumnym i brutalnym przy­
byszem, częsty głód, przygniatają umysł, ściskają żywą strunę
serca Gilaków. 1 coraz trudniej dotrzeć do głębi ich życia, pod­
słuchać wcielone w estetyczną, poetyczną formę ich bóle ser­
deczne, ich marzenia, którym nawet oni sami coraz rzadziej
puszczają wodze.
Dużo inteligentnych ludzi miało do czynienia z Gilakami,
używając ich jako przewodników, lub ochronę podczas podróży
i wycieczek naukowych po Sachalinie: lekarze, inżynierowie,
oficerowie marynarki i urzędnicy. Chwalili oni zręczność, śmia­
łość i cnotliwość Gilaków, lecz wszyscy przekonani byli, iż na
tak nizkim szczeblu rozwoju ludzkiego stojący szczep nie ma
żadnej poezyi. Wyraz tepiu poglądowi dawali niektórzy w swych
notatkach drukowanych, a jeden z wybitnie znanych i odzna­
czonych medalami przez Naukowe Towarzystwo geograficzne
uczonych wypowiedział publicznie na odczycie, iż Gilacy stoją
tak nizko duchowo, iż nic ich nie interesuje, poza zdobywa­
niem materyalnych środków do życia. Muszę się przyznać, iż
sam w pierwszych czasach pobytu na Sachalinie ten błąd po­
dzielałem. Bliższe zetknięcie i zażyłość ze szczepem z zewnątrz
bardzo niepociągającym, bo niechlujnym i cuchnącym, zapraco­
wanym i mało wywnętrzającym się wobec obcych, dały mi inny
pogląd na istotę tej rzeczy — pozwoliły zebrać sporą ilość
utworów fantazyi plemienia, tej cudownej wróżki, która go
unosi daleko od smutnej rzeczywistości, podnosi go duchowo
i pomaga lżej znosić ciężką dolę ziemskiego żywota.

Rodzaje utworów literatury gilackiej są dość liczne. Przedewszystkiem bardzo bogaty jest dział prozy, mianowicie „tylgund“ — podań, epicznego charakteru, przechodzących z po­
kolenia na pokolenie i zawierających cały arsenał wierzeń,
przesądów, poglądów na zwierzęta i otaczającą przyrodę. Mniej
liczne są historyczne opowiadania, tyczące się prawie wyjąt— 98

Poezya Gilaków

kowo ubiegłych, niezbyt nawet dawnych wojen, które się od­
bywały między poszczególnymi rodami, najczęściej na tle pory­
wania kobiet, zabójstw i krwawej zemsty.
Do prozaicznych utworów trzeba też zaliczyć zagadki
i nadzwyczaj łubiane przez dzieci i dorosłych igraszki słów
(leren-tuhuś) dźwięczne, rytmiczne, a czasem ułożone z humo­
rem, i nieraz dość cyniczne i pieprzne.
Dział poezyi tworzą poematy „naśtund“. Pełne mitologi­
cznych zwrotów i kombinacyi, lecz zawsze na tle najdziwniej­
szych opisów, przygód jednego bohatera-człowieka. Najwięcej
jednak dramatycznych momentów uczuciowości bezgranicznej,
to znowu lekkiego i łagodnego smutku, czasem dosadnych do­
wcipów, bezpośredniego humoru i satyry zawierają liryczne
utwory „alachtund“, z któremi tym razem jedynie chcę zapo­
znać czytelników.
Gilacy dzielą swe „alachtund“ na stare i nowoczesne. Za­
sadniczej różnicy między nimi niema. I te i tamte zostały
utworzone przez jednostkę pod wpływem silnego uczucia ra­
dości lub smutku i chęci podzielenia się niemi z rodakami
w formie rytmicznej, w wyrażeniach pięknych, bogatych w alegorye, porównania, przesadny humor, sarkazm, najczęściej zaś
malujących serdeczne bóle miłosne autora. Twórca starych pie­
śni po kilku pokoleniach jest zapomniany i chyba tam tylko
pamiętają wszystkie szczegóły tyczące się poety i opisanych
przez niego osób, gdzie akcya cała miała miejsce.
Autorowie nowoczesnych pieśni są znani wszystkim, ca­
łemu plemieniu. Każdy z Gilaków przedtem, nim zaczynał mi
dyktować piosenkę, objaśniał mi kto ją skomponował, pod
wpływem jakiego uczucia i do kogo się ona odnosi. Miało to
podwójne znaczenie: zanotowanie wiadomego faktu i chęć
ostrzeżenia mię, bym nie powtarzał pieśni przy pewnych oso­
bach. Zwyczaj ten wyjaśnię dalej.
Pieśni swe Gilacy śpiewają niezbyt głośno, prawie stale
modulując gardłem i tylko czasem robią, dźwiękami wy­
chodzącymi z piersi, przeciągane — póki nie zabraknie tchu,
tęskne n u ty. Za głuchymi stłumionymi dźwiękami, trochę gar­
dłowymi, idą pauzy odpowiadające końcowi jednego taktu.
Brak odnośnych, głębszych i wysokich tonów, żywości, pię­
knych cieniowań i skomplikowanych przejść nie daje uszom
Europejczyka najmniejszej przyjemności, utrudniają zrozumienie
99 —

Bronisław Piłsudski

treści podłożonej pod melodyę pieśni. Melodyjny układ będzie
prawdopodobnie zapisany kiedyś przez specyalistów muzyków,
którzy się interesują pierwotną muzyką. Przypuszczam, że bu­
dowa pieśni Gilaków jest najwięcej zbliżoną do dźwiękowania
Chińczyków, którzy też śpiewają przykrym dla nas falsetem
i ścieśnionem gardłem. Niektóre pieśni śpiewane są przy akom­
paniamencie biednej jednostrunnej skrzypki gilaskiej.
Treścią pieśni lirycznych , jak już zauważyłem, są najro­
zmaitsze odcienia i wyrazy uczuć miłosnych. „Alachtund“ nie no­
szą żadnego cienia zapożyczonego z folkloru sąsiednich szcze­
pów, jak to czuć na innych poetyckich utworach Gilaków. One
są przeciwnie objawem czysto Gilackim, najwięcej odpowiada­
jącym indywidualnym właściwościom szczepu. Tylko u Gilaków
miłość między dwoma osobami dochodzi do takiego nieraz
stopnia, iż one wolą śmierć, niż życie w ciężkiem rozłączeniu.
Położenie kobiety w rodzinie gilackiej jest bardzo upośledzone.
Zostaje ona od dzieciństwa zaprzedaną do cudzego rodu i ni­
gdy nie może pozostać wśród swoich, nie ma też prawa poko­
chać kogokolwiek z rodu swego ojca. Na takiem smutnem dla
kobiety tle wyrastają częste dramaty, doprowadzające nieraz do
samobójstwa. Kobieta — zwykle bardzo młoda dziewczyna — po­
czuła wstręt do nieznanego dla niej domu i rodziny swego
męża, dla którego była przeznaczoną przez rodziców już czę­
sto w dzień swych urodzin, z rozpaczy wiesza się i przed
śmiercią wylewa swój ostry ból duszy w pieśni. Dwoje kochan­
ków, którzy nie mogą się pobrać, bo dziewczyna już obie­
cana drugiemu, postanawia jednocześnie się zabić, bo według
wierzeń Gilaków, taka równoczesna śmierć połączy ich na stałe
na tamtym świecie. Wreszcie bywają wypadki, że dziewczyna
zakochała się w człowieku jednego z sobą rodu ; dowiadują
się o tern krewni i oburzeni z powodu strasznego wykroczenia
zmuszają winną do samobójstwa. Pieśni te są najwięcej łubiane
przez Gilaków, wogóle skłonnych do samowolnego skrócenia
swego doczesnego żywota. W innych opisuje autor podróż do
ukochanej, dając wiele barwnych opisów spotykanej przyrody.
Tematem bardzo zwykłym jest tęsknota za ukochanym chłop­
cem, który długo nie przychodzi, lub przejeżdża mimo, a do
oczekującej go kochanki nie wstępuje, Treścią innych pieśni
jest prośba kobiety o zabranie jej z sobą, zwrócona do odje100 —

Poezya Gilaków

żdżającego daleko młodzieńca, który wpadł jej w oko podczas
pobytu we wsi i t. d.
Podniecona dusza i umysł autorów pieśni szukają wyra­
zów dosadnych i silnych, starają się upiększyć mowę subtel­
nymi i zręcznymi zwrotami, ile stać ich na to.
Oto są niektóre częściej używane poetyckie zwroty:
„dźwięki krzyku podnoszą się do wierzchołków topoli“; „echo
szczekania psów roznosi po otaczających górach“, „łzy cieką po
kolei to z prawego to z lewego oka i padając na kolana lub
na obuwie, lub na ziemię, wydają dźwięki, jakie robi ulewny
deszcz“. Nieraz zamiast łzy z lewego oka mówią „lewe łzy“.
W patetycznych chwilach lewe i potem prawe kolana odma­
wiają posłuszeństwa i stać człowiek nie może. Ręce też bez­
władnie się opuszczają i śpiewający nie może wiosłować, zapy­
tuje: „jakże ja przez rzekę przejadę ?“ Zasmuconemu gardło
się ściska, bierze wodę, ale nie może jej wypić, wylewa mu
się ona na ziemię. Pod wpływem uczucia wstydu kobieta nie
chce patrzeć na ludzi i pyta się, gdzie skryje swoje oblicze ?
„Morze i noc nazywają wielkiemi, ścieżkę — szeroką i po­
wróz — „potrójnie zwitym“. Swą kochankę porównywa poeta
z kwiatkiem irysu, który Gilacy uważają za najpiękniejszy z kwia­
tów swego rodzinnego kraju. Policzki kochanki są porówny­
wane do kory brzozowej, bo biała i lśniąca cera jest oznaką
piękności. Głowę ukochana skłania na jeden bok — wyraz gilackiej kobiecej gracyi. Jej warkocz jest rozpleciony. Z tęsknoty
kochanek nie wie co robić, — myśleć nie chce i zapytuje co
ma robić, ani jeść, ani kłaść się, ani spać, ani pracować nie ma
ochoty i „ciebie jedną uczyniłem przedmiotem swych chęci“.
„A ty, woła, czy pamiętasz o mnie, gdy dokoła ciebie dużo
ludzkich oczu“ ?
Dopuszczalne są i żartobliwe, nie obrażające zwroty:
O wiosłującym mówi kochanka przesadnie, że uderza za każdem nachyleniem się naprzód i w tył o ławeczki łódki — z taką
siłą wiosłuje. Innym razem poetka prosi, by ulubieniec jej szedł
ostrożnie po podłodze jurty i nie złamał desek, bo gdy szedł
z brzegu morza do mieszkalnych domów, to nogi wciskały się
do połowy goleni w piasek, a więc z nadzwyczajną siłą i pe­
wnością, co jest cechą śmiałych i słynnych myśliwych. Żarty
bywają i więcej ostre np. „pókim słyszała tylko twój głos, wy­
dawałeś mi się dobrym człowiekiem, a gdym ujrzała oczami,
- 101

Bronisław Piłsudski

to przestałeś mi się podobać“. Mężczyzna zaś wyśmiewa war­
kocze swej ukochanej porównywując je z pałeczkami zastępu­
jącemu widelce, i dodaje „nie uśmiechaj się do mnie, nie mru­
gaj i nie patrz na mnie, bo ja inną kocham“. Inny mówi, że
nogi ukochanej są „cienkie jak u komara“, a „twarz płaska
jak deska“. W opisach przyrody spotkać można też obrazo­
wość, nieużywaną w języku prozaicznym. Np. mętną wodę
w rzece porównywają z zupą z mięsa, szybkość potoku —
z obręczem, którym dzieci i młodzież lubią grywać latem. Duża
wieś jest podobną do gęstego lasu, czysta polanka wśród za­
rośli do rozpostartej maty. Drzewo, do którego zostały przy­
wiązane psy podczas jazdy, kołysze się i nagina wierzchołkiem
do ziemi i t. d.
Poecie gilackiemu brakuje wielu cech, któreśmy przyzwy­
czaili się uważać za nieodłączne u nowoczesnego twórcy lite­
rackiego. Brak mu wrażliwości na cudze bóle i smutki, zrozu­
mienia cudzej duszy. Zaledwie w kilku piosenkach udało mi się
napotkać zwroty, w których poeta maluje stan duchowy innych
ludzi. Życie prostsze, równiejsze, brak podziału na klasy i ró­
żnorodne warstwy społeczne, nie daje materyału do odczuwania
nieszczęść społecznych, niesprawiedliwości wynikających ze ście­
rania się dwóch różnych światów w jednym narodzie. Poeta nie
wyrasta nadmiernie z pośród swego otoczenia i nie czuje się
duchowo osamotnionym i niezrozumianym. Nie męczą go py­
tania nierozwiązalne o celu życia, nie zna on sporów dwóch
różnych pokoleń, dwóch kierunków duchowych. Poeta nie
uczuwa tęsknoty do swego rodzinnego otoczenia, nie jest
oderwanym od życia, do którego przyrósł, nie czuje się wyrzu­
cony na nieznane fale morza ludzkiego. A więc niema wśród
pierwotnego plemienia poetów-tytanów, którzy by przodowali
mu w ideowej walce o nowe zasady życia i podnosili gorący
protest przeciw niesprawiedliwościom , zsyłanym przez ślepy
i często okrutny 1 o s. Poeci Gilaccy są nieraz jeszcze więcej
przesiąknięci biernym stosunkiem do otaczających zjawisk ży­
ciowych, niż przeciętny człowiek ich plemienia. W miłości np.
inni rozcinają trudny węzeł śmielej, bo porywają ukochaną
chociażby należącą już do innego i narażają się na dłuższe
kłótnie i czasem krwawy porachunek; poeci zaś wzdychają,
śpiewają, tęsknią, lub kończą romans wspólnem samobójstwem.
Wybitny poeta gilacki jest jednocześnie albo szamanem albo
102

Poezya Gilaków

bardem, pieśniarzem swego plemienia. Jest to natura wybrana,
władająca pięknym, dźwięcznym głosem o większej nad prze­
ciętną skali, dużą pamięcią, odznaczająca się ruchliwością i wra­
żliwością posuniętą do histeryi, lub skłonnością do samotności
i zamyślania się; zdolna do ekstazy, wierząca w swe posłan­
nictwo i lubiąca je więcej ponad inne zajęcia, połączone z materyalną stroną życia.
Chcę dać tutaj kilka sylwetek poetów-pieśniarzy, z któ­
rymi się bliżej zżyłem. Zacznę od mego pierwszego przyjaciela
Niśpajna. Poznałem go jeszcze jako chłopczyka lat 14—15, gdy
oprowadzał swego starego ojca na wpół żebraka, na wpół
szamana, (w którego swoi mało wierzyli) po wioskach zamie­
szkałych przez osiedleńców. Skromnie siadał on na podłodze
izdebki, do której puszczano szamana, by powróżył o przy­
szłości ludziom stęsknionym do lepszej doli. We wszystkich
blagowaniach ojca nie brał żadnego udziału i mnie się zdawało,
iż jego rzetelna natura wstydziła się tego narzucania się i ja­
wnego oszustwa. Po kilku latach Niśpajn&vyrósł na młodzieńca
zgrabnego, i nadzwyczaj wrażliwego. Po śmierci ojca rozpoczął
swą karyerę barda... Nie miał stałego mieszkania, bo nie po­
godził się z jedynym starszym bratem, przechodził natomiast
z jurty do jurty, gdzie go żywiono w zamian za odbywające
się nocami opowiadania podań, legend, śpiewanie poematów
i pieśni. Zamieszkał on i u mnie, by podyktować mi znane mu
utwory ducha swego szczepu. Charakter miał tak łagodny i sub­
telny, jak dobrze wychowana, uczuciowa panienka. Życie po
cudzych domostwach nauczyło go zależności i usuwania swej
jaźni na plan drugi, do czego Gilacy w ogóle są bardzo mało
zdolni. Nie miałem też z nim najmniejszego kłopotu. Dykto­
wał opowiadania dobitnie, z wielką uwagą, używając wyrazów
barwnych, zawsze zachwycających jego współrodaków. Zapalał
się podczas tej pracy tak, iż ja czułem się wyczerpany zawsze
wprzód od niego i przerywałem, potrzebując odpoczynku. On
zaś rozentuzyazmowany szedł do kuchenki, lub usiadał u mnie
na podłodze, i rozpoczynał swą ulubioną muzykę na niedu­
żej — drewnianej lub żelaznej drumli, które zawsze miał przy
sobie w zanadrzu. Drżące, ciche, najczęściej żałosne tony
odpowiadały jego rozmarzonej duszy. Nigdy mi nie opowiadał
o swych planach gospodarczych, które zwykle absorbują już
młodzieńca-Gilaka. Znałem za to cały szereg jego romansów,
— 103 —

Bronisław Piłsudski

które go do głębi poruszyły i w każdej danej chwili stanowiły
główną treść jego biednego życia.
... Akan! poradź mi, — zwrócił się razu jednego do
mnie, przyszedłszy w gościnę po długiej niebytności. Jabym
chciał się ożenić z Rosyanką. Dalej wyjaśnił mi, że już od
kilku lat zna dobrze dziewczynę — chromą, córkę osiedleńca
z dalszej wsi, u którego i ojciec się zatrzymywał i on nocuje,
podczas przejścia z doliny Tymi (gdzieśmy obaj mieszkali), na
brzeg morza. Zawsze była ona dla niego grzeczną i uprzejmą,
wyróżniając się tern z pośród innej młodzieży osiedleńców,
która zawsze gotowa jest skrzywdzić Gilaka lub złośliwie z niego
zażartować.
Wskazałem całą niedorzeczność jego zamiaru i wreszcie
powiedziałem mu, że dla połączenia się w małżeństwo potrze­
bna jest wzajemność dziewczyny. Upewniał mię wówczas, że
mocno wierzy w jej przywiązanie i że ma na to niezbite do­
wody. Gdym zaś podawał je w wielką wątpliwość, przyznał się
z nieśmiałością dziecka, że chroma biała przyjaciółka pocało­
wała go w twarz, gdy zostali w izbie sam na sam. Ta pie­
szczota, stosowana według obyczajów Gilaków tylko do małych
dzieci a w związku mężczyzny i kobiety mająca miejsce tylko
w chwilach największego zbliżenia, niedopuszczalnych dla cu­
dzego oka, paliła młodego marzyciela, wzburzyła całą jego
istotę. Udało mi się wyjaśnić znaczenie pocałunku u rasy bia­
łej i przekonać go, że córka osiedleńca wykazała więcej swa­
woli niż prawdziwie głębokiego uczucia.
Wkrótce też zapomniał już o powabnej cudzoziemce
i zakochał się w młodziutkiej żonie jednego z dobrze mi zna­
nych Gilaków.
Znowu przybiegł do mnie na poradę. Chciał
się ochrzcić ze swą ukochaną, by takim sposobem uniknąć
możliwej walkii napaści ze strony męża i jego krewnych,
w razie gdyby
porwał i uwiódł do siebie przedmiot swojej
sympatyk Zabroniłem mu stanowczo tego wykrętu, któryby
nałożył w oczach jego plemienia piętno już niezatarte, będąc
też pewnym, że żaden kościół chrześcijański nie może się
szczycić nabytkiem członka, co stracił cnoty swojej uprzedniej
wiary, a nie przyswoił zalet nowej. Wkrótce młody poeta zmarł
przedwcześnie, a przyczyną była znowu kobieta. Według oby­
czajów Gilaków po śmierci starszego brata stał się właścicie104 —

Poezya Gilaków

lem jego żony. Od niej Niśpajn nabawił się ciężkiej choroby
i poszedł wkrótce za swym bratem w smętną krainę „Mlywo“.
Drugi — bajarz, pełny natchnienia i zamiłowania do poezyi, którego bliżej poznałem, był dopiero podrastającym mło­
dzieńcem lat 15—16, nazwiskiem Koinyt, który po kilku latach
stał się czarodziejem, mającym stałe stosunki z dobrymi i złymi
bogami za pośrednictwem swych pomocniczych „szamańskich“
duchów. Biednego sierotę krewniacy przysłali pewnej głodnej
zimy do mnie i mego przyjaciela i towarzysza zesłania P. L.
Szternberga, który mieszkał wówczas ze mną i równocześnie
pracował nad filologią i folklorem Gilaków. Ponieważ u mnie
już mieszkał rówieśnik Koinyta, mój uczeń Indyn, więc obaj
czuli się nadzwyczaj zadowoleni. Koinyt wyładowywał codzien­
nie ogromne zapasy swej bogatej pamięci, dyktował pieśni, po­
dania, objaśniał pojęcia religijne i obyczajowe swego szczepu
tak, jak słyszał od swego zmarłego ojca, znakomitego niegdyś
szamana. W przerwach bawił nas muzyką, pokazywał jak ko­
biety gilackie tańczą, jak zabawiają dzieci i t. p Wszystkie jego
opowiadania były połączone z odpowiednimi giestami, trudno
mu było wysiedzieć spokojnie nawet przez kwandrans. Zdol­
ność do naśladowania miał tak wielką, i potrzebę jego stałą,
że miejscowy młody lekarz zauważywszy to — przychodził do
mnie umyślnie by robić doświadczenia, nie dając tego poznać
młodemu poecie i przyszłemu szamanowi. Koinyt uważnie przy­
słuchując się mojej rozmowie z lekarzem — zakładał tak samo
nogi, robił te same ruchy, zapalał tak samo papierosy, i jedna­
kowo wypuszczał dym i zawsze robił to bezwiednie, ale z wielką
dokładnością. Niejednokrotnie ucieszył mię szczerze, gdy cho­
dził za mną takiemi samemi krokami po pokoju — zakładając
tak samo jak ja ręce w tył, to krzyżując je na piersi, lub sia­
dał u stołu podparłszy głowę na łokciu i robiąc podobną do
mojej zamyśloną minę. Nie wiem tylko po czem on w tych
chwilach tęsknił. Na każdy mój śmiech odpowiadał bezgrani­
czną wesołością.
Gdy był swobodny wieczorami, kładł się na podłodze
w ciemnym pokoju i śpiewał godzinami poematy piękne i dłu­
gie — swemu przyjacielowi Indynowi lub komu z nocujących
u mnie Gilaków. Razu jednego późnym wieczorem zbudził się
ze snu, wskoczył i przeraźliwie krzycząc i machając rękami po­
czął improwizacyę. Zbladły z wyrazem przerażenia, a nawet
— 105

Bronisław Piłsudski

bólu robił wrażenie nieprzytomnego, a jednak towarzysz Indyn
wszystko rozumiał; był to nowy poemat stworzony wybujałą
jego fantazyą. Gdy zmęczony, wyczerpany niezwykłym wysił­
kiem nerwowym upadł na swą pościel , Indyn objaśnił nam:
.,Już teraz napewno Koinyt nie będzie zwykłym Gilakiem,
„Kiechn“ (tj. duch szamański) zmusza go być mu posłusznym“.
W kilka lat później młody pieśniarz zdobył uznanie i sławę
szamana; również wykształcił się jako bajarz i dawał mi znać
gdym wyjechał już z Sachalinu, że gotów jest przyjechać do
mnie do Władywostoka, by podzielić się nieznanymi mi poda­
niami, pieśniami i skomponowanymi przez niego nowymi poe­
matami.
Dar improwizacyi jest cechą każdego utalentowanego poety
gilackiego. Pamiętam jeden zimowy wieczór na Sachalinie, gdym
w roku 1899 zamierzał porzucić to miejsce mego zesłania i przy­
jechałem do wsi Rykowskiej pożegnać się z ludźmi, z którymi
przeżyłem lat 12. Kilka poetek gilackich wśliznęło się do pokoiczku, gdziem się zatrzymał i układał w wilię odjazdu rzeczy
i podyktowały mi pożegnalne pieśni tutaj przy mnie skompo­
nowane. Jedna z nich staruszka, nadzwyczaj rozumna, poważna
matrona kierująca sporą rodziną, a nawet i mężem, dzielnym
myśliwym i rybakiem , ale człowiekiem słabego charakteru
i ustępującym we wszystkiem swej mocnej duchem mał­
żonce. Wiedziałem o niej, że w młodości tworzyła, pie­
śni jej kursowały wśród Gilaków, miałem i ja zapisanych kilka,
lecz od niej samej nigdy nic usłyszeć nie mogłem. Nie licowa­
łoby to z jej powagą, gdyby się zajmowała takimi drobiazga­
mi, jak pieśni. Musiałem nawet zawsze pamiętać, by czasem
nie przeczytać którą z jej piosenek w obecności jej synów, bo
i ci czuliby się bardzo zawstydzonymi. Dla uniknięcia przykrej
sytuacyi i dla siebie i dla mogących się obrazić Gilaków, na
marginesie każdej piosenki zapisanej musiałem notować i imiona
tych, przed kim powinna ona być zatajoną.
Poezyę swoją Gilacy bardzo lubią, lecz uprawianie jej za­
wodowe pozostawiają jednostkom niezdolnym do życia pra­
ktycznego, nieumiejącym zdobyć powodzenia i materyalnych
wygód. Razu pewnego zanocował u mnie bogaty na całą oko­
licę Gilak; byłem rad, że uda mi się zapisać piosenkę, któraby
charakteryzowała gust dobrze się mającego i prosperującego
v/ życiu człowieka. Lecz na moje usilne prośby Gilak na wpół
— 106 —

Poezya Gbaków

ucieszony — na wpół obrażony roześmiał się i dał mi porzą­
dną nauczkę.
„...Co ty?! — Co ty — mówił mi, rozpytuj się u mnie,
jak, kiedy i gdzie łowić rybę, polować na zwierza, o hodowli
psów, budowie jurty letniej i zimowej, to ci opowiem, ale te
bzdurstwa mojej głowy się nie trzymają. Ja nawet się dziwię,
że ty, taki rozumny człowiek, a tymi głupiemi pieśniami się
interesujesz.
Przestała też czuć pociąg do poezyi niegdyś młoda, wy­
pieszczona w domu bogatej rodziny Gilaczka, która w pieśni
groziła, że się udusi powrozem we troje zwitym, jeżeli przyjedzie po nią nielubiony narzeczony, przeznaczony przez jego
i jej rodziców. Wyszedłszy za wybrańca swego serca, poetka
przejęła się rnisyą żony, matki, gospodyni tak gorliwie, że za­
słynęła, jako dzielna, pracowita, gospodarna głowa rodziny.
Była tak wymagającą od innych kobiet, że dwie jej synowe
uciekły, nie mogąc zadość uczynić stawianym ideałom skrom­
nej i niczem oprócz pracy dla domu niemyślącej — cnotliwej
kobiety. Los słabej pięknej połowy rodu ludzkiego jest tak
ciężki u Gilaków, że indywidualne cechy kobiet zacierają się,
nikną. Te zaś. co się nie dają zgnieść i zupełnie podporządko­
wać wymaganiom surowego patryarchalnego rodu gilackiego,
uciekają od życia ziemskiego, wierząc, że w innym nieznanym
świecie będą odrobinę szczęśliwsze.
Jednakże znałem dwie kobiety, które po zamążpójściu
zachowały swe upodobanie do poezyi. Obie były bardzo bie­
dne, i już dlatego nie zażywały wielkiego szacunku u rodaków.
Życie szczególniej jednej z nich było nadzwyczaj gorżkie. Obie­
cana przed śmiercią ojca jego przyjacielowi, mogłaby być córką
swego starego męża, który wychował ją i jej rodzeństwo, lecz
prędko zniedołężniał i nie był zdolny do pracy. Ponieważ ród
jego na Sachalinie wymarł, więc nie miał od swoich pomocy
i prowadził żywot żebraka. Nieszczęsna kobieta nietylko pra­
cowała o ile mogła na swego niezaradnego męża, lecz miała
zawsze dużo kłopotu z rodzącymi się, ale niedługo żyjącemi
przy ich nędzy dziećmi. Pomimo swych smutnych przejść za­
chowała subtelność uczuć, łatwość unoszenia się ponad ota­
czające ją życie codzienne na skrzydłach swej fantazyi, dobrą
pamięć i piękną wymowę. Ona nie tylko nie wstydziła się swego
stałego obcowania z powiewną Muzą, lecz uważała to za swą
107 —

Bronisław Piłsudski

chlubę, wyróżniającą ją z pośród innych kobiet przywiązanych
niejako do ciepłych i sytych ognisk domowych. W swej poże­
gnalnej piosence, skomponowanej w wilię mego odjazdu nie
zdradziła się ani jednem słowem, że żałuje mię jako człowieka
„karmiciela i dobroczyńcę“, co było głównym motywem w pie­
śniach dwóch innych staruszek. A wszak dla żony żebraka nie­
duża pomoc materyalna z mojej strony miała większe znacze­
nie, niż dla jej lepiej uposażonych towarzyszek. Wypowiadała
swe przekonania, że ona i Gilacy będą mię częściej wspominać,
przechodząc mimo mego domku, w którym już inni obcy dla
nich zamieszkają, a ja w dali od nich, mając w około siebie
dużo nowych znajomych, zapomnę i nie będę wiedział, czy kto
z nich zamarznie, lub z głodu umrze. Jedyny sposób przypo­
mnienia sobie mych przyjaciół to zapisane pieśni i prosi mię,
bym je czytał w różnych miastach, młodym i starym, bym „po­
kazywał jej duszę, ale bez ciała“.
Wkrótce ziściły się życzenia mej poetycznie nastrojonej
przyjaciółki. Wyjeżdżałem z Sachalinu zimną porą, by przedo­
stać się przez zamarzniętą cieśninę Tatarską na stały ląd do
miasta Nikołajewska, leżącego u ujścia rzeki Amura. Po drodze
zatrzymywałem się w każdej osadzie gilackiej, by się zapoznać
z jej mieszkańcami, ale przeważnie by zadowolnić życzenia ich
i przeczytać im zebrane przezemnie podania i pieśni. Nigdy
nie będę prawdopodobnie miał więcej wdzięcznego audytoryum.
Gdy rozpoczynałem swą rolę gilackiego barda otoczony gęstą
masą więcej ciekawych młodzieńców, zaglądających do dziwnych
dla nich znaczków, które miały odtworzyć ich rodzinną mowę,
głęboka cisza zapanowywała w jurcie. Starzy wytężali słuch wy­
ciągając szyję, lub stopniowo w czasie czytania zbliżając się
do mnie, kobiety przerywały swe czynności gospodarcze, uspa­
kajały dzieciaków i zdziwione nie spuszczały z oczu ani je­
dnego ruchu mych ust. Barwne jaskrawe ustępy wyzywały homeryczny śmiech i szczerą radość, przerywane wykrzykami za­
chęty i pochwały. Podniecenie słuchaczy było tak wielkie, iż
zupełnie zapomniano o gasnącym ogniu, o potęgującym się na
zewnątrz chłodzie, lub o gwiżdżącej i grożącej zasypaniem
chaty śnieżnej zawierusze. Podróż moja, którą zwykle odby­
wają w ciągu 5—6 dni, trwała całe dwa tygodnie. Po ukoń­
czeniu jej, gdym się zamyślił nad ukończonym już 12-letnim
okresem swego życia, i nad otwierającą się nademną niepewną
- 108

Poezya Gilaków

drogą, gdym przypomniał- kilka ostatmch wypadków odmowy
przyjęcia odemnie jakiegokolwiek wynagrodzenia za rybę, her­
batę i nocleg, ponieważ uważano mię za swego rzetelnego Gilaka ■— chciałem przez chwilę wrócić do zasypanego w ciągu
pół roku śniegiem smutnego kraju, do mych wymierających —
zgnębionych przyjaciół i nieść im tę pochodnię, która oświetla
i ogrzewa ciemne i zimne ścieżyny życia ludzkiego.
Zbyt słabe były me duchy opiekuńcze, które, według
twierdzeń Gilaków, są dane ich pieśniarzowi-poecie. Pociągnęły
mię inne ęele, widoki i przyjemności szerszego życia. Zo­
stali zaś wierni swemu powołaniu ci, którzy wybrani przez
ślepy los, rozstają się z życiem, skoro ich opuści opieka du­
cha, kierującego ich twórczą fantazyą.
Duch, który daje natchnienie poetyckiej improwizacyi,
znajduje się na samym końcu języka i łatwo może ulecieć
zrobiwszy tern ogromną szkodę pieśniarzowi. Dla tego słucha­
cze poczuwają się do obowiązku wciąż go podniecać wykrzykami.
Niezatarte wrażenie zostawiła w pamięci mej jedna noc
podczas podróży z południa Sachalinu na północ. Jechaliśmy
na dwóch łódkach ja, trzech Oroków i czterech Gilaków po
rzece Poronaj, rozpocząwszy jazdę od jej ujścia. Już 12 dni
byliśmy w drodze, zatrzymując się na dwie doby z powodu
deszczu. Zbliżyliśmy się wreszcie do najbliższej osady rosyj­
skiej, skąd już dalej wędrówkę można było odbyć pieszo. Po­
stanowiliśmy jednak przebyć i tę ostatnią noc w gęstym lesie
jodłowym, korzystając z pięknej lipcowej pogody. Obawiano
się jednak bliskiego sąsiedztwa osiedleńców, możliwości zja­
wienia się włóczęgów lub złodziei i postanowiono nie spać,
dopóki nie zacznie świtać. Po kolacyi rozmowa, którą prowa­
dziliśmy, stawała się coraz mniej ożywioną i już niektórzy z nas
zaczęli zasypiać, siedząc — zmęczeni całodzienną pracą. Wów­
czas przyszła komuś myśl, aby skłonić młodziana umiejącego
wiele poematów do śpiewania ich, i w ten sposób rozprószyć
ogarniającą wszystkich drzemkę. Pieśniarzowi urządziliśmy mały
namiot, kilku usiadło obok niego, inni usadowili się przy wej­
ściu do namiotu. Tylko ja i jeden z Oroków, który nie rozu­
miał po gilacku, mieliśmy spać pod dużą jodłą. Wkrótce za­
snąłem przy monotonnym, gardłowym śpiewie Gilaka. Budzi­
łem się często i za każdym razem dolatywały do mych uszu
— 109 -

Bronisław Piłsudski

to donośne reczytatywy, lub pełne grozy zawodzenie śpie­
waka — to znów okrzyki zachwytu słuchaczy, gdy śpiewający
zniżał ton i na sekundę robił pauzę, by nabrać do płuc po­
wietrza. Noc już pierzchła, na wschodzie ukazały się smugi
światlejszego nieba. Ja i Orok krzątaliśmy się około przygoto­
wania herbaty, a nocny koncert wciąż jeszcze trwał bez wszel­
kiej zmiany. Zamyśleni słuchacze nie zwracali na nas najmniej­
szej uwagi, przejęci szczerze losami bohatera, o którym śpie­
wał młody Gilak, leżący pod namiotem na plecach z podłożonemi pod głowę rękami. Gdy wreszcie pieśniarz wyczerpanym
głosem dośpiewał ostatnie słowa epilogu, podniósł się blady
ze zmęczenia i wzruszenia, milcząco wypił herbatę i nie prędko
rozpoczął rozmowę ze mną i ze swymi towarzyszami. Zdawało
mi się, gdym mu się przypatrywał, że on wciąż jeszcze żyje
wśród tych nadzwyczajnych awantur, cudownych zdarzeń i zja­
wisk, ciężkich smutków i niebezpieczeństw, których jest pełne
życie opiewanego w poematach zwykle samotnika-bohatera.
Niżej podaną pieśń samobójczyni prześpiewała mi jedna
staruszka, którą uważano nawet za szamankę, pewnego lata,
gdym zanocował u mieszkających w pobliżu odemnie Gilaków.
Wszyscy się poukładali już do snu, rozciągnąwszy się na sze­
rokich pryczach, przykryci odzieżą przeważnie tą samą, którą
we dnie byli ubrani. Ogień na ognisku zgasł. Światło młodego
księżyca przedostawało się przez otwór dymowy w dachu
i oświetlało kilka głów leżących na krawędzi prycz. Jedna z le­
żących postaci rozczochrana — siwowłosa (bo staruszka no­
siła żałobę po mężu i nie splatała warkoczy) zaczęła głośnorytmicznie śpiewać ; „Milk ruwun lund“ (siostra Milka śpiewa),
szepnął mi leżący koło mnie jeden młody mój przyjaciel. Ro­
zmowy, które do tej chwili dawały się słyszeć, to w jednym
to w drugim kącie szczelnie wypełnionego mrowiska ludzkiego,
ucichły. Z zapartym oddechem łowiono donośne śpiewanie,
czasem tylko zniżające się do cichego szeptu, lub upodobnia­
jące się do przytłumionego i przeciągłego płaczu. To z jedne­
go, to z drugiego kąta odzywały się wykrzyki zachęty, wska­
zujące śpiewaczce, że słuchacze nie śpią, interesują się jej śpie­
wem. Te bodźce widocznie na nią działały, bo śpiew nabierał
siły, sprężystości, tempo się przyspieszało, cieniowania były
jaskrawsze, wyrazistsze. Księżyc już zaszedł, znikły cienie i smugi
nikłego światła, padające na środek jurty. Przez otwór jej mo110

Poezya Gilaków

głem widzieć kilka migających się gwiazdek na skrawku czy­
stego ale ciemnego nieba. Żałosne tony wychodzące z piersi
staruszki odbijały się o dach niedużej jurty i opadały na pół­
kole ludzkich głów, zwróconych ku ognisku. Natężona uwaga
nie słabła, dochodziły do mnie słabe westchnienia więcej czu­
łych słuchaczy. Ukołysany jednostajną melodyą przeciągłego
śpiewu — łagodnym szmerem poblizkiego bystrego potoczku,
jakby spieszącego w objęcia spokojne swej matki-rzeki, przy­
słuchując się zrywającemu się chwilami jedwabnemu szelestowi
wierzchołków olbrzymich topoli, zasnąłem, nie umiejąc dotrzy­
mać kompanii mym dobrym gospodarzom.
Nazajutrz uprosiłem nocną koncertantkę aby podyktowała
mi pieśni, która dała słodki pokarm duszom spracowanych
połowem ryb jej krewnych. Usiedliśmy pod krzakami dzikiego
bzu, otoczeni zaciekawionymi, zamorusanymi dzieciakami i oto,
com zapisał ze słów staruszki śpiewaczki.
Na brzegu morza w miejscu, gdzie teraz wyrosła najwięk­
sza osada rosyjska, tak zwany Aleksandrowsk, niegdyś wśród
gęstego lasu modrzewiowego stało kilkanaście jurt gilackich;
była to wieś Rui. Lat temu 50, śpiewaczka, będąc 10-letnią
dziewczynką, żyła tam u krewnych i zaprzyjaźniła się z młodą
zaledwie 15 lat liczącą kobietą, żoną jednego bogatego Giłaka.
Zaprzedana od dziecka musiała żyć z człowiekiem, który był
dla niej wstrętnym. Nie umiała ukryć swej niechęci do męża,
który się gniewał i nawet parę razy ją uderzył. Nie mogąc li­
czyć na pomoc swych krewnych, bo ojciec porzucił ją i matkę
jej zupełnie, postanowiła się powiesić. Przed śmiercią zebrała
swe towarzyszki, przeważnie niezamężne dziewczynki, i prześpiewała im swą smutną pieśń łabędzią. Tego samego dnia prze­
cięła swą krótką a ciernistą drogę życiową. Oto pieśń ta, jak
ją zapamiętała szamanka:

Pieśń młodej samobójczyni1).
— Jest jedno drzewo modrzewiowe równe i wysokie.
Gdym poszła po trawę, którą wkłada się do obuwia,
Drżało drzewo moje od wierzchołka, aż do korzeni
I po ziemi smagało swemi długiemi gałęziami.
’) Pieśń podaję w opracowaniu literackiem p. C. D.

111

Bronisław Piłsudski

Na szczyt jego popatrzyłam w górę.
Tyś już podobne do mrącego człowieka.
Jeszcze dzisiaj patrzę na ciebie, lecz to już koniec.
Zda mi się, że ciągle na mą szyję patrzysz,
Może wiesz, że na potrójnie zwitym sznurze chcę się powiesić na
[tobie.
Kapią łzy z oczu i w ziemię padają...
Niatyn hośko!1) (ach je-jej!)
Odwróciłam się, by powstrzymać głośny płacz.
Lecz znowu płynęły łzy i padły na ziemię.
Snop trawy, który zeżęłam, rozwiązał się z szelestem.
Nasmarzyłam na ogniu ryby, chciałam jeść,
Lecz w gardle mię ścisnęło i jeść nie mogłam.
Zgotowałam też herbaty, pić chciałam —
Lecz ani pić, ani jeść nie byłam w stanie.
Pójdę z powrotem, do domu wrócę — wejdę do jurty,
Wciąż o tern myślę, że zabić się muszę.
Jedną chęć tylko uczuwam — by się uwiązać u swego modrzewia.
Yj-je-je-hośko! (Ach je-jej!)
Moja starsza siostra nie zechce mię puścić :
Nie mów ty mi, że mię szkoda. Swój mały nożyk wezmę, gdy się
powieszę... 2)
Lewy warkocz rozwiążę i na grzebieniu siądę3).
Tak zabiję się.
Moja matka i siostry jej, i żony stryjów moich,
Gdy o mnie usłyszą, płakać będą i przyjdą tutaj by mnie zobaczyć.
Z Mli-wo 4) już tylko głos mój usłyszą.
Przysłuchiwać się będą jak ja płaczę i śpiewam.
Gdy gardło mnie zaboli, ukręcę fujarkę trzcinową i grać będę.
Słuchajcie moich smutnych pieśni!
Yj jaje hośko! (Och jee-jej...)
Wbrew dotychczasowym nawyknieniom, do Mliwo jedynie myśli swe
[kieruję...
Uj jaje hośko! (Ach jee-jej!)
Gdy rybę przyrządzicie, sami ją jeść będziecie,
To zadowolenie waszem już tylko będzie ;
’) Okrzyk smutku w utworach lirycznych.
2) Nóż bierze z sobą samobójca — by przeciąć sznur i oswobo­
dzić swą duszę.
3) Samobójczyni chce wziąć z sobą grzebień, jako rzecz niezbę­
dnego codziennego użytku.
*) Nazwa zagrobowego świata, znajdującego się w ziemi.

— 112

Poezya 0¡laków

Moje zaś wnętrzności żaby ‘) napełniać będą.
(Yj jaje-hośko!) Och jee-jej! —
Moja droga Matula zapłakała i wyszła z domu.
Czemu mnie tak żałujesz Matko?
Znów zapłakała i do jurty weszła.
Ale z tęsknoty za mną nie powiesi się ona — siebie jeno żałuje
IpłaczącJadąc tu do mnie tak śpiewać będzie:
»Przeciw biegowi bystrej wody popłynę,
by swą córkę zobaczyć —
Gilacy mię powiozą -—
(Yj-jeje-hośko!) Och jee-jej!
Głos mego płaczu rozlegnie się w dolinie
I wyżej i niżej słyszeć mię będą.
We wszystkie strony echo się rozbiega,
Wewnątrz gór i pod niemi się odbija.
(Yj jeje-hośko!) Och jee-jej!
Powiozę ja z sobą sukę moją Tlakr *2)
i na córki mej grobie zabiję.
(Yj jeje hośko!) Och jee-jej!
Ni jeden pies mi już nie zostanie.
Biedna jestem :
nie mam w co przystroić córki —
(Yj jeje-hośko !) Och jee-jej !
I jadła niema na stypę pogrzebną,
i materyi nie mam by uszyć córce nową suknię,
Nic nie mam.
(Yj jeje hośko!) Och jee-jej!
Mąż mnie porzucił — nie miałaś ty ojca,
Samam cię chowała — sierotę.
Jakże trudno było wychować moje drogie dzieciątko!
(Yj jeje hośko!) Och jee-jej!
Sama musiałam chodzić szukać pożywienia,
bo ojciec ją porzucił.
Chodziła wszędzie, by przynieść cokolwiek
i nakarmić dzieciątko.
Ciężko ją było wyhodować.
J) Gilacy wierzą, iż samobójca chodzi, błąka się po błocie i żywi
się żabami.

2) Nazwa psa.
113 -

Bronisław Piłsudski

(Yj jeje hośko ! Och jee-jej!
Wzdłuż rzeki jeżdżąc do wiosek wyżej i niżej położonych
zbierałam kęski do misy swojej — robiąc ją cięższą
i tern swe dziecko karmiłam.
(Yj jeje hośko!) Och jee-jej!
Hodowałam na to, by oddać błotnistej wodzie.
(Yj jeje hośko!) Och jee-jej«...

Chciały się krewne moje o mnie czegoś dowiedzieć —
teraz się prawdy dowiedzą, ze w Mly-wo przebywam
stamtąd mój głos usłyszą.
Ty siostro moja starsza, weź zamiast mnie psa — któregom wy[karmiła,
Psa, który ma każde oko innego koloru.
A zawiadom krewnych moich, żem się zabiła.
A wy ojcowie moi, kocioł, który za mną dali — trzymajcie,
bo wiem, że mąż i jego krewni zechcą go odebrać
Od was po mojej śmierciŁ)
Nie oddawajcie go! —
Siostro, tam, gdzie mię pogrzebiecie, rzućcie za mną kolczyki duże!
Wszak więcej nic nie mam, cobym z sobą wziąć pragnęła.
Nożyk mój, którym rybę sprawiałam, rzućcie też na mą mogiłę,
[złamawszy go.
Oto już pojadę dalej. Do łódki usiadłam, a kolana gną się podemną.
Na dziobie łodzi ustać nie mogłam.
Moja cieniuchna żerdka łozowa gnie się, gdy się nią podpieram.
Słuchaj ojcze, gdy jechać będę, usiądę w łódce i zaśpiewam.
Chyba mię dzisiaj pożałujesz — gdy się zabiję.
Nie zobaczysz ty mię więcej. Jutro już żyć nie będę.
Lewy warkocz rozplotę i zamyślę się
Igielnik pod siebie podłożę - a nożyk podejmę
i przywiążę do sznura, na którym zawisnę.
Głos mego szlochania w dalekich górach oddźwięczał.
Lewą rękę podnoszę i łzy wycieram...
*) Za samobójczynię mąż zapłacił rodzicom jej rzeczami. Między
innymi zwykle dają kocioł czugunny. Mąż widocznie gotów był odebrać
napowrót, bo był niezadowolony z żony i nie wyzyskał jej pracy.

— 114 —

Poezya Gilaków

— Słuchaj matulu droga, gdy umrę, śpiewaj i opowiadaj o mnie
Stawiając mię za przykład dzieciom i podrastającym dziewczętom.
A ja tak nie chcę iść w te błotniste wody,
Choć o nich wciąż myślę, gdy z domu wychodzę lub powracam...
Jak mi smutno żyć! Zagrodzona już droga moja.
Chodzić będę wzdłuż i w okół jezior, szukając żab jako pożywienia.
A kroki moje wydawać będą łomot jak grzmoty.
Żaby zamiast ryb łowić będę i wiecznie zgłodniała, żywić się nimi
[będę.
Bez rąk i bez nóg tułać się po świecie muszę wiecznie 1’)
(Yj jeje-hośko!) Och jee-jej!
Staruszka ukończyła smutną pieśń i wpadła w głęboką
zadumę. Wszyscy obecni byli wzruszeni i nie przerywali jej
milczenia. Raptem zdaleka doniósł się słaby krzyk, prawdopo­
dobnie jakiegoś ptaka. Wszyscy z otaczającej mię grupy poru­
szyli się, podnieśli głowy i wytężyli słuch — po chwili doszły
mych uszu dobitnie, lecz szeptem wymówione słowa jednego
z podrostków:
„Słuchajcie! i teraz krzyczy ta kobieta!“
Nieraz potem, gdy mi się zdarzało podczas przyjazdów
i włóczęgi po dzikich lasach Sachalinu usłyszeć jakiś nieokre­
ślony oddalony dźwięk, przypominałem objaśnienie Gilaków:
zagrobowy protest nieszczęsnych samobójców przeciwko smutnej
ich doli podczas krótkich dni ich doczesnego życia.
Podaję tu jako przykłady poezyi Gilaków jeszcze kilka
pieśni lirycznych, przetłómaczonych przezemnie dosłownie i również, jak i wyżej umieszczona, opracowanych literacko (z bar­
dzo jednak małemi zmianami, by możliwie blizko pozostać
oryginału) przez panią C. D., której za łaskawie podjętą pracę
wyrażam niniejszem me szczere podziękowanie.
*
*
*
II.
Moje matki i ojcowie moi -)
»Zabij siebie«13)2 mi mówili, gniewając się na mnie.
1) Od żywienia się żabami samobójca stopniowo traci nogi i ręce-.
2) U Gilaków braci ojca nazywa dziecko ojcami, siostry matki -?
matkami.
3) Za zabroniony stosunek z bratem ojca, kazano się zabić dziew­
czynie, ażeby zmyć grzech.

115 —

Bronisław Piłsudski
Ach, dolaż nieszczęsna!
Myśli moje już połową w zagrobowe idą życie,
O, ja nieszczęsna!
Tyś pojechał do Mandżuryi —
A ja siebie zabić muszę —
Ach, dolaż nieszczęsna!
Zamiast mego ciała
Weź kolczyki owe duże, co wiszą nad mą pościelą,
Weź je sobie, i przypomnij... i pożałuj...
Ach, ja nieszczęsna!
Krążki mosiężne, które zdobiły rąbek mej sukni,
Zamiast ciała mego weź na pamiątkę.
Trzymać już więcej nie będę rączki wiad a z kory b zozowej,
Powieszę się nieszczęsna!
Nigdy dłonie moje biedne nie uchwycą już rzemienia,
Którym psy wiązałam...
I nie przylgnie nigdy więcej koromysło do mych ramion...
Ty pojechałeś do Mandżuryi, a ja się zabiję !
Tam gdzieśmy razem chodzili —
Będą teraz dni płaczu i dni ostatnich pieśni.
Poszłam do naszej, małej studzienki,
Którąśmy niegdyś wykopali,
Zaczerpnęłam wody czerpakiem i do ust go podjęłam —
Alem pić nie mogła — wszystko się wylało.
W łonie swojem noszę dziecię •— i wstydzę się tego!
Ach ja nieszczęsna !
Bili mnie ojce moi, łajały matki moje.
Tak do mnie mówili:
»Zabij siebie«!
Tak mi rozkazywali.
Jeśliś mnie bardzo pokochał,
Serdecznie wspominać mnie będziesz...
Weź z rybiej skóry odzienie (leżące w kącie przy wejściu)
Naszyte pięknie — wzorzysto.
Weź też kołeczki z mosiądzu, ozdoby mojej świtki,
Znajdziesz je w sieniach domu.
Jedno i drugie bierz zamiast mnie.
Myśli moje niechętne do Mly-wo jeno ciągną.
Nieszczęsna — zabić się muszę!

— 116 —

Poezya Gilaków
III.
Dźwięczą wierzchołki topoli...
Słyszę głosy psów mego miłego,
Ujadają powyżej wioski.
Dolatuje mnie szczekanie
Psów mego kochanka.
Czemuż posmutniałam ?
Bo oto, on już powrócił —
A nie zajrzał do mej wioski.
Drżą podemną kolana,
Ustać prawie nie mogę,
I jako deszcz rzęsisty
Łzy na kolana padają,
Ej, gną się podemną kolana!
Tu i tam on przyjeżdża,
A mnie ciągle omija...
Złowić Ciebie nie mogę,
Nie dosięgnę ja Ciebie
Poprzez górę wysoką !
A o Tobie ja słyszę,
Jeno od obcych ludzi
Dziś o Tobie mi mówił
Taki ptaszek malutki,
Co ze stron twych przyleciał.
We śnie jeno cię widzę!
Ty zaś, gdy do dom jedziesz,
Czyli o mnie pamiętasz ?

IV.
Wierzchołki topoli dygocą — dźwięczą,
Psy zaś Okona szczekają i dzwonią —
Haj-jaje! Kaj-jaje 1 szczekają i dzwonią.
Lecz czarnego psa szczekania ja nie słyszę.
Zaś Okona "psy wciąż ujadają, dzwonią,
Aż wierzchołki topoliny dygocą a dźwięczą —
Po drodze poprzez polanę,
Mój najmilszy jedzie —
Okoń, Okoń jedzie!
— 117 —

Bronisław Piłsudski

V.
Z boku na bok się kiwając — idzie, idzie Tylinyźna !
Podobien zgiętemu łukowi: Tylinyźna —
Na głowie czapka z jelenich łapek —
Siada do łódki na dno,
Bo w tej łódce brak deszczułki, aby siąść u steru —
Tylinyźna!
Dojechał do brzegu,
Wylazł: chodzi, chodzi w okół studni Tylinyźna.
Podobien zatyczce studziennej
Tylinyźna...
Podobny do trawy suchej, nierówno i źle ułożonej —
O, Tylinyźna, Tylinyźna !

VI.
Na brzegu rzeki siedzi,
Na trawce miękkiej,
Obówie na nim nowe,
Cholewy ze skóry foki.
Na plecy narzucone
Ubranie piękne, jedwabne.
Rykowski chłopiec 1
Ujął mą rękę lewą —
Puść mnie o proszę, nie targaj,
Wszak ja pójdę z tobą 1
A czemuś ty mnie wyśmiewał,
Gdym z tobą wprzód jechać chciała,
Nie chciałeś mnie wziąć z sobą,
A teraz mnie niepokoisz.
Leżysz wygodnie na trawie
Ach Tyhlin drogi, miły 1
Pojadę z tobą, pojadę,
Stanę się dnem twej łódki...
O, odwiedź ty mnie proszę —
Do Mopi małej rzeczki 1
Zmienię się w wilkołaka,
Lub w trawkę się obrócę A jednak pojadę z tobą,..
Za tobą, za tobą, pojadę ...
— 118 —

Poezya Gilaków
VII.
»Powiedział mężczyzna kobiecie: »zabijmy siebie«. »Nie
chcę — odparła — ty mnie oszukujesz«, — chcesz bym ja tylko
rozstała się z życiem«. «Zabijmy się razem —■ oboje umrzemy pro­
sił mężczyzna. Wyszli razem, kobieta się zabiła, a on został żywy.
Już po swej śmierci kobieta tak mu śpiewała z Mly-wo, kraju zagrobowego« :
Mężczyźni oszukańcy,
Sama się teraz przekonałam.
»Zabijmy się, umrzyjmy«
Tak do mnie ciągle mówiłeś —
I jam się zabiła — a tyś pozostał.
Słyszałam umierając psów twych ujadanie
I szelest mknących saneczek.
Mężczyźni oszukańcy !
(Teraz już wiem wszystko),
Powtarzałeś mi ciągle:
»Zabijmy się — umrzyjmy«
Boś chciał, bym ja się zabiła.
Słyszałam, słyszałam, jak psy twoje biegły
I unoszących się do domu sanek
Słyszałam płozy skrzypiące!
VIII.
Z bratem ojca razem pojechaliśmy do Mandżuryi.
Przepędziliśmy tam całe dwa lata.
I jeść mi smutno było, i spać smutno !
Gdy z biegiem rzeki Amur wracać będę,
Niechaj wiatr południowy mi pomaga,
Niechaj stanie się psem, ciągnącym mą łódkę.
Unoszony bystrą wodą, krzyczeć będę : wio! wio 1
Na wiatr południowy, jak na psa, goń mię prędzej!
Gdy dojechaliśmy do ujścia rzeki Siahryn,
Zapomniałem jej nazwy i wuja pytałem.
Wuj odpowiedział na me pytanie : »nie masz pamięci,
Wszak niedawno, prawie wczoraj, przejeżdżaliśmy
Tędy ku górze, a dziś zapomniałeś już i pytasz«.
I gniewał się na mnie, iżem zapomniał.
Każda wioska, którą mijaliśmy, zdawało mi się że jest moją.
— 119 —

Bronisław Piłsudski

I znów mijaliśmy duży zakręt, i zdawało mi się, że to już wieś
[rodzinna.
Lecz znowu się myliłem (Yjut nyahra).
Jadąc do domu wspominam ciągle to co zostawiłem.
Nie! Nigdy już więcej do Mandżuryi nie pojadę.
Gdy dojechaliśmy nareszcie do swej wioski
Trzy razy musieliśmy do brzegu podjeżdżać
I trzy razy zawracać, szukając głębszego miejsca,
Bo łódka była pełna i ciężka —
Wreszcie zarzuciliśmy kotwicę i zatrzymaliśmy się.
Ujrzało nas pięć kobiet z mojej wioski,
Przejęte radością — na rękach uniosły łódź naszą,
Łódź dziesięcio-metrową zepchnęły z mielizny
I spuściły na wodę. Poczęły szukać wioseł.
Wreszcie koło składu znalazły ich dwie pary.
Moja kobieta chwyciła za wiosło i prawie złamała,
Musiała więc tylko jednem wiosłować.
Gdy zbliżyła się do mnie, tak jej powiedziałem :
»Nie siadaj ty koło mnie, czy piękna jesteś, czy brzydka,
Nie jesteś mi potrzebna. Nie siadaj więc przy mnie.
Wszak wiesz, że na jedną tylko oczy moje patrzą!«
Zatem ona zaczęła rozpytywać o podarunki.
«Czy mi przywiozłeś srebrny pierścionek,
Srebrny pierścionek mandżurski, cały rzeźbiony?«
Wszak ciebie wspominałem bezustannie,
Aż mnie bok pod żebrami rozbolał tak bardzo,
Iż mi się zdało, że pęknie, od ciągłych myśli o tobie.
Zachowałam dla ciebie wiele z tego co było bez ciebie,
Jeśli ci to wszystko opowiem, lub tylko trochę z wierzchu,
I jeśli ci to pokażę, nie wiem naprawdę, czy na rok przyszły
Będziesz jeszcze człowiekiem siedzącym na swej ziemi,
Wstydzę się bardzo, bo mi powiedziano, że jesteś stryjem moim!
Rzemieniem z małej foki wyrżniętym się zaduszę.
Dłużej już na swej ziemi mieszkać nie mogę.
Wszystko mi jedno, czy ty zostaniesz przy życiu, ja się powieszę«
»Z jakąż twarzą mógłbym pozostać na swej ziemi ?
Ja też się zabiję« odpowiedział mężczyzna.
»Lecz ja się pierwszy zabiję, bo wiesz przecie,
Że gdybyś pierwsza umarła, nie dopędził bym cię po śmierci 1«
Kobieta dodała: »Tak, zdawało by mi się, żeś jest dyablem —
— 120 —

Poezya Gilaków

Uciekać bym musiała od ciebie, dopędzić byś mnie nie mógł.
Spotkalibyśmy się dopiero jako starcy. Tak mówią — starzy ludzie«
»Ja się pierwszy zabiję, lecz i ty zabij się koniecznie.
Połam swe wszystkie rzeczy i rzuć na mym grobie.
Kończę już swe życie młode na ziemi«.
«Gdym powiedziała, że żoną twą chcę zostać,
Krzyknęły matki i ojcowie, że mnie zabiją.
Niby grzech wielki popełniłam, a tak mi ciebie żal 1
Moi krewni mówili, że mnie samą zabiją,
Boś ty dobrym człowiekiem, więc im ciebie szkoda.
Lecz jeżeli naprawdę ty mnie biedną żałujesz,
To i siebie zabijesz: zabijmy się razem 1»
»1 ja także tak myślę — odpowiedział mężczyzna —
Choć ze mnie dobry człowiek i dość jestem bogaty,
Pocóż siebie żałować? Wszystko jedno kiedy umrzeć.
Do rzemienia na którym się powieszę, uwiążę nóż,
1 tak się zabiję. Ale i Ciebie proszę, nie zostawaj na ziemi,
Wkrótce po mojej śmierci zabij także i siebie».
«Słuchaj rzekła kobieta — umrzyjmy w dzisiejszą noc
W najlepsze się ubierz odzienie. Ja też wdzieję na siebie
Najpiękniejsze z mych ubrań«.
»Zgoda. Rozdam tej nocy wszystko, com przywiózł z dali —
Bogatym rozdam, ubogim, wszystkich żywić ich będę.
Rozdam im wszystko, wszystko, co w swych rękach trzymałem.
Potem... jutro nad ranem, nim się słońce pokaże,
Pójdziem w to dobre miejsce, pójdziem oboje razem ’)•
IX.
Kiedy zawiał wiatr z południa, szumi, huczy duże
Morze, echo od gór Czcharwo się odbija
Szczekanie psów Tawrkina dźwięczy w powietrzu —
Do gór Czcharwo dobiegaGłosy psów mego Tawrkina podnoszą się aż do wierzchołków
Topoli, aż w Uruskwo głosy psów ja słyszę.
Głosy psów Tawrkina odbijają się echem, aż o górę Ulm.
Przez dużą polanę Mozimby przemknęła szybko
Narta Tawrkina, a echo naszczekiwania psów
Aż do spalonego lasu Ibelki, aż do smukłych szczytów
’) Oboje się zabili, on pierwszy — ona za nim.

121 —

Bronisław Piłsudski

Modrzewi się donosi.
Wyszłam więc i spojrzałam : oto i sam Tawrkin !
Siedząc na narcie skulony, wyglądał na kupę śmieci.
Niema na co patrzeć. Duże futro z szarych psów
Włożone na wywrót.
I patrzeć się nie chce... jeno szukam, gdzieby schować swe oblicze.
Poszłam po wodę i jednak bokiem na ciebie spojrzałam.
Twa spódniczka z foczej skóry ciasna, jakby cię oblepiła.
Kiedyś raz pierwszy przechodził, nazywałam ciebie wujem,
A teraz gdyś znów przyjechał, to zrobiłeś mi się wstrętnym.
Na swe nary ciężko ległam i już do snu się układam.
Gdzie poduszkę swą usunąć, sama nie wiem ?
Jaknajdalej ty ode mnie się układaj.
Twoje futro wstrętnie śmierdzi; gdzież ty odzienie położysz?
Jeżeli spać ze mną będziesz ?
Nie chcę, nie chcę tego smrodu.
Gdy się przespałam i wstałam, usłyszałam głosy
Gniewne moich matek i mych braci.
Szukam jeno, gdzieby schować swe oblicze, wstyd mnie samej.
Na potrójnie witym sznurze się powieszę — pomyślałam.
Zamyśliłam się też nad tern, jak zakończę swoje życie.
A łające głosy matek, wciąż się po jurcie roznoszą.
W którą stronę mam się zwrócić, gdy jeść będą.
Wychodź-że, wychodź prędzej 1 zaprzęgnij swe psy.
I wracaj do domu 1 Wszak do ciebie ja mówię. Czy słyszysz ?
Kilka sztuk nędznej, suszonej ryby, którą mnie karmiły
Ojcowie, matki, wyniosę do nart twoich
I położę jako pokarm dla psów na drogę.
Ej-że jedz do domu! A psa z dobrym głosem zamiast siebie zostaw.
Może się przez to pogodzisz z memi ojcami i matkami.
Zapewne porzucą jedną, albo i dwie złe myśli o tobie.
Oto mój Tawrkin do domu swego pojechał.
(Poetka żartobliwie wyśmiewa swego kochanka i radzi mu po­
darować psa jej krewnym, by nie tak silnie dokuczali jej za ich
stosunek miłosny, nie aprobowany przez rodzinę).

Kołysanki.
a)
Dziaa — dziaa — dzia
Matki dziecko
- 122 —

Poezya Gilaków
Taty dziecko
Zaśnij!
Czaa — czaa — cza
Czegóż plączesz ?
Czaa — czaa — cza!
b)
Nieprawe dziecko, bez ojca dziecko
Wewnątrz skalistej góry płacze — (tuukurszko !)
Nieprawe dziecko płacze —
«
Gilaczki Sigizian dziecko —
«
Swej matki znaleść nie może —
«
Swego ojca nigdy nie znało —
«
Sigizian-Gilaczki dziecko płacze —
«

123 —

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.