536b1bc58aee7965f72c52795fd2c0b1.pdf

Media

Part of Lud, 1922, t. 24

extracted text
LUD

ORGAN POLSKIEGO TOWARZYSTWA ETNO­
LOGICZNEGO, WYDAWANY PRZEZ POLSKIE
TOWARZYSTWO LUDOZNAWCZE WE LWOWIE

ORGANE DE LA SOCIÉTÉ POLONAISE D’ETHNOLOGIE

SERJA II — TOM IV - ROK 1925
OGÓLNEGO ZBIORU —TOM XXIV

WYDANY Z ZASIŁKU M. W. R. I O. P.

LWÓW — WARSZAWA — KRAKÓW - POZNAŃ — WILNO
NAKŁADEM TOWARZYSTWA LUDOZNAWCZEGO WE LWOWIE. SKŁAD GŁÓWNY W WYDAWNICTWIE ZAKŁADU NARODOWEGO
IM. OSSOLIŃSKICH, LWÓW, KALECZA 5, - WARSZAWA, NOWY ŚWIAT 69

if 62Í. H
Ö^r-

ÏÂA Ul i

Ú

l( M IQ "M li- ,:t

KOMITET REDAKCYJNY „LUDU“:
PROF. DR. WILHELM BRUCHNALSKI, PROF. DR. ADOLF
CHYBIŃSKI, PROF. DR. JAN CZEKANOWSKI, PROF. DR.
ADAM FISCHER, DOC. DR. EUGENJUSZ FRANKOWSKI,
PROF. DR. ANDRZEJ GAWROŃSKI, PROF. DR. LEON
KOZŁOWSKI.

REDAKTOR NACZELNY: PROF. DR. ADAM FISCHER

-1

Z DRUKARNI ZAKŁADU NAR. IMIENIA OSSOLIŃSKICH WE LWOWIE
POD ZARZĄDEM JÓZEFA ZIEMBIŃSKIEGO

SPIS RZECZY.
I. ROZPRAWY.
Str.

BRÜCKNER ALEKSANDER: Starożytności słowiańskie.............................
BYSTROŃ JAN ST.: Kilkanaście przysłowi.................................................
GOŁĄBEK JÓZEF : Dziady białoruskie . . .....................................................
KOZŁOWSKI LEON: Problemat rozwoju formy w prehistorji.................
SEWERYN TADEUSZ: Hafty opoczyńskie .................................................
SOCHANIEWICZ KAZIMIERZ: O potrzebie systematycznego wydaw­
nictwa materjałów do historji procesów o czary w Polsce ....
UDZIELA SEWERYN : Pasy wieśniaków polskich używane w południowej
części Małopolski i na Śląsku cieszyńskim.........................................

81
93
1
149
128
165
104

II. MATERJAŁY I NOTATKI ETNOLOGICZNE.
BRUCHNALSKI WILHELM: Jeden z niezapisanych przesądów myśliw­
skich i rybackich
......................................................................
WAWRZENIEC KI MArJaŃ : Dwa procesy o czary z 1684 r..................

41
170

WAWRZENIECKI MARJAN : Przyczynek do procesów o czary

173

.............

III. RECENZJE 1 SPRAWOZDANIA.
BARWINSKI B. : Wypraszanie od kary śmierci w dawnem prawie polskiem w XVI—XIX wieku(K.'KÖRANYI)..........................................
VAN GENNEP A.: Le Folklore (TlS^JKHRSKI).......................................
MATIEGKA J.: Lebky a kosti ze <ük.röjirazäkych hřbitovů (ST. KLIMEK)
SOCHANIEWICZ K.: Tablice metrologićzno - numizmatyczne. Tenże, Terminologja czerwonoruskich miar nasypnych (zbożowych) w XV i XVI
wieku (A. F.)..............................................................................................
SOLYMOSSY SANDOR: A Jávorfa-mese es a midâs- monda (K. KORANYI).......................................................................................................

174
179
180

188
178

IV. KRONIKA ETNOLOGICZNA
V. POLEMIKA

.

189

.............................. 44, 195

VI. SPRAWOZDANIE TOWARZYSTWA LUDO­
ZNAWCZEGO OD R. 1917—1925 ....

229

TABLE DES MATIÈRES
du volume XXIV (Année 1925) de la Revue ethnographique
„Lud“ („Le Peuple“)
I ÉTUDES
BRÜCKNER A. : Antiquités slaves..................................................................
81
BYSTROŃ J. ST.: Quelques proverbes........................................................
93
GOŁĄBEK J.: La commémoration des „Aïeux“ en Ruthénie blanche .
1
KOZŁOWSKI L. : Le problème de l’évolution de la forme à l’époque pré­
historique
....................................................................................................... 149
SEWERYN TH. : Broderies d’Opoczno.............................................................. 128
SOCHANIEWICZ C. : Sur la nécessité d’une publication méthodique des
matériaux à l’histoire des procès de sorcellerie....................................165
UDZIELA S. : Ceintures des paysans polonais portées dans la partie méri­
dionale de la Petite-Pologne et en Silésie de Teschen .... 104

II MATÉRIAUX ET NOTICES ETHNOGRAPHIQUES
BRUCHNALSKI G. : Une superstition inédite des -hasseurs et pêcheurs .
WAWRZEN1ECKI M. : Deux procès de sorcellerie de 1684 ....................
WAWRZENIECKI M. : Contribution à l’histoire des procès de sorcellerie

III. CRITIQUES ET COMPTES-RENDUS
IV. CHRONIQUE ETHNOLOGIQUE
V. POLÉMIQUE

. . .

. .

41
170
173

m

JÓZEF GOŁĄBEK. ,

DZIADY BIAŁORUSKIE.

TREŚĆ: Cześć dla zmarłych na Białorusi: jednostkowa i zbiorowa. — Wzmianki
historyczne. — Obecna uroczystość dziadów, j— Nazwa i jej znacze­
nie. — Święto dziadów jako oficjalne święto kościelne. — Święto
'
ludu: uroczystość w domu, potrawy, ilość, jakość, ceremonjał nakry­
wania stołu. — Święto dziadów w różnych porach i jku. — Specjalne
nazwy tego-święta, jego charakter i znaczenie. — Dziady jesienne,
przygotowania do nich, biesiada w domu, początek, wzywanie zmar­
łych, przesądy, koniec biesiady.
Dziady zimowe.
Dziady wior senne — radunica, uczta na cmentarzu. — Dziady letnie. — Staurouskije dziady. — Literackie opracowanie dziadów na Białej Rusi. —
Dziady Wincuka Marcinkiewicza.

Z pośród wszystkich uroczystości obrzędowych, związanych
z kultem religijnym, najsilniejszy niewątpliwie wyraz znajduje na
Białorusi uroczystość „dziadów“, odznaczająca się powagą i po­
božném skupieniem wsżystkich uczestników. Oddawanie czci
zmarłym przez poświęcenie na to niektórych dni w roku jest
.ozpowszechnione wszędzie; na Białorusi jednak uroczystość dzia­
dów ma charakter specjalny i odrębny J).
•) Zasadniczem dziełem, które poświęcono. opisowi obrządku dziadów jest
ił. B. UleÜHa : „MaTCpiajihi juki H3yęcHiH óbrra u ii3tiKa pyccxaro Haccjierafi
cisBepo-3anajiHaro Kpasi“, t. I., cz. II., str. 503 i n., Petersburg 1890. Zebrany
tam materjał służy za podstawę do niniejszego opracowania, inne wiadomości
bibljograficzne podano niżej. Cennem studjum ze względu na możność poznania
podobnych uroczystości i u innych ludów, a w szczególności u Słowian jest
A
1
Lud. T. XXIV.

2
Święto dziadów nie stanowi jakiegoś wyjątku, gdyż cześć
dla zmarłych, jeśli w sź.tiiemy pod uwagę tylko ten rodzaj ducho­
wego życia, jest silnie zakorzeniona u ludu białoruskiego. Pamięć
o zmarłych przodkach jest rozpowszechniona do tego stopnia, że
wieśniak nie zapomina o nich nigdy, a więc ma ich na myśli przy
modlitwie, podczas zabaw, uroczystości, przy pracy i t. d. ; za­
znacza się to w czasie każdej rozmowy, gdy wciąż wspomina się
0 tem, co pozostało w dziedzictwie po przodkach.
Dla wyjaśnienia sobie v sprawy uroczystości dziadów należy
zwrócić, na to uwagę, że Białorusini rozróżniają między czcią dla
poszczególnych zmarłych osób a ogółem. Stąd też istnieje dwo­
jak1’ rodzaj uroczystości: prywatna, poświęcona zmarłej o$obie
1 zbiorowa.
Ceremonjał obchodzenia żałoby po zmarłym trwa przez cały
rok, co nosi nazwę na Rusi „godowszcziny" i odbywa się w ściśle
oznaczonych terminach, przyczem każdy ma sobie właściwą nazwę,
a mianowicie żałoba w trzy dni po śmierci nieboszczyka nazywa
się: „träciny“, w dziewięć: „dziewiaciny“, w czterdzieści: „šaš­
ci iy“, w pół roku: „pauhodki“ i po upływie roku: „prikładziny“ 1). Obchodzenie żałoby po zmarłym nie ma zatem jakiegoś
wyznaczonego terminu, gdyż zależny on jest od dnia śmierci;
w tej uroczystości, jak i w wielu innych, uwydatnia się dawna
obrzędowość, już to „pogańska, już też chrześcijańska 2).
Dziady natomiast są świętem powszechnem ; na obchodzenie
go są wyznaczone poszczególne dni w roku, a przez to nabiera
ono charakteru ogólnego, podobnie jak inne święta doroczne.
Można przypuszczać że sposób, w jaki lud, niezależnie od mo­
dlitw kościelnych, obchodzi dziady, ma wiele cech, wspólnych* *)

prof. M. Murki: „Das Grab als Tisch“ w czas. „Wörter und Sachen“, Heidel­
berg', 1910, t. II, str. 79 — 160.
W naszej literaturze etnograficznej .ważne miejsce należy wyznaczyć
książce Dr. Adama Fischera: „Zwyczaje pogrzebowe ludu polskiego“ (Lwów,
1921), w której autor podaje dużo ciekawego jnaterjału.
*) Pisownia łacińska głosek białoruskich odznacza się niejednolitością,
stąd i tutaj przy wprowadzeniu różnych tekstów pojawi się ona; dużą trudność
przedstawia to także, iż wiele tekstów i wyrażeń gwa-owych podano pisownią
osyjską.
-'
>' '
2) Porów, podobne Uroczystości na Rusi w cyt. książce Dr. A. Fischera,
str. 386 i 387.

3
jeszcze z pogańskim zwyczajem oddawania czci zmarłym, a tylko
w cokolwiek zmienionej i schrystjanizowanej formie przetrwał do
dnia dzisiejszego. Odnosi się to jednak tylko do kościoła wscho­
dniego, gdzie lud przejętą tradycję pierwotną zespolił z rytuałem
chrześcijańskim; w zachodnim kościele naleciałości te usunięto
starannie 1).
Wskazywałyby na to niektóre zapiski i wzmianki historyczne,
a jeśli chodzi o czasy dawniejsze, archeologiczne wykopaliska.
„Na Rusi, w ziemi Dregowiczan — jak powiada E. Tyszkiewicz —
szkielety leżą na pokładzie węgli, a w nogach znajdują się garnki,
stawiane z pokarmem i napojem. Jakoż o tym zwyczaju stawiania
jadła w grobach świadczą kronikarze ; a lud pospolity dotąd zwy­
czaj ten najświęciej zachowuje i powtarza w dorocznej uroczy­
stości, ku czci, umarłych, zwanej Dziady“ *2). Z roku 1550 pochodzi
opis tej uroczystości w sobotę t. z. „dziadów troickich“ według
Stogława; czytamy, co następuje: „po siołach i cmentarzach
przykościelnych schodzą się mężczyźni i kobiety na żalnikaćh
i płaczą na grobach zmarłych z wielkim jękiem“ 3). Z pierwszej
połowy XVII w. pochodzi opis „troickich dziadów“ Oleariusa, po­
dróżującego po Rosji. Widział on tę uroczystość w Narwie i tak
ją opisuje: „cmentarz był napełniony ruskiemi kobietami, rozściełającemi po mogiłach i nagrobnych pomnikacł przepięknie wy­
szyte pstre chustki ; na chustki kładziono naczynia z blinami, pie­
rog ami, rybami i malowanemi jajkami; częścią stały one przy
mogile, częścią też leżały rozpostarte na nich, płakały głośno
i narzekały, zwracając różne pytania ku zmarłym“4). Z końca
XVIII w. z r. 1786 podaje Romanow wzmiankę o wiosennej uro­
czystości dziadów z rękopisu Mejera. Czytamy tam, że w pierw­
szym tygodniu po świętach wielkanocnych „zbierają się z wszyst­
kich wójtostw chłopi, mianowicie każda wieś osobno na swój
cmentarz i różne na nich odprawiają „tryzhy“, toczą dokoła mogił
’) Dr. A. Fischer; dz cyt., str. 393.
2) Eus. Hr.... T... (Eustachy hr. Tyszkiewicz). Rzut oka na źródła ar­
cheologii krajowej, czyli opisanie zabytków niektórych starożytności, odkrytych
w zachodnich gubernjach cesarstwa rosyjskiego. Wilno, 1842, str. 5.
3) SiHorpaifjmecKoe OCosptuie, r. 1895, nr. 3, str. 1 — 48, art. /IpcBneapiiiCKie h .apemie-ceMHïCKie sjíeMěHTbi bi> oGímsax-h, oôpimaxT,, Bt>pößaniitx'jj
h KyjibTaxT, cJiaBHH'b — AjiCKcan/ipa fPaMunnbina, cyt. str. 24.
4) Tamże, str. 24.

1*

4
swoich krewnych różnobarwne jajka, a szczególnie pomalowane
liściem brzozowym na kolor żółty, a potem, nie używając ich do
jedzenia, rozdają żebrakom 1).
Ze źródeł polskich warto nadmienić o wzmiance Menetiusa
lub Meletiusa, który w swem piśmie: „De sacrificiis et Ydolatria
veterum Borussorum, Livonum, aliarumque vicinarùm gentium“
opisuje ucztą domową na cześć przodków *2). Również M. Stryj­
kowski pisze w swej „Kronice“ o tym obrządku 3).
Ze i później, a zatem w w. XIX zmian zasadniczych do
uroczystości czczenia zmarłych nie wprowadzono, a tem bardziej,
że jej nie zaprzestano obchodzić, dowodzi słuszne twierdzenie Ty­
szkiewicza: „Ani postąp cywilizacji, za wpływem řeligji, ani za­
prowadzona pewna jednostajna forma w obrządach ludu, nie zdo­
łały dotąd zagładzić tego zwyczaju dawnością uprawnionego. Jest
W tem prawdziwie coś uroczystego: wywoływanie cieniów zmar­
łych, stawianie jadła i napoju za oknem, dla dusz wędrujących,
rzucanie pokarmu pod stół dla cieniów zmarłych w tej chacie,
naostatek stawianie żywAości i napoju na mogiłkach dla posiłku
tych, którzy przyjść do domu nie chcieli; ta chęć zaspokojenia
materjalnych potrzeb zmarłego dowodzi pojęcia przyszłego życia
i wyobrażenia nieśmiertelności duszy, mogącej wychodzić z grobu
według upodobania“ 4).
Ten stary obrządek dziadów, wynikający z konieczności od­
dawania czci zmarłym, oparty jest także na bardziej praktycznym
powodzie, a mianowicie, żeby dusze z tamtego świata pomagały
żyjącym. Najlepszym zaś. środkiem jest okazywanie czci w sposób
materjalny, bo „kali im ablahczenie, to i jený Boha prosiać, kab
u haspodarcy usio szychawało" s).
Widzimy z powyższych wzmianek, że obchodzenie dziadów
jest bardzo silnie zakorzenione u ludu białoruskiego, to też wogóle
trudno sobie wyobrazić, aby kiedykolwiek lud zaprzestał urządza• *) Ę. P. PoMaHOBT), BtJiopyccKift ' cöopHHKT,, BbinycK VIII—IX, Wilno, 1912,
str. 550; mowa o rękopisie Mejera p. t. „OnncaraH KpmeBCKaro rpatfiCTßa“.
2) M. Murko, dz. cyt., str. 104.
3) Nadmienia o tem prof. J. Tretiak w dziele: „Młodość Mickiewicza“.
Petersburg, 1898, t. II, str. 18C.
4) Eus. Hr. T.... dz. cyt. str. 5.
■’) Michał Federowski. Lud b:ałoruski na Rusi Litewskiej. Kraków, 1897,
T. I. str. 267.

Ilia tej uroczystości, która opiera się na długowiekowej tradycji
i wierze. Mogą tylko zachodzić poszczególne wypadki zaprzesta­
nia obchodzenia tego święta, a mianowicie przeprowadzenie się
do nowej chaty, chociaż w tym wypadku obowiązuje zapytanie
się poprzedniego właściciela, w jaki sposób odprawiał uroczy­
stość dziadów i należy ją w ten sam sposób odprawiać. Zwalnia
też z tego obowiązku przei.'esienie się do innej miejscowości,
gdzie zwyczaj obchodzenia dziadów nie jest znany, ale zwolnienie
to moralne trwa tylko tak długo, jak długo nie umrze ktoś z do­
mowników. Jeżeliby zaś ktoś zaniedbał lub zaprzestał samowolnie
odprawiania święta dziadów, to ściąga na siebie różne kary i nie­
szczęścia l). Trzeba jednak pamiętać o tem, że to wszystko od­
nosi się do ludności unickiej lub prawosławnej. Niewątpliwie do
utrzymania tego zwyczaju przyczynił się w dużej mierze konser­
watyzm kościoła greckiego ; w żadnym też względzie nie zazna­
czył się tak bardzo, jak w obyczaju jedzenia i picia na grobach *2).
Katolicy zasadniczo obchodzenia tej uroczystości zaprze­
stali 2). Ale jeszcze ó jej istnieniu- w w. XIX mamy wiadomości.
„U katolików wspominki. odbywają się tylko raz do roku; mia­
nowicie 2 listopada, następnego dnia Wszystkich Świętych, w tak
zwanym „dniu zadusznym“. W ten dzień udają się do kościołów,
gdzie odprawia się żałobne nabożeństwo, w języku wieśniaków —
„żałabnaja nabażenstwa“ 3). Jeżeli przy kościele jest przytulisko
dla biednych, to i tu przynoszą w ten dzień chleb i różne mięsa.
Po powrocie z kościoła każdy je obiad u siebie w domu, bez
żadnych szczególnych ceremonij ; tylko potrawy w ten dzień przy­
gotowuje się lepsze, świąteczne i przy obiedzie bywa gorzałka 4).
Podobno i w czasach obecnych ta prosta forma .dawnego
przeżytku nie uległa zmianie, tem bardziej, że w kościele kato­
lickim dzień zaduszny poświęcony jest wspominaniu zmarłych.
Jeśli chodzi o samą nazwę „dziady“, to rozumienie jej jest
rozmaite. Mickiewicz określił tym wyrazem „uroczysty obrzęd na
pamiątkę zmarłych, obchodzony pospolicie w Wigilję Wszystkich
Świętych, w cerkwi na cmentarzu.“ Wyjaśnienie tej nazwy przez

') Federowsk., str. 268.
2) M. Murko, dz. cyt., str. 110.
*) M. Federowski, dz. cyt., str. 290.
*) SniorpaífwqecKiň CöopHHki,, Bbin. II., Petersburg, 1854, str. 214.

Narbutta w ten sposób, że ta uroczystość „nazywa się też ž ruska;
Dziady, ponieważ o tej porze starzy żebracy, dziadami pospolicie
nazywani, najhojniejszą jałmużnę dostają“ *) jest zupełnie błędne, ,
jak również nadanie dziadom nazwy „chaütury“, gdyż przez to
rozumie się stypę pogrzebową, Najwłaściwsze i najsłuszniejsze
określenie jest takie, jakie sam lud podaje : „Pod słowem „dziady“
jeśli jest mowa o wspominaniu zmarłych, wieśniak nasz rozumie
swych zmarłych przodków, beż różnicy płcj, a częściowo wzrostu :
pradziad, babka, teściowa, siostra i ojciec“ *2); osoby, które zmarły
za młodu, a nawet dzieci zaliczają się do dziadów. Nazwę tę
przeniesiono następnie na samą uroczystość, skąd też bierze się
np. zwrot: „obchodzić dziady“ i t. d.
Aby uniknąć nieporozumienia, trzeba odrazu zdać sobie
z tego sprawę, że dziady, czyli wspominanie umarłych nie jest
czemś usuniętem z zakresu litui
cerkiewnej, przeciwnie wspo­
minanie to odbywa się z inicjatywy i przy sankcji cerkwi, a wobec
tego duchowieństwo nie przeszkadza w urządzaniu tej uroczy­
stości; Istnieją pewne dni3), wyznaczone przez cerkiew na wspo­
minanie zmarłych 4). W danym jednak wypadku nie o to chodzi,
w jaki sposób cerkiew wspomina zmarłych przez odmawianie
specjalnych modljtw, ale jak lud obchodzi tę, uroczystość, po­
święconą przodkom.
Zasadniczo święto dziadów odbywa się po domach, a pod­
stawę jego stalowi przygotowywanie i spożywanie odpowiednich
potraw, które możnaby nazwać obrzędowemu Dobór tego rodzaju obrzędowych potraw wynika stąd, że w przekonaniu uczestników
biesiady biorą w niej udział także i zmarli; dlatego też zdarza
się często, iż główny nacisk kładzie się na tego rodzaju potrawy,
które były szczególnie ulubione przez zmarłych za ich życia.
*) Teodor Narbutt. Dzieje starożytne narodu litewskiego, tom L, Wilno,
1835, Str. 314-315.
?) n. B. IUeÖHT,, dz. cyt., str. 593.
3) ,»P° całej Białorusi — powiada Szejn, str. 583 — jak i wogóle Rosji,
przypominki te odbywają się w soboty i nazywają się dziadami (diadami),
a w Wielkorosji „roditelskiemi subbotami“ prócz „radunicy“, którą po największej
części święcą we wtorek po niedzieli św. Tojnasza (1, niedziela po Wielkanocy)
i nie wszędzie nazywają dziadami“. .
4) O dniu wspominania zmarłych przez- kościół znajdujemy wiadomości
w książce: „Flocoóie kt, H3yąeHiio ycraBa óorocJiylKeHiH npaBoaiaBHOił uepKBH“
przez KoHCTaHTHHa HHKoábCKaro. Peter-burg, 1907, str. 506, 574, 641 i 649.

7
Wogóle ilość potraw i ich jakość jest najrozmaitsza. Za­
sadniczo chodzi o to, aby ich było jak najwięcej, stąd też zdarza
się, że podają aż piętnaście potraw, co jednak należy do rzad­
kości. W niektórych miejscowościach przestrzega się piln:e tego,
by potrawy podawano w ilości nieparzystej, gdzie indziej nato­
miast obowiązuje ilość parzysta. Zadziwiająca i budząca zastano­
wienie jest jakość potraw, gdyż spotykamy się tutaj z nadzwy­
czajną mieszaniną. Trudno byłoby podać jakiś jednolity spis,
gdyż niema zasadniczego w tym względzie przepisu, po najwię­
kszej jednak części podaje się: placuszki (blinki), kaszę, wereszczakę (polewkę z kawałków wieprzowego mięsa, sadła, kieł­
basy i kapusty) i owsiany kisiel.
W powiecie bychowskim podaje się dwanaście potraw:
a) „kanun“ z obwarzaneczkami, b) rosół, ćwikłę z mięsem, c)‘kaszę na maśle z jajkami i twarogiem, zupę z krupami i kartoflami,
. d) kartoflankę, e) kluski (hałuszki), f) mięso gotowane, g) pla­
cuszki dla zmarłych dzieci (ładk: I *), h) polewkę z czosnkiem,
i) marchew albo pasternak na mleku, j) twaróg ze śmietaną,
k) jajecznicę, 1) kaszę i).2 *Potraw tych, przygotowanych do spo­
życia z dziadami, przedtem zjadać nie wolno, a gospodyni —
jak to się dzieje w okolicach Swisłoczy — powinna po spróbo­
waniu ich spluwać na ziemię s).
Podobno taki sposób przyrządzania biesiady na uroczystość
dziadów był rozpowszechniony już za czasów pogańskich. Obo­
wiązuje też zasada ze względu na to, iż uroczystość ta jest ża­
łobna, ażeby starano się dobierać potrawy koloru czarnego 4).
W związku z temi różnemi przepisami, ustalonemi długą
tradycją, stoi także w niektórych miejscowościach pewien ceremonjał. Tak np. w Mińszczyźnie musi z.iajdować się koniecznie
na stole świńska lub barania, a w ostateczności kurza głowa;
przed rozpoczęciem biesiady bierze gospodarz świecę w jedną
rękę, oblepiwszy ją placuszkiem, a w drugą bułeczkę, obchodzi
w ten sposób trzy razy około zastawionej na stole głowy i wy­
pomina przytem imiona bliskich i dalekich krewnych.
') Placuszki te przyrządza się zwłaszcza wtedy, gdy w jakiejś rodzinie
wymierają dzieci.
2) E. P. Pomhhobt,, dz. cyt., str. 549.
s) M. Federowski, dz. cyt., str. 290.
4) T. Narbutt, dz. cyt., str. 379.

s
W innych okolicach wrzuca ojciec rodziny do jakiegoś czerepka kilka kawałeczków węgla, kładzie na nie ziele, święcone
w dzień św. Ducha i kadzi ńiem garnuszki z jedzeniem, stół,
łyżki, chleb, a wkońcu całą izbę.
Święto dziadów, w czasie którego wspomina się wszystkich
zmarłych, odbywa się cztery razy do rokli, czasem także w nie­
których miejscowościach pięć albo nawet sześć razy, co jednak
jest już rzadkością. Dni uroczystości dziadów oblicza się oczy­
wiście według kalendarza starego stylu. W Witebszczyźnie lud
święci tę uroczystość cztery razy do roku i każdą z nich nazywa
inaczej, a zatem 1) pierwsze dziady, zimowe w tłustą sobotę
przed rozpoczęciem wielkiego postu, 2) dziady wielkanocne, wio­
senne, radounica *) 'we wtorek tygodnia drugiego po Wielka­
nocy *2),3 43) troickie dziady, letnie w sobotę przed niedzieią św.
Trójcy s), 4) ostatnie dziady, jesięnne, zmitrouka, w sobotę przed
26-tym października, dniem św. Dymitra, mniej więcej w trzy ty­
godnie po święcie Opieki Matki Boskiej i).
Termin ten obowiązuje także W innych miejscowościach, np.
w Polocczyźnic, w pow. dryseńskim i t. d. W powiecie słuckim
obchodzi się dziady trzy razy do roku, mianowicie w jesieni
’) Nazwą tą określił E. Tyszkiewicz fałszywie inną uroczystość, twierdząc,
że „Radownica“ jest to: „żałobne nabożeństwo“ i uczta, w rok od czasu zejścia
z larłego, jednorazowo odbywana“, dz. c., str, 5. Uroczystości takie nazywają
Się zęściej „chauturami“, który to wyraz pochodzi, podobnie jak litewski, z łać.
„chartularium“, jak to stwierdził J, Karłowicz, — M. Murko, dz. cyt, str, 96.
2) W wielu okolicach powiatu Słonimskiego tą uroczystość obchodzi się
w wielki czwartek, który narówni z niedzielą wielkanocną jest uważany za wiel­
kie święto i nosi nazwę „Staryj welikdeń"; w Mińszczyżnie nazywa- się on
ijNauskij welik dzeń“ (wielki dzień umarłych). — M. Murko, dz. cyt.,' str, 96. *
3) W innych miejscowościach nazywają się one także „piatrouskije" albo
także „staurouskije dziady“, które mają specjalny charakter..
4) E. Tyszkiewicz (dz. c. str. 5) wyjaśnia uroczystość dziadów w pewnej
mierze błędnie: „Dziady: to jest dni zaduszne, corocznie ponawiane; trwają one
■od połowy października do połowy listopada. Tam gusta odwieczne tak. są po-»
łączone z zewnętrzną formą religijną, że asystujący kapłan musi stosować się
do wyobrażeń ludu. Dodać potrzeba, iż wieśniacy obrządku rzymsko-katolic­
kiego, oprócz mszy świętej, innej pomocy zmarłym nie dają; Dziady zaś są
wyłącznie świętem unitów, dziś ludzi greko-rosyjskiego wyznania“. Pomyłka za­
chodzi w tern, że dziadami nazywa się nietylko jesienne święto umarłych,*
lecz wszystkie święta w roku, poświęcone .wspominaniu zmarłych.
i
1

9
z końcem października, w zimie przed wielkim postem i na wiosnę
na krótko przed Wniebowstąpieniem.
W Monilewszczyźnie we wsiach Nowosiółkach i Wasilkach
odbywa kię piąty raz uroczystość dziadów przed. 1-ym paździer­
nikiem. W Grodzieńsldem wypadają dziady dwa razy do roku,
a mianowicie w soboty w tydzień przed wilją Bożego Narodze­
nia i przed wielkim postem.
Stosownie do pory uroczystości uczta dla zmarłych nosi
rozmaite nazwy (cyt. 0THorpa$Hu:epKÍH CßopHHK'B,, str. 214):
„Uczta w sobotę przed niedzielą mięsopustną nazywa się : „pałudzin pa radzicilach“; we wtorek w drugim tygodniu po Wiek
kanocy: „sniedanje pa radzicilach"; w sobotę przed św. Trójcą:
„abied pa radzicilach“; w sobotę dmitrowską: „wieczera pa ra­
dzicilach“. Pora biesiady na nazwę nie ma żadnego wpływu,
gdyż odbywa się ona w różnych godzinach.
Jak widać z powyższego, dzień święta dziadów przypada
przeważnie na sobotę ; nie jest to przypadek, lecz wyznacza go
cerkiew jako najwłaściwszy, ponieważ dzień sobotni jest dniem
pokoju, a wskctek tego najodpowiedniejszym dla modl'tw za
umarłych 1).
Najgłówniejszem świętem zmarłych są dziady jesienne z tego
względu, iż ilastrój jesieni, a więc zamieranie życia w przyrodzie,
doskonale zestraja się z samym obrzędem. Mają tu też znaczenie
względy praktyczne, mianowicie jest to pora roku po wszystkich
prawie zbiorach, kiedy gospodarz ma pełne gumna i kiedy nad­
szedł dla niego czas wypoczynku po najcięższym okresie pracy
na roli. Stąd też tej uroczystości towarzyszy zasada, że w dzień
dziadów „należy podjeść siedem razy“. Uroczystość jesiennych
dziadów skupia się w domu, o chodzeniu na cmentarz w tym
dniu nic nie wiemy.
W wigilję święta odbywają się do niego przygotowania,
mianowicie gospodarz zajmuje się robieniem porządku nazewnątrz
domu, a więc zamiata podwórko, układa drzewo i narzędzia rolnicze, gosoodyni zaś myje ściany, podłogę, ławki i stół, szcze­
gólnie Zaś czyści miejsce poczestne „pokucie - kut“ i „zapiecek",
a wreszcie gotuje jadło. W okolicach Świsłoczy kobiety starają
się jak najprędzej przygotować wieczerzę, ponieważ istnieje prze') nocoöie kt> Hsywemio yctaBa... dz. cyt., str. 575.

10
konanie, że która pierwsza ukończy gotowanie wieczerzy, tej Bóg
pomoże za wstawiennictwem dusz zmarłych do szybkiego zżęcia
żyta przed innemi i do uprzątnięcia wszystkiego jak najpomyśl­
niej z pola i). Po przygotowaniu potraw udają się wszyscy spać,
a w niektórych miejscowościach nakrywa się już tego dnia stół
obrusem.
Wszystkie te przygotowania robi się ze szczególną gorliwością gwoli przypodobaniu się duszom dziadów, które chętniej
przybywają do należycie uporządkowanego domu i do dobrego
jadła. Gorliwość ta wynika także stąd, iż potomstwo usiłuje po­
kazać przybywającym przpdkom, że urządzone przez nich gospo­
darstwo utrzymuje nadal w należytym porządku 2).
Naśtępnego dnia przed uroczystością kąpią się lub myją
wszyscy członkowie rodziny i ubierają się świątecznie, prócz tego
w wielu okolicach stawia się wiadro czystej wody na ławkach
i kładzie czystą miotełkę, używaną przy kąpieli, dla dziadów,
gdyż i oni muszą się obmyć przed wieczerzą.
Niema wprawdzie ustalonej godziny biesiady, gdyż bywają
okolice, że zaczyna s.ę ona w południe lub nawet wcześniej, ale
po największej części ceremonjał ucztowania ze zmarłymi przy­
pada na porę wieczorną.
„Już o zmroku — jak opowiada H. Wińcza — nikt żywy
nie wychodzi na ulicę wsi. W chatach z grzęd, rozchodzących
się pod stołowaniem od słupa, podpierającego róg pieca, a słu­
żących do rozwieszania i suszenia odzienia, zdejmuje się wszystko
by nic nie wisiało, nie zawadzało ; psa wypędzić na dziedziniec“ 3).
W tym ostatnim względzie bywa jednak rozmaicie, np. psa nie
wypędza się na podwórze, lecz zamyka się go w sieni, gdyż jego
szczekanie ~ na dworze byłoby dowodem, że któraś dusza się
gniewa, nie chęe wejść do izby* a wskutek tego będzie się błą­
kała przez cały rok około domu 4).
Wieczorem gromadzi się w izbie cała ■'odzina razem z za­
prószonymi krewnymi i rozpoczyna się uroczystość, nacechowana
nadzwyczajną powagą. Ojciec rodziny zapala świecę, przylepia ją
‘) Fedorowski, dz. cyt., str. 367.
s) E. P. PoMaHOB-b, dz. cyt., str. 547.
8) H. Wińcza. Dziady na Litwie, „Tygodnik Illustrowany“, 1904, nr. 44,
str. 835.
4) T. Narbutt, dz. cyt., str. 380.

11
na pokuciu i odmawia modlitwę. Po skończeniu pacierza albo się
świeczkę gasi lub też, pali się ona podczas trwania biesiady. Następn' ; zasiadają wszyscy do stołu, na którym zastawiono po­
trawy, przyczem koniecznie musi być wódka, a u zamożniejszych
wino lub piwo. Sposób rozłożenia potraw jest bardzo rozmaity^
np. przed każdym uczestnikiem wieczerzy kładzie gospodyni kilka
blinów i.stawia miseczkę z niesłodką kutją. W powiecie nowos ródzkim kładzie się na. dwóch przeciwnych końcach stołu po
bochenku chleba, na to pszeniczną bułkę, a prócz tego po sześć
do dwunastu blinów, a więc po równej ilości na każdy koniec
stołu. Zdarza się też nieraz, iż potrawy umieszcza się nie na
stole, lecz na ławce naprzeciw pieca w takim porządku, w jakim
mają być spożywane.
Odmówienie modlitwy stanowi niejako wstęp do uroczy­
stości. Gospodarz, ojciec rodziny w chwili, gdy wszyscy siedzą
już przy stole, na mocy godności przewodniczenia rozpoczyna
biesiadę od wezwania du$z zmarłych, przyczem' nie wymienia
imion kpi nazwisk. Wezwanie odbywa się albo przed nalaniem
lub po nalaniu wódki, jest bowiem koniecznością rozpoczynać
wieczerzę tym napojem.
Niemi ustalonej formuły wezwania dusz, jest ona w roz­
maitych stronach różna. Najpiękniejsza, ujęta w formie wiersza,
jest używana w Witebszczyźnie; grzmienie jej następujące:
„ swiatyje dziady, zowiem was,
Swiatyje dziady, idzicie do nas!
Jość tut usio, sztó Boh dau,
Szto ja li was achwiarawau,
Czim tol’ko chata bahata.
Swiatyje dziady, prosim was,
Chadzicie, liacicie da nas“ ').

-

Zwykle jednak formułka wzywania duchów jest prostsza
znacznie, np. :
„Pymiany, Bażuchna, naszich swiatych dziadou!
paszli im raj praswietłyj, czarsn.ie nabiesny!
niechaj jany su swiatymi apocziwajuć,
a nam chlieba — soli zasyłajuc!“

poczem żegnają się wszyscy i odpowiadają chórem:
„Budź zdarowa, babka, (żena) i wy usie“.

>) n. B. I Lieft nu, dz. cyt., str. 596.

Bywają też całkiem lakoniczne przemówienia np.:
„Prybywajcie k hetamu stalu“.

Nie jest też wykluczona forma dialogu między gospodarzem
a gospodynią, jak to jest w Mohilewszczyźnie :
Gospodarz: „Swiatyje raditielkj, chadzicie k nam abiedać!“ (pi­
jąc wódkę): „Baba, budź zdarowa !“
Gospodyni: „Niechaj so swiatymi pocziwajuć i nam chlieba-soli
zasyłajuć, budźcie usi żiwyl*

Wreszcie spotykamy, się z wezwaniem, w którem zaprasza
się dusze nietylko krewnych, ale i bezdomnych :
„Prawiadnyja radziciali! chadzicia k nam wiaczerać, i sami,- i wiadzicia s saboju małych dzietak, i tych, kámu nie k kamu ici!“ ’).

Zdarza się też czasem,' że gospodarz otwiera okno i przy­
wołuje na ucztę dusze zmarłych tern’ słowy: „Dziedý, dziedý,
chadzicie siudý, wieczeru wieczèraci i nàs pierażagnaci!“ 2).
Przy wlewaniu wódki do kieliszka postępuje się zwykle
W ten sposób, by część napoju wylała się na obrus ; tjjch kilka
kropel jest przeznaczonych-dla dziadów; picie wódki idzie kolejno,,
przyczem gospodarz zwraca się najpierw do gospodyni i czasem
przemawia w ten sposób : „Pij ny zdorowijka !“ Każdy z uczest­
ników wylewa również kilka kropel wódki z kieliszka na obrus.
Po wypiciu wódki rozpoczyna się biesiada, a przy jedzeniu, po­
dobnie jak to było przy piciu, pamięta się o duszach. Każdy
więc jest obowiązany pierwszą albo trzy pierwsze łyżki, lub pierw­
szy kawałek potrawy odlać albo odłożyć w specjalne naczynie,
które kładzie się na oknie, lub jeśli znajdzie się odpowiednie
miejsce, za oknem s) Ï w chwili stawiania miseczki na oknie obo­
wiązuje czasem przemówienie w tej formie: „Swiatyja dziady!
pridzicia siudy — heta li was!“ W powiecie homelskim jest taki
zwyczaj, że dla dusz-zmarłych jest przygotowana specjalna po­
trawa: „koliwo“ (rozpuszczony w ciepłej wodzie miód z kawa­
łeczkami obwarzanków lub bułki) w miseczce drewnianej, wyta-* 8
*) E. P. PoMaHOB-b, dz. cyt., str. 549.
8) F-îderowski, dz. cyt., str. 268. ,
3) Zwyczaj ten rozpowszechniony jest także w innych miejscowościach,
a mianowicie ludność ukraińska z okolic Zbrucza stawia na oknie dzbanek ,
z wódą i chleb w celu pokrzepienia dusz. Por. A. KoTJiflpeBCKifl. O norpeöaJlbHbiXb
oôbiqahxt> H3bmnbix-b OiaBHH-b. Moskwa, 1868, str. 207.

13
czanej i wypolerowanej; około niej kładzie się łyżki rączkami ku
wewnątrz w ilości oczekiwanych dziadów. W chwili, kiedy zgro­
madzeni odmawiają modlitwę, dziady spożywają „koliwo“, a po­
tem już nie biorą udziału w biesiadzie *)„
Zamiast kłaść miseczkę na okno rzuca, się w innych okó"cach pierwszą łyżkę strawy z każdego jedzenia pod stół, albo
też, jak się to dzieje w powiecie słuckim, pierwszy blinek, zdjęty
z patelni, rozrywa się na tyle kawałków, ile jest okien w chacie
i na każde kładzie się po kawałeczku. Nieraz zdarza się także,
że po każdem zjedzeniu potrawy kładzie się na pokuciu czystą
poduszkę w tym celu, aby obecni na biesiadzie przodkowie mogli
trochę odpocząć*).
*
Istnieje też przesąd, iż nie należy podnosić niczego, ct wy­
padnie z ręki np. łyżki lub noża^ gdyż wypadnięcie tego rodzaju
dowodzi, że obecny na biesiadzie przodek właśnie tego przed­
miotu potrzebował ; leży on też nieruszany do dnia i istępnego ;
o ileby ktoś taki przedmiot podniósł, ściągnąłby na siebie zemstę
duchów. Jes'*i wypadnie coś gospodarzowi z ręki, jest to znakiem,
że ktoś z domowników zemrze w najbliższym czasie.
Potrawy, odłożone dla zmarłych gości, są nienaruszone, to
przecież nie wstrząsa wiarą ludu, że jednak zmarli przynajmniej
drobną cząsteczkę z nich spożyli. Resztek tych nie wyrzuca się
nigdy, oddaje się je albo żebrakom, którzy na nie czekają lub
też zanosi się czystym zwierzętom domowym, choć czasem zja­
dają je także świnie lub psy.
Całej biesiadzie towarzyszy zwykle wielka powaga i godne
namaszczenie, lud bowiem jest przeświadczony, że w gronie ucz­
tujących znajdują się dusze zmarłych, to też rozmowy są zwykle
krótkie, urywane, a treść ich stanowi przeważnie wspominanie
zmarłych. Nadsłuchuje się zwykle uważnie .i czeka na ich przy­
bycie, to też każdy szelest, ruch, skrzypnięcie uważane jest za
dowód, że dusze nadchodzą. Są na to różne środki i sposoby,
aby ducha zobaczyć np. przez chomąto, przez dudkę dzię­
gielową, przez pas lniany i t. d. ; trzeba jednak postępować
ostrożnie, gdyż łatwo obrazić zmarłego przez zbytnią ciekawość,
*) E. P. PoMaHOB-b, dz. cyt., str. 547.

!) H. ' H. HHKH(J)OpOBCKÍÍÍ. npOCTOHanOÄHblH npHMÍTbl H [IOBtpbfl. 'Witebsk,
1897, Str. 297. "

14
a wtenczas chęć oglądania duchów może zakończyć się dość
przykro, np. obrażony zmarły zalewa patrzącemu oczy wrzątkiem
łub t. p.
Spożywanie potraw trwa zwykle dość długo, a zwłaszcza
jeśli przed kazdem jedzeniem następuje przerwa w celu wypicia
nowej kolejki wódki.
Po skończonej biesiadzie następuje odprawianie zaproszo­
nych dusz zmarłych, a jak przy wzywaniu, tak i teraz formułka
zaklęcia jest rozmaita. W Witebszczyźnie brzmi ona:
„Swiatyje dziady! wy siudy prilacieli,
Pili i jeli,
Lacicie-ż ciaper do siabie!
Skazicie, czaho jeszcze wam trieba!
A liepij, liacicie do nieba!
^
Akysz, akysz!“ *).

Po odmówieniu zbiorowej modlitwy, o ile biesiada odby­
wała się w dzień, kład’ą się wszyscy- na piecu w tym celu, „kab
sało ob»,,łoś koło kiszek“, a gospodyni sprząta ze stołu, nakrywa
nowy obrus, kładzie chleb i sól, przyczem miska z pożywieniem
dla dziadów pozostaje nieraz do wieczora.
Warto zwrócić uwagę na to, że przy wstawaniu od stołu
przestrzega się pilnie, by wszyscy wstawali równocześnie; kto się
zbytnio pośpieszy i wstanie pierwszy, może być pewny, że w prze­
ciągu roku umrze.
Po należytym odpoczynku na piecu następują odw: ;dziny
krewnych lub znajomych, gdzie znowu następuje obfity poczęstu­
nek lub też czeka się w chacie na przybycie gości. Tego ro­
dzaju nawiedzanie się wzajemne trwa nieraz trzy dni.
Jak wyżej nadmieniono, w ten dzień zasadniczo na cmen­
tarz nie chodzą, ale np. -w powiecie słućkim także i podczas
uroczystości dziadów jesiennych nawiedza każda rodzina zmar­
łych, zabierając ze sobą wódkę,- bliny i kaszę. Modły odbywają
się na grobach krewnych za spokój ich dusz, potem pije się
Wódkę, wylewając przedtem kilka kropel na mogiłę, rzuca się po
troszce z każdego jadła, a wkońcu po spożyciu przyniesionych
) II. B. LUefiirb, dz. cyt., str. 596. Wykrzyknika „akyš" używa lud przy
rozpędzaniu kur i wron, stąd wynika, że Białorusini wyobrażają sobie dusze
zmarłych ze skrzydłami. M. Murko, dz. cyt., str. 102.

15
potraw i po odmówieniu modlitwy wracają wszyscy do domu i tu
znowu następuje posiłek wieczorny. Gospodyni kładzie na stół
bliny i miód, do którego rzuca się po kilka kawałeczków blin.
Podobnie utrzymuje H. Wińcza, że w tym dniu przybywa rodzina
na cmentarz, przynosząc z sobą „miłtę“ (mąka z owsa parzonego
z wodą), kiełbasy i mięsiwo; jeżeli umarł w rodzinie pewnej
ostatni mężczyzna, przynosi się w kaszy jęczmiennej warzonego
koguta, jeżeli kobieta — kurę. Po spożyciu potraw pozostawia
się na grobie glipiane garnuszki ').
W dniu uroczystości dziadów na noc nie zamyka się zwykle
drzwi na klucz lub zaszczepkę, tylko się je przymyka, ponieważ
dusze mogą przybyć także w nocy.
Tak zatem, jak z powyższego zestawienia widać, jesienne
święto dziadów ma bardzo specjalny charakter, a chociaż może
rodzaj żałoby jest zbyt prosty, to jednak dowodzi głębokiego
poczucia współżycia z umarłymi, których się szanuje i poważa.
Tańce i zabawy w ten dzień są rzadkością, gdyż byłoby to w tym
okresie wspominania zmarłych obrazą przybywających przodków.
Ten oryginalny obrządek wspólnej biesiady z duszami zmarłych
ma wiele nastroju i pierwiastków natchnienia, stąd musiał budzić
zainteresowanie artystów, jak słusznie pisze o tem Tyszkiewicz *2).
Dziady zimowe -przed wielkim postem noszą także nazwę
tłustej soboty; między niemi a dziadami jesiennemi niema właści­
wie wielkiej różnicy; i w tym czasie należy do rzadkości uczęszcza­
nie na groby, a jeśli kto udaje się na cmentarz, nie zabiera ze
sobą potraw. Tak zatem i teraz cała uroczystość zamyka się
w chacie, a podstawę jej stanowi wspólna biesiada, w czasie
której jest mniej więcej taki sam ceremonjał, jak w zimie. W Mińszczyźnie np. gospodarz-kadzi węglem, na który nasypano wosku,
każde naczynie z jadłem. Przed biesiadą stają wszyscy do mo­
dlitwy według starszeństwa ; po modlitwie gasi się świecę chle­
bem, a z kierunku, dymu robi się rozmaite wróżby.
Co się tyczy potraw, podawanych w czasie biesiady, to
iiość ich i dobór nie różni się bardzo od zastawy jesiennej, zmiapa
polega czasem tylko na innem przyrządzeniu, np. w powiecie
rzéczyckim, gdzie ilość potraw dochodzi do piętnastu, lub
’) H. Wińcza, dz. cyt., str. 835.
2) E. Tyszkiewicz, dz. cyt. str. 6.

16
w Grodzieńskiem, gdzie podstawę wszystkich potraw ' stanowi
hreczka.
Po skończonej w'eçzerzy gospodarz lub gospodyni polewa
wodą podłogę i wyprowadza niejako duchy ze słowami: „Szto
nie dojeli i nie dopili, eto idzicie na popou dwór F*
Zdarza się też w niektórych miejscowościach, że biesiada
odbywa się rano, W Grodzieńskiem wstaje gospodyni z piątku
na sobotę w nocy o godzinie dwunastej w celu przygotowania
biesiady; o godzinie piątej rano uczta jest już gotowa i wszyscy
wstają; gospodarz siada na „pokuciu“ i po modlitwie rozpoczyna
się spożywanie potraw: podczas tego musi być otwarty dymnik
- lub jeśli chaty nie są kurne, należy uchylić drzwi, gdyż przyby­
wają dusze zmarłych. Jakkolwiek uczta odbywa się rano, forma
jej żadnej nie ulega zmianie, a więc przed rozpoczęciem jedzenia
gospodarz przy piciu wódki, odlewając kilka kropelek, przyzywa
duszę zmarłych słowami: „Připomni, Boże, duszaczkil", a przy
odlewaniu jadła do jiiiseęakj mówi się: „Připomni, Boże, duszaczki ! Daj im, Boże, niebo, a nam aszcze pożici na hetum
świeci !
Następny dzień, t. j. niedziela stanowi zwykle dalszy ciąg
uroczystości; rano zajada się potrawy z dnia poprzedniego, gdyż
w dniu tym zwykle się nie gotuje. Po. jedzeniu o godzinie dzie­
siątej udają się wszyscy do cerkwi, gdzie zabierają 2 sobą na
ofiarę udo baranie, pierog z mąki hreczanej, a czasem także ka­
wałek tłustegt baraniego tłuszczu, mniej więcej około funta.
Wszystko to oczywiście pozostaje w cerkwi; prócz tego przy­
noszą wieśniacy ze sobą wiele chleba w celu rozdania go żebra­
kom, gromadzącym się w tym dniu w dużej ilości około cerkwi;
żebracy przez swoje modlitwy przyczyniają się do złagodze­
nia cierpień zmarłych. Zwykle po nabożeństwie około godziny
dwunastej pośpieszają wszyscy do karczmy, gdzie spędzają czas
do późnej nocy; młodzi tańczą przy muzyce skrzypiec i bębna,
a starsi zabawiają się pijaństwem i „bałagurstwem“.
.
Tak więc podczas zimowej uroczystości dziadów nie wiemy
także nic o odwiedzaniu nieboszczyków na cmentarzu; o ile się
to zdarza, to chyba tylko wyjątkowo. Jakkolwiek dzień ten jest
świętem i nie pracuje się od rana i chociaż odbywa się w cerkwi
nabożeństwo za umarłych, to jednak lud w sobotę do cerkwi nie
chodzi. Jeżeli w sobotę mięsopustną przypadnie -święto Oczyszczę-

VT-T? '•

•sr*7

"



■<

• •

ry;

17
nia Matki Boskiej, to cerlćiew przenosi wspominar e umarłych na
czwartekł).
,
Łatwo zauważyć z powyższego opisu, że i w jesieni i w zi­
mie uroczystość dziadów odbywa się prawie jednakowo, nato­
miast dziady wiosenne i letnie mają charakter cokolwiek inny,
a główna .różnica polega na tem, że uczta żałpbna odbywa się
ną cmentarzu.
,
'
^
Dziady wiosenne, zwane przeważnie radounickiemi (Radou-'
nica, Radunica, Radynica, Radawnica), odprawiane we wtorek,
należą do najuroczystszych i właśnie w tym dniu najbardziej jest
widoczne współżycie żywych z umarłymi. Przedewśzystkiem na­
leży doprowadzić do porządku miejsce wiecznego spoczynku,
a więc w dniu radounicy stawia rod>.na na grobach najbliższych
krzyże, albo też poprawia stare i nachylone lub na ich miejsce
umieszcza nowe.
Na ten dzień przygotowuje Się jadło dwojakiego rodzaju,
ponieważ i sama uroczystość rozpad t się ńa dwie części. Pierw­
szy rodzaj potraw przeznacza się. do spożycia w dómu, drugi
przygotowuje się do spożycia na cmentarzu. Potrawy te układa
się w kobiałkę i po krótkiej modlitwie całą rodzina udaje się ńa
cmentarz ; podczas drog i każdy z członków rodziny uważa za
swój obowiązek nieść kolejno zawiniątko z potrawami. Ponieważ
koniecznie składową częścią biesiady jest i teraz wódka, jeśli jej
nie było w domu, wstępuje się po* nią po drodze do karczmy.
Już w pewnej odległości od cmentarza rozpoczynają; się
narzekania i lamenty kobiet, a zwiększają' się \.r miarę zbliżania
się, a zwłaszcza na wido^ mogiły. Mężczyźni rzadko biorą udział
w tych narzekaniach, przeważnie podczas płaczu kol 3t składają
przy mogile zmarłego w ostatnim roku krewnego kobiałkę., W na­
rzekaniach i lameiftach jest pewne wyróż; iai e, mianowicie „płacz
starych kobiet wzbudza większą powagę, aniżeli płacz, młodych,
płacz dorosłej córki po ojcu ma-wększą wa^ę, niż płacz żony
po mężu, a płacz małoletnich poczytuje się jeszcze za powa­
żniejszy“ *2).
11
,
Następuje potem powitanie grobów, mianowicie mężczyźni
toczą święcone jajko, zastępujące w tym czasie kutję, po mogił') rtocoßie kï> Hayqeiiiio.'.. i t. ,d„ dz. cyt., str* 574.
2) O. B. IlIeftH-b, dz. cyt., str. 637.
Luj.’ T. XXIV. .

2

-kach krewnych, przyjaciół f znajomych ze słowami: „Ch-ystus
zmartwychwstał“; toż samo erynią kobiety i dzieci. Następnie
rozściela gospodyni obrus i rozkłada jadło, gospodarz zaś bierze
do rąk butelkę z wódką i kieliszek, Nalewając wódkę, wylewa
kilka kropel na mogiłę i wzywa duszę znnrłych według takiej
mniej więcej formułki, jak podczas jesiennej uroczystości np. :
„Światyje radzicjeli, ehadzic.6 k nam, jeście, szto Bob daù !“

Spotykamy się też z innego rodzaju fc.mułką:
„Budzka-z žiu, kamu daduć! a tabie tatuliczka, carstwa niabiesnaja, swietłyj raj!“
1

W Wielu miejscowo śćiąch wylewa się w to miejsce na mo­
gile, gdzie spoczywa głowa, cały kieliszek wódkiJ) ; w, temże
miejscu. zagrzebuje się śwęcone jajko..
Istnieje też zwyczaj, że podczas lub po jedzeniu nawiedza
się wzajemnie groby lub czyni wypominki; nawiedzanie takie nie
obowiązuje jednak do zapraszania na wspólną biesiadę, gdyż
każdy uważa za swój obowiązek jeść' w gronie najbliższej ro­
dziny. T ’sztek jadła nie zabiera'się do domu, lecz pozostawia się
je dla żebraków lub dla ptactwa, gdyż i ono bierze udział w wspo­
minkach, co wyraża się w powiedzeniu: „niechaj i ptuszki pamianuć naszich dziadou“. .
i
Nieraz przybyv.a takżr na cmentarz duchowny, wtedy pro­
szą go wszyscy „parniami : dziadou“ i zapraszają go do uczestni­
czenia w biesiadzie, gdyż lud jest wogóle bardzo gościnny2).
Ważną też rolę w tym dniu grają żebracy, którym nadaje się
nazwę „starców“; ich głównem. zadaniem jest odmawianie mo­
dlitw i- śpiewanie pieśni za zmarłych. Są one najrozmaitsze, lecz
po największej części śpiewa się następującą:
„Hóspądi, spamigńi !
Dziady waszy. da bal _si,
Atćy waszy da mamusi,
Dziadźk waszy da ciotki,
Braty waszy da siostry,
DzietaczH waszy malenkija,
Anhały chryszczonyja,

*





\

‘) E. P. POMaHOB-b, dz. cyt, str. 548.
,
s
) jeżeli ksiądz .dnrawia panichidg, zapala sią na cmentarzu świece. M.
Murko dż. cyt., str. 103.',
*

19
Czadá wazliüblionyja !
Hospadi Boże, spamiani
Da diwiataha pakalienją,
Dà disiataha paczyťanja,
1 vialikam rošti,
Katorych my nia znajem,
Sam Boh spaznaja
Pa imiani paczytaja,<ř i t. d. *).

W wielu okolicach obecność księdza na cmentarzu jest pravrie konieczna, to też po odbytem nabożeństwie i wypominkach
w cerkwi udają się wszyscy na cmentarz w towarzystwie ducho­
wnego, który jakiś czas zatrzymuje się tutaj i odmawia modlitwy.
odjeździe księdza zbierają się wszyscy- przy jednej mogile,
zwykle jakiego szczególnie szanowanego starca lub staruszki,
przynoszą tutaj pożywienie i odprawiają wspólnie biesiadę. Jest
to jedyny wypadek, w którym uroczystość dziadów, odbywa się
wspólnie, gromadnie, jak to władnie wyobrażał sobie Mickiewicz.
Zwykle bowiem, jak była o tem wyżej mowa, każda rodzina bie' siaduje przy grobie swego krewnego. Zbiorowo obchodzi się
święto dziadów w Grodzieńskieni, w powiecie wołkowyskim. Tu
też najbardziej może jest rozwinięta przeświadczenie, iż w ten
•dzień można oglądać dusze zmarłych, zwłaszcza w cerkwiach 2).
W dzień Radounicy pracują zwykle wszyscy do południa,
potem rozpoczyna się święto ; lud pośpiesza na cmentarz, wie-czorem zaś następuje wesoła zabawa j -tańce przeważnie po
karczmach. Wprawdzie wesoły charakter tej uroczystości poczy­
tywany jest za grzech i z powodu zbytniego pijaństwa kościół
odnosi się dö niej niechętnie, jednak pewien nastrój weselny
i radosny jest całkiem naturalną właściwością tego święta. „Sama
nazwa Radunicy-Radownicy (od pierwiastka — rad—) wskazuje
na wesoły charakter tej uroczystości: żywi chcieliby niejako z na­
staniem wiosny rozweselić swych zmarłych krewnych, przejednać
ich, aby nietylko nie przeszkadzali rolnikowi korzystać z darów,
których dostarcza wiosna, ale także by jeszcze pomogli swyhi
tajemniczym i wieszczym wpływem jego losowi i jego gospo-

’) E. P. PoMaHOB-b, dz. cyt., str. 527.
2) Aby jednak' dostąpić tej laski, nie' należy śmiać się przez cały rok
à mówić bardzo mało. — M. Murko, dz- cÿt., str. 100.

.*
"i

2*

20

«

1 ,a.rSj^U
.^resztą ra^ość i wesele podczas wiosennego święta
dziadów wynika także stąd, że w tej uroczystości kult dla zmarłych łączy się z budzeniem się życia na wiosnę, radość wynika
z wiary, że i dusze^ zmarłych budzą się do nowego życia2).
Podobnie jak święto dziadów jesienne, tak i to robi wraże­
nie nader poetyckie, jàk czytamy o tern w artykule M Czar­
nowskiej «).
Szczególny rodzaj dziadów wiosennych znany jest w po­
wiecie Słonimskim t. z. dziady wielkanocne, obchodzone we
czwartek świętego tygodnia. Po nabożeństwie w cerkwi lud udaje
się z duchownym na cmentarz, gdzie zasiadają zebrani przy mo­
giłach zmarłych w ostatnim roku. Odbywa się tam uczta, a po
wylaniu wódki nr grób zmarłego obowiązuje następujące przemówienie:
i
„Niech jamu Pan Buh daś odmiszczenie hriechou i kruleustwo niebiesiio, a, nam usim zdorowio^.

Podobnie jak gdzie indziej, rzuca się i tutaj na grób pierw­
szy kawałek strawy. I w ten dzień można posłyszeć narzekanie
np. w tej formie :
1

„Ach, moj-że ty doroheńki !
Da na szto-ż ty pomirau?
Ci ty zabyu, jak my lietoś
D i siudy da razom da prichodzili,
Swoich miarcau da paminali?
v A ciapier, jak sam baczisz,
My priszli po tabi paminki czinici,
Da twaju duszu spaminaci,
Kab jej było miahczej u mohilci liażaci.
Wot dobro ty zrobiu by,
Kak by ustau, da. znou pamior,
To na druhi rok my tut byli-b,
Da twoju duszu spaminali-b!" 4).

*>

Dziady letnie, zwane troickiemi są najmniej uroczyste, co
w dużej mierze wynik-a stąd, że p-zypadają one w porze pr:ed- .
*

t,

*



’) E- 0- KapcKifl, Btiiopycbi, tom III, 1. Moskwa, 1916, str. 158-159.
2) A. KoTJMpeBCKifl, dz. cyt, str. 102—103.
3) Dziennik wileński z r. 1817, pólr. IL, str. 396-408. Marja Czarnow­
ska: Zabytki mitologji słowiańskiej w zwyczajach wiejskieg-o ludu na Białej
Kusi dochowywane, cyt. str. 402.
4) n. B. UlefiHT), dz. cyt., str. 617.

f-

21
nówka. W dniu dziadów letnich przynosi się jadło do cerkwi,
stawia się je po obu stronach środkowej części świątyni, przy
nich zapala się świece, które płoną podczas mszy żałobnej, a po
skończeniu tej udają się wszyscy na cmentarz. Dzień ten święci
się przeważnie od południa i podobnie jak w innych porach roku
główna uroczystość polega na spożyciu odpowiednich potraw. Ale
dobór ich jest w tym czasie baidzo skromuv, biedniejsi przy­
noszą na cmentarz tylko jajka barwione (pisanki, kraszanki), które
zjadáją przy mogile, a jedno pozostawiają na grobie, jedyna
różnica od innych dziadów polega na tem, że omiatają gałązkami
brzozy mogiły.
Tak więc przedstawia się w całości uroczystość, poświęcona
czci zmarłych przodków. Już to samo, że odbywa się oha cztery
razy do roku, dowodzi wielkiej czci i kultu dla zmarłych i wska­
zuje na bardzo głębokie przeświadczenie, co szczególnie zaznacza
się w wspólnych biesiadach, które są .w pewnej mierze uroczy­
stej i pełnem wiary misterjum, że związek między zmarłymi ą ży­
jącymi jest bardzo trwały i nie przerywa się on z chwilą śmierci
któregoś członka rodziny.
Specjalny rodzaj dziadów, odprawianych zwykle w lecie
w Mińskiem (pow. borysowski), a podobno także w Witeb­
skiem, Mohilewszczyźnie i W. eńskiem, stanowią „Staurouskije
dziady“. Uroczystość ta sposobem biesiadowania nie różni się od
innych j gospodarz rzuca część potraw pod stół i powiada :
„Staury - Haury,'1 cham !
Prichadzicie k nam !.“ *).

Wezwanie to odnosi się -do psów, którym lud narówni ze
zmarłymi przodkami poświęca je den dzień na wypominki. Oby­
czaj ten, bardzo stary zresztą, związany jest z dość' ciekawem
podaniem o kniaziu Boju Z Krasnopola nad DrysSą i jego dwóch
psach, którem lud uroczystość tę wyjaśnia.
Tego rodzaju cześć, oddawaną specjalnie psom, wyjaśniają
uczeni jako szczątek wierzeń mitologicznych *2). Książ’ Boj ma
*) n. B. Uleta-b, dz. cyt., str. 629—630 i E. Tyszkiewicz. Opisanie po­
wiatu Borysowskiego. Wilno, 1847, str. 376—7.
2) „UpeBHOcra“ — Tpyflbi MOCKOBCKaro apxeoaonraecKaro oómećiBa, pod
red. B. E. PyMHHUOBa, tom VIII, Moskwa 1880 r., artykuł B. ©. Mmuiepa —
Ilo noBOny ogHoro jurroBCKaro' npeaamH, str. 166—175.

22
oznaczać boga śmierci, który w pojęciach wszystkich indoeuropejskich narodów ukazywał się zawsze w towarzystwie dwóch
psów, podobnie jak hinduskiego-Jamę wyobrażano sobie z czterookiemi saramejskiemi psami*). Tak więc cześć, oddawana psom
na Białorusi, ma być rzekomo zabytkiem praindoeuropejskiej sta­
rożytności; na symboliczne znaczenie wskazywać też miało zna­
czenie wyrazów księcia Boja i jego psów. Jeżeli się porówna ów
obrządek z podobnym obrządkiem u innych ludów, to łatwostwierdzić, że wszystkie główne rysy litewskiego podania znajdują
analogję i objaśnienie w podaniach innych ludów*2).
y

1

Í

*
*
W literaturze białoruskiej znajduje się niewiele opracowań
uroczystości dzi ;dów> W cznsop śmie „Mormi. Ty6. B^omocth“
z r. 1849, str. 283 284 pomieścił U. 3.*** artykuł'p. t.
gdzie znajdujemy najpierw kilka uwag o tem święcie, a polem
pieśń -starca i chóru;
„Chwalić Tiab, Boża,
Dziadou dażdalisia!“

I
Chór todziny:
„Ach priszli, priszli dziady!“
Starzec:
„A na heta swiatca
Liudzi hrószi traćcia!“

*

» Chór:
„Jak priszli, priszli dziady!“
Starzec:
„Ot dziadou do dziadou
Mou by sorok hadou“.
f

]) Taroże, str. 168. Podanie to ludowe nie odpowi da poszukiwaniom
naukowym; uczeni wyraz „staury“ wywodzą od greckiego „ot«o?ćs“ (krzyż),
a więc to święto miałoby związek z dniami krzyżówemi.
*
2) Tamże, str. 170. W celu wyjaśnienia sobie związku tego kultu przod­
ków, na Białej Rusi z podobnym kultem u innych ludów porów, popularną roz­
prawkę ks. Szydelskiego p. t. „Kult ogniska domowego i przodków. Poznań,
1917' ~ Ciekawa też jest nowelka ze zwyczajów bretońskich Paula Olivier»
p,. t. „L’écouteuse de mórts“ w wydaw. „Les oeuvres libres...“ nr. 33 irarzec, 1924 r.

23
i

Chór:
„A usio laki, usiotki dażdalisia !“
Starzec:
„Au dziady — dziadowia i
Usio wam hatowa !“
Chór;

i

„I.wino i piwo i ha’" sika*.
t. i1
*
Starzec:
-Iiosti wam i miasa,
liosti-ż i kiłbasa“.
v Chór:
„Tol’ki jeźcia, budzia z was!“'
Starz ec:
„Miód, haroch i kasza | .
Ucio bahaccia najza!“

h Scenka ta według najgruntôwriiéjszego znawcy literatury bia­
łoruskie) E. Karskiego1) jest niewątpliwie wytworem artystycznym,
wobec tego nie może ona dać należytego obrazu, odprawianej
przez lud uroczystości.
W takiej formie, jak ją powyżej podajemy, wydaje się ra­
czej tylko ułomkiem. Układ ‘ jej i sposób przyzywa lia dr'idów,
a szczególnie zalecanie jadła wykazuje na pewną analogję z podobnemi scenami w II ej czę 'ci „Dziadów“. O jakiejś zależności
trudno mówić, gdyby jednak ist.iiała, to oczywiście źródłem na­
tchnienia mógłby być utwór mickiewiczowski, ponieważ ukazał się ,
wcześniej.
Utworem, który deje nam całkowity obraz uroczystości t. z.
„staurouskich“ dziadów jest poemacik Wincenœg : Marcinkiewicza
p. t. „Staurouskije Dziądy“,' stanowiący d-ugą część opowiadań
zatytułowanych : „Wieczarnicy“.
Wincenty Dunin-Marcinkiewicz (ur. 1807, zm. 1884) uchodzi
za jednego z najwybitniejszych poetów białoruskich w okresie od­
rodzenia białoruskiego piśmiennictwa. .Nie uważał się' on za Biało­
rusina w dzisiejszem tego słowa znaczeniu, bo obok poczucia , et­
nograficznej białoruskiej odrębności miał świadomość polskiej jed--------------?

*) E. ©. KapcKiü— Bh.iopyccbi, tom I, Warszawa 1903, str. 44Í. Cytaty
z książki tego autora.

24
i ści, a swą literacką twórczość rozpoczął od napisania po polsku
„Sielanki“, opery dwu4ktowej (Wilno 1846), do której St. Mo­
niuszko ułożył muzykę , i w późniejszych latach obok utworów
białoruskich pisał także polskie.
1
Należy on do Mieregu miłośników poezji ludowej, którzy bę­
dąc Polakami, kochali się w kolorycie i pieśni i zwyczaja ,h Bia­
łorusi x). ..
m

a Marcinkiewicz nie wystąpił na po'u literackiem z całą świa­
domością v'ytwarzania odrębności narodowej, „cel, z którym on
wziął się. do pióra, nie polegał na dążeniu do stworzenia arty­
stycznej literatury *), chodziło mu tylko o to, by „zwrócić uwagę
obywateli na chłopów i dać zrozumiałą r dla chłopa książkę do
czytania“ 3).
Zasługa Mar^ okiewicza w literaturze białoruskiej polega na
tem, że on pierwszy właściwie wykazał, zwłaszcza przez tłuma­
czenie „Pana Tadeusza“, że język 3; Jorusinów jest „gładki, gibki,
śpiewny, liryczny, bogaty w słowa i zwroty“4).
W r. 1855 wychodzi zbiorek opowiadań Marcinkiewicza po
białe rusku i po polsku p, t. „Wieczarnicy i Obłąkany". W „Wie, czarnicach“ opowiada stary Ánanija zebranemu w jego chacie lu­
dowi baśnie, pierwsza z nich p. t. „Durny Zmicier, choć chitry“
ma ;charakter pouczającv, treścią drugiej są „Staurouskije dziady“.
Zasadniczy motyw opowiadania, przeniesionego do czasów
historyczno - podaniowych, osnuwa się około baśni o sierocie,
która doznaje krzywdy ze strony niedobrej macochy i jej brzyd­
kiej córki, a którą za doznane krzywdy spotyka nagroda. Akcja
odbywa się „u Łahojsku, nad Hajnaj rakoj“, nad którą stał
„krepki zamak Krywičan“, a panem jego był kniaź Hramaboj,
łaskawy i dobry- dla swÿch poddanych. Niedaleko zamku żył go­
spodarz Daniłą ze swą córką Kaciaryną. Jej macocha, Paraska
„była, jak hadziuka, złaja", podobnie córka jej Marchwa.
Czynnikiem, który wymierza sprawiedliwość dręczonej siero­
cie, jest świat Za/iemski, mający wpływ na sprawy ludzkie W chvfjli
') Roman Wacław Wegne'rowicî — Młoda Białoruś „Świat słowiański“,
Kraków 1912, tom I, str. 115
s) M. floBHapt-SanojihCKifi---- B. .Dymitra MapmiHKCBiwb u ero nosMa
„Tapaet na napHacf. Witebsk 1896, str. 6.
-8) Tamże, str. 6.
'•*/.'
'

4) MaKctM Í jpsuKi — ricTupt.« ôejiapycKac JiiTspaTjpw, Wilno 1921, str. 91.

25
święta dziadów, gdyż wtedy podnosi Się niejedna mogiła i dusze
zmarłych poczynają „kflizyć po biełym śWieęie“. Poeta wykorzy­
stał podanie ludu ö uroczystości dziadów staurouskich, urządza­
nej w Zielone Święta i podał jej opis, cho i nie wszędzie ściśle
rrzymał się ludowego obyczaje. Naśladując prawdopodobnie Mic­
kiewicza, wysunął jako moment zasadniczy stosunek ludzi cjo uka­
zujących się duchów, lecz nadał mu odwrotne znaczenie, gdyż nie
istoty zaziemskie poszukują por ocy, lecz one przynoszą je tym
ludziom, którzy są pokrzywdzeni lub w jakikolwiek sposób na nią
zasłużyli.
Opisany prze? Marcinkiewicza obrządek dziadów staurou­
skich jest podany jako baśń, ale w dużym stopniu posiada też
te cechy, jakiemi się odznacza istotni uroczystość. 'Uroczystość
dziadów odbywa się w chacie Daniły. Rozpoczyna się ona od
robienia porządków i gotowania strawy. Wieczorem:


„Dubowy stuł Kasia nakrywaje,
Daniła piachu harełki staulàje“1).

i''
Przybywa najpierw do chaty Kazlar (mzwa duchownego na
Białorusi w czasach pogańskich według poetyj, następnie Huslar
(muzykant na gęślach). Nadchodzi chwila uroczystości:
„Ksiondz niechryščony nie światu hramnicu
Jarkim ahniom ząpaliu,
K ścianie jaje prylapiu,
Blisnuła połamia na celu światlicu“*2).

Razem z Huslarem wspominają, wszyscy obecni przodków
raniły, potem gaszą świecę, zasiadają ża stół, gospodarz pod­
nosi czarkę z wóJ’:ą, wylewa cząstkę na stół* pije do Koziarń,
ten ao Huslńra, który znów według obrzędu przepija do gospo­
dyni. Kiedy już wypili wszyscy, „abrusok da ilftki harełkaj zlili“.
Z roznoszonych potraw każdy bierze część do glinianej miseczki:
T
»
„A pakuł jeść woźmie, pieršu łyżku lje
U miski, Sto tam že pasiarod stajali,
Kab duSaCki z jimi razam -ípažywali.“ 3).

') Wieczamicy — Wineuka Dunin-Marcinkiewicza, wydalinie druhoje, Pie•iarburh, 1909, str. 21.
<
-) Tamże, str. 22.
3) Tamże, str. 22.

26
Pov,yższy urywek wskazuje na to, że poeta trzymał się
ściśle ludowego obyczaju, podobnie dość wiernie podaje spis
potraw 1).
Po uczcie Wstał Kazlar i zaczerpnąwszy na łyżkę wszelkiej
strawy, rzucił ją pod stół i wypowiedział wezwanie :
„Staury, Haury ham!
Prychadzicie k nam“.

Na, tem kończy się opis obrzędu ludowego, część dalsza
ma już charakter fantazji poetyckiej. Więc na łyżce Kasi siada
motylek, który jest wcieleniem duszy jej matki ; na wezwanie
Kazlara pojawiają się dwa psy, które Marchwa chce odpędzić
łopatą, a którym Kasia podaje strawę i obejmuje każdego z nich
za szyję. Odchodząc, pozostaw.ają psy błyszczący obraz Lady
i krzyżyk; według objaśnień Kazlara obrazek Lady ma przynieść
szczęście; więc Paraska przywiązuj« go na szyi Marchwy, pasier­
bicy zaś daje krzyżyk.
Przed odejściem następuje rozstanie się z. duchami :
„Światyje dziady! papili, pajęli,
Idziciež k sabie, kab damou paśpieli" 12).

Krzywda Kasi została wynagrodzona, jak o tem dowiadu­
jemy-się z drugiej pièjni, w ten sposób, iż kniaź Hramaboj przy
poszukiwaniu żonj' kieruje się snem ; śniło mu się, żeby wziął za
żonę tę dziewczynę, której psy podczas staurouskicu dziadów
przyniosły krzyżyk. W ten sposób Kaciarynka stała się „Krywičán carewą“.
'
M,
I Opowiadanie Marcinkiewicza wielkiego literackiego znacze­
nia nie posiada, natomiast wartość jego polega na odtworzeniu
obrzędu ludowego. „Całe urządzenie — powiada Karskij — tych
wspominek przodków przedstawione jest z"pełn:e wiernie, jak one
o bywały się w dawnych czasach i do czasów dzisiejszych“ 3).
W tem Jeży oryginálnos" opov 'adama-poety białoruskiego, choć
należy żałować, że stosunkowo niewiele napisał o' tym ciekawym
obrzędzie ludowym 4).
1) Tan.że, str. 22.
*) Tamże, str, 25.
s) E. ©. KapCKift-B-fcjiopycLi,, III. 3, Pet iburg, 1922, str. 56.
4) MaKciM TapsuKi, dz. cyt., str. 84.

TREŚĆ; „Dziady" (II-a część) Mickiewicza i ich stosunek do obrzędu ludo­
wego. Pra— o tej kwestji : J. Kallenbacha, St. Zdí _arskiego. „Dziady“
Mickiewicza nie są odbiciem ludowego obrządku. Uroczystość dziadów
!est tylko tłem dla przeprowadzenia własnej idei. — Sąd prof. J. Tretiaka. — Rozbiór „Dziadów" w ich stosunku do obrzędu ludowego.

Należałoby obecnie zastanowić się nad tem, w jakiej mierze
istotna Uroczystość dziadów znalazła odbicie w utworze Adama
Mickiewicza, a zwłaszcza w cz< śi Ii-ej „Dziadów“.
Jeżeli chodzi o oparcie studjów w tym względzie na materjale folklorystycznym, co właśnie stanowi podstawę niniejszych
roztrząsań, to słusznie twierdzi prof. W. Bruchnalski, „jakie mnó­
stwo zostawiały one spraw niewyjaśnionych i nieroz''wi“tIonych
należycie“ O,. Szukano bowiem przedewszystkiem źródeł porów-1
nawczych daleko od miejsca, w któřem Mickiewicz mógł się
z uroczystością dziadów zaznajomić; opisanie zaś obrźędu w tem
właśnie środowisku, w którem się poeta wychował, podawano
pobieżnie i ogólni owo.
Z dotychczasowych rozpraw zasługują na uwagę przedewszystkiem w tym względzie studja prof. J. Kallenbacha *), który
przyjmuje zagadnienie sprawy obrzędowości „Dziadów“ z tego
stanowiska, jakie podał Mickiewicz, prawie bez zastrzeżeń, choć
w jednem miejscu widać wahanie, gdyż czytamy: „W. fłrugiej
części mamy przedstawiony obrzęd ludowy, ' wogóle wiernie,
.W szczegółach dowolnie; bynajmniej nie chodziło pbecie o dro­
biazgową, folklorystyczną dokładność“ s). Byłoby to jedyne za­
strzeżenie wybitnego znawcy twórczości Mickiev ' :za.* 2
*) Wilhelm Bruchnalski. Przyczyuki do genezy „Dziadów® wileńskich,
czasi „Pamiętnik literacki“'r. 1911, str. 457.
2) J. Kallenbach. Tło obrzędowe „Dziadów“ (Przewodnik naukowy i lite­
racki, -1898, str. 224—248 i toż samo w książce „Czasy i ludzie“, Warszawa.
1905, str. 87—133’. Por. też jego uwagi w t. IV, „Dzieł Adama Mickiewicza“
w wyd. Towarzystwa Literackiego, - Lwów, 1905 i w wydaniu „Dziadów wileń­
skich” w Bibljotece Narodowej, nr. 11, serja I. — Prócz tego warto zwrócić
uwngę, iż omawiana' praca prof. Kallenbacha wyszła po francusku p. t. „Les
survivances traditionnelles du Culte dtL‘ancêtres dans la poésie de Mickiewicz“.
Grenoble, 1924, str. 31. (odb. z „Revue de la Pologne“. II, 1924 r.).
■*) Adam Mickiewicz — Dziady wileńskie, oprać. Józef Kallenbach, wyd.
Bibljoteka Narodowa, nr. 11, serja I, str. X.
,

28
W „Tle obrzędowem Dziadów“ ujmuje prof. J. Kallenbach
zagadnienie porównawczo z punktu widzenia ogólno-ludzkiego ;
owoc jego poszukiwań jest nad wyraz cenny, niewiele jednak
uwag poświęci! czcigodny autor kwestji' zasadniczego tła, z któ­
rego „Dziady“ wzięły obrządek t. j. tła białoruskiego. Poprzesta­
niemy tylko na ocenie uwag w odniesieniu do tła białoruskiego.
Prof. Kallenbach, opierając się na twierdzeniu Mickiewicza,
że ,>w teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo
i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj, połączony z zabobonnemi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo
więc święci Dziady tajemnie w kaplicach lub pustych domach
niedaleko cmentarza“ i na dalszem, że „zastawia się tam pospoli­
cie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców i wywołują się
dusze nieboszczyków®, dochodzi do przekonania, iż poeta był
jeszcze świadkiem naocznym obrzędów, '„które zczasem zaczęły
się stawać coraz rzadszemi, w miarę, jak duchowieństwo coraz
siljłi ;j sprzeciwiało się tym obchodom i postanowiło Oświecać lud,
wytępiać reszty zabóbonu® l).
,
W twierdzeniu tern widzimy dwie pomyłki, mianowicie unCzystość dziadów nie est rzadką,- przetrwała ona do dnia dzisiej­
szego bez zmian, powtóre nie wiemy, do1 jakiego duchowieństwa
zarzut się odnosi. Oczywiście nasuwałaby się uwaga, że chodziłęby tu o duchowieństwo rzymsko-katolickie, tymczasem zdajemy
sobie L tego jasno sprawę,' że Mickiewicz przeniósł uroczystość
w środowisko urickie, gdyż Ksiądz w IV-ej części „Dziadów“
jest unitą i występuje razem ze swemi dziećmi. Ważne jest i to,'
ze włi lie do tego Księdza zwraca się poeta z wymówką z po­
wodu zniesienia święta dziadów :
„Ach! najpiękniejsze święto, bo święto ramiątek,
Zacóż zniosłeś dotychczas obchodzone Dziady ?“

Nasuwają s:ę więc duże wątpliwości co do tego, —jak przy­
najmniej wolno wnioskować z pod nego w pierwszej części materjału, — że obchodzenie uroczystości dziadów już zà czasów mic­
kiewiczowskich osłabło. Wiemy przecież, że lud białoruski do­
tychczas nie napotyka na trudności przy urządzaniu tego święta,
a nawet — jak stwierdziliśmy wyżej — duchowieństwo ^amo tę*)
*) Czasy i ludzie, Str. 90.

uroczystość popiera. Stąd też, jeżeli zastanowimy sie nad pierwot­
nym autografem Ii-ej, części „Dziadów“, to zauważyć należy, że
wprowadzenie Księdza zamiast Guślarza było bliższe prawdy, po­
dobnie jak odmawianie przez chór „Zdrowaś Marja“, gdyż lud
zwykle tę modlitwę w chwili rozpoczęcia się Uroczystości dziadów
odmawia. Nie sądzimy też — jak utrzymuje prof. Kallenbach *) —by wprowadzenie Guślarza zamiast Księdza wynikło „widocznie
z powodu cenzury“*2). Przecież, jeśli w dalszym rozwoju akcji
ksiądz miał występować przeciw - obrządkowi dziadów, nie mógł
równocześnie w tej uroczystości przewodniczyć. Przypuszczamy
zatem, że tylko czynr.iŁ i techniczne, konieczność logiki kompozy­
cyjnej miała w tym wypadku ważne znaczenie, a nie cenzura,
która przecież z IV-ej części księdza nie usunęła. Mickiewi.cz
w* tym względzie okazał się bardzo konsekwentny, kiedy bowiem
pierwotnie zamierzył uczynić k.iędza przewodniczącym obrzędu,
nie podał w krótkiem objaśnieniu, które istotnie jest „dziś bardzo
znamienne dla genezy utworu“3), żadnej wiadomości o tern, że
światłe duchowieństwo i właściciele przeszkadzali obchodzeniu
uroczystości dziaaów. .
Ale rozważmy, czy naprawdę właścicielom zależałoby na tern
bardzo, by lud tej uroczystości nie obchodził? Nie widzimy do­
statecznych powodów do stawiania przeszkód. Duchowieństwo zaś,
oczywiście katolickie, nie miało sposobności zwalczania tego „za­
bobonu“, gdyż wogóle w małej mierze — jak podano wyżej —
ujawnia się on u katolików, albo też zanikł, w kościele ńatomiast
prawosławnym istnieje nadal. Jakże więc postawić kweStję? Na­
leży ją złączyć ze stanowiskiem, jakie poeta w „Romantyczności“
zajął względem starca, który zwalcza przesądy ludy i w ten spo­
sób i właściciele i duchowieństwo będzie wyrazem dawniejszego,
racjonalistycznego społeczeństw? Patrząc na tę sprawę z tego
czysto ' literackiego stanowiska, musimy zgodzić się na pogląd,
jaki wypowiedział słusznie Szpotański: „Niemniej ksiądz jest
persopifikacją owego pokolenia, od którego mądrość, filózofję,
naukę, brał Gustaw i z którem później miał stoczyć walkę.
’) Pisma Adama Mickiewicza — wydał, objaśnił i wstępami poprzedził Jó­
zef Kallenbach, tom II, str. 311—314, wydaw. „Skarbnicy Klasyków Polskich“,
Warszawa.
2) Tamże, str 311.
a) Tamże, str. 311.
.,*■

30
i rzeczywiście Gustaw przychodzi do księdza z słowem walki,
z słowem wyrzutu :
. i
^acóż zniosłeś dotychczas obchodzone Dziady?“ To ro­
mantyzm pyta; Romantyzm, sięgający do ludu, wspierający się na
wszystkich uczuciach, odnajdujący wszędzie pierwiastek duchowy,
pyta wyłączności w. XVIÍI. Gustaw widzi w obrzędzie ludowym
żywy i bezpośredni przejaw wiary yt świat pozagrobowy, ksiądz
upatruje w' nim tylko świętokradztwo i zabobon, utwierdzający
lud w wierze w czary, upiory i, duchy“*). Byłoby to najsłuszniej­
sze stanowisko, jakie można zająć, ponieważ dosłowne tłumaczenie
stosunku duchowieństwa względem uroczystości dziadów nie może
się ojjrzeć i nie da się potwierdzić na' podstawie faktów rzeczy­
wistych, a może spowodować nieporozumienie całkiem zbyteczne.
Mickiewicz najprawdopodobniej świadomie całkiem tak tę kwestję
postawił.
We wspomnianem studjum prof. Kallenbacha zastanawia
dalej uwaga, że dzisiejsze dziady obchc d~ą „nie tak świetnie, jak
za młodych lat Mickiewicza“*2), gdyż istotnie między urządza­
niem uroczystość Î przed stu laty a obecnie różnicy zasadniczej
niema. Za nieporozumienie uznać też należy dowodzenie, że „lud
zniewolony był zaniechać zbiorowych obrzędów i poprzestał rta
dom-wym obchodzie, którego się jednak nie wyrzekł“ 3). Wiadomo,
że i dotychczas lud urządza te obrzędy zbiorowe na cmentarzu
na wiosnę, w jesieni zaś uroczystość aziadów odbywa się po
chątach. Jeżeli wszakże „na Białej Rusi. w miejscowościach nie­
dalekich 'od stron rodzinnych Mickiewicza, przechowało się poję­
cie o znaczen'" i istocie „Dziadów“ względnie czyste i dokładne“ 4),
to bezwględiiie jest ono inne od tegö pojęcia, niż je podał Mic­
kiewicz.
Wkońęu trudno pogodzić się z twierdzeniem autora w od­
niesieniu do „Dziadów“, że „utwór ten ma bezwględną. wartość
dla ludoznawstwa, a to w przedmiocie, sięgaj ^cyn. samego brzasku
cywilizacji ludzkiej. Dosłowniej, niż się nam dotychczas wydawać

*) Stanisław Szpotański. Adam Mickiewicz i jego epoka, Wiarszawa, 1921,
tom' I, str. 195.
2) Kallenbach J. Tło obrzędowe... str. 91.
3) Tamże, str. 91.
4) Tamże, str. 115.
< •

mogło, należy brać oświadczenie poety: „Śpiewy obrzędowe,
■ 'usła i inkantacje są po większej części wiernie, a niekiedy
dosłownie z gminnej poezji wzięte“ O- Rózpatrując to twierdze­
nie od końca, zastanowić się mùsimy, dlaczego poeta w póź riejszcra objaśnieniu zmienił swe ostatnie zdanie, które w ob aśnieniu pierwotnem brzmiało: „całe wymyślenie wzięte jest ze
śpiewów wiejskich’, a nawet foripuły zaklinania i inkantacje tłu­
maczyliśmy z języka litewskiego“, albo, mówiąc właściWiej, bia­
łoruskiego.
Przedewszystkiem, jakkolwiek Mickiewicz mógf bywać na
uroczystościach dziadów, nie do vierzał sobie samemu v ujmowa­
niu rysów zasadniczych obrządku, lecz zwrócił się o wskazówki
do Jana Czeczota, który wśród przyjaciół Mickiewicza uchodził
za najlepszego znawcę ludu białoruskiego i jego obýczajów i który,
hołdując ludowości, w recenzji „Kurhahka Maryli“, witersza od­
czytanego przyjaciołom w r. 1820, pisał na końcu, co następuje :
„Życzyłbym i wszyscy na to przystaniecie, ażeby dla uzupełnie­
nia tej pięknej sielanki, jako zabytku poezji litewskiej i języka
litewskiego, coraz bardziej każonego, autor obdarzył nas jej ory­
ginałem, którybyśmy obok tłumaczenia umieścili“ *). Mickiewicz,
znający zamiłowania Czeczota do poezji ludowej, otrzymał od niego
prawdop »dobnie wskazówki, a może nawet niektóre teksty, tłu­
maczone niby z języka „litewskiego“ np. z owem „A kysz, a kysz“,
znamiennem i powszechnem u ludu w czasie uroczystości dzia­
dów/. Owe jednak teksty — jeśli one były — musiały być tak
dalekie od tekstu poety, że Mickiewicz w ostatecznej edycji, po­
wiedział zamiast „tłumaczyi.śmy z języka litewskiego“ — „do­
słownie z gminnej poezji wzięte“, co jednak nie jest to samo.
Jeżeli zaś Czeczot współpracował w tworzeniu tła ludowego
„Dziadów“, to jego dosłowność wydaje się mocno podejrzaną.
Wiemy bowiem, że pierwsze jego tomiki „Piosnek wieśniaczych
z nad Niemna“ (Wilno 1837 i dak) nie są tłumaczeniem pieśń,
„litewskich“, lecz przeważnie ich naśladowaniem, dopiero w dal­
szych tomikach ukazują się także pieśni białoruskie, uważane za
*) Kallenbach J. Tło obrzędowe, str. 124.
s) Józef Tretiak, A. MickieWicz w świetle nowych źródeł, Kraków 1917,

32
istotnie ludowe 1). Toż sàmo mogło zajść przy wskazówkach co
do tekstów „Dziadów", a mianowicie co Czeczot podawał za
oryginalnie ludowe,* było jego pomysłem lub tylko niewyraźnem
odtworzeniem uroczystości ludowej. Tak zatem ludowość „Dzia­
dów“ wydać się musi wątpliwa, a tem bardziej ich „wartość dla
ludoznawstwa“.
Zrozumiał to dobrze St. Zdziarski*2) i dlátego do ludowości
„Dziadów“ odniósł się bardziej krytycznie, a chociaż nie poparł
najeżycie 'swego stanowiska, to jednak w sądach swych się nie
pomylił. Kiedy autor zastanawia się nad tem, czy zawierzyć sło­
wom poety, odnoszącym się do opisu ludowej uroczystości „Dzia­
dów“ w objaśnieniu do II-giej części, powiada, że „należy je przvjąć z zastrzeżeniami“, bo „Mickiewicz, pisząc. Dziady, posługiwał
się często materjałem, wyjętym z ust ludu, ale skutkiem ciągłego
żastosowywania tego surowego materjału do akcji, która obra­
cała się około' zawodu miłosnego poety, zmieniał go do niepoznania, upiększając co chwilę wytworami własnej wyobraźni, skut­
kiem czego zacierał barwę pierwotną ludową“3).4
Zdziarski, podając dalej opis uroczystości dziadów na Litwie
i Białorusi, dochodzi do wniosku, że „wprowądzeńie na scenę
guślarza było bezpośrednim powodem zarówno zmiany częściowej
barwy całego obchodu, jak też i nadania mu mglistości nieprzej­
rzanej i tajemniczości“ i że „ukazywanie się duchów zmarłych
jest fikcją poetycką Mickiewicza“ *). Wiemy obecnie, że postać
guślarza wystąpiła dopiero później nr miejsce księdza.
W rezultacie swych dowodzeń dochodzi autor do przekona­
nia, które wydaje się cokolwiek kompromisowem złagodzeniem
postawionej tezy : „Jak tedy wiq ńmy,= sam fakt obrzędu Dziadów,
jako też i zaklęcia dusz zmarłych, osnute zostały na tle ludowych
wierzeń i zabobonów, w poemacie atoli naszego poety swoją fan­
tastycźnością i grozą dobranych należycie kontrastów zostały zmie­
nione wielce“ 5).
’) Porów. A. H. ribiniiHł> — Mcropik pyccKOft CTHorpa^iiH, Petersburg
1892,. tom IV.
Ni« -iuszne jest powołanie ę Zdziarskiego (Pier’.:astek ludowy...
103) na pieśni Czeczota z J. tomu „Piosnek“, gdyż nie są one Oryginalne.
*) Stanisław Zdziarsk Pierwiastek luoowý w poezji polskiej 'XIX w. —
Warszawa 1901, str. 101—115, przedtem w „Ludzie“ r. .1898—1899.
3) Tamże str. 102—3.
*
4) Tamże, str. 113.
. s) Tamże, str. 113.

33
Nie sądzimy wszakże, by w czemkolwiek osłabiła się war­
tość „Dziadów“, jeżeli powiemy otwarcie, że nie są one dokładnem odbiciem właściwego obrządku, a nawet niewiele mają z nim
wspólnego, ale raczej są one utworem o przeważającym pier­
wiastku literackim, w którym sam obrządek ludowy stanowił tylko
jakby podnietę do przeprowadzenia w jego ogólnym zarysie wła­
snej idei.
Należy się jednak zastrzec, że nieuwzględnienie przez poetę
cech ludowych, niekoniecznie miało wynikać z zupełnej ich nie­
znajomości. Mickiewicz mówi nam w dwóch miejscach, w jaki
sposób lud dziady obcnodzi, mianowicie w objaśnieniu do 11-ej
części czytamy, że „zastawia się' tam pospolicie uczta z rozmaitego
jadła, trunków, owoców i wywołiiją się dusze nieboszczyków“,
a w IV-ej części znajdujemy opis podobny:
jjeśli, żałując śmierci dobrego dziedzica,
Lud zakupioną świecą stawia mu na grobie:
W cieniach wieczności jaśniej błyszczy się ta świeca,
Niż tysiąc lamp w niechętnej palonych żałobie;
Jeśli przyniesie miodu plastr i skromue mleko,
I garścią mąki grobowiec posypie:
Lepiej posili duszę, o! lepiej daleko,
Niż krewni modnym balem, wydanym na stypie“.

Te cytaty wskazują wyraźnie, że ostatecznie mógł poeta
wprowadzić te wszystkie szczególiki ludowych prawideł przy urzą­
dzaniu uroczystości dziadów, gdyby chciał. W mniemaniu jego
jednak było to całkiem zbyteczne, jeżeli z tego obrzędu ujmo­
wał tylko ideę. zasadniczą, której pragnął nadać charakter me­
tafizyczny i w ten sposób rozwinąć pewne zagadnienia bytu.
Podobne stanowisko zajął prof. J. Tretiak1), który twierdzi,
że nie sám obrządek dziadów stanowi zasadniczą podstawę utworu
v Mickiewicza, lecz jest on tylko tłem, potrzebnem poecie do roz­
winięcia własnych myśli. Wiemy bowiem, że właściwym powodem
do napisania tego utworu był zawód miłosny poety, który, hoł­
dując ówczesnej modzie, porównał się z Werterem. Ale swoją
rozpacz ujął zasadniczo inaczej i dlatego napisał „Upiora“, który
jest najdawniejszą częścią składową „Dziadów“®). Potem jednak* 2
1) Józef Tretiak. Młodość Mickiewicza, Petersburg 1898, t. II, str.
159 i n.
2) Tamże, str. 161.
Lud. T. XXIV.

3

34
nastąpiła zmiana i , rozwiniecie pomysłu poetyckiego, a mianowicie
poeta postanowił wprowadzić do poematu uroczystość dziadów,
wobec pytania, w jaki sposób mą się ukazać upiór kochance.
Wtedy przypomniał sobie poeta obrządek tajemniczy wywoływa­
nia dusz nieboszczyków. Owa „posępność, tajemniczość' i fantaStyczność Dziadów *) dostrajała się doskonale do jego ówcze­
snych uczuć i nadawała .się do skojarzenia tych pierwiastków
z historją własnej miłości i własnych cierpień i wskutek tego na­
wet całemu utworowi postanowił nadać tytuł „Dziadów“2).3
Z tego już da się wysnuć wniosek oczywisty, że Mickie­
wiczowi zasadniczo nie chodziło o dokładne opisanie uroczystości,
\ kó nie w tern ujawniał się podstawowy cel przy pisaniu „Dzia­
dów i dlatego też łatwo zgodzić się na dalszą uwagę prof. Tretiaka, że Il-a część stanowiła w ogólnym planie poematu do pew­
nego stopnia dekorację8), a mianowicie „miała służyć za tło dla
sceny pojawienia się Gustawa-upiora przed oczami kochanki“4).
Jeżeli' więc tak jest istotnie, to cóż w tern dziwnego, że
głównie chodziło poecie o Wydobycie z uroczystości dziadów
tego tylko, co stanowi jej część idealniejszą, a mianowicie stosu­
nek żywych do zmarłych. Ale właśnie w ludowym obrządku, po­
mimo głębokiego przeświadczenia, że duszfe zmarłych istotnie na
iesiadę przybywają, ta strona idealna najmniej się uwydatnia.
Z drugiej zaś strony nadaje się ona chyba najlepiej, by na niej
osnuć kanwę swych romantycznych poglądów na stosunek czło­
wieka do świata zaziemskiego., Ale też i tutaj t. j.» gdy chodzi
0 pokazywanie rozmaitych duchów, zwłaszcza cierpiących katusze
z własnej lub cudzej winy, rozpoczyna się moment ujmowania
tego stosunku w sposób taki, jak to było u innych poetów, a tem
"amem musiało nastąpić odsunięcie się od pojęć ludowych. Wśkutego w żaden sposob nie da się przyjąć, by sposób wywo­
ływania duchów miał coś wspólnego z formułkami, rozpowszechnioęemi u ludu, nie można go szukać „w ludowych wyłącznie wie­
rzeniach, lecz... w literaturze piśmienniczej, —- demonologicznej“ 5).*
1 tak w gruncie rzeczy kwestja się przedstawia.
*) Tretiąk J, Młodość Mickiewicza, str. 163.
*) Tamże, str. 163.
3) Tamże, str. 187,
4) Tamże, str. 179.
®) 1 Jirelm Bruchnalskí. Przyczynki do genezy „Dziadów“ wileńskich.
Kamietmk Literacki, rocz. X, 1911,.str 463.

Stawiając jako założenie — odwrotnie jak to było dotych­
czas — pytanie, w jakiej mierze opis uroczystości dziadów w utwo­
rze Mickiewicza nie odpowiada rzeczywistemu obrzędów’’ przejdźmy
do szczegółów.
W objaśnieniu do II-giej części mówi poeta i słusznie, że
uroczystości dziadów obchodzi się „dotąd między pospólstwem“
i że „początkiem swoim zasięga czasów pogańskich“. Słuszna też
jest uwaga o czczeniu zmarłych zapomocą środków materjalnych,
a więc przez zastawianie jadła i że „pospólstwo rozumie, iż po­
trawami, napojem i śpiewami przynosi ulgę duszom czyścowym“.

Natomiast nasuwa się wątpliwość, czy istotnie uroczystość
dziadów „zwała się niegdyś ucztą kozła“ i czy na niej przewod­
niczył guślarz. W gruncie rzeczy postać ta ludowi nie jest znaną,
o czem bardzo trafnie powiedział prof. J. Tretiak '). Żadne opisy
ludowej uroczystości postaci tej nie znają.
Poeta wyznaczył czas swej uroczystości na okres jesienny,
mówiąc w ten sposób, „iż dzień zaduszny przypada około czasu
tej uroczystości“. Wynika śtąd,. że poeta nie zidentyfikował uro­
czystości dziadów z katolickim dniem zadusznym, co wskazywa­
łoby na to, że jednak miał ha myśli święto zmarłych według
wschodniego obrządku, które przypada na sobotę przed 26-tym
października, czyli według gregorjańskiego kalendarza przed 8-ym
listopadem*2). Co się tyczy miejsca, w. którem się tá uroczystość
odbywa, to Mickiewicz wskazuje wyraźnie na kaplicę lub puste
domy niedaleko cmentarza. Wiemy już, że uroczystość dziadów
na cmentarzu odbywa się oficjalnie na wiosnę (radounica), w je­
sieni natomiast skupia się ona w domu. Poeta jednak uznał za
dogodne tę porę roku podać za najwłaściwszą do obchodu cmen­
tarnego, przeż co też odsunął się od zwyczaju ludowego. Szcze­
gół ten jednak ma znaczenie drugorzędne.
Ważniejsze wszakże jest to, iż Mickiewicz zamknął obrządek
dziadów w osamotnionej kaplicy i tam w godzinach nocnych
w największem skupieniu i tajemnicy kazał go obchodzić. O tym

1) „Nie wiem, czy nazwę guślarza wziął Mickiewicz z ust ludu". J. Tretiak,
•dz. cyt. str. 183.
2) W pierwotnym tekście wyznaczył poeta czas uroczystości na „wigilję
wszystkich świętych“, potem jednak datę podaną usunął i wprowadził Wyżej
umieszczone określenie.

36
sposobie odprawiania uroczystości dziadów na Białorusi nic nam
zapiski o ludowych obrzędach nie mówią. W niektórych jednak
opisach tej uroczystości znajdujemy opinję pokrewną z opisem
Mickiewicza. Kirkor1) mianowicie pisze o dziadach mniej więcej
to samo, co nasz poeta, ale w tym wypadku autor opiera się na
uwagach Mickiewicza, o czem sam wspomina. Godniejsze jednak
rozpatrzenia jest stanowisko prof. M. Murki, gdyż wynosi się wra­
żenie, iż ten znakomity pisarz skłania się raczej pod tym wzglępem ku opinji autora „Pana Tadeusza“. Pisze on mianowicie, co
następuje: „Białoruskie święto dziadów uwiecznił A. Mickiewicz
w swym wspaniałym poemacie „Dziady“, w którym ludowe ele­
menty zużytkował w wysoce poetycki sposób. Podobny opis uro­
czystości w gubernji wileńskiej w latach pięćdziesiątych powiada,
ře powszechne święto dziadów przypada w czasie od połowy
października do połowy listopada, główne jednak święto przypada
Lia 2-go listopada, a więc na katolicki Dzień zaduszny. W wilję
tego dnia wyszukują wieśniacy w nocy puste miejsce na cmen­
tarzu lub w jego. pobliżu, o ile to możliwe w ruinach kościoła
albo opuszczonego domu, układają różne potrawy i napoje i za­
czynają wywoływać zmarłych, krewnych i przyjaciół." *2) Opinja ta
jest ujęta w ten sposób, iż łatwo może wprowadzić w błąd: po
pierwsze potwierdzenie elementu ludowego w „Dziadach“ wy­
nikło z oparcia się na sądzie Kallenbacha i Zdziarskiego, po dru­
gie zestawienie opisu poety z opisem z lat pięćdziesiątych, za­
czerpnięte z „Etnograficzeskiego Sbomika II, 213“ odnosi się
tylko do daty obchodzenia uroczystości, a nie do jej sposobu,
po trzecie sam opis sposobu obchodzenia dziadów wzięty jest
z „Dziadów“ Mickiewicza, a więc powtórzony w taki sposób,
w jàki go sam poeta przedstawił.
Z drugiej jednak strony prof. M. Murko przyjmuje, iż w in­
nych miejscowościach obchodzenie uroczystości dziadów w kapli­
cach i cerkwiach albo w pobliskich budynkach jest rozpowszech­
nione. Autor pisze mianowicie: „Godne uwagi jest to, że w daw­
nych czasach w Wielkorosji i Syberji na Zielone Święto wspomi­
nano przez modlitwy i ofiary z potraw w t. zw. domach ubogich
*) HCaBorlEcnaa Poccin pod red. II. U. CemeHOna, tom III, cz. II. _
»Łnop.,— o IIojrŁci.e w opr. A. E. EnpKopa, Petersburg 1882, str. 258.
2) M. Murko. Das Grab als Tisch, str. 99.

37
i „gnoiszczach“ tych, którzy ulegli nagłemu wypadkowi, niezna­
nych zmarłych, jak też biedne dusze, które zmarł" bez komunji1).
W innem jeszcze miejscu czytamy, że u Greków w bocznych przy­
budówkach urządzano małe kościółki w celu odprawiania nabo­
żeństwa żałobnego, co również zdarza się w Rosji ; na Wschodzie
--zaś odprawia się jeszcze dzisiaj w zewnętrznem przedsieniu mszę
za zmarłych. Z tego zaś wnioskuje autor, że „wobec takich oko­
liczności nie byłoby nic dziwnego, gdyby w przybudówkach koś*
ciołów, mianowicie w przedsieniach obok żałobnych nabożeństw
także stypy odprawiano, zwłaszcza że często około kościoła za­
kładano cmentarze“®). Jako dowód na poparcie swego -twierdze­
nia pisze autor o podobnej przybudówce (trapeza) w Starej Ładodze i w innych miejscowościach. Zauważyć przedewszystkiem
trzeba, iż autor twierdzenie swoje podaje tylko w przypuszczeniu
a nie w pewniku, wobec czego wolno je przyjąć albo też odrzu­
cić. A zresztą, choćby tak było istotnie, że w wielu miejscowo­
ściach w Rosji panuje obyczaj ucztowania po śmierci członka ro­
dziny w kapliczkach, to nie wiemy, czy jest to zwyczaj pow­
szechny, czy też tylko przypadkowy. Najważniejsze jednak tp, że
żadną miarą nie wydaje się nam możliwe, by za czasów mickie­
wiczowskich znano na Białorusi szczegóły uroczystości na cześć
zmarłych, odprawiane w Rosji, jeżeli nie zaznajomiono się nawet
poDieżnie z tego rodzaju uroczystością białoruską. Poeta mógł
znać artykuł Czarnowskiej, który został wydany w Wilnie za cza­
sów uniwersyteckich poety, ale w gruncie rzeczy niewiele się
z niego dowiedział, bo przeważa w nim zachwyt poetycki nad
stotą obyczaju, szczegóły zaś obrzędowe są mało opracowane.
Reszta wiadomości pochodzić mogła tylko z opowiadania lub
oglądania uroczystości. Co się zaś tyczy zwyczaju na Białorusi,
to — jak nam wiadomo — lud w • niektórych porach roku w dzień
święta dziadów lub dnia następnego gromadzi się w cerkwi, lecz
odbywa się tam całkien oficjalne wspominani zmarłycn, główna
zaś uroczy.« dść skupia się albo na cmentarzu pod otwartem nie­
bem albo w chacie, co zależy od pory roku, w jakiej się ma odbyć.
Ale zajść mogła inna możliwość w utworze, a mianowicie
dlá odprawienia owego misterjum obcowania żywych ze żmarłymi* 3
’) M. Murko -- dz. cyt., str. 106;

3) j. w. str. 128—129.



* j

nadawało się najlepiej tajemnicze, osamotnione, zakryte miejsce»
wobec czego me zawahał się poeta użyć go dla swego celu.
W tym wypadku odsunął się od przepisu i stworzył sobie tło
własne, znacznie dogodniejsze dla pojawiania się duchów, gdyż
łatwiej było wytworzyć nastrój -w zamkniętej kaplicy, niż np.
v chacie lub na cmentarzu. Jest to tak możliwe, jak również i to,
iż sposób wywoływania duchów jest daleki od zapraszania ich
przez lud białoruski1).
Jakże przeprowadził poeta w szczegółach opis obrzędu?
W scenie 2-ej I-ej części „Dziadów“ spotykamy się z wchodzą­
cym chórem wieśniaków, „niosących jedzenia i napoje". Idą oni
na uroczystość dziadów pod przewodnictwem Starca — tego ro­
dzaju inscenizacja ni< nasuwa żadnych zarzutów, gdyż i w ludo­
wej uroczystości znajdujemy Starców (żebraków), mających więk­
sze doświadczenie, a tern samem grających wybitniejszą rolę. Za­
stanawia natomiast inny szczegół: guślarz kazał stanąć młodzieży
„na drogi połowie“. Wyjaśnienie, że stało się to na mocy zwy­
czaju, byłoby zgoła bezpodstawne i fałszywe, gdyż do uroczy­
stości dziadów dopuszcza "i są wszyscy z wyjątkiem dzieci i star­
ców. Powstrzymanie młodzieży ma znaczenie symboliczne, co sam
poeta doskonale wyjaśnił, nie inaczej też należy rozumieć niedo­
puszczenie młodzieńców do współudziału w obrządku.
Il-a część dziadów ma zaledwie klik.1 rysów, które można
uznać za identyczne z. obrządkiem ludowym. Nie wiemy nic o tem,
by miał się on odbywać w zasłoniętej całunami kaplicy, w któ­
rej stoi „truna“ i by przewodnikiem był guślarz ; natomiast o roli
starca była już mowa wyżej.
Co się tyczy śpiewów obrzędowych i inkantacyj, to zaledwie
kilka słów możemy wyliczyć, które robią wrażenie, iż są zbliżone
do zaklęć,- stosowanych przez wieśniaków podczas uroczystości
dziadów. Poza tem cały układj tekstu, jak i sposób inscenizowa­
nia wizyj zaziemskich jest pomysłem Mickiewicza.
Tak więc wiersz:
„Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie i napitek“*)

*) Przyznać trzeba w tym wzglądzie trafność sądu A. Niemojowskiemu
(Dawność a .Mickiewicz, Warszawa 1921, str. 86).

39
nie jest wprawdzie tłumaczeniem z „litewskiego“, lecz ma pewną
analogję z powyżej przytoczonemi tekstami obrzędowemi,
„Przyzywania i odpędzania duchów .są tu wiernie' według
obrządku ludowego podane“ — twierdzi prof. J. Kallenbach *).
Otóż ta wierność przy odpędzaniu musi się ograniczyć do trzech
tylko wierszy:
„Nić chcecie jadła, napoju,
Zostawcie nas w pokoju!
A kysz, a kýszl“

Cały jednak ton tego zaklęcia nie może odpowiadać rzeczy­
wistości, poeta nasz oparł całe zaklęcie na tym sposobie, w -jaki
odpędza się złe duchy, a więc na żegnaniu się i użyciu krzyża.
Według wiary ludu dusze zmarłych niekoniecznie są pokutujące,
stąd też przy żegnaniu się z niemi ^słychać też poradę, by leciały
do nieba.
Jeszcze jedna okoliczność wymaga objaśnienia, mianowicie
częstowanie pojawiających się duchów potrawami. Poeta ten śro­
dek pomagania zmarłym zastosował, ale tylko formalnie, gdyż
dobór potraw jest całkiem samodzielny, a co najważniejsze — na
bierają one znaczenia symbolicznego.
Tak więc dzieci mają otrzymać słodycze:
„Są tu pączki, ciasta, mleczko,
I owoce i jagódki“.
j*

Dzieci jednak tego podarku przyjąć nie chcą, tylko proszą
„gorczycy dwa ziarna“, która ma zastępować albo raczej symbo­
lizować gorycz życia.
Powyższy urywek wskazuje jasno na to, że i w tym wy­
padku nie chodziło poecie o wierność folklorystyczną.
Wódka, o której mewa przy następnym obrazie, stanowi —
jak się przekonaliśmy — ważną składową część biesiady, ale
w utworze Mickiewicza nabiera ona innej zgoła wartości — służy
do wywołania najcięższego ducha, przez jej zapalenie. Widmo mo­
głoby się posilić mlekiem i chlebem, jak to bywa na biesiadach
ludowych, lecz ono pragnie wody i „dwa pszenicy ziarnk “. Psze­
nica w uczcie ludu stanowi ważną potrawę, dodaje się ją do*)
*) Bibl. Naród, serja I, nr, 11, str. 43.

40
„kutji" mianowicie, lub też przyrządza na inny sposób. Ale ani
Widmu ani Dziewczynie pomoc materjalna nie pomoże.
W końcu mamy jeszcze do czynienia z makiem i soczewicą,
co rzuca się w stanie surowym. O potrawach z makiem trudno
powiedzieć cokolwiek, natomiast soczewicę przyrządza czasem lud
na święto dziadów.
rS ■ T**« W1ÇC. U<lał° SÍ<* nam slwierdz‘ć> że Mickiewicz, pisząc
„Dziady“ dalekim był bardzo od usiłowania odtworzenia ludowej
uroczystości, bo zresztą o to mu bynajmniej nie chodziło. Stwier­
dzamy natomiast z zadowoleniem, że jakkolwiek „zwrócił się do
ludowych wierzeń i poezji, nie, zrezygnował jednak przytem
z swego subjektywizmu i swobody artystycznej“1).
Czy wobec tego utwór Mickiewicza stracił na znaczeniu, że
w nim nie znajdujemy odbicia ludowego święta i że nie może być
żadną miarą źródłem do jego poznania? Bynajmniej! Genjusz,
s ^ ępowany pewną formułką, mógłby był odtworzyć nawet w spo­
sób nad wyraz piękny uroczystość dziadów, ale nie mielibyśmy
tych prawd głębokich, jakie właśnie ten genjusz w prostym obrzę­
dzie odkryć potrafi, a mianowicie, że w nim „ukryte Są wielkie
prawdy życia duchowego, otwarty widok na niezmierzone krainy
istotnych stosunków ludzkiej duszy“ 2).
Zdajemy sobie z tego najzupełniej sprawę, że przez porów­
nanie istotnej uroczystości dziadów na Białorusi z' poematem mic­
kiewiczowskim i przez wykazanie, iż nie jest on odbiciem tego
obrzędu, nię zgoła na swej wartości nie stracił.
*) Stanislaw Szpotański — Adam Mickiewicz i jego epoka, Warszawa
tom I., str. 186.
*) Tamże, str. 189.

MATERJAŁY I NOTATKI ETNOLOGICZNE.
Jeden z niezapisanych przesądów myśliwskich i rybackich.
Podczas wycieczki, podjętej z dr. M. w r, 1892 na Czarną
Horę, na'drodze między Zabiem a Jawornikiem, poznałem czło­
wieka pierwotnego co do światopoglądu i wierzeń, — pierwot­
nego, mimo że nosił kołnierzyk stojący i krawatkę a piastował
urząd t. z. forsztwarta w byłych austrjackich lasach rządowych.
Mieszkał na wysokiej górze, oddzielonej od gościńca rzeką,
a do niewielkiego domu jego prowadziła stroma ścieżka, połą­
czona ze światem ludzkim długą, trudną do przejścia, wiszącą na
linach łyczanych, chybocącą, położoną nad szumiącemi falami
Czeremoszu kładkąBędąc z dr. M. w gościnie u tego oryginała, który szczycił
się, że od lat niepamiętnych nie był nawet w takiem mieście jak
kołomyja, żył tylko na łonie natury, chodząc po lasach i górach
(wypadało tak z jego urzędu), za całe zaś towarzystwo miał sta­
rego hucuła Iwana i starą hucułkę, tudzież od czasu do czasu
odwiedzających go innych hucułów, zobaczyliśmy na posadzce
obszernej izby leżącą, olbrzymią skórę niedźwiedzia. Na zapyta­
nie, czy to jego własna zdobycz, odpowiedział twierdząco, do­
dając z dumą, że zdobycz to niebywała, bo myś ubity został na
wielką odległość, kulą trafiony w łeb między oczy. Na pamiątkę
tego jeden słupek z datą dnia i roku w ziemię wkopał, gdzie
stał podczas strzału, — drugi, gdzie padł trup niedźwiedzi.
Tajemnicy pewnego trafiania każdego zwierza, na odległości
j ik największe, nauczył go stary hucuł,' towarzysz, który po­
nadto -— jak twierdził opowiadający, — posiadał wiele innych
wiadomości nieznanych nikomu, jak leczenia, szczegół' ie wście­
klizny, znajdowania skarbów zakopanych i t. p. nadzwyczajności.

42
Gdy opowiadającemu przyrzekliśmy, że nikomu nie po­
wiemy o tym niezawodnym środku strzeleckim, wyłożył nam ta­
jemnicę, którą ze względu na interes naukowego badania zabo­
bonów obecnie odkrywam.
„Trzeba — mówił on — wiedzieć, że na koniec lufy każdej
fuzji siada zawsze, kiedy myśliwy zabiera się do strzału, zły,
i wtedy, kiedy spadnie kurek, zły sprawi, że kula zboczy, choć­
byś był najlepszym strzelcem. Jeśli chcesz zawsze trafić, musisz
nauczyć się złego spędzać, by lufy nie podbijał w dół ani w górę,
na prawo ani na lewo. Jest na to sposób. Na wiosnę, kiedy na
wierzbie białej, wyiokiej, pokażą się baźki, trzeba szukać baźki,
takiej, w której znajdzie się robak biały, ale taki, żeby baźki
jeszcze nie naruszył. Trafi ci się znaleźć baźkę z takim robakiem,
musisz robaka wyjąć i zawinąć w szmatkę, oddartą z koszulki
dziecka, ale nie koniecznie, i szmatkę zawiązać nitką, z niej wy­
snutą. Samej baźki' nie można wyrzucić lada jako, ale trzeba ją
palić. Kiedy będziesz miał robaka w szmatce, wsadzisz to do
lufy i trzy razy ladsztokiem przesuniesz tam i napowrót tak, jak­
byś lufę czyścił; potem trzeba szmatkę z robakiem schować, bo
może się przydać a mocy nie traci. Z takiej fuzji zawsze się trafi.
»Ale gałąź wierzbowa z baźkami i robakiem przydatna jest
jeszcze na inne rzeczy i pomocna. Tu w potoku, niedaleko ode
mnie, było takie mnóstwo pstrągów, że ino brać rękami, ile się
chciało, — codziennie też na wieczór smażyłem w ryneczce, jak
teraz. Aż jednego dnia wszystko gdzieś zczezło, jakby ktoś wy­
łapał czy coś takiego. Mówię ja wtedy do Iwana: „Patrzcie, ani
jednej niema, ani jedna muszki nie wzięła ! co to za licho ? a chi
na tebeł" Iwan na to: „Zły wszedł do wody i wszystkie ryby
odpłynęły, i tak zostanie aż do wiosny, kiedy wierzby zakwitną.
Musicie wtedy znaleźć i wyciąć gałąź wierzbową z baźkami i z ro­
bakiem białym, który siedzi w baźce, ale jeszcze jej nie nadgryzł.
W nocy, przy księżycu, o dwunastej, trzeba pójść nad potok,
trzy razy uderzyć gałęzią po wodzie i za każdym razem zakląć
złego, aby wyszedł z wody !“ Tak zrobiłem i na drugi dzień
znowu były ryby, jak dawniej“.
^czywi; cie, że cała rzecz obraca się tutaj około wierzby,
Jrzewa, któremu od niepamiętnych czasów przypisuje się moc
czarodziejską, skuteczniejszą niż sih, złych duchów, — kwitnące
zas bazie z białym robakiem, łaskawie obchodzącym się z kwie­

ciem, są tylko podkreśleniem trudności, z jakiemi łączy się zna­
lezienie tak upragnionego środka; jest to zresztą cechą konieczną
wszystkich środków czarodziejskich, antydjabelskich, których szuka
i chce zdobyć człowiek zabobonny. Czy to huculskie wypędzanie
złego, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę uderzanie gałęzią
po wodzie i stosowanie zaklinań, nie przypomina praktyk przeciw
Arymanowi i nie jest dalekim odgłosem wpływów wiary irańskiej,
możeby warto się zastanowić.
Mimo staranne kiedyś poszukiwania, nie udało mi się zna­
leźć w wydawnictwach ludoznawczych polskich ani obcych zapi­
sanej a podobnej do powyższej notatki wiadomości, — z tego też
motywu zdradziłem tajemnicę oryginału-leśniczego. Dowodem je­
dnak, że wiara w moc wierzby i białego robaka w świecie my­
śliwskim nie była obca także inny u i hucułom, jest okoliczność
następująca.
Tegoż roku 1892 w Jaworniku (koło .Burkutu) straż leśna
odebrała hucułowi-kłusownikowi Strzelbę z przykładem (kolbą),
pięknie manierą huculską wyrobionym. Po kilku dniach zjawił się
jej właściciel w zarządzie lasów jawornickim z- prośbą, aby mu
pozwolono zabrać ze strzelby coś, na czem mu bardzo zależy.
Otrzymawszy pozwolenie, odsunął zasuweczkę, w pewnem miejscu
przykładu misternie ukrytą, której przedtem nie zauważono, i ze
skrytki wypadł zasuszony, wskazujący palec ludzki, — zasuszone
oko ptasie (krucze czy orle?) i mały węzełek ze szmatki, na
której znać było sadzę z lufy po wystrzeleniu. Zapytany wyjaśnił
rzecz, że palec, odcięty zmarłemu, jest na to, aby palec żywy
dobrze ciągnął za cyngiel, — oko, aby dobrze widzieć i mierzyć,
a o węzełku powiedział, że to „takij chrobak“.
Z dav'nych notatek przepisał
WILHELM BRUCHNALSKI.

POLEMIKA.
W sprawie metod Prof. Jana Czekanowskiego oraz recenzji jego
z odczytu Stanisława Poniatowskiego p. t. „Podłoże rasowe kultur
. zasadniczych".
Z wielkiem zdziwieniem przeczytałem w tomie XXIII Ludu recenzję
odczytu St. Poniatowskiego napisaną przez kolegę Czekanowskiego.
Odczyt ten pod tytułem „Podłoże rasowe kultur zasadniczych“,
dotychczas nie został ogłoszony drukiem, a był jedynie wygłoszony na
posiedzeniu Instytutu Nauk Antropologicznych Tow. Naukowego War­
szawskiego w Tow. Geograficznem w Warszawie i na Zjeździe Między­
narodowego Instytutu w Pradze.
Podziwiałem więc nadzwyczajną pamięć Kolegi Czekanowskiego,
ctóry dosłownie potrafił zacytować ustępy referatu Ponia­
towskiego, , niestety jednak na jedn. m z posiedzeń Sekcji Nauk Antro­
pologicznych XII Zjazdu Przyrodników i Lekarzy rozwiały się moje złu­
dzenia — na skutek oświadczenia Kolegi Poniatowskiego, zgłoszonego
i przyjętego do protokołu posiedzeń Zjazdu. Okazało się niestety, że
Kolega Czekanowski miał zadanie ogromnie ułatwione na skutek tego,
że otrzymał poufnie od Komitetu Kasy im. Mianowskiego
rękopis Kolegi Poniatowskiego, który złożył go w Kasie w celu
uzyskania subwencji.
Coprawda Kolega Poniatowski zaprotestował przeciw tego rodzaju
spożytkowaniu rękopisu bez porozumienia z autorem, nie trafiło to jednak
do przekonania Koledze Czekanowskiemu, gdyż w dyskusji nad tym pro­
testem przyznał się, że nawet przetrzymał u siebie rękopis
Poniatowskiego, pomimo dopominania się ze strony Komitetu Kasy
im. Mianowskiego, zanim nie zostały wykończone obliczenia
jego uczniów dotyczące tego samego tematu.
Rozumiem teraz intencje Kolegi Czekanowskiego i gorączkowy
pośpiech w ogłoszeniu zjadliwej recenzji odczytu Poniatowskiego w tomie
XXIII Ludu.
Kolega Czekanowski w recenzji tej zajmuje również stanowisko
krytyczne w stosunku do mego Homo phanobrachycephalus — twierdząc
najzupełniej bezpodstawnie, że ten nowy termin systematyczny nie został
przezemnie nawiązany do żadnego ze składników ludności europejskiej,

ustalonych zgodnemi wynikami badań ostatniego trzydziestolecia. Wi­
docznie Kolega Czekanowski w gorączkowym pośpiechu nie
przeczytał uważnie moich prac odnośnych, w których prze­
prowadzam powiązania pomiędzy Homo phanobrachycephalus a jasnym
krótkogłowcem Czepurkowskiego, oraz typami Denikera, Barge’go, Bolka
i t.- d. Otrzymałem następnie zarzut stosowania wadliwej metody: Zarzut
to zupełnie gołosłowny1).
Otrzymałem wreszcie zarzut, że opieram się na niewystarczającym
pod względem ilościowym materjale. W rzeczywistości sprawa przed­
stawia się w sposób następujący: pierwszą definicję mego typu Homo
phanobrachycephalus oparłem na grupie składającej się z 74 osób, co
jest ilością bardzo często spotykaną w opracowaniach antropologicznych,
następnie zaś przeprowadzone zostały badania : nad wszystkiemi powiatami
Pomorza i kilku powiatami z różnych terenów Rzeczypospolitej Polskiej,
t. j.r nie jad setkami a nad szeregiem tysięcy osobników i wyniki tych
hadań potwierdziły słuszność pierwotnej mojej definicji.
Widzimy więc, że zarzut Kolegi Czekanowskiego nie odpowiada
rzeczywistości.
- ■
Pozwolę tu sobie zapytać Kolegę Czekanowskiego : na jak licznym
materjale oparł, on swoją definicję typu sarmackiego i na jakiej pod­
stawie tak kategorycznie twierdzi, że typ ten jest „bez wątpienia iden­
tyczny“ zarówno z Homo phanobrachycephalus jak z rasą subnordyczm
Denikera, jak też i z rasą grenelską literatury paleoantropologicznej ?
Byłoby też bardzo wskazanem, by Kolega Czekanowski zechciał
nas pouczyć, na ilu to osobnikach opartą jest definicja rasy grenelskiej ?
Kolega Czekanowski zarzuca Poniatowskiemu lekkomyślność, fantastyczność i ogólnikowość najzupełniej niesłusznie, natomiast, jak widzimy
chociażby na podstawie faktów przytoczonych przezemnie powyżej, ter­
miny te mogą być z powodzeniem zastosowane do oceny jego prac
własnych.
Można tu jeszcze przytoczyć np. fakt, że o swoim typie sarmackim
t. j. y Czekanowski w jednym przypadku mówi, że jest to typ wąskolicy,
w innym zaś — że jest on szerokolicy. Przypuszczam, że przez prze­
zorność w pracy następnej Kolega Czekanowski określi typ san_acki
trel y jako średniolicy i podniesie go do potęgi typu uniwersalnego, do
którego wszystkie typy antropologiczne będą pasować. Nic dziwnego
zresztą, albowiem przy zastosowaniu metody różnic, tak ulubionej
przez Czekanowskiego, a która ma tę właściwość, że wszelkie cech.y
antropologiczne traktuje jako jednowartościowe, może
łatwo nastąpić pomięszanie pojęć kunsztowności i sztuczności otrzyma­
nych rezultatów.
KAZIMIERZ STOŁYHWO.

’) Ponieważ Kolega Czekanowski nie podał w swej krytyce żadnych argu­
mentów, któreby wykazały błę iność mojej metody, przeto nad tęgo rodzaju
zarzutem przechodzę do porzą ku dziennego.

46
W sprawie artykułu p. Kazimierza Stołyhwy: W sprawie metod
Prof. Jana Czekanowskiego oraz recenzji jego z odczytu Stanisława
! Poniatowskiego p. t. „Podłoże rasowe kultur zasadniczych".
Dnia 9/IX 1925 otrzymałem w kopercie z nadrukiem „Instytut
Nauk Antropologicznych Towarzystwa Naukowego Warszawskiego“ jako
druk niezapieczętowany artykuł p. K. Stołyhwy, przesłany do redakcji
9 'gonu Polskiego Towarzystwa Etnologicznego, kwartalnika „Lud“, i roze­
słany przed jego wydrukowaniem
bardzo wielkiej ilości egzemplarzy.
W liczbie obesłanych znajdował się zarówno Rektorat Uniwersytetu Jana
Kazimierza we Lwowie, jak i niektórzy z mych uczniów. Artykuł dotyczy
ogłoszonej , rzezemnie w tym organie oceny odczytu Dr. S. Poniatowskiego
p. t. „Podłoże rasowe kultur. zasadniczych". Artykuł ten jest napisany
w tonie bardzo podrażnionym i stanowi wynik reakcji uczuciowej na
passus tej recenzji, w którym zaznaczam, że termin systematyczny Homo
phanobrachycephalus, wprowadzony przez p. K. Stołyhwę stanowi „wynik
stosowania wadliwej metody do zupełnie niewystarczającego mateijału“.
_
Wobec tego, że. w artykule tym autor podnosi :
>
1) że było rzeczą niewłaściwą ogłaszanie recenzji odczytu nieogłoszonego drukiem,
2) że dyskwalifikacja jego metody i.jej zastosowania jest niesłuszna, i
3) że moje wyniki nie uprawniają mnie do wygłaszania sądów tego
rodzaju,
uważam za wskazane wypowiedzenie mego poglądu w tej sprawie.

Uważałem i uważam, że odczyty naukowe wygłasza się bądź dla
Zakomunikowania wyników 'badań własnych lub cudzych, bądź też dla
wysunięcia pewnych ogólnych punktów widzenia, zapładniających prace
innych. Dlatego też nie mogłem sobie wyobrazić, by naukowiec recenzję
odczytu wygłoszonego trzykrotnie, na którym byłem, robiłem notatki
i przyjmowałem udział w dyskusji, mógł uważać za wdzieranie się do
taj.ników myśli cudzej. Pisząc opinję dla Kasy Mianowskiego o rzeczy
oodanej już do wiadomości kół naukowych, coprawda tylko w postaci
odczytu i jeszcze niewydrukowanego streszczenia, do którego zobowią­
zywał regulamin zjazdu praskiego, uważałem sobie za obowiązek jej
ujawnienie. Przecież to daje. możność zwrócenia uwagi na niesłuszność
oceny, która w przeciwnym razie pozostać musi tajemnicą dla. zaintereso­
wanego.- Wówczas opinjujący może się spotkać z zarzutem, że korzysta
Z zaufania Kasy Mianowskiego, by jej podawać opinje, którychby nie
ogłosił. A jest to przecież najcięższy z wszystkich możliwych zarzutów.
Jak bardzo wskazana była w danym wypadku jak najdalej idąca
ostrożność, stwierdza następujący mnie dotyczący passus artykułu p. K. Sto*
łyhwy: „przyznał się, że nawet przetrzymał u siebie rękopis
Poniatowskiego, pomimo clopOminania się ze strony Komitetu Kasy
,im. Mianowskiego, za*j*m nie zostały wykończone obliczenia
jego uczniów dotyczące tego samego tematu“. Ten bardzo

47
nieprzyjemnie wyglądający zwrot jest przytoczony jako argument potwier­
dzający spożytkowanie rękopisu trzykrotnie wygłoszonego odczytu. Dla
krytycznego jednak czytelnika, który wie, że wyzyskanie kilkostrohnicowego odczytu nie wymaga bynajmniej jego przetrzymywania, wystar­
czyłoby bowiem kilka godzin na jego przepisanie, musi tu nasunąć się
pytanie, co ja tam mogłem lub chciałem powiedzieć ? Czy- może moim
uczniom kończącym swe obliczenia na te same tematy mogło dać. coś­
kolwiek' przetrzymanie rękopisu, którego widocznie nie kazałem prze­
pisać ? Otóż sprawa przedstawiała się tak : Otrzymawszy ku końcowi
lutego bezpośrednio przed wyjazdem do Finlandji wezwanie do wydania
opinji nie mogłem tego uczynić szybko, gdyż po powrocie byłem tylko
12 dni we Lwowie i po tym krótkim' pobycie wyjechałem- do Kairu.
Pobyt we Lwowie musiałem przytem poświęcić przygotowaniu odczytów
kongresowych, z których jeden Stanowiły wyniki dwa lata trwających
obliczeń mego afrykańskiego materjału kranjologicznego, zakończone wów­
czas przez p. G. Lempertównę. Pisząc recenzję odczytu Dr. S. Ponia­
towskiego uważałem za wskazane przytoczenie árgumentów nowych, ' prze­
mawiających na korzyść dwu przez niego wysuniętych nawiązań, kryty­
kowałem bowiem inne, zarówno jak i zasadnicze założenie odczytu. Rył
to z mej strony akt lojalności naukowej. Mówiąc o mej recenzji na
Zjeździe Lekarzy i Przyrodników wspomniałem o tern i zaznaczyłem, że
przytoczenie jednego argumentu na korzyść poglądu Dr. S. Poniatow­
skiego było umożliwione zwłoką zaszłą w załatwieniu sprawy opinji,
gdyż tymczasem p. G. Lempertówna zakończyła swe obliczenia. W piśmie
p. K. Stołyhwy moja wzmianka Otrzymała powyżej przytoczoną postać.
Fakt powyższy rzuca dużo światła na panujące u nas stosunki
Baczne obserwowanie naszego życia doprowadziło mnie do przeświad­
czenia, że zasadniczy warunek rozwoju nauki w Polsce stanowi jawność
krytyki naukowej. Ten konflikt jest najlępszem uzasadnieniem słuszności
tego ~ poglądu. Krytyki nieogłaszane, niedostępne lub wskutek niedys­
krecji mało dostępne dla zainteresowanych muszą stanowić źródło nie­
ścisłości i mogą powodować niekiedy powstawanie nawet i plotek.
Wreszcie chcę poświęcić kilka słów sprawie „wyzyskania“ rękopisu
odczytu, na którym byłem. Musimy tu postawić pytanie, co mi to dać
mogło ? Otóż mogło mi to dać jedynie przeświadczenie, że nie podnoszę
zarzutów nieuzasadnionych. Czy mogłem przytem przypuszczać, by komu­
kolwiek poważnie zajmującemu się nauką mogło zależeć na tern, byir
podnosił zarzuty nie posiadające wartości dla Jerytyki naukowej ? Prze­
cież to nie leży w interesie nauki polskiej, zniżając poziom toczących
•się w niej dyskusyj.
, •
Na zarzut, że uczyniłem to bez porozumienia z autorem, muszę
odpowiedzieć pytaniem: Czy jest dopuszczalne, by opinja w sprawie
subwencyjnej była pisana w porozumieniu z autorem ? Ja uważam, że nie.
A przecież ująwnienie mej opinji uważałem za wskazane. Zresztą zawia­
domiłem o tern odnośnego referenta Kasy im. Mianowskiego listem
prywatnym.

48
t Przechodząc do punktu drugiego, dotyczącego metody analitycznej
P- K. Stołyhwy, to muszę zaznaczyć, że nie poddałem jej krytyce dla­
tego, że zdaniem mojem metoda ogłoszona w roku 1924, a dyskwalifi­
kowana przez pracę ogłoszoną w roku 1888 do oceny się nie nadaje.
Temlwdziej, że chodzi tu o pracę, która zrobiła wielkie wrażenie na
współczesnych i została wydana po polsku w roku 1897 w Warszawie.
_ąm tu na myśli: On a -Method of Investigating the Development of
Institutions, ogłoszoną przez E. B. Tylora. w Journal of the Anthropolo­
gie?! Institute. W pracy tej znakomity przedstawiciel Nauk Antropolo­
gicznych podnosi, że, opierając się na liczebnościach kombinacyj różno­
rodnych kategoryj, podstawę sądu stanowi porównanie liczebności po­
strzeganej z liczebnością teoretyczną, obliczoną przy założeniu braku
związku. Innemi słowy zwraca on uwagę na konieczność stosowania kryterjum niezależności. Metoda p. K. Stołyhwy nie uwzględniła tego
zasadniczego wymagania metodologicznego i to ją dyskwalifikuje.
>koro jednak tą sprawa została podniesiona przez p. K. Stołyhwę,
uŁaęaaniam szczegółowiej me negatywne stanowisko, zarówno względem
metody, jak też i. osiągniętych za jej pomocą wyników. Uzasadnienie to
podaję w załączniku.

Przejdę wreszcie do trzeciego punktu, kwestjonującego me upraw­
nienie do dyskwalifikowania prac p. K. Stołyhwy. Pomijając postawione
przezeń pytania, na które odpowiadam w załączniku poświęconym kry­
tyce jego metody, uderza tu następujący passus:
ń Można tu jeszcze przytoczyć np. fakt, że o swoim typie sar­
mackim t. j. y1) Czekanowski w jednym przypadku mówi, że jest to
typ wąskolicy, w innym zaś — że jest on szerokolicy. Przypuszczam,
że przez przezorność w pracy następnej Kolega Czekanowski określi typ
Sarmacki vel y*) jako średniolicy i podniesie go do potęgi typu uniwer­
salnego, do którego wszystkie typy antropologiczne będą pasować“.
Ten zagadkowy ustęp wymaga Oczywiście wyjaśnienia. Dla nieuprzedzonego krytycznego czytelnika nasuwają się tu bowiem dwie
zupełnie różne możliwości :
1) że ja doszedłem w różnych czasach do wyników rozbieżnych,
-Inb też
2) że to się tylko tak p. K. Stołyhwie zdawało.
W razie drugiej możliwości należy oczywiście wyjaśnić dlaczego.
Wobec tego, że ja dotąd oznaczałem typ sarma dci jako szeroko­
licy a nie oznaczałem go jako wąskolicy, lecz tylko podałem średnie
wskaźnika licowego, mierzonego według metody francuskiej, od ophryonu,
stosowanej powszechnie przez dawnych polskich antropologów, wyjaśnienie
powyższej zagadki nie. nastręcza trudności. Po prostu p. K. Stołyhwo
mówiąc 0 „wąskolicości“ typu sarmackiego :

') Litera f opuszczona przy powielaniu w piśmie p. K. Stołyhwy.

49
1) nie wiedział, ery też zapomniał zupełnie, że aníropologowie
polscy, przed uzgodnieniem techniki pomiarowej w Monaco w 1906 roku,
reprezentowali' kierunek francuski i mierzyli wysokość twarzy od pphryonu ;
2) nie zdawał sobie sprawy, że wskaźnik licowy powyżej, 90, jako
średnia charakteryzująca grupą, przy pomiarach od nasionu stanowi
liczbę n zmiernie wysoką, tylko w kilku nielicznych wypadkach stwier­
dzoną i wskutek tego, przy zaznaczeniu szerokolicości, wskazuje bez­
względnie nà metodę francuską;
3) nie zauważył, że.na różnice pomiędzy temi metodami zwracałem
uwagę w mej pracy z roku 1921, wymienionej przez niego w spis.e
literatury, w jego prący z roku 1924, o analizie typów antropologicznych.
Przypuszczam, że już powyższe wystarcza najzupełniej dla wyjaś­
nienia charakteru naukowej strony pisma p. K. Stołyhwy. Przecież wchodzą
tu w grę rzeczy zupełnie elementarne.
Możność wykazania tak zasadniczych braków w znajomości przed­
miotu u p. K. Stołyhwy *) daje zupełne uprawnienie dla nawet i bardzo '
'strego krytykowania jego działalności naukowej. Nie. potrzebuję tego
uzasadniać, ani wielkością mego dorobku naukowego, którego rozmiary
przewyższają bodaj przeszło dziesięciokrotnie rozmiary dorobku nauko­
wego p. K. Stołyhwy, ani też tem, że dorobek naukowy mych uczniów
przewyższa poważnie jego dorobek naukowy. Zresztą moje stanowisko
naukowe nakłada na mnie przykry niekiedy obowiązek czuwania nad
poziomem prac ukazujących się u nas w dziedzinie objętej mą katedrą.
We Lwowie, dnia 7/X 1925.

JAN < ZEKANOWSKI.

'K
./
(
.• i
Metoda analizy typów ant opologicznyd- p. Kazimierza Stołyhwy
w świetle kryterjum niezależności.
TREŚĆ: Grupy pigmentacyjne. — Asocjacje grup pigmentacyjnych i kształtu
głowy. — Parodoks statystyczny. — Ciemnienie oczu i włosów. —
. Krótkogłowie : jasnowłosy. —Rasa grenelska. — Liczebność materjału. —
Asocjacje grup pigmentacyjnych ze wskaźnikami nosa i twarzy. —
Moje wyniki. — Wyniki p. K. Stołyhwy.

W roku zeszłym, w tomie XII organu Muzeum Prehistorycznego
im. Erazma Majewskiego „Swiatowit“, ogłosi* p. K. Stołyhwo pracę
pod tytułem : „Analiza typów antropologicznych“. Metoda ta nie czyni
zadość wymaganiom nauki współczesnej. Nie uwzględnia ona bowiem
konieczności stosowania kryterjum niezależności, na co zwrócił uwagę
znakomity E. B, Tylor 8) już-w roku 1888. Metodę p. K. Stołyhwy, oraz jej
zastosowanie przez .autora, poddaję tu krytycznemu rozpatrzeniu, ograni­
*) Załącznik do tego pisma stanowi po'; ane. poniżej szczegółowe rozpa­
trzenie metody p. K. Stołyhwy pod tytułem: „Metoda analizy typów antropolo­
gicznych p. Kazimierza Stołyhwy w świetle kryterjum niezależności“.
2) Tylor E. B. On a Method of Investigating the Development ot Insti­
tutions. The Journal of the Anthrópological Institute of Great Britain and Ireland
1889, Tom XVIIL s. 245-272.
Lud. T. XXIV.

4

czając się jedynie do rzeczy najważniejszych. W krytyce tej kładę główny
nacisk na stronę pozytywną,., to jest na uzasadnienie tych wyników, do
których dojść można przy zastosowaniu współczesnych metod statystycz­
nych,. rewidując materjał opracowany już przez autora pozostającego
na poziomie wymagań dawnych. Te dawne wymagania, jak wiadomo, po
śmierci znakomitego twórcy szkoły francuskiej P. Broca w roku 1880,
gdy brakło wielkiego intuicjonisty, doprowadziły do tak zwanego kry­
zysu w antrrpölogji, oficjalnie stwierdzonego przez niemniej znakomitego
przedstawiciela szkoły. niemieckiej Rudolfa Virchowa na' Kongresie Antro­
pologów Niemieckich w Lindau, w roku 1899. Z kryzysu tego, jak wia­
domo, przy pomocy metod dawnych antropologja wybrnąć nié zdołałcZagrożony zdawałoby się byt antropologji został uratowany dopiero
dzięki zdobyczom osiągniętym w Anglji w dziedzinie metod statystyki mate­
matycznej, obecnie tak intensywnie wyzyskiwanvm i uzupełnianym w Polsce.
'' Grupy pigmentacyjńe.
Nawiązując swą pracę pod względem metodologicznym do monografji antropologicznej Polski Prof. Dr. Ludwika Krzywickiego, ogłoszonej
w pierwszym tomie Encyklopedji Akademji Umiejętności, p. K. Stołyhwo
wysuwa na miejsce naczelne kombinacje kategoryj barwy oczu i włosów,
które oznaęza mianem „grup pigmentacyjnych". Na podstawie liczebności
kombinacyj • tych grup z kategorjami innych cech, przy zastosowaniu spe­
cjalnych symboli, p. K. Stołyhwo stara się określić skład badanej populacji.
Jak się można przekonać z przeliczenia odsetek na liczby bez­
względne, materjał złożony z 74 żołnierzy z powiatu ostrowskiego,' zba­
danych przez kolumny antropologiczne Ministerstwa Spraw Wojskowych,
rozpada się na następujące kategorie :
TABELA I.
Żołnierze z powiatu ostrowskiego województwa białostockiego.
Włosy (skala E. Fischera):
Ja^ne rudawe (Nr. 8—19) ... 22
Ciemne rudawe (Nr. 6, 7 i 30) . 23
. Jasne, popielata ve (Nr. 21—26) . 5
Ciemn« popielał. (Nr. 4, 5, 28 i 29) 24

Oczy (skala R. Martina):
Niebieskie (Nr. 12—16) . . . . 34
Zielonawe (Nr. 7—11) ..... 35
Jasne piwne (Nr. -5 i 6).................1
Piwne (Nr. 3 i 4)...................... . . 4

Wskaźnik główny :
Śże dmogłowi (76 0—81.0). . . . 25
Krótkogłowi (81.0—85.5) . .... 39
Naukrotkoglowi (85.5—x) . . . . 10

Wskaźnik nosa:
Średnionosi (70.0—85.0) .... 20
Wąskonosi (55.0—70.Ö) ..... 52
Nadwąskonosi (x — 55.0) .... 2

Wskaźnik twarzy:
Nadszerokolicy (x — 79.0) ........... 8
Szerokolicy (79.0—84.0) . "............................
21
Średniolicy (84.0—88.0)......................................... 23
Wąskólicy (88.0—93.0)......................................... 19,
Nadwąskolicy ((93.0—x) ........... 3

51
Obliczywszy na tej podstawie, dla poszczególnych kombinacyj kategoryj pierwszych dwu cech, liczebności teoretycznie oczekiwane, przy
założeniu braku związku między piemi, zestawimy je w poniższej tabeli
z liczebnościami faktycznie stwierdzonemi, oraz obliczymy ich błędy
prawdopodobne. : Ponadto, dla ułatwienia orjentacji, podaję liczby,' któremi p. K. Stołyhwo oznaczył swe grupy pigmentacyjne, oraz oznaczam
znakiem 4- kombinacje wykazujące nadwyżki liczebne ści postrzeganych
nad t eor 'tycznie oczekiwanemi, a znakier" — kombinacje wykazujące
niedobory.
ŤABELA II.
Liczebności grup pigmentacyjnych..
+
+
VI.
ffl.
Jasne rudawe wł. ■ Ciemne rudawe wł.
Niebieskie oczy
Niebieskie oczy
10.57
10.10
13 1 2.21
1412.27


V.
Jasne rudawe wł.
Zielonawe oczy
10.41
711.70


IL
Ciemne rudawe wł.
Zielonawe oczy
10.88
811.80

VII.
J. popielatawe wł.
Niebiéslde oczy
2.30
2 10.94

IX.
C. popielatawe wł.
Niebieskie oczy
11.03
5 ± l;4t>
+

+
VIII.
J. popielatawe wł.
Zielonawe uczy
2.36
3 11.14

C. popielatawe wł.
Zielonawe oczy
ii:-35
17 12.44

Ć-jmne rudawe wł. J. popielatawe wł.
Jasne piwne oczy .Jasne piwne oczy
0.07
0.31
0
0

C. popielatawe wł.
Jasne piwne oczy
J.32
. f

+
I.
Ciemne rudawe wł. 'j. popielatawe wł.
Piwne oczy
Piwne oczy
0.27
1.24
0
2:!: 0.94

+
XL
C. popielatawe wł.
Piwne oczy
1.30
2 : 0.94

,x:

4

IV.
Jasne rudawe wł.
Jasne piwne oczy
0.30
110.67

Jasne rudawe wł.
Piwne oczy
1.19

0

Jak widzimy, mianem grup pigmentacyjm ch p. K. Stołyhwo ozna­
czył wszystkie obserwowane kombinacje odróżnianych kategoryj oczu
i włosów. Jedynie z, powodu malej liczebności materjału badanego jest
ich 11, zamiast 16. Jeszcze przy materjale siedem razy liczniejszym
-oczekiwanie obserwowania kombinacji jasnych piwnych oczu i jasnych
popielatawych włosów nie wyno: iłoby 0.5.
4*

52
Nie można oczywiście przesądzać zgóry odpowiedzi na pytanie,
czy do sWadnÍKÓv. antropologicznych populacji mogą być nawią­
zywane jedynie te kombinacje kateguryj dwu cech, t. j. w danym wy­
padku te grupy pigmentâcyjne, które wykazują poważniejsze nadwyżki
liczebności postrzeganych nad teoretycznie oczekiwanemi przy założeniu
braku związku między daněmi cechami,
czy też może do tych kombinacyj nawiązują się: przedewszystkiem
składnik najliczniejszy w danej popiilacji, oraz té z mniej licznie repre­
zentowanych, które przeciwstawiają się najliczniejszemu w sposób naj­
bardziej jaskrawy?
Zagadnienie to nie zostało jeszcze wyjaśnione, nie było ono bowiem
dotąd krytycznie rozważane. W każdym jednak razie, chociażby tylko
W celu wyjaśnię, ia powyższego tak ważnego zagadnienia, należy zwrócić
uwagę przedewszystkiem na te kombinacje, które wykazują nadwyżki liczeb­
ności postrzeganych, większe od ich błędów prawdopodobnych. Przy za­
stosowaniu tego kryterjum wchodzą tu w rachubę jedynie grupy pigmentaćyjne III, VI i X.
Do podobnego wniosku, co prawda nie. zupełnie z tego samego
powodu, dochodzi również i p. K. §tołyhwo na stronicy 39. Wyodrębnia
on bowiem też same grupy, oznaczając je mianem „zasadniczych grup
pigmentacyjuyćh“. Gdy mme jednak do wniosku doprowadziła jedna
tabel» i kilku wierszowe uzasadnienie, jégo metoda wymaga 28-stronni^owej dyskusji, zawierającej aż 15 tabel, wyposażonych w dodatku
w specjalne znaki typograficzne. Ponadto trudno zdać sobie .sprawę,
czy wynik ten stanowi istotnie rezultat przeprowadzonej dyskusji za­
gadnienia, czy też może jest on raczej konsekwencją szczęśliwego zbiegu
okoliczności. Powyższe,grupy wskazują bowiem też i najwyższe liczeb­
ności, ponad 10 osobników, a przecież wielką liczebność może wyka­
zywać również i grup; z liczebnością niższą od teoretycznie oczekiwanej.
Konieczność przeprowadzania tak obszernej, mozolnej i nieprzej­
rzystej dyskusji, pozostawiającej w dodatku wątpliwości co do • osiągnię­
tych wyników, ilustruje zupełnie dostatecznie zacofanie metodologiczne
postępowania p. K. Stęłybwy. Przecież przy zastosowaniu kryteijum
niezależności i uwzględnieniu błędu prawdopodobnego to samo otrzy­
muje s:e nietylko bez trudu, ale w dodatku z gwarancją, że zwrócenie
uwagi przedewszystkiem na te grupy jest uzasadnione.
Asocjacje grup pigmentacyjnych i kształtu głowy.
Następny etap, badania stanowić musi oczywiście odpowiedź na
pytanie : czy wyróżnione grupy pigmentâcyjne do różnych, czy też może
do jednego składnika ludności. nawiązywać należy?
Tutaj wyróżniane grupy edynie wtedy moglibyśmy nawiązywać do
różnych -składników ludności gdyby co do innych cech, naprzykład wskaź­
nika głównego, wykazywały one wyraźnie różne odchylenia od ustosun­
kowali' i charakterystycznego dla danej populacji. Aby to- Stwierdzić,
zestawimy dla ^powyższych grup Í5Ígmentacyjnych postrzegane liczebności

53
średnio-, krótko- i nadkrótkogłowych, i porównamy je z liczebnościami
określonemi teoretycznie, przy założeniu ustosunkowania charakterystycz­
nego dla badanej populacji, innemi słowy — obUczonemi przy założe­
niu braku związku pomiędzy grupami pigmentacyjnemi i kształtem gło vy,
oraz uzupełnimy to zestawienie obliczeniem odpowiednich błędów praw­
dopodobnych. Zestawienie ,to podaje tabela III :

H -H

I VO ©

ö +1

O O

8 ©


+1

;

vp'

~H"

+1

ł-H

-H

54
Tabela powyższa stwierdza w sposób nie pozostawiający wątpli­
wości, że w wyginiętych na miejsce naczelne grupach VI, III i X mamy
istotnie do czynienia z wyraźnemi odchyleniami od ustosunkowania cha*
xterystycznego dlà badanej populacji, jako całości. By jednak zdać
sobie sprawę ze znaczenia tych odchyleń, musimy się rozpatrzeć równieżi w ustosunkowaniu odchyleń występujących w pozostałych grupach
pigmentacyjnych.
W kategorji nadkrótkogłowych np. zaznaczają się nadwyżki liczeb­
ność postrzeganych nad teoretycznie oczelr wanemi, przy założeniu braku
związku między grupami pigmentacyjnemi a it skażnikiem głównym, w gru­
pach VIII, III, VI i V. Nadwyżki te są coprawda nikłe, wynoszą bo­
wiem we wszystkich wypadkach zaledwie ułamek jednego osobnika. Jest
to oczywiście bąrdzo jaskrawą ilustracją faktu, że materjał opracowany
przez p. K. Stołyhwę jest zupełnie niewystarczający. Musimy na nie
jednak zwrócić uwagę przez wzgląd na to, * że zaznaczają się w nich,
wprost zadziwiające prawidłowości, harmbnizująęe najzupełniej z cało­
kształtem wyników dotychczasowych badań nad antropologią Europy
wogóle, a antropologią Polski w Szczególności. Oczywiście wnioski
oparte na tak słabej podstawie, z powodu niedostatecznej liczebności
i .jaterjału, mogą .być uważane jedynie za sformułowanie oczekiwań, wjrmagających późniejszego uzasadni_.ua na mateijale dostatecznie licznym.
Jeśli zwrócimy iwagę na te grupy jedynie, które wykazują nad­
wyżki większe od jednego osobnika, a mianowicie VII, IX, II i X, to
otrzymamy pdrazu możność zorjentowania się w mateijale. Ujmując wy­
niki badań Dr. W. Olechnowicza i Próf. Dr. j. Talki - Hryncewicza
zaznaczyłem, jako główne składniki ludności Łomżyńskiego, typ północnoeurope;ski
typ ^resłowiański ß i typ sarmacki y. Z ujęciem tem po­
zostają w zgodności tu ■ stwierdzone znaczniejsze nadwyżki. W grupach
VII i IX za; acza się zespolenie pośredniogłowości i oczu niebieskich
z odcieniami popielatawemi. Wskazuje to na typ północno-europejski.
Na .w dla niego tak charakterystyczne zespolenie zwracał już uwagę
Paiidlęr2). Grupa II wykazuje zespolenie krótkogłowości z odcieniem
ciemnym rudawym włosów i oczami zielonawemi. Wskazuje to na typ
presłowiański. Wreszcie grupa X wykazuje zespolenie krótkogłowości
Z włosami ciemnemi pop ejatawemi i oczami zielonawemi. Wskazuje to
na typ sarmacki. Przeciwko nawiązywaniu grupy X do typu alpejskiego
to przemawia:
.1) brak charakterystycznego dla typu alpejskiego zespolenia'nadkrótkogłowości i oczu siwych z ciemnemi odcieniami włosów;
2) stosunkowo bardzo niska średnia wskaźnika głównego całej
populacji, podana przez p. K. Stołyhwę na 82.44 s>, nie odpowiada­
jąca znacznej odsetie ciemnowłosych;* V
*) Czekanowski J. Beiträge zur Anthropologie von Polen, Archiv für
Anthrop' _gie 1911, Tom X, N.' F., z. 190.
V Paudler F. Die hellfarbigen Rassen etc. Heidelberg 1924.
XU s 64°łyl‘WO K" Ana,!za *ypów antropologicznych. Światowit 1924, Tom

*

55
3) rozbieżności tej nie może tłumaczyć zjawisko Jominäcj' w zna­
czeniu terminologji mendelistycznej, gdyż w świetle badar. najnowszych
typ alpejski w wykazuje tendencję do dominowania-, nietylkc co do cech
pigmentacyjnych, ale też i co do wskaźnika głównego.
Poza nawiasem naszych dotychczasowych rozważań pozostały d.vie
znaczniejsze nadwyżki tej samej miary. W grupie XI, złożonej z dwu
zaledwie osobników, mamy zespolenie ciemnych popielatawych włosów,
„jmnych piwnych oczu i nadkrótkogłowości. Przez wzgląd na to, że
się tu równocześnie zaznacza tendencja do wąskoriosości i wzrostu
wysokiego, przypuszczać należy, że mamy tti do czynienia ż typem
dynarskim d. To bowiem, że nie zaznaczyła się tu tendencja do wąskdlicości, której oczekiwać należało, stanowi jedyną podstawę do zakwedtjonowania tego zresztą na znikomej ilości spostrzeżeń opartego przy­
puszczenia. W grupie IV mamy wreszcie tylko jednego osobnika.
Stwierdza on zespolenie się jasnych audawych włosów, jasnych piwnych
oczu i średniogłowości, z któremi łączy się średi iolicość, wąskonosość,
wypukły profil nosa i wzrost wysoki. • Być może będzie to przedstawi?
ciel tego. elementu śródziemnomorskiego, który, zdołałem stwierdzić
w Badenie1). Oczywiście więcej nie sposób tu powiedzieć.
Dla zorjentowania się, do jakich typów nawiązać należy pozostałe
grupy pigmentacyjne, musimy zwrócić, uwagę na drobniejsze nadwyżki.
Pomijając ostatnio wymienić uą grupę XI, nadwyżki nadkrótkogłowych,'
jak to już zaznaczyliśmy, wykazały "grupy VIII, HI, Ví i V. Tę
ostatnią przez wzgląd na minimalne rozmiary nadwyżki, wynoszącej
zaledwie 0.05, należałoby właściwie pominąć. W pozostałych tendencja
do nawiązywania się do typu y zaznacza się wyraźnie, jakkolwiek ocena
znaczenia powyższych nadwyżek nie jest możliwa przed rozpatrzeniem
asocjacyj grup pigmentacyjnych z innemi wskaźnikami. W każdym razie
musi nas tu uderzać fakt, że grupy powyższe obejmują włosy .rudawe,
w Dołączeniu z oczami niebieskiemi i popielatawe. w połączeniu z oczerni
zielonawemi, oddzielając od siebie z jednej strony grupy, w których
zespalają się oczy niebieskie z odcieniami popielatawemi włosów, z dru­
giej zaś — włosy rudawe z odcieniami zielonawemi oczu. Wobec tego, że
w grupach popielatawych niebieskookich zaznacza się tendencja do pośredniogłowości, a w grupach rudawych zielonawóokich * tendencja do
krótkogłowości, możemy ten wynik uważać zà sb íerdzenie, że typ y,
zajmujący co do. pigmentacji miejsce poślednie pomiędzy typami a i ß,
zajął toż samo miejsce przy rozpatrzeniu grup pigmentacyjnych. Przywszczaffi przytem, że do typu ß Dależy nawiązać nietylko grupę *11,
lecz też V, a nawet i I, bp jakkolwiek ta ostatnia wykazuje nadwyżkę,
nie krótkogłowych, lecz pośredniogłowych, to przecież pamiętać należy,
że granica konwencjonalna oddzielająca te dwie kategpije jest bardzo
bliska średniej typu ß, stojącego na granicy pośredniogłowości.i)

i) Czekanowski J. Le problème de la synthèse des cartogrammes et les
types anthropologiques. Anthropologie. Praga'1924, T. II, s. 155.

56
Wyniki, powyższego rozpatrzenia asoc,acyj grup pigmentacyjnych
z kategorjami kształtu głowy stwierdzają, że składniki antropologiczne
populac i nie mogą być nawiązywane jedynie do tych kombinaqyj kategoryj dwu cech, w danym .wypadku barwy oczu i włosów, które wy­
kazały nadwyżki liczebności postrzeganych nad teoretycznie oczekiwanemi. Przez wzgląd na to można przypuszczać, że w nadwyżkach wy­
kazanych w tabeli IÏ zaznaczył się przedewszystkiem składnik dla danej
populacji pod względem- ilościowym najważniejszy, najbardziej liczny,
a pozatem składniki odeń najbardziej różne, nawet i bardzo słabo pod
względem ilościowym reprezentowane.
Dopiero przy zestawieniu liczebności postrzeganych z teoretycznie
oczękiwanemi, dla kombinacyj grup pigmentacyjnych ze wskaźnikiem
głt mym, ujawniły się składniki antropologiczne populacji, znane nam już
z poprzednich badań nad antropologją Polski. Zaznaczyły się one w po­
staci joważniejszych nadwyżek. Zasługuje przytem na zaznaczenie, że
poniżej dokładnie omówione wyniki rozpatrzenia kombinacyj grüp pig­
mentacyjnych z wskaźnikami nosa i twarzy są coprawda zupełnie zgodne
z powyżej ot-zymanemi dla wskaźnika głównego» jednakowoż nie wy­
stępują tam 'już tak znaczne nadwyżki jak tutaj, co nam'tak bardzo
ułatwiło możność zęrjentowania się w materjale. Mamy tu zatem argu­
ment poważnie uzasadniający słuszność oddawna już ustalonego postę­
powania w badaniu antropologiczńem, które na miejsce naczelne wysuwa'
wskaźnik główny î cechy ' pigmeritacyjne.
Jak widzimy rozpatrzenie kombinacyj grup pigmentacyjnych i wskaź­
nika głównego doprowadziło nas do bardzo ważnych, a częściowo nawet
i bardzo ogólnych wyników.,
Postarajmy się teraz zdać sobie sprawę z tego, do jakich wyni­
ków doszedł p. K. Stołyhwo przy pomocy -swej metody. Jest to zada­
nie niezmiernie mozolne przez wzgląd na braki metodyczne tekstu
tej pracy. .
Tworząc pojęcie „grup zbieżnych“, zaliczając „do istotnego jądra
kategoiji grup zbieżnych, t. j. do grup zasadniczych na tym terenie
i nr i bardziej zarazem dominujących liczebnie“ grupy pigmentacyjne III,
VI'i X1), i «reszcie ^odnosząc, że „główną osnową wszystkich miej­
scowych grup jest grupa VI“ *2), kai : on nam wnioskować, że wynik
jego nie różni się od naszego. Mamy tu bowiem do czynienia z efek­
tami przemożnego oddziaływania jednego składnika ludności. Elementem
tym jest oczywiście kró^kogłowięc jasnowłosy, »,do którego zbliża się
wyraźcie moja grupa VI pigmemacyjna“ 3).
W zupełnej sprzeczności z powyższym wynikiem pozostaje tabela
na str. 80, sl mówiąca podstawę najogólniejszej syntezy, podanej w ta­
beli na stronicy następnej. W tabeli tej podaje p. K. Stołyhwo nastę­
*) Stołyhwo, K. Analiza typów antropologicznych. Šwiatowit 1924, Tom
XII, s. 46.
..
1
2) Tamże, s. 59. •
3) Tamże, s.. 85.

1

pujące dane co do składu badanej przezeń populacji, t. j. żołnierzy po­
wiatu ostrowskiego :
Typ «............................. '....................






41.89°/o

ß....................... '.........................
33.78°,'n
7...................................................
13.51°/o
*■............................. .... ... .
5.4 °/o
w......................................................■■51.35f/0
Ogółem . .

145.93°/o

. '

Pomijając przejaw skrajnej nieudolności statystycznej, polegający
■ na doliczeniu się, że całość stanowi przeszło 145 setnych, widzimy, że
metoda p. K. Stołyhwy doprowadziła go do stwierdzenia, że najliczniej­
szym składnikiem badanej populacji jest element nawiązujący się do
typu co, a więc do ciemnowłosego nadkrótkogłowca. Raz zostają w zespole
grup zbieżnych około grupy VI zszeregowane wszystkie grupy z wy­
kluczeniem jedynie VII, IiXIt), w innem miejscu wysuwa się na miejsce
naczelne ciemnowłosego nadkrótkogłowca. Tego rodzaju sprzeczności nie
są dopuszczalne. Nie ządowolnimy się jednak stwierdzeniem, że możli­
wość doprowadzania do tego rodzaju sprzeczności dyskwalifikuje me­
todę, trudno bowiem przypuszczać, by przez swego autora została ona
nieumiejętnie użyta, lecz postaramy się wyjaśnić ich przyczynę.

i

v.

Paradoks statystyczny.
Dziwnem i niekonsekwentnem może się wydać, że nawiązawszy
typ y do grupy wyróżniającej się swą krótkogłowością, a nie nadkrótkogłowością, dla wyjaśnienia, które z grup o słabszych nadwyżkach
liczebności po, irzeganyeh nad - teoretycznie oczekiwanemi do tego typu
nawiązywać można, zwróć’ iśmy uwagę na nadwyżki nadkrótkogłowych.
Postępowanie to zostało podyktowane przez fakt, że typ y, jakkolwiek
krótkogłowy, a nie nadkrótkogłowy, posiada jednak średnią leżącą nie­
omal na samej granicy, oddzielającej konwencj nalnie kategoiję krótkogłowych od nadkrótkogłowych- Wskutek tego. w grupach pigmentacyjaych posiadających przymieszki składnika najbardziej różnego od typu y,
odchylającego się odeń w kierunku długogłowości, a Więc typu «, (cc
powodować musi przesunięcie średniej wskaźnika głównego danej grupy
pigmentacy .jej również w kierunku większej długogłowości), zaznaczyć
się musi nadwyżka ilości nadkrótkogłowych, o ile w badanej populacji
typ y jest istotnie 'najbardziej krótkogłowym typem pomiędzy temi,
które dzięki swej znaczniejszej liczebności zasługują na uwzględnienie.
Jeśli to rozumowanie jest słuszne, to, przy bardzo’ drobnej przy­
mieszce, należy oczekiwać, że wielkość nadwyżki nadkrótitogłowych bę­
dzie tern większa, im znaczniejszą przymieszkę w danej gi upie stanowią
*) Stołyhwo K. Analiza typów antropologicznych, owiatowit, 1924. Tom
XII, s. 44.
'

osobniki stanowiące skrajne warjanty typu a. Aby to sprawdzić, zesta­
limy poniżej nadwyż „i nadkrótkogłowych w grupach VIII, III, VI i V.
Wyrazimy je przytem nietylko w rozmiarach absolutnie stwierdzonych,
lecz też i w postaci odsetek, obliczonych w stosunku do liczebności
teoretycznie oczekiwanych.
~
■ *
TABEL A

IV.

Nadwyżki liczebności postrzeganych nad teoretycznie oczekiwanemi, co
do kategorii nadkrótkogłowych, w grupach pigmeňtacyjnych VIII, III,
VI i V.
Grupy pigmentacyjne

VIII.

III.

VI.

V.

Nadwyżki absolutne
Nadwyżki względne

0.59
1,44%

0.24
13%

0.11
6°/o

0.05
5%

<

Jak widzimy wynik powyższego obliczenia odpowiada najzupełniej
naszemu oczekiwaniu. W grupach o rudawych odcieniach włosów nadwyżk' są inhumaine, co. pozostaje w zgodności z faktem, że typ a wy­
kazuje wyraźną tendencję do odcieni popielatawych. W grupie VIII
natomiast nadwyżka jest bardzo poważna. Dlatego też nasze przypu­
szczenie, że mamy tu do czynienia z konsekwencją statystyczną od­
działywania typu «, jest zupełnie uzasadnione, a zaznacza się ono nadwyi ami nadkrótkogłowych, co na pierwszy rzut oka może się wydawać
paradoksalnem.
Aby dokładniej wyjaśnić pówyższy paradoks statystyczny, tak nie
oczekiwanie i złośliwie komplü ujący obraz dawany przez nadwyżki
liczebności postrzeganych ponad teoretyczne oczekiwanie, rozpatrzymy
jeszcze jeden przykład fikcyjny.
Przypuśćmy, że mamy grupę typu y złożoną z 48 osobników
i grupa ta posiada następujący rozsiew (dyspersję):
Klasa wskaźnika :

Liczba osobników!

80.0 — 81.0
81.0 — 82.0
82.0 — 83.0
'83.0 — 84.0
84.0 -- 85.0
85.0 — 86.0
86.0 — 87.0
87.0- 88.0 "
88.0--89.0 i „

1
3
6
9"
10
9
6
3
1

4
i

.

-i

.

.

48

_ __________________

Ogółem

1

A-

59
Jeśli teraz do tej grupy o średniej wskaźnika 84.5 i odchyleniu
średniem 1.92 dodamy jednego osobnika typu « o wskaźnik” 78.5, to
'otrzymamy populację o średniej 84.3367 i odchyleniu średniem 2.0804.
Jeśli na podstawie powyższych danych dla naszej mieszaniny obli-,
czymy liczebności teoretycznie oczekiwane przy założeniu dyspersji nor­
malnej, to stwierdzimy w kategorji nadkrótkogłowych, powyżej wskaź­
nika 85.0, nadwyżkę w wysokości 0.69 czyli prawie 4°/0, wobec stwier­
dzenia 19 osobników przy oczekiwaniu 18.31. Analogicznie-w kategorji
krótkogłowych o granicach 81.0 — 85.0 Stwierdzimy niedobór -0.01
-czyli 0.04%, wobec stwierdzenia 28 osobników przy oczekiwaniu 28.01.
Wreszcie w kategorji, średniogłowych stv'erdzimy niedobór 0.68 czyli
25%, wobec stwierdzenia tylko 2 osobników przy oczekiwaniu 2.68,
Jak widzimy, mamy tu wypadek jeśzcze- jaskrawszy od tych, które
obserwowaliśmy w tabeli III, w grupach pigmentacyjnych V, VI i, VIII,
Drobna przymieszka średniogłowych powoduje tu jedynie zaznaczenie
się nadwyżki nadkrótkogłowych. Nadwyżki nietylko w kategorji nad­
krótkogłowych, ale też i w kategorji krótkogłowych, tak jak to ma
miejsce, w wyżej wspomnianych ..grupach pigmentacyjnych, otrzymamy
dopiero wtenczas, gdy przymieszka średniogłowych powodować będzie
znaczniejsze podniesienie się .odchylenia średniego .populacji. Oczekiwać
tego należy dla wypadku, gdy grupa krótkogłowa f, przy tej samej
średniej, posiada mniejsze odchylenie średnie, t. j. wykazuje mniejszą
zmienność. Wobec, tego, że w rozpatrzonym przez nas przykładzie
fikcyjnym odchylenie średnie grupy krótkogłowej o średniej 84.5 wyw
nosi 1.95, wynik otrzymany wskazuje na konieczność liczenia się z mo­
żliwością, że odchylenie średnie wskaźnika głównego w składnikach antro­
pologicznych jest niższe od 2.0, jakkolwiek analogiczne odchylenia średnie
populacyj przekraczają, niekiedy nawet i bardzo, znacznie, wielkość 3.0,
Wreszcie musimy jeszcze zaznaczyć, że ustosunkowania nadwyżek, wy­
kazanego przez grupę III; gdzie mamy równocześnie nadwyżki średniogłowych i nadkrótkogłowych, przy niedoborze krótkogłowych, oczekiwać
należy w tym wypadku, gdy przymieszka średniogłowych i est już
stosunkowo dość duża.
Rozważania powyższe stwierdzają, że wnioskowanie na podstawie
liczebności jest połączone ze znacznemi trudnościami -i jedynie przy za­
stosowaniu współczesnych metod statystyki matematycznej daje widoki
uporania , się z nastręczającemi się trudnościami. Przy staroświęckiem
postępowaniu, nie porównywującem stanu stwierdzonego drogą bezpo­
średniego spostrzeżenia z teoretycznem oczekiwaniem, niema się zupełniewidoków zorjentowania się w materjale.
Ciemnienie oczu i włosów.
Pozostawmy tymczasem na boku sprzeczność w ocenie składu
antropologicznego badanej populacji, reprezentowanej przez żołnierzy
z powiatu ostrowskiego, zaznaczającą się tak jaskrawo przy. porównaniu
wyników p. K. Stołyhwy z mojemi, a przejdźmy teraz do rozpatrzenia

tej „zęści wyników, w' której zaznaczają się zgodności. Obadwaj uwa­
żamy przecież, że w grupach pigmentacyjnych VI, III î X zaznapza się
jeden, w dodatku .dla danej populacji bodaj najważniejszy składnik ludności,'
obadwaj liczymy się też z możliwością przymieszek innych elementów.
Przechodząc - do szczegółowszego rozpatrzenia powyższych grup
pigmentacyjnych muszę tu zaznaczyć, że w grupach III i VI występuje
zupełnie wyraźnie zespolenie odcieni rudawych z oczami niebieskiemi,
a w grupie X — zespolenie odcienia ciemnego popielatawego z oczami
zielonawemi. Przez wzgląd zaś ná tabelę podaną przez p. K. Stołyhwę
na stronicy 80 można wnioskować, że tłumaczy on fakt istnienia tych
asocjacyj oddziaływaniem typu tu na grupy III i X, oraz typu « na
grupę VI. Tłumaczenie to, mojem zdaniem, da się tylko dość słabo
uzasadnić jedynie co do grup "III i VI. Co do grupy X natomiast >est
ono bezwarunkowo r i isłuszne.
Przeciwko możności oddziaływania na grupę X typu tu przemawia
fakt, że w grupie tej nie stwierdzamy nadwyżki nadkrótkogłowych.
Musiałaby się ona zaznaczyć bardzo wyraźnie, jeśli się uwzględni, że
sam typ y, który, jak to stwierdziliśmy powyżej, nawiązuje się do niej
w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, posiada średnią bliską
konwencjonalnej grmicy oddzielającej kategorje krótko- i nadkrótko­
głowych. Ponadto, jak to zobaczymy poniżej, w grupie tej nie zaznacza
się również i tendencja do wąskolicości tak charakterystycznej dla typu fu.
Inaczej przedstawia się sprawa przymieszki typu tu w grupie III.
Już samo zespolenie oczu niebieskich z ciemnym rudawym odcieniem
włosów każe się liczyć z możliwością, że oddziaływa tu element, któ­
rego charakterystyczną cechę stanowi zespolenie włosów ciemnych z ocza^
mi siwemi. Ponadto za przymieszką typu tu może przemawiać również
i wyraźne zaznaczenie się nadwyżki - wąskolicych, a więc tendencja dla
tego typu bardzo charakterystyczna. Pamiętać jednak należy, że też
same konsekwencje statystyczne powodować może i przymieszka typu
zupełnie odmiennego, a mianowicie typu «, nie ulegająca tutaj zresztą
wątpliwości. W każdym razie, przez wzgląd na to., że nie mamy tutaj
nadwyżki wąskonosych, przymieszka ta może być jedynie bardzo słaba.
Oczywiście przypuszczenie co do możliwości oddziaływania przymieszki
typu tu stawia na porządku dziennym pytanie, czy typ tu wykazuje ten­
dencję do odcieni rudawych? Gdyby tego nie było, to przez wzgląd
ná to, że analogiczne tendeneje nie zaznaczyły się, w grupie X, należa­
łoby wnioskować, że przyr tieszka tego typu nie wchodzi tu w rachubę,
a wszystkie powyżej wspomniane nadwyżki íaležy przypisać wyłącznie
oddziaływaniu typu «, aż do nadwyżki nadkrótkogłowych włącznie.
W przeciwnym rrzie stanęłoby pod znakiem zapytania, czy typ «
w przebiegu procesu swego ciemnienia wogóle wykazuje- tendencję, czy
też możność, osiągania włosów ciemnych—rudawych? Przez wzgląd na
wyniki przeliczenia ‘ spostrzeżeń Ammona metodą ánalizy asocjacyjnej1)
i*)

*) Czekanowski J. Le problème de la synthèse des cartogrammes et les
types anthropologiques. Anthrôpolog'“ Praga 1924, Tom II, s, 155.

tendencja do odcieni rudawych \i typu w wydaje mi się nieprawdopo­
dobną. W materjąle tym zaznaczyła się bowiem wyraźnie tendencja do
odcienia rudawego u typu «, w przeciwieństwie do typu co. Przez wzgląd
na to muszę uważać za nieprawdopodobną, możliwość zaznaczania si<j '
nawet i drobnej przymieszki elementów typu w w grupie III.
Zupełnie inaczej wreszcie przedstawia się sprawa możliwości od­
działy «ania typu « na grupę VI. Przez wzgląd jediiak na to, że pod­
stawę przypuszczenia istnienia tego rodzaju przymieszki stanowi fakt
naznaczenia się w grupie tej nadwyżki nie ś. jdniogłowycłi, tej bowiem
niema, lecz nadwyżki nadkrótkogłowych, CDŚmy ujęli mianem paradoksu
statystycznego, rozmiary tej przymieszki muszą być minimalne.
W świetle powyższych naogół negatywnych wyników pozytywną
korelację między barwą oczu i włosów, zaznaczającą się w naszym materjale bardzo wyraźnie, należy uważać przedewszystkiem za konse­
kwencję tego, że badani żołnierze w wieku lat 22—23 ciemnieją jeszcze,
zarówno co do pigmentacji włosów, jak nawet i oczu. Fakt ten Stwier­
dziła w sposób bardzo ładny dysertacja p. K. Sobolskiego, co do żoł­
nierzy z powiatu wilejskiego na mater;ale 980 osobników. Można zatem
przypuszczać, że i w materjale z powiatu ostrowskiego osobniki bardziej •
posunięte w swoim rozwoju, wykazują tendencję do ciemniejszych wło- '
sów i zielónawych oczu, zupełnie bez przymieszki typu co (o tendencji
do oczu siwych), gdy osobniki bardziej zapóźnione w rozwoju wykazują
tendencję do 'włosów jaśniejszych i oczu niebieskich. Na zjawisko to
zwróciłem uwagę' przed dwudziestu1 przeszło lary, przy przeliczaniu spo­
strzeżeń L. Rutkowskiego. Dlatego też oznaczyłem oczy typu y, jako
niebiesko-zielonawe 1).
Mogłoby się zdawać, że rozwój ten zosta**)zauważony ‘przez p. K.
Stołyhwę2), który tylko nie zdał sobie soravyv ze znaczenia zrobionej
przez siebie obserwacji, i nie wyciągnął z niej żadnego wniosku. Tak
jednak nie jest. Na str. 61 znajdujemy co prawda passus: „grupa X
jest w chwili obecnej przedstawicielem najbardziej charakterystycznym
tego kierunku rozwojowego, do którego należy cała, silnie zwarta w so­
bie, kategorja grup zbieżnych, a w szczególność grupy X, VI, V i III;
grupa X pozyskała już nawet w danyn i terenie przewagę nad macie­
rzystą grupą VI na tle której powstała“. Ni. jest tu jednak mowa
o-zjawisku ciemnienia z wiekiem. Autor mą tu na myśli „wyraźny pro­
ces stabilizacyjny“, stanowiący „produkt infiltracji typów ciemnych
w podłoże typów jasnych“ 3).
W każdym razie p. K. Stołyhwo był już bardzo bliski stwierdze­
nia faktu niezakończonego jeszcze ciemnienia. Przecież, zorjentowawszy
się, że wchodzi tu w rachubę l.iezako.iczony jeszcze proces ciemnienia,
p. K. Stołyhwo nie musiałby nawet zmieniać wyżej cytowanego ustępu
*) Czekanowslti J Beiträge z i Anthropologie von Polen. Archiv für An­
thropologie 1911, Tom X,
F., =. Í89.
_
*) Stołyhwo K. Analiza typów antropologicznych. Swiatowit 1924, Tom XII.
8) Tamże, S 60

62
zě strony 61. Zastosowawszy kryterjuín niezależności wyrzuciłby tylko
ęo najwyżej z tego zespołu grupę V, gdyż otrzymałby ostrzeżenie, żt
w danym wypadku niema bodaj dostatecznego uzasadnienia do mówienia o asocjacji rudawego odcienia 'włosów ź zielonawemi oczami.
To, że p. K. Stołyhwo będąc tak bliski ujęcia nie wikłającego
go w sprzeczności mógł się zgubić, należy oczywiście przypisać meto­
dzie, nie wymagającej karności myśli, a. przeciążającej pamięć nadmiarem
nieprzejrzystych zestawień graficznych. Jakżeż można inaczej tłumaczy '
fakt, że w sześcioarkuszowej pracy koniec piątego arkusza wysuwa na
miejsce naczelne ciemnowłosego nadkrótkogłowca, co pozostaje, w sprze­
czności do środkowef części pracy, do której ‘ znów nawiązują się wnioski
w szóstym arkuszu mówiące jedynie o jasnowłosym krótkogłowcu ?
Przecież w podobnym wypadku metody można bronić co najwyżej kosztem
stosującego ją autora..
Krót k ógło wie c jasnowłosy.
Zwrócenie uwagi na fakt ciemnienia żołnierzy z wiekiem uwalnia
nas od wyżej podniesionych sprzeczności. Nie musimy bowiem wówczas
przypuszczać, że ciemnowłosi naćjkrótkogłowcy typu w stanowią liczebnie
bardzo silny składnik ludność .
Nie stajemy wówczas przedewszystkiem przed zagądką: jakżeż
jest to możliwe, że populacja złożona w znacznym stopniu z tego bar­
dzo krótkogłowego elementu posiada średnią tak bardzo niską, jak
82.44 1). Zagadka ta byłaby tem większa, jeśliby się uwzględniło,
że przy krzyżowaniu ten właśnie składnik wykazuje tendencję do domi­
nowania, w znaczeniu terminologji mendelistycznej, nietylko co. do pigmentacji, ale też i co do kształtu głowy.
Nie mamy wówczas również i sprzeczności, spowodowanej wysu­
nięciem przez p. K. Stołyhwę na miejsce naczelne jasnowłosego krótkogłowca, a podaniem przezeń w tabeli. na stronicy 80, że jedynym licznie
reprezentowanym krótkogłowcem jest nadkrótkogłowiec ciemnowłosy.
Nie stoi bowjem. nic na przeszkodzie utożsamieniu jasnowłosego krótkogłowca z moim typem sarmackim, -czyli y, a uwalnia to przecież
p. K. Stołyhwę od potrzeby wysuwania typu co na miejsce naczelne.
Utożsamianie jasnowłosego krótkogłowća, stwierdzonego w powie­
cie ostrowskim, z moim typem y uzasadnia:
X co do pigmentacji — tendencja do niebiesko-zielonawych oczu
i do ciemniejszych odcieni włosów blondynowych ;
2. co do kształtu głowy — tendencja do krótkogłowości, a nie
ladkrótkogłowości ;
3. tendencja do wysokiego wzrostu;
4. tendencja^ do twarzy szerokiej ;
5. tende.icja do nosa dość wąskiego.
') Stołyhwo K. Analiza typów antropologicznych. Światowit 1924, Tom
XII. s. 64.

63
Wobec tak uderzających zgodności nasuwać się musi pytanie,
czemu p. K. Stołyhwo nie utożsam” swego jasnowłosego krótkogłowca
z moim typem y ?" Przecież uwikłało go to w rażące sprzeczności po­
między poszczególnemi częściami jego własnej pracy.
Nie można przypuszczać, by to było spowodowane, ewentualnem
stwierdzeniem różnic w rozwoju kończyn. Przecież mamy tu do czynie- ”
nia z materjałem niewyrośniętym jeszcze, co sam zaznacza. Dlatego też
stwierdzenie krótszych kończyn dolnych byłoby bez znaczenia. Również
i stwierdzenie dłuższych kończyn górnych nie pówinnoby tu było zawa­
żyć, gdyż opierając się na- materjale L. Rutkowskiego, chcąc mówić
0 typie '/, musiałem zwrócić główną uwagę na szlachtę, wśród której
element ten jest stosunkowo lir ..niej reprezentowany. Tam zaś krótsze
kończyny górne mogły stanowić konsekwencję mniejszego ich rozwoju,
uwarunkowanego nie tak intensywną pracą fizyczną.
.
Jedynie można przypuszczać, że p. K. Stołyhwo został wprowa­
dzony w błąd przez wskaźnik licowy. Ja zaznaczyłem, coprawda, że
twarz jest szeroka, podałem jednak i liczbowe wielkości wskaźnika. Nie
zdawszy sobie sprawy, że są to pomiary od ophryonu, uznał on, że n
twarz jest bardzo wąska, nie zwracając zupełnie uwagi na podkreślenie
przezemnie jej szerokości. W ten sposób padł on ofiarą własnej nie­
znajomości rzeczy i zadokumentował, że nie wie lub też zupełnie za-'
. >omniał, że niedawno antropologowie polscy reprezentowali kierunek
francuski.
Przez wzgląd na powyższe uważam, że utożsamienie z typem y
jasnowłosego krótkogłowca, stwierdzonego przez p. K. Stołyhwę w po­
wiecie ostrowskim jest zupełnie uzasadnione. Jest ono nawet konieczne
dla wybrnięcia ze sprzeczności, w jakie uwikłał się p. K. Stołyhwo
w_sw^ własnej pracy.
.. ;•

Rasa grenelska.
W recenzji odczytu Dr. S. Poniatowskiego „Podłoże rasowe kul­
tur zasadniczych“ wyraziłem pogląd 1), że typ y jest bezwątpie-.ic. iden­
tyczny z rasą grenelską. Przypuszczałem to na podstawie wyników osią­
gniętych w pracach X, Dr. B. Rosińskiego *2) nad ludnością wyspy Krety, 1 p. M. Gryglaszewskiej nad czaszkami' szwajcarskiemi, którzy stosowali
metodę diagnozy różniczkowej. Jakkolwiek rasa grenelska została okre­
ślona jedynie na podstawie średnich dwu nielicznych seryj czaszek (mę­
skiej z 2. i żeńskiej z 4 osobnikó';), to jednakże przez wzgląd na to, że
w diagramach trzymają się one tych samych zespołów, ćo i czaszki
typu y, sąd ten jest uzasadniony o tyle, o ile wogóle uzasadnione jest
.zaufanie do wniosków opartych na średnich arytmetycznych nielicz­
nych seryj.
v
0 .ud, 1924. Tom XXIII, s. 180.
2) Rosiński B. Wyspa Kreta p edSistoryc:
i współczesna pod wzglę­
dem antropologicznym. Kosmos 1925, Tom L, s. 584—637.

N.

Zaufanie do metody diagnozy różniczkowej zaś uzasadnia fakt, że
przy określeniu 1642 czaszek przy pomocy tej metody moi uczniowie
nie natknęli się na- z tsadnicze sprzeczn ości. Pozwoliło to na stworzenie
harmonijnego poglądu na zagadnienia systematyki mieszkańców Europy,
Afryki oraz Azji, na północ od Himalajów. Ponadto, przy traktowaniu
tych zagadnień osiągnięto tak wielką precyzję, jakiej przedtem jeszcze
nild nie zdołał osiągnąć.
Metoda diagnozy różniczkowej stanowi zastosowanie postępowania
przybił’ żonego, opartego na metodzie Pearsc ta, podanej w paragrafie
76 mego „Zarysu Metod Statystycznych“. .Ścisłość tego postępowania
przybliżonego została przytem spotęgowana dzięki zastosowaniu Specjal­
nego graficznego sposobu przedstawienia wyników.
Oczywiście, jeśli stosowana przezemnie metoda diagnozy różnicz­
kowej nie' czyni zadość wymaganej przez p. K. Stołyhwę ścisłości, to
może on przecież zastosować wyżej wspomnianą metodę Pearsona. Poza
obliczeniem wyznaczników siódmego rzędu, stanowiących dotychczas
niezrealizowany postulat antropologji systematycznej, stosowanie tej .me­
tody wymaga wielokrotnie większego nakładu pracy. Licząc się z za­
sobem posiadanych sił w stosunku do nakreślonego sobie celu, tymcza­
sem ograniczyłem śię do postępowania, przybliżonego, które ma ïam
' dać podstawę dla orjentacji ogólnej. Nie przypuszczam bowiem, bym
przed upływem lat kilkunastu miał możność zajęcia się zagadnieniem
wartościowania cech i oparcia na tej podstawie kontroli obecnie osią' ganych wyników. Zresztą, przez wzgląd na dotychczasowe doświadcze­
nie, nie mam powodu do obaw, by to podniesienie dokładności mogło
spowodować ich poważniejszą modyfikację.

Liczebność materjału.
Uczony winien na tyle panować nad przedmiotem badania, by
dobierać sobie metody dostosowane do właściwości badanego przezeń
materjału. Nie uczynił tego p. K. Stołyhwo. Metoda opierająca się
na liczebnościach kombinacyj różnorodnych kategoryj wymaga dużo licz­
niejszego materjału, niż to miało miejsce w canym wypadku. Stwierdza
to przecież w sposób niedopuszćząjący dyskusji fakt, że w przeważnej
ilości wypadków odchylenie - liczebności teoretycznie oczekiwanej od
liczebności postrzeganej znajduje się w granicach błędu prawdopodob­
nego. Dlatego też zupełnie uzasadniona jest moja ocena mówiąca o wa­
dliwej metodzie opartej na nielicznym materjale.
inne metody nie wymagają tak wielkiego materjału. Dlatego też:
przeliczając materjały L. Rutkowskiego co dó Płońskiego, i W. Olech­
nowicza co do Opatowskiego mogłem otrzymać wyniki tylko nieznacz­
nie zmodyfikowane' przez badania późniejsze. Materjał składał się co
prav.da tylko z 435 osobników rozbitych na trzy serje. Stosowane tam.
jednąk metody, jak metoda maksimów liczebności, skombinowana z me­
todą korelacyj i linij regresji, nie wymagały większego materjału

7

V

65

i

Jak zaś byłem ostrożny w formułowaniu siwych pogląd 5w', to naj­
lepiej ilustruje fakt następujący: Będąc podówczas pod wpływeu teorj:
cel. y-słowiańskiej, byłem skłonny do nawiązania Słowian do typu y,
tak jak to czyni jeszcze w omawianej . tu pracy p. K. Stołyhwo1).
Nie mając jednak zadawalniających. podstaw dla tego poglądu, ograni­
czyłem się do oznaczenia elementu, Iiarakterystycznego dla starsze! od
Słowian warstwy autochtonicznej, mianem typu prasłowiańskiego, z któ­
rego niektórzy błędnie robią typ „prasłowiański*. Ponadto zaznaczyłem
tylko : „Die slawische Kolonisationszone markiert .sich von den Karpaten
bis zur Wolga und Kuban durch dàs stärkere. Heřvórtřeten der břachykephalen Elemente'1. Później, poddawszy to zagadnienie jeszcze raz re­
wizji, osiągnąłem przeświadczenie, że do wczesnohistorvcznej ekspansji
Słowian należy nawiązywać ekspansję typu północno-europejskiego a.
Dzięki tnej ostrożności nie musiałem odwoływać poprzednio wygłoszo­
nych poglądów. Zaznaczę przytem, że pierwszą tu cytowaną pracę na­
pisałem w roku 1905, ogłosiłem w. 1911
. poddałem rewizji w 1912,
a uzasadnienie ogłosiłem dopiero w i*Oku bieżącym*3).2
Przytaczam to jako uzasadnienie, że przypuszczenie moje co do
możności nawiązywania się typu-/y do rasy grenelskiej zasługuje na
uwagę.
Asocjacje

grup

pigmentacyj ny ch
i twarzy.

i

kształtów

rosa

Praca. p. K. Stołyhwy nie pozwala zdać sobie sprawy z tego, czy
wysunięcie na miejsce na« »eine cech pigmenfaćyjnych było pociągnięci« u
„zczęśliwem.
Można przypuszczać, jest to- nawę* prawdopodobne, że poszcze­
gólnym składnik« m antropologů : ,nym odpowiadają pewne Specjalne od­
cienie w pigmentacji. Na fakt ten zwracał uwagę w swej praćy Paudlęr,
jak tó już zaznaczyliśmy wyżej. Gdyby te odcienie dawały się regestrować, to drogą stosunkowo prostego rachunku tąożnaby się zorientować
co do składu ’ rdności. Rachunek ten oczywiście musiałby Ibyć podobny
do tego rachunku, Który zośtał zastopowany przez Dr. J. Mydlarskiego4)
dla obliczenia składników serologicznych, to jest musiałby się on liczyć
z faktem, że wchodzą tu w grę prawa Mendla. Nie mógłby on prze-'
cięż być podobny cło rachunku p. K. Stbłyhwy, który nietylko nie czyni
r ■

1 :

1

!) Stołyhwo K. Analiza typów antropologicznych. Świ itowit 1924, Tom
XII, s. 85.
2) Czek« -owski J. Beiträge zu Anthropologie von Polen.. A-chiv für
Anthropo"' gie 1911, Tont X, N. F. s. 195.
3j Czekanowski J. A”vhr >ologische Beiträge zum Problem der s awisóhfinniscV a Beziehungen. Helsingfors 1925. Finska Fornminnesforeningęs Tidskrift.
SM" Ą. To™ XXXV, zeszyt 4.
’ 4) I.lyolars -i J. Sprawozdanie ze zdjęcia intropólojrř-znego Polski. Kosmos
1925, tom L, s. 572, 573.

Lud. T. XXIV.

Y

5


zadość temu wriunkovta, nie w dodatku dolicza się całości złożonej
z przeszło 145 setnyc!.
<■ - •
„ ,
Musimy jednak liczyć się z faktem, że stosowane metody regeętrowania odcieni pigmentacyjnych i przy stosowaniu tablic są bardzo nie­
dokładne Ponadto cały obraz oigmentacji jest niezmiernie skompliko­
wany przez proces ciemnienia, zaznaczający się jeszcze bardzo wyraźnie
u .'2—;23-letn ch żołnierzy. Wreszcie nie można bagatJizować faktu, że
przy skombir pWaniii grup pigiuentacyjoych ze wskaźnikiem głównym
ótrzymanc przeciwstawienie się jasnowłosego krótkogłowca pozostałym
m,n j krótkogłowym elementom, Które, według obliczenia p. K. Stołyhwy
na stronicy 80, winny stanowić nieco ponad pcloi rę składu populacji.
Przez wzgląd na wyniki przeprowadżonej powyżej dyskusji ocze­
kujemy, że poza typem
głównemi składnikami badanej populacji są
typy c i jí. Jeśli to twierdzenie Jest słuszne, to musi się to oczywiście
zaznaczyć i w obrazie asocjacyj. pozostałych cech z grupami pigmentaeyjnemi. W jakim zaś kie—mku
zaznaczenie iść powinno," nie trudno
orże"ddzieć, pr*ez wzgląd na wk uwości tych typów, stwierdzone 'wy­
niki mi dotychczasowych badań.

Dla z'orjentOwania się co do ewentualnego oddziaływania typu ß
musimy Zwróć ć uwagę na wskaźnik nosa’, gdyż ze wszystkich składników
ludności europejskiej jest on najbardziej szerokonosy. Wobec tego, że
w mateij-ilé p. K. Stołyhwy mamy 10 średnionosych, 52 wąskónosych
-i 2 nadwąskonosych, to na tej podstawie możemy obliczyć ■'dla poszcze­
gólnych grup pigjnènt^cyjnych liczebności teoretycznie oczekiwane p”zy
Założeniu braku związku ' między grupami pigmentacyjnemi a wskaźnikiem
ynosą. W obliczeniu tem połączymy nadwąskonosych z wąskonosymi,
, przez wzgląd na.małą liczebność tej skrajnej kategorji. Ponadto, przy
Zestawieniu wyników tego obli_ze.. ia nie pcJamy błędów prawdopo­
dobnych, ponieważ c ich V. ełkości oijentują nas już dostatecznie obli­
czenia poprzednie,
v :/
TABELA V.
Liczę dl. jści kombinacji grup pigmentacy'nych i .wskaźnika nosa.
Grupy pigmentac.

I,

II

V.

VI.

III.

VII.

ix. |vm.

X.

1'

f

~i*
|.89

+
1.35

2

fg

1.46 3.84
1
. 5

5.11 10.22 9.49
. 10
5
9

1.4b 3.65
1 : 3

o

2

+
+
'+
3.78' 3.51. 0.54
4
4
1

o

2,16
3

00

S
Wąskonósi
. i .ladwąskónosi

“h
0.54
1

1

Srednionosi

'4.594

+
+
2.19 12.41

13

'

Przeliczenie to stwierdza, że tendencją do nosa szerszego kojarzy
się z oożami r:elonąwemi i niebieskieini, Oraz przedewszystkiem z odefe"

<


%

J

.

*

-

riami rudawemi włosów. Dołączenie sie do tego zespołu również i kombinacyj oczu niebieskich i włosów popielątawych wskazuje, .e mamy
tu bezspornie do czynienia z procesem ciemnienia. Przy zasadniczym
rudawym tonie,, charakterystycznym, dla typu fi, jak na tó wskazuje
tendencja do szerokonosośći, pewna ilość. jaśniejszych, zapóżnionych
pod względem"" pigmentacji osobników zostaje zaregestrowana jako popielatawa. Zasługuje przytem na zaznaczenie, że ciemnienie typu fi- może
sie posuwać bardzo daleko, skoro, grupà I, reprezentowana coprawda
tylko przez dwa osobniki, należy również do tego zespołu, a stanowi
ona przecież kombinacje ciemnych rudawych włosów i 'oczu piwnych;
Na zjawisko to zwróciłem uwagę już dawno i zaznaczyłem, w mej pracy
z 1911 roku, oczy typu ß jako .jasne piwne.
W celu stwierdzenia obecności typu północno - europejskiego a
rozpatrzymy kombinacje grup pigmentacyjných i wskaźnika twarzy. Wobec
tego, że typ ten posiada w badanej populacji twarz najwęższą, nietrudno
zdać sobie sprawą z przypuszczalnych wyników. Ponadto, przez wzgląd
na to, że wyniki badań mych uczniów stwierdziły, że typ presłowiański fi
posiada twarz jeszcze szerszą niż typ sarmack y, można przewidywać,
że z twarzami szerszemi zwiążą się odcienie rudawe. Wyniki tych prze
liczeń zestawiam w poniższej tabeli :
TABELA VI.
Liczebności kombinacyj grup pigmentacyjnych i wskaźnika twarzy. ,
Grupy pigtnentac.

I.

Szerokoli™
i nadszerokolic

■r
+
+ •. +
0.78 3.14 2.74 5.49
1
4
6
4

Śrędniolicy

II.

V.

VI.

X.

+
6.66 5.09
4‘
7

. +
+
0.62 2.49 2.18 4.35 ,5.28
4
1
1
5
2

+
Wąskolicy
1 i nadwąskolicy

0.60
0

2.38 2.08 4.16
2 - 2
3

iii.

5.05
6

VIII.

IX

VIL

l.Vu 1.96 0.78
i

1

0

-h

+"
1.55
2

0.62,
1

+
+
k
3.86 0.89 iň9
1
2
5

+
0.60
1

4.04
4

0.93
1

t

Obliczenia powyżs-c stanowią wynik uwzględnienia tego, że liczba
■ adszerokolicych i szerokolicych wynosi — 29, sredmoiicvch — 23,
a wąskolicych i n-.dwąskolicych — 22. Błędy prawdopodobne nie -ostały
tu również podane, bo cóż one nam tu dadzą ? Przecież wszystkie Wnioski
opierać się muszą, wskutek niedostatecznej liczebności materjału, na ułąmkach jednego osobnika, Jeśli o riićl wogóle może być mowa, to przed jż
jedynie dlatego, że prawidłowości śą tak uderzające. Jest to. spowodo­
wane oczywiście przez to, że wysunięcie grup pigmentacyjnych było
posunięciem bardzo udatném.

Grupy I, II i V, nawiązujące się przez swą szerokolicość do typu ßr
nawiązują również i tendencję do rudawego odcienia do tego typu. Gdy
jednak przy rozpatrywaniu wskaźnika nosa zaznaczało się ciemnienie od
odcieni popielàtawych ku ciemnym rudawym, tutaj ciemnienie zaznacza się
od jasnych rudawych ku ciemnym rudawym. Przypuszczalnie przyczyna tej
rozbieżności1 polega na tem, że ciemnieje odcień płowy, który w jednym
wypadku uchwyciliśmy jako popielatawy, a w innym jako jasny rndawy.
Grupy VII i IX, nawiązujące się przez swą wąskołicość do typu «,
nawiązują do tego typu również i tendencję do odcieni popielatawych.
Grupy pigmentacyjne X, VI, VIII,'a też i III, nawiązujące się do
typu y, zajmują stanowisko pośrednie. Jest to zupełnie zrozumiałe, gdyż
pod względem pigmentacji i. kształtu twarzy, typ ten zajmuje stano­
wisko pośrednie pomiędzy typami « ij!, Grupa VIII wykazuje nad­
wyżki zupełnie zgodne, co do kierunku swych odchyleń, z grupami VII
i IX. jest to zupełnie zrozumiałe przez wzgląd na to, że już przy roz­
patrywaniu asocjacyj grup pigmentacyjnych ze wskaźnikiem głównym
twierdz śmy tu prawdopodobieństwo oddziaływań skrajnych warjantów
typu a. Zupełnie toż samo mamy i w grupie III. Tutaj przytem obok
warjantów typu a mamy do czynienia i z oddziaływaniem waijantów
typu ß (wskaźnik nosa), że zachodzi wogóle pytanie, czy nie należa­
łoby raczej tę grupę nawiązywać do tych ostatnich, a nie do typu y.
Mamy tu przypuszczalnie do czynienia z konsekwencją tego, że typ y
w przebiegu procesu swego ciemnienia, postępującem od zespołu wło­
sów jasnych ruoawych i oczu niebieskich ku zespołowi włosów ciem­
nych popielatawych i oczu zielonawych, nie wykazuje wyraźnej ten­
dencji do wytworzenia zespołu oczu niebieskich i włósów cienn.ych
rudawych. Grupa VI wykazuje jedynie bardzo słabe nadwyżki idące
w kierunk odchyleń charakterystycznych dla' giup nawiązujących się
do typu j. Jest to zupełnie zrozumiałe przez Wzgląd na to, że tu
tylko oddziaływanie zapóznionych w swym rozwoju pigmentacyjnym
wa_jantów typu ß jest wysoce prawdopodobne. Jest to oczywiście konkwencją tego, że mamy itu do czynienia z rudawym odcieniem barwy
włósów.' Wreszcie grupą X, dla typu y najbardziej charakterystyczna,
zajmuje stanowisko centralne pomiędzj grupą VI zjednej .strony, a gru­
lami VIII i III z drugiej.
Trudności nastręczające się tu przy dyskutowaniu oddziaływania typu
y są bez wątpienia konsekwencją tego, że staramy sobie zdać sprawę
z oddziaływania typu na podstawie cech, co do których zajmuje on stanowisko
-»średnie pomiędzy dwoma pozostałemi składnikami badanej populacji.
W tych wszystk:ch wypadkach, gdzie punkt wyjścia oceny oddziaływania
r - wnągo składnika populacji stanowiła cecha, co do której dany składnik
zajmowa. stanov^ ko skrajne/ otrzymywaliśmy obraz bardzo prosty, zna­
czący słabemi nadwyżkami sferę oddziaływania warjantów skrajnych.
Moje wyniki,
*
'f- Rozpatrzenie asocjacyj grup pigmentacyjnych z kategorjami wskaź­
ników głowy, nosa i twarzy dało nam szereg wyników bardzo poważ- ,
s

j

69

j

î '
nego znaczenia, jakkolwiek niedostateczna liczebność materjalu wskazuje
na konieczność bardzo wielkiej ostrożności i późniejszego ich skontro­
lowania na liczniejszym materjale.
.
,
Bezwątpienia najważniejszy wynik naszego ponownego
opracowania materjalu, podar ego w pracy p. K. Stołyhwy, stanowi
■ twierdzfci tě, że mamy tu do czynienia ze. ściśle zharmonizowanym sy­
stemem nadwyżek liczebności postrzeganych ponad oczekiwanie teore­
tyczne, ■ sformułowane na podstawie założenia, że. nie zachodzi żaden
związek pomiędzy wyróżni' u<—li grupanr pigmenjtacyjnemi a kształtem
głowy, nosa i twarzy, ujętych odpowiedniej... wskaźnikami. Kierunek ■
tych odchyleń liczebności,, jeśli będziemy odróżniali dodatnie i ujemne, .
można przytem uzasadnić, stosunkowo bardzo, dokładnie, na podstawie .
założenia, że z trzech głównych składników populacji :
1. Co do pigmentacji
typ a jest najjaśniejszy, a żyp ß najciemniejszy;
2. co do kształtu głowy — typ « jest najbardziej dłupogłowy- a typ
y najbardziej krótkogłowy;
,
3. co do kształtu nosa — typ « jest najbardziej wąskonosy, a typ
ß najbardziej szerokonosy; i wreszcie :
4. co do kształtu twarzy -— typ « jest najbardziej wąskolicy, a typ
ß najbardziej szerokolicy.
Dla zorjentowania się co do wyżej omawianych nadwyżek zesta­
wimy-ich wielkości, wyrażone w odsetkach liczebności teoretycznie ^ocze­
kiwanych, tak jakeśmy to już uczynili w tabeli IV.

„ TABELA VII.
\



X

Nadwyżki liczebności postrzeganych nad teoretycznie oczekiwane, wyra­
żone w «/o ł.ych ostatnich, przy założeniu braku związku pomiędzy
grupami pigmentącyjnemi i‘ kształtem głowy, nosa i twarzy, ujętenii
\- •
odpowiedniemi wskaźnikami.
Grupy pigmentac.

I.

Sreuniogłowi

47
42

Krótkogłowi
Nadkrótkogłowi
Średnionosi

II.

85

39

V.

14

_s_

5

13

8
6

6

14

6

28

27

46

9

47
12

7

IV.
182

641
85

48
37 270

87

28

5
Ï9-

S
12

61
67

13

14 • 17

3

2

15

XI.

78

27
144

30

61

2 .! 8

X. VIII. VII. i IX.

5

t

Wąsko- i nadwąskolicy
Liczebności grup

VI.

8 '

Wąsko- i nadwąskonosi
Szeroko- i nadsze■ rokolicy
■*'.
Średhiolicy

III.

29

~r~

61 223

34
2

1

Zestawienie powyższe daje nam jaskrawy obraz oddziaływania
składników' antropologicznych populacji na liczebności poszczególnych
kombinacyj, gr | pigmentacyjuych z kategorjami wskaźników.
Dřugr^yiíik stanowi stwierdzenie, że grapami charakteryStyCznemi dla poszczególnych składaków są:

1. dla typu' a grupa IX;
2. dla typu ß grupa II;

3. dla typu y grupa X;
4. dla typu 4 przypuszczalnie grupa XI;

~

5. do grupy ! V nawiązuje się być może jakiś element śródziem­
nomorski.
Jeśli przy rozpatrywaniu nadwyżek zestawionych w tabeli VII
weźmiemy za. punkt Wyjścia powyższe grupy, to bez trudu zdamy sobie
sprawą z oddziaływań nawiązujących się do nich typów na pozostałe
grupy. Bez wątpienia ż oddziaływaniem typu « łączy się nietylko nad­
wyżka średniogłowych nie jedynie w grupie VII, którą wprost jako
przynależną do tego typu uznać można, ale też i w grupie III. Zupeł­
nie te same wyniki daje rozpatrzenie nadwyżek wąsko- i nadwąskolicych.
Nieco odmienne wyniifi daje rozpatrzenie wskaźnika nosa. Różnica polega
na tern, że występująca w grupach VII i IX nadwyżka średnionosych wska­
zuje na oddziaływanie typu ß. Musi być, ono jedhak stosunkowo bardzo
słabe, skoro zaznaczyło się ono jedynie’ w tej cesze co do której typ ß prze­
ciwstawia się w sposób najbardziej jaskrawy pozostałym. Nadwyżki średniogłoWych w grupie I natomiast nie sposób nawiązywać do typu u. Być może
mámy tu do czynienia z,oddziaływaniem tego zagadkowego, śródziemnomor­
skiego (?) elementu, który zaznaczył się przypuszczalnie w grupie IV.
Przemawia za tem również i znaczna, .adwyżka średniolicych w gru­
pie I. Jedni ki tę ostatnią, jako całość, przez' wzgląd na nadwyżki śre­
dnionosych i szerokolicych, należy raczej nawiązywać • do typu ß. Do
typu .y, pozä grupą X, należy nawiązywać grupę VIII, jakkolwiek wy­
raźna nadwyżka średniolicych i wąskolicych w połączeniu z wąskonosymi wskazuje, na oddziaływanie typu t*. Gdy grupa V nawiązuje się
do typa ß, grupy VI -i III zajmują stanowisko pośrednie, spowodowane
pomieszaniem elementów typu ß i y. Gdy jednak nadwyżki grup V i VI
wykazują wielką zgodność, a jedynie znaczniejsze rozmiary nadwyżki śre­
dniolicych w grupie VI ws‘:azują na silniejsze oddziaływanie ,typu y,
grupa HI wykazuje zupełnie odmienfte ustosunkowanie, nadwyżek w kategorjach wskaźników główntgo i twarzowegc Mamy tu oczywiście do
czynienia z konsekwencją tego, że w grupie III typ a zaznacza się dużo
wyraźni _j niż typ y.
Trzeci wynik stanowi zwrócenie1 uwagi na raradoks staty­
styczny polegający na tem, że przy nielicznym mateijale bardzo drobna '
przymieszka ] ośredniogłowych -może powodować w pewnych warunkach
zaznaczenie się ïdyme nadwyżki nadkrótkogłowych. Przez wzgląd na
ten paradoks nadwyżki nadkrótkogłowych w grupach V, VI i VIII (zda­
wałoby się zupełnie nie oczekiwane, ponieważ nadwyżki tego rodzaju
nie wykazuje grupa X, nawiązująca się najzupełniej do typa y), możemy

71
uważać za zaznaczenie się typu /, spowodowana nieznaczną przymieszką
typu «, jedynie w grupie III zaznaczającej się wyraźnie.
'
Czwarty wynik stanowi stwierdzenie, ze do poszczególnych
typów antropologicznych nawiązują się odmienne odcienie barwy wło­
sów. Wysoce charakterystyczne• jęst nawiązywanie się odcieni ruda-;
wych do typu ß, ï odcieni popielatrwych ■ do typu «. ' Typ y natomiast
najmuje i pod tym względem stanowisko pośrednie, gdyż ù osobników
jaśniej pigmentowanych oznacza s ; tu tenden „ja do odcienia rudawego-,
a u ciemniejszych mamy wyraźnie zaznaczoną tendencję do odcienia
popielatawego.
Piąty wynik stanowi zwpócénie uwagi na odmienny przebieg
procesu ciemnienia u poszczególnych typów, a przez to samo i na odł
mienny zasięg charakteryzujących te typy rozsiewów (dyspersyj) pigmentacyjnych. Ù typu t proces ciemnienia Wykazuje najmniejsze spotęgo­
wanie intensywności pigmentach. Najwyraźniej zaznacza się ono przy
oczach niebieskich. Polega ono przedewszystkiem na przesunięciu od
włosów jasnych popielatąwych kii ciemnym popielatawym, gdy przesu­
nięcie od jasnych popie'atawych włosów ku ęiemnyh mjawym zaznaćzó
się bez porównania słabiej. Ponadto mamy tu, zdaje się również bardzo
słabo zaznaczone, prześni jcie od bczu niebieskich kii zielonawyir,
ograniczone do kategorji włosów jasnych popielatav,ych. Dla typu \>
jest charakterystyczne przesunięcie od-włosów jasnych rudawych, połą­
czonych z oczami niebieskiemi, ku włosom ciemnym popielatawym po­
łączonym z oczami zielonawemi. Typ ß zda się wykazywał największ
przesunięcie pod względem stopnia inten^ywnoś swej pigmentacj-. Mamy
tu przedewszystki :m przesunięcie od włosów jasnych rudawych, połą­
czonych z oczami niebieski emi, ku odcie niowi ciemnemu rudawemu, po­
łączonemu z oczami nietj-lko zielonawemi. ale bodaj nawet i piwnemi.
W dodatku pewna, ilość najjaśniej pigmentowanych osobników wyka­
zuje tendencję do włosów popielatawych. Omówiony tu przebieg pro- cesu ciemnienia p :edstawi graficznie załączony rysunek ?na stronie
następnej.
Szósty wynik stanowi stwierdzenie, że główne składniki lud­
ności stanowią typy «, ß i y, przyczem, co do ich liczebności' w badanej
populacji (żołnierze z powiatu ostrowskiego), nà pierwszem miejscu na­
leży postawić yp y, na arugiem typ ß, a na trzeciem „opiero typ «.
Si.ódiny wynik stancwi stwierdzenie, że przy zastosowaniu
‘sryterum niezaieżności i. >-/różnieniu gruo pigmentacyjnych “dyskusja
osiąga tak wysoki stopień ścisłości, że nawet i przy nielicznym stosunkowo matc rjc
nie byliśmy zmuszeni do tłumaczenia napotykanych ■
trudności jego niedostateczną liczebnością.
, '
#
Ósmy wynik st-nowi. stwierdzenie,,. że w danym mąterjale nad­
wyżki liczebności kombinacyj kategoryj -lwu cech, barwy oczu. i włosów,
zwracają uwagę przedewszystkiem na najliczniejszy składnik badanej
populacji, a pozatem przedewszystkiem ria składniki najjaskrawiej mu
się przeciwstawiające. Dopiero- kombinacje grup , .gmentacyjnych (kom­
binacje dwu cech) z trzecia cechą, poszęzególnemi wkążnikam dąły

72
' nam możność dokładnego zoijentoWania się co do składników populacji.
Kombinacja grup pigmentacyjnych ze w,■.Karnikiem głównym1 dała nam
przytem najbardziej przejrzysty obraz.
W świetle wyników powyższych zarysowuje się zupełnie wyraźnie
fakt, że badanej, populacji nie można uważać'za mechaniczną miesza­
ninę różnorodnych składników antropologicznych. Przeciwnie, zda sie
ona stanowić bardzo spoistą całość, mocno już wyrównaną w kon­
sekwencji oddáwna trwającego współżycia. To, że zasadnicze składniki
antropologiczne popula­
cji zaznaczają się zupeł­
>
włosy
nie wyraźnie, coprawda

1
w postaci stosunkowo
Odcienie
"cď
nieznacznych nadwyżi :
%'
CU
liczebności, nie kwestio­
’H.
rf
o 1
A
i
farwy
&~
o
nuje
powyższego poglą­
3
5X
-oj !
c i du. Utrzymywanie się ze­
03
(U
C
oczu ; włosów - ĆM
CUÉ
społów. charakterystycz­
cd
td
u
•*—a
nych dla poszczególnych
typów antropologicznych,
—1
niebieskie
y
mimo ich współżycia, zda
się być uwarunkowane
i
j
pewnem jeszcze nie wyjazielonawe

>>
śnionem powinowactwem
\

wewnętrznem ich cech
g
1 jasne piwne
i "
chärakte ystycz -ych (po­
1
- 1
winowactwem ^enów),
>
decydującemu „stałości“
ciemne piwne
tych jednostek biologicz­
nych. W' tern wćwnętrzRýs.. 1.
'
0 nem powinov actwie do. Tendencja w przebiegu procesu ciemnienia u typów szukiwać się należy moß i ymentu przecwstawiająćego się konsekwencjom
III prawa Mendla Prawo niezależności cech przy krzyżowaniu bowiem
musiałoby doprowadzić do zupełnego rozpadnięcia się składników pooulacji. Tego jednak wogóle nie obserwujmy, gdyż możemy przecież
określać czaszki, stwierdzając jedynie fakt istnienia zabarwień lokalnych,
uwarunkowanych, b:z wątpienia, konsekwencjami krzyżowań, stano win­
nych efekt współż' cia w populacji.

ciemne rudawe

.



Wynik: p. K.‘ Stołyhwy.

Postarajmy teraz zdać Sobie sprav, ę z tego, Cd zdołał osiągnąć
p. K. Stołyhwu, zdobywszy się na tak izczęśhwe posunięcie jak wysu­
nięcie grup pigmentacyjnych?
Pozytywny wynik, p, K. Stołyhwy w dziedzinie pigmentacji redu­
kuje się do następującego spostrzeżenia: „Obydwie grupy powyższe"

S.-'

" f-

í .

7

1 " .^î,



'ÿ ^

'

■ • "'

'I

73
(VI i VII) są jasnowłose i niebieskookie, różnią się jeno tonem' włosów
rudawym i popielatawym, co jednak widocznie jest cechą wielkiej wagi,
skoro i charakter morfologu my tych grup okazał się zasadniczo od­
miennym“ ’)•
'
'
Oczywiście od powyższej luźnej obserwacji prowadzi jeszcze bar­
dzo daleka droga do wysuniętych przezemnie syntetycznych zaml ‘^ć.
Stwierdza to w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości tabela
na stronie 80. Możemy ' się tam przekonać, że typ ß został nawią­
zany do grup II i X, a więc do włosów ciemnych bez różnicy odcie­
nia (tak rudawych, jak i popielata wych) i jćzu ^ielonäwych. Typ y
natomiast — do grup V i VIII, a więc do włosów jasnych bez różnicy
odcienia i do oczu również zielonawych. Typ « wreszcie — dö grün
V, VI, VII, Vlil i IX, a więc do włosów jasnych, bez różnicy odcienia
w połączeniu z oczami niebieskiemi i zîélonawemi,1 oraz do włosów
ciemnych popielatawych w połączeniu z oczami niebieskiemi. Ujęcie to
możemy interpretować, że p, K. Stołyhwo, wysunąwszy zrazu potrzebę
rozróżniania odcieni rudawych i popielatawych, w ostatecznym wyniku
nie przypisywał do tego już żadnej wagi. Mamy tu więc dowód, że
autor, nie uporawszy się z mateijałem, oczywiście wskutek braków sto­
sownej' metody, zgubił się w' nim póprostu.
Na podstawie osiągniętych tu przezemnie wyników przypmzczam. ie
w. materjale opracowanym przez p. K, Stołyhwę najliczniej reprezento­
wanym elementem jest typ y, na drugiem miejscu co do liczebności stoi
typ ß, a na trzeciem typ «. Wynik ten hie różni się znacznie ód mego
określenia składu ludności szlacheckiej powiatu Szczucińskiego tegoż
samego województwa, którego dokonałem na podstaw “ pracy W. Olech­
nowicza. Wynik ten jest wymieniony przez1 p. K. Stołyhwę w tabeli,
na stronicy 81, i podany bez żadnych zastrzeżeń. Doszedłem wówcza
dc wniosku, ż. wśród tej szlachty najlicznLj jest rèprezentôwany typ ß,
na drugiem miejscu co do, liczebności stoi typ y, a na trzeciem, po­
dobnie jak w powiecie ostrowskim/, -typ w. Cała różnica polega więc,
na tern, że w powiecie ostrowskim najliczniejszy jest ten element,
który wśród szlachty powiatu szczucińskiego stoi na drugiem miejscu,
i na odWrót.
W zasadniczej sprzeczność* z powyższemi wynikami pozostaje pod­
gląd p, K. Stołyhwy, który w' tabeli na stronicy 80 jako najliczniejszy
składnik podaje typ w, na drugiem ' miejscu co do liczebności stawie
typ ft, a na trzeciem dopiero typ ß. Wynik ten tal. nieoczekiwany po­
zostaje jednak w sprzeczności i z dalszemi stroi cami tej samej pracy,
na któryCi autor wysuwa na miejsce naczelne jasnowłosego krótkogłowca.
Przypuszczam, że przy tego i odzaju grzecznościach mówiąc
o Homo fanobrachycejihalus p. K. Stołyhwy, byłem uprawniany do

1) Stołyhwo K. Analiza typów antropologiczny .,h. Światowit 1924, Tom
XII, s. 59.

74
zwrotu:- „ten nowy termin systematyczny, nie nawiązany do żadnego
ze 'kładników ludności europejskiej, usl alońych zgodnemi wynikami
baaań ostatniego trzydziestolecia“# Nie mogą przecież zwykłej wzmianki
na stronicy 84 o tern, że Barge i Bolk stwierdzili u Fryzów północnej
Höfen !.'i przewagą krótkogłowości, przyczem .„barwa Włosów i oczu
u tych typów jest mniej wiącej jasna , wzmianki, że' „Czepurkowski
(.1917) zwraca uwag" na to, że w Europie zach idi , ;j, szczególniej zaś
w północnej jej częśi i, znajd_3emy c. ęstc wyspy jasnych krótkogłow
ców“ i t. p. uważać za nawiązanie Homo fanobrachvcephalus do cze­
gokolwiek, skdto dokładniej p/zezeń był rozpatrywany jedynie stosunek do
mego typu y i wynik i^.go rozpatrywan «, przy zastosowaniu metody
artora, był negatywny.. Autor nie dał dowodu, że w pozostałych wy­
padkach jego metoda daje wynik pozytywny. Nie mam wiąc podstawy
do przyjęcia poglądu, że Homo tańobrachycephalus nawiązuje sią do
krótkogło ^ych blondynów powyższych autorów, a nie nawiązuje sią
jedynie do mego krótkogíov/ego jasnowłosego typu y... Nawiązywać nie
znaczy nawiązywać. W rzeczywistości p. K. Stołyhwo nie zdołał na­
wiązać swego. Homo iańobrachycephalus do typu y. Po przeprowadzo­
nej iii dyskusji jest jednak już zupełnie oczywiste, że winą tego ponosi
stosowana przez niego metoda tolerująca tak zasadnicze sprzeczności
pomiędzy poszczególne^ częściami sześcioarkuszowej pracy.

Przeprowadzoną tu rewizja pracy p. K. Stołyhwy jest właściwie
howem opracowaniem badanego przez niego materjału, które, dopro­
wadziło nas do zupełnie oamiennych wyników :
zarówno co do składu antropologicznego ba lanej grupy,
jak też i co do znaczenia odróżnianych przez niego odcieni pigmentacyjnych,
*
przy .stwierdzeniu szeregu zasadniczych sprzeczności pomiędzy
poszczególnemi częściam, pracy p. K. Stołyhwy.
v '
j.
Przez wzgląd, na wyni i powyższe moja zupełnie negatywna
ocena, polegająca na zaznaczeniu ]) „stosowania wadliwej metody, do
zupełnie niewystarczającego pod względem ilościowym materjału jest.
najzupełniej zasadnióna.
' ,
Ar.tropologja jest już nauką zbyt ścisłą, by twórczość tego ro­
dzaju w dziedzinie metod badania, przynajmniej w Polsce i Anglji,
mogła być jeszcze na czasie. Jest ona przecież już anachronizmem.

*) Recenzja odczytu : S. Poniatowski : Podłoże .rasowe kultur zasadniczych,
bud
.
; 1924,.• Tom XXIII, s. 180.",
I
l
Lwów,

\

5

17. x: 1925,

JAN CZEKANOWSKI.
*

> ?

List otwarty do nr, Zygmunta Zakrzewskiego.
Szanowny Pan:

Kolego!.

W odpowiedzi na Pański list otwarty, zamieszczony w „Przeglą­
dzie archeologicznym“ t. II, wyjaśniam mój punkt widzenia na „nie­
zwykłe w święcie naukowym zjawisko“, jak nazwał qz. Pan Kolega
polemikę toczącą się na łamach ^Przeglądu archeologicznego“ w związku
z memi pracami: „Starsza epoka kapiienna w Pólsce“ 192^*, i „Epoka
kamienia na wydmach -vs.cljodi.iej części wyżyny Małopolskiej1* 1923. Sz. P. Kolega stwierdza, że niema dwóch zdań co. do *«sgo, „że
dłużej mi milczeć nie wolno.“ i żąda, bym dał wyczerpującą odpou-edź
na postawione mi. zarzuty, względnie przyznał słuszność mym krytykom.
Uwaga, że odpowiedzi rzeczowej na postawione mi zarzuty nie dałem,
jest tylko częściowo słuszna. Istotnie w odpowiedzi mojej, danej p. Kru­
kowskiemu oraz p. Sawickiemu, niętylko nie uwzględniłem stawianych
mi zarzutów,, ale w, obu wypadkach zarzuty tę zleKceważyłem, a zwró­
ciłem uwagę' raczej na metodę, niż na treść obu tych recenzyj. Nie­
mniej byłoby, niesłuszńem tyierdzerię, że na postawione mi zarzuty
wogóle nie odpowiadałem. Przeciwnie. Odpowiedzią moją- są prace,
które się ukazały po tych recenzjach. Wprawdzie moi recenzenci
są tam wymienieni tylko o tyle, o ile cytuję ich badania lub ob­
serwacje, a starałem się to czynić możliwie często, brak zaś w tych
pracach wszelkiej , polemiki, niemniej podaję , ta.n argumenty ! nowe
fakty, oświetlające te zagadnienia, które rzeczowo zostały zaczepione
przez polemikę.
'
. >
„Starsza epoka- kamienna w Polsęe“ została przetłumaczona na
język niemiecki i uLazała się w „Eiszeit“ zeszyt II. Przed oddaniem
tłumaczenia do druku poczyniłem pewne uzupełniające badania np.
w Glinianach i Puławach, skontrolowałem cały tekst, przeprowadziłem
liczne uzupełnienia i przeróbki, dałem szereg nowych argumentów dla
moich twierdzeń, dodałem nawet cały jeden rozdział' i w ten sposób
dałem odpowiedź najbardziej rzeczową i najmniej, osobistą, na jaką mo­
głem się zdobyć. Dowodem jest to, żę ją nawet Sz. P. Kolega przeo­
czył. Nadto w „ 1’Anthropologie“ złożyłem obszerne?». streszczenie tejże
pracy, Drzejrzane i skontrolowane przez prof. Breuila, które pozwoli
nauce francuskiej zapoznać się z polskim paleolitem. Sądzę, że inicja­
tywa tłumaczenia mojej pracy pochodząca od Dr. bayera, dość rzadka
-w stosunku do prac polskich oraz aprobata jej przez naiświetniejszego
znawcę paleolitu prof. Breuila jest także odpowiedzią na recenzje i „rze­
czowe“ zarzuty. Odpowiedź moją nie uważam jednak za zupełną. W po­
dobnie rzeczowy sposób będę odpowiadał dalej i na zarzuty posta­
wione mi w zakresie starszego paleolitu dam w niedalekiej przyszłości
odpowiedź, również zupełnie rzeczową tym razem wspólnie z prof.
Breuilem. Z prawdziwą jednak przykrością nadmienić muszę,, że w dość
obszernej książce nie mieliśmy; sposobności wspomnieć o. p. Kru­
kowskim.
'

I W stosunku do recenzji fi. Sawickiego również niewiele jestem
dłużny. Przedewszystkiem wydałem obszerną książkę: „Młodsza epoka
kamienna w Polsce“, gdz:-i miałem możność wiele poruszonych dawniej
tematów rozwinąć. Szereg zagadnień bardziej szczegółowych omówiłem
równjeż w „Przyczynkach do epoki kamiennej w Wielkopolsce“. Nadto
w jednym z najbliższych zeszytów „l’Anthropologie“ ukaże się mój
.artykuł o polskim mezolicie. Na razie zamierzam na- terii poprzestać
i odstępuję omówienie pewnych spraw szczegółowych moim uczniom.
Przyprszczfitn bowiem, że, nowe problematy, wysunięte przezemnie w „Ne­
olicie“ wywJłają na rodzimym gruncie nową pólemikę. Poczyniłem na­
wet do niej już pewne przygotowania, a zarazem zwlekam z niemieckiem
wydaniem tej pracy w' publikacjach instytutu prehistorycznego w Tybin­
dze, by w riowćm wydaniu należycie uwzględnić krytykę i dać na nią
zupełnie rzeczowa odpowiedź. '
Lecz wyznam zupełnie szczerze, że nié chęć dania odprawy mym
recenzentom dyktowała mi owe moje odpowiedzi. Stało s;ę to zupełnie
ubocznie. Zostały one poprostu wywołane zainteresowaniem? jakie wzbu­
dziły moje prace zagranicą oraz wskutek zagadnień,, powstałych przy
pracach własnych. Mimowoli więc calem odpowiedź wystarczającą, a je­
dnocześnie' zupełnie nieosobistą.
.
Sz. Kolega móże mnie zapytać, dlaczego odmówiłem dania 'odpo­
wiedzi bezpośredniej na postawione mi zarzuty. .Odpowiem,’ że dobre
formy i kultura osobista ' są jedyneimi podstawami dobrych stosunków
między ludźmi, a dyskusja rzeczowa jest tylko wtedy możliwa, gdy wa­
runki powyższe są spełnione, gdy utrzymuje się ton wzajemnego sza­
cunku dyskutujących i przestrzega obustronnej kurtuazji. Gdy to nie ma
miejsca, dyskusja staje się kłótnią,# a nawet burdą. Zarówno środki jak
i metody moich partnerów nie godzą się, z mojemi estetycznemi poglą­
dami i z tej przyczyny odmówiłem dyskusji, a ograniczam się dó wska­
zania metod i środków, jakich przeciw mnie użyto.
Na dowód słuszności mego stanowiska pozwolę sobie P. Koledze
przytocz]'': wnioski, do których dochodzi p. Krukowski w swojej recenzji
mego „Paleolitu“. Cytuję owe wnioski w tym porządku,', w jakim do­
chodzi do nich p. Krukowski, przyczèm nie wyczerpuję Całego ich bo» gacti ra Wyrażenia są cytowane dosłownie,‘ a jedynie • podane w pierw­
szym przypadku liczby pojedyńczej, względnie liczby mnogiej. Oto
szczególnie cenne przykłady :
'
Kompilacyjne i jednostronne zestawienie cudzych poglądów... Ga­
binetowo muzealne poszukiwania... Zaczątkowość... Prowizoryczność...
7 Pozbawiony elementarnej zdolności spostrzegania... Uwaga chyba- wys­
sana z palca... Bałamutne mieszanie materjałów... Naiwne pojmowanie...
Nieprzytomne zdania... Zaplątany węzeł nieporozumień, niekonsekwencji
i lekkomyślności... Nieopanowane, bezładhe i bezpodstawne wnioskowa^
nie... Pewne siebie nieuctwo... Normalny dla autora dyletantyzm... Śmia­
łość. literackiego, a"nieodpowiedzialnego fantazjonowania... Zapanbractwo
z Obermaierem,.. Prawdziwie niemiecki konik... Anemiczne usiłowania...
Niewypłacalność naukowa,^. Dowcipne i arcyzabawne wnioskowanie...

77
Naiwne twierdzenie.*. Prostactwo rozumowania swoiste Uikou ... Nie­
świadomość...
'
Następuje chwila spoczynku, poczem uwaga p. Kr. „Idealem moim'
■est nanizanie na nić nie złośliwej, ani żartobliwej loytyki wszystkich
pereł i perełek ze skarbca autorskiej nauki, gdyby takie smutne, żmudne,
jednostajne i \vielce' wyczerpujące zajęcie nie groziło ciężką depresją
władz umysłowych“.
A potem znów dalej w tym tonie: Przywidzenia... Efemeryczność
twierdzeń... Po'cieszna pewność siebie... Stek niedorzeczności... Przera­
żająca zmora senna... Ignoranckie i urojone ekwilibrowanie 'gołosłownemi zapewnieniami... Bezecne1 zwodzenie łatwowierności ludzkiej...
Rozweselające' pojmowanie... Miły szczebiot chłopięcia... Solutréentèndenz... Przywidzenia... Pseudo-prahistorja... Naiwnie dogmatyczny stosu­
nek.., Sparodjowany opis... Tania oryginalność... To wszystko jest godne
świątecznego fejletonu... Powiastka... Bajki z „Tysiąca i, jednej nbćy“...
Czepianie się ułomnego Kląatsch’owego wozu przy fantazjowaniu... Prze­
milczenie... Przekręcenie... Niewinne rojena cichcem "naftowane na "ręgierskiej kanwie- literaturowej do pobożnego spożycia przez konsumen­
tów „Paleolitu“ z krajowego zapiecka». Nieuświadomiony zapewne, za­
miar inkasowania na swój rachunek... Gorączkowe majaczenia... Obłą­
kańczy wir... Pauza... Poczem p. Krukowski czyni uwagę: „Zdrowiu
memu zaczyna grozić niebezpieczeństwo pod wpływem uważnego i, tyle
męczącego studjowania „Paleolitu“.
I dalej znów na.poprzedrią nutę: Pocieszna łatanina... Obja­
wienie.., Niedouczone, jak wszystko powyższe... Zręćzne w intencji,
a nieudolne w wykonaniu pasaże... Spontaniczne syntetyzowanie... Nie­
udolnie wzorowana :praca Danaid... Zboczenie epidemiczne... Syntetyzc
wanie za wszelką cenę... Uczëniec, wyszły z niemieckiej szkoły jedynej
pseudonauki... Ignorant literatury... Synteżomanja... Extra uogólnienia...
Nikczemne przygotowanie... Bezwiedna przewrotność... Dogmatyzm-..
Naiwność... Bałamutność... Powierzchowność... Bezkryyczność... Nie­
uctwo... Natchniona fantastyczność...
Wreszcie na zakończenie tego soczystego portretu psychi :znégo
p. Krukowski wysnuwa konkluzję : „Zdumiewającym i potwornym jest
fakt, że li kkomyślnie powierzono mu wysokie i odpowiedzialne zadanie
kształcenia nowych adeptów archeológji ' polskiej i to we Lwowie,
szefńcu Rzplitej“.
Każdy kto zna pana Krukowskiego oraz jego dotychczasową dzia­
łalność krytyczną nie może być zdziwiony takim właśnie portretem mo­
jej osoby, Dziwne może się tylko wydać, że redaktor „Przeglądu Ar:heolögicznego“ prof. Dr, Józef Kostrzewski tę .-rzecz przyjął i dru­
kował. $ądzę, że redakcja jest odpowiedzialna za treść tego, co drukuje,
podkreślam jednocześnie, że dotychczas nie zostałem przeproszony i nie
otrzymałem żadnego zadośćuczynienia za ten przejaw uezpośredniości.
Drzeciwnie dalsze numery „Przeglądu“ są dowodem, że atak jest dalej
pro vadzony i tc nadal przy zastosowaniu metod niepraktykowanych
nigdzie na świeeie. Ja przynajmniej nie znam przykładu w europejskiej
V

*

v

78
literaturze, gdziehy krytyk posunąi się tak daleko w swej recenzji, jak
p>. Krukowski, a redakcja Była tak złośliwą, jak w rtosunku mojej od­
powiedzi danej p. Sawickiemu.
Z kolei przejdę właśnie dp *•< cenzji pi Sawickiego. Stanowisko
moje i stosunek do tej krytyki podałem już w mojej odpowiedzi. Co
się“ tyczy merita tej krytyki, mogę podać do wiadomości P. Kolegi, że
owa krytyka ma dwie redakcje. Pierwsza' została mi pokazana przer
prof. Kostrzewskiego, ą wtedy poczyniłem na marginesie uwagi, oraz
wykazałem prof. Kostrzewsidemu całą jej bezpodstawność. Redaktor
„Przeglądu“ uznał słuszność argumentów, krytykę oddał autorowi z mojemi uwagapii i zakomunikował mu powody, dla których ją zwraca.
P. Sawicki krytykę prawie wdwójnasób rozszerzył, część zarzmów bardzo
rażących bezpodstawć aścią usunął, dodał zaś wiele nowych nie ustępu
jących pierwszej serji. W nowej redakcji, już bez moich uwag, dzieło
„to posżło do drukarni. Zaznaczyć muszę, że za pierwszym razem nie
poprawiałem wszystkiégo ; z chwilą b trem gdy prof. KostrzewsH uznał,
że krytyka do druku się nie nadaje, zaniechałem dawania dalszych do­
wodów na jej nierzeczowość, co lojalnie zaznaczyłem. Oczywiście wiele
tych nr ^omówionych ustępów dostało się z pierwszej do drugiej re­
dakcji, Krytykę otrzymałem już w podióży, w Po dze, a odpowiadałem
ńa nią w Paryżu, gdzie miałem wiele ciekawszych i milfezych rzeczy dc
robienia, niż polemizowanie z p. Sawickim. Zresztą nawet we Lwowie
nic innego bym nie napisał, a to ze względu na mój zasadniczy pogląd
na charakter -olemiki naukowej, któremu zarówno krytyka p. Krukow­
skiego jak krytyka p.ł Sawickiego nie odpowiada.
*"■ Na nowe obelgi, któremi mnie obrzucili w ostatnim numerze
„Przeglądu“ p. Krukowski i Sawicki, reagować nie będę, a nawet nie
mogę, bo ani repliki p. Krukowskiego ani p. Sawickiego nie' czytałem, a znam je tylko z informacyj, , których udzielili mi o nich moi
przyjaciele.
„Rzeczowe zarzuty“, gak P. Kolega określa krytyki moich prac
są tego rpdzaju, że .odpowiedzi z mej strony nie wymagają. Swoich
kVzalüikacyj naukowych bronić nie potrzebuję, jak również popisywać
się uczonością. Nie mam też zamiaru pisać całych studjów, które nie
będą, służyły do wyjaśnienia problematów naukowych, lecz z konieczności
musiaiyby się sprowadzać do udowadniania niesłus 'ości twierdzeń mych
krytyków. Praca naukowa zła i bezwartościowa, za jąką poczytują moją
pracę pp. KrukoWsk: "i Sawicki, ginie i marnieje sama. Óruzgocące
krytyki spotykają zwykle prace, które budzą żywsze zainteresowanie lub
są poprostu niewygodne osobiście. Krytyki "takie przynoszą też zwykle
Ti liejszą szkodę krytykowanemu niż krytykowi. Ze swej strony mogę
nodkreślić, że mnie szkody ładnej nie przyniosły.
^
Natomiast nie. ulegć wątpliwości, że polemika prowadzona w związku
z moją osobą na łamach „Przeglądu archeologicznego“ nie stwierdza
wysokiego poziomu kultury naukowej w Polsce na polu prehistorji.
Lep :j odemnie poinformować mogą Sz. P. Kolegę w tym względzie
ludzie. mni_, ćdemnie zainteresowani. Jeżeli jednak pozwoliłem sobie na

79
•»wypowiedzenia w tej sprawie także mojej opinji, to tyłku z tego po­
wodu, że cała ta. sprawa tak mało mnie obchodzi,- że man prawo we
własnem sumieniu uważać siebie za niezainteřesowanego.P. Kolega żąda, bym się przyznał do błędów. Jestem gotów
uczynić to w każdej chwili. Stoję na stanowisku, że wszystl :o to, co
czynię, jest próbą takiego ujęcia -, materjału, któraby w zestawieniu
z fakłami nie dawała sprzeczności. Tak skromnie definji iję prawdę i jer
stem daleki od mniemania, aby to, co ogłosiłem drukiem dotychczas,
było prawdą bezwzględną. Historja nauki uczy mnie, że błądzili więksi
odemnie uczeni. Czekam też spokojnie, że prędzej czy później okażą
się luki, braki i błędy w mojej koncepcji. Wystarczy mi wówczas jedno
tylko przekonanie, że przez postawienie problemu przyczyniłem się do
nowego jego rozwiązania. Cieszyć się też będę zawsze, gdy odkryte
nowe fakty pozwolą ha inńe, odmienne oa mojego a prawdziwsze
' ujęcie. Taką krytykę własnych prac prowadzę' ciągle, a współpraca Ko­
legów w tym «kierunku będzie przezemnić z radością powitana. Do­
tychczasowa krytyka ' od takiej rzeczowej i poważnej współpracy jest,
jak to przyzna chyba Sz. P. „Kolega, bardzo daleką.
Nie przypuszczam oczywiście, aby Sz. P. -Kolega sądził, że do
owego mea culpa ma mnie nakłonić, złośliwość redakcji „Przeglądu“,
która starannie wykorygowała „w imię bezstronności“ moje błędy orto­
graficzne i „inne pisarskie omyłki w pisanej Hcrywczo w podróży mojej
odpowiedzi, danej p. Sawickiemu. Przyznaję, że czasem piszę nieprtograficznie, zależy to zupełnie od mego stàhu nerwowego, a przecież
mimo to przez wzgląd na to, co zrobiłem dotychczas i przez wzgląd
na pcenę tych wszystkich, którzy jako powołani i miarodajni oceniali
moje kwalifikacje i nie uznali tych -sterek za najistotniejszą ..esc mi go
dorobku, mogę pominąć ze spokojem zarzut niedouczeriia Przypuszczam
- zaś, że objel-tywnego iňdzá raczej zadziwi sumienność redakcji, która
„w imię bezstronności“ tak starannie pozostawiła owe błędy i nie
czuła się w obowiązku przesłać mi korékty, lecz pokazała mi dopiero
rezultat swej staranności w wydrukowanym egzemplarzu „Przeglądu“,
opatrując mą odpowiedź odpowiednim przypiskiem- Oczywiście rią przy­
szłość przestanę obciążać redakcję '„Przeglądu“ moją pisaniną i z tej
t rzyczyny pomieszczam w „Ludzie“ ten lise ■‘twarty do Sz. Pana Ko­
legi. Nie mogę się przecież narażać na nowe przejawy tak szczególnego
objektywizmu ze strony „Przeglądu“.
Wracając do sprawy dawania lub nie dawania przezemnie odpo­
wiedzi na krytyki, . jakie niewątpliwie będą mnie jeszcze spotykały,
oświadczam: Jestem zawsze gotów prowadzić dyskusję nad problema­
tami nauku iveim, będę bronił mych naukowych opinij, gdy uważam je
za słuszne, będę się cieszył, gdy' Koledzy moi podejmą wsp Słprdcę ze
mną w kierunku podważania tych. opinij, które wygłosiłem lub które
wygłoszę w przyszłości. Na napaści osobiste jednak reagować nie, będę
! i będę stał konsekwentnie na tem sta. owisku tak długo, aż dyskusja
w Polsce na polu prehistorji nie oprze się na zasadzie szanowania
' przeciwnika i nie zacznie mieć za jedyny cel problematy naukowe,

80
a nie osoby 'autorów. Mam dość mocne stanowisko w nauce, aby na
taki luksus sobie pozwolić,
' Przy okazji tego listu proszą przyjąć Panie Kolego wyrazy zawszetrwałego szacunku i poważania oraz wyrazy podzięki za danie mi
możności wyjaśnienia sprawy, którą na równi z Panem Kolegą uważam
za wymag ^ącą jasnego postawienia.
Lwów, 1 listopada.

LEON KOZŁOWSKI.

DruV ukończono' 15 stycznia 1926.

ALEKSANDER BRÜCKNER; '
i.

STAROŻYTNOŚCI SŁOWIAŃSKIE,
1 ' jj

\

A



s,

»

W ciągu ćwit-cwiecza, od r, Í9Q0 do końca r. ,1925, wykorał praski archeolog-prehistoryk, profesor Lubor Ni derle, dzieło
por_:nikowe i co dc rozmiarów i co do sumienności i pracowitości,
obejmujące wszystko, cp kiedykolwiek napisano. W krytyką, w łjcze
gółową oceną tego dzieła nie wdają sią ; pomijam cząść jego histo­
ryczną, tomy poświęcone wędrówkom i rozgałęzieniom Słowian;
mnie zajmie tylko to, co z zadaniami „Ludu“ pozostaje w bezpo­
średnim związku — z jednym wyjątkiem ; pyta iu o pierwotnej
rodzinie czy kolebce Słowian parą uwag poświęcę.
Pytanie należałoby dokładniej określić: o jakąż to kolebką
£ raczej o jakie czasy chodzi? Rozlew Słowiańszczyzny na po­
łudnie aż dó Morei i ná zachód aż do Frankónji rozpoczął si ą
jawnie i potężnie z końcem V wieku a zaczął opadać z końcem VIII;
dopiero w ciągu V wieku, mniej lub więcej jednolity dotąd szczep
t.j. utrzymujący bezpośredni związek wszystkich plemion, rozluź­
niał się powoli ; luźne teraz plemiona, korzystając z odpływu fal
niemieckich a zdruzgotania przewagi huńskiej, zaczęły sią szerzyć
. biegiem Dniepru, Bohu i Dniestru nad Dunaj a na Zachód posu­
wać sią nad' morzem ky Łabie albo zaj. iywać przesmyki górskie
i wkraczać ao kotliny czeskiej, opuszczając kolebką, w której po­
zostały plemiona ryskie i polskie. Gdzie tę kolebkę w czwartym
wieku, t. j. za nierozluźnionej jeszcze Słowiańszczyzny, uir,'pjscow.ć
należy, co do tego wątpić nie można: tam, gdzie Słowian pod
obcem jeszcze, nie1 nip ckiem nazwi ^kiem (Wenedów) już Tacyt wy­
mienił: na nizinach między Niemcami a Finami (dodajmy i Litwą).
Wszelkie przesuwanie tych granic na^ zachód i południe, wszelkie
mrzonki autochtonistów jak Kuffner, Żunkowicz u Czechów, u nas
Lud. T. XXIV.

Ï,

"

6

82
-V

Bogusławski, Tomicki o pierwotnych siedzibach ^łowian w środ­
kowej Europie czy na Bałkanie nasadzają się na fantastycznych
wywodach imion albo na czczych wymysłach (ńp. o słowiańskiem
pochodzeniu Justynjana !). Mylą i wywody Niederlegó, co w jednem
i w drugiem plemieniu, wymienianem przez Ptolemeusza i i., np.
w Koistobokach, Słowian uznawał i na podstawie kilku nazw wo­
dnych luźne (nie zwarte!) przenikanie Słowian do Panonji nad
Dunaj, już w pierwszych wiekach po Çhr. przypuszczał. Równie
jednak mylne zbytnie zwężanie pierwotnych g.anic do błot poleskich, gdzie dla Słowian nigdyby miejsca nie starczyło. Kolebkę
ustalamy więc od Wielkiej i Małej Polski, aż po siedziby Radzimiczów i Wiaticzów nad górną Oką i Wołgą, nie spierając się
ani na wschodzie ani na zachodzie o jakieś dokładniejsze dane.
Jak daleko na południe Słowianie sięgali, o tern mogliby już za
czasów Herodotovrçrch (bo od V wieku przed Chr. do V po Chr.
przeciąga się nam cały ten okres jednolitości szczepowej) świad­
czyć Neurowie naddniestrzańscy, gdyby ich uznać za Słowian, co
. możliwe (tylko nie na niemożliwej podstawie Nura i t. d., lecz
tak, jak ja imię wyłożyłem), lecz nie dowiedzione (mogli być
krewnymi swych sąsiadów, Agathyrsów na zachodzie albo Budinów na wschodzie, a więc w :ednym i drugim razie nie byliby
Słowianami).
W
Lecz cóż sądzić o wiekach wstecz t. j. poza V w. przed Chr.?
Kiedy i skąd przybyli Słowianie w te ziemie między Odrą a Wołgą?
alboż byli tam autochtonami t, z. nie sposób dowieść bytności czy
śladów innych ludów przed nimi, np. fińskich? Nic łatwiej, niż
na podstawie fałszywych etymologij albo innych mrzonek (np, że
.iiazurzen’“ zawinili tubylcy fińscy!) Finów tu osadzić. Przeczą
temu wprost dzieje późniejsze : Fin nie stykał się nigdy z Słowia­
ninem, bo najdawniejszą warstwę słów kulturalnych przejął od
Litwy, co niegdyś klinem między Finami a Słowianami się wbijała,
zanim na zachód nie uszła, poczem istotnie Wiaticzy i Ntíwogrodzianie z Finami się zeszli i już do IX wieku conajmniej na nich
wpływali, ich usuwając czy asymilując. Odrzuciwszy więc bajki
fińskie załatwijmyż się również z kolebką Słowiańszczyzny za­
chodnią i wschodnią.
' .
Bo oto uważają nasi i czescy archeologowie kulturę t. zw. ’
łużycką (i łużyckośląską), panującą niemal przez lat tysiąc przed
naszą erą, za słowiańską i wywodzą Słowian z tych stron i -z pierw\

,

I\

4

.

m

szego tysiącolecia przed Chr, Ciekrwe, jak się na to Niećerle
zapatrywa, Przed 20 laty twierdził napewnę przeciw archeologom
niemieckim, że kultura łużycka słowiańska; po 20 latach ocaliłby
ją jak najchętniej dla Słowian, lecz pewności już nie ma: to pra­
wdopodobne, lecz nie ' dowiedzione 1 Przemilcza przytem zawsze,
co za wywody przeciw tezie słowiańskiej przemawiają — żą niego
sam je dopowiem. Nasi archeologowie zapominają, że kultura
łużycka sięga głęboko do Czech i na Morawę, gdzie podczas ce
łego jej przebiegu żadnych Słowian nigdy nie było (ci zjawiają
się tam dopiero w całe wieki po Chr.), Jeżeli więc kultura łużycka , w Czechach i na Morawie Słowian wyklucza, to mipiowoli rodzi
się wątpliwość, czy na Śląską i Łużycach nię było podobnie ?
A wątpliwość przechodzi niemal w pewność, jeżeli zważymy, jaka
nędza słowiańska z opisów i Tacyta i Greków VI i VII w. po Chr.'
jeszcze przebija a w zgodzie z nią pozostaje ubóstwo grobów istot­
nie słowiańskich. Nie można zaś odbić tęgo argumentu jakąś bipąr- .
tycją słowiańską, t. j. że na zachodzie byli bardziej cywilizowani
niż na wschodzie, bo absolutnej ich jednolitości dowodzą pożyczki
niemieckie II do IV wieku po Chr., u wszystkich Słowian bez wy­
jątku te same i takie same. A W grę wchodzi może dziwaczna, na­
zwa Słowian u Niemców: Weneci, słowo tak samo Słowianom jak
Niemcom zupełnie obce i świetny był pomysł rCossinny, że Sło­
wianie za} ęli z czasem dawne Wenetów siedziby i od tych siedzib
przezwali ich Niemcy. Wiele tu zagadek, w które nie wchodzę:
mnie wszelkie prawdopodobieństwo przemawia przeciw utożsamia- ’
niu Słowian z kulturą łużycką; że Łużyce ani Śląsk do kolebki
słowiańskiej nie należą, wydaje mi się rzeczą ^jewną ze względu
na nazwy rzek, np. Odera, i na świadectwa Starożytne, nie zna­
jące tam Słowian,, chociaż za równie pewne uważam, że nie Wisła
dz liła Słowian i Niemców : w braku innej wyrazistej granicy cze­
piano się Wielkiej rzeki, łączącej, nie dzielącej, dziedziny.
Kobbkę wschodnią dla Słomian ‘ Ustanowił świeżo p, Kaz.
Moszyński (Badania nad pochodzeniem i pierwotną kulturą Sło- ,
wian, Kraków, Akádemja, wydział filologiczny T. LXII nr. 2,1925,
str. 140), twierdząc o wschodniem pochodzeniu słowiańskiego ję­
zyka : „punkty wyjścia dla niego leżały najprawdopodobniej w Azji
na północnych pograniczach wielkiego Stepu“ (str. 136) ; „Słowia­
nie z połowy 1 tysiącolecia po Chr. byliby rasowo i kulturalnie
czemś bardzo rożnem od Słowian z połowy 1 tysiącolecia przed
6*

k

Ghn“ (137). Wywody swi oparł autor na podstawie kilkudziesię­
ciu pożyczek, jakie n”jy Turkotałaby przejęli pierwotnie od Sło­
wian bytujących więc w ich sąsiedztwie jako stepowcy lub półstepowcy. .Nie tu miejsce na spory filologiczne; zaznaczę więc
całkiem Ogólnikowo, że ani jedno ze wszystkich owych 40 „równań*
utrzyma^ się nie może, bo słowa porównywane albo nic nie mają
ż sobą spólnego albo odwrotnie Słowianie przejęli je od Turkotatarów, z którymi się dopiero od czasów huńskich i awarskich,
(a więc nie przed Chr.l) po raz piprws*y zetknęli.
Odrzuciwszy i kolebkę wschodnią pozostawiamy rzecz jak
była, t. j, dla braku danych nie rozbieramy wcale pytaniu, skąd
się wzięli Słowianie do swoich siedzib międry Oderą a Wołgą
(żeby najodleglejsze obrać linje), W których siedzą co najmniej
od czasów Herodotowych. A pytania tego tem bardziej nie roz^ bieramy, im pewniej liczymy się z' jego ścisłą przynależnością da
ogólniejszego pytania o kolebce samych Arjów, których gałęzią
europejską są właśnie: Słowianie. Dane historji i filologji są zbyt
.wieżej daty; czy archeológja, cóż dopiero antropologia, zdoła
coś ustalić — nie przssądzamy; dotąd widzimy naocznie, że klueza do rozwiązania, zagadki, które to hjdy-t. j. której mowy ludy
pozostawiły ślady bytności w garnkach czy czaszkach, jeszcze ni o
znaleziono.
Druga część dzieła Niedćrlego w pięciu sporych tomach ma
własny tytuł: „Zycie starożytnych Słowian, podstawy słowiańskich
starożytności kultury“ (pierwszy tom tej części wyszedł 1911 r.,
ostatni z końcem 1925, brak jeszcze tomu o prawie słowiańskiem,
który nap> ze prof. Kadlec). Treść tych pięciu tomów krótko ze­
stawię, aby czytelnik „Ludu“ mógł się zorjentować, co może znaleśę
p“zydatnego dla etnografa; idę za porządkiem, rozdziałów, nie
bacząc dalej liczby tomów.
J
Pierwszy rozdział op Ęał nader krótko ziemię, florę i faunę
pierwotnej Słowiańszczyzny; zaznaczył oddalenie jej od wielkich
szkków kultury i podkreślił jej ubóstwo. Dla wszelkich opisów
posługiwa się Niederle tale słownikami słowiańskimi, zestawia
słowa zgodne t. j; spólne, jako pierwotne, aby niemi zastąpić brak
czy niedomówienia źródeł historycznych, t. j. kronik i dokumentów;
a więc wylicza spólne wszystkim (albo kilku) słowiańskim językom
nazwy drzew, zwierząt i t. d;, co tu zaraz zaznaczam, aby rzeczy nie
powtarzać ; te spisy, bardzo oględne, bywąją niezupełne a czasami

mylne, t..j. Niederle uważa słowo za rodzime, gdy jest w istocie
obc£m a częściej bywa i odwrotnie; pozory łudzą. On nie filolog,
ale starał się o najlepsze informacje; nie jego też wina, gdy go
zuwodzą. To najkrótszy rozdział.
' W drugim opisał N. życie fizyczne, od narodzenia do śmierci,
głuwnib życie płciowe, ślubne i nieślubne, troskę o ciało i jego
czystość, jadło i napoje, choroby i śmierć. Narodziny zbywa krótko
dla braku źródeł, ‘ńa folklorze dzisiejszym naj-nniej nóg. się oprzeć
w braku prac podstawowych (czemu u nas Byśtron zaradził);
główną wagę kładł tu na obrzędy weselne
przytoczył obfitą
bibljografję, ale szczegółów obrzędowych spólnych, prasłowiań­
skich, nie wiele mógł się dopatrzyć, ęoby od aryjskich odbiegały.
Brak tu wielu rzeczy, które Kadlec dopełr' : winien; N. rozprawia
np. o wierności małżeńskiej, lecz ani wspomniał, że chyba Słowianie jedyni utworzył, osobną nazwę dla żony porzuconej albo
raczej napędzonej przez męża, zowiąc ją „poćpieg ą“ ; tak częstem
było to zjawisko, potwierdzane nam i przez dökumenty : w Cze­
chach występywał legat rzymski przeciw klerykom, żeniącym się
z poćpiegami jeszcze w XII wieku. Cały ten dział wymaga uzu­
pełnień z dzisiejszego folkloru ; nie wchodząc w bajki o. ooliandrji
i t. p. należy przedewszystkiem stwierdzić, że żywot płciowy u Sło­
wian był o wiele swobodniejszy niż' u Germanów ; żona dopiero
stawała się nietykalną, wyłączną własności- męża. Nalej, że śluby
prze? porywanie, umyczka, są/ właśnie zaprzeczeniem ślubu i nie
zostawiły też z tej przyczyny żadnych śladów w rbrzędćch we­
selnych; co z nich tłumaczą jako ślady umyczki, nic z nią nie ma
spólnego ; są to zabawy dla urozmaicenia i przedłużenia obchodu.
Nierównie obszerniej i gruntowniej wypadł rozdział III, po­
grzeb starosłowiański, gdzie i archeolog przemawia, co przedtèm
tylko dla przyborów tualetbwych (brzytew, zwierciadełek i t. d.)
głos zabierał. Chodzi o palenie : chowanie zwłok, dalej o cały
ceremonjał pogrzebowy, bdyn (pasz „pusty wieczór“ t. j. czuwanie
nad zwłokami, co z budą nic niema do czynienia) i trizna, igrzy­
ska (gonitwy, zabawy i t. p.), poczem następy wała strawa, u nas
dopiero od XV wieku stypą, przezywana. Żale dla cmentarzy wy­
kłada N. mylnie od żalu; żale sąpoprostu urny (od urere, palić;;
to samo znaczy i nasze słowo identyczne' z żarem). Odznacza się
‘ten rozdział licznemi ilustracjami, zajmującemi odtąd coraz więcej
miejsca (i znaczenia); dodał N, i nowy dokładny przekład arab-

skiego źródła o pogrzebie „Rusa“, Nordmana, nie Słowianina prze­
cież ; cały tom roz/ioc-ał tekstami gřeckiemi o Słowianach VI i VIÍ
wieku. . "
Czwarty rozdziel wręcz olbrzymi (str. 405—682) poświęcił
N.ubiorowi, głównie zaś (od str. 529 do końca) ozdobom (za­
usznicom, spinke-n, naramiennikom, pierścieniom). O zausznicach,
typowych szczególniej dla całej zachodniej Słowiańszczyzny, twier­
dzi, że pierwotne pojedyncze nosiły Słowianki, późniejsze, esowate,
przejęły jednał: od prowincjałów rzymskich ; że szerzyły się te
zausznice od Dunaju ; wzory ich podał na , dWu tablicach. W za­
kończeniu rozdziału stwierdza, że nawet w pierwszych wiekach
po Chr. nie ma śladu, bogatszej techniki domowej ; że przedmioty
ozdobne są nadzwyczaj pojedyńcze; że przeważają wyroby obce;
że mało ich w grobach słowiańskich, jeśli porównamy zawartość
gri łbów niemieckich czy turkotatarskich': kółka wplatane do wło­
sów, prosty pierścień z jednego lub.dwu drutów, sznurek na szyi
z. kilku perełkami ze szkła lub kamienia i metalowym ciężarkiem,
oto i wszystko; zdobne pasy, grzywny, naramienniki należą dó
wyjątków w obrębie sainej Słowiańszczyzny, chyba gdzie się sty­
kała z obcym żywiołem, stawały się ozdoby pod wpływem sąsie­
dnim bogatsze i bardziej Urozmaicone. Dopiero około i po r. 1000
rozwija się, szczególnie w Kijowskiej Rusi bogaty przemysł zdo­
bniczy, używający w braku złota niemal wyłącznie srebra, odzna­
czający się, np. w porównaniu z fińskim, większym smakiem,
lekkością, elegancją. Cały rozdział bogato ilustrowany, są i kolo­
rowe tablice wedle fresk (znojemskich o Przemyśle) i rękopisów
(np. gnieźnieńskiego).
Dom i dwór słowiański ze wszelkiemi przybudówkami sta­
nowią treść rozdziału piątego, również sążnistego (str. 683—887).
Najzawilsze to są pytania, bo dzieje domów, t. j. różnych ich
typów dotąd nie rozwikłane ostatecznie: kto na kogo wpływał
albo czy wpływał,, różnie o tenj sądzą. Filolog zwraca tu. uwagę
ni bogate imiennictwo słowiańskie; bogactwa tego nie wyzyskał
N., pomawiając za swoimi przewodnikami słowa prasłowiańskie
o wszelakie, pożyczki jak najmylniej. Wyrazy chałupa (t. j. ple­
ciona!), trzem, czettog (tego my już nie znamy, ale trzem w da­
wnej polszczyźnie istniał) nie od Greków ani od Wschodu przy­
szły, są prasłowa własne, a do nich przybywają chromy (u naś^
mylnie chramami pisywane), kacze, chlewy (nie od Gotów prze­

87
jęte), pominąwszy aryjskie już domy, drzwi i- dwory; o przybudówKacIi, kleciach, sołach, gumnach, oborach, stogach, brogach
ani wspominamy. I trudno nam rozejrzeć się należycie w tem
bogactwie, powiekszonem na domiar obcymi przybyszami, izbami,
chyżami, nie mówiąc o późnych komorach czy komnatach. Cóż
dopiero, jeżeli zważyć wyprzedzające stałe, domostwa stany, wieże
i jaty (wszystko nazwy ^namiotów), albo całkiem zagadkowe nury
11. d., a .usuwając najmylńiejsze zbliżenia naszej ściany 'czyli sdzi
(muru, por. zduna - garncarza, więc lepionej Z gliny) z niem. Stein,.
gdy nasze słowo nie z kamieniem, lecz z sienią w jedynym pe­
wnym związku. Również nie ■ mogę się zgodzić na wywody N. co
do pjeca, który łączy z izbą: utrzymuje pochodzenie pieca germańsko-rzymskie ; ńiem. Stube (pierwotnie łaźnia) z piecem, co
od Rzymian wyszła, dostała się (do Słowian, sąsiadujących z Nierm
rami nad Łabą i Dunajem w V wieku po Chr. i przyjęła się tak
dobrze, że już w jakim IX wieku i do Rusi dotarła. Na to niema
zgody, piec jest słowo prasłowiańskie, izba pożyczka i o ich sp ił-zesności nie. może być mowy. Nierównie więcej trafia, mi do przeko­
nania twierdzenie Rhamjna, że piec to rzecz prasłowiańska, zupełnie
Niemcom obca, co tylko nad wolnem ogniskiem, nad którem wisiał
kocieł (tego nazwę Słowianie od Niemców, ci od Rzymian prze­
jęli), przesiadywali. .Rozstrzygnięcia tych pytań należałoby W pierw­
szym rządzie od archeologji oczekiwać, ale do tego zdaje się drogi
" jeszcze daleka. Cały rozdział bogato ilustrowany, li "zne plany
i zdjęcia ułatwiają zrozumiecie materji dosyć zawiłej, bo u Sło­
wian na Bałkanie, w Alpach i t. d. spotykają si ; wszelkie możliwe
typy. Oto króciutkie streszczenie, tomu o 900 stronicach wielkiego
formatu!
Z następnego tomu wyszła tylko część pierwsza, Mitologja,
(bo następnej, o prawie, prof. Kadlec dotąd jeszcze nie napisał)
na 300 stronicach; z nią sprawię się jak najkrócej, bom przeciw
niej wydał osobne rozprawy, Mitologję Słowiańską i Mitologję
Polską, więc postarzać się nie myślę. Wj iczę dla zupełności ty­
tuły „ podrozdziałów : I. Źródła ; II Demonologja słowiańska (niby
niższa, kult przodków, losy zwierząt, uduchowienie zjawisk przy­
rody); III Teologja słowiańska (wyższa, kult bog~w ruskich i nadłabskich). IV Kulty pogańskie (świątynie, posągi, kapłani, uro­
czystości) ; V Chrześcijaństwo i zanik pogaństwa ; w dodatkach
przegląd dzieł i opis świątyni Świętowitowej w Arkonie. Główne

88
zarzuty, jakie przecier N. wystawiłem, dotyczą jego zbytniego po­
legania na niepewnej albo zmyślonej tradycji (mniemany bożek
Radigost ; Długoszowa baśń t. d.J i zbytniego rozszerzania kultu
przodków, ale i tu, jak w każdym innym dziale, p'dżiwiam pilność
autorską w zebraniu wszelkiego możliwego materjału a wdzięcz, oiśmy >mu i za to, że każdy tom obfite posiada spisy.
Trzeci tom o 789 stronach (wyszedł, w dwu częściach 1921
i 1925 r.), to chyba szczyt całej pracy, bo tu należało nieraz to­
rować drogę, rzucać podwaliny pod przyszłą, doskonalszą budowę;
miewał N. dawniej (np. w mitologjil) luźnych poprzedników, tu
sam nieraz i mateijał zbierał całkiem surowy i go obrabiał.
Rozdział VII, Gospodarstwo \i Wieś, polemizuje głównie z Peiskerem i jego teorją o kolejne r. niewolnictwie Słowian u Turkbtatarów i Germanów-. Peisker, głowa bardzo pomysłowa i bystra, dał
się uwieść fałszy v/yni etymologjóm głównie Korscha, wywodząc
nasze nazwy bydła od obcych i zaprzeczając Słowianom inten­
sywniejszą tegoż hodowlę; wyolbrzymił nadto wpływy' awarskie
i zepchnął Słowian ńa najniższe szczeble kultury;, wytknął 'nie­
jedną słabą stronę dawnego romantyzmu w kreśleniu prabytu, ale
sam nie ustrzegł się fantastycznych np. mitologicznych domysłów.
Zbyt często wraca do niego N., zaniepokojony widocznie wywo­
dami ziomka, którego wszystkie pisma zalecam jak najgoręcej
uwadze wszelkich etnologów, chociaż sam z-jego wynikami stale
się spieram. Na rozdział ó gospodarstwie i wsi (str. 5—203]T zło­
żyły się rozprawy o uprawie roli, o zbożu, młynach, jarzynach,
chowie,trzód, o pszczelarstwie,'myśliwstwie, rybołówstwie, wreszcie
o typach Wsi słowiańskiej i odnośnem słownictwie. Z obfitego mai terjału wymieniam jako najważniejszy, żć pług przejęli Słowianie
(co. sami tylko radła, a na Wschodzie sochę znali), od Niemców,
a - ci od Rzymian ; dalej że typ okrągłych (zamkniętych) wsi jest
osobliwością zachodniosłowiańską, szczególniej nadłabską, ale by
najmniej nie pierwotną. W szczegółach filologicznych bywają nie­
domówienia, np. str. 200 „początek słowa selo jest jasny“, i ja to
przyznaję, ależ .należało choćby w nawiasie dodać „(t. j. sedlo)“,
bop lingwiści najmylniej selo z solum łac. i t. p. równają. Albo
niema wzmianki, że młyn ■ nie od mielenia nazwany, lecz obca
pożyczka (mulinum) —- czyżby go uważał za zbyt późny nabytek,
aby o nim tu mówić ? (np. rzecz o łanie słusznie odrzucił, boć to
późna z nićm. pożyczka, jak dziś napewnó wiemy). Trafnie oświad-

89

'„zył się~przeciw uznawaniu nazw na -icy, jako czegoś arcydawnego ;
należało jeszcze bardziej podkreślić, że to często wcale nie nazwy
rodowe, np. wszystkie plemienne niemi nic są, Radzimicży nie są
przenigdy synami' Radníma, lecz tylko jego drużyną i tak zawsze ;
wieś zwała się Olżiczi, chociaż Olga dzieci nie miała! ,
Rozdział dziewiąty rozprawia o rękodziełach, rzemiosłach,
głównie o kruszcach, złotnictwie, ceran nće, o wyrobach z drzewa,
0 przędzy i tkactwie; dziwnym nieco trafem kończy ten rozdział
„grami i zabawami“, którebym raczej przy muzyce i' śpiew: :
umieścił. Co do całego,' bogato ilustrowanego, wstępu o złotnic­
twie miałbym ważniejsze zastrzeżenie: chodzi o wyroby główn e '
obce, które Słowianin kupował lub zdobywał, których sam nie
tworzył ; sztuka staroruska, kijowska, jedyna bogaciej zastąpiona,
należy już do doby, którą N. zresztą stale wyklucza; rzeczy zaś
techniki greckiej czy wschodniej' dó naszych starożytności nie na­
leżą. O ceramice sprawa krótka, bo odsyła N. do tomów histo­
rycznych, gdzie o archeologicznych badaniach na Bałkanie, u za­
chodnich czy wschodnich Słowian szeroko się rozwodził; tu pcdtreśL zawisłość ceramiki słowiańskiej od prowjncjalnęj rzymskiej
1 wylicza całe jej słownictwo, przyczem nie ustrzegł się błędów
co do rodzimości czy Zapożyczenia tyćh nazw.
Rozdział dziesiąty poświęcony handlowi, jego przedmiotom
i drogom, mostom'i włokom, saniom, wozom i łodziom. Między
przedmiotami szczególniej o sól chodzi, dalej o wszelakie przy­
prawy i ozdoby, a nakoniec o niewolników. „Lud przeddziejowy
starszy, który zastali Słowianie na wielu miejscach, gdy zajmywali
późniejsze swe siedziby historyczne, zwyciężony a. podbity utwo­
rzył pierwszą podstawę niewolnictwa, Które się z czasem zesiówiańszczyło ; dowodów wprost na to niema, ale to wcale prawdo­
podobne, bo wiemy z archeologji, że gdy Słowianie przybyli np.
do Czech albo na Morawy, te ziemie zamieszkiwał lud starszy,
a w historji wskazuie to przechód starych przedsłowiańskich nazw
rzek i gór do nowoprzybyłych Słowian. To był jeden rodzaj niewolników“ (str. 400); inni pochodz:li ze zwyciężonych szczepów
w walkach plemiennych czy z obcymi, dalej z kupna. Tu należało
też podkreślić, że nazwy sług-robotników i dzieći-niemowląt stále
spływają (rob znaczy i niewolnika* i dziecko, rebjonok; otrok, to
samo, czeladź obejmuje ich razem; taksamo później dżiecki, gier­
mek i t. d. ; o sierocie Słowianin przy robach nic już nie wiedzirł).
è

Cży nazwę łodzi przejęli Skandynawowie od Słowian, wątpię, ale
na pewr e hrerdzę, że „iść do nawi“ (t. j. umierać) nie znaczyło
pierwotnie „iść do łodzi pogrzebowej“ ; płowo naw nic niema
z riavis i t. d. do czynienia, należy do odrębnego. pierwiastka
(ny — o ucisku, nędzy pobytu zagrobowego). Tym razem nie
poskąpił N.. wzmianek o monetach słowiańskich, sięgając poza
Zwykłą granicę, poza rok 1000.
Ą WO wojskowości rozprawią rozdział XI (str. 476 — 640) t. j.
0 drużynach i ich taktyce, o zbroi, o rzędzie końskim, o twierdrach i p-zesiekach ; ale .przesiekom, tak znamiennym dla Słowian
zachodnich (na Śląsku i i.) należało się więcej słów; N. mówi
raczej o chv 'i iwych zasiekach, niż o stałem obwarowaniu lesí stem
granicy, przynajmniej terminu przesieka nie przytacza; podobnie
* na str. 436 nie przytaczał niemal prócz ruskich innych słowiań­
skich przewłok, w które Słowiańszczyzna nadłabska i nadodrzańska
tak obfituje (nazw\ mkejscoi ret; liczne, na -walk). Rozwój grodów
wiąże N. z V—VII wiekiem, kiedy Słowianie na nowych ziemiach
osiadali; do tej doby należy też przemiana wędrownego dotąd
bytu słowiańskiego w osiadły ; przed nią bywały conajwyżej jakieś
Centralne grody, w środku całej przestrzeni, po której pleYnię krą­
żyło (str. 608) ; dopiero z biegiem drugiej połowy I. tysiącolecia
.'po Chr. powstało odrazu tyle, nie set, lećz tysięcy grodzisk sło­
wiańskich (?). Jak zrwsze, zebrał i tu olbrzymią literaturę, prze­
ważnie słowiańską i niemiecką, wdawał się nawet w szczegóły co
do Radogoszczy (którą zawsze jeszcze mylnie Rethrą nazywa)
1 Arkony; usuwa bajkę o „palonych“ wałach (camps vitrifiés),
niegdyś szerzoną (str. 639).
W dwunastym rozdziale, o sztuce, rozprawia najobszerniej
o babach, kamiennych, chociaż' one nie Słowianom należą (co
najwyżej moglr tu i ówdzie zwyczaj turkotatarski, o Ku nanachPołowcach w XIII wieki jeszcze najpewniej poświadczony, naśla­
dować?) i o posągu zbruckim, którego słówiańskość również
bardzo krucha; o „złotej babie“ milczy. Ostatnie stronice tego
rozdzidłu, o przemyśle artystycznym, dotyczą głównie rzeczy ob­
cych, greckich i wschodnich.
. 1
Przedostatni rozdział o pięćdziesięciu tylko stronicach zebrał
materjał dawny o pieśniach, tańcach, muzyce (trąby, bębny, gęśli).
x
Tu chyba wszystko należałoby stworzyć, więc zadowolił się N. co
do pieśni i tańców kilku skromnemi uwagami, nie wyzyskał nawet

i,

91

faktu, że Goci dla tańcu przyswoili sobie nasze pląsać, co tylko
odmianą klaskania było: przeciw mieczowemu wojennemu tańcu
młodzieży germańskiej koło słowiańskie (dziewczęta stanowiły. Nie
rożstrzyga, czy pierwotni Słowianie uprawiali pieśni epiczne (niby
w rodzaju serbskich i ruskich bylin albo dum małoruśkich),
ale żeby kiedykolwiek. Słowianie Zachodni pies" epiczną znali,
temu bym zaprzeczył kategorycznie; nigdzie . najmniejszej o tem
wzmianki 1 Obszerniej prawi tylko o narzędziach muzycznych na
podstawie dawnych minjatur i słownictwa, gdzie znowu niejedno
pomylone; dudy z pewnością nie ze wschodu^wyszły, trąba zato
zdradza swem brzmieniem acz dawny, ale obcy początek "(w rogi
dął a w piszczele piskał Słowiąnin) i o organach wspominać nie
bardzo wypadało; tym więcej o gęślach i strunach, na których
gędzono i brząkano ; smyczek jednak rzecz późniejsza, obcego
początku (w Europie nie przed VIII wiekiem; smyczkiem dawna
Ruś grającego nazywała, łuczkiem narzędzie jego). Runy słowiań­
skie słusznie odrzuca i kończy rzecz podziałem pór roku na krót­
sze odstępy wedle zajęć gospodarskich albo zjawisk przyrody
nazywane.
Ostatni rozdział, czternasty (str. 753 — 782), charakteryzuje
ogółem słowiaństwo, głównie w przeciwieństwie dp germaństwa;
dawne idyle romantyczne a raczej Herdeicwe jeszcze słusznie
usuwa, ale poza ogólniki i zewnętrzne powiedziałbym okazy (go­
ści mości, męstwa, uważania starców i rodziców, miłości swobody)
nie wychodzi. Kończy silnym naciskiem na odwieczną dwójdzielność
słowiańską, na ich zachodni i wschodni świat kulturalny, sprzecz­
ność, której nic nie przemoże ; wylicza poprzednio wszelkie wpływy
obce, jakie u Słowian kolejno występvwały. „Już na końcu doby
pogańskiej nie była kultura słowiańska jednolitą, a o jakiejś osob­
liwszej kulturze słowiańskiej przed przyjęciem chrześcijaństwa niemoże być mowy, taksamo jak nie można mówić o jednocie raso­
wej albo narodowej.“ Zachodni Słowianie ciążyli już wtedy ku
zachodowi, dnieprowscy podlegali wpływom czarnomorskim, fiń-.
skim, nordyjskim.
Luźne tomy i rozdziały wielkiego dzieła nie wszystkie równej 1
wartości, np. w części historycznej właśnie Zachodnia Słowiań­
szczyzna najmniej opracowana wszechstronnie; to znowu pytania
czysto filologiczne (np. o pokrewieństwie wzajemnem języków
słowiańskich) niepotrzebnie szeroko omawiane ; to wkońcu w ciągu "*

długiego dojrzewania całego dzieła niejedno ciekawe, có później
objąWiono, nie uwzględnione. Ale wszelkie te uwagi krytyczne
*ądnej nie czynią ujmy ydbrzymiej iście całości i nie mogę się
wydziwić energji, poświęceniu, pilności uczonego Czecha: cźyby
kto inny takiemu zadaniu sprostał, wolno ' i wątpił Szafarzyk
w dziele na nierównie skromniejsze rozmiary zakrojonem w pół
drogi ustał; i Möllenhoff takiego dzieła, nad którem żywot spę­
dził, nie dokonał; a tem większe uznanie zasłużył profesor praski.
Z szczególną lubością wycieniował dział archeologiczny, sam zawo­
łany, archeolog, lecz żadnego innego nie zaniedbał; najostrożniej,
liajwstrzemięźlWriej zachowywał się wobec folkloru, widocznie ana­
chronizmów się obawiając. Tu go najłatwiej dopełniać, ależ jak
trudno ustrzec się błędu, jak łatwo wydawać za słowiańskie, ro­
dzime, co noże raczej obce. -,

(AN ST. BYSTROŃ.

i

KILKANAŚCIE PRZYSŁOWI.
_.. '

i

TREŚĆ; Vryszedł,‘ jak Zabłocki na mydle s. 93. — Płacze jak bóbr s. 95. —
Śpiewać Tadeusza s. .97.
Fora ze dwora s. 97. —- Ocknął Sią Ho­
lofernes , s. 99. — Spaść z deszczem s. 99.
Nie grab dudku siana
s. 100. — Przemówił dziad do obrazu s. 102. — I cyprysy mają swe
kaprysy s. 102. — Choć o jednem oku, byleby w tym i jku s.. 103»

W II t. „Prąci Materjałów antropolofczno-archeologicznych
■ etnograficznych“ 29—51 ogłosiłem szereg przyczynków, pt. ^Przy­
słowia utworzone z fragmentów pieśni ludowych“.’Dorzucam obe->
cnie objaśnienia kilkunastu powiedzeń przysłowiowych, które pozo­
stają w związku z wierceniami, pieśniami, czy też opowiadaniami,
utrzymującemi się tradycyjnie; w dziedzinie tak wielkiej i tak roz­
prószonej, konieczne są takie drobne przyczynki, których zresztą
dość już ogłaszano na łamach „Ludu“ (zwłaszcza A. Brückner
i Fr. Krček), Ze niezależnie od nich należy myśleć także o próbie
ujęcia całości, to rzecz oczywista i maiąc tyle cennych zbiorów,
sporo kiytycznego materjału, wspaniałą bibljotekę paręmjologiczną
I. Bernsteina, a « wreszcie i wyborne wzory zagraniczne (jak np.
Książkę Fi*. Seilera o niemieckich prżysłowiaćh) powinniśmy uznać
opracowanie całokształtu paremjologji polskiej za zadanie naj­
bliższej przyszłości.

Wyszedł, jak Zabłocki na mydle.
Powiedzenie to, bardzo do dziś dnia częste, spotykamy
w całym szeregu odmianek, z których każda wymienia inne na- "
zwisko i inne przedsiębiorstwo, na którem się źle wychodzi.

«s

\;i

Zabłocki chyba będzii najtypowszy i przypuszczalnie najstarszy;
wspomina o nim Wacław Potocki; 4)
głuchy śpiewa, do celu śle jy z luku mierzą.
Chromy ó zakład bieży...
...głupi żnie bez sierpa,
Piec wełną łata, kaszę w drewnianem tworzydle
Warzy; wszyscy r Zabłockim Wskórają na mydle.

Adalberg przy Lacza sporo cytatów, świadczących o popular­
ności zwrotu; znany jest on także wśród Judu, dotarł na Kaszuby
i: Mazowsze pruskie (jako Zabłotny, Zawłoczki). Wyjśzow, jak
Zabłocki na myli, mówią Rusini,2)
Historja owego nieszczęśliwego przedsiębiorstwa p. Zabłoc­
kiego mało komu jest znana. Jabłonowski w rękopisie z 1715 r.
opowiada, że szlachcic Zabłocki, pragnąc się dorobić, transpor­
tował duże ładunki mydła dp Gdańską ną źle .zaopatrzonych stať
kach; woda towar zniszczyła. Wobec tego przyszły transport
skierował drogą lądową do Wrocławia, który słynął z dobrego
i niedrogiego mydła, i także tu Zabłocki ną mydle stracił.3) Adalberg przytacza leszcze inne anegdoty, o tem, że bryka Zabłockiego
mydłeąi wyładowana, przewróciła się do Dunajca; vedle innej
znów wersji miał Zabłocki celem oszczędzenia cła umieśc.ć ładunek
mydła pod statkiem, skutkiem czego zniszczał.4)
Na ten wzór tworzy się wielka ilość analogicznych powiedzeń,
nawiązujących do znanych lepiej okolicy wypadków nieumiejętnego
brania się do handlu, z których śmiała się chętnie szlachta, prze­
konana, że tylko agricultura Deo placet Darowski objaśnił powie­
dzenie: „zarobił,« jak Trentowski na jajach“; był to nauczyciel
jnuzyki w Krzemieńcu około',1825, który spekulował na jajach,
pragnąc dyktować ceny w okresie popytu wielkanocnego ; wskutek
nieumiejętnego przechowywania skupionych w wielkipj ilości jaj
irzedsięwzięcie Skończyło się bąnkructwem i przysłowiem.B) Na
Polesiu i Pińszęzyźnie znane jest powiedzenie: „zarobił jak Sołtah* 2 * 4 5
>) Mpralia II 199; inny cytat zob. Briickner: Język Wacława Potockiego
RWF XXXI 303.
i
*
2) Darowski 101.
s) Darowski 100.
4) Adalberg s. v. Zabłocki.
5) Darowski 101,

■■-'"'J”',»'11 iw w* W ,

■•

.


ii'’-;

i '............

95
na gęsiach“ *) ; słyszałem kiedyś tłumaczenie, że był to właściciel
ziemski, który chciał sprzedać większą ilość gęsi w Petersburgu
i tamże je każał pędzić; wszystkie padły w drodze. Podobnie
zdaje się należałoby tłumaczyć zwrot: „zarobił, jak Michałek na
wieprzach“.2) Adalberg notuje jeszcze kilka takich odmianek regio­
nalnych8):, „wyszedł, jak Boczarski na młynie, (zarobił jak Boczariski
na młynie w Lublinie), zarobił, jak Ciemniewski na rakach, jak
Podgórska na czosnku, Suski na pierzach, Jankowski na saniach,
Tański na sieczce, Uruski*na Sewerynowie (lub: na targu)“.
Spotykamy też zwroty, łączące razem kilka takich przykładów ;
Darowski przytacza z Litwy: 4) „zarobił, jak Zabłocki na mydle,
Sworacki na bydle; Korzeniewski na hucie, Rymsza ńa reducie“;
Osipowicz zapisał (zdaje się w okolicach Augustowa^: fi) „jak
Zabłocki na mydle, Konopacki na bydle, Nien ojewski na gęsiach,
a Odziemski na śledziach“.
'
v

Płacze jak bóbr.
Powiedzenie plącze jak bóbr jest bardzo powszechnie znane
i również często używane; żapomniane natomiast zostało jego
pierwotne znaczenie. Z pamięci wyszło też analogiczne powadzenie:
okupić się, jak bóbr; pamiętamy je z Kochanowskiego, który we
Fraszkach (księgi wtóre; do doktora) narzeka na go ci, że im się;
/
, o■
żadną miarą,nie mógł wykuglować, ,
Musiałem się, jako bóbr, jajcy odkupować

Linde notuje: „okupić się, jak bóbr strojami“, objaśniając:
z powodu bajki, jaköby bóbr, wiedząc, że go najwięcej dla stro*
jów gonią, gdy ucieka, sam sobie je miał odgryźć, żeby tem
zaspokoiwszy łowców, sam usządł (sv. bóbr). Zimorowicz w „Sie­
lankach“6) mówi o cerkwiach, w czasie napadu kozackiego:
*
że się każda musiała jako bóbr okupić.

Wacław Potocki we fraszce „Jajca towar nieodbyty“ 7) opo----------- 7--^
') Darowski 101.
2) Adalberg sv. Michałek.
3) Adalberg pod odnośnemi nazwiskami.
*) Darowski 101.
^
•/'
s) Wisła IX. 414.
s) ed. Łoś w Bibljotece Pisarzów Polskich, nr. 7Ïj str. 138.
. ’) Ogród fraszek, I. 153.

..............
;• ■ "
96



•..

1

y*

viada o szlachcicu, ' który ni>- mając grosza, chce jajami płacić
gospodyni:
1
*

usłyszawszy gospodarz; a, mój panie dobry,
tylkoć się tu jajcami wykupują bobry.

,

'•

,
.
t‘
Niejednokrotnie jeszcze wraca Potocki do tego vnotywu, np.
w „Moralisch“ ł)
Ugryzie bóbr piżmowej sobie jajca woni
I c:sks prt :z; nie mogąc człeczej ujść pogoni.
Nie chcąc1 dać dla nich gardła, woli żyć wałachem,
Wiedząc, że na się'wabi myśliwych zapachem.

W „Ogrodzie fraszek“ spotykamy jeszcze wierszyk „do to­
warzyszów w pocącej wannie“^) tudzież bardzo ryzykowne „Epith Jamium8) Imcí p. Kotkowskiego i z Jej Mością panną Bobrownicką w Przedborzu 1683“, wciągające, w grę nazwiska młode
pary:
Tamten, które ugryzą, żeby zdrcfwie zbawił,
Nie dba, choć mu kot stroje do brzucha przyprawił.

Motyw ten nie jest jednąk własnością rubasznego światka
staropolskiego, któremu tak przypadł do smaku. Pochodzi on ze
starożytności klasycznej, do Polski dostał się przez bajki Ezopa.
W wydaniu Biernata z Lublina4) spotykamy ustęp o bobrze w takich słowach:
i
Mówią, iż stroje bobrowe
Jest lekarstwo bardzo zdrowe,
Dla których bóbr niepokój ma
A częstokroć gonion bywa.

*

v-

Więc gdy inaczej nie może być,
NiżUby się śmiał dać* zabić,
A wie, iże to przez stroje,
Zęby ugryzie oboje.
A tak je łowcom ostawi
A sam się z gardłem wybawi i t. d.

J) Moralia I. 76 Na piękne każdy waży.
5) Ogród fraszek I 396.
3) Ogród fraszek ! 234
4) ed. Chrzanowski, Bibljoteka pisarzów polskich nr. 55, str. 328.

97

Śpiewać Tadeusza.
Adalberg1) zna zwrot przysłowiowy: Tadeusza śpiewać,
także w warjancie Tadeusza piosnkę nucić, zapisany u Lindego,
Wójcickiego, Kolberga, z tłumaczeniem, że wyrażenie to oznacza.,
być w nędzy, pójść z torbami, a pochodzi od żałosnej pieśni
0 św. Tadeuszu, śpiewanej przęz żebraków. Notuje również zwrot :
„Nauczę ja cię śpiewać Tadeusza“, dam ci się we znaki, popa­
miętasz mnie, z tych samych źródeł. Wyrażenia te nie są ćzęiste,
ale w każdym razie żyją jeszcze do dziś dnia; tak np. pisze Jan
Si to ws ki, Wspomnienia limanowskie i starosądeckie, Mordarką
1916, str. 22, że „Starosądeczanie mieli wszystkiego poddostatkiem
1 nigdy nie śpiewali Tadeusza“. Słownik gwar Karłowicza nie
zna tego zwrotu; widocznie.nie był on znany wśród ludu; słownik
warszawski cytuje Fredrę: „wkrótce beknie Tadeusza“.
Dziwnym trafem wśród znacznej ilości pieśni dziadowskich,
między któremi zachowały się także i bardzo stare, nie znajdujemy
pieśni o św. Tadeuszu; przypuszczać można, że przy bliższych
poszukiwaniach gdzieś będzie można ją znaleźć. . Była ona nie­
wątpliwie bardzo popularna, skoro weszła w przysłowie. Co do
czasu powstania, odnieść by ją należało conajmniej do XVIII w.,
i to do pierwszej jego połowy. Przypomnieć należy, że wbrew
rozpowszechnionemu szeroko przekonaniu, imię Tadeusz nie jest
bynajmniej związane z Kościuszką. Szczegółowe przepatrzenie
imion szlachty, biorącej udział w elekcji Stanisławą Augusta wy­
kazuje, że Tadeuisz był w tych' czasach jednem z najczęstszych
imion na Litwie, w niektórych okolicach nawet najczęstszem, jak
np. w powiecie oszmiańskim (9 na 75 osób) grodzieńskim (11 na
114) orszańskim (12 na 63) w księstwie żmudzkiem (7 na 74).
Świadczy to o znacznym kulcie św. Tadeusza, którego objawem
jest także i nasza, nieznana nam zresztą pieśń.

Fora ze dworaPowiedzenie to zna Rysiński (centurja III) i Knapski ; lapi­
darny ten rym ma więc już za sobą niezłą przeszłość. Wędrówkę
poprzez czasy odbył częściowo w sukience duchownej; Lipiński*4) 2 *
y Adalberg sv. Tadeusz.
2) J. Lipiński. Przysłowia, przypowieści i sposoby mówienia od imion,
Kalendarz Strąbskiego 1851, cyt. Adalberg sv. Adam.
Lud. T. XXIV. ,

7

cytuje e w obszerniejszej formie : fora, Adamie, fora, z tak roz­
kosznego dmora dodając, że odwieczne ta wyrażenie kantyczkowe
zastosowano do Adama Ponińskiego, podskarbiego w. k., gdy
imu pałac za długi zajęto w r. 1790. Jest to istotnie fragment starej
kantyczki ; po raz pierwszy spotykamy się z nim w J. K. Dachnowskiego „Symfonjach anielskich“ 1631J1) w symfonji czternastej:
Wędrujże Ewo z raju,
Już -cię’ tu dobrze znają,
Fora Adamie, fora
Z tak rozkosznego dwora.

Trudno stwierdzić, który .rym : świecki, czy też dłuższy kantyczkowy jest dawniejszy ? Rysiński ogłasza swe przysłowia dwa*
lata przed „Symfonjami“ (1629) w tym czasie już ów rym był
Iużywany jako przyśłowie. Z drugiej jednak strony nie możemy
mieć pewności, czy Dachnowski’ nie włączył do swych „Symfonji“
kantyczki dawniej już znanej i śpiewanej.
Bądź co bądź, przysłowie w obu postaciach się utrzymało
przez długie lata. Niewątpliwie ważnym bardzo czynnikiem, który
wciąż je przypominał, była kantyczka, zwłaszcza, gdy wesżła
częściowo w tekst „widowiska rajskiego“, niegdyś często przed­
stawianego w okresie Bożego Narodzenia, dziś już tylko w paru
tekstach nam zachowanego. Tak np. w Tomaszowie lubejskiem12)3
przy scenie »wypędzania Adama i Ewy z raju, chór śpiewa:
Fora, Adamie, fora,
Z tak 'rozkosznego dwora !
Dla jabłka skruszonego,
Przez Węża podanego,
Pustą krainę orał,
Niestety, z płaczem wołał.

Wszystkie sześć wierszy spotykamy w ćzternastej symfonji
u Dachnowskiego ; 1—2 w zwrotce drugiej, 3—4 w pierwszej
(dla jabłka skuszonego), 5—6 w czwartej. Najwidoczniej chór,
który zresztą raz tylko występuje, śpiewał niegdyś kantyczkę,
z której tylko te strzępy pozostały.
W Suchej w pow. żywieckim s) przysłowiowe wyrazy wyma­
wia anioł.
1) ed. Brodnicki w Bibljoteće Pisarzy polskich, nr. 65, str. 26.
2) Wisła X 713, K. Zaleski, Zabytek widowisk średniowiecznych.
3) Lud X 29, S. Gonet, Widowiska w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

99
Ocknął się Holofernes.
Adalberg notuje kilka warjantów: „ocknął się Holofernes,
acz bez głowy; ocknął się H., a głowa ni tudy, ni siudy, ocknął
się Holofernes, a gdzie głowa ?“, które wypisuje z Kolberga i Li­
pińskiego. Samo przysłowie niewątpliwie jest stare. Wirydarz
poetycki Jakuba Trembeckiego notuje „Koncept ruskiego malarza
pod obrazem Judyty, ucinającej łeb Holofemesowi“ 1)
Judyt Holofernesu hołowu utęła
A utiawszy u miech wkinuła..
Ocknu sia Holofernes, a holowa kudy?
Ach ty menel bez holowy ni tudy, ni siudy.

Mamy tu wytłumaczenie przysłowia i genezę
warjantów.

tekstualną

Spaść z deszczem.
Powiedzenie: spadł z deszczem, spadł jak z deszczem jest
dość powszechnie do dziś dnia używane. U Adalberga spotykamy
je w formie: „spadł jak ryba z deszczem“, co wskazuje nam, że
genezy tego zwrotu szukać musimy w wierzeniach ludowych.
Istotnie, mamy tu do czynienia z przeżytkiem dawnej meteorologji
ludowej.
Wedle przekonań ludu tęcza pije wodę. Adalberg notuje nawet
(s. v. tęcza) powiedzenie, któremu jednak nie możemy przypisać
charakteru przysłowia :' jest to poprostu formuła, którą dzieci powta­
rzają przy zjawianiu się tęczy:
Tęczo, tęczo, nie pij wody,
Bo narobisz ludziom szkody.

Szkoda ta wynika stąd, że woda spada następnie w postaci
deszczu; dlatego też zjawienie się tęczy jest prognozą opadów.
„Jeden koniec z jednego jeziora pije, drugi z drugiego — mówią
Kaszubi2) — i z tego pochodzi deszcz i śnieg. Kiej pije, to będzie
wiele deszczu padało“. Na Podlasiu polskiem3) wierzą, że Bóg
1) Wirydarz, I. 128.
2) Hilferding A. OcraTKH CjiaBflHt Ha k»khom öepery öajmficKaro
Mopfl, Petersbg. 1862. 74.
,
s) Wasilewski Z. Jágodne, Warszawa 1889, 84; Pleszczyński,
Bojarzy Międzyrzeccy, Warszawa 1892, 101.
7*

■WW.'-'TS'*'

100
nabiera wodę z morza zapomocą „pijawy“ (tęczy) i następnie
w postaci deszczu, śniegu czy gradu spuszcza ją na ziemię; wy­
obrażają sobie też tęczę jako ogromną trąbę, której jeden koniec
zapada w morze, jeziora czy rzeki i ciągnie wodę, drugi zaś koniec
wyrzuca ją w chmury.
Tęcza wypija jednak nietylko wodę, ale wraz z nią wszystko
to, co w niej się znajduje, a więc raki, ryby, żaby, które następnie
wraz z deszczem spadają ; stąd też po deszczu tyle żab. Powszechnem jest również wierzenie, że tęcza może nawet kąpiącego się
człowieka porwać1); w okolicach Ropczyc opowiadają, że we wsi
Wilkowicach tęcza wypiła kiedyś chłopaka i parę wołów, podczas
pojenia w rzece — znaleziono, go potem gdzieś na łące, ale już
utopionego.2) Chłopak ten oczywiście spadł z deszczem.

Nie grab dudku siana.
Powiedzenie to spotykamy jako tytuł jednej z facęcji zbioru
„Co nowego“ z r. 1650;3) musiało być powszechnie znane, skoro
treść facećji go nie objaśnia. Zna je również inny facecyjny zbiór
siedemnastowierszowy, „Biesiady rozkoszne Baltyzerą z kaliskiego
powiatu“, który się w kilku wydaniach rozszedł :4)
Nie grab dudku siana,
Ulgniesz po kolana.
Będzieszli zuchwały
Uwięźniesz jak mały.
Jako się zamoczysz,
Z błota nie wyskoczysz.

Przysłowie to oznacza najwidoczniej: nie bądź zuchwały,
bo się źle skończy („nie podejmuj się, czego nie znasz, nie rozu­
miesz, pilnuj swego“ tłumaczy Adalberg, który zwrot zna ze
słownika Lindego).
|
Podstawą tego powiedzenia jest pieśń, do dziś dnia jeszcze
’) powszechne; np. MAAE XIII 58 pow. stanisławowski; WAK XIII 77
p. przemyski; MAAE VI 254 p. łańcucki; MAAE IV 116 p. wielicki.
2) WAK X 107.
3) ed, Bruckner Bibljoteka pisarzy polskich nr. 48, str. 29.
4) Linde s. v. dudek. Na ustęp ten w związku z pieśnią o dudku zwrócił
uwagę Z. Pauli: Pieśni ludu polskiego w Galicji. Lwów 1838, str. 80.

•V

?

101
dość powszechnie znana. Oto tekst, zapisany przez Paulego koło
t. 1830 : »)
A w niedzielę rano
Grabat dudek siano,
Mówiła . mu sama (żona)
Nie grab dudku siana.
A on przecie grabił,
Pan Jez-is 'go zabił. •
I rzucił go w pokrzywy,
Już mój dudek nieżywy.
Płakała i sama,
I ta.wiązka siana,
Płakały i dzieci,
I czterdziestu kmieci,
Pięciu zagrodników,
Sześciu chałupników.

•'

Gdzieniegdzie zamiast dudką występuje Kubek (Jakóbek) ®) Kuba3) czy Jantek4).* W jednym tekście z ziemi dobrzyńskiej
dudek ' usłuchał rady i przestał grabić6) — zresztą zawsze rzocz
kończy się smutnie.
Treść znana jest w rozmaitych okolicach. W Poznańskiem
zapisał ją Lipiński6) i Kolberg7); na Mazowszu Wójcidci8) i Kol­
berg;9) znana jest też w ziemi dobrzyńskiej;10)* łęczyckiej,11) na
Śląsku,12)13w Małopolsce1S) i na ziemiach ruskichl4).
Czy pieśń jest pochodzenia ludowego, czy też należała pier­
wotnie do literatury popularnej, wesołych kompanów, frantów
i sowizdrzałów, trudno rozstrzygńąć.
*) Pauli o. c.
s) Pauli o. c.
•3) Świętek. Lud nadrabski 1893, str. 251.
*) Topola pow. łęczycki. Wisła XVII 666.
6) WAK VI 137.
. e) WAK VIII 100.
’) Kolberg. Poznańskie IV 303.
8) Wójcicki. Pieśni ludu Białochrobatów I 90.
9) Kolberg. Mazowsze II 159.
10) WAK VI 137.
J1) Wisła XVII 666.
i
lź) rękopiśmienny zbiór Ł. Walisa w depozycie Polsk. Akad. Umiej.
13) WAK X 327, XVII 109, Świętek. Lud nadrabski 251; zbiór ręko­
piśmienny S. Udzieli w Muzeum Etnograficznem : Frywałd pow. chrzanowski.
Wiśniowa pow. wielicki, Bochnia, Głobikówka pow. pilzneński.
u) Zbiór Udzieli, Ludwikówka pow. rohatyńskL

, 102

Przemówił dziad do obrazu.
Adalberg notuje : pewnego razu rzekł dziad do obrazu,
a obraz doń ani razu (za Kosińskim); był to cud jednego razu,
przemówił dziad do obrazu. ^Słyszałem też zwrot: gadaj do obrazu.

/

Jest to fragment bardzo powszechnie. znanej pieśni, wyśmie­
wającej dziadów wędrownych. Za czasów studenckich śpiewaliśmy
ją bardzo często:
Niedaleko od Krakowa, o,
Tam gdzie góra jest zamkowa, o,
Stoi kościół murowany, o,
A w nim okna, drzwi i ściany, o.
Stał się cud pewnego razu, o,
Przemówił dziad do obrazu, o,
A obraz doń ani słowa, o,
Taka była ich rozmowa, o.

Nie jest to chyba pieśń ludowa w ścisłem tego słowa zna­
czeniu, lecz popularna, zawdzięczającą może swój początek trawestacji jakiejś pieśni pobożnej. Na Białorusi np. znana jest pieśń,
zaczynająca się w podobny sposób :
A u horodzi w Rusalimie
Stoić koscieł murowanyj
Murowanyj, pobielany),
A u tom kościele stoić prestoł itd.

Motyw ten widzimy w jednej z piękniejszych liryk BoyaŻeleńskiego „Bez tytułu“2):
,
O ty dziadku, mój druhu serdeczny,
Coś lat długo mówił do obrazu,
A zaś obrąz (och, symbolu wieczny!)
Nic do ciebie nie rzekł ani razu,
Pójdźmy społem, stary marzycielu,
Ot przed siebie... itd.

I cyprysy mają swe kaprysy.
Powiedzenie to, zapisane u Adalberga, próbuje tłumaczyć
Brückners) : „jeżeli to przysłowie ma ogółem sens, t. z. jeśli* 2 3

4

4) Szejn P. Bjełorusskij Sbomik, 394*
2) Boy, Słówka, wyd. 4, Warszawa 1920, str. 135.
3) Wisła X. 605.

103
cyprysy nie dodane wyłącznie dla rymu, to cyprys' chyba nie
nazwa botaniczna, lecz może pieska faworyta, noszonego na ręku“
przyczem powołuje się na „cyprysie“ w tym sensie używane u W.
Potockiego. Istotnie, „cyprys z zarękawia“ występuje kilkakrotnie
w Moraliach1), ale powiedzenie samo nawiązuje oczywiście do
starej, zabawnej pieśni szlacheckiej2) :
Z wysokich Parnassów,
Od dawnych już czasów
Natężone mając intenta,
Gdy uchylam skronie,
Ku twojej personie,
Wyhlszczam swe sentymenta.
Ach, prędzej by skała
Skruszyć mi się dała;
Tyś twardsza nad głazy, ”
Mówię ci sto razy,
A pfe! mościa panno, być taką.

x

Wszakże i . cyprysy
Mają swe kaprysy,
Przed zefirem czoła nie ugną.
Mają jednak chwilę,
Ze się nagną mile,
I nawzajem na siebie mrugną itd.

Choć o jednem oku, byleby w tym roku.
Mówi się tak, dość powszechnie, o pannach, którym sprzy­
krzyła się samotność i za każdą cenę pragną zmienić stan, bez
względu na kwalifikacje osobiste tego, kto ma być przy tern
pomocny. Jest to fragment żartobliwej litanji, którą jakoby mają
odmawiać dziewczęta, np. w Andrychowie3):
O matko święta,
Dafie na to święto!
Choć za dziada,
Tobyk też rada,
Choć o jednem oku,
Byle jeno tego roku!* * 3
’) np. Moralia III 112 z ciekawym szczegółem obyczajowym i nieobyczajnym; co do nazwy przypominam, że w Słowniku Gwar Karłowicza cypryś ozna­
cza figlarza (z Ropczyckiego).
a) Kolberg, Krakowskie II 301, cf. też Kujawy II 174.
3) Lud X 220. Dłuższą taką litanję, w której zresztą niema naszego dwu­
wiersza podaje z Suchej Lud XIV. 297.

!

ï

SEWERYN UDZIELA.

PASY WIEŚNIAKÓW POLSKICH UŻYWANE W PO­
ŁUDNIOWEJ CZĘŚCI MAŁOPOLSKI I NA ŚLĄSKU
CIESZYŃSKIM1).
TREŚĆ: Wstąp s. 104. — I. Pasy wełniane s, 106. — 1. amarantowe s. 106. —
2. kamelerowe s. 10)7. — II. Pasy skórzane s. 107. — A. Pasy poje.dyncze s. 107. — 3. pasek zwyczajny s. 107. — 4. pasek z guzika­
mi s. 108. — 5. pasek z guzikami z Podhala s. 108. — 6. pasek z rze­
szowskiego s. 108. — 7. opasek pleciony krakowski s. 109. — 8. pas
z 3 kółkami mosiężnemi s. 111. — 9. pas z 7 kółkami mosiężnemi
s. 111. — 10. pas z mnóstwem kółek mosiężnych s. 111. — 11. pas
czarny z kółkami z Tarnobrzega s. 112. — 12. pas gdański s. 112. —
B. Pasy. podwójne czyli trzosy s. 112. — a) Trzosy krakowskie s. 114. —
13. i 14. opaski skromniejsze s. 115. — 15. opasek szeroki s. 115. —
16, opasek z Podegrodzia s. 116, — 17, opasek z Moszczenicy s. 117. —
b) Trzosy góralskie s. 118. — 18. opasek z Zawoi prosty s. 118. —
19. opasek z Zawoi ozdobniejszy s. 118. — 20. opasek z Jeleśni s,
119. — 21. opasek z Istebnej s. 119. — 22. opasek z Jazowska s.
120. — 23. opasek z Podegrodzia s. 122. — 24. pasy z Podhala s.
123. — 25. pas węgierski s. 123. — 26. pas z Tarnobrzegu s. 124. —
27. pas chłopca s. 124. — III. Pasy srebrne s. 124. — 28. pasek
z pod'Cieszyna s. 126. .— 29, pasek z Jabłonkowa s. 127. — Zakoń­
czenie s. 127.

Jak daleko w głąb wieków pozwalają nam spojrzeć nasze
źródła historyczne, widzimy już, że pas jest częścią składową
*) Pracę niniejszą wykończyłem w 1918 roku i odczytałem ją na posiedzęniu Komisji Antropologicznej Polskiej Akademji Umiejętności w Krakowie
4 czerwca 1918 r., a w obszernem streszczeniu drukowałem w czasopiśmie:
„Berichte aus dem Knopf-Museum Heinrich Waldes, Prag-Wrschowitz*, Praga
1918 od s. 18 do 27, a równocześnie i w wydaniu czeskiem. Obecnie uzupeł­
niona wychodzi pierwszy raz po polsku.

/

odzienia przodków naszych. Nie możemy sobie wyobrazić nawet
najpierwotniejszego odzienr-. w zamierzchłych czasach bez opasania
się w biodrach.
t
Pasem opasywano się, przypasywano nim odzież, czy oręż,
za pas zatykano lub do pasa troczono zebrane owoce lub zło­
wioną zwierzynę i tak przynoszono do domu te zapasy, wreszcie
w pasie (trzosie) noszonö przedmioty wartościowe, drobne, a póź­
niej pieniądze, listy i dokumenty.
Pierwotnie pasem takim mogło być powrósło ze słomy,
powróz jakiś, wreszcie rzemień.
I dziwna rzecz, że te sposoby przepasywania się dochowały
się do i dni naszych w całej swej prostocie pierwotnej, że dzisiaj
jeszcze wieśniak polski przy cięższej pracy w polu lub w lesie
przepasuje się powrósłenti( słomianem lub grubym powrozem.
Ale też od najdawniejszych czasów ulegał pas modzie i od
tej wielemożnej pani zależało, czy wypadało nosić pas szerszy
lub węższy, dłuższy lub krótszy, z takiej lub innej materji, — czy
należy go no^ić na biodrach, wyżej, czy niżej, jak go należy
zawiązywać lub zapinać.
W Krakowie już w 1316 roku byli rzemieślnicy, którzy
trudnili się wyrobem pasów1), a znany nam jest dokument z dru­
giej połowy XIV w., dowodzący, że wtedy był w Krakowie osobny
Cech paśników (cingulatores, zonarii), to jest, rzemieślników, wy­
rabiających pasy2). W aktach miasta Krakowa3) znajdujemy pod
rokiem 1365 umowę między paśnikami a rymarzami, mocą której
paśnicy mają wybijać pasy mosiądzem, ale nie ozdabiać ich pierście­
niami z blachy, ą rymarze cyną, tudzież że paśnicy nie będą
wyrabiać pasów ruskich.
*) Dr. Jan Ptaśnik: Cracovia artificum 1306—1500. Kraków 1917, Nr. 4.
2) Dr. ‘Adam Chmiel powiada, że paśnicy krakowscy „posiadają jedną
z najstarszych pieczęci cechowych, bo pochodzącą z drugiej potowy XIV w.
Na niej (śr.^ 47 mm) jest dwóch siedzących aniołów ze skrzydłami, z dużemi
puklami wło, ów na głowie, trzymających między sobą tarczę. Na niej w środku
pionowo ustawione kowadełko, poniżej skośnie ułożone: z prawej strony młotek,
z lewej raszpla płaska. Poza tarczą zwisa od góry pas 'nabijany rozetkami, za­
kończony sprzączką. Na wstędze wokoło napis majuśkułą gotycką: „SIG. CINGULATORUM - CRACÖVIENSIUM“. — „Godła rzemieślnicze i przemysłowe
krakowskie“, — art. w piśmie: Przemysł — Rzemiosło — Sztuka *— Kraków
1922, str. 6.

3) Dr. Franciszek Piekosim'ci : Kodeks dyplomatvczny miasta Krakowa
1253—1506. Część druga, trzecia, czwarta. Kraków 1882, na str. 377.

106
Z tej zapiski dowiadujemy się, że w-wieku XIV używano
już w Krakowskiem różnych pasów, według upodobania, zwyczaju
i mody, że używano ich powszechnie, skoro z wyrobu ich mogli
się utrzymać osobni rzemieślnicy, że wchodziły w modę pasy
obce, wreszcie że wyrabiano pasy ze skóry, wybijanej mosiądzem,
cyną i zdobiono je kółkami mosiężnemi,
Cech ten rozwijał się dalej i W połowie następnego wieku,
między rokiem 1420 a 1483 doszedł do największego rozkwitux).
Mamy pasy, będące nieomal konieczną częścią ubrania, tudzież
paSy służące do stroju, wreszcie pasy uwzględniające obydwie te
potrzeby.
O pasach używanych przez szlachtę polską i mieszczaństwo
opowiemy kiedyś osobno, teraz pragniemy tylko opisać pasy uży­
wane przez wieśniaków polskich w południowej części Małopolski
I na Śląsku Cieszyńskim.
Pas chłopski nazywa się tutaj także opaska, opasek, pasek
i trzos.
Pod względem materji, z jakiej są wyrabiape, należy je
podzielić na I. pasy wełniane, II. skórzane i IlI.'ySrebrne.

|

I. Pasy wełniane.

W dawnem Królestwie Polskiem i w Księstwie Poznańskiem
używają wieśniacy obecnie jeszcze powszechnie pasów wełnianych.
W dawnej Galicji zachodniej pas wełniany u chłopa polskiego
należy obecnie do rzadkości.
1. Krakowiacy używali pasów wełnianych już w XVI w.2)
i nosili je mniej więcej do połowy XIX wieku. W Muzeum Narodowem w Krakowie przechowywany jest pas wełniany z końca
XVIII w. Według tradycji miał on być własnością Bartosza Gło­
wackiego, sławnego chłopa-wojownika z pod Kościuszki. W Mu­
zeum etnograficznem w Krakowie są kawałki takiego pasa z połowy
XIX wieku ze Skawiny. Obydwa te pasy mają około 10 cm sze­
rokości i są barwÿ jednolicie amarantowej. Według Mączyńskiego3)
nosili wieśniacy z pod Krakowa także pasy wełniane barwy zielonej.
*) Dr. Jan Ptaśńik: j. w, str. 11.
2) Jan Matejko. Ubiory w Polsce 1200—1795. Kraków 1860. Tab. V,
rok 1548—1572, pierwszy rysunek w trzecim rzędzie na dole.
3) Józef Mączyński: Włościanie z okolic Krakowa w zarysie. Kraków
1858, str. 24.

10'/
Temi pasami opasywali się po kaftanie raz lub dwa razy
i związywali je z przodu na brzuchu, spuszczając dwa końce pasa
na dół.
.
, -i
2. Przed rokiem 1880 noszono w krakowskich wioskach pod,
miejskich, n. p. w Zakrzówku,
a nawet czasem mieszczanie kra*
kowscy używali do czamar wełnia­
nych pasów czarnych z połyskiem*
tak zwanych, kamelerowych, sze­
rokich na szerokość dłoni i nie­
długich, roboty taśmowej. Pasy
te związywano w węzeł na brzu­
chu, a obydwa końce pasa spusz­
czano ku dołowi.

II. Pasy skórzane.
Powszechnie noszą dzisiaj
wieśniacy polscy w południowej
Małopolsce pasy skórzane węższe
lub szersze, krótsze lub dłuższe,
mniej lub więcej ozdobne. Wy­
rabiają je z miękkiej skóry cie­
lęcej, lub z twardej, z rzemienia,
ze skóry garbowanej cietnnej, lub
(pas 4)
białej, wyprawy ałunowej i z suFoł- E- Franhowsktrowca. Wszystkie rodzaje skórza­
nych pasów używanych obecnie można podzielić na: A. Pasy pojedyńcze i B. Pasy podwójne, czyli trzosy.

A. Pasy pojedyncze.
Wyrabiane z pojedynczej skóry, zwykle wąskie, nie przeno­
szące na szerokość 8 cm.
3. Pasek zwyczajny z rzemienia lub z miękkiej skóry garbo­
wanej, szeroki na 21/2 do 3 cm, dochodzący najwyżej do 110 cm
długości, zaopatrzony na jednym końcu sprzączką pojedyńczą,'
stalową, prostokątną, o jednym trzpieniu, a na drugim końcu
szeregiem dziurek, wykłutych w skórze.
Jest to najzwyklejszy pasek, używany wszędzie bez wyjątku
do przypasywania spodni.

W' łAW»’...... ..

108
Znany był już w najdawniejszej przeszłości.
4. Pas z mocnego rzemienia garbowanego (ryc. 1) szeroki
na 3, a długi na 170 cm, nabity 47 guzikami mosiężnemi, gładkiemi, każdy o średnicy 2J/2 cm. Guziki umocowane są w ten
sposób, że uszkapii przetkane są przez dziurki wykłute w rzemieniu,
a po lewej stronię pasa przez każde uszko mają wetknięty drewniany
kółeczek, aby guzik nie wypadł. Pas zapina, się na brzuchu zwy­
czajną prostokątną, stalową sprzączką o jednym trzpieniu; drugi
koniec sięgający daleko poza sprzączkę, zakłada się za pas na
boku. Drużbowie weselni opasują pasem sukmanę po wierzchu,
a wtedy koniec wolny zwisa skośno ku lewemu bokowi.
Pasów takich yżywają'v.,. śniący w północnej części powiatu'
brzeskiego i w po^v. dąbrowskim i sądeckim.
Zupełnie podobny pâs ma na sobie magnat polski w XIV w.
na pomniku króla Kazimierza Wielkiego w katedrze krakowskiej.
Na rzemieniu, były Zapewne guziki srebrne *). \
5. Parobcy na Podhalu noszą pasy podobne do opasywania
spodni z tą różnicą, że są one ozdobione tnetalowemi, najchętniej
mosiężnemi guzikami tylko przy końcu. Pas taki służy im. za
ozdobę. Przewlekają go przez górną obszewkę spodni, zaciągają
z przodu na sprzączkę a koniec ozdobiony spuszczają z tyłu
spodni, zaczepiając go o guzik na pasku*).
6. Pas żółty z miękkiej skóry, albo białawy, wyprawy ału­
nowej, szeroki na 6, a długi do 180 cm ozdobiony w połowie
bliższej sprzączki czterema rzędami guziczków mosiężnych, a w dru­
giej połowie dwunastoma kółkami utworzonemi każde z 16 mo­
siężnych kapzli wbitych w skórę; w środku kółka każdego znaj­
dują się po cztery takie kapzle o otworach podłużnych.
,Pas zapina się na brzuchu na sprzączkę mosiężną, prosto­
kątną, płaską, z jednym trzpieniem. Wolny, drugi koniec pasa
przełożony obok sprzączki.zwisa nisko na przodzie.
Noszą go w okolicy Rzeszowa zwykle na kamizeli pod
sukmaną, tylko w czasie występów uroczystych, na weselach i t. p.
zakładają go po wierzchu sukmany.

*) Walery Eljasz Radzikowski: Ubiory w Polsce i u sąsiadów w XIV w.,
Kraków 1899, tab. IV, fig. 2.
2) Józef Kantor: Czarny Dunajec. Monografia etnograficzna. Kraków
19Ö6, str. 19.

109
7. Pas z rzemienia biało wy prawnego (Ryc. 2); rzemień
rładki, długi na 123 cm, szeroki na 61/2 cm, przy końcu zwęża
się na 5’6 cm. Zapina się na dużą (7 cmX8‘5 cm) mosiężną
sprzączkę, kształtu wydłużonego sześcioboku, o czterech przeciw­
ległych sobie bokach lekko wewnątrz wygiętych, z jednym trzpie­
niem. W drugim końcu pasa wykłutych jest w rzemieniu 10 dziurek
do przewlekania trzpienia.
Począwszy od sprzączki przymocowany jest po wierzchu na
tym rzemieniu drugi rzemień ze skóry biało wyprawnej 63 cm
długi a 7‘6 ćm szeroki. Ten rzemień wierzchni jest bardzo bogato

RYC. 2. PASY KRAKOWSKIE (OD GÓRY PAS PLECIONY 7,
U DOŁU OPASEK DLA CHŁOPCA Z BRONOWIC 27).

i kunsztownie ozdobiony plecionkami z rzemyczków wąskich, safjanowych, czerwonych i zielonych i mosiężnemi, małemi gwoździ­
kami.
Środkiem wybite są gwoździkami mosiężnemi trzy koła w od­
stępach 14 cm jedne od drugiego ; każde koło składa się z trzech
koncentrycznych kółek, z których największe liczy 29, średnie
22, najmniejsze 13 gwoździków mosiężnych; a w środku jeszcze
eden. Między temi kołami z gwoździków mosiężnych biegną cztery
koła Wyplatane wąziutką, safjanową skórką czerwoną i : :eloną
naprzemian.
Między jednem tak- ozdobionem kołem a drugiem biegnie
pięć równoległych rzędów gwoździków mosiężnych, każdy rząd
od brzegu pasa i od siebie nawzajem na 1 cm odległy. Środkowy
rząd liczy 22 gwoździków, dwa obok niego leżące po .23 gwoź­
dzików, wreszcie dwa rzędy skrajne po 27 gwoździków mosiężnych.

110
Między temi szeregami gwoździków biegną plecione paski z wą­
ziutkich rzemyczków safjanowych zielonych, układanych w karpią
. łuskę wypukłą ku środkowi. Tych pasków jest cztery. Samemi
zaś brzegami biegną szlaczki nawlekane rzemyczkami zielonemi
safjanowemi, niby skośnym ściegiem.
Obok sprzączki jest (5 cm średnicy) z rzemyczka safjanowego czerwonego gwiazdka sześćioramienna przepleciona drugą
gwiazdą dwunastoramienną. W środku tych gwiazd kółko wybite
12 gwoździkami mosiężnemi, zaś w środku koła jest 1 taki gwoździk.
Ta gwiazda zamknięta jest kwadratem zaznaczonym w narożnikach
4 gwoździkami mosiężnemi. Nadto między tą gwiazdą a poprzednio
opisanem kołem, także po drugiej stronie od sprzączki są trzy
trójkąciki, z których środkowy utworzony jest z 6 gwoździków,
a poboczne wyplecione wspomnianemi już l^emyczkami safjano. wemi czerwonemi i zielonemi.
Drugim końcem ten rzemień wierzchni przymocowany jest
do spodniego trzema języczkami z tej samej skóry, na l1j2 cm
szerokięmi, 7 cm długiemi, przy nasadzie ozdobionemi małemi
sprzączkami mosiężnemi, płaskiemi, sześciobocznemi, a dalej po
2 gwoździkami mosiężnemi.
,
Wszystkie te gwoździki użyte do pasa mają czapeczki za­
ledwie o 5 mm średnicy. Wreszcie poprzeczną granicę wierzch­
niego rzemienia tworzą dwa rzędy dużych gwoździków (czapki
mają po 2 cm średnicy) po 3 w każdym rzędzie.
Takich pasów używają do dnia dzisiejszego wieśniacy z pod
Krakowa, szczególniej mieszkający po prawej stronie Wisły. Od
jak dawna pasy te są w użyciu, niewiadomo. Ten, który powyżej
opisałem, pochodzi z roku 1857 i jest obecnie własnością Muzeum
etnograficznego w Krakowie.
O. Kolberg w opisie ludu krakowskiego wspomina też o po­
dobnym pasie1).
Do tego to pasa odnosi się piosnka:

Bl
P, .

r
í<-

r

B
I-



B,r

Í

Mam i pasik z białej skóry,
Tak i owak wyszywany,
Przeplatany rzemyczkami,
Wybijamy gwoździczkami,
Złocistemi sprzążeczkami

i

'

1) O. Kolberg: Lud. Krakowskie. Część pierwsza. Kraków 1871, str, 125.

111
Do okolusieneczka,
Moja kochaneczka *).

8. Pas rzemienny, opaska, 3 cm szeroki, 120 cm długi, ze
sprzączką stalową, czworoboczną, zwykłą z jednym trzpieniem
i z 6 dziurkami wykłutemi w skórze w drugim końcu. Nawleczone
są na nim dla ozdoby trzy kółka mosiężne o średnicy 6 cm.
Nosili gó w okolicach Krakowa parobcy już za czasów Kol­
berga coraz rzadziej.
9. Podobny pas przyozdobiony, przymocowanym do niego
safjanowym rzemyczkiem czerwonym, na którym nawleczono 7

RYC.3. PAS KRAKOWSKI (ZE ZBIORÓW MUZEUM ETNOGRAFICZNEGO W, KRAKOWIE).

mosiężnych kółek o 2 cm średnicy każde. Do opaski tej przy-,
mocowane Są dwa rzemyćzki, jeden z kluczem, drugi z nożykiem.
Noszony, jak poprzedni i także wspominany przez O. Kol­
berga.
10. Najbogatszy z podobnych pasów jest znajdujący się
w Muzeum etnograficznem w Krakowie (ryc. 3), o którym wzmiankę
wraz z rysunkiem spotykamy w dziele: Axel O. Heikel: „Die
Volkstrachten in den Ostseeprovinzen und in Setukesien“*2).,
Jest on sporządzony z rzemienia na 4 cm szerokiego, wyprawnego biało. Zapina się na sprzączkę mosiężną piłaską, sześcioboczną z j :dnyro trzpieniem.
Dolny i górny brzeg pasa ozdobiony jest szlaczkiem na 8 mm
szerokim ze skórki safjanowej, w ząbki plecionej, czerwonej i zie') Jest to trzecia zwrotka z piosenki ludowej, zaczynającej się od słów
„Albożmy to jacy tacy chłopcy Krakowiacy..." drukowanej w „Lwowianinie“,
tom II, Lwów 1837, na str. 7 jako przyczynek do artykułu: „Wyjątek z pisma
o tańcach przez Kazimierza Brodzińskiego“.
2) HeMngfors 1909, str. 30.

J
112
,

fr

'

i

lonej. Środkiwybity bięgnącemi w trzy rzędy guziczkami mo­
siężnemu Koňce pasa. ozdobione są trójkątami wyplecionemi ze
skórki safjanowej zielonej i czerwonej,
Z boku na trzech rzemyczkach po 18 mm szerokich, safjanbwych, czerwonych, tworzących 3 połówki obwodu koła, z któ­
rych największe ma promień na 30 cm, a najmniejsze na 15 cm
długi, przewleczone są kółka mosiężne o średnicy 5 cm każde.
Tych kółek jest w najmniejszem półkolu 13, w średniem 16,
a w największem 18. Nadto 5 takich kółek wisi wolno na rzemyku
czerwonym zaraz obok najmniejszego półkola z przodu umoco­
wanym. Razem jest 52 kółka mosiężne, które poruszając się swo­
bodnie przy ruchu osoby brzęczą. Szczególniej w czasie tańca
brzęczą hałaśliwie.
Na takimże rzemyku safjahowym, czerwonym, szerokim na
, 2 cm, obłożonym z drugiej strony tasiemką czerwoną i nabitym
30 guziczkami mosiężnemi, między któremi jest tyleż mosiężnych
kapzli, wisi nożyk składany (kozik). Rzemyk ten przymocowany
jest do pasa poza brząkadłami. Ażeby ten długi rzemyk z noży­
kiem nie 'przeszkadzał przy chodzeniu, Zakłada się go za pas,
a nożyk zatyka do rożka skórzanego, okutego ładnie blaszkami
i kółkami mosiężnemi, a wiszącego też u pasa.
Przypięta też jest do pasa torebka czworoboczna z klapą
na guziczek zapinaną, ze skórki czarnej lakierowanej, ozdóbiona
po brzegach sukiennemi ząbkami częrwonemi. Ta torebka służyła
do przechowywania krzesiwka, hubki i skałki, gdy zamiast zapałek
rozniecano ogień temi przyrządami.
Pasy takie noszono nad Wisłą poniżej Krakowa, a częściej
koło Proszowic i Skalbmierza już po lewej stronie Wisły1).
Na wystawie Kościuszkowskiej otwartej w Krakowie w paź­
dzierniku 1917 roku były dwa takie same pasy z końca XVIII w.
11. Odmienny nieco pas noszono w połowie XIX w. nad
Wisłą w Tarnobrzegu i w okolicy, jak o tem wspomina Jan
, Słomka2): „Młodzi gospodarze i kawalerowie nosili pasy węższe
(niż na 16 cm — przyp. aut.), zwane krakowskimi, koloru czar• nego, białego lub żółtego. Były one zazwyczaj tak długie, że
można się było otoczyć dwa razy, przyozdobione guzikami i kół') Rysunek podobnego pasa z Lelowie w powiecie Miechów umieścił M*
Wawrzeniecki w „Wiśle“ VII, str. 581.
"’) Jan Słomka: Pamiętniki włościanina. Kraków 1912, str. 41 i 42.

113
kami mosiężnemi, które w czasie tańca brzęczały. O takich pasach
była śpiewka:
Krakowiaczek ci ja, przyznajcie rhi tego,
Siedmdziesiąt kółek u pasika mego;
Siedmdziesiąt kółek ze samych obręczy,
Porachuj dziewczyno, może będLie więcej.

Pasów opisanych tu pod liczbami 8, 9,. 10 i 11 używa lud
krakowski oddawna. Wiemy, że noszono je tu już w połowie
XVIII w., albowiem Ks. Kitowicz1) w pamiętnikach swoich' pisze
0 nich, co następuje:
„KrakowsÜ chłop nosił pas rzemienny, gwoździkami żółtymi
nabijany, — im więcej rządków guzików mający, tem droższy —
na sprzączkę stalową lub mosiężną zapinany; przy prawym boku'
do pasa przyprawione na rzemieniu kółka płaskie, mosiężne 2, 3
1 więcej do 5 i 6 dla ozdoby i wygody, ponieważ zwykli byli do,
tych niektórych kółek przywiązywać nóż, szydło, końce do biczów
lub jakie rzemyki smagłe...“®).
12. Pasy gdańskie. Powyżej przytoczony Jan Słomka mówi
w „Pamiętnikach“ swoich, że w połowie XIX wieku rozpowszechniły
się w okolicy Tarnobrzega pasy czarne lakierowane, tak szerokie,
jak krakowskie, a dłuższe jeszcze, niż one. Przywozili je flisacy
z Gdańska, płacąc za nie 2 do 3 koron.

B. Trzosy czyli pasy podwójne.
Trzosy były używane w Polsce już w bardzo dawnych czasach.
Pisarze nasi z XVI wieku wspominają je jako zwykłe,- pospolicie
Używane do noszenia pieniędzy metalowych, zwłaszcza srebrnych
i złotych. Lud nosi je w niektórych okolicach do dnia dzisiejszego.
Są to pasy skórzane szersze lub węższe, zszyte niby długie
a wąskie worki, którymi opasywano się po brzuchu. Wyrabiano
je ze skóry cielęcej miękkiej lub juchtowej twardej w ten sposób,
że szeroki kawa' skóry bywał na podłuż złożony we dwoje, zeszyty
i zapomocą rzemyków zapinany na sprzączki.
Wszystkie te pasy bywają zdobne ornamentem wyciskanym* *)
*) Ks. Kitowicz: Pamiętniki. Opis obyczajów i zwyczajów za panowai i
Augusta III. — Wydanie tarnowskie 1881, tom III, str. 376.
*) W takich pasach maluje też Michał Stachowicz w końcu XVIII wieku
krakowskich chłopów i kosynierów.

Lud. T. XXIV.

' 8

w skórze, mosiężnemi guzikami, kółkami, sprzączkami, wreszcie
kolorowem suknem i haftem.
W połowie XIX w. były też w użyciu w Sądeczyźnie (okolice
Starego i Nowego Sącza) trzosy z wyprawnej skóry z węgorza.
Tak co do kształtu, jak i roboty rozróżniamy trzosy dwo­
jakie : ą) krakowskie i b) góralskie.
ą) Trzosy krakowskie.
Szerokie na 10 do 25 cm, z miękkiej skóry cielęcej; nie
opasują człowieka w całości, ale przedłuża je rzemyk,, zwany trok,
górczyk, przypasek lub przypaśnik, na który się pas zapina.
Skóra na podłuż złożona zszyta jest środkiem od wewnątrz
i z jednego końca poprzecznego. Narożniki bywają wtłoczone
wewnątrz w ten sposób, że pas ma po obu końcach po-dwie
prawie trójkątne klapki. Z jednej strony do każdej z tych klapek
przyszyta jest jedna sprzączka mosiężna, okrągła z trzpieniem —
a z drugiej strony do obydwóch, klapek jeden rzemień z dziurkami
do zapinania. Po wierzchu na obydwóch I< Dńcach jest pas mniej
lub więcej bogato ozdobiony suknem czerwonem', kapzlami i gu­
zikami mosiężnemi.
Z tej strony, po której są sprzączki, pas nie jest w poprzek
zeszyty i tą stroną wsuwa się do pasa pieniądze, ważne papiery
lub inne przedmioty, które mają być przechowane.
Zwyczajnie pas taki zowie się opasek.
<
13. Opasek ze skóry cielęcej na 10 cm szeroki, a 63 cm
długi, z rzemykiem 32 cm długim a 3 <,ji szerokim. Zapina się
na dwie sprzączki mosiężne, okrągłe, o średnicy 4 cm. „Od strony
sprzączek na wierzchu przyszyta jest rzemyc/kami do opaska cienka
skórka 7 cm szeroka, zwana przyklapą', ozdobiona dwoma rzę­
dami, po 5 i 9 kapzli mosiężnych, przez otwory których przegląda
czerwone sukienko; z tego sukienka ząbki wyglądają też u brzegu
przyklapy. Rzemyk przymocowany jest do opaska wąskiemi rzemyczkami i posiada 9 dziurek do przewlekania trzpienia od sprzączki,
wybitych mosiężnemi kapzlami. Drugi koniec opaska nie ma przyklapy, lecz ozdobiony jest tylko czterema mosiężnemi kapzlami,
pod które podłożone jest sukienko czerwone wypuszczone ząbkami
na brzeg rzemyka.
Do opaska przymocowane są dwa rzemyki, służące do zawie­
szania nożyka i przetyczki do fajki.

115
14. Różni się od poprzedniego, nie wiele a mianowicie tem,
że ma przyklapę wyciętą w kształcie pięcioboku, po czterech bokach
ozdobioną dwoma szeregami kapzli mosiężnych, nadto środek
wybity jest szeregami kapzli, których wogóle jest 62. Pod tą
przyklapę podłożone jest czerwone sukienko, które z czterech
stron wypuszczone jest z pod przyklapy i ozdobione ząbkami.
Po drugim końcuo pasek ma naszytych 6 gwiazdek sześciobocznych
i dwa zęby. Górczyk jest węższy, niż u opaska poprzedniego. .
Obydwa powyżej opisane opaski noszą wieśniacy na południu
od Krakowa we wsi Biertowicach i w sąsiednich. Częściej noszone
są przez uboższych i starszych gospodarzy. O podobnych opaskach
wspomina O. Kolberg1).
15. Opasek noszony dzisiaj jeszcze bardzo często -przez
wieśniaków z pod Krakowa (ryc. 4). Z juchtowej skóry, szerok|

RYC. 4. OPASEK (TRZOS) KRAKOV/SKI (ZE ZBIORÓW MUZEUM ETNOGRAFICZNEGO
W KRAKOWIE).

•ia 21 cm, a długi tylko na 80 cm, więc za krótki do opasania
się; przydłuża się dopiero rzemykiem, przypaśnikiem, przyszytym
do jednego końca. Zapina się na dwie sprzączki mosiężne, okrągłe,
jedna za drugą umieszczone. Po wierzchu jest bogato ozdobiony
w ten sposób, że na obydwóch końcach jego na całej szerokości,
a na długość 27 cm przyszyta jest na wierzchu cienka, cielęca
skórka wyprawna, zwana przyklapa, powycinana w kółka i w ząbki,
a poprzez te otwory przegląda podłożone sukienko czerwone.
Nadto przyklapa wyszyta jest po dwóch przeciwległych brzegach
jedwabiem zielonym i ozdobiona jednym rzędem sześciolistnych
kwiatków naszytych jedwabiem zielonym, żółtym i czerwonym.
Wreszcie ponabijana jest bogato mosiężnemi gwoździkami i kapzlami.
Opasek taki zapina się na lewym boku tak, że wieśniak ma z przodu
j z tyłu na plecach owe ozdobne przyklapy/
1) O. Kolberg-: Lud. Krakowskie.

8*

116
' Ozdoby na przyidapach, jakkolwiek składają się tylko z wy­
ciętych w skórze gwiazd sześciobocznych, naszytych kwiatków,
wyciętych kťatek, mosiężnych gwoździków i kapzli, przecież przez
kombinacje tych kilku motywów Są bardzo rozmaite i tak liczne,
że nie znajdzie się dwóch opasków jednako ozdobionych. Dwa­
naście rysunków różnych opasków z pod Krakowa podałem w arty­
kule umieszczonym w 1900 roku w „Zeitschrift für österreichische
Volkskunde“J).
Opis tam umieszczony należy jednak sprostować w ten spo­
sób, że opasek nie jest zrobiony z dwóch kawałków skóry zeszy­
tych w podłuż brzegami, ale z jednego kawałka skóry, zeszytej
środkiem po lewej stronią pasa.
' Krótki op s opaska tego wraz z rysunkiem podaje O. Kol­
berg2) i Marjan Wawrzeniecki3). /
Pas ten był znany i używany przez wieśniaków z pod Kra­
kowa już z końcem XVlll w., a jeden okaz z tego czasu znajdował
się na wystawie kościuszkowskiej /otwartej w Krakowie w paździer­
niku 1917 roku.
16. Opasek z miękkiej cielęcej skóry 66 cm długi a 12 cm
szeroki. Górczyk 15 cm długi a 3 cm szeroki. Przyklapy dwie:
przednia 22 cm a tylna 16 cm długa. W każdej przyklapie wycięta
jest w skórzfe gwiazda o 7 listkach i Umieszczona w kole utworzonem z mosiężnych kapzli o średnicy 11 cm (przednie koło),
a. 18 cm (tylne koło). Większe koło w przedniej przyklapie liczy
28, a mniejsze w tylnej przyklapie 21 kapzli. Między listkami
większej gwiazdy są po trzy kapzle i po jednym guziku mosiężnym;
w środku jest też jeden większy guzik taki. W mniejszem kole
między listkami gwiaźdy jest jeden guzik i jedna kâpzla; w środku
też taki sam guzik jeden. Ponad każdą gwiazdą na przyklapie są
po dwa kółka utworzone każde z 12 kapzli mosiężnych ; w środku
kółka jest guziczek mosiężny i jeszcze 4 kapzle. Przyklapa w gór­
nej swej części wykrojona jest w dwa- zęby łukami zamknięte.
Pod przyklapą podłożone jest czerwone sukienko, które przegląda
yrzez otwory kapzli i przez listki gwiazd i które obrzeża obydwa
zęby przyklapy. W górczyku jest 5 kapzli mosiężnych, a rzemyk,
’) Seweryn Udziela. „Die krakauer Gürtel“, Wiedeń 1900, ť. VI, str. 1—4.
2) O. Kolberg: Lud. Krakowskie, Część I, Kraków 1871, str. 126.
'*) „Wisła“, t. VIII, str. 581.

v

3?

i

na którym umieszczona jest sprzączka okrągła, przymocowany jest
także do opaska 7 kapzlami,
Opasek ten pochodzi z Podegrodzia, wioski leżącej pod
Starym Sączem, z roku 1900 i używany był przez młodego parobka.
17. Opasek z czarnej skóry, szerold na 14 a długi na 58 cm ;
górczyk jest szeroki na 3, a długi na 24 cm. Pas bardzo ozdobny,
przyklapy dwie, obydwie wycięte są w kształt serca i wokoło
obrzeżone ząbkami o łukach półkolistych; ma w każdym ząbku
wbitą jedną kapzlę mosiężną, wreszcie każda jest inaczej ozdobiona.
Przyklapa znajdująca się obok sprzączek ma w obydwu
gębach wycięte w skórze dwie gwiazdy sześciopromienne, mające
pomiędzy promieniami po jednej kapzli mosiężnej. W części węższej
przyklapy wycięte jest w skórze serce i otoczojrie 15 kapzlami
mosięźnemi. Ponad sercem wycięte’ jest w skórze kółko.
Przyklapa, znajdująca się obok górczyką ma wycięte w skórze
rzy duże koła, każde o 2Va cm średnicy. Każde koło otoczone
jest 14 kapzlami. Między temi trzema kołami znajduje się koło
czwarte, utworzone z 12 kapzli na obwodzie a 1 w środku ; drugi
obwód tego koła tworzy 7 w skórze wyciętych elips.
Każda przyklapa podłożona jest sukienkiem czerwonem,
obrzeżonem ząbkami, odpowiadającym ząbkom na obwodzie przy­
klapy.
Górczyk nabity jest trzema rzędami kapzli mosiężnych po
7 w każdym rzędzie, a na końcu ma jeszcze 7 kapzli w elipsieMiędzy przyklapąmi wierzchnia skóra opaska jest ozdobiona
ornamentem wytłaczanym i tym sposobem wykazuje wpływ roboty
góralskiej. Środkiem biegną elipsy naprzemian z kwadratami ząbko­
waną linją wybite; w każdym kwadraciku jest kwiatek o 12 liśtKach. Po obu stronach tej ozdoby biegnie szereg podłużnych oo
kreseczkami wytłoczonych. Wreszcie po brzegach opaska wytło­
czone są w skórze ząbki, zwrócone lukami na zewnątrz.
Opasek ten był własnością palubka z Moszczenicy pod Sta­
rym Sączem w, roku 1900. „
Obydwa powyżej opisane opaski noszą parobcy młodzi,
kawalerowie w okolicach Starego Sącza. Dawniej nosili je także
mieszczanie w tern mieście.

b) Trzosy góralskie.
Pasy te, które także nazywają opaskami, wyrabiają zwykle
z grubszej skóry wyprawy garbarskiej. Są najczęściej szerokie. Robią
je ;w ten sposob, że czworoboczny kawałek skóry składają we
dwoje, a rąbek jednego brzegu zakładają po wierzchu brzegu
drugiego, — gdy przeciwnie pasy krakowskie bywają zszywane
środkiem po wewnętrznej stronie. Obydwa brzegi krótsze są także
zaszyte, a narożniki- nie wtłoczone do środka. Otwór do wnętrza
trzosa zostawiony jest z przodu w górnym brzegu pasa i przykryty klapką często 'ciąganą rzemyćzkiem. Szwy nie są wykonane
nicią, ale wąziutkim rzemyćzkiem z cienkiej skóry, przewlekanym
przez otwory nacinane równolegle nożykiem. Pas obejmuje zupełnie
obwód człowieka, zapina się z przodu na kilka rzemyków i sprzą­
czek.
Ozdobiony jest sprzączkami mosiężnemi, czasem nawet srebrnemi i takiem.ż kółkami i guzikami. Nadto cała zewnętrzna po­
wierzchnia pasa zdobna jest ornamentem wytłaczanym w skórze.
Wyrabiali je górale polscy w Karpatach i w Tatrach po
stronie polskiej, a także i na Orawie, stąd nazywano je niekiedy
także pasami węgierskiemu
Opaski te wychodzą dzisiaj coraz częściej z użycia. Nosili
je zazwyczaj starsi gospodarze. W Tatrach i w Beskidzie nazy­
wano je też pasami bacowskiemu
Znane są od bardzo dawnych czasów.
18. Najprostszy opasek góralski znajdujący się w Muzeum
etnograficznem w Krakowie jest na 84 cm długi, a 17 cm szeroki.
Zapina się na 3 rzemyki, każdy po 32 cm długi, 'a 2 cm szeroki.
Sprzączki są proste, żelazne, prostokątne. Obok nich w górnym
brzegu, między wierzchnią a spodnią skórą zostawiony jest otwór
16 cm szeroki, prowadzący do wnętrza trzosu. Jedyną ozdobą
tego pasa jest skośny bieg rzemyCzka łąpzącego obydwa brzegi
skóry opaska i biegnącego górną krawędzią pasa.
Pas ten pochodzi z pod Babie: Góry z Zawoi, a został wy­
konany około roku 1850.
19.‘ Drugi pas z Zawoi jest szerszy, na 22 cm, a tej samei
długości, co poprzedni. Zapina się też na trzy rzemyki i trzy
sprzączki mosiężne płaskie i. bardzo ozdobne. Wywinięty na wierzch
brzeg skóry spodniej jest ząbkowany, a w każdy ząbek wetknięty

119
:est gwoździk stalowy o czapeczce wypukłej. Otwór prowadzący
do wnętrza pasa przykryty jest klapką, do której przymocowany
jest łańcuszek mosiężny z nożykiem na końcu. Rzemyki służące
do zapinania przymocowane są do opaska ozdobnie rzernyczkami
krzyżującemi się.
Powierzchnia pasa ozdobiona jest biegnącemi równolegle
przez środek dwoma rzędami wytłoczonych w skórze ząbków
podwójnych, między któremi i po bokach których biegną trzy
paski proste, równoległe, powstałe z wytłoczonych linij prostych
po 8 w każdym pasku. Pć> obydwóch końcach opaska łączą się
te trzy równoległe pasy, krzyżując się ze sobą dwa razy pod kątem
prostym.
Pas pochodzi z 1870 roku.
20. Jeszcze ozdobniejszy jest pas z Jeleśni w powiecie ży­
wieckim z roku 1906. Długi, jak poprzedni, szeroki na 16 cm,
zapina się na trzy sprzączki mosiężne; płaskie, ozdobne. Skóra
zabarwiona jest na kolor brudno-wiśniowy.
Cały pas jest bardzo bogato ózdobiony ornamentem wy­
ciskanym w skórze. I tak:
Rąbek zawinięty ze spodniej skóry na brzeg wierzchniej jest
wyjątkowo szeroki, bo aż na 4 cm, a obrzeżony ząbkami półokrągłemi, każdy z dziurką w środku. Od strony sprzączki rąbek
ten ma wyciśnięte trzy równe prostokąty; - pierwszy i trzeci podzie­
lony jest podwójnemi przekątniami i jeszcze raz równoległemi do
nich linjami, co tworzy w środku po 4 kratki skośne, — środkowy
prostokąt przedzielony jest dwiema przekątniami, z których każda
składa się z 3 linij równoległych. We wszystkich w ten sposób
powstałych kwadracikach i trójkątach wyciśnięte są kwiateczki
ośmiopłatkowe. Dalsza część ząbka ma górą linję falistą, a w każdym
jej łuku wytłoczone kółko z gwiazdka w środku. Pod tą linją
falistą biegnie ścieg utworzony z rzemyczka zszywającego pas
O szerokich, skośnych szwach. Ten ścieg z obydwóch brzegów
ujęty jest potrójną linją prostą. Reszta powierzchni pasa podzie­
lona jest na 11 kwadratów, a wnętrze każdego kwadratu wypeł­
nione jest ornamentem utworzonym z linij prostych, łukowych,
falistych i kwiateczków. Trudno tu opisywać wszystkie te wzory,
a jest ich siedm odmiennych w tych jedenastu kwadratach.
21. Tej samej wielkości, co poprzedni, jest pas Z Istebnej
w Cieszyńskiem. Tło skóry jest szare, bez żadnych wycisków,

U

I

120
a ozdoby utrzymane w bardzo dobrym guście z mosiężnych kapzli,
gwoździków i z srebrzystej tasiemki.
'
Pas zapina się na trzy sprzążki czworoboczne, płaskie, mo­
siężne, Rzemyczki, służące do zapinania ozdobione są gwoździkami
mosiężnemi w ten sposób, że ną końcu rzemyka każdego jest
gwiazda z czterech gwozdzikow, za nią elipsa z szesciu gwozdzi
ków, dalej w szeregu trzy gwoździki. Rąbek górny, ząbkowany,
przymocowany jest tasiemką srebrzystą, biegnącą w kostkę. Klapka,
zasłaniająca otwór do wnętrza trzosu, jest duża, półkulista, o brzegu

' RYC. 5. PAS GÓRALSKI Z JAZOWSKA W POW. N. SĄCZ.

ząbkowanym; na każdym ząbku jest kapzla mosiężna. Nad kapzlami
półkolem i górą brzegiem biegnie szereg gwoździków mosiężnych
a za nimi równolegle znowu szereg kapzli mosiężnych. Wreszcie
w środku klapy wyszyta jest roślina w wazoniku srebrzystą ta­
siemką, nakryta trójkątem z 5 gwoździków mosiężnych. Na pasie
obok klapy i za sprzążkami jest nabitych po kilka gwoździków
takich. Ną łańcuszkach mąpiężnych wisi nożyk, chowany w pasie.
Wszystkie trzy 18, 19 i 20 opisane powyżej pasy, zostały
wykonane na Orawie.
22. Pas z juchtowej skóry (ryc. 5) na 102 cm długi a 22’5 cm
szeroki. Wzdłuż górnego brzegu skóra spodnia zawija się na
wierzch krawędzią na 3 cm szeroką, spodem wycinaną w ząbki
półokrągłe. Ten brzeżek skóry przymocowany jest środkiem na
długości 50 cm rzemyczkiem wąziutkim, przewlekanym szwem
skośnym, raz koło razu i ozdobiony 20 guziczkami mosiężnemi
na okrągłych, z safjanowej skóry wyciętych podkładkach.
Na prawym, węższym brzegu pasa umocowanych jest I ?
siedmiu rzemykach siedm okrągłych mosiężnych sprzążek; zaś tfe
rzemyki przymocowane są do pasa siedmioma mosiężnemi guzicz­
kami na safjanowych, czerwonych podkładach. Za temi rzemyczkami biegną z góry na dół dla ozdoby cztery rzędy mosiężnych

guzików, umocowanych też na podkładzie czerwonych, safjanowych
kółek. W pierwszym i drugim rzędzie jest ich po 8, w trzecim
rzędzie jest ich 9, a w czwartym 10. Guziki te nie są jednakowej
wielkości : w pierwszym i trzecim rzędzie mają po 1 5 cm średnicy,
w drugim rzędzie 2, a w czwartym 1 cm średnicy. Za trzecim
rzędem guzików biegnie rząd mosiężnych kółek wolno przymocowanych po jednej stronie, o 3 cm średnicy każde; kółek tych
jest 9.
,
Na lewym węższym brzegu pasa, w odległości 28 cm od
kraWędzi przyszytych jest sznureczkiem siedm rzemyków na 25 cm
dłdgich, a 2'5 cm szerokich każdy i przymocowanych nadto gwoź­
dzikami mosiężnemi. W tych rzemykach jest po 9 dziurek wybi­
tych kapzlami mosiężnemi, które służą do przewlekania trzpieni
od sprzążek przy zapinaniu pasa. Poza temi rzemykami biegnie
znów dla ozdoby cztery rzędy, guzików i rząd kółek mosiężnych,
takich samych i w taki sam sposób przymocowanych, jak po
stronie prawej.
Otwór do wnętrza pasa, znajdujący się w górnym brzegu
po prawej stronie, przykryty jest klapą skórzaną, półokrągłą, 20 cm
długą a 9 cm szeroką. Klapa ta ma brzeg ząbkowany; w każdym
ząbku jest kapzla mosiężna, ponad kapzlami szereg gwoździków
mosiężnych, a ponad niemi trzy gwiazdy z guziczków mosiężnych,
z których środkowy przyszyty jest na podkładce czerwonej z safjanowej skóry.
Cała powierzchnia pasa ozdobiona jest wytłaczanym w skórze
ornamentem, a to : pod klapą na całej szerokości pasa jest czwo­
robok obramiony dookoła podwójnemi linjami i szeregiem dołków.
W tym kwadracie jest czteropromienna rozeta, rozpięta na prze- ''
kątniach o liściach podłużnych z potrójnych linij. Między listkami
rozety są wytłoczone kwiatki o ośmiu płatkach każdy.
Z drugiego końca pasa pod rzemykami, też na całej szero­
kości pasa wytłoczone kratki skośne z przebiegających linij po 5
z każdej strony.
Pomiędzy opisanym powyżej kwadratem a tą kratą przez .
całą długość pasa biegną trzy szeregi wytłoczonych linij : środkowy
z 12, dwa boczne z 5, a dwa skrajne z 2 linij każdy szereg złożony.
Między owemi szeregami linij, na krąwędziafch są 4 kwiatki,
każdy utworzony z- dwóch linij krzyżujących się, mających po
kątach 4 dołeczki.

122
Pas powyższy pochodzi z Jazowska, w powiecie nowosą­
deckim. Używany jest szeroko na podgórza karpackiem (Ryc. 6).
23. Pas dkugi na 110, a szeroki na 27 cm, skórzany, ciemny.
Górny brzeg środkiem na długość 53 cm ma zawinięty rąbek
spodniej skóry, ząbkowany, z dziurką w każdym ząbku i przy­
mocowany rzemyczkiem żółtym, biegnącym wzdłuż w kostkę.
Z lewej strony do węższego boku pasa przymocowanych
na 7 rzemyczkach 7 srebrnych sprzążek, zaś każdy rzemyczek

RYC. 6. DRUŻBOWIE WESELNI Z POD STAREGO SĄCZA.



' «r '



'' - v í t ^

y --? :* * '

7



y - r T ' •? r



Fot. E. Frankowski.

przymocowany jest do pasa dwoma guzikami srebmemi, wypukłemi,
o 2*5 cm średnicy. Z prawej strony pasa^przymocowanych jest
srebmemi guzikami 7 rzemyków na 32 cm długich a 1*5 cm sze­
rokich, z których każdy ma po 11 dziurek wybitych - srebmemi
kapzlami.
Między rzemykami z prawej i z lewej strony cała powierzchnia
pasa ozdobiona jest wyciskanym ornamentem. Obok guzików
z prawej strony pasa, na całej szerokości tegoż jest kwadrat oto­
czony piękną ramą z drobnych kwiateczków. Wewnątrz tej ramy
są cztery kwadraciki obramione szeregiem owalnych listeczków;
w środku każdego z tych kwadratów jest kwiat o sześciu listkach

123
kreseczkami-drobniutkiemi obwiedzionych, a znowu w każdym rogu
kwadratu znajdują się po trzy kwiateczki czteroplatkowe. Cały
ten bogaty, wielki kwadrat ograniczony jest z prawej i lewej
strony pięcioma linjami prostemi, równoległemi.
Pod rzemykami z prawej strony jest pas ozdobiony kratką
skośną utworzoną z dziewięciu podwójnych linij przecinających
się wzajemnie.
Cała dolna, środkowa powierzchnia pasa, między kratką tą,
a kwadratem po lewej stronie wytłoczona jest 6 szeregami równo­
ległych linij prostych, z których dwie skrajne mają po trzy pary,
X' cztery środkowe po cztery pary linij.
Jest to pas stary, unikat z sądeckiego powiatu z Podegrodzia.
24. Pasy z Podhala opisuje Matlakowski1) w taki sposób:
„Starsi górale, zwłaszcza w podróży, bacowie na hali noszą opaski,
t. j. pasy bardzo szerokie, opasujące prawie cały brzuch. Opasek
jest ozdobnie wytłaczany, na górnym brzegu ma skórzaną zakładkę
z rąbkiem wycinanym w ząbeczki i okrągłe dziurki; na przodzie
posiada obszerną torebkę, ozdobnie guzikami mosiężnemi nabijaną ;
zapina się również na podłużne sprzążki mosiężne...“ Na str. 49
podaje Matlakowski na ryc. 91 cały opasek, a na tab. LIV i LV
wzory wytłaczania na skórze.
Takie pasy noszą górale na Podhalu, ale już coraz rzadziej.
25. Dawniej noszono też pod Krakowem podobne pasy,
a O. Kolberg*2) tak je opisuje: „Pas rzemienny 6 do 8 cali
(16—21 cm) szeroki, ze skóry ciemnej, juchtowej, kilkoma sprzącz­
kami na rzemyki zapięty, najczęściej podwójny (? innego nie ma,
przyp. S. U.), taki, że wnętrze jego służyć może za przechowek
na pieniądze, listy, papiery i t. d. I ten nie bardzo często się
napotyka. Zowie się pasem węgierskim. Znany dopiero od 70»
80 lat (t. j. przy końcu XVIII w.). Noszą go bogatsi, np. w To­
niach, Zielonkach i t. d., jakoteż i furmani“.
Dzisiaj pasy te wyszły zupełnie z użycia w Krakowskiem. x
Jan Matejko na obrazie „Kościuszko pod Racławicami“ przed­
stawia chłopów krakowskich W takich pasach.
26. W tych czasach, kiedy takich pasów używano pod Krą.1) Władysław Matlakowski: Zdobienie i sprzęt ludu polskiego na Pod­
halu. — Warszawa 1901, str. 156.
2) j. w. str. 126.

kowem, noszono je także dalej jeszcze w dół Wisły. Jan Słomka*)
wspomina je koło Tarnobrzega, mówiąc: „Starsi (mężczyźni) mie­
wali jeszcze pasy szerokie, więcej niż na 6 cali (16 cm) ze skórki
cielęcej, wyprawionej na czerwono (a więc takie, jakie, opisano
pod liczbą 20), złożonej podwójnie i zeszytej górnym brzegiem.
W pasach tych nosili pieniądze, które — gdy chcieli wyjąć —
to się odpasowywali i wytrząsali pozostawionym otworem w gór­
nym brzegu“.
27. W Muzeum etnograficznem w Krakowie znajduje się
stary opasek, trzos dla chłopca, pochodzący z Bronowie pod
Krakowem (patrz Ryc. 2).
Zrobiony jest ze skóry cielęcej, wyprawnej na bronzowo.
Długi na 56 a szeroki na 5‘5 cm. Do jednego końca przyszyty
jest rzemyczkiem wąziutkim rzemyk szeroki na 2‘5 a długi na
9 cm, zakończony żelazną prostokątną sprzążką z trzpieniem.
Z drugiego końca przymocowany jest tak szeroki rzemyk a długi
na 28 cm z 6 dziurkami do przewlekania trzpienia przy zapinaniu
opaska. Cała długość opaska od końcą do końca wynosi 82 cm.
Brzeg spodniej skóry na całej długości powycinany jest
w ząbki z kapzlą mosiężną w każdym, zawinięty na górny brzeg
zewnętrzny i przysznürowany do niego wąskim rzemyczkiem, przevlekanym w skośne szwy przez obydwie skóry. Od strony sprzążki
na 13 cm długości, ten ozdobny rąbek jest nacięty do brzegu
paska i tworzy klapkę, którą zamyka się znów otwór prowadzący
do środka opaska i zasuwa rzemyczkiem.
Cała powierzchnia opaska ozdobiona jest zębami i trójkątami
wyciśniętemi w skórze.
III. Pasy srebrne.
Pasy srebrne znane i używane bywały w Polsce od bardzo
dawnych czasów. W XV w. nosili\e/przeważnie mieszczanie
i mieszczki w Krakowie2) i w innych miastach polskich8). Kuli
*) Jan Słomka: Pamiętniki" włościanina. Kraków 1912, str. 41.
'
2) Dr. Jan Ptaśnik: Cracovia artificum, j. w. Nr. 244, 349, 373, 488, 521,
614, 649, 654, 911, 1009, 1219, 1343.
s) W Nowym Sączu w r. 1491 w połowie kwietnia Katarzyna, żona Mi­
chała Smolki, sukiennika, umierając, zapisała „onemu mężowi swemu daje pasek
srebrny i srebro wszystko“. (Morawski .Szczęsny: Sądeczyzna za Jagiellonów

'

125

je prawdopodnie złotnicy, bo w sporze między paśnikami a ryma­
rzami z r. 1365, o którym wspomniałem na początku nie wymie­
niono pasów srebrnych w całości. Wacław Potocki1) wspomina,
że w XVII w. szlachta stroiła pachołków w srebne pasy, prawdo­
podobnie, aby dokuczyć tem mieszczaństwu. Pieśń ludowa prze­
nosi używanie pasów srebrnych w czasy daleko odleglejsze i śpiewa :
Zajechali w ciemny las,
Opadł-ci ją srebrny pas.
— Poczekajcie na chwilę,
Niech się po ten pas schylę... i t, d.2)

A wyprowadzając pannę młodą do ślubu w Krakowskiem
jeszcze do dziś dnia śpiewają drużki:
A wychodź-że do ślubu, bo już czas,
Opasz sobie srebrny pas... i t. d.s)

Szlachcianki nosiły pasy srebrne jeszcze do końca XVIII w.4).
z miasty spiskiemi i księstwem oświęcimskiem. Kraków 1865, w t. II na str.
310).
A w Krakowie w r. 1615 kobieta pobita skarży napastnika, że „w bójce
ją poszturchał, z pasa srebrnego chciał odrzeć i wypchnął ją na ulicę bez stcwłosa. (W Archiwum aktów dawnych miasta Krakowa : Act. adv. Crac. Nr kat.
ręk. 236 p. 536).
’) Wacław Potocki: Moralia (1688) Kraków 1915. t. I. ttr. 310 w utworze
»Nie dbam o konie, gdzie mogę pieszo dojść“.
*
"*) O. Kolberg : Pieśni ludu polskiego. Warszawa 1857, str. 15 — i indziej.
Mickiewicz obnosi powstanie tej pieśni (ballada „Lilie“) do XI w. a Zygmunt
Glogier : „Długosz i pieśni polskie“ — (Wisła Ł III, str. 1, Warszawa 18Š9) do
wieku XV.
•8) W Krzyszkonicach pow. Myślenice, zapiska moja z r. 1882.
4) I tak n. p. w akcie z r. 1558 czytamy: „Regiestr rzeci nieboskij paniej
Krzizanowskiey K. J. M. starey paniey przez miję Andrzeia Dembowskiego
Castellana Bełzkiego K. J. M. na ten czasz ochmistrza a paniey Sieraczkiey K.
J. M. starey paniey z rozkazanija K. J. Msczej Spisane w poniedziałek przed
narodzeniem panni Mariey w Krakowie liata bożego 1558 Na przoth pieniędzi
monetki polskiey złotich 1019, — ...i t. d. ...i t. d. ...srzebra trochę z pasa...
(t. j. srebra trochę ż pasa).'1
W dziele P. J. K. : Kodeń Sapiehów — Kraków 1898, stř. 100—101 czy­
tamy, że w czasie wizyty kanonicznej r. 1718 dn. 28 września biskup łucki Joa­
chim Prebendowski pozwolił infułatowi miejscowemu ks. Putkowskiemu > wydać
do rąk kollatora Jana Fryderyka Sapiehy, niektóre złote i srebrne wota przez,
siebie oznaczone na sprawienie srebrnego obramowania obrazu Matki Boskiej
cudownej, oraz na pozłocenie kielichów i monstrancyi i na inne niezbędne spra­
wunki do kościoła. Wydano więc wówczas między innemi: łubek złotych odpanieńskich wieńców sztuk 18, srebrnych 31, pasów srebrnych 2, złocony 1...

126
Dzisiaj opasują się niemi jeszcze Dogate wieśniaczki w oko­
licach Cieszyna, Wałaszki i w Jabłonkowie, Jacki w czasie wesel
i ~ innych wielkich uroczystości. Ale i tutaj coraz rzadziej można
' je widywać i niedługo wyjdą z użycia w zupełności.
Pasy te obejmują całą kibić, składają się z dużych ogniw
srebrnych, ręcznie kutych, połączonych ze sobą bezpośrednio
zawiaskamf, albo przedzielone siatką z ogniwek srebrnych i zapi­
nają się klamrą na zameczek.
28. Pas ma ośm srebrnych klamer (Ryc. 7), 7 cm długich,
a 4‘5 cm szerokich. Każda klamra ma środek owalny wity z taśmy,

RYC. 7. PAS SREBRNY Z POD CIESZYNA.

u góry i u dołu ozdobiony trzema różyczkami, a po bokach mający
dwie proste laseczki z zawiaskami ; środek owalu wypełniają dwie
gałązki róż splecione, z liśćmi i kwiatami. Klamry są złocone.
Jedną klamrę z drugą łączy siatka upleciona z ogniwek
srebrnych, szeroka na 5, długa na 6.5 cm. Do pasa przyczepiona
jest z łańcuszków srebrnych, przecinających się ukośnie utworzona
siatka rzadka, o okach rombowych, mających brzegi na 5 cm
długie. W połowie każdej krawędzi rombu wisi wolno na 1*5 cm
długa skówka srebrna, złocona.
Pasy takie nosiły Wałaszki i posiadają je jeszcze, chociaż
już w małej liczbie.
29. Pas złożony z ośmiu ogniw prostokątnych 10 cm długich

127
a 5 szerokich, połączonych ze sobą zawiaskami. Ramy klamry
podwójne zdobne są nacinaną linją falistą. Wnętrze każdej klamry
wypełniają ażurowo trzy stylizowane kwiaty barokowe a zawiaski

RYC. 8. PAS SREBRNY Z JABŁONKOWA.

maskuje figura stylizowana naprzemian kobiety i lwa. Klamra,
służąca do zapinania, tworzy koło o 6 cm średnicy wypełr:one
ażurowo stylizowanemi liśćmi, otaczającemi główkę dziecinną.
Pasy takie noszą mieszkanki Jabłonkowa (Ryc. 8), nie wszystkie,
tylko te, które należą do nielicznej już, wymierającej już grupy
etnograficznej polskiej, do tak zwanych Jacków,
Zakończenie.
Na tem muszę zakończyć pracę niniejszą. Nie wyczerpuje
ona materji w zupełności z powodu bardzo skromnych zbioróww muzeach naszych i z powodu trudności uzupełnienia materjału
tego w obecnej chwili przez wyszukanie i zebranie go na miejscu
po. wsiach i miasteczkach. Z tego też powodu musiałem ograni­
czyć się do tak małego skrawka Polski, jakim jest południowa
część Małopolski i Śląsk Cieszyński.
Z tego jednak, co podać mogłem, okazuje się, jak wielką
rozmaitość i bogactwo ornamentacji przedstawiają ludowe pasy
polskie, jak powszechnem jest' ich używanie i jak dawną jest tu
Dotrzęba i zwyczaj noszenia pasów'
Uwagą: Z pośród pasów tu omawianych, pasy opisane pod Iiczhami
1, 3, 4, 7, 10, 15, 18, 22, 24 i 27 znajdują się w Muzeum Etnograficznem
w Krakowie, - pasy 6, 13, 14, 16, 17, 19, 20, 21, 23, 28, 29 oglądałem i opi­
sałem na miejscu, a mam z nich akwarelowe obrazki, niektóre w naturalnej
wielkości wykonane.^ Pas pod I. 2 znam z opowiadań mieszkańców Zakrzówka
i Krakowa. Inne paqr z autorów, których dzieła przytoczyłem.

TADEUSZ SEWERYN.

HAFTY OPOCZYŃSKIE.
TREŚĆ: Hafty opoczyńskie s. 128. — Zasiąg haftów s. 129. — Zastosowanie
haftów s. 131. — Technika wyszywania s. 137. — Ewolucja techniki
s. 141. — Nazwy zdobinek i ich geneza s. 143. — Ogólna charakte­
rystyka s. 146,.

Roztrwoniły się w niepamięci naszej roboty dawnych cechów
hafciarskich w Lublinie, Lwowie i Poznaniu. Nie znamy jeszcze
większości spłowiałych bogactw naszych, jak pąn marnotrawny
nje zna wszystkich włości swoich. Gorzej jeszcze przedstawia się
sprawa naszego ludowego hafciarstwa, którem, mówiąc ogólnie,
nikt w nauce polskiej, poza'Sewerynem Udzielą, nie zajął się.
A przecież wielkie bogactwo zdobnicze polskiego, ludowego
„szycia“ i jego wartości ornamentalne nie zasługują wcale na
obojętne zamilczanie. W hafciarstwie ludowem, jako zdobnictwie
uprawianem nie zawodowo przez kilka jednostek, lecz przez całe
gromady w kilkunastu i kilkudziesięciu powiatach Polski, obja­
wiają się typowe, plemienne pierwiastki duszy ludowej, którą
kształtowała nie szkoła, nie miejska cywilizacja, lecz ziemia.
Hafty opoczyńskie.
W dotychczasowych opracowaniach sztuki ludowej mało
poświęcano uwagi sercu Polski, Mazowszu. Rozlazły teren, leniwe
wody, śpiące lasy i lud zapracowany na ojcowiźnie ustąpić musiał
miejsca romantycznym Tatrom i rzeźkiemu w fantazji góralowi.
A jednak, jeśli dla kogo romantyzm pierwotnego życia ludu stanowi
konieczne źródło jego osobistego stosunku do ludowej twórczośei,
znajdzie go i na „hieciekawem“ Mazowszu. Oto w powiecie opo­
czyńskim jeszcze przed 40 laty hodował nasz Mazur w chacie swej
węże-zaskrońce, jako pewnego rodzaju totemy, talizmanowe stwo­
rzenia, słowiańskie bóstwa opiekuńcze. Sypiały te gady z dziećmi

w kołysce, jadały z niemi z jednej miski, ssały krowę po ocieleniu,
owiwszy się jej dokoła nogi, roztaczały w zagrodzie gospodarza
zdrowie i dostatek. Chłop, oddechający wonią rozległych lasów
sosnowych, mieszkający w sąsiedztwie jeleni, sarn, dzików, dzikich
gołębi i kaczek oraz wód, pełnych węgorzy i szczupaków — za­
chował _po dziś dzień dostojny urok polskiego kmiecia czystej
krwi mazowieckiej, powagę w ruchach i gestach, życzliwość i gościn­
ność, te rysy, które, na nieszczęście, wytrawia z charakteru naszego
ludu zgiełk miejskiej cywilizacji. Wraz z czystym charakterem ludu
przechowuje się we wsiach otoczonych lasami najznamienniejszy
wyraz ludowej duszy : sztuka. Barwisty strój pasiaty, rzeźby świątków, wycinanki, pisanki i hafty, których zdobnicze formy sięgają
•nieraz w odległe czasy, wiążą się ściśle z prymitywnością życia
ludu i przyrody.
Oto haft dziewczyny opoczyńskiej 1 Skromny w prostocie aż
do pobożności, skupiony i cichy, jak te drobne biedactwa-kwiatuszki, rosnące na opoczyśtym ugorze. W budowie ornamentu
żadnych wahań, w zestawieniu pierwiastków zdobniczych niepoślednia
swoboda i smak kompozycyjny, a co za umiar, co za podziwu
godna dokładność * krzyżyk >wych ściegów! Tylko pieczołowita
staranność wykonania dać może taką wyrazistość i czystość linji
rysunkowej. Takiej mnisiej pracy obliczania nitek w wytyczaniu
ściegów mógł podjąć się tylko lud zawzięty i cierpliwy, nerwowo
zdrowy, którego psychikę koiła cisza lasów. Przemawiają za tem
nazwy wsi, w których do dziś dnia żyje hafciarskie zdobnictwo:
Drzewica, Dęba, Dębożyczka, Dąbrówka, Dębniak, Dębinki, Bu­
czek, Bukowiec, Swierczyna, Modrzew, Modrzewek, Brzostowiec,
Brzoza, Bielina, Brzóstów, Brzostówek, Jasień, Grabowa, Jeina
(Jedlna) i t. p. Potwierdza to i tradycja ludowa, która utrzymuje,
iż barwne hafty wynaleźli ludzie najpierw w ; wsi Dęba (o 7 kim
od Studziannej) i stąd czerwonoczarne wyszycia na koszulach
nazywa po dziś dzień „dębskiemi“.
Zasiąg haftów.
Zwarty zasiąg tego zdobnictwa oznaczyć trudno (Ryc. 9).
Strzępi się on rozwidleniami, wypadami lub rozlewa się jak we
mgle w sąsiednich, północnych powiatach. Brak go na południu
w pow. koneckim, włoszczowskim, kieleckim, na zachód w radomskowskim, wieluńskim, łęczyckim, prawie całym piotrkowskim
Lud. T. XXIV.

'

'

%

■■i

9

*3

4

130
i brzezińskim. Niema ludowych haftów ze wschodu w pow. radom­
skim, kozienickim, grójeckim, z północnego wschodu w pow. wart
szawskim i prawie całym sochaczewskim. Granica zasiągu mazur-

a «•

» 41
RYC. 9. MAPA ZASIĄGU HAFTÓW OPOCZYŃSKICH.

o ?
< j i»
■»o m

s

skich haftów biegnie od Pilicy pod Nowem Miastem wzdłuż
rzeczki Drzewiczki przez Odrzywół, Nieznamierowiće, Drzewice,
omija Gielniów i wschodnim zasiągiem na prawym brzegu Drze-

131
wiczki przechodzi przez Stefanów, Parczówek i Białaczów, pod
Żelazowicami przechodzi potok Węglankę, wreszcie biegnie na
zachód do wsi Łęczna za Pilicą i omijając Sulejów, przez Uszczyn
ku Psarom i na Krzepczów. W ten sposób ogarnia cały powiat
■opoczyński z wyjątkiem wsi wschodniej i południowej granicy
powiatu. Od Pilicy sięga hafciarskie zdobnictwo w powiat piotr-:
kowski głębokim wypadem przez Psary, Kamocin, Krzepczów do
rzeczki Grabi, a stąd na północ do Gościmowic i Zywocina ;
obejmuje południowo-wschodni cypel pow. brzezińskiego, prze­
chodzi w pow. rawski do Lubochni, biegnie jego granicą i przez
rzadkie przecieki pow. skierniewickiego wnika w pow. łowicki,
przechodzi z jednej strony granicę pow. kutnowskiego, a z drugiej
wsiąka w pow. sochaczewski. Przez powyższy wykres otrzymamy
szereg powiatów, ułożonych w pas, rozwijający się ku północy,
a skręcający od pow. łowickiego na północny wschód do Ostro­
łęki, przez Kurpie na Litwę i Białoruś.
Zasią" ów w jednem miejscu stanowi granicę niewyraźną
i mglistą, gdzieindziej zupełnie ścisłą. Tak np. w całej parafji
Krzemienicy w pow. rawskim włada pasiaty strój ludowy, a hafty
zdobią każdą koszulę dziewczyny, parobczaka i dziecka. Lecz już
w pobliskich Czerniewicach i Zelechlinie bierze górę strój miejski,
a wyszycia występują tylko w szczątkowej formie. W pow. brze­
zińskim niema zupełnie haftów we wsi Olszowie, ale opodal w Bie­
lmie, Dębniaku, Świńsku, Wygodzie występują, jako zjawisko
0 formach zdecydowanych. Podobnej wyraźnej linji nie da się
jednak przeprowadzić w pow. skierniewickim.
Rozprzestrzenianie się hafciarstwa mazowieckiego na północ
biegnie szlakiem dawnej wewnętrznej kolonizacji, dokonywanej
przez Mazurów na ziemiach Polski. Szła ona bowiem od XV
1 XVI w. raczej w górę Bugu i Narwi oraz w stronę Warmji, niż
w kierunku Rusi Czerwonej i Wołynia. Dość ostro izolowany od
ziem wschodnich pas zasiągu naszego hafciarstwa, wbijający się
klinem w zalesione obszary Mazowsza, przemawia za teorją rodzi­
mego samorództwa tego rodzaju nicianego zdobnictwa.
Zastosowanie haftów.
Hafty stosują się do celów użytkowo-zdobniczych wedle pewnych zwyczajowych reguł. Główne np. pole zdobnicze „białej“
koszuli stanowi szeroki płat gorsu, rodzaj półkoszulka, zapinanego
9*

f

-

-

TV -

? T

-r

s 132
z boku. Koszula taka haftowana bywa tylko białemi nićmi. W kroju
tem jeszcze różni się ona od koszul barwnie wyszywanych, iż
rozkrój kołnierza umieszczony jest nie z frontu, lecz od strony
karku.
Męskie koszule z barWnemi wyszyciami mają przekrój wzdłuż
piersi. Haft zdobi tylko gors i przednie rogi kołnierza (Ryc. 10).

»-S,4Sa"""
M
§

limmiuiiiwk

I

.iiiimiitnii

\y
flllk..0l

tÄf

mis#

Æx

w i
RYC. 10. WZORY HAFTÓW BIAŁYCH. (U GÓRY „RÓZGI“, W ŚRODKU „KRZYŻYKI“, DOŁEM
WZAJEMNIE PO SOBIE NASTĘPUJĄCE ORNAMENTY „W TABLICKI“ NA GORSIE MĘSKIEJ
KOSZULI).

Kołnierz związywany bywa wstążeczką czyli „zaściegaczką“,
dawniej tylko barwy czerwonej, dzisiaj także różowej, niebieskiej
lub blado-żółtej. Barwa „zaściegaczki“ stanowi w niektórych wsiach
pewnego rodzaju legitymację społeczną. W Idzikowicach np tylko
żonatemu gospodarzowi, szczególnie podczas żałoby, przysługuje
barwa niebieska, parobczak jednak do czasu ślubu powinien nosić
obyczajnie czerwoną „zaściegaczkę“. Kształt gorsu ulega ostatniemi
czasy wyraźnym zmianom. Zamiast dawnego, wąskiego na ^—5
cm paska, rozszerza iię coraz bardziej. Jest to wyraz nowej mody,
zaszczepianej tutaj przez byłych żołnierzy, służących na wschodnim
froncie.

i

" -H' ' ' " ;

*V ■ • "

133

\®Ä*/ÄÄÄÄi
j^P-WWWW®

RYC. 11. HAFTY KRZYŻYKOWE NA POSZEWKACH Z ZYWOCINA, W POW. BRZE­
ZIŃSKIM. (ZNAKI: KRATKA = BARWA CZERWONA, KRESKI RÓWNOLEGŁE =
BARWA NIEBIESKA, PLAMA = BARWA CZARNA).

"S

I #

121

Dziewczęce koszule posiadają wyszycia na „przyramkach“
lúb „przyremkach“ t. j. ramiączkach oraz na oszyvyjkach, brak ich
natomiast zupełnie na kołnierzu. Jest to zupełnie logiczne ze sta­
nowiska dekoracyjnego. Kołnierz przykrywa obszerna 1 oronkowa
kiyza lub kryzka — po.co więc zdobić to, czego nie widać? Za

RYC. 12; HAFTY KRZYŻYKOWE NA POSZEWKACH Z ZYWOCINA W POW. BRZE­
ZIŃSKIM. (ZNAKI JAK ŃA RYĆ. 11);

to rękawy koszuli, wynurzające się z łyskotliwie barwistego gorsetu,
daję użytkowe pole do zdobniczego popisu. Dziwna rzecz, iż
hafciarstwo, dzieło rąk kobiecych, przekwita w stroju kobiecym.
W Jasieniu np. tylko dziewczęta noszą haftowane koszule, męż­
czyźni rzadziej, lecz kobiety zamężne poniechały tych ozdób zu­
pełnie.
Podobny typ wyszywanego zdobnictwa istnieje i w Łowickiem,

135
lednak opoczyńskie hafty na koszulach, ściegowane misternie)
jepiej harmonizują z drobno-pasiatym strojem wełnianym, niż sze­
rokie pręgi łowickie z minjaturowym ornamentem, wyszytym na
koszulach księżaków i księżanek. Obok koszul walną dziedzinę pracy
naszych hafciarek stanowią przepiękne „wszywki" do poszewek,

RYC. 13. HAFTY KRZYŻYKOWE NA POSZEWKACH Z ŻYWOCINA W POW. BRZE­
ZIŃSKIM. (ZNAKI JAK NA RYC. 11).

zdobiące poduszki szerokiemi na 15, 20 i 30 cm pasami krzyży­
kowych geometrycznych haftów (Ryc. 11,12,13). Typowe mazurskie
umiłowanie pościeli, której spiętrzone góry świadczą o dostatku)
panującym w chacie, wytworzyło i tutaj odrębny rodzaj ornamen­
tacji, niezależny od motywów zdobniczych na koszulach.
Specjalny dział hafciarstwa opoczyńskiego, ze względu na
technikę i rodzaj omamentarü, stanowią ozdobne chusteczki

* \

136
(ryc. 14 i 15), ofiarowywane przez dziewczęta kawalerom, jako pa­
miątki, zalecanki, oznaki niejawnej ojcom miłości lub przyjaźni.
Trzeba wiekowej kultury na to, aby
gorąca krew mazurska wypowiadała
się w. sprawach erotyki zdobniczemi
symbolami. Jak dziwnie subtelnie
przemawiają na tych chusteczkach
„tak:e Ielijki“, wyszyte bogatą ilością
ściegów po czterech rogach deli­
katnego płócienka! Butny Mazur
uważa sobie za honor wyrwać owe
„Ielijki" z rąk dziewczyny, osobliwie
gdy w nim zagra temperament na
weselu lub odpuście. A gdy pamiątkę
„lelijkową“ dostanie w swe ręce, już
jej nie oddaje. Nie można się więc
RYC. 14. KWIATEK WYHAFTOWANY
W 8 BARWACH NA NAROŻNIKU PA- dziwić, że dziewczyna z zapamiętałą
. NIEŃSKIEJ CHUSTECZKI Z RADZIĆ.
troskliwością wyszywa te cacka, jak
■r
umie najpiękniej. A owe głębokie
pokłady erotyczne, jako źródła sporego obszaru ludowej ornamen­
tyki, ujawniają się w widomej formie nietylko w hafcie. Dziewczęta
z pod I ibochni, Jasienia i Spały
przynoszą na odpust do Toma­
szowa Mazowieckiego w dzień
św. Stanisława (8 maja) oraz na
Zielone Świątki pisanki nie na
to, aby je święcić, lecz, aby
niemi zjednywać sobie kawalerów.
A gdy się zdarzy, że „wziena go
jajkiem", już nie pisze kraszanek
„złamanym szelągiem“ (pisakiem),
jeno wyszywa narzeczonemu chu­
steczkę „w Ielijki", choć, co praw­
da, bodaj najtrudniej doszukać się
tam tego kwiatu, albo zdobi mu Ryc.15. haft na narożniku panieńskiej
i
T .
. ,
,
...
.
chusteczki ze wsi brzoza w pow.
kołnierz lub gors koszuli krzyzyopoczyńskim
kowym haftem. A chata, w której
mieszka dziewczyna na wydaniu, centkowana jest na froncie lub
przyczółku w duże kleksy z białego wapna. Lecz gdy dziewuchę

^

wmmr 137
zwiąże ksiądz stułą w kościele, już po weselu zmywa młoda
gospodyni koliste plamy, a na ich miejsce kreśli na ścianach chaty
krzyż. Niech świat wie, gdzie czego szukać ! W domu takim ni. :
dostanie już żaden parobczàk haftowanej „w lelijki" chusteczki.
Młoda mężatka już nie nosi kraszanek na odpust do Tomaszowa.
'Wyszywa mężowi koszule, a ściany gniazda swego zdobi na Boże
Narodzenie „wystrzygankamy“, w których żółty barwinek, kwiat
miłości, tylekroć opiewany w ludowej pieśni, stanowi środek geome­
trycznej kompozycji „w serca“, „w grabowe liście“, „w nabłotnie“,
„w pawi ogon“, „w kogutki“ i t. p. motywy.
Wspomniane chusteczki dziewczęce obramowane są podwójnemi wszywkami delikatnej, kupnej koronki albo grubszą, klockową
robótką, a nierzadko także powietrznemi, krótko wiązanemi kuta­
sikami. Noszą one na sobie różne wyszyte barwnie napisy np.
„Kto mie kocha sanuje temu chustecke podaruje, K.“ (monogram
dziewczyny). To wyraz ostatecznego poglądu na życie. Lecz inna,
z natury filutka, jest mniej wymagająca od chłopców, jeśli nosi
chusteczkę z napisem: „Komu dam te chustecke Niech mie kocha
trosecke“. Inne wyszywają przestrogi dla znienawidzonych we wsi
„pędziwiatrów“, co to motylkują od panny do panny, albo tylko
wplatają w kwiaty, datę, monogram swój albo imię oblubieńca.
Nie mają w Polsce zasłużonej sławy te hafty, gdyż żadna
z dziewcząt nie robi ich na zbyt do miasta, a prawie nikt nie
zajął się zebraniem ich w większej ilości do jakiegokolwiek etno­
graficznego czy przemysłowego muzeum. A przecież zbieractwo
w tej dziedzinie nie natrafia na zbytnie trudności. Lud ceni nie
haft, lecz wartość użytkową rzeczy, którą haft zdobi. Stare przeto,
dziurawe koszule, choćby najpiękniej, wyszyte, przeznacza na ścierki;
onucze, pieluchy i t. d. Żadna szanująca się gospodyni nie przy­
szyje do nowej koszuli starego, choć niezniszczonego haftu, od­
prutego z podartej bielizny. Jedynie skrzętne zbieractwo do celów
muzealnych może uchronić od zagłady te cenne zabytki nicianego
zdobnictwa.
Technika wyszywam.
Haftują dziewczęta w sadzie pod kwitnącemi wiśniami, na
pastwiskach pod sosną rozłożystą na ugorze, haftują grupkami lub
samotnie, naradzają się i przekomarzają, co puścić wedle „matacyka" ? „zaplotki, bramy, makówki czy rózgi“ ? Haftują i w chacie
przy oknie, a w pilnym znoju liczą nitećzki płótna od rana do

-

— -----

--------------------- *

- — ...... - •



------

nocy cierpliwie, jak mniszki paciorki różańca. Wyszywać umieją
tu wszystkie dziewczęta i kobiety. Tylko leniwa lub „przylepa“
kupuje czerwoną „krepinkę“ do obszycia bielizny. Pomysl motywu
pochodzi albo „z umyślenia“ albo „ż mody“ t. zn. udanego wzoru
wykonanego przez sąsiadkę. Wyszywanie „z mody“ nie ma nic
Wspólnego z kopjowaniem, gdyż rzeczy, wykonane przez kilka
dziewcząt z jednego wzoru, różnią się między sobą tak wyraźnie,
iż z samego zestawienia i porównania tych prac trudno domyśleć
się ich wspólnej „mody“. I nie może być inaczej. Motywy bowiem
zdobnicze niektórych haftów są tak drobne, że trudno je przery­
sować, tem bardziej dziewczętom, które wógóle nie rysują uprzednio
ornamentu, lecz tylko co najwyżej zaznaczają sobie koniuszkiem
igły ogólny kształt motywu na drobnej tkance płótna nieznacznie,
wprost niewidomie.
Poczet ściegów, jakiemi posługują się mazowieckie hafciarki,
jest niedużo bogatszy, niż w wyszywkach z nad Prutu, Czeremoszu,
Dniestru, Bugu, Styru, Niemna lub Wilji. Bez wnikania w ewolucję
techniki ^hafciarskiej dadzą, się z haftów opoczyńskich wyodrębnić
następujące ściegi : ścieg płaski (point passe ou plat) czyli gładki.
Acz znany jeszcze Rzymianom, jako opus plumarium, rozwinął się
najbujniej w Anglji w wyszyeiach taśmowych (reprise-embroidery)
i stąd zwany też angielskim. W opoczyńskiej technice hafciarskiej
stanowi on, obok „ściegu za igłą“, główną technikę białego haftu
na starych koszulach (gorsach). W barwnych wyszyeiach na chu­
steczkach walczy o pierwszeństwo ze ściegiem łańcuszkowym,
á w wyszyeiach poszewek ze ściegiem krzyżykowym.
Ścieg krzyżykowy (point de tapisserie) stanowi główną
technikę, którą hafciarka wykonywa sedno motywów zdobniczych
na kołnierzach, oszywkach, gorsach i poszwach. Wszystkie inne
ściegi należą do kategorji drugorzędnych, uzupełniających technik.
Ścieg ten jest, obok stębnówki, najstarszym sposobem szycia
wogóle, a początkiem nicianego zdobnictwa. Znali go jeszcze
Egipcjanie, Assyryjczycy i Indowie, a dawni Słowianie niezawodnie
wcześniej wynaleźli go, hiż średniowieczne opera pulvinaria przy­
wędrowały na nizinę Sarmacką w jukach frankońskich kupców.
Ponieważ technika ściegu krzyżykowego, wypływająca par excellence
z materjału, narzuca zdobniczym motywom pewien swoisty, zdecy­
dowany typ, niezależny od długości i szerokości geograficznej,
nie ^ziw, że haitom kurpiowskim, łowickim i opoczyńskim przypi-

-------------- ------------------- ------------- ----------- ----

Í38

139
■ ano cechy ruskie. Cechy tej, zresztą kosmopolitycznej, techniki
wzięto tu błędnie za istotę rzeczy, bez poszukiwania tej differentia
specifica, która na źródło naszego zdobnictwa t. j. intuicję ple­
mienną mazurskiego ludu inne rzuca światło.
Ścieg warkoczykowy (point de tresse), zwany „matacem“
lub „matacykowym“, przypomina zaploty czyli „matace“ warkocza.
Tworzy on najczęściej pasemko o nitkach dwustronnie biegnących,
naprzemianległych. Rzadziej występuje w postaci trójrzędowych
ściegów. Uprzywilejowaną barwą „matacyka“ jest żółta (chrom II),
wyjątkowo tylko czarna, nigdy zaś czerwona. Ścieg ten dzieli
kompozycję wewnątrz na dwa lub trzy 'pola zdobnicze, rozprze­
strzeniające się poziomo.
Ścieg gobelinowy tak w białym, jak i kolorowym hafcie
występuje w układzie równoramiennych trójkątów, które pokrywają
ściegi płaskie, biegnące równolegle do ramion od podstawy do
wysokości trójkąta.
Ścieg łańcuszkowy, sznurkowy lub wodny (point de chainette) daje z lewej strony stębenek, a z prawej łańcuszek, którego
każde ogniwo wychodzi ze skręconego oczka. Nie^awsze udaje
się dziewczętom opoczyńskim wykonać ten ścieg czysto i równo,'
gdyż nie posługują się tamburkiem, niezawsze wbijają igłę w koniec
ściegu poprzedniego, a podczas haftowania przekładają nitkę to
na prawo, to na lewo, zamiast przytrzymywać ją zawsze po stronie
prawej. Ścieg ten w ludowem hafciarstwie uznać należy za puściznę
XVIII w., gdyż w wieku tym odgrywał on ważną rolę w przeróżnych
wyszywaniach po dworkach szlacheckich i klasztorach. W wyśzyciach opoczyńskich występuje w obramieniach kwiatów i gałązek
na chusteczkach, rzadziej w płaszczyznowem zabarwieniu płatków
kwiatowych.
Ścieg gałązkowy (piqué) pojedyńczy stanowi, obok koron­
kowej wstawki, drugie obramienie dziewczęcych chusteczek. Przed­
stawia linję wężykowatą z wystającemi ściegami na narożach, niczem
sęczki na suchej gałązce. Ścieg ten, znany jeszcze W średniowieczu,
występuje także w ozdobnej nieco formie motywu dwustronnego,
symetrycznego, którego obie gałązki przewite są innobarwną nitką.
Ów ścieg gałązkowy przewijany albo ozdobny zwie się „przewijanką“.
Haft wypukły (point en relief) różni się od płaskiego tylko
tern. że między nitki, a płótno wciśnięty jest podkład z nitek,

140
który nadaje wyszyciom grubość i wypukłość. Tego rodzaju haft
przyjął się dopiero w XVI w. i to w srebrnych i złotych wyszyciach na reprezentacyjnych szatach dworskich i kościelnych. Przez
sztuczne wprowadzenie pierwiastka rzeźbiarsko - światłocieniowego
czyli zatracanie wartości materjału należy uznać wypukłe hafty za
oznakę dekadencji hafciarskiej sztuki. Haft ten na opoczyńskich
chusteczkach panieńskich został przeszczepiony niezawodnie z ko­
ścielnych, barokowych ornatów, które złotą pompą wypukłych
ozdób sprowadzają na manowce zdrowe poczucie plastycznego
piękna u naszych dziewcząt. Wyszycia żółte mają naśladować złoto,
a białe — srebro. Wzgórki wyszyć wypukłych kwiatów oblamowuje ścieg łańcuszkowy.
Gromadę ściegów pospolitych stanowi „ścieg przed igłą“
albo „prosty“ („prośćiak“), obramiający kwiatki na chusteczkach
i poszewkach.
„Stembenek“, stebnówka (ludowe „ściebać“, po, niemiecku
„steben“) występuje w dwóch rodzajach: jako ścieg „piaskowy“
(point de sable), czyli „na przestępy“ oraz jako „stebnówka gładka“,
szyta w jednym kierunku poziomym nitką czerwoną lub czarną.
Obramia on w jednym lub dwu biegach Unijnych właściwą kompo­
zycję wykonaną na bieliźnie krzyżykami i „matacykami“. „Obdzierganie“ stosowane tylko u rąbków rozkrojów kołnierza lub oszywek
u koszul oraz w dziurkach „na zaściegaczkę“ t. j. czerwoną, różową,
niebieską lub żółtą tasiemkę, którą związuje się koszulę u szyi.
Supełkowanie' zjawia się rzadko na końcach płatków kwiatowych.
Tę dość różnoraką technikę hafciarską, opartą o dość po­
kaźną skalę ściegów, wzbogaca pomysłowość naszych dziewcząt
bardzo szczęśliwemi kombinacjami różnych ściegów. Np. rzadki
ścieg gobelinowy, biegnący w paraleli, przeszywają środkiem
stebnówką, albo wykonywują stembenek podwójną nitką, a spodem
taki sam ścieg rozpoczynają od połowy nitki tak, jak murarz
nakłada cegły podczas murowania. Tak powstają „matace kładzione
na dwóch nitkach“. Trzy lub cztery tego rodzaju pasowo ułożo­
nych, podwójnych stebnówek lamują z boków stembenkiem pojedyńczym. Powstaje stąd, jakbý misternie pleciona warkoczykowo
taśma o niechybnym efekcie, wynikłym z samej techniki. Te i tym
podobne kombinacje młodych hafciarek ze wsi Modrzew wyko­
rzystane być winny w szkołach przez nauczycielki robót kobiecych,
aby uratować od zaguby cenne okruchy ludowej pomysłowości.

Ewolucja techniki.
Z rozpatrywania techniki hafciarstwa opoczyńskiego (ściegów)
w związku z jej zastosowaniem wyprowadzić się dadzą wnioski,
które znajdują potwierdzenie w etnograficznych badaniach. Skromna
ilość ściegów dawnych wyszyć zwiększa się w nowszych haftach.
I tak np. wyłącznie dwa rodzaje ściegów, stosowane do białych
wyszywek na koszulach (ścieg za igłą i płaski), świadczą, iż haft
biały czyłi „białe szycie“ należy na Mazowszu do najstarszych
rodzajów nicianego zdobnictwa.
Haft biały starszy jest na pewno od wełnianych pasiaków,
gdyż,, wedle opowiadań starszych wieśniaczek, jeszcze w połowie
XIX w. stroiła się młoda pani do ślubu w „szytą koszulę“ oraz
spódnicę z niepasiastego wełniaka, farbowanego jednolicie „rdzą
z mokradli“ leśnej (rudą bagienną) albo „rdzą z taczalnika“ (wodoro­
tlenkiem żelaza z mułu zbierającegp się pod toczakiem). Taką
barwę posiadała odświętna spódnica wiejska z przed pół wieku.
Haft biały jednak istniał już w czasach, w które sięga pamięć
najstarszych ludzi.
Zkolei rozwinąć się musiało wyszywanie barwnemi nićmi
czyli „dębskie“ (od wsi „Dęba“, w której wedle tradycji, miał
zrodzić się haft barwny). Obok ścieg^za igłą i ściegu atłaskowego
(płaskiego), występującego w białycP haftach, zjawiły się w tej
drugiej fazie ewolucji techniki zdobniczej nowe ściegi: krzyżykowy,
warkoczykowy, gobelinowy, nie licząc znanej zdawna stebnówH
i obdziergania. W „‘dębskich“ haftach występują dwie siostrzane
barwy: czerwień i czerń — już w zaraniu barwhego ludowego
zdobnictwa nicianego. Jeszcze przed kilkudziesięciu łaty prymi­
tywne, geometryczne wyszyciu na koszulach płóciennych wyko­
nywane były czerwono-ceg*astemi nićmi, barwionemi tlenkiem
żelaza w postaci mułu z żelazistych mokradeł leśnych lub osadu
z pod koła toczaka oraz nićmi czarnemi, farbowanemi podobno
sadzą albo mieszaniną tlenku żelaza i wywaru kory olchowej.
Hafty takiem tworzywem wykonane należą do starych okazów.
Spotkać je można bardzo rzadko i to tylko na starych łachach
Wypłowiały do tęgo stopnia, iż dawna czerń widnieje dziś jako
popielato srebrna, a czerwień nitek „wyburzała“, jak mówią wie­
śniaczki i spełzła na barwę piasku.
Prostota życia i prymitywność form zdobniczych wymagała

142

-

nieskomplikowanego tworzywi, to też nie dziw, że jeszcze przed ^
20 laty nikt w Opoczyńskiem nie używał do haftowania innych
nici, poza białemi, czarnemi i czerwonemi, pomimo, iż oddawna .
umiano po wsiach wyrabiać barwik żółty ze strąków fasoli, bran­
żowy z łusek cebuli, zielony z runi żytniej i t. p. Niezawodnie
zastosowywano te organiczne barwiki do celów hafciarskich, ale
mała wytrzymałość ich na słońce, światło, wodą i t. p. rychło
kazała wiejskim nowatorkom poniechać tych prób. Dziś nikt na
wsi nie barwi nici ■ do celów hafciarskich, gdyż nawet wiejskie
sklepy dostarczają kolorowych nici w różnym wyborze. Do nowości
powojennej należy wprowadzanie barwy niebieskiej i zielonej do
czerwono-czarnych i. żółtych haftów na koszulach. Wielobarwne
wyszycia w niektórych wsiach podmiejskich np. Ogonowicach,
Ostrowiu, Sitowej koło Opoczna oraz wsiach pow. rawskiego:
Miłochniewicach, Złotej, Celgowie i t. p. acz bardzo piękne w wy­
razie, nie zdołały dotychczas wyrobić typu barwnych haftów.
Ewolucja ta dokonywa się nierównomiernie. I tak ńp. w Krzemie­
nicy, Wólce Jagielczyńskiej, Sierzchowach, Lubochni w pow. rawskim
jeszcze przed wojną zdobiono bielizną tylko białym haftem, a obecnie
dopiero zdobienia czerwono-czarne wypierają dyskretną biel. Hafty
trój- i pięciobarwne są tu nieznane, ale rozwijające sią w tych
wsiach zdobnictwo hafciarskie niezawodnie wnet niciane tworzywo
wzbogaci, nowemi barwami.®
Inaczej znowu sprawa barwnego haftu przedstawia się w Ja­
sieniu w pow. opoczyńskim. We wsi tej były dawniej częste hafty
kolorowe, lecz dziś właśnie zanikają na rzecz „białego szycia“.
Jest to nawrót do dawnej prostoty, prąd, który w dzisiejszych
czasach wiedzie ludowe hafciarstwo nie do odrodzenia, lecz zatraty.
Podobny zanik „dębskich“ wyszywek w Klinach kolo Opoczna
oznacza początek upadku tego zdobnictwa.
Trzecią fazę rozwojową techniki hafciarskiej obrazują nam
chusteczki panieńskie, które wzbogacił, obok wymienionych po­
wyżej, nowy poczet ściegów: łańcuszkowy (wodny), gałązkowy
pojedyńczy i przewijany, ' haft wypukły i supełkowanie, nie licząc
pokrewnych technik nicianego zdobnictwa, jak : koronki klockowe,
krótkie freńdzelki wiązane, mereżka o trzech słupkach wiązanych,
a jednym na przestępy opuszczonym i t. d.
Wymienianym trzem fazom rozwojowym techniki hafciarskiej
odpowiadają specjalne rodzaje nici, zwanych tu „zapałem“ lub

143
wogóle „kordonkiem“. W dawniejszych wyszyciąch występuje
„zapał“ gruby, w nowszych coraz cieńszy. Białe hafty wykonane
są bawełną z połyskiemD, M. C. Nr. 12 (grubszą) i Nr. 16 (cieńszą).
W haftach kolorowych na bieliźnie, a szczególnie w. „matacykach“,
warkoczykach oraz stembenkach, posługuje się hafciarka nićmi
D. M. C. Nr. 25, lecz w czerwonych i czarnych krzyżykowaniach
Nr. 35. Na chusteczkach natomiast występuje w kilkunastu bar­
wach „zapał“ od Nr. 25 do 50.
Nazwy zdobinek i ich geneza.
Zdobnictwo hafciarskie Mazowsza nie jest obcą szczepionką
na naszej glebie; dowodzi tego niezwykłe bogactwo ornamentaćyjne oraz obfita różnorodność, dzięki której niepodobieństwem
jest spotkać dwóch wyszyć zupełnie jednakowych. Przykładem
tego umiłowania ciągle świeżej rozmaitości są chusteczki, który h
każdy z czterech rogów oraz środek posiada odmiennie stylizo­
waną wiązankę kwiatów o niesymetrycznym — gwoli większej
różnorodności — rozkładzie barw oraz ciągle zmieniających się
kształtach liści i kwiatów, ustawionych koło ósi kompozycyjnej.
Ważnem uzasadnieniem rodzimości opoczyńskiego hafciarstwa jest
także bogactwo nazw i określeń poszczególnych pierwiastków
i motywów zdobniczych.
Oto z nich “»iektóre : motyw drobny' ustawiony na linji zygza­
kowatej zwie się „łańcuszkiem“ lub „wężykiem“. Romby z krzy­
żykami lub oczkami w środku, spojone narożami na linji przekątni
noszą nazwę „guzików“. Stojący na narożu kwad-at z zatkniętemi
krzyżykami u rogów i otoczony czarnemi kropkami — to „ma­
kówka“. Ośmiopłatkowe kwiaty (czerwone) z czarnemi różnorako
załamanemi szypułkami, łodygami 1 liśćmi zwą się „rózgami“.
„Kwiatkiem“ zwie się tylko kwiat podobny do schematu lilji
o pionowej szypułce. Zębatemi festonami połączone kształtne
krzyże tworzą „krzyżaki“, „krzyżaczki“ lub w skróceniu „krzaczki“.
Du'e zygzaki najeżone trójkątami stanowią „bramy“. Półkoliście
zwisające taśmy zwą się, niewiadomo dlaczego „panny“. Na roz­
kroku dwu ramion rozpięte, jakby dwa duże, a dwa małe skrzydła
ważki — to „wiatraki“. „Smigane“ to serca i listki koniczyny,
przedzielane łańcuszkowym zygzakiem o ściętych narożach. „Listki“
to motyw kwiatowy, skombinowany z płatków. Na czarnej szy­
pułce ustawione grono pół czarnych, pół czerwonych owoców to

umm, m ii

,

144
„cegły“ (w Idzikowicach) albo „żołędzie“, (w Studziannej). Drobne
kwiatuszki', wciśnięte między dwa listki, skręcone ślimacznicowato — „niech pan to nazwie grusecki“. Łańcuszek dwustronnie
symetrycznie biegnący, obramiony z obu stron „chałupkami“ zwie
się „plotką kładzioną na obie strony“. („Plotką" zwie się też ścieg
warkoczykowy).
W Luciążnej i Królowej Woli za Inowłodzem trafiają się
„gołąbki“ czyli ptaszki geometryzowane w kształcie, ustawione
rytmicznie na taśmie.
Kształt żołędzi z czarnym krzyżem u szczytu zwie się „cer­
kwią“ (w Idzikowicach), a „żołędzią“ (w Klinach, Poświętnem i i.)
„Gwiazdki“ skromnie rozwinięte dadzą się łatwo rozpoznać w ukła­
dzie i odróżnić od „rózg“, „makówek“, „krzyżaczków“ i t. p.
pierwiastków do gwiazd zbliżonych. Ustawione na linji stębnówki
ząbkowane obramienia, w kształcie jednakowych równoramiennych
trójkątów z krzyżykami u wierzchołków zwą się „chałupki“. Orna­
ment ten nazwałby Hucuł „zubci“, a hasz góral „ząbce“. „Tablicz­
kami“ zwie się częsty w białym hafcie motyw, składający się
z pięciu kwadratów, z któ.ych jeden zajmuje centralne położenie,
a cztery przylegają do nieg;o narożami na linji przekątni. Wogóle
„tabliczkami“ zwą się motywy z kwadratów, prostokątów lub
trapezów parami złożonych. „Choinkę“ stanowi rozwidlona sylweta
drzewa, którego gęstwę zdobią dwa białe krzyżyki. „Pieski“ zwą
się leżąco i taśmowo ustawione kształty litery S. „Kapliczkę“
tworzą dwa - równe, przylegające do siebie prostokątne trójkąty,
na których wierzchołku ustawiony jest krzyżyk.
Podobne dwa trójkąty, na których przeciwprostokątniach
sterczą kwadraty z oczkami w środku, zWą się „ślepkami“. Typowy
grecki meander nosi, podobnie jak na góralszczyźnie, nazwę „łamaniny“. Meander falisty otrzymał trafne miano „rzeczki“.
Nomenklatura hafciarskich haftów opoczyńskich wcale nie
ogranicza się do ilości wymienionej powyżej. Uzdolnione i zami­
łowane hafciarki wiejskie np. Józefą Kasprzykówna w Idzikowicach,
Aniela i Łucja Jakóbczykówny w Studziannej, Józefa Wawrzyńczakówna w Radzicach Małych, Anusia Panfilówna w Modrzewiu,
Janina Ziębianka w Ogonowicach w pow. opoczyńskim, Walerja
Młynarczykówna w Wólce Jagielczyńskiej w pow. rawskim i w. i.
znają nazwę prawie każdej zdobinki.
Z charakteru powyższych nazw motywów zdobniczych nie

wynika wcale powabny w sentymencie wniosek, iz lud rozkochał
się w pięknych kształtach kwiatów łąk, lasów i ogrodów, w swo­
ich chatach, zwierzętach, gajach, kapliczkach przydrożnych i krzyżach, zapatrzył się w nie i w zachwycie ściegował je na swojej
lnianej odzieży. Taki chłopomański pogląd w estetyce i etnografji
mieści w sobie jeno pozory prawdy. Hafciarskie zdobinki, jto nie
mechaniczne kopje obrazów rysujących się na siatkówce, a nawet
rzadko kiedy ich pojęcia; To nawet nie stylizacja kształtów wi­
dzianych w przyrodzie, lecz geomt tryczne figury, dopiero później
nogące symbolizować pojęciowe pierwiastki przedmiotów, któ­
rych nazwy-odziedziczyły w terminologji ludowej. Źródłem tych
torm omamentąlnych jest nie przyroda — jak wogóle w prawie
całej sztuce ludowej — lecz intuicja jednostki lub grom-dy, oraz
właściwe naszemu ludowi poczucie plastyczne, które najchętniej
wyraża się w geometrycznych formach.
Estetyka porównawcza zakłopotać może badacza motywów
tego hafciarstwa. Oto przez napierśnik koszuli przewinie się styIjz Dwany kwiat litego pasa polskiego i przywiedzie na myśl wiek
XVIII. Tam wykwitnie na fartuszku lub chusteczce „leluja“, jakby
ją tu kto bez szwanku przeniósł „z popod siumnych Tater“. Owdzie
na poszewkach i „przyramkach“ zjawią się wieś ża wsią taśmowo
ułożone krzyże, ni to ruskie „chřestyky", ni białorusko-litewskie
ornamenty na krajkach. Doskonały precedens do przypomnienia
historycznej roli, - jaką odegrało centralne Mazowsze, jako ziemia,
ua której krzyżowały się wpływy kresowych kultur. Wygodny
wniosek do uzależnienia od tych wpływów i typu órnamentyki
mazurskiej, może zawieść na manowce, wobec wieiokioć stwierdza­
nego w historji sztuki faktu, iż takie same formy zdobnicze mogą
powstawać u ludów o wręcz odmiennych warunkach życiowych.
Woluty, meandry i faliste motywy szczepów dawnej Ameryki niczem
prawie nie różnią się od tych, jakie na gruncie europejskim rozwi­
nęły się pod niebem greckiem. Analogiczny wypadek zaszedł nie­
zawodnie na naszem Mazowszu, gdyż nie sposób różnokształtnych
hnij meandrycznych, występujących na opoczyńskich haftach, wiązać
jakiemikolwiek nićmi pokrewieństwa z kulturą Południa. Teorja
samorództwa ma w historji sztuki ludowej większą rację bytu, niż.
wpływy historyczne, etnologiczne i przyrodnicze (w znaczeniu
oddziaływania przyrody, jako wzoru typu ornamentalnego). DogmaLud. T. XXIV,

10

P>W ^lypuuipin.jp. i u«,11r -R w
146

,ÿ

: *•’'

”'

'

^
1

Si-

;
tyczni ■ stwierdzana, rasowa zachowawczość ludu powinna zreflekto­
wać wnioski snute z domniemanych, postronnych wpływów.
», Wobec mało urobionej naszej samowiedzy w zakresie sztuki
ludowej, nie należy się dziwić, że hafciarstwo mazowieckie popu­
larnie uzależnia się od ruskiego zdobnictwa. Ruskiemi bowiem
haftami zainteresowano się u nas przed kilkudziesięciu laty, gdy
tymczasem ludowe hafciarstwo opoczyńskie, łowickie, kurpiowskie,
kaszubskie i t. d. spoczywało lub spoczywa pod gruzem naszej
niepamięci; Istotnie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie..;“ Z po­
dobieństwa i i nawet tożsamości sporej liczby pierwiastków hafciar­
skiego zdobnictwa opoczyńskiego z małoruskiemi haftami wysnuć
można ćo najwyżej wniosek, iż ruskie „wyszywkie“ nie są tak
oryginalne, za jakie miano je dotychczas, à wreszcie, że intuicja
twórcza plemienia mazurskiego i czerwonoruskiego wykazuje wiele
znamion pokrewieństwa, jćśliby zaś przypuścić kierunek jakiego
wpływu, to nie Rusi Czerwonej, Pokucia lub Podola na Mazowsze,
lecz chyba naodwrót. Hipoteza tego rodzaju z jednej strony i e
wytłumaczy nani jednak, dlaczego ruskie hafty bogatsze są w formie
od opoczyńskich, a z drugiej nie wyjaśni Ważnej kweśtji: czy
w czasach odśrodkowych wpływów Mazowsza na zewnątrz lud
mazurski posiadał już wykształcone formy ornamentalne na eksport?
-

*

*

:.

,

Ogólna charakterystyka.
Formy ornamentalne rodzą się tu w gromadzie. Wykształcają
je wspólnie dziewczęta w środowiskach o atmosferze sprzyjającej
powstawaniu ai ystycznej tradycji. Ręka tych młodych autorek
nieświadoma drgnień plemiennej psychiki spowiada się widomemi
znakami zarówno Z odziedziczonego spadku rytmów formalnych,
jak i form wzbogaconych bądź ukształtowanych przez pracę i życie.
Główną wartością tej spowiedzi jest rytm, łączący w pasma po­
szczególne znaki zdobnicze.
Ewolucja zdobniczych form hafciarskich dokonywa się niemal
w oczach laszych tak, jak i przekształca się z dnia na dzień
i życie ludu, porwane potokiem nowego ducha, przenikającego
wieś naszą. Od geometrycznego wybitnie haftu białego prze?
geometryczny barwny do geometryzowanych roślinnych rzutek
i wiązanek na chusteczkach, wyszywanych nićmi nietylko cz irnemi
i czerwonemi, ale i niebieskiemi, żółtemi, zielonemi i fioletowemu
Jest to ewolucja zupełnie naturalna: każde zdobnictwo ludowe

i

147
przechodzi od prostoty do złożoności -barwnej, od „czystej geometrji“ w konstrukcji, jako zjawiska właściwego pierwotnej Kultu­
rze, do „botaniki“, jako wyrazu więcej „nowoczesnych“ upodobań.
W analizie zdobniczych form hafciarskich wyróżnić się dadzą
wartości ornamentalne, .wytworzone przez układ punktów (niektóre
części „makówek“, „kapliczek“, ^choinek“ i t. d.), linij (obrzeże e
íinje stebnówek, matacyki) oraz płaszczyzn (główne zdobinki krzy-.
żykowane w barwnych haftach na koszulach i poszwach, ściegowàne płasko w „białem szyciu“, a układane ściegiem wodnym na
chusteczkach). Stąd pochodzą dwa główne gatunki rytmu, uwi­
doczniającego się v tych haftach — linijny, który układa figury
zdobnicze wzdłuż linji i płaszczyznowy, który szereguje formy
przeważnie pasowo wedle pewnej wytycznej kierunkowej. Orna­
menty o wyraźnej tendencji rytmu kierunkowego występują rzadziej,
natomiast na pierwszy plan wybija się układ o poprzecznych po­
działach pasów. Pomimo poprzeczek na podobieństwo szczebli
drabiny, całość nie rozbija,się na poszczególne jednostki zdobnicze.
Kolorystyczne wartości, wynikające z zestawień większej ilości
barw, posiadają tylko miłe i dyskretne w wielobarwności hafty
z Ogonowic, Sitowej i Ostrowia w pow. opoczyńskim, oraz gobelinowo-spełzłe wyszycia ż okolic Rawy np. Miłochniewic, Złotej,
Wysokienic, Skoczykłodów, Celgowa, Miechowie i t. d. Naogół
jednak o kolorystyce haftów „opoczyńskich“ w ścisłem rozumieniu
tego pojęcia nie może być mowy. Barwami rządzi tu tradycja.
A jednak jest pewien sens plastyczny w tym. zwyczajowym układzie
barw. Oto np. czerwona barwa tych haftów wszędzie rzuca się
w oczy, a przecież w żadnym wypadku, w przeciwieństwie do
wielu wyszywek z Podola i Wołynia, nie wypełnia kompozycii
całkowicie, występuje natomiast w towarzystwie nici czarnych.
Jest w tem połączeniu barw iog'I a dekoracyjna. Drobniutka wią­
zanka rózg, guzików, makówek, warko :zyki „matacyków“ i łań­
cuszki „plotek“ kładzionych na dwie strony zatraciłyby zupełnie
swoją wyrazistość, gdyby wykonano je samemi czerwonemi nićmi.
Barwa cz-arna natomiast przez zdecydowane kontrastowanie z bielą
płótna użycza zawiłej mowie omamentacyjnej plastycznej artyku­
lacji i czystej dykcji. Nie wyklucza to jednak faktu, iż sama cza. na
nitka może wystarczyć ludowej hafciarce. Dowodzą tego czarne
hafty na kołnierzach starych wieśniaków i oszywkach starych kobiet.
Jako cecha znamienna na pierwszy rzut oka występuje w kom10*

.pozycji prostolinijna, prawidłowa konstrukcja, zwartość jednostek
zdobn ifczych (motywów) i ich rytm, wypływający z samej koncepcji
geometrycznego tematu.
"W technice zadziwiająca troskliwość, równomierne wytyczanie ornamentu, równy, czysty kierunek nici, układanych dość bogatą
ilością ściegów. > Technika wyciska, na ornamencie swoisty cha­
rakter, który hafciarstwu opoczyńskiemu nadaje typ.
W tem jego wartość, jako naukowego materjału do dzieła
o historji przemiany form i ich postaci w ludowej sztuce. W materjał ten Polska dziwnie bogata. Jeszcze bowiem w wielu przeoczanych ogniskach w Polsce, położonych zdała od zgiełku cywi­
lizacji miejskiej* zdała od indywidualizacji wysiłków ludzkich tętni
-cichą praca gromad o charakterze zasobnego w formy typu.

4*1

A,

4#
» ^CflS^ «•

«52525252525

%v^vw/av.v.v.-.v.vw...

28

I» $K$M S&fa

vmmmmmmmmmam

Z9

36

TABLICA ZDOBIN, WYSTĘ­
PUJĄCYCH NA CZARNOCZERWONYCH HAFTACH
OPOCZYŃSKO-RAWSKICH.
1. Chałupki
2. Slipki
3. Kamienica
4. Gruszeczki (35)
5. Bramy
6. Boża Męka
7. Guziki
8. Kapliczką (32)
9. Cegły lub żołędzie
10. Wiatraczki
11. Cerkiew i panny (36)
12. Listki (24, 34)
13. Łańcuszek (22)
14. Pieski
15. Gwiazdki
16. Kwiatki (18, 20, 22)
17. Łamanina
18. Kwiatki (16, 20, 21)
19. Rzeczka
20. Kwiatki (16, 18, 21)
21. Kwiatki (16, 18, 20)
22. Łańcuszek (13)
23. Krzyżaczki, krzaczki
24. Listki (34, 12)
25. Makówki
26. Rózgi (29)
27. Gołąbki
28. Pieski (14)
29. Rózgi (26)
30 Śmigane
31. Choinka
32. Kapliczka (8)
33. Krzyzik
34. Listki (24, 12)
35. Gruszeczki (4)
36. Panny (11)

#3«

1

LEON KOZŁOWSKI.

PROBLEMAT ROZWOJU FORMY W PREHISTORJI.
TREŚĆ: Stosunek treści do fórmy. — Zmiany w treści. — Pożycz’:a. — Krzy­
żówka. — Wynalazek. — Zmiany formy bez zmian w treści. — Rozwój
elementów formalnych- — Cykle rozwojowe. — Zanik treści i dege- •
neracja formy. — Konkluzja.

Pojęcie rozwoju, wypracowane początkowo przez nauki huma­
nistyczne a zwłaszcza historyczne, w wieku dziewiętnastym staje
się podstawowem pojęciem nauk przyrodniczych, wykształcając się
w doktrynę ewolucji. Doktryna ta wycisnęła głębokie piętno na
naukach humanistycznych. Z chwilą przyswojenia tej doktryny
zaczęto nietylko szeregować fakty w porządku chronologicznym
i doszukiwać się między niemi związków, lecz poczęto śledzić ich
powolne przekształcanie się, à poszczególne zaś zjawiska rozważać
zaczęto jako ogniwa Jtańcuchów rozwojowych. Ten nowy sposób
ujmowania zjawisk stał się źródłem potężnego rozwoju nauk w ciągu
XIX wieku. Odnośnie do człowieka i jego kultury wyłoniła się
konieczność dania odpowiedzi na najstarsze okresy jego istnienia
ni ziemi, rozwiązania zagadnień pierwszych ogniw tego łańcucha,
który stanowi rozwój cywilizacji.
,
Stajemy u narodzin pre! stoi i, której zadanie polega na po­
znaniu tych najstarszych okresów w dziejach ludzkości.
Ujmowanie rozwoju jako dążenia dó doskonałości i ciągłego
postępu od form mniej doskonałych do doskonalszych należy już
w nauce do przeszłości. Minął dawno czas wartościowania poszcze­
gólnych zjawisk i doszukiwania się stałego doskonalenia w ciągłym
rozwoju. Doskonałość jako cel przemian dawno odpadła. Dziś
stwierdzamy jedynie zmiany, poznajemy szeregi rozwojowe, badamy
wpływy, zapożyczenia i filjacjé form. Natomiast dalecy jesteśmy

od ich wartościowania czyto estetycznego, cży etycznego, czy
egocentrycznego, lub stosowania jakiegokolwiek miernika obra­
nego apriori, świadomie lub nieświadomie.' Staramy się jedynie
poznać - dokonywujące się lub dokonane przemiany oraz przewi­
dzieć tendencję rozwojową. Przyczyny rozwoju przyrody żywej
i martwej pozostają nam nieznane, dostępnemi są tylko jego ze­
wnętrzne przejawy, wyrażone w istniejącej i wymarłej różnorodnoś ’-i form. Wyjaśnienie przyczyn należy do metafizyki. Nauki przy­
rodnicze usiłują dać odpowiedź na pytanie, jak powstanie form się
dokonywa. Dzięki zaś prawom dziedziczności, zwłaszcza przekształ­
canie się form żywych mogło być lepiej i głębiej poznane.
Przekształcanie się form, których powstanie jest. dziełem
człowieka. starano się wyjaśniać na wzór przemian obserwowanych
w przyrodzie. Istnieje jednak między temi dwoma rodzajami form
’ istotna różnica. O ile formy przyrodnicze poznajemy jedynie od
zewnątrz, to ■‘rzy dziełach ludzkich mamy dostęp do poznania nietylko zewnętrznego ale i wewnętrznego, do poznania celowości
i przyczyny rozpatrywanej formy. Możemy nietylko obserwpwać
formę lecz również jej przyczynę: ,człowieka. Rozszerza to nam
znacznie i pogłębia teren badania. Człowiek istnieje jedynie w spo­
łeczeństwie, a formy przezeń stwarzane o tyle są tylko przedmio­
tem badania, o ile mają charakter społeczny. Formy wyłącznie
jednostkowe, dopóki nie znajdą społecznego wyrazu i oddźwięku,
nie żyją. Forma tworzona być może jedynie indywidualnie, żyć
zaczyna, gdy stanie się społeczna.. Forma jakiegokolwiek dzieła
ludzkiego jest zewnętrznym wyrazem treści. Każda treść szuka dla
sie ie wyrazu, a tym’wyrazem jest forma. Nowa treść szukać sobie
musi nowej formy. Gdy zostanie wyrażona, gdy uzyska temsamem
określony kształt, może być- teraz przejęta przez innych, może się
stać dostępna. Treść oczywiście tylko za pośrednictwem formy
może być zrozumiana. Najczęściej nie jest też przyjęta całkowicie
i bardziej lub mniej zmieniona staje się dopiero własnością innych.
Forma nowa często już przy swych narodzinach nie odpowiada
ściśle treści, którą chciano przy jej pomocy wyrazić. Przejmowana
dalej zwykle -tem bardziej oddala się od swej treści pierwotnej.
Czas pewien pokrywa się z treścią o tyle, że jest jako jej wyraz
używana, gdy jednak treść o tyle się zmieni, że przestanie jej stara
forma wystarczać, wówczas zjawia się nowa forma jako następstwo
'mian, jakie dokonały się w treści. Zaznaczyłem, że treść jest i może

1

IB " |R '-

ft- •



być tylko indywidualną, forma jest społeczną. Powstanie nowej
formy jako wyrazu treści jest znów indywiduálíje. Fakt jej istnie­
nia jest zjawiskiem społecznem. Wyróżniając treść i formą w obrąbie
dzieł ludzkich, nie wystarcza zajmować sią wyłącznie formą jako
zjawiskiem zewnątrzncm, musimy sięgnąć dalej, poznać stosunek
treści do formy.
Najwyraźniej stosunek treści do formy obserwować możemy
w jązyku. Słowo jest formą zewnętrzną pójącia, które wyraża.
Łatwo jednak dostrzec, że pod temi samemi wyrazami często kryje
się ró^pa treść, a słowo nie zawsze pokrywa się całkowicie z po­
jęciem, które chcemy przy j !go pomocy wyrazić. Do chwili, gdy
treśt pojęcia pokrywa się w znacznym stopniu z jego formą zewhętrzną i gdy treść indywidualna nie odbiega zbytnio od treści
powszechnie podstawianej pod dane słowo, utrzymuje się ono jako
forma danego pojęcia. Wyjątek Stanowi tu celową chęć wyodręb­
nienia się czysto formalnego, co mą naprzykład miejsce w wyra­
żeniach żargonowych. Gdy treść wyrażana przez dai e słowo ulegnie
tak dużej zmianie, że nie pokrywa się już z dawną treścią, dla
nowej treści zjawia się nowa forma. Przyczyna zmiany leży tu
w treści zawsze zmiennej, która szuka dla siebie coraz nowej
formy. Ta obserwacja dokonana dla języka ma pełne zastosowa­
nie do wszelkich form, których treść jest nam dostępna, a więc
do wszystkich dzieł ludzkijh1)..
Podobnie jak W kulturze duchowej, w kulturze .materjalnej
forma dzieł ludzkich jest odpowiednikiem treści. Forma ta, jako
wyraz treści, jest sama przez. się martwą. Żyje, to znaczy zmienia
się, w zależności od treści, której jest wyrazem, j“' :eli ta się zmieni,
zmianie ulega forma. W tym stosunku możemy wyrćżrić .trzy
wypadki: 1) Treść się zmienia;.2) Treść się nie zmienia ; 3) Treść
zanika.
Treścią wyrobów ludzkich jest ich przeznaczenie. Forma wy­
robów prócz tego, że jsst powodowana ich przeznaczeniem, jest
J) Na stosunek treści ďo formy zwrócił moją uwagą prof. Andrzej Ga­
wroński i pokazał zmiany formy w jązyku w zależności od treści. Tą obserwacją,
którą słusznie prof. Audrzej Gawroński uważa za obserwacją, mającą uniwersalne
znaczenie dla form ludzkich, starałem sią zastosować do form w dziedzinie pre­
historii. Sądzą,, że ułatwi to niejedną obserwacją i pozwoli nieco głąbiej spojrzeć
na zjawiska do dziś traktowane jako wypadki szczegółowe bez należytego uogól-

/

‘;

%
Si

4

i

.* i



x



152
uzależnioną od maierjału . techniki. Są to czynniki niezależne od
przeznaczenia, lecz,kształtujące formą. Krzemień, skała krystaliczna,
mte^dź, bronz, żelazo, każdy z tych materjałów narzuca wyrobom
pewne właściwości i kształtuje formę niezależnie od jej przezna­
czenia. Również technika w granicach takiego samego materjału
i, takiego samego użytku może powoi łować nowe formy wyrobów.
Te trzy czynniki składają się na treść wyrobów ludzkich, a zmiana
jednego z nich spowodować musi przekształcenie formy.
Wśród, form wyrobów znanych nam w czasach przedhistorycznych, materjał jest stroną dającą się zawsze ustalić. Trudniej
jest z techniką. W większości Wypadków możemy ją pewnie roz­
poznać, dzięki współczesnemu jej stosowaniu lub znaleziskom, które
sposób fabiykacji nam pokazują. Niektóre jednak techniki, jak
np. technika obróbki krzemienia przez łupanie, bardzo rozwinięta
i zróżnicowana w epoce kamiennej, jrst nam znaną tylko częściowo.
Wprawdzie znaczną część zabiegów technicznych epoki kamiennej
poznaliśmy dzięki studjom nad współczesnem obrabianiem krzemienia
przez ludy pierwotne, oraz przez wytwórców skąłkówek, wreszcie
dzięki badaniom samych wyrobów i przedsiębranym eksperymentom,
niemniej część sposobów technicznych obróbki krzemienia pozo­
staje hipptezą albo zgoła jest nam nieznana. To iednak co sta­
nowi najistotniejszą treść wyrobu, jego przeznaczenie często bardzo
pozostaje zagadką. Przeznaczenie Wyrobów metalowych w ogrom­
nej większości wypadków jest nam znane. Odnośnie zaś do wy­
robów krzemiennych, to" tu mamy często tylko ogólne wyobrażenie
o ich przeznaczeniu, mekiedy zupełnie hipotetyczne. Co się zaś
tyczy sposobu użycia bardzo często poza hipotezy wogóle nie
wychodzimy. Pamiętać wreszcie musimy, że to co do rąk naszych
doszło Zwłaszcza z epok dawniejszych, to część zaledwie tego, co
było w użyciu. Dochowały się bowiem wyroby z materjałów trwaj' łych jak krzemień i kość, a materjaly mniej trwałe jak drzewo,
skóra i t. d., w olbrzymiej części przepadły całkowicie.
Zgodnie z tem cośmy powiedzieli, pojawienie się nowej formy ■
jest następstwem zjawienia się nowej treści'. Powstanie nowej treści
w jednostce jest rezultatem czynników bardzo różnorodnych. Jed­
nostka odbiera naji óżnorodniejsze wrażenia kształtujące jej treść.
Treść ta znajduje odbicie w formie stwarzanej przez jednostkę.
Proces ten porównać możemy do działania soczewki, która od­
biera promienie świałła z zewnątrz i rzuca je jako obraz. Jednostka

- t

153

może posiąść w sto :unku do własnej społecz lóści nową treść
w trojaki sposób. 1) Jednostka przyjmuje z obcej kultury cudzą
treść i jej odpowiadającą formę i . daje jej kalkę wn< sząc ją do
kultury własnej. W tym wypadku mamy do czyni ;i a z pożyczką,
Która czyto w formie zupełnie niezmienionej, czyteż z nieżnaćz
nemi zmianami przejętą zostaje od jednej społeczności do drugiej.
2) Przejęta obca treść i jej forma nie zastaną przekazane własnej
społeczności jako kalka, lecz w związku z po! rewną treścią i jej
formą właściwą danej społeczności, stworzą nową treść o charak­
terze mieszanym, której odpowiada również mieszana forma. Wyróż­
nić wówczas możemy elementy składowe rodzime i obce. 3) Różne
wpływy tak się ukształtują, że powstanie nowa treść i jej noWy
wyraz forma, posiadająca wprawdzie zawsze Związek z formami
dawniejszemi, lecz mimo to nowa, nie wywołana. oddziaływaniem
żadnej gotowej już formy obcej, lecz będąca wytworem różno­
rodnych, rzadko uchwytnych czynników, działających na jednostkę.
Stajemy wobec wynalazku. Tak powstała nowa forma mimo to
musi pozostawać w związku z formami dawniejszemi. Podobnie
jak w przyrodzie, tak samo w świecie form ludzzich samorództwo
jest faktem nieznanym. Gdy dawna treść zostaje o tyle przekstał.cona, że- stara forma zostaje zastąpiona nową, wówczas-ta nowa
forma w stosunku do dawnej jest jedyiiie bardziej lub mniej istot­
nie zmienionem jej powtórzeniem.
Trzy powyżej podane rodzaje powstania nowej formy są
znane z bardzo licznych przykładów.
1. Pożyczka. Wypadek zapożyczenia obcej formy z ze­
wnątrz należy odróżnić od wpadu etnicznego i nawarstwienia
etnicznego. W obu tych - wypadkach pojawi0 się na terytorjum
danei kultury cały zespół form właściwych obcej^kulturze, czemu
towarzyszy albo wyparcie dąwnęj ludności lub jedynie jej górnej
warstwy (wpad etniczny), albo krzyżówka starej ludności z nową ~
i powstanie kultury mieszanej (nawarstwienie). °od pożyczką rozumię zapożyczenie obcej formy, bez przejęcia całego zeSpołu
cech obcej kultury. Pożyczki określamy często jako wpływy han­
dlowe, mimo, że nie zawsze i nie wyłącznie drogą handlu prze­
niesione być musiały z jednej do drugiej kultury. Pożyczkę od­
różnić również należy od obcego importu, jak naprzykład : obsydjan,
kość słoniowa, wyroby złote, importy włoskie, pr o wincjonalr.orzymskie i t. d. Wyrób importowany staje się- pożyczką dopiero

154
wówczas, gdy zostaje na miejscu naśladowany. Innemi słowy, gdy
jego treść zostaje prrejęta przez daną społeczność. Czem prýmiywniejsza kultura, tern potyczka jest trùdniejsza, a przy bliższem
rozpatrzeniu obcych elementów, pojawiających się naprzykład w ze­
społach kulturowych epoki kamiennej wykazać możemy, że przy­
niesione one zostały przez falę etniczną ! są wynikiem etnicznych
uwarstwień. W epoce paleolitu- pożyczki w ścisłem tego słowa
znaczeniu są mi nieznane. W epoce neolitycznej przykłady poży­
czek zaczynają się, pojawiać, choć w tym ^okresie są one stosun­
kowo jeszcze rzadkie i budzić mogą często wątpliwość}, czy są to
istotnie jedynie pożyczki,, czy też są rezultatem nawarstwienia
etnicznego. Inaczej rzecz śię ma w epoce bronzu i epokach póź­
niejszych. Samo rozpowszechnienie się użytku bronzu w większości
wypadków dokonało się bez nawarstwienia etnicznego, a przedewszystkiem jedynie drogą handlu. Początkowo rzadkie importy
zostają na miejscu naśladowane i dana kultura tą drogą zapoznaje
się ■ nietylko z nowemi formami i nowym materjałem, ale przyjmuje
także nową treść idącą w parze z nowemi formami. Tak np. kul­
tura łużycka zapoznaje się z mieczem, nowym typem siekiery,
szpilą, zapinką i t. d. Wyroby te jako "pożyczki zostają przejęte
z zewnątrz. W każdym też wypadku stwierdzić możemy, od jakiej
kultury dana pożyczka została przejętą, a następnie jakim prze­
kształceniom na miejscu uległa. Te przekształcenia, którym obca
zapożyczona forma ulęga w nowem środowisku kulturalnem, roz­
patrzymy poniżej. Formę obcą przejętą z zewnątrz z jednej spo­
łeczności do drugiej nazywamy wpływem kulturalnym. Wpływ
kulturalny wnosi do danego zespołu kulturalnego pewne tylko
formy obcej kultury, nie wyciska zaś swego piętna na całym ze­
spole kulturalnym i nie sięga do wszystkich jego przejawów, jak
to ma miejsce przy wpływie etnicznym. Przejawia się on przedewszystkiem w przedmiotach łatwo przenośnych. Wpływ kulturalny
w wielu wypadkach możemy też > określić jako nawarstwienie obcej
kujtüry na jednostkę. Wpływ etniczny jest takiem samem nawarst­
wieniem, lecz na całość społeczną. Poczynając od epoki bronzu
wpływy kulturalne stają się z każdym okresem coraz intensywniej­
sze i stają się jednym z głównych czynników rozwoju kulturalnego.
Życie nowocześni: jest dowodem nieskończonej ilości zapożyczeń
‘dących tak daleko, że nowoczesna historja sztuki, literatury, ling­
wistyka, opierają głównie swą analizę na wykazywaniu wzajemnych

ciągtych pożyczek. To samo śledzić możemy obserwując współ­
czesną kulturę materjalną, obyczajowość lub modę.
2. Krzyżówka. Pożyczka obca,, wchodząc do nowej spo­
łeczności zastaje często formę sobie pokrewną. Stara treść w kon­
takcie z nową ulega wówczas zmianie i stwarza dla siebie nową
formę, która dziedziczy pewne cechy starej formy, przejmując inne
od obcej. Powstaje forma mieszana, której pewne cechy są po
życzką, inne dziedzictwem starej formy, jeszcże inne mogą być
zgoła nowe, odpowiadające przekształceniom dokonanym w treści,
które pośrednio jedynie wiążą się ze starą lub nową formą. Wynik
ostateczny dokonanej krzyżówki, nawet w wypadku gdy wszystkie
elementy nowej formy dadzą się wyprowadzić bezpośrednio czy
to od nowej czy też starej formy, jest ten, że powstała forma
jest czemś nowem w stosunku do przeszłości. Tego rodzaju krzy­
żówki powstają często z powodu wpływu kulturalnego. Są one regułą
przy nawarstwieniach etnicznych. W tym wypadku formy jednej
kultury krzyżują się z formami drugiej i powstaje „nowy zespół .
kulturowy, którego elementy i cechy poszczególne oddzielnych
form wykazują łączność, to z jedną, to z drugą kulturą składową,
to znów są elementami zupełnie nowymi, będącemi wynikier no­
wej treści powstałej na skutek krzyżówki. Podobnie jak kultury
współczesne ludów cywilizowanych i ludów pierwotnych, tak samo
kultuiy przeddziejowe posiadają charakter mieszany. Pojęcie „czy­
stej“ kultury możemy dziś uważać za nięistn;ejące. Teorętycznie
przypuszczać musimy, że najstarsze kultury pierwotne, z których
wyrosły kultury późniejsze, były u kolebki . udzkości kulturami
„czystemi“. Dziś wiemy jednak, że już kultury młodszego paleolitu
nie mogą być uważane za „czyste“ i że są one już rezultatem
krzyżówek. Przy anąlizie kultur przéddzièjowych może być tylko
mowa o większem lub mniejszem śkomp.ikowąniu cech, á co za
tem idzie większej lub mniejszej ilości dokonarych krzyżówek.
Z im prymitywniejszą kulturą mamy-do czynienia, tem mniejsza
ilość krzyżówek na nią się złożyła. W przeciwieństwie do wpły­
wów kulturalnych, które działają szybko, nawarstwienia etniczne
dokonywują się powoli przez dziesiątki i setki lat. O odrębności
grupy etnicznej stanowi język, który jest łącznikiem społecznym. _
W epoce, gdy więź ta była jeszcze uboga a społeczeństwa kla­
sowo niezróżnicowane, nawarstwienia etniczne były procesem
dokonywującym się bez silniejszych oporów, stwarzając w rezul-

156
tacie kultury mieszanej W miarę rozwoju języków, a co za tem
idzie wzmocnienia więzi społecznej i budzącej się świadomości
własnej odrębności, wyrażonej ostatecznie w świadomości naro­
dowej i państwowości, nawarstwieniom etnicznym obcym, stawia
społeczność coraz silniejszy' opór i proces ten jest coraz powol­
niejszy. Ktńćzy się często nie powstaniem nowej kultury .n.eszanej,
lecz asymilacją podbitego ludu i narzuceniem mu obcej państwo­
wości, języka i kultury, np. romanizacja Galji, germanizacja Łużyc i t. d.
Rozwój paleolitu i neolitu w Europie to cały szereg po sobie
następujących nawarstwień etnicžnych. Poczynając od epoki bronzu
wraz ze zróżnicowaniem klasowem i wyodrębnieniem się poszcze­
gólnych ludów nietylko kulturalnem ale i językowem, nawarstwie­
nia, etniczne wyjątkowo tworzą nowe kultury mieszane. Jeżeli na­
warstwieniu etnicznemu me towarzyszy wyparcie dawnej ludności,
to zawsze towarzyszy zniszczenie jego. górnej warstwy. Wskutek
tego nawarstwienie nowe nie jest 'vzájemném przenikaniem form
jednej kultury do drugiej lecz procesem narzucenia kultury na­
jeźdźców podbitym. Następstwem tego zjawiska jest asymilacja
podbitego ludu, zatracenie jego własnej kultury i przyjęcie nowej
obcej* Nawarstwienia etniczne przestają być czynnikiem tworzącym
nowë formy, a rola ta przechodzi coraz bardziej na wpływy kul­
turalne.
...
Dobrym przykładem kultury mieszanej jest kultura złockiej
ceramiki sznurowej, nosząca wyraźnie odrębny charakter, powstały
dzięki zmieszaniu różnych elementów kulturowych, kultury miechow­
skiej ceram'ki sznurowej, kultury megalitycznych grobów skrzynko­
wych i tubylczej kultury ul ległego okresu. Poszczególne elęmei.ty
każdej z tych kultur mogą być wyraźni* wykazane, rezultatem
jednak jest cały szereg form odrębnych, nowych o/az wyodrębnie­
nie się bardzo wyraźne całego tego zespołu kulturowego.
3. Wynalazki. Zarówno pożyczka jak krzyżówka prowadzi
nas do formy nowej, nieznanej uprzednio. Ciągłe jednak zmiany
dokonywujące się w treści, których osnową jest fakt, że treść
jedynie za pośrednictwem formy może być wyrażoną;, powodują
„ ciągłe zmiany w formie. Na skutek tego powstają nowe formy
niezależnie od pożyczek obcych czy krzyżówek. Pamiętać musimy,
że nowa treść jest zawsze dziełem jednostki, w jednostce krzyżują
się najrozmaitsze wpływy, z których każdy z osobna i wszystkie

157
razem składają się na.treść stwarzaną przez jednostkę. Powstająca
treść jest żywą, j-?j wyraz, forma jest martwą. Nowa treść szukać
sobie musi więc nowej formy. Proces ten dokonywa się przez
modyfikacje starej pokrewnej formy, dostosowujące ją do nowej
treści. Na skutek tego nowa forma ma zawsze nawiązania do form
- już istniei cych, tworząc w stosunku do poprzedniczki nowe ogniwo
łańcucha rozwojowego. Na. tej drodze powstają nowe formy nie
będące wyrtikiem ani obcego wpływu, ani krzyżówki. Gdy formy
takie rozpowszechnią się w obrębie danej Społeczności, mogą być
drogą wpływu etnicznego czy kulturalnego przeniesione do innych
społeczności. Nowe formy powstałe bez wpływu istniejącej już go­
towej formy nazywamy wynalazkami. Wynalazek jako dzieło jed­
nostki jest zazwyczaj faktem raz danym i jest wynikiem pewnego
zbiegu okoliczności na jednostkę. Wýnálazki dokonane niezależnie
są wprawdzie rejestrowane, należą jednak do wyjątków, a zacho­
dzić mogą oczywiście, gdy warunki dwóch jednostek niezależnie
pracujących są bardzo do siebie zbliżone. Padając szeregi rozwo­
jowe form prócz pożyczek i krzyżówek natykamy się na fakt wy­
nalazku, jako następstwa jprzemiari dokonywujących się w treści,
który w bardziej lub mniej istotny sposób przekształca starą formę.
Podkreślić tu należy, że w wielu wypadkach pozorny wynalazek
jest jedynie wynikiem krzyżówki. A nowa treść jest tylko następ­
stwem powiązania ze sobą już,, uprzednio znanych i istniejących
elementów, które zkolei raz związani: że sobą w jednej formie,
tworząc jedną treść, mogą stać się elementem dla nowych kombinacyj. Każdorazowe określenie czy w nowej formie mamy do
czynienia tylko z nowem skojarzeniem starych elementów, czy też '
z dodaniem nowych jest zwykle bardzo trudném do wykazania,
a często uciekamy się do wynalazku tylko z tej przyczyny, że
niedostatecznie znamy elementy nowo powstałej formy.
' .
Omówiłem powyżo wypadki pojawienia się nowej formy na
skutek zmian zaszłych w treści. Zkolei wypada omówić zmianyr
w zakresie formy, którym nie towarzyszy zmiana treści.
Treść przedmiotów kultury materjalnej w obrębie tej samej
techniki i tego samego materjału ma ograniczoną granicę rozwoju.
Gdy nastąpi uzgodnienie, między formą a treścią i dalsze prze­
kształcanie śię treści na skutek granic wyznaczonych techniką
i materjałem stanie się niemożliwe, forma przestaje ulegać zmia­
nom. Stwierdzają to liczne przedmioty kultury materjalnej, które-

przez długie okresy zachowsły identyczną formę, nie ulegając
żadnym przemianom. W formie wyróżnić możemy dwa różne ro­
dzaje cech : jedne bezpośrednio związane z przeznaczeniem przed­
miotu, wywołane techniką i materjałem i inne czysto formalne,
ze stanowiska treści obojętne. Zmiany tych obojętnych elementów
nie mają związku z treścią, à mogą się dokonywać w obrębie
przeznaczenia danego .Avyróbu,, w (granicach danej techniki i maierjału. Weźmy dla przykładu zapinkę. Jej przeznaczeniem jest
spinać dwa końce materjału. Dla tego celu wystarcza kawałek
drutu, zgiętego w ten sposób, aby posiadał odpowiednią prężność,
tworzył więc Sprężynę, którego jeden koniec byłby uformowany
w kształcie igły, drugi w nóżkę utrzymującą igłę. W tak celowo
wykonanej zapince wyróżniamy igłę, sprężynę, grzbiet i nóżkę.
Te zasadnicze cechy wywołane przeznaczeniem posiadają wszystkie
tak bardzo różnorodne formy zapinek, jakie znamy. Różnorodność
ta jest wywołana tern, że każda z cech charakteryzujących zapinkę,
za wyjątkiem igły, może ulegać różnym przekształceniom z zastrze­
żeniem, ,że nie zostanie naruszone jej przeznaczenie. Celem tych
przemian jèst uczynić przedmiot użytkowy ozdobnym. Dla tego
celu nadają się części widoczne przedmiotu mające charakter
formalny. Następstwem jest rozwój artystyczny przedmiotu, który
nie stoi w związku ż treścią lecz jest jedynie rozwinięciem jej
strony formalnej. Fibula daje wyjątkowe możliwości dla rozwoju
elementów formalnych, będąc nîetylko przedmiotem użytkowym,
ale również przedmiotem -służącym do ozdoby. Inny przedmiot,
naprzykład miecz, daje mniejsze możliwości. Niemniej jego ręko­
jeść może ulegać znacznym przekształceniom bez naruszenia swej
■treści. W różnych też epokach i kulturach możemy obserwować
bardzo różnorodne wykorzystanie tych elementów.
» Przekształcenia momentów formalnych uszeregować możemy
w szeregi rozwojowe wykazujące powolne przekształcenia, dokonywujące się w zakresie cech formalnych przedmiotu. Na początku
szeregu rozwojowego staje forma związana ściśle z tęeścią, w dal­
szych ogniwach tego łańcucha obserwować możemy coraz bardziej
drobiazgowe wykorzystanie momentów formalnych i coraz większą
ilość szczegółów. Rozwój taki doprowadza dó form tak przełado­
wanych szczegółami, że dalszy ićh rozwój staje się niemożliwy.
Rozpoczyna się zwrot do- formy będącej najprostszym wyrazem
treścią i_by znów rozpocząć nowy rozwi ij momentów formalnych.

i).

1

-! RP



■ji

Przy powrocie zwykle sama treść przedmiotu, jego materjał
lub technika uległy już zmianie. Nową więc uproszczona forma nie
jest więcej powtórzeniem ani swego prototypu, ani żadnego z eta­
pów ubiegłego rozwoju. Rozpoczynający się nowy rozwój elemen­
tów formalnych kończy się ponownem przeładowaniem i nadmiernem wypracowaniem szczegółów. Rozwój elementów formalnych
nazwać możemy cyklem rozwojowym.
Cykl taki rozpoczyna się formami odpowiadającemi treści
w sposób możliwie prosty, a kończy się przeładowaniem szcźegółami. Oczywiście, gdy przed zakończeniem cyklu zjawi się nowa
treść lub nowa technika, wówczas następuje odmłodzenie niezakończonego jeszcze cyklu rozwojowego. Może się rówmeź zdarzyć,
że wskutek krzyżówki cykl rozwojowy rozpocznie się nie od form
najprostszych lecz już od form .mających za sobą dłuższy rozwój
w innym zespole. Nakoniec normalny rozwój cyklu może być
zamącony obcemi wpływami, które wywierają wpłyW na dalsze
_ kształtowanie się cyklu. Przykładów na tego rodzaju cykle rozwo­
jowe mamy bardzo wiele wśród form przedhistorycznych. Cykl
taki w sztuce ściennej paleolitycznej południowej Francji wykazał
H. Breuil. Okres najstarszy, przypadający ńa epokę oryniacką, cechują rysunki zwierząt przedstawione ściśle z profilu, to znaczy
0 zaznaczonej tylko jednej przedniej i jednej tylnej nodzë, o kon­
turze mocno zarysowanym grubą, rytą linją albo barwą czerwoną
lub czarną. Zaznaczoną jest minimalna ilość szczegółów, tylko naj­
ważniejszych dla rozpoznania zwierzęcia. W następnym okresie
rysunki zwierząt mają zaznaczone cztery kończyny, linje konturu
pozostają głębokie i mocno zarysowane, są jednak bardziej żywe
1 delikatne, większa uwaga zwróconą jest na Szczegóły uwidocz­
nione z większą starannością. W malowidłach ściennych, którym
towarzyszy stale rysunek, całe zwierZę pociągnięte jest barwą czarną,
,
a zwłaszcza pod koniec tego okresu jest silnie modelowane, co
stwarza wrażenie plastyczne. Światła- są często wywołane przez
, zdrapanie pierwotnie nałożonej barwy. W trzeciej fazie rysunki
wykonane są lińjami słabo wciętemi, delikatnemi lecz ciągłemi
i dość szerokiemi. Zjawiają się linje zaznaczające nietylko szcze­
góły rysunku, ale również cienie. W okresie tym zjawiają się ry­
sunki nadz’vyczaj ekspresyjne o świetnie wydobytych szczegółach
i znakomitych proporcjach. W malarstwie ściennem znajdujemy
figury jednolicie pokiyte czerwoną lub czarną barwą. Modelowanie

ubiegłego okresu znika. Rysunek wyjątkowo towarzyszy malowidłu.
W czwartej wreszcie fazie, na której kończy się cykl sztuki ścien­
nej paleolitycznej, rysunek traci coraz bardziej na znaczeniu i scho­
dzi do roli wydobywania szczegółów, cieni i owłosienia zwierzęcia.
Linje ciągłe, .zaznaczające profil wychodzą z użycia, zastępują je
drobne kreski zaznaczające owłosienie.’ W malowidłach ściennych
zjawia się polichromja, którą wywołuję się wrażenie światła i cienia
oraz p odkreśl i i zaznacza pewne szczegóły, całość uzupełnia rysunék retuszujący szczegóły. Nadto uchwycony jest żywo ruck
zwierzęcia i jego postawa.
Przykład innego cyklu obserwować możemy na zupełnie od­
miennych przedmiotach, a mianowicie na ceramice łużyckiej na
Śląsku. Mimo odmiennego przedmiotu, materjału i zupełnie różnej
treści, rozwój form ceramiki łużyckiej, idzie temi samemi drogami,
jeśli chodzi o rozwój momentów formalnych, jak to ma miejsce
w sztuce paleolitycznej. Rozwój ten przedstawił Seger. Podkreślić
należy, że część Śląska, a mianowicie porzecze Odry między Wroc­
ławiem a Raciborzem jest tym wyjątkowym obszarem, gdzie cykl
kultury łużyckiej .przebiega niezamącony obcym wpadem od po­
czątków III okresu bronzu .do końca epoki wczesnego żelaza.
W III-ćim okresie bronzu ceramika łużycka na Śląsku występuje
jako t. zw. gładka ceramika łużycka, ubogo, zdobiona o formach
mało zróżnicowanych. W IV okresie bronzu formy naczyń różni­
cują się coraz bardziej, a ornamentyka staje się coraz bogatszą,
osiągając pełnię rozwoju w V okresie epok1 bronzu, zarówno pod,
względem formy naczyń jak i ich ornamentyki. W epoce wczesnego
żelaza zróżnicowanie form ceramicznych doprowadza do przesad­
nych, często dziwacznych kształtów naczyń, przeładowanych orna­
mentyką. Motywy zaś zdobnicze dominować zaczynają nad harmonijnem rozwiązaniem całości. Wraz z ceramiką malowaną okresu
D epoki halsztackiej kończy się cykl rozwojowy ceramiki łużyckiej.
Barokowa forma naczyń i wielka ilość motywów zdobniczych zdo­
bywa całkowitą przewagę nad ogólnym planem formy. Dostrze­
gamy nadto w tym okresie ogromne zróżnicowanie zarówno mo­
tywów zdobniczych jak samych kształtów naczyń. Zjawiają się
wreszcie motywy barwne. Dokonywa nę to częściowo wskutek
oddziaływania kultury halsztackiej z południa. Wpływy te nie
wnuszą jednak do kultury łużyckiej właściwego sobie stylu. Prze­
nika jedynie od kultury halsztackiej szereg motywów zdobniczych

161
i nowych szczegółów, które wzbogacają już i tak przeładowaną
różnorodnemi motywami ceramikę łużycką. Jako trzeci przykład
cyklu rozwojowego elementów formalnych możemy przytoczyć za
O. Monteliusem rozwój fibul włoskich późnej epoki bronzu i epoki
wczesnego żelaza. Wyróżnić tu możemy cztery szeregi rozwojowe,
które podobnie jak poprzednie przykłady pozwalają śledzić rozwój
elementów formalnych, od form prostych związanych ściśle z prze­
znaczeniem do form o bardzo rozwiniętych momentach formalnych
i wreszcie przeładowanych szczegółami.
Obok treści użytkowej przedmiotu, może się przy rozwoju
jego momentów formalnych, zjawić jeszcze inna treść — artysty­
czna. W sztuce, tak samo jak we wszelkich dziełach ludzkich, forma
jest wyrazem treści. W dziele sztuki wyróżniamy przedmiot dzieła
sztuki, oraz treść włożoną w to dzieło przez samego artystę, czasem
związaną z przedmiotem a czasem zupełnie niezależną. W dziełach
sztuki artysta przejmuje bardzo często stary, już wielokrotnie po­
wtarzany temat jako przedmiot swego dzieła. Jego rola ogranicza
się jedynie do rozwinięcia elementów formalnych, jakich temat
dostarcza. Dzieła sztuki rozważane też pod kątem widzenia trakto­
wania przez artystę elementów formalnych, stosują się do ogólnej
zasady naszych cyklów rozwojowych. Możemy obserwować jak
pokolenia artystów wypracowywują i pommażają elementy formalne,
co wreszcie doprowadza do zapanowania momentów formalnych
nad właściwą treścią dzieła. Nie zawsze jednak artysta ogranicza
swą rolę do rozwijania jedynie elementów formalnych. Wnosi on
często w swe dzieło własną, sobie właściwą lub właściwą epoce
treść. Ta ciągle żywa a zawsze zmienna treść wnoszona przez
artystę, stwarza, że każdy z okresów sztuki obok takiego czy
innego traktowania momentów formalnych przedmiotu swego dzieła
wnosi swoistą sobie właściwą lub właściwą swej epoce treść,
której formą jest styl artysty lub styl epoki.
Na styl składa się sposób traktowania momentów formalnych
oraz treść indywidualna lub zbiorowa. Jest to osnową malarstwa,
rzeźby i muzyki. Sztuka dekoracyjna jest mniej zależna od treści
indywidualnej artysty, jest ściślej związana z przedmiotem i jego
przedmiotową treścią. Jest też w całej pełni wykorzystaniem mo­
mentów formalnych zdobionego przedmiotu. Jedynie, gdy nowa
treść indywidualna narzuci nową formę dziełom sztuki stwarzając
nowy styl, refleks tej sztuki znajduje wyraz w sztuce dekoracyjnej
Lud. T. XXIV.

11

162
w traktowaniu momentów formalnych. Rozwój momentów formal­
nych jest rozwojem najłatwiejszym dla obserwacji, dokonywa się
bowiem w obrębie tej samej formy i daje najszybsze przekształ­
cenia. Poszczególne zaś momenty tego rozwoju mogą drogą po­
życzek i krzyżówek przechodzić od jednej do drugiej społeczności.
Następstwem tego faktu jest, że badany przez prehistorję rozwój
form, przedewszystkiem analizuje nie zmiany wywołane zmianami
w treści, co jest trudniej dostępne, lecz przedewszystkiem prze­
kształceniami w dziedzinie momentów formalnych. Rozwój form
ceramicznych, przedmiotów ozdoby, ornamentyki lub przedmiotów
użytkowych w obrębie tego samego przeznaczenia są to wszystko
przeważnie przekształcenia momentów formalnych.
Pozostaje do rozważenia trzeci wypadek stosunku treści do
formy, t. j. gdy treść zanika. Wypadek ten jest niezmiernie pospo­
lity. Nazywamy go degeneracją. Powodem jest tu zanik treści,
która doprowadza do degeneracji formy. Znakomitych przykładów
zaniku treści, a co zatem idzie degeneracji formy, dostarcza sztuka
magdaleńska Francji. Przejawy tej degeneracji występują licznie
na zdobionych przedmiotach użytkowych. Na różnych przedmio­
tach kościanych epoki magdaleńskiej występują często rysunki
lub płaskorzeźby, przedstawiające ryby, żubry, konie i t. d. Rysunki
te są często przedstawione zupełnie naturalistycznie i reprezentują
jedną z faz rozwojowych cyklu sztuki paleolitycznej, o którym
wspomniałem powyżej. Znajdujemy jednak bardzo często takie
same zwierzęta przedstawione schematycznie. W tych przedsta­
wieniach schematycznych odnajdujemy takie, w których możemy
jeszcze treść rysunku rozpoznać, oraz takie rysunki, których już
nie podobna odczytać i których treść jest niezrozumiała. Odnoś­
nie do tej drugiej grupy jedynie przez porównanie tych niezro­
zumiałych schematów z rysunkami lepiej dającemi się zrozumieć
możemy ich treść odczytać i wytłumaczyć. Aby takie tłumaczenie
uczynić wiarogodnem, musimy utworzyć z rysunków schematyzowanych tej samej treści szereg rozwojowy od przedstawienia rea­
listycznego do rysunku zupełnie na pierwszy rzut oka niezrozu­
miałego. Wówczas zostanie treść na pierwszy rzut oka zupełnie
niezrozumiałego rysunku wyjaśniona. Szereg studjów schematycznej
sztuce paleolitycznej poświęcił Breuil, wykazując powolny postęp
degeneracji rysunków aż do zupełnego zagubienia pierwotnej ich
treści. Cykle te przedstawiają zanik treści. Innym przykładem

i 163
ilustrującym zanik treści jest degeneracja figury ludzkiej, którą ob­
serwować możemy w przedstawieniach sztuki kapskiej, azylskiej,
a potem w rysunkach neolitycznych i eneolitycznych w Hiszpanji,
poznanych przedewszystkiem dzięki pracom Breuila i Obermaiera.
Analogiczny przykład degeneracji figury ludzkiej został także wy­
kazany przez Breuila w ceramice malowanej z Suzy. Podobnie
jak w sztuce i ornamentyce naturalistycznej, również i w orna­
mentyce geometrycznej możemy obok normalnego cyklu rozwo­
jowego momentów formalnych, obserwować także częste wypadki
degeneracji. Ornamentyka geometryczna ma nieraz genezę tech­
niczną i jest powtórzeniem w glinie motywów technicznych wy­
wołanych właściwościami innego materjału. Motywy te przejęte
z naczyń metalowych na naczynia gliniane albo z plecionego ko­
szyka na naczynie gliniane, utraciwszy w glinie swe techniczne uza­
sadnienie, ulegają degeneracji. Zdarza się jednak często, że taki
motyw, remanent starej zarzuconej techniki, motyw przyjęty z od­
miennego materjału lub przedmiot, którego przeznaczenie, a więc
treść, została zagubiona, wreszcie silnie zdegenerowane przedsta­
wienie figuralne, niegdyś naturalistyczne, zacznie odgrywać rolę
motywu formalnego i zacznie się rozwijać w ten sposób, jak się
to dzieje z każdym motywem formalnym, nie związanym z treścią
przedmiotu.
Przypuszczam, że wysunięte tu zasady rozwoju formy, po­
winny ułatwić rozważania nad różnorodnością form, z jaką prehistoryk ma do czynienia. Pod koniec zwrócić jeszcze pragnę uwagę
na często używane w pracach, zwłaszcza obejmujących całość cza­
sów przedhistorycznych na pewnem terytorjum, słowo : rozwój.
Odpowiada ono nieraz pojęciu, które jak złota nić przewija się
przez pracę, a polega na szukaniu nawiązań poprzez kolejne okresy.
Pojęcie takie często jest remanentem starej, dziś już zanikającej
treści, wyrażającej się w doktrynie powolnego, ciągłego rozwoju,
w którym niektórzy dopatrują się postępu i ciągłego doskonale­
nia się. Powolny rozwój kultury na miejscu możemy niejednokrotnie
obserwować, są to jednak raczej wyjątki niż reguła. Zwykle täki
powolny niezamącony rozwój możemy obserwować tylko na pew­
nych bardzo ograniczonych terytorjach i to tylko na pewnym od­
cinku czasów przedhistorycznych. Jest to wówczas zawsze rozwój
momentów formalnych, gdy treść nie ulega zmianie. Rozwój istotny
formy to zmiany zachodzące w treści, a te Są albo pożyczką albo
11*

164
krzyżówką, wyjątkowo tylko wynalazkiem. Oczywiście zawsze pa­
miętać musimy nadto o nawarstwieniach etnicznych, tak niesły­
chanie ważnym czynniku kształtującym przemiany. Dlatego też
czas, aby należycie zdać sobie sprawę z istoty rozwoju formy
i odrzucić linearny sposób ujmowania zjawisk przedhistorycznych
tak modny pod koniec zeszłego stulecia. Zastąpić go należy uję­
ciem czasowo - przestrzennem, które z jednej strony uwzględnia
z całą precyzją porządek chronologiczny faktów, a z drugiej roz­
waża zależności przestrzenne, jakie pomiędzy zjawiskami zachodzą..
Przemiany kulturalne dokonywują się w czasie i przestrzeni, a więc
w kondominjum czasowo przestrzennem i dlatego jedynie łączne
traktowanie tych dwóch czynników może dać wyniki zgodne z fak­
tami, a więc prawdziwe. Obok tych dwóch czynników starałem się
też zwrócić jeszcze uwagę na czynnik środowiska, a więc czynnik
społeczny, również jak to widzimy nieobojętny dla oceny faktów.

KAZIMIERZ

SOCHANIEWICZ.

0 POTRZEBIE SYSTEMATYCZNEGO WYDAWNIC­
TWA MATERJAŁÓW DO HISTORJI PROCESÓW
O CZARY W POLSCE.
{Referat wygłoszony na XII. Zjeździe lekarzy i przyrodników w Warszawie).

Historja czarów i czarownic w Polsce nie jest dotychczas
należycie zbadana. Pochodzi to stąd, że materjały, odnoszące
się do wierzeń i przesądów wogóle, a do historji czarów w Szcze­
gólności, nie są należycie, jednolicie i systematycznie opublikowane.
Niejednokrotnie traktuje się tę sprawę z pewnego rodzaju dyletantyzmem, jako rzecz, wzbudzającą ciekawość, lub mającą na celu
wywołać pewnego rodzaju stany podnieceń nerwowych. Ze istotnie
sprawa ta jest bardzo na czasie, dowodzi okoliczność, że intere­
sują się nią nietylko naukowcy, ale także i poeci, jak świadczy
książka J. Tuwima p. t. „Czary i czarty polskie“, oraz „Wypisy
czarnoksięskie“ wydane w r. b. w Warszawie. Na systematyczną
publikację w rodzaju książki Soldan-Heppe „Geschichte der
Hexenprozesse“ nauka polska się nie zdobyła. Z rozpraw, obejmu­
jących całokształt zagadnienia mamy studjum, ogłoszone w I-szym
roczniku „Wisły“, J. Karłowicza p.t. „Czary i czarownice w Polsce“.
Rozprawa ta, dziś już przestarzała, nie odznacza się bynajmniej
szczęśliwem ujęciem. Przeważnie są to streszczenia zebranych
przezeń z rozmaitych publikacyj procesów o czary, oraz wiado­
mości ze współczesnych autorowi spostrzeżeń odnośnie do wierzeń
1 przesądów. Od czasów Karłowicza nikt całokształtem zagadnienia
się nie zajmował, tu i ówdzie ukazywały się przyczynki oraz luźne
materjały. Wskutek tego stan jest tego rodzaju, że'badający historję
czarów i czarownic musi tego mąterjału poszukiwać nietylko w pra­

166
cach Kolberga, w rocznikach „Wisły“ i „Ludu“, ale ponadto
w całym szeregu publikacyj, których tytuł zupełnie nie zdradza
jakiegokolwiek związku z badanym materjałem. Tak n. p. niektóre
tomy wydawnictwa Starodawnych Prawa polskiego Pomników kryją
w .sobie interesujące materjały do procesów o czary.
W ten sposób dokumenty, które zajmują zarówno historyka
kultury, jak i etnologa, stanowiące pierwszorzędny materjał dla
interpretacji folkloru, na materjale żywym, obserwowanym współ­
cześnie, znajdują się rozsypane, niezarejestrowane a przedewszystkiem są jeszcze w stanie surowym, który wymaga uciążliwej analizy,
a następnie badacz nie ma nigdy pewności, czy materjał wyczerpał
i odpowiednio zanalizował metodą porównawczą.
Celem umożliwienia systematycznej i zorganizowanej pracy
na polu zagadnień związanych z demonologią, czarodziejstwem,
czarami, zaklinaniem i t. p. praktykami, mającemi na celu wyświetlić
wierzenia i przesądy, związane z interpretacją tak zwanych sił nad­
przyrodzonych, potrzeba zainicjować systematyczne wydawnictwo
zbioru materjałów tej kwestji poświęconych. Jako jedną ze szcze­
gólnych ważnych grup materjałów w tym zakresie uważam doku­
menty sądowe z dawnych wieków, będące śladami piśmiennemi
odbytych procesów o czary.
Zagadnienie to obchodzi w tym względzie zarówno historyka
prawa, historyka kultury i etnologa. Dlatego też wydawnictwo to
powinno się liczyć z interesami tych pracowników na niwie nauko­
wej. Aby uczynić zadość wymogom etnologji, musi się tu uwzględ­
nić te wszystkie czynniki, które oddziaływały na tworzenie się
pojęć rodzimych z zakresu wierzeń, guseł i zabobonów. Musi się
tu uwzględnić niezwykle ważną rolę czynnika kościelnego, który
ze swojemi gotowemi pojęciami z zakresu demonologji i czaro­
dziejstwa, oddziaływał w wysokim stopniu na pojęcia, a przedewszystkiem wprowadził typowy „modus procedendi“ w walce z cza­
rami i czarownicami. Operując pojęciem herezji, pod którą pod­
ciągał nietylko sekciarstwo, ale także jakiekolwiek poglądy nie­
zgodne z urzędową nauką, wytworzył Kościół instytucję procesów
o czary, która wypełniła średniowiecze i znaczną część dziejów
nowożytnych. Silny wzrost prawowierności na polu dogmatycznem,
zwłaszcza w okresie uformowania się zakonu Dominikańskiego,
jako szczególnych bojowników z herezją i nieprawomyślnością
w duchu kościelnym, zapoczątkowuje u nas tę erę, kiedy rozpo-

167
częto walkę z czarami, kierowaną przez Kościół z równoczesnym
udziałem czynnika świeckiego. Ustalono w naszej nauce, że po raz
pierwszy w naszych dziejach w r. 1261 władza świecka użyczyła
swego ramienia Kościołowi dla zgniecenia herezji, przez stosowanie
kary więzienia i konfiskaty majątku, a w r. 1315 wykonano w Polsce
po raz pierwszy karę śmierci na stosie za herezję. Te dwie daty
mogą stanowić mniej więcej punkt wyjścia dla systematycznych
poszukiwań materjałów historycznych odnoszących się do czarów.
Z jednej strony znajduje się on w- nielicznych i lakonicznych posta­
nowieniach naszego ustawodawstwa synodalnego, a następnie tu
i ówdzie trafiają się ślady w materjałach sądowych. U schyłku
średniowiecza występuje nowy czynnik, wpływający na kształto­
wanie się procesów o czary, a to pod wpływem recepcji prawa
niemieckiego, które zarówno w swych kodyfikacjach prawnych,
jak i w dziełach teoretycznych ze słynnem dziełem Jakóba Sprengera i Henryka Institorisa „Malleus maleficarum“ (Młot na cza­
rownice) na czele, zaczęło kształtować zarówno procedurę sądową
w zakresie czarów i czarownic oraz rozpoczęło naginanie spostrze­
ganych wierzeń i przesądów rodzimych do pojęć obcych. Stan
ten w wieku XVI-tym przedstawiał się naogół chaotycznie. Kompetentnemi w zakresie postępku sądowego o czary czuły się organa
zarówno świeckie, jak i duchowne. Wprawdzie Konstytucja z r.
1543 oddawała te sprawy w Koronie pod kompetencję sądu du­
chownego, niemniej jednak działały tu zwłaszcza na terenie Wielko­
polski i Prus czynniki świeckie, konkurując z władzami kościelnemi
we wykonaniu procesów o czary przez tak zwane konfesaty, t. j.
zeznania wydobywane przy pomocy tortur. Stan ten trwał aż do
r. 1776, kiedy to Konstytucja Sejmowa zniosła inkwizycję przez
konfesaty. Na Litwie Statut litewski w III-ciej redakcji procedurę
o czary oddawał władzom świeckim, szczególnie wojewodom,
starostom i dzierżawcom. Niemniej jednakowoż poza temi urzędowemi organami t. j. władzami świeckiemi i duchownemi, pod
wpływem recepcji prawa niemieckiego, a może w rezultacie sto­
sunków feudalnych, wytworzyła się zwłaszcza na Litwie zwyczajowo
procedura wykonywana przez czynniki patrymonjalne t. j. wprost
przez dziedzica w stosunku do poddanych.
Procedura niemiecka w swych badaniach rozróżniała zeznania
dobrowolne i zeznania torturą wydobyte. Naogół posługiwano się
schematem t. zw. interrogatorjów, które obejmowały cztery zasad­

168
nicze pytania: 1. skąd się czarować nauczyła i jak dawno, —
2. z jakiej okazji czarowała, — 3. wiele zna czarownic, — 4. gdzie
jest Łysa Góra. — W tym zasobie pytań, wielce ograniczonym
mamy całokształt materjału, jaki spotykamy w zachowanych aktach
procesów o czary. Materjał ten poddany subtelnej analizie daje
nam przy stosowaniu metody porównawczej i użyciu materjału
współczesnego cały szereg faktów, które z jednej strony pozwalają
stwierdzić dawność pewnego zjawiska, jego rozprzestrzenienie terytorjalne oraz ewolucję pojęć w zakresie demonologji i czarodziej-,
stwa. Niezawsze odpowiedź na dane interrogatorjum odpowiada
intencjom twórców schematu. Np. pojęcie sabbatu czarownic
i Łysej Góry jest prawdopodobnie pojęciem, które przyjęło się
w tych okolicach, gdzie są góry. W obszarach niskich, gdzie gór
niema, pojęcie Łysej Góry jest poniekąd anomalją. Wskutek tego
wytwarzają się tu pojęcia zastępcze. Wskazałem w mem studjum
p. t. „Przyczynek do czarów na Żmudzi w XVII-tym wieku“, że
w okolicach Rosień zamiast pojęcia Łysej Góry występuje jako
miejsce sabatu czarownic bagno Bibirwy.
Ponieważ akta procesów o czary są naogół schematycznie
budowane, przeto mniemaćby można, że możnaby zadowolić się
ich umiejętnem streszczeniem. Bliższy rozgląd jednak okazuje, że
teksty analizowane okazują szereg wątpliwości co do interpretacji,
zwłaszcza o ile chodzi o konfesaty dobrowolne i torturą wydoby­
wane. Stylizacja ich i tak jest w wielu względach niepełna, zawie­
rająca pewne niedomówienia, które są należycie zrozumiałe, jeżeli
się uwzględni całokształt materjału. Dlatego też spotykane tu
i ówdzie we wydawnictwach streszczenia zawierają pewne luki,
które mogą być interesujące pod względem proceduralnym, a które
etnologowie, interesujący się jedynie etnologiczną stroną zagadnie­
nia, opuścili, nie przeczuwając, że w wielu wypadkach zatracili
poważny materjał do prawa zwyczajowego i lokalnych właściwości
procedury.
Biorąc pod uwagę wskazane wyżej względy, uważam za ko­
nieczne rozpoczęcie systematycznej publikacji materjałów do pro­
cesów o czary. Wydawnictwo to ma objąć wszystkie dotychczas
opublikowane w rozmaitych wydawnictwach procesy o czary, jak
* niedrukowane. Ma dawać teksty o ile możności w całości,
z uwzględnieniem wszystkich wiadomości potrzebnych dla zrozu­
mienia całej procedury stosowanej w poszczególnych wypadkach,

a więc co do składu osobowego sądu, jego charakteru (świecki
czy duchowny) oraz rodzaju (miejski, patrymonjalny). Następnie
publikacja ta musi wyjaśnić wszystkie okoliczności związane z pro­
cesem, o ile materjał poza aktami procesu na to pozwala. Teksty
mają być opatrzone komentarzem i objaśnieniami pod tekstem.
W komentarzu we wstępie do każdego opublikowanego aktu
procesowego ma się wyjaśnić: a) prowenjencję dokumentu, b)
stronę prawną opublikowanego aktu, c) osoby i miejsce wystę­
pujące w procesie z wyświetleniem ich stanu, wykształcenia, za­
wodu i przynależności klasowej, d) stronę etnograficzną aktu.
Całość wydawnictwa ze względu na interesy historyka kultury,
prawnika i etnologa ma być zaopatrzona w indeks osobowomiejscowy, rzeczowo-prawny i rzeczowo-etnologiczny. W ten sposób
da się badaczom materjał jednolity i systematyczny, który może
być dopiero należytą podstawą dla studjów specjalnych i opracowań
syntetycznych.
Lwów, w lipcu 1925 r.

MATERIAŁY I NOTATKI ETNOGRAFICZNE.
Dwa procesy o czary z 1684 r.
P. Kazimierz Stefański, znany zbieracz i kolekcjonista (me­
dale — monety — filigrany wodne na papierach) a specjalista od
rzeczy z Kaliszem związanych, zwrócił moją uwagę, iż w pliku
aktów kaliskich z 1815 r. natrafił na sądowy dokument z 1684 r.;
dokument ten z zachowaniem pisowni odpisałem.
Proces rozgrywa się w miejscowościach: Tuliszków wedle
Słów. Geogr. K. P. 15 wiorst od Konina, Sarbicka pow. koniński,
w 12 wieku należ, do Norbertanek w Strzelnie, Ogorzelczyn
14 wiorst od Konina, Grzmiszew Słów. Geogr. K. P. nie zna tej
miejscowości, ale w dyskusji 18 kwietnia 1923 r. gdy proces
poniższy referowałem na zebraniu Instytutu Nauk Antropologicznych
przy Tow. Nauk w Warszawie, członek Chojnacki zaznaczył, iż
zna w Kaliskiem miejscowość Grzymiszew.
Proces dotyczy Anny Wszędobełki i Marjanny Aleksiny Sołtyski, córki Anny — obie skazane na spalenie — oraz Anny
Mizerki, uwolnionej od kary.
„Iudicium Necessarium Bannitum Celebratum est in Oppido Tu­
liszków die Sabbatino post Festům Exaltationis Sanct. Crucis proxima
Anno 168 quarto, per Famatos Gregorium Garcykowic, Lucam Cieszewski Scabinos Juratos Coninenses, nec non Gregorium Kielianowicz
Proconsulem, Andreám Capitulum Scabinum Juratium Oppidanos Tuliscovienses.
Na terminie dzisiejszym będąc powtórnie obwiniona y obżałowana
poprzysiężona o Czarownictwo pracowita Anna Wszędybełka ze wsi
Sarbicka, przez pracowitych Jakuba Patrzykąta, Pawła Wawrzynkowskiego,
Piotra Kuta, ze Wsiey Sarbicka, y przez Stanisława Pilasza należących
do klucza Tuliszkowskiego, poddanych Jaśnie Wielmożnego Jgo Mści
Pana Wacława Leszczyńskiego Woiewody Podlaskiego, którzy tęsz pomienioną Annę Wszędybełkę, czyniąc winną, że im Czarami swoiemi na

'

171
zdrowiu tak samym iako y ich Małżonkom także tesz y ich Dziatkom,
tudziesz y dobytkom różnym szkodzieła, która za instygacyą y poprzysiężeniem ich była razy kilka przez Osobę Sądową dobrowolnie według
prawa pytana y napominana do źadney rzeczy znać się nie chciała, będąc
tedy przez Sentencye y wyrok Sądowy na Tortury skazana, która tak
na pierwszych drugich y trzecich nic cale nie wyznała *), ani się do rzadney
rzeczy Czarownictwa swego przyznała. Sąd ninieyszy naradziwszy się
prawa, ktoreby onę mogło było uwolnić, ale cisz pomienioney Instigatorowie nic nie ustawając w przedsięwzięciu swoim, alleguiąc swoiemi
inquizycyami poprzysiężonemi y powołaniem2) przez pracowitą Helenę
Macieykową z Ogorzelczyna, iusz zeszłą 3) przed kilkunastą lat, dla swoich
złych Uczynków y Czarownictwa- z tego świata, którą powołanie 4) y ćonfessata produkowaliB) z ksiąg Miasteczka Grzmiszewa. Uważywszy to
dobrze, Osoby Sądowe stosuiąc się do Artykułów prawa Maydeburgskiego, iako za takie występki y przestępstwo przykazania Bożego takie
osoby maią bydz karane y lubo się do niczego tak dobrowolnie pytana
po razy kilka y na torturach nie znała, ale tych Instigatorów póprzysiężenia y przez Helenę Macieykową6) powołanie 7) tudzież dobrowolne
wyznanie y pierwszemi torturami potwierdzone przez Maryannę Alexiną,
Soltyskę Córkę iey własną8), która wyznała, że mnie Matka ty niesz­
częsny zabawy9) nauczała y z niomam na łysy górze bywała, y comcolwiek komu złego uczyniła tedy z nauki y rozkazania Matki moiey
własny, tedy za tak wielką obrazę Boską, zapomniawszy miłości Boskiey,
y bliźniego, maią bydz obiedwie według prawa ogniem spalone — Sąd
Niniejszy nakazuie Dekretem swoim.
Sub Eodem Actu. Pracowity Stanisław Tyczka ze Wsiey Sarbicka
obwiniwszy pracowitą Annę Mizerkę także ze Wsiey Sarbicka o czarownictwo pretendując sobie szkody przez nią poczynioną w dobytkach
przez Czary, o które oną poprzysiągł przy bytności iey przytym praco*
') Kobieta ta wytrzymała 3 trakty tortury; choćby wedle Kitowicza możemy
się przekonać, że nie było to łatwe, zwłaszcza że do czarownic stosowano tor­
turę z całą bezwzględnością, gdyż czary stanowiły występek wyjątkowej wagi.
Kitowicz 1728 — 1804 podaje następujące trakty tortury. I. wyciąganie
ciała między pierścieniami w ścianach, ręce krępowane od przodu — ławeczkę
z pod lędźwi wyciągano. II. ręce związane na plecach — wyciąganie ciała jak
w I. do tego chłosta. III. ręce związane na plecach — wyciąganie ciała jak w I.
i II. do tego palenia ciała na bokach (w okolicy pachy — świecami lub żelazem
rozpalonem) — rzucania na pierś płonących nici maczanych w siarce (tortura
Kostki Napierskiego — opis w „Wycieczka w Czorsztyńskie“ prof. Gustawicza)
polewanie płonącym spirytusem — „Rak“ zakładany na udzie — „But“ na
łydce — uderzenia młotkiem w śruby „Buta“ — obacz tortury Domu Jana
Matejki w Krakowie.
2) Oskarżeniem o czary w procesie dawniejszym.
а) Spaloną.
4) Oskarżenie.
б) Przedstawili.
6) Czarownica.
’) Oskarżenie.
8) Córka oskarża matkę!
9) Czarów.

172
wita Maryanna Sołtyska1) przez dobrowolne wyznanie y w oczy oney
wymawianie dnia wczorayszego piątkowego, dla którego na pierwszych
y drugich torturach bydz musiała, gdzie się do żadney rzeczy złych
uczynków znać nie chciała, mówiąc nie wiem, nie umiem y nic złego
nikomu nie czyniłam; A że dnia dzisiejszego tasz Maryanna Sołtyska,
pomienioną Annę Mizerkę tak dobrowolnie przed torturami iako y na
torturach odwołała, mówiąc żem niewinnie onę dnia wczorayszego po­
wołała 2) czego bardzo żałuie, y gotowam ią przeprosić3), Sąd Ninieyszy
widząc niewinną złych uczynków o co obwiniona była przez Instigatora
wolną od śmierci czyni, a cokolwiek na torturach ucierpiała ma za to
Panu Bogu podziękować, gdyż sobie okazyią była dla swoich gusłów,
żę kłotkę na wrotach w oborze cudzy zawiesieła4), których się na potym
gusłów y lubo iakichkolwiek tym podobnych ma wystrzegać, bo iesliby
onę wtym postrzeżono kiedykolwiek winną będzie karana według prawa.
Jeśliby iey ktokolwiek z samsiadów na oczy miał wyrzucać Czary, którychby
nię dowiodł, tedy ma popadać winy kościołowi Tuliszkowskiemu grzywien
dziesięć y według prawa rewokować, drugie grzywien dziesięć Dworowi.
Instigator zaś pomieniony Stanisław Tyczka za ten występek któ­
rym Pana Boga Wszechmogącego niesłuszną przysięgą obraził, ma oddać
kościołowi Tuliszkowskiemu na potrzeby grzywien pięć y wkościele pod
passyąe) przed Wielkim Ołtarzem przez Niedziel sześć dni Niedzielnych
przez całą Mszą Wielką krzyżem leżeć wkapie6), Dworowi grzywien
pięć, aby się na potym wystrzegał krzywoprzysięstwa“.

Na podstawie tego aktu możemy podziwiać wytrzymałość
na tortury chłopki Anny Wszędobełki ze wsi Sarbicka. Małoduszna
jej córka, oskarżająca własną matkę jednak zdobywa się na odwo­
łanie Mizerki, którą już torturowano niewinnie... Anna Wszędobełka matka i Marjanna Alexina Sołtyska giną na stosie. Z pro­
cesu Anny Mizerki dowiadujemy się o przesądzie zamykania
„kłódki“ na cudzych drzwiach w celach szkodzenia pomyślności
i płodności. Kościół i dwór w Tuliszkowicach ciągną zyski z pro­
cesu. Krzywoprzysięzca Stanisław Tyczka wychodzi cało z afery.
Widać jak lekko traktowano „pomyłki“ w sprawach o czary.
____________

MARJAN WAWRZENIECKI.

!) Marjanna Alexina Sołtyska skazana już poprzednio na śmierć wraz
z matką swoją.
2) Oskarżyła.
3) Rzadki to wypadek takiego szlachetnego odwołania w procesach o czary
w Polsce.
4) Znany zabieg magiczny, zawiązania węzła, zamkniecie kłódki
zamyka
płodność, pomyślność. — W dziełku „Tableau,de L’Amour Conjugal Par Nicolas
Venette, Docteur en Médecine — Nouvelle Edition A. Coulommiers — 1813
bardzo poważnie rozbiera, czy przez w^zel zamkniętą może być płodność u ko­
biety — przytacza ciekawe wypadki suggestji z własnej praktyki.
6) Krzyżem.
6) Czy jako biczownik?

173
Przyczynek do procesów o czary. .
W archiwum aktów dawnych w Krakowie księga Nr. 3133
Sądownictwo käme krakowskie 1554—1625 (na księdze adnotacja
Amb. Grabowskiego: „Przeczytałem 1845 r.“) znajdują się ciekawe
szczegóły.
Na str. 96 pod rokiem 1609 „Stanisław Zazebłowicz z córką
swoją Halką oskarża o gwałt zadany przy pomocy pewnej Zofii
przez mieszczanina na Promniku“ (treść oskarżenia).
„Ta Zofja była straszona przez mistrza który nie paleniem
jeno straszeniem przez próby i przez pytanie jest dobrym duchem
albo złym, nie chciała się przyznać“.
'
Widać tu wyraźnie iż chodzi o dobrego łubo złego ducha,
któremu Zofja ulega. A dalej: „Na którą księża od Św. Trójcy
(Dominikanie) mówili że im krowy poczarowała“ ; tu już wyraźnie
występuje skarga o czary.
„przysięgła (Zofja) że udziału w gwałcie Halki nie miała“
a dalej „Dnia 18 augusta taż Zofja chciała się zabić w więzieniu,
cegłą głowę sobie potłukła“.
Sądzę iż powodem pobytu jej w więzieniu mogły być czary
i Sprawa o czary.
Jest to jedyny proces związany z czarami, na jaki w tej
księdze trafiłem.
Końca tej sprawy brak, jest tylko zostawiony czysty papier
na wpisanie, którego nie dopełniono.
*
W piosnkach z okolic Łowicza śpiewanych mi przez 63 letnią
Ludwikę Taran z Mysłakowa pod Łowiczem (parafja Bednary)
jest fragment, który mię zastanawia (może niesłusznie) ale wydaje
mi się on być szczątkiem jakiejś formuły starej stojącej w związku
z „pławieniem czarownic“ i
„Cary, cary
Djable stary
Gdzie plunę
Tam utunę“.

„Czary“ — „djabeł stary“ — „splunięcie“ i „utonięcie“
w 4 wierszach aż 4 bardzo ciekawe wyrażenia.
MARJAN WAWRZENIECKI.

RECENZJE I SPRAWOZDANIA.
Bohdan Barwiński: Wypraszanie od kary śmierci w downem prawie
polskiem w XVI—XIX wieku. (Pamiętnik Historyczno-prawny pod redakcją
Przemysława Dąbkowskiego. Tom II. zeszyt 1. Lwów 1925, str. 66).
Zwyczaj wypraszania od kary śmierci nie był dotąd w naszej lite­
raturze prawniczej dostatecznie opracowany. Pomijając pracę Łopacińskiego ogłoszoną w XIX tomie „Wisły“, będącą do pewnego stopnia
uzupełnieniem pracy prof. Estreichera, ogłoszonej w „Ludzie“ t. X. praca
prof. Estreichera jest jedyną dotąd pracą, która ze stanowiska prawnego
zwyczaj ten omawia. Obszerniejsze studjum temu zwyczajowi poświęcił
obecnie p. B. Barwiński. Autor nie ograniczył się wyłącznie do mateijału ogłoszonego w języku polskim, ale wciąga w zakres swych rozważań
także wszystko to, co o zwyczaju wypraszania od kary śmierci napisano
w języku ruskim, przedewszystldem prace Lewickiego, Szczurata i Słabczenki. W obszernym wstępie przedstawia autor stan dotychczasowych
badań nad wspomnianym zwyczajem, zestawiając prace zarówno autorów
polskich jak i ruskich, u których znalazł wzmiankę o tym zwyczaju.
W pracy swej ogranicza się p. Barwiński wyłącznie do kwestji,
jak zwyczaj wypraszania od kary śmierci przedstawiał się na terytorjum
dawnej Rzeczypospolitej, a nie bada wcale, jak zwyczaj ten przedstawiał
się w krajach zachodnich, skąd bezwątpienia dostał się do Polski, a gdzie
ślady tego zwyczaju spotkać można jeszcze w drugiej połowie XIX
stulecia (w r. 1864 w Marburgu an der Lahn).
Nie przytacza też autor literatury obcej o tym przedmiocie. Jak­
kolwiek z tego powodu autorowi zarzutu stawiać nie możemy, to jednak
musimy wyrazić żal, że autor nie zwrócił uwagi na najnowsze wyniki
prac obcych, które niejednokrotnie potwierdzają słuszność poglądów
autora, wypowiedzianych przez niego z powodu braku dostatecznego mateijału, jedynie we formie przypuszczenia.
Z prac takich, które się w ostatniem dziesięcioleciu o naszym
przedmiocie pojawiły, wspomnieć należy o pracy O. Schreudera ogło­
szonej w języku holenderskiem w roku 1915 (Onderzoek naar het oude
strafrechtsgebruik) którą cytuje E. v. Künssberg w swem „Rechtsgeschichte
und Volkskunde“ (w Jahrbuch für historische Volkskunde I. Berlin 1925)
omawiając zwyczaj wypraszania. Obszerniejsze studjum poświęca temu
zwyczajowi Schuć w pracy p. t- „Das Gnadebitten in Recht, Sage,

175
Dichtung und Kunst“ (ogłoszona w Zeitschrift des Aachener Geschichts­
vereins 1919). W końcu wspomnieć należy jeszcze o pracy A. Kellera
„Der Scharfrichter in der deutschen Kulturgeschichte“ (Bücherei der
Kultur und Geschichte t. 21. Bonn 1921) gdzie spotykamy obszerniejszy
ustęp dotyczący omawianego zwyczaju.
Kwestją pochodzenia zwyczaju autor się nie zajmuje. Podaje jedynie
zdanie Estreichera, wedle którego zwyczaj ten przyszedł do Polski z za­
chodu za pośrednictwem kolonistów niemieckich. Ponadto przytacza
autor pogląd wyrażony przez Czackiego, że „zwyczaj uwalniania hultaja
od śmierci przez zarzucenie chustki od dziewki“ wywodzi się z Węgier.
Odnośnie do tego poglądu wyraża autor przypuszczenie, że zwyczaj ten
przyjść mógł do Polski z Węgier za pośrednictwem kolonistów wołoskich
osiadłych na Podkarpaciu w XIV wieku.
Idąc za zdaniem Estreichera przyjmuje autor ocalenie skazanego
od śmierci przez zażądanie go w małżeństwo, jako jedną z form wypra­
szania winnego wogóle. Ze wstawiennictwem kobiet za skazanym na
śmierć spotykamy się w źródłach polskich już w XIV wieku. O łago­
dzeniu kary przez wstawiennictwo duchownych a także innych osób
wpływowych wspominają, jak stwierdza autor, akta sądowe pochodzące
z Ukrainy lewobrzeżnej jeszcze w XVII i XVIII wieku. Nie jest to jednak
zwyczaj zachowany wyłącznie na Ukrainie, bo analogiczne przykłady
spotykamy i na terytoijum Rzeczypospolitej. I tak n. p. w podanym
przez autora Rkp. Ossol. nr. 1350 czytamy,-że w roku 1719 jakaś
kobieta ponownie skazana zostaje na śmierć, która przedtem „lubo iuź
była osądzona criminaliter i dekretowana, iednak za wielu ludzi instancyą
y prośbą dla dalszey poprawy życia, życiem była darowana“.
Z kolei przystępuje autor do przedstawienia poszczególnych wy­
padków wypraszania, przedewszystkiem ośmiu wypadków znanych Estrei­
cherowi, które tenże w pracy swej ogłoszonej w „Ludzie“ opublikował,
Następnie wymienia autor trzy wypadki tego zwyczaju pochodzące z XIX
wieku, zapisane przez Wójcickiego, trzy wypadki ogłoszone przez Giedroycia w tomie I. Przeglądu historycznego, jeden przez Szczurata, jeden
przez prof. Dąbkowskiego (Prawo prywatne polskie T. II.) wreszcie jeden
wypadek podany przez ks. Mańkowskiego w Zapiskach Tow. Nauk.
w Toruniu T. III. — Powyższy materjał uzupełnił autor trzema dalszemi
wypadkami, które już wprawdzie kiedyś ogłoszone były drukiem, jedna­
kowoż, jak stwierdza autor, poszły w zapomnienie. Pierwsze dwa wyjęte
są z aktów sądu miejskiego stanisławowskiego z r. 1723 i 1743. O obu
tych wypadkach czyni wzmiankę Cylewicz w „Djele“ z roku. 1885 i 1887,
o wypadku z 1723 wspomina ponadto Bielowski w swym szkicu p. t.
„Pokucie“ (Dod. mieś. do Czasu 1857). Trzeci wreszcie wypadek, który
zdaniem autora, raczej ocaleniem, aniżeli wyproszeniem od kary śmierci
nazwać należy, wspomniany już w szkicu Prochaski p. t. „Z przeszłości
Potylicza“, wynotował autor z aktów grodzkich bełzkich, przechowywa­
nych w Archiwum Bernardyńskiem.
Ogółem znanych jest autorowi 20 wypadków, które autor w roz­
dziale drugim swej pracy zestawił w osobnej tabelce, w porządku chro­

nologicznym, umieszczając obok daty roku, nazwisko osoby, której dany
wypadek dotyczy, nazwą miejscowości, adnotacją czy wynik był skuteczny
czy nie, wreszcie statystyką wypadków w ciągu każdego wieku, przyczem powtarza sią zwyczaj wypraszania najczęściej w ciągu XVII stulecia.
(10 wzgl. 11 wypadków).
Do powyższych, omówionych przez autora wypadków wypraszania,
pozwolimy sobie dodać jeszcze dwa wypadki, pochodzące z roku 1683
i 1782. Opis wypadku z roku 1683 czerpiemy z ogłoszonych przez Ks.
Sygańskiego w Przeglądzie Prawa i Administracji (w r. 1917) „Wyroków
Ławicy Sądeckiej“ (1652—84). W powyższej pracy przytacza Sygański dwa
wypadki wypraszania (zap. 58 i 79.). O jednym z nich (z roku 1669)
wspomniał on już w pracy swej p. t. „Nowy Sącz" (T. II. str. 79.).
Obecnie obok tego wypadku przytacza bardzo ciekawy fakt wyproszenia
z r. 1683: „August Czerczak z Mszany za różne kradzieże popełnione
w Porąbie, Sromowczanach, Łącku, Tylmanowej, Szczereżu wyrokiem
z dnia 28. maja 1683 skazany wprawdzie był na powieszenie, ale za
wstawieniem sią pewnej niewiasty uwolniono od kary, bo miał zawrzeć
z nią niezadługo małżeński związek. Jakoż w istocie wszedł z nią w święty
związek małżeński i przeżył wspólnie kilka dni. Tymczasem odezwała
sią w nim na nowo dawna żyłka złodziejska. We wsi Cichowej w bocheńskiem pokradł rozmaite rzeczy, za co wyrokiem z dnia 28. lipca 1683
powieszony został za miastem jako niepoprawny złodziej“.
Przedstawiwszy szczegółowo wszystkie znane mu wypadki prze­
chodzi autor do krytycznego rozbioru omawianego zwyczaju. — Zasta­
nawia sią przedewszystkiem nad kwestją, kto mógł wyprosić skazańca,
oraz czy dziewczyna wypraszająca musiała być virgo intacta. Odnośnie
do ostatniej kwestji zajmuje Barwiński stanowisko odmienne niż inni
autorowie, wedle których spotykany przy nazwisku wyraz „uczciwa“
wskazywaćby miał na to, że taką ma być oswobodzicielka. Zd. n. wy­
jaśnienie autora, że wyraz „uczciwa“ wskazuje na przynależność do stanu
miejskiego, jak w innym wypadku słowo „pracowita“ określa przyna­
leżność do stanu chłopskiego, jest jedynie trafne. Odnośnie do tego, czy
prawo wypraszania od kary śmierci było przywilejem pewnej tylko kategorji
kobiet, a wiąc np. tylko dziewcząt, dochodzi autor na podstawie zesta­
wienia różnych wypadków do wniosku, że o jakimś przywileju dla pewnej
kategorji kobiet mowy być nie może.
Rzadziej niż wypraszanie mężczyzny przez kobietę zdarzało sią
wypraszanie kobiety przez mężczyzną. Dotąd znane są na naszem terytorjum tylko cztery takie wypadki, z których jeden (z r. 1743) od­
szukany przez autora jest niezmiernie ciekawy, bo dotyczy wyproszenia
od kary śmierci niewiasty przez własnego jej męża.
Nieznanym natomiast jest p. Barwińskiemu wypadek, o którym
wspomina w swych pamiętnikach ks. Bagiński (str. 123 i Smoleński :
Przewrót umysłowy str. 89/90). W roku 1782 uwolnił lokaj panną,
skazaną przez sąd w Płocku na śmierć za morderstwo, rzuciwszy na
nią chustą.
Wyproszenie skazanej przez, kata uważa autor, idąc za zdaniem

Słabczenki, nie za uwolnienie od kary, ale za jej złagodzenie, gdyż ze
względu na hańbiący zawód kata, zamążpójście za niego równało się
śmierci obywatelskiej.
Co do stanowiska władz wobec zwyczaju wypraszania, to zazna­
czyć należy, że za wyjątkiem prawa wojskowego, żadne z praw obowią­
zujących na naszem terytorjum o zwyczaju tym nie wspomina. Przepisy
wojskowe zajmują stanowisko negatywne wobec zwyczaju wypraszania
złodzieja przez białogłowę. Z analogicznem stanowiskiem prawodawcy
spotykamy się w niektórych ustawach niemieckich. I tak np. Landrecht
Palatynatu z r. 1698 występuje przeciw wspomnianemu zwyczajowi.
Sądy zatem, niekrępowane żadnym przepisem, mogły zajmować stano­
wisko zupełnie dowolne. Nie licząc wypadków, które miały miejsce
w XIX wieku, widzimy, że sądy zasadniczo, z wyjątkiem jednego wy­
padku w r. 1684, przychylały się do prośby o uwolnienie skazańca.
Bardzo jednak trafną jest uwaga autora, że było to najprawdopodobniej
następstwem presji wywieranej przez tłum obecny przy egzekucji. Wobec
groźnej postawy tłumu, musiał sąd, wbrew swej woli nawet, ustąpić,
„zapobiegając przez to11, jak mówi akt z r. 1747, „większym znacznie
nieszczęściom“. W roku 1727 występuje nawet potem władza przeciw
tym, którzy przez wywołanie tumultu zmusili sąd do uwolnienia skazańca,
którego szyję dziewka owinęła ręcznikiem, widząc w tern „wielką krzywdę
i gwałt sprawiedliwości uczyniony“. Słuszność tego poglądu autora po­
pierają przykłady z Niemiec. I tak zdarzyło się w r. 1566 w Kolonji,
że skazaniec zostaje przez tłum otaczający miejsce stracenia uwolniony,
pomimo, że poprzednio odmówił prośbie kobiety, która go zażądała
w małżeństwo.
Przechodząc do omówienia formy wypraszania, zbija autor twier­
dzenie prof. Estreichera, jakoby zwyczaj ten polegał wyłącznie na- zarzu­
ceniu chusty na głowę skazańca, dowodząc na podstawie aktów, że
mogło się to stać przez opasanie i przykrycie obnażonego karku, przez
rzucenie chusty na szyję, okręcenie szyi podwiką lub ręcznikiem. Co
do chwili wykonania tego zwyczaju zgadza się autor ze zdaniem prof.
Estreichera, że obierano moment prowadzenia na śmierć.
Przy końcu tego rozdziału podaje autor zestawienie terytorjalnego
rozmieszczenia zwyczaju wypraszania na ziemiach Rzeczypospolitej, a z ze­
stawienia tego wynika, że najwięcej wypadków przypada na dawne wo­
jewództwo krakowskie.
Ostatni rozdział swej pracy poświęca autor przedstawieniu śladów
tego zwyczaju w podaniach i pieśniach ludowych. Wspomina przedewszystkiem, o dwóch, treścią do siebie podobnych podaniach ukraińskich,
w których kozak skazany na śmierć odrzuca propozycję niewiasty, pra­
gnącej go wyprosić od kary śmierci, zobaczywszy jej twarz. Podobny
motyw spotyka się w facecjach zachodnio-europejskich, co autor na trzech
przykładach wykazuje. Przykładów takich znajdzie się niewątpliwie znacznie
więcej, Grimm np. w swem dziele „Deutsche Rechtsaltertümer“ (str. 525)
przytacza podobne opowiadanie. Wreszcie wspomina autor jeszcze o pieśni
ruskiej, będącej warjantem słowackiej pieśni o Janosiku, a zawierającej
12
Lud. T. XXIV.

omawiany motyw. O ile chodzi o Polską, cytuje autor za Łopacińskim
(Wisła XIX) opowiadanie wzięte z Glogera „Skarbczyk“ (Warszawa 1886)
o skazańcu, który ujrzawszy twarz baby ofiarowującej mu swą ręką,
odezwał się do kata: „Panie Jakóbie, wieszaj pan“. Nie wiadomo nam,
skąd czerpał wiadomość swą Gloger, zaznaczyć jednak musimy, że
anekdotę tą znacznie wcześniej ogłoszono drukiem. Wspomina o niej
Jądrzej Moraczewski w „Starożytnościach Polskich“ (Poznań 1842) pod
wyrazem „Delikwent“. Na powyższym motywie oparta jest wreszcie
fraszka Wacława Potockiego ; „Niechłopski humor w chłopie“. W kwestji,
czy motyw ten opiera sią na faktycznem zdarzeniu wyraża sią autor
bardzo ostrożnie. „Sądzić“, mówi, „że treścią tych podań jest jakiś rze­
czywisty wypadek zachowany w pamiąci ludu, nie mamy najmniejszej
podstawy, chociaż jednocześnie nie mamy także podstawy wątpić, że
tego rodzaju faktyczne wypadki odmowy ze strony skazańca mogły sią
zdarzać“.'Uwzglądnienie materjału zachodnio-europejskiego, byłoby może
autorowi pozwoliło zająć stanowisko bardziej wyraźne. Ze na zachodzie
wypadki odmowy rzeczywiście sią zdarzały, dowodem cytowany przez
nas wypadek z r. 1566.
Polemizując ze zdaniem prof. Lewickiego, jakoby tylko wypadki,
w których miała miejsce odmowa ze strony skazańca, zachowały sią
w pamiąci ludu, przytacza autor dwa podania, jedno polskie, drugie
ruskie, gdzie mowa o skutecznym wyniku wyproszenia skazańca od kary
śmierci. W łączności z przedstawieniem podań ludowych omawia autor
objawiającą sią w podaniach formą wypraszania. Mimochodem wreszcie
wspomina autor o pieśniach ludowych na temat uwolnienia dziewczyny
przez kata. W zakończeniu cytuje autor te utwory literatury pięknej,
w których mowa o wypraszaniu od kary śmierci.
Praca p. Barwińskiego zasługuje ze wszech miar na uznanie. Autor
starał sią bardzo sumiennie wyzyskać wszystko, co odnośnie do poru­
szonego tematu ogłoszone zostało, czyniąc ponadto własne poszukiwania
archiwalne. Jeśli mimo to niejedno zostało przeoczone, to nie możemy
autorowi stawiać z tego powodu zarzutów, jeśli zważymy, jak trudném
było wobec braku odpowiedniej bibljografji, zadanie autora. Zyczyćby
należało, aby cel, jaki przyświecał autorowi: zachęcić innych do dalszych
poszukiwań nowego materjału, rychło został urzeczywistniony.
KAROL KORANYI.
Solymossy Sandor: A Jâvorfa-mese es a midós-monda. Osszevetö
folklore-tanulmány (Baśń o drzewie jaworowem i podanie o Midasie.
Folklorystyczne studjum porównawcze). Népélet. Serja III, rok III, str.
105—129.
Baśni o jaworze poświęcił był autor obszerną rozprawką, ogłoszoną
w czasopiśmie ludoznawczem „Ethnographia“ r. 1920. Zestawił tam p.
Solymossy 167 odmian tej baśni, wśród których odróżnił trzy typy
zasadnicze. 1. Fujarka sporządzona z rośliny wyrosłej na grobie zamor­
dowanego zdradza mordercą. 2. Piszczałka zrobiona z kości zabitego

179
odkrywa zbrodniarza. 3. Włosy zmarłej siostry naciągnięte na harfę
wyśpiewują straszny czyn.
W obecnem studjum, będącem uzupełnieniem poprzedniej rozprawki,
bada autor powstanie i rozwój baśni o jaworze, jakoteż poszczególnych
motywów, które się na jej całość złożyły.
Co do czasu powstania baśni o jaworze, dochodzi autor do kon­
kluzji, że baśń ta powstać mogła nie wcześniej jak w szóstem stuleciu,
a to najpierw we formie ballady. Ojczyzną tej baśni jest terytoijum
zamieszkałe przez północno-zachodnich Słowian (Wendów, Polan, Rusów),
skąd też przeszła i na płaszczyznę węgierską. Autorem baśni był wedle
przypuszczeń autora wędrowny śpiewak ludowy.
Motywów zasadniczych odróżnia Solymossy cztery:
1. Temu z rodzeństwa, które najszybciej wykona pewne zadanie,
przypaść ma jakaś nagroda.
2. Najmłodsze z rodzeństwa zdobywa nagrodę. Starszy (brat lub
siostra, czasem jest ich więcej) zabija z zazdrości młodszego, a trupa
grzebie na ustronnem miejscu.
3. Na grobie zabitego wyrasta trzcina (drzewo, kwiat).
4. Sporządzony z tej rośliny (niekiedy z kości, włosów zabitego)
instrument muzyczny, śpiewa głosem ludzkim i odkrywa zbrodniarza.
Wyjątkowo pojawia się 5 motyw: zmarły zmartwychwstaje.
Pierwsze trzy motywy są powszechne i spotkać je można w licznych ■
baśniach, należących do innego typu. Czwarty motyw znachodzi się
wyłącznie tylko w podaniu o Midasie, skąd wzięty został przez autora
pieśni, przyczem zaznaczyć należy, że autor baśni o jaworze, skombinował jedynie znane sobie motywy, nie dodając żadnych motywów
własnych.
KAROL KORANYI.
Arnold van Gennep: Le Folklore. Paris 1924. S. 125 + 1 nlb.
W pierwszych rozdziałach tego dziełka, kreśli autor powstanie
i historyczny rozwój nauki samej i jej zakresu, oraz omawia metody
i systematykę. Wedle definicji autora folklor jest nauką, mającą na celu
badanie ludu. Powstała ona przez to, że zaczęto się zajmować baśniami
i podaniami ludowemi, następnie rozszerzano ciągle zakres badań, tak,
ie obecnie, już jako odrębna nauka, pod nazwą nadaną jej przez J. W.
Thoms’a (1846), zajmuje się tern wszystkiem, co podpada pod pojęcie
„ludowe“. Wkracza ona przez to po części w zakres innych nauk,
zajmując się jednak twórczością zbiorową, psychologją zbiorową itp.
w przeciwstawieniu do innych nauk, zajmujących się wytwórczością itp.
indywidualną, nie koliduje z niemi. Ponieważ celem nauki jest badanie
wszelkich przejawów życia ludowego dzisiejszego, a więc zdarzeń teraźniej­
szych, żyjących, należy się posługiwać w pierwszym rzędzie metodą
obserwacji — „biologiczną“. Inne metody, jak porównawczą, a zwłaszcza
historyczną, stosować należy tylko o tyle, o ile jest to konieczne do
zrozumienia przyczyn powstania i pojawiania się niektórych zjawisk.
Zjawiska społeczne nie są jednak płaszczyznami, lecz objętościami, do
12*

180
zrozumienia więc ich trzeba Oprócz obserwacji, psychologicznego wczucia
się w nie. Przy zbieraniu materjału najlepiej posługiwać się kwestjonaijuszem, a zebrany materjał układać metodą kartograficzną. Co do
sposobu klasyfikacji zjawisk folklorystycznych, to istnieje cały szereg
podziałów; za najlepszy z istniejących uważa autor przyjęty przez Bibljografję ludoznawczą wydawaną przez Prof. Hoffmann-Krayer’a w Bazylei,
nie nazywając go jednak podziałem, lecz ramami, by był dość elastycznym
w razie koniecznych zmian. Mając zebrane i usystematyzowane zjawiska,,
należałoby je omówić i wyjaśnić ich wzajemny stosunek. Takiej jednak
ogólnej, kompletnej teorji folkloru na razie niema. Dotąd jedynie tylko
poszczególne działy są opracowane. W szeregu następnych rozdziałów
zajmuje się autor temi specjalnemi działami folkloru jak: baśnie i podania,
pieśni i tańce, gry i zabawy, obrzędy i wierzenia, domy, narzędzia
i ubiory, w końcu sztuka ludowa. Omawia tu krótko rozwój każdego
z tych działów, stan badań obecnych, oraz przedstawia, co należałoby
jeszcze zbadać, przyczem daje szereg bardzo trafnych uwag.
Już samo użycie nazwy „folklor“, pod którą powszechnie rozu­
miemy wiedzę ludu, a więc przedmiot badania, a nie naukę, dalej nazy­
wanie etnografją prehistorji, czy też archeologji, wykazuje nam, że autor,
bardzo wybitny zresztą współczesny etnograf francuski, nie odczuwa
właściwego znaczenia tych nazw. Uderza dalej u autora zupełne zapoznanie
faktu, że właśnie dopiero z chwilą zastosowania, tak przez niego odsu­
wanej metody historycznej w naukach ludoznawczych, następuje ich
ogromny rozwój. Wkońcu jeszcze należy autorowi zarzucić, że w oma­
wianiu poszczególnych działów nauki, bierze pod uwagę tylko kulturę
materjalną i duchową ludu, pomijając zupełnie dział kultury społecznej.
Poza tęm dziełko to dajp dobry ogólny pogląd na zagadnienia ludoznàwstwa i obecny stan nauki, uwzględniając specjalnie Francję.
TADEUSZ SUL1MIRSKI.

J. Matiegka: Lebky a kosti ze staropražských hřbitovů. (Anthrologie II 3—4 s. 183).
Wyczerpującego opracowania serji czeskich czaszek, pochodzących
ze Starego Miasta w Pradze (w. XIII—XVI), dokonał prof. Matiegka,
przy użyciu dwu metod.
W pierwszej części swej niezmiernie ważnej rozprawy, autor posłu­
guje się metodą morfologiczną i dzięki swemu głębokiemu doświadczeniu
osiąga bardzo dokładne wyniki.
Druga część rozprawy, którą autor traktuje, jako sprawdzenie
wyników otrzymanych metodą morfologiczną, zawiera analizę 25 najlepiej
zachowanych czaszek z tej samej serji, dokonaną zapomocą metody
diagnozy różniczkowej prof. Czekanowskiego. Podkreślić należy, że dopiero
po zastosowaniu tej metody, otrzymał prof. Matiegka konkretne rezul­
taty, pozwalające na określenie rasowe poszczególnych czaszek.
W opracowanym materjale stwierdził autor występowanie trzech
typów : subnordycznego (y), alpejskiego (w) i dynarskiego (ó). Poza temi
typami, którym odpowiadają zespoły diagramu, znalazły się dwie czaszki.

') J. Czekanowski: Z badań uwarstwienia etniczno-społecznego Polski str. 67.
J. Czekanowski: Beiträge zur Anthropologie von Polen. Arch. f. Anthr. B. X. 1911.
2) B. Rosiński : Kreta przedhistoryczna i współczesna pod względem antro­
pologicznym.
3) K. Barański: Dysertacja. Opracowanie materjałów Livi’ego metodą
analizy asocjacyjnej. Rękopis.
4) K. Stojanowski: Typy kranjologiczne Polski.
5) M. Gryglaszewska: Dysertacja. Opracowanie materjałów Pitarďa. Rękopis.

.

.

-

.

! ..

.1

...

,

..

______••• .

.„ r

i

W

(nr. 3 i nr. 34), różniące się wybitnie od reszty. Z tych czaszkę nr. 3,.
określa prof. Matiegka, jako przynależną do typu północno-europejskiego
(a), a czaszkę nr. 34 uważa za odmianę typu dynarskiego (d).
Wogóle cały materjał jest silnie wymieszany, skutkiem czego okre­
ślenie go nastręcza wielkie trudności.
Rezultaty prof. Matiegki odpowiadają prawie całkowicie oczeki­
waniom.
Na terytorjum Czech, oczekiwać bowiem należy elementów cha­
rakterystycznych dla antropologicznego masywu Europy środkowej, a więc
przedewszystkiem typu alpejskiego, który przez prof. Czekanowskiego
został scharakteryzowany, jako odpowiednik form krótko i wysokogłowych, o twarzy średniej i nosie wąskim1).
Na następnym planie znajdować się powinny elementy subnordyczne
{}'), których daleki zasiąg ku południowi wykazał ks. Rosiński*2) i p.
Barański3).
Elementy nordyczne («) mogą się również w materjale czeskim
zaznaczyć, choćby ze względu na wczesnohistoryczne migracje Germanów
i Słowian, które szły przez cały obszar Europy środkowej. Należy się
również liczyć z możliwością wystąpienia typu dynarskiego (d), przez
wzgląd na kontakt Czech z terytorjami położonemi na północ od
Adrjatyku.
Uderzające natomiast jest, że w opracowaniu prof. Matiegki nie
zaznaczyła się t. zw. „rasa wschodnia“ Denikera, czyli typ presłowiański
(/?) prof. Czekanowskiego.
Jak wiadomo z prac ks. Rosińskiego, dra Stojanowskiego4) i p.
Gryglaszewskiej5), typ ten rozpowszechniony jest w zlewisku śródziemnomorskiem i bałtyckiem, oraz w całej Europie środkowej.
Ł
W celu nawiązania rezultatów prof. Matiegki do wyników osią­
gniętych w badaniach nad kranjologją Polski, zestawiłem czaszki cha­
rakterystyczne dla typów kranjologicznych w Polsce z serją czaszek
czeskich.
Do porównania użyłem następujących czaszek: c. 478 ze Skały
typu y ; c. 487 ze Skały typu d ; c. 482 ze Skały typu ß; c. 21 typu
alpejskiego, z publikowanej przez Kopernickiego serji czaszek krakow­
skich; c. 51 typu a z serji wendyjskiej Asmusa, Wszystkie powyższe
czaszki określił dr. Stojanowski. Wreszcie włączona została czaszka nr.
324 typu armenoidalnego (/), znajdująca się w zbiorach Instytutu antro­
pologicznego U. J. K. we Lwowie.
Rezultat tego zestawienia przedstawia załączony diagram (Ryć. 16),

i

181

TABLICA PRZECIĘTNYCH RÓŻNIC
5

8

12

10

u

4-733 4-50

6-10

8-750 3-783 2-716 4-683 3-716 5-566 5-20 3-40

3

2-950 6-242 5-390 3-660 4-470 3-530 3-790 3-50

5

O

4-0

8

4-0

O

12

4-070 3-642

10

3-310 3-757 2-180

14

4 090 3-657 3-480 2-730

4-07

14

43

11

22

3-310 4090 3-360 2 450 3-40

35

8

47

8

42

5-20 4-60

5-590 4-590 2-790 4:590 3-830
6-30

4-460 3190 3-042 4-070 '

3-642 3-757 3-657 4-342 4-071 4-471 5-114 5-085 5-142 4-914 5-50
O

2-180 3-480 4-210 3-860 3-920 7-830 6130 4-490 4-442 3-680 j
O

2-730 2-840 2-240 3-360 6-330 4-580 3-280 3042 3-220 :
O

;

2-130 3190 3-750 6-320 5-450 3-390 2-828 4-130

2-730 1-971 4-10 I

43

3-360 4-342 4-210 2-840 2130

11

2-450 4-071 3-860 2-240 3-190 2-820

22

3-40

4-471 3-920 3-360 3-750 2-260 1-580

35

6-30

5-114 7-830 6-330 6-320 5-030 4-710 4-380

8

4-460 5-085 6-130 4-580 5-450 5-10

47

3-190 5-142 4-490 3-280 3-390 2-730 2-380 2-780 3160 2-390

8

3-042 4-914 4-442 3-042 2-828 1-971 2-814 2-928 4-442 2 757 1-528

42

4-070 5-50 3-680 3-220 4130 4-10

15

4-610 6-728 5-80 4-820 5-140 4-330 3-190 3-790 2390 2-410 1-940 2642 2-230

4

3-790 4.042 3-280 3-720 4-090 4-390 1-850 2-550 4-630 2-990 2 540 4-128 3-090

2

4-630 4-571 4-480 4-130 4-220 3-830 2-360 1-980 4180 4-50 2-990 4-142 4-020 ;

45

5-090 5-528 5-060 4-510 5-30 4-850 3-130 2-940 4-380 4-010 310

ß

6-285 5-828 5-90

1

5-940 6-242 6-090 6-150 6160 5150 3-740 3-30

23

4-640 6-828 5-740 4-850 4-960 3-970 3-280 3-170 3-530 2780 2-580 4-685 3-750

44

4120 4-485 3-790 3-990 3990 3-960 1-850 2-820 3-590 2-990 3-160 2-828 3-95C

7

5-10

X

4-720 4-840 3160 3-080 5-260 5-720 2-760 4-720 3-40

9

4-0

16

5-190 5-871 4-210 3430 3-930 4-580 3-390 4-680 4-850 4-350 4-560 4-328 4-560

33

5-50

20

6-980 60

X

4-70

34

5-640 5-314 4-070 3-960 4180 5-280 5130 6-330 7 080 8-460 4-94( 4-65713-96D

6-70

O

2-820 2-260 5-030 5-10
O

1-580 4-710 3-690 2-380 2-814 3190 i
O

4-380 4-030 2-780 2-928 3-830
O

3 690 4-030 2-540

3190 3-830 3-90

]
2 540 3-160 4-442 3-90 I
O

2-90

2-390 2-757 2-90
O

1-528 1-720 ;
O

1-720 2-40

2-40 i
o

I

4-928 4150

7-114 6-028 4-214 3-928 3-70 5-342 4-757 4-771 5-042
3 050 4-020 4-040 5-071 5120

i

5-214 5-590 5-010 3-890 4-990 3-590 4-450 3-070 2-760 2850 3 928 3-320

4-90

2-760 3-620 4-360 3-860

3-340 2-920 4-230 4-390 3-540 4-810 4-550 3-20 3170 2-957 2-590
-S

1

5-957 5-080 4-390 5-370 5-650 4-110 5-680 5-270 3-570 4-750 4-671 4-910 :
6-410 5-820 7-160 7-290 5-680 7150 3-550 3-60

5-157 4-514 40

4-0 4 5-242 4-371 5-80

5-240 5-242 4-210

6057 3071 3-628 3-357 3-828

g

183

i CZASZEK STAROPRASKICH.
15

4

5-816 6-10

2

45

ß

1

23

44

7

X

4-950 5-616 7-583 5-333 5-483 4-933 5-866 6-30

9

16

33

20

X

34

5166 6-650 7-283 8-750 5-90 6-730

; 4-470 4-490 3-360 3-680 6-757 6-080 6-720 5-030 4-870 5-640 4-850 6040 6-590 7-690 5-80 8-740
4-610 3-790 4-630 5-090 6-285 5-940 4-640 4120 5-10

4-720 40

6-728 4-042 4-571 5-528 5-828 6-242 6-828 4-485 5-214 4-840 4-90

5-190 5-50

6-980 4-70

5-871 5-957 60

5-640

5157 5-314

>•80 3-280 4-480 5060 5-90 609 5-740 3-790 5-590 3160 3 340 4-210 508 6-410 4-514 4-07
1 4-820
3-720 4-130 4-510 6-70 6-150 4 850 3-990 5-010 3080 2-920 3-430 4-390 5-820 4-00 3-960
5-140 4-090 4-220 5-30

7-114 6160 4-960 3-990 3-890 5-260 4-230 3-930 5-370 7-160 4-014 4-180

; 4-330 4-390 3-830 4-850 6-028 5-150 3-970 3 960 4-990 5-720 4-390 4-580 5-650 7-290 5-242 5-280
3-190 1-850 2-360 3130 4-214 3 740 3-280 1-850 3590 2 760 3-540 3-390 4110 5-680 4-371 5-130
3-790 2-550 1-980 2-940 3 928 3-30 3-170 2-820 4-450 4-720 4-810 4-680 5680 7150 5-80
f 2-390 4-630 4-180 4-380 3-70

3-050 3-530 3.590 3070 3-40

4-550 4-850 5.270 3550 6-057 7-080

. 2-410 2-990 4-50 4-010 5-342 4-020 2-780 2-990 2-760 2-760 3-20 4-350 3-570 3-60
: 1-940 2-540 2-990 3-10

6-330

3-071 8-460

4-757 4-040 2-580 3160 2-850 3 620 3-170 4-560 4-750 5-240 3-628 4-940

2-642 4-128 4-142 4-928 4-771 5-071 4-685 2-828 3-928 4-360 2-957 4-328 4-671 5-242 3-357 4-657
2-230 3-090 4-020 4-150 5-042 5-120 3-750 3 950 3-320 3-860 2-590 4-560 4-910 4210 3-828 3-960
o
■ 1-810

1-810 2-740 2-780 2-485 4-30
O

■ 2-740 2-340

3-090 3 740 1990 2-480 4530 3-870 5-250 4-170 4-457 5-430

2-340 2-190 3128 3-410 2-580 2-270 2-940 2040 3-640 3 690 3-720 5390 4-571 6-220
O

2-780 2-190 1-310

1-310 3-257 3-450 3290 3090 3-130 3-120 5150 3490 5-510 6-090 6-385 7-140
O

2-485 3128 3-257 3185

2-760 2-70 4830 3-80

5-220 5-820 6-285 7-460

2-757 4-857 3-571 3-357 2-560 5-642 5-10

5-414 6-214 7-985 8-885

3185 2-780 2-840 3-50
O

7-970
4-30 3-410 3-450 2-780 2-757 O 2-220 2-230 3040 3-360 3-990 4-580 4-020 5-390 7-028
[ 3 090 2-580 3-290 2-840 4-857 2-220 O
2-790 2-90 2-640 3-990 4-280 3-950 6-340 5-271 7-080
I 3-740 2-270 3090 3-50 3-571 2-230 2-790

O

[ 1-990 2-940 3-130 2-760 3-357 3-040 2-90

2-640

2-640 2-560 2-510 2-660 2-870 4010 5-10
O

1-960 2-960 2-320 3-420 3-520 5-342 6170
O

1-90

i 4-530 3-640 5-150 4-830 5-642 3-990 3-990 2-510 2-960 1-90

O

r 2-480 2-040 3-120 270

J 3 870 3-690 3-490 3-80

2-560 3-360 2-640 2-560 1-960

5-10

6-450

4-580 4-280 2-660 2.320 1-940 3-240

1-940 3-020 090

3-240 2-560 3-270 3-228 4-660
O

; 5-250 3-720 5-510 5-220 5-414 4020 3-950 2-870 3-420 3-020 2-560 3-570
ř 4-170 5-390 6090 5-820 6-215 5-390 6-340 4010 3-530 0-90

4-580 4-360

3-570 4-250 5-80

8-890

3-790 4-20

5-460

O

3-270 4-250 3-790

O

4-771 5-960

O 2-471
4-457 4-571 6-385 6-285 7-985 7-028 5-271 5-10 5-342 4-580 3-228 5-80 4-20 4-771
1 7-140
7-460 8-885 7-970 7-080 6-450 6-17C 4-360 4-660 8-890 5-460 5-960 2-471 O
5 430 6-22C

184
Jak widzimy, opracowany materjał rozpada się na 4 grupy, z których
trzy wiążą się ze sobą bardzo silnie, a jedna odcina się wyraźnie od
pozostałych. Odrębność od reszty wykazują również czaszki nr. 3 i 34.
Diagram otwiera c. nr. 3, która najmniejszą różnicą związała się
z włączoną tu czaszką typu północno - europejskiego (a). Potwierdza to
w. zupełności diagnozę prof. Matiegki.
Do obu czaszek północno-europejskich nawiązuje się krótkogłowa
czaszka nr. 5, grawitująca pozatem do grupy subnordycznej. Tak ze

RYC. 16. GRAFICZNE PRZEDSTAWIENIE PRZECIĘTNYCH RÓŻNIC.

względu na diagram, jak i na wskaźniki tej czaszki, można ją określić,
jako mieszańca elementów północno-europejskich i subnordycznych.
Pierwsza grupa diagramu składa się z czaszek nr. 12, 10, 14 i 43.
Czaszkę nr. 12 przeniesiono tu z grupy alpejskiej, gdzie umieścił ją
prof. Matiegka.
W skład tego zespołu wchodzi również czaszka typu â ze Skały,
potwierdzając określenie prof. Matiegki, który grupę opisywaną, uznał

'185
za odpowiednik elementów dynarskich. Zespół ten charakteryzuje nastę­
pująca średnia, którą dla porównania zestawiam ze średnią grupy dynarskiej ze Skały.
TABLICA NR. II.
W.
W.
W., czół.
W.
główny wys. dł. szer. dł. ciem.

W.
gntw.

W.
oczod.

W.
nosa

Praga

84'7

71-8

84-8

63-8

521

83'2

44-8

Skała

85-3

77-1

89'6

66-9

51-6

78-2

46-9

Obie średnie nie wykazują znaczniejszych różnic poza wskaźnikami
wysokości czaszki. Jak widzimy oba te wskaźniki charakteryzują grupę
dynarską z Pragi, jako stosunkowo niskogłową, podczas gdy dotąd
opracowany materjał, daje dostateczną pewność, co do charakterystycznej
dla d wysokogłowości. Badając bliżej przyczyny tego zjawiska docho­
dzimy do wniosku, że wypływa ono z odchylenia części czaszek dynar­
skich (c. 14 i c. 43), ku niskogłowym czaszkom nordycznym. Różnica
we wskaźnikach wysokości jest więc zapewne skutkiem, oddziaływania
elementów a na typ dynarski.
Na pograniczu zespołu dynarsldego i grup następnych, znalazły
się dwie czaszki: nr. 11 i nr. 22, które wykazują podobnie mieszany
charakter, ' jak powyżej opisana czaszka nr. 5. Ze względu na ich affinitety ku trzeciej grupie diagramu, przy równoczesnym związku z grupą
dynarską, określam je narazie jako wynik wymieszania typu 6 z elemen­
tami reprezentowanemi przez trzecią grupę diagramu.
W skład następnej grupy wchodzą czaszki nr. 35, 8, 47, 42 i 15. Czaszka typu y ze Skały określa je jako przynależne do typu subnordycznego, a potwierdzenie tego określenia znajdujemy w zestawieniu
średnich.
TABLICA NR. III.
W. czół.,
W.
W.
W.
główny wys. dł. szer. dł. ciem.

W,
gntw.

W.
oczod.

W.
nosa

Praga

83-3

75-6

91-9

68-7

51-7

91-7

51*5

Skała

82-5

70-2

85'3

68-9

52-9

90-5

50-3

Zgodność obu średnich jest uderzająca poza wskaźnikami wysokości
czaszki, które wykazują znaczniejsze różnice; W tym jednak wypadku

186
możemy określić z dużą ścisłością, przyczyną tego zjawiska. Grupa subnordyczna w serji czeskiej wykazuje tak silne wymieszanie z następują­
cym po niej zespołem wysokogłowych elementów presłowiańskich (/?),
że odchylenie we wskaźnikach wysokości czaszki, możemy przypisać
oddziaływaniu tych właśnie elementów. Przypuszczenie nasze potwierdzają
wskaźniki górnej twarzy i nosa, charakteryzujące subnordyczne czaszki
czeskie, jako bardziej niskotwarzowe i szerokonose od czaszek polskich.
Czaszki nr. 4, 2, 45, 1 i 23 zamknięte w następnym zespole,
zostały określone przez czaszkę typu ß ze Skały. Grupa ta, silnie wy­
mieszana z poprzedzającym ją zespołem subnordycznym i z elementami
alpejskiemi grupy następnej, wykazuje biegunowość w obu powyższych
kierunkach. Pozatem wszystkie prawie czaszki tej grupy wykazują affinitety ku powyżej opisanym czaszkom nr. 11 i 22. Wobec tego możemy
je określić, jako mieszańców typu dynarskiego i presłowiańskiego.
Niejednolity charakter zespołu presłowiańskiego potwierdza i w tym
wypadku opinję prof. Czekanowskiego, który typ ß uważa za jeden
z najstarszych składników ludności Europy. Jako taki ulega on widocznemu
rozkładowi pod działaniem innych elementów. Proces tego rozkładu
obserwujemy na mateijale czeskim, a jeszcze plastyczniej przejawia sie
ón w Szwajcaiji.
Oto średnie opisywanej grupy w zestawieniu ze średniemi ze Skały
i Krakowa :
TABLICA NR. IV.
W. czół.
W.
W.
W.
ciem.
główny wys. dł. szer. dł.

W.
gntw.

W.
oczod.

W.
nosa

Praga

81-5

757

92-7

65*6

50-9

81-3

53-0

Skała

80-4

76'7

95-2

70*2

505

761

53-4

Kraków

79-7

75-6

94-7

70-5

51-3

785

54-8

Porównując, powyższe średnie konstatujemy oczywisty fakt, że
średnia dla typu ß z Pragi, wykazuje mniejsze różnice ze średnią kra­
kowską, niż ze średnią ze Skały. Nie ulega wątpliwości, że zjawisko to
wynika z tożsamości stosunków antropologicznych w Krakowie i Pradze,
bo oba te miasta leżą na terenie środkowo-europejskiego masywu antro­
pologicznego.
Element dla tego antropologicznego terytorjum charakterystyczny,
przedstawia następna grupa złożona z największej ilości czaszek (44, 7,
33, 16, 9, 20). Są to czaszki typu alpejskiego określone przez czaszkę
tegoż typu z serji krakowskiej.

187
Zaznaczyć jednak należy, że czaszka określająca, odchyla się od
tej formy elementu alpejskiego, którą prof. Czekanowski oznaczył literą
o), a która została stwierdzona na mateijale polskim przez dr. Stojanowskiego, a w Szwajcarji przez p. Gryglaszewską. Od typu co odchyla
się czaszka nr. 21, ze względu na właściwą sobie niskolicość i szeroki
nos. Ta właśnie czaszka, zespoliła się zadowalająco z materjałem praskim,
równie niskolicym i szerokonosym.
Dla porównania przytaczam obok średniej czeskiej, średnie z Kra­
kowa i Zbikowa dla typu co, oraz indywidualne pomiary tych czaszek
alpejskich, których dr. Stojanowski, do średniej typu w w Krakowie,
nie wliczył.
TABLICA NR. V.
W.
główny

W.
wys. dł.

W.
szer. dł.

W. czół.
ciem.

gntw.

W.
oczod.

W.
nosa

Praga

85'7

751

87*6

64-1

47-6

87-3

53-2

co Kraków

87-2

76-2

88-1

64-7

520



47-5

cu Żbików

87-2

78*2

89-5

64'6



85 2

47-2

21 Kraków

86'5

75’8

87 9

63-0

49-0



54-0

16 Kraków

90-9

80'0

893

65‘3

490



520

W.

Jak widzimy, średnia alpejskiego zespołu z Pragi, wykazuje podo­
bieństwo, właśnie do obu czaszek krakowskich, odchylających się od
ogólnej średniej dla grupy co w tej serji. Od średniej mazowieckiej
i krakowskiej odchylają się czaszki praskie i obie czaszki krakowskie,
we wskaźnikach nosa i górnej twarzy, jako wybitnie szerokonose i niskolice, a zatem, przeciwstawiające się właściwym elementom alpejskim,
średniolicym i wąskonosym.
Przypuścić więc należy, że mamy tu do czynienia z odmiennym
od typu cu, elementem rasowym, który będzie można zapewne zidenty­
fikować, z wyróżnionym przez dr. Mydlarskiego w pow. pilznieńskim,
typem ż.1).
-Diagram zamykają dwie czaszki związane ze sobą najmniejszemi
różnicami. Jest to czaszka czeska nr. 34 i włączona tu czaszka typu
*) Jan Mydlarski : Analiza antropologiczna ludności powiatu pilznieńskiego.
Lwów 1924.

188
armenoidalnego y;. Fakt związania się tych czaszek pozwala nam określić
czaszkę nr. 34, jako przynależną do typu y, który wedle ostatnich
badań odgrywa poważną rolę w stosunkach antropologicznych Europy
środkowej, Charakterystyczne jest, że czaszkę nr. 34 określił prof. Matiegka, jako waijant typu dynarskiego, wysuwając przez to kwestję wza­
jemnego stosunku typów armenoidalnego (y) i dynarskiego (d).
Rekapitulując powyższe wyniki, stwierdzamy przedewszystkiem,
bardzo daleko posunięty proces wymieszania badanej populacji. Od silnie
wykrzyżowanych grup '/, ß i /., odcina się wyraźniej zespół dynarski.
Świadczyłoby to, o stosunkowo późnem pojawieniu się tego typu na
terytorjum Czech, zasiedlonem pierwotnie przez elementy subnordyczne,
presłowiańskie i alpejskie. Dzięki cennej pracy prof. Matiegki otrzymu­
jemy wyjaśnienie tych stosunków, oraz sprecyzowany pogląd na układ
antropologiczny Europy środkowej.
STANISŁAW KLIMEK.

Dr. K. Sochaniewicz : Tablice metrologiczno-numizmatyczne. (Wierzbowski-Tyszkowski, Vademecum. S. 216—226). — Dr. K. Sochaniewicz:

Terminologja czerwonoruskich miar nasypnych (zbożowych) w XV i XVI
wieku. (Zapiski numizmatyczne R. I, Nr. 2—3).
Zarówno w praktycznych zestawieniach, zawartych w nowem wy­
daniu Wierzbowskiego „Vademecum“, jak i w artykule o metrologji ziem
czerwonoruskich mamy wiele danych, ważnych dla ludoznawcy dlatego,
że owe stare miary często pozostały u ludu ; jedynie ich znaczenie
pierwotne uległo czasem zmianie, a więc np. mendel to już nie zawsze
u naszego ludu ćwierć kopy. Niektóre z tych miar, jak kłoda łączą się
bardzo ściśle z pewnemi pierwotnemi naczyniami gospodarczemi. Z tych
też względów może należało jednak wymienić także owe staropolskie
nazwy na określenie miar powierzchni, jak pług lub radło (Bujak Fr.
Studja nad osadnictwem Małopolski. Rozpr. wydz. hist, filoz. T. 47,
s. 353 i in.).
Bardzo stare są też różne określenia miar długości, jak pasmo,
motek, przędzionko, o czem godziło się wspomnieć przy łokciu. Cie­
kawe studjum o tych miarach napisał Dr. Milován Gavazzi p. t. „Slavenske mjere za předivo i tkivo prema seksagęzimalnom sistemu“ (Slavia Ročn. III, s. 655—672). W pracy tej uwzględniono też polski
materjał, niestety dość nieliczny. Dr. Sochaniewicz przysłużyłby się nauce
polskiej bardzo dzielnie, gdyby całość tej metrologji opracował.
O ile można sądzić na podstawie odczytu wygłoszonego w Towa­
rzystwie historycznem w r. 1925, zapowiada się też istotnie dokładniejsze
omówienie tego problemu.
A. F.

KRONIKA ETNOLOGICZNA.
Ś. p. Paweł Vinogradoff.
Dnia 17 grudnia 1925 zmarł w Paryżu Sir Paul Vinogradoff,
profesor prawoznawstwa w uniwersytecie oksfordzkim, jeden z najznako­
mitszych na świecie historyków prawa. Urodzony w r. 1854 w Rosji
(Kostroma), po uzyskaniu stopnia doktora historji na uniwersytecie mo­
skiewskim i odbyciu kilku podróży naukowych został docentem a na­
stępnie profesorem historji. Od początku pracy naukowej pociągała go
histoija stosunków społecznych ; za szczególnie ciekawe uważał zbadanie
organizacji społecznej na zachodzie Europy, przedewszystkiem w Anglji
dla porównania z rozwojem stosunków społecznych w Rosji. Znakomite
przygotowanie historyczne pozwoliło mu dokonać ważnych odkryć w za­
kresie historji ustroju społecznego Anglji już w początku lat ośmdziesiątych XIX wieku; zarazem zdołał zachęcić do studjum historji prawa
angielskiego spotkanego przypadkiem młodego prawnika angielskiego,
Maitlanda, który następnie zdobył nieśmiertelną sławę jako badacz i orga­
nizator badań historji prawa angielskiego. Vinogradoff, zajmując się
w Rosji także organizacją szkolnictwa, ściągnął na siebie niechęć rządu
i w r. 1902 musiał ustąpić z katedry i wyjechać zagranicę. Ogłoszona
już w r. 1892 w Oksfordzie praca o poddaństwie w Anglji (Villainage
iń England), zapewniła mu była wraz z dawniejszemi przyczynkami
i z późniejszym artykułem o „Folkland“ tak wielką sławę, że w r. 1903
powierzono mu wakującą wskutek ustąpienia Pollocka katedrę (Corpus
Christi Professorship of Jurisprudence), stworzoną pierwotnie dla Henryka
Maine’a. Vinogradoff wydał w następnych latach szereg dalszych prac
po angielsku (Rozwój obszaru dworskiego, Społeczeństwo angielskie
w XI wieku, Prawo rzymskie w średniowieczu). Zasługą jego, obok
zużytkowania mistrzowsko opanowanej metody historycznej dla zagadnień
historji społecznej i historji prawa, było badanie zagadnień ustrojowych
pod kątem widzenia ściśle historycznym, bez ulegania poglądom prawnictwa nowoczesnego, które, posługując się w Anglji do dziś dnia argu­
mentami zaczerpniętemi częstokroć z praktyki średniowiecznej, wywierało
na odwrót pewien wpływ na badania historyczno - prawne. Vinogradoff
założył też serję monografij (Oxford Studies in Social and Legal History),
złożoną z pism osób, zajmujących dziś przeważnie znakomite stanowiska

190
w świecie naukowym zwłaszcza angielsko - amerykańskim ; w serji tej,
prócz rozpraw należących do zakresu historji prawa ukazał się też szereg
prac z zakresu histoiji ustroju społecznego. Wykłady Vinogradoff’a
w Oksfordzie poświęcone były przeważnie prawu pierwotnemu (szczepo­
wemu), prawnictwu starogreckiemu i nowożytnemu prawu publicznemu.
Wzywany do wielu uniwersytetów zagranicznych na wykłady gościnne
(Stany Zjednoczone, Indje), Vinogradoff korzystał ze sposobności studjowania zabytków prawa pierwotnego równie jak przejawów nowoczesnego
życia prawnego. To też badania jego w zakresie np. ustroju pierwotnych
spólnot rodowych zakrojone były na szeroką skalę i obejmowały nietylko
mir i zadrugę (w tym ostatnim kierunku korzystał z zapałem z rezultatów
pracy Oswalda Balzera, dla którego żywił głęboki szacunek), ale i spólnoty irlandzkie oraz angielsko - celtyckie z jednej, indyjskie z drugiej
strony.
Wojna światowa zdawała się zapowiadać dla Vinogradoff’a możność
powrotu do Rosji; pojechał też do Rosji już w r. 1915; mianowany
rzeczywistym członkiem akademji piotrogrodzkiej, pojechał znowu w r.
1916, dla wygłoszenia szeregu odczytów; w Anglji ogłosił kilka prac
(m. i. o samorządzie w Rosji) celem zapoznania społeczeństwa angiel­
skiego z niektóremi zagadnieniami życia rosyjskiego. Zarazem nie ustawał
w pracy naukowej, prowadząc redakcję różnych wydawnictw w zakresie
źródeł historji prawa angielskiego. Szlachectwo angielskie otrzymał w r.
1917 ; wnet .potem rewolucja Bolszewicka i rozczarowanie z powodu
porzucenia sprzymierzeńców przez nowych panów Rosji skłoniły go do
przyjęcia poddaństwa brytańskiego. Z tern większym wskutek przejść
politycznych zapałem, oddał się teraz pracy nad dziełem pt. Outlines
of Historical Jurisprudence (Zarys prawoznawstwa historycznego), które
miało być syntezą wszystkich jego badań. Najważniejszy dla etnologji
tom I, poświęcony metodologji i prawu pierwotnemu, ukazał się w r.
1920, tom II, omawiający prawnictwo miasta starogreckiego, w r. 1922.
Tom III, poświęcony prawu- kanonicznemu i tom IV, omawiający nowo­
czesne prawo publiczne, nie doczekały się ogłoszenia. Vinogradoff, który
już dawniej był członkiem wielu akademij i doktorem honorowym kilku­
nastu uniwersytetów (Oxford, Cambridge, Durham, Liverpool, Harvard,
Michigan, California, Calcutta itd.), otrzymał w r. 1925 doktorat hono­
rowy uniwersytetu paryskiego i pod koniec roku pojechał do Paryża dla
udziału w uroczystości promocji. Nabawiwszy się zapalenia płuc, umarł
w sanatorjum. R. i. p.
Lwów.
LUDWIK EHRLICH.
Sprawozdanie z działalności naukowej Zakładu AntropologicznoEtnologicznego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie za rok
szkolny 1924/5. Skład Zakładu stanowili: Dr. Jan Czekanowski, ordynarjusz i kierownik ; Dr. Bolesław Rosiński, starszy asystent ; Dr. Kon­
stanty Sobolski, mł. asystent.
Prace w ciągu ubiegłego roku, tak jak w dwu latach poprzednich,
były ześrodkowane w kierunku zagadnień systematyki rodzaju ludzkiego.

191
Dr. B. Rosiński opracował mateijały kranjologiczne kreteńskie
ogłoszone przez F. v. Lus chan a. Wynik pracy stanowi stwierdzenie
przesunięcia w składzie ludności. Gdy ludność okresu minoicznego
posiadała wybitny typ śródziemnomorski, obecnie przeważają elementy
charakterystyczne dla Europy Północnej i Środkowej. Stanowi to bezwątpienia konsekwencję indoeurogeizacji ludności. Prof. v. Luschan nie
zauważył tego przesunięcia pracując metodą morfologiczną. Praca wy­
drukowana (Kosmos 1925).
Dr. K. Sto janowski zajmował się przedewszystkiem opracowa­
niem mateijału neolitycznego Europy Północnej. Wyniki przezeń osią­
gnięte stanowiły przedmioty referatu autora na Zjeździe Lekarzy i Przy­
rodników w Warszawie. Ponadto badał on jeszcze zróżniczkowanie form
organów płciowych męskich, wyniki tej pracy doprowadziły go do stwier­
dzenia różnic u składników rasowych ludności naszej. Praca wydruko­
wana (Kosmos 1925).
P. I. Ul brich zajmowała się zagadnieniem człowieka młodszego
paleolitu. Wyniki osiągnięte polegają przedewszystkiem na stwierdzeniu,
że mianem rasy Cro - Magnon ujmowane są trzy różne elementy : typ
skrajnie długogłowy, wąskolicy, wąskonosy o nawiązaniach śródziemno­
morskich, t. z. typ «, typ północno - europejski, oraz typ trzeci, nawią­
zujący się do Guanczów z wysp Kanaryjskich, wyróżniający się bardzo
niskiemi oczodołami. On to właśnie spowodował podawanie zespolenia
długogłowości i szerokolicości jako rysu charakterystycznego rasy CroMagnon. Wyniki te zostały przedstawione na Zjeździe Lekarzy, i Przy­
rodników w Warszawie.
P. G. Lempert wykończała swą pracę nad wyodrębnieniem za­
sadniczych składników ludności Afryki murzyńskiej. Wynik główny stanowi
ujęcie czterech składników podstawowych, umożliwiający rewizję dotych­
czasowych poglądów. Dotychczas afrykański materjał kranjologiczny ucho­
dził za beznadziejnie słabo zróżniczkowany. Osiągnięte wyniki stanowiły
przedmiot referatu Prof. Dr. J. Czekanowskiego na Zjeździe Między­
narodowym Geografów w Kairze.
P. S. Klimek zajmował się z jednej ‘ strony opracowaniem
materjału azjatyckiego, z drugiej zaś zagadnieniem nawiązań australijskoafrykańskich w dziedzinie kranjologji. Pierwsza praca doprowadziła już
do ustalenia głównych składników ludności północno-wschodniej połowy
Azji. W osiągniętych wynikach zaczyna się zarysowywać ściślejsza łączność
północy z południowym wschodem. Co do drugiej pracy, to tam wystę­
pują bardzo ścisłe nawiązania pomiędzy ludnością obydwu kontynentów,
przyczem w Australji brak elementu antropologicznego nawiązującego
się do warstw hamickiej i semickiej. Pozostaje to w zupełnej zgodności
z poglądami szkoły historycznej w etnologji.
P. M. Gryglaszewska opracowywała materjały kranjologiczne
szwajcarskie. Wyniki idą w kierunku zidentyfikowania typu grenelskiego
z subnordycznym, oraz stwierdzenia przymieszki identycznej z elementami
krótkogłowemi Azji Mniejszej.
P. J. Bryk określał mateijały prehistoryczne polskie.' Pierwszy

192
przyczynek poświęcony czaszkom z Remenowa jest już ogłoszony (Kosmos
1925). Ponadto zajmował się on badaniem sprawności fizycznej poszcze­
gólnych składników naszej ludności oraz stwierdził, że metoda diagnozy
asocjacyjnej rozwiązuje zagadnienie określania systematycznego osobników
żywych.
P. E. Minkowska zajmowała się kontrolą dotychczasowych wy­
ników określeń kranjologicznych, oraz przeliczeniem czaszek „scytyjskich“
co doprowadziło do potwierdzenia wyniku, że przeważają wśród nich
elementy typu północno-europejskiego. Praca znajduje się w druku.
Dr. K. So bols ki dał monografję antropologiczną żołnierzy z po­
wiatu wilejskiego. Główny wynik ogólniejszego znaczenia stanowi wy­
jaśnienie komplikacyj statystycznych, spowodowanych tem, że materjał
nie jest jeszcze wyrośnięty, oraz stwierdzenie prawidłowości w ustosun­
kowaniu się wielkości współczynników współzależności,
P. K. Barański poddał przeliczeniu materjały włoskiego zdjęcia
wojskowego ogłoszonego przez R. Liviego stosując metodę analizy
asocjacyjnej. Wynik dał dokładniejsze sprecyzowanie składników lud­
ności, pozwalające na rewizję dotychczasowych wyników. Praca ta posiada
duże znaczenie dla poznania nowej metody.
Wykaz prac Zakładu Antropologiczno-Etnologicznego Uniwersytetu
Jana Kazimierza, ogłoszonych, bądź też w druku będących, w roku
szkolnym 1924/5.
Bryk J.: Czaszki z Remenowa. Kosmos 1925, Tom L, s. 638—648.
Czekanowski J. : Co Polska traci wskutek niedostatecznego uprawiania
antropologji. Nauka Polska 1925, Tom V, s. 144—157.
— Wyniki badań serologicznych wojskowego zdjęcia antropo­
logicznego. Polska Gazeta Lekarska 1925, Nr. 3. Odb. 7 s.
— Uebersicht anthropologischer Arbeiten in Polen in den Jahren
1913/4—1924/5. Akademja Fińska Helsingfors 1925. Tom XXXV,
Zeszyt 1, s. 20.
— Anthropologische Beiträge zum Problem der Slawisch-Finnischen
Beziehungen. Smya Helsingfors 1925. Tom XXXV, Zeszyt 1, s. 20.
— Główne kierunki w antropologji polskiej. Tom jubileuszowy
Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Kopernika.
— Kierunek historyczny w naukach antropologicznych. Publikacja
Zjazdu Historyków Polskich w Poznaniu. Odb. 7 s.
Essay de la Craniologie Africaine. Publikacja Międzynarodowego
Zjazdu Geografów w Kairze (w druku).
— Aperçu sur les Travaux Anthropologiques de l’Université JeanCasimir à Lwów 1913/4—1923/4. Publikacja Zjazdu Między­
narodowego Instytutu Antropologicznego w Pradze 1924 (w druku).
— La détermination anthropologique et le problème des Races
Préhistoriques. Tamże (w druku).
— Zum Problem der Systematik der Kurzköpfigen Schweizerischen
Pfahlbaubewohner. Archiv für Anthropologie 1925, Tom XX,
N. 'F. Zeszyt 2/4, s. 65—76.

193
Czekanowski J.: Rozwój żywiołu polskiego na kresach południowowschodnich. Przegląd Wszechpolski 1925, Zeszyt 2, s. 29.
— Ludy i rasy. Historja Powszechna wydawana przez Bibljotekę
Polską. (W druku).
— Forschungen im Nil - Kongo - Zwischengebiet. Tom IV. Wraz ze
skorowidzem dla pierwszych czterech tomów. (W druku).
Frankowska M. : Czaszki ze Lwowskiej Katedry Łacińskiej XVII—XVIII
wieku. Kosmos L, s. 649—736.
Minkowska E. : Wyniki zastosowań metody diagnozy różniczkowej do
określania składników ludności europejskiej. Kosmos 1925, Tom L,
- s. 737—748.
Rosiński B : Wyspa Kreta przedhistoryczna i współczesna pod wzglą­
dem antropologicznym. Kosmos 1925, Tom L, s. 584—637.
— Recherches sur l’hérédité de l’indice céphalique chez la popu­
lation polonaise. Publikacja Międzynarodowego Instytutu Antro­
pologicznego w Pradze 1924, (w druku).
— Étude sur les crânes néolithiques trouvés en Pologne. Tamże
(w druku).
Stojanowski K: Rasowe zróżnicowanie genitaljów męskich a circumcisio.
Kosmos 1925, Tom L, s. 798—818r
— Przyczynki do rasowego zróżnicowania młodzieży polskiej. Harc­
mistrz 1924, Nr. 11 —12. Odb. s. 14.
PROF. DR. JAN CZEKANOWSKI.

Komisja antropologiczna Polskiej Akademji Umiejętności w Kra­
kowie odbyła w roku 1925 dwa posiedzenia, na których wygłoszone
Były następujące referaty:
1. Prof. Dr. Józef Kostrzewski. „Zagadnienia tubylczości
Słowian w świetle badań przedhistorycznych".
2. Prof. Dr. Jan St. Bystroń: „Próba ujęcia całokształtu ludoznawstwa polskiego".
3. Dr. Józef Żurowski: „O dotychczasowym stanie badań
przedhistorycznych okolicy Krakowa, o ich postępie w latach ostatnich
i planie na przyszłość“.
Na posiedzeniu dnia 23 lutego 1926 roku po przeprowadzonej
wyczerpującej dyskusji postanowiono rozdzielić dotychczasową Komisję
Antropologiczną na dwie oddzielne i samoistne Komisje; a to na Ko­
misję Etnograficzną i Komisję dla antropologji i prehistoiji.

Z ruchu etnograficznego w Czechosłowacji. Etnografowie czescy
przygotowują wiele cennych wydawnictw. Encyklopedja ludoznawcza
czeskosłowacka zapowiada dalsze tomy, a więc w ślad za wydanym
tomem, zawierającym „Moravské Slovensko" pójdą dalsze a mianowicie
„Kladsko“ (w druku), potem zaś „Valašsko, Chodsko, Plzeňsko, Pod­
krkonoší, česko - moravská vysočina". Prace nad całością postąpiły
bardzo poważnie naprzód. — Począwszy od r. 1926 „Národopisný
Véstnik“ będzie wychodzić w zeszytach kwartalnych. Uczeń prof. Chotka,
Lud. T. XXIV.

13

194
Václavik wydał właśnie wielką monografję p. t. „Podunajská dědina".
Vavroušek ogłosił pięknie ilustrowaną publikację p. t. „Dědina“. Dosko­
nały wstęp napisał Dr. Zdenek Wirth, szef sekcji w Minist, oświaty. —
W najbliższym czasie wyjdzie „Dialektologická mapa Moravy“, którą
opracował Prof. Fr. Trávniček. Prócz tego Dr. A. Boháč przygotowuje
„Národnostna mapa republiky Českoslov.“ — Prof. Jiři Horák wydał
K. J. Erbena „Vybrané báje a pověsti národní jiných větví slovanských“,
oraz J. Št. Kubina, „Kladské písničky“. Wreszcie prof. J. Horák z prof.
M. Hýskiem wydał „Sborník práci věnovaných Prof. Janu Machalovi
1855 —1925“, w którym znajduje się też wiele prac, pozostających
w związku z ludoznawstwem.
W czasie świąt wielkanocnych w r. 1926 w dniach od 29. III do
3. IV urządzono Naukowe kursy etnograficzne, na których wykładali:
Prof. K. Chotek (Naukowe podstawy etnografji), L. Lábek (Zasady po­
rządkowania zbiorów etnograficznych w muzeach prowincjonalnych), Prof.
Fr. Pospíšil (Fotografja i film w służbie etnografji), Prof. J. Matiegka
(Antropologja a etnografja), Prof. L. Niederlę (Etnografja a słowiańskie
starożytności), Prof. J. Horák (Dzieje etnografji czeskosłowackiej od
początku XIX wieku po chwilę obecną). W kursach wzięło udział 150
uczestników.
Etnologja na uniwersytetach jugosłowiańskich. Etnologja budzi
wiele zainteresowania w Jugosławji, jak świadczą o tem stosunkowo
liczne. katedry uniwersyteckie. W Belgradzie są dwie katedry etnologji,
które zajmują Prof. T. Gjorgjevic i Prof. J. Erdeljanovié. W Skoplje
do r. 1924 zajmował katedrę etnologji Prof. S. Trojanovié. W Zagrzebiu
katedrę etnologji ma dostać prof. Bułat. Na wydziale teologicznym uniw.
zagrzebskiego wykłada religjoznawstwo porównawcze Dr. Aleksander
Gahs, uczeń O. Wilhelma Schmidta. W Lublanie Prof. Dr. N. Żupanie
zajmuje się antropologją i paleoetnologją, a religjoznawstwem prof.
Ehrlich.
Nowy kwestjonarjusz etnograficzny. Nakładem księgarni pary­
skiej „Maisonneuve Frères, 3 rue de Sabot“ wyszedł w roku bieżącym
„Questionnaire d’ethnographie“ napisany przez Ludwika Marina, prezy­
denta „Société d’Ethnographie de Paris“. (Cena 25 fr. franc.). Rzecz
ciekawa, że mateijał ludoznawczy podzielono zupełnie tak, jak to przy­
jęto w ostatnich czasach w Polsce, a mianowicie na dział kultury materjalnej społecznej i duchowej. Marin analogicznie dzieli kulturę na trzy
działy: 1. Vie matérielle. 2. Vie mentale. 3. Vie sociale. Każdy z tych
działów został rozbity na jeszcze drobniejsze poddziały, które omawiają
jak najdokładniej różne problemy, jakie należy uwzględniać, czyto przy
badaniu etnograficznem pewnego terenu, czy przy opracowywaniu pewnych
zagadnień teoretycznych. Kwestjonarjusz Marina przejrzystą swą formą
zaleca się zarówno etnografom jak etnologom.

POLEMIKA.
Odpowiedź p. Czekanowskiemu
na jego wyjaśnienia w sprawie recenzji z odczytu Stanisława
Poniatowskiego p. t.: „Podłoże rasowe kultur zasadniczych".
Zgadzam się najzupełniej ze zdaniem p. Czekanowskiego (1925 a
■str. 47), że zasadniczym warunkiem rozwoju nauki jest
jawność krytyki naukowej i cieszę się niezmiernie, że dzięki
■agresywnemu wystąpieniu p. Czekanowskiego w recenzji odczytu Stani-ława Poniatowskiego p. t. : „Podłoże rasowe kultur zasadniczych"
(J. Czekanowski 1924) doszło nareszcie do tej jawności ze strony p.
Czekanowskiego. Jeżeli zaś p. Czekanowski skarży się obecnie (1925 a
str. 47), że „panujące u nas stosunki" stały się przykremi, to niestety
powiedzieć należy, że sam on je wytworzył swoją. nielojalnością i agre­
sywnością swoich wystąpień.
Usprawiedliwiania się p. Czekanowskiego (1925 str. 46—49)
:z postawionych mu przezemnie zarzutów (1925 str. 44—45) niepodobna
uznać za zadowalające, jeżeli porównamy je z treścią oświadczenia p.
Poniatowskiego, zgłoszonego i przyjętego do protokołu posiedzeń Sekcji
Nauk Antropologicznych XII Xjazdu Lekarzy i Przyrodników Polskich
w Warszawie, oraz z treścią komunikatu p, Poniatowskiego (1925),
ogłoszonego drukiem w Pamiętniku Zjazdu.
Komunikat powyższy rzuca na tę sprawę światło bardzo wyraźne,
a p. Czekanowski w swojem wyjaśnieniu ostatniem (1925 a str. 47),
uiimo swej woli, wnioski p. Poniatowskiego i moje (1924 a) uzupełnił
nawet we właściwym kierunku. Nie można przecież uważać za lojalne
ze strony p. Czekanowskiego w stosunku do p. Poniatowskiego prze­
trzymywanie jego rękopisu i hamowanie biegu sprawy w ciągu kilku
miesięcy, skoro sam p. Czekanowski przyznaje (1925 a str. 47), że
uczniowie jego kończyli wówczas „swe obliczenia na te same tematy“.
Wyjaśnienia p. Czekanowskiego potwierdzają więc tylko jego winę.
Ponieważ p. Czekanowski przyznał się, że w tym czasie uczniowie
jego „kończyli swe obliczenia na te same tematy", któremi zajmował
się p. Poniatowski, przeto lojalność elementarna nakazywałaby p. Cze­
kanowskiemu nie hamować sprawy odpowiedzi Kasie im. Mianowskiego,
lecz sprawę tę przyspieszyć, tembardziej, że na ocenę znanego już p.
13*

196
Czekanowskiemu odczytu można było znaleźć trochę czasu, nawet
i w drodze do Finlandji czy też Kairu, nie mówiąc już o 12 dniowym
pobycie we Lwowie. Wszakże Komitetowi Kasy im. Mianowskiego, jako
złożonemu nie ze specjalistów, chodziło nie o aprobatę pewnych wniosków
p. Poniatowskiego, ale tylko o stwierdzenie ogólnego poziomu
jego naukowej pracy. Tego zaś rodzaju charakterystykę mógł p.
Czekanowski napisać w ciągu kilkunastu minut. Uzupełniać, czy też
krytykować wywody autora recenzent powinien tylko na podstawie prac
ogłoszonych drukiem, jako dostępnych krytyce naukowej, a nie na pod­
stawie prac niedostępnych jeszcze dla krytyki, jak np. prac wykonywanych
przez uczniów recenzenta, gdyż wyniki takich prac moźnaby przyjmować
tylko na podstawie autorytetu recenzenta. Tymczasem właśnie nietylko
jawność krytyki naukowej, o którą tak woła p. Czekanowski, ale zarazem
i jej uczciwość wymagają nienadużywania swego autorytetu wobec laików
(np. Komitetu Kasy im. Mianowskiego, Wydziału Nauki M. W. R.
i O. P. i t. p.) przy opinjowaniu o cudzych pracach.
Zresztą chyba p. Czekanowski sam sobie zdaje sprawę z tego, że
nie może być autorytetem w stosunku do p. Poniatowskiego, skoro sam
p. Czekanowski parę lat temu przyjeżdżał do Warszawy, by zasięgnąć
porady u p. Poniatowskiego w sprawie jednej ze swych prac, którą
odczytywał mu w rękopisie i prosił o wydanie opinji o, niej.
Niestety więc stwierdzić tu muszę wielką winę ze strony p. Czekanowskiego, który, zamiast udzielić niezwłocznie Kasie im. Mianowskiego'
odpowiedzi rzeczowej w sprawie podania p. Poniatowskiego, wolał sprawę
tę przewlekać jak najdłużej, aby uniemożliwić w ten sposób p. Ponia­
towskiemu wcześniejsze wykończenie pracy, ponieważ i w Zakładzie p.
Czekanowskiego prowadzone były badania na ten sam temat.
Inne szczegóły poruszone przez p. Czekanowskiego w związku ze
sprawą p. Poniatowskiego pomijam, ponieważ p. Poniatowski, jako osoba
bezpośrednio zainteresowana, udzieli osobiście odpowiedzi na nie ' na
łamach „Ludu".

Przejdę natomiast teraz do odparcia krytyki ze strony p. Czeka­
nowskiego (1925 a; 1925 b), wymierzonej przeciw mej pracy o analizie
typów antropologicznych (1924).
Nie odmawiałem bynajmniej p. Czekanowskiemu prawa do krytyki
prac moich, wystąpiłem jedynie przeciw krytyce niepopartej żadnemi
argumentami a gołosłownie przekreślającej moje wysiłki. Nie uchylam
się od krytyki prac moich, gdyż nietylko uznaję, że każdemu krytykować
wolno rzecz ogłoszoną drukiem, a nawet przeciwnie ciekaw jestem bardzo
każdej krytyki poważnej — jako sprawdzianu wartości pracy. Traktować
jednak poważnie mogę tylko krytykę rzeczową i bestronną. Jakiego zaś
rodzaju jest krytyka p. Czekanowskiego — będę mógł wykazać w arty-

197
kule następnym ; w każdym jednak razie nie będę rywalizował z p. Czekariowskim pod względem jego taktyki — polegającej na przekręcaniu
treści poszczególnych ustępów mej pracy.
Narazie ograniczam się do odpowiedzi na artykuł pierwszy p. Cze­
kanów skiego (1925 a) i najpierw poruszę główny zarzut postawiony
mej pracy (Stołyhwo 1924). W tej sprawie p. Czekanowski (1925 a
str. 48) pisze, że zdaniem jego metoda moja ogłoszona w 1924 r. jest
„dyskwalifikowana przez pracę“ Tylora „ogłoszoną w r. 1888“, a przeto
ćlo oceny się nie nadaje“.
Rozważmy jednak, czy takie apodyktyczne stanowisko p. Czekanowskiego jest słuszne? Otóż Tylor podnosi, że, „opierając się na
liczebnościach kombinacyj różnorodnych kategoryj, podstawę sądu sta­
nowi porównanie liczebności postrzeganej z liczebnością teoretyczną,
obliczoną przy założeniu braku związku“. Ponieważ ja w mojej metodzie
nie uwzględniłem tego wymagania metodologicznego, stawianego przez
Tylora, przeto p. Czekanowski dyskwalifikuje moją metodę. Nierzeczowość
i niesłuszność sądu powyższego p. Czekanowskiego stwierdzają fakty
następujące :
1. Metoda Tylora została skrytykowana i podważona w swej racji
stanu, nietylko podczas dyskusji, bezpośrednio po jej przedstawieniu
przez Tylora (patrz str. 271 Journal of the Anthropological Institute
Vol. XVIII. Nr. 3 1899) na posiedzeniu Instytutu Antropologicznego
w Londynie, ale również przez szereg autorów, jak naprzykład przez
A. Riedżkę (1902 str. 104) t. j. przed dwudziestu paru laty, lub przez
F. Graebnera (1911 r: str. 88—89)’ a tem samem nie może być uwa­
żana za obowiązującą,
2. Metoda moja przedewszystkiem ma na celu, jak o tem piszę
wyraźnie na str. 11 i 16 (Stołyhwo 1924), operowanie materjałem nielicznym, tak często spotykanym w antropologji, w zakresie
np. szczątków kopalnych ludzkich, lub też różnych ras współczesnych,
zbadanych nieraz w skąpej bardzo ilości, a więc stosowanie do
niej metody Tylora ze względów zasadniczych nie jest
możliwe.
Widzimy więc, że nie istnieje żadna podstawa do twierdzenia, by
wymogi metodologiczne Tylora mogły być uważane za obowiązujące dla
każdej metody badania- typów antropologicznych, a w szczególności dla
mojej metody.
Sprawę tę w artykule następnym omówię obszerniej, zastanawiając
się nad wartością pewnych metod, t. zw. biometrycznych, dla sprawy
analizy typów antropologicznych. Obecnie ograniczę się tylko do posta­
wienia wniosków następujących :
1. Albo p. Czekanowski widocznie nie zna prac autorów kryty­
kujących metodę Tylora, a tem samem w zbyt pochopnej krytyce mojej
pracy wykazał swe zacofanie i elementarne braki co do znajomości lite­
ratury dotyczącej sprawy zastosowania metod statystycznych, która go
oczywiście obowiązuje, jako zdecydowanego zwolennika tego kierunku
badań w naukach antropologicznych. Taki stan rzeczy jest tembardziej

198
dziwny, że w sprawie metody Tylora i w literaturze polskiej znajduje
się odpowiednia wzmianka a mianowicie S. Poniatowski w pracy swej
(1919) wyraźnie pisze, że: „ważnym szkopułem, o który rozbija się
metoda Tylora, jest zbyt mały materjał, który nie pozwala na zastoso­
wanie rachunku prawdopodobieństwa“.
2. Albo być może p. Czekanowski zna prace autorów krytykują­
cych metodę Tylora, lecz nie uznaje słuszności ich wywodów. W takim
jednak razie p. Czekanowski jest obowiązany wykazać wpierw : dlaczego
tych wywodów nie uznaje, oraz na czem polegają ewentualne błędy ze
strony tych autorów, a dopiero po ukazaniu się w druku odnośnej
pracy p. Czekanowskiego, obowiązywać mnie będzie stosowanie metody
Tylora, o ile oczywiście argumenty p. Czekanowskiego będą przekony­
wujące. W chwili jednak obecnej żaden uczony poważny i bezstronny
nie może dyskwalifikować mojej metody dlatego, że nie uwzględnia ona
pracy Tylora (1888), uznanej obecnie za przestarzałą i pozbawioną
wartości przez szereg autorów.
3. Albo być może p. Czekanowski przeoczył, że moja metoda
przeznaczona jest przedewszystkiem dla operowania materjałem nielicznym,
a więc przez to nie nadaje się do zastosowania metody Tylora. W ta­
kim razie p. Czekanowski metody mojej nie zrozumiał albo też zrozu­
mieć nie 'chciał, chociaż o tem wyraźnie piszę na str. 11 i 16 (Stołyhwo 1924).
W każdym jednak razie, bez względu na to, który z powyższych
wniosków moich najbardziej zbliża się do prawdy, powiedzieć mogę, że
p. Czekanowski, robiąc mi zarzut (1925 b str. 49), że metoda moja
„nie czyni zadość wymaganiom nauki współczesnej“, ponieważ nie
uwzględniła przestarzałej zasady Tylora, sam siebie zdyskwalifikował ze
stanowiska obowiązującego krytyka, t. j. odpowiedniego poziomu oraz
znajomości sprawy i tematu.
Jednostronność i tendencyjność sądów p. Czekanowskiego stwierdza
doskonale jego własne zdanie, wypowiedziane podczas dyskusji ze mną
na posiedzeniu Sekcji Nauk Antropologicznych XXII Zjazdu Lekarzy
i Przyrodników Polskich w Warszawie, a mianowicie p. Czekanowski
powiedział wówczas, iż jest mu wszystko jedno : przez jakie okulary
patrzeć: czy przez czerwone, lub niebieskie, albo zielone, byle tylko
badania były prowadzone i dawały wyniki.
Zdanie powyższe p. Czekanowskiego charakteryzuje stosunek jego
do nauki.

Uważałem za słuszne zaprotestować przeciw ogólnikowej formie
krytyki p. Czekanowskiego w jego recenzji o odczycie Poniatowskiego,
ponieważ znam pochopność p. Czekanowskiego do wydawania goło­
słownych sądów, które później z dziwną łatwością zasadniczo zmienia.
Jako przykład przytoczyć mogę bardzo lekceważącą recenzję p. Czeka­
nowskiego (1910) o kapitalnej pracy P. W. Schmidta, będącej jednym
z cenniejszych dorobków kierunku historycznego w etnologji. Obecnie

199
jednak p. Czekanowski zmienił swe zdanie i aprobuje wyniki tej pracy.
Czy można wobec tego traktować poważnie sądy krytyczne, wypowia­
dane przez p. Czekanowskiego ?
Na zakończenie poruszę sprawę dotyczącą poziomu ogólnego arty­
kułu p. Czekanowskiego (1925 a), który w sposób jaskrawy uwydatnia
się w ustępie następującym: „Możność wykazania tak zasadniczych bra­
ków w znajomości przedmiotu u p. K. Stołyhwy daje zupełne uprawnienie
dla nawet i bardzo ostrego krytykowania jego działalności naukowej.
Nie potrzebuję tego uzasadniać, ani wielkością mego dorobku
naukowego, którego rozmiary przewyższają bodaj
przeszło dziesięciokrotnie rozmiary dorobku nauko­
wego p. K. Stołyhwy, ani też tem, że dorobek naukowy
mych uczniów przewyższa poważnie jego dorobek
naukowy. Zresztą moje stanowisko naukowe nakłada
na mnie przykry niekiedy obowiązek czuwania nad
poziomem prac ukazujących się u nas w dziedzinie obję­
tej mą katedrą“1).
Ustęp powyższy maluje dosadnie oblicze psychiczne p. Czeka­
nowskiego. Ciekaw jestem bardzo jaką to metodę statystyczną i jakie
kryterjum stosuje p. Czekanowski do oceny wielkości swego i mego
dorobku naukowego, skoro w sposób tak konkretny wyraża swą opinję
w cyfrze.
Nie znam miernika, który mógłby być zastosowany w sposób
objektywny i przekonywujący w tego rodzaju sprawie. W każdym jednak
razie podkreślę, że jeżeli za podstawę weźmiemy ilość prac i komuni­
katów naukowych, to p. Czekanowski nie posiada nawet jednej trzeciej
części ilości prac moich.
W każdym jednak razie metoda powyższa p. Czekanowskiego :
drapowania się w stosunku do mnie w togę autorytetu i przeprowa­
dzania hierarchji własnego dorobku naukowego, nie wykazuje conajmniej
dobrego smaku, czy zaś jest uzasadniona? nie mogę o tem sądzić, gdyż
nie uznaję za możliwe ocenianie prac własnych.
Przechodzę więc nad oceną powyższą p. Czekanowskiego do po­
rządku dziennego, jako nad sądem, nie posiadającym żadnej wartości
objektywnej a ośmieszającym tylko jego samego.
KAZIMIERZ STOŁYHWO.

LITERATURA.
1910

— J. Czekanowski — Recenzja pracy P. W. Schmidta : Die Stellung1 der
Pygmäenvölker in der Entwicklungsgeschichte des Menschen. (Zeit­
schrift für Ethnologie str. 830—831).
_
.
_ ^
1924 — J. Czekanowski — Recenzja odczytu: S. Poniatowski
Podłoże rasowe
kultur zasadniczych. (Lud, Tom XXIII) Lwów.
1925 a — J. Czekanowski — W sprawie artykułu p. K. Stołyhwy: w sprawie
metod Prof. Jana Czekanowskiego oraz recenzji jego z odczytu Sta­
nisława Poniatowskiego p. t. : „Podłoże rasowe kultur zasadniczych .
(Lud, Tom XXIV) Lwów.
’) Ustęp powyższy podkreślony został przezemnie.

200
1925 b - J- Czekanowski — Metoda analizy typów antropologicznych p. Kazi­
mierza Stolyhwy w świetle kryterjum niezależności. (Lud Tom XXIV).
1911 - F. Graebner — Methode der Ethnologie Heidelberg.
1919 - S. Poniatowski — O metodzie historycznej w etnologii i znaczeniu
jej wyników dla historji. (Przegląd Historyczny) Warszawa.
1925 - S. Poniatowski — Próba analizy historyczno-etnologicznej najstarszych
kultur europejskich. (Pamiętnik XII Zjazdu Lekarzy i Przyrodników
Polskich w Warszawie).
1902
A. Riedźko — Tieorija wierojatnostiej i istorija pierwobytnoj kultury.
(Etnograficzeskoje Obozrenije Nr. 1).
1924 — K. Stolyhwo — Analiza typów antropologicznych. (Światowit Tom
XII).
1924 a - K. Stolyhwo — W sprawie metod Prof. Jana Czekanowskiego oraz
recenzji jego z odczytu Stanisława Poniatowskiego p. t. : „Podłoże
rasowe kultur zasadniczych“. (Lud Tom XXIV).
1888 - Tylor E. B. — On a Method of Investigating 1he Development of
Institutions applied to Laws of Marriage and Descent. (The Journal
of the Antropological Institute of Great Britain and Ireland Tom XVIII).

W sprawie polemiki pomiędzy p. J. Czekanowskim a p. K. Stołyhwą.
Odpowiedź p. Czekanowskiego (Lud XXIV, 46—49) na artykuł
p. Stołyhwy (tamże, 44—45), napisany poniekąd w mojej sprawie
aczkolwiek bez mojej inicjatywy, zmusza mnie do złożenia następujących
wyjaśnień :
1. Na posiedzeniu Sekcji Nauk Antropologicznych XII Zjazdu
Lekarzy i Przyrodników w Warszawie w dniu 15. XII. 1925 po wysłu­
chaniu odczytu p. Czekanowskiego o ostatnich pracach, wykonanych
pod jego kierunkiem, złożyłem następujące oświadczenie, które zostało
włączone do protokułów Sekcji :
„Na początku r. 1924 wygłosiłem w Pol. Tow. Geograficznem
w Warszawie odczyt p. t. „Podłoże rasowe kultur zasadniczych“, w któ­
rym, jak to wyraźnie zaznaczyłem, dzieliłem się ze słuchaczami tymczasowemi wynikami rozpoczętych obszerniejszych badań. Na odczycie tym
obecny był Prof. Czekanowski, któremu w dyskusji w bardzo dobitny
sposób podkreśliłem różnice pomiędzy memi poglądami a jego na po­
ruszane zagadnienia. Z pracy mojej przedstawiłem komunikat na zjeździe
Międzynarodowego Instytutu Antropologji w Pradze we wrześniu r. 1924,
ściślej i częściowo przy pomocy nowych argumentów formułując wyniki
mych odnośnych badań. Podkreślam, że w czasie odczytywania przeze mnie
tego komunikatu p. Czekanowskiego na sali nie było. W d. 13 lipca
1925 r. wręczył mi p. Czekanowski w ostatnich dniach wydany t. III
serji II Ludu (1924), wskazując umieszczoną w nim przez siebie recenzję
mego odczytu w Pol. Tow. Geograficznem, przyczem na zapytanie moje
wyraźnie przyznał, że napisał ją po przeczytaniu rękopisu mego komu­
nikatu, który w styczniu 1925 r. złożyłem jako załącznik do podania
do Komitetu Kasy im. J. Mianowskiego w Warszawie, a który to rękopis
Komitet Kasy bez mej wiedzy przesłał do poufnej oceny p. Czekanowskiemu, jako swemu mężowi zaufania“.
2. Posiadam następujące oświadczenie :

201
„Niżej podpisani obecni w d. 15 lipca 1925 r. na posiedzeniu
Sekcji Nauk antropologicznych XII Zjazdu Lekarzy i Przyrodników pol­
skich w Warszawie stwierdzają, że prof. dr. Jan Czekanowski, odpo­
wiadając na uczynione mu przez p. Stanisława Poniatowskiego zarzuty
natury moralnej, przyznał, iż „przetrzymywał“ rękopisy p. Poniatowskiego,
nadesłane mu do oceny przez Kasę im. Mianowskiego. Warszawa.
(—) Kazimierz Stołyhwo, (—) Czesław Pietkiewicz, (—) Zofja Wąsowiczówna, (—) St. Wąsowski“.
3. Pomimo oświadczenia p. dr. Macieszy, przewodniczącego na
ówczesnem posiedzeniu zjazdowem, że sprawa zarzutów, poczynionych
przeze mnie p. Czekanowskiemu, nadaje się do załatwienia na drodze
honorowej, p. Czekanowski na tę drogę się nie udał.
4. Uniemożliwiając mi szybsze otrzymanie odpowiedzi ze strony
Kasy im. Mianowskiego przez przetrzymywanie moich rękopisów, p. Cze­
kanowski miał możność wyprzedzenia moich rozwiązań pewnych zagadnień
pracami swoich uczniów, którym dał do opracowania te same zagadnienia.
Tak np. znając rezultaty mojej analizy kultury magdaleńskiej i rasy
Cromagnońskiej, p. Czekanowski dał do zanalizowania tę rasę p. Ulbrychównie, która w pracy swej doszła zasadniczo do tych samych wyników.
Dla zadokumentowania powyższego odnośny mój rękopis p. t. „Analiza
historyczno-etnologiczna najstarszych kultur europejskich“ przeczytałem
na tem samem posiedzeniu Zjazdu, na którym p. Ulbrychówna refero­
wała swą pracę. Naturalnie p. Ulbrychównie żadnego zarzutu nie czynię,
bo nietylko niewątpliwie nie znała ona mego odnośnego rękopisu, ale
nie wiedziała zapewne, co skłoniło p. Czekanowskiego do powierzenia
jej tego tematu, który zresztą opracowała przy pomocy metod całkiem
odmiennych.
5. Nie odmawiam nikomu prawa krytykowania moich odczytów
i nie miałbym nic do zarzucenia p. Czekanowskiemu, gdyby swą recenzję
ogłosił w r. 1924 po ówczesnem wysłuchaniu mego odczytu. Byłoby to
nawet dla mnie b. pożądane, bo gdyby recenzja ta była zgodna z poglą­
dami wypowiedzianemi przez p. Czekanowskiego w dyskusji, to bardzo
ostro wystąpiłyby różnice między poglądami p. Czekanowskiego a mojemi,
których p. Czekanowski nie zdążył jeszcze podówczas sprawdzić przy
pomocy swych metod. Natomiast uważam za rzecz karygodną pisanie
krytyki nie na podstawie wysłuchania odczytu — choć za taką jest ta
krytyka podana przez p. Czekanowskiego — ale na podstawie poufnie
otrzymanego rękopisu.
6. P. Czekanowski pisze: „Na zarzut, że uczyniłem to bez poro­
zumienia z autorem, muszę odpowiedzieć pytaniem: Czy jest dopuszczalne,
by opinja w sprawie subwencyjnej była pisana w porozumieniu z auto­
rem“ (1. c. 47). Na tę zręczną próbę wysunięcia motywu materjalnego,
którego przypisywanie przeciwnikowi jest tak często stosowane w dzi­
siejszych czasach, zaznaczę tylko tyle, że co innego jest pisać opinję
w porozumieniu z autorem, a co innego zapytać autora, czy pozwala
na drukowanie opinji (wszystko jedno jakiej, dobrej czy złej) o swoim
rękopisie.

202
7. Ponieważ posługiwanie się moim rękopisem przy pisaniu recenzji
z mego odczytu według p. Czekanowskiego „mogło mu dać jedynie
przeświadczenie, że nie podnosi zarzutów nieuzasadnionych“ (1. c. 47),
więc zaznaczam, że mimo posiadania mego rękopisu p. Czekanowski
przypisał mi poglądy, których ani w odczycie ani w rękopisie nie wy­
powiedziałem, bo są one sprzeczne z tem, co pisałem. Dotyczy to np.
rzekomo zaakceptowania przezemnie „w sposób zupełnie zdecydowany“
nawiązania przez W. Schmidta rasy pigmejskiej do rasy „mongolskoarktycznej“, które zdaniem p. Czekanowskiego u mnie polega na wkluczeniu Lapończyków do szeregu ludów karłowatych. Istotnie, jeden z ele­
mentów składowych Lapończyków zaliczam wbrew W. Schmidtowi do
rasy pigmejskiej, ale wcale go nie wiążę z rasą „mongolsko-arktyczną“,
bo koncepcję tej rasy uważani za całkiem chybioną i w rękopisie nawet
tej wprowadzonej przez Schmidta nazwy nie wymieniłem, zaś w odczycie
pogląd Schmidta wymieniłem ale tylko w celu zaznaczenia różnicy mię­
dzy stanowiskiem jego a mojem.
8. Przykład powyższy świadczy zarazem o niedostatecznej znajo­
mości przez p. Czekanowskiego dawniejszego dorobku kierunku histo­
rycznego w etnologji, co zresztą do r. 1924 p. Czekanowski jasno sobie
uświadamiał, odczytując mi w latach 1922—23 w miarę pisania swą
pracę o rasach i ludach, przeznaczoną jako wstęp do zbiorowej histoiji
powszechnej. P. Czekanowski chętnie wówczas korzystał z udzielanych
mii przeze mnie rad i wskazówek, niekiedy b. nawet elementarnych, jak
np. pouczenie p. Czekanowskiego w r. 1923, że analiza historycznoetnologiczna kultur Ameryki Płd. została ogłoszona drukiem już w r. 1913,
co spowodowało potrzebę zupełnego przerobienia przez p. Czekanow­
skiego odnośnego rozdziału jego pracy. Jakże smutno wobec tego wyglą­
dają słowa p. Czekanowskiego, że w ciągu 12-dniowego pobytu we
Lwowie nie miał czasu na napisanie recenzji znanego mu od roku od­
czytu albo te, że uzupełnienie moich nawiązań przez wyniki skończonych
w międzyczasie obliczeń jego pracowniczki było z jego strony tylko
„aktem lojalności naukowej“ (I. c. 47).
Zdaje się, że powyższe fakty aż nadto wystarczająco ilustrują głę­
bokie różnice w pojmowaniu lojalności naukowej przez p. Stołyhwę a p.
Czekanowskiego, którego sprawami nie zajmowałbym się publicznie,
gdyby nie zaszła potrzeba rzeczowego uzupełnienia jego polemiki z p.
Stołyhwą.
Warszawa, 15/III. 1926 r.

STANISŁAW PONIATOWSKI.

W sprawie badań nad podłożeni rasowem populacyj antropologicznych.
TRESC: Trudności definicji typów antropologicznych. — Niekrytyczne stoso­
wanie metod statystycznych i przecenianie ich wartości. — Poszuki­
wanie nowych dróg metodycznych w sprawie anal zy typów antropolo§ïcznych. — Kryterjum niezależności E. B. Tylor’a. — Zarzuty Flower’a,
Riedźki i Graebnera. — Bezwartościowość zastosowania kryterjum
Tylor a do metody K. Stołyhwy. — Wielki walor cech pigmentacyjnych. — Podrzędne znaczenie wskaźnika głównego. — Wielkie zna-

/

203
czenie odcieni popielatawych i rudawych barwy włosów. — Metoda
p. Czekanowskiego asymilowania wyników naukowych. — Typy antro­
pologiczne p. Czekanowskiego. — Nieścisłość cytat p.Czekanowskiego. —
Elementarne błędy statystyczne p. Czekanowskiego. — Typy podstawowe
i typy wtórne. — Ciemnienie oczu i włosów. — H. fanobrachycephalus
K. Stołyhwy a typ (“ p. Czekanowskiego. — Połowiczne stosowanie
przez p. Czekanowskiego zasad współczesnych charakterystyki typów
antropologicznych. — Typ „Y‘ jako mieszaniec. — Rasa grenelska
i jej bezwartościowość. — Neandertaloidy. — Metoda i liagnozy różnicz­
kowej. — Niezrozumienie przez p. Czekanowskiego metody K. Stołyhwy
analizy typów antropologicznych a krytyka zagraniczna w tej sprawie.

1. Trudności definicji typów antropologicznych.
Wyświetlenie charakteru podłoża rasowego różnych populacyj antro­
pologicznych stanowi jedno z ciekawszych zagadnień antropologji, które
jednak napotyka na bardzo poważne trudności z tego względu, że defi­
nicja poszczególnych typów antropologicznych nasuwa jeszcze poważne
wątpliwości (Stołyhwo 1924). Wątpliwości te występują z tego powodu,
że definicje typów antropologicznych wykazują nieraz poważne różnice
w interpretacji poszczególnych autorów, co jest uwarunkowane bądź
stosowaniem odmiennych metod, które mogą nieraz posiadać wady za­
sadnicze, bądź też jest zależne od wpływu subjektywnych poglądów
autora, bądź wreszcie różnice w poglądach spowodowane bywają wpły­
wami terenu i środowiska badań. W różnych bowiem środowiskach
i terenach powstawać mogą odchylenia lokalne w zakresie niektórych
cech danego typu antropologicznego. Te właśnie odchylenia lokalne
przez niektórych autorów podawane są najzupełniej niesłusznie jako typy
zasadnicze. Tego rodzaju błędne definicje typów antropologicznych po­
wstają najłatwiej na podstawie dociekań statystycznych nad populacjami,
które przecież składają się przeważnie z mieszańców różnych typów
antropologicznych.
2. Niekrytyczne stosowanie metod statystycznych.
Rezultat niekrytycznego zastosowania metod statystycznych do
badania populacji jest zazwyczaj taki, iż jako typy zasadnicze antropo­
logiczne opisywane są te elementy, które występują szczególniej inten­
sywnie w danej populacji. W ten sposób wtórne typy lokalne, będące
typowymi mieszańcami, utożsamiane są zupełnie niesłusznie z zasadniczemi elementami danej populacji, które zwykle są w niej stosunkowo
nieliczne. W danym przypadku więc błędne zastosowanie metody staty­
stycznej doprowadza do zupełnie mylnej definicji typów antropologicznych.
Najbardziej typowym błędem w tym zakresie jest zastosowanie metody
średnich do definicji typów antropologicznych, a podkreślić należy, że
niestety znaczna większość typów antropologicznych została uchwyconą
na tej właśnie błędnej drodze.
Musimy przeto dążyć do wyświetlenia błędów popełnionych przez
różnych autorów przy określaniu poszczególnych typów antropologicznych

204
oraz szukać musimy nowych dróg do przeprowadzenia definicji należytej
typów antropologicznych, skoro drogi dotychczasowe nie doprowadziły
nas do określonego celu.
3. Przecenianie wartości metod biometrycznych.
Zastosowanie metod biometrycznych do rozwiązania kwestyj po­
wyższych nie rokuje niestety należytego powodzenia ze względu na cha­
rakter jednostronny wyników otrzymanych przy pomocy tych metod.
Jest to spowodowane prawdopodobnie tem, że nadmierne zaufanie do
metod biometrycznych wprost zaślepia niektórych pracowników nauko­
wych, przesłania im szersze horyzonty widzenia i powoduje pomijanie
zdobyczy naukowych, opartych na innych podstawach badawczych,
w danym przypadku odpowiednich wiadomości z zakresu nauk biolo­
gicznych.
Na poparcie słuszności zdania powyższego przjtoczę ustęp ze
słynnego dzieła A. Lang’a, który pisze: „Dass namentlich die Pearsonsche, zu einseitig mathematische Schule die Bedeutung der Bio­
metrik für die biologische Erklärung von Variation und Vererbung weit
überschätzt, hat die neuere experimentelle, besonders die in den Fussstapfen Mendels wandelnde Vererbungsforschung, an ihrer Spitze
Bateson und Johannsen, überzeugend nachgewiesen“. (1914 str. 205).
Taki stan rzeczy jest zrozumiały zupełnie dla każdego, kto uświa­
domi sobie z jednej strony potężną suggestję formuł matematycznych,
dających wrażenie chociażby pozornej ścisłości wyników, z drugiej zaś
strony niezmierną złożoność zjawisk z zakresu dziedziczności. Słusznie
więc pisze w tej sprąwie Bogdanów, że „prawa statystyczne o cha­
rakterze opisowym nigdy nie mogą dotyczyć istotnej treści sprawy
a tylko jej strony zewnętrznej“ (1920 str. 55). Nie przenika to jednak
niestety do świadomości tych, którzy starają się ująć obserwowane zja­
wiska tylko okiem matematyka a nie biologa.
Skomplikowane metody biometryczne mogą jednak na szczęście
być zastąpione z powodzeniem przez znacznie prostsze i łatwiejsze spo­
soby badania i opracowywania mateijału antropologicznego. Potwierdza
najzupełniej zdanie moje powyższe następujący ustęp bardzo ciekawej
pracy W. Scheidťa, który pisze: „Sehr treffend hat Lenz (1924)
die Ueberschätzung der Zahl in biologischen Untersuchungen gekenn­
zeichnet: Er sagt: „In der Biologie gelten Ergebnisse, die mit Hilfe
der sog. biometrischen Methoden gewonnen sind, vielfach als ganz
besonders „exakt“. Die mathematischen Gesetzlichkeiten gelten in der
Naturwissenschaft ja mit Recht als Vorbild der Exaktheit und in Uebereinstimmung mit einem bekannten Ausspruche Kant’s meint man, dass
ein Wissenszweig umso exakter sei, je mehr Mathematik in ihm enthalten
sei. Diese Ansicht ist unzweifelhaft im Keime richtig; man muss sich
aber hüten, den Grad der Exaktheit einer Arbeit als einfaches propor­
tional der Zahl und Kompliziertheit der dabei angewandten ~ mathema­
tischen Formeln anzusehen. Das Ansehen von Exaktheit, welches mathe-

205
matischen Formeln vorausgeht, verführt nur zu leicht dazu, komplizierte
Formeln auch da anzuwenden, wo man mit einfacheren Methoden eben­
falls und zum Teil sogar besser auskommen würde. Zumal die sogen,
biometrische Schule Pearson’s hat mit einem ungeheuren Aufwand an
mathematischem Scharfsinn eine Menge komplizierten Formeln als variations­
statistische Kollektivmasse aufgestellt. Von den mathematischen Biome­
trikern sind jedoch in der Regel gewisse logische Schwierigkeiten über­
sehen bzw. übersprungen worden, die in der Messung biologischer
Gegenstände nur eine Scheinexaktheit geben und es dürfte klar sein,
dass der Schein von Exaktheit wahrer Exaktheit geradezu im Wege
steht“ (1925 str. 515—516).
Widzimy z powyższego, iż w szerokich kołach antropologów, sto­
jących na najwyższym poziomie przygotowania naukowego, nurtuje
obecnie sceptycyzm co do istotnej wartości metod t. zw. biometrycznych.
Niepodobna więc uważać metody biometryczne za obowiązujące dla
każdego, kto chce w badaniu zachować wysoki poziom naukowy, a nawet
przeciwnie dążyć należy do obmyślenia metod badania łatwiej­
szych i prostszych, lecz pod względem logicznym odpowiednio
zastosowanych do danego zagadnienia. Przeskakiwanie bowiem nad
przeszkodami natury logicznej, jak to nieraz jest stosowane w metodach
biometrycznych, pomimo całej drobiazgowości tych metod nie prowadzi
nas do właściwego celu.
4. Poszukiwanie nowych drog metodycznych w sprawie
analizy typów antropologicznych.
Wyrazem poszukiwania nowych dróg metodycznych w antropologji jest
między innemi moja próba analizy typów antropologicznych (Stołyhwo 1924).
Nie uważam jej bynajmniej za rzecz doskonałą i ukończoną.
Świadczy o tem to, że od czasu ogłoszenia mej metody drukiem w 1924 r.
poczyniłem już w niej szereg uzupełnień. Jest to zatem tylko próba
pójścia odmiennemi, nowemi drogami, aniżeli te, któremi kroczą zwo­
lennicy metod biometrycznych ; te zaś bynajmniej nie uratowały bytu
antropologji, jak pisze p. Czekanowski (1925 str. 5Û), lecz nawet wpro­
wadziły ją na manowce.
Oczekuję więc z zainteresowaniem krytyki mojej metody, która,
wykazując słabe jej strony, przyspieszyłaby dalszy jej rozwój. Wszakże
traktować poważnie mogę tylko krytykę rzeczową i lojalną. Jaką zaś
jest krytyka mojej pracy napisana przez p. Czekanowskiego (1925) ■
przekonamy się o tem, rozpatrując poszczególne jego zarzuty.
5. Kryterjum niezależności E. B. Tylor’a.
Najlepszym przykładem zaślepienia p. Czekanowskiego w sprawie
wartości metod biometrycznych jest jego zdanie (1925 str. 49), że
w pracy mej zastosowana metoda „nie czyni zadość wymaganiom nauki
współczesnej. Nie uwzględnia ona bowiem konieczności stosowania kry-

206
terjum niezależności1*, wysuniętego już przpz znakomitego etnologa
E. B. Tylora w 1888 r.
Nie dziwię się bynajmniej temu, że p. Czekanowski został uwie­
dziony zasadami ponętnemi szkoły biometrycznej, gdyż temu losowi
uległ cały szereg nawet bardzo poważnych badaczy, lecz natomiast dziwię
się bardzo, że p. Czekanowski, który jest takim energicznym propaga­
torem metod biometrycznych, nie zna widocznie dobrze nawet literatury
polskiej, dotyczącej sprawy zastosowania tych metod.
Skoro bowiem p. Czekanowski uważa za konieczne zastosowanie
w mojej metodzie kryteijum niezależności według Tylor’a (1888), —
przeto można wnioskować, że nie jest mu znaną praca S. Poniatow­
skiego (1919 str. 10) wzmiankująca, iż „ważnym szkopułem, o który
rozbija się metoda Tylor’a, jest zbyt mały materjał, który nie pozwala
na zastosowanie rachunku prawdopodobieństwa“.
6. Zarzuty Flower’a, Riedźki i Graebner’a.
Trudno uważać metodę Tylor’a za obowiązującą, skoro została ona
skrytykowaną i zdyskwalifikowaną oddawna już przez szereg autorów
i to zaczynając nawet od dyskusji, po przedstawieniu tej metody przez
Tylor’a, na posiedzeniu Instytutu Antropologicznego w. Londynie w 1888
roku (str. 271).
Tak np. Prof. Flower zrobił wówczas uwagę następującą: „It was,
howewer, perfectly obvious that the value of such a method depended
entirely upon the units of comparison being of équivalent value, and
this seemed to him to be a very great difficulty "when dealing with
groups of mankind“ (1889 str. 271).
Następnie metoda Tylor’a została poddaną badaniu krytycznemu
przez A. Riedźkę (1902 str. 104) przed dwudziestu paru laty i wy­
niki tych badań wykazały niemożność zastosowania teorji prawdopodo­
bieństwa do małych danych cyfrowych.
Niema przytem podstawy do przypuszczeń, że jest to przeszkoda
natury chwilowej, ponieważ liczebność obserwacyj antropologicznych,
dokonanych w stosunku do przestrzeni i do ilości materjału badanego,
jest niezmiernie skromna.
Widzimy więc, że z punktu widzenia teorji prawdopodobieństwa
trudno rachować na rolę poważną metody Tylor’a, nietylko obecnie,
lecz nawet i w przyszłości, ponieważ materjał badany przez nas nie
przedstawia wymaganych warunków dla jej zastosowania. Przy pomocy
tej metody, pisze Riedźko, być może można coś niecoś zgadnąć, lecz
niepodobna niczego dowieść, ani też stwierdzić, że fakt ten nie ulega
żadnej wątpliwości i stanowi pewną podstawę dla dalszych badań. Na tem
przecież opierały się najlepsze nadzieje związane z metodą Tylor’a.
Ciekawe i bardzo trafne są uwagi krytyczne w sprawie metody
Tylor’a, które poczynione zostały również przez F. Graebnera (1911
str. 88) ; w tej sprawie pisze on, co następuje :
„Ein sehr wesentlicher Fehler der Methode ist schon in der

207
Diskussion die dem Vortrage von Tylor folgte bemerkt worden (J. A.
I. 1888 str. 271) dass nämlich ihre Sicherheit von der Feststellung der
Vergleichseinheiten abhängt und dass diese Feststellung sehr problema­
tisch ist. Tylor’s Erwiderung, dass es genüge, jede Erscheinungsgruppe
mit gut charakterisierten Besonderheiten als Einheit zu behandeln, beseitigt
den Einwurf nicht, da ja das so bezeichnete Charakteristikum der Einheit
relativ ist; tatsächlich würde jede besonders umfangreiche Ausbreitung
sekundärer Erscheinungsassoziationen — ganz gleichgültig, ob sie in
Wirklichkeit vorkommt oder nicht; es handelt sich hier nur um die
theoretische Möglichkeit — die Methode, umwerfen oder zu ganz falschen
Ergebnissen führen. Ein zweiter, ebenso fundamentaler Mängel ist, dass
die Methode eine Vollständigkeit des Materials voraussetzt, wie sie weder
bei Tylor vorhanden ist noch nach Lage der Dinge jemals zu erreichen
sein wird ; denn die Annahme, dass die vorhandenen Lücken sich nach
den verschiedenen Richtungen ausgleichen würden, ist zwar optimistisch,
aber zweifellos unbegründet. Diese Unvollständigkeit ist natürlich nicht
nur geographisch, sondern trifft auch die Beobachtungen innerhalb der
als Einheit zusammengefassten Erscheinungsgruppe“.
Najzupełniej słusznie też Graebner (1911 str. 89) zaznacza, że
„Die Statistik kann eben an sich niemals Tatsachen erklären, sondern
nur auf Probleme aufmerksam machen“.
Biorąc pod uwagę zarzuty poważne, wysunięte przez Flowera,
Riedźkę i Graebner’a w stosunku do metody Tylor’a, możemy wypro­
wadzić wniosek, że p. Czekanowski prawdopodobnie nie zna literatury
dotyczącej tej sprawy, skoro wysuwa zarzut przeciw mej pracy, iż ona
„nie czyni zadość wymaganiom nauki współczesnej“, ponieważ nie
uwzględnia kryterjum Tylor’a. Gdyby zaś się okazało, że p. Czekanowski
zna jednak prace powyższe, to w takim razie powinien wpierw wykazać
w sposób niezbity, że zarzuty postawione Tylor’owi są niesłuszne, a do­
piera później ma prawo krytykować moją metodę z tego punktu widzenia.
7. Bezwartościo wość zastosowania kryterjum Tylor’a
do metody analizy typów antropologicznych K. Stołyhwy.
Ponieważ metoda moja jest przedewszystkiem próbą
analizowania materjału nielicznego, co piszę wyraźnie na
str. 16 (1924), przeto widzimy, że metoda Tylor’a jest zupełnie dla
niej nieprzydatną, gdyż jako oparta na. rachunku prawdopodobieństwa,
jest ona zupełnie bezwartościowa w zastosowaniu do małego materjału.
Na tę nieprzydatność metody Tylor’a do materjału badanego przezemnie (Stołyhwo 1924) wskazują zresztą zupełnie wyraźnie ogromne
błędy prawdopodobne w tabelach p. Czekanowskiego (1925 str. 51
i nast.). Tak np.. z wyróżnionych przezemnie 11 grup pigmentacyjnych,
tylko dla jednej właściwie, a mianowicie dla grupy X, zaobserwować
możemy różnicę (5'65) między liczebnością faktyczną (17) a teoretyczną
(11.35), która to różnica jest znacznie większą od odnośnego błędu
prawdopodobnego (± 2.44). Natomiast w dwóch innych grupach, bra-

-

'■-«w

rn

208
nych pod uwagę przez p. Czekanowskiego, różnice te wynoszą (3.90)
u grupy VI i (2.43) u grupy III przy błędach prawdopodobnych (+2.27)
dla grupy VI i (± 2.21) dla grupy III.
Mam przeświadczenie, że opieranie się na takich drobnych różni­
cach, w porównaniu z wielkością błędów prawdopodobnych, zasługuje
na postawienie p. Czekanowskiemu zarzutu wielkiej lekkomyślności, któ­
rym to zarzutem lubi on tak bardzo operować w stosunku do innych,
a nie dostrzega tej wady u siebie samego. Należy tu przypomnieć p.
Czekanowskiemu, że, według zasad powszechnie przyjętych, dopiero
wówczas możemy traktować poważnie daną grupę, gdy różnica między
liczebnością faktyczną a teoretyczną jest przynajmniej trzykrotnie większa
od odnośnego błędu prawdopodobnego.
Metodę krytyki p. Czekanowskiego oraz jego ścisłość, ilustruje
zresztą doskonale ustęp następujący jego pracy (1925 str. 52), w którym
p. Czekanowski, stwierdzając, że przy pomocy mojej metody, wyodrębni­
łem pod nazwą „zasadniczych grup pigmentacyjnych“ te same jednak
grupy (III, VI i X), które p. Czekanowski, przy zastosowaniu kryterjum
Tylor’a, uznał za wchodzące w rachubę, pisze wszakże w tej sprawie,
że „gdy mnie jednak do wniosku doprowadziła jedna tabela i kilkuwierszowe uzasadnienie, jego metoda wymaga 28-stronicowej dyskusji,,
zawierającej aż 15 tabel, wyposażonych w dodatku w specjalne znaki
typograficzne“. Otóż zdanie powyższe niestety zupełnie nie odpowiada
istocie rzeczy, ponieważ uważny czytelnik przekona się łatwo, że owa
„28 stronicowa dyskusja“ moja dotyczy bardzo wielu kwestyj zasadni­
czych zupełnie innej natury. W tej części bowiem mojej pracy piszę
o sprawach tego rodzaju, jak o charakterze morfologicznym grup pigmen­
tacyjnych na podstawie aż 15 różnych cech antropologicznych, omawiam
sprawę hierarchji cech, oraz podaję opis szczegółowy mojej metody,
ponieważ wykładam ją po raz pierwszy. Te właśnie sprawy wypełniły
rzeczywiście około 28 stronic druku. Natomiast tej kwestji, o której
w danym przypadku pisze p. Czekanowski, poświęcam jedynie tylko
małą tabelkę na str. 12 oraz kilkanaście wierszy na str. 13 i na str. 39.
Nie przypuszczam, by p. Czekanowski nie był w stanie .zrozumieć tego,
co było napisane przezemnie na owych 28-iu stronicach, a przeto należy
postawić mu zarzut, że w krytyce sWej świadomie wprowadza w błąd
czytelnika, by móc następnie napisać na str. 52, że ilustruje to „zupełnie
dostatecznie zacofanie metodologiczne postępowania p. K. Stołyhwy“.
Jak widzimy z powyższego, p. Czekanowski wmawia w czytelnika, że
moja metoda jest wadliwa, a jego metoda jest lepsza i treściwsza. Tymczasem
okazuje się, że tak nie jest, bo rzekoma ścisłość metody p. Czekanowskiego
polega na bezwartościowem w danym przypadku stosowaniu
rachunku prawdopobieństwa, co potwierdza zresztą niejednokrotnie
sam p. Czekanowski, pisząc np. na str. 54 swojej pracy: „Nadwyżki te
są coprawda nikłe, wynoszą bowiem we wszystkich wypadkach zaledwie
ułamek jednego osobnika... Musimy na nie jednak zwrócić uwagę przez
wzgląd na to, że zaznaczają się w nich wprost zadziwiające prawidło­
wości, harmonizujące najzupełniej z całokształtem wyników dotychczaso-

209
wych badań nad antropologią Europy wogóle, a antropologią Polski
w szczególności“ (1925).
Okazuje się więc, że zastosowanie metody p. Czekanowskiego
dało wyniki tak nikłe, jak nadwyżki liczebności postrzeganych nad teore­
tycznie oczekiwanemi, wynoszące zaledwie ułamek jednego osobnika.
Wobec tego postawić należy pytanie : czy warto było przeprowadzać te
obliczenia? — skoro na nich oprzeć się nie można. Należałoby zatem
konsekwentnie powiedzieć, że wobec tak nikłych nadwyżek liczebności
uważamy za słuszne powstrzymać się od wyciągania jakichkolwiek wniosków.
Tymczasem p. Czekanowski wyprowadza jednak cały szereg wniosków
na podstawie badanego przezemnie materjału, jedynie tylko przez wzgląd
na zaznaczające się, „wprost zadziwiające prawidłowości“, które pomimo
skromnej liczebności danego materjału, uwypukliły się dzięki zastoso­
waniu — mojej właśnie metody, a nie metody p. Czekanowskiego.
8. Wielki walor cech pigmentacyjnych.
Jeżeli p. Czekanowski na str. 56 swojej pracy (1925) pisze, że
„jak widzimy rozpatrzenie kombinacyj grup pigmentacyjnych i wskaźnika
głównego doprowadziło nas do bardzo ważnych, a częśeiowo nawet
i bardzo ogólnych wyników“, to powiedzieć w tej sprawie należy, że
zawdzięczamy to nie metodzie p. Czekanowskiego, ale metodzie
mojej, która uwypukliła wielkie znaczenie grup pigmen­
tacyjnych, które to znaczenie było nawet podawane w wątpliwość
przez p. Czekanowskiego przed ukazaniem się mojej pracy (1924).
Teraz zaś, w sprawie wysunięcia na plan pierwszy grup pigmen­
tacyjnych, p. Czekanowski (1925 str. 56) pisze: „Mamy tu zatem argu­
ment poważnie uzasadniający słuszność oddawna już ustalonego postę­
powania w badaniu antropologicznem, które na miejsca naczelne wysuwr
wskaźnik główny i cechy pigmentacyjne“.
Coprawda bardzo niedawno, bo jeszcze w 1923 roku, p. Czeka­
nowski był cokolwiek innego zdania w tej sprawie, gdyż na posiedzeniu
Instytutu Nauk Antropologicznych, w odpowiedzi na moje twierdzenie,
że pigmentacja należy do najważniejszych cech antropologicznych i że
należy zwrócić Specjalną uwagę na czyste typy pigmentacyjne, p. Cze­
kanowski wyraził w tej sprawie poważną wątpliwość, a nawet, krytykując
moje zdanie powyższe, jako przykład przytoczył ubarwienie tygrysa,
które zdaniem p. Czekanowskiego miało świadczyć o bezwartościowości
czystych typów pigmentacyjnych.
Przykład powyższy wymownie świadczy o tern, że p. Czekanowski
nie zdawał sobie wówczas nawet sprawy, nietylko z wielkiego znaczenia
cech pigmentacyjnych, ale i z tego, że pragnąc obalić znaczenie tych
cech, przytoczył doskonały przykład, jak najbardziej popierający wielką
wagę diagnostyczną pigmentacji. . Przecież pigmentącja tygrysa, jako
barwa t. zw. „dzika“, stanowi typ czysty pigmentacyjny i nie może być
rozważana jako produkt przekrzyżowaó. Wiemy też, że na podstawie
charakteru pigmentacji, wśród rodziny kotów, daleko łatwiej jest wyLud. T. XXIV.

14

210
odrębnie poszczególne gatunki, niż na podstawie różnych pomiarów.
Wskazuje na to wyraźnie praca znakomitego antropologa włoskiego
G. Sergiego (1910).
9. Podrzędne znaczenie wskaźnika głównego.
W sprawie diagnozy ras p. Czekanowski w latach poprzednich
przypisywał specjalnie wielkie znaczenie wskaźnikowi głównemu i zdanie
to potwierdza zresztą w swej pracy ostatniej (1925). Otóż w tej sprawie
zakomunikować mogę, że przeprowadzone przezemnie badania nad hierarchją cech antropologicznych, na podstawie populacji egipskiej, pocho­
dzącej z okresu XVIII dynastji faraonów w Tebach, dały rezultat tego
rodzaju, że wskaźnik główny zajmuje miejsce 9-te t. j. przedostatnie
z pośród dziesięciu cech badanych (1925). Wynik powyższy wskazuje
więc na podrzędną zupełnie rolę wskaźnika głównego, przynajmniej
wśród populacji egipskiej z powyższego okresu. Przedwczesnem jest
oczywiście uogólniać wynik powyższy, można jednak już powątpiewać
co do tego, czy zawsze wskaźnik główny posiada rolę pierwszorzędną
w sprawie diagnozy ras ludżkich.
Zresztą badania genetyczne nad wskaźnikiem głównym wykazują
bardzo różnorodne zachowanie się jego w populacjach, co wskazuje
również na podrzędne jego znaczenie.
10. Wielkie znaczenie odcieni popielatawych
i rudawych barwy włosów.
Cieszy mnie bardzo fakt, że udało mi się przekonać p. Czekanowskiego przynajmniej co do wielkiego znaczenia pigmentacji, gdyż
jak widzimy, zmienił on na szczęście pierwotne swe zdanie i zrozumiał
nareszcie wielkie znaczenie odcieni popielatawych i rudawych barwy _
włosów, na które kładę nacisk specjalny w mojej pracy (1924). Cha­
rakterystycznym dla p. Czekanowskiego w tej sprawie jest fakt, że
aczkolwiek moja praca jest wcześniejszą od pracy F. Paudlera (1924),
gdyż przedstawioną została jeszcze w 1923 r. na posiedzeniu Instytutu
Nauk Antropologicznych T. N. W., to jednak p. Czekanowski-na str.
54 swojej pracy (1925) cytuje w tej sprawie Paudlera w sposób nastę­
pujący : „W grupach VII i IV zaznacza się zespolenie pośredniogłowości
i oczu niebieskich z odcieniami popielatawemi“. „Wskazuje to na typ
północno-europejski. Ną to dla niego tak charakterystyczne zespolenie
zwracał już uwagę Paudler“. Na podstawie powyższego sposobu cyto­
wania można byłoby przypuszczać, że Paudler o wiele wcześniej przedemną ten pogląd wyraził. Tymczasem mamy tu do czynienia z poglą­
dami, które ukazały się w literaturze jednocześnie i powstały niezależnie
jeden od drugiego. Jest to fakt oczywiście bardzo drobny, lecz świadczy
wyraźnie o tendencjach ze strony p. Czekanowskiego.
Zupełnie też mylną jest interpretacja p. Czekanowskiego, że jakobym
ja „wysunąwszy zrazu potrzebę rozróżniania odcieni rudawych i popie-

211
latawych, w ostatecznym wyniku nie przypisywał do tego już żadnej
wagi (1925 str. 73). Tabela bowiem podana na str. 80 mojej pracy
(1924) nie jest bynajmniej ostatecznym wynikiem, a raczej jest epizodem,
mającym na celu wykazanie, że typy p. Czekanowskiego są koncepcją
sztuczną i nie odpowiadają rzeczywistości. Wskazuje na to wyraźnie
treść tego, co piszą w sprawie tej tablicy na tejże str. 80 1 81 (1924),
że „określenie powyższe byłoby słusznem, gdybyśmy mieli pewność, że
definicja typów powyższych p. Czekanowskiego i Mydlarskiego, jest już
zupełnie ustaloną. Tak jednakże nie jest. Wskazuje na to wyraźnie różnica
w sposobie ujęcia niektórych z tych typów przez p. Czekanowskiego
i Mydlarskiego. W czasach ostatnich mianowicie wprowadzone zostały
dość zasadnicze modyfikacje dawnych określeń Czekanowskiego, jak
o tem była mowa powyżej i przypuszczać można, że dalsze badania nad
typami realnemi na terenie Polski mogą wykazać potrzebę jeszcze nowych
modyfikacyj w zakresie koncepcji tych typów antropologicznych“. Ustęp
powyższy świadczy wyraźnie o charakterze i zadaniach tabeli podanej
na str. 80 w mojej pracy (1924), t. j. że miała ona na celu wykazać,
w sposób możliwie delikatny, sztuczność, a tem samem i bezwartościowość typów wysuniętych przez p. Czekanowskiego.
Zadziwiającym bardzo jest fakt, że p. Czekanowski, po zdyskwali­
fikowaniu mej pracy z tego powodu, że nie uwzględniłem kryterjum
Tylor’a, na str. 67 tej samej swojej pracy (1925) sam zresztą pod­
waża wartość zastosowania metody Tylor’a przez twierdzenie następujące :
„Błędy prawdopodobnie nie zostały tu również podane, bo cóż one nam
dadzą? Przecież wszystkie wnioski opierać się muszą, wskutek niedosta­
tecznej liczebności materjału, na ułamkach jednego osobnika. Jeśli o nich
wogóle może być mowa, to przecież jedynie dlatego, że prawidłowości
są tak uderzające. Jest to spowodowane oczywiście przez to, że wysu­
nięcie grup pigmentacyjnycl. było posunięciem bardzo udatném“. P. Cze­
kanowski przemilcza jednak, że posunięcie to zostało dokonane przecież
przeze mnie, a nie przez nit'go.
11. Metoda p. Czekanowskiego asymilowania wyników ,
naukowych.
P. Czekanowski (1925 str. 71) nie waha się twierdzić, iż jakoby
wynikiem jego własnej pracy (!) jest „stwierdzenie, że do poszczególnych
typów antropologicznych nawiązują się odmienne odcienie, barwy włosów“.
Z nadzwyczajną rzeczywiście łatwością otrzymał p. Czekanowski
tego rodzaju wyniki i dziwię się bardzo, że nie otrzymał ich cokolwiek
wcześniej, przy pomocy swojej własnej metody diagnozy różniczkowej.
Gdyby p. Czekanowski w tej sprawie napisał, że uważa za słuszne
poglądy wyrażone przez K. Stołyhwę i F. Paudlera w sprawie odmiennych
odcieni barw włosów u pewnych typów antropologicznych —1 byłby
w zupełnym porządku. Skoro jednak na podstawie tylko recenzji swojej
o mojej pracy usiłuje p. Czekanowski podporządkować sobie otrzymane
przezemnie wyniki, to muszę przeciw temu najgoręcej zaprotestować.
14*

212

Wynika z powyższego, że krytyka p. Czekanowskiego miała za
zadanie : potępić moją metodę, nie przebierając pod tym względem
w środkach, aby później wyniki otrzymane przy pomocy mojej metody
zasymilować na drodze dokonania pewnych, najzupełniej zbędnych, przerachowań. Tego rodzaju metoda asymilacji dyskredytuje niewątpliwie .tego,
kto ją .uprawia.
Ze p. Czekanowski po przeprowadzeniu swoich skomplikowanych
obliczeń dochodzi do wniosków zbliżonych bardzo do moich poglądów,
które zostały osiągnięte przy pomocy metody bezporównania prostszej
i bardziej przejrzystej, świadczy również ustęp następujący jego artykułu
(1925 str. 54), w którym p. Czekanowski pisze: „że w wysuniętych“
przez K. Stołyhwę „na miejsce naczelne grupach VI, III i X mamy
istotnie do czynienia z wyraźnemi odchyleniami od ustosunkowania cha­
rakterystycznego dla badanej populacji, jako całości“. Wobec tej zgod­
ności naszych wyników postawić należy pytanie : czy moja metoda nie
jest lepsza od metody p. Czekanowskiego?, ponieważ bezpośrednio pro­
wadzi do celu, pomijając zbędne zastosowanie rachunku prawdopodo­
bieństwa. Mniemam, że taka metoda musi być uznana za lepszą, która
osiąga te same rezultaty znacznie szybciej, z mniejszym nakładem pracy
i drogą znacznie prostszą i łatwiejszą.
12. Typy antropologiczne p. Czekanowskiego.'
Charakterystycznym niezmiernie dla logiki postępowania p. Cze­
kanowskiego jest również fakt następujący: pisze on, „że materjał opra­
cowany przez p. K. Stołyhwę jest zupełnie niewystarczający“ (1925
str. 54). Nie przeszkadza to jednak p. Czekanowskiemu przystąpić nie­
zwłocznie, na tej samej stronicy, do przeprowadzenia z przedziwną
łatwością określania wysuniętych przezemnie grup pigmentacyjnych- przez
nadanie im różnych symbolów swoich typów. Najzabawniejszem jest
przytem określenie p. Czekanowskiego mojej grupy IV, składającej się
tylko z jednego osobnika. P. Czekanowski nie waha się w danym przy­
padku wypowiedzieć zdanie następujące: (1925 str. 55) „Stwierdza on
zespolenie się jasnych rudawych włosów, jasnych piwnych oczu i średniogłowości, z któremi łączy się średniolicowóść, wąskonosość, wypukły
profil nosa i wzrost - wysoki. Być może będzie to przedstawiciel tego
elementu śródziemnomorskiego, który zdołałem stwierdzić w Badenie“.
Oczywiście nic więcej nie sposób tu powiedzieć, jak to, że owego
śródziemnomorczyka badeńskiego należy włożyć między bajki, ponieważ
H. mediterraneus powszechnie jest uznany jako element ciemnowłosy,
piwnooki, długogłowy, długolicy, oraz wzrostu średniego. Ani więc pigmentacja, ąni też cechy morfologiczne i wzrost mojej grupy IV nie odpo­
wiadają charakterowi H. mediterraneus. W tej sprawie zachowałem daleko
większą ostrożność i powściągliwość, aniżeli p. Czekanowski, ponieważ
na str. 79—80 mojej pracy (1924) piszę „że rezultat porównania real­
nych grup pigmentacyjnych, występujących na terenie powiatu ostrow­
skiego z typami u, ß, y, â, 1 i w Czekanowskiego i Mydlarskiego nie

213
jest zadowalający. W żadnym przypadku nie byliśmy w stanie powiedzieć,
że którakolwiek z naszych realnych grup pigmentacyjn fch odpowiada
najzupełniej któremukolwiek z powyższych typów idealnych. Może być
jedynie tylko mowa o pewnem zbliżeniu“. Podając zaś na str. 80 (1924)
tablicą, ilustrującą owe zbliżenia do typów Czekanowskiego, pominąłem
zupełnie moją grupą IV w tej sprawie, aczkolwiek z wiąkszą słusznością
możnaby było powiedzieć, że ten jedyny przedstawiciel grupy IV jest
prawdopodobnie mieszańcem powstałym na skutek przekrzyżowań H.
nordicus z jakimś elementem ciemnookim.
Na definicją typów powyższych p. Czekanowskiego zapatruję sią
bardzo sceptycznie, ponieważ są one sztucznym produktem opra­
cowań statystycznych i nie odpowiadają stosunkom
realnym, jak to wykazało przeprowadzone przezemnie porównanie
(1924 st. 72—81). Dziwaczna przytem nomenklatura tych typów, posługająca się alfabetem greckim, świadczy wyraźnie o braku znajomości ze
strony p. Czekanowskiego zasad terminologii naukowej powszechnie
przyjętych w taksonomji.
13. Nieścisłość cytat p. Czekanowskiego.
Niezmiernie charakterystycznym dowodem nieścisłości cytat p. Cze­
kanowskiego z mojej pracy (1924) są ustępy podane przez niego na
str. 57 i 66 (1925) w którym p. Czekanowski usiłuje imputować mi,
iż jakoby doliczyłem się „że całość stanowi przeszło 145 setnych“. Jest
to oczywiście zupełnie niezgodne z prawdą. W rzeczywistości bowiem,
na str. 80 mojej pracy (1924), po zaznaczeniu, że pomiędzy mojemi
realnemi grupami pigmentacyjnemi a typami p. Czekanowskiego wystę­
puje tylko pewne zbliżenie, a zgodności zupełnej niema, podaję tablicę,
w której wykazuję, że moja grupa II odpowiadać może, bądź typowi
bądź też typowi „w“ ; następnie, że moja grupa V odpowiadać
może bądź typowi
bądź też typowi
; dalej, że moja grupa VIII
odpowiadać może bądź typowi
bądź typowi
; wreszcie, że
moja grupa X odpowiadać może bądź typowi „ß“, bądź też typowi „w".
Na skutek takiego względnego tylko zaznaczenia zbliżenia moich
grup pigmentacyjnych do niektórych typów „greckich" p. Czekanow­
skiego, — ograniczyłem się do podania u dołu poszczególnych kolumn,
odpowiadających poszczególnym typom p. Czekanowskiego, maksymalnych
stosunków procentowych występowania tych elementów. Nie zsumo­
wywałem jednak wcale tych cyfr, gdyż tego rodzaju czynność
byłaby oczywiście elementarnym błędem logicznym.
P. Czekanowski jednak dokonał tego elementar­
nego błędu, gdyż zadał sobie najzupełniej niepotrzebnie trud zsumo­
wania wszystkich cyfr, wykazujących maksymalne stosunki procentowe
występowania poszczególnych typów i otrzymał w ten sposób ogółem
145.93 %.

214
14. Elementarne błędy statystyczne p. Czekanowskiego.
Ze p. Czekanowski popełnił wspomniany powyżej błąd logiczny,
nie dziwi to mnie wcale, ponieważ w stosowanej przez niego metodzie
diagnozy różniczkowej, popełnia on stale jeszcze gorsze błędy logiczne,
jak np. dodawanie centymetrów do milimetrów, wielkości kątów do
wielkości wskaźników, uzupełniając powstałe w ten sposób „średnie
różnice“ nawet wielkością cyfry nie oznaczającej żadnej wielkości, jak
numery porządkowe skali barw oczu i włosów (Czekanowski 1910).
Dziwi mnie natomiast bardzo imputowanie mi przez p. Czekanowskiego
(1925 str. 57) „skrajnej nieudolności statystycznej“ na podstawie błędu
popełnionego nie przeze mnie, lecz przez niego samego.
Jest to rzeczywiście fakt bardzo charakterystyczny, iż p. Czeka­
nowski, który nie wyczuwa absurdów logicznych w swej własnej metodzie
diagnozy różniczkowej, wykazuje jednak tak nadzwyczajną wrażliwość
nawet na błędy, których ja nie popełniłem wcale, a które są tylko jego
własnym wytworem.
15. Typy podstawowe i typy wtórne.
Dziwi mnie niezmiernie, że p. Czekanowski nie zorjentował się
zupełnie w tem, że ja traktuję bardzo sceptycznie jego typy antropo­
logiczne i że dochodzę w tej sprawie w pracy mojej U924) do wniosków
zupełnie negatywnych.
Wprost zaś jestem zdumiony twierdzeniem p. Czekanowskiego
(1925 str. 57), jakobym wysuwał w pow. ostrowskim na miejsce naczelne
„ciemnowłosego nadkrótkogłowca“, skoro zupełnie wyraźnie wysunąłem
na miejsce naczelne grupę VI t. j. jasnorudawego, niebieskookiego krótkogłowca, nie jako element najliczniejszy, lecz jako grupę czystą pod
względem charakteru cech pigmentacyjnych i posiadającą charakter typu
podstawowego w danem podłożu rasowem.
Elementarne wprost niezrozumienie mojej pracy zdradza p. Cze­
kanowski, twierdząc na str. 62 (1925), że ja w końcu 5 arkusza mej
pracy wysuwam na miejsce naczelne ciemnowłosego nadkrótkogłowca
a w środkowej części mej pracy, oraz na jej końcu, jasnowłosego krótkogłowca. P. Czekanowski splątał tu dwie zupełnie różne kwestje : typów
podstawowych i typów wtórnych.
Otóż grupę VI, t. j. jasno-rudawego niebieskookiego krótkogłowca
wysunąłem jako typ podstawowy, natomiast grupę X, t. j. ciemnopopielatawego zielonawookiego krótkogłowca, a nie „nadkrótkogłowca“ jak
pisze p. Czekanowski, wysunąłem jako lokalny typ wtórny. Niema więc
w tem żadnej sprzeczności, tembardziej, że na str. 61 mojej pracy (1924)
piszę wyraźnie, że „grupa X pozyskała już nawet w danym terenie
przewagę nad macierzystą grupą VI, na tle której powstała“. Że w danym
terenie występuje liczniej ciemnopopielatawy zielonawooki krótkogłowiec,
nie wynika z tego jednak bynajmniej, by mógł on być uważany za typ
czysty, podstawowy, ponieważ barwa jego oczu wskazuje wyraźnie na to,

215
że jest on mieszańcem. Pan Czekanowski zaś, który o typach antropo­
logicznych sądzi najwidoczniej tylko na podstawie liczebności ich wystę­
powania, zapomina o tem, że w populacji mieszańcy są zazwyczaj bardziej
liczni, niż typy czyste, będące istotnem podłożem rasowem. Dlatego
właśnie zapatruję się sceptycznie na typy „greckie“ p. Czekanowskiego,
ponieważ, opierając się na liczebności występowania pewnych elementów,
ujmuje on nie typy podstawowe, lecz różne kategorje lokalnych mie
szańców.
Jak widzimy z powyższego p. Czekanowski uwikłał się w rzeko­
mych sprzecznościach mojej pracy dlatego, że operuje mylną metodą
przy ocenianiu typów antropologicznych. Ponieważ jednak te sprawy
przedstawione zostały przezemnie zupełnie wyraźnie i dobitnie, przeto
trudno mi jest przypuścić nawet, by p. Czekanowski naprawdę nie mógł
zorjentować się w tej kwestji, skoro zorjentowali się w niej doskonale
inni czytelnicy, a nawet autorzy obcokrajowi. Wobec tego wysuwanie
przez p. Czekanowskiego takiego rodzaju nieistniejących .sprzeczności
w mojej pracy tłumaczyć muszę tem, że dążył on celowo w swej krytyce
do wprowadzenia w błąd czytelnika — przez tendencyjne fantazjowanie
na temat mojej pracy.
16. Ciemnienie oczu i włosów.
Co się tyczy ciemnienia oczu i włosów, to proces ten oczywiście
ma miejsce w ciągu rozwoju osobniczego. Wszakże proces tego rodzaju
nie może być stwierdzony na drodze badań statystycznych nad pewną
populacją, składającą się z osobników mniej więcej jednakowego wieku,
jak np. populacja badana przeze mnie. Jeżeli pewne osobniki w danej
populacji posiadają ciemne włosy i oczy zielonawe, to nie mamy żadnych
podstaw konkretnych do twierdzenia, że jest to ten sam typ, co element
niebieskooki i jasnowłosy, chociażby pod względem morfologicznym była
wielka między nimi zgodność. Dopiero na drodze badań nad rozwojem
osobniczym należałoby dowieść, iż typ niebieskooki i jasnowłosy prze­
kształca się w dalszym swym rozwoju osobniczym w typ ciemnowłosy
i zielonawooki. Ponieważ jednak znamy w naszym kraju liczne osobniki,
które w wieku bardzo późnym posiadają oczy niebieskie i włosy jasne,
przeto wątpić należy, by przypuszczenie powyższe- można było generali­
zować. Dlatego właśnie w pracy mojej (1924 str. 60) napisałem o gru­
pie X, t. j. ciemnopopielatawym zielonawookim krótkogłowcu, iż stanowi
ona „produkt infiltracji typów ciemnych w podłoże typów jasnych“. Nie
mogłem zresztę identyfikować grupy VI t. j. jasnorudawego niebiesko­
okiego krótkogłowca z grupą X t. j. z ciemnopopielatawym zielonawo­
okim krótkogłowcem, jak to pragnie uczynić najzupełniej bezpodstawnie
p. Czekanowski (1925 str. 61—62) — na drodze przypuszczenia niezakończonego jakoby jeszcze ciemnienia włosów i oczu u grupy VI,
ponieważ proces ciemnienia włosów nie powoduje bynajmniej zmiany
tonu barwy. Element więc jasnowłosy rudawy ciemfiiejąc staje się ciemno­
włosym rudawym, a jasnowłosy popielatawy ciemniejąc staje się ciemno-

2Í6
włosym popielatawym. Z powyższego wynika, że trudno tłumaczyć
różnicę pomiędzy mojemi grupami pigmentacyjnemi VI i X przy pomocy
procesu niezakończonego jeszcze ciemnienia, jakby to chciał p. Czekanowski (str. 61 1925), ponieważ grupa VI jest jasnowłosą rudawą,
natomiast grupa X jest ciemnowłosą popielatawą, a badanie moje (Stołybwo 1924) i F. Paudlera (1924) wykazały przecież wielką wagę diagno­
styczną tonu barwy włosów.
Zresztą należy tu zrobić jeszcze jedno zastrzeżenie, a mianowicie,
że ustalanie się barwy oczu zachodzi bardzo wcześnie i wątpić należy,
by w okresie wieku 20—25 lat, a takim jest materjał badany przeze
mnie, mogło następować przekształcenie się oczu niebieskich w zielone.
Na podstawie powyższego uważam więc wnioski i t. zw. „wyniki“
p. Czekanowskiego (1925 str. 61 i str. 71) za zupełne bezpod­
stawne.
17. H. fanobrachycephalus K. Stołyhwy a typ „y“
p. Czekanowskiego.
P. Czekanowski (1925 str. 63) ma do mnie wyraźną pretensję
o to, że nie utożsamiłem mego jasnorudawego niebieskookiego krótkogłowca. t. j. Homo fanobrachycephalus z jego typem „y“.
Wykazałem już wyraźnie na str. 74 mojej pracy (1924), że nie­
stety nie mogłem tego uczynić. Różnice bowiem najważniejsze pomiędzy
temi typami występują wyraźnie w zakresie barwy oczu i włosów, po­
nieważ H. fanobrachycephalus nie ujawnia wcale tendencji do oczu
zielonawych, ani do ciemniejszych odcieni włosów blondynowych — jak
typ
Prócz tego występują u mego typu w porównaniu z typem
»7“ wyraźne różnice w zakresie kształtu nosa i proporcji kończyn,
szczególniej zaś górnych, które napewno nie ulegną skróceniu w dalszym
rozwoju osobniczym reprezentujących go osobników. Co się tyczy wskaź­
nika licowego, to skoro p. Czekanowski twierdzi, że typ „y“ jest szerokolicy, aczkolwiek p. Mydlarski charakteryzuje ten sam typ jako
średniolicy — można przechylić się na stronę p. Czekanowskiego, jako
głównego autora pod tym względem i powiedzieć, że w zakresie wskaź­
nika licowego mój typ wykazuje zgodność z typem „y“. Ponieważ
jednak wskaźnik licowy jest cechą wartości podrzędnej, w porównaniu
z walorem różnic zaobserwowanych w zakresie cech pigmentacyjnych,
przeto nie uważam za słuszne utożsamiać mego jasno-rudawego niebiesko­
okiego krótkogłowca z typem „y“.
18. Poł owiczne stosowanie przez p. Czekanowskiego
zasad współczesnych charakterystyki typów antro­
pologicznych.
Chętnie przyznaję, iż w sprawie wskaźnika licowego u typu „y“,
zostałem wprowadzony w błąd przez p. Czekanowskiego (1921 str. 66),
który podaje wielkości tego wskaźnika wynoszące 92—93, t. j. odpo-

217
wiadające wielkościom charakterystycznym dla elementów wąskolicych —
według zasad norm klasyfikacyjnych współczesnych. Przypuszczałem więc,
że p. Czekanowski pomylił się w określeniu słownem, podaném jedno­
cześnie, że typ „y“ jest elementem „krótkolicym“. Utwierdziło mnie
w tem przekonaniu określenie przez p. Mydlarskiego typu „y“, jako
średniolicego, tembardziej, że słyszałem od p. Mydlarskiego, iż p. Cze­
kanowski zaakceptował modyfikację p. Mydlarskiego jako słuszną. Przeto,
mając już smutne doświadczenie co do wielkiej plastyczności typów p.
Czekanowskiego, zależnie od potrzeby, wolałem napisać w mojej pracy
(1924 str. 75), że „właściwie więc nie wiemy, czy według p. Czeka­
nowskiego typ „y" jest wąskolicy, czy też szerokolicy“. Obecnie, po
wyjaśnieniu p. Czekanowskiego, uświadomiłem sobie, że podaje on cha­
rakterystykę cyfrową typu
według starej metody, t. j. jeszcze z okresu
przed 1906 r., a określenie słowne według zasad współczesnych. Jest
to oczywiście tylko dowód, że p. Czekanowski zapomniał o elementarnym
obowiązku podawania obu charakterystyk według zasad współczesnych.
Niezmiernie charakterystycznym dla p. Czekanowskiego (1925 stř 63)
jest fakt, iż będąc przyłapanym przezemnie na tego rodzaju błędzie,
usiłuje on odwrócić uwagę czytelnika — przez twierdzenie, że to ja
padłem „ofiarą własnej nieznajomości rzeczy“... i że zapomniałem jakoby,
iż przed dwudziestu laty „antropologowie polscy reprezentowali kierunek
francuski“. Niestety fakty oczywiste w tej sprawie przeczą dialektyce
p. Czekanowskiego. P. Czekanowski bowiem nie należy do szkoły fran­
cuskiej antropologów polskich, a nawet gdyby do niej należał, to obecnie,
od czasu Kongresu w Monaco w 1906 r., na którym uzgodniono- technikę
pomiarową, obowiązują go zasady nowe. Tymczasem p. Czekanowski
w pracy swej ogłoszonej w r. 1921 stosuje zasady stare, bez zaznaczenia,
że określenia jego typów podane są według zasady już przestarzałej.
W ten sposób wprowadza on czytelnika w błąd. Postępowanie takie jest
zupełnie nieumotywowane i dziwnem jest, że w sprawie tak ważnej, jak
definicja typu antropologicznego, p. Czekanowski oparł się na materjale
przestarzałym, a w dodatku nielicznym. Rozporządzamy przecież obecnie
w tym względzie bogatym materjałem i zgromadzonym według Zasad
współczesnych. W każdym jednak razie p. Czekanowskiego obowiązuje,
jeżeli chce zachować wysoki poziom naukowy, podanie w pracy druko­
wanej w 1921 r. odpowiedniej poprawki wielkości, która była zaobser­
wowaną według metody przestarzałej. Przecież chodzi tu nie o sprawę
podrzędną, lecz o kwestję pierwszorzędnej wagi, jak definicja typu antro­
pologicznego, która winna być ścisłą i możliwie precyzyjną.
Niestosowanie się do zasad uchwalonych na Międzynarodowym
Kongresie Antropologicznym w Monaco w 1906 r. świadczyłoby o za­
cofaniu metodycznem p. Czekanowskiego. Stosowanie się zaś połowiczne,
jak to w danym przypadku, w pracy ogłoszonej w 1921 r. uczynił
p. Czekanowski, świadczy tylko o niestarannem wykończeniu pracy
i definicji typu „y“ z jego strony.
W każdym jednak razie miło mi jest stwierdzić, że pod wpływem

218
mojej pracy (1924) p. Czekanowski odrzucił charakterystykę typu „y“,
podaną przez p. Mydlarskiego i powrócił do swej koncepcji pierwotnej.
19. Typ „y“ jako mieszaniec.
Co się tyczy wartości koncepcji p. Czekanowskiego w sprawie
typu
to mam w tej sprawie poważne wątpliwości, chociażby ze
względu na ostatnie wyniki otrzymane przez samego p. Czekanowskiego
w tej kwestji. Pisze on, że wysoce charakterystyczne jest nawiązywanie
się odcieni rudawych do typu „ß“ i odcieni popielatawych do typu
Typ
natomiast zajmuje i pod tym względem stanowisko pośrednie,
gdyż u osobników jaśniej pigmentowanych zaznacza się tu tendencja do
odcienia rudawego, a u ciemniejszych mamy wyraźnie zaznaczoną ten­
dencję do odcienia popielatawego (1925 str. 71).
Wyobraźmy sobie, że to istotnie p. Czekanowski stwierdził, że do
poszczególnych typów antropologicznych nawiązują się odmienne odcienie
barwy włosów, chociaż właściwie mówiąc do tego zdania wcześniej od
p. Czekanowskiego doszli K. Stołyhwo (1924) i F. Paudłer (1924).
W każdym jednak razie być może p. Czekanowski pod wpływem autorów
powyższych słusznie stwierdził, że odcienie rudawe są właściwie jego
typowi
a odcienie popielatawe, — jego typowi
Następne
jednak zdanie jego, dotyczące typu „y“, pozwala nam przypuszczać, że
albo p. Czekanowski w stosunku do tego typu nie uznaje wielkiej wagi
odcieni rudawych i popielatawych, albo też, że w obrębie typu
występuje szereg elementów różnorodnych, z których jedne mają ton
rudawy włosów, inne zaś odcień popielatawy. W takim razie typ „y"
byłby zespołem mieszańców.
Przypuszczenie p. Czekanowskiego, że dla typu „y“ przy ciemnieniu
włosów z wiekiem „jest charakterystyczne przesunięcie od włosów jasnych,
rudawych, połączonych z oczami niebieskiemi, ku włosom ciemnym, popielatawym, połączonym z oczami zielonawemi“ (1925 str. 71) jest
najzupełniej nieuzasadnione. Jeżeli bowiem przyjmiemy, że odcień rudawy
i popielatawy, jako cechy pierwszorzędnej wagi, są rezultatem działania
odrębnych genów, to jest zupełnie niezrozumiałe, w jaki sposób zachodzić
może tego rodzaju zasadnicza zmiana w ubarwieniu włosów przy ciem­
nieniu ich z wiekiem. O ile zrozumiałem jest w tej sprawie, że włosy
ciemnieją z wiekiem, to jednak zmiana odcieni ich nie jest uzasadnioną,
a w każdym razie nie może być dowiedzioną za pomocą operacyj sta­
tystycznych, na których wyłącznie opiera się p. Czekanowski. Również
zmiana barwy oczu niebieskich na zielonkawe w wieku 20—25 lat nasuwa
poważne wątpliwości. Z powyższego wynika, iż typ „y“ p. Czekanow­
skiego najprawdopodobniej jest zespołem mieszańców i nie
, może z tego powodu pretendować do charakteru typów podstawowych.

T

"V

'

w-r?1* ■

*
20.

219

R asa grenelska i jej bezwartościowość.

Zastanowić się teraz należy nad poglądem p. Czekanowskiego (1925
str. 63), że jego typ
jest bezwątpienia identyczny z rasą grenelską.
Wobec ciągłego podkreślania przez p. Czekanowskiego, że ja
oparłem się w mej pracy (1924) na niewystarczającym pod względem
liczebności materjale, sądzićby należało, że p. Czekanowski w tym wzglę­
dzie zachowuje większą ostrożność. Tymczasem okazuje się, że definicja
rasy grenelskiej opartą została na szczątkach zaledwie paru osobników.
Podkreślić przytem należy, że szczątki ludzkie, wydobyte w Grenelle
w 1870 r., z pokładów napływowych, nie wykazują pod względem, swej
budowy żadnej cechy tak osobliwej, jak np. czaszka z Neanderthalu,
która mogłaby być uznaną za typ specjalny, ze względu na swą nie­
zmiernie charakterystyczną budowę, nawet i w tym przypadku, gdybyśmy
nie mieli większej liczby tego rodzaju znalezisk.
W dodatku podkreślić należy, że pochodzenie szczątków z Grenelle
i ich starożytność nasuwa bardzo poważne wątpliwości. W tej sprawie
prof. Boule, znakomity paleoantropolog francuski, pisze, co następuje:
„Je ne m’ arrêterai aux squelettes des aluvioňs de Clichy (1868) et
de Grenelle (1870) que pour signaler la témérité des anthropologistes
qui ont tenté récemment de prouver leur antiquité géologique. Une. telle
démonstration, quarante ans après les découvertes et par des personnes
n’ ayant pas vu les gisements, ne saurait avoir grande valeur. La pru­
dence la plus élémentaire impose à la paléontologie humaine de ne
tenir compte, pour ses spéculations, que des documents d’origine irré­
prochable“ (1911 str. 210).
Elementarna więc przezorność nakazuje nam traktować z wielką
rezerwą szczątki, z Grenelle i w żadnym razie nie można na podstawie
tych szczątków ustalać i definjowąć typ antropologiczny, gdyż z punktu
widzenia systematyki zakrawa to wprost na humbug. Jedyną wartością
tego typu jest to, że nazwa jego ładnie brzmi.
Tymczasem p. Czekanowski traktuje typ grenelski najzupełniej
poważnie i czyni nawet bardzo śmiałe i szerokie powiązania oraz spe­
kulacje w tej sprawie.
Na dowód przytoczę ustęp następujący z pracy p. Czekanowskiego:
„Der Grenelletypus, der von Schliz in der Offnetbevölkerung festgestellt
wurde, kommt meinem „sarmatischen“ oder „y — Typus“ am nächsten,
oder ist mit ihm gar identisch. Von Deniker wurde das meinem „y —
typus“ entsprechende Element als „subnordische Nebenrasse“ bezeichnet
(1925 a. str. 76).
Zwrócić tu należy uwagę na specjalną metodę p. Czekanowskiego
w cytowaniu pewnych autorów. Z powyższego bowiem można byłoby wnio­
skować, że Deniker uznał swoją rasę subnordyczną za odpowiadającą typowi
„y“ Czekanowskiego. Tymczasem nic podobnego nie miało miejsca. Deniker
napewno nie wiedział nawet o istnieniu typu „y“ i tylko p. Czekanowski
usiłuje utożsamić swój typ „y“ z rasą subnordyczną Denikera. Mniejsza
o to zresztą. W każdym jednak razie widzimy, że typ „y“ posiada cha-

220
rakter bardzo uniwersalny według p. Czekanowskiego, gdyż zdaniem jego
pasuje do niego również i mój Homo fanobrachycephalus.
21. Neandertaloidy.
O szerokich bardzo podobieństwach typu „y“ i o charakterze
nawiązań w tym względzie, dokonywanych przez p. Czekanowskiego,
świadczy również ustęp następujący w jego pracy : „Das stärkere Abwei­
chen des männlichen Grenelleschädels in der Richtung der Schädel des
„Pfahlbautypus“ ist durch seinen robusteren Bau bedingt, der die Schädel
des zuletzt erwähnten Typus auszeichnet. Man spricht manchmal von
ihrem „neanderthaloiden“ Habitus“ (1925 a str. 74).
A więc widzimy, że i neandertaloidy nawet wchodzą tu w grę.
Do zdania powyższego p. Czekanowskiego z powodzeniem zastosować
można jego zdanie własne, wypowiedziane w tej samej, pracy (str. 66)
pod innym adresem, a mianowicie zdanie o powierzchownych badaczach,
odkrywających wszędzie neandertaloidów, aby zwrócić ogólną uwagę na
swoje prace. P. Czekanowski (1925 a str. 66) pisze mianowicie: „Die
Oberflächlicheren suchten nämlich überall „Neanderthaler“ oder wenigstens
„Neanderthaloiden“ zu entdecken und in dieser Weise die allgemeine
Aufmerksamkeit auf ihre Arbeiten zu ziehen“. W danym przypadku zdanie
powyższe p. Czekanowskiego doskonale pasuje do oceny poprzedniego
jego ustępu, z którego widać, że p. Czekanowski nie orjentuje się
zupełnie w kwestji tak zwanych naeandertaloidów i ich morfologji. Można
oczywiście zamki budować na lodzie, jeżeli to sprawia komuś przyjemność.
Do tej bowiem kategorji pomysłów zaliczyć muszę niestety fantasmagorje
p. Czekanowskiego na temat typu grenelskiègo i neandertaloidów, po­
nieważ są one oparte na bardzo kruchej podstawie, zarówno ze względu
na wykazane powyżej braki zasadnicze, dotyczące szczątków z Grenelle,
jak też ze względu na braki zasadnicze metody diagnozy różniczkowej,
na której te spekulacje są oparte.
22. Metoda diagnozy różniczkowej.
Sprawę wartości i precyzyjności metody diagnozy różniczkowej
p. Czekanowskiego rozpatruję oddzielnie. Ograniczę się przeto tu do
zaznaczenia tylko, że metoda ta nie wzbudza zaufania ze względów
następujących :
1. Operuje ona wielkościami najzupełniej niewspółmiernemi i różnorodnemi co do swego charakteru — traktując je wszystkie jako jednowartościowe ;
2. Nie uwzględnia różnic wartości morfologicznych poszczególnych
cech i ich współzależności ;
3. Nie może być zastosowaną do badania cech antropologicznych
opisowych, które nieraz posiadają wielką wartość diagnostyczną.
4. Jest subjektywną w sposobie ujmowania poszczególnych elemen­
tów rasowych na diagramach.

221
Na dowód, że zarzuty wysunięte przezemnie przeciw metodzie
diagnozy różniczkowej nie są tylko mojem osobistem zdaniem, przytoczę,
że metoda ta już bardzo dawno uległa surowej krytyce ze strony S. Po­
niatowskiego (1912). W ostatnim zaś zeszycie „American Journal of
Physical Anthropology“ (1926), wychodzącem pod redakcją znakomitego
antropologa amerykańskiego Dr. Aleša Hrdlički w Waszyngtonie,
znajdujemy również bardzo surową ocenę metody diagnozy różniczkowej
p. Czekanowskiego. Przytaczam ustęp następujący: „The tendency to
reduce anthropology to the simple and definite order of geometry and
mathematics, recurs again and again on the part of workers who are
still full of the optimism and resistlessness of scientific youth. It iś only
later, much Iater, that they are bound to acknowledge that nature, with
man especially, Works on no easily delimitable grooves, but with unbounded complexity an understanding of which we may here and there
approach but can neither fully reduce nor fathom. The author has measured a sériés of Polish skulls and utilizing twelve indices of these
together with skull capacity and with additional data obtained from
literaturę believes himself justified in advancing the following main con­
clusions: With the aid of the method of „differential analysis“ it is
possible to décomposé every population into a number of ćranial types
that correspond strictly to anthropological types. These types, very du­
rable, reach far into the past. The number of these types is limited
and strictly defíned. Every skull can be described and defined as to
its race. And having now this „key“ we can not only apply it to solving
the anthropological riddles of the present but also those of the past.......
This....................... some of the modern biometricianS and earlier phrenologists is an attempt at anthropological mechanics which are to do away
with our difficulties. The trouble or one of the troubles is that all these
panaceas ignore nature“ (1926, Vol. IX, str. 130 131).
Zwięzła, a zarazem niezmiernie surowa krytyka powyższa, dosko­
nale ocenia bezwartościowość metody diagnozy różniczkowej, a zarazem
wielkie zaślepienie tych, którzy ją stosują, a nawet uważają ją za swego
rodzaju panaceum, które może rozwiązać wymienione powyżej zagadnienia
antropologiczne.
Wobec zaznaczonych powyżej braków zasadniczych w metodzie
diagnozy różniczkowej, oparte na niej poglądy „harmonijne p. Czeka­
nowskiego (1925 str. 64) „na zagadnienia systematyki mieszkańców
Europy, Afryki oraz Azji na północ od Himalajów nasuwają bardzo
poważne wątpliwości, czy odpowiadają one istocie rzeczy.
Ponieważ na tejże stronicy p. Czekanowski pisze: „Nie przypuszczam
bowiem, bym przed upływem lat kilkunastu miał możność zajęcia się
zagadnieniem wartościowania cech i oparcia na tej podstawie kontroli
obecnie osiąganych wyników“, przeto widzimy, że niestety nie zanosi
się nawet wcale na naprawę tej tak bardzo grube’ i nielogicznej metody.

222
23. Niezrozumienie przez p. Czekanowskiego metody
K. Stołyhwy analizy typów antropologicznych, a kry­
tyka zagraniczna w tej sprawie.


Przeprowadzona powyżej analiza zarzutów p. Czekanowskiego,
postawionych mej pracy, oraz t. zw. „syntetycznych zamknięć“ p. Cze, kanowskiego, doprowadza nas do przekonania, że mają one tylko pozory
rzeczowości i ścisłości oraz polegają na tendencyjnem przekręcaniu
i przeinaczaniu treści mego tekstu, jak też na imputowaniu mi sprzecz­
ności w mojej pracy, których wcale w niej niema, a które zatem są
produktem albo fantazji p. Czekanowskiego, albo też zupełnego conajmniej niezrozumienia treści mej pracy.
Ze względu na powyższe właściwości krytyki p. Czekanowskiego
staje się dla mnie zupełnie obojętnem stanowisko jego w stosunku do
wyników mojej pracy i wysuniętego przez moje badania typu Homo
fanobrachycephalus oraz jego nawiązań do innych składników ludności
europejskiej. Wystarcza mi najzupełniej to, że praca moja została dosko­
nale zrozumiana przez uczonych zagranicznych, o czem świadczy np.
ustęp następujący z pracy Dr. Egona Frhr von Eickstedťa, który dosko­
nale zrozumiał treść mojej pracy — pisząc: „Zu einer der interessan­
testen, weil uns naheliegendsten dieser Zwischenformen gehören die
Osteuropäiden, die Ostrasse (Deniker, Pöch), die „Ostbalten“ Nordenstrengs und Günthers, der Homo fanobrachycephalus Stolyhwo’s. Der
homo fanotrichus glaucops brachycephalus (kurz : fanobrachycephalus)
bildet nach Stolyhwo mit dem fanodolichocephalus (nordicus) und scotodolichocephalus (mediterraneus) die drei Fundamentalrassen von Europa,
während Alpinus und Dinaricus als Mischtypen oder aussereuropäische
Beeinflussung anzusehen sind“ (1925 str. 245).
Ze praca moja nie była trudną do zrozumienia dla czytelników
bezstronnych świadczy o tem również chociażby recenzja Dr. K. Salier’a,
który przedstawił treść zasadniczą i wyniki mej pracy z wielką ścisłością.
Dr. K. Salier mianowicie pisze: „Verf. sucht die anthropologischen
Typen auf einem direkteren Weg anzugehen, als es der der statistischen
Methodik ist, und- zwar in der Weise, dass er die Gruppen „wirklicher
Typen“, die in einem gegebenem Gelände sich finden, ‘ und weiter die
hauptsächlicher Entwicklungsrichtungen einzelner Typen untersucht. Er
durchforscht so den Bezirk Ostrów (Palatinat Białystok) und findet in
ihm einem neuen Grundtypus „Homo fanotrichus glaukops brachycephalus“
abgekürzt „Homo fanobrachycephalus“ geheissen“.

Das Zentrum für die Ausstrahlung dieses „Homo fanobrachyce­
phalus“, der ja der subnordischen Rasse Denikers recht ähnlich sieht,
liegt im Norden Zentraleuropas. Die anderen anthropologischen Typen,
wie beispielweise der H. alpinus und der H. dinaricus die bisher als
Grundtypen für die europäische Bevölkerung angesehen wurden, stellen

223

tn erster Linie eine Weiterentwicklung der drei angenommenen Grundiypen dar, wenn man den Einfluss aussereuropäischen Rassen in Betracht
zieht“ (1926 str. 29).
Zacytuję wreszcie recenzję o mej pracy, która ukazała się w „Ame­
rican Journal of Physical Anthropology“, wychodzącym w Waszyngtonie
pod redakcją znakomitego antropologa amerykańskiego, Dr. A. Hrdličků
Wykazuje ona również doskonałe zrozumienie treści mojej pracy, a mia­
nowicie : „On the basis of an extensive study of the anthropological
types in certain parts of Poland (Dist. Ostrów) the author cornes to the
conclusion that the most prévalent and characteristic type of the popu­
lation is that of light-haired blue-eyed, medium-statury brachycephals ;
and he regards this strain as one of the more fundamental types of
Europe (the others being the nordic, alpine and mediterranean). He
believes this type had once, and still has, a wide distribution in central
and northern Europe and is in an important wäy connected with the
Slavs“ (1926 Vol. IX str. 119).
A więc widzimy, że krytyka bezstronna uczonych zagranicznych
wykazała zupełnie zrozumienie dia wyników naukowych przezemnie
osiągniętych.
Zobaczmy teraz dla porównania, w jaki sposób potraktowane
zostały przez fachowców zagranicznych prace p. Czekanowskiego.
W rozdziale dotyczącym metody diagnozy różniczkowej przyto­
czyłem już surową krytykę tej metody p. Czekanowskiego ogłoszoną
w „American Journal of Physical Anthropology“.
W stosunku do typów antropologicznych, wysuniętych przez p.
Czekanowskiego i jego problemu syntezy kartogramów zajął sceptyczne
również stanowisko Dr. K. Salier (1926 str. 18), pisząc o odnośnej
pracy p. Czekanowskiego co następuje: „Die Ausdeutung der gewon­
nenen Ergebnisse bleibt ja bei jeder Methode dem subjektiven Empfinden
des Verfassers überlassen“. Dalej zaś w tej samej .sprawie pisze: „Wie
sehr trotz der . Exaktheit der Methode die Ausdeutung der Ergebnisse
der Willkür des einzelnen überlassen bleibt, zeigt die Analyse der Ita­
liener Livi’s“.
Wreszcie w sprawie zastosowania przez p. Czekanowskiego formuł
korelacji do badania zależności wzajemnych na czaszce, prof. E. Czepurkowski (1913 str. 24), który jest doskonałym znawcą metod bio­
metrycznych, a nawet ich wielkim zwolennikiem, wypowiada jednak
pogląd sceptyczny co do wyników otrzymanych w tej sprawie. Pisze on
mianowicie, że, prócz prac ogłoszonych w Anglji w czasopiśmie „Biometrica“, zastosowanie formuł korelacji do badania zależności wzajemnych
na czaszce „praktykowane było w Niemczech przez Czekanowskiego,
..... lecz do ogólnych wnioskowań nie doprowadza“.
W tej samej sprawie pisze o pracy p. Czekanowskiego Dr. L. Laloy
jak następuje: „En résumé, malgré tout son appareil mathématique, ce
volumineux mémoire ne nous apporte guère de données nouvelles, en
tout cas aucun moyen pratique de passer ď un indice de la tête à un
indice crânien. Il me confirme dans l’opinion que j’ ai plusieurs fois

224
exprimée ici : l'application des méthodes mathématiques aux sciences
biologiques et en particulier à I’ anthropologie me parait ne devoir
conduire à aucun résultat sérieux“ (1907 str. 471).
Z powyższego wynika, że krytyka fachowa zagraniczna zapatruje
się bardzo sceptycznie na działalność naukową p. Czekanowskiego w za­
kresie zastosowania metod biometrycznych w antropologji.
*

*
*

Wobec tego, że uczeni zagraniczni zrozumieli doskonale treść
mojej pracy, pomimo trudności językowych, gdyż krótkie streszczenie
francuskie nie odzwierciadla bynajmniej treści całości tej pracy, dziwnem
jest bardzo, że p. Czekanowski nie był w stanie zrozumieć jej dokładnie
i przekręcił niejednokrotnie jej treść w tych właśnie miejscach, które
były dla niego niedogodne. Z tego powodu nie mogę krytyki p. Cze­
kanowskiego uważać za lojalną i bezstronną.
Słusznie zupełnie napisał prof. L. Kozłowski (Lud 1925 tom IV
str. 78), że „druzgocące krytyki spotykają zwykle prace, które budzą
żywsze zainteresowanie, lub są poprostu niewygodne osobiście“ — tak,
jak moja praca jest właśnie niewygodną dla p. Czekanowskiego.
LITERÁTU R A:

1920

— E. A Bogdanów — Nowoje naprawlenije w uczonii o podborie —
Bio-mietrika i jeja znaczenije w zootiechnii i żiwotnowodstwie (Zadruga)
Moskwa.
1910 — J. Czekanowski — Verwandtschaftsbeziehungen der zentralafrika­
nischen Pygmäen (Korrespondenzblatt der Deutschen Gesellschaft für
Anthropologie, Ethnologie und Urgeschichte) Braunschweig.
1921 — J. Czekanowski — Z badań uwarstwienia etniczno - społecznego
Polski (Prace Komisji Matematyczno-Przyrodniczej Tow. Przyj. Nauk
w Poznaniu) Poznań.
1925 — J, Czekanowski — Metoda analizy typów antropologicznych p. Ka­
zimierza Stołyhwy w świetle kryterjum niezależności (Lud Tom XXIV)
Lwów.
1925 a — J. Czekanowski — Zum Problem der Systematik der kurzköpfigen
schweizerischen neolitischen Pfahlbaubewohner (Archiv für Anthro­
pologie. Neue Folge Band XX) Braunschweig.
1925 — Dr. Egon Freiherr von Eickstedt — Gedanken über Entwicklung
und Gliederung der Menschheit (Mitteilungen der Anthropologischen
Gesellschaft in Wien LV Band) Wien.
1889 — Flower — Dis ussion — E. Tylor — On Method of Investigating
the Development..........................................................................................
(Journal of the Anthropological Institute of Great Britain and Ireland)
Vol. XVIII Nr. 3. London.
1911 — F. Graebner — Methode der Ethnologie. Heidelberg.
1914 ■— A. Lang — Die experimentelle Vererbungslehre in der Zoologie seit
1900. Jena.
1924 — F. Paudler — Die hellfarbigen Rassen und ihre Sprachsstämme,
Kulturen und Urheimaten. Heidelberg.
1912 — S. Poniatowski — O wpływie błędów obserwacyjnych na wskaźniki
antropologiczne (Prace Tow. Nauk. Warsz.) Warszawa.

225

1919

— S. Poniatowski — O metodzie historycznej w etnologji i znaczeniu
jej wyników dla historji (Przegląd Historyczny Tom I.
1902 — A. Riedźko — Tieorija wierojatnostiej i istorija pierwobytnoj kultury
(Etnograficzeskoje Obozrenije).
1926 — K. Salier — recenzja pracy K. Stołyhwo — Analiza typów antro­
pologicznych (Anthropologischer Anzeiger Jahrgang III Heft I) Stuttgart.
1926a — K. Sailer — recenzja pracy J. Czekanowskiego p. t. Le Problème
de la synthèse des cartogrammes et les types anthropologiques (Anthro­
pologischer Anzeiger Jahrgang III, Heft I) Stuttgart.
1925 — W. Scheidt — Allgemeine Rassenkunde als Einführung in das Stu­
dium der Menschenrassen (München).
1910 — G. Sergi — Sul valore delle misure in biologia e specialmente in
craniometria (Atti della Societa italiana per il progresso delle scienze —
Terza Riunione) Roma.
1924 — Kazimierz Stołyhwo — Analiza typów antropologicznych (Swiatowit T. XII) Warszawa.
1925 — Kazimierz Stołyhwo — W sprawie djagnozy wartości poszcze­
gólnych cech antropologicznych (Pamiętnik XII Zjazdu Lekarzy i Przy­
rodników Polskich w Warszawie).
1888 — EL B. Tylor — On a Method of Investigating the Development of
Institutions applied to Laws of Marriage and Descent (Journal of the
Roy. Anthrop. Inst. XVIII).
KAZIMIERZ STOŁYHWO.

W odpowiedzi p. K. Stołyhwie i Dr. St. Poniatowskiemu.
Redakcja „Ludu“, przesyłając mi dla odpowiedzi artykuły pp. K.
Stołyhwy i Dr. S. Poniatowskiego, zwróciła się do mnie z gorącą prośbą
o możliwie treściwe jej ujęcie. Cieszę się bardzo, że będę mógł temu
życzeniu uczynić zadość, gdyż:
1. Artykuł p. Stołyhwy nie przynosi niczego nowego, coby zmu­
szało do modyfikowania uprzednio przeze mnie zajętego stanowiska, i
2. Prowadzenie dalszej dyskusji uważam za bezcelowe. Wystarczy
tu kilka krótkich wyjaśnień.
Antropologja, jak nauki indukcyjne wogóle, opiera się na trzech
podstawach. Są to :
1. Kryterjum niezależności,
2. Ocena stopnia wiarogodności osiąganych wyników, i
3. Zasada bezsprzeczności.
W miarę tego, jak dwa pierwsze fundamenty z rozwojem pewnej
nauki osiągają charakter ilościowy, nauka ta, lub jej pewien dział, wznosi
się na poziom nauki ścisłej.
Z uczonymi, którzy sobie z tego nie zdają sprawy, nie mówiąc
już o tych, którzy się posuwają aż do negacji tego elementarnego faktu
z dziedziny metodologji, naukowej dyskusji prowadzić nie sposób. Nie
są oni w stanie zdać sobie sprawy z tego, że w ostatniem czterdziesto­
leciu antropologja znalazła się w fazie przeistaczania się w naukę ścisłą.
Weźmy dla ilustracji bardzo rezolutne przeciwstawienie autorytetowi
wielkiego Tylora osoby p. Riedź’ko, na które się zdecydował p. K. Sto­
łyhwo. Przecież p. K. Stołyhwo zupełnie nie zrozumiał tego autora,
bezwątpienia wskutek nieznajomości nawet i dawnych metod statystycznych.
Stosowane przez p. Riedź’ko wzory stwierdzają bowiem, że nie doszło
15
Lud. T. XXIV.

226
do jego wiadomości to, co zrobiono w dziedzinie statystyki matema­
tycznej w Anglji po roku 1888. Dałoby mu to bowiem możność nietylko
popisania się większą erudycją, ale też i znacznie przejrzystszego ujęcia
swej krytyki. Pomijając już fakt, że tak niedostateczna znajomość przed­
miotu, w którym się zabiera głos, nie stanowi poważnej rekomendacji
dla p. Riedź’ko, zwrócę tu uwagę na rzecz dla nas ważniejszą. Pan Riedź’ko
nie kwestjonuje oczywiście nigdzie kryterjum niezależności, znalazłby się
on bowiem wówczas w kategorji kurjozów. Zwraca on jedynie uwagę
na drugi fundament nauk indukcyjnych, na sprawę oceny stopnia wiarogodności osiąganych wyników i wprowadza w tym celu błąd prawdo­
podobny, czego Tylor nie uczynił. O tyle krytyka jest uzasadniona.
Wobec tego jednak, że obliczanie błędu prawdopodobnego do antropo­
logii zostało wprowadzone o 19 lat wcześniej przez L. Stieda ę, wspo­
minanie o p. Riedź’ko uważałem za zbyteczne. P. K. Stołyhwo przytoczył
go natomiast jedynie dlatego, że nie zrozumiał istoty i uzasadnienia
jego krytyki.
Oceniając działalność naukową i wyniki p. K. Stołyhwy przyta­
czałem fakty naukowe, które człowiek przeciętnie wykształcony może
skontrolować, oraz zdać sobie sprawę z tego, o ile jest on kompetentny
do wydania tam sądu. Wynik ten był we wszystkich wypadkach ujemny
dla p. K. Stołyhwy, podobnie jak w powyżej omówionym przykładzie.
Aby wrażenie to osłabić, p. K. Stołyhwo apeluje do zagranicznych auto­
rytetów. Jest to czynnik nieco nieuchwytny w dyskusji naukowej, która
nabiera wówczas charakteru ankiety. Przecież walorów naukowych tych
autorytetów nie zna przeciętny czytelnik, do którego zwraca się p. K.
Stołyhwo. Weźmy dla przykładu przytoczoną opinję p. A. Hrdliczki.
Omawiając, jak przypuszczam z treści niedostępnej mi oceny, pracę
Dr. K. Stojanowskiego, wyraża on w bardzo ogólnikowej formie swą
starą niechęć do stosowania matematyki w naukach przyrodniczych
i ujmuje to jako przejaw młodzieńczego optymizmu. Czy tego rodzaju
ogólnikowa enuncjacja starszego człowieka, nieposiadającego wykształcenia
matematycznego, może posiadać jakiekolwiek znaczenie, pozostawiam ocenie
czytelnika. Jeszcze prościej przedstawia się sprawa autorytetu p. W.
Scheidťa, młodego docenta monachijskiego, powołanego przed półtora
rokiem na asystenta do muzeum w Hamburgu. Dla wyrobienia sobie
zdania w tej sprawie wystarczy porównanie wyników tego uczonego,
osiągniętych przy opracowywaniu znaleziska z Ofnet i czaszek skandy­
nawskiego neolitu z wynikami, osiągniętemi przy ponownem opracowaniu
pierwszych przez p. I. Ulbrichównę, a ostatnich przez Dr. K. Stojanow­
skiego. Prace te są już w druku.
Jaką zaś wagę do autorytatywnych sądów przytaczanych obecnie
musiał p. K. Stołyhwo jeszcze niedawno przypisywać, stwierdzają pierwsze
wiersze jego pracy: „Analiza typów antropologicznych . Czytamy tam,
co następuje : „W latach ostatnich w antropologii pozyskał wielkie uznanie
kierunek badań posiłkujący śię precyzyjnemi metodami statystycznemi,
w celu określenia różnych typów antropologicznych, występujących na
poszczególnych terytorjach. U nas w Polsce najwybitniejszym przedsta-

227

wicielem tego kierunku jest Jan Czekanowski i najgorliwszym zwolenni­
kiem udoskonalania metod statystycznych w zastosowaniu do antropologii,
na którem to polu zdobył wielkie zasługi“.
Przez wzgląd na stanowisko, zajęte tu przez p. K. Stołyhwę, muszę
zarzuty podnoszone później złożyć na karb chwilowego podrażnienia,
spowodowanego krytyczną oceną jego analizy typów antropologicznych.
Na karb takiego podrażnienia muszę złożyć również twierdzenie p. K.
Stołyhwy, że krytyka, krytykowanego tutaj również przez Dr. S. Ponia­
towskiego O. W. Schmidta, znakomitego lingwisty, ale nie antropologa,
ogłoszona przezemnie w roku 1910 została cofnięta. Ja niczego podob­
nego nie ogłosiłem. Fakty tam przytoczone pozostają przecież faktami,
a wyniki p. G. Lempertówny dostarczyły nowych.
Przechodząc do opinij obcych autorytetów o metodzie p. K. Sto­
łyhwy, to przedewszystkiem zaznaczyć muszę, że nikt z recenzentów nie
poddał jej tak sumiennej ocenie jak ja. A pozatem i z tego, co pisano,
nie przytoczył autor wszystkiego. Cytując Dr. K. Sallera np. cytata
została urwana na kropce, po której następuje : „Auch sonst hat St.
einige neue Namen erfunden, wie aus der nachfolgenden, die Haupt­
merkmale der von ihm angenommenen Grundtypen zusammenstellenden
Tabelle hervorgeht“. Człowiek znający język niemiecki nie może uważać
oceny tego rodzaju za pochlebną, i dlatego dziwić go nie będzie, że
passus ten nie został zacytowany.
Przechodząc do pisma p. S. Poniatowskiego to ograniczę się do
podania następujących faktów w ich porządku chronologicznym :
W dniach 23, 24, 25 i 26/X 1922 roku przeczytałem p. Dr. S.
Poniatowskiemu pierwszą redakcję mej pracy „Ludy i Rasy“ napisanej
jako część składowa wstępu do „Historji Powszechnej“, której wydawnictwa
podjęła się „Bibljoteka Polska“. Dr. S. Poniatowski zwrócił mi uwagę,
że przeoczyłem pracę O. W. Schmidta poświęconą Ameryce. Rękopis
przepisany przez „Bibljotekę Polską“ w jednej odbitce poszedł do współ­
pracowników dzieła i do mnie nie wrócił. Nie robiłem z mych wyników
tajemnicy przed nikim, gdyż uważam za swój obowiązek służenie inte­
resom nauki polskiej, nawet i niewydrukowanemi wynikami.
W październiku roku 1923 dałem jako prace doktorskie, nawią­
zując do zagadnień otwartych powyższem ujęciem ogólnem, p. I. Ulbrich
temat: „Człowiek w okresie młodszego paleolitu“ a p. G. Lempert:
„Typy kranjologiczne ludności Afryki“.
W sobotę dnia 29 marca 1924 roku wygłosił w Towarzystwie
Geograficznem odczyt Dr. S. Poniatowski pod tytułem „Podłoże rasowe
kultur zasadniczych“. W dyskusji zwróciłem również uwagę na to, że
p. referent zapomniał wspomnieć o wspólnem czytaniu mej pracy „Ludy
i Rasy“, dotykającej tematów bardzo bliskich do rozpatrywanych w od­
czycie. Na to otrzymałem odpowiedź bardzo niegrzeczną, od bardzo
podrażnionego Dr. S. Poniatowskiego, później ze względów formalnych
nie dopuszczono mnie do głosu dla odpowiedzenia, gdyż referent miał
ostatnie słowo.
15*

228
Ocena odczytu została ogłoszona w roczniku 1924 organu „Lud“,
który ukazał się dopiero w lecie 1925 roku. Dyskusja na temat, kiedy
ocena napisana została,, jest oczywiście i bezprzedmiotowa i bezcelowa.
Z faktu podnoszonego przez Dr. S. Poniatowskiego możnaby coprawda
wnioskować, że została, ona napisana bezpośrednio pod wrażeniem od­
czytu, skoro są tam rzeczy nieznajdujące się w rękopisie, lecz poruszane
w odczycie. Niema to jednak dla mnie znaczenia.
Istotą rzeczy w całej tej polemice jest natomiast to, że został tu
położony główny nacisk na zdyskwalifikowanie mnie jako człowieka,
gdyż :
1. Nie zrezygnowałem z ogłoszenia oceny odczytu, w odpowiednim
roczniku, dlatego, że zwrócono się do mnie o wydanie opinji właściwie
o nim.
2. Nie zlekceważyłem Kasy im. Mianowskiego, która nie zadowolniła się ogólnikowem poparciem, a załatwiałem tę, jak się później
okazało bardzo delikatną sprawę, z rozwagą, a nie na kolanie w podróży,
tak jak to uważał za wskazane p. K. Stołyhwo.
Przez wzgląd na ten nacisk, jaki położono tu na momenty natury
osobistej, nie mogę tej sprawy uważać za dyskusję naukową. Uważam
ją natomiast za akcję zmierzającą do zabezpieczenia się przed krytyką
czynników kompetentnych, co nie leży bynajmniej w interesie rozwoju
nauki polskiej.
Lwów, 14 VI 1926.

PROF. DR. JAN CZEKANOWSKI.

Na tych uwagach zamykamy całą polemikę i przepraszamy bardzo
ogół naszych czytelników, że sprawie tej musieliśmy poświęcić tyle
miejsca.
Redakcja.

SPRAWOZDANIE
TOWARZYSTWA LUDOZNAWCZEGO WE LWOWIE
za czas od 1 lipca 1917 r. do 31 grudnia 1925.

XVIII Walne Zgromadzenie Towarzystwa Ludoznawczego odbyło
się dnia 12 mają 1926 o godz. 18 w sali Zakładu geologicznego przy
ul. Długosza 8, I. p.
Po zagajeniu przez zast. przew. Prof. Dra Jana Czekanowskiego
wygłosił Prof. Ko n stan ty Chyliński wykład p. t. „Zagadnienie
białej rasy w północnej Afryce“.
Prelegent zwrócił uwagę na obecność elementów białych na obsza­
rze Egiptu, już w paleolicie. Spotykają się wtedy figurki kobiece typu
północnego, a w paleolitycznym Egipcie niema śladów jakiejś rasy mu­
rzyńskiej. Niema na tym obszarze pigmejów. Zachodziłoby pytanie więc,
czy kultura egipska nie jest pochodzenia azjatyckiego ; tu należy zwrócić
uwagę, że droga przez przesmyk suezki nie była dawniej łatwa, a więc
elementy semickie nie mogły tu przyjść.

229
Przeważa tedrja, że Egipcjanie są afrykańskimi autochtonami. Są
dane, że najdawniejsza ludność Egiptu nazywała się Anu ; i później Egipt
jest zwany krajem Anu. Wywodzono tych Anu albo z Syrji, albo z Nubji.
Tymczasem można zauważyć, że słowem Anu określano ludność
całej północnozachodniej Afryki. Nadto widzi się, że owa ludność pod­
bita nie różni sią właściwie pod wzglądem fizycznym zupełnie od wład­
ców, a wiąc prawdopodobnie jakaś grupa, niczem sią etnicznie nie wy­
różniająca doszła do wyższego stopnia kultury i opanowała inne grupy.
Różne formy grzebania spotykamy w tym samym czasie. Egipcjanie wy­
sokiej rangi każą sią balsamować, a tuż obok lud prosty grzebie sią
w sposób zupełnie prosty.
Na zachód od Egiptu zamieszkują pierwotnie też Anu, których
nazywano Tehennu: Libijczycy dawniejszej rasy. Dopiero znacznie później,
bo około 2400 r. w czasach VI dynastji zjawia sią w Libji lud Tuimah
(Tamahu) : plemią wysokie, niebieskookie i jasnowłose. Z tymi to Tuimah
łączą sią zapewne owe służebnice jasnowłose Kleopatry i do dziś dnia
istniejące jasne typy wśród ludności berberskiej, jakoteż zniszczona już
obecnie tubylcza ludność wysp Kanaryjskich. Możliwe jest, że lud ten
przybył z Europy i jest związany z kulturą megalityczną.
W dyskusji zabierali głos Prof. J. Cze-kanowski, Prof. L.
Kozłowski, Dr. J. Kuryłowicz i prelegent.
Następnie sekretarz Towarzystwa Ludoznawczego Prof. Adam
Fischer zdał sprawą z działalności Zarządu za lata 1917—1925:
„Główny wysiłek Towarzystwa w tym okresie skupiał sią w stara­
niach o utrzymanie organu Towarzystwa ludoznawczego kwartalnika etno­
graficznego „Lud“. Mimo wielkich trudności materjalnych wydano w tym
okresie następujące tomy: T. XX (1914—1918) w r. 1919, T. XXI,
zesz. 1—4 w czasie od kwietnia 1922 do maja 1923 r., T. XXII,
z. 1—4 wydano w czerwcu 1924, T. XXIII z. 1—4, wydano w czerwcu
1925, T. XXIV z. 1—2 wydano w styczniu 1926, T. XXIV, z. 3—4
wyjdzie w czerwcu w r. 1926. Od T. XXI-go zmieniono dawną nume­
racją na nową (Serja II, T. I), która miała zaznaczyć przekształcenie
pisma na organ ogólno-informacyjny nietylko w etnologji, ale i naukach
pokrewnych, antropologji i prehistorji. Prócz „Ludu“ wydano wiele też
prac zawartych w tem czasopiśmie w osobnych odbitkach.
Wydawnictwa Towarzystwa Ludoznawczego oddano na skład główny
Zakładowi N. I. Ossolińskich.
Bibljoteka i zbiory Towarzystwa Ludoznawczego wzrastały w dal­
szym ciągu. Los tych zbiorów był już zupełnie zabezpieczony od r. 1913,
kiedy to gościnnego przytułku udzielił im Prof. J. Czekanowski w Zakła­
dzie antropologicznym, aż wreszcie w styczniu 1925 r. zostały one zło­
żone w depozycie w Zakładzie etnologicznym U. J. K. Bibljoteka T. L.
wzrastała dzięki wymianie z licznemi instytucjami krajowemi i zagranicznemi. Towarzystwo Ludoznawcze dostawało w zamian za „Lud“
88 wydawnictw, w tem 20 polskich, 15 czeskich, 9 jugosłowiańskich,
3 bułgarskie, 3 rosyjskie, 2 ruskie, 10 niemieckich, 2 austrjackie, 1 duń­
skie, 1 szwedzkie, 2 szwajcarskie, 4 francuskie, 2 włoskie, 1 portugal-

230
skie, 2 amerykańskie, 3 angielskie, 1 australskie, 1 japońskie, 1 afry­
kańskie, 2 estońskie, 2 fińskie, 1 węgierskie.
W szczegółach przedstawia się ta wymiana następująco:
Polskie wydawnictwa: 1. Polska Akademja Umiejętności,
Kraków, 2. „Ruch Filozoficzny“, Lwów, 3. „Rocznik Slawistyczny“, Kra­
ków, 4. Towarzystwo naukowe warszawskie, Warszawa, 5. Towarzystwo
naukowe w Płocku, 6. Towarzystwo Przyjaciół Nauk, Poznań, 7. Towa­
rzystwo Przyjaciół Nauk, Wilno, 8. „Przegląd archeologiczny“, Poznań,
9. „Czasopismo geograficzne“, Łódź, 10. „Wiadomości geograficzne“,
Kraków, 11. „Orli Lot“, Kraków, 12. „Przemysł, Rzemiosło i Sztuka“,
Kraków, 13. Instytut Antropol. T. N. W., Warszawa, 14. „Ziemia“,
Warszawa, 15. Towarzystwo naukowe w Toruniu, 16. „Wiadomości
konserwatorskie“, Lwów, 17. „Wiadomości Archeologiczne“, Warszawa,
18. „Pro Christo. Wiara i czyn“,. Warszawa, 19. „Przegląd antropolo­
giczny“, Poznań, 20. „Wiedza i^Życie“, Warszawa.
Czechosłowackie: 1. Česka Akademia pro vědy, slovesnost
a uměni, Praha, 2. Český Lid, Praha, 3. Národopisné Muzeum českoslovanske, Praha, 4. Moravská Musejní Společnost, Brno, 5. Listy Filo­
logické, Praha, 6. Musealna slovenská v společnost, Turč sv. Martin,
7. Česka společnost nauk, Praha, 8. Československa v Společnost ze­
měpisná, Praha, 9. Knihovna Národného Musea Českého, Praha,
10. „Slavia“, Praha, 11. Prof. Dr. J. Polívka, Praha, 12. Moravské
Zemské Museum (Prof. Fr. Pospišil), Brno, 13. Prof. Dr. Jiři Horák,
Praha, 14. Comité d’organisation de l’institut Slave, Praha, 15. „Pra­
ger Presse“, Praha.
Jugosłowiańskie: 1. Jugoslavenska Akademija znanosti i umjetnosti, Zagreb, 2. Matica Slovenska, Ljubljana, 3. Narodna Starina, Zagreb,
4. Dr. Milován Gavazzi, Zagreb, 5. Hrv. Narodni Muzej, Etnografski
odio, Zagreb, 6. Srbska Králjevska Akademja Nauk, Beograd, 7. Prof.
X. Barić, Beograd, 8. Prof. T. P. Gjorgjevic, Beograd, 9. Prof. K. Tončié
Sorinjski, (Direktor „Narodnogo Muzeja“), Split.
Bułgarskie: Prof. Dr. Miletitch Lubomir, Sofija, 2. Makedonski
Prehłed, Sofija, 3. Izvestija na narodnija etnografski muzej, Sofija.
Rosyjskie: 1. Rossyjskaja Akademja Nauk, Leningrad, 2. Russkoje
geograficzeskoje obszczestwo (otdielenje etnografji), Leningrad, 3. Obszczestwo Lubytełej jestestwoznanja, Antropołogji i Etnografji, Moskwa.
Ruskie: 1. Towarzystwo naukowe im. Szewczenki, Lwów, 2. „Narodny Dom“, Lwów.
Niemieckie: 1. Akademie der Wissenschaften, München, 2. Ge­
sellschaft der Wissenschaften, Göttingen, 3. Sächsische Gesellschaft der
Wissenschaften, Leipzig, 4. Naturhistorische Gesellschaft, Nürnberg, 5.
Schlesische Gesellschaft für Volkskunde, Wrocław, 6. Mitteilungen d.
Vereins f. sächsische Volkskunde, Leipzig, 7. Hessische Vereinigung f.
Volkskunde, Giessen, 8. Zeitschrift d. Vereins f. rheinische u. westfällische Volkskunde, Frankfurt a/M., 9. Zeitschrift des Vereins f. Volks­
kunde, Berlin, 10. Prof. Max Vasmer, Berlin (Zeitschrift f. slavische
Philologie).

231

Austrjackie: 1. Wiener Zeitschrift f. Volkskunde, Wiedeń,
2. Mitteilungen zur jüdischen Volkskunde, Wiedeń.
Angielskie: 1. Royal Anthropological Institute of Great Britain and Ireland, London, 2. Prof. Dr. Malinowski Bronisław, London,
3. The Journal of the Manchester Geographical Society, Manchester.
Duńskie: Dansk Folkemindesamling, Kobenhavn.
Szwedzkie: Kongl. Vitterhets Historie och Antikvitets Akade­
mien, Stockholm.
Szwajcarskie: 1. Prof. Dr. Hoffmann-Krayer Bâle (Archives
Suisses des traditions populaires), 2. Musée ethnographique, Neuchâtel.
Francuskie: 1. Revue d’ethnographie et de sociologie, Paris,
2. Société d'anthropologie, Paris, 3. Les Amis de la Pologne, Paris,
4. Institut d’etudes Slaves, Paris.
Włoskie: 1. Reale Accademia dei Lincei, Roma, 2. Société
Afričana d’Italia, Napoli.
Portugalskie: Faculdade de sciencias Muzeo de Antropologia,
Porto.
Estońskie: 1. Gelehrte Estnische Gesellschaft, Dorpad, 2. Eesti
Rahva Muuseum, Tartus.
Fińskie: 1. Finnisch-ugrische Forschungen (Merilinna), Helsinki,
2. Prof. Kaarle Krohn, Helsinki (FF Communications).
Węgierskie: Magyar Néprajzi Társaság („Népélet“), Budapest.
Amerykańskie: 1. Appalachian Mountain Club, Boston, 2.
Smithsonian Institution, Washington.
Australskie: Royal Geographical Society of Australasia, Brisbane.
Japońskie: The Tökyö geographical Society, Tokyo.
Afrykańskie: Bulletin du Comité d’etudes historiques et scienti­
fiques de 1’ A. O. F. Goray (Senegal).
W ogóle stosunki z zagranicą były bardzo ożywione i sekretarjat
prowadził liczną korespondencję z uczonymi zagranicznymi w różnych
kwestjach naukowych.
W r. 1917 wznowiono posiedzenia naukowe. Odbyto następujące
posiedzenia:
5. XII. 1917 Prof. W. Bruchnalski „Żywoty Świętych Polskich
pod względem osnowy cudowności“.
7. DI. 1918. Posiedzenie poświęcone sprawie ziemi chełmskiej
i Podlasia. Referaty wygłosili : Prof. K. Nitsch o stosunkach językowych
tego obszaru. Prof. J. Czekanowski o stosunkach antropologicznych ;
Dr. K. Sochaniewicz dał obraz cyfrowy djecezji podlaskiej w okresie
powstania styczniowego.
6. VI. 1918 Prof. Adam Maurizio „Zboże, chleb, a ludoznawstwo“.
13. VI. 1918 Adam Fischer, „Wyobrażenia ludowe o zapowie­
dziach śmierci“.
W ostatnich latach poniosło Towarzystwo Ludoznawcze bardzo wiele
strat z powodu śmierci licznych swych członków. Trzem z nich należy
się szczególnie gorące wspomnienie, a mianowicie ś. p. Szymonowi Matusiakowi, Drowi Franciszkowi Gawełkowi i Dyr. Michałowi Żmigrodz-

232
kiemu. Ś. p. Szymon Matusiak był przez długie lata pilnym członkiem
Zarządu, redaktorem „Ludu“ w latach 1908 i 1909, oraz bardzo war­
tościowym współpracownikiem „Ludu“.
Również niezmierną stratę poniosło Towarzystwo Ludoznawcze
przez śmierć przedwczesną Dra Franciszka Gawełka, autora tak ważnej
dla każdego etnologa „Bibljografji ludoznawczej“ oraz również stałego
i życzliwego współpracownika „Ludu“. Wreszcie odszedł od nas także
ś. p. Michał Żmigrodzki, Dyrektor Bibljoteki w Suchej, zasłużony autor
doskonałej monografji o „obrządach weselnych“ (1907), uczestnik wielu
międzynarodowych kongresów etnologicznych, wielki entuzjasta ludoznawstwa.
W wyżej wymienionych straciło Towarzystwo Ludoznawcze nietylko swych członków, zasłużonych pracowników na polu etnologji, sta­
łych współpracowników „Ludu“, ale istotnie wielkich przyjaciół, popie­
rających nas zawsze we wszystkich zamierzeniach i pracach.
Cześć ich pamięci !
W roku 1921 nastąpiła pewna reorganizacja Towarzystwa Ludo­
znawczego w związku z powstaniem w Warszawie Polskiego Towarzy­
stwa Etnologicznego, które miało być organizacją ludoznawczą na całą
Polskę.
Organizacji tej poddaliśmy się jako zupełnie autonomiczny oddział
lwowski, a „Lud“ został organem P. T. E. Ponieważ jednak po pewnym
czasie zauważyliśmy, że nowa ta organizacja nie objawiła większej ży­
wotności, przeto wróciliśmy do dawnej koncepcji Towarzystwa Ludo­
znawczego, starającego się pozyskać członków w całej Polsce.
Kwestja zyskania jak największej ilości członków jest
dla nas sprawą zasadniczej wagi i dlatego zwracamy się z gorącym
apelem do wszystkich naszych przyjaciół, by nam zjednali jak najliczniej­
sze grona członków. Bez tego nie bylibyśmy bowiem w stanie utrzymać
naszego czasopisma, które dotąd istniało jedynie dzięki łaskawie udzie­
lanym nam subwencjom przez p. Dra Stanisława Michalskiego,
Dyr. Wydziału Nauki w Min. W. R. i O. P., któremu też za to skła­
damy gorące podziękowanie. Zarazem jednak apelujemy do naszych
członków, by zwłaszcza wobec trudności finansowych naszego rządu
starali się uzyskać poparcie społeczeństwa dla naszych celów naukowych“.
P. Alfred Bachman skarbnik Towarzystwa Ludoznawczego
przedstawił zestawienie kasowe za lata 1917—1925 (z tego za lata
1917—1922 drukowane w „Ludzie“ XXI 271—276, a za 1923—1925
w bieżącym zeszycie).
P. Dr. Jan Poratyński imieniem komisji skontrującej stwier­
dził, że księgi kasowe znaleziono w zupełnym porządku, i wniósł, by
udzielić Zarządowi absolutorjum, a skarbnikowi podziękowanie za prowa­
dzenie ksiąg. Uchwalono jednomyślnie.
Prof. A. Fischer wniósł, aby Bibljotekę i zbiory Towarzystwa
Ludoznawczego przekazać w formie depozytu Zakładowi Etnologicznemu
U. J. K. z tem zastrzeżeniem, że zbiory i bibljoteka pozostaną w tym
Zakładzie, jak długo będzie istnieć Zakład Etnologiczny U. J. K., gdyby

233
zaś z jakichkolwiek powodów Zakład przestał istnieć, o dalszych losach
zbiorów i Bibljoteki Towarzystwa Ludoznawczego rozstrzygnie Walne
Zgromadzenie T. L. Uchwalono jednomyślnie.
Prof. A. Fischer podaje pod głosowanie uchwałę Zarządu, by
członkami honorowymi Towarzystwa mianować Prof. Aleksandra Briicknera, Prof. Lubora Niederlego i Seweryna Udzielę, kustosza Muzeum
Etnograficznego w Krakowie. Uchwalono jednomyślnie.
Następnie wybrano przez aklamację następujący zarząd:
Prezes : Prof. Dr. Jan Czekanowski, zastępcy prezesa : Prof.
Dr. Franciszek Bujak i Prof. Dr. T. Lehr-Spławiński. Członkowie Zarządu :
Alfred Bachman, Prof. Dr. W. Bruchnalski, Prof. Dr. A. Chybióski,
Prof. K. Chyliński, Prof. Dr. Adam Fischer, Prof. H. Gaertner, Prof.
A. Gawroński, Dr. J. Kuryłowicz, Prof. L. Kozłowski, Prof. Jan Gw.
Pawlikowski, Dr. St. Wierczyński, Sen. Bolesław Wysłouch.
Komisja skontrująca : Dr. Karol Badecki, Dr. Jan Poratyński,
Dr. W. Rolny.
Prof. J. Czekanowski wniósł, by podziękować ustępującemu
prezesowi Prof. W. Bruchnalskiemu za trudy poniesione koło rozwoju
Towarzystwa Ludoznawczego. Przyjęto przez aklamację.

Spis członków w latach 1918—1925.
A. Członkowie honorowi:
Brückner Aleksander, Prof. Dr., Berlin, Wilhelmsaue 18.
Ý Dzieduszycki Włodzimierz hr.
Ý Kalina Antoni.
Ý Karłowicz Jan
Niederle Lubor, Prof. Dr., Praha IV, Chotkovy sady 228.
Udziela Seweryn, Kustosz Muzeum Etnograf. Kraków, Wawel 7.
B. Członkowie założyciele:
Bibljoteka Kórnicka.
Czartoryski Adam Ks., Kraków

Nowicki Franciszek.
Rygier Michał, Kraków.

C. Członkowie korespondenci:
Baudouin de Courtenay J., Warszawa.
Bartoš Franciszek, Berno.
Bołsunowski Karol, Kijów.
Cerny Adolf, Praha IV, Loretańska ul. 9.
Haberlandt Michał, Wiedeń VIO, Laudongasse 17.
Polivka Jerzy, Praha XII, Hálkova 49.
Zibrt Cenek, Praha.
D. Członkowie zwyczajni:
1. Adamus Jan, Mr. por. W. P., Lwów, pl. Bema, dom oficerski 7"
2. Allerhand Maurycy, Dr., Lwów, Jagiellońska 20.

234
3. Antoniewicz Włodzimierz, Prof. Dr., Warszawa, Uniwersytet.
4. Bachman Alfred, Lwów, Gliniańska 8.
5. Badecki Karol, Dr., Lwów, Archiwum miejskie.
6. Badeni Hr. Stanisław Henryk, Dr., Lwów, Trzeciego Maja 6.
7. Bayger Jan Aleksander, Lwów, Zborowskich 5.
8. Banach Grzegorz, Lwów, Kingi 8.
9. Bełza Witold, Dr., Bydgoszcz, Bibljoteka miejska.
10. Biechoński Wojciech, Lwów, Staszica 4.
11. Biedrzycki Stefan, Warszawa, ul. Polna 36.
12. Biłko Leopold, Ks., Cieszyn.
13. J* Bizoń Franciszek, Lwów, Wincentego Pola 10.
14. Blinkiewicz J. B., Rytwiany, Sandomierz.
15. Biesiadecki Franciszek, Lwów, Piekarska lb.
16. Bruchnalski Kazimierz, Lwów, Tarnowskiego 100.
17. Bruchnalski Wilhelm, Prof. Dr., Lwów, Długosza 27.
18. Brzega Wojciech, Zakopane — Skibówka.
19. Bugiel Włodzimierz, Dr., Paris XIII, 72 Bd St. Marcel.
20. Bujak Franciszek, Prof. Dr., Lwów, Sykstuska 56.
21. Bystroń Jan Stanisław, Prof. Dr., Kraków, Kochanowskiego 19.
22. Chybiński Adolf, Prof. Dr. Lwów, Kalecza 20.
23. Chyliński Konstanty, Prof., Lwów, Uniwersytet. ■
24. Cieślak Tadeusz, Lwów, Wyspiańskiego 40.
25. Ciszewski Stanisław, Prof. Dr. Warszawa, Brzozowa 12.
26. Czapczyński Tadeusz, Lwów, Ossolińskich 15.
27. Czekanowski Jan, Prof. Dr., Lwów, Stryjska 24.
28. Dąbkowski Przemysław, Prof. Dr., Lwów, Mickiewicza 14.
29. J* Dąbrowski Tadeusz, Kraków, Kochanowskiego 16.
30. Dąbski Jan, Warszawa, Sejm.
31. Dobrzynieeka Helena, Łódź, Cegielniana 86.
32. Dobrzycki Stanisław, Prof. Dr. Poznań, Matejki 53.
33. Dybowski Benedykt, Prof. Dr. Lwów, Boczna Snopkowska 10.
34. Dyrekcja Akademji sztuk pięknych, Kraków.
35. Dyrekcja państwowego seminarjum w Kielcach.
36. Dzendzel Henryk, Warszawa, Prezydjum Rady Ministrów.
37. Dzikowski Stanisław, Warszawa.
38. Estreicher Stanisław, Prof. Dr., Kraków, Sobieskiego 10.
39. Falkowski Jan, Lwów, Potockiego 40.
40. Finkel Ludwik, Prof. Dr., Lwów, Mikołaja 9.
41. Fischer Adam, Prof. Dr., Lwów, Chmielowskiego 10.
42. Frankowski Eugenjusz, Dr., Warszawa, Marszałkowska 31.
43. Frankowska Marta, Dr., Warszawa, Marszałkowska 31.
44. Fränklowa Giza, Dr., Lwów, Jagiellońska 2.
45. Froń Adam, Humniska, p. Brzozów.
46. Gaertner H., Prof. Dr., Lwów, Uniwersytet.
47. Ganszyniec Ryszard, Prof. Dr., Lwów, Potockiego 20.
48. Gąsiorowski Kazimierz, Inż., Lwów, Potockiego 6.
49. Gawroński Andrzej, Prof. Dr., Lwów, Długosza 27.

235

50. Giliczyński Jan, Lwów, pl. Marjacki 10.
51. Giżycka B, Zakopane.
52. Gluziński Tadeusz, Dr., Warszawa, Chopina 1.
53. Głąbiński Stanisław, Prof. Dr., Lwów, Mochnackiego 48.
54. Gonet Szymon, Przeworsk.
55. Gubrynowicz Bronisław, Dr, Prof. Lwów, Kleinowska 5.
56. Gubrynowicz Kazimierz, Lwów, Rutowskiego 9.
57. Gworek Jan, Gołkowice, p. Swoszowice.
58. Hahn Wiktor, Dr. Prof. Lwów, Dwernickiego 9.
59. Haupt Ludwik, Ułaszkowce.
60. Heczko Bogusław, Cieszyn.
61. Heczko Jan, Koszarzyska p. Jabłonków.
62. Jakubowski Kazimierz, Lwów, Piekarska 11.
63. Janik Michał, Dr. Kraków, Jagiellońska 10.
64. Janusz Bohdan, Lwów, Zyblikiewicza 18.
65. Jurczyński Juljusz, Łódź, Dzielna 6.
66. Kaczmarczyk Kazimierz, Poznań, Śniadeckich 13.
67. Kalityński Mieczysław, Kamionka Strumiłowa.
68. Kallenbach Józef, Prof. Dr., Kraków, Łobzowska 4.
69. Karpiński Izydor, Wadowice.
70. Karwowski Władysław, Lwów, Kleinowska 4.
71. Kasyno narodowe, Lwów, Mickiewicza.
72. Kelles-Krauzowa Marja, Lwów, Łozińskiego 6.
73. Kiełbusiewicz Bronisław, Wilno, Bank Gospodarstwa Krajowego.
74. Klinger Witold, Prof., Poznań, Głogowska 70.
75. Kółko krajoznawcze uczniów gimnazjalnych w Bochni.
76. Koranyi Karol, Dr., Lwów, Sykstuska 17.
77. Kossowski Stanisław, Dr., Lwów, Małeckiego 7.
78. Kozłowski Leon, Prof. Dr., Lwów, Muzeum Dieduszyckich.
79. f Krechowicz Józef, Ks. Lwów, pl. Halicki 14.
80. Krogulski Władysław, Lwów, Jabłonowskich 40.
81. Kryński Adam Antoni, Prof., Warszawa, Służewska 5.
82. Krzanowska Marja, Podgórze.
83. Kulczycki Roman, Dr., Sambor.
84. Kuryłowicz Jerzy, Dr., Lwów, Uniwersytet.
85. Kwieciński Karol, Dr., Lwów, Supińskiego 18.
86. Langer Antoni, Warszawa, Sejm.
87. Leciejewski Jan, Dr., Lwów, św. Teresy 10.
88. Lempertówna G., Dr., Lwów, Bernsteina 18.
89. Leszczyński Jan, Lwów, Trzeciego Maja 16.
90. Lewicki Bolesław, Lwów, Trzeciego Maja 16.
91. Łempicki Stanisław, Prof., Dr. Lwów, Długosza 10.
92. Łęga ks., Grudziądz, Słowackiego 2.
93. Londzin Józef, ks., Cieszyn, Schodowa 3.
94. Łoś Jan, Prof. Dr., Kraków, Kapucyńska 7.
95. Łoziński Emanuel, Dr., Zamość.
96. Lubomirski Ks. Andrzej, Lwów, Ossolineum.

236
97.Łyskowski Ignacy, Prof. Dr. Warszawa, Uniwersytet,
. 98. Machniewicz St., Lwów, Łyczakowska 34.
99. Mączewski Przemysław* Dr., Warszawa, Red. Gazety Porannej.
100. Marczak Michał, Dzików pow. Tarnobrzeg.
101. Matkowski Władysław, Mołotków p. Nadworna.
102. Matoga Jan, Ks., Marcyporęba p. Brzeźnica.
103. Maurizio Adam, Prof. Lwów, Nabielaka 22.
104. Mazur Wawrzyniec, Zernica p. Baligród.
105. Mazur Józef, Buczacz.
106. Mierzwiński Kazimierz, Maszkienice, p. Biadolmy.
107. Mleczko Jan, Ks., Mielec.
108. Moszyński Kazimierz, Prof., Kraków, Warszawska 75.
109. Muzeum XX. Czartoryskich, Kraków.
110. Muzeum hr. Dzieduszyckich, Lwów.
111. Muzeum Ludoznawcze, Poznań.
112. Muzeum Tatrzańskie, Zakopane.
113. Nartowski Wacław, Dr. Brzozów.
114. Nitsch Kazimierz, Prof. Dr., Kraków 10, Gontyna 12.
115. Nowak Paulina, Podgórze.
116. Owczarski Jakób, Dr., Lwów, Piekarska 39.
117. Pająk Jan, Kraków, Dyrekcja Kolei P.
118. Palczewski Tadeusz, Szaflary p. Nowy Targ.
119. Pawlikowski Jan Gwalbert, Dr., Lwów, Trzeciego Maja 5.
120. Pawłowski Stanisław, Prof. Dr., Poznań, Uniwersytet.
121. Pawlik Stefan, Prof., Lwów, Lenartowicza 15.
122. Patkowski Aleksander, Warszawa, Świętokrzyska 18.
123. Pazdro Zbigniew, Prof. Dr., Lwów, Uniwersytet
124. Piekarski Kazimierz, Kraków, Kazimierza W. 82.
125. Pini Tadeusz, Dr., Warszawa, Madalińskiego 15.
126. Podgórski Jan, Szczakowa.
127. Polaczek Stanisław, Krzeszowice.
128. Polio Stefan, Dr., Delatyn.
129. Poratyński Jan, Dr., Lwów, pl. Bernardyński 1.
130. Porębowicz Edward, Prof. Dr., Lwów, Długosza 27.
131. Postawówna Zofja, Przemyśl, Słowackiego 51.
132. Piątkowski J., Myślenice.
133. Rolny Wilhelm, Dr., Lwów, 29 Listopada 26.
134. Romer Eugenjusz, Prof. Dr., Lwów, Długosza 25.
135. Rosiński Bolesław, Ks. Dr., Lwów, Długosza 8.
136. Rozwadowski Jan, Prof. Dr., Kraków, Smoleńsk 21.
137. „Ruch“, Biuro dzienników, Wilno, Ludwisarska 5.
138. Rzepecki Stanisław, Ks., Czortków.
139. Saloni Aleksander, Lwów, Tarnowskiego 21.
140. Sawicka Stanisława, Warszawa, Bracka 16.
141. Schnaider Józef, Dziewinie p. Mikluszowice.
142. Semkowicz Aleksander, Lwów, Kadecka 4.
143. Seminarjum prawa poi. sądowego U. J. K., Lwów.

144. Sekcja geograficzna T. N. S. W., Łódź, Aleje Kościuszki 17.
145. Serwatowska Janina, Podgórze.
146. Siemieński-Lewicki Hr. Stanisław, Lwów, Piekarska 19.
147. Siemiradzki Józef, Prof. Dr., Lwów, Zamojskiego 8.
148. Siewiński Antoni, Buczacz.
149. Siwak Michał, Lwów, św. Zofji 23.
150. Sobolski Konstanty, Dr., Lwów, Ormiańska 13/11.
151. Sochaniewicz Kazimierz, Dr., Lwów, Snopkowska 33.
152. Sokalski Bronisław, Lwów, Listopada 45.
153. Sokolnická Marja, Lwów, Wiśniowieckich 1.
154. Solańska Kazimiera, Lwów, Klonowicza 16.
155. Ý Soleski Jan, Lwów, Polna 67.
156. Sołtys Mieczysław, Lwów, Chorążczyzna 7.
157. Sołtys Tadeusz, Lwów, pl. Sw. Ducha 3.
158. Spławiński Tadeusz Lehr, Prof. Dr., Lwów, Uniwersytet.
159. Staszel Walenty, Zakopane.
160. Stępień Marja, Podgórze.
161. Stojanowski Karol, Dr., Poznań, Uniwersytet.
162. Sulimirski Tadeusz, Dr., Lwów, Potockiego 58.
163. Ý Swiętek Jan, Kraków.
164. Swietniewski Stanisław, Krosno.
165. Szelągowski Adam, Prof. Dr., Lwów, Długosza 27.
166. Towarzystwo naukowe w Płocku, Rynek Kanoniczny 10.
167. Towarzystwo Krajoznawcze w Kielcach.
168. Treter Mieczysław, Dr., Warszawa, Zamek.
169. Ułaszyn Henryk, Prof. Dr., Poznań, Uniwersytet.
170. Uniwersytet ludowy w Szycach.
171. Wasilewski Zygmunt, Warszawa, Marszałkowska 153.
172. Wasylewski Stanisław, Lwów, Jabłonowskich 42.
173. Wierczyński Stefan, Dr., Lwów, Tarnowskiego 80.
174. Witanowski Michał Rawicz, Piotrków, pl. Czarnieckiego 1.
175. Włodzimirski Walery, Lwów, Jagiellońska 18.
176. Wysłouch Bolesław, Warszawa, Senat.
177. Zakrzewski Stanisław, Prof. Dr., Lwów, Długosza 5.
178. Zaleski Juljusz, Dr., Lwów.
179. Zarewicz Stanisław, Dr., Lwów, Kraszewskiego 17.
180. Zborowski Juljan, Zakopane.
181. Żurawski Kazimierz, Lwów, Krasińskiego 33.
182. Żywiec Tomasz, Dr., Gdańsk, Polskie gimnazjum.

ZESTAWIENIE KASOWE ZA ROK 1923.

DOCHODY
L p-

1

a)
b)
c)
«0
e)

f)
s)

2
3
4

5

Tytuł

Kor.
skie

Pozostałość kasowa z dnia
31 XII 1922:
W kasie gotówką . . .
P. K. O. Warszawa
Ńr. 143945 ........
Tow. wzaj. kredytu Lwów
Nr. 10104..........
Bank zaliczkowy Lwów
Nr. 3338 ..........
Kasa oszczędności Lwów
Nr. 139144; 139151;
203293 ............
Książnica Polska Lwów
Nr. 122............
bank krajowy Lwów
Nr. 56448 ..........

Wkładki członków . . .
Subwencja Min. W. R.
i O. P...........................

Szczegółowo
Mkp.

Razem
Mkp.

f.

89503

I
f 1

444649 91



550731 56
1713742 —
16000000



A)

3218400



0

Ossolińskich (v. allegat
. . .
Czek Banku Legj. czesk.

s)

Dochód ze sprzedaży wy-

dawnictw ...... 210
Odsetki od lokaty kapitału..............
210

26883 —
21509756 56

99347 _
87 40
48 56

91

17


1083 97
11000000

do art. 97/923)

--

w Pradze Nr. 004440 210
210
Saldo majątkowe =
14,439.455 Mkp. 65 fen.
zwaloryzowano :
11,000.000 Mkp. po kur­
sie 20.000 Mkp.=l zł.

14439455 65
21509756 56

550

reszta Mkp. 3,439.455 65 ■
wedle parytetu
1 zł. = 1,800.000 Mkp.
210

1 91
złotych

Sprawdzono dnia 25 lutego 1926.

Dr. Jan Poratyński m. p.

Dr. Wilhelm Rolny m. p.

f.

5240140
44530 91
51000 —
1734630 _

40000

d)
/)

1083 97

Razem
Mkp

f.

Książn. P. Lwów Nr. 122
Bank krajowy Lwów Nr.
56448 ...........................
Rk bież. Zakł. Nar. im.

c)

15267

Mkp,

3298797 55

48 56

17

Szczegółowo

W kasie gotówką . . .
P. K. O. Warszawa Nr.
143945 ............
Tow. wzaj. kredytu Lwów
10104.............
Bank zal. Lwów Nr. 3338
Kasa oszczędności Lwów
Nr. 139144; 139151;
203293 ............

b)

91

skie
Druk i eksped. wydawn.
Koszta manip. w P. K. U.
Honorarja .......
Port., urg. i drobne wyd.
Saldo majątkowe z dniem
31 XII 1923:

°)

87 40

Kor.

Tytuł

L. P-

1
2
3
4
5

55

WYDATKI

Dr. Karol Badecki m. p.

551 91
551 91

DOCHODY
L P-

1
«)

b)
c)
d)
e)
/)
2
3

Kor.
czeskie

Tytuł

Pozostałość kasowa z dn.
31 XII 1923:
W kasie gotówką . . .
Na Kk bieżącym Zakł.
Nar. im. Ossolińskich .
W P. K. O. Warszawa
Nr. 143945 ........
Książnica Polska Lwów
Nr. 122............
InneTow. finansowe razem
Czek Hanku Legjonów
czeskich Nr. 004440 .

Szczegółowo
z.

g-

b)

c)
d)

WYDATKI

Razem

Kor.
Tytuł

L. p.
z.

skie

83 33

c)

Druk i ekspedycja wydawnictw ......
Honorarja autorskie (odbitki) ........
Koszta manipulacji w P.
K. O...............
Subskrypcja 2 akcyj
Książnicy Polskiej . .
Portorja,urgensy i drobne
wydatki............
Saldo majątkowe z dniem
31/XII 1924:
W kasie gotówką . . .
W P. K. O. Warszawa
Nr. 143945 ........
Książnica Polska Lwów

400



d)

Nr. 122.......................
Inne Towarzystwa finan-

. .

950



e)

. .
. Ze sprzedaży wydawnictw
' -Bonifikata Zakł. Nar. im.
Ossolińskich .....

2000



1
1

83

2

550



3

05

4

02
01

5
6

210

....

.

91

247 47

a)

b)

Wydział Nauki
Nr. 1110—IV/24 .

. .
Podjęta dnia 18/IV 1924

Wydział Nauki
Ńr. 9935—IV/24 .
Dep. Nauki
Nr. 8395—IV/24 .

551

Szczegółowo
z.

g-

g-

63 02
1

05

4 20
93 95

2060 55

205



02
01

Czek Banku Legjonów
czeskich Nr. 004440 . 210

....



2265 58

3433 33
251 51
46 30
4530 52

210

Sprawdzono dnia 25 lutego 1926.

Dr. Jan Poratyński m. p.

Z.

2102 72

sowę razem........

210

Razem

cze­

g■

-

Wkładki członków . . .
Subwencje Min. W. R.
i O. P.:
«)

4
5

ZESTAWIENIE KASOWE ZA ROK 1924.

Dr. Wilhelm Rolny m. p.

Dr. Karol Badecki m. p.

4530 52

DOCHODY
L P1

«)

b)

c)

d)

e)
2

3

4

5
6

ZESTAWIENIE KASOWE ZA ROK 1925.
Kor.
cze­
skie

Tytuł

Pozostałość kasowa z dn.
31 XII 1924:
W kasie gotówką . . .
W P. K. U. Warszawa
Nr. 143945 ........
Książnica Polska Nr. 122
Inne Towarzystwa finansowę razem .....
Czek ßanku Legjonów
czeskich Nr. U04440 .
Subwencja Min. W. R.
i O. P. (Nr. 3502—IV
N/25)
............
Wkładki członków ...

Szczegółowo

z.

g•

Razem

Z.

L. Pg■

2060 55

2


02

3
4

01
5
210

. • . .

*

2265 58
6
1500
384 —

812 80

Ze sprzedaży wydawnictw

bonifikata Z. N. I. Ossolińskich i odsetki w P.
K. O.....................................

70 49

Za sprzedany czek na
210 Kor. czeskich

1

61 90

. ,

210

5094

Kor.
czeskie

Tytuł
-

1

205

WYDATKI

7
8

«)
b)

Druk i ekspedycja wydawnictw..........
Honorarja autorskie (odbitki)..............
Koszta manipulacji w P.
K. O...............
Wkładka do Związku Tow.
Naukowych........
Ogłoszenie w Polskiej
Agencji Reklamy . . .
Portorja,urgensy i drobne
wydatki............
Sprzedano czek Banku
Legjonów czeskich Nr.
004440 ..............................
Saldo majątkowe z dniem
31 XII 1925 ....................
W kasie gotówką . . ,

Z.

Razem

Z.

g-

g-

3211 90
286 80
2 20
15 —
18 55
55 55

210
377 08

P. K. U. Warszawa Nr.
143945 ..............................
d)
Książnica Polska Nr. 122
d) Inne Tow. finans. razem
e) Na rachunku komisowym
Z. N. 1. Ossolińskich .

77

Szczegółowo

418 86
02
01

lid$ "3? -

708 80

77 '

210
--------

Komisja skontrująca przeglądnęła wszystkie pozycje dochodu i rozchodu, stwierdziła zgodność księgi kasowej z przedłożonemi aleg&jjfoffl
i znalazła wszystko w należytym porządku. Saldo kasowe z dnia 3] XII1925 wynosi Zł. 1504’77 tj. tysiąc pięćset cztery złotych 77 groszyT
Lwów, dnia 25 lutego 1926 r.

Dr. Jan Poratyńsld m. p.

Dr. Wilhelm Rolny m. p.

Dr. Karol Badecki m. p.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.