fca78ec3c5cec878d240f3450ba9d595.pdf
Media
Part of Lud, 1902, t. 8
- extracted text
-
В ік ІД р а Í 2 ¡ m Slaskisno
ORGAN
таитттжт ти
POD RBDAKCYĄ
Dra
ANTONIEGO
KALINY.
І І І І Ш І І Ш В І Ш І І Ш І І І І ІІ І Ш І І І І І І І І
T o m VII9.
ІІІІІІІІІІІІІШ ІІІШ ІІШ ІІІІІІІІІІІІІ
(Z nutami w te k śc ie ).
WE LWOWIE 1902.
NAKŁADEM
T O W A R Z Y S T W A LUDOZNAWCZEGO.
Z drukami W. A. Szyjkowskiego, Kopernika 5.
Sklad głów ny w W arszaw ie: E. W ende i Sp. K rak ow sk ie P rzed m ieście 9,
M
aryi
K onopnickiej
W ROKU JE] JUBILEUSZU
POŚW IĘCA
T O W A R Z Y S T W O LUDOZNAWCZE.
e.
/Т д о ї
SPIS RZECZY
z a w a r t y c h w V III. r o c z n i k u „ L u d u “.
I. Rozprawy i zbiory materyałów.
S tr.
B a d u ra W incenty JE. Naśladowanie głosu zwierząt. •
393
B u ja h F ranciszek dr. Przyczynek do kwestyi „Lachów“ i „Górali“ 161
D aszyńska-G -olińska Z o fia dr. Badania nad alkoholizmem w za
chodniej G a l i c y i . ............................................................................. 62, 113
G um plow icz M aksym ilian dr. Polacy na W ęgrzech (dok.).
262
G ustaw icz B ronisław . Kilka szczegółów ludoznawczych z powiatu
bohreckiego. .
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
265, 368
— Lis mikita w bajce i wierzeniu ludowem wschodnich
A z y a tó w ........................................... .....................................................
5
Jankow ski W ładysław . Pierwiastek ludowy w poezyi F. D.
K n i a ź n i n a . ................................................
.
. . .
127
Jaw orski Z y g m u n t dr. Pasterstwo w Tatrach polskich. •
36
K etlicz M. Lecznictwo l u d o w e . .................................... ........
57
K otow ski Flo.ryan. 0 ludności mieszkającej po prawym brzegu Wisły
w ziemi k r a k o w s k i e j ...............................................................
■ 160
L ilientalow a Regina. Życie pozagrobowe i świat przyszły w wy
obrażeniu ludu żydowskiego.
............................................. 350
M agiera J a n F ranciszek. Przezwiska rymowane do imion
403
M agierowski Leon. Bajki z okolicy J a ć m ie rz a ..................................... 180
— Kilka wierzeń l u d o w y c h . ...............................................................
61
M a tu sia k Szym on. O P i a ś c i e . ............................................
394
M a zu r Józef. 0 miłości u ludu w życiu i pieśni.
. . . .
225
M iklavec Piotr. Zwyczaje, zabawy i zabobony ludu słoweńskiego
w południowej S t y r y i . ....................................................................... 337
M leczko Teofil. Świat zmarłych. •
•
•
•
•
48
M łyn ek L u d w ik . Zabawy sierskich pasterzy przed 20 laty.
• 22, 141
Schnaider Józef. Wśród m a r . .............................................................. 183
Siew iński A ntoni. Legenda o zameczku w Bełzie. . . . .
171
Sm ólski Grzegorz. Ze zbioru podań, opowieści i baśni kaszubskich. 27ІЩ
IV
S tr.
Św iątek Ja n . Z nad Wisłoka, rysy etnograficzne ze wsi Białobrzegi
w pow. ł a ń c u c k i m . ............................................................... 245, 354
Udziela Seweryn. Bajki i opowiadania ludu krakowskiego.
■
• 58
— Czy jest prawda na ś w i e c i e ? ...........................................................168
— Dożywocie w Jazowsku w powiecie nowo - sądeckim —
w XVIII. wieku. •
•
•
•
257
W indahiewiczowa H . Ballady Mickiewicza wśród ludu.
• •
■
1
— Pieśni ludowe z D o b c z y c . ................................................................... 408
W itort Ja n . Opowiadanie z P o n i e w i e ż a . ..................................................405
— Zamówienie od s ą d u . ...............................................................................21
Zalew ski Stefan. Bajki i opowiadania z okolicy Krzeszowic. •
• 187
II.
Rozmaitości.
Czyżew iez Stanisław . Trzy formuły zamawiania.
. . . .
86
G ar g as Z y g m u n t dr. Kwestyonaryusz w sprawie zwyczajów spad
kowych ludności w ło ś c ia ń s k ie j............................................................418
Jakóbiec Jan. Przyczynek do „Prima aprilis“. ...........................................83
Janow ski A l. Z poezyi p r z e d m i e j s k i e j . ..................................................421
K rbek F r. dr. Pierwotne usuwanie części kości czaszkowych (trepanacya) w Peru.
•
204
M agierow ski Leon. Dlaczego pies nie lubi kota?
. . . .
424
— Przyczynek do rozmowy z głuchym. .
.
.
.
.
.
424
— S o b ó tk a .
» 424
M łyn ek fjiid w ik. Odezwa w sprawie nazwy ludowej „Lach“ i jej
pochodnych form.
............................................................ 84
P iątkow ska Ignacya. W sprawie piosnek i zabaw dziecięcych
- 200
Z alew ski A . dr. Przyczynek do I T a g a d y . ..................................................202
Z d zia rsk i Stanisław . Przyczynki do baśnilenorowych. •
.198
III. Recenzye i sprawozdania.
B a u d o u i n d e C o u r t e n a y J a n . Wskazówki dla zapisujących
materyały gwarowe na obszarze językowym polskim. {K a
lina A n to n i dr.).
............................................................................... 77
B i e ń k o w s k i P. De simulacris barbararum gentium, apud Roma
nos. {Leciejewski J . dr.). .
.
.
.
.
.
.
.
92
B r ü c k n e r A. dr. Powieści ludowe. {M łynek L .) . . . .
427
В u j a k P r a n c is z ek dr. Limanowa, miasteczko powiatowe w za
chodniej Galicyi, stan społeczny i gospodarczy. (Gargas Z . dr.) 317
C z e r m i ń s k i M. ks. T. J. Z Grecyi i Krety. {Medtjński A.) •
- 319
Č e r n ý A d o l f . Istoty mityczne Serbów łużyckich. {Z dziarski St.) ■ 435
Č e s k o s l o v a n s k é l e t o p i s y m u s e j n í . Věstnik museí a ar
cheologů ceskosloyanských. 1902. zeszyt 1 — 2. — {Leciejeivski J. dr.) •
•
•
■
•
•
•
•
•
320
У
S tr.
D o b r z y c k i St. Polska poezya średniowieczna. (Leciejeivski J . dr).
94
— Studya nad średniowiecznem piśmiennictwem polskiem. (Leciejeiusici J . d r ) ..............................................................
- 94
D r o p i o w s k i Wł. Pierwsze ślady zajęcia się twórczością ludową
w literaturze polskiej XIX. w. (Ułaszyn H )
89
F e d e r o w s k i M. Lud białoruski na Rusi litewskiej, tom II. —
{Z dziarski St.)
....................................................... 211
G l o g e r Z. Obrzęd weselny polski z. pieśniami i przemowami. —
{Z dziarski St.)
•
■
■
•
-•
■
■
. . .
213
■ Go l d s t e i n H. Przyczynki do „Księgi przysłów“ S. Adalberga. I —III.
{Z dziarski S t . ) ....................................
. . . .
213
G r a b s k i S t a n i s ł a w . Słowacy. (U łaszyn H.)
. . . .
322
J a w o r s k i j J. A. Oczerki po istorii russkoj narodnoj słowiesnosti.
(Ułaszyn H
) ................................................................................
90
— К istorii halicko-russkich koliadok. (U łaszyn S .)
210
J u s z k i e w i c z A n t o n i . Melodye ludowe litewskie. {W indakiewiczowa H . ) ......................................................................................... 324
K a r ł o w i c z J a n . Słownik gwar polskich, tom I—II. — {Matusiak S . ) ......................................................................................... 323
Ko a k o w s k i B r o n i s ł a w . Finían dya. {G argus Z. dr.)
•
•
436
L o m e a r D. Dr. O gostosti prebivalstva in krajev na Krąjnskem
{Leciejeiuski J . D r . ) ....................................................................... 440
. M a t e r y a ł y a n t r o p olo gi c zn о-a rc h e o i o g i e z n e i e t n o g r a f i
c z n e , tom Y. {M atusiak S )
•
. . .
214
M a t e r y a ł y do u k r ai n s k o-r u s k o j i e t n o l o g i i . — {Me
d yński A . ) ..............................................................
436
Pamiętnik
Towarzystwa Tatrzańskiego,
1901, tom
XXII. (U łaszyn H )
.
.
.
.
322
П о л и в к а I. f l p ’b. Б'Ьл'Ьжкії к ъ м ъ приказкитК ш . Ш апкаревия „Сборникъ отъ български вародни умотворе330
н и я“, кн. YIII—IX. {Z dziarski St.) .
.
.
.
.
R a d l i ń s k i J. Przeszłość w teraźniejszości, tom I. — {Dybow
ski B . dr.)
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
95
R o z p r a w y A k a d e m i i U m i e j ę t n o ś c i , wydział historyczno432
filozoficzny, sery a II., tom XVIII. M atusiak S.) ■
■ •
S o u k u p J. Staročeské výročni obyčeje, slavnosti, pověry, čary
a zábavy prostonárodní ve spisech Tomáše ze Sztitného. {Leciejewski J. D r ) ••
•
■ •
•
- 'V
•
.
• 440
Ś w i a t o w i t , tom I. 1899. (U łaszyn H ) ............................................. 210
— tom II. 1900. (U łaszyn H .) .
.
.
.
320
............................................. 439
—- tom III. 1901. (U łaszyn H .)
U d z i e l a S e w e r y n . Świat nadzmysłowy ludu krakowskiego. —
{Z dziarski S t . ) ................................................................................. 432
94
U ł a s z y n H. Na Babią górę. {Z dziarski S t )
.
. . .
.
214
— Gruzya i Gruzini. {Zdziarski St.)
.
.
V ě s t n í k s l o v a n s k é f i l o l o g i e a s t a r o ž i t n o s t i , tom i., 1901.
91
(Ułaszyn H . ) .....................................................
W in d a k i e w i c z St. Teatr ludowy w dawnej Polsce. —
{Zdziarski St.)
•
•
•
• . ............................................... 431
VI
Stiv
W i s ł a , 1899, tom XIII. (Udziela S . ) ....................................................87
— 1900, tom XIV. (Udziela S . ) .......................................................... 21.7
—- 1901, tom XV. (Z dziarski S t . ) ............................................
425
Z d z i a r s k i S t a n i s ł a w . Pierwiastek ludowy w poezyi polskiej
XIX. wieku. (Leciejewski J. d r . ) ..................................................208
IV. Sprawy Towarzystwa.
Bilans kaso w y........................................................................................................ 102
Bilans m a j ą t k o w y ...............................................................................................104
D a r y . .....................................................
i i i ; 222, 444
Polemika. (Z. Gloger contra St. Zdziarski). •
•
•
•
•
336
Posiedzenia Zarządu centralnego.
.................................... 99, 220, 330
Posiedzenia n a u k o w e .
101, 221
Preliminarz na rok 1902.
•
•
•
•
•
-106
Spis nowych c z ło n k ó w ................................................................ 112, 224, 335
Sprawozdania O d d z i a ł ó w . ....................................
101, 221, 331, 442
Sprawozdanie z IV. Walnego Z g r o m a d z e n i a . .........................................100
S p ro sto w a n ie .........................................................................................................112
Stosunki Towarzystwa z innemi Towarzystwami.
. . . .
222.
Spis współpracowników,
którzy zamieścili prace sw oje w VIII. roczniku.
B a d u r a Wincenty E. (Kraków).
Lii ie n t a l o w a Regina (Warszawa)^
B u j a k Franciszek dr. (Kraków).
M a g i e r a Jan Franciszek (Kraków)..
C z y ż e w i c z Stanisi. (Sterkowiec).
M a g i e r o w s k i Leon (Jaćmierz)..
M a t u s i а к . Szymon (Krosno).
D a s z y ń s k a - G o l i ń s k a Zofia dr.
M a z u r Józef (Buczacz).
(Kraków).
D y b o w s k i Benedykt dr. prof.
M e d y ń s k i Aleksander (Lwów).
M i к 1a v e с Piotr (Styrya).
(Lwów).
G a r g a s Zygmunt dr. (Lwów).
M l e c z k o Teofil
G l o g e r Zygmunt (Jeżewo, Król.
M ł y n e k Ludwik (Tarnów).
Polskie).
P i ą t k o w s k a Ignacya (Smardzew^
Król. Polskie).
G u m p l o w i c z Maksymilian dr.
ś. p. (Wiedeń).
S c h n a i d e r Józef (Peczeniżyn).
G u s t a w i . c z Bronisław (Kraków).
S l e w i ń s k i Antoni (Bełz).
J a k ó b i e с Jan (Jarosław).
S m ó l s k i Grzegorz (Wiedeń).
Ś w i ę t e k Jan (Kraków).
J a n o w s к i Al. (Królestwo Polskie).
J a n k o w s k i Władysław (Lwów).
U d z i e l a Seweryn (Podgórze).
J a w o r s k i Zygmunt dr. (Kraków).
U ł a s z y n Henryk (Lipsk).
K a l i n a Antoni dr. prof. (Lwów).
W i n d a k i e w i c z o w a Helena
K e t l i c z M. [pseudonim] (Lwów).
(Kraków).
К o ł o w s k i Florýan (Swoszowice).
W i t o r t Jan (Poniewież, Litwa),
K r č e k Franciszek dr. (Lwów).
Z a le w s k i Aleksander dr. (Lwów).
L e c i e j e w s k i Jan dr. (Lwów).
Za l e ws k i Stefan
Z d z i a r s k i Stanisław (Lwów).
Ballady Mickiewicza wśród ludu.
C hcę zan o to w ać ciek a w y fa k t z dziedziny tw órczości m uzycz
nej n aszeg o lu d u ; chodzi tu o je g o u tw o ry w spółczesne, tem
ciekaw sze, że ilu stru ją sło w a najw iększego naszego p o e ty . W a ż n e
są b a d a n ia h isto ry czn e n ad rozw ojem p ieśn i ludow ej — i szczę
śliw e są n a ro d y , k tó re już doszły w ty m k ie ru n k u dd sy n te z y
sw y ch stu d y ó w . U nas p ra w ie że nie zaczęte jeszcze p ra ce przy?
go to w aw cze, p ieśn i n o to w an e z m u zy k ą ro zp ró szo n e po ró żn y ch
ko d ek sach , ró żn y ch b ib lio tek ach , zkąd je tru d n o w y d o b y ć , cze
k ają n a cierp liw eg o p ra c o w n ik a — zaw cześnie w ięc obecnie b y
ło b y p o ru szać k w e sty ę rozw oju m uzyki ludow ej. Je d n a k ż e g d y
u d a nam się w y szu k ać p ieśń u tw o rzo n ą w czoraj nieledw ie, w ted y
zy sk ać m ożem y p a rę zajm ujących sp o strzeżeń o rozw oju m elopei
i ry tm u w m uzyce ludow ej.
Z b ierając m elo dye lu d o w e w D obczycach*), n atrafiłam n a
dw ie b a lla d y M ickiew icza śp iew a n e w zupełnie o ry g in a ln y sposób.
K to b y ł au to rem śp iew ów , tru d n o b y ło mi dow iedzieć się ; ś p ie
w aczk a (M arysia Ż u ław ińska la t 15) o d p o w iad a ła stale »my w szyst
k ie to śp iew am y«. D o p iero d ru g a lepiej m i znajom a dziew
cz y n k a o p ow iedziała, że w jed n ą niedzielę po p o łu d n iu zeb rało
się dziew cząt pięć (w w iek u od 13— 16 lat) w stodole u rodziców
M ary si, b a w iły się i tań cz y ły , p rz ep o w iad a ją c w iersze ja k ie k tó ra
um iała, B a lla d y : Ś w ite zian k a i C zaty u w a żały za najpiękniejsze,
w ięc zaczęły »w ym yślać ja k b y to śpiew ać« i ta k w spólnem i s i
łam i w te d y »um yśliły te dw ie piosenki« a p o tem inne dziew częta
od nich się n au c zy ły i tera z »w szyscy um ieją«.
T a zb io ro w a k o m p o zy cy a, to fa k t niezm iernie ciekaw y,
żałuję że osobiście sp o strzeżeń czynić nie m ogłam . D ziew częta
*) Miasteczko pow . nad Rabą między Myślenicami a Bochnią.
\
W szystkie u k o ń c z y ły szkołę sześcioklasow ą ; m uzycznego w y
k ształc en ia nie m ają pró cz niew ielkiej p ra k ty k i w śpiew ie c h ó
ra ln y m jed n o i d w u głosow ym .
W s p ó ln e m i cecham i ty c h śp iew ó w z p rz e c ię tn y m ty p e m
p ieśn i ludow ej są : b u d o w a zw ro tk o w a, śp iew sy la b ic z n y i m ała
ro z le g ło ść m elodyi. N r. i. obejm uje śe k stę od h do g’, d ru g i
o k ta w ę od g do у ’. Co do form y, Ś w ite z ia n k a je s t okresem ośm iota k to w y m (4-(-4) i m im o b ra k u harm onicznej n u ty , leży w kad en c y ach d w u cz te ro ta k to w y c h zdań, m o d u lacy a w ta k c ie sz ó s
ty m n ie p o zw ala u w ażać d ru g ie g o cz w o ro tak tu za p ro ste p o w tó
rzen ie p ierw szeg o . Z g ru p o w a n ie dźw ięków w y w o ła ło w Nr. i-szym
m iarę
8
w N r. 2-gim —
4
a w ięc obie m ia ry złożone.
B a lla d ę C z a t y m o g lib y śm y uw ażać alb o ja k o 6-cio ta k t
(44-2) alb o 3 ta k t (2-j-i). T a o s ta tn ia form a, ja k to gdzieindziej
ob szern ie w y k azałam , je s t je d n ą z p o d sta w o w y c h fo im naszej
m u zy k i, je d n a k w daw niejszej m uzyce częściej m o g lib y śm y ob2 3 3
serw o w ać trz y ta k t w m iarach n iezłoźonych np. — , -— , ——. I nie4
4
°
ty lk o trz y ta k t, ale w o g ó le zdanie o n a stę p n ik u k ró tszy m są
ty p o w e m i u nas. M am y te g o g a tu n k u zdań n ie p rz e b ra n ą rozm ai
to ść: 2 -f-i, 3 + 1 (np. N r. 12. g. P ie śn i L u d u O. K o lb e rg a ) з - р 2,
(np. »Lud« X V I . 185 tam że) 4 + 3 , to o sta tn ie n a w e t b ard zo ro z
p o w szech n io n e w m uzyce obrzędow ej. W m uzyce C hopina m am y
p rz e p ię k n e w z o ry ty c h n aszy ch k a p ry ś n y c h p rzed zielań frazesu
m uzycznego. N p. op. 7 N r. IV . p o cz ątk o w e zdanie c z te ro ta k to w e
7
p o d zielo n e je s t ta k , że p o p rz e d n ik liczy — a n a stę p n ik
5
•
1
i —
sk ró co n e o p o ło w ę p au zy . N iem cy w sw oim czasie n az y w ali to
-— nie ro zu m iejąc i nie czując — b a rb a rz y ń sk ie m sk ręcan iem
m elodyi.
R y tm ik a w o b ręb ie ta k tu je st w y so ce k a p ry ś n ą (stosuje się
to do o b u pieśni) ; pierw sza p o ło w a ta k tu w y p e łn io n a rów nej
w arto ści nutam i, do p iero w części d ru g iej w y łan ia się ów c h a
ra k te ry s ty c z n y d la naszej ry tm ik i a k c e n t n a słab szy ch częściach
ta k tu . P o n iew aż je d n a k znajduje się tu n a p o d w ó jn ie słabszej,
bo 5-tej cząstce ta k tu , w y ra d z a a k c e n t n erw o w y , n am iętn y , b a r
dzo n iezw y k ły w ludow ej m uzyce i zd a le k a p rz y p o m in a w rażenie
—
З
—
ry tm u g re ck ieg o , jed n eg o z najtrag iczn iejszy ch : d o c h m i i. M am y
tu bard zo ciek a w y w zór przetw o rzen ia się c h a ra k te ru ak cen tu ,
k tó ry p o p rzed n io b y ł w yrazem e n e rg ii i zuchow atości ja k w k ra
k o w iak u , m azurze, albo naiw n eg o patosu, ja k w leg en d a ch i o p o
w ieściach.
W s k u te k p o w yższego ak cen tu , Ś w ite zian k a n ib y norm alnie
b u d o w a n a, w w y k o n a n iu p rz ek ra cza w p ierw szych z ta k ta c h
k aż d eg o czw orow iersza m iarę
8
na
8
T e n ak c en t i podział
n a 16-tkę je s t w y razem ta k w y su b teln io n eg o poczucia ry tm u , że
0 w ielkiej już k u ltu rze ducha u lu d u naszego św iadczyć m oże.
U życie m ia ry
w Czatach
je st
w ynikiem
rów nież ow ego
ak c en tu , — p a d a on najsilniejszy n a sy la b ę ta (w altan y ) 6-ty
dźw ięk m elodyi, zm uszając nas przez to do uznania dopiero y-miu
d źw ięków m elo d y i za je d n ą m etryczną całostkę. T a k t d ru g i o trzy
m uje p o d o b n y ż siln y ak c en t n a sy lab ie ostatniej ; trzeci zaś,
w pierw szej swej części p o d o b n y rytm icznie do pierw szego
(ak cen t n a 5 dźw ięku) p rz y k o ń cu słabnie rytm icznie, zm ieniając
się w rodzaj w y ra zisteg o pó łrecitatiw a.
N iezw y k łe zw ro ty rytm iczne, ta k szczęśliw ie podkreślające
d a n y w y raz w C z a t a c h , o d k ry w a ją nam now y, p raw ie że nie«
zn an y d o tąd , p rz y m io t m uzyki ludow ej : dram atyczność.
P io sn k a C z a t y m a nastrój w ysoce dram aty czn y . P ie śn i
nasze p o d w zględem m uzycznym m iew ają c h a ra k te r epicki, siel
ski, liry czn y , dziarski, żałośny, ale elem ent d ra m a ty czn y b y ł im
d o tąd obcy. T rag iczn e m om enta, b y w a ły w y rażan e m uzycznie
w to n ie sp o k o jn eg o opow iadania, ja k np. dum a o siostrze, k tó ra
b ra ta za b iła etc. J a k o zaczątek dram atycznej m uzyki m ożnaby
ch y b a uw ażać owe k ró tk ie d y alo g o w a n e p io se n k i: k łó tn ia m ęża
1 żony, synow ej i teści, gdzie n am iętn y to n tw o rz y rodzaj k rz y
k liw y ch recitatiw ó w . D alek o ztąd je d n a k do szlachetnego ak c en tu
d ram aty czn eg o , do w ypow iedzenia b ezpośredniego niep o k o ju czy
b ó lu duszy. Czy b a lla d a nasza stoi już n a w y ż y n ach m uzyki d ra
m atycznej ? Chcę pow iedzieć to ty lk o , że w k ażd y m razie je st
o n a n iezw y k ły m zjaw iskiem w naszej ludow ej lite ratu rz e m u
zycznej — i czyż to nie dość, że słow a b a lla d y sp o iły się z ilu
stru jącą je m u zy k ą w isto tn ą, o rg an iczn ą niem al całość?
_ 4
Oto śpiew y :
D o b czy ce 3. X II. 1900. r. śp iew ała M ich alik ó w n a M arysia.
Ś w ite z ia n k a .
Zwolna.
• -0. *
Ja -k iż to ch łopiec
гф
м
p ię- k n y i m ło - dy,
J a - k a ż to
3- = i :
Щ
»
B rz e -g a -m i
o b o k dzie-
-zhizi.
si-n e j
Sw i - te - ziu
w o-dy,
I - dą p rz y św ietle k się - ży - ca.
C zaty.
Żywo i rytmicznie• ~ N ---------4
N
» ------- * —
в—
Z o -g ro - d o -w e j
Od - cb y -liw -szy
fy~
m
al - ta - н у
z a - sło - ny,
3 = л = -і?
w o - j e - w o - d a zdy sz a - ny,
sp o j-rz a ł w łoże sw ej żo - ny,
powolniej.
¿Z 4—v
B ie-ży w zam ek z w ściek ło -ścią
P o jrzał, z a d rż a ł nie z n a - lazł
i trw o - gą.
n i - ko - go.
H. WindaMewiczowa.
Lis milata w bajce i wierzeniu ludo wem
u w schodnich Azyatów.
Odczyt m iony na posiedzeniu naukowem Chrzanowskiego
Oddziału
Towarzystwa
ludoznawczego w Krzeszowicach dnia 24. marca 1900, tudziez na Walneni Zgroma
dzeniu Oddziału Tow. ludozn. w Wieliczce dnia 11. kwietnia 1900.
Żadne zwierzę nie zajęło w bajce i baśni ludowej wszelkich
czasów i wszelkich narodów ta k w ybitnego stanowiska, co lis mikita, ów najw iększy chytrzeć i fra n t z pomiędzy w szystkich czworo
nogów. Chytrośó, z k tó rą z jednej strony umie podejść podstępnie
upatrzone swe ofiary, a z drugiej ujść zasadzek swych wrogów,
zrobiła go w bajce przedstawicielem podstępu i przebiegłości.
A chilles, idealna postać bohaterów homerycznych, odznaczający
się siłą, zręcznością i nadzw yczajną odwagą, poległ w wrzawie
wojennej. Jego zbroję, k tó ra m iała przypaść najdzielniejszem u i najzasłużeńszemu z orszaku bohaterów w ostatecznem zdobyciu T roi,
przyznało zgromadzenie książąt i wodzów nie Ajasow i W ielkiem u,
synow i sławnego Telamona, k róla w yspy Salam iny, jednoczącemu
w sobie surową, ale ślepą siłę, lecz jego współzawodnikowi, tj.
przemyślnemu, przebiegłemu Odyssejowi, k tó ry ju ż w ielokrotnie dał
dowody nie ty lk o swego nieustraszonego anim uszu i rycerskiego
m ęstwa, lecz słu ży ł także niejedną dobrą radą, pełną przebiegłego
w ybiegu i podstępu wojennego, a którego los przeznaczył, aby wojska
greckie doprowadził do ostatecznego pełnej chw ały zw ycięstwa.
W ta k i sam sposób zwycięża Beineke-lis w niemieckiej baśni
zwierzęcej swego największego w roga i zaw istnika, tj. w ilka, —
ale nie siłą. Jak ż e łatw o byłby mu uległ w boju! W szyscy p rz y
jaciele lisa przew idują nieuniknioną klęskę jego. W i l k , p rzed sta
w iciel b ru taln ej s iły , z początku je st górą nad lisem, przedstaw icie
lem zręczności, przebiegłości. W otoczeniu lw a-kró la nieustanna wrze
w alk a między tem i odwiecznemi stronnictw am i, z których każde
chce panować, jedno teroryzm em , drugie podstępem i ehytrością. Że
d ru g ie pokonyw a pierwsze, zgodne to z n a tu rą rzeczy, inteligencya
bowiem potężniejszą nieraz byw a od siły fizycznej. Oba te jednak
stro n n ictw a w ostatecznych swych dążeniach p rzedstaw iają się ze
stro n y ujemnej, jedno zam ieniając w ładzę w przemoc u cisk ają cąs
drugie przeistaczając rozum w zdradliw ą przebiegłość. W końcu
Beineke-lis zw ycięża i otrzym uje najw yższą godność kanclerza państw a.
Otóż ta chytra, przebiegła i podstępna zdradliwość charakteryzuje
znakom icie całą. istotę lisa-mikity.
A b y w yjaśnić, dlaczego lis zażyw a w wysokim stopniu^bałwochwalczej czci u w szystkich praw ie ludów wschodniej A zyi, przedew szystkiem zaś u Chińczyków, a więc ludu napółoświeconego, zbo
czym y cokolwiek od właściwego tem atu.
D w ie zw łaszcza są przyczyny, dla któ ry ch m istrz m ik ita doszedł
do owej boskiej czci, a przyczyny te m ają również swe źródło
w jego przysłow iow o znanej chytrości i przebiegłości. Albo uchodzi
on u wschodnich A zyatów za zw ierzę poświęcone bogu bogactw a,
tj. ta k zwanemu „ T sa i-sh e n “ czyli „M am m o n o w i“, albo je st nim
n aw et sam, albo też wreszcie przypisują m u zdolność przybierania
n a się wszelkiej możliwej postaci, ba naw et nieśm iertelność. N ie
śm iertelność zaś zawdzięcza on tej okoliczności, iż p rz y swej chytrości
udało mu się — w edług pojęć C hińczyków — posiąść „ e l i k s y r
ż y c i a “, ów cudowny, czarodziejski napój, k tó ry jeszcze dzisiaj
zaw raca wschodnim A zyatom głowę, podobnie ja k niegdyś zdobycie
i posiadanie go było u nas w E uropie najw yższym , najbardziej
upragnionym ideałem każdego alchem isty i cudownego /le k a rz a
średnich wieków. Otóż co żadnemu śm iertelnikow i z pom iędzy ludzi,
mimo najw iększych starań , nie udało się do tej pory, to zdołał
zdobyć lis-m ikita swoją podstępną, przebiegłą i zdradziecką ehytrością.
L is nie je st jedynem zwierzęciem, co odbiera cześć boską od
ludów wschodniej A zyi. Północne bowiem C hiny podobne zdolności
i skłonności, jak ie dzierży lis, przypisują jeszcze czterem innym
zw ierzętom ; Chiny zaś południowe czczą ty lk o lisa. P rzyczyny tego
zjaw iska szukać należy w wielkiej różnicy, ja k a zachodzi między
ludnością, zam ieszkującą olbrzym i szm at ziemi A zyi wschodniej.
Chińczyk południow y spogląda z pew ną pogardą na C hińczyka pół
nocnego, po większej części nieokrzesanego, ja k g d y b y b y ł innej
ra sy , innego plemienia. Chińczycy północni byli w odległych czasach
szam anam i, a k u lt szamanów przyjm ow ał zawsze pew ną liczbę
zw ierząt za półbogów, albo też przynajm niej uw ażał je za isto ty
n a rów ni stojące z człowiekiem. Jeszcze dzisiaj uniew innia się np.
In d y an in A m ery k i północnej przed niedźwiedziem, swym domnie
m anym stry jaszk iem , zanim go zabije, że do tego czynu zmusza go
w alk a o b y t, konieczność. W Chinach południow ych zaś panow ał
k u lt wężów i drzew, zanim buddyzm rozjaśnił nieco um ysły ludzkie.
E ty k a K onfucego nie zapuściła jeszcze do dziś dnia praw dziw ych
korzeni w życie duchowe nieokrze sanego ludu i prawdopodobnie nie
dopnie tego, gdyż je st dla niego nieprzystępną, niezrozum iałą.
Zasię w samej stolicy C hin, tj. w Pekiniej i w najbliższej jej
okolicy, ludność czci ty lk o cztery zw ierzęta jako półbogi, zwłaszcza
l i s a , w ę ż a , ł a s k ę i j e ż a . Zowią je „S su -h sien “, tj. c z t e r e m a
geniuszami, czterema nieśmiertelnymi.
W Tyencynie, mieście położonem na południe od Pekinu,
i w w ielu innych miejscowościach, do tej czwórki półbożków p rz y
b yw a jeszcze p ią ty półbożek, tj. s z c z u r . Tę p iątk ę św iętych zwie
rz ą t zowią „ W u -ta -c h ia “, co znaczy: „ p i ę ć w i e l k i c h r o d z i n “,
albo „ p i ę ć d o s t o j n y c h r o d z i n “. Tw orzą one dobrze u wschod
nich A zyatów znaną pentalogię: „H u, h u a n g , po, lin, h u i“. Zowią
ją także: „Y eh -ch ia“, tj. „ i z b ą p a n ó w “ (patres conscripti), albo
też „H sien -ch ia“, tj. „ r o d z i n ą g e n i u s z ó w “, albo po prostu^
„ g e n i u s z a m i “.
To, cośmy powyżej powiedzieli, w ym aga k ilk u wyjaśnień. Przez
w yraz „H sie n “, k tó ry zw ykle tłóm aczym y w y ra zem : „ g e n i u s z “,
rozum ieją Chińczycy to, co ongi w R zym ie i Grecyi oznaczały
m uzy i inni niżsi bogowie, d i i m i n o r u m g e n t i u m . M itologia
chińska zn a początkowo ty lk o ośm tak ich geniuszów, między nimi
jedną boginię „p o -hua-hsien“, tj. „ b o g i n i ę k w i a t ó w “. Z biegiem
czasu pojęcie to „h sie n “ rozszerzyło się cokolwiek, bo miano „h sie n “
nadają ju ż większej liczbie bogiń, z pomiędzy których na wspom
nienie zasługuje bogini „ch u i-h sien “, tj. bogini wodna, nimfa. Tej
to bogini czyli tem u żeńskiemu geniuszowi poświęcony je s t piękny,
niedawno do E u ro p y sprowadzony chiński narcyz, „c h u i-h sien -h u a“,
tj. k w i a t w o d n e j b o g i n i , bardzo ulubiony k w iat przez kobiety
chińskie i japońskie. W ogóle słowo „h sie n “ oznacza u wschodnich
A zy ató w w ielokrotnie to, co m y rozumiemy przez demony, kobolty,
kołbuki, dyabełki, dziwoźony, ru sa łk i i t. d. W wielu przypadkach
różne znaczenia tego w yrazu ta k się mieszają z sobą, że trzeba do
piero samemu w ybrać z pomiędzy nich znaczenie właściwe. Chiński
znak piśm ienny n a ten w yraz „h sien “ przedstaw ia człowieka sto ją
cego obok góry, albo też na górze, z czego, możemy w ysnuć p rz y
puszczenie, że siedzibę tych geniuszów „h sie n “ umieszczono na
górach. A może niegdyś przez w yraz „h sien “ rozumiano coś takiego,
ja k w staro ży tn ej G recyi przez nim fy leśne, P an i t . d. ?
W y raz „chia" oznacza właściw ie dûm, a źe w Chinach każdy
dom je s t zw yczajnie m ieszkaniem ty lk o jednej rodziny, więc w yraz
ten możemy tłómaczyó po prostu przez „ r o d z i n a “. „C h ia“ ato li
może oznaezaó także głowę rodziny, p an a domu, po prostu „ p a n a “
(porównaj łacińskie dom inus i dom us).
B ajki i baśnie ludowe m ają bardzo w ielki urok, a w zbieraniu
ich najw iększym skrupułem je st to, źe są niewyczerpane. Sądzim y
nieraz, żeśmy zebrali sumiennie m atery ał do jakiegoś przedm iotu,
ja k np. w obecnym p rz y p ad k u do baśni lisiej, a tym czasem przy
porządkow aniu i u k ładaniu go okazują się na wsze stro n y gałązki
i pędy, k tó re ja k u pnącej rośliny od pnia m acierzystego przecią
g ają się do sąsiedniego krzewu, aby tu uczepiwszy się go nowy
znaleźó pokarm i dalej się rozkrzew iać. A ja k ogrodnik nie może
odciąć ty ch pędów jako zbyteczne, jeżeli nie chce zepsuć ogólnego
wrażenia, ogólnego pokroju rośliny, ta k samo i nasz tem at zmusza
nas do bujania po innej dziedzinie chińskiej baśni zwierzęcej i do
w ciągania jej w nasz zakres dla lepszego zrozum ienia rzeczy. D la
tego też pozwolim y sobie zatrzym ać się cokolwiek obszerniej nad
innem i zw ierzętam i, w skład rzeczonej pentalogii wchodzącemi.
W prow adzenie w ę ż a w zakres pięciu zw ierząt-geniuszów daje
się łatw o uspraw iedliw ić jako przeżytek starożytnego k u ltu wężów.
W baśniach zwierzęcych krajów zachodnich odgryw a zdrada i podstęp
węża w ielką rolę, a w chińskiej baśni wąż przedstaw ia wogóle
istotę sprzyjającą człowiekowi. Uznane za państw ow e w Chinach
religie nie próbow ały, ani nie zdołały węża napiętnow ać jako
sym bol „ z ł e g o “.
Ł a s k a „ h u a n g -sh u -lan g “, tj, żó łty w ilk szczurzy, odgryw a
u ludu całkiem podobną rolę co lis, z tą ty lk o różnicą, że je s t dobroduszniejszej n a tu ry . Ł ask a nagabuje i drażni więcej ludzi, niż
im szkodzi, je st zatem koboltem w lepszem znaczeniu tego słowa.
Chiński wieśniak łatw iej przeboli, że m u łask a w ypije ja ja kurze,
albo, że zabije pilne kwoczki, aniżeli wieśniak nasz lub innej n aro
dowości. N iejednokrotnie cieszy się on raczej z tego — rozumie się
samo przez się, jeżeli szkoda nie je s t z b y t w ielką, — niżby m iał
się smucić, a w tedy geniusz ła sk a je st dla jego rodziny życzliw y
i będzie jej z pewnością przy sp arzał dóbr ziemskich, doczesnych.
ft
—
9
—
Dziwnem się ty lk o wydaje, źe do pentalogii wciągniono ta k ie
niepokaźne zwierzę, jakiem je st właśnie j e ż , k tó ry nie je st obda
rzony ani szczególniejszą inteligencyą, ani też nie posiada w ybitnych
przym iotów . Podczas gdy lud umie opowiadać tysiączne^historyjki
0 wężach i łasce, to rzadko kiedy słyszeć można baśń, w którejby
jeż albo geniusz-jeż odgryw ał ja k ą poważniejszą rolę. Znaną mi
je s t następująca jedyna baśń chińska o jeżu.
H az w ieśniak chiński zobaczył w nocy w ogrodzie swoim jeża.
G dy ostrożnie p rzy b liży ł się do niego, w idział najw yraźniej, że jeż
m odlił się do księżyca Jeż bowiem siedział na ty ln y ch nóżkach
p ro s to 'i b ił najwidoczniej pokłony „p a i-i“.
„P ai-і“ — je st to pełne uszanow ania pozdrowienie, jakie winien
je st sy n rodzicom lub jakie należy się osobom starszy m ; jest ono
zaszczytniejsze niż zw yczajne pozdrowienie, p rz y którem praw ą
pięść w ciska się w lewą dłoń i w tem położeniu obie ręce podnosi
się nieco ponad piersi i obniża, mówiąc sło w a: „ching-la, ch in g -la“,
albo krócej : „ c h in g “. P rzy pozdrowieniu „pai-і“ należy w powyższy
sposób złożone ręce podnieść kilkakrotnie aż do czoła i nazad
spuścić.
Ten sposób pozdraw iania w yjaśnia nam dostatecznie owego
jeża. J e ż bowiem, którego obserwował wieśniak, m ył sobie tylko
przednie łapki, tj. języczkiem je oblizyw ał.
Daleko zawilej przedstaw ia się półbóstwo s z c z u r a . W nie
których okolicach, np. w Pekinie, nie uznają wcale szczura za „ś w i ę t e g o g e n i u s z a “. Mówią tu nie o „ W u -ta -c h ia “, tj. o p i ę c i u
ś w i ę t y c h r o d z i n a c h “, lecz ty lk o o „S su -h sien “, tj. o „ c z t e r e c h
g e n i u s z a c h “. Szczur pentalogii zowie się „ p o “, a nie „ s h u “ albo
„lao -sh u ", ja k go lud poprostu mianuje. W y raz „po" da nam
pewne w yjaśnienie. W y ra z ten „ p o “ oznacza właściw ie bobra. Z nali
go ongi dobrze starodaw ni szamanie północnych Chin, Mongolii
1 M andżuryi. B obry zam ieszkują jeszcze dzisiaj w znacznej liczbie
S yberyę i najbardziej na północ położone dzielnice Chin. Zręczność
i biegłość bobra w budowie swych m ieszkań kazały wnosić o wielkiej jego inteligencyi, k tó ra owym daw nym ludom pierw otnym
m usiała imponować. Porównaj np. stanowisko bobra w podaniach
In d y an am erykańskich, a więc także szamanistów. Być więc może
że cześć oddaw ana pierw otnie bobrowi, z biegem czasu przeszła na
szczura, k tó ry także je st gryzoniem, daleko pospolitszym niż bóbr.
S tąd „ s z c z u r “ znalazł się w pentalogii.
—
и
-
spraw ie m ają jakieś wiadomości, powszechnie w ierzą, źe lis udaje
się n a w ysoką, oddzielnie wznoszącą się górę. Tam przebyw a k ilk a
la t odludnie i bierze ty lk o roślinny pokarm . G dy słońce wejdzie
ponad poziom, musi ustaw icznie patrzeć w jego tarczę i kierować
oczyma za niem, aż do zachodu jego. T ak samo winien obserwować
i tarczę księżyca. Podczas tej obserw acyi czy to ta rc z y słonecznej,
czy też księżycowej, lis powinien stać na ty ln y ch nogach i to
n a najw yższym punkcie góry i oddychać głęboko. Po pew nym czasie
nie potrzebuje już brać pokarm u. G dy już nie czuje ani głodu, ani
pragnienia, je s t to oznaką, źe proces przem iany odbywa się nor
m alnie. Dopóki odczuwa jeszcze potrzebę snu, może spać ty lk o w tedy,
g d y niem a księżyca n a niebie.
J a k już wspomniałem, ludzie napróżno, aż do tej pory szukali
elik sy ru życia, owego kam ienia m ądrości; ale ch y try lis by ł szczę
śliw szy i 'przebieglejszy, bo go zaiste znalazł. A le zanim ten długo
trw a ły proces przem iany jego w ducha-geniusza się ukończy, pod
lega i on śmierci. Oszczep albo k ula myśliwego mogą go w k ilk u
m inutach oddać w szpony śmierci, której ujść usiłuje on od la t
w ielu z wielkim mozołem i trudem . A le ta k a zuchwałość m yśliwego
nie pozostaje bezkarnie, nie ujdzie mu płazem. D usza bowiem lisa
zabitego przyjm uje na się inne ciało i poczyna na nowo długoletni
i ciężki proces m etam orfozy. W cześniej czy później pomści się na
zbrodniarzu, bo takiego czynu nie zapomina on nigdy, a rzadko
kiedy przebacza.
O takiej zemście niezbyt dawno p isały gazety japońskie. Pod
czas przedstaw ienia teatraln eg o dobył a r ty s ta niespodzianie miecza
i ku w ielkiem u przerażeniu widzów ściął w ich oczach głowę dru
giem u grającem u artyście. M orderca zw aryow ał nagle. A. za p rz y
czynę tego obłąkania podaw ał lud i prasa, że „jeden z przodków
tego a r ty s ty przed bardzo wielu la ty zran ił liśa-geniusza. Od tego
czasu z każdej gen eracyi tejże rodziny ktoś nagle dostaw ał pomięszania zm ysłów. Otóż i tu na ty m artyście w y w arł zemstę lisgeniusz“.
Członkowie pentalogii „W u -ta -c h ia “ w yw ierają wogóle bardzo
w ielki w pływ na socyalne życie ludzi. Mogą one wzbogacić lub
zubożyć człowieka. K ażdy Chińczyk potrafi przypadki nagłego bo
g actw a lub nagłego zubożenia w yprow adzić z w pływ u ty ch pięciu
geniuszów zwierzęcych. W skutek tego uw ażają je ludzie w yłącznie
za bogów bogactwa. N a obrazach i w izerunkach widzimy je zawsze
ze sztu k ą srebrnej m onety zwanej „sy c ce“ (tj. trzew ik) w ręce,
tudzież u stóp ich bajeczną miseczkę „ch u -p ao -p en “, „w k t ó r e j
g r o m a d z i s i ę b o g a c t w o " . D latego też po stodołach, gum nach
i ogrodach staw iają Chińczycy dla nich m ałe ołtarze, zowiące się
„tsai-sh ąn -fan g “, tj. „ d o m b o g a b o g a c t w a “ czyli „ d o m P l u
t o n a “. Eów nieź w pomieszkaniach w yznaczają im często m ałe
miejsce, gdzie staw iają im m ałe naczyńka z pokarmem , poniekąd
ja k b y ofiarę. W zam ian za to spodziewa się rodzina od nich dóbr
doczesnych. C hińczyk zatem bije czołem przed „ b o g a c tw e m “. Ale
„pai tsai-sh en -ti pu sh a o ", tj. „ t a k i c h , k t ó r z y m o d l ą s i ę d o
b o g a M a m m o n a j e s t w i e l u “, pow iada stare i praw dziw e
przysłow ie chińskie. W e w szystkich swych zap atryw aniach o życiu je st
Chińczyk w ielkim m atery alistą, a to z powodu nader tw ardej w a lk i
o b y t. B o g a c tw a — w edług jego pojęcia — przynoszą z sobą w szystko
inne dla niego pożądane. „ W s z e c h m o c n y d o l a r “ sprow adza
Chińczykowi w szelką szczęśliwość nietylko na ziemi, ale i na drugim
świecie. W ty m celu sypią przyjaciele z papieru zrobione trzew iki
srebrne po drodze podczas pogrzebu, aby nieboszczykowi srebro ta k
otw ierało drogi w podziemiu, ja k się to działo na ziemi za życia
doczesnego. Czyż nie żąd ał sam s ta ry C haron jednego obola, aby
duszę zm arłego G reka przewieźć przez rzekę S ty k s? N a ziemi bo
gactw o otw iera drzw i pałaców bogaczy i w pływ ow ych urzędników ,
a w owym drugim świecie bram y upragnionego raju.
Bogactwo należy do trzech szczęśliwości, k tóre już na ziemi
posiąść może człowiek pobożnym żyw otem doczesnym ; dwie drugie
szczęśliwości tw orzą długie życie i męskie potomstwo. Cynicy w y
m ieniają jeszcze Czwartą szczęśliwość Chińczyka, a je st nią piękna
broda. Chociaż m ała, rzadka, szćzecinkow ata broda Chińczyka nie
w ydaje się nam być ładną, przecież je s t ona pragnieniem i dum ą
każdego syna niebieskiego państw a. Zw yczaj atoli pozw ala mu z a
puścić brodę dopiero z czterdziestym rokiem życia, albo gdy został
dziadkiem w rodzinie, co w skutek powszechnych wczesnych m ał
żeństw mianowicie w Chinach południowych, je st bardzo możliwe.
Jeżeli C hińczyk doczeka się brody, czesze i pielęgnuje ją w w y
sokim stopniu.
Zw ierzęta należące do „ W u -ta -c h ia “ rade są bardzo z czci, ja k ą
im śm iertelnicy oddają. Te zwierzęta, które jeszcze nie dokonały
zupełnej przem iany, doznają w swych m ozolnych trudach znacznego
u łatw ien ia przez składane im ofiary, m odlitw y i kadzidła. Te zaś
zw ierzęta, k tóre już odbyły swój czas próbny, czyli now icyat, cieszą
się z składanych ofiar i m odlitw i zażyw ają ty m sposobem osią
-
13
—
gniętych zaszczytów swego wysokiego dostojeństwa. Poczuw ają się
one w tedy do obowiązku, aby ludziom oddającym im cześć i czoło
bitność, pomódz swem błogosławieństwem . Cuda czynią one na
wsze strony. Jeżeli człowiek postaw i czarkę z wodą przed ich o łta
rzam i i skrzyniam i, to k ilk a kropel tej wody w ystarcza później,
aby wyleczyć wszelkie możliwe choroby. Woda ta zowie się „ Chusch e n -sch u i“, t. j. „ ś w i ę t ą w o d ą o d m ł a d n i a j ą c ą “.
Dodać winienem, że te geniusze spuszczają tak że pigułki
z nieba, k tó re leczą w szelką niemoc, ja k owa maść sezamowa der
wiszów w baśniach z 1001 . nocy. P igułki te zowią się „L ao-hsienw a n “, t. j. „ p i g u ł k a m i g e n i u s z ó w z n i e b a s p a d ł e m i . “
Sław a i wziętość św iątyń, czy m ałych, czy wielkich, zależy
często od tego, że w nich przebyw a albo chowany je st lis, w ąż,
jeż, albo też łaska. Zw ierzęta te czczą ludzie niekiedy daleko
więcej niż właściwe bogi. U niektórych sekt, których w Chinach
mimo zakazu je st bardzo wiele, n. p. u ta k zw anych „T ai-shangm e n “, wisi obraz czterech geniuszów „S su-hsien“ w każdym domu
członków te j.s e k ty . Do obrazu tego modlą się. Praw ie w każdym
domu znajduje się o łtarz albo przynajm niej szafka lub skrzynka
„ p i ę c i u g e n i u s z ó w “ czyli „ W u -ta -c h ia “. W geniusze zwierzęce
w ierzy lud niezłomnie ; do bogów czyli bożków, bałwanów ma on
pewne swoje wątpliwości, mianowicie co do ich mocy, potęgi i po
mocy ludziom udzielanej. G dyby jednak kto drw ił i żartow ał sobie
z bałw ochw alstw a owych geniuszów, odpowiada Chińczyk, surowym
wzrokiem przenikając śm iałka, tem i słow y: „C hang-cho hsien chia
kuo s h ih -tz u “, co znaczy: „ z a l e ż y m y co d o n a s z e g o p o w s z e
d n i e g o c h l e b a o d g e n i u s z ó w “ albo też słow y: „Kuo hsien
ch ia ti s h ih -tz u “, t. j. „ ż y j e m y z d o b r o c i g e n i u s z ó w 7“.
Za dalekoby mnie doprowadziło, gdybym opowiadał wszelkie
h isto ry jk i o w szystkich pięciu członkach pentalogii, chociażby to
ze stanow iska etnograficznego nie małego było znaczenia ; o g ra
niczę się jedynie na podaniach ludowych, które m ają za przedm iot
„ h u -h s ie n “, t. j. „ l i s a g e n i u s z a “.
Lis-geniusz, ja k inne geniusze pentalogii, posiada zdolność n a
tychm iastow ego przybierania na siebie wszelkiej możliwej postaci.
W tej chwili je st on jeszcze najodpowiedniejszym, najzw yklejszym
lisem, a za chwilę przedstaw ia ■się jako mężczyzna w7 kwiecie wieku,
a znowu potem jak o bezsilne, kwilące dziecię, albo jako cudowna,
urocza niew iasta. Panuje nad czasem i przestrzenią. Tysiące a ty -
—
14
d a c e mil przebiega w m gnieniu oka. W idzi przez zam knięte drzwi
i ściany. M atery a w szelka ustępuje pod jego rękam i, je s t plastyczną,
podatną w jego rękach. Żaden czarnoksiężnik, żadna czarow nica
nie może mu szkodzić, ani pćjść z nim w zawody, bo z nim nie
zajdzie do końca. Zwiedzie, obałamuci, oszuka każdego z łatw ościąNajm ądrzejszego zrobi najw iększym głupcem i ig raszk ą swego h u
moru. W iele opowiada o nim najpoczytniejsza w Chinach książka
p. t. „L ia o -ch ai-ch it-i“, podobna do naszych książek trak tu jący ch
o baśniach, podaniach i klechdach ludowych lub do niemieckiej
„G rim m ’a M ärchen“. Głównie w Jap o n ii spotkać się można z takiem i książkam i i nasłuchać niezliczonej ilości bajek i baśni zw ie
rzęcych.
K ażd y praw ie wschodni az y a ta doznał i doznaje wiele złego
od tego lisa-geniusza. Lis-geniusz zna najm niejsze słabostki każdego
człowieka, a na nich budując, zw abia go ułudnie i popycha do
w szystkiego możliwego. Obiecuje złote góry, a nigdy nic nie do
trzym uje. Przez lisa-geniusza przyrzeczone złoto przem ienia się
w cuchnące łajno, podobnie ja k złoto d yabła w naszych podaniach
ludowych. Skąpem u i sknerze przyobiecuje złoto i srebro, pijakow i
wino chińskie t. zw. „S am szu “, młodzieńcowi piękne dziewice. J a k
błędne św iatełko prowadzi ich lis-geniusz z ich złudnem i nadziejam i
po zwodniczych, błędnych drogach, wodzi ich ustaw icznie za nos,
aż wreszcie w yczerpani zupełnie i cokolwiek oprzytom nieni odstę
pują od pościgu za urojonym i zam iaram i.
A przecież lis-geniusz nieraz naszedł n a swego, co mu dorów nał,
ba naw et przew yższył w chytrości i przebiegłości, co go zdołał po
konać jego w łasną bronią, t. j. podstępem i chytrością. Te h isto
ry jk i przypom inają nam naszego biednego dyabła, k tó ry w ludo
wych baśniach słowiańskich i germ ańskich nieraz w yszedł jak Z a
błocki na mydle. C hińczyk objawia w tak ich razach w ielką radość.
Cieszyć się z nieszczęścia drugiego, z niepowodzenia lub z w yrzą
dzonych przez drugiego szkód, — to głów ny ry s ch a rak teru Chiń
czyka. Podam jednę ta k ą baśń chińską.
Wieczorem w racał wieśniak do domu i na drodze zeszedł się
z młodym, przystojnie ubranym człowiekiem. Po w ym ianie wszel
kich pozdrowień i oznak uprzejmości w dali się w rozmowę i szli
dalej razem. A le było coś szczególniejszego w zachowaniu się obcego,
a to wzbudzało w w ieśniaku pewne podejrzenie. Postanow ił ted y
mieć się na baczności i na w szystko, co obcy robi lub mówi, dać
należy ty pozór. R ozm aw iali swobodnie i szczerze i bez ogródek
—
15
o najrozm aitszych rzeczach, a obcy w ydaw ał się bardzo przyjem nym
tow arzyszem podróży. Nakoniec gdy się już dobrze zaznajom ili,
a do domu w ieśniaka było niedaleko, prosił obcy wieśniaka o prze
nocowanie go u siebie, bo do własnego m ieszkania m iał jeszcze k a
w ał drogi. Chętnie p rz y ją ł wieśniak obcego u siebie, bo jakoś ochło
n ął z pierwszego podejrzenia. Młodzieniec w y p y ty w a ł się tedy
o bliższe szczegóły co do m ieszkania swego gospodarza ; szczególniej
zaś d o p y ty w ał się go, czy w zagrodzie są psy, bo psów bardzo się
obawia. P y ta n ie to wznieciło w w ieśniaku na nowo podejrzenie.
W y g ląd ało to tak , ja k gdyby złodziej w praszał się na dobre do
jego domu. Zaprzeczył tedy wieśniak, mówiąc, że psów nie trzym a,
co też bardzo uspokoiło obcego. Swoją drogą za p y ta ł się gospodarza,
czego on się najwięcej obawia na św iecie?— „ J a boję się p só w “ —
— rzek ł —: „a ty czego się boisz?“ — „A ch“ — odpowiedział
w ieśniak — „największym moim postrachem są pieniądze. Ju ż sam
w idok pieniędzy przejm uje mnie lękiem i drżę w tedy na całem
ciele“.
Tymczasem doszli do domu; gospodarz zaprasza uprzejmie
gościa, by wszedł do jego domu. Gdy gospodarz zam knął szczelnie
bram ę, nadszedł pies. w yczekujący z tęsknotą pana swego, łasząc
się i ciesząc z jego przybycia, a ujrzaw szy obcego, począł na niego
wściekle ujadać. Piorunem , ja k to mówią, przem ienił się przybysz
w lisa, jednym susem b y ł za m urem i zniknął.
T eraz dopiero poznał wieśniak, źe m iał do czynienia z lisemgeniuszem, tj. z „ h u -h sie n “. W nocy gdy zaledwie do snu się po
łożył, głośny rum ot pod oknem zbudził go, a spojrzaw szy ku oknu,
u jrza ł p rzy niem lisa geniusza, trzym ającego w rękach olbrzym i
wór pieniędzy. Lis-geniusz „h u -h sie n “ spoglądał na wieśniaka
z uśmiechem złośliw ym i szyderczym. W tem przypom niał sobie
w ieśniak, co podczas drogi mówił o pieniądzach i o skutkach jakie
n a nim w yw ierają. Pozornie tedy przejęty ogrom ną trw o g ą w ysko
czył z łóżka i prosił lisa, by się nad nim ulitow ał i usunął z przed
jego oczu w strę tn y worek pieniędzy. Głośno naigraw ając się wieś
niakowi, rzucał mu lis do izby pieniądze, jedną sztukę po drugiej.
Tm żałośliwiej w ieśniak krzyczał i im bardziej lam entow ał i kw ilił,
tern więcej cieszył się lis-geniusz i tem więcej pieniędzy rzucał do
izby pod nogi wieśniakowi.
N astępnej nocy pow tórzyło się to samo. Lis-geniusz pojaw ił
się znowu i rzucał pieniądze do izby wieśniaka, niby-to na śmierć
zastraszonego. A le z czasem sprzykrzyło się to i lisowi-duchowi ;
—
16
—
może pow ziął ja k i now y zamach na kogo innego, bo ju ż nie pojaw ił
się po k ilk u nocach u tego wieśniaka. W ieśniak zaś tym czasem
przez swoją przebiegłość, k tó rą w y stry ch n ął lisa na dudka, s ta ł się
bogatym człowiekiem.
Mieszkaniec wschodniej A zyi, mianowicie Chińczyk, oddaje tedy
lisowi boską cześć, bo wierzy, że może dopomódz tnu do bogactw a ;
dlatego też składa mu ofiary i modli się do lisa-geniusza, ale więcej
z obaw y przed nim. Lis-geniusz bowiem może mu szkodzić nietylko
w jego dobrach doczesnych, ale także n a jego zdrowiu. Lis-geniusz
w inien je s t wszelkich m ożliwych chorób. Jeżeli starego grzesznika
tra p i podagra, winien tem u lis-geniusz. W y b ry k i i rozpusty mło
dzieży. zb y tek w piciu i obcowanie z kurty zan k am i mszczą się ta k
łatw o i niesmacznie, a w tedy pewnikiem jest, że jedną z lubieżnie
nie kto in n y był, jeno lis-geniusz. W postaci uroczej kokietki wyssie
on niejednemu biednemu mężczyźnie wszelkie siły żywotne, albo je
ta k osłabi, że biedak staje się niedołęgą. T a k zw any „ p o strz ał“
przypisuje C hińczyk także lisowi-geniuszowi. W edług w iary średnich
wieków m ogły czarownice z wielkiej odległości zabić mężczyznę,
którem u szkodzić chciały, a którego widzieć nie m ogły, a to jednym
strzałem (apopleksya z w ynikiem śm iertelnym ), albo też zranić
silniej (apopleksya łagodna), albo też uszkodzić nieszkodliwie (postrzał).
Co u nas lud rozum iał i rozumie jeszcze przez w yrażenie „ z ł y
g o o p ę t a ł “ albo „ d y a b e ł g o o p ę t a ł “, to C hińczyk przypisuje
bez ogródki lisowi geniuszowi. Przedew szystkiem kobiety m ają
w ty m względzie najwięcej od niego do cierpienia. J e s t w istocie
faktem , że w Chinach głównie kobiety, może w skutek przeważnie
siedzącego try b u życia, jakoteż i dziedziczności, cierpią na napady
epileptyczne. N ależy w tedy zawezwać mądrego człowieka, k tó ry b y
um iał wypędzić lisa-geniusza z ciała biednej ofiary. W wielu w y
padkach „ o w y m i m ą d r y m i l u d ź m i “ są taoistyczni kapłani*).
Chodzimy po ulicy m iasta chińskiego, aby oglądnąć skromne
jego osobliwości. K ażde m iasto chińskie cechuje pewna monotonność,
k tó ra cudzoziemcowi niezbyt długo w Chinach bawiącemu, nie ta k
łatw o daje się we znaki. Jeżeli ato li je st się zmuszonym długie la ta
tam spędzić, to mało zm ieniający się pokrój m iast z biegiem czasu
staje się nużącym . Nie chcę przez to powiedzieć, żeby każde m iasto
dla siebie nie m iało w sobie czegoś osobliwego i właściwego, coby
podniecało urok nowości i ciekawości. To w łaśnie w ynaleźć w mias*) Religie państwowe w Chinach są: religia Konfucego, Buddy czyli Buddyzna
j religia Laotsego czyli Taoizm (ta o — rozum).
—
17
—
taoh chińskich jest rzeczą niełatw ą. Czyż niema tam ludzi, przewodni
ków, k tó rzy b y pod ty m względem zwrócili na to uw agę naszą? Są, ale
ci zaprow adzają cię najczęściej do św iątyń Tu widzisz św iątynie
nieba i ziemi, tam św iątynie poświęcone Konfucemu, zastępcy k u l
tu ry , a ówdzie św iąty n ie poświęcone bogowi w ojny „K uanti“. Ale
w oko w pada ci przedew szystkiem jedna św iątynia, k tó ra odznacza
się wobec innych pewnym zbytkiem , pewnym przepychem. Jeż eli
inne św iątynie są mniej lub więcej podupadłe, albo brudne, zanie
czyszczone. a k ap łan i i służba przedstaw iają ci się jako odartusy
i oszarpańce, to w y g ląd tej św iątyni wskazuje, że wydano wiele
pieniędzy na częste jej odnawianie i na utrzym anie w niej porządku
i czystości. Również służba św iątynna chodzi w czystem, ochędożnem
ubraniu. G dy ty m w Chinach niezw yczajnym widokiem zdziwieni,
zap y tam y , jakiem u to bóstwu zbudowano i poświęcono tę św iątynię,
otrzym am y odpowiedź, źe to „h u -h sien -m iao “, tj. „ ś w i ą t y n i a
l i s a - g e n i u s z a “.
K ap łan i tej św iątyni zajm ują się głównie wypędzaniem' lisa
z ludzi przez niego opętanych. Za wyleczenie żądają pilnego sk ła
dania ofiar w św iątyniach. Po szczęśliwem uzdrowieniu musi w y
leczony oprócz tego złożyć z wdzięczności w św iątyni znaczny dar
czyli okup. "W ten sposób przychodzą te św iątynie do dość znacz
nych dochodów. W ielu chorych ślubuje, że po wyzdrowieniu św ią
ty n ię na nowo pobielą i pom alują, albo też przeprow adzą gruntow ną
jej restau racy ę swoim kosztem. Liczne tabliczki czyli w ota p rz y
ozdabiają w nętrze św iątyni ; są to d ary mniej zamożnych ludzi. N a
o łtarz u nigdy nie gasną świece i kadzidło, składane przez szuka
jących polepszenia zdrowia.
R az byłem zmuszony — pisze mi p. Z., tow arzysz z ław
szkolnych — dłuższy czas podczas moich zawodowych podróży za
baw ić w Cycykarze*), stolicy prow incyi nadam urskiej. G ubernator,
t. zw. generał ta ta rsk i, przydzielił mi do osobistej posługi i pomocy
swego sierżanta. B y ł on z n a tu ry gadatliw y, w sam raz mężczyzna,
którego mogłem o rozm aite rzeczy się w ypytyw ać. On to opowiadał
mi bardzo wiele ciekawych rzeczy o lisie-geniuszu i jego złych
czynach. M iasto C y cy k ar posiada nrędzy innemi budowlami piękną
św iątynię lisa-geniusza, k tó rą w ystaw ił z wdzięczności poprzedni
gub ern ato r za szczęśliwe, wyzdrowienie jedynego swego syna. Tenże
*) Miasto w Mandżuryi, n a południowej jej granicy, nad rzeką Nonni, Liczy.około 70,000 mk.
-
îâ
będąc chłopcem wśród zabaw zwichnął praw ą rękę, która wskutek
niezręcznego leczenia lekarza nie mogła wyzdrowieć. Chłopiec tedy
cierpiał wielkie boleści. Stroskany ojciec zwrócił się wkońcu wsku
tek porady przyjaciół do kapłana-wypędzacza lisów geniuszów. Tenże
obok swego szalbierstwa zdawał się posiadać jakieś empiryczne
wiadomości z terapeutyki. Bądź co bądź zdołał przez zręczne zło
żenie i silny masaż chorą rękę w krótkim czasie wyleczyć, a hokuspokus, jak i urządzał, posłużył mu tylko na to, aby swej wiedzy
i mocy guślarskiej zabezpieczyć przynależny respekt, przynależne
poszanowanie.
Przy wypędzaniu lisa-geniusza był mój sierżant raz obecny
i zapewniał mnie, źe stanowczo widział, ja k lis-geniusz w postaci
czarnego kota, zarażając powietrze strasznym smrodem, wyskoczył
z chorej osoby i uciekł. Zdaje się tedy, że ci kapłani egzorcyści
umieją w takim razie urządzać bardzo zręczne sztuki i sztuczki.
Tę zabobonność ludzi, mianowicie prostego ludu, wyzyskują
— rozumie się samo przez się — w wysokim stopniu matacze. Ale
Chińczykom nie można w tym względzie nic poradzić ; a czyż
u naszego ludu lepiej się dzieje? Baz — pisze mi tenże towarzysz
z ław szkolnych — jeden z jego służących nabawił się reumatyzmu
w barkach i górnem ramieniu. Zam iast posłuchać jego rady i po
radzić się znajomego lekarza-misyonarza, który byłby go za darmo
wyleczył, udał się do lekarza-czarodzieja, a ten tw ierdził stanowczo,
że go opętał lis-geniusz. Kosztowało go to wiele pieniędzy, a reu
matyzmu wcale się nie pozbył. Czyż nasz wieśniak w swej ciem
nocie i uporności nie woli iść do baby-lekarki lub chłopa-wróża,
aniżeli do lekarza ?
Uszanowanie dla lisa okazywane idzie nieraz ta k daleko, że
rozmowie nie można go nazwać swojskiem mianem „hu-li“, tj.
„ l i s e m “, lecz mianuje się go „hu-jeh“, tj. „ p a n l i s “. Oswojone
lisy w Chinach trzym ają nietylko w świątyniach, ale bardzo często
i po domach; pielęgnują je starannie i karmią, aby tylko pozyskać
ich życzliwość, ich łaskę.
Z tego, cośmy powiedzieli, należałoby przypuszczać, że w Chi
nach lisów nie zabijają. Wszelako ta k nie jest, F utro lisie jest po
owczej najbardziej rozpowszechnione i cenione, tudzież najwięcej
używane, mianowicie przez Chińczyków północnych. Chciwość, chęć
zysku przytłum ia u niejednego wszelkie skrupuły religijne i skłania
go do polowania i zabijania lisów dla pięknej jego koży. Jedna
koża lisia nie przynosi wprawdzie szczęśliwemu łowcy zbyt wiele
—
10
—
A le dodać muszę, źe w yraz „ p o “ oznacza jeszcze co innego*
P odług za p atry w a ń Chińczyka „ p o “ oznacza duszę zw ierzęcą, a w yraz
„ h u n “ duszę duchową czyli ducha, „ P o “ je st w ypływ em żeńskiego,
„ h u n “ zaś męskiego p ierw iastka starożytnej filozofii chińskiej. „ H u n “
po śmierci człowieka wstępuje w prost do nieba, a „ p o “ idzie do
ziemi i zostaje „ s t r a c h e m “, „ d u c h e m “ w bajkach, baśniach i po
daniach o stráchach.
W szy stk ie zw ierzęta, tw orzące pentalogię, posiadają — jak
powyżej powiedziałem — zdolność przybierania na się wszelkiej
możliwej postaci i są nieśm iertelne. W szelako nie je s t im wrodzona
n a tu ra g e n i u s z a czyli „ h s ie n “ ; m uszą ją dopiero zdobyć długo
trw a łą i ciężką pracą. Proces przem iany w geniusza je st nader
powolny. M uszą przetrw ać próbę czyli now icyat, trw a ją c y około
500—600 la t wieszczych, zanim osiągną nieśmiertelność. „ R o k w i e
s z c z y “ liczy ato li ty lk o 50 zw yczajnych dni ziemskich. Zatem
okres próbny trw a daleko krócej, niż się wydaje, bo przeciętnie 76
l a t ziemskich. J u ż w przeciągu tego czasu, gdy owa przem iana
dosięgła pewnego stopnia, mogą owe demony, owe niby-duchy,
niby-geniusze, opętać ludzi w podobny sposób, ja k np. dyabeł bi
blijny. O tej zdrożności i niegodziwości, mianowicie lisa, pomówimy
poniżej cokolwiek obszerniej. J e s t to w łaśnie jeden z w ażnych punk
tów baśni lisiej u wschodnich A zyatów .
G dy przem iana zw ierzęcia w geniusza się dokonała, mogą w tedy
zw ierzęta, do pentalogii należące, przyjm ow ać każdego czasu w szelką
m ożliw ą postać. Zupełnie to samo czynią w średnich w iekach „cza
ro w n ic e “ i „czarn o k siężn icy “ ; — są to nazw y, które kościół nasz
n arzucił stary m leśnym koboltom, dziwoźonom, boginkom i t. d. —
„Z ostać cz aro w n ic ą“ w gruncie rzeczy nie je st niczem innem, ja k
ty lk o za pomocą wszelkich napojów czarodziejskich, których z n a
jomość w ym aga szczególniejszej roztropności, przyswoić sobie te
w łasności i te przym ioty, k tóre posiadały kobolty, dziwożony, r u
sałki, topielice, nim fy leśne naszych starodaw nych podań słow iań
skich i germ ańskich.
Jeżeli okoliczności tego w ym agają, przem ienia się geniusz
zw ierzęcy w podeszłego, czcigodnego starc a z długą, siwą brodą.
Chcąc ato li w yśm iać się i w ydrw ić z lubieżnika i u k arać go, prze
m ienia się on w tedy w piękną, m łodą dziewicę, uposażoną we wszelkie
pow aby i wdzięki ciała.
Sposoby, jakich używ a lis, aby stać się geniuszem, tru d y
i mozoły, jak im w czasie próby musi się poddać, nie są nam biednym
śm iertelnikom znane. Podług opowieści Chińczyków, k tó rzy w tej
—
19
—
zysku. W sprzyjającej atoli porze uzyskaną kwotą pieniężną za
fu tra lisie nie można gardzić. Niektóre okolice Chin nie tylko obfi
tują bardzo w lisy, lecz handlarze są gotowi odkupić fu tra zabitych
lisów. Same Chiny przerabiają ich wielką ilość, ale z drugiej strony
rozwinął się w ostatnich latach znaczny wywóz tychże futer do
Europy, gdzie znane są one w handlu pod nazwą „ lis ó w - s h a n s i “.
Popłatne jest także polowanie na białe lisy, które znajdują się
w północnych Chinach, głównie zaś i licznie w Mongolii.
W uściech ludu krąży mniemanie, że lis pospolity dosięga
wysokiego wieku, lis biały 1000 lat, a lis czarny, właściwie nie
bieski, 10000. lat.
Lis niebieski dostarcza Chińczykom bardzo cennego futra.
Piękna koża zimowa lisa niebieskiego w arta jest około 600 koron.
F u tro z lisa niebieskiego może nosić tylko cesarz, a on jako od
znakę szczególniejszego hołdu robi z niego podarunki wysoko posta
wionym i zasłużonym dostojnikom państwa z osobném pozwoleniem
noszenia tego futra. Futrem lisa niebieskiego przyozdabiają po naj
większej części czapki albo peleryny. Utrzymują, że fu tra tego nie
ima się śnieg, ani też szron i mgła. Szronu i mgły obawiają się
Chińczycy w wysokim stopniu, bo w nich upatrują przyczyny
wielu chorób.
W edług powszechnego zdania należy odróżnić w lisie dwa g a
tunki, jeden pospolity, a drugi szczególniejszy, który może być
lisem-geniuszem. Z lisa pospolitego nic sobie nie robią myśliwi; po
lują też na niego zapalczywie, bo im szkodzić nie może, owszem
przynosi pożytek z swego futra. Lisa-geniusza atoli wystrzegają się.
W końcu podam jeszcze kilka bajek Chińczyków i Mongołów,
w których lis odgrywa główną rolę. W szystkie te baśnie wykazują
przebiegłość i ehytrość mistrza lisa-mikity.
Cesarz Chin — tak opowiada stare podanie — zapytał się
raz swego doradcy, dlaczego lud obawia się i drży przed jednym
z jego ministrów? Tenże odpowiedział: Obawę, którą lud objawia
przed tym mężem, można doskonale objaśnić następującą bajką,
liaz schwycił ty g ry s lisa A ten błagając go o darowanie życia,
rzekł: „Niebo w wielkiej swej łaskawości zrobiło mnie królem
zwierząt! Jeżeli mi nie wierzysz idź naprzód, a ja pójdę za to b ą“.
T ygrys szedł naprzód, a wszystkie zwierzęta strach zdjął. Tygrys
atoli nie spostrzegł zrazu oszustwa lisa i nie poznał, że on sam
jest tym, przed którym zwierzęta się korzą. Otoż ten strach, który
sieje ów minister wśród ludu, nie tkw i w nim samym, lecz w żoł
—
20
—
nierzach będących pod jego rozkazami, zapomocą których trzym a
cały kraj w karbach.
W edług innej baśni lis i ptak zaw arły z sobą sojusz przy
jaźni i żyły razem. Gdy ptak wyleciał za żerem dla swych mło
dych,] zjadał lis regularnie jedno z nich. Powtarzało się to tak
długo, aż znikły wszystkie młode. Zapóźno spostrzegła się m atka,
jaki to smutny los spotkał jej dzieci. Postanowiła tedy zemścić się
na lisie. Podczas swoich wylotów spostrzegła raz potrzask, zasta
wiony przez myśliwego. Obietnicą obfitego łowu zdołała zwabić
tam lisa, który padł też ofiarą swej chciwości, wpadłszy w potrzask.
Raz przyszedł lis do opuszczonego dołu farbierskiego, w któ
rym znajdowało się trochę farby niebieskiej. W skoczył tedy do dołu
i pofarbował swoje futro na piękny błękit. Poszedł stąd i pokazał
się zwierzętom. Te nie poznały go i p y ta ły : „Kto jesteś?“ — Lis
odpowiedział: „Jestem królem zw ierząt“. -- Lew i inne zwierzęta
oddały mu natychm iast swoje uszanowanie, swoją czołobitność. Od
tego czasu jeździł
lis-mikita podczas swych podróży zawsze na
grzbiecie lwa i grał rolę pana i władcy nad wszystkiemi zwierzę
tami. Osobliwie dumnie zachowywał się na zgromadzeniu lisów.
W jakiś czas potem posłał on żywność i podarki wszelkiego ro
dzaju swej matce.
Wszelako m atka nie przyjęła tych darów, do
dawszy tę uwagę,
aby sobie nie zaprzątał głowę gwoli niej, lecz
poświęcił się całkowicie rządom swego nowego królestwa. Już po
przednio wybuchła zazdrość między lisami, a teraz gdy lisy dowie
działy się, skąd jest rodem ich nowy król, zwróciły się do innych
zw ierząt z temi słow y: „W asz król nie jest niczem innem jeno li
sem! Jeżeli go czcicie, szanujecie, dlaczego nas nie szanujecie? On
jest zupełnie temsamem, co i my, i niczem lepszem od n as“. —
„Jakto niż w y ? “ — zawołały zwierzęta, — „to być nie może.
W szak ma inną barwę fu tra !“ — Na to lisy: „Co się tyczy tej
barwy, to czekajcie aż do pierwszego miesiąca wiosny. W nocy
tego miesiąca, w którym panuje gwiazda „ B y k “, szczekają wszyst
kie lisy. Jeżeli który z nas nie szczeka, wypadają mu wszystkie
włosy. W owej nocy możecie pytanie rozstrzygnąć, ażali o a jest
lisem, a wtedy przekonacie się, że wasz mniemany król nie jest
niczem innem, jeno najpospolitszym lisem, zupełnie takim samym,
jak i m y“. — Gdy nadeszła wiosna, szczekały wszystkie inne lisy
głośno. Ale lis niebieski z obawy, by nie utracił włosów swoich,
także szczekał, ale tylko przytłumionym głosem, przecież jednak
tak głośno, że mogły go słyszeć inne zwierzęta. Przekonały się one
—
21
-
tedy, że ten, co sobie przywłaszczył królestwo, był tylko lisem.
Lew uniesiony gniewem z powodu tego oszustwa zabił oszusta-lisa
jednem uderzeniem łapy.
Tyle o lisie mikicie w bajce i wierzeniu ludowem Chińczyków.
Bronisław Gustawicz.
Z a m ó w ie n ie o d s ą d u .
W prawniczem piśmie rosyjskiem „Gazeta praw na“ (Juridiczeskaja gazieta 1897. nr. 94.), znalazłem Załatucbina artykulik
bardzo ciekawy, zatytułow any: „Zamówienie od sądu (Zagowor _ot
suda). Ponieważ jest to rzecz dotąd nie spotykana w naszej litera
turze ludoznawczej, przeto podaję ją czytelnikom „Ludu“ w prze
kładzie.
P rzy zwiedzaniu więzienia w E., w jednej z celi, uwięziony
Aleksander S. zwrócił się do mnie ze słowy następnemi : „My, jaśnie
wielmożny Panie, teraz nie obawiamy się W as“. „Co“? spytałem.
„Dowiedzieliśmy się zamówienie od sądu“. Pokażecie? „Proszę“.
Oto co było napisanem na kaw ałku papieru: „Kiedy będziesz
wchodził w pierwsze drzwi, to powiedz: „wspomnij o Panie o królu
Dawidzie i łagodności jego ; a wchodząc do sali sądowej, oprzyj się
0 uszak na chwilkę i powiedz: „Św. Elorjan i Laurenty, ściany
1 ław y, świadczcie za nas“. Potem czytaj, idę ja sługa Boży Ale
ksander, na sąd Piotra sługi Bożego ; ogradzam się palisadą żelazną,
a morzem błękitnem otaczam się. Kiedy ów Piotr, sługa Boży,
złamie palisadę żelazną, a morze błękitne przejdzie, wtedy on mię
weźmie ; jak pod pułapem belka zaniemiała, ta k niech Piotr, sługa
Boży, zaniemieje przedemną, Aleksandrem, sługą Bożym“.
Aleksander J . został uniewinniony, ponieważ grabież sprowa
dziła się do odebrania butelki wódki i 10 kopiejek, co uznano za
swawolę wśród wesołego towarzystwa.
Po wyroku sądowym zjawił się on do mnie z miną zwycięską,
i rzekł: „A co, Jaśnie wielmożny P an ie?“ „Nic nie zrobiliście“. Ot
co to znaczy zamówienie od sądu.
Jan Witort.
3
—
22
-
Zabawy sierskich pasterzy przed 2 o laty.
P asterze siersey z przed la t 20 pędzili bardzo wesoły żyw ot
„p rzy b y d le“ 2). Nie było dnia, w którym by sobie jakiej nowej nie
w y m y ślili zabaw y. Dziś baw ili się „We wojs/to“3J, j u t r o „ W zbój i “*),
„Przerywany liról“b) , „Kotek i m yška“e), „Wilcek“1) , „G ąski“*),
„ Ptoki “ 9), „ Ciuciubabka “1°), „ Zającki“1°), „Krycie “1°)> „Zgadowany “
i t. p .10) g ry praw ie nig d y nie schodziły z icb pasterskiego re p er
to áru , a g d y im się i to u przykrzyło, to m ieli tysiące innych mniej
znanych zabaw , k tó ry ch sami byli au to ra m i11). B aw ili się „ W górnistwo“ t2) t „ We weszele“13), „ We wójta“ 14), „ W janiołów j i djobłów“ib),
„ W żydów “16) , „ W szkołę“11): co którem u n a m yśl p rzy szło 18).
Charakterystycznem przy tych wszystkich zabawach było to,
źe prawie żadna nie obeszła się bez „goniénio“ i „bieio“, a nadto,
że każda niemal zabawa musiała się zaczynać pewną stałą form ułką
i to albo jakim ś niezrozumiałym monologiem albo dyalogiem paru
osób — a zawsze do wiersza. Bez takiego wstępu zabawa była nie
raz niemożebną, bo jej brakowało właściwego zawiązania czynności
dram atycznej19), której ostatecznym celem z jednej strony było zła
panie i obicie po kolei każdego uczestnika, a z drugiej nie dać się
ani złapać ani obić. W łaściwego zakończenia odpowiadającego mniej
więcej początkowi zabawy nie było wcale. Kiedy ostatni uczestnik
został złapany i obity, albo kiedy się pasterzom jedna gra uprzy
krzyła, wszyscy w ołali: „W co innego! bowwa sie w co innego!“
i zaraz po krótkiej naradzie rozpoczynano nową g rę20). Reżyserem
był zawsze autor albo najlepszy mówca. W iek śród zabawy nie
miał żadnego znaczenia, lecz zdrowy pasterski dowcip. Kiedy obmy
ślono inną grę, dyrygujący zaw ołał: „Chłopoki do mnie! bawiwa
się“ w to i w to... (tu wymienił nazwisko gry). W szyscy pasterze
zlecieli się natychm iast do niego i ustaw ili w koło, w szereg albo
w gromadkę, gotowi na rozkazy. Część pasterzy pilnowała tym cza
sem bydła.
D la lepszego zrozumienia tych zabaw przypatrzm y się niektó
rym z bliska. Dajmy także baczną uwagę na różne okoliczności,
które zw ykły im jako intermezza tow arzyszyć21).
W zajoncki.
J e s t godzina 10 . rano. D zień jesienny — jasny, ale niew yraźny.
J u ż dawno „po zb ió rk ag “ 22). Pajęczyna wlecze się po ścierniach
i p rzelatu je pow ietrzem w długich taśmach.
—
23
—
K m i e c i k 23) L u d w i k , Pieckówecki: Pietrek, Sobek i W ałek,
Jasiek Śtańdecka, F ran k a i Magda : Baranionki pozganiali krowy „do
kupy“ i sami zaczęli się bawić. Najpierw wyskoczył Kmiecik z po
środku i krzyknął : „Ciiłopoki, dziełuchy, bowwa sie w co!" Za nim
odezwali się: Śtańdecka, Piechowecki i Baranionki: „Ano dobrze,
bowwa sie, ale w co?!“ Kmiecik na to : „Wiecie co, bowwa sie
w zającki!" — „W zającki, w zającki!“ wołali pasterze i zaczęli
się skupiać około Kmiecika jako swojego „pana"3*). Ten usiadł pod
wierzbą na kamieniu i naprzód wysunął jedno kolano, a inni po
kładli na niem wkoło po wskazującym palcu od prawej ręki. Kmie
cik położył na jednym z nich swój palec i przesuwając go kolejno
na wszystkie inne, dawał im następujące po większej części niezro
zumiałe nazwy, mające zarazem znaczenie liczb porządkowych :
„Ańc, pańć, kuśty, glańc;
Amai, udy, amai, ańc.
Uga, nuga,
Kotka, pies,
Gołka, półka,
Muzyk, zajac!11**)
„Zającem“ został Piechowecka Pietrek, a „psem“: Śtańdecka
Jasiek. Natychm iast więc „zając“ skrył się do ziemniaków, a po
zostali pasterze zaczęli wołać na niego po kilka razy : „Siedzi zając
pod międzom : psy mu d..e wyjedzo!" „Pies“, który dotychczas
udawał śpiącego, zerwał się czemprędzej i zaczął go tropić... Kiedy
go wytropił i począł gonić, wołali jedni pasterze: „Łuciekoj, zajoncku, bo eie chyci na śpiącku !“ a drudzy : „Do pana zającku, bo
eie chyci na śpiącku! Do pana zającku, bo eie chyci na śpiącku!“
„Zając“ uciekał, „pies“ go gonił i szczekał. Dogonił go przy Baranowyk krzokag, zaczął gryść i drapać, wreszcie przyprowadził go
„do kupy“,: posadził na osobném miejscu i udawał napowrót śpiącego
t j. „m ruzuł“ . Pozostali pasterze pokładli znowu palce na kolanie
Kmiecika jak poprzednio, a ten na nowo dawał im nazwy, a zara
zem odpowiednie liczby porządkowe:
„Ańc, pańć, kuśty, glańc;
Amai, udy, amai, ańc!
Gołka, półka, muzyk, zając!“**)
Słowa od „uga“ aż do „pies“ opuścił, bo „psa“ tym razem nie
trzeba było wybierać. Przeznaczony na „zająca“ Piechówe ka Sobek
pobiegł się schować, ale gdzie indziej. W lazł do kapusty, Kiedy
—
24
—
znowu Kmiecik i inni pasterze zaczęli wołać: „Do pana, zającku,
bo eie cbyci na śpiącku !“ zerwał się „pies“ i zaczął szukać „zająca“ .
Po cbwili w ytropił go w kapuście i usiłował złapać — ale nada
remnie. „Zając“ uciekł i przybiegł do „pana“ t. j. do Kmiecika. Ten
począł się go pytać, a „zając“ mu na to odpowiadać:
P a n : „Grdzieś, zającku, byw oł?“
Z ając: „W lesie“.
P a n : „Coś tam ro b iu ł? “
Zając: „Koszulem szywoł“.
P a n : „Co w ty koszuli b y ło ? “
Zając: „ Ig ła “.
P an : „Co w ty igle b y ło ? “
Zając: „Nici“.
P an : „Co w ty g niciag b y ło ? “
Zając: „Śpilka“.
P a n : „Co w ty śpilce było?“
Zając: „Mole“.
Pan: „Huziu zajoncka w pole!“27)
Na te słowa rzucił się „zając“ do ucieczki, a „pies“ za nim
jeszcze raz i pomimo, że wszyscy pasterze wołali ciągle : „Do pana,
zajoncku, bo eie cbyci na śpioncku!“ „zajoncek“ został schwytany
i obok pierwszego posadzony. Po Piechówce Sobku byli „zającami":
Piechówecka W ałek i obie Baranionki. Baranionke Magdę „pies“
gonił aż 3 razy i ledwie ją potrafił złapać; tak a była „krzepka“28).
Na tem skończyła się zabawa „w zajoncki“, która trw ała przeszło
godzinę29).
*
*
*
Tymczasem rozeszły się krowy „z kupy“: „Sw ajcara“30) Kmieciowa wlazła do kapusty; za nią cielęta i jedna jałów ka. „Cisula“
Piechówkowa bodła się z „Cyranom“. Słońce zaczęło dogrzewać
coraz bardziej; niektóre krowy „podnosiły łogony“31), co między
pastuchami narobiło wiele strachu. Kmiecik czem prędzej pobiegł
wyganiać „Śwajcare“ z kapusty. Zobaczyli to pasterze z Brzezin32)
i poczęli wołać, jedni: „Pozynoj, pozynoj, a jo bede kosić: Póde jo
do Kmiecia ło pastyrza prosić!“ drudzy: „Nie paś, nie puscoj na
łubkowe33) pole, Bo łubek mo dzióbek, d..e ci w ykolę!“31). Na to
wołanie ukazał się stary Kmieć na przykopie i grożąc swemu Ludwi
kowi z daleka, zbliżał się ku pasterzom. Dojrzeli to pasterze i na
tychm iast porozganiali krowy każdy w swoją stronę. Kmieć wrócił
—as
t i l domowi, przyrzekając synowi „porzomno wyówike...“ Kmiecik
zaś, aby się teraz zemścić na pasterzach z Brzezin, zaczął głośno
„turkaó“: „Tur! tu r ! tu r! tara p ata ! ta ra p a ta !“, aby im się krowy
„gziły“. W prawdzie i jego krowy poczęły „łogonów podnosić", ale
wnet potrafił je „łudobruchać“, wegnawszy je na bujną trawę. Tym
czasem krowy z Brzezin „popostawiały łogony do g óry“ i słuchając
Kmiecikowego turkanio, zaczęły się najpierw „kręcić“, a potem
uciekać ku domowi lub do Kamieńca. Pasterze z Brzezin „zarobili
krzyk": jedni przezywali Kmiecika, odpowiadając mu na jego wo
łanie: „W ylizze ji z d..y zur, z u r!“ i grozili mu „bitką“, inni
pobiegli za krowami. Za pół godziny wszystkie pastwiska były gołe,
bo i ci, którym się krowy nie „gziły“, pognali bydło do stajni...35)
W krycie.
Po południu tego samego dnia pognał Kmiecik krowy do Łolsy n y 36). W pobliżu pasła Mikulonka, Symsconki, Kusinowny i Zorębionki. Zrazu panowała cisza. K rowy rzuciły się na traw ę i sku
bały ochoczo. Kmiecik wylazł na wysoką olszynkę — „huśtał się“
na gałęziach i wygwizdywał różne melodye. Potem zaczął mówić
rozmaite kazania, n. p. „Ło cornym baranie“, „Ło pietrusce“ i. t. d.
nucił wesołe „śpiewki“ 37), w końcu począł wołać na Mikulonke, na
Symsconki, Zorębionki i na Kusinke, aby przygnali swoje krowy
ku Łolsynie i przyszli się do niego bawić. Antosia Mikulonka,
która dotąd pasła na Kamieńcu38) „robiła piece i piekła chleb
z iłu “, dała się pierwsza namówić i wegnała krowy do Potoka,39),
a sama poszła do Kmiecika. Za nią przygnały Symsconki : Anto
sia i Marysia, Zarębionki: Magda i M arysia — naostatku Jasiek
Kusinka. „No, w co bedziewa sie baw ić?“ krzyknął Kusinka. „Jo
nie wiem“, rzekł mu Kmiecik. „Bowwa sie w „K rycie“ ! „W kry
cie“ ! „W krycie“ ! wołały pasterki i usiadły wkoło Kusimki, który
nadstaw ił kolano i czekał, aż wszyscy nań palce położą*0). Kiedy
wszyscy byli gotowi zaczął mówić, co następuje :
„Angjel, bangjel, fussi leer.
Mzikater, muzileer,
Efla, brefla, kraus,
Cukier, bukier, aus !“ *’)
dając w ten sposób każdemu po kolei odpowiednie nazwisko i liczbę.
„Efla“ i „brefla“ m usiały się „kryć“ w odpowiednie miejsce, a „aus“
„mrużyć“, to jest spać tak długo, aż tam te zaw ołały: „ Ju ż !“
—
26
Skoro „efla i „brefla“ się skryły i zaw ołały: „ J u ż !“ zerw ał się
„aus“ i biegł ioh szukać. Jeźli którą znalazł, przywiódł ją „do
k u p y “ i znowu wszyscy na nowo kładli palce, a Kusinka dawał
im nazwiska i liczby. Nowa „efla“ i nowa „brefla“ się „ k ry ły “,
a „aus“ „sukoł“. J a k znalazł którą, sta ra ł się ją złapać i przypro
wadzić do „kupy“. Zabawa trw ała tak długo, aż wszyscy wzięli
udział w „K ryciu“ i w szukaniu42).
W szczygonia43).
Jeszcze ostatni nie skończyli „K rycia“, a już zaczęli inni
wołać: „Bowwa się w Szczygonia!“ „No, dobrze“, odparł Kusinka
„ale ponawracojwa sekrow y, bo nom sie porozchodziły do szkody!“
W okamgnieniu były krow y znowu razem, a pasterze i pasterki go
towali się do nowej zabawy. K usinka położył się na ziemi tak,
jak kładą umarłych do trum ny, i udawał „Szczygonia“. Kmiecik,
Symsconki, M ikulonka i Zorębionki zaczęli chodzić koło niego
i mówić głośno: „Pićrso godzina: Szczygoń.śpi ! 2. godzina: Szczygoń śpi! 3. godzina: Szczygoń śpi! 4. godzina: Szczygoń śpi! 5.
godzina : Szczygoń śpi ! 6. godzina : Szczygoń śpi ! 7. godzina : Szczy
goń śpi! 8. godzina: Szczygoń śpi! 9. godzina: Szczygoń śpi! 10.
godzina: Szczygoń śpi! 11. gcdzina: Szczygoń śpi! 12. godzina44) :
Szczygoń, wstaj ! K luski d aj!“ Na te słowa zerw ał się „Szczygoń“
i zaczął gonić wszystkich^ którzy go zbudzili, a kogo złapał i obił,
ten musiał być „Szczygoniem“ i tak, kiedy wszyscy po kolei
„Szczygoniami“ byli, zabawa się skończyła.
*
*
*
Pasterze chcieli nową grę obmyślić, lecz w tern ukazała się
Józka Kmiecionka „dziełucha łot Km iecia“, która przyniosła bratu
„juzyne“. Kmiecik począł jeść. Kmiecionka tymczasem przyjrzała
mu bydła. K usinka i Mikulonka pognali bydło ku swoim domom,
Zorembionki i Symsconki na swoje ugory, wyczekując także „juzyny45) “. Bydło chodziło im ładnie, a one nie mając, co robić zazaczęły jedne śpiewań, drugie zbierały .„piecorki do fartuchów “.
Symsconki usiadły na kamieniu, rw ały „rozchodnik“ i w iły wionki
do „Kmieciowy kaplicki“. M arysia równała gałązki i podawała
Antosi, a ta układała je na „wiklowym pręcie“ i wiązała traw a.
W pół godziny już były 4 wianki gotowe.
27
—
Jakaś baba idąc polami, „miała potrzebę“ i weszła „na łusiotke46)“ do pobliskiego żyta. Spostrzegły to natychm iast chłopaki
„łot K lim cyka“ i poczęły na nią wołać:
„Nie tam sr..., gdzie widać:
Do prosa, tam rosa —
Do konopi, tam nolepi47) ! “
Za nimi ozwały się Symsconki, Zorembionki, Kmiecik i inni
pastyrze, którzy paśli blisko i niebawem cała okolica napełniła się
nawoływaniem do porządku i przyzwoitości... Zawstydziła się baba
i musiała wyjść ze żyta czemprędzej.
Śród tego minął wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi.
K rowy najadły się „jak becki“. Pasterze zaczęli je „zaganiać ku
chałpie“, śpiewając przez drogę.
W pytkę.
Było to we święty Michał48): Kmiecik pognał swoje bydło do
W ódek49). Przybył tam także z końmi na łąkę brat jego Jasiek,
który wówczas był. „poganiacem“ i wkrótce m iał zostać „parobkem“.
Na drugiej łące pasły Łoprysionki swoje krowy. Opodal na ugorze
Botecko Franek, a poniżej W yligalonki. Łoprysionki : Hanusia i M a
rysia były to zgrabne dziewczęta i bardzo wesołe ; W yligalonki :
Józka i H anka więcej powolne. Skoro spostrzegły, źe Kmieciki
przybyli z bydłem i końmi do Wódek, natychm iast pognały ku
nim swe krowy i razem z innemi zachęcały ich do jakiej pasterskiej
zabawy. Kmiecik starszy, chociaż nie bardzo chętnie, zgodził się na
to i objął kierownictwo. Młodszy, Ludwik, zaraz ustaw ił wszystkich
pasterzy w koło i sam stanął tuż obok Hanusi, z którą najbardziej
lubił się bawić. Hanusia aż kw ikła z radości, że Ludw ika po
rządnie „pytką" wytrzepie. W łaśnie cała gromada postanowiła bawić
się „w p y tk ę “. Pasterze i pasterki ustawiwszy się w koło, trzym ali
ręce w tyle. Kmiecik Jasiek wziął chustkę do ręki, skręcił ją
mocno we dwoje, zrobił na końcu duży węzeł i schował ją do r ę
kawa. Potem chodził wzdłuż koła i mówił:
„Idzie lis kole drogi,
Nimo renki ani nogi:
Kogo pytka przyłodzieje,
Ten się ani nie spodzieje“.
Kończąc ostatnie słowa, wręczył chustkę Hanusi Łoprysionce,
a ta nuże zaczęła Ludwika Kmiecika silnie nią okładać. Ludwik
-
28
—
w nogi — H anusia za nim, bije a bije. W tem się biedna potknęła
i upadła, a Ludwik tymczasem uciekł do koła na swoje miejsce.
H anusia zerwała się szybko i nie mogąc już więcej bić Ludwika,
zaczęła chodzió wokoło i mówić te same słowa, co przedtem mówił
Kmiecik Jasiek, a skończywszy, wręczyła chustkę Ludwikowi. Ten
zaczął bić i gonić swoją sąsiadkę Hankę W yligalonkę, która oble
ciała miejsce zabawy wkoło i stanęła znowu na swojem miejscu.
Ludwik chodził teraz koło bawiących się i mówił: „Idzie lis“ i t. d.
(jak wyżej) i dał „pytkę“ swemu bratu Jaśkowi, stojącemu obok
Loprysionki Marysi. T a uciekała, a ten ją gonił i tak trw ała za
bawa, aż każdy z pasterzy wziął w niej udział. Ostatni zakoń
czył g rę50).
*
*
*
Wtem śród zabawy ktoś się mocno „skurzuł". Kmiecik pierw
szy poczuł i posądzał o to Botecke Franka. Pow stała stąd sprzeczka.
Botecko w ołał: „Kto pocuł, ten wytocuł! a Kmiecik na to : „Kto
powtórzuł, ten sie sk u rz u ł!“ i obaj wskazywali palcem na siebie.
Postanowiono zatem rzecz sądownie rozstrzygnąć. W szyscy ustaw ili
się w koło, a Kmiecik Jasiek' stanął w pośrodku i zaczął „sądzić“,
kładąc każdemu rękę na piersiach po kolei:
„Jestu miendzy nami tako ju rk a ..51)
Co wybiro z kałam orza piórka —
Sucho rzepa, suchy krzon,
K to sie zebździoł : a to łon —
Ten som pon: Pa-bi-jon...“
Ostatni, któremu Kmiecik, wymawiając „-jon“ położył rękę na
piersiach, był winowajcą i takim właśnie był Botecko mimo licz
nych zaprzeczeń z jego strony. Kmiecik Ludwik w ygrał proces
i wszyscy zaczęli Botecke skubać po ty łk u i gonić go po łące.
*
*
*
Nagle ukazał się na drodze wiodącej z Brzezin żyd z „Roznoski karćm y“. W szyscy pasterze skierowali się ku niemu i zaczęli
wołać: „W is52) ty żyda! wis ty żyda!“ Żyd groził im kijem: „Pódź,
to ci z kijem leb rozbije!“ Lecz pasterze nic sobie z tego nie robili,
ale obskoczyli go dokoła: „D ali53) żyda! dali ż y d a !“ i poczęli go
„batogami ćwiokać“54). Żyd z początku oganiał się kijem, ale potem
-
29
-
віє mogąc dać sobie rady, zaczął zmykać ku wsi. Chłopaki i dziew
częta za в і т : Jedni „porozali“ go bryłami, drudzy biii batam i —
reszta śmiała się i wołała za nim „Żydzie! g.... za tobom idzie;
woło, kwicy, żebyś mu doł cycy!“ Kiedy żyd już był daleko, pa
sterze wrócili do bydła i przyśpiewywali mu ja k tylko umieli tak
długo, aż zniknął im całkiem z oczu.
Słońce tymczasem wskazywało już 10. godzinę” ). W Wieliczce
ozwały się dzwony, zwołujące ludzi na nabożeństwo. Pasterze po
gnali ku domowi, aby mogli pójść do kościoła „na sumę“5").
W srocke.
Kapicka Wojtuś, Erancisia łot Stańdy, Piechówconka M arysia
i wiele innych dzieci wygnało gęsi ku dworowi na ściernie. Dzień
był pogodny — owsiana ściernią pełna była „kłosia“57) i traw y,
więc też gąski chodziły ładnie i zbierały owies. Dzieci usiadły razem
pod „Pańskim dębem“58) i zaczęły się bawić. Kapicka wyrobił
w „przykopie“ 59) duży piec z kominem i zaczął w nim palić. Stańdzionka nazbierała dużo „śeiernionki“ i „krówskich łajen“. Piechów
conka narobiła „chleba z g lin y “ — m iała także „łopatkę“ i „¡ioeiosek". Kapicka napaliwszy w piecu, wymiótł ogień, a Piechówconka
wsadziła chleb. Kiedy chleb był w piecu i dzieci czekały, aż się
upiecze, pobiegła Stańdzionka i narw ała grochu. Inne dzieci zaczęły
się prosić, aby im go dała. Ona jednak kazała im sobie go wygrać
i uszykowała je do gry „w srocke“.
Wszyscy usiedli na „przykopie“. Stańdzionka wzięła „stroncko“
grochu do ręki, pokazała je Piechówconce i rzekła: „Srocka jedzie“.
Piechówconka jej odpowiedziała: „A jo po n i“.
Stańdzionka: „W iela koni?“
Piechówconka: „Sześć!“
Stroncko liczyło 6 ziarnek, więc Piechówconka dostała „stroncko“. Potem Stańdzionka przyszła do Kapicki i rzekła do niego jak
przedtem do Piechówconki: „Srocka jedzie“. K apicka: „A jo po|ni“.
Stańdzionka: „W iela ko n i?“ Kapicka: „Stéry“. „Stroncko“ miało
6 grochów, zatem Kapicka nie dostał nic. Tak szła Stańdzionka od
jednego do drugiego i które dziecko zgadło liczbę ziarnek grochu,
to dostało „stroncko“, a nie, to zjadała je Stańdzionka. Skoro się
skończył groch, skończyła się i gra.
W konopki.
Łoprysionka Hanusia przygnawszy krowy do domu, nie spróżnowała ani chwilki, bo zaraz m atka w ynalazła jej nowe zajęcie.
— so —
Oto właśnie kazała jej bawić maleńką W iktusię, a sama poszła
przygotować naczynie „do doja“. Hanusia „nie skrzyw iła się“ b y
najmniej, ale z największą ochotą „porwała dziecko na rękę“ i po
biegła z niem „na łogród“, aby się przypatryw ać, jak się inni
malcy przy bydle zabawiają. Luzarowna Józia, W yligałki : Sobek
i Domin, W orońcyk Wojtek i wiele innych dzieci ustawiło się do
zabawy „w konopki“. Utworzyli duże koło, pochwytali się za ręce
i poruszając się ciągle w prawo lub lewo, przyśpiewywali innym
dzieciom, stojącym na uboczu, chcąc je w ten sposób do siebie
przywabić :
„Bawilimy sie w konopki —
Ale były małe snopki :
Mało noSj mało nos —
A ty Hanuś choć do nos !“
Hanusia posadziła W iktusię na traw niku i sama przyłączyła
się do zabawy śpiewając razem z niemi:
„Bawilimy się w konopki“ i t. d.
Po Uoprysionce przyłączyła się do zabawy Lineosconka, za
nią inne, tak źe wkrótce koło zastało prawie cały ogród i żadne
z dzieci nie próżnowało na boku61).
W ciuciubabkę.
W tem ozwały się głosy: „Bowwa sie teroz w ciuciubabkę!“
Zgodzono się natychm iast i dwoje dzieci wystąpiło z koła na środek :
Luzarowna Józia i Łoprysik Józek. Koło stanęło i Loprysik rzekł
do Luzarowny, która miała zawiązane chustką oczy i nazyw ała się
dlatego „Ciuciubabką“:
„Babko zwonio!“
Luzarowna odpowiedziała mu :
„Nie słyse“.
Łoprysik: „Babko g rajo !“
Luzarow na: „Nie słyse“.
Łoprysik: „Babko tańco!“
Luzarowna: „Nie słyse“.
Ł oprysik: „Babko bedziecie jeś g rzy b k i? “
Luzarowna : „Bede ! Bede !“
Ł oprysik: „Posukojcie se w d..e_ ły sk i!“
Na te słowa poczęła „Ciuciubabka“ Łoprysika gonić — a on
przed nią uciekać po całem kole. Loprysikowi wolno było uciec na
SI
—
zewnątrz z koła i każda para dzieci, gdy się do niej zbliżył, pod
nosiła ręce do góry, aby mógł prędzej poza koło uciec. Luzarownie
t.j. „Ciuciubabce“ nie było wolno opuszczać koła i dlatego na zbli
żenie się jej do stojących wkoło dzieci, została przez nich odepchniętą.
„Łogiń ! ło g iń !“ wołały wtedy dzieci i zniżały ręce ku ziemi, aby
nie mogła „pod nie podlecieć“. „Babka“ musiała pozostawać w kole
tak długo, póki nie, złapała zuchwalca, który „przedrzyźniał sie z ji
ślepoty“. Złapany Łoprysik został „Ciuciubabką“ i natychm iast
zawiązano mu oczy. Po nim „Ciuciubabką“ były po kolei rozmaite
dzieci jak : W yligałka, Lencosconka i wiele innych. Zabawa trw ała
póki wszyscy pasterze i pasterki nie zostały „Ciuciubabkami“ 63).
W kaszkę.
Śród tego W iktusia zaczęła się zrzędzić i płakać. Hanusia
chcąc ją uspokoić, zaczęła jej „kaszkę warzyć“.
W zięła ją za rączkę lewą ręką, a prawą pokazywała jej dołeczek na dłoni i mówiła:
„Tu, tu, śloćka kaśke waziła —
Tu, tu, tu se d..ke śpaziła“.
Potem chwyciła ją za wielki paluszek i rzekła :
„Temu dała na misecke“ —
za wskazujący :
„Temu dała na łyzecke“ —
za średni większy :
„Temu dała do gorпеска“ —
za średni mniejszy :
„Temu dala do czupecka“ 63) —
za m ały :
„Temu łebek łu rw ała“
„Fur do potocka!“
i ręką podjechała W iktusi pod lewą „pazuske“, gdzie cliwiąc ją
i łechtajac, mówiła z uśmiechem :
„Tu sie skryła — tu, tu, tu!
—
32
-
W muške.
W iktusia z początku przypatryw ała się ciekawie „srocce“,
a potem zaczęła się śmiać głośno i przestała płakać. Lecz nie na
długo, bo wkrótce zaczęła „kwilić na nowo“ .
H anusia pobiegła ku stodole, stanęła na płocie, urw ała parę
śliwek i przyniosła dziecku na uspokojenie. W łożyła jej do rączki
a potem prosiła, aby jej napowrót oddała :
„Plosi Dziaduś na rany.
Bo mu się trzęsą g a łg a n y “.
„Plosi muska do gornuska,
Co łuprosi, hap do brzuska!“
„Plosi muska do gornuska,
Co łuprosi, łap do pyska!*
i kiedy W iktusia zbliżyła jej do ust śliwkę, chwyciła ją Hanusia
wargami. To podobało się dziecku — śmiało się i tak bawiło się
dalej.
W kosianie.
Grdy i ta zabawa uprzykrzyła się W iktusi, chwyciła ją H a
nusia za obie rączki, zaczęła nimi klaskać czyli „kosiać“, przyczem
śpiewała jej następującą piosenkę:
„Kosiany, kosiany:
Pojedziemy do mamy,
Da od mamy do ta ty
Po kozusek kudłaty —
Da łot ta ty do dziatka:
Do nom grajcor na jabka !
W szystkie te jednak zabawy dziecinne uspokoiły W iktusię
tylko na chwilkę, bo zaraz zaczęła się na nowo zgrzędzić. „Chciało
jej się piersi“. To też H anusia poniosła ją czemprędzej do matki.
W cyrke.
Było to późną jesienią. Na polach już nie było ani snopka
zboża. Siana — koniczyny dawno pokoszono. Nawet ziemniaki
i kapusty po większej części uprzątnięto w porządku. Tylko pło
nące „kupy badyli“ i olbrzymie słupy szarego dymu ukazyw ały
się miejscami „po ziemniaczyskach “ i zapach pieczonych kartofli
rozchodził się w powietrzu. Klimek Baranik, Jasiek Stańdecka,
Piechowecki i Kmiecik „zegnali bydło do kupy“, a sami postano
-
33
—
wili urządzić jaką zabawą. Z początku były głosy, aby się bawiońO
„w weszele“, ale spostrzegli niektórzy, że nie ma „dziełuch" na
„panio młodo“ i na „druchny“. Wreszcie połowa oświadczyła się
za „cyrką“64). Zaraz skoczył Kmiecik Ludwik i zakreślił „bicyskem“65) wielkie koło na ścierni. Grdzie koło było niewyraźne, tam
granice w ytknięto „krowiemi łajnam i“. W środku koła zrobiono
dziurę i położono przed nią m ały kamyk. Śtańdecka „łurznął w krzokag Kmieciowyg“ 2 p a ty k i: jeden dłuższy „na cyrke“, a drugi
krótszy „na police“ i wskoczył do koła. Reszta pasterzy odbiegła
0 jakie 100 kroków i gotowa była do łapania „cyrki“. Śtańdecka
położył mniejszy patyk na kamyku tak, że jeden koniec jego spadł
do owej zrobionej dziury w środku koła — a potem dłuższym pa
tykiem uderzył zamaszyście w drugi koniec tak, że ten jak z procy
wyleciał w górę i spadł przeszło 100 kroków za kołem: w ręce
Kmiecika. Kmiecik złapawszy „cyrkę“, rzucił ją do koła i nie
chybił, bo spadła tuż u nóg Śtańdecki, pomimo, że ten usiłował
ją napowrót „palica“ podbić w górę i w ten sposób zamiar Kmie
cika udaremnić. Kmiecik w ygrał i wszedł do koła. Śtańdecka oddał
mu „cyrkę“ i „palicę“ do ręki, a sam poszedł „łapać“ z innymi.
Kmiecik ustaw ił się do „rzucania“ podobnie jak jego poprzednik
— lecz okazał się o wiele zręczniejszym, bo „cyrka“ wyleciała
bardzo wysoko, minęła łapającyeh i spadła blisko 300 kroków“6) za
kołem, nie dostawszy się nikomu do rąk. Podniósł ją Barani к i przy
niósł napowrót Kmiecikowi — a ten „rzucił“ ją powtórnie — jeszcze
wyżej i dalej jak poprzednio. Tak rzucał Kmiecik więcej jak kw a
drans. Jego „komracio zaczęli sie już gniewać na niego, bo żaden
więcej nie mógł się dostać „do koła“. Toteż zauważył to Kmiecik
1 tymrazem rzucił „cyrkę“ tylko na 200 kroków, gdzie stał Piechówecka Sobek. Po Sobku złapał „cyrke“ Pietrek, po nim W ałek,
a zanim przyszła do ostatniego pasterza — było już późno w ie
czorem i trzeba było bydło brać z pola. Rozlecieli się więc wszyscy
do swoich krów i pognali je każdy ku swemu domowi.
W złoto kule.
Na drugi dzień była niedziela, Kmiecik Ludwik i M ikułka
Jasiek przygnali wczas krowy na Kamieniec67), aby je mogli przed
„sumą“ dobrze napaść i zawrzeć do stajni. Krowy chodziły „po
rumowisku“ 68) i zryw ały różne chwasty słodkie, nie ruszając się
prawie z miejsca. Niebawem przygnały także bydło w te strony
—
34
—
obie Symsconki A ntosia i M arysia. R u sin k a i M arkoscyki szli do
kościoła — a widząc p asterzy na kamieńcu, przy łączy li się do nieb
i w krótce razem rozpoczęli szereg rozm aitych zabaw. I ta k g ra li
najpierw „W złotą k u lę “.
M ikułka usiadł na pagórku — a reszta koło niego. W ziął do
ręki 2 kam yki i na jednym z nich zrobił znaczek69). Potem dał
ręce za siebie i oba kam yki zatrzym ał w prawej. W ystaw ił następnie
obie ręce przed siebie, mając zacięte mocno obie pięści i spytał się
najpierw Kmiecika: „Gadoj, Gaduła, w który ręce złoto k u la ? “
Kmiecik wskazał na lewą rękę i nie zgadł. M ikułka dał po
nownie obie ręce za siebie, przełożył kamień ze znakiem do lewej
i potem mając zacięte pięści, wystawił obie ręce przed siebie z za
pytaniem : „Gadoj Gaduła, gdzie moja złoto k u la ? “ Kmiecik pokazał
na praw ą i tym razem zgadł. D ostał za to laskowego orzecha od
M ikułki i oba kamyki do lewej ręki. Kmiecik schował orzecha —
a kam yki przełożył do prawej i następnie wystawiając obie ręce
przed siebie, odezwał się do Antosi Symsconki : „Gadoj Gaduła, gdzie
mojo złoto k u la ? “ Symsconka zgadła za 4. razem. Po niej inne —
a kiedy już wszystkie odgadły, gra się skończyła10).
W górnistwo.
K rowy prawie jeszcze „skubały“ na tem samem miejscu, co
i poprzednio i pomimo, że grę zakończono, nikt nie odchodził „z k u p y “
— ale wszyscy czekali dalszych rozkazów starszych pasterzy.
W tem ozwał się M ikułka: „Wiecie co, bowwa sie „w górnistwo“ !
Jo tu wiem to tak i dziurze w kamieńcu, co sie możno do dołu
spuscać, a potem na wierzk wyłazić. Jeden poniesie copke w ience
nibyto kagonek ji bedzie łudawoł górnika, a reśta bedzie sie za
nim spuscała. Tymcasem dziełuchy nieg nom przypilnuje b y d ła !“
W szyscy zgodzili sie na to. Symsconki zostały przy krowach —
a „chłopoki pobiegli za Mikułkom do potoka“. Nad potokiem ■
w jednym pagórku była głęboka dziura zrobiona przez wodę i wyjście
było na dnie potoku. Czemprędzej pozdejmowali odzież i dalejże
„do dołu“ : naprzód Kmiecik z kapelusem niby kagonkem w renoe.
Za nim M ikułka i ktoś jeszcze. „Hu! hu! h u !“ jęczy „m asyna“
i wszyscy już „na dole“. „Ech! ech! ech!..“ Kopią sól... i niebawem
widać jednego górnika na dnie potoku. Niesie na plecach bryłę
ziemi... Za nim drugi i trzeci... podobnie obładowani... nibyto solą.
Złożyli sól na boku — znowu się spuszczają do szybu całkiem
—
35
~
nago, aby nie powalać i nie podrzeć odzierzy. W tem ukazał się od
domu S tary Kmieć, który zauważył, że chłopaki bydło tylko na
jednem miejscu „wisajo“ — a sami się w najlepsze w potoku bawią
i już naprzód groził im — głównie swemu Ludwikowi z daleka.
Zaledwie zobaczyli go pasterze, wypadli „z dołu“ i porwawszy
z kupy odzież, jak a była pod ręką, każdy um ykał z bydłem w swą
stronę. Pędząc za krowami, ten wdziewał koszulę, tam ten portasy —
inny kamizelkę, Kmiecik o mało, źe śród ubierania się w Mikułkowe pantalony od ojca nie dostał „palcotem“ 71), bo były na niego
ciasne i wąskie „w kroku“ tak, że zaledwie zdołał w nich naprzód
postąpić. Poczciwe „Kmiecisko“ zamiast ukarać syna, obrócił sie
w inną stronę i śmiał się serdecznie. Skoro wrócił do domu
p a
sterze zegnali znowu bydło razem i zaczęli się na nowo bawić. Tym-:
razem oddawali sobie nawzajem w pośpiechu pozamieniane suknie. Śmie
chu i żartów było co niemiara — a najwięcej z Kmiecika Ludwika.
*
*
*
Tych wszystkich zabaw umieli pasterze sierscy przed 20 la ty
tak ą wielką ilość, że chcąc je wszystkie dokładnie przedstawić,
trzebaby dosyć spore dziełko o nich napisać, co naturalnie nie jest
wcale naszym zamiarem. Nam rozchodzi się nie tak o dokładne
wyczerpanie m ateryału ludoznawczego w tym kierunku jak raczej
0 podanie najgłówniejszych cech charakterystycznych wszystkich
tych zabaw w ogólności — i dlatego zabawy powyżej przytoczone
podaliśmy tylko dla przykładu, jakby na poparcie i dla uzupełnie
nia wypowiedzianych w tym względzie zapatryw ań. Śpiewkom
1 oracyom pasterskim, zagadkom, gadkom i dorocznym obchodom,
które tu całkiem pominęliśmy — a które do pewnego stopnia
należą do zabaw pasterskich, jak to już na wielu miejscach wspo
mnieliśmy, zamierzamy w przyszłości poświęcić szereg osobnych
rozprawek’3). (Porów, uwagę 37.).
L udw ik Młynek.
(Ciąg dalszy nastąpi.)
—
36
—
& PASTERSTWO W TATRACH POLSKICH. 4
Są jeszcze zakątki ziemi, k tóre w olne od burz, oddalone od
widowni społecznego ruchu zachowują dłużej od innych okolic
pew ne rodzime, sobie właściwe cechy, króre nie zatarły się pod
w pływ em cywilizacyi.
Niedawno, bo zaledwie ćwierć wieku, takim zakątkiem było
tatrzańskie P odhale, a i do dziś dnia, mimo napływ u »gości«
i stąd w ynikłej zm iany stosunków , charakteru sw ego zupełnie
nie straciło. I dziś może tam pojechać badacz lub tury sta, k tó ry
oprócz w spaniałych w idoków przyrody prag n ie się zapoznać
z ludem w jego prostocie.
J a k wiadomo część ogrom nego łuku Beskidów biegnie po
łudniow ą granicą G alicyi od wschodu na zachód ; uw zględniając
i podnóża tego pasma, można śmiało twierdzić, że dwie trzecie
pow ierzchni kraju leży w tym system ie górskim . Ł atw o można
pojąć, że stosunki gospodarcze i rasy zw ierząt dom ow ych w tej
części kraju muszą posiadać pew ne odrębne, charakterystyczne
cechyr zważywszy, że tak znaczna przestrzeń odróżnia się swemi
w ybitnem i własnościami g leb y i klim atu.
P odhale jako położone na południe od Beskidów, a od po
łudnia zasłonięte trzonem T atr, a więc jeszcze więcej odcięte »od
świata« niż doliny Beskidów , zachow ało pod wielom a względam i
lepiej •swoją odrębność, do czego przyczyniły się także niem ało
tw arde w arunki przyrody górskiej, uniem ożliwiające w wielu
razach w szelką popraw ę lub zmianę. Oprócz pierw otnej rasy
bydła i owiec zachow ały się na P odhalu także prastare zwyczaje
w a ł a s k i e t. j. pasterskie. Zaraz na w stępie zaznaczyć w ypada,
że praw dziw e zwyczaje w a ł a s k i e istnieją tylko na polskiej
stronie T atr, a na Słowaczyźnie już dużo zmieniono. W łaściw e
szałaśnictw o i na Podhalu gdzieniegdzie zanika, a miejsce jego
zajmuje pasterstw o krow io-ow czarskie, jak się to stało »U s ta
wów«, gdzie nie ma szałasu owczego, lecz każdy gazda pasie
osobno swe krow y i owce.
A b y choć w części dać obraz stosunków gospodarskich
Podhala, należy przedew szystkiem pokrótce wspom nieć o u p ra
wie roli. P rzyroda nie pieści P odhalanina zbytkiem sw ych p ło
dów, bo na tej w ysokości pszenica się nie rodzi, a naw et
owies bardzo późno dojrzewa. Ziemniaki, kluski i zakaleow aty
placek owsiany, zw any m o s k a l e m , trochę m leka — oto głów ne
pożyw ienie górala. Ziemia, choć w ogóle nie bardzo urodzajna,
- i l
—
zajęta jest praw ie całkowicie pod upraw ę. U praw a owsa sięga
pod Tatram i do i i oo m .,,żyto zaś siew ane jest tylko w okolicy
Now ego T argu, osobliwie w >Miesckicłi równiach«. Sposób upra^
w y roli na Podhalu jest zupełnie identyczny z zwyczajami p rz y
jętym i w całem zachodniem paśmie K a rp a t. N a nawozie sadzi
się zawsze ziemniaki, » g r u l e « ; po nich przychodzi owies (czasem
z domieszką jęczmienia), t. zw. połow nik a w nim koniczyna, na
k tórą po zbiorze owsa daje się m ałą potrząskę nawozu. K o n i
czyna zostaje tylko jeden rok i zaraz potem sieje się znów owies.
Gospodarze posiadający więcej roli, zostawiają koniczynę przez
czas dłuższy t. j. dwa lub naw et trzy lata. K oniczynę zbiera się
dwa razy, a w drugim pokosie już do kw iatu nie dochodzi.
Na gruntach lepszych, położonych w dolinie nie ugoruje
się zupełnie, podczas g d y niedostępniejsze kaw ałki na pagórkach
obsiew a się co drugi rok owsem. W Chochołowie, wsi położonej
na zachodniej granicy Podhala, prow adzi się na takich odległych
g runtach w spólne pastw iskow e gospodarstw o. P odobny zwyczaj
upraw y zachow ał się także na Orawie, k tóra graniczy bezpo
średnio z Chochołowem i we wsiach ruskich, położonych na po
łudnie od Dukli. P rzy domu na najlepszych kaw ałkach upraw iana
jest w małej tylko ilości kapusta, k tó ra jednak nie tw orzy g łó
wek z pow odu zbyt gęstego sadzenia i dla nieodpowiedniej do
danych w arunków odm iany.
Poniew aż licha ziemia P odhala nie daje swoim mieszkańcom
dostatecznego w yżyw ienia, a dla bydła odpowiedniej ilości p a
szy, zużytkow ują więc górale wszelką paszę, jak a się tylko w poblizkich górach znajduje. T eren górski T atr nadaje się do pro
w adzenia hodowli bydła, a przedew szystkiem owiec. Górne piętra
dolin otw ierają się w szerokie, faliste pastw iska, zwane » h á l e «
porosłe różnemi trawam i, jak jarczyk (Sesleria coerulea), włósiennica (Sesleria disticha),. szerokolistna skrada (Luzula maxima),
skucina (Juncus trifidus) i t. d.
Niżej położone są p o l a n y , które najprzód się kosi, a do
piero po zbiorze siana spasa zazwyczaj krowami, bo owce cały
czas spędzają w halach.
Bydło rogate P odhala należy do drobnego ty p u bydła k ra
jow ego krótkorogiego »Bos brachyceros«, odm iany górskiej. T yp
ten w epoce kam iennej, a zwłaszcza w okresie paleolitycznym
b y ł rozpow szechniony w całej Europie. Szczątki zwierząt, znale
zione w budow lach naw odnych, wskazują, że m ieszkańcy ich ho
dowali bydło ty p u brachyceros. T y p ten spotykam y dziś jeszcze
4
—
38
—
W różn y ch m iejscowościach środkow ej E u ro p y , a zw łaszcza w nie
k tó ry c h częściach A lp (głównie wschodnich), n a w y s p a c h k a n a łu
L a M anche i w zachodniej F ra n c y i. J a k w y k a z a ły b a d a n ia prof.
L. A d am etza, t y p b ra c h y c e ro s m a d aleko większe ro z p rze strze
n ie n ie ; znajdujem y g o b ow iem w Illy ry i, Bośnii, C zarnogórze,
A lb a n ii i w Galicyi, gdzie w n ie k tó ry c h okolicach zachow ał się
w wielkiej czystości n. p. w M ajdanie i w B eskidach. P odo bn ież
w czystej formie przech o w a ł się w g ó ra c h Ś w ięto k rzy sk ich i na
Litwie. Ś red n ia w ysoko ść k łęb u u b y d ła n a P o d h a lu w ynosi
104 5 %■ W przeciw ieństw ie do odm ian alpejskich b y d ła k ró tk o ro g ie g o nie w y stęp u je w K a r p a t a c h , a więc i na P o d h a lu je d n o
lita maść w p e w n y c h okolicach, lecz w calem paśm ie s p o ty k a
się wszędzie wszelkie zabarw ienie ch a ra k te ry s ty c z n e dla t y p u
»B rachyceros«. M aść jest więc bardzo różna począw szy od n aj
bardziej p ierw otn ej, jednolitej, bru n a tn e j z p rę g ą jaśniejszą na
grzbiecie t. zw. s a d a w e j , przechodzi do jasnej zup e łn ie ; p l a
miste zab arw ienie s p o ty k a się rów nież często. T y p o w ą cechą
je s t sk ó ra ciemno, lub przynajm niej żółto z a b arw io n a i t a k zw any
sarni p y sk , k t ó r y j e d n a k nie zawsze ró w n o silnie w ystępuje.
Mleczność te g o b y d ła nie jest najlepszą, n ależy ją je d n a k uw ażać
za zadow alniającą ze w z g lęd u na sp osó b żyw ienia, k tó re o g r a
nicza się w zimie do słomy, a w lecie je d y n ie do paszy, uskubanej n a hali. K r o w y po ocieleniu dostają p arzo n k ę z. sieczki,
siana, ziem niaków i o d p a d k ó w k ap u s ty . N a d to n ależy zauw ażyć,
że o w artości sztucznego d o b o ru n ik t nie m a pojęcia i zupełnie
się go pomija, a cała sztuka ch ow u p o le g a na tem, a b y się cie
lęcia doczekać w trzecim roku, n a własności m atk i lub b y k a
całkiem nie zważając.
Najsilniejszy w p ły w z obcych ras w yw a rło koło Z a k o p a n eg o
b y d ło »tyrolskie« spro w a d zo n e p ra w d o p o d o b n ie, p ó łk rw i Zillerthaler(?), n adto sp orad y czn ie w idać g dzieniegdzie przez ataw izm
w p ły w B e rn e ró w lub H olen drów . S te p o w e by d ło w ę giersk ie nie
pozostaw iło żad ny ch śladów, poniew aż s p row a dzon o ty lk o naw.et
w niewielkiej ilości woły, a k r o w y rzad ko się trafiały.
Owce tatrz ań sk ie dają u ż y te k w szech stro n n y t. j. mleko,
wełnę i mięso ; należą one do g r u p y Cakli (Zackel-Schafe), są
średniej wielkości (długość ciała 6 r 6 %, w ysoko ść k łęb u 58-o %)
o b udo w ie ciała zbitej, dość mięsistej. O g o n y są długie, cienkie,
sięgające aż do s taw u sk oko w eg o. Owce są przeważnie bez ro
gó w , a m ęskie osobniki (try k p l e m i e ń ) posiad ają ro g i p ra w ie
zawsze czarne, od ty łu k u przod ow i ś lim a k o w ato Skręcone.
—
39
—
B a r w a po kry c ia jest p rz edew szystk iem biała, a czarna w e łn a
jak o rzadsza jest n a w e t droższa.
U b a rw ien ie ow cy i jej w y b itn e ce c h y zw racające u w a g ę
posiad ają osobne nazwy. B a k i e s k a n a z y w a s i ę t e ż o k a i s t a ,
owca biała, p o lic k i ma cisawe abo carne. P i s t r u l a
l ub p i s t r z u l a owca z p y sk iem k ro p k o w a n y m , a l i s к a r k ą
zwie się ow ca p o d o b n a u barw ieniem do lisa. Czasem trafia się
ow ca z ro g a m i i ta k a zowie się k u r n u t a , k u r n a s i s t a t. j.
r o g a ta
C z ó ł k a m a k ró tk ie uszy p osunięte nieco wyżej na
czoło. Strzyżenie o d b y w a się d w a ra zy na ro k t. j. na Zielone
Ś w ięta i n a św. M ichał t. j. okołó 29. września, a od jednej
ow cy zbiera się średnio po 2 fu n ty polskie (t. j. 1,125 g"1- ) w e łn y
czyli przez ro k 4 funty, czasem ilość ta podnosi się do 6 funtów .
Z wełny, której cena w ynosi 4 0 —50 ct. za funt, w y ra b ia ją sukno
białe, lub b ru n a tn e , u ży w an e w yłącznie na miejscowe p o trze b y .
Strzyże się owce po w ym yciu w rzece, a w ełnę zebran ą
skubie i daje n a g r ę p l e , poczem przędzie się z niej włóczkę.
S u k n o tk a się t a k samo ja k płó tno ty lk o rzadziej. W f o l u s z u
daje się je o dpow iednio złożone na s t ę p ę , na której bije się
m łotem, przyczem s p ły w a n a nie ciepła woda.
Czas łak ta c y i owiec trw a mniej więcej od p o ło w y m arca do
połowry sierpnia i podczas tego daje ow ca około 14 fu ntó w sera.
J a k a jest w łaściw ie w yda jn o ść m leka, trudn o się dowiedzieć,
n ik t bow iem n a nie nie zw raca ta k dalece u w a g i ; p r a w d o p o
dobnie je d n a k daje o w ca około 1-5 k w a r t y polskiej n a udój.
J a k o ś ć m leka jest nato m iast bardzo dobra, ciężar gat. i'ozg przy
- ) -i3 0 C, tłuszczu 7 i°/o- (Mleko b a d a n e pochodziło od 170 owiec
w drugiej połow ie lipca.)
Pom im o, że w szystkie trz y d a r y o w c y są w yso ce cenione,
a zwłaszcza w ełna i mleko, ho d o w la p ozo staw io n a je s t n a ła s k ę
ty lk o dzikiego p arzenia się zwierząt.
W zimie dostają owce po 1. funcie do Г5 fu n ta siana,
mniejwięcej 0 ‘5 k w a te rk i ow sa z 1 k w a te r k ą sieczki, zalanej
słoną wTodą i trochę słomy, oraz św ierczynę do o g ryzania. D o
p óki ja g n ię ta ssą, doji się ty lk o raz na dzień wieczór, alb o zu
pełnie zostaw ia się m leko jagnięciu. Później po odsądzeniu p o
to m stw a t. j. w h alach doji się trz y ra zy dziennie, a w ko ń cu
ty lk o d w a ra zy (od p o cz ątk u do drugiej p o ło w y sierpnia).
N a hali ja g n ię ta p asą się osobno. D w u le tn ia ow ca nosi
nazw ę j a r k a , po pierw szem jagnięciu t. j. w trzecim ro k u d o
staje nazw ę l e p i e s k a , a później zowie się d opiero o w c ą .
—
40
—
P r z y k u p n ie oznaką dobrej mleczności jest długi tułów
i po d atn e, elastyczne wymię, zw ane s k u r ł a t .
S przed aż owiec o d b y w a się g łó w n ie w jesien i; n a w iosnę
cena podnosi się do io, a n a w e t 12 zł. oczywiście razem z j a g
nięciem.
Ś rodk iem h a n d lu jest t. zw. » M i a s t o « czyli N o w y T a r g
i częściowo C zarny D u n a je c ; tu zjeżdżają się k u p c y z okolic
M ako w a, R a b k i i t. p., a n a w e t z W ę g i e r i z a k u p u ją o w c e
i bydło. Z W ę g i e r n ato m iast dochodzą na ta r g i inne p r o d u k t y
rolnicze, k tó r y c h P o d h a le nie dostarcza, zwłaszcza zboże i m ą k a
k u k u ry d z ia n a .
G d y się zbliża czas ruszenia w hale, k ilk u g az d ó w t. j.
g o s p o d a r z y idzie w g ó r y i u p atru ją , czy już t ra w a dostatecznie
urosła i czy m ożna będzie paść. S tosow n ie do okoliczności zo
staje oznaczony dzień wyruszenia. Zarząd i op iek ę n a d ow cam i
otrzym uje b a c a , w y b ie r a n y przez g a z d ó w o j c i e c s z a ł a s u ; on
sam musi się z a o p atrzy ć w całe g o s p o d a rstw o szałasu t. j. k o tły ,
p uciery , fo rm y i t. p., a do p o m o cy d obiera sobie j u h a s ó w t. j.
pasterzy. J u h a s i rów nież muszą o dpo w iednie n ac zy n ia p o siad ać,
. g i e l e t ę czyli wielki skopiec do dojenia, c z e r p a k do picia
żen tycy , a nadtO' c i u p a g ę t. j. siekierkę n a długiem top o rzy sk u .
Istnieje n a w e t o o so b n y m kształcie c iu p a g a t. zw. w a ł a s k a,
k tó r a od o b u ch a w ą sk a p o te m p rz y ostrzu n a g le się rozszerza.
W oznaczony dzień w szyscy spędzają owce do bacy, k t ó r y p o
k ro p iw sz y je św ięco ną w o d ą i zrobiw szy zn ak krz y ża c iu p a g ą
na drodze, daje znak do pochodu. C ały k y r d e l (stado owiec)
rusza w śró d b rz ęk u k ł a p a c y i t u r c u n i ó w , szczekania p s ó w ;
z ty łu k o nie niosą całe g o s p o d a rstw o szałaśne.
P o p rz y b y c iu na halę, b ac a w chodząc do szałasu m ów i ;
»Niech będzie p o c h w a lo n y Jezus C hrystus«, a b y w yp ędzić »zł e«
co tam może w pu stce siedzi, a n a s tę p n ie kropi ca ły szałas w odą
św ięconą i o kad z a zielem święconem.
D o p iero po dopełnien iu ty c h obrzęd ów n a p r a w ia się szałas
i zapala w a t r a , k tó r a gorzeje ciągle, aż w jesieni zostaje zala n a
p rz y opuszczeniu szałasu N a p ła te w d ach u zak ła d a się o z w o dn i c a t. j. drąg, id ący wzdłuż szałasu i na nim zawiesza się
j a d z w i g a t, j. k rz y w y kij z nacięciami, do zaw ieszania kotła.
P r z y pierw szym po doju b a c a z juhasam i obchodzą trzy
ra z y s t r ą g ę t. j. za g ro d ę n a owce, odm aw iając pacierze.
S z a ł a s p rz ed staw ia się jak o b u d y n e k p r o s to k ą tn y , p o s t a
w io n y z o k r ą g ł y c h b i e r e n św ierk ow ych, o b łu p a n y c h z k o ry ,
p o k r y t y d w u s p a d k o w y m d achem z dranic. N a przodzie, n a d
_
41
—
wejściem jest ściana o tw a rta w części dla d y m u z ogniska, k t ó r y
zresztą pom imo to w y p e łn ia ca ły szałas, w y d o b y w a ją c się na
zew nątrz licznemi szparam i w ścianach i dachu. Ś c ia n y są c z a
sem obite deskam i od zew nątrz w stronie więcej narażonej
n a wichry.
P ie rw sz a część obszerniejsza stanow i w łaściw y s z a ł a s ,
w k tó ry m mieści się zagłębio ne ognisko, w yłożone kam ieniam i,
część ta jest ty lk o przez p ó ł w yd y lo w a n a. P o d ścianam i b ie g n ą
ła w y do s:edzenia i spania. Ścianą, niedochodzącą do dachu,
oddzielona jest od szałasu d ru g a część, k o m o r a , k tó ra służy do
p rzecho w ania naczyń, serów, siodeł i. t. p sprzętów.
Nie -wszędzie je d n a k są szałasy z b e le k budow ane, n a h a
lach bardzo w ysoko położonych p o n a d zasiągiem lasu n. p za
M nichem (nad M orskiem Okiem) u P ięciu staw ów , gdzie jest
tru d n o o budulec, szałas stanow i ty lk o b u d a z desek i g o n tó w
o p a r ta na p o d m u ro w a n iu z k am ieni u tk a n y c h m chem i borow iną.
D o po dobnej n ory trzeba wchodzić p ra w ie na czw oraku, a za
led w ie w ś rodk u m ożna stanąć prosto bez naraże n ia swej głow y.
T rzecieg o dnia po przyjściu na h a lę następ u je w a żn a
chw ila u g o d y właścicieli owiec z b ac ą i juhasam i, k tó ra zowie,
się. i ś ć n a m i r ę . T e g o dnia doji się owce d opiero na p o ł e d e ń
a czynność tę spełnia zazwyczaj sam właściciel, lub w za s tę p
stwie tego ż baca. M leko owiec jed n e g o g a z d y zlew a się sto
sow nie do ilości do r a j t á k a (rodzaj skopca) jeżeli mało, lub
dużo do g ielety i robi się znak na p a ty k u , zw an ym z a m i r к a,
d o k ą d sięga pow ierzchnia mleka.
O dszczypàn y kaw ałek, dochodzący do zacięcia, bierze z sobą
gazda, a reszta z zaznaczoną k a rb a m i ilością owiec, a czasem
z nazw iskiem właściciela zostaje u bacy.
P o w ydojeniu zaczyna się dopiero w łaściw a u g o d a — stosowmie do p o ry, k ie d y w yruszono w hale, jakie się zapow iada
lato, czy się ow ce przez pierw sze dni dobrze pasą, u ch w alają
t a k zw ane w o d y , k tó ry c h ilość wynosi co najwięcej ośm W je
sieni, przy odbiorze sera, ma b ac a oddać właścicielowi ty le sera,
wiele w a ży woda, n a la n a do w ysokości zamirki, p om nożona przez
u g o d zo n ą ilość w ód n. p. sześć. W ty m celu wiesza się na
drew nianej w adze z jednej stro n y kocioł, a z drugiej dla ró w n o
w agi zawiesza się s k a ł ę t. j. kam ień N a kocioł n alew a się tyle
ra zy w ody, nalanej do w ysokości z a m i r k i , ile b y ło u g o d z o n y c h
wód i odw aża o dp o w ied n ią ilość sera.
N a d m iar jak i p ozostanie po zwróceniu właścicielom ugodzonej
ilości sera s tan o w i zysk bacy, k t ó r y z^niego opłaca juhasów , oni
„
42
—
zaś jako w y n a g ro d z e n ie p o b iera ją d w a serki o s c y p k i dziennie
t. j. około 50 c e n tó w i z i n t y c y wiele wypije. S ą lata, w któ
ry c h b ac a w zam ian za położone w nim zaufanie musi z własnej
kieszeni opłacić juhasów . Szczególniej w ielką k lęsk ę zadają
owczarzom śniegi w g ó ra c h p o przyjściu na halę, poniew aż
owce m leko trac ą i później przez lato mało g o dają, ch oćby
czas b y ł ciepły i ładny.
D o m iry doji się d la te g o d o piero n a trzeci dzień, p o n iew a ż
gazdow ie m ają swoje s p o s o b y , a b y zw iększyć ilość m leka zaraz
po w yjściu na halę. W ty m celu dają ow com m łode żyto, o m a
szczone tłuszczem w ieprzow y m , trzym a ją w cieple itp .; po k ilk u
d niach n a innej p asz y i w chłodnem p ow ietrzu tra c ą owce ten
n a d m ia r m leka. N a Słow aczyźnie zwyczaj m iry już nie istnieje,
zam irek niema, a ser w ażą p rz y o d d a w a n iu na funty.
Sól, k tó r ą owce dostają trz y razy na tyd zień a n a w e t czę
ściej, w k a w a łk a c h lub tłuczoną, o p łaca baca z juhasam i d lateg o ,
a b y się lepiej p a s ł y i więcej m le k a daw ały.
Jeżeli o w ca się zabije, lub niedźw iedź ją zje, b y le ty lk o
znak ja k i z niej pozostał, płaci się w połowie, g d y zginie bez
śladu, p a ste rz e p łacą całą jej w artość, lub w edle u g o d y . Jeżeli
się zab ita o w ca znajdzie, w tak im razie sk ó ra z w ełną p r z y p a d a
właścicielowi, a mięso juhasom , choć ła k o m y g az d a każe sobie
czasem i za mięso płacić. Znalezienie o w c y zabitej, to uczta
w szałasie, mięso w arzą w żętycy, choć najczęściej jest już ś m ier
dzące, bo nie zawsze zaraz u d a się z g u b ę odszukać. D la te g o po
spędzeniu owiec na podój przed szałasy juhasi zawsze liczą p rz y
dojeniu ich ilość, a b y się wcześnie z g u b y d o p atrz eć i w d an y m
razie odszukać. D aw niej, g d y na szałasach często gościli zbójnicy
i b ra li owce n a rzeź n a miejscu, b a c a n ie ty lk o że nic nie płacił,
lecz sam z juhasam i p rz yjm o w a ł udział w uczcie i hulan ce, —
dziś czasy te b e z p o w ro tn ie minęły.
O d pierwszeg'0 d nia w yjścia n a halę, aż do p o w ro tu juhasi
noszą zazwyczaj to samo u b ra n ie p ie rw o tn ie białe, k tó re je d n a k
pow oli od b ru d u i tłuszczu owiec n ab iera b a r w y żółto szarej
i dziw nego zapachu, k t ó r y w p ołączeniu z b a r w ą b ądź co bąd ź
nie d odaje s m ak u do picia ż e n ty c y i jedzenia oszczypków . Może
b y ć jed n ak , że k ry ją się w tem u b ra n iu jakieś szczególne fe r
m en ty , m ające znaczenie p rz y dojrzew aniu sera i oszczypków ,
a nad ające im p a c h b ard zo zbliżony do w oni s ta re g o u b r a
nia bacy.
Owce n a hali p rz e b y w a ją c a ły czas p o d g o lem niebem,
chroniąc się w deszcz lub u p a ł p o d s m re k i; do p o łu d n ia t. j. do
—
43
—
2-giej pasą się w odległy ch częściach hali, po udoju pozostają
do wieczora bliżej. K o n ie i jato w n ik p a s ą się sam opas po h a la c h .
B arany, a b y gdzie nie zaszły w inne stro ny , zapędzają juhasi
w takie miejsca, do k tó ry c h ty lk o je d n a p y r ć wiedzie, zasta
w iwszy tę ścieżkę, zostaw iają je w spokoju, przeliczając ty lk o
czasem. Zowie się to zastaw ianie b a ra n ó w z a c i n a n i e .
Do doju zapędzają owce do za g ro d y — s t r ą g a — z t y k św ier
ko w y ch, w jed n y m b o k u są o tw o ry o k n a , w k t ó r y c h zasia
dają ju hasi i doją owce, nap ę d zan e przez g o ń c a ( h á n i e l n i k ) ;
zazwyczaj jest nim m ały chłopak. O k n a są czasem k r y t e dachem
z desek, a b y deszcz na do jących nie lał. N a n ie k tó ry c h h alac h >
gdzie jest b ra k drzewa, niem a strągi, ty lk o m r a ż n i c a tj. za
g ro d a z kam ien i i gałęzi kosodrzew iny. K o š á r j e s t p r z e
s t r o n n e mi e j s c e , co o w c e m o g ą l e ż e ć ; w s t r ą d z e b y
s i e p o d u s i ł y , jest dużo w iększy i służył do zam y k a n ia owiec
na noc, obecnie jest p ra w ie n ieuży w an y, poniew aż stanow i słabe
zabezpieczenie, k tó re g o teraz n a w e t nie potrzeba.
P o w y dojen iu zlewa się m leko do wielkiego naczynia drew n ia
n e g o — p u c i é r a ( p u c i e r a , p u c i o r a ^ cedząc przez p łachtę —
s a t a , p rz y m o c o w an ą obręczą do ścian n ac zy n ia; na niej k ła d ą
duże gałązki św ierkow e na krzyż, dla lepszego za trzym an ia b ru d u
i włosów. N ie k tó rz y bacow ie k ła d ą także k r z y ż y k z w o sk u ś w ię
conego. N ależy zauważyć, że w ym ion u owiec zupełnie się nie
o b m y w a (czego n a w e t trud no żądać, prz y znacznej liczbie dojek),
w s k u te k tego, na powierzchni m leka w y d o jo n e g o p ły w a m nóstw o
śmieci, a, na spodzie grom adzi się rów nie znaczna ilość b ru d u
i nawozu.
Do przecedzonego m leka w lew a b a c a k l á g ' t. j. sér w y
b r a n y z cielęcego -żołądka zasolony i w ysuszony, a ty lk o w m iare
p o trze b y ro z rab ian y w wodzie. Zam ieszawszy m leko f e r u ł ą
p rz y k r y w a czystą p łach tą i staw ia niedaleko o g n isk a W godzinę,
czasem prędzej, zależnie od te m p e r a tu ry pow ietrza, p ró bu je f e
rułą, czy już jest dostatecznie z k l a g a n e ( k l á g a ć , z a k l a g á ó )
i roztrzepuje ferułą, przez co ser o p ad a na dół. Poczem z a k a
sawszy rę k aw y , o b m yw szy ręce, zanurza je po łokcie w m leku
i z b i e r a ser, pow oli zgniatając p a l c a m i . G d y już jest zebrany,
w y b ie ra g o o g ro m n ą ły ż k ą w a r z e c h ą i daje na p łach tę zw an ą
k o s z y c k i e m l ub g r u d z i e l n i c ą , k tó r ą go niec trzy m a w rę k u
za d w a rogi, a dru g ie m a założone za pas. P ła ch tę z serem za
wiesza się jakiś czas, a b y n ad m iar serw atk i odcieki, poczem ser
kładzie się n a półce w komorze. S e r taki zowie się u d ó j l ub
g r u d a ; po kilku dniach rozwija się w nim silna fe rm e n ta c y a
__
44
-
i p rz ecięty p rz ed staw ia du¿o dziu rek o k rą g ły c h ; sm ak jest p rz y
jem nie k w ą sk o w a ty . P o dw óch ty g o d n ia c h m ożna już z n iego
otrzy m a ć pierw szy p r o d u k t p rz eró b k i m le k a ow czego, a m ia n o
wicie b r y n d z ę .
S e r p rz efe rm en to w an y , k tó re g o s k ó rk a już dobrze p r z y
schła i z b ru k a ła się w dym ie szałasu, m n i e s i ę dobrze rę k o m a ,
soli obficie i u k ła d a w d z i e r z k i ubijając m o c n o ; im lepiej b r y n
dza jest w y g n ie c io n a i ubita, tem dłużej się trzy m a . S m a k jej jest
o stro -sło ny o c h a ra k te ry s ty c z n y m za p ach u k w a só w tłuszczow ych.
N a P o d h a lu nie idzie p ra w ie zupełnie w h an d e l i zużyw a się na
do m o w e p o trz e b y jak o zapas n a zimę.
O s c y p k i t. j. m ałe serki kształtu beczu łko w atego w ażące
po o-5 k g ., sporządza się w sposób n a s tę p u ją c y — ser świeżo
z e b ra n y z m le k a k ru sz y się, s t r ę g a c i i jeszcze raz zbiera się
i n a k ła d a do czerpaka, k t ó r y w ty m w y p a d k u służy za m iarę.
P o te m u g n ie c io n y w o w aln ą b ry łę, o g rz ew a się p a r ę m inut
w letniej w odzie i w k ła d a do fo rm y m ającej kształt cy lin d ra
0 ścianach w klęsło rzeźb ion ych po stronie w ew nętrznej. N a d m ia r
s era p o zo stają cy p oza form ą w y g n i a t a się w y dłu żon e k o ńce i za
k ła d a k o ń c ó w k i tj. krą żk i ró w nież c y f r o w a n e . Z m niejszych
ilości sera ro bi się nie mniej ozdobne p a r z e n i c e , m ające kształt
serca, k a c k i i j e l e n i e .
Zaraz po wTy g n ie c e n iu i w yjęciu
z fo rm y p o d d a w a n e są serki zasoleniu przez m oczenie w r o s o l e
tj. roztw orze soli kuchennej (32 k w a r t wody, 25 fu n tó w soli),
w k t ó r y m po zostają przez 24 godzin. (Zwyczaj ten jest i d e n
ty c z n y z C zarnog órsk im o p isan y m przez prof. D r a A d a m e tz a
w Öst. M olkerei Z eitu ng Nr. 16. die M ilch w irtschaft in den
S ch w a rzen Bergen).
P o zasoleniu suszą się w ko m orze na półce i u le g a ją ró w n o
cześnie częściowem u wędzeniu, k tó re z a b arw ia s k ó rk ę żółto-brun atn o, Z b y t g w a łto w n e i szyb kie o b sy ch a n ie sk u tk ie m działania
w ia tru w p a d a ją c e g o przez szerokie szp ary ścian p o w o d u je często
p ę k a n ie sk ó rk i serków. Ś ro d e k o s c y p k a jest żó łtaw o za b a rw io n y
1 p o siad a d ro b n e o k rą g łe dziurki ; s m ak jest p rzyjem n ie o stry
0 n iezb y t silnym zapachu. Cena za sztukę w y n o siła dawniej
25 c n t , teraz p od nosi się do 30 cnt. W lecie sp rz e d a w a n e są
w znacznej ilości gościom w Z ak opanem , k tó rz y je ch ętnie k u
pują. O becnie n a halach, gdzie o b o k owiec i k r o w y trzym ają,
d odają m le k a k ro w ie g o do sera, co p o w o d u je jało w o ść teg o ż
1 źle w p ły w a n a smak.
B r u s k i ro b ią ty lk o n a jednej h ali zwanej P y s z n ą w doli
nie Kościeliskiej, są to k rę g i sera śre d n ic y około 30
g ru -
—
45
-
bości 15 — 18 %, o w adze 3 - 5 kg. S er p rz y g o to w u je się cokol
w iek inaczej jak na oszczypki.
P o dodaniu к 1á g u, mniejwięcej w godzinę roztrzepuje się w y
dzielony sernik rę k ą albo ferułą, w lew a do k o tła i o grzew a bardzo
słabo. W ko tle zbiera się ser rękam i nadając m u kształt k rę g u , a po
wyjęciu n a k ła d a się n ań obręcz średnicy 5 — 7 % i p rz e ty k a p a ty c z e k
przez osi dla u łatw ienia o d p ły w u serwatki. W formie tej u g n ia ta się
ser obracając ciągle n a s t o l i k u o patrzon ym z b o k u row k am i do
o d p ły w u serw atki. N astę p n ie po wyjęciu patyczka, zak ład a się na
osi ozdobne c e c h y i u g n ia ta dalej, aż przestanie uchodzić ser
w atka. N iedostatecznie w y gn iecio ne sery u leg ają rozdym aniu
i kw aśnieniu. P o w ygn iec en iu i zdjęciu form y i cech kładzie się
ser do rosołu na 24 — 48 g o d zin ; a późriiej g d y już leży na półce,
p rz e w ra c a się od czasu do czasu. D alszy proces d ojrzew ania zarów no
j a k i s m ak jest zupełnie p o d o b n y do o scy p k a ; cena w ynosi do 3 zł.
P o zebraniu sera w ydzielonego przez k l á g w lew a się p ozostały
p ły n tj. z i n t y c ę do k o tła i o g rz e w a mieszając ustawicznie
c i o s k i e m lub f e r u ł ą , aż zawrze dobrze, poczem czemprędzej
zdejmuje się z ognia, a b y nie w ikipiała. Tłuszcz — h u r d a , k tó ry
w y dziela się n a pow ierzchni razem z ściętą lakto alb u m in ą, zbiera
się w arzechą, w lew a do pu ciery i ro z trz e p a n y ferułą miesza
z zinticą. Zintycę posoloną co ko lw iek chłodzi b ac a przelew ając
warzechą.
Zintica i ser stan o w ią p ra w ie w yłączny p o k a rm p asterzy,
zwłaszcza w halach, gdzie k ró w nie chowają. Z intyca nie jest ta k
złym p o karm em , pon iew aż w s k u tek m ałych ilości k lá g u , w olno
ścinający się sernik nie zabiera z sobą tłuszczu i album iny. P o
zo staw io n a do d ru g ie g o dnia zintyca k w aśnieje szybko i zwie się
teraz z i n t i c ą k w a ś n ą . S ta n o w i ona bardzo p rz y je m n y napój,
zwłaszcza w dni gorące. W o g ó l e zintyca p rzed staw ia się jako
p ł y n żółtaw o b iały ż drob ny m i g ru d k a m i a l b u m i n y ; sm ak jest
słodko-słonawy.
Z intyca bez h u r d y tj. tłuszczu zowie się z w a r n i c ą (le
w a r k a albo z i n t y c a r z a d k a ) i tę albo p osy łają do domu,
lub też w miejscu sp asają Świniami, k tó re się znakomicie tuczą,
pom im o ostrego k lim a tu i znacznego wzniesienia nad poziom morza.
K i s c o n e m l e k o tj. kw a śn e otrzym uje ' się ty lk o z k r o
w iego m leka i zwozi się je wierzchem na ko niu lub znosi do
wsi na w łasn y m grzbiecie raz n a tydzień w o b o ń k a c h t. j.
p ła s k ic h beczułkach, M leko takie przyniesione do wsi sp o ży w a
—
46
-
się przez k ilk a dni zazwyczaj z ziemniakami. S erów ani tw a r o g u
nie w y r a b ia sie zupełnie z k ro w ie g o mleka.
M a s ł o w y ra b ia się g łó w n ie we wsi, a ty lk o w małej
ilości n a h alac h z kw aśnej śm ietan y krow iej, czasem zmieszanej
z owczem lub koziem m lekiem i zasolone przechow uje się jako
zapas n a zimę. Jeżeli k t ó r y g o sp o d arz p osiada w y jątk o w o n a d
m iar masła, sprzedaje je w N o w y m T a r g u żydom , k tó rz y sku
piw szy większą ilość, puszczają w św iat w b eczkach ja k o osła
wione »Galizische B u tte r« . Dobre, czyste masło w y k u p u ją g o ś c i e
b a w ią c y latem w Zakopanem . D o w y ro b u służy m aślnica zw ana
к i e r n i ą lub k i e r n i c k ą z b u d o w a n a z klep ek, jest o na trochę
z b y t w ą zk a i w y so k a, co u tru d n ia n ależ y te czyszczenie.
K o n s e r w a c y a m lek a k w a śn e g o n a zimę w ychodzi już z u
pełnie z u życia i n a d e r tru d n o się z nią s p o tkać. K w a ś n e m leko
soli się, a w ydzielo ną s e rw a tk ę o d ciąg a się lew ark iem . Do s p o
życia dodaje się nieco w ody i m aślanki, a spo ży w a oczywiście
z ziem niakami. S m a k jest b ardzo k w a ś n y i słony, a po zjedzeniu
większej ilości sami n a w e t g ó ra le dostają p o d o b n o boleści
W o gó le sposób ten jest rodzajem p rz y rzą d zan ia tw a r o g u , ty lk o
że się serw atk i nie w y c isk a w prasie, a sera nie suszy, ani nie
wędzi, lecz zostaw ia się na łasce pleśni i ferm en tó w różn eg o
rodzaju.
P r z y ow cach pełnią .służbę w yłącznie mężczyźni, b y d łem
zaś zajmują się po większej części k o b iety , zazwyczaj je d n a
dziew ka z rod z in y idzie z k ro w a m i n a halę, bo rz adko się je
zostaw ia opiece najem nej j u h a s k i .
S to s u n k i p ra w n e i własności są różne n a halach, zależnie
od tego, k to jest jej właścicielem. Jeżeli h ala je s t w łasnością
d w o ru (n. p. K o n d r a t o w a h a la należy do d w o ru w Szaflarach),
p łacą właściciele owiec od sztuki po ю c t , a od k r o w y po 2
złr. N a in n y ch h alac h n. p. n a P ysznej, k tó r a jest w łasnością
trzech g m in : K lik u szo w a , O b id o w a i L asek, p łacą w łaścicielow i
Z a k o p a n e g o po 4 c e n t y . od owiec w łasnych, a od p rz y ję ty c h
n a paszę po 1 0 ct P o d a t e k "rządow y o płaca ją g m in y naprzem ian.
H a la T o m a n o w a należy do g m in y Ciche, a raczej ty lk o do
ośmiu g o s p o d a r z y tejże wsi. G m ina ta posiada jeszcze h a l e :
U płaz, O rnak , S m y tn ię i Sm reczyny . O prócz o p ła ty sk ład ają
hale położone w o b r ę b i e . lasó w Z ako piańsk ich po 2 4 o szczypki
d aniny, a za drzewo zużyte n a opał po 1 złr. 2 0 ct. od szałasu.
Jeżeli h a la jest w łasnością ro d ó w (familii) n. p. h a la G ą sie
nicow a, k tó r a w raz z otaczającym lasem n ależy do g a z d ó w
_
47
-
z Z ak o p an eg o , w takim razie, członkow ie tychże m ają praw o
paść p ew n ą ilość zw ierząt. K ro w y stan o w ią p o d staw ę liczenia
i p rz y ję to za i k ro w ę z jałó w k i (roczne), 4 cielęta, lub 6 owiec.
Jeżeli m ający p raw o paść p ew n ą ilość krów , sam ty le nie pędzi
na halę, lub też nie posiada, m oże resztę sw ego udziału, lub
cały ud ział w y n ająć n a lato za p ew n ą o p łatą innem u g o s p o d a
rzow i, k tó ry p ra w a te g o nie p o siad a.
B ardzo p o d o b n e sto su n k i p an u ją n a polanach, z k tó ry c h
k aż d a je s t po d zielo n a kam ieniam i n a pasy, stan o w iące w łas
ność rodzin. Zazw yczaj n a k o ń cu tak ie g o p asa stoi s z o p a
n a p rzech o w an ie siana, aż do pory, k ie d y je będzie m ożna
z m niejszym tru d em zwdeść w d oliny, g d y śn ieg w y ró w n a
g ó rsk ie, k am ien iste drogi. H a le naw ozi się słabo i częściam i,
przenosząc, co p a rę dni, s t r ą g ę l ub k o s z a r . Jeżeli na h ali
p rz eb y w ają tak że k ro w y , to o b o rn ik w y rz u can y z szop, w k tó ry c h
k ro w y nocują, rozrzuca się w jesieni po hali. N a po lan ach po
zeb ran iu siana, k a ż d y w łaściciel p asąc k ro w y , zb iera osobno
o b o rn ik i n a w łasn ą rę k ę p o p ra w ia swój k aw ałek . G ó rale p rz y
w iązu ją n aw et do te g o n aw o żen ia p o lan w ielką w a g ę i jed y n ie
h a le m niej sta ra n n ie p o p ra w iają.
W reszcie n ależy się tak że w spom nieć o w iern y m to w a
rzy szu ju h asa t. j. o psie, k tó ry od swej ojczyzny otrzym ał
, nazw ę p i e s l i p t o w s k i . P sy te są zaw sze biało zab arw io n e,
w łos m ają d ługi, k ędzierzaw y, uszy średnio d łu g ie zw ieszające
się. W z ro s t jest ten sam co ow iec. D aw niej g d y czasy b y ły n ie
pew ne, a niedźw iedź, w ilk i n ajstraszniejszy n iep rz y jaciel ry ś
często zachodził w gości n a halę, p sy lip to w sk ie stacz ały z nim i
zacięte w alk i i d la te g o trzym ano ich po k ilk a w jed n y m szałasieD ziś trzy m a ją je raczej ty lk o dla zw yczaju i coraz rzadziej
m ożna się z ty m i p ięk n y m i zw ierzętam i sp o ty k a ć ; żyją o czy
w iście cały czas n a h ali ty lk o z i n t y c ą .
P o w ró t, r e d y k z hal w d z i e d z i n y o d b y w a się w d rugiej
p o ło w ie sierpnia,, zależy je d n a k zawsze od w cześniejszych, lub
pó źn iejszy ch zb ió rek ow sa, poniew aż b y d ło p asie się do późnej
jesien i na ściern isk ach. Jeżeli p o g o d a sprzy ja, w ted y nieliczne
sta d a ow iec idą jeszcze w g'óry w niższe h ale n a p arę ty g o d n i
n a j e s i e n i o w i s к o, aż je stam tąd w ypędzą jesienne k u r
ii i a w y i d u j a w i с e.
U stró j i o rg a n iz a c y a tego p asterstw a, ja k to sn ad n ie m ożna
zau w aży ć z te g o k ró tk ie g o opisu, sięg a d aw n y ch bardzo czasów
i dla b ad acza p rz ed staw ia zawsze i pod każdym w zględem dużo
—
48
—
p o w a b u i zajęcia. P rof. M alinow ski w swej ro z p raw ie »O nie
k tó ry c h w y razach lu d o w y ch polskich« (K rak ó w 1892. N akł. A kadU m iejętności) w y k azu je w p ły w k o lo n izacy i ru m u ń sk iej, k tó ra
m iała sięgać, aż n a M oraw ę. K to wie jed n ak , czy p o cz ątk u ty c h
w ielu w y ra zó w i zw yczajów nie n ale ż a ło b y szukać w bardziej
zam ierzchłej przeszłości — n a razie je d n a k tru d n o o tem ja k i
k o lw iek sąd w ydać.
Dziś g d y z p o stęp em k u ltu ry z n ik n ęły niep rzejrzan e b o ry ,
zm alały s ta d a ow iec, d ra p ie żn i ich n iep rz y jaciele zostali w y t ę
pieni, n a p ó ł dzicy juhasi, bacow ie i zbójnicy zam ienili się
w sp o k o jn y ch i db ały ch o d o b ro gości g o sp o d a rz y i p rz e w o d n i
kó w , dziś re sz tk a te g o p aste rsk ie g o życia, k tó re ty lk o siłą w a
ru n k ó w p rz y ro d y g ó rsk iej m usi się n ad a l u trzy m y w a ć, stanow i
n iejak o p a m ią tk ę i obraz d aw n y ch m inionych czasów , o k tó ry c h
g ó ra le w sw ej piosence z żalem w spom inają :
Zahucały góry, zasum iały lasy :,
»Kany sie podziały nase dawne easy«.
Dr. Zygmunt Jaworski.
Г
Ś w ia t
z m a rły c h .
Zwyczaje i zapatrywania ludu polskiego w Galicyi zachodniej.
P rze d zgonem .
C złow iek p rz y ch o d zą cy do k o g o w czasie obiadu, w ró ż y
so b ie d łu g ie życie.
G d y p ań stw o m łodzi idą do ślu b u i sp o tk ają się z o rsz ak iem
p o g rz eb o w y m alb o zastan ą w kościele k a ta fa lk , um rze w n e t
jed n o z nich.
Jeżeli się n a ołtarzu po stro n ie p a n a m łodego św iece ciem niej
św iecą, oznacza to, że będzie krócej żył, niż żona i na o dw rót.
K to z p a ń stw a m łodych zg u b i pierścionek, w n et umrze.
C złow iek m ający żyłę przez nos, nie będzie d łu g o żył —
ró w n ież »nie będzie się chow ać« dziecko, k tó re p rzy ch o d ząc n a
św iat, nie m a p aznogei, alb o g d y m a o b rączk ę n a głow ie.
—
49
—
G d y w y p a d n ie ko m u w czasie ob iad u w ilijnego ły żk a
z rę k i, to k to ś z to w a rz y stw a nie doczeka drugiej w ilii.
G d y k u ra pieje, pies w yje, g d y się kom u śni, że w p ad a
w dół szczególnie w a p ie n n y , lub w idzi b iałą gęś, m a to oznaczać,
że w dom u n a stą p i w n e t w y p a d e k śm ierci.
G d y ro ln ik o w i ziem ia b ard zo dobrze obrodzi, g d y w ogóle
n iezw y k le do b rze m u się pow odzi, w y c ią g a z te g o w ńiosek, że
B ó g d arzy go tą pom yślnością d lateg o , bo to będzie o statn i ro k
je g o g o sp o d ark i.
D om , k tó ry m a śm ierć naw iedzić, opuszczają ptaki.
Jed n e m u ch ło p u przep o w ied ziały w oły, że g o za ty d zień
w yw iozą n a cm entarz. B y d ło bow iem m ów i w nocy z dnia 24.
na 25 g ru d n ia.
Z anim śm ierć naw iedzi czyj dom, zapow iada sw oje przyjście
ró żn y m i znakam i. I ta k : G d y o b y w a te l w W a d o w icac h K u z ia
m iał um rzeć, chodziło coś po tro tu a rz e koło o k n a o 12. godzinie
w no cy — ch o ry K u zia nie doczekał ran a.
B ezp rzy czy n o w e trzeszczenie szkła pod n o g am i zapow iada
tak że śm ierć. K o b ie ta G ó rsk a zbierając się do kościoła, uczyła,
że jej szkło trzeszczy p o d n o g am i, pom im o, że g o tam nie b y ło .
N a stę p n eg o dnia p rz y szła w iadom ość, że ch rzestnik te g o pań stw a,
u k tó re g o służyła, um arł. T ym sposobem d aw ał znać o swojej
śm ierci.
Ś m ierć chodzi za k ażd y m człow iekiem , ale pokazuje się
ty lk o odw ażnym , a b y człow iek b o jaźliw y nie p rz eląk ł się i nie
um arł. P rzy ch o d zi o n a kom inem , lu b d ziu rk ą od klucza. Ś m ierć
czyli »kością« (p o w iat w ielicki) ukazuje się zw y k le jak o w y so k a
sm u k ła k o b ieta, o w in ięta w p rześcieradło z k o są w rę k u . M ałym
dzieciom , leżącym na łożu śm iertelnem , po k azu je się najczęściej
w p o staci k o ta.
T om asz G ó rsk i szedł od sw ojego ojca do A d am sk ieg o
i sp o tk a ł się koło g o d zin y 12. w nocy z k o b ie tą w y so k ą b iałą
i p o ch w alił P a n a B o g a, ale ona nic m u nie odpow iedziała.
W te d y G ó rsk i sp o jrzał jej ciekaw ie w oczy, a ona dopiero z a
p y ta ła »Coś ta k i c ie k a w y ? — M ezes człow iecze!« P rze lę k n io n y
począł u ciek ać i p rz y b y w szy do dom u, z a trzasn ą ł drzw i czemprędzej za so b ą i p o ło ży ł się n a ty c h m ia st spać, nie m ów iąc nic
nikom u. D o p iero n a d ru g i dzień opow iedział sw ojej kobiecie
o tem zdarzeniu.
P ew n em u chłopu b y ła śm ierć w kum y, n astęp n ie d ała m u
ró żn e zioła, zapom ocą k tó ry c h m ógł leczyć chorych, ale ty lk o
У
—
50
—
w ty m w y p a d k u , jeżeli ją zobaczy sto jącą w n o g a c h p rz y łóżku
c h o reg o . (D la te g o chłopa bow iem m iała ona b y ć zaw sze w i
dzialną.) G d y b y ato li za b rał się do leczenia w w y p a d k u , jeże lib y
się zjaw iła w gło w ach , ściąg n ie n a siebie u tra tę tej m ocy. P e w ie n
p a n w e dw orze chorow ał, a g d y g o n ik t nie m ógł uleczyć, za
w ezw ano te g o chłopa. T en, g d y przyszedł, zobaczył śm ierć s to
jącą w no g ach , w ięc za b rał się do leczenia i rzeczyw iście p rz y
p o m o cy ziół i odp o w ied n ich m odlitw u leczy ł pana. A le raz za
szedł ten chłop do ubogiej k o b ie ty , leżącej n a łożu śm iertelnem
i zd jęty litością n ad płaczącem i dziećm i, zaczął ją leczyć, m im o,
że śm ierć zo b aczy ł w gło w ach . W z ią ł się ato li n a wybieg" i a b y
m ieć śm ierć w n o g ach , k az ał odw rócić łóżko. S z tu k a je d n a k się
nie u d ała, g d y ż śm ierć się ro z g n ie w ała i odjęła m u d a r leczenia
in n y ch .
Ś m ierć p o sy ła p o słańców . R a z u p ew n eg o szedł chłop przez
las i słyszał, że coś o k ro p n ie piszczy. G d y się d o k o ła o g ląd n ął,
zo b aczy ł dużą k o ść za k o rk o w an ą . G d y p o d n ió sł ją i w y ją ł k o re k ,
w y sk o cz y ła z kości śm ierć, ujęła g o za szyję i poczęła g w a łto w
nie ściskać. C hłop ted y k rz y c z y : »P ani śm ierć zlituj się, nie d uś!
P rzecież ja m am słab ą żonę, m asę dzieci — cóż z niem i będzie,
g d y zo stan ą sierotam i?« N a to p a n i śm ierć m u od p o w iad a, że
o na go ta k z w dzięczności ściska i p rz y rz e k a mu, że jeszcze
d łu g o b ędzie żył, a g d y będzie m iał um rzeć, to m u poszle p o
słańców . C hłop żyje, żyje długo, aż doczek ał się, że m u w łosy
p o siw iały, zęb y w y p a d ły , stra c ił słuch, w zro k o słab ł i n o g i za
częły m u o dm aw iać posłuszeństw a. A ż n araz zjaw ia się p an i
śm ierć i zab iera go. C hłop te d y znów k rz y c z y : » P an i! czego
m nie b ierzesz? W sz a k p rz y rze k ła ś mi p o słać w p rzó d p o sła ń c ó w !
G dzież oni są?« N a to śm ierć m u o d p o w ia d a : »Czyż m ało jeszcze
m iałeś p o słań có w ? Czyż to, że ci w ło sy p o siw iały , zęb y w y
p a d ły , żeś o g łuchł, u tra c ił w zrok i siły w n o g a c h nie b y li p o s
ła ń c y ? J u ż tera z nic ci nie pom oże, — pójdź ze m ną. I z a b rała
g o i znikli oboje.
U m iera jący , zw łaszcza b o g a tsi, zapisują p ew n ą część g o
tó w k i n a m sze, w y m ag a ją , a b y g ró b b y ł w m iejscu do. słońca
w y staw io n em , suchem , d y sp o n u ją sobie, a b y im m u zy k a g ra ła na
p o g rz eb ie (mieszczanie), żeby ksiądz p rzem aw iał n ad g ro b em .
G rozi, że się »da w e znaki«, g d y b y nie uczyniono zadość jeg o
woli. P ijak , ła jd a k otrzym uje m iejsce n a g ró b p o d m urem ,.
ja k o p o g a rd liw e •— je st m u też zw ykle o b o jętn ą rzeczą, g d z ie
b ędzie p o ch o w an y . P ew ien g o sp o d arz um ierając, n a k a z a ł k re w n y m ,
—
51
—
a b y po je g o śm ierci sp raw ili ucztę dla dziadów . G d y je d n a k nie
uczy n io n o tem u zadość, nieboszczyk dop o m in ał się, strasząc do
m ow ników . S ły szan o m ianow icie w nocy stęk an ie i jęk i pod
łóżkiem , n a k tó rem ów g o sp o d arz u m arł Z abito w ięc w iep rzk a
i w y p ra w io n o u b o g im bal, d arząc ich p rz y te m pieniądzm i. To
p o sk u tk o w ało , bo jęk i u stały , a n aw et u m arły obeśnił się jednem u
z członków ro d zin y i dziękow ał za ucztę. (Zwyczaj w y p ra w ia n ia
uczty' p o śm iertn ej dla ubogich b y ł pow szechny w pow iecie
brzeskim . U czta ta trw a ła ca ły dzień, przyczem św iad k o w ie śp ie
w ali pieśni żało b n e pod przew odnictw em n ajsły n n iejszeg o o k o
liczn eg o dziada, jak im byd sw ojego czasu nieboszczyk Suchorab sk i, T e ra z p oszedł już ten zwryczaj w zapom nienie.)
P ew ien gosp o d arz, um ierając chciał, a b y żona dała po jeg o
śm ierci n a mszę, ale o n a te g o nie uczyniła pom im o przyrzeczenia.
G d y m iesiąc od śm ierci u p ły n ą ł, zaczęło strasz y ć w ieczoram i,
ale ty lk o w ted y , g d y się lam p a nie św ieciła. K o b ie ta dała n a
k ilk a m szy św., ale- to nie ustaw ało. U d a ła się w ięc do księdza
o ra d ę i pom oc. K siąd z u d ał się tam ze żan d arm am i, bo sądził,
że to m oże k to ś ta k ie g o figla sobie u rz ąd za ; w szędzie przeszu
kan o , p rzedsięw zięto w szelkie śro d k i bezpieczeństw a i siedziano
p rz y św ietle do pó źn a w nocy. S koro ty lk o zgaszono lam pę,
zaczęło coś zaraz rzu cać ziem niakam i, tłu c się ceb rzy k am i i tem
p o d o b n e a w a n tu ry w y p ra w iać. Zaśwfiecono lam p ę i opatrzono
w szędzie, czy czego nie m a, ale nic nie by ło , iy lk o zauw ażono,
że księdza zg in ął k rz y ż y k ze stołu. N aten czas zaczął ksiądz p ro
sić d u ch a o k rz y ż y k m ó w iąc: »Jó zefk u oddajże mi krzyżyk.«
W te j chw ili k rz y ży k p rzeleciał n ad głow am i obecnych i u p a d ł
n a stół. K siąd z ciąg n ą ł d alej: - »Józefku przecież ja ciebie d y s
pon o w ałem na śm ierć, rozgrzeszyłem cię i sądzę, że nie jesteś
w p iekle.« N a to o d p u k ał duch, że nie. N a p y ta n ie : »W czyścu»?
o d p u k a ł: ta k . C zegóż w ięc chcesz — m szy ? Znów o d p u k a ł duch
tak . »Ileż chcesz Jó ze fk u , a b y m szy odpraw iono« ? W te d y duch
zaczął p u k a ć i n a p u k a ł 10. G d y o d p raw io n o ш m szy, p rzestało
strasz y ć
U m ierający w idzi w szy stk ie g rz ech y przed sobą. J a k dobrze
służy ł P a n u B o g u , to w idzi anioła. N iek ied y op o w iad a o ta c z a
jący m go, że raz po raz się drzw i o tw ierają i że w chodzi nimi
lu b w ychodzi śm ierć — k tó rą zazw yczaj p o k a z u je — czasem widzi
d y ab ła. G d y ch o ry k o n a, zb ierają się koło n ieg o krew ni, dają
g ro m n icę -do rę k i, a b y go p ro w ad ziła do nieba i służyła m u
ja k o b ro ń od czarta, odm aw iają L itan ię do P a n a Jez u sa kona-*
—
52
—
ją c e g o , lub do M atki B oskiej i m o d litw y »siedm zam ków «. G d y
k o n a ją c y nie m oże skonać, k ła d ą g o n a rów nej słom ie, d lateg o ,
bo ta je s t w o ln a od w ęzłów , k tó re są sym bolem zw iązan ia
d u szy z ciałem i u tru d n ia ją rozłączenie się, alb o w k ła d a ją mu
n a szyję różaniec, szkaplerze, n ie k ie d y u b iera ją go w su k n ię
ślu b n ą, w k ła d a ją m u ślu b n y p ie rśc io n e k n a palec, w reszcie
d zw onią w dzw onek k o n ając y ch . J e s t pożądane, ab y , g d y c h o ry
k o n a i k o n w u lsy e rw ą jeg o szczękam i, nad staw io n o m u m iędzy
zęb y k o stk ę k re d y . G d y zęb y m u się zetną zostaje w u stach
u cięty k a w a łe k k re d y . P o sk o n an iu w yjm uje się te n k aw ałek
z u st i k to się nim o k ry d u je d o k o ła, m oże w szędzie pójść a nie
b ędzie w idzianym .
P rz y p ew n y m um ierający m zeb ran i b y li k re w n i i sąsiedzi
i śp iew ali pieśni żałobne. P rze w o d n ik tej cerem onii, nie z a m k
n ąw sz y książki, poszedł do d ru g ie g o pokoju, p o k rz ep ić się k ie
liszkiem w ódki. N a g le zam knęło coś k siążk ę z ta k im hukiem ,
że w całem dom ostw ie m ożna g o b y ło usłyszeć. W te d y p rz e
w o d n ik w ró cił do u m arłe g o , d o k o ń czy ł m o d litw y i śp iew y , zam k
n ą ł k siążk ę i po szed ł n a noc do w łasn eg o dom u.
Z araz po sk o n an iu p o d w iązu ją um arłem u bro d ę, a b y u sta
nie zo stały o tw arte , z a m y k a ją m u p o w iek i, k ła d ą c w ty m celu
n a oczy jak iś p ien iąd z n. p. daw niejsze cz te ry c e n ty , czego ato li
nie śm ie ro b ić ojciec lub m atka. N a ty c h m ia st po sk o n an iu nie
w puszcza się n ik o g o do u m arłeg o , po n iew aż te n się w stydzi,
g d y ż n ie je st od p o w ied n io u b ra n y .
K o b ie tę u b iera ją w b ia ły fa rtu c h i k a fta n ik cz a rn y lub
g ra n a to w y — dziecko u b ie ra ją biało zdobiąc tru m n ę k w iatam i
i o brazkam i, k tó re sk ła d a ją do tru m n y . W czasie u b ie ra n ia ro z
m aw iają z u m arłym , w ołając go po im ieniu, a b y się łatw iej d a ł
u b rać. G rzebień, k tó ry m czesano um arłego, w y rzucają, bo g d y b y
się k to p o tem nim czesał, to b y m u w łosy w y p a d ły . W tru m n ie,
sp oczyw ającej n a desce, u k ła d a ją u m arłeg o ta k , a b y n o g am i b y ł
zw ró co n y do drzw i. N a noc i w te d y g d y ciało m ają już w y p ro
w adzać n a cm entarz, za m y k a ją trum nę, przyczem p rzestrze g ają,
a b y te g o nie czynił ojciec, lub m a tk a
D la s ta re g o m ężczyzny
m a b y ć tru m n a p o m alo w an a n a czarno. N iek tó rzy życzą sobie
m ieć ja k n ajzw yklejszą tru m n ę, k tó rą n iek ied y , sam i sobie ro b ią
w późnej starości (jak n. p. mój ojciec). D la k a w a le ra lub p a n n y
m alu ją tru m n ę n a biało, d la k o b ie ty starszej na orzechow o.
—
53
—
P ogrzeb.
G d y już ciało u m arłeg o m ają w ynosić n a cm entarz, zw y k ł
przem aw iać ty tu łe m p o że g n an ia najznaczniejszy g o sp o d arz tej
g m in y — k ro p ią ciało św ięconą w odą, p rz ew ra cają sto ły , stołki,
w y p ę d zają b y d ło , a b y i ono w zięło udział w p o żegnaniu, u d e rz a ją
tru m n ą o p ró g . N a w óz w ynoszą ciało najbliżsi krew n i. W czasie
p rz ep ro w a d zan ia zw łok do k o ścio ła p arafialn eg o śp iew ają n a j
częściej p ieśń : » S traszliw ego M ajestatu P anie« lu b L ita n ię do
W sz y stk ich Ś w iętych. Jeżeli ksiądz m a w yjść po ciało, to zw y k le
proszą, b y w y szed ł do m ostu najbliższego kościoła, g dzie też
zw y k li w yczekiw ać. G d y m ąż um rze, a p o została w d o w a nie
w ychodzi z
dom u zaraz za tru m n ą, utrzym ują, że pozostanie
dłu g o w d o w ą i n ao d w ró t. K ie d y tru m n ę spuszczą do g ro b u , w e
d łu g p rzep isu з ło k cie g łęb o k ieg o , sy p ie n ajp ierw ksiądz ziem ię
n a tru m n ę, a to w ty m celu, a b y dusza um arłeg o , k tó ra po są
dzie B ożym
p o w ró ciła do ciała i w niem aż do tej chw ili się
zn ajduje, o p u ściła je ; n a stęp n ie czynią to sam o w szyscy obecni
z w y ją tk ie m k re w n y ch , g d y ż ziem ia przez nich rzucona g n io tła b y
b ard zo u m arłe g o . K re w n i ro b ią sobie n a świeżej m ogile znak,
b y nie zapom nieć, g dzie ich u m a rły spoczyw a. W ty m celu w b i
ja ją p a ty k , zasad zają drzewrko, albo — co najczęściej b y w a —
staw iają k rz y ż y k z d rzew a brzozow ego nie o b ra n eg o z k o ry .
W dzień śm ierci lu b w dzień p o g rzeb u , w rocznicę śm ierci,
w dzień u ro d zin lub w dzień Z aduszny zw y k li k re w n i d aw ać na
m szę św. za u m arłeg o . Często ta k ż e zw y k li d aw ać po p a rę ce n
tó w n a w y p o m in k i w czasie S ta c y i (drogi krzyżow ej) w m iejscach
o d p u sto w y ch (np. w O dporyszow ie koło Żabna),
W dzień Z aduszny p rzy ch o d zą do k o ścio ła na ochłodę
w szy stk ie dusze. W o k o licy K a lw a ry i Z ebrzydow skiej opow ia
d ają ludzie, że p ew n a k o b ie ta chcąc się o tem p rz e k o n a ć ,’ pozo
s ta ła n a noc w k o ściele i schow ała się p o d ław ki. O koło p ó łn o cy
zo b aczy ła ca ły zastęp dusz w chodzących do kościoła i z p rz e
strac h em u słyszała, ja k sobie m ó w iły : »Czuć w ty m kościele
duszę żyw ą«. P o czę ły jej w ięc szukać, a znalazłszy, ro z ta rg a ły
za k arę, że o k az y w ała p o w ą tp iew an ie w tej kw esty i.
P ew ien p ija k szedł z karczm y w zaduszną noc i p rzy szed łszy
p o d kościół, p o ło ży ł się spać. P rzebudziw szy się, w szedł do k o
ścioła i zobaczył, że jak iś ksiądz od p raw ia m szę św. G d y się m u
bliżej p rz y p a trz y ł, zdziw ił się bardzo, bo poznał w nim księdza,
k tó ry u m arł p rzed dziesięciu la ty . N a stę p n ie p o zn ał w tłum ie
б
—
54
—
e b e c n y c h w k o ściele sw o jeg o k m o tra, k tó ry tak że u m arł p rzed
k ilk u laty . G d y rzu cił się do ucieczki, zau w aży ł poruszenie p o m ię
d zy o b ecn ym i i usłyszał rz e g o ta n ie kości. G d y w y b ie g ł z ko ścio ła,
p rz y p o m n ia ł sobie, że to dzień zaduszny i dom yślił się, że w k o
ściele b y ły zeb ran e dusze um arłych.
S am o bójców ch o w ają p rz y m urze, w ro g a c h cm entarza,
ścieżkach, w o g ó le w m iejscach n iep o św ięcan y ch . T a k sam o m a
się rzecz z dziećm i niechrzczonem i. P o n ie w aż g ra b a rz chodzi po
w szy stk ich g ro b a ch , w ięc w in ien m ieć g ró b w p ro g u cm entarza,
b y w szy scy ludzie po g ro b ie je g o chodzili.
O duszy zm arłego.
P e w n a p a n n a śn iła się po śm ierci sw ojej znajom ej, dając jej
po lecen ie, a b y oznajm iła jej cioci, że jeszcze za życia w łożyła
b y ła do alb u m u 5 z ł , żeby zatem w y jęła je ciocia i ro z d a ła m ię
d zy u b o g ich . R zeczy w iście znaleziono 5 zł. w alb u m ie i uczyniono
zadość żąd an iu nieboszczki.
P e w n a m a tk a w y c h o w y w a ła b ard zo n ied b ałe sw oją córkę.
P o jak im ś czasie u m a rła ow a m atk a, a c ó rk a w stą p iła do k lasz
to ru i m o d liła się u staw iczn ie za m atkę. R a z p rzy szła do niej
w n o cy m a tk a i oznajm iła jej, że B ó g sk u tk iem jej m o d litw u li
to w ał się nad nią, nie sk azał jej n a m ęki czyścow e, ale n a k a z a ł
jej, b y o d b y ła p o k u tę n a ziem i, p o słu g u jąc córce i ty m sposobem
uczy n iła zadość za n ie d b an y m za życia obow iązkom w zględem córki,
O d te g o czasu p o zo staw ała p rz y córce, w y k o n y w u ją c w szelkie
p o słu g i. P o dw óch latac h p o d zięk o w ała córce n a k lęcz k ach za
jej m o d litw ę i ośw iadczyła, że się jej p o k u ta już skończyła.
P e w ie n ch ło p b y ł b ard zo ch o ry i ¿ażąduł k siędza. K siąd z
p rzy jech ał, ale chłop b y ł w te d y w silnej g o rączce i nie m ó g ł się
spo w iad ać. K siąd z te d y pow ied ział mu, że g d y mu się p o lep szy ,
to żeb y do nieg o przyszedł. W te n sam dzień je d n a k dan o znać
księdzu, że ten chłop um arł. W iec zo re m dnia, w k tó ry m o d b y ł
się p o g rz eb , siedział ksiądz w dom u i czy tał g azetę. N a g le zjaw ia
się ten chłop. K siąd z zm ieszał się bardzo, bo w iedział, że te g o
sam eg o dnia p o ch o w ał teg o chłopa. Z a p y ta ł się g o więc, czego
chce. C hłop odpow iedział, że przecie m u k siąd z k az ał przyjść,
w ięc przy chodzi. N a to k siąd z m u odpow iedział, że g o już s p o
w iad ać nie może, bo s ta ł już przed sądem B o g a. D u ch te d y w y
szedł z w ielkim ło sk o tem i znikł.
P e w ie n p a n nie w ierzył, że dusze zm arły ch p o k az u ją się.
B y ł jed n ak ten pan bardzo dobry i m iłosierny, daw ał chętnie
—
55
-
jałm u żn y i gdzie m ó g ł spieszył b ied n y m z pom ocą P e w n e g o ra z u
u m arła żona je g o zarządcy. W k ilk a dni po śm ierci zobaczył ją
ów p an sto jącą p rz y g um nie i sp o g lą d a ją c ą ku niem u m iłosiernym
w zrokiem . P a n się jej p rz y p a trz y ł, ale przeszedł. G d y się po
chw ili obejrzał, nie zo baczył nic w tem m iejscu. P o szed ł zaraz
do zarządcy, o p o w iedział m u o tem i z a p y ta ł go, czy u czy n ił
zadość w y m ag a n io m pog rzeb o w y m , a przedew szystkiem , czy d a ł
n a m szę za- dusze zm arłej. R z ą d c a odpow iedział, że nie. W te d y
p an d ał m u p ien ięd zy, za k tó re o d p raw io n o p ew n ą ilość m szy.
P o k ilk u dniach zobaczył p a n znów tę żonę, ale ty m razem n a d
zw yczaj w esołą. G d y się k u niej p rz y b liży ł, u p a d ła m u n a znak
p o d zięk o w an ia do n ó g i nic nie pow iedziaw szy znikła.
B y ła p a ra k o ch a ją cy ch się bardzo. P e w n e g o w ieczora po
miłej rozm ow ie po szedł m łodzieniec do dom u, ale n a drodze n a
p a d ł go zbój i zastrzelił. W tej chw ili sta n ą ł przed sądem B o g a '
i zo stał sk azan y n a p o tęp ien ie. B y zaś je g o narzeczona, k tó ra
do te g o czasu w io d ła życie nie odznaczające się m oralnością,
p o p ra w iła się i u n ik n ę ła p o d o b n eg o losu, p o słał go P a n B ó g
po śm ierci do niej. P rz y b y w sz y do p o k o ju narzeczonej, rzucił jej
p ierścio n ek i odszedł, zostaw iając w y p a lo n e śla d y stó p . P rzeraziło
to ta k ow ą p an n ę, że zem dlała ze stra c h u i do p iero służoa p rz y
p ro w ad ziła ją do p rzy tom ności. O d tej chw ili p o p ra w iła życie
i w stąp iła do k laszto ru .
D aw n y m i czasy, k ie d y od nas w y sy łan o w w ielkiej ilości
pszenicę do G d ań sk a, zd arzy ł się flisakom n a stę p u ją c y w y p a d e k .
O to z b y t silna b u rza zm usiła ich do szu k an ia sch ro n ien ia w n a d
brzeżnej chacie. W szed łszy do dom u, zobaczyli w tru m n ie leżącego
um arłeg o człow ieka, k tó re g o w id o k w cale ich je d n a k nie przeraził.
N ajspokojniej p rz y k ry li g o w iekiem , za p alili fajki i siedzieli
późno w noc, w y czek u jąc u sp o k o jen ia się żyw iołów . O koło p ó ł
n o cy strzelił n ajp ierw sęk w trum nie, a n astę p n ie w stał u m arły
i ro zp o czął b itk ę z flisakam i. Ju ż flisacy b y li blizcy p rz e g ra n e j,
pom im o, że ich k ilk u b y ło n a jed n eg o , g d y jed en sp ra w n iejszy
w ta k ic h zap asach » odw yrtnął« się n a m iejscu, chw ycił za »ksztoń«
(krtań, p o d szyją) nieboszczyka, a inni zaczęli go bić lag am i po
rę k a c h i plecach. W te d y u m a rły u p a d ł n a ziem ię, g d y ż już m i
n ęła jego g o d zin a i w a lk a się zakończyła. N a to m iast w eszła do
izby k o b ieta, k tó ra to w szystko w idziała oknem i k rz y k n ą w sz y :
»o zd rajcy ! toście się przyszli n ad um arłym znęcać?« zam knęła
drzw i i p o b ie g ła do w ó jta szukać n a nich spraw iedliw ości. Za«
j
—
56
—
g ro ż en i n iebezpieczeństw em flisacy, w y w a lili p o w ałę, n astęp n ie
w y d a rli strzech ę i uciekli.
P e w n a k o b ie ta u m ierając zo staw iła k ilk o ro m ało letn ich dzieci.
N ie za p o m n ia ła je d n a k o nich i p o za gro b em , lecz zjaw ia ła się
w dom u codziennie, m y ła je i czesała. N ajm łodsze —- n iem o w lę —
k a rm iła n a w e t w łasn ą p iersią. S k u te k a to li b y ł tak i, że dziecku
w y ro sła b ard zo w ie lk a g ło w a i czuć je b y ło ziem ią.
A b y się p o zb y ć d u ch a w ra cają ceg o do dom u, m odlą się,
d ają n a msze, k ro p ią w o d ą trzech k ró lo w ą i k re d u ją k re d ą św ięconą
ró w nież w u ro czy sto ść T rzech K ró li. Z w y k le p o tem d u ch p rz e s ta je
się u k azy w ać. G d y b y to je d n a k nie w y starczało , p o w ta rz a się to do
trzecieg o razu, a w te d y zaw sze u stan ie. Z w y k le s p o ty k a się
d u ch a w nocy, a n ie k ie d y i w dzień szczególnie w p o łudnie.
P o ja w ia on się w p o lu , w ogrodzie, w dom u, sta n ie czasem w e
d rzw iach i n a g le zniknie i t . p. . Z darzało się, że człow iek, co
n aru szy ł m iedzę, o d o ra ł sąsiad o w i p o la, siedział po śm ierci p rz y
m ied zy i p iln o w a ł te g o , rzu cając n a p rzech o d n ió w k am ien iam i
lu b b łotem . Często ta k ż e siedzi duch p o d m ostem i stra sz y prze^
cho d zący ch lu b przejeżdżających.
L u d w ierzy rzeczyw iście w p o jaw ian ie się duchów i n a tem
p o lu zd rad za n iep o śled n ią im ag in acy ę . K ie d y b r a t m ój, b ę d ą c
jeszcze k le ry k ie m b a w ił u rodziców w czasie w a k a c y i, odw iedził
g o k o le g a , obecnie p. D r. K . W p ię k n ą noc księżycow ą w yszli
n a p o b lizk ą g ó rę piaszczy stą, sk ą p o p o ro śn ię tą drzew am i i za b a
w iali się skacząc je d e n przez d ru g ie g o . W ła śn ie w te d y p rz e c h o
dził go ściń cem koło tej g ó ry szew c Ja b ło ń sk i. P o k ilk u dn iach
g ło śn o b y ło w o kolicy, że szew c Ja b ło ń s k i w ra c a ją c y z D ą b ro w y
w idział, ja k w n o c y w y p ra w ia ły d w a d y a b ły o rg ie n a gó rze
Z ającow ej (tak się n az y w a od sw o jeg o w łaściciela).
W w ielickim pow iecie u trzy m u ją ludzie, że dzieci niechrzczone u k az u ją się ja k o św ia te łk a ; w d ąb ro w sk im zaś, że są
to m ierniki, a raczej m iernicy, k tó rz y za życia źle p o la p o
m ierzy li i po śm ierci b łą k a ją się w m iejscach d o k o n an e g o f a ł
szerstw a.
Teofil Mleczko.
l e c z n i c t w o lu d o w e .
Urok
1) Na ból głowy z uroku, wrzució do szklauki wody 9 węgli,
kawałeczek chleba i szczyptę soli i wszystko razem wylać przez
głowę w ty ł po za siebie (por. W isła. T. IX. str. 15. d.)
Krotoszyn, powiat lwowski.
2) Aby urok odczynić, wrzucić do szklanki zimnej wody 9>
rozżarzonych węgli, 9 kawałeczków chleba i trzy kaw ałki soli)
tem obmyć policzki, czoło, „pulsy“ na rękach i piersi, resztę wylać
po za siebie lub na dach.
Radomyśl, powiat Tarnobrzeg.
9) Aby się przekonać, czy niemowlę „uroki m a“, wrzuca się
do szklanki wody 9 kawałeczków węgla, jeśli na dnie zostaną, to
nie ma uroku, jak w ypłyną na wierzch, to wszystko razem trzeba
wylać w głuchy kąt (jestto takie miejsce w chacie, po którem nikt
nie chodzi.)
Krotoszyn.
Febra
4) Na „frybre“ wykopać krzaczek babki (Plantago) o 64 ko
rzonkach, korzenie ususzyć, „fest“ ugotować, aby para nie szła (pod
pokrywą) i pić gorzkie.
Tamże.
5) Na febrę jest 95 lekarstw.
B ól g ard ła
6)
Burak czerwony utrzeć na tarku, juszkę (sok otrzymany)
zegrzać i płukać gardło.
Tamże.
7) Na ból gardła trz y razy się skrzynią (podnosząc wieko
i spuszczając je na dół) nadmuchuje (usta)
Tamże.
M a rtw a k o ść
8)
Na m artw ą kość przykładać dziką kapustę
Tamże.
R eu m aty zm
9) Na łamanie w kościach uskrobać piorunowej strzałki
i pić z wódką, następnie obkurzyć się nią na krzyż, do trzech
razów ustanie.
.
Tamże
C zy rak v.
10) Na czyrak jedzie się na kociubie
razy się spluje a zaraz pomoże.
przez trzy progi i trzy
Tamże.
Z n ak i p ro ro cze
11) J a k miała być ostatnia „słabość“ (cholera), to się ukazała
na niebie przed wieczorem trum na i świece.
Tamże.
1 2 ) Na
„bilmo“(na oczach) u koni zasypywać skrobaną
strzałką piorunową.
—
58
—
G w iazdy
13) O gwiazdach spadających powiadają, źe to „wicher“ spada.
Burza
14) Podczas burzy zażegnają ją, żegnając z progu kociubą.
15) Czarownica czarownicy nie może szkodzić.
16) Jeżeli kko jedzie albo idzie wieczorem koło „głębokiego
jeziora“ pod Krotoszynem, to go „złe“ wokoło jeziora prowadzi, a po
tem wodzi po polu i tłucze go, jak ma przy sobie co poświęcouego
i wezwie Boga na pomoc, to to odżegna, a jak nie, to go zatłucze
na miejscu.
Grad
17) J a k grad zacznie padać, to trzeba ziarko gradu rozgryść na
cztery kaw ałki i rzucić na krzyż, jeden na chałupę, drugi na pole,
trzeci na podwórze, czwarty na zagumniak, a zaraz przestanie.
Krotoszyn.
Raz u jednego gospodarza było mleko zepsute, on sobie za
siadł w chliwku i czatował. Przyszedł pies, zaraz tego psa chwy
cił za szyję na sznurek i bił, z tego psa zrobił się kot, bił tego
kota, bo wiedział, że to „złe“ i z tego kota zrobiło się reszoto
zaczepione sznurkiem za dziurkę, znowu bił to reszoto i zrobiła się
baba złapana sznurkiem za gębę i zaczęła się prosić, że już więcej
nie pójdzie psuć mleka a ten ją puścił.
M. Ketlicz.
Bajki i opowiadania ludu krakowskiego.
Wędrówka po śmisrci.
Między wieśniakami ze wsi Grójca (powiat Biała) krąży takie
opowiadanie :
Ostatni z Chwalibogów, właścicieli Grójca, był panem bardzo
złym i za czasów pańszczyźnianych krzyw dził ludzi. Gdy um arł
przed paru laty, widywali go ludzie chodzącego po polach, po gro
blach i około dwora. Pewnego razu powracał ś. p. ksihdz Woźniak,
proboszcz miejscowy z Oświęcima późno w nocy ze swoim parobkiem.
Gdy przejeżdżali koło cmentarza, zobaczyli, źe ktoś wyszedł z furtk i
cmentarnej i obok koni ścieżką szedł równo z jadącymi. Bał się
parobek i ksiądz także. Wreszcie gdy przyjechali ku dworowi, osoba
idąca weszła w bramę i zniknęła w parku. W tedy zapytał ksiądz
parobka, czy poznał tego, co szedł. Parobek mówi, że to pan Chwalibóg. Ksiądz go też poznał, ale zakazał parobkowi mówić o tern
zdarzeniu. Parobek jednak w ygadał się.
Opowiedziała: Rozalia N itka.
-
59
—
Dyabeł i niedźwiedź.
O brał sobie dyabeł siedzibę we m łynie. Co noc o dwunaste]
przychodził do m łynnicy i robił ludziom psoty. W żaden sposób nie
mogli się go pozbyć. R az wieczorem przyszedł do m łyna cygan
z niedźwiedziem i prosił o nocleg. M łynarz pozwolił mu przenoco
wać się w m łynnicy razem z niedźwiedziem. G dy o dw unastej
w nocy, ja k zwykle, przyszedł dyabeł, zobaczył w kącie śpiącego
cygana i niedźwiedzia. Nie wiedząc, co to je st a chcąc znowu w y
rządzić psotę nową, skoczył na niedźwiedzia i począł go ta rg a ć za
ku d ły . Przebudził się niedźwiedź, a rozgniew any rzucił się na dyabła
i chw ycił go w swoje ła p y potężne. T ak okropnie pobił dyabła, że
ten zaledwie w y d a rł się mu i uciekł z m łyna. J a k iś czas nie po
k azy w ał się dyabeł w m łynnicy, ale żal m u jej było opuścić, a b ał
się strasznie niedźwiedzia. W reszcie postanow ił dowiedzieć się, co
się dzieje w m łynie, przyszedł i siadł sobie n a dachu, na kalenicy,
ale do m łynnicy nie zajrzał. G dy przechodził m łynarz z domu do
stajn i przez podwórze, za p y ta ł dyabeł :
— Miela, je s t tam kycia?
Co m iało znaczyć: „M łynarzu, je s t tam niedźw iedź?a M łynarz
m yślał, że się go dyabeł p y ta o kotkę, k tó ra okociła się w łaśnie,
więc rzek i :
— O, jest, jest kycia. T eraz się okociła i ma cztery młode
kocięta.
Sądząc, że p rzybyło niedźwiedzi w m łynie, zaw ołał dyabeł:
— K iedy ta k , to już więcej nie przyjdę.
I poszedł. Od tego czasu mieli ludzie spokój w młynie, bo
dyabeł nie pokazał się ju ż nigdy.
Ze Starego Sącza.
Jak można pozyskać mleczność krřwy.
J e s t zwyczaj w okolicy Zatora, że gospodynie jad ą w W ielki
piątek do,klasztoru do K ę t po święcone ziele i każda zanosi podarek
zakonnikom za to ziele. Bogatsze gospodynie dają cielęta, mniej
zamożne gęsi, k u ry itp.
Dwie kobiety km iotki z Piotrow ic pobiły się na weselu a po
tem zask arży ły do sądu. Gdy je przesłuchiw ano w sądzie w Zatorze,
opowiedziała jedna z nich R zepianka, że przy folw arku „Pod lip
k am i“ są dwa drzew a pozostałe z p ark u hrabiego Potockiego. Pod
tem i drzewam i je s t żabka, k tó ra ma głowę żaby a resztę ciała ma
podobną do ciała ludzkiego. G dy gospodynie powrócą z K ęt, każda
idzie pod te drzewa, ale jedna o drugiej nie może wiedzieć, i rzuca
. dziewięć razy po listk u święconego ziela. T a żabka nic nie je przez
rok cały, ty lk o w W ielki piątek święcone ziele. K tó ra z kobiet
przyszła pierw sza, to żabka zjadła jej listk i i tej kobiecie daw ały
krow y dużo m leka przez cały rok. R zepianka chodziła tam dawniej
z m atk ą swoją a żabka zjadała od nich listki. Przypadkow o podpa
trz y ły ją sąsiadki i dowiedziały się o sposobie pozyskania wielkiej
ilości mleka. B ajerk a uprzedziła R zepiankę w przeszłym roku, z czego
—
60
—
powstała nienawiść między obydwiema, a na weselu pokłóciły się
i pobiły.
Sąd w Zatorze poprosił prak ty k an ta gospodarczego, aby się
przekonał, czy tam jest żaba pod temi drzewami. Rzeczywiście zna
lazł tam pan Kozik ropuchę, którą zastrzelił, aby położyć tamę
gusłom. Kobiety uczuły stratę wielką, płakały za tą żabą, a Rzepianka nienawidzi pana Kozika chociaż jest jej bliskim krewnym.
Od tego czasu coraz rzadziej jeżdżą gospodynie do K ęt po ziele do
klasztoru,
Dlacsegs szewcy piją w niedziele i poniedziałki?.
Przypadkiem zabił szewc psa, a cech szewski, uznając, że tym
postępkiem został cały stan szewski pohańbiony, zabronił temu
szewcowi zajmować się więcej rzemiosłem. Skończył szewc buty
ostatnie, które miał jeszcze w robocie dla pana i strapiony poszedł
je odnieść. Zauważył pan zmartwienie szewca, a źe mu ciągle dobre
buty robił, więc go zapytał o przyczynę. Opowiedział szewc, co się
stało, że przypadkiem psa zabił, że za to wyrzucili go z cechu, a on
z żoną i pięciorgiem dzieci chyba z głodu zginie, skoro mu nie
wolno prowadzić dalej rzemiosła. Oburzył się pan tym nielitośoiwym
postępkiem szewców, którzy dla jednego psa skazali na głód całą
rodzinę, siedmioro ludzi. Zapłacił szewcowi za buty i kazał mu
przynieść zabitego psa i przyobiecał wyratować go z nieszczęścia.
Na niedzielę zaprosił pan wszystkich szewców do siebie na
ucztę. Dziwili się wszyscy łasce pańskiej ale przybyli. P rzyjął ich
pan uprzejmie, usadził za stołem i zachęcał, aby jedli i pili. N a
ostatnią potrawę dostali szewcy pieczeń z zabitego psa, którego pan
kazał kucharzowi dobrze przyrządzić. Gdy zjedli wszystko ze sma
kiem, po skończonej»uczcie odezwał się pan do szewców :
— Wyrzuciliście z cechu biednego szewca za to, że przypad
kiem psa zabił, nie mając litości nad nim, jego żoną i pięciorgiem
dzieci. Teraz zjedliście wszyscy pieczeń z tego psa. Któż gorszy,
czy ten, co psa zabił, czy ten, co go zjadł.
Co się działo z szewcami po tej wspaniałej uczcie, na której
sobie dobrze podjedli i podpili, nie trzeba gadać. Więc żeby przy
tłum ić w sobie ten niesmak i w stręt, gdy wybiegli z pałacu, pili
w mieście całą niedzielę i poniedziałek i tak piją do dzisiejszego
dnia, bo samo wspomnienie, że psa zjedli, napełnia ich obrzydzeniem.
Opowiadanie to, które słyszałem od kowala w Krakowie w g ru
dniu 1896. roku, przypomniało mi podobne zdarzenie opisane w dziele:
„Porządek sądów y spraw mieyskich praw a maydeburskiego w Ko
ronie Polskiej...“ i t. d. wydanie z roku 1760. w Przemyślu, a mia
nowicie w księdze tego praw a zatytułow anej : „ T y tu ły praw a m ay
deburskiego do porządku i do artykułów ...“ i t. d str. 185 wiersz
czternasty z góry i dalsze opiewa dosłownie jak następuje:
„Dobrze jeden Pan w Polszczę w Mieście swoim uczynił, gdy
się dowiedział, iż Szewcy nie dopuścili robić rzemiesła jednemu
Mistrzowi między sobą, iż psa kopytem zabił, w ten czas gdy mu
-
61
-
był kołacz z masłem uchwycił. K azał w Mieście zapośeić sieci ná
psy w święto, kiedy rzemieślnicy schadzki miewają. A gdy ich nie
mało nagnánych było: rozkazał wszystkim szewskiego cechu, po
cząwszy od starszych aż do młodszych, áby każdy po psie zabił ; co
wszyscy uczynić musieli. A iżby byli od przełożonych w mieście
nagany nie mieli, musiał y Burm istrz y Rayce po psie zabić, y sam
też Pan ná ostatek psa zabił, chcąc im to pokazać przykładem
swoim, áby to znali á dobrze się nauczyli, iż pies bestya nigdy
tego nie godzien, áby człowiek w takiej wzgardzie y odrzuceniu
dlá niego bydź miał. Także gdy wszyscy po psie zabili, uczynili
się wszyscy krom żadnych ^ ’’zywilejów iednako godnymi y poczciwemi, nie inaczej iakoby też sarny albo zające w sieci, będąc ná
naylepszym myśliwstwie pobili. Dopiero ná sobie poznali, iż nie
słusznie nád bratem swoim uczynili, gdy go dlá psa z rzemiosła
zrzucali, á prawie jakoby bezecnym czynili.“
D la wyjaśnienia dodać winienem, iż wydawca z roku 1760.
„Praw a magdeburskiego“ wspomina, źe między rzemieślnikami roz
powszechnił się zwyczaj uważać zabicie psa za takie bezeceństwo,
że sprawca owego nie godzien jest należeć do jednego cechu z po
rządnymi ludźmi. To też wykluczali takiego z cechu. Wydawca
z roku 1760. „Praw a magdeburskiego“ gorszy się tym zwyczajem
i wykazuje jego niedorzeczność i nieludzkość.
Seweryn Udziela.
K ilk a
w ie rz e ń
lu d o w y c h .
W roku 1887. podałem zbiorek zabobonów z Jaćmierza i Po
sady jaćmierskiej p. t. „Przyczynek do wierzeń ludowych“*). Dziś
podaję ich trochę, jako uzupełnienie tam tych.
1. Gdy w adwencie spadnie obfity śnieg i panują zadymki,
będzie dużo ziemniaków.
2. Gdy padający śnieg osiada na płotach i kołach, ma być
kapusta.
3. Gdy są na ścieżkach i gościńcach przylodki, mają być boby.
4. Ile dni wyjedzie gospodarz w pole przed Zwiastowaniem
N. M aryi Panny, tyle dni będzie siedział' w domu po Zwiastowaniu
(25. marca.)
5. P rzy sadzeniu ziemniaków przewracają się wzajemnie w tym
celu, aby ziemniaki były tak wielkie ja k przewrócony.
6 . P rzy sianiu lnu stawiają na zagonie grabie, aby wyrósł
ta k wysoki ja k grabie.
7. Gdy akacye silnie kw itną, będą grochy.
8 . Gdy pierwszy raz grzmi, należy się w ytalać po ziemi, aby
mieć silne plecy i nie być słabym do roboty.
*) Lud, tom III., zesz. 2. str. 142—146.
—
62
-
9. Również w czasie pierwszego grzmotu, należy bluczami
pociągnąć po zębach, aby nie bolały.
10. Gdy komu wypadnie co z ręki, mówią źe będzie umierał.
1 1 . Gdy dzwonią umarłemu, a dzwon silnie odda, ten odgłos
jest uważany za wróżbę, że wkrótce druga osoba umrze.
1 2 . Gdy łyżka zagłębieniem odwróci się komu do góry, będzie
się tej osobie chciało jeść.
13. Gdy kot wyjdzie na podwórze tam dłużej się zatrzyma,
będzie pogoda.
14. Kto bije jaskółcze gniazdo kijem, temn krowa będzie
krwią doić.
15. Do pasienia krów należy używać patyka z korą, aby były
tłuste. Gdyby kto. użył patyka bez kory, będzie miał chude krowy
16. K to ma łaskotki (jaskotki), niech „wrazi za pazuche“ zie
loną żabkę, to je straci.
17. W wilię Bożego Narodzenia, gdy wejdzie do domu pierw
sza kobieta, sprowadza nieszczęście.
L. MagierowsM-
B a d a n ia
n a d
a lk o h o liz m e m
w Galicyi zachodniej.
(Odczyt
wypowiedziany
na posiedzeniu Tow. Ludoznawczego we Lwowie
7. grudnia 1901. r.)
L a b o ra to ry jn e i k lin iczn e b a d a n ia ca łe g o za stę p u uczonych
tak ich ja k B u n g e, G aule, K ra e p e lin , S m ith, Б'огеї, M einert, L e g ra in
i w. in. stw ierdziły, że alk o h o l p o d k a ż d ą p o sta c ią je st o strą tru cizn ą,
zg u b n ie o d d ziały w u ją cą n a organizm , k tó ra niszczy je g o tk a n k i,
o słab ia fu n k cy e, otam ow ująco w p ły w a n a w ładze um ysłow e,
chw ilow o ty lk o p o b u d zając c e n try p sy ch o -m o to ry czn e. A lk o h o l,
z d a n ie m , ty ch b ad aczó w , .nie grzeje, nie d o d aje sił, nie p o dnosi
dzielności o rganizm u, a p rz y jm o w a n y stale, w n iew ielk ich n aw et
dozach, w p ły w a n a o słab ien ie sp raw n o ści fizycznej i en e rg ii
um ysłow ej, sp ro w a d za u sp o so b ien ie do w ielu ch o ró b i zm niejsza
siłę do p racy . N a u k a dzisiejsza rad zi przenieść alk o h o l do a p te k ,
ja k o śro d e k leczniczy, usu n ąć g o zaś z liczby przedm iotów c o
dziennej, a n a w e t św iątecznej k onsum cyi,
M o żn ab y nie iść ta k d alek o i pogodzić się z ujem nem d zia
łan iem alk o h olu, k tó re p rz y rz ąd k iem i u m iark o w a n em u ży w an iu
nie w y stęp u je w y raźn ie, sk o ro nie p ro te stu je m y przeciw zatru-
w a n iu o rg an izm u za p ośrednictw em ta k ic h śro d k ó w p o b u d za ją cy ch
ja k ty to ń , k o fein a, te in a , sól, p iep rz, g d y b y działanie je g o p rz y
nosiło bodaj ch w ilo w ą k o rz y ść organizm ow i. J e s t ona przecież
ty lk o p o zo rn ą, a w y stęp u je dzięki w łaściw ości sp ro w a d zan ia subje k ty w n ie p rz y je m n y ch stanów , przez o słabienie k o n tro li n ad
m yślam i i czynam i, co dodaje t. zw. fa n ta zy i, ożyw ia rozm ow ę,
sp o w o d o w u je w y le w y szczerości i uczucia, p łask ie d ow cipy,
a k ieliszek czyni n iezb ęd n ą osią w szelkiej to w arzy sk o ści. G ra n ica
m iędzy m iernem użyciem a nadużyciem , d la k aż d eg o o rganizm u
ró żn a, czyni alk o h o l najniebezpieczniejszą p o kusą, co w spólnie
z p rzek o n an iem , że alk o h o l nie je st w żadnym k ie ru n k u uży tecz
nym , ja k o p o k a rm czy też używ ka, zw racać nam k aże u w a g ę
n a rozp o w szech n ienie alkoholizm u n ie ty lk o w jeg o ostrej form ie
p ijań stw a, a le w o g ó le ja k o n a rodzaj konsum cyi, przy n o szący
szkodę org an izm o w i je d n o stk i i po m y śln o ści społecznej. A lk o h o l
ja k o śro d e k co d z ien n eg o spożycia, p rz y ję ty pow szechnie i niezw raca jący n a siebie uw ag i, n iesp o strzeżen ie obniża poziom zd ro
w otności i u m y sło w eg o życia n aro d u , całym k laso m społecznym
o d b iera trzeźw ość w ocenie ich po ło żen ia i zad aw a ln iać się każe
chw ilow em oszołom ieniem , tam gdzie w y stą p ić p o w in n a w y trw a ła
i p la n o w a dążność do je g o zm iany i p o p ra w y .
P ija ń stw o m oże w y stęp o w a ć w y jątkow o, alkoholizm stan o w i
zjaw isko m asow e, zw iązane z cały m splotem w a ru n k ó w sp o łeczn o ekonom icznych, n a tle k tó ry c h b a d a n y b y ć m usi, ta k sam o ja k
fizyologia i m e d y cy n a szukają w nim p rz y c z y n y w ielu zjaw isk
ch o ro b o w y ch , a p sy ch o p a to lo g ia i k ry m in a lis ty k a znajdują w a l
k o h o lu bodziec do czynów an o rm a ln y ch lu b w y stęp n y c h . T y lk o
ta k ie ró żn o stro n n e i zbiorow e b a d a n ie po staw ić pozw oli całkow itą
d y a g n o z ę ch o ro b y społecznej, zw anej a l k o h o l i z m e m .
Z estaw iając zjaw isko alkoholizm u z w a ru n k am i 'społecznog o sp o d arcze g o życia, nie m am by n ajm n iej p rz ek o n an ia, a b y p i
jań stw o , czy w og-óle k o n su m cy a alk o h o lu w yłącznie b y ła przez
n ie sp o w o d o w an ą. A lkoholizm stan o w i n iew ą tp liw ie zjaw isko sa
m odzielne, ale zw iązanym je st z życiem go sp o d arczem dzisiej
szego społeczeń stw a, a m ianow icie :
i.
Z naczna część p rzed sięb io rstw przem y sło w y ch (gorzelnie,
b ro w a ry , tło czn ie w ina) i h a n d lo w y c h (g o sp o d y , szynki, h an d le
w in i n ap o jó w sp iry tu so w y ch ), cały p rzem ysł re s ta u ra c y jn y i gosp o d n i o p iera ją się n a -w ytw arzaniu i sp rzed aży alk o h o lu p o d p o
staciam i ró ż n y ch tru n k ó w i w form ach szy n k o w a n ia n a m iejscu
lu b sp rz e d a ż y do dom ów. R o ln ic tw o część swej u p ra w y oddaje
—
64
—
na cele produkcyi napojów alkoholow ych (kartofle, jęczmień,
żyto, winnice, chmiel).
2 . W konsum cyi przeciętnej zarówno klas zamożnych, jak
i ubogich odgryw a alkohol bardzo w ażną rolę, jako a rty k u ł co
dziennego spożycia,
3. W o b yczajach w szy stk ich n aro d ó w zajęła k o n su m cy a
alk o h o lo w y ch n ap o jó w m iejsce b ard zo poczesne, łącząc się z w szel
kim i u ro czy sty m i obchodam i, z k aż d ą to w arzy sk o ścią, stan o w iąc
u lu d u m iarę p rzy jem n o ści i w esela. A lk o h o l u w a ż a n y je st ró w
nież ja k o n iezb ęd n a p o b u d k a p rz y inten zy w n ej p ra c y i stan o w i
nieraz część zaro b k o w ej p ła c y : n. p. p rz y żniw ie, d la służby
w b ro w a rac h , d la praczek , ja k o ra c y a p rz y m arszach d la w o j
sk a lu b zało g i o k ręto w ej i t. p.
4. A lk o h o l, zw łaszcza w form ie w in a lu b piw a, u w aża się za
śro d e k odży w czy, znakom icie o d d ziały w u ją cy n a zdrow ie, w sk u
te k czego stan o w i in te g ra ln ą część sp o ży cia u ludzi zam ożniej
szych i w e w szy stk ich sferach, n a w e t w śró d najbardziej ośw ieco
nych, d a w a n y b y w a dzieciom , n a k tó ry c h o rg an izm m a sp e c y a ln ie
z g u b n y w p ły w .
W s z y s tk ie w zględy, z k tó ry m i zw iązane są zjaw iska a lk o h o
lizm u w y stę p u ją i w naszem sp o łeczeń stw ie, a n a w e t n ie ste ty
o d g ry w a ją w iększą niż g d z ie k o lw ie k rolę, g d y ż w obec n isk ieg o
o zw oju p rzem y słu i h a n d lu jed y n em i n ie m a lp rz e d s ię b io rs tw a m i,
k tó re nie o b aw ia ją się k o n k u re n c y i zag ran iczn ej, są gorzelnie,
a n ig d y nie zaw odzącą g ałęz ią h a n d lu szy n k o w ń ie i g o s p o d y
zw an e h a n d e lk a m i A lk o h o l u n aszeg o lu d u p rz y jm o w a n y b y w a
w swej najszkodliw szej form ie, ja k o m ocne w ódki, g d y ż piw o
je st d la ń zw y k le za d ro g ie, a w ino często n ied o stęp n e . P rz y li
chém o d ży w ian iu się c h ło p a i ro b o tn ik a g a lic y jsk ie g o m ałe n a
w e t do zy alk o h o lu silnie działają, co je st p ra w d o p o d o b n ie p rz y
czyną, iż sp o ty k a się u nas ta k w ielk a liczba pijaków , ja k k o lw ie k
ko n su m cy a nie je st w yższą, niż w in n y c h k ra ja c h A u stry i. N asze
k la s y zam ożne m ają zw yczaj picia w ó d k i p rzed jedzeniem , k ie d y
więcej działa, a tu rn u s śn ia d a n k o w y w ó d k a, p rzek ąsk a, piw ko
je s t b o daj szk odliw szym od niem ieckiego p o ra n n e g o k ufla (F rü h
sch oppen).
I.
B ad ają c alkoholizm ja k o zjaw isko ekonom iczno społeczne,
w k raczam y b ezp o śred n io w sfe rę ko n su m cy i, te g o najm niej dziś
zn a n eg o działu g o sp o d arcze g o życia, k tó ry przez sw ój c h a ra k te r
—
65
—
in d y w id u a ln y usuw a się od b ez p o śred n ieg o u jęcia za p o ś re d
nictw em s ta ty s ty k i. Z te g o też p o w o d u sto so w ać m usim y m eto d y
sp ecy aln e, k tó re d o p ełn iały b y się w zajem nie.
N ajp ew n iejszą b y ła b y b e z p o ś r e d n i a o b s e r w a c y a , do
stę p n a n. p. w szp italac h d la o b łąk an y c h , w za k ła d ach p o św ię
co n y ch sp ec y aln ie leczeniu alk o h o lik ó w , a p rz y w y jątk o w o k o
rz y stn y c h w a ru n k ach d o k o n y w a n a n ad osobam i z bliższego, czy
d alszeg o otoczenia. Z osobam i obserw ow anem i trz e b a się zżyć
niejako, nie dając im jed n o cześn ie poznać, że sie je p o d d aje b a
daniu. O ile się to u d a, o b se rw a c y a ująć m oże n ie ty lk o ilości
sp o ży w an eg o alk oholu, w y d a te k n a nie, n ap o je, w ja k ic h się go
p rzyjm uje, ale rów nież obyczaje, k tó re spożycie w y w o łu ją lub
m u to w arzy szą, a zatem p o ry dnia, udział ro d z in y w p rzy jm o
w an iu tru n k ó w , lo k ale, o d działyw anie n a organizm , n a siłę i en er
g ię p ra c y i. t. p O b serw acy e b ę d ą tem w ażniejsze, jeżeli u d a
się p rz ep ro w a d zić je w śród znacznej liczb y osób i jeżeli osoby
te n ie n ależą do k a te g o ry i n o to ry cz n y ch p ijak ó w , a zatem konsu m cy ą ich za ty p o w ą d la pewmej w a rstw y społecznej uznać m ożna.
S p i s s t a t y s t y c z n y , d o ty czą cy zjaw isk alkoholizm u lub
p rzejaw ó w b ezp ośrednio z nim zw iązanych, m a w obec in n y ch
m eto d b a d a n ia tę w yższość, iż obejm uje znaczniejsze tery to ry u m ,
a k ie ro w a n y przez o rg a n a u rzędow e do zb ieran ia d a n y c h sk łan ia
n aw et ta k ie elem en ty , d la k tó ry c h sp ra w a alkoholizm u zupełnie
b y ła b y obojętną. N ie p o d o b n a przecież p rz y po m o cy spisu o trz y
m ać d an y c h o jed n o stk o w ej k onsum cyi, a raczej zadow olnić się
trz e b a ujęciem zjaw isk sy m p to m a ty c zn y ch : a) ilości i te ry to ry a ln eg o rozm ieszczenia szynków , narodow ości i kw alifikacyi szynk a rz y , cen w ó dki, p iw a i w in a b) liczby p ijak ó w n o to ry cz n y ch
i odn o szący ch się do nich d an y ch , a zatem ich w ieku, stan u
cy w iln eg o , liczb y dzieci, zaw odu, c) liczb y areszto w a n y ch i za
sąd zo n y ch za p ijań stw o d) ilości h e k to litró w o p o d a tk o w a n e g o
i sp o ż y te g o w form ie w ódki, p iw a i w in a alk o h o lu . P rz y p u sz
czając, że o k reślen ie p i j a k a będzie w szędzie jed n ak o w em , o trz y
m am y p rz y b liż o n ą s ta ty s ty k ę p ijań stw a, T ru d n o uw ierzyć przecież,
a b y o n a m o g ła b y ć ścisłą, g d y ż n au k o w e o k reślenie p ijań stw a
(tak i sto p ie ń alk oholizm u, k tó ry w y w o łał w organizm ie trw a łe
zm iany) n iep o d o b n em jest zastosow ać, ja k o k ry te ry u m p rz y zbie
ra n iu d an y ch .
N ajczęściej stosow anem i w b a d a n ia c h n ad alkoholizm em są
a n k i e t y . M etodę an k iet, p rz ep ro w a d zan y c h u stnie lub piśm iennie,
n azw ać n ależ y ty lk o w zg lęd n ie ścisłą, g d y ż o p ie ra ć się p rz y niej
—
66
—
trz e b a n a zau fan iu do osób, k tó re sk ła d a ją zeznania, a sto p ień
ich w iaro g o d n o ści nie m oże b y ć jed n ak o w y m . Chodzić przecież
m usi o o siąg n ięcie najw yższego przynajm niej sto p n ia tej ścisłości,
a zatem alb o osobiście zb ierać dane, p rz y czem d a n ą je s t zaw sze
m ożność sp ra w d zen ia w iaro g o d n o ści, alb o też zw racać się do
osób d o b rze o b ezn an y ch ze sto su n k am i, zad ając "pytania m ożliw ie
p ro ste i zrozum iałe i sp raw d zać ich zeznania przez p o ró w n a n ie
z d anem i zeb ranem i niezależnie od nich o tej sam ej g ru p ie, czy
m iejscow ości. P rz y stę p u ją c do a n k ie ty w sp ra w ie alkoholizm u,
czy też ja k ie jk o lw ie k innej, m usim y p rzed ew szy stk iem określić
k o m p lek s, n a d k tó ry m p rz ep ro w a d za się b ad a n ia . B ędzie to
1) p ew n e te ry to ry u m : m iasto, p o w iat, część kraju ,
2) g ru p a ludności n. p. ro b o tn ic y o k re ślo n y c h zaw odów ,
u b o d zy w sp o m ag a n i przez m iasto, m ieszkańcy za k ła d u d o b ro c zy n
n eg o i t. p.
3) d ział alk o h o lizm u w p ew n em zjaw isku społecznem , n. p.
ja k i p ro c e n t zg o n ó w w c ią g u la t p aru , czy k ilk u w y w o ła ło n a d '
m ierne u życie alk o h o lu .
O ile b a d a n ia n a d alkoholizm em w d a n y m k ra ju stan o w ią
pierw szą p ró b ę , k tó ra w p ro s t ustan o w ić m a w y ty c z n e d la
d alszy ch w ty m k ie ru n k u p o szukiw ań, n ajw łaściw szą m eto d ą w y
daje m i się a n k i e t a t e r y t o r y a l n a ,
o b ejm u jąca w iększą
p rzestrzeń k ra ju , ludność ró żn eg o ty p u , zam ieszkującą po w siach
i m iastach różnej w ielkości.
P ró b ę tak iej a n k ie ty p o d jęłam w pierw szej połow ie 1901 r.
d la k ilk u p o w iató w Z achodniej G alicyi, w zw iązku z o g ó ln em p o
łożeniem g o sp o d arczem , w sto su n k u do do ch o d ó w i p łac za ro b
k o w y c h i sp o so b u o d ży w ia n ia ró ż n y ch w a rstw ludności.
B a d a n ia m oje o b jęły p o w ia ty : K ra k o w sk i, P o d g ó rs k i, W a
dow icki, W ielick i, B ocheński, M yślenicki, B rzeski, L im an o w sk i,
i N o w o -T arg sk i, w y o d rę b n iając w o b rę b ie te g o tery to ry u m .
1) M iasto K ra k ó w z lu d n o ścią (w edług o sta tn ie g o spisu)
85261 m.
2) M niejsze m iasta P o d g ó rz e , W ad o w ice, B o ch n ia, S ucha,
B rzesko, L im an o w a z liczbą 44.404 m.
3) 50 g m in w iejskich z liczbą 77.692 m.
R aze m zb a d an e z o sta ły w a ru n k i k o n su m cy i a lk o h o lu w śród
207.357 osób.
W b ra k u w szelkich b a d a ń daw niejszych ca ły m a te ry a ł
zeb rać trze b a b y ło p rz y po m o cy p y ta ń u stn y ch i p iśm ien n y ch ,
-
67
—
oraz in fo rm ac y i p rz e sy ła n y c h mi łask aw ie przez rzeczoznaw ców
z ró żn y ch sfer społeczeństw a.
W ty m celu ro zsy łan e b y ły a) k w e sty o n a ry u sz e tery to r y a ln e 1)
b) k w e sty o n a ry u sz e o so b iste 2)
c) k w e sty o n a ry u sze sp ecy aln e, d o ty czące w a ru n k ó w danej
m iejscow ości3).
M a te ry a łu d o starc zy ły rów nież :
d) s ta ty s ty k a k o n su m cy i m iasta K ra k o w a ;
e) L isty od osób zam ieszkałych w ró żn y ch stro n ach kraju ,
a do b rze zn ający ch sto su n k i ;
f ) In te rv ie w y z kom isarzam i targ o w y m i, u rzędnikam i m a
g is tra tu , p.olicyi, b iu ra służbow ego, z lekarzam i, z p rz e w o d n i
czącym stow , szy n k a rzy i t. d.
g) N a d esłan e mi przez p. D r. M erunow icza (protom edyka)
m a te ry a ły d la całej G alicyi.
C zysto p ry w a tn y c h a ra k te r a n k ie ty u tru d n ia ł n a tu ra ln ie
m oje zadanie, ale jednocześnie ocenić mi pozw olił zain tereso w an ie,
ak ie sam a k w e sty a w yw ołuje w śród społeczeństw a, a k tó re n ie
w ą tp liw ie istnieje. N ajw iększą liczbę odpow iedzi o trzy m ałam od
k iero w n ik ó w szkół, zw łaszcza z pow . k ra k o w sk ieg o , najm niejszą,
bo ty lk o 2, od proboszczów .
W szy stk im , k tó rz y w ja k ik o lw ie k sp o só b b y li mi p rz y tej
p ra c y pom ocni, sk ład am n a tem m iejscu g o rą c e p o d zięk o w an ie.
II.
S po łeczeń stw o g alicy jsk ie konsum uje n astęp u jące n ap o je
alk o h o lo w e : w ódkę, piw o, moszcz w in n y i ow ocow y, m iód, rum
oraz k o n iak i, lik iery , w ódki słodkie i t. p.
<) W z ó r k w e s t y o n a r y u s z a t e r y t o r y a l n e g o : Ile ludności liczy gmina,
w której W pan mieszka? Ile w niej jest szynków? W czyjem są ręku? Czy w gminie
są nałogowi pijacy? Ilu? Jaka część ludności nie pije wódki ? Czy piją wino i piwo ?
Czy kobiety dużo piją? Czy zdarza się pijaństwo w śród dzieci szkolnych? Czy są
rodziny zubożałe w skutek pijaństwa? Uwagi:
2)
Dotyczyły dziennej i miesięcznej konsumcyi alkoholu naczelnika rodziny,
jego żony i dzieci, wydatku na mieszkanie i na mięso, wydatku niedzielnego na
alkohol, dochodu rodziny i wieku jej członków.
s) Posyłane do miejscowości, których stosunki specyalnie zwróciły moją
uwagę, dotyczyły stosunków zarobkowych, wychodźtwa i oświaty.
-
68
—
Najważniejszym przedm iotem konsum cyi aż dotąd są w ódka
i piwo. D aw niej w znacznej ilości pito miód, k tó ry ustępuje
obecnie przed piwem.
W e d łu g dat otrzym anych w K rajow ej dyrekcyi s k a rb u 1)
skonsum ow ano w całej G a lic y i:5)
S p iry tu su
Piw a
W latach
Hektolitrów
Na głowę litrów
Hektolitrów
Na głowę litrów
1893
329-933
4-99
9 3 0 .3 8 8
1 3.93
1899
3 ° 9 -ó9 7
4-2 5
1.1 8 3 .9 0 8
16.22
W odstępie lat 6 ted y konsum cya w ódki na głow ę miesz
kańca spadła o 0 . 7 4 litra, a jednocześnie konsum cya piw a
wzm ogła się o 2 . 2 9 litra na g ło w ę3). Porów nyw ając cy fry k o n
sumcyi dw óch najw ażniejszych dla kraju naszego alkoholow ych
napojów (dla innych nie udało się ich otrzym ać), z danem i,
k tó re zebrał dr. H, H oppe (Thatsachen üb. d. A lkohol D rezno
1 8 9 9 . r. T ab. 1 2 ) dochodzim y do wniosku, że średnia konsum cya
spirytusu pozostaje w tyle za takąż konsum cyą A ustro-W ęgier,
a porów nać się daje ze spożyciem w ódki w krajach środkow ej
E uropy. A m ianowicie ilość 4 . 9 9 i 4 . 2 5 litrów spirytusu ( 9 6 —gy1/^
stopni) — 9 . 7 1 i 8 . 2 4 w ódki o 5 o °/0 alkoholu. Spożycie tej wódki
wynosiło rocznie na głow ę litrów .
w Austro-Węgr.
13.4
we Francyi
8 .6 4
w Belgii
w Niderlandach
w Niemczech
w Szwecyi
9 .5 2
8.9
8.8
8.7
G alicya w r. 1 8 9 3 . r. 9 . 7 1 , w 1 8 9 9 . r. 8 . 2 4 litra.
Spożycie piw a w G alicyi stoi stanow czo po za spożyciem
tego trunku w całej Zachodniej i Środkow ej Europie; rzecz to tak
znana, iż zbytecznem by ło b y przytaczać na jej poparcie cyfry.
K onsum cya wina, k tó reg o się w G alicyi nie w ytw arza, jest jesz
cze mniejszą, ogólne zatem spożycie alkoholu pozostaje w G a
licyi poza środkow ą i zachodnią E uropą, jeżeli zaś otrzym ujem y
w rażenie przeciw ne to dla tego, że ludność, k tó ra gdzieindziej
używ a regularnie i stale trunków , u nas pije czasami, ale ich
nadużywa, a głów nie dla tego, że wobec lichego odżyw iania
i ta ilość trunku w yw ołuje następstw a ujem ne.
‘) Łaskawie mi dostarczonych przez protom. dra. J. Merunowicza.
3)
Daty podawane przez dr. F. C. Pressla (Produktion, Ausschank alkoholhalti
ger Getränke und die Trunkenheitsgestzgebung in Oesterreich. Stat. Monatschr. 1896,
r. s. 575) dają cyfry produkcyi odmienne od otrzymanych z dyr. skarbu, ale do
prow adza on je tylko do 1893 r.
8) Dane dla 1899 r. wedł. ludności z 1900.
—
69
—
N ie m ożna nie p rz y to c zy ć tu słów S ta n . S zcz ep an o w sk ie g o ,
k tó ry w tym w y p a d k u , ja k i w in n y ch tra fn ie ocenił w ła śc iw y
sta n rzeczy : »co m nie zastrasza, p o w iad a, co daje ta k n iskie p o
jęcie i o zdrow iu i o d o b ro b y c ie ludności, t. j. że ta k m ała ilość
w ó d k i w y starcza u nas, żeb y up o ić człow ieka, ta k m ała s tra ta
pieniężna, żeby go p ozbaw ić m ajątk u . D ajcie m u o d p o w ie d n i za
ro b e k i w yżyw ienie, a on dw a ra z y ty le w y p ije bez p ijań stw a,
dziesięć ra z y ty le w y d a bez s tr a ty o statn iej koszuli z c ia ła i d a
chu n ad s o b ą « 1).
L iczb a szy n k ó w , k tó ra , ja k to już w ielek ro ć stw ierdzono,
z jednej stro n y w y ra ża zap o trzeb o w an ie alk o h o lu w śród ludności,
z d ru g iej n a p rzy zw y czajen ie do tru n k ó w od d ziały w a, b y ła w e
d łu g d ra P re ssla (o. m. s. 592) w zg lęd n ie do ludności G alicyi
m niejszą, niż p rzeciętn ie w całej A u stry i a m ian o w icie:
w 1882 r. w y p a d a ł 1 szy n k w A u stry i n a 206 m ieszk.
w G alicy i
302
»
w 1893 r.
»
»
w A u stry i
210
»
w G alicy i
328
»
Z c y fr o trzy m a n y ch z krajow ej d y re k c y i sk a rb u nie m ożna
dow iedzieć się o liczbie szy n k ó w lecz szy n k arzy , k tó ry c h liczba
w o statn iem dziesięcioleciu się zm niejszyła, jednocześnie zaś s p a
d ają k w o ty ro cznych o p łat, lecz w m niejszej m ierze, co św iadczy
że u b y w a ją szy n k arze m niej płacący. G d y b y nie z b y t m ałe r ó ż
nice m ów ić b y m ożna o k o n c e n tra c y i p rz ed sięb io rstw w p rz e
m yśle szynkarskim . O to c y fry d la G alicy i :
w 1890 r. b y ło szynk. 14608, w y p a d a 1 n a m. 452, opł. r. 203.880 złr,
»
1893 r. »
»
i 4 I 37
»
»
» 469
» » 200.000 »
» 1896 r. »
»
13591
»
*
» 486
»
♦ I 93 -I 45 »
»
1899 r. »
»
13308
»
»
» 489
» » 188.360 »
L iczb a szy n k a rzy w p rz eciąg u la t 10 zm niejszyła się o 8 .8 0/0,
sum a o p ła t o 7.7. U b y li zatem m niej zam ożni, t. j. m niejsze p ła
cący p o d atk i.
K onsum cya alkoholu na oddzielne pow iaty obliczyć się nie
da. R ów nież dotychczasow e studya moje nie pozw alają mi p o
dzielić G alicyi na jakieś okolice, czy strefy podług mniejszej,
czy większej trzeźwości, oraz zależnie od nadużyw ania trunków
przez ludność. Przecież w odpowiedzi na kw estyonaryusz, ro
zesłany przez m inisterstw o spraw w ew nętrznych, przysłali niekóre, jakkolw iek bardzo skąpe dane lekarze powiatow i.
'} Wódka i propinacya. s. 15.
6
-
70
—
Z ty c h o d p o w ied zi1) d a się w y b ra ć p e w n a liczba p ow iatów t
w k tó ry c h w ó d k a stan o w i p rzed m io t codziennej k o n su m cy i d la
lud n o ści ro lnej i przem ysłow ej, a zatem gdzie o d d ziały w a n ie
a lk o h o lu m usi b y ć b ard zo znaczne, oraz in n y ch , gdzie w o statn ich
la ta c h io , w sposób d la o b serw ato ró w w idoczny, sto su n k i się
p o lep szy ły . N ależy przecież dodać, że rzeczoznaw cy nie u tr z y
m ują, ja k o b y się w pierw szej g ru p ie p o w ia tó w sto su n k i p o g o r
szyły. Z estaw iając te d w ie g ru p y , za strzeg a m y s ię f że p o zo staje
zn aczn a liczb a okolic, o k tó ry c h sądzić nie m ożna, nie b y ły b o
w iem czynione o d p o w ied n ie po szu k iw an ia, co do k o n su m cy i i n a d
u ży cia alk o h o lu .
W n a stę p u ją c y c h p o w ia ta c h zauw ażono p o lep szen ie sto su n
k ó w w c iąg u o statn ich la t dziesięciu: B iała, B ochnia, B rze żan y ,
B uczacz, C hrzanów , C zortków , D ą b ro w a, K ra k ó w (pow iat), L im a
now a, L isk o , N isko, N o w y T a rg , P o d h ajce, S trzy żó w , T a rn o p o l,
W a d o w ice, Z baraż.
W n a stę p u ją c y c h g m in ach zaś w ó d k a je st codzienną p o trz e b ą
lu d n o ści: G orlice, G ry b ó w , Ja ro sła w , K o só w , K ro sn o , M ościska,
R o h a ty n , R u d k i, S ta n isła w ó w , S try j, T a rn o b rz e g , T łum acz, Żydaczów .
N a w e t p rz y najw iększej ostrożności w w y p ro w ad za n iu w nio
sk ó w tw ierd zić m ożna, że sk o ro n a 30 p o w iató w , z k tó ry c h od
lek arzy , a zatem od ludzi zasłu g u jący ch zw y k le n a zaufanie,
p ew n e o sp o ży w an iu tru n k ó w o trzym ało się w iadom ości, w 17-tu
Widać p o p ra w ę stosunków , to w o g ó le sto su n k i te w G a licy i p o stę p u
ją k u lepszem u. T o sam o p o tw ierd z ają szczegółow sze, przed sięw zię
te p rzeze m nie w n ie k tó ry c h okolicach, b ad a n ia . P rz y s k o n s ta to w a
niu p o p ra w y sto su n k ó w w szędzie w k ra ju zauw ażyć ją b y ło m ożna
w cią g u o statn ich la t 10. P o n ie w aż u sta w a o p ijań stw ie w y d a n ą
zo stała ju ż w 1877 ro k u , tru d n o jej działan iu k o rz y stn ą zm ianę
p rz y p isa ć, ja k k o lw ie k p o w strz y m a ć m o g ła zm ianę sto su n k ó w na
gorsze.
P rz y ro z p a try w a n iu p o jed y n cz y ch okolic, zarów no m iast
ja k i g m in w iejskich w G alicyi, zauw ażyć się dają dw a sze reg i
m om entów , w o d w ro tn y m działające k ie ru n k u : N a zw iększenie
p ija ń stw a o d d ziały w a : a) przejście od ro b ó t ro ln y ch , zw łaszcza
n a w łasnej zag ro d zie do p rzem y sło w y ch , b) w ych o d źtw o za za
ro b k iem , c) blizkość i zw iększenie liczb y szynków , d) z a w ia d y
w an ie szy n k am i przez izraelitó w , e) ub ó stw o ludnoścj, f) złe
*) Nadesłanych mi przez p. dra J. MerUnoWicza.
—
71
—
o dżyw ianie, g) uznanie w ó d k i za lek arstw o , h) jarm a rk i, sta n o
w iące je d y n ą sposobność d la w y m ia n y to w aró w .
P o le p szen ie sto su n k ó w p rz y p isa ć n ależ y n astęp u ją cy m w a
ru n k o m : a) podniesienie cen w ódki, b) k ó łk a rolnicze i h e rb a
ciarnie, c) za ab so rb o w a n ie ludności przez w y so k ą u p ra w ę roli,
d) d ziałalność m isyi i to w a rz y stw w strzem ięźliw ości.
R e z u lta ty w y w iad ó w u w y d a tn ią w y raźn iej pow yższe tw ie r
dzenia.
III.
K r a k ó w ja k o m iasto zam k n ięte (geschlossene S tad t) po siad a
w y k a zy ak cy zo w e co do w p ro w ad zo n y ch n apojów sp iry tu so w y ch .
D la m iasta sp ro w a d za się ty lk o sp iry tu s re k ty fik o w an y , zaw iera
ją c y 96—97 ‘Д °/0 alk o h o lu , g d y ż za o k o w itę zaw ierającą fuzel lub
pom ięszan ą z w odą tę sam ą o p ła tę sk ła d a ć b y n a le ż a ło .1) W p r o
w ad zo n y s p iry tu s ludność pije ja k o w ó d k i o stre i słodkie, rum ,
k o n iak i, k tó ry c h bardzo m ało sp ro w ad zają, przew ażnie zaś ro b ią
je n a m iejscu N aju lu b ień szą je s t w ó d k a ży tn ió w k a, zaw ierająca
48—56°/o alk o h o lu , oraz w ódki słodzone, m ocne ko ło з о 0/,, a lk o
h o lu. L u d w iejski chętnie do d aje do w ódki eter, k ro p le an o d y n ow e i rum , d la am ato ró w u H a w ełk i znajduje się w ó d k a n a w e t
go°l0. Żydzi n ajch ętniej p iją w ó d k i m ocne śliw ow icę i »pędzoną
z anyżem « o zaw artości ko ło 6o°/0 alkoholu. U lu b io n y m napojem
lu dności pracu jącej je st tak że rum , d o d aw an y do k a w y lu b h e r
b a ty , k tó ry p rzew ażnie w y ra b ia się n a m iejscu, g d y ż niew iele
g o przy w o żą. P iw o uży w an e w K ra k o w ie zaw iera 3— 5°/0 a lk o
holu, w in a a u s try a c k ie 7— 8, in n e 10— 20, alko h o lizo w an e więcej,
po w szech n y daw niej tru n e k n a ro d o w y m iód, zaw ierający 7— 9°/0
alk o h o lu coraz w ięcej za stęp u je piw o, g d y ż cen y m iodu idą
w g ó rę.
U m iark o w an e u ży w an ie alk o h o lu rozpow szechnionem je st
niezm iernie. M ężczyźni w szystkich stan ó w p iją p rz ed o b ia
dem , a często i p rz ed k o la c y ą kieliszek w ódki, piw o je st zw y k ły m
n ap o jem k la s y zam ożniejszej p rz y obiedzie, w ino rów nież, ja k
k o lw iek rzadziej. K o b ie ty u ży w ają w o g ó le m ało alk o h o lu , w k la
sach zam ożniejszych często w cale, uczęszczają do szynkow ni
rzadziej od m ężczyzn. N iem a zw yczaju d a w a n ia w ódki dzieciom ,
n a w e t w k lasac h uboższych, w śród zam ożniejszych d ają piw o, nie
•) 21 zł. 85 ct. opłaty akcyzowej
spirytusu 100 stopniowego.
3 zł. opłaty krajowej od hektolitra
—
n
—
Wódkę. In te lig e n c y a , a zatem k la s y zam ożniejsze p iją przew ażnie
piw o. U lu b io n em je s t p rz esiad y w a n ie m ężczyzn po h an d e lk a ch , ś n ia
d a n k a i p o g a d a n k i p rz y piw ie. W a ż n y m k o n su m en tem je st m łodzież
u n iw e rsy te c k a , k tó ra zaczy n a pić n ie k ie d y w g im n azy ach , p o tem
zachodzi g ro m ad n ie do h a n d e lk u po k ilk u lu b k ilk u n a stu , fu n d u
ją c k o lejn o . Z astępuje to m ało zn an e zag ran iczn e k om ersy.
Częściej p o w ta rz a n e lib a c y e w y tw a rz a ją p rz y zw y cz ajen ie,
k tó re p o zo staje n a całe życie. K a te g o ry ę dużo p ijący c h tw o rzą
ta k ż e starsi k aw alero w ie , k tó rz y w b ra k u dom ow ego o g n isk a
p rz esiad u ją w lo k a la c h p u b liczn y ch . B ard zo w iele p iją dziś
rzem ieśln icy k ra k o w s c y : tru d n o ść u trzy m a n ia d aw n eg o s t a t u s
q u o , b ra k ro b o ty , b ie d a z a g lą d a ją c a do dom u w szy stk o to
u sp o sa b ia do kieliszk a, k tó ry p rz y c z y n ia sięt często do o sta te c z
nej n ęd z y lu b do znacznego p o g o rsz en ia sta n u funduszów . P icie
w ó d k i p rz y pierw szem i d ru g iem śn iad an k u , co n a dzień cały
zo staw ia p ew ie n s ta n oszołom ienia, je s t ogólnem .
W ś ró d
k la s y ro b o tn iczej w ó d k a n ależ y do codziennej konsum cyi. P rz e
c ię tn y ro b o tn ik w K ra k o w ie w y p ija od
— 3/a litra w ódki
dziennie, w y d a ją c n a to 15— 20 et. a je st to m in im aln a ilość,
g d y ż często p iją w ięcej. W św ię ta ilość sk o n su m o w an y c h tru n
k ó w je s t w iększą, a do w ódki p rz y b y w a piw o, p o cz ęstu n ek dla
żony, n ie k ie d y d la dzieci w y ro stk ó w , k tó rz y z ojcam i chodzą do
k n a jp y . D zieci, sy n o w ie p ijak ó w , ro z p ija ją się n ie k ie d y p rz ed
w cześnie, ale niem a w y p a d k ó w , a b y p iły dzieci szkolne, lub
sy n o w ie ro b o tn ik ó w trzeźw ych, a zatem ty ch , co p rz y jm u ją ty lk o
n o rm aln e ilości a lk o h o lu . W ś ró d ro b o tn ik ó w najw ięcej p iją m a
larze, m u rarze, ce g la rze i stolarze, oraz rzeźnicy. U m u rarzy
i rzeźników o b o k w ó d k i w ażn ą ro lę o d g ry w a cz arn y k u b ek , lub
k u b e k za le w an y t. j. h e rb a ta lu b k a w a z rum em . P o d czas ro b o ty
zauw ażono u życie a lk o h o lu u m u rarzy , c e g la rz y , szew ców i k ra w
ców . L u d ro ln iczy p rz y b y w a ją c y do m iasta p ił daw niej więcej,
dziś ta k p rzy cisn ęła g o b ied a, że co m a o b ra c a n a sp ła tę p o d a t
k ó w i r a t w kasach.
W ś ró d k o b ie t za ro b k u jący c h z k la sy niższej pije ty lk o je d n a
k a te g o ry a , m ian o w icie p rz ek u p k i, siedzące n a u licy , bez w zględu
n a p o g o d ę, k tó re się w te n sp o só b grzeją. S zy n k i o tw iera n e o 6.
a n a w e t o 4. ra n o d o starc zają im k ieliszk a, często p rzed 7. ra n o
są ju ż pijan e. P rz e k u p e k , k tó re stan o w ią w łaściw ość k ra k o w sk ą ,
je s t k o ło 300. P ija ń stw o ich o d b ija się n a w e t n a sta n ie fizycz
n y m p o to m stw a.
—
73
—
Żydzi piją m niej od k ato lik ó w .
W śró d k la s y w yrobniczej są ro d z in y zubożałe w sk u tek p i
jań stw a, a zdaniem jed n e g o z le k a rz y p rzejaw ia się n ie k ie d y
ty p o w a d eg e n era cy a.
P rzy jąć m ożna, że n ap o je w y sk o k o w e, w p ro w ad zo n e do
m iasta, k tó re o p łaciły akcyzę, a zatem sta ty sty c z n ie w y k a zać się
dają, id ą na k o n su m cy ę m iejskiej ludności. Ilo ści ich p rz ed staw iały się w dw óch o statn ich la ta c h w n astęp u ją cy sposób:
Data
Wino
Piwo
Miód
Porter
■W-
1
i
t
r
Rum
а,
с
Spirytus
b.
1897
735066
3 5 II9 6 2
7253
3946
99745
861011
1 898
717666
3869928
9651
4939
108095
846269
W a żn em i d la ko n su m cy i są ty lk o w ino, piw o i sp iry tu s,
do k tó ry c h ze w zględu n a p rz y zw y czajen ia ludności pracującej
d o łąćzy ć n ależ y tak że rum . D la ty c h też n ap o jó w m ożem y p rze
p ro w ad zić p o ró w n a n ie k onsum cyi za o statn ie la t 20.
S k o n su m o w an o w K ra k o w ie :1)
Rumu
W ina
Spirytusu
Piwa
L i t r ó w
pr z e с i ę t n i e
W latach
1) O d 1 8 7 8 — 1 8 8 0
765996
З579987
4647З7
2)
»
1 8 8 6 — 188 8
894193
4904136
6354О І
53785
83678
3)
»
1 895— 1898
835004
6522582
7З2 4 3 О
103366
N a gło w ę w y p a d a litró w
1) (ludność z 1 8 8 0 r.)
1 2 -8 0
5 9 -8 0
7-76
0 -8 9
2) (ludność z 1888 r.)
3) (ludność z 1 8 9 8 r.)
12 -3 6
6 7 -7 9
8 -7 8
1 0 -0 4
80-5 7 2)
8-8o
r i 5
1-24
P o ró w n y w a ją c o statn ie 4 la ta w y p a d a ło n a g ło w ę: 3)
W
1895 r.
9-62
7 9 -0 8
»
1896
ІО ’бб
8Г47
»
1897
10-49
»
1898
10 -1 7
9 '6 5
8 -7 9
8 '9 5
8 -6 3
1-24
1-31
1*21
I '2 6
P o ró w n y w a ją c zuży tk o w an ie ró żn y ch n ap o jó w dochodzim y
do w niosku, że w c iąg u o statn ich la t 20 k o n su m cy a sp iry tu su
’) Obliczone według statystyki miasta Krakowa zeszyt ПІ. i IV. z 1892 i 1898 r.
Obliczenia biuia na głowę są bardzo niedokładne, tu wykonane zostały po raz drugi.
2) Ilość piwa mogła być obliczoną tylko za rok 1895 i 1896, gdyż za 2
ostatnie lata są tylko liczby przywozu.
8) Ludność obliczana dla każdego roku z odpowiednim przyrostem przez
biuro statyst. m. Krakową.
—
74
o b n iżała się, w in a w y k azu je b ard zo d ro b n ą zw yżkę, ru m u w zglę
d n ie do niew ielkiej je g o ilości p o d n o si się znacznie, ta k sam o
i piw a.
Ilo ść sk o n su m o w an e g o s p iry tu s u je st b ard zo znaczną, g d y ż
k a ż d y litr s p iry tu su n a 96—gy'/aVo Vrzy Ía¿ m ożem y za d w a litr y
w ó dki, k o n su m cy a o sc y lo w a ła b y zatem od 20 — 25 litró w wódki,
n a g ło w ę, co p rz e d sta w ia K ra k ó w ja k o jedno z m iast najw ięcej
u ży w ający c h a lk o h o lu i w p ro s t zdum iew a, g d y p o ró w n a m y w iele
k o rzy stn iejsze sto su n k i L w ow a. L w ó w k o n su m o w ał b o w iem n a
g ło w ę litró w : *)
W la ta c h
1897
7-17
S p iry tu su
L ik ie ró w i ru m u 0-52
P iw a
7 i ‘37
W in a
5'99
1898
7 ' 11
1899
6-72
0-54
97-78
i o 4'53
5-56
5'67
0-54
W z g lę d n ie do p rzeciętn ej z całej G a licy i o b a g łó w n e m ia
s ta k o n su m u ją znacznie w ięcej s p iry tu s u i piw a. W obu obniża
się w o s ta tn ic h la ta c h sp o ży cie sp iry tu su , p ow iększa się zaś ilość
sk o n su m o w an e g o piw a. P o z a tem przecież ty p sp o ży cia tru n k ó w
je s t n ieco ró żn y . K ra k ó w sp o ży w a znacznie w ięcej sp iry tu su ,
a w ięc w ó d ek i tro c h ę w ięcej w in a n a głow ę. S p o trzeb o w an ie
p iw a je s t m niej w ięcej jed n ak o w em . D la u w y d a tn ie n ia różnic
ze sta w iam y ra z jeszcze k o n su m cy ę trze ch g łó w n y c h n ap o jó w
alk o h o liczn y ch.
K o n su m c y a n a g ło w ę m ieszkańca :
T ru n k i
Spirytusu
P i w a
L a ta
1897 1898 1899
1897 1898 1899
W całej G a liey i
4 -68
іб 'г г
W e L w o w ie
7-17 7 4 1 6 7 2 71-37 97-78 104-53
W K ra k o w ie
10-49 10-17
W i n a
1897 1898
1899
5'99 5 ’5 Ó 5'67
8-95 8-63
Z w iększająca się w szędzie w tem p ie prędszem lu b pow olniejszem k o n su m cy a p iw a , k tó re je st m niej szkodliw em od w ódki,
a n a w e t zaw iera nieco p o siln y c h p ierw ia stk ó w , w skazuje, że.
m oże ono za stąp ić w ó d k ę o ile zam ożność będzie w yższą, a p rzy tem u czy n io n e z o stan ą o d p o w ied n ie u siło w an ia w celu w y k a z a n ia
w yższości p iw a n ad w ó d k ą , lu b p o d ro ż en ia ostatniej. D zisiejsze
sto su n k i K ra k o w a usilnie d o m a g a ją się choć tak iej częściow ej
*) Obliczone na podstawie cyfr otrzymanych z magistratu m. Lwowa i lu
dności z 1900 r. (159-459).
75
—
san acy í, a b y m niej szkodliw y tru n e k (piwo) za stą p ił działającą
g ro ź n ie w ódkę. Co do w ina, to w obec b ra k u w łasn y c h w innic
będzie ono zaw sze droższem , a im p o rto w an e nie daje dla k ra ju
tej korzyści, ja k ą p rzy n o si m iejscow y p rzem y sł b ro w a rn ia n y
w p o staci z a ro b k u dla ta k b ard zo potrzebującej g o ludności g a
licyjskiej l).
P o lep szen ie sto su n k ó w w y w n io sk o w ać rów nież m ożna z w y
kazu pijaków , k tó ry c h D y re k c y a p o licy i w K ra k o w ie , o p ie ra ją c
się n a u staw ie o p ijań stw ie o d staw iła do sądu lu b doniosła o nich
sądow i- za p rz ek ro c zen ia u staw y . W y k a z nasz obejm uje o statn ich
la t u . , a m ianow icie:
W r.
1890
»
»
»
»
»
1891
p ijak ó w
»
1403
W r.
1389
»
»
»
>
1125
1892
1171
1894
»
»
1895
»
611
1893
763
1896
p ijak ó w
452
1897
»
»
»
»
438
1898
1899
1900
R a z e m przez la t
11
321
506
2 9 Ó3)
8475
N ad zw y czajn eg o zm niejszenia się liczby pods^ądnych n iep o
d o b n a n ie s te ty p o ło żyć całk o w icie n a k a rb p o p ra w y stosunków ,
ale w znacznej części tłóm aczyć g o trze b a zm ianą sp o so b u p o
stęp o w an ia. U d e rza m ianow icie g w a łto w n e zm niejszenie się po
ro k u 1893. i od te g o czasu też b ru ta ln o ść p rz eślad o w a ń niższych
o rg a n ó w p o licy jn y ch p o w strz y m a n ą zostaje, a p o ło w y za p ijak am i
zred u k o w an e do w łaściw ych g ra n ic p rz e strz e g a n ia u s ta w y 3).
S zy n k ó w w K ra k o w ie w e d łu g p o stan o w ien ia R a d y m iej
skiej, o bow iązującego dotąd, pow in n o b y ć 208. W K ra k o w ie
p ro p in a c y a je st zniesioną, a n a k a ż d y w y ra b ia n y m b y ć m usi k o n
sens, k tó re g o cena w y nosi 75 złr. K o n se n sy b ard zo rzad k o d ostają
się rzeczyw iście “u p raw n io n y m , t. j. tym , k tó rz y w dalszym ciągu
szy n k p ro w a d zą, najczęściej zaś osobom , k tó re przez oddzierża1) Zarobek w galicyjskich browarach jest względnie niezły. Zestawiamy płace
zarobkowe w browarach w Limanowej i Okocimiu (pow. brzeski). W Okocimiu
pracuje od 500—1000 robotników, zarobek dzienny wynosi 40—80 centów, przy
opłatach akordowych 1 złr. i wyżej. W Limanowej płace są następujące: Wyrobnicy
dzienni 34—48 ct., palacz 60 ct., starszy robotnik 66 ct., chłopcy 30 ct. Rzemieśl
nicy l^a — 2 złr., urzędnicy fabryczni l 1/ , —3 złr. W szyscy otrzymują piwo 1— 2
litrów dziennie.
2) Dostarczony mi łaskawie przez dyrektora policyi p. Korotkiewicza.
a) Oddziałać miał na to przed 8. laty znany w mieście wypadek z Rotterem,
którego zwłoki, okryte sińcami i ranami odniesiono rodzinie.
—
76
w ian ie p ra g n ą zarobić, n a co sk a rż y się tu tejsze stow arzyszenie
szy n k arzy . O prócz te g o istn ieją szy n k i p o k ą tn e , k tó re ty lk o
w p rzy b liż en iu obliczyć m ożna, k a ż d y niem al sk le p ik i h a n d e l
k o rz e n n y w y d aje na m iejscu alk o h o lo w e n ap o je. S k o ro doliczym y
h o tele i re sta u ra c y e , do m y zajezdne, k tó re są w łaściw ie o rd y n a r
n y m i szy n k am i z w ódką, oraz w szy stk ie cu k iern ie i k a w ia rn ie
p ierw szo rzęd ne u p ra w n io n e do szy n k o w a n ia słodkich w ó d ek , s p o
sobności do picia są nadzw yczaj częste i obliczenie ich nie będzie
p ra w d ziw y m lecz m in im aln y m obrazem istn iejący ch sto su n k ó w .
I ta k liczą o b e c n ie 1):
k o n sen só w re sta u ra c y jn o -sz y n k o w y c h i szy n k o w y ch .
222
bez u p ra w n ie n ia p o k ą tn y c h około
.
.
.
.
30
c) dom ów zajezdnych .............................................................. ..........
11
d) h o te ló w z re sta u ra c y a m i
.
.
.
.
.
.
18
e) szy n k ó w m iodu
.
.
.
.
.
.
.
.
19
f ) cu k ierń z w y szy n k ie m w ó d e k ......................................................18
318
a)
b)
T rz y p ierw sze k a te g o ry e (a. b. c.) sp rz ed ają przew ażn ie w ódkę,
k tó ra liczy w te n sp o só b 263 p ra w ie w y łączn y ch p rz y b y tk ó w .
T rz y n a stę p n e ( d . e . f ) m ają c h a ra k te r b ard ziej zb y tk o w n y i szynk u ją w ó d k i słodkie, m iody, piw o, w ino i t. p. Istn ie je przecież
je d n a ty lk o w in iarn ia, w k tó re j nie m ożna d o stać w ódki.
O bliczając liczbę szy n k ó w w sto su n k u do lu d n o ści m iasta,
o trzy m u jem y :
i w y szy n k n a m ieszkańców
268
z w łaściw ych szy n k ó w w ó d k i 1 n a m. 3242)
S zy n k i są rozm ieszczone n ieró w n o m iern ie. N ajw ięcej ich
w śródm ieściu, g dzie n a 5 u licach znajduje się w y szy n k ó w , p o d
le g a ją c y c h p o d a tk o w i kieliszk o w em u 89. P om im o to najw iększe
p ijań stw o stw ierd z ają rzeczoznaw cy n a K a źm ie rzu i K le p a rz u ,
g d zie m ieszka n ajb ied n iejsza lu d n o ść w y ro b n ic za i gdzie w ż y
d ow skiej d zielnicy je st p ra w d o p o d o b n ie najw ięcej p o k ą tn y c h
szy n k ó w i zajazdów .
’I Podług wykazu udzielonego z magistratu przez p. dr. Schliehtinga, oraz dwie
ostatnie pozycye ze sprawozdania stow, przemysłowego szynkarzy, restauratorów
i t. d. za r. 1899/1900. Obliczono ilość uprawnień konsensowych na 341.
2)
W edług spraw ozdania cytowanego wyżej 1 na m. 250, nie liczono za
szynków potajemnych.
-
11
W śró d w łaściw ych szy n k a rzy liczono izraelitó w 164 cz. б2-з 0/0Jeżeli p o ró w n a m y sto su n k i szy n k o w n ian e w m ieście i w pow iecie
krak o w sk im , to w y p a d a :
i w łaściw y szy n k n a m ieszk. 324 w m ieście, i n a 403 w pow iecie
i g o sp o d a z n ap o jam i alk.
268
»
i n a 401
»
szy n k ó w izraelickich
62'3°/o
»
i
70 °/o
>
U jem n y w p ły w szy n k a rzy żydow skich zarów no w K ra k o w ie
ja k i n a wsi tem się przed ew szy stk iem w y raża, że są oni b e z
w zg lęd n iejsi w p o m ijan iu u staw y , a zatem ro zp ajają w ięcej lu d
ność u b o g ą, że p rzy jm u ją ch ętn ie w szelkie za sta w y za w ódkę.
T o też w uboższych dzielnicach n a K aźm ierzu, na K le p a rz u , n a
u licy Z w ierzynieckiej ludność p rzep ija często grosz ostatni. W szy n
k a c h n ajo rd y n a rn iejsze g o g a tu n k u są najczęstsze bójki. U p rz y w i
lejo w an y m dniem je s t tu sobota w ieczorem , niedziela szczególniej
p rzed p o łu d n iem i poniedziałek. P rz y c z y n ą te g o są sobotnie
w y p ła ty , pow szechne w p ry w a tn y c h p rzed sięb io rstw ach , g d y
m a g is tra t w y p ła c a w poniedziałek.
(Dokończenie nastąpi.)
Dr. Zofia Daszyńska-Golmska.
J a n B a u d o u in d e C orten ay : Wskazówki dla zapisujących
m ateryały gwarowe na obszarze językowym polskim 1).
N a I I I . Zjeździe historyków polskich w K rakow ie r. 1900 ,
w sekcyi etnograficznej, z powodu mego referatu : „O badaniu narzeczy
języ k a polskiego i o piśmiennem oznaczeniu ich dźw ięków “, uczynił
prof. J . B a u d o u i n d e C o u r t e n a y następujący w niosek: Sekcya
etnograficzna II I . Zjazdu historyków polskich w K rakow ie uw aża
za pożądane ułożenie : 1) szczegółowych wskazówek językoznawczych
dla osób zajm ujących się zbieraniem m ateryałów folklorystycznych,
2) w ykazu znaków dla odcieni fonetycznych, mogących się spotykać
w gw arach polskich.
W niosek ten, p rz y ję ty przez zgromadzenie, zam ienił wniosko
daw ca niebawem w czyn w rozpraw ie powyżej przytoczonej,
k tó rą ze w zględu na ważność spraw y, obchodzącej czytelników
„L u d u “, ja k wogóle w szystkich badaczy gw ar polskich, podaję
9 Materyały i prace Komisyi językowej Akademii umiejętności w Krakowie.
T. I. Zeszyt 1. Kraków 1901, str. 115 — 139.
78
-
w krótkiem streazozeniu, przyczem jednak z żalem w yzna <5 muszę,
źe z powodu brak u odnośnych czcionek posługuję się zam iast zna
ków djak ry ty cznych, podanych przez autora, znakam i złożonymi,
używ anym i w zwyczajnej ortografii polskiej.
W ychodząc z założenia, źe zbieracz m ateryałów ludoznawczych
z zakresu „ludowej twórczości słow nej“, by dać w nich podstawę
fa k ty c zn ą do badań dyjalektologicznych, m a te ry a ły swoje winien za
pisyw ać dokładnie także pod względem w ym aw iania, zw raca prof.
В uw agę na stosunek głosek w ym aw ianych do pism a, k tó ry im
będzie ściślejszy, tem prostszą będzie też i doskonalszą grafika.
W w ym aw ianiu samem pojedynczych dźwięków mogą zachodzić róż
nice, odcienie głosek, k tóre istnieją ty lk o chwilowo jako przejściowe
m om enta w w ym aw ianiu od jednej głoski do drugiej, zależne od po
łączeń wzajem nych, od miejsca ich użycia lub też ich n a tu ry fizyologicznej. Bóżnice te w zw ykłej pisowni, stosowanej do oznaczenia
głosek języ k a literackiego, nie byw ają uwzględniane, natom iast
w inny być oznaczone, gdy chodzi o w ym aw ianie gw arow e, z ja k
najw iększą ścisłością i dokładnością a to dla tej przyczyny, że
w ty ch na pozór mało znaczących różnicach w ym aw iania k ry ją się
częstokroć podstaw y c h a ra k te ry sty k i g w a r pojedynczych lub też
całych obszarów językow ych.
Poniew aż żadne pismo choćby najbardziej udoskonalone nie
może nigdy oddać w szystkich odcieni wym owy, dla tego też nie
zbędnym w arunkiem zrozum ienia wym owy języ k a czy to pewnego
indyw idyum , czy też całej g ru p y ludzi języ k a gwarowego, je st
szczegółowy opis ch a rak teru ogólnego fon ety k i tego języka. N ależy
więc w y łuszczyć dokładnie, gdzie i w ja k i sposób w ym aw iają się
dźw ięki ta k spółgłoskowe jako też samogłoskowe czy to w p o łą
czeniu wzajemnem czy też pojedyńczo, co dla mechanizmu w ym a
w ian ia danej g w ą ry ma mniej więcej tak ie samo znaczenie ja k
np. w muzyce klucz wiolinow y lub basowy, albo też określenie
tonu zapomocą krzyżyków , staw ianych na początku każdego wiersza
nutowego.
W ybór alfabetu pozostaw ia się do woli zbieracza m atery ału
gw arow ego z tem jednak zastrzeżeniem , żeby ściśle określił, w j a
kiem znaczeniu używ a pojedyńczych lite r i ich połączeń i żeby zna
ków tych używ ał konsekw entnie do jednakow ych modyfikacyj w y
m aw iania we wszelkich w ypadkach. Prof. В. je st za użyciem „nau
kow ego“ alfabetu, w którym upraw nione są wszelkie próby in d y
w idualne zmierzające do oznaczenia głosek pewnej g w a ry lub pew
nego obszaru językow ego.
-
79
-
P ierw szą zasadą zbieracza jest lub być powinno stosować
obrany przez siebie alfabet ściśle fonetycznie t. j. oddawać na piśmie
przedewszystkiem w ym aw ianie ze w szystkiem i jego subtelnościam i,
Przyczem trzeba brać na .uwagę p r z y . w ym aw ianiu nie tylko poje
dyncze dźwięki, głoski i w yrazy, ale także całe zdania, w których
przy połączeniu w yrazów dźwięki oddziaływ ają odmiennie na siebie
aniżeli w środku w y razów ; np. spółgłoski dźwięczne na początku
w y razu upodobniają końcowe spółgłoski w yrazu poprzedzającego,
podczas gdy w środku w yrazu ty lk o dźwięki sam oistnie p arzy ste
działają w ten sposób upodobniające : tjci, k!g, p/b, sjz, f\v... ł a v k a ==
ł a f k a , w ó d k a = v ó t k a i t. d , b r a t , g l i n a , i td., p r a w y ,
k l i n , i td. Tymczasem w połączeniach w yrazów , jeżeli w yraz n a stę
pujący zaczyna się od jednej ze spółgłosek r, l, ł, m, m’, n. n, j ,
albo też od samogłoski, nie m ożliwą jest spółgłoska głucha na koncu
w y razu poprzedzającego, o ile on do następującego ściśle fonetycznie
przylega, ale miejsce jego zajm uje spółgłoska odpowiednia dźw ię
czna пр. пай igłową, róó dobrze, ra d /estem , pod oknem.
Co się ty czy pojedyńczych grup głosek polskich, to dźwięki
wargowo-średniojęzykowe : p , b’, f , w’, m’ ty lk o u mniejszości
Polaków w ym aw iane są pojedynczo, przy jednoczesnem działaniu
w a rg i średniej części języka. N atom iast idąc k u północy obszaru
językowego polsk., spotykam y najprzód dyftongi spółgłoskowe p’],
Vj, f j , v’j, m’j, przyczem w połączeniach z głuchem i p ’, f , drugi
sk ład n ik j w ym aw ia się również głucho, na podobieństwo niem ie
ckiego ch w ich. W tych połączeniach może także pow stać i niesylabowe, k tó re tw orzy z następująeem i samogłoskami dyftongi sa
mogłoskowe jak np. p ’j a s e k, b’j a ł y, v ’j a d o m o, m’j ę s o i t. d.
Dalej na północy d ruga część dyftongów spółgłoskow ych p ’j, b’j,
v’j, m’j upodobniła się poniekąd do pierwszej, sta ła się spirantem
lub spółgłoską nosową i w ten sposób w yw inęły się pś, bż, vż,
mh : p ś a s e k , p ś i v o , b ź i a ł y ,
kobźiła, vźilk,
mńęso,
a z połączeń vź, mh pow stały wreszcie i , ń : ź i l k , ń ę s o .
Sum ienny zbieracz m ateryałów gwaroznaw czych powinien do
kładnie określić, ja k w danej okolicy w ym aw iają spółgłoski w a r
gowe miękkie, t. j. jak ie głoski lub też połączenia głosek danej
g w a ry odpow iadają spółgłoskom w argow ym miękkim ogólnego ję
zyka polskiego.
Szereg spółgłosek tylno językow ych (gardłow ych) k’, g’, ch’, h'
przedstaw ia również pew ną chwiejność gw arow ą, t. j. słabsze lub
silniejsze zmiękczenie, k tó ra jednak na gruncie ogólno polskim posuwa
się w ciasnych granicach. N atom iast u K a izubó ,v spotykam y za
—
80
—
m iast ty ch spółgłosek tylno językow ych spółgłoski przedniejęzykow e
albo też praw ie w yłącznie średniojęzykowe, ja k n. p. ć i j (kij), m a t ó i
(m atki), d ź i b ó i (gibki), m n o d ź i (mnogi), n o d ź i (nogi)....
N ależy też określaó, w jakich w ypadkach w odpowiedniej g w a
rze spółgłoska ch w ystępuje jako miękka, a w jakich znowu jako
w yłącznie tw ard a, ózy mówi się c h ’i t r y , c h ’i b a , m u c h ’i, s u c h ’i,
m a r c h ’e w czy c h y t r y , c h y b a , m u c h y , s u c h y , m a r c h e w . . .
W szeregach spółgłosek średniojęzykow ych: ś, i¡, ć, dż, ń, V
zachodzi również cbwiejnośó w ich w ym aw ianiu między „t w ar dem i“
czyli nie-średnio językow em i s, z, c, dz a między sz, і , сг, dz, po
środku któ rych stoi w ym aw ianie á, i, é, dà z silną przew agą po
stronie szumu średnio językowego, co może być uw ażane za typow e
w ym aw ianie polskie. Pojedyncze stad y a tej w ym owy gw arow ej
przedstaw iają się w ten sposób : s¡, z b c,, dzi — ś, ź, é, dà, — sz \ à’,
os’, dz’ — sz, z, cz, dz.
W gw arach kaszubskich używ ają się s, z, c, dz ( d z e c e zam.
d z i e c i , s ó ł a , z ó m a zam. s i ł a , z i m a i t . р.), co jeżeli pow tarza
się w gw arach bezsprzecznie polskich, winien zbieracz m ateryałów
gw arow ych z całą dokładnością określić. Również winno się baczną
zw racać uw agę na chwiejność dźwięków n i l ’ między n a j i m ię
dzy l (bez zbliżenia średnio-językow ego) a j, o ile w danej gw arze
w ystępuje ta lub owa m odyfikacya wym owy, w jak ich w ypadkach
i połączeniach.
W szeregu spółgłosek w a r g o w y c h (labiales) p, 6, m ,/ , w
dźw ięki f i w mogą być albo zębowo-wargowym i, t. j. w ym aw ia
nym i za pomocą zbliżenia dolnej w argi do górnych zębów, albo też
dw uw argow ym i (bilabiales), w ym aw ianym i za pomocą zbliżenia obu
w arg. P rz y jednem lub drugiem w ym aw ianiu w pewnej gw arze,
w y starczy ogólna uw aga o tern w ym aw ianiu bez uciekania się do
osobnych znaków, jeżeli natom iast panuje dwuwargowość jedynie
w pew nych połączeniach obok zw yklejszej zębowargowości lub od
w rotnie, w takim razie konieczną je st rzeczą używ anie osobnych
znaków. N a ten cel proponuje prof. В. znaki / , v na oznaczenie zębo
wargowości a
w na oznaczenie dwuwargowości.
D j spółgłosek w argow ych należą także ü, w połączeniu w nie
któ ry ch gw arach z sam ogłoskam i o і м i stanow iące z sam ogłoską
o dw ugłos sam ogłoskowy uo ( u o ó e c i t. d.), oraz ł w w ym aw ianiu
większości Polaków, ň zlew a się częstokroć z w dwuwargowem, dla
k tó ry ch w ystarczy w takim razie zw yczajny znak w. Jeżeli nato
m iast zachodzi choćby ty lk o najm niejsza różnica między ň a w,
wówczas należy pisać oba te znaki.
—
8i
—
Dźw ięk І może być w argow y oznaczony przez u, k tó ry szcze
gólnie przed sam ogłoskam i o i u w y tw arza się, lub też w pewnych
razach może być zesam ogłoskowany, albo też w przeciw ieństw ie do
tej n a tu ry samogłoskowej je st spółgłoskow y i to przedniojęzykow y,
k tó ry ja k o typow o polski uw ażany być może, lub też ty ln o
językowy.
Znak rz oznacza rzadko dw a osobne dźwięki ja k w m a r z n ą ć :
m a r - z n ą ć , zw ykle pojedynczą śpółgłoskę ž lub S (sz) a w n ie
któ ry ch gw arach i w w ym aw ianiu niektórych osób dwugłoskę
spółgłoskow ą, której d ru g ą część stanow i w yraźne ž lub g a pierw
szą osłabione, zredukowane r. B yłoby więc rzeczą w skazaną, żeby
używ ać znaku rz dla w yrażenia dwuch osobnych dźwięków, n ato
m iast w tych razach, w których w ym aw ia się jako dźwięk ž lub g,
używ ać odpowiednich ty m dźwiękom znaków ž, g, w w ypadkach zaś,
w k tó ry ch czy to w gw arach, czy w wymowie indyw idualnej,
słyszy się dw ugłoska spółgłoskowa, przyjąć połączenie znaków rž irg.
Z am iast złożonych znaków sz cz dz proponuje prof. В. poje
dyncze š č i analogiczne także ž. W wymowie panuje chwiejność
pomiędzy szeregiem dźwięków, s z, c, dz i ś, ż, ć, dz a S, ž, <5,
dž. Chwiejność tę należy ściśle oznaczyć czy nie w ystępuje ś, ć,
ż, dż, obok s, z, c, dz, lub naw et g, ž, č, di, obok s, z, с, dz, zależnie
od warunków fonetycznych i połączeń głosowych.
Podobnie się m a rzecz z dźwiękiem ř (rz), k tó ry może prze
chodzić przez te w szystkie stopnie wymowy, co poprzednie.
Dźwięk r je st we w szystkich gw arach polskich przednio-językowym, a ty ln o językow ym i to r uvulare lab g u ttu ra le tylko
u niektórych osobników. Zachodzi pytanie, czy t a wymowa in d y
w idualna nie zapuściła szerszych korzeni i nie sta ła się zjaw iskiem
gwarowem. Również zw racać należy uw agę na to, czy nie używ a
się w jakiej gw arze polskiej r m iękkiego czyli średnio-językowego ?
Co się ty czy spirantów tylno-językow ych ch i li, to różnica
ich w ym ow y żyje w pewnej grupie gw ar polskich, w drugiej n a
tom iast, nierów nie liczniejszej różnica ta nie istnieje; co pow tarza
się tak że na końcu w yrazu przed dźwięcznemi głoskam i następują
cego w yrazu. W K a rp atac h polskich i na Podkarpaciu dźwięk ch
przeszedł albo w h albo też w h, co au to r przypisuje prawdopo
dobnemu w pływ ow i obcemu jakiegoś plem ienia niesłowiańskiego.
D la oznaczenia graficznego tej różnicy dyalektycznej proponuje
prof. В. dla sp iran ta dźwięcznego h znak grecki y, a dla sp iran ta
głuchego tylno-językow ego znak x lub grecki
—
82
—
W zakresie spółgłosek powinno się jeszcze zw racać uw agę na
następujące szczegóły : n a możność istnienia w pewnej gw arze dwo
jakiego j, jednego silniejszego, bardziej Spółgłoskowego j i drugiego
słabszego, bardziej „samogłoskowego“ i]
n a różne stopnie „zm iękczenia“ spółgłoski n, ń\
n a dokładne oznaczenie n ty ln o językow ego, o ile ono isto tn ie
sp otyka się w danej gw arze;
na odróżnianie spółgłosek osłabionych i zredukow anych t, p,
k, s i t. d. od opowiednicb im mocnych i psychicznie wyodrębnio
nych, oraz n a dokładne określenie w arunków fonetycznych, w k tó
ry ch następuje owo osłabienie czyli redukcya ;
na staran n e oznaczanie w szystkich wypadków, w których
w danej gw arze zjaw iają się głuche, niegłośne r, ł, l, m, n, ń ;
na g ru p y spółgłoskowe kw, tw, sw, xw, (chw)... mogące być
w łaściw ie grupam i k f tf, sf, xf, ja k to zachodzi u większości Po
laków , albo też grupam i z dokonywającem się podczas ich w ym a
w iania przejściem od bezdźwięczności do dźwięczności, ja k to można
słyszeć z u s t Polaków z okolic językowo-m ieszanych, polsko-małoruskich, polsko-białoruskich lub polsko-litew skich ;
n a różne odcienie w w ym aw ianiu g ru p spółgłoskowych, zjednej
stro n y b ř, (b r z ), g ř , d ř , d ř, m ř, w ř...., z drugiej zaś p ř , t ř , x ř.
Co się tyczy sam ogłosek ta k zw anych, „pochylonych“, á, ó, é,
to zbieracz m ateryałów gw aroznaw czych powinien dać nam odpo
wiedź, czy w danej gw arzo istnieje osobne a pochylone i w jakich
w yrazach ? Jeżeli tak , to w ja k i sposób i w jakim stopniu różni się
ono od sam ogłoski o? Podobnie m a się się spraw a z pochylonemi
ć i d i w razie ich egzystencyi czy różnią się one od і (у) i u,
lub też czy z la ły się z niemi w jedno w yobrażenie samogłoskowe ?
P rz y oznaczeniu m iękkości spółgłosek za pomocą znaku i: pia
pio... je s t prof. В. za w yrażeniem jej za pomocą kreskow ania p ’a, p ’o,
w razie przeciw nym powinien zbieracz objaśnić, jak ie znaczenie
nadaje pojedynczym literom i ich połączeniom.
Poniew aż w w ym aw ianiu polskiem istnieją rozm aite odcienie
sam ogłoski i, oznaczonej w alfabecie polskim przez i i y, zależnie
od połączenia czy to z poprzedzającą spółgłoską m iękką, czy też
tw ard ą, potem także od um iejscowienia poprzedzających j ą spółgło
sek, przeto przy zapisyw aniu właściwości gw arow ych trzeba zw ra
cać uw agę na te odcienie tej sam ogłoski. To samo służy także
o samogłosce e.
Co się ty czy dźwięków sam ogłoskowych nosowych, to ponieważ
każda sam ogłoska czysta może skutkiem otrzym ania w jam ie noso
—
83
wej rezonancyi stać się nosową, przeto winien zbieracz m ateryałów
gw arow ych skonstatow ać, które z ty ch samogłosek nosowych i w ja
kich połączeniach sp o tykają się w danej gw arze. Dalej winien
dokładne dać określenie, kiedy w ystępują czyste sam ogłoski nosowe,
kiedy połączenia samogłosek nosowych z następującem i spółgłoskam i
nosowemi (cim, ęm..,, ąn, en..., itp.j, albo też połączenia samogłosek nienosowych ze spółgłoskam i nosowemi (am, em, om, an, en, on, itp.j,
a kiedy po p ro stu zw ykłe sam ogłoski nie-nosowe.
K ażdy zbieracz powinien pilną zw racać uw agę n a wszelkie
głoski niezw ykłe, nie spotykane w ogólnym języku polskim, a cha
ra k tery sty czn e dla danej gw ary, określając dokładnie, w jakich
połączeniach i w jakich w arunkach fonetycznych one w ystępują.
N ajprostszym środkiem wiodącym do tego celu je s t dokładne zapi
syw anie tekstów , t. j. opowiadań, przysłów , pieśni, rozmów i t. d.,
k tóre pow inny dać odpowiedź, między innemi, na następujące p y ta
nia : Czy w danej gw arze nie m a czasem osobnych samogłosek
nosowych, samogłosek w tórnych (sekundárnych), lub osobliwych
samogłosek nie-nosowych (n. p. q pochylone) pow stałych z samo
głosek nie-nosowych pod wpływem sąsiedztw a ze spółgłoskam i no
sowemi? Czy nie rozw inęły się sam ogłoski w tórne w pew nych
grupach spółgłoskow ych, n. p. między m i x g ru p y m x (mchy) lub
między m i n g ru p y mn?
Czy niem a w danej gw arze samogłosek ö, ii, lub dyftongów
samogłoskowych, zastępujących p ro stą samogłoskę o w rodzaju oe
ue, uo, üö i t . p. ? N areszcie każdy zbieracz powinien stosowną
zw racać uw agę na 1) akcent w yrazów i zdań, o ile on odstępuje
od przeciętnego akcentu polskiego; 2) na iloczas spółgłosek i samo
głosek t. j. na m ożliwą różnicę między spółgłoskam i i sam ogłoskam i
długiem i i krótkiem i; 3 ) na pauzy między wyrazowe, t. j. na sposób
rozdzielania fonetycznego wyrazów , następujących po sobie w mowie
bieżącej.
Dr. A . Kalina.
ROZMAITOŚCI.
Przyczynek do „prima aprilis“*). Także u ludu w Słotwinie,
pow iat Żywiec, istnieje zwyczaj zwodzenia w dniu 1. kw ietnia.
Dzień ten nosi nazwę „zwodziciela“.
O początku i pochodzeniu nic nie opowiadają, chyba to, co
zawsze p rz y zw yczajach tradycyjnie przestrzeganych: „Tak było
*) zob. »Lud« VI, str. 297.
-
84
ju s z dowien downa za n asyk pradziadków “. Nieznane są tak że
form ułki stałe, ani żadne śpiew ki lub zw roty. Dawniej, ta k jeszcze
przed 50 . la ty , zwyczaj ten m iał o wiele większe znaczenie niż dzi
siaj ; w szyscy się wzajemnie zwodzili. B y ł także w tedy we wsi j a
kiś „figlorz“, k tó ry potrafił wywieść w pole połowę grom ady, a po
tem się w yśm iał. Po nim to jeszcze do dnia dzisiejszego u trz y m a ł
się w pamięci 70 letniego starca tego rodzaju wiersz, k tó ry jako
lis t w dzień „zwodziciela“ w y słan y by ł do gm iny:
P isała sroka
do ham erdoka
na kobylim gnocie :
tego p isarza w grom adzie
za łajdoka mocie,
a sto batów dnia dzisiajsego
wypolić mu mocie.
Jeszcze dzisiaj, głów nie młodzi, ale i starsi także, próbują
kogoś zwieść. Chodzi o to, ażeby ktoś po p atrzał lub poszedł tam ,
gdzie nie zobaczy ani nie znajdzie zapowiedzianej rzeczy. Dzieci za
dow alają się lada b łah o stk ą: „na paréno, jakiżeś to zbabraný na
nosie“, „na kaześ ta k gacie o starg o ł“ i. t. p. S ta rsi m ają ż a rty
grubszego rodzaju. T ak zdarza się, że ludzie najspokojniej siedzą
sobie p rz y śniadaniu, jeszcze im „zwodziciel“ na m yśl nie przyszedł
a tu w pada ktoś od „spólnika“ i z m iną w ystraszoną, zadyszany
w rzeszczy: „poćcie, poćcie jéno, bo sie wam krow y straśnie bodąm !“
i ucieka jeszcze prędzej niż przypadł. A ci rzucają łyżki, pędzą
„do sk o k u “ k u „sopie“,a tam krow y także w spokoju „ćw ięnkująm “.
T eraz się dopiero przypom ina „zwodziciel“.
Jan JaJcóbiec.
Odezwa w sprawie nazwy Indowej „Lach“ i jej pochodnych form.
N iem al w całej zachodniej (falicyi jest jeszcze dotąd między ludem
wiejskim i małom iejskim w używ aniu nazw a „L ach “ i inne od niej
urobione form y ja k „L a ch y “, „Lachów ka“, „lachoski“, „lachocina“,
„lachocinka“ i. t. d.
Oznacza ona lud m ieszkający na północnych stokach K a rp a t
w zachodniej G alicyi aż poza Wisłę, a poboczne jej form y ozna
czają odrębne właściwości tego ludu n. p, „ L a c h y “ m ają odrębną
swoją mowę “lachoską“, swój strój „lachoski“ — „L achów ki“ w y
piekają k u k iełki zwane „lachocinam i“ albo „lachocinkam i“ — noszą
białe chustki na głowie zwane „lachów kam i“ i t. p.
■N azw a „L ach“ w ystępuje zarówno w mowie ja k i w pieśniach
ludu „lachoskiego“ — w jego „k isto ry jk ag “ i różnego rodzaju
„godkag„ — najczęściej w przeciw staw ieniu do „Groroli“ zamieszku
jących K a rp a ty , n. p. „D a moja Mamuniu, weźcież mie z Lacham i,
bo mi tu jes tęsno m iędzy Go rolam i“. „Nie wezno mie L achy,
wezno mie Gorole — Da moja Mamuniu, kupcież mi korole !J „Nie
boje sie muchy ani zodny gady — nase Lachy zuchy, dadzo sobie
—
86
—
r a d y “. „Tam na w zgórku na zielonym, gdzie D unaja płynie woda,
siadła z włosem rozpusconym Dachówka m łoda“. „Roz w karcm ie
dziekanoski p iły L achy z Dachówkami — a p rz y sły nase chopy
łod Stróże i kciały sie przenocować, chojdze i w t y karcmie*. S ta re
polskie przysłow ie; „S trachy na L achy (a nie na Polaki)* przeciw
staw ia pogan — „Lachów, k tó rzy jeszcze byli bałw ochw alcam i
i w ierzyli w „S trac h y “, chrześcijanom — „Polakom “, k tó rzy p rz y
jęli chrzest i „S trachów “ przestali się bać.
N azw a „L ach“ i jej pochodne form y, dotąd zachowane śród
ludu polskiego, je s t cennym zabytkiem dla histo ry i pow stania n a
szego narodu polskiego ; postanowiłem ją więc gruntow nie zbadać
i obecność jej wśród naszego ludu ja k najdokładniej wykazać.
W ty m celu udaję się do P. P. nauczycieli i nauczycielek
wszelkich kategoryj, księży, urzędników, notaryuszy, adwokatów,
sędziów, właścicieli dóbr, wójtów, pisarzy gm innych i t. p. — sło
wem do w szystkich osób, które z ludem zachodniej Gralicyi m ają
jak ąkolw iek styczność i używ anie tej nazw y w raz z jej pochodněmi
formami obserwować mogą, z prośbą, aby zechcieli pomódz mi do
zbadania ta k bardzo ważnej kw estyi naukowej i w ten sposób
przysłużyć się ludoznaw stw u polskiemu, odpowiadając mi na n a stę
pujące p y ta n ia ;
1) Czy w okolicy zamieszkanej przez P an a (Panią) używ any
jest w mowie ludowej (wiejskiej lub małomiejskiej) w yraz „L a c h “
i jego poboczne form y ja k „L ach y “, „Lachów ka“, „lachoski“, „lachocina“i t. p.?
2) K to go używ a i w jakiem znaczeniu? (Tu proszę przytotoczyć całe zw roty i ustępy, a naw et podania, gadki, śpiewki, za
gadki, przysłow ia i. t p przykłady, w których ten w yraz lub jego
pochodne form y w ystępują!).
3 ) Czy w yraz „L ach“ i jego poboczne form y w Pańskiej oko
licy są znane ty lk o niektórym osobom, czy też są w używ aniu powszechnem ?
4) Jeżeli są znane ty lk o niektórym osobom, to proszę w y
mienić ich nazw iska i miejsce ich stałego pobytu — jeżeli są
w używ aniu powszechnem, to proszę podać mniej więcej, ja k daleko
sięga to powszechne używ anie w yrazu „L ach“ i jego form.
5) Czy to używ anie powszechne rozciąga się tylko na jedno
miejsce, na jeden powiat, czy obejmuje więcej miejsc i powiatów ?
Proszę je wymienić.
6) Czy ten w y raz „L ach“ znany jest także w innych okolicach
Polski, ťan u (Pani) wiadomych? W których?
7) Czy obok nazw y „L ach“ nie używ a miejscowy lud dla
oznaczenia siebie lub swoich sąsiadów jeszcze innej jakiej nazw y
ja k Polak i M azur ? Od ja k daw na ?
8) Jeżeli w okolicy Pańskiej nieznana je st nazw a „ L a c h “,
„Lachy" i t. p. to ja k się ten lud, z którym się P an (Pani) sty k a,
nazyw a, lub ja k go nazyw ają inni?
7
—
86
—
9)
C z y znane P an u (Pani) ludowe podania o tem, skąd przyszły
„L a ch y “ i dlaczego nazyw ają się „L acham i“ ? Jeź li znane, proszę
je przytoczyć!
Odpowiedzi na powyższe pj^tania, opatrzone dokładnym adre
sem au tora, proszę mi przysłać do T arnow a (lub do redakcyi L u d u '.
K to b y życzył sobie pewnego w ynagrodzenia za swoje odpo
wiedzi i zw rotu kosztów przesyłki, zechce w yrazić to w osobném
piśmie dołączonem do przesyłki.
Prof. Ludw ik Młynek.
Trzy formuły zamawiania, „ ż a b ą “ lud nazyw a białe na języ k u
a więcej i częściej pojawiające się pod językiem chrosteczki. Chrosteczki te, połączone z silnem ślinieniem, objaw iają się u takich je d
nostek, k tó re rzadko czyszczą jam ę u stn ą i chyba wtenczas, jeżeli
wody używ a jako napoju. Najczęściej też nawiedza „żaba“ małe
dzieci, chociaż u skarżają się na nią i ludzie podeszli wiekiem.
Jeżeli na „żabę,, się nic nie „ rad zi“, to ona posuwa się coraz
dalej ku przełykow i i w tedy przem ienia się w „szkołę", k tó ra za
czyna „dusić“, ta k , źe mówić nie można. Jeżeliby i w tedy jeszcze
chory nie leczył się (n atu raln ie zaźegnyw aniem ), to ze „szkoły“
w y tw o rzy się „szkorbut“, k tó ry m u może „u g ry ść“ język. D latego
też k ażdy naw iedzony t ą chorobą (nie w yjm ując żydów, com na
w łasne oczy w idział) udaje się do zamawiacza. Ten z pow agą p y ta
się o im ię p acyenta i dopiero po odejściu tegoż zaczyna chorobę
zażegnywać. W pierw jednak poleci, aby w domu zmywano choremu
języ k ln ian ą szm atką zm aczaną w letniej wodzie. T eraz zdejmuje
czapkę, sk ład a ręce nabożnie, zw raca się do obrazów i zaczyna
pocichu odmawiać zaklęcie :
„Pozw olił P an Jezus „żabicy“ kąsać — ale nie pozw olił jad u
rozpuszczać — nie swoją pomocą -— ale P an a Jeeu sa pomocą —
Najświętszej P an n y M aryi pomocą — Świętego S ebastyana po
mocą — i Św iętych Trzech K rzyżów pomocą. (Tu robi ręką trz y
ra z y znak krzyża.) Ś w ięty S ebastyanie racz się przyczynić za N.
(tu w ym ienia imię chorego) i ja k Bożemu N arodzeniu nie szkodziło
ta k i tem u żeby nie szkodziło od „żaby“ — ani od „żabicy“ —
ani z rodziny i potom stw a jego nie szkodziło“.
T ak odm awia dziewięć razy, i zdarzały się w ypadki, ja k mnie
zapewniano, że, zanim chory przyszedł do domu, ju ż mu się „nalż y ło “.
K iedy przekładałem , że w zabobony nie trzeba wierzyć, gdyż
takow e kościół zakazuje, tłum aczyli się, „że to przecież nie je st
grzechem, bo w tem są słowa święte, zresztą, widać to praw da,
skoro się im n alży ło “. Zażegnyw anie to je s t znane, o ile mnie w ia
domo, w północnej części pow iatu bocheńskiego i brzeskiego.
Łuszczka względnie pieniążek.
D rugą znaną mi cho
robą, k tó rą lud leczy zaźegnyw aniem je st ta k zw ana „łuszczka“ .
-
8^
—
J estto choroba oka. Robi się nasamprzód na białku oka m ała
chrosteczka, i ta, gdy nie jest jeszcze sta rta , nazyw a się „pieniąż
kiem “. G dy ta chrosteczka zostanie sta rta , albo też sam a pęknie,
w tedy oko zaczerwienieje, chory nie może patrzeó i zdaje mu się,
źe mu coś oko zasłania T a druga faza choroby nazyw a się „łuszczką.“ .
Z chorym na „pieniążek“ lub „łuszczkę“ przychodzą do znachorki, a ta żegna mu oko krzyżem św. trz y razy, i jeżeli „pie
n iążek“ lub „łuszczka“ znajduje się na oku od strony nosa, to
znachorka „chucha“ trz y ra z y n a nią tak , „ażeby nie w eszła na
źrenicę“, jeżeli zaś znajduje się ze strony przeciwnej, to „chucha“
od strony nosa w ty m samym celu. Po tej czynności zaczyna po
cichu odm awiać:
„Sła Naświęca P anięnka z Panem Jezusem druzką (drogą) —
S potkała sie z „piniązkiem “ i „łu sk ą“. — P y ta sie: — „Kęj idzie
cie?“ — „Idziew a ludziám осу zasłaniać“. — „Ludziám ocuw nie
zasłaniajcie — Idźcie na góry — na lasy — W morzu wodę pijcie
— kam ięnie drobne zbirájcie“.
T eraz z n a 'horka i pacyent „odm awiają razem trz y Zdrowaś
M aryja, a piniązek albo łu sk a pewnikiem zginie“.
Jeszcze słyszałem inną form ułkę zam aw iania „łuszczki“ i „pie
n iążk a“, ja k mnie zapewniano, chociaż wydaje mi się z jej treści,
że może służyć do zam aw iania wszelakich innych chorób :
„Bólu, bólu bolejący! — K to eie d ał? — Bóg wszechmogący, —
Nie z moją wolą — nie z m o ją' mocą — ty lk o węjć za B oską
pomocą“.
Teraz znachorka „chucha“ na szm atę lnianą trz y razy, żegna
ją krzyżem św. trz y razy, następnie odwraca się do chorego tyłem
i nad szm atą odmawia sama, jedno „Zdrowaś M ary a“, a w ten
sposób przysposobioną i zaopatrzoną szm atę w moc cudowną, każe
maczać w letniej wodzie i przykładać na oko, a „nalży sie“.
N a „łuszczkę“ względnie „pieniążek“ ludzie leczą także cho
rego w ten sposób, że zasypują m u w oko drobno tłuczony cukier,
proch z ty to n iu , tabakę, drobniutko utłuczone szkło (Łęki, pow iat
Brzesko), lub zapuszcza oko miodem za pomocą piórka.
„Ł uszczkę“, względnie, ja k lud nazyw a „łuskę", uw ażają za
cieniutką błonkę, podobną do łu sk i rybiej, od czego też między lu
dem prawdopodobnie nazwę dostała.
Stanisław Czykewicz.
—--siüHa-—
ROZBIORY i SPRAWOZDANIA.
„ ’W i s ł a " tom XIII. W arszawa 1899 rok.
Poważny tom o przeszło siedmiuset stronicach druku rozpoczyna praca Ë.
M a j e w s k i e g o „Nietoperz w pojęciach i praktykach ludu naszego“. Jest to niejako
dalszy ciąg studyów tego autora o zwierzętach, pomieszczonych w poprzednich to
mach „W isły“, a rozpoczętych bardzo cenną monografią p. t. „W ąż“. Przetrząsnąw-
—
88
—
Szÿ mozolnie wszystkie zbiory materyaľów etnograficznych, zawarte w nich szcze
góły o nietoperzu zestawił autor w rozdziałach: 1. nazwisko, 2 . przysłowia, przy
powieści, porównania i przenośnie, 3. podania, baśni, opowiadania wierzenia, p o
glądy, 4. obyczaje, zwyczaje, praktyki, zabobony, 5. czary, gusła, zamawiania,
zażegnywania, 6 . wróżby i przepowiednie. Ogółem zebrał autor i uporządkow ał 73
różnych szczegółów o nietoperzu pod względem etnograficznym. W ten sam sposób
opracował p. M a j e w s k i w tym samym roczniku „W isły“ drugą monografię p. n.
„Sowa w mowie i w pojęciach ludu naszego“, gdzie pomieścił znowu kilkadziesiąt
szczegółów etnograficznych. W dalszym ciągu pracy podpisanego: „Świat nadzmysłowy ludu krakowskiego, mieszkającego po prawym brzegu W isły“, pomieszczony
jest w tym tomie rozdział: „Czart“, w którym starał się autor na podstawie 116
baśni przedstawić, jakie pojęcie ma lud krakowski o czarcie. Charakterystyczną jest
ta okoliczność, że znaczna liczba podanych tu baśni podobna jest bardzo, a niekiedy
nawet zupełnie zgodna z baśniami ludu serbsko-łużyckiego, zebranemi w dziele Adolfa
Czernego : „Istoty mityczne u Serbów łużyckich“. Na podstawie tego faktu można
twierdzić, że baśnie te są bardze stare, bo musiały być już w łasnością obydwóch
narodów, zanim polityczne wypadki rozdzieliły je przed ośmioma wiekami i zerwały
między niemi wszelkie stosunki do tego stopnia, że jeden naród nie wie prawie
dzisiaj o drugim .— A. S t r z e l e c k i ukończył w tym tomie bibliograficzną pracę, którą
przez kilka lat prowadził p. n. „Materyały do bibliografii ludoznawstwa polskiego“,
dzieła i artykuły z lat 1878—1890 i pomieścił w niej 2237 tytułów dzieł, rozpraw
i artykułów. Dr. W. N a ł k o w s k i umieścił kronikę geograficzną za rok 1899, w któ
rej zdał sprawę z najnowszych badań i odkryć etnograficznych. Czytamy tu o me
todyce geografii, pomiarach ziemi, ruchach skorupy ziemskiej, o znaczeniu bieguna
półkuli lądowej, ; wulkanach, składzie gruntu, wietrzeniu, erozyi, morenach, równinach
denudacyjnych, rzekach, zmianach rzek, oceanach, anomaliach temperatury na po
wierzchni morza, badaniach polarnych, lodowcach i epoce lodowej, tworzeniu się
lodu w jaskiniach, cyklonach, pyle atmosferycznym, wpływie klimatu na plastykę
powierzchni ziemi i geografii szczegółowej. W końcu tej bogatej kroniki podaje
autor odnośną bibliografię, obejmującą 29 najnowszych dzieł z zakresu geografii i jej
nauk pomocniczych J. R a d z i u n d i n a s opisuje szczegółowo największe jezioro
znajdujące się w Królestwie Polskiem w gubernii Suwalskiej, a noszące nazwę Dusia.
A. S o l o n i „Lud wiejski w okolicy Przew orska“. Dokończenie pracy, o której w spo
minałem już, zdając sprawę z poprzednich roczników „W isły“. Tutaj pomieścił
autor „Pieśni i tańce“ z melodyami, obejmując pieśni 134 a melodyj 54 i wreszcie
słownik gwarowy z 373 wyrazów. S. R o ż n i e c k i podał artykuł „Duńskie podania
ludowe o Polakach“, do których wątku miał dostarczyć pobyt Polaków w Danii
w 1659 roku. Ciekawym byłby zb ór opowiadań, bajek i anegdot naszego l udu
o Niemcach i Czechach z czasów pobytu ich w Galicyi w pierwszej połowie XIX
W. na różnych stanowiskach urzędowych. G. J. Z i e l i ń s k i „Obraz gubi duszę“
— przesąd rozpowszechniony prawie u wszystkich ludów, stojących na niskim stop
niu kultury -— H. S o s n o w s k a podaje „Opowiadanie ludowe z okolic Chodcza
w powiecie Witosławskim „O złotej jabłonce która rodziła złote jabłka“ a poryw ał
Je ptak złoty. — J. K i b o r t „W ierzenia ludowe w okolicach Krzywice w powiecie
W ilejskim“. Jest tutaj kilka modlitw ludowych, kilkanaście zamawiań i zażegnywań
wreszcie opis całego życia wieśniaka od kolebki do grobu. — K. K i e t l i c z - Ra y s ki
zebrał „Kilka bajek i śpiewek z M ałopolski“. — M. R a w i c z - W i t a n o w s k •
„Z wycieczki na Podlasie“. — M. E. B r e n s z t a j n „Kilka (6 ) podań żmujdzkich“
— M . W a w r z e n i e c k i „W iara w sny u T urków “. — M. K u c z „O dziadku co
-
89
-
łaził po bobrze, żeby mu Pan Bóg dał dobrze“, opowiadanie z Bilczy w powiecie
Sandomierskim. — A. J. P a r c z e w s k i „Potomkowie Słowian w Hanowerskiem“.
— J. W it o r t „Ślady ustroju matryarchálnego na Litwie. Nadomnictwa“, którem ijest
wejście małżonka do domu żony, o ozem u nas wyrażają się, że ktoś „przyżenił
się“. — M. W a w r z e n i e c k i „Proces o czary w 1721 r.“. - r R. Z a w i l i ń s k i
„Drobiazgi ludoznawcze w Bieńkowie pod Siepraniem w powiecie Wielickim w Galicyi“ obejmują kilka pieśni, powiastek, legiend, fraszek i zagadek. — W. B u c z a ń s k i opisuje „Wesele u ludu wiejskiego w Sieradzkiem“. — Z. B i t n e r „Baśni (3)
z nad Śreniawy“. — A. D e r e w i ń s k a „Nad granicą pruską“ na Litwie, opisuje
lud, jego zajęcia, mieszkania, zwyczaje i obyczaje, przesądy i t. d “. E. M a j e w s k i
„Kuchnia przeddziejowa“ według odczytu Jerzego Buschana, w której zapoznaje
autor czytelników z życiem ludów w epoce przedhistorycznej na podstawie ostat
nich wyników nauki. — L. M ł y n e k „W anioły i djabły“ zabawa dzieci wielickich.
— G. P a s z k i e w i c z opisuje „Obchód sobótki w okolicy Sandomierza“. L. M a g i e r o w s k i „Zagadki ludowe z Jaćmierza i Posady Jaćmierskiej“ w liczbie 88 . #p
Tak bogatą treść uzupełniają nie mniej „Poszukiwania“, w których zajmują stałe
rubryki: 1. Lecznictwo, 2. Obszar etnograficzny, 3. Kula, 4. Chata, 5. Przysłowia,
6 . á pochylone, 7. Zwyczaje prawne, 8 . Pismo obrazowe, 9. Pojęcia ludu o przy
rodzie, 10. Nazwy topograficzne, l i . Piłkalnie, 12. Niecenie ognia za pomocą tarcia,
13. Pamięć o zmarłych, 14. Pisanki, 15. Żydzi na prowincyi, 16. Mak, 17. Czytel
nictwo ludowe, 18. Sobótka, 19. Jak sobie lud wyobraża istoty świata nadprzyro
dzonego, 20. Szwedzi, Tatarzy, Turcy, 21. Kołysanki, 22. Chleb. Znajdzie tu pilny
czytelnik nagromadzone skarby spostrzeżeń, zapisków, wyciągów drobnych, czasami
urastających do rozmiarów poważnych artykułów, jak n. p. w tym tomie: ¿Przy
słowia żydowskie zbio-u J. Bernsteina (ciąg dalszy), albo: „Chleb, jego znaczenia
w przesądach, lecznictwie i codziennem życiu zebrane na W ołyniu we wsi Surkowszczyźnie w powiecie Zwiabelskim“. — Wreszcie znajdujemy tu nieocenione dla
wszystkich pracowników na niwie etnografii nader sumienne i mozolne wyciągi rze
czy odnoszących się do ludoznawstwa p. n. „Etnografia w Słowniku Geograficznym“
doprowadzone do litery G- tudzież „Materyały do inwentarza ludoznawstwa pol
skiego“. Przegląd artykułów korespondencyj i wiadomości w zakresie ludoznawstwa
i krajoznawstwa zawartych w „Gazecie Radomskiej“ od początku jej istnienia (1884)
do 1894 r.“ p zez S. Jastrzębowskiego. — Galicyjskie czasopisma wyczekują z utę
sknieniem na takiego pilnego pracownika, któryby je sumiennie przetrząsnął i w ybrał
to, eoby badaczy rzeczy ludowych obchodziło. Rocznik XIII. „W isły“ zdobi jak
zwykle wiele udatných, ilustracyi.
Seweryn Udziela.
W ł a d y s ł a w D r a p i o w s k i . Pierwsze siady zajęcia się twórczością ludową w lite
raturze polskiej X I X wieku. (1800— 1818). (Odbitka ze Sprawozdania c. k. Gimnazyum w Rzeszowie). Rzeszów 1900. 8 ka. str. 32.
Rzecz sw ą rozpoczyna autor zaznajomieniem czytelnika z początkami zajęcia
się twórczością ludową na Zachodzie w drugiej połowie XVIII. w ieku; następnie
kreśli obraz budzenia się pod wpływem Zachodu identycznego ruchu w naszem
piśmiennictwie. Ruch ten rozpoczął się tłumaczeniem z obcych języków opisów p o
dro ;y, w których znajdowało się niemało szczegółów z zakresu etnografii. Docho
dziły nas też słuchy pieśni ludowej nie tylko z Północy i Zachodu, lecz także z Po
łudnia i W schodu (Chorwaci, Serbowie, Rosyanie). Powstanie kościuszkowskie zwró
ciło również baczniejszą uwagę u nas na »siermiężną brać«. — Wyrazem ówczes-
_
90
nego nastroju i wrażenia stały si? Bogusławskiego »Krakowiacy i Górale« i liczne
broszury, świadczące o głębszem zajęciu się ludem naszym.
Pierwszymi uczonymi, którzy u nas już na samym początku XIX. wieku
zwrócili uwagę na zwyczaje i obyczaje ludu, jego pieśni, bajki i zabobony, byli
Tadeusz Czacki i ks. Hugo Kołłątaj, a poniekąd i Albertrandy. Wszystkim tym jednak
chodziło li tylko o materyał naukowy potrzebny, według słów ks. Kołłątaja, »do
objaśnienia naszej historyi początkowej«. Głos ich nie pozostał bez skutku. W roku
1804. warszawskie Towarzystw o Przyjaciół nauk wydelegowało »deputacyę«. która
miała się zająć zebraniem materyału językowego, obyczajowego i t. p. wśród ludu
na Litwie. Z roku na rok przyczynki etnograficzne się mnożą, a ruch na polu ludoznawstwa skupia się głównie około Tow. Przyj. Nauk. Są to pierwsze przejawy
budzącego się prądu, który dopiero wartko popłynął od roku 1818 kiedy Adam
Czarnocki, w ydał głośne swe dzieło p. t. »0 Słowiańszczyźnie przed chrześciaństwem«, które zdobyło sobie w naszej literaturze naukowej epokowe znaczenie.
W tej rozprawie znalazły w yraz wszystkie niejasne, chwiejne i rozproszone dążenia
poprzedników Czarnockiego na polu etnografii.
Krótką wzmianką o tem właśnie dziele kończy p. Dropiowski sw ą pracę. Ci
w szyscy pisarze, o których w niej mówi, widzieli w zbiorach etnograficznych tylko
materyał naukowy, kilka z nich zaledwie, jakby intuicyjnie, odczuwało piękno wie
śniaczych śpiewów, legend i opowieści. Dopiero w tym samym roku, w którym uka
zała się wspomniana praca Chodakowskiego, Kazimierz Brodziński w głośnej swej
rozprawie » 0 klasyczności i Romantyczności« (1818) wypowiedział myśl, iż dla
poety świętym obowiązkiem jest czerpać natchnienie »z pieśni ludu, jako z natury«.
W tórował mu w tem Lach Szyrma, podnosząc w liście, ogłoszonym w tymże roku
w ażność pieśni ludowych. Ponieważ p. Dropiowski pracę sw ą O p i e r w s z y c h
ś l a d a c h z a j ę c i a s i ę t w ó r c z o ś c i ą l u d o w ą w l i t e r a t u r z e p o ' l s k i e j XIX.
w i e k u doprowadza — jak rzekliśmy — do roku 1818, przypominamy więc na
tem miejscu czytelnikom, iż jakby dalszym jej ciągiem jest obszerna praca p. Sta
nisław a Zdziarskiego p. t. P i e r w i a s t e k l u d o w y w p o e z y i p o l s k i e j X IX .
w i e k u . (W arszawa, 1901, str. VII i 590). Obie wyjaśniają, każda w swoim zakresie
bardzo wiele ciekawych i w ażnych szczegółów w dziejach naszej literatury.
Co się zaś tyczy omawianej pracy p. Dropiowskiego, to dodać musimy, iż
jest sumienną i krytyczną. Zawiera obfite wskazówki i liczne spisy dzieł, mogące
ułatwić szersze opracowanie poruszonego przez autora nader ciekawego i ważnego
tematu. Na tem miejscu tylko dodamy od siebie, iż mamy nieco wcześniejsze do
wody zainteresowania się u nas opisami zwyczajów i obyczajów ludu, jak również
usiłow ań wprowadzenia pieśni ludowej do literatury pięknej, niż te, które autor
w swej pracy na str. 5, 6 i 14 przytoczył. Nie potrzebnie też używa autor formy
niemieckiej »Kroaci« (str. 6 ) zamiast polskiej »Chorwaci«.
H enryk TJłaszyn.
J . Á . J a w o r s k i ] . Oczerki po istorii Uusskoj narodnoj słowiesnosti. I. Legienda
o pańszczyżnie. (Odbitka z „Nauczno-literaturnaoho Sbornika Galicko-russkoj Maticy“,
t. I, z. 1.). Lwów 1901. 8 ka str. 27.
W niewielkiej tej broszurce autor zajmuje się analizą legendy ukraińskiej
o pańszczyżnie. Zapisany przez siebie najpełniejszy i najbardziej charakterystyczny
tekst (hałycko-russkij) porównuje z waryantami tejże legendy, zapisanymi na Ukra
inie (4 waryanty), Białorusi (3 w ), W ielkorusi (4 w.) i Kaukazie (ruskie, 3 w.) ;
następnie ze stojącymi w blizkim stopniu pokrewieństwa legendami południowych
91
-
Słowian (1 serbska i 2 bułgarskie). Podobną legendę znajduje również autor U Finnów (niewątpliwie zapożyczona od W ielkorusów) i u Grimma.
Wszystkie te legendy, mające za przedmiot opowieść o grzeszniku (rozbój
niku), wypełniającym ciężką pckutę i odkupującym swe grzechy za pomocą nowego
„sprawiedliwego“ zabójstwa, znajdują się w bardzo blizldem pokrewieństwie z szeroko
rozpowszechnioną legendą o Madeju, wiodącą swój początek od starożytnych he
brajskich apokryficznych powieści o pokucie Lota. Od tych też legend o Madeju
pochodzą prawdopodobnie zdaniem p. Jaworskiego, wszystkie wymienione przez
autora legendy o grzeszniku (ruskie, serbskie, bułgarskie i in.). Otóż owe właśnie
legendy w kilku waryantach, zapisanych na terytoryum małoruskiem, otrzymały
w zakończeniu historyczno-obyczajowe zabarwienie, a mianowicie, „sprawiedliwe
zabójstw o“, dzięki któremu rozbójnik otrzymuje ostateczne odpuszczenie swoich
grzechów, jest to zabójstwo osoby, będącej symbolem cierpień ludu za czasów
pańszczyzny, gumiennego, „pana“. To właśnie zakończenie tych legend będące niczem
innem jak tylko h i s t o r y c z n y m o d d ź w i ę k i e m i o b r a z o w e m o d b i c i e m
o g ó l n e g o s t a h u i n a s t r o j u m a s l u d o w y c h w p e w n e j e p o c e — daje
autorowi powód do wyodrębnienia legend małoruskich w oddzielną grupę.
Praca ta zaleca się sumiennością, starannem wyzyskaniem źródeł i na szer
szych podstawach opartą analizą poszczególnych elementów składowych omawianych
legend.
Na str. 21. autor podaje dokładną bibliografię przyczynków do legendy
0 Madeju. Może nie będze zbytecznem, jeśli od siebie dopełnimy spis ten jeszcze
dwoma nowszymi przyczynkami do tej kwestyi, które, zdaje mi się, ukazały się
w druku już po wyjściu na widok publiczny pracy p. Jaworskiego. W „Ludzie“
(t. VII, 1901, str. 139 — 140) zostało wydrukowane jedno podanie o Madeju,
a w słowackim miesięczniku „Slowenské Pohľady“ (XXI, 1701, str. 596) drugie.
Henryh Ułaszyn.
V ě s t n í k s l o v a n s k é f i l o l o g i e a s t a r o ž i t n o s t i . S podporou Carské Akademie věd
v Petrohradě, Akademie České pro vědy a umění, C. k. Ministerstva kultu a vyučo
vání ve Vidni vydávají L. Niederle, F. Pastrnek, I. Polívka, I. Zubatý. Ročník I.
Praha 1901. (str. 262).
Z radością witamy nowe, bardzo pożyteczne wydawnictwo, którego rocznik
pierwszy, zawierający krytyczno-bibliograficzny przegląd prac, rozpraw, recenzyi
1 sprawozdań z zakresu filologii słowiańskiej i archeologii, drukowanych z osobna
i po różnych czasopismach w ciągu roku zeszłego, t. j. 1900, ukazał się już na
półkach księgarskich. Oto Věstník jest dalszym ciągiem wydawnictwa Věstník slo
vanských starožitnosti, które z rokiem 1901. przestało wychodzić. Program tylko
nowego Vestníka został znacznie rozszerzony, jakto już wnosić łatwo z samego
tytułu. Jest to zatem wydawnictwo bardzo ważne i pożądane; brak tego właśnie
rodzaju wydawnictwa wszystkim pracującym na polu filologii słowiańskiej i archeo
logii dotkliwie czuć się daw ał od dawna. Należy się więc prawdziwa wdzięczność
redaktorom nowego Věstnika: prof. L. Niederlemu, prof. F. Pastrnkowi, prof. I.
Poliwce і prof. I. Zubatému.
Wymieniamy na tem miejscu jeszcze współpracowników pierwszego rocznika.
Są nimi: prof. N. Andrić (z Zagrzebia), I. Radonie (z Nowego Sadu), P. N. Szaffer
(z Petersburga), St. Zdziarski (ze Lwowa), prof. I. Máchal (z Pragi), K. Buchtel
(z Pragi) i dr. K, Kadlec (z Pragi). Tu i ówdzie przy niektórych dziełach podane
jest streszczenie lub krótkie recenzye i zdąnia krytyków. W końcu dodano dwa sta
—
92
rannie ułożone, spisy : imienny i rzeczowy, natomiast dotkliwie czuć się daje-brak
zwykłego spisu rzeczy (t. j. rozdziałów). Na tem więc miejscu, podając treść pierw
szego rocznika, a w łaiciwie tytuły, zawartych w nim rozdziałów, podajemy zarazem
i odpowiednie stronice, aby chociaż w ien sposób ułatwić przynajmniej osobom,
posiadającym »Lud«, korzystanie z tego rocznika.
I. C z ę ś ć o g ó l n a . Л. Czasopisma specyalne i zbiorowe publikacye tow a
rzystw naukowych (5—9). B . Bibliografia (10— 15). C. Przyczynki do dziejów filologii
słowiańskiej, życiorysy, nekrologi, korespondencye (15 —19).
II. J ę z y k o z n a w s t w o . 1. Językoznawstwo ogólne (20—23). 2. Języki
indoeuropejskie (23— 29). 3. Języki słowiańskie: A. Prace ogólne (29—32). B. Na
rzecza południowo-słow iańskie: a) język cerkiewno-słowiański (33—37), Ъ) język
bułgarski (37—40), c) jęz. sèrbo-chorwacki (40—46), d) jęz. słowiński (46—47)
C. Narzecza wschodnio-słowiańskie (ruskie) (47 — 51): a) jęz. wielkoruski (51 — 52),
Ъ) jęz. białoruski (52), c) jęz. ukramsko-(mało)-ruski (53 —54). D. Narzecza zachodnio-słowiańskie : a) jęz. polski z kaszubskim (55—59), Ъ) jęz. połabski (59—60),
o) jęz. serbo-łużycld (60 —61), d) jęz. czeski ze słowackim (61—68). E. Paleografia.
(69—71).
III. H i s t o r y a l i t e r a t u r s ł o w i a ń s k i c h d o k o ń c a XVIII. w. A . Dzieła
ogólne (72—73). B. Historye literatur najdawniejszych epok, cerkiewno-słowiańskiej
i bułgarskiej (73 —76). C. Historya literatury serbskiej i chorwackiej (76—81).
D. Literatura Słowińska (81). E. Literatura rosyjska (81—97), małoruska literatura
(97— 102). Í . Literatura polska (102—105). G. Literatura czeska (114— 123).
IV. E t n o g r a f i a . A . Prace ogólnej treści (124—127). Studya porównawcze
nad przedmiotami powieści ludowych i nad poezyą ludową (127 — 130). Mitologia
(130—132). B . Ogólno-słowiańskie (132—134). Etnologiczno-statystyczne opisy ziem
słowiańskich (134—143). Antropologia (144—146). Etnografia szczegółow a: A. Bułgarowie (146 — 155). B. Serbowie i Chorwaci (155— 170). C. Słowińcy (170 — 171).
D. Plemię ruskie: 1. ruskie wogóle, wielkoruskie i białoruskie (171 — 178); 2. Małorusini (178—184). E. Polacy (184— 193). F. Czecho-słowacy: a) Czesi (193—200),
Ъ) Słowacy (200 —203).
V. S t a r o ż y t n o ś c i . 1. Czasopisma i prace treści ogólnej, zjazdy i życiorysy
(205—208). 2. Rozwój etnologiczny i początki dziejów. A . Dzieła ogólne (208 —215).
B. Poszczególne ziemie słowiańskie (215 —221). 3 W ykopaliska i zabytki archeo
logiczne: A . Nizina niemiecko-polsko-ruska (222 — 227). B. Czechy i Morawa (227 —
230). C. Nizina środkowego Dunaju. Ziemie alpejskie i karpackie (230—233). D. Zie
mie bałkańskie (233—234). 4. Starożytności kulturalne (234—236). 5. Starożytności
prawne (236 —239).
VI. F i l o l o g i a b a ł t y c k a , 1. Szczepy bałtyckie obecnie (240). 2. Litwini
(2 4 0 -2 4 2 ). 3. Łotysze (2 4 2 -2 4 4 ). 4. Prusowie (244).
H enryk Vtaszyn.
B i e ń k o w s k i P e t r u s . B e simidacris ЪагЪагагит gentium apud Romanos. Corporis
barbarorum prodromus, adjuvante academia litterarum cracoviensi edditus a. . Cracoviae, typis Universitatis Jagellonicae MCM. str. 99 liczb, і 2 niel, in 4 o.
Autor ma zamiar wydać obszerne dzieło o postaciach narodów barbarzyńskich
odtworzonych na pomnikach rzymskich. W ażność takiego dzieła jest bardzo wielka,
bo może oddać cenne usługi i archeologii rzymskiej i historyi i etnografii starożytnej.
Obecna rozprawa, poświęcona uniwersytetowi jagiellońskiemu, jest tylko wstępem
do zamierzonego dzieła. Autor zapoznaje w niej nas najpierw z metodą swego ba
-
93
-
dania, która polega na tem, że wizerunków ludów nie grupuje etnograficznie, lecz
podług cech uwydatniotnych na pomnikach, na podsta ie ściśle zewnętrznych zna
mion“. («tr 5.). Postępowanie takie ma tę niedogodność, ?.e, jak autor sam przy
znaje, „wiele postaci należących do tego samego szczepu, dostało się na kilka od
ległych od siebie miejsc dzieła“. Pomimo tego obrał autor ten układ, bo „rzadko
tylko możemy dotyczącą narodowość nazwać po imieniu napewne“, a sądzenie
apryorystyczne o narodowościach mogłoby pociągnąć za sobą grube błędy,
a „w dodatku całego szeregu postaci nie możnaby zaliczyć do żadnego z nam
znanych ludów “. Niedogodności tej ma zaradzić spis treści, za pomocą którego
będzie można zestawić pomniki przedstawiające ten sam lud.
W głównej części rozprawy zajmuje się autor uosobieniami abstrakcyjnemi
narodów ujarzmionych. Rozróżnia bowiem trzy sposoby uosobienia podbitych naro
dów w sztuce rzymskiej. Raz widzimy narody podbite „w postaci mężczyzny i. k o
biety, ewentualnie kilku jeńców, stojących, siedzących lub klęczących u stóp tro
feum; drugi raz „występują one w posta i jednego tylko mężczyzny, który stoi lub
klęczy pod trofeum, a jeszcze częściej przed zwycięzcą“,, a „wreszcie w postaci
kobiety, która sam a lub z dzieckiem siedzi pod trofeum śród broni, czasem ze skrępow arem i rękoma, zazwyczaj jednak swobodnie, objawńając smutek zarówno
w twarzy, jak i w .całej postawie“. Pierwsze dwa sposoby uważa autor za przed
stawicieli narodu zwyciężonego w ogóle, w trzecim, zaś upatruje symboliczne personifikacye podbitych ludów. I temu trzeciemu sposobowi poświęcona jest główna
treść rozprawy. W tej kategoryi rozróżnia znów dwie grupy na podstawie wyrażo
nego we figurach nastroju psychicznego. Pierwsza grupa, która okazuje w postawie
głęboki smuľek, przedstawia narody świeżo zwyciężone, druga której figury w yglą
dają „jeżeli nie zadowolone, to przynajmniej zrezygnowane i spokojne“, wyobraża
ludy oddawna poddane Rzymowi lub niezależnie sąsiadujące z państwem rzymskiem.
Uzasadniwszy że Rzymianie rzeczywiście symbolicznie przedstawiali narody ujarz
mione, przechodzi pojedynczo w każdej z wymienionych dwóch grup pomniki rzym
skie, jak posągi, reliefy, monety i t. p., podając bardzo dokładnie odnośną literaturę
miejsce i czas znalezienia, rozmiary i wogóle wszystkie szczegóły dotyczące danego
pomnika. Każdy omówiony pomnik opatrzony jest .bardzo dobrą ilustracyą, których
liczba przechodzi przeszło sto, a które są wykonane bardzo udatnie.
Przy każdym pomniku stara się autor także wykazać narodowość przedsta
wionej kobiety, o ile to możliwe. Nie zgadzałbym się tylko na oznaczenie jednej
postaci, przedstawionej w fig. 79. str. 81., w której autor widzi Germankę. W edług
Tacyta Germanki „partem superioris vestitus in manicas non extendant, nudae bracchia et lacertos“, a postać ta ma szatę z rękawami i ręce nie są nagie; dalej mówi
„próxima pars pectoris patet“, a postać wspomniana ma wprawdzie gołą szyję,
ale górna część piersi nie jest obnażona. Ubranie jej nie Zgadza się więc z opisem
Tacyta. Natomiast słusznie powątpiewa autor o germańskim cha akterze postaci,
przedstawionej we fig. 17 a, b, c, (str. 37).
Błędy gramatyczne zauważyłem : dwie siostry dziewic«/ (zam dziewice) str. 13
i posełają (zam. posyłają) str. 23.
Powyższa rozprawa, pisana w dwóch językach : polskim i niemieckim,
świadczy chlubnie o gruntownej i rozległej znajomości archeologii starożytnej i me
todzie naukowej autora. Zewnętrzna forma książki jest okazała i ujmująca.
-Ł V .
J. Leciejewski.
94
—
D c t a y c k i S t a n i s ł a w : Polska poezyaśredniowieczna. Kraków 1900. (Odbitka
ZPrzeglądu powszechnego.) Str. 43 w 8°.
Powyższa rozprawa przeznaczona dla szerszego kola czytelników ma charak
ter więcej popularno-naukowy, niż ściśle umiejętny; skutkiem tego i źródeł niema
podanych i dla fachowca niewielka z niej wyniknie korzyść. Autor wymienia znane
już pieśni polskie, omawiając ich wartość literacką. W e wstępie podał kilka najw aż
niejszych świadectw o istnieniu w Polsce poezýi rodzimej w najstarszych czasach.
Oprócz nich jest jeszcze, jak autor sam powiada, cały szereg świadectw historycz
nych, które wszystkie składają się na przypuszczenie, że polska poezya ludowa
wieków średnich była stosunkowo bardzo rozwinięta. Szkoda, że ich autor nie wy
mienił i nie ocenił krytycznie, co byłoby rzeczą bardzo pożądaną i stosowną.
Za niestosowne uważam wyrażenie: k o r z y ś c i ć = mieć udział w ozem;
»niekorzyści ona w odzieniu ani w żadnem bogactwie«, str. 28 i m ł o d s z o ś ć =
m łodszy wiek: »młodszość naszej kultury« str. 37.
Dr. J. L.
D o b r z y o k i S t a n i s ł a w : Studya nad średniowiecznem piśmiennictwem polskiem
I. O źródłach kilku polskich wierszy średniowiecznych. (Rozprawy Akad. Umiej ,
W ydział filologiczny, Serya II. tom XVIII. str. 104-^-119.)
Autor idzie śladem prof. Nehringa, Brücknera i innych, którzy udowodnili, że
nasze pierwsze pomniki literackie pokazują w znacznej liczbie wpływ czeski. O w pły
wie tym na pieśni polskie nabożnej treści mówi i autor, stwierdzając częścią to, co
inni powiedzieli, częścią dodając nowe spostrzeżenia. Do nowych rzeczy należą
uwagi o pieśniach: »Skargi umierającego«, choć i o nich już pisał prof. Nehring,
»Zdrów bądź królu anielski« i »Jezus Chrystus Bóg człowiek«. W dowodach swych
opiera się autor na czechizmach użytych w wymienionych pieśniach i na rymach,
które w języku polskim są nieodpowiednie, po zamienieniu zaś rymować się mają
cych wyrazów na czeskie, dają rym dobry a przynajmniej znośny. Z wynikami
autora zgodzić się można. Twierdzenie, że wpływ czeski szedł do Polski przez
Szląsk, nie jest nowe, jak się to zdaje autorowi. Powiedział to już prof. Nehring.
Dr. J. L.
U ł a s z y n H e n r y k . Na babią górę. (Odbitka z »Przeglądu Polskiego« z miesiąca
października 1901. r.) 8. ka" str. 20.
Wspomnienie to z wycieczki wakacyjnej przynosi sporą wiązankę nowych
szczegółów, tem droższych, że tyczą się one najmniej badanych dotąd przez naszych
etnografów okolic, że tyczą się na wpół zesłowaczonej ludności polskiej w komitacie
orawskim na Węgrzech. Autor wszelako rzuca też we wstępie kilka uwag o ludzie
polskim we wsi Sidzinie, przez którą przejeżdżał udając się na Babią górę Smutne
to spostrzeżenia, bo lud ten zarzuć ł'ju ż niemal zupełnie swój strój posługując się wyro
bem »modnym« fabrycznym — pozostały jedynie białe nogawice i kierpce na nogach.
Przeważna część pracy zajmuje się mieszkańcami wsi Zubrzycy, leżącej u podnóża
Babiej góry, którzy zatracili całkiem prawie świadomość narodową i nie uważają
się ani za Polaków, ani za Słowaków, lecz za Qrawców. Ciekawy należy też pod
nieść szczegół, tyczący się tamecznego ludoznaw stwa wiejskiego, ten mianowicie, że
podczas gdy nasi górale budują na poddaszu izdebkę, która stanowi skład zapasów
gospodarskich, to tutaj ta »wyżka« jest znacznie rozwinięta, bo przekształciła się
w pół-piętro i została zaopatrzona od frontu galeryjką, robiącą wrażenie balkonu
tak wielkiego, jak długa jest sama chata. Z dalszych szczegółów etnograficznych
-
95
zasíuguje na uwagę sposób życia i uprawy roli a nadto zamożność i szkolnictwo
jakoteż waryant legendy o uśniętem wojsku w górach. Ponieważ ani objętość pracy
tej ani sam tytuí nie dawały poznać, jak wiele mieści się tutaj pięknych materyałów,
przeto z tego miejsca postanowiliśmy na nią zwrócić uwagę, bo godna jest, ażeby
ją przeczytał każdy, kogo interesują rzeczy swojskie.
Z okazyi tej pracy nasuw a się nam uwaga. Wielu z nas jeździ w letnich
miesiącach na wieś celem odpoczynku po trudzie całorocznym. Czy jednak kto łączy
tak dulce cum utili i zajmuje się spostrzeżeniami etnograficznemi? A przecież one nie
obciążyłyby nas tak bardzo!
St. Zdziarski.
„ P r z e s z ł o ś ć W t e r a ź n i e j s z o ś c i “ . „Zbiór dociekań i rozważań społeczno-naukowychu. Ignacy Badliński. W arszawa 1901.
Pod tytułem powyższym w ydał prof. I. Radliński pracę obszerną, obejmującą
477 str. dużego formatu, objaśnioną 73 rycinami. Praca ta stanowi w naszych wa
runkach wydawniczych zjawisko, na które zwrócić uwagę czytelników musimy, tern
bardziej, ze autor uwzględnia w niej przeważnie kierunki nowszych badań. W praw
dzie widzimy jeszcze tu i ówdzie zbaczanie do niedawnej przeszłości, kiedy to
autorytet Quatrefages’a był we Francyi uznawany za jedynie godny uwagi. Do takich
zwrotów w przesłość należą np. własne uwagi autora na str. 22, umieszczone przy
końcu rozdziału pierwszego i cały ustęp cytowany z dzieła autora wyżej wzmianko
w anego; znajdujemy tam myśli nie mające już dzisiaj żadnego poważnego znaczenia,
albowiem w dobie obecnej wszyscy wybitni antropologowie francuscy, angielscy,
niemieccy, amerykańscy etc rozstali się z przekonaniem, według którego człowiek
jeden tylko wśród całej przyrody stanowić miał jakiś wyjątek od ogólnego prawa,
by mógł pozostawać «nieodmienym co do swej istoty« w przeszłości i przyszłości.
Z wyjątkiem jednak tych i nie wielu innych- zboczeń autor trzyma się prze
ważnie poglądów nowszych.
Kilkanaście rozdziałów które się złożyły na tę pracę nie stanowią całości
jednolitej, większa część z nich tworzy niejako całość odrębną w sobie zamkniętą,
pozostającą mniej lub więcej w luźnym związku z innemi, stąd też natrafiamy niekiedy
na powtarzanie się, niepotrzebne w pracy jednolitej, ale konieczne, gdy te rozdziały
stanowiły, każdy z nich kiedyś całość odrębną.
Praca rzeczona nakreślona jasno i przystępnie, daje możność zapoznania
się z wieloma zagadnieniami nowszej antropologii; budzić w.ęc może w duszy czyta
jącego szereg myśli podniosłych, wychodzących daleko po za obręb ciasnego koła,
w którem się obraca człowiek w życiu codziennem.
Dwa pierwsze rozdziały poświęca autor ważnej bardzo kwestyi. Streszcza on
tutaj bowiem poszukiwania, uskutecznione w celu wykrycia śladów bytności czło
wieka z okresu geologicznego, trzeciorzędowego, w Europie i Ameryce. Mamy więc
obraz treściwy prac podjętych w tym kierunku, nadto przedstawione są warunki
życia zwierzęcego w okresie rzeczonym, a zarazem podane są czaszki i kości, przy
pisywane ludziom z owej epoki. Г cnie jednak zgodzono się na to, że czaszkę
z Castenedolo i czaszkę Neanderthalską zaliczyć trzeba do okresu czwartorzędowego,
na co autor w dalszych rozdziałach przystaje. Pozostała czaszka z Trinil na Jawie
wraz z kością udową i zębem trzonowym, przedstawionemi na rysunkach, należą
do fornyr .przejściowej, stojącej pomiędzy .człowiekiem i Ludomałpami, tę formę na
zwano : Pithecanthropus erectus Dubois, czyli Małpoczłowiekiem jawańskim, lub
wyniosłym. Wniosek, jaki na podstawie badań wielu uczonych postawiono i który
—
96
~ =
został przez prof. E. Haeckla uzasadniony na 4-tym kongresie międzynarodowym
zoologów, odbytym w Cambdrige, a częściowo przytoczony przez autora na str
37 —38, stał się już dzisiaj faktem historycznym, udowodnionym stąd zdaje się
rzeczą być wielce prawdopodobną, źe w Europie nie będą już odnalezione szczątki
Człowieka z epoki trzeciorzędowej.
Trzeci rozdział, noszący tytuł »Stosunek człowieka do świata zwierzęcego
w wieku kamiennym«, ma na celu zapoznać czytelnika z okresami kamiennymi
historyi człowieka, gdy ludzie nie znali jeszcze metalów, a posługiwali się wyłącznie
narzędziami kamiennemi, albo zrobionemi z kości zwierzęcych. Dwa okresy główne •'
kamienia łupanego (peryod paleolityczny) i kamienia gładzonego (peryod neolityczny)
traktuje autor dosyć pobieżnie, doprowadza czytelnika do okresu bronzu i kończy
bardzo słuszną refleksyą, źe dzieje powszechne z pewnego rozpatrywane punktu
widzenia, nie są niczem innem jak tylko tępieniem ludzi przez ludzi.
W czwartym rozdzielę »Zabytki megalityczne ludów pierwotnych« mówi
autor o budowach : bądź z ziemi sypanych (czyli budowach ziemnych) bądź też
z kamieni, raczej głazów wznoszonych, (budowach kamiennych) przez ludzi już
uspołecznionych. Olbrzymie te prace rękami tysiąca wykonane, więc siłą zbiorową
ludów, dla celów, dzisiaj po większej części trudnych do odgadnięcia, przejmują nas
bardziej grozą niż podziwem, bo może, powiada jeden z uczonych angielskich, wobec
tych kolosów kamiennych zabijano setki lub tysiące więźniów, składając ofiarę bóstwom
nieznanym, może każde zwycięstwo barbarzyńskie uwieczniano nowym, »Menhirem«
czyli słupokamieniem, albo inną jaką formą budow y np. »Kromlechem«, czyli kołem
kamiennem. Tu gubi się myśl ludzka w dociekaniach nad duszą przodków naszych
z owej epoki.
Autor dosyć wyczerpująco opowiada o budowach, a zarazem stara się
wskazać w jakim okresie i przez jaką ludność były dźwignięte te budowy. Rozpo
czyna więc od charakterystyki ludności z wieku kamiennego. Idąc za zdaniem
Quatrefages’a wyprowadza pierwotną ludność wieku kamienia łupanego z Azyi,
dzisiaj jest jiiż prawdopodobniejszem, źe ludność owa pochodziła z Afryki i byli
to ludzie typu Neandersthalskiego długogłowi, a charakterystyka, jaką autor, idąc za
badaczem wymienionym podaje, nie zgadza się z dzisiejszymi poglądami. Czaszki
z Canstadtu, z Neanderthalu, ze Spy a następnie świeżo odkryte osiem szkieletów
w Kroacyi pozwalają nam obecnie odtworzyć postać tých ludzi pierwotnych, m a
jących wygląd bardziej małpi niż człowieczy; ci ludzie typu Neanderthalskjego dali
początek długogłowym północnym : Germanom i Skandynawom. Po peryodzie Neanderthalskim następuje poryod człowieka z »Cro Magnon«, (człowiek Kromanjoński)
także długogłowego, ale rasy odmiennej od uprzedniej, jednak pochodzącej również
z Afryki. Rasa ta dała początek ludom długogłowym, typu śródziemnomorskiego, nie
aryjskiego pochodzenia; rasa rzeczona przetrwała przez całą dobę: S z e l s k ą , M u s t j e r s k ą , S o l u t z e ń s k ą i M a g d a l e ń s k ą , a zatem około 224.000 lat podług Hoernes’a i dzisiaj stanowi przew ażną część ludności Portugalii, Hiszpanii, Włoch, Egiptu,
sięga daleko na północ do Grenlandyi, Francyi, Anglii, do Niemiec, do Polski i Rosyi,
ale nie ma nic ona wspólnego z rasą aryjską, ludy do tej ostatniej rasy należące
dopiero w peryodzie gładzonego kamienia napływać w znacznej ilości zaczęły ze
wschodu Europy; są to blondyni, odznaczają się krótkogłowością swoją, przyprowadzają
ze sobą zwierzęta udomowione, znają ju ź po części użycie bronzu, język swój aryjsk.
narzucają ludom, należącym do ras długogłowych, a język ich przeistacza się powoi
pod wpływem właściwości głosowych, ludów długogłowych w różne idjomy aryjskie
Społeczeństwa nowo powstałe ze stopu krótkogłowych aryjczykęw z długogłow ym
/
—
97
—
dźwigać musiały budowy megalityczne. Obraz przedstawiony przez Quatrefages’a
zamienił się z biegiem czasu na ten com podał obecnie. Uczeni antropologowie
niemieccy, uważali przez dłuższy czas tylko rasę teutońską za aryjską i przypisy
wali jej długogłowość.
Rozdział króciutki następny, noszący tytuł: „Zwierzęta przedstawione w postacj
wzgórzy sztucznych w Ameryce« jest dopełnieniem poprzedzającego rozdziału. Autor
wskazuje, na podstawie badań S. P e ë t ’a, wszystkie te typy zwierzęce, które
służyły ludziom za wzory przy usypywaniu wzgórzy sztucznych. Tutaj sprostow any
zostaje błąd uprzednio podany o nieobecności w faunie trzeciorzędowej i początkach
fauny epoki czwartorzędowej w Ameryce, Mastodontów. Ale Ameryka nie tylko że
miała Mastodonty, lecz także i słonie n. p. Elephas Columbi.
Po tern uzupełnieniu, następuje krótki rozdział, pod tytułem »Wśród kamieni«,
gdzie autor wypowiada myśli własne, jakie się mu nasuw ają w obec badań, doko
nanych nad pamiątkami, pozostałemi po człowieku przedhistorycznym.
Rozdział 7, z kolei »o odkryciach archeologicznych w Bośni«, przenosi czy
telnika w okres bronzu i żelaza. W ykopaliska o których tu mowa wyświetlają wielce
interesujące zagadnienie, dotyczące miejscowej ludności podczas trwania epoki bronzu.
Główne elementy rasowe z jakich się składała owa ludność, należały do rasy długogłowej, śródziemnomorskiej z małą domieszką typu krótkogłowego, wtedy gdy
obecna ludność Bośni odznacza się wybitną krótkogłowością, liczy bowiem zaledwie
8°/0 długogłowych.
Rozdział ósmy traktuje o teoryach dotyczących pochodzenia ludności poline
zyjskiej. Przytoczone tu są różne hipotezy, ale najobszerniej jest traktowana hipoteza
.Quatrefages’a.
Rozdział dziewiąty poświęcony jest »Ludom obecnie żyjącym, pozostającym
na rozmaitych stopniach kultury pierwotnej«. Rozpoczyna się ten rozdział krótkiem
rozmyślaniem na temat jaką być powinna historya powszechna, poczem następują
opisy N e g r i t o w, P a p u a n o w, A u s t r a l c z y k ó w , a więc ludów, mających dzi
siaj dla nas pierwszorzędne znaczenie, w obec świeżej hipotezy O. S c h o e l e n s a c k a ,
na mocy której powstawanie ludzi pierwotnych odbywać się musiało w okolicach,
gdzie nie było wielkich zwierząt drapieżnych, a więc ani w Europie, ani w Azyi,
ani w Afryce, ani Ameryce, pozostaje tedy jedynie Australja i ląd dawniej z nią
połączony. Człowiek pierwotny wychowany wśród fauny gdzie największemi zwie
rzętami lądowemi były Kangury i ptaki (Dinornis Palapterix) okrzepł, rozwinął się
i zdobywszy oręż puścił się na wędrówki po całym świecie. Rasa Neanderthalska
jest najbardziej zbliżoną do dzisiejszych Australczyków. (O. Schoelensack: »Bedeu
tung Australiens für die Heranbildung des Menschen aus einer niederen Form. Zeit*
Schrift für Ethnologie 1901.)
Rozdział dziesiąty traktuje o świecie azyatyckim. Autor opisuje A j n o w, tę
niezmiernie interesującą rasę długogłowych ludzi, istniejących dzisiaj na wschodzie
jak w yspa wśród morza ludów krótkogłowych. Kiedyś, prawdopodobnie cała prze
strzeń zajęta obecnie przez rasę mongolską krótkogłową, była siedzibą długogłowych,
Po A j n a c h następuje opis A n d a m a n o w ' , T o d o w i ich sąsiadów : J r u l o w , Kur a m b o w , K o t o w , B a d o j o w . Na T o d a c h możemy się dowodnie przekonać, do
jakich granic głupoty może doprowadzić wiara nie kierowana rozsądkiem.
W rozdziale jedenastym przenosi autor czytelników na krańce Azyi wschodniej
rozpoczyna od północy, mówi o kolejnych zdobyczach kozaków rossyjskich, dociera
wraz z nimi do wybrzeży oceanu wschodniego i morza ochockiego; opisuje Ka mc z a d a l o w , K o r j a k o w , K u r y l o w , C z u k c z ó w . Następnie zwraca się na południe,
przedstawia działalność zdobywczą Francuzów i badania uczonych francuzkich na
polu antropologii w zdobytych krajach; podaje krótkie opisy A n n a m i t o w , L a o s o w ,
L u d ó w : S z a n , T h o , Ma n , Me o , M a n t r u , S a k a j a .
Trzecią część rozdziału o stosunkach etnografieznych na krańcach wschodnich
Azyi, poświęca autor historyi podróży La P e r o u s e ’a i jego wielce ciekawym od
kryciom geograficznym i etnograficznym. Następnie traktuje o ludach różnych, mie
szkających w pobliżu dorzeczy Amuru i Ussuri więc o : M a n d ż u r a c h , Ma n e g r a c h , B i r a r s k i c h T u n g u z a c h , S o l o n a c h , D a u r a c h , O r o c z o n a c h , (Kro
c z a c h , G o l d a c h , G i l a k a c h , w dalszym ciągu przechodzi do C h i ń c z y k ó w
Korejczyków i Japończyków.
W rozdziale zatytułowanym »Za przykładem Europy«, mówi autor o (Korei
i Korejczykach, a ta część Azyi z jej ludem pracowitym, ale gnębionym strasznym
despotyzmem i trzymanym w ciemnocie, może odegrać w przyszłości w ażną rolę
dziejową. Stosunki tam panujące przedstawione są dobrze i przejrzyście.
Rozdział trzynasty »Pamiątki historyczne na Kamczatce« Osnuty zestał na
bardzo dobrych źródłach, zestawionych w pracy sumiennej A Sgibniewa. Mamy tam
krótką historyę nieszczęśliwego ludu »Jtelmenów« czyli Kamczadalów. Jako dodat
kowa część do historyi Kamczatki jest podana relacya o ucieczce z tamtąd »Sław
nego M a u r y c e g o - A u g u s t a h r a b i B e n i o w s k i e g o s z l a c h c i c a p o l s k i e g o
i w ę g i e r s k i e g o « . Krótką historyę Beniowskiego przedstawia autor w rozdziale po
/tytułem »Odkrycia geograficzne Beniowskiego«.
Przedostatni rozdział noszący tytuł »Mundus vult decipi ! ! ! poświęcony jest
historyi życia sławnej Heleny Bławatskiej »współczesnej kapłanki Izydy» jak ją
nazywają. Kobiety wielce pomysłowej, tylko na nieszczęście pomysły te użyte zo
stały w celach korzystania z ogólnej głupoty ludzkiej, objawiającej się szczególnie
wybitnie na polu wiary w rozmaite cuda nadprzyrodzone i szukającej pociechy »we
wzlotach po nad rzeczywistość«. Takie okazy dziwaczne samozłudzenia, połączone
z obłudą świadomą lub nieświadomą mamy w osobach : Euzapij Paladino i Heleny
Smith z Genewy. Historya tej ostatniej, naukowo traktowana przez Dra »Theodora
Flournoy«, prof. psychologii w Genewie, pod tytułem : »Des Indes à la planète
Mars. Étude sur un cas de somnambulisme avec »glosolalie«. (Troisième édition 1900.),
powinna być czytana przez wszystkich naszych, wierzących w duchy i jasnowidzenia.
Ileżby to przyniosło korzyści dla społeczeństwa pozbycie się nadmiaru głupich wie
rzeń w te wszystkie cuda nadprzyrodzone, w wirujące stoliki, w pojawianie się du
chów, etc. Ale już sama historya pani Helenyj Bławatskiej daje nam możność wniknienia w istotę takich zboczeń na polu inteligencyi i moralności.
Ostatni rozdział pod tytułem »Hipokratc.s i nowy zwrót w Etnologii« w pro
w adza czytelnika w dziedzinę .zagadnień niezmiernie ważnych, dotyczących zależ
ności człowieka od świata otaczającego, fizycznego i moralnego. W pływ przyrody
w pływ społeczeństwa przekształca człowieka i fizycznie i moralnie. Pojedyncza
istota ludzka i całe społeczeństwa odbywają ciągłą ewolucyę miotani instynktami,
odziedziczonymi po swoich przodkach mięsożernych i roślinożernych ; egoizm pierw
szych i altruizm drugich wiedzie bój ciężki w duszy jednostki ludzkiej i duszy sp o
łecznej w dążeniach ku przyszłości lepszej. Na tem zakończymy krótkie streszczenie
pracy Prof. Ignacego Radlińskiego, polecając ją czytającej publiczności naszej, jako
książkę, budzącą w umysłach wiele i wiele dobrego.
Ľr. B. Dybowski.
SPRA W Y
TO W A RZY STW A .
I. Posiedzenia Zarządu centralnego.
C z w a r t e posiedzenie
za r. adm. 1901 odbyło
się 26.października.Obecni
pp.
Bal, Bayger, Dr. Kalina,
Dr. Leciejewski. Dr. Eljasz-RadzikowskiiZdziarski.
Nieobecność uspr. pp. Soleski i Sołtys. Przewodniczył Prezes
Tow.
1. Przyjęto 14 nowych członków.
2. Przyjęto
do wiadomości wystąpienie p. J. Swiętka z Tow. i rezygnacyę
z godności przewodniczącego oddziału krakowskiego Tow.
3. Przyjęto rezygnacye pp. Dr. Twardowskiego’ i Dr. Pazdry z godności
członków Zarządu, a p. Bala ze skarb nikowstwa.
4. Kooptowano do Zarządu pp. Lewickiego i Rybowskiego.
5. Prezes
zakomunikował, że Sejm kraj. udzielił subwencyę w kwocie
200 koron.
6. Załatwiono sprawy administracyjne.
7. Na najbliższe posiedzenie naukowe postanowiono dać odczyt p. Grze
gorzewskiego.
P i ą t e posiedzenie odbyło się 11. stycznia 1902. Obecni pp. Bal, Bayger,
Dr. Kalina, Dr. Leciejewski Rybowski, Sołtys i Zdziarski. Przewodniczył Prezes Tow.
1. Przyjęto 10 nowych członków.
2. Zatwierdzono wybór p. Gustawicza na przewodniczącego, a Dra Rozwa
dowskiego na zastępcę przew. oddziału krakowskiego.
3. Postanowiono zarządać od oddziałów przedłożenia rocznych sprawozdań.
4. Uchwalono ponownie zażądać od p. Młynka zwrotu majątku b. oddziału
Tow. w Tarnowie.
0. Uchwalono wnieść podanie o subwencye do Ministerstwa oświaty, Rady
m. Lwowa i Sejmu kraj.
6. Termin Walnego Zgr. naznaczono na 23. stycznia o godzinie 6-tej w sali
botanicznej uniwersytetu i ułożono porządek dzienny.
7. Na posiedzeniu tajnem uchwalono zaproponować Walnemu Zgr. kandydatów'
na prezesa, wiceprezesów i członków Zarządu w miejsce ustępujących Dra EljaszaRadzikowskiego i Sokalskiego, rezygnujących Dra Krćeka, Dra Pazdry i Dra Twar
dowskiego oraz zaproponowanych do prezydyum Dra Leciejewskiego i St. Bala, na
koniec przedstawić 3 członków komisyi kontrolującej.
P i e r w s z e posiedzenie Zarządu za r. adm. 1902, odbyto 30. stycznia. Obecni
pp. Bal, Bayger, Dr. Gargas, Dr. Kalina, Klemensiewicz,' ks. Krechowicz Dr. Rolny,
Soleski i Zdziarski. Przewodniczył Prezes Tow.
1. Zarząd ukonstytuow ał się wybierając s e k r e t a r z e m ponownie p. St. Zdziar
skiego, s k a r b n i k i e m p. Klemensiewicza, r e d a k t o r e m „Ludu“ Dra Kalinę,
b i b l i o t e k a r z e m p. W ładysław a Jankowskiego, którego kooptowano do Zarządu.
Korektę »Ludu« objął p. Bayger.
2. Bibliotekę postanowiono przenieść do szkoły im. T. Kościuszki i sprawić
nową szafę. Celem odbioru biblioteki od dawnego zawiadowcy wybrano komisyę
złożoną z pp. Dra Rolnego i Zdziarskiego.
2.
Przeznaczono 200 koron na koszta odbitek z „Ludu“, robionych dla Tow.,
autorom uchwalono dawać 25 nadbitek, odbitki zaś za zwrotem połowy kosztów.
—
100
—
*
4. Na najbliższe posiedzenie naukowe przeznaczono odczyt p. Dr. Rawity
Gawrońskiego >0 wilkołakach i wilkołactwie«.
5. Uchwalono wydać kwestyonaryusze w sprawie medycyny ludowej i prawa
spadkowego u ludu. Ostatni poruczono Dr. Gargasowi do opracowania.
St. Zdziarski
sekretarz.
i
Dr. A. Kalina
prezes.
II. Sprawozdanie z VIII. Walnego Zgromadzenia.
Ósme zwyczajne Walne Zgr, członków Towarzystw a ludoznawczego odbyło
się dnia 23. stycznia b. r. w sali botanicznej c. k. Uniwersytetu we Lwowie. Prze
w odniczył Prezes Tow. Dr. A. Kalina, protokół prowadził sekretarz Tow. St. Zdziarski.
I. Przewodniczący w zagajeniu podniósł najważniejsze sprawj^, jakie winno
Towarzystwo załatwić w przyszłości.
II. Sekretarz odczytał szczegółowe sprawozdanie z czynności Zarządu za rok
1901. Rok miniony należał pod względem działalności naukowej Tow. do najlepszych,
bo zdołaliśmy uskutecznić to, co było od dawna naszem marzeniem, a czego brak
dawał się u nas odczuwać dotkliwie wszystkim pracującym na polu ludoznaw7stwa,
wydając w tłómaczeniu, które zostało przyjęte przez krytykę nader przychylnie, pod
ręcznik Gommego »Folklor«. Książka ta obejmująca 12 arkuszy druku została bez
płatnie rozesłana naszym członkom, do handlu zaś księgarskiego została oddana po
cenie niemal własnego kosztu. Tow. nie liczyło wcale na zysk z tego wydawnictwa,
a dbało jedynie o korzyść, jaką przynieść może nauce szerokie rozpowszechnienie
się tego podręcznika. Skutkiem tego, że »Folklor« został rozdany jako nadzwyczajny
dodatek naszym członkom, zmniejszyć musieliśmy objętość rocznika »Ludu« o dwa
arkusze. Na przyszłość jednak stałem będzie dążeniem naszem stopniowe rozszerza
nie szpalt naszego kwartalnika, który znajduje się w stadyum ciągłego rozwoju,
coraz to widoczniejszego. Również zrobiliśmy odbitki prac z »Ludu«, ażeby je roz
powszechniać wśród tych, którzy nie mieli sposobności zetknąć się z naszem pismem.
W odbitkach wyszły: J. Witorta »Filozofia pierwotna« wyczerpana już dziś, B. Gustawicza »0 ludzie podduklańskim«, J. Schnaidra »Z kraju Hucułów« i J. Jaworskiego
»Kumać po lembersku«; w nadbitkach: St. Ciszewskiego » 0 atałykacie«, Dr. M.
Żmigrodzkiego »Dwa odczyty« i S. Udzieli »Cepy«. Posiedzeń naukowych odbyliśmy
5 . — Praca administracyjna była w r. ub. o wiele uciążliwsza niż dawniej, gdyż
przez rok cały nie mieliśmy I. wiceprezesa, a pod koniec roku kilku wydziałowych,
którzy rezygnowali. Z powodu dalej choroby bibliotekarza nasz księgozbiór nie
został dotąd należycie uporządkowany, jakkolwiek zauważyć trzeba, że przyrost dzieł,
jakie otrzymaliśmy w darze w r. ub. był wcale pokaźny, bo objął około 200 tomów,
z pomiędzy których wymienić należy wszystkie publikacye etnograficzne praskiej
Akad. Urn., jakoteż podnieść, że niemal wszystko, co wyszło w r. 1901. z dziedziny
ludoznaw stw a' znajduje się w bibliotece naszej dzięki ofiarności autorów i wydaw
ców, za co z tego miejsca wyrażamy im podziękę. Przyrost Członków był dość
znaczny, przybyło 94, choć nie w szyscy poczuwają się do spełniania obowiązków
zaciągniętych wobec Tow., skutkiem czego wykreślono w r. ub. około 50 osób
z listy naszych Członków. Sprawy oddziałów pochłaniały nam także wiele czasu.
Liczba oddz. Tow. spadła do 4, bo tarnowski i tartarowski przestały istnieć. Pewne
zmiany, jakie zaszły obecnie w kierownictwie oddz. dają rękojmię, że rok przyszły
da w tym kierunku lepsze rezultaty. Jak zawsze tak i w tym roku wychodzimy bez
długów mimo, że wydaliśmy wiele grosza na »Folklor«, dzięki sprężystości skarbnika
—
lo i
—
jakoteź subw encjom : Wys. Ministerstwa wyz. i ośw. (które udzieliło nam 500 kor.),
Rady m. Lwowa (400 kor.) i Sejmu kraj. (200). Nie należy wątpić, że instytucje te
nie odmówią nam na przyszłość dalszego poparcia. Sprawozdanie to przyjęło Wal.
Zgrom, do wiadomości.
III. P. St. Bal zreferował sprawozdanie kasowe za rok 1901. i postawił w nio
sek, ażeby fundusz żelazny powiększyć do 300 koron, poczem uchwalono podzięko
wanie za gorliwość i pracę p. St. Balowi, a za zajęcie się biblioteką p. St. Zdziarskiemu.
Uchwalono wniosek p. Bala w sprawie funduszu żelaznego.
IV. Uchwalono wysłać deputacyę — na wniosek p. Soleskiego — do marszałka
kraj. i do referenta szczegółowego budżetu, ażeby poinformować ich o celach Tow.
V. Na wniosek p. Boi. Lewickiego w imieniu komisyi kontrolującej udzielono
absolutoryum Zarządowi.
VI. Na wniosek p. Lewickiego uchwalono przez aklamacyę wybrać prezesem
ponownie dr. Kalinę. Następnie również przez aklamacyę zostali wybrani wicepreze
sami pp. dr. Leciejewski i Bal, przez głosowanie kartkami zostali obrani członkami
zarządu pp. dr. Eljasz Radzikowski, dr. Z. Gargas, J. Klemensiewicz, ks. J. Krechowicz,
dr. J. Niemiec, dr. W. Rolny i M. Rybowski. Do komisyi kontrolującej zostali wy
brani pp. В. Lewicki, dr. M. W asung i W ł. Schmidt. Na tem zakończono W alne
Zgromadzenie.
III. Posiedzenie naukowe.
C z w a r t e posiedzenie naukowe odbyło się 9. listopada, na którem p, Jan
G r z e g o r z e w s k i odczytał swoją pracę p. t. »Kult Dyonizyosa (Bakcha) w Polsce
Najdawniejszy na cześć jego hymn ludowy polski<.
P i ą t e posiedzenie naukowe odbyło się 7. grudnia, na którem p. Dr. Z o f ia D as z y ń s ka-G o 1iń s к a przedstawiła swoje »Badania nad alkoholizmem w Galicyi Za
chodniej«. Ponieważ praca ta ukaże się w »Ludzie«, przeto nie podajemy jej treści.
W dyskusji, jaka się żywo w ywiązała zabierali głos pp. Bal, prof. Dr. Dybowski,
Dr, Gargas, Prof. Dr. Kalina. Dr. Kobylański, ks. Krechowicz, radca Dr. Merunowicz,
Dr. Piasecki, p. Welichowski, p. Włodzimirski i prelegentka.
IV. Sprawozdanie Oddziałów.
Oddział w Chrzanowie.
T r z e c i e p o s i e d z e n i e n a u k o w e odbyło się dnia 26, października 1901.
Wieczorem w męskiej szkole wydziałowej w Oświęcimiu.
1. Kierownik szkoły, p. S t a n i s ł a w R z e s z ó d k o , zagajając posiedzenie
przedstawił w serdecznej przemowie w zniosły cel badań ludoznawczych, jakiemi zaj
muje się od lat dwú chrzanowski Oddział Tow. ludoznawczego, a zachęciwszy obe
cnych do gorliwego popierania celów tegoż tow. przez wpisywanie się na członków
i zbieranie materyałów ludoznawczych, zaprosił prezesa tegoż Oddziału, p r o f . Br.
G u s t a w i c z a , do wygłoszenia odczytu.
2. Przedmiotem odczytu był temat: »0 g ó r a l a c h p o db a b i o g ó r s k i c h «
w którym prelegent zestawił wrażenia i spostrzeżenia ludoznawcze, zebrane w czasie
licznych wycieczek w okolice Babiejgóry w przeciągu lat 30. Skreśliwszy położenie
i granice siedzib Babiogórców i wykazawszy różnice typowe między góralami podbabiogórskimi miejskimi a wiejskimi, czyli góralami mieszczanami a góralami w ło
ścianami, podał w barwnym i żywym obrazie charakterystykę wsi górskich, obejścia
8
—
102
—
kasow y
B ilans
za
czas
od
do
1. s t y c z n i a
31.
gfudnia
1901.
Kozchód.
Przychód.
t-l
У
I.
II.
III.
IV.
V.
VI.
VII.
Szczegółow o
T y t u ł
K.
Reszta kasowa z roku 1900:
1. g o tó w k ą .................................................
2. w pocztowej Kasie oszczędności
Wpisowe i wkładki członków :
1. zamiejscowych:
a) wpłacono gotówką
. 432-44
Ъ) przez poczt. Kasę oszcz. 549-—
2. miejscowych :
Subwencye :
1. Rady król. stoł. miasta Lwowa
2. Sejmu krajowego .
.
.
.
3. c. k. Ministerstwa oświaty
Prenumerata czasopisma „Lud“
Dochód z wydawnictw Tow arzystw a:
1. ze sprzedaży
.
.
.
.
2. zw rot kosztów przedruków przez
autorów
.
.
.
.
.
O d s e t k i ..........................................................
P r z e b i e ż n e ................................................
gr-
R azem
K.
T y t u ł
T
26
78
981
758
44
24
400
547
04
II.
1739
68
1100
—
50
—
200
—
500
—
142
III.
307
88
16
—
323
12
638
4504
88
55
50
IV.
V.
Wydatki administracyjne:
1. k a n c e l a r y jn e .......................................
2. druk odezw, zaproszeń i t. p.:
3. p o r to r y a ................................................
4. oprawa książek
.
.
.
.
5. k u r s o r ................................................
6. różne
.
.
.
.
.
.
Wydatki na czasopismo „Lud“ :
1. druk i papier (część należytości)
2. broszurowanie
.
.
.
.
3. ekspedycya i drobne wydatki Redakcyi
................................................
4. rabat księgarniom (część należytości)
5. zwrot wydatków autorom
Wydatki na wydawnictwa Towarzystwa:
1. druk i papier .
.
.
.
2. broszurowanie, klisze, portorya i t. d.
3. rabat księgarniom .
.
.
.
Przebieżne
.
.
.
.
.
.
Reszta kasowa na rok 1902:
1. w pocztowej Kasie oszczędności
2. w gotówce
.
.
.
.
.
15
31. grudnia 1901.
L w ó w , d n ia
D r. A n to n i K a lin a
prezes.
K.
S ta n isła w B a l
skarbnik.
R azem
gr.
K.
gr-
142
150
75
15
60
50
27
60
99
- 72
443
68
780
34
26
80
999
78
1382
638
03
50
1040
16
4504
15
grI.
329
217
Szczegółow o
38
20
169
7
22
8
50
—
1169
143
68
62
85
56
118
921
44
72
104
—
105
B i l a n s
-
m a j ą t k o w y
roku 1901.
z końcem
Stan czynny.
Stan bierny.
K.
I.
II.
III.
R azem
Szczegółow o
T y t u ł
?
K.
gr.
Reszta kasow a z dniem 31. grudnia 1901
Zaległe
odsetki w pocztowej Kasie
oszczędności .
.
.
.
Zaległe należytości czynne:
1. zaległe wkładki członków:
28 miejsc.
K. 8 0 - i
116 zamiejsc. „ 818-501
p“
y
2. zaległa prenumerata „Ludu“ w księ
garniach ................................................
1 gr.
T y t u ł
"d
Szczegółow o
K.
1040
16
I.
3
73
П.
III.
Zaległa należytość za druk „Ludu“ i od
bitek
.
.
.
.
.
Wkładki pobrane naprzód za rok 1902 .
Nadwyżka jako czysty majątek Towa
rzystwa :
1. w zaległych należytościach czynnych
2. w gotówce
653
212
gr.
73
03
R azem
K.
gr.
812
16
13
865
76
1693
89
—
450
200
650
1693
89
Uwaga: Oprócz gotówki pieniężnej posiada Towarzystw o w swym majątku
Lwów, dnia
pewne zapasy roczników „Ludu« i innych swych wydawnictw.
31. grudnia 1901.
D r . A n to n i K a lin a
S ta n isła w B a l
prezes.
skarbnik.
Komisya kontrolująca zbadała na dniu dzisiejszym przedłożone sobie powzględem z księgami Towarzystwa.
M ik o ła j D ybo w sk i.
wyższe rachunki i potwierdza, że znajdują się w ścisłej zgodności pod każdym
We Lìvowie, dnia
22. stycznia 1902.
B olesław
L e w ick i.
K s. Józef K rechow icz.
—
106
—
-
P^elimina^z
n a
uchw alony na W alnem zgroma
г о к
107
-
190S.
dzeniu w dniu 23. stycznia 1902.
Pokrycie.
Wymogi,
T y t u ł
p?
W y n ik ło ść
z r. 1901
K.
I.
II.
III.
IV.
V.
Wydatki administracyjne :
1. k a n c e l a r y jn e .......................................
2. druk odezw, zaproszeń i t. d.
3. p o r t o r y a ................................................
4. oprawa książek
.
.
.
.
5. k u r s o r .................................................
6. r ó ż n e .................................................
Wydatki na czasopismo „Lud“ :
1. druk i papier
a) z a l e g ł e .......................................
6) b i e ż ą c e ......................................
2. broszurowanie
.
.
.
.
3, ekspedycya i drobne wydatki Redakcyi
.................................................
4. rabat księgarniom .
.
.
.
.5. zw rot wydatków autorom
Wydatki na wydawnictwa Towarzystw a:
1. druk i papier
a) zaległe (za odbitki)
b) bieżące
.
.
.
.
.
2. broszurowanie, klisze, portorya i t. p.
3. rabat księgarniom .
.
.
.
Wydatki
na kwestyonarze
z ludoznaw stw a:
.
.
.
.
.
Bilansowa różnica zapasów kasowych
z r. 1900 i 1901
.
.
.
.
gr.
P relim in u je się
na r. 1902
t-1
?
K.
gr-
I.
38
60
20
50
142
150
27
60
99
72
75
15
780
34
26
80
40
50
—
—
160
—
150
80
20
539
1600
42
—
III.
IV.
89
—
—
22
200
—
7
8
50
—
50
—
8
II.
—
—
169
V.
VI.
—
VII.
1169
143
68
62
85
56
493
12
3318
61
T y t u ł
272
700
150
70
—
120
—
4252
13
Wpisowe i wkładki członków:
1. miejscowych .
.
-іудд-бЛ
2. zamiejscowych
.
.
\
Subwencye :
1. Rady król. stoł. miasta Lwowa
2. Sejmu krajowego
.
.
.
.
3. c. k. Ministerstwa oświaty
Prenumerata czasopisma „Lud“
Dochód z wydawnictw Towarzystwa:
1. s p r z e d a ż ................................................
2. zwrot kosztów przedruków przez
autorów .
.
.
.
.
.
O d s e t k i .........................................................
Zapas kasowy z roku 1901:
1. fundusz żelazny
.
.
300-—
2. fundusz obrotowy .
.
740'16
Spodziewany niedobór w roku 1902
W ynikłość
z r. 1901
Prelim inuje się
na r. 1902
K.
gr-
K.
758
981
24
44
1700
—
400
400
gr-
—
—
—
200
—
500
142
50
500
140
307
88
300
—
—
—
55
15
—
740
256
16
97
4252
13
16
12
—
200
—
—
24
—
—
3318
61
108
—-
gospodarskiego i chat dymnych, które porów nał trafnie z kurnemi chatami ukraińskiemi. Kreśli przymioty górali, jak gościnność, która wraz z staropolskiem przysło
w iem: »Gość w dom, Bóg w dom« jeszcze nie wszędzie na góralszczyźnie podbabiogórskiej wygasła, a która to cnota obok wielu przywar wielce ich podnosi. Co do
powierzchowności nie ujmują w cale; rysy tw arzy przeważnie gapiowate; w zrost
średni lub nizki, oo przy pochylonej ku ziemi głowie nadaje im postać karłowatą.
Pod tymi względami górale podtatrzańscy czyli Podhalanie nowotarscy stoją
daleko wyżej. Lenistwo i ociężałość cechuje Babiogórców; praca ich niewydatna;
inaczej ma się rzecz u równiaków. Prelegent wykazał ten ich charakterystyczny rys
licznymi przykładami wziętymi z doświadczenia i spostrzeżenia, a przyczyny niewydatności ich pracy szuka w złem ich odżywianiu się, co również udow odnił nieje
dnym z rzeczywistości wziętym przykładem. Skreśliwszy w dalszym ciągu ubiór
mężczyzn, kobiet i dziewcząt, zwrócił prelegent uwagę na coraz bardziej wkradający
się zwyczaj nabywania starych miejskich ubrań, szczególniej zaś przez młodzież
wiejską powracającą na wieś po ukończeniu służby wojskowej. Zjawisko to i na
równiach wśród ludu wiejskiego rozpowszechnia się dzisiaj dość szybkim krokiem.
Następnie wspomniawszy o braku czystości w chatach i ich obejściu, tudzież w spo
rządzaniu potraw, jakoteż opisawszy szczegółowo potrawy góralskie, lichy sposób
żywienia się górali, przeszedł prelegent do przem ysłu góralskiego. Górale są wogóle
już z natury rzutni do przemysłu. Nieurodzajna gleba zmusza ich do szukania
scbie zajęć, któreby obok upraw y roli dały im możność wyżywienia i odziania się.
Powstały tedy całe osady bednarzy, gonciarzy, stołkarzy i t. d.; wszelako z powodu
wielkiej swej nieporadności nie umieją odpowiednio wyzyskać przemysłu, któremu się
poświęcają, bo oprócz kilkudziesięciu spekulantów, którzy odnoszą rzeczywiste ko
rzyści z tego przemysłu, reszta pada ofiarą wyzyskiwaczy. Między tymi spekulantami
znajdują się bezczelni wyzyskiwacze łatwowierności ich braci, tem właśnie niebez
pieczni, że są jednego pochodzenia i jednej wiary. Ciemnota i nieporadność góralska
nastręczają tym spekulantom obszerne pole do wyzysku tak w handlu drzewem,
deskami, tarcicami, jak w handlu sprzętami domowymi i gospodarskimi, co ilustrował
prelegent kilku przykładami. Oprócz tego ci spekulanci czyli pośrednicy w handlu
wyrobami góralskimi odgrywają po wsiach, w których mieszkają, pow ażną rolę
pokątnych doradców. Oni to w aśnią i godzą strony, mając do siebie zaufanie, jako
ludzie światowi. Piszą oni często skargi do sądu, gdyż są między nimi i piśmienni.
Jednej stronie napisze taki doradca skargę za kilka groszy, drugą zaś pouczy za
» c z ę s t u n e k « , jak się ma w sądzie tłumaczyć. Wogóle są oni zawsze i wszędzie
ruchliwi i czynni. Jak wiadomo, okolica podbabiogórska dostarcza corocznie mnóstwo
górali z kosami » za k o r d o n « . Tu pośredniczą tak zwani » m a j s t r o w i e « , którzy
na pozór postępują sobie bardzo rzetelnie, ale w istocie odzierają swoje ofiary nie
miłosiernie, a to tem gorzej, że najbiedniejszą klasę ludności. — Wypalanie węgla
drzewnego, pędzenie smoły, tkanie płótna i sukna, wprawianie szyb (t. zw. »bł on i a r z e « ) , szewstwo, rymaistwo, stolarstwo, ciesiołka, wreszcie przewóz materyału
budulcowego, it. p. — to środki dostarczające im jakiego takiego utrzymania się, —
W dalszej części odczytu swego przedstawił prelegent przywary ludu góralskiego,
do których w pierwszym rzędzie należy zaliczyć nienawiść do » ł a c h ó w « , t. j. miesz
kańców nizin; następnie chciwość i przecenianie swych usług. Ciekawość u górali
jest do najwyższego stopnia posunięta, ale jest to ciekawość bezcelowa. Są przytem
natrętni, gadatliwi i poufali. W spom niał prelegent o wielkiej ich nabożności, która
każdego w góry przybywającego podnosi i buduje, ale zaglądnąwszy w głąb ich
życia domowego, łatwo się przekonać można, że moralność stoi u nich na nizkim
-
109
-
stopniu. Syn kłóci się z ojcem, a córka z matką ząb za ząb; wychowanie religijne
jest w wysokim stopniu zaniedbane. Przesadne ocenianie swoich usług, wogóle chci
w ość u górali wyrodziła się z chęci łatwego wzbogacenia się, o czem każdy góral
marzy. Stąd w ustach ludu góralskiego krąży mnóstwo podań o zakopanych skarbach
i bogactwach, a wskutek tej powszechnej manii wzbogacania się góral jest do
oszustw a bardzo pochopny. Wie on wybornie, jak mieszać twaróg krowi do bryndzy
owczej i serków owczych, jak dodawać otrąb do mąki kukurudzianej, jak doić kozy»
aby w szklance było więcej piany niż mleka, jak dolewać serwatki krowiej do
żętycy owczej i t. d. Scharakteryzowawszy wkońcu skłonność górali do zabaw, czy
to w czasie wesel, czy też chrzcin, ich tańce, wreszcie stypy pogrzebowe, zakończył
prelegent swój nader ciekawy i zajmujący odczyt wśród burzy oklasków i podzię
kowań ze strony słuchaczy i słuchaczek.
Ó s m e p o s i e d z e n i e odbyło się 4. października 1901. w Chrzanowie. Obecni pp.
Gustawicz, Bieroński, Borowiecka, Makuch, Pietrzykowski, Polaczek i Rzeszódko.
1. Załatwiono sprawy administracyjne.
2. Przewodniczący złożył do zbioru muzealnego fotografię uczestników wy
cieczki ludoznawczej odbytej do Dubia 7. lipca b. r.
3. P. Ignacy Dudek, nauczyciel w Jeleniu, przysłał zbiór pieśni, gadek i po
wiastek z tejże wsi, a p. Julia Haraschinowa kilkanaście szczegółów ludoznawczych,
przeważnie pieśni, z okolic Krakowa, Oświęcimia i Sokala.
4. Uchwalono wyrazić pisemne podziękowanie tym nauczycielom i nauczy
cielkom pow . chrzanowskiego, którzy w r. 1900. i 1901. nadesłali materyały ludo
znawcze.
5. Uchwalono wyrazić pisemne podziękowanie p. Stanisławowi Winiarskiemu
w Warszawie i p. L. Kempnerowi w Płocku za bezpłatne ofiarowanie 1 do zbioru
muzealnego ilustrowanych kart z typami ludowymi z księstwa Łowickiego i wido
kami Płocka.
6 . Uchwalono czysty dochód z wycieczki urządzonej do Dubia 7. lipca' b. r.
w kwocie 6 kor. 8 hel. rozdzielić między Zarządy Oddziałów chrzanowskiego, kra
kowskiego, i podgórsko-wielickiego.
7. Uchwalono odbyć posiedzenie naukowe w Oświęcimiu (pow. bialski) dnia
26. października b r. ,
8 : Biblioteka Oddziału powiększyła się z daru pp. Gustawicza, Kaliny, Do
brzyńskiej, Winiarskiego, Kempnera i Rzeszódki o 7 dzieł i 207 kart ilustrowanych
z typami ludowymi i widokami.
D z i e w i ą t e p o s i e d z e n i e Zarządu Oddziału odbyło się dnia 18. stycznia
1902. w Chrzanowie pod przewodnictwem prof. Br. Gustawicza.
Obecni pp : Bieroński, Borowiecka, Makuch, Polaczek, Rzeszódko, wreszcie
jako gość X. Stanisław Rudnicki.
1. Załatwiono sprawy administracyjne.
2. Do Oddziału przystąpiło 5 nowych członków a wystąpił j e d e n ; Oddział
liczy więc 23 członków.
3. Przyjęto do wiadomości i zatwierdzono sprawozdalie rocz e sekretarza
z czynności i skarbnika ze stanu kasy za r. 1901.
5.
Uchwalono, by Zarząd główny Tow. ludoznawczego pokrył wydatki Od
działu za r, 1901. w kwocie 34,09 K. z własnych funduszów i zwrócił je przewod
niczącemu Oddziału.
—
110
—
6 . Uchwalono, by Zarząd główny Tow, ludoznawczego począwszy od r. 1902.
przyznał Oddziałom 50% ogólnej sumy wkładek członków Tow. którzy do Oddziału
należą.
7. Uchwalono zakupić 200 egz. odbitek »Cepy« u p. S. Udzieli po 2 hel za
egzemplarz i rozesłać nauczycielom powiatów chrzanowskiego i bialskiego w celu
uzyskania odpowiedzi na umieszczony tamże kwestyonaryusz.
8 . Uchwalono odbyć III. Walne Zgromadzenie dnia 16. lutego 1902. w Chrza
nowie.
9. Biblioteka Oddziału powiększyła się o 1 dzieło, a zbiór kart ilustrowanych
o 10 sztuk, tak, że oddziałowy zbiór muzealny liczy książek i broszur 34, kart
ilustrowanych 339, fotografii 6 , przedmiotów przemysłu domowego 51, pisanek 6 .
St. Polaczek
sekretarz.
Bronisław Gustawicz
przewodniczący.
Oddział w Krakowie.
C z w a r t e z w y cz aj ne W a l n e Z g r o m a d z e n i e członków krakowskiego
Oddziału Tow. ludoznawczego odbyło się 19. grudnia 1901. r. w sali Collegii novi
w Krakowie. Obecni pp : Bagieński, prof. Gustawicz, Jakóbiec, Magiera, Pająk, prof
Dr. Rozwadowski, Stączek, Swiętek, Udziela.
Przewodniczył prezes Oddziału p. Swiętek, protokół prow adził sekretarz, p
K. Kaczmarczyk.
1. Po zagajeniu, p. Swiętka tudzież po odczytaniu i przyjęciu protokołu
z III. W alnego Zgromadzenia, złożył p. Kaczmarczyk sprawozdanie z czynności Za
rządu, a p. Stączek sprawozdanie kasowe za r. 1901. co przyjęto do wiadomości
i udzielono absolutoryum ustępującemu Zarządowi.
2. Po dłuższej dyskusyi, spowodowanej ustąpieniem prezesa p. Swiętka, w y
brano nowy Zarząd w liczbie 7 osób. Przewodniczącym obrano prof. Br. Gustawicza
zastępcą jego prof. Dra Jana Rozwadowskiego, a członkami Zarządu pp. Seweryna
Udzielę, Stanisława Stączka, Jana Jakóbca, Kazimierza Kaczmarcryka i Jana Ptaśnika.
3 Uchwalono zwrócić się do głównego Zarządu z prośbą, aby na rok przyszły
pozwolił zbierać wkładki od członków, jak to czyni Oddział chrzanowski, w celu
uniknienia zaległości i strat.
4. Uchwalono zwołać nadzw'yczajne W alne Zgromadzenie, na którem Zarząd
przedłoży wnioski przyszłej pracy na polu ludoznawczem, tudzież określi należycie
stosunek Oddziału do Zarządu głównego w celu korzystniejszej i wydatniejszej
pracy na temże polu.
5. Uchwalono, by Zarząd Oddziału rozpatrzył się, w jaki sposób powiększyć
fundusze Zarządu.
6 . Uchwalono, by Zarząd Oddziału postarał się o wszystkie roczniki »Wisły«
dla jego biblioteki, gdyż w bibliotekach krakowskich brak tego cennego czosopisma
ludoznawczego.
K . Kaczmarczyk'
sekretarz.
Bronisław G ustam cz
przewodniczący.
— lil
—
III. Dary.
O próczjczasopism i wydawnictw peryodycznych instytucyi, z któremij Tow.
stoi w stosunkach wymiany publikacyi, otrzymaliśmy następujące dary w r,1901:
72. St. Ciszewski swoją pracę: Z dejin mnemotechniky
a prvotných
pover.Praha 1900.
73. Dr. St. Grabski: Sřowacy. W arszawa 1901.
74. I. L. Ł oś: Ljublinskije otrywki. S. Pietersburg 1900.
75. J. A. Jaworskij: Oczerki po istorii russkoi slowiesnosti. Lwow 1901.
76. J. Talko Hryncewicz: Poliaki, antropologiczeskij oczerk. Moskwa 1901.
77. Materjaly do ukraińsko ruskoji etnologji. Lwiw 1901. Ill—IV.
78. M. Dragomanów: Rozwidki. II. Lwiw 1901.
79. A. Šebestová: Lidské dokumenty. Olomouc 1901.
80. A. Brückner: Cywilizacya i język. G. Gebethner. W arszawa 1901.
81. A. Bąkowska. L. Gomme: Folklor w etnologii. W arszawa 1901.
82. W. Nałkowski: Ziemia i człowiek. J. Fiszer. W arszawa 1901.
83. Fr. Bujak: Maszkienice, wieś powiatu brzeskiego. Stosunki gospodarcze i spo
łeczne. Kraków 1901.
84. E. Bogusławski : Metoda i środki poznania czasów przedhistorycznych. E. Wende.
W arszawa 1901.
85. T. M andybur: Mitologia w dyalogach Lukiana. Kraków 1901.
86 . Br. Koskowski: W ychodźctwo zarobkowe włościan w Królestwie Polskiem.
W arszawa 1901.
87. Dr, K. Gorzycki: Zarys społecznej historyi państwa polskiego, W arszawaLwów 1901.
88 . E. Majewski: Światowit III. W arszawa 1901.
89. Materjały i prace komisyi językowej Akademii Umiej. Kraków 1901. Tom I. zesz, 1*
90. Dr.J. Karłowicz: Słownik gwar polskich. Tom II. Kraków 1901.
91. I. Radliński: Przeszłość w teraźniejszości. Tom I. W arszawa 1901,
92. St. Zdziarski: Pierwiastek ludowy w poezyi polskiej XIX. wieku. Warszawa,
E. W ende 1901.
93. Dr. Wł. M atlakowski: Zdobienie i sprzęt ludu polskiego na Podhalu. W arszawa,
E. Wende 1901.
94. Jaworski J. Dr.: O przesądach i zwyczajach ludu naszego dotyczących pomocy
dla rodzących oraz opieki nad noworodkiem. W arszawa 1901.
9 5. Pautsch O. : Grammatik der Mundart von Kieslingswalde Kr. Habelschwerdt.
I. Theil. Lautlehre. Breslau 1901.
96. Z. Gloger: Rok polski w życiu, tradycyi i pieśni. W arszawa, J„ Fiszer 1901.
97. Sprawozdanie komisyi fizyograficznej Akad. Umiej. Tom 35. Kraków 1901.
98. Pamiętnik Towarzystw a Tatrzańskiego. Tom XXII. Kraków 1901.
99. Materyały antropologiczno-archeologiczne i etnograficzne. Tom V. Kraków 1901.
100. Dr. St. Eljasz-Radzikowski. Styl zakopiański. Wydanie 2-gie. Kraków. Tow.
wydawnicze we Lwowie. 1901.
101. H. W iercieński: Opis statystyczny gubernii lubelskiej. W arszawa 1901.
102. A. W olter: Spiski nasielennych miest suwalskoj gubernii как matierjał dla
istoriko-etnograficzeskoj geografii kraju. S. Pietierburg 1901.
103. J. Ruskin. Królowa powietrza. Studyum nad greckimi mytami o chmurach
'i burzach. Przekład W. Szukiewicza. W arszawa. 1902. T. Paprocki i Spka,
—
112
—
Do m uzeum :
1. Józef Schnaider; W yszywki ludowe z okolic Peczeniżyna. Inw ent nr. 155.
2. Tenże : 55 pisanek z okolic Peczeniżyna. Inwent. nr. 15?.
3. Julia Fritsche, poczmistrzyni, 11 pisanek z okolic Duplisk,
pow.ZaleszczykiNr.
Inwent. 156.
4. Ks. J. Krechowicz: 1 para żelaz „raki“, lub „pidkowy“ przywiązywane przez
Hucułów do nóg przy chodzeniu po górach. Inwent. nr. 158.
5. Marya W olska: „Szutura“ używ ana przez lud rumuński. Inwent. nr. 159.
V. Spis nowych członków.
679. Bielewicz Ant. naucz. Brzezinka p. Oświęcim.
680. Brossman W ład. naucz. Rajsko p. Oświęcim.
681. Klemensiewicz Józef, likwidator Tow. krak. Lwów.
682. Kośmider Tomasz, naucz, Dwory.
683. Leitner Stan, naucz. Grabie p. Wieliczka.
684. Lilientalowa Reg. W arszawa.
685. Maliszak Stan. kontrol, mag. Oświęcim.
686 . Metoga Jan ks. katecheta, Oświęcim.
687. Nussbaum Maryan, naucz. Bodzanów p. Wieliczka.
688 . Smólski Grzegorz, literat, Wiedeń.
689. Dr. W asung M. sędzia, Lwów.
Sprostôwaníé.
W rozprawie dr. M. Żmigrodzkiego, »Lud« VII, należy czytać:
str. 287, wiersz 6 od góry zamiast Schultza ma być Schmeltza,
3>
»
»
»
»
13
on
ona,
» 292
»
»
»
18
wieku
metra,
»
2> 20
»
»
metalargii »
»
metalurgii,
»
»
»
»
7>
starość
10 od dołu
stałość,
»
7>
»
»
»
Hiffitów
3
Hittitów,
»
»
»
»
7>
Aspyryi
2
Assyryi.
333. »Drukarnia Polska« (Pasaż H ausmana 5.) we Lwowie.
Badania nad alkoholizmem
w Galicyi zachodniej.
(Odczyt
wypowiedziany na posiedzenii. Towarzystwa Ludoznawczego
we Lwowie 7. grudnia 1901. r.)
( D o k o ń c z e n ie .* )
IV .
S to su n k i w m a ł y c h m i a s t e c z k a c h , ograniczając się
n a tu ra ln ie do b ad a n y ch , u o g ó ln ić tru d n o . Nie otrzy m am y dla
ża d n eg o ta k d o k ład n y ch w iadom ości, ja k d la K ra k o w a , już choćby
d la teg o , że nie m ając o p ła ty akcyzow ej, nie m ogą d o starczy ć
ścisły ch w y k azó w ilości sp o ż y te g o alkoholu.
S p o ży cie alk o h o lu o d g ry w a tu znaczną ro lę w życiu codziennem i dom o wem k las w yższych, k tó re n iejed n o k ro tn ie więcej piją
od lu d n o ści p racu jącej fizycznie. S ta n rzem ieślniczy, p o d u p a d a
ją c y w m ały ch m iastach bodaj że szybciej niż w K ra k o w ie ,
ch ętn ie za g lą d a do kieliszk a, h an d e l znajduje się przew ażnie
w rę k u izraelitó w , ro b o tn ic y ty lk o w P o d g ó rz u stan o w ią elem ent
liczny, w y ra źn ą k lasę społeczną.
O d liczby szy n k ó w p ijań stw o zdaje się w o g ó le m ało b y ć
zależnem . L iczba lokalów , w k tó ry c h sp rzedają alkohol, b y ła w ogóle
niew ielk ą, m ianow icie (we w szystkich 6) 120, t. zn.; że jed en
szy n k w y p a d a ł na 347 m ieszkańców . T y lk o w 7 nie b y ło k ie li
szkow ej sp rz ed aż y w ódki. Żydzi zarządzali p rzew ażn ą liczbą szy n
ków , m ianow icie znajdow ało się w ich rę k u 85^"/о- L udność pije
przew ażn ie w szy n k ach, ja k k o lw ie k nie je s t rzadkością, iż p ijań
stw o przen o si się do dom ów . K o b ie ty p iją w o g ó le m niej od
m ężczyzn, a n o to ry cz n e p ijaczki zauw ażono je d y n ie w śród p rz e
k u p e k i żon m u rarzy . O statn ie ro zp ajają się n iek ied y z konieczności,
w P o d g ó rz u n. p. to w arzy szy ły m ężom, g d y ci szli po w y p ła tę
so b o tn ią, a ż eb y choć część pieniędzy u ra to w ać, a w ęd ru jąc od
jednej do d ru g iej k arczm y, w raz z całem tow arzystw em , p o d le g a ły
w reszcie i sam e n ało g o w e m u pijaństw u.
*) Zob. »Lud« Vili., str. 62.
§
—
114
—
W Suchej liczba k arczem je s t nadzw yczaj m ałą, ta k że i w y
p a d a n a 780 m ieszkańców , w śró d n ich 3 znajduje się w rę k ach
ży d o w sk ich , 2 w k ato lick ich . L u d n o ść stan o w ią m ieszczanie ro l
n icy, k tó rzy w cale nie p iją w ódki, rzem ieślnicy, ro b o tn ic y i liczna
słu żb a kolejo w a. W sam em m iasteczku znajduje się niew ielk a
liczba n o to ry cz n y ch pijaków , a w y p a d k i zubożenia z p o w o d u p i
ja ń stw a zd arzają się n a d e r rzadko. P o d m iasteczkiem zaś i n a
p rzedm ieściach, gdzie je st w łaściw a siedziba ro b o tn ik ó w i w iej
sk ieg o p ro le ta ry a tu p ijań stw o b ard zo b y ło rozpow szechnionem .
T a n a d e r u b o g a ludność w ęd ru je n a zaro b k i za gran icę, p o w ra ca
z g o to w y m groszem i często g o p rzep ija, nie znajdując w dom u
p ra c y , an i zaro b k u . G łó w n y m jej tru n k iem je st w ódka. D z ia ła l
ność m isyi w obec p ija ń stw a je st b ard zo d o d a tn ią : od czasu
o statn ich m isyi w 1896. r. ludzie, k tó rz y p rz y rze k li nie pić, d o
trzy m u ją d o tą d tej obietnicy.
W B rzesk u z p o w o d u b lizk ieg o sąsied ztw a O kocim ia i zn aj
d u jąceg o się tam b ro w a ru ludność pije przew ażnie piw o, ale
zaledw ie 3—4°/,, m ieszkańców p o w strzy m u je się zasadniczo od
w ó dki. S zy n k i w szy stk ie zn ajd o w ały się w rę k u izraelitó w i s łu
ż y ły p rzew ażn ie d la ludności okolicznej, tern się tłu m a czy ich
w ielk a ilość (15) w zględnie do liczby m ieszkańców , 1 szy n k w y
p a d a ł na 210 m ieszkańców . N o to ry c zn y ch p ija k ó w liczono w B rz e
sk u 7, czyli że i w y p a d a ł n a 457 m ieszkańców , rodzin zub o żały ch
w s k u te k p ija ń stw a by ło ty lk o 3, co p rz y p isa ć p ra w d o p o d o b n ie
n ależ y tem u, że k o b ie ty p iją b ard zo m ało.
M aleń k a L im an o w a (1603 m.) odznacza się trzeźw ością p o
m im o w ielk ieg o u b ó stw a sw oich m ieszkańców . S zy n k ó w liczą
w niej aż i 2, ale służą one przew ażn ie p o trzeb o m okolicznej lu
dności, k tó ra podczas dni ta rg o w y c h licznie n ap ły w a .
W a d o w ic e sta n o w ią je d e n z g łó w n y ch p u n k tó w w y chodźtw a
za ro b k o w eg o . W y c h o d źcy p o w ra c a ją c y »z Saksów « piją przez całą
zim ę. P o za tem rzad k o w idać p ija n y c h chłopów , ale o b y w a te le
w ó d k i so b ie nie żałują. W m ieście s p o ty k a się dużo n ało g o w y c h
p ijak ó w , k tó rz y noszą n a w e t o ddzielną nazw ę »łazików «, g d y ż
sto ją cały dzień przed p ro p in a c y ą i piją. Z niem t razem p rz y ch o d zą
i ro z p ija ją się nieraz ch ło p cy k ilk u n asto le tn i. P o m isy ach ludność
p rz estała pić, zm iana b y ła ta k w y ra źn a, że p ro p in a to r zażądał zniże
nia czynszu, trw a ło to przecież ledw ie p ó ł ro k u , po czem p ow róciło
w szystko do d aw n eg o stan u . W ie lk im szkopułem w p rzeciw dzia
łan iu p ijań stw u m u siałb y b y ć fak t, że dzierżaw a p ro p in a c y i
I
-
115
-
p rzy n o si m iastu 56000 k o ro n , stan o w iąc g łó w n e źródło dochodu
i ciężar p raw ie 10 k o ro n n a g ło w ę m ieszkańca.
Z B o ch n i sk arżą się n a rozpow szechnienie p ijań stw a. N a j
w ażniejszy n apój stan o w i w ó d k a ro zm aiteg o g a tu n k u , u ży w an a
często z p rzy m ieszk ą a n o d y n , p iją rów nież w ino i piw o. R o b o t
nicy, u k tó ry c h używ anie n ap o jó w s p iry tu so w y c h stan o w i c o
dzienną p o trze b ę, n ajchętniej piją w ódkę, m ieszczanie i rzem ieśl
n icy piw o. T ru n k ó w u ży w ają n ie ty ik o w karczm ie, ale i w dom u,
p rzed i po robocie, oraz w czasie jej trw a n ia . W k lasie ro b o tn i
czej k o b ie ty p iją n a ró w n i z m ężczyznam i, ja k k o lw ie k rzadziej
chodzą do karczem , a n ierzad k o w id ać i m łodych chłopców p i
jący c h w raz z ojcam i. D zieciom dają n iek ied y alk o h o l w p rz e
ko n an iu , że to d o b rze ro b i n a ro b a k i. P ija ń stw o sp ro w a d za
liczne b u rd y , a n iek ied y i ciężkie uszkodzenia ciała; n o to ry czn y ch
p ijak ó w , k tó rz y p rz ep ili ca ły odziedziczony m ajątek , znajduje się
w m ieście k ilk u . P o ch o d zą oni z najniższej k la sy i ro zp ili się
w ódką. L ek a rz e m iejscow i sk o n stato w ali w m iasteczku zdegenero w a n e p o to m stw o k ilk u ro d zin : id y o tó w , ep ile p ty k ó w , new rop a tó w i szereg in n y ch chorób.
O sto su n k ach P o d g ó r z a tru d n o sądzić z pow odu n ie
u stan n ej w y m ia n y z lu d n o ścią K ra k o w a . G łó w n y napój stanow i
tu -wódka, k tó rej k o n su m en tam i są przed ew szy stk iem ro b o tn icy .
R z em ieśln icy p iją n ajchętniej piw o, a chłopi z o k o licy piw o i ta n ie
w in a w ło sk ie, g o to w an e. A lk o h o l stan o w i co d z ie n n ą uży w k ę,
zw łaszcza w śró d lu d ności robotniczej, w y jątk iem są k o b ie ty i dzieci.
W niedzielę lu d n o ść p ije znacznie w ięcej, aniżeli w dni
pow szednie ; pije się p raw ie w yłącznie w szy n k ach już ch o ćb y
d la teg o , że lu dność ro b o tn icz a p racu je po za dom em . B ójki zda
rzają się często, ale ciężkie uszkodzenia ciała p ra w ie n ig d y .
N o to ry c zn y ch p ijak ó w niewdelu, a w o statn ich 4 la ta c h zau w a
żono znaczną p o p ra w ę stosunków .
V.
G łów nym n ap o jem ludności w i e j s k i e j w b a d a n y c h p o w ia
tach je st w ó d k a, w G alicy i zaeh. w szy stk a rafinow ana. P iw o i w ino
są b ard zo lu b io n e, ale ty lk o zam ożniejsi m o g ą sobie n a nie p o
zw olić. N ie dało się obliczyć konsum cyi alk o h o lo w y ch n apojów
o d ręb n ie d la w si i m iast, m ożna je d n a k p rz y ją ć d la w si konsum cyę niższą od średniej, g d y w m iastach i m iasteczkach je st
w yższą od przeciętn ej. M oże zatem o m y łk a nie będzie bardzo
-
116
—
w ielk ą, jeżeli w śród w iejskiej ludności przy jm iem y o '/з m niej
w ó d k i i o p o ło w ę m niej p iw a n a gło w ę, co w y n io sło b y d la ro k u
1899 litró w 5‘5 w ó d k i i 8 ' i i p iw a n a m ieszkańca wsi, oprócz
te g o p iją a r a k i w ino.
P ro p a g a n d a m isyi o d działała b ard zo silnie n a zm niejszenie
p ija ń s tw a 1). W gm in ach , z k tó ry c h n ad esłan o mi odpow iedzi,
rzeczo zn aw cy ocenili część ludności, k tó ra nie pije w ódki :
w po w iecie k ra k o w sk im n a 4 O0/0 całej ludności,
»
w adow ickim » 50°/c
»
w o k o licy Z ak o p a n eg o n a 50 — 660/0
»
» S uchej w szy scy g o sp o d a rz e p o siad ają cy g ru n ta ,
w pow . lim anow skim b ard zo w ielu.
P rz y s ię g a złożona m isyonarzom działa zw y k le la t p arę,
poczem znów p o w ra c a ją do d aw n y ch zw yczajów . Z resztą odprzysię g a n ie nie znaczy by n ajm n iej zu p ełn eg o w yrzeczenia się a lk o
h o lo w y ch nap ojów , zam iast w ó d k i p iją chłopi piw o albo h e rb a tę ,
czy k aw ę z rum em . W p o b liżu K ra k o w a , gdzie lu d je s t zam oż
niejszy i częściej p o sia d a g o tó w k ę po w o d zen ie m isyi je s t m niejsze.
K o b ie ty p iją w o g ó le m niej od m ężczyzn i przenoszą m iód,
w ino, h e rb a tę z rum em lub w ó d k ę z k ro p la m i (anodyny), niż
w ó d k ę czy stą. W 28 g m in ach z lu d n o ścią 40182 osób nie było
zw yczajem , a b y k o b ie ty p iły , c h y b a w czasie uroczystości, w esel,
czy chrzcin. Z 18 g m in z lu d n o ścią 24458 m. dano znać, że k o b ie ty
nie m niej p iją od m ężczyzn. S ądząc z te g o p rz y k ła d u m o żn ab y
tw ierdzić, że k o n su m cy a a lk o h o lu rozp o w szech n io n ą je s t w śród
3 O ° / 0 ludności. O byczaje k o b ie t u p o d o b n ia ją się zw y k le z o b y
czajam i m ężczyzn, zdarza się je d n a k , że m ężczyźni p iją, a k o b ie ty ,
sta rc y i dzieci zupełnej h o łd u ją trzeźw ości. W y p a d k i o p ilstw a
dzieci szk o ln y ch zdarzały się w 6 g m in ach z lu d n o ścią 7497,
a zatem w śró d io°/0 całej ludności b ad a n ej; m ożna je p rzeto
u w ażać za o b jaw w y jątk o w y . P o w szech n y m je s t przecież zw yczaj
d aw an ia dzieciom alk o h o lu ,.jak o lek arstw a, n. p. przeciw ro b a k o m .
P rz y u ro czy sto ściach (w eselach, chrzcinach, sty p ach ) nie w y k lu cza
się ich ró w n ież od b u telk i. W ie śn ia c y nie m ają pojęcia, że dzia
l)
Misye ograniczają się do wykazywania szkodliwości wódki, która jest
najbardziej rozpowszechnioną, jako trunek na wsi. Sprowadza to niewątpliwe po
lepszenie stosunków na lat parę. Alkoholizmu jednak nie wykorzenia, gdyż chłop,
o ile ma pieniądze pije wino i piwo. Nie odwyka tedy od alkoholowych napojów,
a po latach paru wraca nawet do wódki. Propaganda antyalkoholicznď stanąć zatem
musi na całkiem innym i trwalszym gruncie.
iis,
117
łan ie alk o h o lu n a o rganizm dziecięcy m oże b y ć szkodliw em .
W o d p o w ied ziach n a k w e sty o n a rz e b y ły k ilk a k ro tn e w zm ianki,
że zd arza się p ijań stw o w śró d uczniów szk o ły dopełniającej. L iczbę
n o to ry cz n y ch p ijak ó w p o d an o d la ludności 57827 n a 526, to znaczy,
że jed en p rz y p a d a ł n a 109 m. P o d nazw ą p ijak ó w rozum iano
zw y k le tak ich , k tó ry c h alk o h o l zniszczył fizycznie i um ysłow o.
Ludzi, k tó rz y 2 —3 ty g o d n i pili, a p o tem znów 2 lu b 3 m iesiące
b y li trzeźw ym i, nie nazy w an o pijakam i. R o d z in y zubożałe w sk u tek
n ad u ży cia alk o h o lu zn alazły się w 30 g m inach w liczbie 299.
P rzy jm u jąc d la ty c h znędzniałych rodzin cy frę członków nieco
niższą od przeciętn ej n a wsi, n. p. 4 ,/2 osób, w y p a d a 1211 (w śród
32992) osób zub o żałych z pow odu p ijań stw a to znaczy 3'67°/0
całej ludności. P ija ń stw o nie m oże te d y uchodzić ża ja k ą ś o g ó ln ą
p rz y c z y n ę zbied n ienia ludności w ieśniaczej, ja k k o lw ie k konsum cy a alk o h o lu o d bija się n iew ą tp liw ie n a ich ubogim budżecie.
N a ło g o w y m i p ijak am i staje się w iększa część w ójtów . O b ra
b ian ie in teresó w w szy n k u d o p ro w a d za najtrzeźw iejszych ludzi
po 2 lub 3 latach do n ad u ż y w an ia alkoholu.
N a p o w strz y m a n ie p ija ń stw a oddziałać m o g ą k o rz y stn ie k ó łk a
rolnicze, w k tó ry c h niem a w ódki.
O g ó ln a liczba szynków , w liczając w to k ó łk a rolnicze, w y
nosiła w e w szy stk ich 50 g m inach 182, to zn. 1 n a 462 m ieszk.
K ó łe k i w in iarn i b y ło w tem 22. Z szy n k ó w w łaściw ych 109 to
zn. 6 8 'i° l 0 zn a jd o w ały się w rę k a c h żydow skich.
Ż yd szy n k arz nie je st w p raw d zie bezpośrednim sp ra w cą p i
jań stw a. N. p . z o k o licy S uchej w y k a zan o najw yższe c y fry p ija
k ów , jak k o lw ie k w szy stk ie szynki zn ajd o w ały się tam w rę k u
chrześcian. A le izraelicki szy n k a rz okazuje się zw ykle lichw iarzem ,
w o b ec sw oich k lien tó w i um iejętnie podejść um ie praw o. O prócz
p ien ięd z y p rzy jm u je jaja, m asło, k u ry , kartofle, a tak że u brania,
poduszki, n aczy n ia k u ch e n n e aż do g ru n tu zajm ow anego ty le k ro ć
za za p ła tę w ódki. Z Z ak o p an eg o piszą, że b u rd y u sta ły od
czasu u su n ięcia ży d ow skich szy n k arzy . O d istn ien ia i liczby szy n
k ó w b ezp o śred n io nieraz zależy p ijań stw o ludu. N ajw ięksi p ijacy
m ieszk ają często w pob liżu szynków . W pow . B o ch n ia i W ie
liczka zn ajd u ją się w si bez szynków , w k tó ry c h w ó d k a je s t nie
znaną. Za to szy n kom pow odzi się n ad e r dobrze w okolicach,
z k tó ry c h jest znaczne w ychodźtw o zarobkow e. Za pow rotem ,
ja k donoszą z W a d o w ic, z S uchej, z L im anow ej, p rzep ijają z a ro
bio n e pien iąd ze i p rz y k ła d e m zarażają in n y ch , zw łaszcza m łodzież.
B ra n k a re k ru tó w je s t rów nież m om entem , k tó ry pijań stw o p o
1І8
w iększa, c h ło p a k i o trz y m u ją p rz y niej p ierw szy chrzest w ódczany.
S p o so b n o ści do p icia d o starc zają ró w n ież ta r g i ty g o d n io w e i ja r
m ark i. W pow . k ra k o w sk im je s t n. p. d la jednej części te ry to ry u m
3 d la innej n aw et 4 dni ta rg o w e n a ty d zień . W lim anow skim
p ow . 150 dni ta rg o w y c h w ro k u .
Z g m in w iejskich najw ięcej odpow iedzi nadeszło z p o w iatu
k ra k o w sk ie g o , k tó re m u w sk u te k te g o szczególną u w a g ę p o św ię
cić n ależy.
C ały p o w iat, liczący 497-8 km . 0 przestrzeni z ludnością
86097, a zatem 172 m ieszkańców n a 1 km . 0
podzielićby
m ożna p o d w zględem g ru n tó w n a : pas c ią g n ą c y się po obu
s tro n a c h K ra k o w a w zdłuż b rz e g u W isły , p o d le g ły zalew om , n a
k tó ry m c ią g n ą się p rzew ażnie łąk i, często m o k re, a ludność
u b o g ą je s t p rzez n ied o statec zn e i liche g ru n ta , n a część północnow sch o d n ią n a d g ra n ic ą ro sy jsk ą, gdzie znajduje się p o k ła d lo esu
i d o sk o n ałej ziemi. T a k sam o d o b ra ziem ia c iąg n ie się jeszcze na
zachód, g d zie tró jk ą te m w rz y n a się stre fa sadów ow ocow ych
i n a północo-zachód, g d zie leży znana ze swej urodzajności p ro
szo w sk a ziem ia. N a zachodzie znajduje się przecież k lin p o d m o
k ły c h n ieu ro d zajn y ch g ru n tó w , c ią g n ą c y c h się od K ra k o w a aż
do g ra n ic y . W pow . k ra k o w sk im oprócz ro ln ictw a ludność z a j
m uje się jeszcze p r z e m y s ł a m i d o m o w y m i , a m ianow icie:
M o raw ica i okolice ro b ią k a p e l u s z e .
K o szó w i N o w a W ie ś — p ł ó t n o .
R ą c z n a , Jezio rzan y , Ś ciejow ice — k o s z y k i .
W R u so cicac h , C zernichow ie, W o ło w icach , Jezio rzan ach ,
P ie k a ra c h , Ł ęg u , P rz y la sk u R u sie ck im , W o lic y , W y c ią żac h , K o ścieln ik ac h n a p rz ed n ó w k u w y c in a ją i czyszczą ł o z ę .
K a m i e n i o ł o m y i p i e c e w a p i e n n e znajdują się. w M ydln ik ach , B alicach , S zczyglicach, R z ą sk u , K rz y sz to fo w icach.
S a d y m ają R ą c z n a , W y ż ra ł, W o ło w ice, C hrosno, K leszczów ,
B olechow ice, K o b y la n y , K a rn ió w .
W a r z y w n i c t w o pro w ad zi C zarna W ieś, N ow a W ieś N a
ro d o w a, Ł o b zów i K ro w o d rza .
K a r t o f l e m ł o d e ho d u ją B ronow ice W ie lk ie i M ałe.
L e t n i e m i e s z k a n i a w y n ajm u ją w M y d ln ik ach i Z abie
rzo w ie (kolej).
M ł y n y i c e g i e l n i e o taczają K ra k ó w .
E m ig ra c y a z pow . k ra k o w sk ie g o istnieje n. p. z R y b n e j,
z L u b o cz y i G iebułtow a. N ie k ie d y lu d n o ść udaje się n a zaro b k i
n a Ś lązk. D n i ta rg o w y c h je st bardzo dużo i te lu d n o ść w ruch
—
119
-
w p raw iają: D la zachodniej części je s t 3 tak ich dni n a ty d z ie ń :
1 w K rzeszo w icach i 2 w K ra k o w ie . D la płd.-zachodniej : K rz e
szow ice i dzień, C zernichów 1 i K ra k ó w 2. D la w schodniej
2 dni w K ra k o w ie.
G m in b a d a n y c h b y ło w pow iecie 30 z lu d n o ścią 30159. K a r
czem, sk lep ik ó w , k ó łek rolniczych liczą w nich 73, a zatem jed n a
sp rzedaż alk o h o lu w y p a d a ła n a 413 m ieszkańców . W tej liczbie
by ło 13 lokalów , k ó łe k rolniczych, h erb aciarn i i w iniarni, k tó re
sp rz ed aw a ły ty lk o piw o i w ino. W rę k u izraelitów b y ło ich 6 g 0]a.
N a d er zn aczna część ludności w cale nie pije w ódki. W ca
ły m po w iecie d o chodzi ona do 33’8 7 0, w n ie k tó ry c h g m inach zaś
3/4 m ieszkańców w ó dki do u st nie b rało . W R acib o ro w ic ach p i
ją c y w ó d k ę stan o w ią z a b y te k przeszłości, w C zyżynach i Ł ęg u
cała lu dność o d p rz y się g ła od w ódki, do czego p rz y czy n iły się
to w a rz y stw a w strzem ięźliw ości, założone w e w szystkich parafiach
k ra k o w sk ie g o p o w iatu przez o b ecn eg o b isk u o a. P om im o ta k
k o rz y stn y c h sto su n k ów liczono w 27 g m in ach p o w iatu 179 p ija
ków , p rz y czem i w y p a d a ł n a 144 m ieszkańców . N ajw iększego
k o n ty n g e n s u d o starczają g m in y podm iejskie W o g ó le ludność
p o w iatu podzielić m ożna n a czysto w iejską i podm iejską, a k a ż d y
z ty c h ty p ó w p rz ed staw ia od ręb n e sto su n k i k onsum cyi alkoholu.
U jem nie w y ró żn ia się n. p. g m in a po d m iejsk a Bronow dce
W ie lk ie z lu d n o ścią 850 m ieszk., gdzie jed y n ie k o b ie ty sta re po la
tach 50 nie p iją w ódki, w o g ó le k o b ie ty ty le p iją co m ężczyźni,
okołozó chodzi bez żen ad y do karczm y. T a k sam o w podm iejskiej
gm in ie D ąb ie, ja k k o lw ie k szynki są w rę k a c h k a to lik ó w , bo hr.
A n to n i P o to c k i z O lszy izraelitó w osadzać nie chce w k a rc z
m ach, użycie w ó d k i je st pow szechne. W s k u te k m isyi i b ra c tw a
nie pije 35 osób n a 1040 m. P o d o b n ie je s t w B rono w icach M a
ły c h (podm iejska), gdzie n a 830 m ieszkańców w ó d k i nie pije 20.
T a k sam o w D ę b n ik a ch piją dużo w ódki, ja k k o lw ie k je st koło
50 nie p ijący ch . P iw o i w ino p iją w szyscy, piw o je s t więcej
lu b io n e niż w ino. O bok te g o chętnie p iją w n ie k tó ry c h g m inach
m iód. W strzem ięźliw ość obow iązuje ty lk o w obec w ódki. U lu
b io n y m je st t. zw. k u b e k zalew an y , t. j. k a w a czarna z rum em ,
n ie ty lk o u lu dności podm iejskiej lecz i w iejskiej, albo h e rb a ta
z rum em , w ó d k a zaś z k ro p lam i (z anodynam i).
P o d w zg lęd em p ijań stw a k o b ie t g m in y b ad a n e podzielić
m ożna n a 2 działy. W 14-tu z ludnością 12816 k o b ie ty n ie piją
w cale, a jeżeli p rz y o kazyi chrzcin czy w esel zd arzy się w y p ić,
to m niej od m ężczyzn.
•=*=* ш
««»
W 2. g m inach z lu d n o ścią 837 osób m ężczyźni w cale nie piją
w ódki, nic zatem dziw nego, że k o b ie ty nie p iją n a rów ni
z nim i.
W reszc ie w 13. g m in ach k o b ie ty bardzo w iele p iją w śród
lu dności 13623 osób. R zeczo zn aw cy tw ierdzą, że p iją bardzo
w iele, n ie k ie d y w ięcej od m ężczyzn, zdarza się o k reślen ie »naj
g o rsze pijaki« w innej m iejscow ow ości »że chodzą ty lk o je d n a
do d ru g iej i piją«. K o b ie ty sam ej w ó d k i m niej lubią, za to
k u b e k zalew any, h e rb a ta z rum em , w ódka z k ro p lam i, m iód są
b ard zo lubione.
P o ró w n y w a ją c c y fry lu d n o ści p o d w zględem p ija ń stw a
k o b ie t s p o ty k a m y p ra w ie ró w n y sto su n ek , n a 13633 osób w śród
k tó ry c h k o b ie ty nie p iją w cale lu b b ard zo m ało, 13623 tak ich
w k tó ry c h p iją w iele. Z w ykle stoi to w sto su n k u do p ijań stw a
o g ó ln eg o . T o znaczy, że w e w siach trzeźw ych nie zdarza się
duże p ijań stw o w śró d k o b iet. W y ją te k stan o w ią Zielonki, g m in a
p o d m iejsk a, w k tó rej część k o b ie t zajm uje się h an d lem cebulą
i nosi ją do m iasta. O tóż te c e b u la rk i dużo piją, ľ occasion fa it
le la rro n . S ą przecież w sie, w k tó ry c h cała m ęsk a m łódź pije,
nie p iją zaś s ta rc y i k o b iety .
P ija ń stw o w śró d dzieci szk o ln y ch je st w k a ż d y m razie
w p o w iecie k ra k o w sk im w y jątk iem . N a w y ra źn e p y ta n ie kw es ty o n a ry u s z a zauw ażono je ty lk o w 5 g m in ach z lu d n o ścią 6388,
a zatem w śród 2 3-4 0/0 ogólnej.
Z ty c h pięciu gm in trz y są podm iejskie, w k tó ry c h i k o
b iety więcej piją. T y lk o w jednej g m in ie podm iejskiej w D ąbiu
k ie ro w n ik m iejscow ej szk o ły p. S z a re k zau w aży ł w iększy rozw ój
p ijań stw a, zależny g łó w n ie od p ija ń stw a rodziców , zw łaszcza
m atek . Z m atk am i chodzą dzieci n a w esela, chrzćiny, s ty p y p o
g rzeb o w e i tam je raczą R ó w n ie ż zdarza się, że dziecko u k ra
d nie ojcu p a rę cen tó w lu b jajk o m atce i zam ienia to w karczm ie
n a w ódkę. P o d czas p asa n ia b y d ła k o m p an ijk i w y ro stk ó w u p i
ja ją się i czy n ią b re w ery e . P . S zarek w poro zu m ien iu z g m in ą
zarządził, b y dzieci nie b y ły w karczm ie obecne. Z ag ro ził
zaś dzieciom , że skoro się k tó re w szkole zjaw i p ijan e d o
niesie o tem do staro stw a , k tó re obiecało rodziców p o c ią
g n ą ć do odpow iedzialności. M usiało zatem
p ijań stw o
być
znaczne, sk oro dało po w ó d do ta k ic h rep resalij. T eraz je st
p o d o b n o lepiej Jeż eli p ijań stw o w śró d dzieci szk o ln y ch stan o w i
w y ją te k , to d aw an ie dzieciom w ódki zw iązane je s t p ra w ie w szę
dzie z u ży w aniem tru n k u przez rodziców .
D zieci o trzym ują
121
-
p rzeto alk o h o l p rz y zabaw ach i u roczystościach, uw aża się za
p ew n eg o ro d zaju k rz y w d ę nie daw ać dzieciom teg o , co rodzice
d la siebie u w ażają za d o b re ; o szkodliw ym w p ły w ie alk o h o lu na
o rg an izm dziecin n y n ik t nm m a pojęcia. Częściej niż w śród dzieci
zdarza się używ anie tru n k ó w u w y ro stk ó w . Z jednej gm iny
k iero w n ik pisze, że w śród dzieci szkolnych niem a p ijań stw a, ale
zdarza się w śró d m łodzieży chodzącej n a n au k ę do p ełn iającą
i to w g m in ie trzeźw ej, gdzie od czasów m isyi w 1898. r. 200
ludzi o d p rz y się g ło w ódki.
R o d z in zu b o żałych w sk u tek p ijań stw a nie b y ło ty lk o w 4.
g m in ach z lu d n o ścią 2599, a zatem w śród 9 ‘5% og ó łu ludności.
W trzech z p o m iędzy ty c h gm in k o b ie ty nie piją, w czw artej
gdzie k o b ie ty p iją (K ościelniki), jak k o lw ie k niem a rodzin do
p ro w a d zo n y ch do ostateczności przez pijaństw o,
m iejscow y
proboszcz ro b i u w a g ę, że lepiej b y się w łościanom działo,
g d y b y m niej w y d a w ali n a tru n k i. Co dó ro d zin zubożałych
w sk u te k p ijań stw a, to nie w szędzie p o d an o ich liczbę, często
ex p e rci zad aw aln iają się o g ó ln ą o d p ow iedzią: są, lu b : kilka.
P o d a n o liczbę zub ożałych przez p ijań stw o rodzin w gm inach
1 4 - U z c y frą ludności 11823 czyli 43-3°/0 całej. C yfra ta w ynosi
71 rodzin. P rzy jm u jąc zatem , ja k w yżej, n a rodzinę 4 1/, osób,
o trzy m am y liczbę 319 osób, k tó re p ijań stw o d oprow adziło do
ru in y . W p o ró w n a n iu z lu d n o ścią ty c h 1 4 . g m in w y n o si to
2 '7 0/0. N ajw yższą cy frą by ło rodzin 15. w gm inie podm iejskiej
D ą b ie , gdzie p rzy jm ując tę sam ą sk alę ludzie zubożeli w sk u tek
p ijań stw a stan o w ili p rz y ludności 1 0 4 0 — 6,4°/0', a zatem zn a
cznie więcej niż przeciętnie. W d rugiej podm iejskiej (B ronow ice
M ałe) b y ło ich 1 0 przy ludności 8 3 0 , a zatem 5 ’4 °/o- T o b y ły
c y fry najw yższe. N ie m ożna zatem m ów ić, a b y p ijań stw o w p o
w iecie k ra k o w sk im by ło g łó w n y m pow odem ub ó stw a, ale
w p ły w je g o je s t raczej p o d o b n y tem u, k tó ry w o g ó le alk o h o l na
lu dność w y w iera.
D o przy czy n p o tęg u jąc y ch pijań stw o należą o g ó ln ie p o w ta
rzające się ró w n ież w pow iecie k ra k o w sk im , a zatem ilość i b lis
kość k arczem , u trzy m y w a n ie ich przez żydów , k tó rz y chętnie
d ają w ó d k ę n a k re d y t i za fa n ty , lu b w ym ien iają na jaja, m asło,
zboże i t. d. S zy n k arz k a to lik m niej je st p o m y sło w y i mniej
śm iały. T am gdzie k arczm y są daleko za w sią np , ludność m niej
pije (B ielany). P o b ó r do w ojska w zm aga pijaństw o; m łódź m ęzka
często zaczy n a pić p rz y po b o rach , potem idzie dalej. S p ecy a ln ie
w po w iecie k ra k o w sk im o d d ziały w a b lizk o ść m iasta, zw łaszcza
—
122
—
w g m in ach podm iejskich, gdzie łatw iej o grosz g o to w y , na k tó ry
z n a la z łb y się in n y u ży tek , ale w śród p o k u s zn a n y ch najw iększą jest
u ży cie alk o h o lu , k tó re to w arzy szy też każdej uroczystości. Czuć
b r a k h e rb a c ia rn i, g d y ż k ó łk a rolnicze ich nie zastępują, sp rzed ają
często w ó d k ę n a flaszki, a zresztą w pow iecie je st ich mało.
W C zernichow ie g d zie są h e rb a c ia rn ie p ijań stw o m niejsze.
N a zm niejszenie p ija ń stw a od d ziały w u ją b ezp o śred n io misy e i tow . w strzem ięźliw ości. L u d n o ść o d p rz y się g a od w ódki
i dłuższy czas jej nie pije. Sądzę, że w p ły w duch o w ień stw a b y łb y
znacznie w iększy, g d y b y ono sam o m niej piło, ale n ie ste ty księża
p iją b ard zo w iele i w ó d k i, i w ina. Z resztą p rz y tow . w strzem ię
źliw ości o d p rz y się g a ją od w ódki, ale p iją piw o i h e rb a tę z ru mem, lu b ią m iód i k u b e k zalew any. Z g m in y K o ście ln ik i, gdzie
od d ziałan ia m isyi w 98 r. 200 ludzi t. j. */5 całej ludności w y p rz y się g ła się w ódki, p iją n a g ło w ę po 10 h e r b a t z rum em i k a w
z a le w an y c h odrazu. H e rb a ta z rum em je s t w og ó ln em użyciu
i to z ru m em w złym g a tu n k u . K o n su m c y a w ódki w pow iecie
nie d a ła się określić.
B lizk o ść w iększego m iasta w pow iecie k ra k o w sk im silnie
o d d ziały w a n a sto su n k i w iejskie, m ianow icie gm in podm iejskich.
M o żn ab y w szy stk ie g m in y p o w ia tu podzielić n a m niej liczne
p o d m iejsk ie i liczniejsze w iejskie czysto rolnicze. Z ależnie o d
o d leg ło ści od m iasta sto su n k i są rozm aite, w szy stk ie przecież
zb liżają się do po d m iejsk ieg o ty p u , a m ianow icie m ają lu d n o ść
m ieszan ą ro ln ą i w yrobniczą, p ra c u ją c ą w rzem iosłach lu b fa b ry
kach. Z am iast u o g ó ln ie n ia sto su n k ó w podm iejskich i czysto w iej
skich p o zw o lę sobie o p isać dw ie g m in y :
D ą b i e g m inę po ło żo n ą n a 3 km . od K ra k o w a za ro g a tk ą
m o gilską, oraz R y b n e gm inę czysto ro ln ą , p o ło żo n ą n a za
chodniej g ra n ic y p o w iatu , w odległości 2 godzin d ro g i od m iasta.
D ą b ie m a ludność ro ln ą, g ru n ta częściow o zalew ane ; m ie
szka w niej trz y k a te g o ry e ro b o tn ik ó w : m urarze, p ra c u ją c y na
bu d o w lach w K ra k o w ie , cieśle m ający tak że zaro b ek w K ra k o
w ie, ceg larze z a rab iają cy w okolicznych cegielniach, oraz ro b o tn ic y
z fa b ry k i m ąki k o stn ej. N a zaro b ek do fa b ry k i i ce g ie ln i chodzi
cała lu d n o ść p o siad ają ca m niej niż 5 m o rg ó w g ru n tu , ch a łu p n icy
u p ra w ia ją ciesielkę, m urarze m ają najczęściej ty lk o to co z a ro b ią 1).
!) Wysokość zarobków jest rozm aita: murarz zarabia od kwietnia (rzadko od
marca) do listopada lub grudnia, opłacany dziennie od 1 — 1’70, czasem do- 2 zł.
Pomocnicy (chłopcy lub dziewczęta) 50 —60 ct. Ceglarz przy pilnej pracy zarobi
dziennie od 1'75 —2 20 z pomocą, pracując od 3 r. do 8 w. zwykle od środy do
soboty. Robotnik rolny w lecie 60 —80 ct. Kobiety zajęte w ogrodzie 50 —60 ct.
—
Í23
—
W R y b n e j lu d n o ść jest rolnicza. Z aro b k i n a m iejscu są
w y łączn ie ro ln e, a p łaca d zienna w ynosi od 30—50 ct. J e s t w ych o d źtw o zaro b k o w e do K ró le s tw a p o lsk ieg o i n a Szlązk pruski
i a u stry a c k i, gdzie zarobki są przecież niższe. U b ó stw o w ielkie
a ch ło pi zadłużeni.
P o d ział w łasności rolnej w obu g m inach je st n a stę p u ją c y :
D ą b ie
C h ału p n ik ó w .
D o 5 m. g ru n tu
5 — 10
.
.
.
.
.
.
.
R ybna
Ilość właścicieli
na sto
.
32-2
50
58-8
300
72-0
3'5
50
I 2 ‘0
5'5
15
4-0
29
»
. . . .
w yżej 1 0 »
.
.
D om ów żyd o w sk ich (w łaściciele
ce g ie ln i i fab ry k i)
. . . .
5
Ilość właścicieli na sto
120
16
L iczb a c h a łu p n ik ó w je st w podm iejskiej wsi w iększą. Co
do lud n o ści rolnej posiadającej m niej niż 5 m orgów g ru n tu , to
p o ło w a m a w łasność niżej z m orgów , a d ru g a 2—5 m orgów . L u
dności w yrobniczej, m ieszkającej n a p o k om ornem je st w D ąb iu
dużo, w R y b n e j jej niem a.
J a k w składzie i sp o so b ie za ro b k o w an ia, ta k i w o d ży w ia
niu lu dności obu g m in o g ro m n a zachodzi różnica.
W R y b n e j o d żyw ianie je s t w o g ó le liche. Jed z ą n a ś n i a
d an ie zam ieszkę z m ąki ży tn iej, b o g a ts i prócz te g o ziem niaki
z żurem lub k ap u stą. O biadu nie g o tu ją w po łudnie, ty lk o p rz y
śn iad an u, a b y nie tracić d ro g ie g o czasu. N a o b iad znów ziem niaki
z k a p u stą , fasolę, ja g ły , czasem ry ż łam an y , k aszę jęczm ienną. B o ■
g a tsi u ży w ają m lek a, m asła, słoniny, czego b ied n i nie m ają.
W ie c z ó r znów zam ieszka z m ąki, lub ziem niaki z żurem .
W D ąb iu p raw ie cała ludność w y ro b n icza pije n a śn iadanie
k aw ę z m lekiem , a w b ra k u m leka czarną lecz koniecznie z a r a
kiem . P o d o b n ie i n a k o lacy ę. G d y zaro b k ó w niem a jed zą zupę
ziem niaczaną, zw. fitką z chlebem . N a ob iad w lecie lub g d y
je st za ro b ek k a w a łe k m ięsa, zw y k le w ieprzow ego, lub k iełbasę.
M urarze w lecie żyją lepiej. P a rę razy n a dzień jedzą m ięso,
lu b p rzy n ajm n iej kiszkę, n a ob iad rosół lu b zu p a zabielana,
m ięso, chleb i k ap u stę. P iją dużo k a w y czarnej z rum em . P rz e
ja d a ją i p rzep ijają ca ły zaro b ek , nie oszczędzając zw y k le ani na
w ęg le n a zimę, a n i n a ziem niaki, czy n a u bram e. Za to w zimie
b ied a, dzieci do szk o ły nie chodzą z b ra k u u b ran ia. C eglarz
i w z in ie coś zarobi, p rz y sp o sa b iając g lin ę do w yw ozu ceg ły ,
-
124
—
je s t tro ch ę oszczędniejszy, a dzieci w cześnie za p rz ę g a do ro b o ty ,
liczen ia ce g ły , znoszenia jej p o d szopy i t. d., g d y w y ro stk i m u
ra rsk ie w ałęsają się nieraz. N ajsolidniejszym i zarobnikam i są
cieśle z p racu ją, g d y je st zarobek, za o p a tru ją się n a zimę w w ę
g iel, w ielu p o k u p o w a ło sobie dom ki.
Co do u ży w an ia alk o h o lu p a n u ją m iędzy lu d n o ścią o b u
g m in o g ro m n e różnice. W R y b n e j, gdzie je st 3 szy n k i w rę k u
żydów , czw arta część ludności w cale nie pije w ódki, p iw a k tó re
je s t liche p iją m ało, w ino d la nich za dro g ie. P ija c y są ale nie
n ało g o w i, p iją 2— 3 ty g o d n i, p o tem znów 2 lub 3 m iesiące nie p iją,
tak ich je s t 6. K o b ie ty p iją ty le co m ężczyźni a zatem się nie u p i
jają. O w e 3/4 ludności, k tó ra w R y b n e j pije i n ad u ż y w a n ie k ie d y
tru n k ó w , zdaniem m iejscow ego k ie ro w n ik a szkoły, pije z nędzy.
W o b e c s e k w e stra to ra i b ied y , nie pozw alającej m u się w y ży w ić,
szu k a w ieśn iak p o ciech y w kieliszku, pije w czasie w iększych ro b ó t,
bo u sta łb y w śród p ra c y p rz y swem niedostatecznem pożyw ieniu.
W ó d k a je s t d la nieg o tèm , czem b a t dla k onia. B ied ą sw ą z a
jęty , ch ło p m ało się n a w e t g a rn ie do ośw iaty . S zk o ła je st p rze
cież w e w si od la t 100, a lud um ie p rzew ażnie p isać i czytać.
B ied n i i b o g a tsi piją jed n ak o w o , zw łaszcza w porze w io
sennej, letn iej i jesiennej, g o sp o d arz, czeladź i najem nicy, w szyscy
w y łączn ie w ódkę.
W czasie wesel i chrzcin piją wódkę i herbatę z rumem;
gdyby się wszyscy zaproszeni nie popili, uważanoby wesele
za liche.
W D ą b iu p ijań stw o je st w iele groźniejsze. N a ło g o w y ch p i
ja k ó w je st 28, z ty c h 15 m ężczyzn i 13 kobiet, a zaledw ie 35
w sk u te k m isyi i b ra c tw a w strzem ięźliw oś i o d p rz y się g ło w ódki.
K o b ie ty są najgorszem i pijaczkam i, zan ied b u ją przez tru n e k sw oje
obow iązki. U b o d z y w ięcej piją, niż zam ożniejsi i to w ódkę, w y
ro b n ic y k o n iecznie codzień w ódkę m ieć m uszą — o jedzenie nie
d b ają. Zam ożniejsi p iją przew ażnie p rz y o k azy i (chrzciny, w esela,
sty p y ). N ajw ięcej piją ci, co m ają n iestałe zarobki, w te d y g d y
za ro b e k się zdarzy, g łó w n ie w so b o tę po o d eb ran iu p ien ięd zy
i w niedzielę, a p o p ra w ia ją w poniedziałek, lecząc się piw em
i w o d ą sodow ą. M urarze zw y k le u rząd zają sobie B lau m o n ta g ,
ceg larze czasem d o p iero w e śro d ę idą do ro b o ty i w ted y p r a
cują od 3 ran o . Mieco lepiej je s t od 4 lat, k ie d y zniesiono k a n
ty n y w ce g ieln iach i n a fa b ry ce .
-
125
-
Pijaństwa ludności wiejskiej uważać nie można za bezpo>
średni wynik zamożności lub ubóstwa. Jako dowód przytoczę
przykłady następujące :
W po w iecie lim anow skim , k tó ry rzeczoznaw cy u w ażają
w o g ó le za trzeźw y, najbardziej p ija c k ą g m in ą je s t S z c z a w a .
Ś red n i o bszar po siadłości w łościańskiej w y n o si tu 10 —30 m o r
gó w , n iek tó rz y p o siad ają do 60 m o rg ó w g ru n tu . T a k znaczne
n a g a lic y jsk ie sto su n k i ro zm iary g ru n tó w sp raw iają, że ludność
pom im o, iż g le b a je s t m ało u ro d zajn a i p o d g ó rs k a nie znajduje
się w n ajg o rsz y ch w a ru n k a c h m a te ry a ln y c h tem b ard ziej, że
w ięk sza jej część zajętą je s t w lasach, gdzie ścinają drzew o, ro
b ią sąg i, p a lą w ę g le, w ożą tra m y do ta rta k ó w lub deski n a
kolej. W sam ej S zczaw ie je s t ta rta k i h u ta żelazna, ale w ty ch
lu d n o ść m iejscow a nie p ra c u je , ty lk o ro b o tn ic y sprow adzeni
z M oraw . G-mina ca ła je st dziś zubożałą przez pijaństw o, k t ó
rem u p o d le g a ją n a ró w n i ubożsi i zam ożniejsi, a znaczna liczba
p ijack ich ro d zin św iadczy, że tru n e k g ra su je od dłuższego czasu.
K o b ie ty i n ied o ro stk i p iją dużo i to n ie ty lk o z okazyi chrzcin
i w esel, ale i o zw y k ły m czasie.
b) U j ś c i e s o l ń e daw niej m iasteczko dziś w ieś o 300
m ieszk ań cach , w p ow . B ocheńskim
w y ró ż n ia się przez sw ą
p raco w itą, zam ożną i ośw ieconą lu d n o ść. S zk o ła istnieje tu od
n ie p a m ię tn y c h czasów , um ieją też w szyscy czytać. Źródłem za
m ożności je s t u p ra w a w a rzy w , k to m a 3 m o rg i g ru n tu , uchodzi
za zam ożnego, p rz y 5 m o rg a c h za bogacza. L u d n o ść je s t ta k
zaab so rb o w an a p ra c ą n a ro li i han d lem , że n a w e t w św ięto
n ik t czasu niem a iść do k arczm y, idą raczej n a p o le o g ląd ać,
ja k sto ją p lo n y . W je d y n y m szy n k u żydow skim żaden p ro p in a to r
utrzy m a ć się nie m oże, kó łk o rolnicze, g dzie sp rz ed ają wino, ro b i
d o b re in teresa. P o ło w a m ieszkańców n ależ y do tow . w strzem ię
źliw ości i w cale w ódki nie pije, inni w ó d k ę u w ażają tak że za
tru n e k n ie g o d n y p o rz ąd n eg o g o sp o d a rz a i piją piw o. K o b ie ty
p iją jeszcze m niej i ty lk o piw o. W gm inie liczą przecież 4 czy
5 p ijak ó w , a z daw niejszych czasów k ilk a rodzin zu b ożałych
w sk u te k p ijań stw a. T runkiem , k tó ry ich zgubił, b yło piw o.
U jście zaw dzięcza sw ą trzeźw ość w znacznej części w p ły w o w i
en erg iczn eg o k sięd za L., k tó ry przed k ilk u n a stu la ty tow .
w strzem ięźliw ości zało ży ł i w esel w karczm ie zakazał.
Obie wsie przytoczone są względnie zamożne, tymczasem
rozpowszechnienie alkoholizmu jest całkiem różne. T ak samo
oświata w formie ogólnie przyjętej umiejętności czytania i pi-
—
1Й6
—
s a n ia nie zdaje się m ieć b ez p o śred n ieg o w p ły w u n a p ijań stw o .
W p rz y to c zo n ej pow yżej S zczaw ie oraz w ró w n ie pijackiej s ą
siedniej K a m ie n ic y b y ły szk o ły i och ro n k i, w o k o licy S uchej
zk ąd donoszą o znacznem p ijań stw ie ca ła p ra w ie lu d n o ść poniżej
la t 30 um ie cz y ta ć i pisać. P ija ck ich okolic po d m iejsk ich p o
w iatu k ra k o w sk ie g o zaliczać tak że nie m ożna do m niej ośw ieco •
n y c h w śró d g m in w iejskich. O w szem chłop i ro b o tn ik z p o d
K ra k o w a p o sia d a z w y k le te n zasób ośw iaty, ja k i z d o b y ć m oże
w szkole w iejskiej, a p rz y tem o d znacza się b y stro ścią, in telig e n c y ą i fa n ta z y ą w rodzoną.
W arunki m ateryalne, jak wogóle obecne stosunki społeczne
w jakich lud nasz żyje, uważać można za tło, na którem przyjmuje
się doskonale alkoholizm, który jest przecież zjawiskiem samodzielnem i bezpośrednio zwalczapy być musi.
P rze d sta w io n e pow yżej re z u lta ty a n k ie ty nie są d o stateczn e
d la w y p ro w a d z a n ia w niosków o g ó ln y ch , k tó re też p o d a ję je d y n ie
w fo rm ie spostrzeżeń, uznać je przecież n ależ y za ty p sto su n
k ó w d la G alicy i Zachodniej. D o ty cz ące danej m iejscow ości c y fry
i fa k ta u w ażać m ogę za pew ne, g d y ż zb ieran e b y ły przez lu d z i
d łuższy czas zam ieszkałych w pew nej m iejscow ości i nie m ający ch
in te re su w m ylnem p o d a w a n iu faktów . N azw isk e x p e rtó w nie
p rzy taczam , g d y ż w ielu z nich sobie te g o nie życzy. M iejscow ości
o m aw ian e p rz e d sta w ia ją o sa d y ró ż n eg o ty p u i w ielkości, a do
ty czą ce ich szczegóły odnoszą się do k ró tk ie g o o k re su czasu
(zeb ran e zo sta ły w czasie od 23. g ru d n ia 1900. r. do 15. m arca
1901. r.) Z ach o w an ą p rzeto zo stała w k a ż d y m k ie ru n k u m ożli
w ie n ajw ięk sza ścisłość n au k o w a.
S to su n k i alkoholizm u i p ija ń stw a w G alicy i w schodniej
p rz ed staw iać się m uszą odm iennie ze w zględu n a różnice g o sp o
darcze i etn ograficzne. B y ło b y n ad e r ciekaw em poznać je i p o
ró w n a ć z o p ra co w an e m i w yżej. P o ró w n a n ie p rzep ro w ad zo n em
b y ć m oże w tak im ty lk o razie, jeżeli G a licy ę w sch o d n ią b ad a ć
b ęd ziem y p rzy po m o cy tej sam ej m eto d y i zw racać u w a g ę n a te
sam e m om enty.
Dr. Zofia Daszyńska-Galińska.
Pierwiastek ludowy w poezyi F. D. Kniaźnina.
B y ł czas, k ie d y m ów iono, że »nasz H e lik o n za piecem ,
a m uzy u b y d ła« , albo też od sy łan o p o etó w do p iek arn i, a b y
posłuchali, »co m iędzy so b ą g w a rz ą B arto sze i K a ś k i« 1). B y ł czas,
k ie d y ch łop w p oezyi b y ł tak iem cuchnącem stw orzeniem , że
k r y ty k a lite ra c k a w z d ry g a ła się n a je g o w idok. Słow em , b y ło to
u nas, m iędzy r. 1823. a 30., w czasie znanej w a lk i k lasy k ó w
z ro m an ty k am i.
A b y ł ta k i o k re s w tej sam ej P olsce, i to n a w iele la t przed
rom an ty zm em , k ie d y P o la c y ro zlubow ali się w chłopie, w praw dzie
nie w e w siach, ale u siebie : w dom ach, pałacach, salonach, p ark ach .
B y ł w ięc lu d w o b ro tach dw a ra z y (nie m ów iąc o dzisiejszej
dobie). W X I X . w. m iał chłop n a sobie sierm ięgę, w u stach
nieuczoną, p ro s tą i p ro s ta c k ą m ow ę, w sercu uczucie, ja k ie m a
ch łop w o g ó le, a w ted y , w X V I I I . w, b y ła to postać, k tó re jb y
nie m ożna zaliczyć do żadnej z w a rstw społecznych. B y ła to
k o m b in acy a jak ich ś ob cy ch W pływów , k lasy cz n y ch rem iniscencyi,
fa łszy w eg o pojęcia o tem , ja k lu d w y g lą d a , chęci o d etch n ien ia
po e lu k u b ra c y a c h »trzeźw ego rozum u«, jak iejś czułostkow ości
i m ody ; słow em : lu d sztuczny. A w ięc w y o b ra żan o sobie, że
p a s te rk i chodzą w a tłaso w y c h sukniach, g łęb o k o w y cięty ch , na
g ło w ac h m ają p e ru k i, w rę k u zg ra b n e laseczki, n a n o g ac h b iałe
p a n to fe lk i, że p ro w a d zą w y k w in tn e rozm ow y o ow ieczkach, b a
ra n k a c h i o m iłości z p o d o b n y m i do siebie p asterzam i, k tó rz y
tak że b y li p ięk n ie u b ran i, um yci i uczesani, m ieli lak ierk i n a
n o g ach , a w sercu m iłośne zap ały . T y m to osóbkom p rz y g ry w a ła
fletnia p astu sza, śp iew a ły słow iki i g ru c h a ły tu rk a w k i, dzw o n iły
dzw onki n a ró żo w y ch w stążeczkach u szyi b aran k ó w , a czasem
n a w e t z a b łą k a ł się m iędzy nie sta ro ż y tn y am or i strz a łą ugodził
w serce ja k ie g o ś K o ry d o n a , Pfllona, M edona, lub jak iejś K lim en y ,
A m ary li, E lm iry , F ilo re ty , M ilony, Ism eny, N e e ry etc. P o eci p i
sali sielan k i o tak im ludzie, dw o ry b a w iły się w sielanki, p rze
b ieran o się, g ru c h a n o ; ot ta k : p o u r p asse r le tem ps. W lite ra
tu rze w ięc X V Í IL w. odbiło się życie ów czesne (swoim zw rotem
do sztucznej ludow ości) w pow odzi sielan ek , k tó re są tak że
sztuczne i sen ty m en taln e. T y p o w ą przed staw icielk ą je st sielan k a
»L au ra i P ilon« i zresztą w szędzie są p o d o b n e p a s te rk i do tej,
*) Siemieński, Portrety literackie, III. str. 307—S,
_
128
—
co »przyj źródle pila, Ijlś lic z n ą sw oją n o g ę zabłociła« (K arp .
» R o zstan ie się M edona« IV . w yd. B obrow icza str. 280); w szy scy
p asterze p o d o b n i do ow ego K o ry d o n a , k tó r y »zem dlał od żałości«,
k ie d y »D afne... coś ch c ia ła m ów ić o m iłości« (K a rp . »D afne
i K o ry d o n « , X V . str. 299).
A le ro k 1787. i 8. p rz y n ió sł spo łeczeń stw u p o lsk iem u dziw ną
now ość, n a k tó rą m y dziś p a trz y m y , ja k n a p rz ed św it ro m an
tyzm u. B y ły to n ie k tó re u tw o ry w dziełach F r, D . K n iaź n in a .
I tam b y ły sielan k i p a te ty c z n e , p a n ę g iry k i, e ro ty k i sen ty m en taln e,
ale b y ło k ilk a rzeczy, k tó re dziw nie o d b ija ły od n a c ią g a n y c h sie
lan ek ; k ilk a p o sta c i n ie p o d o b n y c h do salo n o w y ch p a s te re k i p a
sterzy . "W tej m ask arad zie p o k a z a ł się ja k iś realizm i p ra w d a.
Zanim przejdziemy do dzieł, które są najbardziej znamienne
w tym eksperymencie poety, zwrócimy uwagę na kilka drobia
zgów, które także mogą zadziwić.
N a p rz ó d idzie tu, już ty le k ro tn ie p rz y ta c z a n a przez h isto ry
k ó w lite ra tu ry »B abia g ó ra , do P a w ła C zem pińskiego, g d y o b
jeżd żał g ó ry k ra k o w s k ie « 1). C zytam y tam o » K re m p ack ich km ochach«, »w idm ach«, d y ab łac h , u p io ra c h i czarach, o tem , że te
p o tę g i zam ieniają ludzi w »żmije, ro p u c h y i sroki«. W id zim y
tak i o b ra z;
. . . . »powietrze świszczy,
Wzjeźone w łosy powstają...
W rzawa straszydeł huczy i piszczy:
Miotły, latarnie spadają«2).
To znowu, że czarownice »chwytają smolnie, widła, motyki« i lecą
na nieszczęśliwego doktora, który nie wie, że tylko T w a r d o
w s k i mógł tu chodzić i zrywać zioła, bo też on »sprawę miał«
z czartem i jego siostrzycami.
Cóż to jest ? Poprostu m ateryał do ballady z epoki pierw
szego romantyzmu.
A p o słu chajm y, co m ów i »Do K a c h n y , d w o rk i B arto sz
siełan in « 3); W z g a rd z iła ś m ną! » W y so k a ś te ra z ; an i spojrzeć n a
cię: P ió rk a n a głow ie, a sam a w bław acie«, bo »rubaszny dw o
ra k za to b ą się kręci«. —- A le sp arzysz się, K a ch n o , ja k się s p a
rz y ła có rk a S zym ona, k tó ra jeszcze tera z »na one w zdychacze
g o rzk o zapłacze«.
‘) Wydanie dzieł Kn. przez Dmochowskiego. 1828 t. I. str. 107.
2) Reminiscencya z »Myszeidy«.
s) Imiona, jakby na złość późniejszym klasykom. Dzieła t. I. str. 100.
—
129
—
K a ż d y przy zn a, że to już g rzeszy przeciw ko »gustow i«; bo,
jak że m ożna p isać p o ezye o K a śc e i B arto szu , o tem , że dziew ce
sp o d o b ała się lib e ry a d w o ra k a w ięcej, niż sielan in »serca z b y t
szczerego« ! A przecież je st to odw ieczna boleść ch ło p a, se tk i
ra z y p o w tarzając y się k o n flik t m iędzy dw orem a c h a tą i trz e b a b y
ty lk o in n eg o ta le n tu i p ió ra, a m o g lib y śm y m ieć n a tu ra lis ty c z n y
o b razek uw ied zen ia i unieszczęśliw ienia dziew czyny. A le jeszcze
je d n a w ielce ciek aw a rzecz. C zytam y u M ickiew icza w ie rsz y k :
»Spojrzyj, M ary lo , gdzie się k o ńczą g aje. W p ra w o łóz g ę s ty
zaro stek , w lewm się p ię k n a d o lin a podaje«... etc., tam u p ió r s tra
szy, w reszcie p o k u tu ją c a dusza, o d k lę ta słow am i »To lubię«,
o p o w iad a dzieje sw oje i nieszczęśliw ego Jó zia, A K n ia ź n in o p o
w iad a Ja n o w i R em b ieliń sk ie m u t a k : 1)
»Janie, ten ostrów, którego pobrżeźe
W ista na koto podmywając strzeże,
Gęste miał knieje, kwitnące zagrody
I mnogie trzody«.
M ieszkał tam o n g i L u b im ir i R ó z ia . A le przy szed ł w y lew
w io sen n y , w ezb ran y ży w io ł niosąc k ry , rozbił n a strz ę p y ráj L ub im ira i R ó zi. W io s k a zalan a, dom zw alo n y został, L u b im ir pew nie
zginął, bo » R ó zia je g o b ia ła z żalu skonała« łam iąc ręce. P ra w d a ,
że t u dusze nie straszą, że t a m za boskim w y ro k iem p o k u tu je
dusza, a t u obie dusze zg u b ił w ro g i elem ent, ale t u i t a m p o e ta
o p o w iad a p o d a n i e o zdarzeniu, k tó re się stało przed w iekam i.
C zytając te n w iersz, m im ow oli m arzy nam się o »To lubię«
0 »Świtezi«. W id zim y w ięc, że p o e ta z X V I II. w. m a n a w e t
sk ło n n o ść do p o d a ń lu d o w y ch , że u ż y tk u je k le c h d y i b aśn ie, ale
zobaczym y, że w chodzi on n a w e t do wsi, k re śli p o staci w iejskie,
o tw iera serca ch ło p sk ie i ch ciałb y od b ić ich uczucia, m ow ę, zw y
czaje i obyczaje. O pisanie lu d u ta k ie g o , jak im on jest, o p isy
żyw ej, p raw d ziw ej n a tu ry , trz e b a uw ażać za najw iększą zasługę
K n iaż n in a . T o dow odzi, że »jest K n ia ź n in w sw ojej epoce zja
w iskiem n ow em i niespodziew anem i p raecu rso rem , choć sk ro m
nym , p o ez y i ro m an ty c zn ej« 2).
Z asłu g a K n ia ż n in a w y d a się w iększą, jeżeli u w zg lęd n im y
czas i śro d o w isk o , w k tó re m p o e ta żył. W y c h o w a n e k Jez u itó w
1 ich sy stem u n au k o w eg o , p rz ejęty estety czn y m ko d ek sem 18. w .
d o stał się m niej więcej w 28. r. życia (1778 zapew ne) n a d w ór
») T. VII. Oda 7. str. 143.
s) Tarnowski. Hist, liter. pois. III. str. 376.
0
—
ISO
—
X , je n e r a ła Z. P . A d am a C zarto ry sk ie g o . K siąż ęce rezy d en c y e :
P o w ąz k i a zw łaszcza P u ła w y b y ły o g n isk iem lite rac k ie m , hołdującem (rzecz n a tu ra ln a ) ów czesnem u g u sto w i a w ięc i sielankow ości,
p o d sy can ej jeszcze e g z a lta c y ą i s e n ty m e n ta ln o ś c ią księżnej Izabelli.
B y ć m oże, że k siężn a Je n e ra ło w a , zbliżyw szy się do ch a t w iej
skich, n io sła tam św iatło i dobro, ale bez w ą tp ie n ia p o p ch n ę ła
ją do te g o k ro k u u c z u c i o w o ś ć , a nie uczucie. Że fa n ta z y a
o d g ry w a ła tam g łó w n ą rolę, że ch o d z iło o w rażenie, o złudzenie
n aw et, dow odzą liczne drobiazgi. J a k ż e bow iem w y g lą d a ły P o
w ązki łu b P u ła w y ?
W P o w ąz k ach , w p ię k n y m zresztą p a rk u , b y ły p o u staw ian e
całe sze reg i ch a te k . C hatki m ieli w szy scy : i m alarz n a d w o rn y ,
i g u w e rn a n tk a , i o chm istrzyni, i p o e ta nasz, i w szy stk ie dzieci
księstw a. Co w ięcej ! K a ż d a c h a tk a m iała g o d ła, odpow iednio do
te g o , k to w niej m ieszkał. B y ł tam w ięc kosz b ia ły c h róż i nap is
»dobroć«, g a łą z k a d ęb o w a i n ap is »stałość«, zięb a i »wesołość«.
K a ż d y szczęśliw y m ieszkaniec takiej ch a tk i m iał też i o g ró d e k ,
g d zie codzień aż do p o łu d n ia g ra b ił, siał, ko p ał, sadził, szc zep ił1).
N ie inaczej b y ło w P u ła w a c h , g dzie urządzono »dziką p ro
m enadę« w p a rk u an g ielsk im , b u d o w a n o w dzięczne m ostki, g lo ry e tk i, p a w ilo n y , w y k u w a n o sztuczne g ro ty w sztucznych skałach,
a stare m u lirn ik o w i k az an o siad y w a ć p rz y g ro c ie i g ra ć n a teorb ąn ie. F a n ta z y a księżnej zaw sze p ra c o w a ła : ona tw o rz y p ro je k ty
do sielan ek , u rz ąd za żyw e o b ra zy , rzu ca m yśli, k tó re p o e ta nasz
u b ie ra w sz a ty p o ety czn e. K się ż n a b y ła se n ty m e n ta ln a .
B y ł to ten sam sen ty m en talizm , k tó ry później k a ż e jej um ie
ścić w dom u g o ty c k im ta k ie rzeczy, ja k »traw k i z półn. prow in cy i an g ielskiej« zerw an e n a d aw n em obozow isku A g r y k o li2),
»C ząstki k am ien ia z g ro b u R o m e a i J u lii« 3), b a n a w e t »Części
ko ści R o m e a i J u lii« 4).
A le w ró ćm y do K n iaż n in a . K n ia ź n in przez 14 la t p a trz a ł
n a to i p isał sztuki lu d o w e d la te a tru lu d o w eg o , m ógł p rzesią
k n ą ć tą fa łsz y w ą ludow ością, a przecież nie całkiem zeszedł na
m anow ce i zdołał czasem trzeźw o p a trz e ć na lu d w iejski. To
je g o w ielk a zasługa.
P rzejd źm y do n ajlep szeg o m oże dzieła K n ia ż n in a do »Cy
g an ó w « . M a to b y ć »opera«, a le nie je st o p erą, ani d ram atem ,
0 Dębicki L. Puławy, t. I. str. 109 i nast.
8) str. 30. 8) str, 30. 4) str. 57. Poczet pamiątek zachowanych w domu go
tyckim w Puławach. W arszawa 1828.
-
131
-
ty lk o sielan k ą sceniczną. T re ść n ik ła i z n a n a : C y g a n k a k ra d n ie
we w si dw oje dzieci, p o tem błądzi z b a n d ą po św iecie, p rz y u cza
dzieci do »rzem iosła« cy g a ń sk ie g o , w reszcie w ra c a do onej wsi
i lito ścią zdjęta, o ddaje dzieci b o lejąc y m jeszcze rodzicom «. —
A le n ie o treść chodzi, lecz o to, że choć w iele tam je s t rzeczy
słab y ch , to d o b re są zbiorow e scen y z życia cy g a ń sk ie g o , bo
je s t w nich p ra w d a, realizm i życie. P rz y te m trafi się czasem
jak iś zw ro t, ja k a ś p io sen k a z tak iem zacięciem ludow em , ta k
u ch w y co n a, że od razu u derza w oczy. N p, z d u etu S ta c h a i C hi
ch y (t. V. Str. 2 2.).
On: »Już mam gotowy
I wóz na stronie;
U tej dąbrowy
Czekają konie«.
Ona: »Radabym jechać,
W jaką chcesz drogę,
Ale zaniechać
Matki nie mogę«.
A już bard zo w y b ijają się w szystkie sceny życia c y g a ń sk ie g o
A. I. sc. i. 2. 3., A . II. sc. 2. w różenie Ja w n u ty . N a w e t p o rw an ie
dzieci m a uzasad n ienie w o b y cz ajach cy g a ń sk ic h , g d y ż ...»nic
droższego n a św iecie n a d po to m stw o nie m ają C y g an ie. U p o
śled zo n a n iep ło d n o ścią C y g an k a, g o to w a u k ra ść cudze dziecko,
a b y się ty lk o im ieniem m atk i p o ch lu b ić m o g ła « 1).
Jest u Kniaźnina i charakterystyka Cyganów, tego ludu
koczowniczego, który nie ma stałych siedzib, ale obchodzi cały
świat, kryjąc się pod szałasami: » s z a t e r « , » c z a t e r « 2). Cyganie
śpiewają :
»Cóż my mamy? ot te szatry
które grodzą cztery wiatry« (str. 8.).
Jest też ciekawy opis »smagańca«, który u Cyganów jest
karą za kradzież »lecz nie tak za występek, jako raczej, że niedość był zręczny w ukryciu kradzieży«3). I u Kniaźnina Cygan
bierze kije za to, że nic nie ukradł. Część kradzieży należy za
wsze oddać »wojewodzie« ; tu takim »cyganem starszym« jest
Moryga. Smaganiec zaś tak się odbywa : W innny rozbiera się
do koszuli. Cyganie robią koło trzymając w rękach »czupny«
(kije). Zwierzchnik łaje go, mówi, że mogliby go zabić,- powiesić,
utopić, ale nie robią tego, bo stałby się żerem dla ryb lub p ta
ków ; więc tylko waleczni młodzianie wyliczą mu »czupnenca
') Tyg. Ш, t. III. str. 8 »Cyganie w Polsce« K. Wł.
' 2) I g n a c y D a n i ł o w i c z : »0 Cyganach, wiadomość hist, czytana na posie
dzeniu pubi. Césars. Uniwers. wileńsk. d. 30/VI 1824. Wilno 1824 str. 37 i
T e o d o r N a r b u t t : Rys historyczny ludu cygańskiego. Wilno 1830 str. 37.
s) Narbutt str. 126.
—
132
-
ftiarena«. W n e t ten, do k tó re g o w in o w ajca stoi ty łem u d erza go
i zm usza g o do o b ró cen ia się, a b y d ru g i tosam o zrobił. B ity r a
chuje ra zy , śpiew ając : o glu n o , o duito, o trito , o szarto, o panczo ctc. do stu, a starsz y p o w ta rz a :
»Ne kheł mangi mauszły wawreski,
Dujo me tut marawa bułeski«1)!
co K n ia ź n in p rzeło ży ł (str. 15):
»Nuże: tańcuj nie ustawaj
A drugiemu tył podawaj«
i ja k tw ierd zi N a rb u tt, o d d ał to »z n iejak ą ś praw dorzecznością«.
B iją d elin k w en ta , aż te n zaw oła »0 szeło«, sto (» W y ta ń czy łe m
ju ż i do sta« str. 16). B iją w ięc 100 razy , jeśli zaś w inow ajca
zem dleje, czekają z flegm ą, aż się p o d n iesie i stan ie znow u do
sm ag ań ca.
Jeszcze in n y zw yczaj o p isał K n iaź n in , a to : w różenie (A. II.
sc. 2.), zw an e » p ra k ty k ą cy g a ń sk ą« przez K lo n o w icz a t. j. k o rz y
stan ie z łatw o w iern o ści i p ro s to ty ludu, O dgadyw anie z linii rą k
p rzy szło ści. (D aniłow icz str. 44.). M istrzy n ią tu jest J a w n u ta , ale
jej sztu k a je s t n iew ielk a , bo m ając do czy n ien ia z p ijan em ch ło
p stw em k ażd em u m ów i, że się u p ił, że w szy stk o przep ił, że go
zg u b i g o rz a łk a ; o d g ad u je, że c h ło p a żona za nos wodzi, że dzie
w czy n ie serce za ch ło p cam i w y s k a k u je ; a w szyscy się d z iw u ją :
»Ah, jakże ona zgadła?
Ale jak, ale jak! (str. 30).
B ezw aru n k o w o w ziął to p o e ta z a u to p sy i i w c ią g n ął do
sw ej »opery«.
P o d n ie ść n ależ y jeszcze to, co b y ło rzeczą podów czas rz a d k ą
w lite ratu rz e, w sielan k a ch : szczegóły, w zięte z rzeczyw istości !
W s z y s tk o to się dzieje n a ziemi, w istn iejący ch m iejscow ościach,
nie n a księżycu ani w k ra ju w y m arzonym . S am p o e ta pisze, że
rzecz się dzieje »niedaleko w si P a n i M ieleszkow ej«, J a w n u ta zaś
je s t C y g a n k ą z P o k u cia, b y ła n a P o d o lu , w Ja sn e j -górze,
w K o n s ta n ty n o w ie , B iało cerk w i, C udnow ie (str. 5 4 — 5 ). — A le
zm ieniają się d e k o ra c y e i w idzim y p o lsk ą wieś. W p ra w d z ie w ieś
ta leży tu ż p o d bo k iem P u ła w , w ieśn iacy k o ch a ją »dobrą, p anią«,
k siężn ę Je n e ra ło w ą , C zarto ry sk ą, sam p o e ta n a p isa ł »T roiste
w esele« ty lk o d la te a tru p u ła w s k ie g o , a le w p ro w ad ził do sztuki
lud... p raw d ziw y .
Narbutt str. 135—6. i Daniłowicz str. 53,
—
133
—
N iedarm o się M ary n ie śn iły 3 po ch o d n ie, ą o g ień znaczy :
w esele. M a bo ona 3 córki : B asię, H e le n k ę i Zosię. B asia ko ch a
S ta ch a, G ó ra la ; ty lk o , że ten ekonom chce ją w y sw a ta ć za B a r
tk a , sw eg o sługę. H e le n k a k o ch a F ilo n a , a Zosia, jeszcze dziecko,
co najw yżej lu b i się b aw ić z K o stu siem , pasterzem . W sz y stk ie
3 p a r y schodzą się, rozm aw iają b ard zo idylicznie, śp iew a ją pieśni
(często liry k i au tora). Z jaw ia się i B a rte k , k tó ry n ad a rem n ie za
leca się do B asi — i K o z ak , k tó ry śp iew a ru sk ie p io sen k i i p ró
b u je zalecać się do H e le n k i (choć sp rz y ja F ilo n o w i), A le w P u
ław ach zbliża się »św ięto pani« i coś tam p a ń stw o »myślą«
0 n aszy ch p a ste rk a c h . N a g le zjaw ia się ekonom i zw iastuje, że
p ań stw o »um yślili dziś szczególniej dom w asz sobie uszczęśliw ić
1 łączą ow e 3 p a ry , lecz żądają, b y się w esele o d b y ło w ich
oczach. W sz y stk o się k o ń czy »P rzyśpiew kam i«, str. 229 t. III.)1)
g d zie k a ż d y w y p o w ia d a co d a »dobrej pani« n a im ieniny. Cie
k aw e, że te p rz y śp ie w k i p rz y p o m in a ją je d n ą zn an ą k o lęd ę (»Lu
lajże Jezuniu«), bo K o stu ś z a g ra p a n i n a flecie, Zosia jej za
tań czy , F ilo n d a jej złap an e 2 g o łęb ie »co g ru c h a ły n a dębie«,
S tach... w iązk ę sian a (!), B asia w ieniec ze ż y ta . W sz y scy się cie
szą, w szyscy g o to w i żyć i um ierać d la P an i.
T a k w y g lą d a з T ro is te w esele«, bo inaczej nieco w y g lą d ą ją
»T rzy g o d y « .
G enezę tej »sielanki« w y jaśn ia nam nieco w stęp »Do C zy
teln ik a« . J e s t to, ja k p o w iad a au to r, pierw sze p ió ra je g o »doś
w iadczenie« d la te a tr u p u ław sk ieg o . Ż ądaniem księżnej b y ło :
zrobić coś w iejskiego«, ale, n iestety , n a p o d staw ie 3 p io sn ek
a to S zy m an o w sk ieg o »Zosiu, Zosiu, m oja luba« i 2 K n ia ź n in a :
»D arm o mi m atk o staw iasz k rosienka« i »T ekluniu, oto raz trzeci«.
Z ty c h 3 p ięśn i tro ja k ie w y p a d ło »kochanie«. P o e ta m a pew ne
w ą tp liw o ści — ale przy zn aje się, że m a też »w łasny... faw or«
dla sw ej sztuki. I nam cała rzecz m oże się podobać, bo choć
je s t b ard zo m iern a i choć m a jeszcze w iele w a d w sw ej »ludo
w ości«, to je d n a k w idać, że K n ia ź n in p am iętał, iż p o staw ił na
scenie lu d w iejski, że w jeg o u stach p o jaw iają się p ew n e o d
rę b n e w y rażen ia, p ro ste, nie ta k g ła d k ie , k tó re g o w łaśnie różnią
od k la s ośw ieceńszych. T oteż p ew n ą niesp o d zian k ę ro b ią nam
ta k ie w y ra żen ia , j a k : »Czy tu ch o ro b a ich niesie? (113); »Czy
tu w as licho p rzyniosło?« — »Idźże sobie ja k e ś przyszedł« (120)
»nuże, d z i e w k i , nie b aw cie się« (74) »w róble w y p i j a j ą proso«
*) Cytaty z »Troist. wesela podług wydania z 1787/8 t. III,
—
134
—
(8г) — » odborne ziarno« (109) i t. d. choć te g o w o g ó le nie w iele.
N ajw ięcej tej odrębności s p o ty k a m y w p ieśniach, k tó re są
alb o żyw cem w zięte od ludu, alb o też przez K n ia ź n in a tro ch ę
»ogładzone«. I w tern w łaśn ie p o le g a niezap rzeczo n a zasłu g a
p o e ty , że p o w a ży ł się w ty m czasie i w u tw o rze, przeznaczonym
d la w ielk o p ań sk ie j sceny, sięg n ąć do sk a rb n ic y p o ezy i ludow ej.
P rzed ew szy stk iem , sądzę, n a le ż y odróżnić p ieśn i czysto lu
dow e od ty ch , k tó re e tn o g ra fo w ie um ieszczają w sw oich zbiorach
p o d n a p isem : »szlacheckie«. S ą to bow iem pieśni, zw ykle m i
łosne, a lb o niew iad o m eg o a u to ra , alb o k tó re g o ś z p o p u la rn y c h
p o e tó w (K a rp iń sk ie g o , sam eg o K n ia ź n in a , J . S zy m an o w sk ieg o ,
czasem k u p le ty z o p e re te k etc.), k tó re dzięki sw ej śpiew ności, n a
stro jo w i — w eszły do dom ów szlacheckich, zo stały ich w łasnością
i b y ły n ieraz »przy luteńce« śpiew ane.
I ta k m am y p ieśń »G dym G rzelow i serce dała, ta m zabaw a,
g d zie n a s dwoje...« (A I. sc. 7) um ieszczoną też u W a c ła w a
z O le sk a 1) sub voce E . »P ieśni m iłosne«, (str. 267. za 75. ty lk o ,
że u. W . z O. je s t »Józio«). O sta tn ia s tro fk a tejże p ieśni (str. 84.):
» R az w leszczynie z nim ig rała« — c h o ć b y n a w e t nie b y ła
z p o ezy i ludow ej — m a z n ią je d n a k coś w sp ó ln eg o , ch o ćb y
ty lk o ak c eso ry u m z »leszczyną«, k tó ra w p ieśn iach lu d o w y ch
o d g ry w a p e w n ą rolę. N p. :
»Za krzewiną, za leszczyną
' pasła pastereczka.
Pastereczek do nij a óna się broni« itd.
(K o lb e rg S. X X I I . Ł ęczy ck ie str. 117); lu b p ieśń 195 (S. X X I I )
»W krzewinie, w lescynie
stała się przygoda dziewczynie« itd.8)
R ó w n ie ż S zy m an o w sk i d o stał się do zb io ru W a c ła w a z O.
ze sw o ją p io s n k ą ; »Zosiu, Zosiu m oja luba« (str. 219 w. 11. —
u K n ia ź n in a : »B asia A. II. sc. X III.).
N ie od rzeczy będzie w spom nieć tu o w p ły w ie ruskiej lu
dow ej p ieśn i n a S zy m an o w sk ieg o »Zosiu, Zosiu...«. S ą ta k ie
p u n k ty sty c z n e :
»pięknych kwiatów jesteś zguba
i różeś zgasiła...«
W . z Ol. str. 3 0 3 . w. 230.
»a w rumińciu taka syła
szczo w s i ć w i t y p o h a s y ł a « .
‘) Pieśni pois, i rus. ludu galicyjskiego. W. z 0 . Lwgw. 183!j.
s) Serya XVI. str. 260.
—
135
lub: gdyby p e r i a , każdy z ą b e k
b u z i a , j a k malina
.....................................................
s m u k ł a ś g d y b y trzcina«
» Z u b y j a k o p e r ł y czysti« (zwr. 4.)
» T a m t o pysio jak pampuch (zwr. 3.)
»Jak t o p o l a taka h o ż a « (zwr. 2.).
R ó w n ież »m azurek«, śp iew a n y przez Zosię (W iew ió reczk a
w lesie«) m a o sta tn ią zw ro tk ę lu d o w ą: A, II. sc. 2.
Kwitną wonne zioła,
Zbiera miodek pszczoła,
Miód ja w ustach czujg,
Gdy cię pocałuję.
W . z O. str. 145. (K rakow iaki.)
»Kwitną różne zioła, gdzie miód zbiera pszczoła,
ja miód w ustach czuję, gdy ciebie całuję«.1)
W tejże p ieśni 2 z w ro tk a : »O bróć n a m nie oczy, A serce
w yskoczy« — p rz y p o m in a k ra k o w ia k a u W . z Ol. str. 165 :
»Ach, moja Marysiu, moje siwe oczy,
ledwie mi serduszko do cię nie w yskoczy;
serce nie wyskoczy, oczy nie w yp ad ną....«.
I K n iaź n in a liry k 18 z kś. I. »R óże, ja c y n ty . lilie« znachodzim y u W . z Ol. (str. 459. w, 350. »R óże, gw oździki, lilije«),
ale w idocznie K n iaź n in w zo ro w ał g o n a p ieśni ludow ej, śp ie
w anej p rz y »oczepinach« n p . :
»Poszła Marysia do ogroda
śliczna, rumiana jak jagoda.
Hej tam sobie rozmyślała,
z czego wianek uwić miała.....
Hej mój wianeczku z drobnej leliji
Kole ciebie się parobcy bili...«
(K o lb e rg S. X V I. str. 258 i 231).
P io se n k a, k tó rą śp iew a B asia o kokoszce,
jastrzę b ia (A. II. sc. 3.):
p o rw an ej
przez
»Ach ! kokoszka jarzębata,
Kokoszka moja włochata !
Jastrzębiu bodajeś zginął...
Zaniósł ją z sobą na gruszkę
I począł okrótnie skubać..«3)
•) A u Kochanowskiego w »Sobótce« Panna II. śpiewa: »A kiedy cię pocałuję,
trzy dni w gębie cukier czuję«.
a) Ale i tu wkradł się sentymentalizm, zdaje się przez Karpińskiego »Lament
gołębicy« (Pieśń ks. I. — 10) »Teraz pozbieram pióra rozrzucone« — taksamo
jak Zosia mówi: »Teklusiu pójdźmyż teraz piórka przynajmniej pozbierać, które tam
po niej (po kokoszce) zostały«.
136
zap ew n e ułożona p o d łu g ludow ej
(Ł ęczyckie str. 125)
—
np. u K o lb e rg a
S. X X I I .
Zagrąjze mi troskę
Za m oją k o k o s k ę ,
Zagrajze mi siła,
bo c z u b a t k a była,
bo c z u b a t k a j a r z ę b a t k a,
dała mi ją pani matka.
Skocył jastrząb na sosenkę
i przycisnął kokoskę.
Przycisnął ją cudnie —
ogonkiem na południe etc«. —
W o g ó le p io sn e k lu d o w y ch p o lsk ich p rz y to c z o n y c h d o
s ł o w n i e — u K n ia ź n in a niem a, s ą 't y l k o pieśni w y k azu jące
p ew n e rem in iscen cy e (często niezaprzeczone), albo też są w yrobem
p o e ty , ale m ają ry tm lu d o w y , śpiew ność, zak res m yśli.
N p . p io se n k a B a rtk a (А. II. sc. 6.):
»Kukaweczka kuka
nad zieloną gruszką;
A moje serduszko
Tobie, Basiu, puka«
i d alej:
»Kukułka kuka
A mnie serce puka.. «
m a b ez w aru n k o w o ry tm k ra k o w ia k a i uderzające p o d o b ień stw o
do ta k ic h k ra k o w ia k ó w ja k :
„Kukułecka kuka,
Kasia Jasia suka«
(K o lb . S. X V I I. str. 117.) lu b :
K u k u ł e c k a k u k a n a w y s o k i e j g r u see,
W yspał się Wojciech na mojej podušce«
(Ż eg o ta P a u l i 1) str. 206) — lu b te ż :
»Kukułeczka kuka, se rc e we mnie p u k a —
Co to za kawalir, co bogatej szuka«
(P auli str. 218, W a d o w ice, Sącz, T a rn ó w , Jasło).
B ard zo znam iennem je st to, że K n ia ź n in w p la ta i ru sk ie
p io sen k i (choć ruszczyzna często zepsuta). — K o zak , w y stę p u ją c y
w sztuce śp iew a te p ie śn i: A . II. sc. 6.
‘) Pieśni ludu pois, w Galicyi Ż. Pauli. Lw ów 1838.
—
137
—
Ot ja kozak Zachareńko,
Z banduroju wesełeńko,
Nikohda ja ne zapłaczu.
Huku! puku! hraju, skaczu..
H ej j a k o z a k z U k r a j i n y ,
kozak z rodu, kozak z miny!
n i h d y w żyliu n e z a p ł a c z u
h u ozu, k r z y c z u, h r aj u, s k a c z u.
Trastia tomu, chto sia bedit,
Chto nad broszom tolko sedit,
Czerez hrosza, czerez nudy,
Tnu hołubcia i prysiudy.
Trastia tomu, s z c z o s i a b i d y t ,
szczo jeno nad hriszmy sidyt!
ne z rozkoszy tylko z bidy,
tn u h o ł u b c i a , j d u w p r y s i d y .
i o d m ian k a str. 292. w. 116. (4 zw ro tk a ):
Trastia tomu, kto sia bidyt,
i nad broszom tylko sidyt;
czerez hroszy, czerez nudy
tnem’ h otubcia i prysiudy.
Z w ro tk a 4. :
»Ob, ty krasna, oh ty hoża,
koby wesna, koby roźa,
Czołom ja wam czorni oczy
Ey, chtóż la was ne ochoczy?«
m a g en ezą w k o zak u um ieszczonym u W . z Ol. str. 303. w. 130
»A k to chocze H a n d ziu znaty«, zw łaszcza w zw rotce 2. i 3.)1:
»Taka ładna j a k o ro ż a ,
jak topola taka hoża,
a w rumeńci taka syła,
szczo wsi ćwity pohasyła.
Tam to browy, ta m to o c z y ,
ciłuj, ciłuj, szczo sia chocze...«
P o czątek 5. z w ro tk i:
»Ot, tak po kozácky
Nyma chliba, isy (!) placki« —
m a źródło w. piosence, k tó rą w edle K o lb e rg a (S. X V I) śpiew ają
w Z am ojszczyźnie :
»Ja jestem chłop ordynacki,
niemam chleba, jadam placki«.
W ak cie II. sc. 7. je st d alszy c iąg te g o k o z a k a :
»Bodaj nasze Poberyże
1
Choť nahajka płeczy zriże,
Kozak toho ne zapłacze
Łyknet, hüczyt, hraje, skacze «
') To samo u Czubińskiego : »Trudy etnograficzesko-statystyczeskoj ekspedycyi
w zapadno-russkij kraj. Ptrsbg. 1874 t. V. str. 38., ża 90.
138
—
a u W . z 01 . str. 202:
»Bodaj nasze poberiże !
Choť nahajka płeczy zriże,
Kozak na to ne zapłacze,
hukne, krykne, hraje, skacze«.
D alej n a stę p u je :
»A tut moja czornobrywa
W biłey ruczki popłeskiwa (!)« etc.
ale nie je s t to d alszy c ią g k o z a k a (ze zb io ru pieśni), lecz raczej
rem in iscen cy a z dum ki, w k tó rej treśc ią są żale dziew czyny za
kozakiem , idącym n a w ojnę: O n ją ta k po ciesza: (w. z 01 . str.
235 w. 37.)
»Biłych ruczok ne łomaj,
czornieh oczok nie styraj,
mene z wojny ze sławoju
k’sobi ożidaj....«
W dalszym c ią g u m ow y k o za k a u siło w ał K n ia ź n in p isać po
ru sk u za le can k i k o z a k a do H elen k i. N ieszczególnie m u się to
udaje, ale w k a ż d y m razie p o czątek (»Ot ta k u nas. ,«) je st w zięty
z k o z a k a p ow yżej cy to w a n e g o (W . z 01 . str. 202. W . 1.)
»Ot tak u nas czarąbaszki,
choť po pid stił, to wse w raczki....«
Za to k o n iec:
»Dajże ruczeńku naj baczut lude,
Szczo Halineńka moja wże bude«
je st bez w ą tp ie n ia z p ieśn i ludow ej (ja sam słyszałem taką),
P o d a n ie rę k i je s t synonim em m ałżeństw a : n. p.
»Tyś moja dziewczyno
tyś moja, tyś moja,
bom cię wyprowadził
za rączkę z kościoła.«
(K o lb erg . S. X I X . str. 173, S. IV . str. 20, 42. i t. d.)
W reszcie K o z ak , w idząc, że za lo ty je g o do niczego
p ro w ad zą, k a p itu lu je i śp iew a (niżej A. II. sc. 7.):
nie
»Ne budet w mem sercu tuha;
Ne budesz ty, bude druha ! ..«
T a k ie stoickie zakończenie zalotów znajdzie się nieraz w poezyi ludow ej, n. p. W a cł. z 01 . str. 393. w. 180:
»Koły lubysz, luby duże,
a ne lubysz, ne żartujże,
-
139
—
ne zadawaj s e r e i u t u h y ,
ne woźmesz ty — woźme d r u h y. «
lu b m ęsk ie: (cy to w an y już k o zak ze zbiorów W . z Ol. str.
203 )
»Czohoż ty sia zażuryła,
skaży meni moja myła ?
n e w e ł y k a s er ci u tuha,
n e b u d e s z ty, b u d e d r u h a . «
» T roiste w esele« K n iaź n in a w yszło też w w yd. r. 1828. w t. V.
lecz p. n. »T rzy g o d y , sielan k a w 5 aktach« a w ięc je st różnica
w ty tu le i obszerności
P rz y b y w a jeszcze Ja n , o g ro d n iczek pu ław sk i, zjaw ia się
k o za k i B a rte k po to, b y w y słu ch ać szyderczej p io sen k i o w ieńcu
g ro ch o w y m , w k tó ry m m u »do tw arzy«; a rzecz k o ń czy się ta n
cam i i p ieśn iam i n a cześć p an i, k tó ra tu p rzy szła w y p ić k aw ę.
S ą i tu ta j pio senki, ś p i. .rane przez to społeczeństw o w iejskie.
N. p. k o ń co w ą pieśń »H anusia ład n a, g d y się b aw iła, M iłość ją
z d rad n a sobie złowiła« p ió ra S zy m an o w sk ieg o Jó ze fa (D zieła
jeg o I X . str. 99.), ale, ja k zw ykle u K n iaź n in a , z m aterni zm ia
nam i w tekście. S ą też p io sen k i K n ia ź n in a o »grochu strączkach«
i »róż p ączkach«, k tó re p rzy n o si K o stu ś (A. IV . str. 1221), o »w ieńcu
grochow ym «' (A. V. se. I. str. 141 ), jak iś »K rak ow iak« (A. V . sc. 5.):
»H ejże k ra k o w iacy , w esele po pracy ...« ale po d o b izn nie zn ala
złem w zb io rach pieśni ludow ych. A le i w tej p rzeró b ce »Troiste g o w esela« są p ew n e p ie rw ia stk i ludow e. N. p. w A . IV . sc. IZosia zdradza się p rz ed siostram i z m iłości k u K o stu sio w i, ale
sp o strz e g a się, że je st zan ad to szczerą, w ięc p ro si sio stry , b y o tern
p rzed m atk ą nie w spom inały. »A n a o sta te k i mówcie« pow iada.
Zosia wie, co w te d y zrobić : pop łacze tro c h ę ;
»Wiem czym się zasłonić,
Gdy źle na Zosię,
P i ę k n i e się u k ł o n i ć
I skończyło się,«
T o znaczy, że a b y m atk a nie sądziła, że Zosia jest płocha, ona
się » p o k ł o n i « n a dow ód, iż chce poślubić K o stu sia. J e s t to
ty p o w y ob rzęd w eseln y u ludu. K ie d y m łodzi proszą rodziców
p rz ed ślubem o b ło g osław ieństw o, k łan iają się, a d ru c h n y śp ie w a ją 3):
» K ł a n i a j s i ę Marysiu
kłaniaj się młoda, nisko, niziusieńko,
aby było ł a d n i u s i e ń k o . «
b Cytaty podług wydania z 1828. t. V.
?) Kolberg, S. XVI. 167,
—
140
—
T ak sam o podczas »przenosin« do dom u m ło d eg o (po ślubie)
śp iew a ją (K o lb e rg , tam że 170):
»Kłaniaj sie Marysiu« i t. d.
B y ć m oże, źe nasz p o e ta w idział to n a jak iem w eselu w iejskiem .
J e s t tu i ru sk a p io sen k a, »kozak« (A.. V. sc. 5.)
»Kotyły sia wozy z hory
Na dolinie stały:
Lubyły sia czerne oczy,
Teper perestały!«
ta sam a pieśń, k tó ra je st u W a cł. z Ol. (str,353. w. 191, zw ro tk a 3. i 4.)
»Kotyły sia wozy z hory,
Na dołyni stały;
Kochały sia, lubyły sia,
Teper perestały« i t. d.
lu b ó d m ian k ę u C zu b iń sk ieg o 1) :
1
Kuryłasia doriżeńka, kuryłasia duże,
L u b y ł y s i a s y w i o c z y iz czornymi duże.
Lubyły sia, kochały sia, szczo maty ne znała,
T e p e r r o z i j s z ł y si a, jak ta czorna hmara...« itd.
P o d o b n ie ż n a stę p n a z w ro tk a :
»Tiecze riczka ne Wieliczka (!)
Ja tie (!) pereskoczu :
Wydaj mene moja mati (!)
Za koho ja choczu«.
a u W . z 01 . (str. 383. w. 231.) je s t:
»Tecze riczka newełyczka, pidu pereskoczu,
wydaj mene, moja maty, za koho ja choczu.«
u C zubińskiego z a ś 2):
»Dunaj riczka newełyczka, schoczu-pereskoczu,
Oddaj mene, moja maty, za koho ja schoczu.«
N a stę p n ej zw rotki : »D ałaż m ene m oja m aty« już nie mogłem,
odszukać w zbiorach.
S ą jeszcze dw a d ro b iaz g i K n ia ź n in a »Zosiny« i »M arynki«,
tak że sielan k i sceniczne, w k tó ry c h p o e ta znow u lu d p o lsk i n a
scenę w p row adza. A le tam o b o k p ew n y ch ry só w lu d o w y ch , sch w y
con y ch ja k b y n a g o rą c y m u cz y n k u (»jak się m acie d u s z o
ś w i ę t a « t. V. str. 163, d osyć ciek a w a rozm ow a k o b ie t w iejskich,
’) Trudy.,, t. V. str. 286. w. 566.
2) Tamże, str. 171. w. 350. lub str. 96. w. 201.
—
141
—
k tó re p lo tk am i m o g ą »rozkołatać« g ło w ę str. 163), je st znow u
d aw n a m a n ie ra : n ien atu rałn o ść, czułostkow ość (»bobkow e g a
łązki« n a w ieniec str. 168, pieśni à la K a rp iń s k i »Tum spędziła
w iek mój m łody, T u się m a Zosia rodziła« str. 158). P o d o b n ie
je st i w »M arynkach«.
B y ć może, że te rzeczy b y ły p isan e »na kolanie« ja k to
nieraz trze b a b y ło p isać d la te a tru p u ław sk ieg o .
A le w y starcza to, co je st : p o e ta przejrzał, sp o strzeg ł, ja k
lu d w istocie w y g lą d a , a n a w e t zap o zn ał się z je g o dorobkiem
um ysłow ym .
D la te g o też w ieśn iacy K n ia ź n in a m ają już inne troski, oprócz
m iłosnych, nie leją łez z lad a p rz y czy n y , nie m dleją. W ie ś ich
nie je st u ro jo n a, senna, lecz znojna, żyw a, p racu jąca, choć m iew a
też chw ile o d p o czy n k u , zabaw i radości. W ie śn ia c y w y ra żają
się jeszcze często językiem literackim , ale już n i e z a w s z e .
W t. Jankowski.
Zabawy sierskicłi pasterzy przed 20 laty.
(Dokończenie.)
Uwagi.
') Porów, moją rozpr. : „Życie pasterzy sierskich przed 20
l a t y “ uw. 64 . („ L u d “ z r. 1898 str. 294 .).
2) To też la ta pasterskie należą w życiu Sierczan do n a j
przyjem niejszych chw il młodego wieku. P rzyjaźń „przy b ydle“ na
w iązana trw a do śmierci. J e s t naw et przysłow ie na oznaczenie
brak u przyjaźni z owych czasów pasterskich: „Jo s tobom świni
nie p osoł!“ tj. mnie z tobą żadna serdeczna p rzyjaźń i zażyłość nie
łączy. Pasterze pasający razem bydło zowią się „kom panam i“ lub
„kom pankam i“ (o pasterkach); czasownik do teg o : „kompanić “.
3) Z abaw a „W e w o jsk o “ polegała głównie na m arszach przy
odgłosie trą b k i albo bębna, na w ydaw aniu komendy, na gonieniu
się i biciu. Dowódca m iał zw ykle czakę z papieru, pałasz drew niany
i „konia z p a ty k a “, na którym uganiał na w szystkie stro n y przed
wojskiem.
4) „ W zb ó ji“ bawiono się tam , gdzie był teren po tem u : „na
K am ieńcu“, „w K rz o k a g “ i t. p. rzadko kiedy w „cyrnem p o lu “ .
„Zbóje“ ci; z „H ersztem “ swoim na czele, „w arto w ali“ zw ykle
gdzie w „jaki zosadce weło d ro g i“ i ja k sie kto „nam aniuł“, to go
—
ш
—
n apadali okrzykiem „ H u ra !“, w iązali, rabow ali albo zabijali i zo
s ta w ia li „we fosie“ — a sami uciekali „w la s “.
b) „W p rzery w an eg o k ró la “ baw ią się jeszcze do dziś dnia
pasterze sierscy podobnie ja k pasterze z okolicy S try ja . „ K ilk u
dziesięciu cbłopców dzieli się n a dwa równe rzędy, a każdy rząd
w ybiera sobie z pomiędzy siebie jednego „ K ró la“ — i ta k sta ją
naprzeciw ko siebie w dosyć wielkiem oddaleniu. Potem jeden d ru
giemu w ypow iada wojnę i s ta ra się mu w szystko wojsko odebrać.
W szyscy więc chłopcy trzy m a ją się mocno za ręce, a królow ie w y
sy łają po koleji swoich najdzielniejszych rycerzy, aby napadali
na przeciw ny rząd i s ta ra li się go przerwać. Jeżeli to którem u się
uda — to zabiera w szystkich nieprzyjaciół po lewej stronie ich
„K róla" do niewoli ; w przeciwnym razie sam się poddaje i zostaje
w niewoli. T a zabaw a trw a dopóty, dopóki jeden z królów nie u trac i
całkiem w ojska i sam nie dostanie się do niew oli“ (Burdowicz M.).
W okolicach Lwowa, głównie w Rzęśnie ruskiej i polskiej,
baw ią się w „Przeryw anego K ró la “ nieco odmienniej. Tam „ K ró l“
nie dostaje,się do niewoli, ale się opłaca „fantem “ — choć i po
w yższy sposób baw ienia się jest im tak że znany. N ieraz baw ią się
bez królów. (E. K efíerm ülier.)
W Tarnow skiem baw ią się podobnie ja k w S tryjskiem i W ielickiem.
Zabaw a „W przeryw anego K ró la “ je st o wiele starsza od
zabaw y „W e wojsko“. W pierwszej w ystępuje „ K ró l“ pośród „ ry
cerzy" — w drugiej : „żołnierze“ i ich „kom endanci“. Tam się biją
ciągle — a tu tylko m usztrują. Tam średnie w ieki — a tu nowoźytność...
Ciekawa form a: „p rzery w an y “ zam. „p rzeryw ający“.
6) „W kotka i m y šk e “ baw ią się jeszcze dotąd na Sierczy
podobnie ja k i w Tarnowskiem . „Dzieci ustaw iw szy się w koło,
trzy m ają się za ręce. W jednem miejscu robią bramę, którędy m y
szka ucieka. K o tk a nie powinny dzieci puszczać między siebie, ale
ty lk o myszkę. M yszkę staw ia się w kółku, a k otka za kółkiem.
K o tk a w ybiera się takiego, ażeby um iał prędzej biegać ja k myszka.
M yszka ucieka, a kotek ją goni. Gdy ją złapie, w ybierają dzieci
innego k o tka i inną m yszkę — i ta k się zabaw a ciągle pow tarza,
póki się dzieciom nie uprzykrzy. P rzy tem śpiew ają : „ W lazł kotek
na płotek i m ruga, piękna to piosenka nie d łu g a “ — albo: „Uciekaj,
myszko, do dziury, bo cię tu złapie ko t bury — a jak eie złapie
k o t bury, to eie obedrze ze sk ó ry “. (Ochab.)
’) i 8) Z abaw y: „W w ilc k a “ i „W gąsk i“ stanow ią n a Sierczy
właściw ie jedną zabawę podobnie ja k i w Ropczyckiem. Dzieci w y
bierają z pomiędzy siebie gąsiora i w ilka. W ilk siada na ziemi
i kopie dołek, przed nim stoi gąsior, a za gąsiorem inne dzieci
niby gąski, trzym ając się jedno drugiego za tro k i od surdutów
i tw orząc w ten sposób długi szereg. G ąsior p y ta się w ilk a : N a
co ten dołek? N a wode. N a co t a w oda? Bede myć taly rze. N a co
te ta ly rz e ? N a miso. A gdzie to miso? Ł u w ilka za lasem, a łu
143
-
ciebie za pasem. Zjem ci gonske. Nie zjis. nie zjis! bo jo mom tako
kłotecke, co zamkne i łodym kne. W tem skoczy w ilk do gęsi i chce
jedne z nich porwać. G ąsior je broni, zasłania sobą i krzyczy : Za
mnom, gąski, za mnom! G dy w ilk porwie jedne, to w szystkie inne
uderzają na niego, biją, skubią i w końcu mu ją odbierają“. (Udziela:
„M a te ry ały “.) Por. zabawę „W zającki“, gdzie się toczy rozmowa
między „Panem “ a „Zająckem “. T a rozmowa i tow arzyszące jej
czynności ja k wzajemne gonienie się, łapanie i bicie stanow ią osobną
zabaw ę „ W e w ilk à “.
3)
Z abaw a „W p to k i“ odbywa się w Sierczy ta k samo jak ją
opisałem w „Z eitschrift fü r österreichische Gym nasien 1895 “ w ust.
„Zu A risto p h an es“ : M ehrere K inder, angeblich in Vögel verw an
delt, setzen sich bei einer Anhöhe nebeneinander und wählen einen
ih rer Spielgenossen zum König, der gleich h e rv o rtritt und seine U nterthanen m it Namen der bekanntesten Vögel betheilt. E s' g ib t da S p a
tzen (wróble), K rähen (wrony), Dohlen (kawki), Schwalben (jaskółki),
K uckucke (kukułki) u. dgl. E in K ind, im Gebüsche oder irgendwoanders versteckt, h ä lt sich fern vom Spiele und scheint sich d a
ra n nicht zu betheiligen. Endlich, nachdem der K önig (król) alle
Vögel in Ordnung gebracht, allen Namen gegeben und sich selber
in die M itte gesetzt hat, t r i t t es aus dem V erstecke heraus, kom m t
immer näher, bis es sich gerade vor den K önig stellt, wo ein
weisser, flacher Stein liegt. A lle Vögel geben a u f das Benehmen des
angeblich unbekannten Vogels acht, welcher unterdessen an den
g latten Stein m it seinem Beine dreim al anschlägt „Puk, puk, puk !“
D er K önig, überrascht, rafft sich a u f und fr a g t: „K to ta rn ? “ (W er
da?) „A nioł z n ie b a !“ (E in E n g e l vom Himmel!) g ib t ihm der u n
bekannte Vogel zu r A ntw ort. D a fra g t der K önig wr ' '; j l : „Cego
trz e b a ? “ (W as w illst du?) „P toków “ (Vögel) la u te « iln e A n tw o rt
des Engels. D er K önig: „ J a k ig ? “ (W as fü r?) D er E n g el: „Jastrząba ! (Den H abicht.) Da wendet sich der K önig zu den Vögeln um
und sucht m it seinen A ugen den genannten Vogel. I s t derselbe
nicht zugegen, so sag t e r: „N im a g o !“ (E r ist nich da!); andere
Vögel schreien ihm zu: „Siedzi na ja ja c h “ (E r b rü te t über den
Eiern). I s t aber der gerufene Vogel anwesend, so fordert ihn der
K önig auf, m it dem E ngel fortzugehen. D er E ngel fü h rt ihn hinter
das Gebüsch und k eh rt bald zurück. H ier hebt das Spiel von neuem
■ an. E r k lo p ft an den Stein, beantw ortet die E rag e des K önigs,
b itte t um einen anderen Vogel, fü h rt ihn ins Gebüsch u. s. w. bis
er a u f diese Weise alle Vögel hinübergebracht hat. I s t dies ge
schehen, dann h a t das Spiel sein E n d e“.
Nieco odmienniej baw ią się w „P toki" koło Rzeszowa i R op
czyc. „Dieci siadłszy rzędem do zabawy, w ybierają z pomiędzy
siebie „A n io ła“, „D ja b ła“ i „ P a n a “. „P an" nadaje w szystkim dzie
ciom imiona ptaków — „A nioł“ i „D jabeł“ pozostają na boku.
Za chwilę przychodzi „A nioł“ do „ P a n a “ i puka w bram ę: „Puk!
p u k !“ „ P a n “ zapytuje się: „K to ta m ? “ „A nioł“ : „A nioł“. „ P a n “ :
„Czego potrzebujesz?“ „A nioł“ : „ P to k ä !“ „P an" : „Ja k ie g o “ ?
—
144
—
„A n io ł“ wym ienia tu nazwę p ta k a n. p. „Scygła!* „ P a n “ ogląda
się, czy je st ta k i p ta k : jeźli jest, to go oddaje „A niołow i“ i ten
odchodzi z nim na bok, jeźli nie ma, to odpowiada „A niołow i“:
„Nie ma g o !“ — Po „A n io le“ przychodzi do P ana „D joboł“ i za
czyna się znowu ta sam a h isto ry a co i z Aniołem . „D joboł“ pu k a —
„ P a n “ mu odpowiada. „D joboł“ żąda p ta k a i w ym ienia jego nazwę —
„ P a n “ daje m u go, albo odpraw ia go z niczem. Zabaw a trw a ta k
długo, aż w szystkie dzieci „A n io ł“ i „D joboł“ między siebie za
biorą. K tó ry z nich ma więcej ptaków , to ten w y g ry w a .“ (Ochab).
W B u c z a c k i e m nazyw ają tę zabawę zabaw ą „W e fa rb y “.
Przebieg jej je st następujący: „Dzieci siadają rzędem i w ybierają
sobie „gospodarza" t. j. takiego, k tó ry im będzie fa rb y nadaw ał.
Jednego z pomiędzy siebie robią „aniołem “ a drugiego „djabłem “,
k tó ry idzie natychm iast, aby sobie zrobić z k aw ałk a patyczka fajkę,
znaleść „palicę“ : słowem aby przygotow ać się na djabła. Tym czasem
„gospodarz“ nadaje dzieciom najdziwaczniejsze fa rb y : „z p o d z ie m i“,
„z pod g ó ry “, „dyam entow ą“, „skow ronka", „zbożową“ i t. d.
Grdy ju ż w szyscy m ają fa rb y nadane, przychodzi „an io ł“ (bo on
m a pierw szeństwo przed „dyabłem “) i m ówi: „D zen-dze-łeń!“
— „Czego anioł p otrzebuje?“ p y ta „gospodarz“. „ F a r b y !“ „ J a k ie j? “
„Niebieskiej !“ (albo innej jakiej). Jeżeli nie zgadł, to mu „gospo
d a rz “ m ówi: „Nie m a! P oszła niebieską d ro g ą !“ Jeżeli zaś zgadł,
to bierze tego, k tó ry m a „niebieską fa rb ę “ ze sobą. Potem p rz y
chodzi „djabeł“ i udając k rz y wego z fa jk ą w ustach grubym w rzesz
czy głosem : „ K at-k a-ła t! C zarny b u t! “ „Czego djabeł p o trzeb u je?“
„ F a r b y !“ i t. d. ja k z „aniołem “. D otąd to się odbywa, dopóki
je s t ktokolw iek z chłopców nie należących ani do „anioła“ ani do
„d jab ła“ . Grdy ju ż nie m a nikogo, z w yjątkiem „gospodarza“, liczy
„a n io ł“ swoje, a „djabeł“ swoje siły i następuje „przeciąganie poza
g ran icę“. „Grospodarz“ przyłącza się do „aniołów “. „A niołow ie“
ch w y tają się za ręce i stają po praw ej stronie granicy. D jab ły
s ta ją po lewej. Potem obydwa szeregi podają sobie ręce i s ta ra ją
się jeden drugiego przeciągnąć „poza granicę,,. K tó ra strona prze
ciągnie d ru g ą „poza g ran icę“ (choćby ty lk o pierwszego chłopca)—
zw ycięża“. (J. N azaruk).
P orów : w R o p c z y c k i e m zabawę „W p ta sz n ik a “ (S. Udziela.
M atery ały etnograficzne). Porów : także A rystofanesa: O rnitkes, wiersz
04—60 nadto moją rozpraw kę: „Zu A ristophanes“ w Zeitsch. f. 5 . Gr.
z r. 1895 . K . Schenkl w „Grermania“ Y I. 380 .
l0) Porów naj opisy ty ch zabaw poniżej w tekście i w „U w agach“.
ł l ) P orów : moje: „Życie sierskich pasterzy przed 20 l a t y “
Uw : 64 .
“ j P orów : poniżej w tekście i „U w agach“.
” ) Z abaw a „ W e w e sz e le “ odbyw a się w następujący sposób:
Pasterze i p asterki w ybierają z pomiędzy siebie „Pana-M łodego“
i „Panią-M łodą“, a następnie 4 ^drużbów “ i 4 „druchny". Jeden
z pasterzy ubiera się za „księdza“. R eszta stanow i orszak weselny
złożony ze „starostów “ i „starościn“. K iedy ju ż w szystko gotowe
-
145
—
do w esela: są, „ M o c e ze syrem “, „tro n ek “ i „rózcki lo w eszelnyg
gości“, zaczyna się „W eszele“. M uzyka g ra — baby i chłopy śpie
w ają i tańczą po zielonej m uraw ie, „D rużbow ie“ uganiają „po paśw isk u “ niby „po w si“ od domu do domu i „sprosajo na weszele“.
„D ruchny“ zaś tym czasem przy p in ają „rózcki Panom -Starostom do
k ap elu sy “ i ubierają „Panne-Młodom do ślu b u “. „Pon-M łody“ „przebiro sie w kom orze“. Rodzice „M łodyg-Państw a" cęstujo i sadowio
przy b y ły ch na weszele gości“. „W reśeie godzina dziesionto : cas jiś
do ślu b u “. Po odbyłych cerymoniacl „błogosław ieństw a rodziciel
skiego“— wśród śpiewów i w iw atów w szystko w yrusza do „kościoła
na ślu b “. Po ślubie następuje „ p ija ty k a “ w „karcm ie“, k tó ra jest
połączona z w ielką „ b itk ą “. Chłopy wodzą się za łb y — tłu k ą
stoły, basy i „synkw as“. W śród tego „b aby“ wrzeszczą n a polu
i w ołają „g w o łtu !“ „B itka w karcm ie“ je st punktem kulm inacyjnym
całej zabaw y i na niej się też zazwyczaj kończy. N ajciekaw szą
je st rzeczą, że do „karćm y na b itk ę“ naw et ksiądz, co „ślub d a
w a ł“, razem z „w eszelnikam i“ idzie — i zapomniawszy o swoim
stroju kościelnym wodzi się z innym i „pod g a r ło “. „C epiny“ rzadko
kiedy łączą się z „weszelem na paśw isku“. Stanow ią bowiem n a j
częściej osobną dla siebie zabawę.
“ ) „W e w ó jta “ baw ią się dotąd na Sierczy podobnie ja k
w T a r n o w s k i e m . Dzieci w ybierają „w ó jta“, a ten w ybiera
„złodzieja“. Złodziejowi zasłania w ójt oczy rękam i lub czapką —
a jedno z dzieci uderza go lekko po plecach. Złodziej zgaduje,
a jeźli nie zgadnie, to mu na nowo w ójt zasłania oczy, a jeżli
zgadnie, to ten, co go uderzył, zostaje złodziejem i w ójt zasłania
mu oczy — ktoś go uderza, a on zgaduje i t d. Zabaw a ta trw a
ta k długo, dopóki się dzieciom nie u p rz y k rz y “ (Ochab).
Zabawę tę nazyw ają także zabaw ą „W e w ó jta i zło d zieja“.
“ ) „W aniołów i d y o b łó w “ baw ią się n a Sierczy w nastę
pujący sposób : Pasterze siadają rzędem na ziemi w ten sposób, źe
jedno drugie trzy m a „na podołku“ t j. między kolanam i. Jeden
z nich, k tó ry dotąd sta ł na uboczu, przychodzi do pierwszego,
i p y ta się: „Daleko tu do w ó jta ? “ Ten pokazuje mu za siebie
i mówi: „Jesce hań d a li!“ T ak samo pokazują mu inni — aż
wreszcie trafi na wójta, a nim jest zw ykle ostatni w rzędzie. T ra -;
fiwszy na w ójta p y ta go się: „Gospodarzu nie pozycylibyście mi
tu ło p a ty ? “ „Nie próżno!“ odpowiada mu wójt. „Co jes na n i? “
„K ro p a tw y !“ „E dejeie, dejcie, k ropatw y sprzedejcie ! B u ś !“ Bierze
niby łopatę i odchodzi ku przodowi. Przyszedłszy znowu do pierw
szego w rzędzie, ch w yta go za obie nogi i uderza nimi ja k b y ło
p a tą w ziemię, w ym aw iając przy tem następujące słowa : „Kop, kop,
jestu chłop! Nimoge go wykopać, muse copke zdymować — Pożryj
na mnie scy rze!“ K tó ry pasterz lub pasterka się ośmieje, kiedy
„spoźry“ mu w oczy: staje się „djobłem“ — a k tó ry nie, zostaje
„janiołem .“ Potem „janioły“ i „djobły“ ustaw iają się w dwa osobne
rzędy i schw ytaw szy się za ręce,’ zaczynają się „wozyó“. K tó ra
strona d ru g ą „zw ozy“ t. j. przeciągnie na swoją stronę, to ta
wygrywa.
19
— 146
—
W R o p c z y c k i e m nazyw a się ta zabaw a „W ójtem '“. P o ró w :
ü w : 9 . (zabawę „W e fa rb y “). Bardzo ciekawie baw ią się „W „anioły
i d jo b ły “ dzieci wielickie. Podaję tę zabawę w edług opisu p rzesła
nego przed k ilk u miesiącami do „ W isły “. „H elunia uklękła sobie
n a środku dosyć obszernego placu, a w szystkie jej koleżanki prócz
Sydzi obstąpiły ją wkoło, tw orząc ja k b y niezdobytą tw ierdzę lub
„w ieżę“. D la pewności, ażeby im kto w ten sposób zam kniętej Heluni z pośrodka nie w ykradł, uchw yciły jej się za suknię rączkam i.
P o została na boku Ś ydzia przez ten czas głęboko się zam yśliła,
ja k b y m iała ochotę H elunię z w ieży przemocą w ykraść... A le j a k ?
S k rad a się cichutko pod m u ry wieży i krocząc naokoło p y ta się
półgłosem wieżowego straż n ik a „D aw ida" : „Dom, dom, D awid, w er
cen dizen tom ? „S trażn ik odpowiada jej k ró tk o : „ E a jzer zajne
tochter zicin dizen tom !" W tedy zrozpaczona S ydzia wzdycha
i mówi sam a do siebie: „Ach naj, ach naj ! k au i zaj ! D er to musge
brochezaj!“ I w tej chw ili chw yta jedną ze stojących naokoło
dziew cząt za ram ię, a w ołając na nią głośno: „Ś taj, w all a b ! “
poryw a ją za sobą i ucieka naokoło „w ieży“ . Inne dzieci spo
strzegłszy u b y tek w swojem gronie, w tej chw ili skupiają się napow rót
razem ; S ydzia zaś zw alnia k roku i zaczyna n a nowo obchodzić
naokoło wieżę, ty m razem już nie sam a. T ow arzyszy jej owa kole
żanka, k tó rą Sydzia przed chw ilą z murów wieży niby w postaci
„kam ienia“ oderwała1. S łyszę znowu pytanie się S ydzi: „Dom, dom,
Dawid, w er cen dizen to m !“ 1 znowu Sydzia wzdycha z rozpaczy:
„Ach naj, ach n a j! kani zaj! D er to musge brochezaj!“ I znowu
póryw a gw ałtem następną z koleżanek za sobą, wołając n a nią :
„S taj, w all a b ! “ T a h isto ry a pow tarza się ty le razy , ile
je st
w szystkich razem dzieci t. j. „kam ieni“ stanow iących obronne
m ury „zaklętej w ieży“. O statnią porw aną przez Sydzię dziew czynką
je s t dotąd zam knięta w wieży H elunia, również ja k i jej koleżanki
przem ieniona czyli „zaklęta w kam ień“. O statnie w ołanie S ydzi:
„Staj, w ali ab!" w ybaw ia ją z „zaklętej w ieży“. P orw ana przez
Sydzię przyłącza się do długiego łańcucha w ybaw ionych dziew cząt
i razem z niemi biega jak iś czas naokoło miejsca zabaw y. N agle
zatrzym uje się cały łańcuch. H elunia i S ydzia odchodzą na bok
i um aw iają się między sobą, k tó ra z nich ma być „A niołem “
a k tó ra „D jobłem “. W ynik tej n arad y zatrzym ują w tajem nicy.
Potem ch w y tają się obie za rączki i wzniósłszy je do góry na
k sz ta łt bram y, każą pod nią przechodzić całemu łańcuchowi swych
koleżanek. K iedy łańcuch przesuw a się powoli przez bramę, H elu n ia
i S ydzia śpiew ają: A jzydor, A jzydor, ajpanices ro r! W as g ijcy r,
dalecte błaj t o r ! “ W ym ieniając ostatnie słowa, spuszczają rączki
n a dół i odcinają o statn ią dziewczynkę z łańcucha. Po odcięciu py
ta ją się je j: „Do k o g o ?“ t. j. do „A nioła“ czy do „D jobła“. T a
ra d ab y się dostać do „A n io ła“, a nie wiedząc, kto nim jest, w ska
zuje nachybił tra fił na, Sydzię i staje obok niej. Tym czasem po
zostałe w łańcuchu dziewczęta obeszły na około po placu zabaw y
i w róciły napow rót ku bramie. H elunia i Sydzia śpiew ają ja k
przed tem ; „A jzydor, A jzydor, ajpanices ror! W as gijcyr^ w as
--
147
—
g ijcy r dalecte blaj to r ! “ I znowu ja k przedtem odcinają ostatnią
i p y ta ją się je j: „Do k o g o ?“ To odcinanie ostatniej i oddaw anie
jej stosownie do w yboru „A niołow i“ lub „D jobłu“ pow tarza się
ty le razy, ile je st w szystkich razem dziew cząt w całym łańcuchu.
Po odcięciu ostatniej H elunia i Sydzia przedstaw iają się, ozem są
w istocie: H elunia je st „D jobłem “ — a Sydzia „A niołem “ i każda
z nich zabiera swoje „dusze". „A n io ły “ i „D jobły“ gonią się teraz
jak iś czas po ogrodzie — a w końcu bierze się H elunia z Sydzią
za rączki, a spuściwszy je na dół, robią z nich „sto łek “. N astępnie
w zyw ają najpierw „A niołów “, a potem „D jobłów “, aby w szyscy
po kolei siadali n a owym „sto łk u “ i pozwolili się do góry podno
sić. K ied y na sto łk u siędzie k tó ry z „A niołów", H elunia i Sydzia
śpiew ają m u : „W i tra g e j i hime ajne henge siuc! ajne henge
siuc! siuc, siuc, siu c!“ a kiedy k tó ry z „Djobłów“ : „W i tra g e jendy
hel ajne tajfe bęk! ajne tajfe bęk! bęk, bęk, b ek !“ W ym aw iając
słow a: „Siuc, siuc, siuc!" kołyszą z lekka siedzącym n a rękach
„A niołem “ i wolno staw iają go na ziemi — w ym aw iając zaś
słow a: „Bęk, bęk, b ęk!“ podrzucają gw ałtow nie siedzącego „D jobła“
do góry, a potem go nagle puszczają na dół, tak , źe te a spada
i tłucze się silnie wśród ogólnego śmiechu. O statni djabeł sp ad a
jący n a ziemię kończy zabawę. (P o r: W isła X III. 656 — 6 6 2 )
16) Zabaw a „ W ż y d ó w “ polega na udaw aniu modlących się
w „bóżnicy“ żydów. P asterze ustaw iw szy się w koło, „kiw ają się
i w ajcą“ zrazu po cichu, potem coraz głośniej aż wreszcie krzyczą
na całe gardło i zaczynają się bić i gonić po pastw isku. „R ab in “
ucieka naprzód, a „żydzi pędzą za nim i okładają go kułakam i.
” ) Z abaw a w „ W szk o le“ je s t w iernym obrazem dawnej
„szkoły zimowej“ na wsi. (Porów. Zycie siers. past. przed 20 la ty .
U w : 117.) Jeden z pasterzy usiada na ziemi j udaje szewca. In n i
siadają naokoło niego i zaczynają się uczyć na „grosówce“. „Ślabiz u ją “ razem na g łos: „Beaba, bebe, beibi, bełobo, bełubu — Ceaca
ceece, cejici, cełoco, eełucu i t. d.“ Szewc szyje b u ty — i popraw ia
ja k k tó ry z „łucenników “ błędnie „ślabizuje“, napom ina, a naw et
„pocienglem b ije“. W tym ostatnim w ypadku „łucenniki“ i „łucennice“ wrzeszczą w niebogłosy i uciekają ze szkoły. B itk a „po
cienglem “ kończy zabawę.
1S) Bicie się, gonienie, rzucanie kam ieniam i, naśladow anie
rozm aitych robót gospodarskich w domu albo w polu.
19) Zabaw y pasterskie są zawiązkiem dram atu ludowego,
k tó ry w zabawie weselnej dochodzi do najwyższego szczebla swego
rozwoju. K ażda bowiem zabaw a p astersk a przedstaw ia jakieś z d a
rzenie z życia ludowego. W przedstaw ieniu tem biorą udział osoby,
któ re prow adzą między sobą rozmowę zw ykle w sta łą formę ujętą,
za łatw iają jakąś czynność: gonią, biją się i t. d. Zabaw a kończy
się zawsze przegraniem jednej strony, a w ygraniem drugiej. Zabaw y
pasterskie wielce przypom inają przedstaw ienia jasełkow e i d ra m a t
średniowieczny. P orów : niem : „W eichnachtsspiele“, naszą „Sopkę“ ,
niektóre sceny z „F astn ac h tssp ie le“, niektó te dram aty H ansa
— 148 —
Sachsa. D r. W . C r e i z e n a c h , mówiąc o dramacie ludowym w swojem
dziele: „Die Geschichte des neueren D ra m as“, nasz dram at pasterski
zupełnie pom inął — a recenzenci jego polscy ja k St. Tarnow ski
i K aw czyński wcale mu tego nie w ytknęli. Nasz dram at ludow y
w ogólności nie cieszy się znawcami.
1П) I całkiem rzecz n a tu ra ln a : kto b ra ł w skórę, ten prze
g ry w a ł — a kto przeg ry w ał kończył grę i cały dram at. Rodzaj s ta
rożytnego epilogu b y ł tu zupełnie niepotrzebny ta k samo ja k
i w pierw otnym dram acie greckim.
2I) Z am iast opisywać zabawę częściowo w sposób objaśniający
przesuw am jej części w porządku chronologicznym przed oczam i
widza a w zględnie czytelnika t. j. nie w przestrzeni ale w czasie.
T ak radzi Lessing w swoim Laokoonie. Owo „interm ezza“ są także
same dla siebie zabaw am i: scenami z życia pasterzy.
“ j „Po zbió rk ag “ = po żniwach.
23) „K m iecik“, „Piechów ecka“, „B aranionka“, „Ś tańdecka“
i t. d. = patronim ica od „K m ieć“, „Piechów ka“, „ B aran “, „ Ś tań d a“
i t. d. P atronim ica te u rab iają się przez dodanie kone.: „-ik“, ,-e k “ ,
„ ecka“, „-cyk“ i t. p. ; porów, średnioniem. ,,-ig“, „-eg“.
24) W ten sposób zaczynała się praw ie każda zabaw a pasterska :
a) n a ra d ą : w co się bawić, b) postanow ieniem : w to i w to. J e stto
typow e zagajenie dram atu pasterskiego, podobne do starożytnego
prologu lub teatralnego ogłoszenia po ulicach w obecnem stuleciu.
Z abaw a „W zajoncki“ składa się z czynności: „p an a“ t. j.
m yśliw ego, jego „psów “ i „zajonców“. „Psów “ je st zazwyczaj ty le,
co i „zajonców“ t. j. 6. „ P a n “ je st 13. „ P a n “ daje rozkazy „psom “
i „zajoncom “. „P sy" szukają kolejno każdego „zajonca“, a „zajonc“
się chowa. Ściganie i uciekanie oto 2 główne czynności, których
celem „łap ać“ i „niedać się złapać*. Z łapany przegryw a.
25) N azw y te są zbliżone do słów niem ieckich: „A ńc“ == eins
(prawdopodobnie nazw a „ p a n a “). 2 . „P ańć“ = dźwiękiem podobnym
do „A ń c“, a może pow stało ono z „Beines“. „K uśtyglańc" = h ast
du G lanz? „A m ai u d y “ = einm al jeden; „A m alań c“ — Einm aleins.
R eszta nazw są prawdopodobnie w yrazam i polskimi. W y razy te bezw ątpienia ze sobą kiedyś stanow iły pewien związek, którego m y
dziś odgadnąć nie możemy. W pojęciu naszych pasterzy są one
ty lk o nazwam i baw iących się „W zającki“. W każdym razie fo r
m ułka ta wskazaje na niem itckie pochodzenie całej zabaw y. Zob:
„ W k ry c ie “ i odnośne uw agi.
Gorole a także i L achy z M yślenickiego bawiąc się „W zają c k i“ m ów ią: „A nglicki, panglicki i t. d. (zob. „W k ry c ie “),
a nadto obierają rów ną liczbę „zająców “ i „psów “. K ażdy „zając“
złapany staje się tam „psem “. O statni „zając“ złapany zakończa
grę. (K ubuś Eiołek.)
2e) W B u c z a c k i e m baw ią się także „W zajoncki“ lecz n a
zy w ają to „ Ł a p a n k ą “. P rzy tej zabaw ie chowają się pasterze t. j.
„zajoncki“ w „ la s“, a „p a n “, k tó ry tu je s t „psem “, szuka ich.
149 —
K ażdy złapany „zając“ staje się „psem“, I ta k ciągnie się g ra ,
póki nie braknie „zajęcy“. P rz y „Łapance“ mówi pierw szy „pies“ :
„Inbi, pinki, legum inki; erste klas, cw ajte klas : t y zajączku biegaj
w l a s ! “ Te słowa świadczą o niemiecko-polskiem pochodzeniu tej
g ry . „Łapanie" jest tu głów ną czynnością, stą d : „Ł a p an k a“. N ad
R ab ą baw ią się „w zajoncki“ podobnie ja k w Myślenickiem, z tą
ty lk o różnicą, że się nad R abą nie kładzie palcy i nie rozdaje
nazw, ale poprostu rozdziela się pasterzy na 2 p a rty e : n a „zające“
i na „p sy “, a nadto jednego pasterza obiera się „panem “. K iedy
„p sy “ gonią „zające“, on woła ciągle; „Do pana, zajoncku, do pana!“
(Porów. J . Świętek „Lud nadrabski“).
Z tego, co narazie powiedziałem o tej zabawie, widać, źe naj
lepiej jeszcze zachowała się ona w Sierczy — gorzej w Myślenickiem
i Buczackiem — a najgorzej w Bocheńskiem nad R abą. Wszędzie
w ystępują do g ry „p sy“ i „zające". „P an a“ nie znają w Bucząc
kiem. Wszędzie cel jednakow y : łapanie zający. Zabaw a przypom ina
żywo scenę z życia m yśliw skiego : polowanie na zające. Z tą g rą
wszędzie miesza się d ru g a p asterska g ra : „W k ry cie“, nieraz do
tego stopnia, że trudno poznać, w co się pasterze bawią. (Porów,
zab. „W k ry c ie “ i odnośne uw agi.)
ä7) Ten dyalog „p an a“ ze swoimi „zajonckam i“ je st czasami
osobną g rą pod nazw ą „W e w ilk a “ albo „W e w ilco sk a“. J e st
naw et rzeczą bardzo możebną, że pierw otnie by ł on w istocie osobną
dla siebie zabawą. W ogóle „W zajoncki“ są zabaw ą złożoną, czego
dowodem aż 3 odrębne form ułki przy rozdzielaniu zadania i nazw
między członków zabaw y.
2g) Sierscy pasterze k ład ą w tej zabawie najw iększy nacisk
na to, aby się nie dać złapać — i kto do 3 , razu nie da się złapać
ten w ygryw a.
2Э) K o ł o J e z i e r z a n n a R u s i nazyw ają zabawę „W za
joncki“ zabaw ą „ W z a ja č ia “ — a baw ią się w następujący sposób :
„K iedy pasterze m ający brać udział w zabawie ustaw ią się dokoła,
liczą się najpierw , ilu ich je s t razem, a potem w ybierają z pomiędzy
siebie „p a n a“, k ilk u „psów“ i k ilk u „zajęcy". „Z ajaci“ chowają się
poza drzewa lub „po jam ach“, a w tedy „pan“ wypuszcza swe „p sy “
wołając na zające : Hop źe, hop że, schowajźe sia dobrze, bo ja
swoju rolu puskaju na w olu; jak znajdę, rozidrò, meni szkiru prynese“. Puszczone „p sy “ szukają „zajęcy“, a gdy którego z nich
w ynajdą, ten n aty ch m iast ucieka — „psy“ go gonią, a „p a n “ woła :
„Do pana! do p an a! Później m ieniają się „p sy “ z „zającam i“ swą
ro lą : „p sy “ zostają „zającam i“ a „zające“ „psam i“.
Do zabaw y „W zajoncki“ w Myślenickiem (por. uw. 25 .)
i w Buczackiem (uw. 26 .) należy dodać jeszcze ten szczegół, że fo r
m ułka rozpoczynająca grę brzmi w M y ś l e n i c k i e m : „A nglicki,
panglicki, C yrw ąne stolicki. Jedne sie p o targ ały , drugie sie poła
m a ły !“ a w B u c z a c k i e m : „Inki, pinki, legum inki — będzie
Iw an p asał świnki. E rste klas, zweite klas: Ty, zającku, biegaj
w las !“ —
150
—
"W H u s i a t y ń s k i e m nazyw ają zabawę „W zajoncki“ :
„M rózką“ prawdopodobnie od m rużenia oczu.
W K r a k o w s k i e m i w e W a d o w i c k i e m odm awia „pan“
p rzy liczeniu w tej zabawie zam iast niemiecko-polskiej łm ińskopolską form ułkę: „Ene, due, re x ; Czw arte, finter, sex. Ene, due,
r a b a ; Czwarte, finter, żab a!" zresztą zabaw a odbyw a się ta k samo
ja k i w W ielickiem .
W С z o r t k o w s k i e m , we wsi Romaszówce, nazyw a się ta
zabaw a „Z ajączkiem “, a odbywa się w następujący sposób : „Dzieci
zak reślają miejsce zwane domem, w którym zasiada „pan“. In n y
chłopiec zostaje „chartern“. „ P a n “ zak ry w a dłońmi oczy „ c h a rta “,
dopóki reszta dzieci, które są „zajączkam i", nie poukryw ają się,
gdzie k tó re może, potem spuszcza „ c h a rta “ ze sm yczy n a łow y.
K tó ry „zajączek“ umknąó zdoła do domu, zostaje ocalony pod opieką
„ p a n a“. „ P a n “ dając znak „chartow i“ do rozpoczęcia łowów, mówi
ta k : „Siedź, siedź, zajączku pod mied?.ą, pieski o tobie n ie w ie d z ą !“
Jeżeli „ c h a rt“ jakiegoś zająca złowi, odprowadza go do „pana“'
u którego pozostają w domu, w raz z tym i, które zdołały się tam
schronić“. (S tanisł. W iszniewski.)
W B o r s z c z o w s k i e m i K o ł o m y j s k i e m baw ią się „ W za
ją c z k i“ t a k : „Chłopcy w ybierają z pomiędzy siebie „m yśliw ego“ —
dają m u w rękę kij, k tó ry służy m u jako strzelba. Później w ybiera
się k ilk u „pobereźników “, a reszta zostają „zającam i". „M yśliw y“
obraw szy sobie miejsce n a „gniazdo“, bierze kij i z „pobereźnikam i“
idzie n a łow y „zajęcy“. „Pobereźnicy“ służą do noszenia zabitych
„zajęcy“ do „gniazda m yśliw ego". „M yśliw y“ strzela „zające“ —
a oni znoszą. Skoro braknie „zajęcy“, chłopcy obierają sobie nowego
„m yśliw ego“ i nowych „pobereźników “ i w ten sposób g ra za
czyna się n a nowo. (S auparka i Iw anków w Borszczowskiem. K a
zim ierz Sobolewski.)
W K o r o p c u (pow. buczacki) ja k wogóle w Buczackiem zowie
się t a zabaw a „Ł apanką" albo zabaw ą „ W łapankę". „A by się
baw ić „W łap an k ę", potrzeba najm niej 4 chłopców. Ci w ybierają
z pomiędzy siebie za pomocą głosow ania k artk am i lub ustnie tego
co ma „łapać" (t. j. m yśliw ego albo psa). W y b ran y „łapie" pozo
stały ch chłopców, k tó rzy uciekają przed nim i chow ają się, gdzie
mogą. Grdy ich w szystkich w yłapie, g ra rozpoczyna się na nowo
i trw a ta k długo, dopóki chłopcy innej nie w ym yślą". (F eliks
W rzak.).
Podobnie baw ią się n a N a g ó r z a n c e t a k ż e w B u c z a c k i e m .
W R o p c z y c k i e m baw ią się w „Zajączki" w następujący sposób:
W szyscy chłopcy zgrom adzają się w jedno miejsce. Jeden obrany „pa
nem", siada na ziemi, a inni w yciągają praw ą rękę i jej w skazujący palec
k ład ą na jego kolanie, tw orząc ty m sposobem postać gw iazdy z p a l
ców. W tedy „p an “, w skazując po kolei na palec każdego mówi :
Anc, glanc, obe —lanc ; sy tu , ty tu , panna, suczka, cuc, muc. N a
każdego ze zgrom adzonych w ypada jeden w yraz : ten, którem u p rz y
padnie o statni w yraz: „m uc“ został „psem". W ten sposób obiorą
—
151
k ilku psami, reszta zostaje „zającam i". P an określa około siebie
granicę i zawiązuje psom oczy, aby nie w idziały, gdzie się zajączki
cbowają. G dy się już te pochowały, pan odwiązuje psom oczy
i w oła: — Do pana zajączki! — W tedy w szystkie psy biegną
szukać zajączków. Zajączki wypłoszone z kryjów ek, rozbiegają się,
a psy ich gonią ; przyczem wolno im jest łapać je, albo naganiać
do koła nakreślonego przez pana. Każdego złapanego zajączka od
prow adzają psy do pana. Skoro w szystkie zajączki w yłapano, n a
tenczas psy zostają zajączkam i i odwrotnie. (S. Udziela.)
Bardzo podobną do zabaw y „W ząjoncki" jest zabaw a „ W jastrzęb a i gołębia", w k tó rą baw ią się chłopcy i dziewczęta w S t a
n i a ł a w o w s k i e m i K o ł o m y j s k i e m . W ielce spokrewnioną z nią
je st także zabaw a „W lisa fantow ego“ rów nież z pow iatu stan isła
wowskiego i okolicy.
„W jastrzę b a i gołębia“ w S t a n i s ł a w o w s k i e m baw ią się
w ten sposób: „Zbiera się k ilk a chłopców i w ybierają jednego z po
między siebie na „jastrzęba". R ach u ją : „Inki, pinki, lodo-m in k i;
E n cy klas, p u te r - w a s : T y jastrzą b k u leć no w la s ! “ Ten, co ra
chuje i w ym aw ia przytem poszczególne wyżej przytoczone w yrazy,
pokazuje na każdego palcem. N a którego przy rachow aniu padnie
w y raz „las!" zostaje „jastrzębiem ". Potem zakreślają koło p p ro
mieniu m ającym 3 m. długości i w środek jego w bijają kij. W szyscy
chłopcy, prócz „jastrzęba", zostają „gołębiam i“ i wchodzą do koła,
k tó re jest ich „gniazdem " i zaczynają z niego po jednemu w y la
tyw ać. „Ja strząb " ukryw szy się za drzewo albo inny ja k i przedm iot
w pobliżu, czatuje na nie. Co się k tó ry „gołąb“ zbliży do kryjów ki
„jastrzęb a“, n atychm iast ten usiłuje go złapać. Rozpoczyna się go
nitw a. „Gołębie“ „ la ta ją “ — „Ja strząb je ściga. Jedne z nich chro
nią się napow rót do „gniazda" — inne dostają się w szpony „ja
strzę b a“. O statn i złapany „g o łąb “ staje się „jastrzębem “ — a „j a
s trz ą b “ „gołębiem “ i znowu zabaw a rozpoczyna się na nowo. K tó ry
„gołąb“ nie dał się ani razu złapać, dostaje nagrodę n. p. parę
jabłek, gruszek, cukierków i t. p. (K ow alski.)
W K o ł o m y j s k i e m zabaw a „W jastrzęb a i gołębia* odbywa
się ta k : „Dzieci w ybierają z pomiędzy siebie „jastrz ęb ia“ — a reszta
są „gołębie“. Gołębie robią sobie „gniazdo“ do pewnej .wielkości,
a ja strz ą b obiera sobie gniazdo gdzieindziej. Potem wychodzą go
łębie z gniazda i posiadając na ziemi w ołają: krum , krum , krum !
Ja s trz ą b dostrzegłszy to, w ypada na nich ze swego gniazda. Gołębie
uciekają gdzie mogą, albo w racają napow rót do swego gniazda.
Jeżeli jastrzą b puści się za nimi do gniazda, to go w szystkie gołębie
obskakują i skubią go ta k długo, póki gniazda nie opuści — a je
żeli ja strz ą b złapi jakiego gołębia, to wtenczas idzie między gołę
bie, a złap an y gołąb staje się jastrzębiem i łap i innych gołębi“
(K. Sobolewski).
„ W lisa fa n to w e g o “ w S t a n i s ł a w o w s k i e m bawią się
w następujący sposób: „Zbiera się k ilku chłopców i w ybiera z po
między siebie „lisa“. R eszta je st „psam i“. P rz y wyborze lisa ra-
-
152
ebują t a k : „Ille miczki, czerwone guziczki, a kodo more: Lisie
idź do n o ry !“ N a kogo padnie w yraz „ n o ry !“ je s t lisem. Potem
kładzie się jabłko lub inny ja k i owoc w odpowiedniem miejscu.
L is sk rad a się cicho do jabłka, a uchw yciwszy je, ucieka, W ówczas
psy puszczają, się za nim w pogoń, a g d y go dogonią, każą mu dać
„ fa n t“, t. j. rzecz jak ą, co m a koło siebie: scyzoryk, guzik i t. p.
G dy chce odzyskać fant, m usi pokazać, co umie np. musi zaśpiewać
co, powiedzieć ja k ą historyjkę, zagadkę lub t. p. Jeżeli lis ucieknie
i psy go nie dogonią, to ja b łk a skradzione zjad a“. (Kow alski.)
80) „Ś w ajcara“, „ T y ro la “ —' nazw y krów podług ich pocho
dzenia i rasy. Inne krow y m ają im iona podług swej „m aści“ : „Ci»
su la “, „C y ran a“, „ K ra s u ta “, „ K w iatu la“, „K ro p ian a“, „P łow ula“ ,
„L y sin a“ i t. p., podług dni albo miesięcy, w któ ry ch się „ u lę g ły “
„W to ru ch a“, „P iętocha“, „Środucha“, „C zw artocha“, „N iedziocha“ ,
„Poniedziocha“, „Sobociocha“, „M ajocha“, „C yrw cocha“, „M arcocha“
i t. d. — P ierw otne n a z w y innych z w i e r z ą t d o m o w y c h ja k
psów, koni, kotów, kur, gołębi i t. p. nadaw ano głównie w edług
ich maści: „B urek“, „K rucek“, „K aáton“, „Sim el“, „ K a ry “, „G n iad y “,
„B u łan y “, „ S ro k a ty “, „P ło tek “, „ Podpolany", „C orny“, „B ioły“ ,
„P rę g o w aty “,, „S iem ieniatka“, „K ro p iato “, „Corno“, „ K u ro p atw a“
(K ropatw a), „C ubato“, „D em biok“, „K opciuch“. „Z biołem podgarlem " i t. p. Obecnie obok nazw pierw otnych — swojskich —
pełno ju ż nazw obcych: „Ś tu c“, „ F in k a “, „P udel“, „M ops“, „N ero“,
„ K o ty rb a “, „B elfer“, „B ism ark “, „G rek “, „M oryc“ i t. p. W ogól
ności p rz y nazw ach zw ierząt domowych można zrobić spostrzeżenie,
że dawniej daw ano zw ierzętom tym nazw y ty lk o swojskie stosownie
do ich zew nętrznych przym iotów , głów nie ich maści ; stosownie do
chw ili i okoliczności wśród jakich przyszły na św iat — czyli ianem i
słow y: dawniej nadaw ano zwierzętom imiona zawsze z pewną m yśłą
— rozw agą. Z astanaw iano się nad tern, dlaczego ten pies ta k a nie
inaczej ma się nazywać. M iędzy imieniem a isto tą zwierzęcia m usiał
być pewien związek. Dzisiaj tego zw iązku po większej części brak.
D aje się zwierzętom imiona nie dla ich charakterystycznych cech
— bo się nad niemi nie zastanaw iam y — ale dla oryginalności
brzm ienia ty c h imion. D zisiaj p rz y nadaw aniu zwierzętom nazw nie
wchodzi w g rę znajomość nauk przyrodniczych — ale osobista ekscentryczność, pogoń za czemś niebywałem — „oryginalnem ". S tąd
m am y całe stad a szczekających „A chilesów “, „Hektorów® — w yjące
„Penelopy“ — miauczące „N im fy “ i t. d. W ostatnich czasach nie
b ra k naw et imion nie m ających żadnego znaczenia — a więc będą
cych ty lk o nic nie znaczącemi dźw iękam i (Porów, im iona koni w yś
cigowych !). K to b y się chciał bliżej nad tem zastanow ić : to ta k i
sam odbył się u nas proces z im ionami ludzkiemi. Zaczęto od „ W ie l
gusów “, „M ańkutów “, „Łysoniów “, „Ł okietków “, „Misió.w“, „S tan
k ó w “, „M ietków “, „B olków “ i t. p. a skończono na : Hemigich,
Kosmach, Dam ianach, Petronelách, Pafnucych i t. p. „Przezywoj,
mie, ja k kces, ty lk o mi nie powidz C orny W ojtek! (boby sie ze
mnie śm ioli...)“.
í 53
—
31) Zaczęły się „gzió“.
32) „ B r z e z i n y “ = jeden z przysiółków należących do Sierczy.
J e s t ich je-izcze 5 : „N a potoku“, „W olico“, „Pode dw orem “
i „W lesie“. Dawniej b y ła jeszcze „K lasna" i „B ańkoskie“. G łówna
część Sierczy nazyw a się „ W sią “, a dzieli się n a „C halaków kę“
i „K oledw ora“ albo „W elo dem ba“. N azyw ają ją także „Sirzkim
pagorkem “.
33) „Ł ubek“ = dudek (ptak).
34) T ak zawsze w ołają pasterze sierscy, ile ra z y zobaczą cudze
bydło w szkodzie“.
85) Porów, uwagę 21 .
3B) „Ł o lsy n a“ — „K rzoki nad Kamieńcem “, część „B rzezin“.
37) P asterskie „k azan ia“, „łoracye“, „śpiew ki“ będą w na
stępnej p racy o pasterzach sierskich: „Psoty i różne figliki sierskich
pasterzy z przed 20 l a ty “, k tó ra po jakim ś czasie pojawi się
w „L udzie“. Częściowo pomieszczę je w ogólnem w ydaniu „Pieśni
w ielickich“, któ ry ch rękopis już praw ie na ukończeniu.
38) „K am ieniec“ = kam ieniołom y pod „B rzezinam i“.
39) „P o to k “ m ała dolinka między „K am ieńcem “ a „Brzezi
nam i“. „P o to k “, przysiółek, leży na zachód od „B rzezin“, a na po
łudniow y wschód od „W olicy“.
10) Porów : zabaw ę w „Zajoncki“ i odnośne uwagi.
41) To są nazw y i liczby baw iących się.
4a) Z abaw a „ W k ry cie“ je st wielce zbliżoną do zabaw y
„W zajoncki“. Toteż czasami pasterze zapom inają się do tego
stopnia, że kiedy „aus“ goni „eflę i „beflę w ołają na nie: „Do
pana, zajoncku!“ podobnie jak przy „Z ajonckag“. Czasami zam iast
„A ngel, bangel i t . d .5 mówią przy odliczaniu: „Ańc, pańć i t . d .“
albo naw et: „Ene, due, r e s “, „A nglickí, banglicki, cerwone guzieki: Jedno sie pokryło, a drugie sp ać!“ Je stto dowodem, że obie
te zabaw y są ze sobą bardzo spokrewnione, a naw et można powie
dzieć, że zabaw a „W k ry cie“ jest ty lk o przeróbką zabaw y „W za
jo n ck i“ zastosow aną do mniejszej przestrzeni, innego miejsca i czasu
w k tó ry ch zające się nie pokazują, Podczas gdy „W zajoncki“
baw ią się pasterze najchętniej na wiosnę lub w jesieni, daleko
w polach, najczęściej koło gajów i lasów t. j. tam , gdzie zające
przebyw ają, baw ią się „W k ry cie“ zw ykle koło domu n. p. w sto
dole, „na przedścieuiu“, w „chałpie“ i to przeważnie we żniw a lub
w zimie. Z abaw y te m ają się ta k do siebie ja k dram at całkow ity
do swego skrócenia, zastosowanego do w ym agań sceny. „W za
jo n ck i“ je st przedstawieniem , jeżeli się ta k w yrazim y: na większą
skalę w ym agającem dużo osób, dużo miejsca i nakładu. „W k ry cie“
je st zabaw a pokojow ą-am atorską.
M yśleńscy i bocheńscy pasterze tej zabaw y nie znają. Miejsce
jej zastąp iła zabaw a „W zajoncki“.
N a R usi n azyw ają ją „C how anką“ w przeciw staw ieniu do
„Ł a p an k i“. J a k w „Ł apance“ głów ną czynnością jest „łap a n ie“,
—
іБ4
—
ta k p rzy „Chowance’1 je st „chowanie się“. J a k p rz y „Ł apance“
ta k i p rzy „Chowance“ odbyw a się liczenie na palcach ty lk o zapomocą różnych form ułek: przy „Ł apance“ zapomocą form ułki :
„Inki, pinki i t . d .“ (por. uw : 26 .), a t u : zapomocą form ułki: „Panie,
Janie, íľab ijanie! W ystaw konia na w ygranie! Zlotem, szpicem ;
królem, wicem! Idź za piec sp ać !“ Ten, na którego pada w yraz
„spać!“ m a się „ k ry ć “, a inni go szukają Czasami obie zabaw y
łączą się w jednę i p rz y odliczaniu tego. co ma się kryć, mówią :
„Panie Janie, i t. d .“, a przy odliczaniu tego, co ma tam tego
szukać w ygłaszają: „Inki, pinki i t. d .“ Jeżeli tem u, co ma szukać
uk ry teg o zawiąże się oczy, to zabaw a w tedy zowie się „Zm użką“,
co nam przypom ina husiatyńską „M ruźkę“. Por. uw : 72 .
“ ) „Szczygoń“ = na R usi „U piór“. Zabaw a ta je st uscenizow aną „godką“ o „Szczygoniu“, podobnie ja k zabaw a „W jan io ły
i d jo b ły “ o „Z oklentyg k ró lew n ag “. Takich zabaw na tle religijnem je s t bardzo wiele. Porów : zab: „W e fa rb y “ na tle biblijnem.
4‘) 12. godzina w nocy. C z a s i —12 je s t spokojny, bo „D uchy“
śpią. Od 12—3 rano niespokojny, bo „D uchy“ chodzą. Po 12.
w nocy nie wolno nic robić, bo „D uchy“ przychodzą i przeszkadzają.
Toteż baby rzucają niedokończone „szycie“ i idą spać, bo się boją
„D uchów “.
“ ) Ju z y n a = niem. Jąuse.
*e) „na łu sio tk e“ = na stronę.
” ) bo tam nie ma rosy — i nie widać wcale, ja k się kto
schowa... W konopiach chowają się zw ykle różnego rodzaju w łó
częgi i tam przesypiają spokojnie dzień, a w nocy wychodzą na
kradzież i rozbój,
>a) „Po Świentym M ichale wolno paś i na w a le“, to znaczy:
wszędzie. „Św ięty M ichał“ je st dla ludu bardzo ważnem świętem
dorocznem — na rów ni ze „Sw ientym Jonem “. Obydwa te św ięta
p rzy p ad ają na „przesilenie i. porównanie dnia z nocą“ : w lecie
i w jesieni na początek la ta i na początek jesieni na początek p a
now ania „P ierona“ i n a początek panow ania „W ia tru ". W tym
sam ym czasie obchodził dawniej lud nasz dwie uroczystości za po
m arłych na wiosnę i w lecie: ofiary „Topielca“ i „P ierona“ ,
w uzupełnieniu uroczystości za dusze zm arłe na „Grody“ i w „Śmiguszne św ien ta“ : ofiary „ W ia tru “ i „M rozu“. Koniec jednej pory
roku i początek drugiej b y ły dla .ludu zawsze bardzo ważne
i chwilę tę święcono uroczyście, składając z jednej strony d z ię k
czynne ofiary za szczęśliwie przeżycie jednej pory roku, a z drugiej
prosząc o powodzenie i zdrowie dla nowej pory, k tó rą w łaśnie
rozpoczęto. P rzy tej sposobności pam iętano także i o „Nieboszczy
kach*, którym um yślne urządzano uczty zwane „podziśdzień jeszcze
„öm igusztem “, „R ękaw kam i“ „Zaduszkam i“ „Grodami“ i t . p. N a
takich ucztach wym ieniano zawsze im iona w szystkich pom arłych
w ubiegłej porze roku i zastanaw iano się nad tem, kto też z obec ■
nych na uczcie szczęśliwie drugiej takiej uczty doczeka. Żal za
tym i, k tó rzy już nie żyją a z drugiej strony radość, że się docze •
~
155
—
2 aio nowej pory roku, cechują wszystkie te uroczystości kwartalne.
Radość jest tem większa im pora roku, którą ucztujący mają już
po za sobą, jest trudniejszä do przeżycia i im czas, który się
szczęśliwie przeżyło, jest dłuższy. To też „Gody1' i „Śmiguszne
święta“ są największemi uroczystościami w roku. Pierwsza zakończa
wszystkie uroczystości kwartalne, i rozpoczyna „Nowy rok“, druga
kończy ciężką zimę, a rozpoczyna miłą wiosnę. Kto wiosny się
doczekał, ten z pewnością 1 zimy dożyje. Każdą z tych uroczy
stości poświęcona jest „Dziwu“, które w nowo rozpoczętej porze
przeważnie panuje: „Gody“ „Mrozowi“ w postaci „MiedźwiedziaTuronia“, „Śmiguszńe świenta“ „Topielcowi“, „Sobótki“ („Noc
świentojańska“) „Pieronowi“, „Dożynki“ „Wiatrowi“. Rozróżniamy
zatem: 4 pory roku, 4 główne „Dziwa“, 4 główne uroczystości do
roczne na cześć tych „Dziw“ połączone z 4 rodzajami „Zaduszek“,
4 rodzaje płodów ziemskich — wreszcie 4 rodzaje ofiar składanych
„Dziwom“ panującym i ich otoczeniu: „Nieboszczykom“. „Święty
Michał“ rozpoczyna właśnie jedną z tych pór: porę „W iatru“.
Jest więc uroczystością kwartalną na cześć „Dziwa-Wiatra“
i wszystkich „Nieboszczyków“, które za sprawą „Pierona“ zeszły
wśród lata z „Tego-Świata“ i powiększyły zastęp „Płanetników“
a przedewszystkiem „ W i a t r a “. Lud ofiaruje „W iatrowi“ resztki
plonów polnych w postaci „wieńców ze zboźo“, pozostawionych na
polu „kłosów“, „gorztek“, „snopków“ i „wiech“ „główek kapusty“
i ziemniaków nawet owoców na drzewie : „To lo W iatra i jego po
słańców To lo jego konia“, Koniem jego obłok — posłańcami kruki
i wrony, które zwiastują jego przybycie. „W iatr“ pojawia się
w istocie na szarym koniu jak deszczowa chmura. Na głowie ma
kapelusz z szerokim kręgiem, z którego leje się woda strugami
deszczu. Przed nim pędzą 2 czarne kruki. W rękach trzyma długą
dzidę,, którą walczył z potworami morskimi: wężami i smokami.
Koń jego zatrzymał się na polu zjadając pozostawione mu resztki
plonów polnych. Rozpoczęła się jesień mglista i wilgotna. „W iatr“
z wdzięczności za otrzymane ofiary pozwala bydłu paść się i „po
wale“. „Uczta dożynkowa“, w której i „Dusze zmarłe“ biorą udział
wraz ze swym królem „Wiatrem“ zakończa uroczystość na św.
Michał“.
4B) „Wódki“ — dębowy lasek na wzgórzu, własność kmiecia
L. Młynka. Ulubione miejsce dla palących „Sobótki“ W pobliżu
znajdują się 3 źródła „studzienki“, które całemu wzgórzowi wraz
z laskiem nadały nazwę „Wódki“. Jedna „studzienka“ jest tak
głęboka, że „dna w niej dotąd nik jesce nie potrafiuł dostać“. T o
też „Topielec“ obrał sobie ją za stałe mieszkanie. Druga „studzienka“
znajduje się pośród „zielony łoncki ' za krzokami“. Przy tej „stu
dzience“ miała „Matuleńka nadybać troje żydowiontek“, wtenczas
kiedy szukała „Syna-Bożego“. Poniżej przez „wielgo łonke“ płynie
„Woda“, która zabiera „wódki“ wymienionych powyżej 3 „studzie
nek“ i zmieniając po koleji swą nazwę na „Rzyki“, „Stawiska“,
„Beły“, jako „Potok“ pod Koźmicami wpada do „W ilgi“. Tak
„Wódki“ jak i „Woda“ (zwykle z dodatkiem: „bieżąco“) są ulu-
—
156 —
bionem miejscem dla nocnycb uroczystości ludowych „we Wielgi
Piontek“, „na Zielone Świenta“ i „na Świenty Jo n “. Toteż łączy
się z niemi mnóstwo rozmaitych podań o ich cudowności, o „Dzi
wach“, które nad niemi i w nich przebywają: „Topielcach“, „Bo
ginkach“, „Zimnyg Duchag“, „Wilkołkag“ i t. p Tu miała być
nawet jakaś ludzka osada kiedyś bardzo dawno — ale się zapadła...
bo sobie „Dziwska tego nie źycyły“.
*°) "W t r e m b o w e l s k i e m bawią się tak samo „W pytkę",
z tą tylko różnicą, że nie mówią wiersza: „Idzie lis i t. d, (H.
Bartel).
W Buczaczu bawią się tak samo jak i w Sierczy (St, Wisz
niewski), tylko nie nazywają tego zabawą „W pytkę ale zabawą
„W lisa*.
Nieco odmienniej wygląda ta zabawa w H u s i a t y ń s k i e m
i nazywa się zabawą „W pytkę w kółku®. „Siada kilkunastu
chłopców na trawie „w kółko'1, przyczem zgina nogi tak, żeby pod
kolanami było wolne miejsce Poza nogi, pod kolana, pchają ręce.
jeden z nich staje w środku tego kółka — a drugi siedząc, bierze
chusteczkę skręconą i 3 razy uderza nią stojącego w środku. Potem
rzuca chusteczkę na ziemię popod nogi a inni siedzący naokoło
porywają ją i podają sobie dalej, pod nogami ale tak prędko, żeby
ten stojący jej nie zobaczył. Stojący w środku szuka jej oczyma
pod nogami swoich kolegów i chce ją złapać. Jeźli ją złapie, to
ten, u którego ją złapał, staje w środku — a tamten, co ją złapał,
siada na jego miejscu i uderza go 3 razy chustką czyli pytką,
a potem chowa ją pod kolana i podaje dilej. Ten usiłuje ją złapać
i złapawszy siada na miejsce tego, co ją miał, który tymczasem
staje w kole, i t. d. Zabawa trwa tak długo, póki się chłopcom
nie uprzykrzy“. (J. Domerecki Kopyczyńce).
61) „Jurka“ wyraz niezrozumiały. Czasami brzmi: „lurka“.
Może powstał z „nurek“ albo „nurka“, który oznacza takiego, co
nuro jako ta Świnia“. „Nurać“ = sz,ukać.
5a) „Wis“ — „widzis“ = widzisz,por: „peć“ = „pedzieó“ —
„powiedzieć“. „Nie kcioł, nie kcioł. Skoro widzi, ze nie
peć—cemprendzy sie wynius“. „Nie peć“ = „ani peć“ = „ani pedzieć“ =
„ani mruknąć“ = „ani mrumru“.
53) „Dali“ = „ali“ — „nuże“ — „noze“ = „nuże“
6ł) „batogami ćwiokać“ — batami bić
56) Słońce jeszcze podziśdzień zastępuje zegar na wsi,
56) „Na sume“ = na ostatnią mszę. Pierwsza zowie się „premaryo“, druga „ranymszo“ , a trzecia „suma“.
t7) „Kłosia* — „kłóska“ = kłosy zboża.
58) „Pański dąb“ — „Dąb“. Wedle podania miał go zasadzić
podczas polowania sam Kazimierz, „król Lachów“. Według innych
miał Kazimierz pod nim „łobiadować“. Dziś. już tego dęba nie ma,
bo go „Pieron“ wyrwoł“. Uważano go powszechnie za drzewo
„świente* i od niepamiętnych czasów znajdował się na nim obraz
—
157
—
św. Michała zabijającego dzidą olbrzymiego smoka. Później obraz
ten, gdzieś zniknął — a jeden z gospodarzy „Wałek Zoremba“
umieścił w jego miejsce obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
69) „Przykopa" = wał ziemi wzdłuż drogi powstały „przy
kopaniu“ rowu przydrożnego.
ec) Ta zabawa nazywa się także zabawą „W pora, nie p o ra“
i odbywa się inaczej. Jedno z dzieci narwawszy sporo grochu, bie
rze po strączku do ręki i zapytuje innych aby zgadywali : „Pora,
nie pora?“ Ci zgadują: „Pora“ lub „Nie pora“. Jeźli zgadnie
które, to otrzymuje strączko grochu, a nie, to niedostaje nic.
6V Według opisu p. Udzieli bawią się „W konopki* w W i e
l i c z c e w następujący sposób: „Wszystkie dzieci biorą się za ręce
i tworzą koło. Krążąc bez przerwy śpiewają : „Bawilimy się w konopki, Ale były duże snopki, Dużo nas, dużo nas, A ty, Zosiu,
idź od n as!“ Wymienione dziecko opuszcza koło i idzie na bok ko
lejno śpiewając wymieniają inne bawiące się dzieci. Wtedy zaczyna
się przybieranie do koła i śpiew stosownie do tego zmienia się:
„Bawilimy sie w konopki. Ale były małe snopki, Mało nas, mało
nas, A ty, Jasiu chodź do nas!“ Nazwane dziecko przystępuje do
koła, które krąży ciągle i śpiewa wymieniając po kolei wszystkie
inne dzieci, biorące udział w zabawie. Gdy już wszystkie są
w kole, rozpoczyna się zabawa na nowo wypuszczaniem z koła
dzieci i trwa tak długo, dopóki się nie sprzykrzy“.
P. Udziela błędnie wywodzi nazwę tej zabawy od „konopek “,
oznaczających rzekomo „zawilca gajowego“ Nazwa tej zabawy .ko
nopki pochodzi od wyrazu „konopki“ (demin : od „konopie“) w zna
czeniu : konopne snopki. „Bawilimy się w konopki“ = Bawilibyśmy
się w konopne snopki, (ale tych snopków jest za dużo t. j dużo
nas, bawiących się, dlatego ty, Zosiu, idź od nas, aby nas było
mniej!). „Bawilimy się“ zam- „bawilibyśmy się“ w mowie dzie
cinnej bardzo pospolite : indykat : zam. konjunkt. Porów, gwary ludowe.
62) w T a r n o w s k i e m bawią się „W ciuciubabkę“ w nastę
pujący sposób: „Dzieci wybierają jednego z pomiędzy siebie, zawią
zują mu oczy i pytają się go: „Babciu, będziecie jedli grzybki?“
Ten odpowiada: „Będę!“ Dzieci: „Babciu, maciełyżkę?“ Ten: „Nie“.
Dzieci: „Poszukajcie sobie! A jakich wam grzybków usmażyć?“
Babka: „Cichyg!“ albo „Klaskanyg!“ Jeźli „cichyg“, to wszyscy
uciekają przed nią po cichu na palcach, a jeżeli „klaskanyg“, to
wszyscy uciekają przed nią i od czasu do czasu klaszczą w dłonie.
Babka ich łapie — a jeżeli kogo złapie, t) mu zaraz zawiązują
oczy i robią go „Babką“. Nowa „Babka“ łapie tak długo, póki
kogo na swoje miejsce nie złapie. Zabawa ta trw a tak długo, dopóki
się dzieciom nie sprzykrzy“. (Ochab.)
W B u c z a c z u nazywają tę zabawę „W ślepą babkę“. Od
bywa się ona w następujący sposób: „Dzieci ustawiają się w koło
i jednemu z pomiędzy siebie zawiązują chustką oczy, a potem każą
mu się łapać. Kiedy ten łapie, wszyscy śpiewają: „A gońże nas,
babko, a gońże nas w koło! Hej, chłopcy po pracy bawmy się we
soło!“ Następnie wszyscy cichną i tylko jeden z nich odzywa się
—
158
—
głośno : „Powiedzże nam babko z jakiego ty kraju, czy od modrej
Wisły czyli od Dunaju?" Wszyscy: „A ta ślepa babka stara już
nieboźe i na utrzymanie zarobić nie może!“ Ten kogo babka złapie,
staje się babką i łapie innych śród powyższych śpiewów i zapytań.
Zabawa trwa do woli bawiących się — póki się nie uprzykrzy“.
(E. Keffermüller) Czasami śpiewają przy tej zabawie nieco odmien
nie. Wszyscy: — A gońże nas, babko, a gońże nas w koło! Hej,
chłopcy, po pracy bawmy się wesoło ! Jeden : — Powiedzże nam,
babko, z jakiego ty kraju, czy od W isły modrej czyli od Dunaju?
— Wszyscy: — A ta ślepa babka, stara już nieboże i na utrzy
manie zarobić nie może, — Jeden: Powiedzże nam, babko, gdzieś
ty wędrowała, czy nie-od Karpatów, gdzie Wisełka biała? —
Wszyscy: — A gońże nas raźńo, a gońże nas w koło, hej, chłopcy
po pracy bawmy się wesoło! — Jeden: — Czyś ty od Karpatów,
czyli od Dunaju, Witajże nam babko, w tym rodzinnym kraju! —
Wszyscy: — A ta ślepa babka, stara już nieboże i na utrzymanie
zarobić nie może ! (E Keffermüller).
W R o p e z y c k i e m zabawa „W ciuciubabkę“ nazywa się
„Kuciubabką“. Bawią się zaś ta k : „Gromada dzieci wybiera z po
między siebie „Kuciubabkę“ i „Starszego". Kuciubabce zaciskają
czapkę na oczy, albo je zawiązują chustką. Starszy zapytuje Kuciubabke: — Gdzie idzies? — Do miasta — odpowiada Kuciubabka:
— Po co? — Po kawołek ciasta. — Na co to ciasto? — Na kluski.
— Szukej sobie łyżki! — Co wolis, су klaskanki, су bochynki, су
cich'anki? — Stosownie do wyboru Kuciubabki, dzieci cichuteńko
biegają, jeżeli ta obierze cichanki; klaszczą, gdy woli klaskanki;
jeżeli zaś wymówi bochynki, to uciekając biją Kuciubabkę. Ta osta
tnia usiłuje złapać jedno z uciekających, co gdy jej się powiedzie,
zakłada chustkę lub czapkę na oczy złapanego dziecka, które teraz
gra znów rolę Kuciubabki". (S Udziela).
63) „Czupek“, czupeczek — rozbity garnek lub garnuszek.
64) „Cyrka“ właściwie znaczy „koło“, potem rzucanie kijem
„do koła", a wreszcie sam kij, którym się rzuca. Pasterze nauczyli
się grać „W cyrke“ od studentów.
sb) „Bicysko“ — patyk do którego się bat przywiązuje.
Składa się ze „stusiny“ i „spodka“. „Stusina“ zwykle jest z „cićrnioka albo „babimąki“ — czasami ze „kszeiny“. „Spodek“ jest
zawsze dębowy. „Stasine“ przykleja się do „spodka“ „sefskom smo
łom“ i „wionze sie śpagałem“. Sam „bat“ albo „batóg“ składa sie
z „konopnego abo rzeminnego bata“, z „łowróski rzemienny“ i „czepącki z konopi albo z nici“. „Bicysko“ składane mają tylko „parobki“, „poganiace“ i „starse pastuchy“, „bicysko proste“, nieskładane, mają „pasterki“ i „pastuski“, które także „posajo gadzinę
kijem jakim“.
ei) „800 kroków" pasterskich —* małych.
67)
O tym „Kamieńcu“, który się powszechnie nazywa „Ka
mieńcem Kmieciowym“ i obecnie jest własnością kmiecia L. Młynka
kursuje we wsi z dawiendawna mnóstwo podań ludowych. Jest on
bowiem siedzibą „Dziwa-Skarbnika“ zwanego także „Pokusą“, „Pokuśniokem“. „Nad kamieńce była dawni łolsyna, w który przemiszkowoł .Rokita“. S. Udziela w swoim „Świecie nadzmysłowym“ za
notował o tym kamieńcu i o przebywającem w nim Dziwie tylko
maleńki urywek — o ozem przy innej okazyi pomówię.
68)
„Rumowisko“ drobne kamyki, „hołda“, które odlatują
przy łamaniu kamieni. „Kamieniorze“ odróżniają „dwojaki kamień:
piękny kamień i hołde; piękny jidzie w siągi a hołda na rumowisko.
Po wsiag wysypujo niom stare drógi“.
<¡s) Znaczek ten zawsze ma stałą formę @.
,0) W S t a n i s ł a w o w s k i e m bawią się „W złotą kulę“ tak:
„Wszyscy siadają w koło oprócz 2 osób, z których jedna oddala
się na stronę, a druga z pierścionkiem lub kamykiem, nazwanym
„złotą kulą“, obchodzi wszystkich i każdemu niby wręcza ten
przedmiot. Każdy udaje, że otrzymał „złotą kulę“, żeby osoba ma
jąca zgadywać nie mogła pomiarkować, kto dostał „kulę“. Skoro
tedy pierwsza osoba oddała swoją „kulę“ do rąk bawiących się,
wzywa osobę drugą, aby zgadywała: „Zgadaj gaduła, gdzie moja
złota kula?“ Ta odpowiada jej: „Radabym gadała, żebym o niej
wiedziała“. Następuje zgadywanie. Jeżeli trzy razy osoba zgadująca
nie zgadnie, daje fant i zgaduje dalej. U kogo „złota kula“ zosta
nie odgadniętą, ten idzie odgadywać i t. d.“ (S. Wiszniewski).
„Złota kula“ w R o p c z y c k i e m (według S. Udzieli) : „Dzieci
siadają rzędem lub tworzą koło. Każde z nich ma ręce złożone tak,
jak gdyby między dłońmi przechowywało rzecz jaką. Jedno dziecko
pdprowadzają na bok, lub zawiązują mu oczy, aby nie widziało,
komu wręczą małą gałkę z czego bądź zrobioną, która ma oznaczać
„złotą kulę“. Dziecko rozdające złotą kulę ma również ręce zło
żone i tak je wsuwa w ręce drugich dzieci, że one same nie do
strzegą, któremu dostała się kula. Gdy się to stało, to rozdający
pyta tego, który ma zgadywać: „Godoj gaduła — kej moja złota
kula? Na co otrzymuje odpowiedź: „Jobym rada gadała, gdybym
ło ni wiedziała“ i kończy wskazując na domniemywanego posiadacza.
„Złoto kule" ma Hanka. Gdy nie zgadnie, znowu „daje oczy“, rozda
wanie kuli powtarza się znowu i zgadywanie także. Zgaduje, póki
nie zgadnie, Jeżeli zgadnie obejmuje godność tego, który rozdaje,
ten zaś, co poprzednio rozdawał, musi teraz zgadywać".
11)
„palcotern’ kijem np, kogo palcotem przeparzyć, jak co
przeskrobie“.
” ) Porów, całą uwagę 52. Omawiając w tej uwadze zabawę
„W krycie i różne jej odmiany w niektórych okolicach, pominąłem
wielicką zabawę „W goniawkę“. Odbywa ona się zupełnie tak samo
jak sierska zabawa „W krycie“, tylko zamiast słów: „Angiel,
bangíel i t. d.“ mówią dzieci: „En, ten, tina, Saweraki bina —
Aweraki, saweraki — Elef, telef, boms !“
Ludw ik Młynek.
-
O
160
—
lu d n o śc i
m ieszkającej po p ra w y m brzeg u W is ły w ziem i krakow skiej.
Na mapach dawnej Polski widzimy, że ten szmat ziemi,
który znajduje się w Galicyi po lewym i prawym brzegu W isły
jest częścią województwa krakowskiego, ziemi krakowskiej, ale
w ludzie samym spostrzegać się dają pod względem budowy
ciała, usposobienia i umysłowych zdolności wielkie różnice.
Lud ten podzielić można na trzy kategorye : na lewym
brzegu W isły mieszkają rzeczywiści K rakowiacy, lud prawdziwie
polski, dawni Małopolanie — w g ó ra c h . górale — a między
W isłą a K arpatam i potomkowie dawnych Chrobatów, (? Red.)
których lud krakowski nie bez pewnego odcienia lekceważenia
nazywa Galicyanami.
K to był przez dłuższy czas wśród krakowskiego ludu, kto
miał sposobność poznać górali, a następnie przybył do ludności
środkowej, temu wybitne, odrębne cechy charakterystyczne muszą
wpaść w oczy wyraźnie i natychmiast.
Większej lub mniejszej ciemnocie w niektórych stronach
kraju i niewoli ludu nie' można przypisywać tego smutnego
objawu, bo pod tym względem prawie wszędzie było jednakowo
a jeżeli powinno być gdzieś dobrze, to właśnie w tej tu połaci
kraju, bo jeszcze za czasów Chrobrego pierwszą szkołę ufundo
wano w Tyńcu i stąd lało się światło na Polskę po Kołobrzeg
i góry Świętokrzyzkie.
Choć lud tutejszy krakowskim zowią, w całem słowa zna
czeniu krakowskim nie jest. K rakowiacy to lud rosły, tęgi,
0 szlachetnym wyrazie twarzy, tryska z niego zdrowie, życie
1 pomimo biedy w dzisiejszych czasach, wesołość okraszona r u
mieńcem — a tutejszy lud przeważnie małego wzrostu, nikły,
nie imponuje krzepkośćią i siłą, wyraz twarzy o rysach bardzo
nieregularnych, a w tych inteligencyi albo mało, albo brak zu
pełny. Nie ma u niego tej szczerości, otwartości i szlachetności,
co u tamtych, tak swobodnie i wesoło nie patrzy na świat
i ludzi, jest ponury, a nieraz zdaje się obserwującemu, że z tego
ludu dopiero przed kilku laty niewolę zdjęto. W idać na nim
jakieś przygnębienie fizyczne i umysłowe
Lud krakowski, gdy go kto przekonywać usiłuje, będzie
dysputował, ważył, namyślał się, ale potem prawie zawsze
przyzna otwarcie słuszność sobie, albo drugiemu — lud tutejszy
V
—
ř
161
-
na wszystko się zgadza, potakuje, przyrzeka, a niczego nie do
trzyma, bo albo nic nie zrozumie, albo źle zrozumie, albo też
nie dopatrzy się swoim tępym rozumem nawet własnej korzyści.
, By jakąś rzecz jasną jak słońce zrozumiał, bardzo często
trzeba mu ją kilka razy objaśniać, objaśnienia powtarzać i choć
mówi, źe już rozumie, że pojął, nie można temu twierdzeniu
zawsze wierzyć. Zrobi źle, całkiem przeciwnie, a najczęściej nie
zrobi nic, chociaż wykonać przyrzeknie i wtedy dopiero poka
zuje się, że on nie pojął istoty rzeczy.
Rozumu nie ma u niego elastycznego, sprytu bardzo mało,
rzutkości brak; tępy, apatyczny, ciężki w pracy umysłowej,
tw ardy jak krzemień, na który potrzeba silnej stali, by iskrę
wykrzesać i ogień zapalić. Zapału do rzeczy poż^rtecznych nawet
jemu samemu trudno w nim obudzić, a obudzony u niewielu
jodnostek, maleje prędko i wkrótce gaśnie zupełnie.
To jest charakterystyka ludu mieszkającego po prawym
brzegu W isły w Galicyi między Krakowiakami a Góralami.
Floryan Kotowski,
J a k wiadomo na Zjeździe historycznym w K rakow ie 1900 r.
w y stąp ił pröf. M łynek z referatem o „L achach“, w ykazując granice
tego o d r ę b n e g o l u d u (w znaczeniu etnograficznem) i domagając,
się uznan a czyli raczej stw orzenia osobnej histo ry i dla niego. R e
fe ra t b y ł naukowo nie uzasadniony dostatecznie, nic dziwnego też,
że zb y t daleko idące wnioski na jego podstaw ie przez autora w y
snute sp o tk ały się z oporem ogółu słuchaczy. Prof. Baudouin de
C ourtenay, prof. Zaw iliński, następnie Dr. S tanisław E ljasz-R adzi
kow ski i poniekąd także St. Zdziarski zaprzeczyli istnieniu ludu
Lachów, podnosząc z naciskiem, że nie ma żadnych różnic etnicz
nych ani też żadnych innych większych różnic między góralam i
k a r ^ c k im i a ich północnymi sąsiadam i1). Opór, mojem zdaniem,
poszedł za daleko. Różnice znaczne między góralam i a ich sąsiadam i
od stro n y północnej uznawano u nas do la t ostatnich. Ostatecznie
w yraziło się to w słow niku geograficznym i w tom ie poświęconym
*) Pamiętnik III. Zjazdu hist. pol. tom II, s,
109— 112.
U
—
162
—
Gralicyi w „Österreich in W ort und Bild“. Może na oponentów
prof. Młynka działała obawa wytworzenia jakichś separatyzmów
szczepowych, któreby były bardzo nie pożądane, oczywiście gdyby
były wogóle możliwe, albo też pozostawali oni pod wpływem prof.
Potkańskiego, który niedawno kilkarazy zaznaczył, opierając się na
źródłach historycznych, ze pierwszymi mieszkańcami i kolonizato
rami Podhala i gór od północy go otaczających były szczepy K ra
kowian i Sandomierzan1). Nie może więc być mowy o odrębności
etnograficznej górali, skoro są oni potomkami kolonistów przybyłych
z nad Wisły już w czasach historycznych (mniej więcej około
12— 13 wieku).
Jako najrdzenniejszych i najbardziej czystych Polaków przed
stawił górali także p. Talko-Hryncewicz w antropologicznym szkicu
o Polakach2).
Na czystość typu Podhalan, który się najbardziej zbliża pod
względem budowy fizycznej do szlachty polskiej, wskazuje jego
zdaniem jednostajność budowy czaszki. Krótkogłowych jest na Pod
halu 91°/o) średniogłowych 60/0 a, długogłowych PB"/,,, podczas gdy
wskaźnik Podhalan wynosi Sö'SS, a Lachów 82 10. To znowu wska
zuje, że górale są zwartym w sobie szczepem, odrębnym od sąsiadów
z północy. Czystość typu mogli zachować tylko dla tego, że sie
dzieli zdala od kultury i od postronnych wpływów pod Tatrami
od czasów przedhistorycznych. Kolonizacya od Wisły idąca pozo
staw iła tylko ślady na krańcach, bo im dalej ku północy i ku
wschodowi, tem mniejsza jest czystość typu Podhalan.
Postawienie takiego twierdzenia przez p. Talko-Hryncewicza
nasuwa nam wiele pytań, które kwestyi wcale nie wyjaśniają, ale
owszem czynią odpowiedź trudniejszą. Czy lud polski posiadał takie
cechy antropologiczne jak szlachta i górale, czy też nie posiadał
ich nigdy? W drugim wypadku byłaby szlachta, jak i górale,
szczepem odrębnym antropologicznie a społecznie szczepem zdobyw
czym. Jeżeli zaś lud stracił później te cechy przez zmieszanie się
z jeńcami wojennymi i kolonistami niemieckimi, to dziwnem się
musi wydać, dlaczego nie straciła icb szlachta, która zawsze pod
legała obcym wpływom i zasilała się obcymi elementami3). Czy
na urobię aie typu Podhalan takiego, jakim on jest teraz, nie wpłyŁ) K. Potkański, Pierwsi mieszkańcy Podhala w Roczniku tatrzańskim za rok
І897. str. 82 —93 i w innych rozprawach.
2) Russkij antropol. žurnař, zeszyt I. z r. 1901.
s) W XIV w. była osobna klasa szlachty-sołtysów, którymi zazwyczaj byli
niemcy, częściej niż chłopi przez nich sądzeni.
—
163
-
neia obca kolonizacja, przedewszystkiem przymieszka Rumunów,
albo wreszcie przymieszka szlachty, która, jak wskazuje tradycya,
miała się licznie osiedlać na obszarze zamieszkanym przez górali ?
Z drugiej strony zaznaczyć należy, ze metoda badań antropologicz
nych jest dość pobieżna i niewyrobiona, bo opiera się na masowej
statystyce bez wyboru i bez segregacji różnych typów, wyniki jej
więc nie mogą wcale uchodzić za pewne i nie mogące uledz zmia
nom. Grodnem jest zastanowienia okoliczność, że dotychczas nikt,
o ile mi wiadomo, nie zwrócił uwagi na podobieństwo typu szla
checkiego do góralskiego mimo rzekomej zgodności cech antropo
logicznych.
Tak się przedstawia kwestya Lachów i Górali według ostattnich badań. Na podstawie wiadomości, zebranych w lecie 1091,
głównie w powiecie limanowskim, postaram się tu pokrótce przed
stawić swój pogląd na nią.
Przedewszystkiem skonstatować należy obustronną ś w i a d o
m o ś ć r ó ż n i c y m i ę d z y g ó r a l e m a jego sąsiadem północnym,
świadomość odczuwaną i przy każdej sposobności zaznaczaną przez
obie strony. Na zapytanie najchętniej naiwnie nazywają się „swo
jakam i“ lub „naskimi“ (od n a s z ) ; górale częściej odpowiadają
wprost, że są góralami, sąsiedzi ich, jeżeli bliżej chcą oznaczyć
swe pochodzenie, raczej l a c h a m i s i ę z o w i ą niż mazurami, bo to
nazwa wyśmiewana. Obok tych nazw istnieje równie często jak lach
używana nazwa r ó w n i a k (lub przymiotnikowo równieński). Równiakami nazywają się ludzie nie tylko na równinie siedzący, ale
także na wysokich górach, byle tylko do nich należeli. Lachami
nazywają się niewątpliwie sami mieszkańcy północno-wschodniej
części powiatu limanowskiego, ale czy to nie jest nazwa przejęta
od sąsiadów? Faktem jest, że jest ona znana i używana tylko tam,
dokąd sięgają bezpośrednie stosunki z góralami głównie handlowe
na jarmarkach1).
Granica między góralami a lachami nie jest zupełnie ścisła.
Zazwyczaj dwie lub trzy sąsiadujące z sobą wsi są mieszane ; nie
są ani wyłącznie góralskie ani „lachowskie“, dalsi sąsiedzi z dołów
zwią ich już góralami, ale „twarde“ czyli „zabite“ górale wypie
rają się ich. Wsie takie (np. Słopnice, Młynczyska, Gruszowiec,
') Tak samo ma się rzecz na granicy ruskiej. Zauważyć jednak należy, że
znaczna część nazw etnograficznych jest nadana, narzucona przez obcych sąsiadów
a nie jest wytworem samych ludów noszących je. Por. piękną pracę L Krzywic"
kiego o nazwach w Bibliotece Warszawskiej z r. 1901.
—
164
—
robiły na mnie wrażenie, jakby były niegdyś góralskie, tylko
obecnie już uległy wpływowi równiaków. W powiecie limanowskim
ciągnie się ta granica od Łącka nad Dunajcem w pow. nowosą
deckim linią prostą pod Tym bark przez Modyń (1032 m. nad pow.
m.) i Cichoń (929 m ) a na zachód również linią prostą przez Łopień (951 m.) Śnieżnicę (1006 m.) i Lubogoszcz (967 m.) do Ka
sinki na granicy pow. myślenickiego. Granicznemi wsiami są Młynczyska, Słopnice, Gruszowiec, Kasina wielka i Kasinka. Cała pół
nocna i wschodnia część powiatu limanowskiego zasiedlona jest przez
Lachów a tylko część południowo-zachodnią zajmują Górale. W po
wiecie myślenickim granica idzie linią prostą od Kasinki pod
Myślenice po prawej stronie Raby, której dolinę aż po Myślenice
zajmują Górale, a następnie znowu prosto na zachód przez wieś
Trzebunię, Bieńkówkę i Zembrzyce do Skawy, w powiecie wado
wickim.
Różnice między Lachami a Góralami istnieją dotąd pod każdym
prawie względem, choć przyznać trzeba, że teraz powoli, ale coraz
bardziej się zacierają. Najbardziej uderzającą oczy samego ludu
różnicę stanowi obecnie obuwie. Krypcie, kierpce, cechują górali,
buty z podkówkami równiaków. Obecnie już do każdej wsi góralskiej
wdarły się buty z cholewami i są używane jako strój paradny na
święto. Użycie butów przez łachów graniczących z góralami nie
jest zdobyczą kulturalną ostatniego wieku, ale sięga dawniejszych
czasów. W kilku wsiach parafii limanowskiej i szczyżyckiej poszu
kiwania moje nie zdołały dotrzeć do śladów używania kierpców
w tych wsiach w ciągu tego czasu, który obejmuje wiarygodna tradycya tj. co najmniej 100 lat. Ponieważ zaś dawniej kultura ludu
niezmiernie powoli postępowała czyli, rzec można, pozostawała
ciągle w tym samym stopniu, możemy śmiało przyjąć, że od kilku
set lat zmiany co do obuwia jak i innych objawów życia i kultury
nie było. Mniej uwagi zwraca lud na noszenie długich włosów
przez górali może dlatego, że obecnie już tylko starzy ludzie nie
strzygą włosów. Noszenie wąsów należy jeszcze do wyjątków po
między nimi.
Różnią się także co do innych części ubrania. Górale noszą
kapelusze nizkie, okrągłe z łańcuszkami, paciorkami lub kostkami
(muszelkami) zamiast wstążki ; w zimie noszą z klapami na uszy
i kark (teraz już dość rzadko) czapki okrągłe zwane „magierkami“.
Spodnie zwane z ruska także chołośniami góralskiemi są obcisłe, su
kienne białego koloru, spodnie „równieńskie“ są szersze i częściej płó
cienne. Sukmany góralskie są krótsze, mają odmienne ozdoby wyszywane
«
“
165
a nigdy nie mają podszewki ; nazywają się też „cuchami“ lub „guń
kami“ ; gdy lachowskie sukmany zwane „gurmanami“ są dłuższe
i zwykle podszyte. Górale noszą na biodrach bardzo szeroki pas
pokryty suto mosiężnymi cętkami i kółkami, podobnie jak pod
Krakowem, gdy pasy Lachów są szerokie na 3 palce najwyżej
i bez żadnych ozdób. Częściej niż sukmany noszą Lachy w lecie
płótnianki (górnice) a w zimie suto wyszywane kożuchy, mające
ten sam krój co płótnianki, odznaczający się zupełnem odsłonięciem
-piersi. Serdakom u Górali odpowiadały ładnie wyszywane kaftany
sukienne u Lachów, ‘którzy noszą także koszule na ramionach i pod
szyją wyszywane czerwonemi lub czarnemi nićmi1), (we wschodniej
części powiatu limanowskiego). Strój kobiet był, zdaje się ten sam
w górach i na równinach, obecnie strój góralek jest bardziej staro
dawny niż łaszek, w święto noszą góralki wielkie białe chusty
zwane „rantuchami11, ale nigdy nie obcinały sobie warkoczy po
zamąż pójściu, jak powszechnie czyniły do niedawna łaszki.
Budynki przedstawiają także dwa odmienne typy. Bówniacy
dotąd po największej części budują chałupę i stajnię obok siebie
jednym dachem nakryte, a tylko stodołę opodal od nich. Obok izby
wybielonej mają „chałupę" czy li piekarnię dymną, w której w zimie
i w lecie stoi część bydła. Chata góralska nie jest bielona, ma
jedno małe okno, które jest bardziej szerokie niż wysokie, a po
kryta jest dranicami nie strzechą. Dach ma tylko dwie główne
strony, odpowiadające długości budynku, dwie drugie strony boczne
są zabite deskami. Piekarnia jest również dymna, ale zazwyczaj
nie mieści w sobie bydła. Stajnia, chlew i stodoła są odrębnymi
budynkami, ale zwykle tak skupionymi koło chaty, źe razem z nią
zamykają z trzech stron małe podwórze, wypełnione po większej
części nawozem ; czwarty bok czworoboku stano wi parkan z .wro
tami wjazdowemi.
Wprawdzie Górale obecnie już są prawie wyłącznymi rolni
kami i chów bydła nie odgrywa u nich większej roli niż u Lachów,
jednakże do niedawna mieli oni główne źródło utrzymania w pa
sterstwie, obok którego rolnictwo uboczną odgrywało rolę. W daw
niejszych czasach przed 100 i więcej laty różnica między Góralem
a Lachem sięgała do podstaw ich bytu, była różnicą między dwoma
światami, rolnikiem a pasterzem. Do Górali tylko odnosi się np.
*) Należałoby jak najprędzej zebrać wzory tych różnych wyszyć, bo obenie
dawna, rodzima (?) ornamentyka jest wypierana przez naśladownictwo wzorów n o
womodnych.
— 166 —
Bazwa „g azda“, L achy w praw dzie znają ten w yraz, ale zaznaczają,
że ich n ależy nazyw ać „gospodarzam i“. U G órali limanowskiego
pow iatu znajduje się większość w yrazów , które M alinowski i Miklosiech znaleźli w innych okolicach i w yw odzą z języ k a rum uń
skiego. M ają oni ch a rak tery sty czn e mosiężne zapinki na piersiach
w kształcie rombu z obfitą ornam entacyą, k tó re w innych okolicach
góralskich przedew szystkiem na P odhalu są w użyciu ; również
k s z ta łt i ornam entacya mosiężnych okuć m ałych jajek, są takie
same u tutejszych G órali co n a Podhalu i w powiecie myślenickim .
C iupagi w yszły ju ż z codziennego użycia, ale przechow ały się j e
szcze jak o ozdoba drużbów podczas w esela1). W szystkiego tego nie
m a u Lachów.
Co się ty czy obyczajów, to zaznaczę ty lk o , że G órale lim a
nowscy nie podają ręki n a pow itanie, ale zdaleka zataczają pół
kole kapeluszem i w itają słowam i jednocześnie w szystkich jeżeli
je st więcej osób.
D y a le k t góralski je s t nie ty lk o rzeczowo odm ienny od dyalek tu Lachów , ale różni się od niego odrębną, śpiewną wym ową
i odrębnym akcentem , które są podobne u w szystkich G órali.
Um ysłowo jest G óral bardziej rozw inięty od L acha, szybciej
m yśli i kom binuje, w rozmowie je st bardziej swobodny, co się do
sadnie okazuje w spraw ach sądow ych, p rz y któ ry ch G óral objaw ia
zawsze więcej sp ry tu od L ac h a; m a on skłonność „kom plentam i“
i podstępem w prow adzać w błąd urzędnika, g d y Lach nie umie
mówić pochlebstw ani zręcznie kłam ać. G óral ma pewne poczucie
n a tu ry i piękna, tudzież wiele liryzm u, które się przy każdej nadarzonej sposobności uwidoczniają. Pieśni jego m ają ch a rak ter sm ę
tn y , elegijny, czem przypom ina R usina N a podobieństwo G órali do
R usinów pod względem duchow ym zw rócił m oją uw agę ta k głęboki
i sum ienny znaw ca górali, jak im je st niezawodnie W ład y sław O rkan,
pochodzący w łaśnie z góralskiej części pow iatu lim anow skiego (uro
dził się i m ieszka stale przez w iększą część roku w Porębie wielkiej
pod Obidową). W ł. O rkan widzi ogrom ną różnicę między duszą
g ó rala a chłopa krakow skiego a z całym naciskiem podnosi pokre
w ieństwo duchowe z Rusinem . N a pokrewieństwo z R usinam i wska-
f) W wielu innych okolicah zachodniej Galicyi strój dawny również używany
jest jako paradny podczas wesel i uroczystych wystąpień. Podobną rolę odgrywa
kontusz u szlachty. Jest to zw ykła kolej wszelkich przeżytków w etnografii (kamienne
młoty, krzemienne noże w ceremioniach religijnych wielu ludów).
— 167
—
zu je także au to r a rty k u łu o Kliszczakach w Słow niku geograficznym
tom Y I, s. 831 .
Co do budowy fizycznej, to Górale nie przedstaw iają w p ra
wdzie jednolitego typu, w każdym razie dłuższa obserwaoya każe
uznać w nich ogromnie wiele odrębności od Lachów. Przedewszystkiem różnią się od nich tem , źe mężczyźni górale są przystojniejsi
od kobiet-góralek ; je st to zresztą cecha, k tó rą dzielą z wieloma
ludam i górsk im i1). Dodać wreszcie należy, źe dotychczasowe badania
antropologiczne zgodnie konstatują, źe górale są bardziej szerokogłow i i więcej bruneci, niż ich północni sąsiedzi.
Pobieżne te uw agi dają, zdaje mi się, dostateczną podstawę do
uznania, źe istotnie między G óralam i a ich północnymi sąsiadam i
je s t etnograficzna różnica, źe pierw otnie b y ły to dwa odmienne ple
m iona słowiańskie. W praw dzie m ożnaby co do każdej poszczególnej
różnicy (z w yjątkiem może dy alek tu , akcentu i wym owy) sprzeczać
się, czy nie je st ona w ynikiem w pływ u gór i zajęcia pasterskiego,
(np. odrębność antropologiczna może w ypływ ać od odosobnienia
w górach, ubiór i zwyczaje częściowo są w zw iązku z pasterstw em ,
częściowo z górzystością siedzib i t. d.) ale w szystkich razem nie
podobna w ytłum aczyć ty m i czynnikam i3).
Do tego plem ienia należą Górale na Szląsku austryackim ,
w południowęj części Cieszyńskiego, tudzież Polacy na W ęgrzech,
m ieszkający w drobnej części po stronie wschodniej pow iatu nowo
tarskiego a w przew ażnej części po zachodniej jego stronie aż do
g ran icy M oraw. Plem ię to należało przez czas dłuższy do państw a
wielkom orawskiego, później dostało się w obręb państw a polskiego
w całości, dopiero w Х ІП i na początku X IV wieku południowa
jego część, leżąca w granicach W ęgier, została przez M adjarów
oderw ana3). Mimo, źe już ta k długo oderwani od wspólności z Polską
nie czują się Polakam i, m ają przecież niezatarte cechy plemienne,
k tó re ich każą zaliczyć do Polaków , ja k i resztę G órali. N a czas
rządów Polskich p rzypada okres krystalizow ania się ich cech ple*) Kilku prawników stykających się codzienie z ludem w pow. limanowskim
i myślenickim zauważyło, że góralki nie tylko są brzydsze ale i mniej bystre od
górali, a łaszki nie tylko przystojniejsze ale i rozumniejsze często od swych mężów.
2) Przyczyną wspólności wielu duchowych cech górali alpejskich należących
do kilku narodowości są nie tylko Alpy, wspólna ich siedziba, ale także mają one
podkład antropologiczny, wspólne pochodzenie celtycko-retyckie.
s) Por. obszerną i cenną ale wymagającą szczegółowej kontroli pracę śp.
M. Gumplowicza »0 Polakach na Węgrzech« zamieszczoną w niniejszem czaso
piśmie (rok VI,).
_
168
mîennych Pierw otnie jednak byli oni najbardziej zbliżeni do S ło
waków ta k pod względem antropologicznym , ja k i języ k o w y m 1).
Pokrew ieństw o antropologiczne ze Słow akam i jeszcze teraz jest
bardzo bliskie2).
Wobec tego nie da się, zdaniem mojem, utrzym ać tw ierdzenie
prof. К . Potkańskiego, jakoby K rakow ianie i Sandom ierzanie byli
pierw szym i m ieszkańcam i P odtatrza. Mimo obecności daw nych miesz
kańców było dla ich działalności dosyć pola. Nie było naw et może
ko lizy i między pasterzam i, k tó rzy zajm ow ali łąk i, pastw iska wyżej
zw ykle położone, a rolnikam i, k tó rzy osiedlali się w dolinach. Immig ra cy a jednak nie m usiała być znaczna, skoro przybysze ulegali
asym ilacyi tubylców .
A tera z powrócić należy do Lachów. N azw a Lachów istnieje
prawdopodobnie w obrębie obszaru podanego w referacie prof.
M łynka, istnieje przynajm niej w powiecie limanowskim. A le czy
istnieje plemię L achów ? P ozytyw nie dotąd nic o tem nie wiemy.
Ci k tó rzy zauw ażyli odrębność G órali, nie dopatrzyli się odrębności
lu d u n a obszarze określonym przez M łynka od sąsiadów północnych
i wschodnich. L achy m ieszkający w północno-wschodniej części po
w iatu lim anow skiego są, mojem zdaniem, ta c y sami ja k lud m ieszka
jący nad B iałą w padającą do D unajca w powiecie Tarnow skim
i grybow skim , którego już M łynek do Lachów nie zalicza. Prof.
M łynek po staw ił tw ierdzenie, ale go bynajm niej dowodami nie poparł.
Pow oływ anie się n a w łasne zbiory, k tóre nie są nikom u znane i na
doświadczenie zebrane w chłopięcym zw łaszcza wieku, ja k to czyni
M , nikogo przekonać nie mogą. W każdym razie je st to к w estya
ta k w ażna i ciekaw a, że należy się spodziewać, iż nietylko p. M ły
nek ale i inni ludoznaw cy gorliw ie się do jej w yśw ietlenia wziąć
powinni.
Fr. Bujak.
Cz y jest p ra w d a na świecie.
W p ierw szym zeszycie tom u II. »Ludu« um ieścił p. W ło
dzim ierz H n a tiu k sp isan ą w P u ż n ik a c h z u st k u śn ierz a R ozow sk ieg o p rz y p o w ia s tk ę : »Czy je p ra u d a n a św iti?«
0 Język starosłowacki jest zbliżony do narzecza Podhalan; por. M. Gumplowicz, »Polacy na Węgrzech« w »Ludzie« t. VI. s. 281.
2) Deniker. Races et peuples de la terre, Paris 1900, mapa antropologiczna Europy.
169 —
P rzy p o m n iałem sobie, że p rz y p o w ia stk ę tę czytałem p rz e d
25 la ty w N ow ym S ączu w broszurce w ytłoczonej w tam tejszej
d ru k a rn i Jó ze fa P isza w jednej z ty ch b roszurek, ja k »Żyd
w ieczny tułacz«, »M ądrości S alom ona«, »W o jn a żydow ska« i p o
dobne, k tó re ty siąca m i eg zem p larzy ro zsp rzed aw ali k ram arze
w ęd row ni po o d p u stach i ja rm a rk a c h razem z sennikam i, k a n ty cz kam i i różnem i p ieśniam i pobożnem i.
B ro szu rk ę o k tó rej m ow a k u p iłem za 6 centów . Z ag in ęła
m i gdzieś następ n ie. Je d n a k ż e po k ró tk ic h poszukiw aniach, d o
w odzących w ielk ieg o rozpow szechnienia jej m iędzy ludem , zn a
lazłem ją ta k ż e m iędzy g ó rn ik am i w ielickim i.
S k ła d a się z czterech k a rte k d ru k u m ałej ósem ki bez osob
nej o k ład k i i zaw iera w sobie trz y u tw o ry . P ie rw sz y z a ty tu ło
w a n y : »P ochw ala, K ło p o t, N apaść, M ęczeństw o, K im ed y a. P o
ciecha, i Ś m ierć K iw o n a N ow ego, P ie cu ch a W ie lk ie g o , M ęcienn ik a żidow skiego po sam łokieć w ig rz e b a n e g o w bublech, w rok u f sto trzista, p ietnasciech, ośm ioro i tro je ty siącu f, czterdzies
te g o u sm ego M arziec«. Z ajm uje cz te ry stronice. N a p iątej i n a
szóstej znajduje się: » T estam en t zm arłego B ib ery u sza 1801«.
N a siódm ej w reszcie p rz y p o w ia stk a p o d n a p ise m : »P ostęp czasu,
c z y li: N ie szukaj p ra w d y , bo jej nie znajdziesz«. W iersz ten
zajm uje dw ie o statn ie stro n ice d ru k u , U sp o d u ósm ej stro n icy
je s t m ała ry c in a siedzącego m ałego d jab ełk a z rożkam i, b ę b n ią
cego n a kocio łk u , a n a sam ym spodzie p o d k re s k ą : »G énevef
Im prim . E. D aun«. Bez daty.
Śm iem przypuszczać, że d ru k te n nie w idział G enew y, ale
u n as ujrzał św iatło dzienne. P o d o b n e b ro szu rk i d ru k o w a ł Jó z e f
P isz w N ow ym Sączu, W a w rz y n ie c P isz w B o c h n i; d ru k o w an o
je w W a d o w icac h , w T arn o w ie i w in n y ch p ro w in c y o n aln y ch
JïnlkmmTach, a k ram arze rozw ozili po k ra ju i rozpow szechniali
m ięd zy ludem . N ie m am zam iaru dochodzić w ty m zapisku,
k ie d y i gdzie p o w sta ły u tw o ry tu d ru k o w an e, chciałem ty lk o
zw rócić u w ag ę, że rozpow szechnione są bardzo m iędzy ludem
naszym .
R o zo w sk i z P u ż n ik znał ten d ru k o w a n y w iersz. D ow odzi
te g o zu p ełn ie w ierne po w tó rzen ie g o p. H n a tiu k o w i. Z po w o d u
nie d o p isan ia pam ięci p rzestaw ił ty lk o R o zo w sk i w iersz 21 —36
um ieszczając je p rzed w ierszem 13. D ru k o w a n y u tw ó r brzm i ja k
n a stę p u je :
W Portamencie niebieskim, empirejskie nieba,
Powiedzcie mi ludzie, gdzie prawdy szukać trzeba,
Już prawdy nie ma, już prawda nie żyje,
Ustąpiła prawda z Polski w insze nacyje.
Ponoć prawdy nie ma w całej Europie :
Tak w panie, jak w żydzie, tak i w prostym chłopie.
Puszczam ja się do Niemiec, do Szląska, do Prusa,
Jednak tam ta sama co i tu pokusa.
Gut morgen Herr Bruder, czyś nie widział prawdy ?
Ne bil tu mospan Polak i nie będzie zafdi
Bo kto prafdi kocha, wenig się zbogaca,
Kogo okpić, oszukać, to u nas popłaca.
Puszczam ja się do Węgier, czy tam prawda żyje.
Może się zabawiła, dobre winko pije.
Zdrów bądź mospanie Węgrzynie, dobre winko macie,
Może wy tu u siebie i prawdę chowacie?
Dokut maliona teremtete, jak Wuchry nastali,
U siebie nigdy prawdy nie chowali.
Puszczam ja się do Moskwy, jak z Polski stupali,
Może oni ze sobą i prawdę zabrali.
Żdrast w aszu miłost, szczo podiłajesz?
Szto ty durny Polak u nas poszukajesz?
Niet w nas prawda, do świtu nie żyje,
Bo w całej Rosyi same zołodyje
Puszczam ja się do Rzymu, a-tam pielgrzym idzie,
Nic nie gada o prawdzie, lecz wszystko o biedzie,
Zdrów bądź mospanie pielgrzymie,
Czy macie prawdę w waszym Rzymie ?
Roma est benedictas,
Sed Populus maledictus,
Po łacinie gadają, lecz prawdy nie znają.
Puspczam ja się na morze, czy tam prawda żyje,
Może się zabawiła, to tu nie dobije.
W padam ja na okręty,
Aż i tam wykręty,
Żeglarze łgarze,
Nikt kłamstwa nie karze
Stojąc ja u portu,
Czekam raportu,
Aż słyszę głos z nieba:
Szkoda bracie ciebie !
Prawda tylko u Boga,
Na wysokiem niebie.
Niech ci się nie plecie,
Nie ma prawdy w śwuecie.
Sic fac, skończyło się tak.
Seweryn Udzielą.
—
L e g e n d a
o
Í7 i
~
z a m e c z k u
w
B e łz ie ,
Nim p rzejd ę do w łaściw ej leg en d y , nie od rzeczy będzie
w spom nieć coś o sam em m ieście B ełzie i je g o h isto ry i. O kolice
m iasta B ełza, jak o też i sam o m iasto b y ło zam ieszkane jeszcze
w zam ierzch ły ch czasach przed narodzeniem C h ry stu sa P a n a .
D ow odem te g o p rz ed m io ty staro d a w n e, szczególnie p ien iąd ze
g re c k ie i rzym skie, k tó ry c h p ra w d ziw a k o p a ln ia znajduje się w e
w si L isk ach , położonej 17 k ilo m etró w n a pó łn o c od B ełza tuż
n a d sam ą g ra n ic ą K ró le s tw a P o lsk ie g o . W L isk ach je st n ajw y ż
szy p u n k t w p o w iecie sokalskim , je st to m o g iła obecnie zaorana.
N ieraz w ieśn iak w yjdzie z p łu g ie m w p o le i w yorze z ro li sre b rn y
w y p u k ły g u zik , lu b m ały p ien iążek z głó w k ą. N a w y p u k ły c h
p ien iążk ach są n a p isy g re c k ie i g łó w k a z hełm em , z pod k tó re g o
w y d o b y w a ją się d łu g ie loki. S ą to p ien iąd ze eg in ety ń sk ie. Zaś
n a m niejszych p ien iąż k ach w y b ite są g ło w y cezarów rzym skich,
ja k o to : T y b e ry u sz a , P iu sa , A u re lia n a i T ra ja n a . L u d n a z y w a te
p ien iąż k i: Iw a n ew a hołow ka. N azw a ta pochodzi z czasów J a n a
K azim ierza. W y b ija n o w ten czas m iedziane p ien iążk i z g ło w ą
teg o ż k ró la , dla te g o n azy w an o je od im ienia je g o : Iw a n ew a
h o ło w k a. L u d p rz en ió sł tę nazw ę n a ow e sre b rn e p ieniążki
i m ów i, że to je st g łó w k a św ięteg o J a n a C hrzciciela. W ie śn ia c y
ch o w ają te pieniądze, iako relik w ie, lu b am u le ty m ów iąc: »Szczę
ście tam p rzeb y w a, gdzie ta k i p ien iążek się znajduje« i nie łatw o
je s t ta k i p ien iążek dostać. W ie lk i zb ió r ty c h p ien iążk ó w z tu te j
szej o k o licy znajduje się w M uzeum ś. p. h ra b ie g o W ło d zim ierza
D zied u szy ck ieg o w e L w ow ie. R z y m sk ie p ien iąd z e d o sta ły się tu
alb o d ro g ą h an d lo w ą, albo też ja k o h aracz rzy m sk i d a n y D akom
przez cesarza D o m icyana, a b y o k u p ić p o k ó j u sław n e g o k ró la
D ecéb ala. W p ra w d z ie n a tu ra ln ą tw ierd z ą i głó w n em ich sied li
skiem b y ł S ied m io g ród, lecz p an o w an ie ich sięgało d alek o na
półn o c, aż p o za K a r p a ty i w w ojsku D e céb a la w iele S ło w ia n
służyło. P óźniej cesarz T ra ja n p o b ił D a k ó w i zbudow ał d ro g ę
w o jsk o w ą do D acy i i ów sław n y m ost n a D u n a ju p rz y Żelaznej
B ram ie. O d te g o też czasu p oczęły coraz bardziej n a p ły w a ć
w te stro n y p ien iąd ze rz y m sk ie aż do czasów S ew era. P óźniej
szych p ien ięd zy tu już nie znaleziono. Zato znajdują tu k rz e
m ienne to p o ry , noże, o strza do strzał i k o ra le starosłow iańskie.
H a n d e l trw a ł tu aż do najścia dzikich lu dów z A zyi ja k
H u n ó w i A w a ró w , czyli O brów . Z zam ierzchłych ty c h czasów
-
172
—
p o zo stała jeszcze p a m ią tk a ; je st to za b aw a dziecinna ro zpow szech
nioną w całej G alicyi, D zieci b aw ią się w b o b ra i śp iew ają:
»0 mój mity bobrze
Schowajże się dobrze,
Od niedzieli do niedzieli,
By cię charty nie widzieli,
Bo jak się dowiedzą,
Ręce- nogi ci objedzą.«
Ś p ie w k a ta nie odnosi się do czasów , g d y u nas b y ły sław ne
b o b ry , ale do o w ych strasz n y ch O brów , k tó rz y żyli k o sztem
uciem iężonych przez nich ludów , a g d y ich później K a ro l W ie lk i
ro zb ił i rozpędził, te d y k ry li się po b a g n a c h , a m ściw y lu d ich
w y ław ia ł i w y n iszczy ł do szczętu i stąd p o w sta ła ow a p io sen k a
i zab aw a dziecinna.
N a w id o w n ię dziejow ą w ychodzi. B ełz dopiero za czasów
p ierw szy ch chrześcijańskich k ró ló w polskich. N ależał on do ta k
zw an y ch g ro d ó w C zerw ieńskich i b y ł p ie rw o tn ie w p o siad an iu
k ró ló w po lskich, ale później d o sta ł się w p o siad an ie Ja ro sła w a
M ąd reg o w r. 1030. i w raz z in n y m i C zerw ieńskim i g ro d am i
dzielił lo sy in n y ch k sięstw ru sk ich .
W czasie ro z p ad n ięcia się R u s i n a d ro b n e k sięstw a s ta ł się
B ełz osobném księstw em , a je g o w ład c y b y li ściśle sp o k re w n ien i
z P iastam i. K sią ż ę ta bełzcy w ład a li B ełzem przeszło 200 lat.
Je d n y m z najsław niejszych b y ł W sz ew o ło d i A lek sa n d er. Z ro d u '
te g o po ch o dziła G rzy m isław a, m ałżo n k a L eszk a B iałego. P o d czas
p ierw szeg o n a p a d u T a ta ró w r. 1241. u le g ł i B ełz, a m ieszkańcy
ch o w ali się w n ied o stęp n e puszcze i b a g n a W n ie k tó ry c h w siach
p o zo stały po nich jeszcze w sp o m n ien ia: W e wsi L iskach je s t
n iew ielk i lasek , zw an y Czepiec. T am T a ta rz y m ieli swój M ajdan
(w yrażenie m iejscow e) i w o łali: »H ryciu, a ch o d y siuda, wże nem a
T ata riw « . J e śli te d y , k tó ry z ludzi w y sta w ił gło w ę z b a g n a , lub
z zarośli, te d y go T a ta rz y zabijali, lu b n a w e t pożerali. T a ta r b y ł
szczeg ó ln ie ła s y n a m łode i ła d n e dziew częta, ty c h bow iem zja
dano (brano w jasyr). B ardzo zbłoconych ludzi nie chcieli b ra ć.
R a z przy szedł do c h a ty g ło d n y T a ta r (opow iadał to K o ro l, g o
sp o d arz .z L isek, s ta ry i bardzo uczciw y człow iek) i chciał jeść.
B ab a p o k az ała m u beczkę z barszczem . T a ta r się nach y lił, a b a b a
g o za n o g i i k o m iť h o ło w o ju u to p iła , ale k o ń ta ta rs k i sp ro w a
dził in n eg o T a ta ra , k tó ry w szedł do c h a ty i p y ta ł, g d zie jeg o
p rzy jaciel. B ab a p o k d za ła mu beczkę. T a ta r n a c h y lił się dq
-
ИЗ
-
barszczu, a ta go znów chap za nogi i utopiła. T ak baba dwom
T atarom radę dała.
T a ta rz y ta k zniszczyli ziem ie bełzkie, iż w czasie objęcia
ty c h ziem przez K a zim ie rza W ie lk ie g o w ro k u 1340. b y ły o k o
lice te p ra w ie całk iem w y lu d n io n e. Za czasów W ła d y s ła w a J a
g ie łły w ład a ł tą ziem ią książę Z iem ow it M azow iecki z ro d u P ia st.
O braz te g o zacn eg o m ęża w isi d o ty ch czas w z a k ry s ty i w kościele.
P o s ta ć k sięcia w y m alo w a n a w n atu ra ln ej p o staci klęczącej, w r ę
k a c h trzy m a k o ro n k ę i m odli się. S p ra w ia on h a w idzu w ielkie
w rażenie. O sobliw ie tw arz je g o p ięk n ie u d an a . Z iem ow it M azo
w iecki b y ł ty c h ziem praw dziw ym dobroczyńcą. S ta ra ł się on
przed ew szy stk iem o zap ew n ien ie d o b ro b y tu d la m ieszkańców .
S p ro w ad z ał w ięc n o w ych o sad n ik ó w z pod W a rs z a w y i rzem ieśl
ników z N iem iec. Z ałożył w ro k u 1384. m iasto S o k a l n ad B ugiem .
D o B ełza sp ro w ad ził 0 0 . D o m in ik an ó w i P P . D o m in ik an k i
w ro k u 1386. i u p o saż y ł ich w siam i, dając im L iski, W itk ó w
p o d B ełzem , P rzew o d ó w , K o ścia szy n i R a d k ó w obecnie już za
k o rd o n e m M ajętność ta p o zo staw ała w ich rę k u aż do ro k u
1784, w k tó ry m to ro k u cesarz Jó z e f II. zniósł o b a k laszto ry ,
a d o b ra ich n a d a ł p a n u M ajew skiem u. Za czasów R zec z y p o sp o
litej polskiej b y ł B ełz w ojew ództw em nadzw yczaj obszernem .
C zytając h isto ry ę P o lsk i, s p o ty k a m y się ze sław nem i n azw iskam i
m o żnych ro d ó w i p an ó w , k tó rz y nosili ty tu ł w ojew odów bełzkich.
M ieszkańcy tu tejszy ch okolic b y li zaw sze w ierni K o ro n ie polskiej
i z orężem w rę k u dzielnie b ro n ili g ra n ic ojczyzny. N a p a d S zw e
dów n a C zęstochow ę sp o w o d o w ał k o n fe d era cy ę w T yszow cach,
k tó rą zw ołali R e w e ra i L a n c k o ro ń sk i; T yszow ce n ależ ały do
w o jew ó d ztw a bełzk iego. M ieszczanie tu tejsi bez w z g lęd u n a ob
rz ąd ek zach o w ali d o ty ch cz as d aw n ą dum ę i n ik tb y nie poznał,
iż p o d sk ro m n ą k a p o tą m ieszczanina bełzk ieg o k ry je się oprócz
u czciw ego i zacn eg o serca tak że ow a tra d y c y jn a dum a szlach ty
polskiej.
O t n ied aw n o tem u m iałem św ieży p rz y k ła d . P ew ien uczeń
obrz. g r. nazw iskiem L... zasłużył za zb y tk i, ja k to zw y k le u ch ło p
ców b y w a , n a p lag i. D ru g ie g o dnia p rzy szła m atk a i prosi, jeślib y
s y n jej po raz d ru g i coś zw ojow ał, b y nie k a ra ć w klasie, ale
g d zieś n a osobności, »bo m y szlachta polska« m ówi. A to ta k a
szlach ta o k tó re j m ów ią:
»A gdzie twoja matuś ?«
»Poszli prać, obiecali suchej rzepy dać.«
—
174
—
T a szlachetna duma, to trad y cy jn y zabytek daw nych czasów,
a kto ją w sercu zachowa, ten nie ta k łatw o zejdzie na bezdroża.
M iasto Bełz leży m iędzy dwom a rzekam i Sołokiją i R ze
czycą; niegdyś było otoczone wielkiem i błotam i i lasami. W e
w nątrz m iasta jest kościół i cerkiew m urow ana i w ielka synagoga,
dziś tu bowiem m ieszka wiele Żydów. N a wschód od m iasta
leży Zameczek. Jest to niew ielki p ag órek, należący do tutejszego
mieszczanina Żarskiego i K ozłow skiego. B y ło to dawniej rzeczy
wiście miejsce obronne. Dziś z daw nego zam ku nie pozostało
ani śladu, chyba tylko gruzu i jakichś starych kaw ałków cegły
dokopać się tu można. Zato utrzym ał się tu piękny drew niany
kościółek, w którym mieści się cudow ny obraz M atki Boskiej,
słynący szeroko z odpustów i cudów.
W kościółku tym b y ł niegdyś obraz M atki Boskiej Często
chowskiej, nie dziw ota więc, iż w czasie najazdu Szw edów na
Częstochowę m ieszkańcy stanęli w jej obronie, grom adząc się
w Tyszow cach pod sław nym i i nieustraszonym i wodzam i p o l
skimi. Co się zaś tyczy sam ego obrazu M atki Boskiej Często
chowskiej, rzecz się m a tak : Obraz ten miał m alować św ięty
Łukasz na cedrow ym stole. D ługi czas b y ł on w przechow aniu
u cesarzów bizantyńskich w K onstantynopolu. Od nich to jeden
z książąt bełskich dostał ten obraz w podarunku i osadził go na
Zameczku, Lud przychodził tu całemi grom adam i i doznaw ał
wszelkich łask. Za czasów panow ania króla L udw ika w ęgier
skiego w ładał ziemią bełską W ład y sław Opolczyk, Ten w yw iózł
obraz ten z Bełza i chciał go wywieźć daleko na Śląsk, czy
gdzieś aż na Niemcy, ale M atka B oska nie dozwoliła, b y ją
z granic Polski wyw ieziono i została p a tro n k ą polską w mieście
Częstochowie na Jasnejgórze. Od tego czasu zasłynął klasztor
Jasnogórski cudami i lud z całej Polski tu się grom adził na
liczne odpusta. Lecz i w Bełzie pam ięć o tym sław nym obrazie
dotychczas pozostała, gdyż zam iast o ryginału jest w kościele na
Zameczku podobny obraz. Na święto M atki Boskiej Jagodnej
zjeżdża się tu m nóstwo narodu naw et z odległych stron, b y się
tu pomodlić. Sam kościółek jest na podwyższeniu. U stóp Za
meczku ściele się obszerna rów nina. Z dwóch stron oblew a Za
meczek Sołokija i ta k zw ana N ow a rzeka. Je st to fosa um yślnie
w ykopana w celu obrony jeszcze w daw nych czasach. Mówiono,
iż na rów nince obok kościółka m iały być wielkie sk arb y zako
pane, teraźniejszy właściciel tej rów niny p. K ozłow ski kopał tu
w kilku miejscach, lecz prócz kam ieni i cegieł niczego więcej
się nie dokopał. 0 tem miejscu krąży następująca legen d a.
-
175
-
Bardzo dawno już temu m ieszkał w tutejszej okolicy na
Zameczku w Bełzie bardzo b o g a ty pan, posiadający ogrom ne
skarby. M iał on żonę i jednego syna imieniem Jan. (Dziwne to,
żę w opow iadaniach ludow ych imię Ja n przychodzi zawsze, g d y
bohater w ystępuje w roli dodatniej; jeśli bohater głupi, tedy ma
imię M aciuś; jak z cichapęk ted y W ojtek.) M ieszkał on na
zamku i miał wiele służby i wojska dla jego obrony. S yn kształ
cił się początkow o w domu, lecz g d y podrósł, w ysłał go ojciec
daleko, daleko aż do P ary ża na naukę. K ilk a lat tam Jaś p rze
byw ał i kończył w ysokie szkoły. Tym czasem rodzice starzeli się
i pisali do syna, b y jak najprędzej w racał do domu, zwłaszcza
że wtenczas panow ała w kraju cholera, a rodzice obaw iali się,
b y po’ ich śmierci nie skrzyw dził kto ich syna w czasie jego
nieobecności. P oczty w tedy nie było i listy trzeba było w ysyłać
um yślnym posłańcem . Otóż nie tak prędko m ógł syn do domu
powrócić, zwłaszcza że lubiał on wojażować. Tym czasem straszna
cholera chodziła od m iasta do miasta, od wsi do wsi i zaglądała
do chat i dworów. B yła ubrana w białe szaty, a g d y weszła
nocną porą do chaty przez zam knięte drzwi i spostrzegła śp ią
cych ludzi, tedy p y tała: »Czy ćpicie?« G dy nikt się nie odezwał,
tedy potrząsła chustką i rzekła: »Spijcieże śpijcie« i nikt już się
z nich nie przebudził. R az zaglądnęła do jakiejś chaty, tam spała
złośliwa baba, dziadów ka W arw arka. Przyszła cholera i p y ta :
»Czy śpicie?« A W arw ark a jak w rzaśnie: »A pójdzież ty stara
w ym okła dyablico!« Cholera przestraszona, podskoczyła w ysoko
i uciekała daleko, krzycząc i wrzeszcząc: »Oj gw ałtu W a rw ark a
się gniew a!« T ak zaleciała aż do Żółkwi i ta k się mściła, że ze
w szystkich mieszkańców został tylko ksiądz, co się cholery nie
b ał i chodził od chaty do chaty, szukając żywych, aż znalazł
w jednej chacie obok zmarłej m atki trzyletnie dziecko. W ziął je
na rękę i zaniósł do swego domu. Im nic nie było. G dy cholera
z Be,łza uciekła, już tu nikt nie umarł. Nie ta k szczęśliwie po
szło jednak z rodzicami Jasia. Ci czując się już chorym i, spisali
cały m ajątek i w szystko testam entem przekazali Jasiow i. W y k o
naw cą tego testam entu miał być stryj Jasia, k tó ry b y ł zarazem
rządcą w Zamku. W kilka dni później pom arli rodzice Jasia, nie
pożegnaw szy się ze swoim synem.
Jasio nie m ógł zaraz wrócić, bo czekał na egzamin. Nim
wrócił, upłynęło coś z pół roku. G dy w rócił do domu, płakał
bardzo za rodzicami, lecz to już mu rodziców nie wróciło. S tryj
przyjął go nie ja k .pana, ale ja k gościa. Po jakim ś czasie p o b y tu
—
І76
—
sw ego n a zam ku, chciał g o J a ś objąć w po siad an ie. L ecz n ie g o
d ziw y s try j p o k a z a ł m u sfałszo w an y te stam en t, w k tó ry m stało
n ap isan e, że ca ły m ajątek ze w szy stk iem i d o b ra m i n ależ y się
stry jo w i, sy n o w i zaś zapisują 1000 d u k ató w , k o n ia i pierścień.
U sły sza w szy to Ja ś, g o rz k o za p ła k ał, lecz cóż m iał ro b ić ? W z ią ł
p ieniądze, w ło ży ł p ierścień n a p alec, s ia d ł n a k o n ia i p o jech a ł
w św ia t za oczy szu k ać szczęścia m iędzy cudzym i ludźm i. —
Jedzie, jedzie, aż zajechał gdzieś n a d ru g i k ra n ie c P o lsk i, g d zieś
■n a K u ja w y , czy jak ieś inne d e b ry i sta n ą ł n a n o c le g w ja k ie jś
b ard zo p ięk n ej o b erży t. j. gospodzie. O b o k tej g o s p o d y s ta ł
jeszcze p ięk n iejszy p ałac , czy zam ek, lecz w o k n ach b y ły tam
p u s tk i, ja k b y tam żyw a dusza nie m ieszkała. W istocie w zam ku
ty m od trzy d z iestu la t coś strasz y ło . W id z ia n o p o nocach, ja k
p o k u ry ta rz a c h i p o k o jach w a łę sał się i trz a sk a ł d rzw iam i d a w n y
p a n te g o zam ku. N iejeden śm iałek, k tó ry chciał tam nocow ać,
zo b aczyw szy ja k ie ś straszy d ło , uciekał, lu b n a w e t życiem p rz y
p ła c ił sw ą o d w a g ę i zam ek zu p e łn ie opustoszał. J a ś zaś o tern
nic nie w iedział. G d y te d y J a ś sam je d e n bez żadnej słu żb y do
o b erży zajechał i p ro sił o n o c le g d la siebie i sw eg o k onia,
u p rzejm y g o sp o d arz, k tó re m u p ię k n a p o sta w a i śm iałość J a s ia
się p o d o b ała, niczego m u n a w ieczerzę nie sk ąp ił, ani ja d ła , ani
w ina, an i m iodu. P o w ieczerzy za p ro w ad ził J a s ia do zam ku.
K u ry ta rz e i p o k o je b y ły tam zaprószone, a t a k b y ło cicho, że
ty lk o o d g ło s ich k ro k ó w b y ło słychać. Z robiło to niem iłe w ra
żenie n a Ja siu , lecz nic nie m ów ił, ale szedł śm iało n ap rzó d .
U p rz ejm y g o sp o d a rz za p ro w ad z ił g o do najpiękniejszej k o m n aty ,
w sk azał m u prześliczne ło że do sp an ia, p o w ie d z ia ł: »D obranoc«
i odszedł czem prędzej. J a ś p o ło ży ł się do łóżka, a le choć m iał
dobrze w czubku, nie m ó g ł zasnąć. N a stole św ieciła się św ieca,
w ięc zaczął się ro z g lą d a ć po cały m p o k o ju . N a ścianie w isiały
p o r tre ty i żelazne zbroje, k rz esła b y ły z ło tą m a te ry ą o k ry te,
a z b o k u n a ścianie w isiało o g ro m n e sre b rn e lustro. T e d y J a ś
p o m y śla ł: »A lbo te n g o sp o d arz m a m nie za b ard zo znacznego
p an a , k ie d y m nie tu um ieścił, alb o coś w tem jest«. I nie m ó g ł
zasnąć. T y m czasem z e g a r w k ą c ie c ią g le ty k o ta ł : ty k , ty k , ty k ,
ty k i w y b ił n ap rzó d d ziew iątą godzinę, p o tem dziesiątą, b a już
i je d e n a stą — a tu cisza dokoła, żeb y choć m ysz zapiszczała,
św ierszcz św ierk n ął, k o m ar zabrzęczał, nic a nic, ty lk o z e g a r
coraz g ło śn iej i straszliw iej ty k , ty k , ty k , ty k . W te m ja k o ś
około p ó łn o cy usłyszał Ja ś, że n a dole n a k u ry ta rz u k to ś drzw iam i
trz a sn ą ł i ciężkim chodem szedł po k u ry ta rz a c h i schodach coraz
— 177
—
w yżej i coraz bliżej. Z aczyna się o tw iera n ie drzw i i jed n e
drzw i trzask , d ru g ie trz a sk i ta k przez w szystkie po k o je trzask.
N areszcie o tw iera ją się drzw i do Ja sio w e g o po k o ju i w e drzw iach
sta n ą ł człow iek o g rom nej postaci, z czarn ą b ro d ą , d łu g im i Wą
sam i, z czarn y m i w łosam i n a g ło w ie i iskrzącem i oczym a K o
szulę m iał b ia łą i lew ą rę k ę po łokieć obnażoną, w p raw ej ręce
trzy m a ł b rzy tew i g ład ził n ią po lew ej ręce. C złow iek ten, sp o
strze g łsz y Jasia, sta n ą ł i zaczął się w eń w p a try w a ć , ale J a ś nie
u lą k ł się g o , ty lk o z ciek aw o ścią p rz y p a try w a ł się ow em u n o c
nem u gościow i. T e d y ów człow iek p o staw ił na śro d k u po k o ju
krzesło i rę k ą p o k az ał Jasio w i, a b y u siad ł n á krześle. T e n n ie
w iele m yśląc, u siad ł i czekał, co dalej będzie. T ym czasem czło.
w iek o b w iązał g o ręcznikiem , o strz y g ł g o nożyczkąm i, a p o tem
osm aro w aw szy m u całą g ło w ę m ydłem ,
ogolił m u głow ę, bro d ę,
w ą sy a n a w e t brw i. N ak o n iec u m y ł g o w odą,
o b ta rł i k az ał
Jasiow i, rę k ą , b y się p o p a trz y ł do lu stra . »A niechże cię k u le
biją, ja k ą ty ły s ą p ą łk ę zrobił ze mnie* p o m y ślał sobie Jaś.
T e d y ów człow iek u siad ł n a k rześle sam i w skazał Ja sio w i rę k ą,
b y g o ta k ż e ogolił. »Czekaj b e sty o , zro b ił ty ze m nie m ałp ę
zro b ię ja i z ciebie« i nie w iele m yśląc, o g o lił m u głow ę, b ro d ę ,
w ą sy i b rw i i p o k a z a ł n a lu stro . C złow iek p o w stał, p o p a trz y ł
się do lu stra , a ob ró ciw szy się do Jasia, d o p iero p rz em ó w ił:
»B óg ci w ielki św ię ty zapłać, żeś m ię w y b a w ił od dalszej w łó
częg i po ty m św iecie. W ied z bow iem o tem , że
ja nie jestem
ży w y m człow iekiem ty lk o zm arłym przed 30 la ty , lecz za k a rę
p o k u tu ję tu w ty m p ałac u i czekam m iłosiernej duszy, k tó ra b y
m nie od tej w łó częg i w y b aw iła. K a ra zaś m oja za figiel, k tó re g o
raz dw om m nichom w yrządziłem . Zam ek ten b y ł m oją w łasnością.
R a z p rzech o d zili tę d y dwaj p ielg rzy m i, co szli p iech o tą aż do
R zy m u , w stąp ili oni do m nie n a n o c le g i prosili, b y m im na
g ło w ie to n su re w y ciął. M nie p o rw a ł śm iech i zam iast to n su ry ,
kazałem im ca łą g ło w ę ogolić, że b y li ład n i ja k m y teraz. G dy
obaj w yszli n a gościniec, zaklęli m nie w nieszczęśliw ą g o d z in ę :
»B odajżeś po śm ierci golił«. W m iesiąc później um arłem , lecz
nie p rz y ję to m nie w św iat za g ro b o w y , d o p ó k i n a ty m św iecie
p o k u ty nie od p raw ię. T a k w łóczę się już la t 30. T y ś m nie d o
p iero od dalszej w łó częgi uw olnił, a zato ci się odw dzięczę, ale
nie dziś i nie tu ta j. B ąd ź n a M atk ę B o sk ą J a g o d n ą w C zęsto
chow ie i czekaj m nie n a m oście. »To rzekłszy, znikł i już go
nie b y ło. W te m u d e rz y ła g o d zin a pierw sza w nocy. (— L ud
w ierzy , czeg o sam nieraz b y łem św iadkiem , w nieszczęsną go«
1%
— 178
—
dzinę. P rz e k lę stw a w ta k ą g o dzinę w y m ó w io n e, sp ełn iają się.
D la te g o ojcow ie i m atk i w y strz e g a ją się p rz e k lin a n ia sw oich
dzieci, b y się p rz y p a d k ie m nie ziściły. N a w e t chłop, jeśli do
k o n ia m ó w i: »Żebyś zdechł«, ta k zaraz d o d aje po c ich u : »Dajci
B oże zdrow ie«. A lbo, jeśli w ejdzie do c h a ty obca o soba i p o
ch w ali dziecko, że ład n e, te d y zaraz sp lu n ie i m ów i : »Na psa
urok«. Co się zaś ty c z y p o k a z y w a n ia się duchów , to m ożna ich
w idzieć ty lk o m iędzy 12. a 1. o półn o cy . P o pierw szej godzinie
nie w olno już im po św iecie się w łóczyć.)
J a ś te d y w iedząc, że m u już n ik t nic złego nie zrobi, p o
ło ży ł się do łó żk a i s p a ł sm acznie do ra n a . N azajutrz śkoro św it
w szedł g o sp o d a rz ostrożnie do k o m n a ty , chcąc się przek o n ać,
czy J a ś żyje, lu b nie uciekł. L ecz zo baczyw szy J a s ia śp iące g o
sm acznie w łó żk u i ta k za b aw n ie o g o lo n eg o , sta n ą ł zdziw iony,
ro z g lą d n ą ł się po p o k o ju i dziw ił się niezm iernie, w idząc w szy stk o
poro zrzu can e. J a ś się p rz eb u d ził i z g n iew em rz ek ł do g o sp o
d a rz a : »A ty nicponiu, toś m nie p ięk n ie w yk iero w ał, m usisz
m nie tu ta j i m ego k o n ia karm ić, do p ó k i -mi w ło sy nie urosną«.
G o sp o d arz g o p rz e p ra sz a ł i p y ta ł ciek aw ie o w szy stk o . J a ś m u
w szy stk o w iern ie opow iedział. U ra d o w a n y g o sp o d a rz o b iecał
J a s ia trzy m a ć n ie ty lk o do Ja g o d n e j, ale ch o ćb y do śm ierci. D o
Ja g o d n e j b y ło jeszcze z p ó ł ro k u . Z p o cz ątk u J a ś siedział w dom u,
a b y go n ik t nie w idział, lecz potem już jeździł n a p o lo w an ie
i czas m u m inął, ja k b y biczem trząsł, zw łaszcza, że m u d o g a
dzano ja k b y w łasn em u synow i. P rz y k o ń cu m iesiąca czerw ca
p o je c h a ł J a ś dalej w św iat szukać szczęścia. G o sp o d arz p o że g n ał
g o z płaczem i pro sił, a b y J a ś dom je g o u w ażał za swój w łasn y
i zaw sze do n ie g o w ra c a ł ja k do ojca.
W C zęstochow ie n a J a g o d n ą b y ł w ielki o d p u st, ta k i sam
ja k u n as w B ełzie, ty lk o , że tam w ięcej ludzi się schodzi. K o ś
ciół je s t na w ysokiej górze. J a ś b y ł w k o ściele n a n ab o żeń stw ie
i m odlił się serdecznie. P o n ab o ż eń stw ie zaczął się lu d ro zch o
dzić, zostali ty lk o d ziad y i k alek i. Zaczęło się zm ierzchać, a Ja ś
sta n ą ł n a m oście n a d W a r tą i czekał. J u ż b y ło dobrze ciem no,
nim ru ć h zup ełn ie ustał, ty lk o je d e n dziad śle p y i k a le k a został
n a m oście. Ile w ięc ra z y J a ś koło n ieg o przechodził, dziad roz
p o cz y n ał g ło śn ą m odlitw ę i J a ś m u d a w a ł jałm użnę. W koiicu
je d n a k sp rz y k rz y ło m u się i to w ięc rzek ł : »D ajcie m i dziadku
sp o k ó j i spijcie, a ju tro dam w am znow u«. D ziad g o nie zacze
p iał, lecz n ajspokojniej za sn ął n a m oście. J a ś ty m czasem ch o d zi
i chodzi, czeka i czeka i ja k o ś tru d n o m u się doczekać. J a k o ś
—
179
—
około północy przebudził się dziad i poznał, że to jed en i teńsam pan ciągle po moście chodzi, więc mówi : »Na kogo to p a
nie tak czekacie?« »Ej dajcie mi spokój mój dziadku.« A le sta
rzec m ów i: »Mój Panie, jeśli człowiek na kogoś czeka, a nie
może się doczekać, tedy każda godzina rokiem mu się wydaje.
Otóż dla skrócenia czasu powiem panu, co mi się w tej chw ili
śniło, a tak minie nam czas prędzej.« Jaś posłuchał m ądrej rad y
i stanął, a dziad mówił dalej ; »Przed chw ilą śnił mi się anioł
ze złotemi skrzydłam i. A nioł ten poniósł mnie daleko daleko na
wschód słońca i pokazał mi obszerną rów ninę p o k ry tą lasam i
i bagnam i. W śród tej rów niny widziałem m iasto. W mieście
widziałem dw a piękne kościoły z klasztoram i. Na wschód od
m iasta widziałem zamek otoczony murem i otoczony fosą.
N a zamku widziałem kościółek, a w nim takisam obraz N a j
świętszej P anny, jak u nas w Częstochowie. Pod kościołem wi
działem biały kam ień, a na nim ślad sto p y Najświętszej Panny.
Lecz anioł zaprow adził mnie dalej, aż pod m ur zam kow y. Tam
stała altan a z czerwonym dachem . W altanie pod ziemią pokazał
mi anioł skrzynię pełną złota i drogich kam ieni i tu się przebu
dziłem « Jaś słuchał zdziwiony, nakoniec rzekł: »Dziadku, to
miasto jest moją własnością, tylko niegodziw i ludzie w ydarli mi
je!« A dziadek ted y : »Panie, to widać mój sen proroczy, jedź
do domu, szukaj skrzyni, a może ci B óg dopomoże, to i m ajęt
ność odzyskasz.«
Jaś nie czekał już dłużej, ale siadł na konia i pojechał.
Jakoś w tydzień później był już w Bełzie. B y ła to noc, ale Jaś
znał tajne przejścia do zamku, więc podziem nym kurytarzem
wszedł do ogrodu. Tu znalazł łopatę, poszedł do altany i zaczął
kopać. P sy usłyszały szmer i czemprędzej przybiegły, ale Jaś
znał w szystkie psy po imieniu, więc zaw ołał: »Brysiu, Mucek,
Szpagat« i psy b y ły cicho. P o niedługim czasie Jaś dokopał się
kam ienia, odw alił go, a tuż pod nim b y ła duża skrzynia z k lu
czem. G dy skrzynię otworzył, znalazł tam pełno złota i drogich
kamieni, a na wierzchu leżały jakieś papiery. On tedy pieniędzy
nie brał, ty lko pap iery schował do kieszeni, zam knął skrzynię,
przyw alił kamieniem , zasypał ziemią, udeptał, łopatę zaniósł na
daw ne miejsce i jak przyszedł, ta k tym sam ym podziem nym ku
rytarzem wyszedł z zamku do m iasta i w szedł do gospody. Tu
w yjął papiery i zaczął czytać. W papierach tych było napisane :
»K ochany S ynu! Jesteśm y oboje chorzy i w ie m y 'z pew no
ścią, że ciebie już na tym świecie nie zobaczymy. O baw iając się
—
180
—
je d n a k , b y cię tw ój stry j nie sk rzy w d ził, zebraliśm y w szy stk ie
nasze sk a rb y i schow aliśm y je tu w sk rz y n i, w iedząc n ap ew n e,
že g d y po nas obejm iesz zam ek i będziesz ro b ił tu p o rz ąd k i,
s k a rb y te znajdziesz. M asz je użyć n a p o p ra w ę zam ku, lu b na
o b ro n ę ojczyzny. A tera z cału jem y Cię serdecznie i do zobacze
n ia n a ta m ty m świecie.« N a k o ń cu b y ły p odpisy.
J a ś p rz ecz y ta w szy to pism o, u d a ł się w p ro st do ra d n y ch
i zw ołał ich. T u p o k a z a ł im list rodziców i p rz e d sta w ił im sw oją
k rzy w d ę. D o w ied ział się stry j o przyjeździe b ra ta ń c a i w szedł na
salę z p y szn ą m iną i drw inam i. L ecz J a ś nie w iele ju ż j sobie
z n ieg o robił, ty lk o p o k a z a ł m u list ojca i m atki. S try j zbladł,
n ie rz ek ł an i słow a, ty lk o poszedł do zam ku, zeb rał czem prędzej
sw oje m a n a tk i i sw oich ludzi, p o jech a ł i nie w rócił więcej. T a k
J a ś zo stał p a n e m B ełza i sw oich sk arb ó w .
Czyż po ty m Ja s iu nie zostało w B ełzie żad n y ch pam iątek?
N ie, bo on nie p o słu c h a ł ra d y rodziców , ale zabraw szy
s k a rb y , p o jech ał i p rz e p a d ł tam gdzieś bez w ieści.
Co się ty c z y p o d ziem nego k u ry ta rz a , m a on b y ć jeszcze
d o ty ch czas n a p rz estrze n i p ra w ie i k ilo m e tra t. j. od tera źn iej
szego Z am eczku po p o d s ta rą rzeką, aż do p iw n ic p o d kościołem .
Ö ile w tem p ra w d y niew iadom o.
Antoni Siewiński.
(Z o k o l i c y J a ć m ie r z a ) .
I 0 zbóju i organiście.
Jedèn ojciec m iał trzoch synów. Nié miał ich czem chować,
bo był bièdny. Idźcie ode mnie, szukajcie se chleba! — Tak oni
pośli w las. Dwech pośli na jedne dròge lasu i żaśli za granice’)
tym lasem. Za granicom przyśli do jednego miasta. Jeden trafiuł
do zègarmistrza, nauczuł sie zegarków robić: drugi znalàz organiste,
nauczuł sie organistostwa. Trzeci idzie lasem drógom innom, podybuje go zbój : Dzie ty idziesz mój synku ? J a ide szukać chleba.
C zybyś.do nas nie przystał? Do zboi przystanę, dlaczego. Wzion
b Za granice, znaczy do sąsiedniej wsi lub miasta.
181
go ze sobâ do lasu; kazàî mu położyć palee na klocu, że mu utnie
Wzion topór i zaniós sie. Czegóż nie ucinasz, a ja jeno próbuje,
czy bedziesz odważny. To jedna sztuka. Pogoni rzeźnik jutro ja
łówkę, żebyś jà odebrał a on żeby eie nie widział. B yła tam u zboi
tabakierka złota, wzion on tą tabakierkę złotą i poszed w las, na
dródze położył wieczko, poszed dali tą dròga położył tabakierkę.
Rzeźnik goni jałówkę, zdybał wieczko z tabakierki, nie wzion go
i gada, co mi z wieczka. Groni dali, a to goni, a tu leży złota ta
bakierka, uw iązał jałówkę u drzewa a wróciuł sie po to wieczko.
Temczasem wzion jałówkę zbój, odwiązał jà i zawiód ja do dołka
w lesie i uciął jè łeb z karkiem i zaniós jà do wielgiego jeziora,
jeno jè było widać troche rogi.
П. 0 trzech braciach.
Było trzoch braci, dwecb mądrych a jedèn głupi. Głupi szed
na jarm ak i złapał wilka. Przyprowadził go do domu. Mądry brat
przyszed do niego, ażeby mu tego zwierza przedał a on mu powie
dział, źe mu nie tak przeda, ale mu i da, ażeby go puścił do stajni
na noc, źe mu nałowi bydła. B rat uradowany puścił go do stajnie.
W ilk co zjàd, to zjàd a reszte pozaduszał i pod dźwirzami poskła
dał. Rano ten brat otwièra, nie może otworzyć i aż z radości
skacze, że mu tyło bydła namnożył. Otworzył, a tu bydło było
pozaduszane. B rat mądry poszed do głupiego, że mu podusiuł a on
sie go spytał, czyźeś mu co dał jeść — a odpowiedział, źe mu nie
dał. Toś sobie sam winien. Ten mądry brat wzion znów, zaprowa
dził do drugiego mądrego, ażeby go puścił do stajnie na noc. Rano
w stał i patrzy a bydło leży pozaduszane. Poszoł do niego, źe mu
zadusiuł, on powiedział, źe i jemu zadusiuł — a on powiedział,
żeby sie z niego nie śmiał.
Idzie (głupi) znowu i złapał zająca. M ądry przyszed do niego,
ażeby mu go przedał a on powiedział, źe mu da, jak bedà mieli
list pisać — niek mu uwiažá i pieniendzy, źe sie za trzy dni wróci.
Puścili go i zatrzaskali w ręce a on sie już nie wrócił.
Głupi robiuł pałkę, mądry brat pytał, na co to? a on odpowiedział, że jak żona wylezie na piec, urżnie jà w łeb, a ona odmłodnieje. Mądry brat kazał wyleść na czeluście i urznół jà w łeb
i zabiuł. Dał drugiemu, ażeby kazał wyleść na piec urznół jà w łeb
i zabiuł. Ten brat poszoł do niego i powiedział, że zabiuł a on
no ta i jà zabiuł, a czegoś mi nie powiedział? Bo byś sie ze
mnie śmiał.
—
182
III. O kogucie i kuree.
Babka m iała kurkę a dziadek koguta. Babce kurka niesła
jaja a kogut dziadkowi piał. Dziadek kazał pójść kogutowi szukać
jedzènia. Idzie, idzie, nadybał wilka. Zjèm eie, wieś do mego brzu
cha, tam bedziesz miał dosyć jedzenia. Idzie, idzie, nadybał lisa.
L is gada, zjem eie, wieś do mego brzucha, tam bedziesz miał dosyć
jedzènia. Idzie, idzie, przyszoł do dwora. Puścili go do koński stajni
a on wypuściuł wilka, a wilk pozaduszał konie. W tedy puścili go
do kur, że go kury zadziòbià, bo to nie swój. W tedy wypuścił lisa
a on pozjadał i pozaduszał kury. Puścili go pod połke. Pieniendzy
kogut nabrał, dzie móg i poszed do dziadka. Dziadku dejcie m iarki,
bedziemy mierząc pieniondze. Namierzyli trz y miarki.
Babka kazała też pójść kurze. Idzie, idzie, nadybał jà wilk
i zjad.
IV. 0 głupim.
Jedna kobièta m iała syna głupiego. W ypraw iła go do Sanoka
z m iarka żyta. M atka mu kazała mówić: „Dej Boże szczęście“,
gdy kto pracuje. Wieźli umarłego, ten powiedzie! : „Dej Boże
szczęście“. Ludzie go zaczęli bić — to ty mówisz: „Dej Boże
szczęście“1 T y mówisz, żeby nas wiece umierało. Przyszoł dò dòm.
M atka go sie pyta, czego płaczesz? Kazaliźeście mi mówić: „Dej
Boże szczęście“ wieźli umarłego, jà mówiuł: „Dej Boże szczęście“
i mie wybili.
K azała mu iść znowu z m iarka żyta do Sanoka. Siał gospo
darz zboże, ten mówiuł — miarkę żyta, miarkę żyta, miarkę żyta.
V. 0 zbójach.
Jedèn chłop miał dwa woły. Żona mu umarła, ostała córka.
Te woły pognał do m iasta i przedał. Poł pieniendzy dał swojè
córce a poł sobie i w nocy posłał córkę do ■dòm. Zaszła w las
i płakała. W idziała, że sie w lesie świeci i poszła do tego domu.
Może mnie pani przenocuje a zbójowa mówi, przenocuje a skąd ty
idziesz? mówiła zbójowà, — z miasta, Mieli ta ta dwa woły i przedaliMnie dali poł pieniendzy a poł sobie. A zbójowà sie pyta, gdzie
masz te pieniondze, dej, ja ci ich schowam a to dziewcze wiedziało,
że to zbóje i bało sie, a zbójowà mówi, co ci to córko tak goronco?
Za kwilę przyszoł zbój z lasa i pyta sie zbòjowè, czyje to dziewcze,
a zbójowà mówiła, że to skąsik przyszła. A zbójca mówiuł, wiesz
ty co, zanieś go do komory na łóżko i tam go zamkniemy i na
palisz w piecu, aż płomień bedzie buchał oknami. A to dzièwcze
183 —
wszystko słyszało i zawlekło sie do goła i zaczęło robié dziurę po
pod trám i po pod trám tak lazło, że aź mu sie skóra z piec
zdarła. To dzièwcze uciekało a natenczas nadszeł szander i spytał
sie, czegoś takie skrwawione i swoim płaszczem odział go. Przyszoł
do zbójców i mówiuł, na co tak palicie, źe aź oknami płomień bu
cha a zbójowà mówi, na chléb, proszę pana. A szander p y ta sie,
gdzie macie to ciasto? A zbójowà mówi, gdziesi tam stoi, pono
w komorze. Szukał szander tego ciasta, ale nigdzie go nie było.
I to dzièwcze natenczas przyszło do sieni i szander mówiuł : To
wy chcieli to dziecko upiec! Nie nie, proszę pana. Oddejcie mu te
pieniondze, chtóreście mu wzieni i wtedy wszystkich pokuł i zabrał.
Leon Magieromski.
W ś r ó d
m a r .
W powiecie dolińskim, u podnóża pasm a karpackiego roz
siadła się nad rzeką Łom nicą m ała mieścina górska, Perehińskiem zwana.
Dzieckiem jeszcze będąc w tych stronach, słyszałem z ust
pew nego w iekow ego m ieszkańca tejże okolicy, że Perehińsko
dawno bardzo przez ludzi uciekających przed tataram i, przegna
nych przez góry, »perehińciw« — jak m aw iał — założonem zo
stało. —
T u wśród gór, szukając przelękły lud schronienia przed
ordą, osiadł, kryjąc się początkowo w odwiecznych borach ; na
stępnie z kryjów ek wyszedłszy, nad brzegiem Łom nicy, na rów
ninie góram i i rzeką zamkniętej osiedlać się począł.
Od tych »perehińciw« ma też rzekom o m iasteczko nazwę
swą wywodzić.
P erehińsko i dalej na południe Jasień, tudzież osady Kuźminiec i Podlute zamieszkuje lud górski, niezamożny, przesądny,
żyjący w świecie mar, czarów, legend i baśni, podobnie jak Huculi, a zwany powszechnie Bojkami.
Pow odów jego bujnej w yobraźni szukać należy w łonie
dzikiej przyrody, otaczającej górala, tego syna puszczy, k tó ry
wśród borów, gó r i strum yków rodzi się i umiera.
A le też i nie dziw — okolica tak a ow ładnie naw et czasami
w yobraźnię człowieka o wyższym stopniu rozwoju um ysłow ego,
—
184
k tó ry doznając złudzeń, żyje w śró d tej dziczy, ja k o b y w zacza
ro w an ej k rain ie. A ileż to skał, w ąw ozów i szczytów g ó rsk ich
o k sz ta łta c h dziw acznych, fa n ta sty c z n y c h p o d n ieca w y o b ra źn ię
lu du, je st m o ty w em baśni, leg en d , p o d a ń i p rzesąd ó w i w k o ń cu
nazw ę sw ą ow ym leg en d o m zaw dzięcza. In n e znów k ry ją w sobie
h isto ry ę m in ionych w ieków , p rz e ż y tą i d o tąd p o śró d ' lu d u tra d y
cy jn ie p rzech o w an ą.
I z niżej o p isan y ch je d n a le g e n d a je s t czysto w y tw o ru im ag in a c y i ludow ej, d ru g a o sn u ta n a tle w y p a d k ó w d aw n y ch , w y
p ad k ó w h isto ry czn y c h .
T u ż n ad P o d lu te m , od s tro n y zachodniej w znosi się g ó ra
>Mali« zw ana, n a k tó re j m iała b o g in i lasó w — ja k niesie w ieść
g m in n a — p o w ić 7 dziew cząt przez lu d »m ajkam i« nazw anych.
O d ty c h »m ałych« nazw an o też g ó rę »Mali«.
K ie d y m ajkom z g in ęła m atk a, d o sta ły się one p o d o p iek ę
m aco ch y i ta, ja k o pośledniejsza o siad ła n a g órze niższej, n a
k tó rej dziś w znosi się n o w y p a ła c m e tro p o lita ln y B ęd ąc złą dla
p asierb ic (w ję z y k u ludow ym luta), d rę czy ła je ta k , iż uciekać
m u siały za g ran icę, t. j. za rzekę, zw an ą »Łom nicą« (lub Iw a
now a) p o zo staw iając m acochę sam ą, co w idząc lud, nazw ał górę,
b ę d ą c ą sied zib ą m acochy, »Lutą*.
M ajki przeszedłszy Ł om nicę, o b ra ły sobie za m ieszkanie
szczyt w y so k i, u stó p k tó re g o w dw u p rzeciw n y ch k ie ru n k a c h
— n a w sch ód i zachód — d w a w y p ły w a ją p o to k i, jed n o m iano
»K uźm iniec« noszące.
T a m ciesząc się o d zy sk a n ą sw obodą, u jęły ła d n e g o , m ło
d eg o p a s te rz a »K użm ę«, k tó ry im n a fu jarce p rz y g ry w a ł, a one
ta ń c z y ły i »igrały« z nim sw obodne, w esołe, w olne od szy k a n
m acochy. S tą d im ię g ó ry »Ihrow yszcze«, — p o to k u »K uźm iniec«.
L ecz m ajk i nie d łu g o cieszyły się szczęściem . L u ta m acocha
d o w iedziaw szy się o ig rz y sk a c h p asierb ic, w y sła ła sw ą służbę za
grajk iem , a ta go n a szczycie n ap rzeciw »Ihrow yszcza« ująw szy,
zab iła. —
L u d znow u św ięcąc pam ięć d o k o n an e j zem sty n a niew in n y m
p asterzu , n azw ał m iejsce zb ro d n i »Z apłatą«.
A le też i k o ch a ł i szan o w ał b ard zo lud okoliczny te b iedne
dziew częta. W y p ę d z a n e tam b o w iem trz o d y ow iec s ły n ę ły w cza
sie p o b y tu m ajek n a Ih ro w y szczu z obfitości i d o b ro ci podoju.
P rz e ję te i w zruszone śm iercią K u ź m y b o g in k i, o p u ściły
sw ą d o ty ch czasow ą siedzibę i k ry ją c się w jarz e g łęb o k im , o p ła
—
185
—
k iw a ły los b ied n eg o p asterza ; a p ła k a ły ta k bardzo, źe z łez
ich p o w stało jezioro. O d te g o jezio ra znów p rz y ją ł nazw ę
»Ozirnyj«.
G łęb ia ta w p o to k u »O zirnyj«, dziś je st w idoczną. W niej
też u to n ąć m iały później m ajki, a to n ąc u c z y n iły p rz ep aść ow ą,
k tó rej — w ed le tw ierd z en ia lu d u — n ik t zm ierzyć nie jest
w stanie.
N a d m ien ię tu , że m ajki w pojęciu B ojków są tem samem.,
czem »lisny«, lu b »m aw py« u H u cu łó w ; są to nim fy.
D aw n e to czasy bardzo, k ied y k raj nasz n a p a d a ły dzikie
p lem io n a ta ta rsk ie , p ustosząc go ogniem i m ieczem, ra b u ją c
m ienie, b io rąc w ja s y r m łode siły m ęskie, a do harem ów dorodne
dziew częta i m łode k o b iety .
N iem ym p o m n ikiem tv ç h strasz n y ch dzieji są szczy ty g ó r
skie »C aryna«, »R ih« i »Syw ula« w n aszy ch K a rp a ta c h , o k tó ry c h
p o d a n ia lud ok o liczny do ty ch czas w żyw ej p rzech o w ał pam ięci.
W e d le ty ch że tra d y c y i lu d o w y ch m ieli raz T a ta rz y , p o d
czas sw y ch n ap ad ó w , ująć m łodą k ró lew n ę (w ję z y k u ludow ym :
cary n ę), sły n ącą z nadzw yczajnej urody.
C hroniąc się p rzed p o g o n ią ojca królew nej w g ó ry nad
Łom nicą, d o stali się n a pew ien szczyt g ó rsk i, sk ąd — ja k sp o
strze g li — ża d n eg o w yjścia nie mieli. L icząc jed n ak że n a obfitość
zw ierzy n y i m ożliw e ra b u n k i w okolicy, pow zięli zam iar n a
g ó rz e tej zimę przepędzić i z w iosną dopiero dalsze z a g o n y
czynić.
C arów nej mimo poselstw a, w y d a ć nie chcieli za żadnym
o k u p em , g d y ż przeznaczyli ją n a żonę chana, co też b y ło jed n ą
z p rz y czy n zw łoki w ich odw rocie.
Z aw io d ły ich je d n a k oczekiw ania.
Z n astan ie m zim y b ra k żyw ności d o tk liw ie odczuw ać się
d aw ał, a śn ieg i w y sokie nie p o zw alały im z g ó r się w ycofać.
K ró le w n a , w y znając w iarę chrześciańską, zanosiła całym i
dniam i g o rą ce m odły do B oga, prosząc G o o ra tu n e k i p rz y
w o łu jąc n a pom oc p atro n ó w R u si. T a ta rz y zaś w m niem aniu,
iż o na g u sła i czary ja k ie ś czyni i że sw em i m odłam i ściąg a
k lę sk ę n a nich, p o stan o w ili w reszcie ją zam ordow ać.
N ie przyszło im to ta k łatw o ; o rd y ń cy , pew ni n a g ro d y od
ch an a, nie chcieli zezw olić n a p o zbaw ienie życia królew nej,
w sk u te k czego starsz y zn a sąd zw ołać p o stan o w iła.
—
186
—
W tym też celu zebrano się na połoninie jednej z gór
sąsiednich.
L ecz B ó g w y słu ch a ł w idocznie m odłów dziew częcia ; w chw ili
b ow iem g d y n a ra d ę ukończono i w y ro k śm ierci m iał zapaśćj
d ał się słyszeć n a przeciw leg łej, nadzw yczaj strom ej gó rze siln y
g ło s ro g u m yśliw skiego.
P rze raż en i T a ta rz y m niem ając, iż ich n a p a d n ię to w obozie,
zerw ali sąd i w w ielkim p o p ło c h u uciek ać poczęli, zostaw iając,
dla u n ik n ięcia p o g o n i i m ożliw ej rzezi, carów nę sam ą n a p o
łoninie.
M y śliw y, k tó ry w ró g zadął, nie przy p u szczał n aw et, a b y
w po b liżu m ieli b y ć T a ta rz y i sk iero w ał p o ch ó d swój za zw ie
rzem w in n ą zu p e łn ie stronę. C arów na zaś u d a ła się w p raw d zie
w pierw szej chw ili w k ie ru n k u sły szan eg o o dgłosu, lecz z p o
w odu, źe z rzeczonej g ó ry w io d ły aż trz y strom e g rz b ie ty , zm y
liła d ro g ę.
Idąc stokiem południow ym , zaszła na jakąś górę w ysoką,
gdzie wreszcie znużona zam ierzyła pozostać, chroniąc się w ska
łach i żyw iąc korzonkam i
W tem m iejscu do dziś dnia p o z o sta ły k am ien ie dziw nej
fo rm acy i. Z ty c h jed en p rz ed staw ia z u p e łn y k sz ta łt o tom any, na
k tó rej — w edle tw ierd z en ia lu d u — m iała sy p iać ca ró w n a ;
w o d d alen iu zaś k ro k ó w k ilk u n a stu znajduje się w y d rążen ie
w sk ale, k tó re słu ży ć m iało k ró lew n ej za schow ek jej p o ż y w ie
nia. P o p ew n y m czasie ojciec k ró lew n ej, u jąw szy n a d ołach je ń
ców ta ta rsk ic h w niew olę, dow iedział się od nich, iż ca ró w n a
ży w ą p o zo stała w gó rach , a w y p y ta w sz y się w przy b liżen iu
o k ie ru n e k d ro g i, w y b ra ł się n a poszu k iw an ie swej córki i po
w ielk ich d o p iero tru d a c h znalazł ją osiw iałą z niew oli i strachu.
S tą d n azw a g ó ry , g dzie o d b y ł się sąd, »C aryna«, d rugiej,
sk ąd g ło s ro g u dochodził, »R ih«, a trzeciej, gdzie znaleziono
k ró lew n ę, d la te g o , iż tam osiw iała, »S yw ula«.
N a p o łu d n io w y w schód od g ó ry »Syw uli« w idzieć m ożna
k am ień o g ro m n y c h rozm iarów , u k tó re g o p odnóża znacbodzi się
n ad e r stro m a p rzepaść, o g łęb o k o ści około 50 m etrów .
W k am ien iu ty m je st dziw na fo rm a cy a fo telu staro św ie c
k ieg o , w k tó ry m — ja k w ieść niesie — m iał i m a zasiadać
d y ab eł, ciskając sta m tą d p io ru n y i b ły sk aw ice.
W ydrążenie u podnuża i na poręczach tego fotelu przed
staw iają — w edle pojęcia ludu — odciski stóp i dłoni dyabła.
~~
187
—
S zkoda, że ta k m ało p am iętam z la t m ych dziecięcych.
B o g a ta bo to o k o lica p ere h iń sk a i w p a m ią tk i k u ltu istot
n ad p rz y ro d z o n y c h i tra d y c y e lu d u i b aśn ie i le g e n d y .
W o k o licy ta k tajem niczej w iele m a te ry a łu ze b ra łb y e tn o
g ra f, po w ieścio p isarz zn a la złb y p ię k n y te m a t do pow ieści ; nie
fa ch o w y w y n o si ty lk o w rażenie, że żyje jak iem ś życiem pozag ro b o w e m w k ra in ie duchów i w idm , że żyje »w śród m ar«.
Józef Schmider.
ß a jk i i opow iadania z okolicy K rzeszow ic.
0 babie, co nigdy nic nie zamykała, a nic jej nie ukradli.
W K o ścieln ick im lesie b y ła je d n a b o g a ta b a b a — a nie
m iała c h ło p a — co n ig d y nic nie zam ykała, a przecie jej nic
nie u k ra d li. N ie b y ła to czarow nica, jeno już m iała ta k ą moc.
N ajęła m łocków do ro b o ty , zrobił się w ieczór, nie sk o ń czy li
m łócić. D ziew k a p rz y ch o d zi i p o w iad a :
— G o sp o d y n i, dejcież k łó d k ę, trza zam knąć stodołę.
— N ie zam ykaj !
— T o w am co u k ra d n ą !
— N ie u k ra d n ą, bo ja se nie dam !
W n o cy p rzy szli złodzieje, n a b ra li do w orków pszenicy,
p o d źw ig n ęli n a siebie i ja k stan ęli, ta k zostali sto ją c y n a boisku
i nie m o g li się ruszyć.
. N ad ran em g o sp o d y n i w oła :
— R e jn a , w stańże, w stań , bo m łockow ie przyszli! T rza im
u g o to w a ć ja k ie śn iadanie.
D ziew k a n a to :
— A le ! K a ż b y ta ta k w ćzas przychodzili ! D opierom się
p o ło ży ła.
G ospodyni : A le w stań, kiej ci m ówię, n ap al, u g o tu j zacierki
i ziem n iak ó w a om aść im d ęb rze, bo się dość nap raco w ali.
D z ie w k a g o tu je, a g o sp o d y n i ją p o p ę d z a :
— P rz y łó ż ta jeszcze, przy łó ż do pieca, żeby prędzej b y ło ,
bo m łockow ie g ło d ni.
D ziew k a poszła z la ta rn ią po drzew o i w idzi chłopów
w stodole. W ra c a czem prędzej do izby i m ówi ;
—
188
W id zicie ; a nie m ów iłam , źe trz a zam knąć stodołę ! Ja k ie ś
ch ło p y sto ją n a boisku.
— N iech ta, niech ! Ż aden ta z nich nie pójdzie. G otujno
p rę d k o !
K ie j już b y ło u g o to w a n e , k a z a ła g o sp o d y n i p rz y w o łać ty c h
chłopów , co stali n a boisku. D ziew k a ich w oła :
— C hodźcie, bo w as g o sp o d y n i k a z a ła w ołać.
Jen o to w ym ów iła, chłopom zaraz sp a d ły w o rk i z pleców .
A le ja k stali, ta k sto ją ; b a li się iść. D ziew k a w ra c a i m ów i, że
się b o ją iść.
— Id ź że, idź, pow iedz im, żeb y się nie bali, nic im nie
zrobię,
A n o c h ło p y przy szły , nieśm iało, p o ch w alili P a n a B o g a,
a g o sp o d y n i do nich :
— N o, siad ajcie i jedzcie, boście się n ap raco w ali.
C hłopi siedli, ale się nie b io rą do jad ła.
— N o, jedzcie, jedzcie, pojedzcie sobie ! A w ięcej tu nie
przychodźcie, bo ja se b ra ć nie dam .
T a sam a g o sp o d y n i m iała sp aśn e g o w iep rzk a w chlew ie,
ale g o nie zam y k ała. R a z w no cy p rzyszli złodzieje, za b ra li
w iep rzk a i w y p ę d zili n a drogę. A le w iep rzek ja k stan ął, ta k ani
weź ru szy ć g o z m iejsca. Złodzieje n am o rd o w ali się z nim , aż
się spocili, p o tem chcieli g o zostaw ić, a sam i pójść.
A le an i rusz z m iejsca ; stanęli, ja k b y ich k to p rz y b ił
do ziemi.
N ad ran em k azała g o sp o d y n i u g o to w a ć śn iad an ie d la ro b o
tn ik ó w , a k ie d y już b y ło w szy stk o g o to w e , m ów i do dziew ki.
— R e jn a , idź że, idź, zaw ołaj ty c h ro b o tn ik ó w , co to na
drodze z w ieprzkiem się m ordują, niech tu p rz y jd ą n a śniadanie.
P o szła d ziew k a i w oła :
•— Z ag n ajcie w ie p rz k a do ch lew a i chodźcie jeść !
J a k ty lk o to w y rzek ła, zaraz się ru szy li z m iejsca, zą g n ali
w iep rzk a do chlew a, ale się b ali w ejść do izby.
— No, chodźcie, chodźcie — w oła g o sp o d y n i — pojedzcie
se, a w ięcej tu k ra ść nie przychodźcie, bo ja se nie dam !
Złodzieje zjedli, g ę b y u tarli, p o dziękow ali i poszli a już
tam w ięcej nie przyszli, bo w iedzieli, że g o sp o d y n i nie d a sobie
nic ruszyć.
0 młynarzu i niewiernym żydku.
Ż yd p rzy ch o d ził do m ły n arza, ry c h ło m u się zm iele zboże
n a m ąkę. M ły n arz i m ły n a rk a sp iew o w a li zaw sze pieśń »G w iazdo
m orza«. J e d n e g o razu p rzy ch o d zi ży d i m ów i ta k :
—
í 89
—
— W ie le ra z y ty lk o p rzy jd ę, to w y, p a n ie m łynarzu, ś p ie
w acie zaw sze »gw iazdom orzie«. C zem u nie śp iew a cie inaksze
pieśni, ino w ciąż »gw iazdom orzie< i »gw iazdom orzie«.
A m ły n arz n a to Ick o w i, ja k o ta pieśń d o b ra i skuteczna.
»Czy to w dom u, czy n a polu, czy to w lesie, czy n a w odzie,
k ie d y jad ę, zaw sze ją śpiew am , a chociażby zbóje zastępow ali,
przez tę g w iazd ę m orza, w szystkie nieszczęścia się ro zp ierzch n ą
i zbóje p o u ciek ają« .
A le Ic e k :
— Aj w aj, p a n ie m ły n arzu , nie chce mi się w ierzyć na
w asze g a d a n ie ! Bo zbój ja k w lasu zastąp i, to on nie d aru je
nikom u, k o g o złapie, to nabije i w szystko m u za b ie rze . Co w un
tam w te d y ra c h u je n a w asze »gw iazdom orzie« !
J a k żyd poszedł, rzecze m łynarz do m ły n ark i :
— P o czek ajże p a rc h u , ja cię tu w n e t sp ró b u ję! Je n o ju tro
p rzy jd ziesz m ielać, w eńdę ja h o la w k rzak i, w ezm ę sobie do b reg o
k o stu ra , zaczekam cię tro ch ę w czas p rzede d n iem i p o tań cu je m y
sobie po k rzak ach .
P rze d e dniem jeszcze nie św itało, m ły n arz już w a rtu je n a
drodze w g ęstw in ie. P a trz y , idzie żyd, a m ły n arz trzy m a n a s tro
jo n y sm yczek. M ają się o b a sp o tk ać, a m łynarz ja k nie skoczy,
ja k zacznie sm arow ać, a sm aruje onym sm yczkiem , a łoi, co się
zm ieści.
A żydzisko : g w a łtu , g w a łtu ! D aru j rozbój, nie m am ze sobą
an i g ro sz a ! A m ły n arz nic, ty lk o łoi to cieńszym to g ru b szy m
końcem . Ick o w i bardzo d o piekło i po czął w rzeszczeć: »Gwiazdo-»
m orzie«, »gw iazdom orzie, ra tu j!«
W te d y m łynarz puścił żyda i na bliższe drogi robił chyże
kroki. P rz y p ad ł do m łyna, staje w m łynnicy i jak b y o niczem
nie słychał, czeka. Żyd w pada zdyszany, a m łynarz rzecze :
— Cóż w am to Ic k u , coście się ta k zdyszał ?
Ic e k n a to rzecze :
— A j w aj, an i b y k nie zliczył, ja k m nie zbój naćw iczył !
Id ę w ele k rzak i, tu rozbój w ysoki. J a k stan ie n a drodze ; daj
żydzie p ien iąd z e! »Ja ani szeląga!« T u nie tw o ja d ro g a ! D aw aj
w szy stk o tu m nie, bo cię śm ierć nie m inie! J a k m nie zaczął k i
jem łoić i mój g w a łt nie p o m ó g ł nic. O b ra c a m się i w tę stro n ę
i w tę stro n ę, w p ad ło mi do g ło w ie o tej waszej osobie. Ja k e m za
czął w całem g a rd le krzyczeć, w rzeszczeć: gw iazdom orzie, a w aj
g w ałtu , gw iazdom orzie, gw iazdom orzie ! ta k ten rozbój n a ten
p rz estrac h rzu cił kij n a drodze, a on uciekł w k rz ak i. O, mój p anie
—
19Ó
—
m łynarzu, ja k i te n pieśń szczęśliw y. J a k b y m b y ł tej p ieśni nie
zaśpiew ał, już b y m do w as nie p rz y d y b a ł.
I ta k m łynarz n a p ra w ił Ic k a , że u w ierzy ł w g w iazd ę m orza.
0 babie, co nie miała dzieci.
J e d n a b a b a nie m iała dzieci, a b y ła b ard zo b o g a ta . D a w a ła
n a msze, ch odziła n a o d p u s ty i co je n o k to doradził,
to ro b iła,
a dzieci ja k nie b y ło ta k nie b y ło . R a z p rz y szed ł do niej chłop,
co ch odził z o lejk am i i te n jej doradził, żeby k lo c e k ow inęła
w p ie lu c h y i przez ro k i sześć niedziel nosiła n a rę k ach , albo
k o ły sa ła , a do n ik o g o p rzez te n czas nic nie m ów iła, jen o w ciąż
śp iew ała, ja k d zieciątku.
B a b a ta k zrobiła : k lo c e k ochrzciła S tasiem i caluśki dzień
k o ły sa ła i śp iew a ła lulu, S tasiu, lu lu !
R a z p rzy szli k u p c y po w oły, a m ęża nie b y ło w dom u.
— P o n o tu m acie w oły do sp rz e d a n ia ?
B a b a nic nie m ów i, jen o w ciąż k o ły sze a śp iew an iem od
p o w ia d a :
Da w stajni u kołka
Jest ta ładna parka.
Lulu, Stasiu, lulu!
K u p c y obejrzeli w o ły i w ra c a ją :
— Co chcecie za te w o ły ?
B a b a znów śp iew a n ie m o d p o w ia d a :
Co ta sami chcecie,
To ta tyła dej eie.
Lulu, Stasiu, lulu!
K u p c y m ru g n ę li n a siebie i m ó w ią:
— G dzież w am d ać p ien iąd z e ?
B a b a w ciąż śp iew a :
Owińcie ta w chustkę.
Włóżcie pod poduszkę.
Lulu, Stasiu, lulu!
R zeź n icy ow inęli w chustkę, co n a p o tk a li koło stajni, w ło
żyli p o d p o d uszkę i z w ołam i odeszli.
P rzy ch o d zi m ąż, a b a b a m u śp ie w a :
Gospodarzu miły
Sprzedałam ci woły.
Lulu, Stasiu, lulu!
-
191
-
— A g d zież pieniądze?
Owinięte chustką
Są tam pod poduszką.
Lulu, Stasiu, lulu !
C hłop zajrzał do ch u stk i i aż się za g ło w ę złapał. B ierze
co tch u czapkę i chce g o n ić oszustów . W e drzw iach p y ta się b ab y :
— Ja k ie ż m ieli czap k i ?
Jeden miat srokatą,
A drugi jarzębiatą.
Lulu, Stasiu, lulu!
— A k tó rę d y ż poszli ?
B a b a śp iew ając p o k azu je rę k ą :
Jeden poszedł tędy
A drugi tamtędy.
Lulu. Stasiu, lulu ! '
G o sp o d arz p o g o n ił za nim i, ale żad n eg o nie schw ycił. W r ó
cił, b a b ę w y p ra ł i la lk ę jej p o tłu k ł.
0 hrabi co nie znał biedy.
B y ł jed en h ra b ia , którj^ nie w iedział, co to znaczy b ied a.
J a k i ty lk o u b o g i do n ieg o p rzy szed ł albo p o dróżny, k aż d eg o
p y ta ł się, co tam w św iecie sły ch ać ? K a ż d y z nich o d p o w iad a ł
m u, że nic w ięcej ty lk o że bieda.
Je d n e g o razu m ów i do sw y ch d w o rz an :
— M uszę ja raz iść w św iat i zobaczyć, ja k ta b ied a w y
g ląd a.
J a k p o m y ślał, ta k zrobił. W z ią ł sobie w o re k p ien ięd zy
i k o n ia i p o jech ał w św iat.
Z ajechał d alek o w ob cy kraj. L ed w ie w jech ał do p ie rw
szego m iasta, ujrzał, ja k u m arły leżał koło kościoła n a słońcu.
P y ta ł się, co to m a znaczyć te n u m a rły i czego się ta k piecze
na słońcu. P ow ied zieli mu, że tu je st ta k i zw yczaj, że ja k kto
um rze, a m a d łu g , to d o tąd m usi się piec n a słońcu, d o p ó k i się
k to n ad nim nie zlitu je i d łu g u za nieg o nie zapłaci.
H ra b ia m ów i ta k :
— P ow iedzcie, w iele w inien, a ja za n iego zap łacę.
P o w ied zieli m u, że ty le a ty le, a b y ło te g o ta k dużo, że
led w ie te p ien iąd z e, co m iał p rz y sobie, n a te n d łu g w y s ta r
czyły. P o ch o w a li u m arłeg o , a h ra b ia po jech ał dalej.
Z ajechał do d ru g ie g o m iasta, zachciało m u się jeść. Cóż tu
ro b ić ? A n o nie m a ra d y , trz a sp rzed ać konia. P o szed ł dalej
—
192
—
i szedł ta k d łu g o , aż w szystkie pien iąd ze stra c ił. G ło d n y by ł,
a nie śm iał n ik o g o prosić. A ż .k ie d y w szedł do lasu, poczuł
zap ach jab łek . Idzie i szuka. N ied alek o ujrzał o k rą g ły , ró w n y
p lac, w śro d k u ja b ło ń a n a niej śliczne jab łu szk a . S ię g n ą ł
po
nie, a tu coś m ów i do n ieg o :
— N ie ruszaj, boś nie sadził !
O n się zląkł, zm ów ił pacierz, później w stał izaś
s ię g a po
jab łk a. A tu znów m ów i do n ie g o :
— N ie rusz, boś nie sadził.
H ra b ia chciał już odejść, ale b y ł straszn ie g ło d n y . P o m y śla ł
sobie : sp ró b u ję jeszcze raz ! K lę k n ą ł i m odlił się dłu g o , później
w stał i zaś s ię g a po ja b łk a . T e ra z już nie sły szał żad n eg o głosu.
N a rw a ł so b ie ja b łe k , ile chciał, ja d ł i szedł dalej.
P o za lasem idzie d ro g ą i s p o ty k a p rz y drodze k lęczącego
staru sz k a. .S taruszek m ów i ta k do n ieg o :
— Co tu robisz, czego szukasz, h ra b io ?
A h ra b ia :
— N ie w iedziałem m , co to znaczy b ied a i poszedłem jej
szukać, a te ra z ją znalazłem , Oj, p ra w d a źe strasz n a b ie d a ! N a
w et nijakiej ra d y n a n ią nie m am .
S ta ru sz e k m ów i :
— J a b y m ci coś doradził, ale nie wiem , czy się na to zgodzisz.
H ra b ia od p o w ied ział :
— N a w szy stk o p rz y sta n ę, bo do sw o jeg o k ra ju pow rócić
nie p o d o łam , a już mi straszliw ie b ied a dokucza.
W te d y staru sz ek ta k m ów i :
— W tem m ieście je st k ró l, co m a trz y zaczarow ane córki.
D a łb y nie w iem co za to, żeb y się znalazł ta k i śm iałek, co b y
je w y b aw ił. W sz y stk ie trz y w y ch o d zą o p ó łn o cy , zab ie rają m asa
trzew ik ó w i nie w racają, aż zacznie św itać. K to b y je u p iln o w ał
i p o d p a trz y ł, co ro b ią w nocy, ten b y je w y b aw ił. Idź do k ró la ,
zgódź się z nim , a ja k się zgodzisz, p rzy jd ź do m nie, a ja ci
d oradzę, co m asz robić.
H ra b ia poszedł do k ró la i pow iedział, że on u p iln u je jeg o
córki. A k ró l n a to :
— D obrze, ja k u pilnujesz, to d o stan iesz tę k ró lew n ę, k tó rą
sobie up o d o b asz a z nią p ó ł k ró lestw a , a ja k nie, to stracisz głow ę.
A teraz idź i ry c h tu j się n a noc.
H ra b ia poszedł do staru sz k a, a te n g o nauczył, co m a dalej
ro bić. D a ł m u też trze w ik i i płaszcz i pow iedział, ‘ż e m u się to
w n o cy p rzy d a.
- 1 9 3
-
"W ieczorem zaprow adzili g o do pokojów k ró le w n y c h i zo
staw ili go sam ego. H ra b ia p o ło ży ł się n a łóżko i po czął chrapać.
P rzy sz ły do n ieg o k ró lew n e, p rz y n io sły d o b re jad ło , w ino p o
częły go częstow ać, p o tem za p ra sz a ły do ta ń c a i różnie g o k u
siły, że b y w stał, ale on u d aw ał, że sp i ja k za b ity i ani się nie
obrócił.
N adeszła je d y n a sta , poczęły się zbierać. H ra b ia ze rk n ął
z p o d o k a i o m ało się nie zdradził. "W szystkie trz y b y ły p ięk n e
g d y b y łan ie, a n ajp ięk n iejsza najm łodsza. B ije d w u n asta, k ró
lew n e tu p , tu p , p o cich u tk u ko ło łóżka a k aż d a z w orkiem trz e
w ik ó w na ręce. J a k ty lk o w yszły, h ra b ia w dział sw oje trzew iki,
co w n ich m ilę sk oczy i płaszcz, co w nim n ik t nie u jrzy i dalej
za niem i. O ne jad ą, co k o ń w y sk o cz y , a on k ro k w k ro k za
niem i Co one p rędzej, to i on prędzej.
Z ajechali ta k p rz ed szk lan y pałac. Ś w iatło bije z okien,
m u zy k a g ra , sły ch ać k rz y k i i śpiew anie. J a c y ś k u si ludzie
w p ro w ad zili je n a g ó rę p o d p achę. H ra b ia k ro k w k ro k za
niem i. S p o jrzy po sali, a tu d o k o ła zam iast lam p tru p ie g ło w y
z oczam i św iecącem i, a ca ła p o d ło g a w y ło żo n a ostrem i brzytw am i.
Z ląkł się strasznie, ale nic, czeka co to dalej będzie. A m oje
k ró le w n y ja k zaczną h u la ć p o ty c h b rz y tw ach , a p rz y tu p y w a ć ,
to ino się w oczach m igało. A co raz p rz e ta ń c z y ły w kó łk o ,
w y rz u ciły trzew ik i przez okno n a p o le i ta k do końca. H ra b ia
w sw oim płaszczu nie w id zian y p rzecisn ął się n a pole, bo już
m iał dość. W z ią ł je d n ę p a rę trzew ik ó w n a zn ak i po szed ł do
o g ro d u . N a każdem drzew ie b y ły tam złote ja b łk a , g ru sz k i
i ś liw k i; w ziął też z k aż d eg o drzew a p o jed n em n a pokaz. G d y
się już za b aw a m iała ko ń czy ć, . w rócił p rę d k o do sw ego zam ku
i p o ło ży ł się, ja k w p rzódy. K ró le w n e w chodzą do p o k o ju
i w idzą go n a łóżku. P o c z ę ły się z n ieg o śm iać, że g o w y w ie d ły
w pole. O n się z nich śm iał jeszcze lepiej, ale p o cich u tk a .
R a n o k az ał m u k ró l przy jść do siebie i s p y ta ł się, czy
u p iln o w a ł ?
—- U p iln o w ałem .
— No! to p o k aż jak ie znaki.
O n w y jął ja b łk o , gru szk ę, śliw kę złotą i p a rę trzew ik ó w
p o k ra ja n y c h .
K ró le w n e stru ch lały .
P ierw sza m ów i :
— Ż ebym się po k o la n a w k am ień obróciła, ja k to p ra w d a !
I o b ró ciła się po k o la n a w kam ień.
13
194
—
D ru g a m ów i :
— Ż eb y m się p o p a s w k am ień obróciła, jeżeli to p ra w d a !
1 o b ró ciła się w k am ień po pas.
T rzecia m ów i :
— Ż ebym się cała w k am ień obróciła ! I o b ró ciła się cała
w k am ień.
P rz y n ie śli trz y tru m n y i złożyli je do nich. A k ró l p o w ia d a :
— K ie d y ś je u p iln o w a ł za życia, m usisz je p iln o w ać po
śm ierci w k o ściele do trze cieg o dnia. J a k je upilnujesz, dostaniesz
p ó ł k ró le stw a , a ja k nie, to stracisz głow ę.
H ra b ia s tra p io n y p o szed ł do sta ru sz k a i opow iedział w szystko.
S ta ru sz e k m ów i m u :
— N ic się nie bój ! K a ż okuć tru m n ę najstarszej k ró le w n y
w d w ie obręcze, c o b y m iały po d w a cale g ru b o ści. P o d w ieczór
pójdziesz n a ch ó r i k ażesz się zam knąć, a w eź se lask ę ze sobą.
H ra b ia p o szed ł i zrobił, ja k m u sta ru sz e k kazał. W ieczo rem
w yszedł n a c h ó r i k az ał się zam knąć.
B ije je d e n a sta g o d zin a, obręcze p ę k ły , w iek o odskoczyło,
w staje n ajstarsza k ró le w n a i szuka czegoś po ko ściele. P o d łu
giem chodzeniu sp o g lą d a n a ch ó r i m ów i :
— A h a ! tam eś to p ta sz k u !
Z b iera ław k i p o kościele, staw ia jed n ę, n a d ru g ą i w yłazi
do n ieg o . G d y już b y ła n ied ale k o , on p o p c h n ą ł ją la sk ą n a ko'
ściół, ła w k i się zw aliły, a o n a sp ad ła. T ym czasem u d e rz y ła d w u
n a s ta g o d zin a i m usiała iść do tru m n y .
R a n o p o szed ł n a d ro g ę do te g o sta ru sz k a i s p y ta ł się, co
m a dalej robić.
S ta ru sz e k p o w iad a :
— K a ż o k u ć tru m n ę średniej k ró le w n y w trz y obręcze, a ty
idż do za k ry sty i. J e s t tam dół, w k tó ry m je s t p ełn o kości. K a ż
te kości w yrzu cić, w leź do te g o dołu g ło w ą n a dół i k aż się
p rz y k ry ć tem i kościam i.
H ra b ia zrobił, ja k m u staru sz ek kazał. P o te m w lazł do dołu.
i n a k ry li g o kościam i. B ije je d e n a sta godzina, obręcze trza sły ,
w ieko o d skoczyło, w staje śre d n ia k ró le w n a i szuka g o po k o
ściele, ale n ik aj znaleść nie może. P o szła p o tem do z a k ry sty i
i ro zrzu ca te kości. N atrafiła na je g o n ogi, ch ciała g o w y c ią g n ąć,
ale g o ty lk o u g ry z ła w piętę, bo już nie m iała na więcej czasu.
W y b iła d w u n a sta g o d zin a i m usiała iść do tru m n y .
R a n o poszedł znow u do staru szk a, k tó ry m u ta k p o w ied ział:
— K a ż sobie zrobić ta k ie sito, żeb y się m ogło zap alić, ja k
nim rzucisz. T ru m n ę najm łodszej k ró le w n y k aż p o te m ustaw ić
—
195
—
w y so k o na k a ta fa lk u , a ty w eź to sito do rą k , idź p rzed o łtarz
i tam się m ódl. J a k ona w stan ie i poleci do ciebie, rzuć n a n ią
to sito, a ja k się n a niej spali, w eź ją p o d rę k ę i m ódl się do
sam eg o ra n a. T eraz dostaniesz i k ró lew n ę i p ó ł k ró le stw a .
O n nie w iedział, ja k m a staru szk o w i d zięk o w ać za tę p o
moc, a staru sz ek ta k rzecze :
— T y ś za m nie d łu g zapłacił, jak em się p ie k ł n a słońcu,
m u s iO m ci to n ag rodzić. T e ra z już z nam i k w i t a . T o m ów iąc,
znikł.
H ra b ia b ard zo się tem u dziwił, a p o tem poszedł do kościoła,
w ziął sobie to sito i czekał n a k lęczk ach w kościele.
B ije je d e n a sta godzina, tru m n a trzeszczy, w ieko odlatuje,
a z tru m n y w staje najm łodsza k ró le w n a i leci do niego. O n rz u
cił im nią to sito, a to sito do cna się n a niej spaliło. P o te m
w ziął ją za rę k ę i poszedł z nią p rz ed o łtarz.
R a n o o rg a n is ta o tw ie ra kościół i nie m oże otw orzyć. Z a
w o łał k ró la, żeby sam otw o rzy ł. P rz y sz e d ł k ró l, ledw ie o tw o rz y ł
do p o ło w y , a tu widzi, ja k dużo ludzi w ychodzi z kościoła, a co
k tó ry w yjdzie, to n a p o lu zgaśnie. N a o sta tk u w ychodzi h ra b ia
z najm łodszą k ró lew n ą, a za nim i te dw ie starsze sio stry .
K ró l się u cieszył b ard zo i zajął w szy stk ich do pałacu . P o
tem w y p ra w ił w esele, p o żen ił h ra b ie g o z najm łodszą k ró lew n ą
i d a ł im p ó ł k ró lestw a . H ra b ia żył szczęśliw ie z w y b a w io n ą
k ró le w n ą i n ig d y już w ięcej b ie d y nie zaznał.
0 złotej bani.*)
J e d n a u b o g a b a b a m iała trz y córki, a w szystkie b y ły p ię k
nej u ro d y . R a z przy szedł do tej m atk i u b o g i dziadek i m ów ił,
żeby m u d ała je d n ę có rk ę n a służbę do jed n eg o b o g a te g o p ana.
A te n u b o g i to b y ł zbój ty lk o p rz e b ra n y za dziada. M a tk a się
sp rasza i m ów i, że jej w szystkie trz y p o trzeb n e, ale zbój ja k
zacznie n a le g a ć i d o g ad y w ać, ja k o n a tam będzie m iała dobrze,
ta k m u się już n ijak n iem o g ła w ym ów ić i d ała mu n ajstarszą córkę.
Zbój z a b ra ł dziew uchę i poszli. Idą, idą a nic nie m ów ią
do siebie. T rz ecieg o d n ia p y ta się c ó rk a : a dalek o tam jeszcze?
»Co się p y tasz, chodź!«
C zw arteg o d n ia zaszli p rz ed p ię k n y pałac, a nie by ło
w nim n ig d zie okien, ani drzw i. Zbój n acisn ął sp rę ży n ę w jed*) Niektóre szczegóły tej
zbieracza).
i poprzedniej
bajki przypominają Grimma (Przyp.
—
196 —
nem m iejscu, drzw i o d sk o czy ły i weszli do środka. B y ło tam
siedm p o k o i, a co je d e n to p iękniejszy. W p iw nicach zaś b y ły
k o p a ln ie zło ta i śre b ra . Zbój o d d ał jej klucze od w szy stk ich
p o k o i i p iw n ic i pow iedział, że jej w szędzie w olno chodzić ty lk o
do sió d m eg o nie. D a ł jej jeszcze czerw one ja b łk o i n a k a z a ł jej
w szędzie z niem chodzić. P o te m ro z e b ra ł się z dziadow skiego
u b ra n ia i p o sze d ł n a dó ł do złotników .
R a z , g d y on p o jech ał n a polow anie, o n a od em k n ęła sobie
do te g o sió d m ego p o k o ju i poszła tam z tem jabłkiem . B y ł tam
dół, a w ty m d ole p ełn o kości ludzkich, a do o k o ła p o ścianach
p o ro zw ieszan e narzęd zia zbójeckie. D ziew ucha p rz elęk ła się b a r
dzo i ch ciała u c ie k a ć ; sp o jrzy n a ja b łk o a ono bledziusieńkie.
G d y zbój p rz y je ch ał, s p y ta ł się jej, czy b y ła w ty m o s ta t
nim p o k o ju . O na pow iedziała, że nie.
— A p o k aż ja b łk o !
O na p o k az ała, a zbój zaraz poznał, że b y ła, bo jab łk o
zb ladło. W te d y za p ro w ad z ił ją do te g o siódm ego p o k o ju i uciął
jej g ło w ę n a p n iak u .
W k ilk a dni p o tem p o szedł znow u p rz e b ra n y za d ziada do
tej m a tk i i pow iedział, że tej najstarszej córce b ard zo dobrze
i m ów ił, żeb y tam d ała jeszcze jedne. M a tk a d ała jeszcze i tę
d ru g ą có rk ę.
Z ap ro w adził ją do sw eg o p ałac u ,
d ał jej klucze i jab łk o
czerw o n e i p ow iedział, ta k ja k pierw szej, żeby do siódm ego p o
k o ju nie za g lą d ała.
G d y on w yjechał, o n a p oszła do te g o p o k o ju i u jrzała to
co i tam ta. Zbój przy jeżd ża i p y ta się, czy b y ła w pokoju.
— N ie byłam .
— T o p o k aż jabłko!
O n a p o k az ała,
a zbój poznał, że ona tam b y ła i uciął
jej g łow ę.
P o te m poszedł
po tę trzecią i pow ied ział m atce, że tam te
o nią proszą, b o się im cnie M atk a ra d a nie ra d a , d ała ją, a ta k
p o zb y ła się i trzeciej córki.
Zbój p rz y je c h a ł z nią do p ałacu , d ał jej klucze do w szy st
k ich p o k o i i to jab łk o i pow iedział, że jej w szędzie w olno c h o
dzić, ino do siódm ego nie.
A le g d y on znow u w yjechał, ona p o ło ży ła to jab łk o w je d
n y m p o k o ju , a poszła sam a. U jrz ała tam dó ł z kościam i ludzkiem i, a n a w ierzchu sw oje sio stry . B ard zo się tem zm artw iła,
p o p ła k a ła n ad siostram i a p o tem p o szła do swojej ro b o ty .
—
197
—
Zbój p rz y je ch ał i s p y ta ł się, czy b y ła w ty m pokoju, a ona
m ów i, że nie.
— T o p o k aż jab łk o .
P o k aza ła , a to ja b łk o b y ło czerw one. Zbój m yślał, że o n a
tam n ie b y ła i b a rd zo ją p olubił, bo m u b y ła w ierną.
R a z w y jech ał zbój do d alek ie g o k ra ju n a trz y m iesiące.
W te d y o n a k az ała g ó rn ik o m , żeby jej u lali ze zło ta b an ię ta k ą
dużą, żeby się do niej zm ieściła. O biecała im zato, że ich w y
p u ści i d a im dużo złota i śrebła.
G ó rn ic y ją u słuchali i u lali ta k ą dużą b an ię, ja k sam a
chciała. W te d y o na n a b ra ła do niej w sz y stk ie g o : p ierścionków ,
n aczy n ia zło tego, k u lczy k ó w i w szy stk ieg o . G ó rn ik ó w w y p u ściła,
p o z a m y k a ła w szy stk ie pokoje, w eszła do tej b a n i i k azała, żeby
ją w to czy li w g łę b o k ą rzekę. G d y ją w toczyli, to czy ła się ta k
p o d w o d ą d alek o i d o to czy ła się aż p o d u p u stę.
P rz y je c h a ł tam p o d tę u p u stę p a ro b e k od jed n eg o p an a
i chciał k o n ie n ap oić. A le ko n ie nie ch ciały w ody pić ty lk o ją
w ąch ały . P o w ró cił p a ro b e k do dom u i o pow iedział p a n u co
zaszło. S am p a n w siad ł n a k o n ia i pojechał. A le k o ń nie chciał
pić w o d y , ino ją w ąchał. P a n k az ał w odę w szy stk ę spuścić i w y
d o b y li złotą b an ię i w staw ili ją do je g o pokoju.
Z astaw ili p a n u n a o b iad jedzenie, a n ik o g o w p o k o ju nie
b y ło . Za chw ilę p atrz ą, a jed zen ia niem a, gdzieś się podziało.
T a k się działo k a ż d e g o dnia, a n ik t nie w iedział, co w tem jest.
P o sąd zali służącą, p a ro b k a , a n ig d y się p ra w d y dow iedzieć nie
m ogli. A to ta p a n n a się o d m y k ała i zjadała, co było.
K ie d y ta k n ie m ogli się dow iedzieć, k to to zjada, p o staw ili
stróża, żeb y p ilnow ał. A le n ig d y nie m ógł w y p iln o w ać, bo m u
się czasem zdrzym ło, to znow u sp a ł i n ig d y nie m ó g ł w y p il
n ow ać.
T a k nareszcie sam p an zaczął p iln o w a ć : »P rzecie ja tu
te g o p ta sz k a złapię!« I ch y cił tę p annę. A jeszcze przedtem ,
g d y spał, zaw sze m u w k ład a ła zło ty pieszczeń(!) n a p alec, a on
się zaw sze dziw ił, sk ą d on to m a n a palcu.
G d y ją chycił, ona m u w szystko opow iedziała, w y b ra ła
z b a n i w szy stk ie d ro g ie rzeczy i ten p an się z n ią ożenił.
Żyli dobrze ze so b ą i dobrze im się pow odziło, ale ta
p a n n a zaw sze się czegoś b ała, a to w łaśnie te g o zbója.
T en zbój d ow iedział się, że ona je st w jednej wsi, ale nie
m ó g ł się dow iedzieć, w k tó rej o n a jest. C hodził p rz e b ra n y za
d ziad a od w si do wsi i p y ta ł się: »co też tu u w as słychać«.
і 98
*■»
R a z doszedł do jed n ej w si i ta k się z a p y ta ł, a oni m u
pow iedzieli, że p a n znalazł zło tą b an ię, a w niej b y ła p an n a,
W te d y on się sp y ta ł, gdzie te n p a n m ieszka, a g d y m u p o w ie
dzieli, p o szed ł i p ro sił te g o p a n a o n o cleg . P a n go nie chciał
p rzenocow ać, ale k ie d y ta k b ard zo p ro sił, ta k p an n a t o p rz y sta ł.
G d y już noc z a p a d ła i w szyscy już spali, w ziął zbój z p o
d w ó rca d u ży kociół, w lał do n ieg o dużo sm oły i zaczął p o d nim
palić, że aż b y ł czerw ony. P o te m p ozaśw iecał ży łk i z człow ieka
d lateg o , żeb y n ik t się nie przebudził i poszedł n a g órę. Z nalazł
łóżko p a n n y i począł ją ściąg a ć z łóżka. W te d y o n a zaczęła
krzy czeć : M ężu, ra tu j m nie !« ale n ik t się nie przebudził.
W te m n a szczęście k o te k p rzelecia ł przez te żyłki i w szy st
k ie zagasił. D o p iero te n p a n u sły szał i p rzeb u d ził się. A już
zbój n ió sł p a n n ę do k o tła.
P a n p o p rz e b u d z a ł w szy stk ich i u ra to w a li p an n ę, bo jeszcze
ją nie w sad ził do k o tła. W ię c chycili te g o zbója, w sadzili go do
k o tła i u sm arzyli. T e ra z już żyli razem szczęśliw ie i sw obodnie.
A te k o p a ln ie i p a ła c w zięli n a sw oją w łasność.
Stefan Zaleski.
-S älffC s— "
ROZMAITOŚCI
Przyczynki do baśni lenorowych. W roku zeszłym, w ystosowałem
w „L udzie“ (str. 218 ) i w „W iśle“ (str. 580) odezwę do czytelników
z prośbą o nadsyłanie w ersyi, opowiadań lub pieśni n a tle lenoro
wem. S kutek odezwy przeszedł wszelkie moje oczekiwania, bo w od
powiedzi na kw estyonaryusz nadeszły... d w i e odpowiedzi. Świadczy
to wcale niekorzystnie o zainteresow aniu się czytelników obydw u
naszych czasopism etnograficznych kw estyam i, poruszanem i często
w odezwach. Je śli w ciągu d z i e w i ę c i u miesięcy nadeszło d w i e
odpowiedzi — trudno liczyć n a cokolwiek w przyszłości. Ten też
w zgląd sk łan ia mnie do ogłoszenia ju ż teraz drobnego przyczynku
do poruszonej spraw y.
Pierw szym , k tó ry odpowiedział n a moje pytanie, b y ł p. Sewe
ry n U d z i e l a , przy sy łając baśń, zapisaną w roku 1898 . w Nowej
wsi w pow. w ielickim od A nieli Zam erlakównej. Brzm i ona n astę
pująco:
„Zalócoł sie jeden parobek dziewce, ale go wzięni do w ojska
i tam p rz y wojsku um ar. D ziew ka o tem nic nie w iedziała i w y
g ląd ała go każdego dnia. Jednego wieczora przychodzi ten parobek
do dziewki, sta n ą ł za oknem i zaw ołał na nią, zeby ś nim jechała.
Ona w y sła do niego, w zięna ze sobą różaniec, książkę do m odlenia
-
199
i skaplérz. P arobek wsiod ś nią n a konia, a ty m koniem to b y ła
trum na... Jad ą , jadą, ja z przyjechali w pół drogi. P arobek ta k m ówił:
„Miesiącek świeci, piękno ośw iata,
U m arli jado z tam tego św ia ta .“
T ak zajechali n a cm entarz... On śloz z konia i mówił, zeby sła
ś nim do grobu... D ziéw ka z przestrachu w rzuciła do grobu tłum ok,
co go ze sobą m iała, on m yślał, ze to ona w leciała i w skocuł téz
do grobu, a grób sie zaraz zaw ar.
Tymcasem dziéw ka s k ry ła sie do kośnicy, ale tam leżał znów
in n y um arły. Ledwo zam knęna dźwi, p rz y la tu je ten parobek z grobu,
dobijo sie i m ów i:
— „Zm aren w stej, a puś żyw ego!“
A le dziówka na to :
—г „Zm ařen lez, do P an Bóg chwałę mnie i to b ie !“
Parobek k rzy cy po roz drugi :
— „Zm aren wstej, a puś ży w eg o !“
A dziéw ka zaś:
— „Zm aren lez, do P an Bóg chw ałę mnie i to b ie :“
P arobek k rz y k n ą ł po roz trzeci:
— „Zm aren wstej, a puś ż y w eg o !“
Dziéwka znowu :
— „Zm aren lez, do P an Bóg chw ałę mnie i to b ie !“
W te m ko g u t zapioł, a parobek skocuł do grobu.“
Opowieść ta różni się od ogółu baśni lenorow ych brakiem mo
ty w u tęsk n o ty za kochankiem, jakoteż brakiem zakończenia, w którem zazwyczaj dziew czyna po pew nym czasie um iera ze strachu.
D ru g ą odpowiedź otrzym ałem od p. K azim ierza K a c z m a r
c z y k a , k tó rą też przytoczę w uryw kach :
„W iara w pow rót kochanka poległego w bitw ie u trz y m a ła się
w całej pełni w okolicy Bochni. P ieśni jednak nie mogłem znaleźć
ani jednej pomimo poszukiwań, ta k samo i ballad...
„N a zakończenie przytaczam pieśń krążącą w Chroszowie (pow.
bocheński), na potwierdzenie w iary w pow rót kochanka, zw racam
jednak uwagę, że pieśń ta jest praw ie identyczna z pieśnią W a si
lewskiego (Poezye. Poznań, 1840 І. str. 28 —32 ). J a k i zachodzi
stosunek między niemi, nie umiem powiedzieć; być może, źe lud
przejął ją od W asilewskiego, k tó ry sobie zjednał obyw atelstw o na wsi:
„Nie ta k djoboł straśny, jakiégo m alują,
N iedługo dziewuchy chłopaka żałują,
Niedługo żałują, chociaż się podroży
Przeciez lo innègo swój wiąnecek złoży.“
„Nie złoży, nie złoży, daręm ne tw e chęci,
Bo mi mój m iły J a ś nie w yjdzje z pam ięci.“
„Mam ja w łasną chatkę i zagąnek żyzny,
Żw aw y chłopok ze mnie, brąniłem ojcyzny,
200 B rąniłem ojeyzny, kiedy było trze b a,
To ąna mi tera z nie żałuje cbleba. “
„N a twoje dostotki chętka mnie nie zwiedzie,
Kochąm swego J a s ia , a tobie nie wierzę “
„O moja dziewcyno, kiedyś ta k a s ta ła
To swégo miłego bedzies oglądała.
Bedzies oglądała, bo przy tobie stoi,
Swojęm przyw itanięm niech eie uspokoi.“
„Mój m iły, mój m iły, су mnie oko zwodzi,
Czyli twoja dusa z m ogiły wychodzi?“
„N ie z m ogiły K asiu, lecz pow racam z boju
Odpocąó przy tobie po tru d ac h i znoju.“
Odpowiedź p. K aczm arczyka jest praw ie we w szystkiem nega
tyw na. Co się zaś ty czy w iersza przytoczonego, to je st on istotnie
p ió ra W asilewskiego i podobnie, ja k L a u r a i F i l o n K a rp iń
skiego, d o stał się m iędzy lud.
N iew ielki ten plon, k tó ry przynieśli chętni pracow nicy na
niwie ludoznaw stw a polskiego, może zachęci innych do naśladow ania.
Stanisław Zdziarski.
W sprawi? piosnek i zabaw dziecięcych. 1 . W czasie krycia
dzieci k ła d ą palce drugie obok siebie, ile dzieci je s t i mówią p rz e
różne m ętow ania, a n a czyj palec ostatnie słowo w ypadnie, to
dziecko k ry je się a reszta go szuka i ta k .
„E n tliczki pętliczki zielone stoliczki, na kogo w ypadnie, na
tego samego pana J a n a brd ęk .“
2 . Dzieci ujrzaw szy robaczka czerwonego słonko, k ład ą go
na palce mówiąc: „biedroneczko leć do nieba a przynieś nam dużo
chleba“.
U słyszaw szy ku k u łk ę w ołają: „kukułeczko panieneczko z ziela
i śmieci powiedz, ile la t do mojej śm ierci", albo: „kukułeczko p a
nieneczko z drobnego ziela powiedz, ile la t do mego w esela“.
Dzieci przynoszą bociany, a w ybierają je z błot i bagnisk.
3 . Pujdźka, rodzaj małej sowy, w oła: „pójdź w dołek pod k o
ściółek“. Ja sk ó łk a ujrzaw szy kota, krzyczy: „cw isa! c w isa !“. Z ła
jest, bo k o ty wioząc ją, w yw róciły wózek i przez to połam ała nóżki
i odtąd chodzić nie umie.
W róbel w oła: „żyw! ży w “ za karę, że nie chciał uw ierzyć
w śmierć C hrystusa.
P erliczka wciąż klnie „p siak rew “.
4 . Leniąc piszczałki z w ierzby n a wiosnę, dzieci śpiew ają :
„Uleń mi się piszczałeczko, dam ci ju tro dwa jajeczka, a ja k mi się
nie ulenisz, to cię rzucę za piec, podziubie cię czarna k u ra , jarzęb ia ty k o g u t“.
201
5 . Dzieci male biorąc na kolana mówią: „ ta k pan jedzie po
obiedzie, a ta k pani z karm elkam i a ta k żyd a ta k ż y d B. P rzy
o statnich słowach najwięcej podrzucają dzieci.
„Szedł chłop po desce w czerwonych porteczkach, powiedzieć
ci jeszcze ? — Chodziła czapla na wysokich nogach po desce, powie
dzieć ci jeszcze? — Szedł W ejtek bez portek po grudzie, cha cha!
śmieli się ludzie, powiedzieć ci jeszcze?“
T akże licząc dziecka paluszki, m ówią: „Grotowała m yszka jagiełki, tem u dała, tem u dała, tem u łepek u rw a ła i for p o lecia ła .“
— U derzając dzieciny rączęta, mówią klaszcząc niemi: „K osi kosi
łap k i pojedziem do m atk i, od m atki pojedziem do ta ty , jest tam
pies k u d ła ty “, inna odm ianka znów ta k a „Kosi kosi łap k i pojedziem
do b ab k i“.
6 . N a Wielkanoc chodzą m ałe dziew czynki wiejskie z gaikiem
i śpiew ają:
„Do tego tu domu wstępujem y,
Szczęścia zdrow ia winszujem y,
A żebyście zdrowi byli w każde ranko,
W inko pili w inko winko i wineczko,
W každjr dzionek śniadaneczko.
Stoim y tu na kamieniu,
Ciecze woda po ram ieniu;
P an i gospodyni stoi w rogu stoła,
Suknia na niej same złote koła.
P an i gospodyni kluczykam i brzdąka,
Dla, nas ci to dla nas podarunku szuka.
A dejcie nam co macie dać,
Bo nam tu ta j długo czekać,
Bo nam tu ta j czas truchleje,
Gaiczek nam w ia tr rozwieje.
N asz g aik zielony pięknie ustrojony,
Pięknie sobie chodzi, bo mu się ta k godzi.“
N a podobny sposób, w edług jednej melodyi, z małem i odmiankam i w treści pieśń t a byw a śpiew aną w całej okolicy. Chłopcy
znów w czasie kolędowania obnoszą po wsiach szopki, śpiewają
kolendy i w ygłaszają zapomocą ruchom ych figurek rodzaj dyalogu,
gdzie w ystępują trzej królowie, Herod, dyabeł, żyd, chłop ze S k a l
m ierzyc i tem u podobne inne postaci.
7. G ier dziecinnych m am y mnóstwo.
P t a s z e k . Dzieci robią koło, w środku stoi jedno dziecko
i w koło niego śpiew ają chórem: „Chodzi ptaszek po ulicy, zbiera
sobie ziarn pszenicy a ja sobie stoję w kole i w ybieram kogo w olę“ .
S tojący w środku w ybiera jedno z okrążających go dzieci i to musi
stać w kole.
Z a j ą c . S toją dzieci szeregiem a jedno wzdłuż nich chodzi wo
łając: „Idzie zając miedzą a psy i ludzie o nim nie w iedzą“ potem
uderza w plecy jedno z szeregu i woła: „pies! pies!" Dzieci krzy -
— 202 eząc ro zlatu ją się, a które aie stanie na m iejscu w rząd, musi ob
chodzić.
G ą s i o r . Dzieci stoją szeregiem i jedno obchodząc p y ta się :
„G ąski czemu nie jecie? — R azem odpow iadają: Bó się bojemy. —
A czego? wilka. — Gdzie on je s t? — za górami. Co robi? gęś
skubie. — A ja k ą ? siodłatą. — W ted y robi się k rz y k i w ołając
„siuchna“ ro z la tu ją się dzieci, a k tóre nie wróci na miejsce w sze
regu, znów obchodzi p y tając się.
Z g a d u j z g a d u l a g d z i e m o j a z ł o t a k u l a . T u siadają
dzieci rzędem, jedno u drugiego na kolanach, a jedno chodzi na
jednej nodze i p y ta : „zgaduj zgadula w którym ręku złota k u l a ? “
i przedm iot chowany sunie się od ręki do ręki a kto złapie, ten
znów m usi szukać.
L i s . Dzieci stoją rzędem i trzy m a ją ręce w t y ł i śpiew ają:
„Siedzi lis w grochowym wieńcu, ja m u się kłaniam jako książę сiu,
ale t y lisku dobrze wiesz, że kogo kochasz, tego bierz“ i p o ry w a
z rzędu jedno dziecko, a na miejsce jego samo wstępuje. Albo śpie
w ają w in n y sposób: „Chodzi lis koło drogi, niem a ręki ani n o g i“.
M y s z k a . R obią dzieci koło, jedno za kołem biega, m ówią do
niej: „w yjdź m yszko!“ „nie w yjdę“ „to ci oczko wydłubię® „a ja
dziurką ucieknę“ i następuje gonitw a.
Ignacya Piątkowska.
Przyczynek do Hagady. W zeszycie 4 tym tom u IY „L u d u “, na
str. 438—39 p. L. M łynek zamieścił ustęp p. n. : P r z y c z y n e k
d o p o l s k i e j H a g a d y “ „S tw orzuł P anbóg g ru sk e “, którego tre ś
cią je s t opowieść wierszowana, (ta k zw ana podług a u to ra „ ło ra c y ją “)
o stw ęrzeniu przez P an a B oga gruszki, kozy, pieska, kijka, ognia,
wody, wołu, rzeźnika i dyabła, co w szystko razem au to r pow tarza
w ludowem narzeczu tam tejszych okolic.
Czy pow iastka ta je st polską „H ag ad ą“, tego nie będę roz
bierał, Ja k im sposobem dostała się ona w T arnow skie i kiedy, to
trudno rozstrzygnąć, podług wszelkiego praw dopodobieństw a jednak
stało się to dopiero w ostatnich dziesiątkach la t, a w każdym razie
m ożna tw ierdzić słusznie, źe nie pow stała pierw otnie na P odkarpaciu.
Przypowieść owa b y łą szeroko rozpowszechnioną i często po
w tarzan ą ta k w Płockiem jak i w G ortyńskiem , (podobnie w W .
K s. Poznańskiem A. K.) zarówno po wsiach ja k i po m iastach około
r. I 860 , kiedy to będąc m ałym chłopcem, (około 5 la t wieku) sam
ją um iałem doskonale na pam ięć i potem jeszcze przez cały la t
szereg pow tarzałem ją p rz y każdej nadarzonej sposobności. D zięki
tem u mogę tu podać w „L udzie“ ową przypowieść w całości, nie
roniąc z niej, ani nie zm ieniając w niej żadnego w y razu , a czynię
to głów nie dlatego, że przypow ieść pana M. oprócz ściśle m iejsco
wego ludowego znam ienia w języku, którego poprzednio z pewnością
nie m iała, posiada w sobie parę w ybitnych różnic, będących nalecia
łością późniejszych czasów, n a co i każdy czytelnik łatw o się zgodzi
po ich wzajemnem porównaniu.
-
203
Przypowieść ta jest, ile mi się zdaje, nie ściśle polskiego
lecz polsko-żydowskiego pochodzenia, uk ład u jakiegoś żyda wiejs
kiego (np. m leczarza — pachciarza), k tó rzy nieraz bardzo dobrze,
płynnie i czysto mówią po polsku.
Od tak ich żydów słyszałem dawniejszemi la ty wiele różnych
pow iastek, niejednokrotnie bynajm niej nie pozbawionych głębszej
m yśli, przenoszących o wiele ta k form ą ja k i treścią „h agadę“.
Przypowieść, k tó ra nas tu ta j zajmuje, opowiadano sobie głów nie
w obecności żydów, czyniąc z nich w ten sposób ż a rt niew inny,
z którego ci bynajniej wielce zadowoleni nie byli. Je śli i dziś zd a
rz y się ją u słyszeć kiedy w Płocku lub gdzieindziej, to ty lk o
w celu zabaw ienia się- „głęboką pom ysłowością żydow ską“ po
w tarzaną.
Pom ijając przym ieszkę żydow sko-źargonową w języku, z jak ą
się zw ykle w y g łaszała, a pozostaw iając ją tam tylko, gdzie je st
p raw ie niezbędną, przypow ieść owa w ygląda w następujący sposób:
Z esłał P an Bóg na ziem gruszki, żeby z drzew a spadały.
G ruszki nie chcą spadać.
Z esłał P an Bóg n a ziem Koze, żeby g ru szk i trząsać,
Koze nie chce gruszki trząsać,
G ruszki nie chce spadać.
Z esłał P an Bóg na ziem Pieski, żeby Koze kąsać !
P ieski nie chce Koze kąsać,
Koze nie chce gruszki trząsać,
G ruszki nie chce spadać.
Z esłał P an Bóg na ziem kijki, żeby pieski wybić!
K ijk i nie chce pieski wybić,
Pieski nie chce koze kąsać,
Koze nie chce gruszki trząsać,
G ruszki nie chce spadać.
Z esłał P an Bóg na ziem Ogień, żeby kijki spalać!
Ogień nie chce kijki spalać,
K ijk i nie chce pieski wybić,
Pieski nie chce koze kąsać,
Koze nie chce gruszki trząsać,
G ruszki nie chce spadać.
Z esłał P an Bóg na ziem Wodę, żeby ogień zalać !
W oda nie chce ogień zalać,
Ogień nie chce k ijki spalać,
K ijk i nie chce pieski wybić,
Pieski nie chce koze kąsać,
Koze nie chce gruszki trząsać,'
G ruszki nie chce spadać.
—
204
—
Z esłał P a a Bóg na ziem W oły, żeby wodę w ypić !
W o ły nie chce wode wypić,
W oda nie chce ogień zalać,
Ogień nie chce k ijk i spalać,
K ijk i nie chce pieski wybić,
Pieski nie chce koze kąsać,
Koze nie chce gruszki trsąsać,
G ruszki nie chce spadać.
Z esłał P an Bóg na ziem W i l k i , żeby w oły pożreć!
W ilk i nie chce w oły pożreć,
W oły nie chce wode wypić,
W oda nie chce ogień zalać,
Ogień nie chce k ijk i spalać,
K ijk i nie chce pieski wybić,
P ieski nie chce koze kasać,
Köze nie chce gruszki trząsać,
G ruszki nie chce spadać.
Z esłał P an Bóg na ziem A n i o ł , żeby w s z y s t k o zniszczyć
A nioł chce w szystko zniszczyć.
W ilk i chce w oły pożreć,
W o ły chce wode wypić,
W oda chce ogień zalać.
Ogień chce k ijk i spalać,
K ijk i chce pieski wybić
Pieski chce koze kąsać,
Koze chce gruszki trząsać,
G ruszki same spadają!
J u ż w pierwszym dwuwierszu, podanym przez p. M; widzim y
niewłaściwość. Je śli bowiem „Stw orzuł Panbóg gruszkę, żeby gruszki
ro s ły “, to w drugim powinno być: „G ruszki nie kco ro sn ąć“, a nie
ja k powiedziano. P rzedostatnie „stw orzenie“ t. j. „rzeźnika" je st również
nie na swojem miejscu, prędzej bowiem byłoby potrzeba człowieka
wogóle, jak o niszczyciela w szystkiego na ziemi, k tó ry z pewnością
i w „H agadzie“ nie by łb y przeciw ny tem u, n a co go zesłano. S tw o
rzenie w końcu „d y a b ła“ i to ty lk o po to, ażeby w ziął rzeźnika,
pozostaw iw szy w szystko inne w spokoju, je st także późniejszym
wym ysłem , dyabeł nie byw a nigdy w c z y s t e j powieści ludowej,
ani też w dziejach Iz rae la narzędziem czynienia sprawiedliw ości
w ręk u Boga, k tó ry n ig d y szatana nie stw orzył, a pow tóre sama
jego nazw a wzbudza strach zarówno w naszym, prostym ludzie ja k
i w żydach, w skutek czego i samo nazyw anie go po im ieniu byw a
ile możności unikaném.
Ľ r. A. Zalewski.
Pierwotne usuwanie części kośoi czaszkowych (trepanacya) w Peru.
Dr. M anuel A ntoni Muniz, niegdyś naczelny lekarz wojska peruańskiego, czynił przez szereg la t przed r. 1893, poszukiw ania sta-
—
205
—
roźytnicze w k ra ju daw nych Inków , szczególnie na cm entarzyskach,
rozprószonych po dolinach andzkich i na calem podgórzu od K ordyljerów aż do Oceanu Spokojnego. Dzięki pom yślnym w arunkom
klim atu i gleby, udało m u się zebrać ogrom ną ilość broni wojennej
i m yśliwskiej dobrze zachowanej, przybořów i narzędzi domowych
i t. p. przedmiotów. Jak o przyrodnik poświęcał jednak najwięcej
uw agi resztkom cielesnym ludu zaginionego. Toteż zgrom adził
wreszcie — pom inąwszy szkielety — przeszło 1000 czaszek z g ro
bów przeddziejowych. N ajw iększą ciekawość znalazcy i ciał uczo
nych, k tó ry m przedkładał w r. 1893 . swe zbiory, obudziła g ru p a
19 czaszek z widocznymi ślady sztucznego usunięcia części kości
cz. t. zw. trep an acy i. T ych kilkanaście czaszek przekazał naw et
B iu ru dla etnologii am erykańskiej w W aszyngtonie, celem przecho
w ania ich i ułatw ien ia pracy nad ich zbadaniem panu W . J . Mc.
Gree’mu. W ypadki polityczne z końca roku 1893 ., w których dr.
Muniz po powrocie do L im y b ra ł żyw y udział, pozbaw iły go wszel
kich zbiorów, księgozbioru i domu, bo pożar je pochłonął, a w ła
ściciel m usiał pójść na wygnanie. Jed y n ie owych 19 czaszek ocalało
dzięki okoliczności wspomnianej. Obecnie w szystkie z w yjątkiem
jednej, k tó rą przekazano Muzeum wojskowo-lekarskiem u St. Zjedn.
(U. S t. A rm y Medical Museum), znajdują się w w aszyngtońskiem
Muzeum narodowem (U. S t. Nationał-M useum ).
Zanim ticzony lekarz zdoła w ydać studyum obszerne o p ie r
w otnych sposobach w ycinania kości czaszkowych w P eru, k tó re
przy gotow y wa, B iuro etnologiczne am erykańskie, pozostające pod
kierownictwem znakom itego etnologa J . W . Pow ella, ogłosiło w swem
X Y I. Spraw ozdaniu rocznem za r. 1894/5 (Sixteenth A nnual R e
p o rt of the B ureau of A m erican E thnology to the S ecretary of
the Sm ithsonian In stitu tio n 1891—95 by J . W. Pow ell D irector,
W ashington 1897, s. 3 — 72 . і 40 tablic) w yniki szczegółowego zba
dania owych nacięć na 19 czaszkach peruańskich, którego dokonał
Mc Gee, i ogólne wnioski, do których doszedł na podstaw ie owych
czaszek oraz 9 innych, znanych już dawniej (jednej t. zw. inkajskiej, przywiezionej z P eru przez śp. E . G. Squiera i ośmiu, prze
chow ywanych w Muzeum miejskiem w Cuzcu).
P rzy p atrzm y się przedew szystkim okazom, które stanow iły
przedm iot badania. J e s t ich wprawdzie ty lk o 19 , cz. 2 e/0 z owego
tysiąca, k tó re dr. M uniz zgromadził, ale pomiędzy nimi 3 noszą
ślady w yraźne leczenia dwukrotnego, a 1 aż trzykrotnego, w róż
nych odstępach czasu i na różnych częściach czaszki przedsiębra
nego sposobem omawianym. Co do 2 czaszek niemożna stw ierdzić
liczby leczeń, bo posiadam y je li w ułom kach. R eszta natom iast
zachow ała się przeważnie dobrze dzięki charakterystycznej mumifikacyi peruańskiej, ty lk o 2 ucierpiały od bezpośredniego w pływ u
powietrza, jedna jest zabarw iona g lin k ą (okreu), a 4 są zupełnie
wybielone. A le ważniejsze od tych drobiazgów je st rozmieszczenie
geograficzne okazów. Najwięcej, bo 11, znalazł dr. Muniz w okręgu
H uaroezirim , głów nie w okolicy Lim y, nadto po jednym w T arm ie,
w Paczakam aku i w okręgu K anjetem (Cañete) — t. zn. 14 cza
-
206
—
szek p rzypada na zachodni pas P eru środkowego, n a okolice n a j
suchszego podgórza i wybrzeża. N atom iast 5 w ykopał w sąsiedztw ie
K ucka (Cuzca), cz. w południowo-wschodniej części kraju, położonej
najwyżej i górzystej. W idać z tego, że znano trep an acy ą jak o
środek chirurgiczny i posługiw ano się nią w całym P eru i to
n a długo ju ż przed Kolumbem, bo w szystkie okazy w yprzedzają
n a 2 przynajm niej w ieki chwilę odkrycia A m eryki przez K olum ba.
N ależą zaś do osobników młodych (z w yjątkiem może jednej), nie
kiedy ju ż całkiem dojrzałych, ja k stan szwów dowodzi. Ogólnie
biorąc kości ty ch czaszek są uderzająco grube i silne, ty lk o i lub
2 zbliżają się pod względem cieńkości do kaukaskich. U przew ażnej
części zauważono nadliczbowe kości międzylicowe (interparietales),
znane starożytnikom pod nazw ą „kości In k ó w “.
N ie mogę wdawać się w szczegółowy opis 24 operacyi, doko
nanych n a 19 owych czaszkach. W rozpraw ie omawianej zajmuje
on niem al 2 arkusze ogromnej ósemki. Nam w ystarczy poznać ogólne
zasady trep anacyi staroperuańskiej, widocznej na okazach. Otóż
można 3 m etody tu odróżnić: nacięcie, podważenie i w y piłowanie
za pomocą pewnych narzędzi. Nacięcie zaś było dw ojakie: prosto
linijne i krzyw olinijne. W pierw szym w ypadku usuwano przestrzeń
mniejwięcej k w adratow ą lub w ielokątną, albo odrazu, lub też czę
ściowo. N ieraz zadowalano się nacięciem niezupełnem, w jedno
z nacięć w kładano przyrząd odpowiedni i podważano kość naciętą,
by ją usunąć. W reszcie po nacięciu pewnego miejsca zapuszczano
w otw ór p ilnik i w ykraw yw ano przestrzeń potrzebną, najczęściej
k o listą lub owalną, A le niebrak wypadków kom binow ania 2 albo
i w szystkich 3 metod, przyczem następstw o ich czasowe było takiesamo, ja k to, w którem je opisaliśm y. Może być naw et, że spi
łow anie brzegów otw oru kończyło z praw id ła operaeyę. O p rz y
rządach, używ anych do operacyi, wobec b ra k u odpowiednich oka
zów można na podstaw ie sam ych nacięć powiedzieć to tylko, że
b y ły przew ażnie albo w yłącznie z kam ienia i chyba zbliżały się
do podobnych, znanych skądinąd u ludów pierw otnych. Nic nie
wskazuje, żeby to by ły narzędzia, osobno w yrabiane do celów tre panacyjnych.
_ Jeżeli p y tam y o doskonałość peruańskiej chirurgii, to okazy
M uniza u p raw niają do w ydania ja k najgorszego świadectw a osobom
k tó re podejm owały się operacyi. Dowodzą one bowiem, że brakło
ty m jednostkom podstawowych wiadomości z dziedziny fizyologii,
nie um iały staw iać dyagnozy trafnej w razie, g d y czaszka uległa
nadw erężeniu n. p od ciosu, dokonyw ały operacyi niew praw nie
i z najw iększą lekkomyślnością. G dy się przyjrzym y olbrzym im
otworom, ziejącym z niektórych czaszek, a z drugiej strony zw a
żym y, że jedynie 4 w skazują z całą pewnością na śm iertelny sku
tek trep an acyi (co do 5 innych rzecz w ątpliw a), to równocześnie
z oburzeniem na chirurgów peruańskich m usim y dać w y raz zdzi
wieniu swemu z powodu niezw ykłej siły żyw otnej owych Inków
k tó rzy przeżyw ali nieraz k ilk ak ro tn ą ta k ą męczarnię szczęśliwie.
W edług bowiem obliczeń Bluhm a, dokonanych‘na blisko 10 o0 w y
—
2Ó7
-
padków trepanacyi, śmiertelność w czasach dzisiejszych wynosi
БО0/,, z okładem, gd y także obrażenia zew nętrzne w grę w chodzą;
jedynie tam , gdzie rozchodzi się o padaczkę, s ta ty s ty k a B illingsa
w ykazuje 16 w ypadków z wynikiem śm iertelnym , a E sheverrii
28 na 145 , czaszek około 20 % , a ty lk o w najpom yślniejszych w a
runkach chirurgow ie dzisiejsi potrafili ograniczyć niepom yślne tre*
panaeye do 1 na 30 .
G dy p y tam y o przyczynę operacyi, otrzym ujem y na podstaw ie
okazów M uniza odpowiedź następującą. Ponieważ jedynie w б w y
padkach w yw ołały ją ciężkie obrażenia, a u reszty nie widać żad
nego zw iązku z ranam i, przeto chodziło tu głównie o leczenie cudownościowe, nie praw dziw ie um ięjętne (taum aturgiczne — nie
terapeutyczne) ; ponieważ zaś nic nie wskazuje, żeby miano tu na
względzie korzyść osób trzecich, a nie osoby leczonej, pobudka do
przedsięwzięcia trepanacyi b y ła więc w edług Mc Gee’go яczaro
dziejską“, a nie „zastępczą".
A le ty m i w yrazam i wkroczyłem już w dziedzinę klasyfikacyi
sztu k i trep an o wania, a pozostaje z tem w zw iązku wyznaczenie
miejsca czaszkom peruańskim w dziejach sztuki onej. D latego muszę
poświęcić parę uw ag klasyfikacyi Mc Gee’go. D zieli on sztukę trepanow ania czasowo n a: now ożytną i przeddziejową, co. do metod
na : pierw otną i wyodrębnioną. Pierw otna niezna jeszcze osobnych
przyrządów do usuw ania kości czaszkowych, a wspólna je st w szy st
kim znanym przeddziejowym wypadkom, dziś jeszcze trzy m a ją się
Jej w yspiarze Oceanu Południowego, a jako przeżytek przechow ała
się w gospodarstw ie ludów cyw ilizow anych które dokonują w ten
sposób trepanacyi n a baranach i wieprzach dla usunięcia pewnych
chorób zwierzęcych.
Pewien stopień w ydoskonalenia oznacza ju ż trepanacya K abylów algierskich, u których szam ani dokonują jej i to p rz y po
mocy osobnych narzędzi; natu raln ie daleko im jeszcze do dosko
nałości naszej chirurgii, bo brak im wiadomości fizyologicznych.
Toteż ja k z jednej stro n y metodę pierw otną au to r dzieli n a starszą
i nowszą (tj. przedkrusscow ą i kruszcową), ta k co do drugiej chrzci,
k ab y lsk ą metodę nalzwą prostaczej ( r u d e ) , a metodę le k a rz y dzi
siejszych w ydoskonaloną ( r e f i n e d ) . Ze stanow iska za m ia ru wzgl.
pobudki możemy rozróżnić trepanacyę : cudownościową leczniczą
(taum aturgiczną i terapeutyczną). Pierw sza drogą nie w yjaśnioną,
m istyczną, w inna przynieść pożytek czy to operowanej osobie, czy
też operatorow i względnie osobom trzecim W pierw szym w y p a d k u
nazyw a się u Mc Gee’go czarodziejską ( s o r t i l e g i o ) , zresztą za
stępczą drugorzędną? ( v i c a r i o n s ) . Sam cel operacyi czarodziej
skiej, pożytek dla operowanego, wskazuje, że musi się odbywać
przed śmiercią, za życia osobnika ( a n t e m o r t e m u K abylów
i w yspiarzy owych) ; zastępcza w edług świadectw zebranych w ska
zuje na stosowanie trep an acy i po śmierci ofiary (post mortem).
W zastępczej rozchodzi się mianowicie, o uzyskanie kaw ałka kości
czaszkowej na am ulet — przynajm niej w edług R. F letchera. N atom iast
trep an acy a lecznicza ma przed sobą jasn y cel realny, nie nad p rz y
—
208
—
rodzony, usunięcia w arunków , uszczuplających lub niw eczących
zdrowie jednostki. A le naw et w tedy może być jeszcze dw ojaką :
w yłącznie doświadczalną ( e m p i r i e ) , jak u K abylów , gdzie b ra k
jej podstaw ow ych wiadomości z dziedziny fizyologii i ay ty o lo g ii,
alboteż um iejętną (scientific), g d y opiera się na tych wiadomościach.
W reszcie w edług stopni cyw ilizacyi m ożna podzielić trep an acy ę na
ta k ą , k tó ra odpowiada ju ż też stanow i dzikości ( u n c i v i l i z e d ) ,
ju ż też cyw ilizowanem u ( c i v i l i z e d ) .
T ak Mc G-ee dochodzi do następującej ta b lic y klasyfikacyjnej:
T repanacya
Przeddziejow a
N ow ożytna
pierw otna
wyodrębniona
starsza nowsza
prostacza wydoskonalona
cudownościowa
lecznicza
zastępcza czargdziejska
doświadczalna um iejętna
dzika
cywilizowana.
P rzy jm u jąc zaś logiczny rozwój tej sztuki od zastępczej (post
mortem), cudownościowej, pierw otnej, przeddziejowej do um iejętnej
leczniczej now ożytnej, ta k Mc Gee określa stanow isko sztuki peruańskiej w dziejach tej sztuki. W idnieje w niej stopniow y przechód
od czynności w yłącznie cudownościowej, czarodziejskiej do chirurgii
doświadczalnej. M am y więc w okazach dr. M uniza uwidocznioną
doniosłą chwilę przełom ową w rozwoju chirurgii.
Dr. Fr. Krček.
ROZBIORY i SPRAWOZDANIA.
Z d z i a r s k i S t a n i s ł a w . Pierwiastek ludowy w poezyi polskiej X I X . wieku.
Studya porównawczo-Hterackie. W arszawa MCMI. E. Wende i Sp. str. 590 w 8-ce
większej.
Mówi się dużo o wpływie poezyi ludowej na literaturę artystyczną, cytuje
się często wiersz Mickiewicza z Konrada W allenroda: »Pieśni gminna, jty arko przy
mierza!«, ale w jakich rozmiarach ta pieśń gminna w eszła do poezyi polskiej,
w jaki sposób była zużywana i przyczyniała się do podniesienia literatury naszej,
mało kto zdaw ał sobie sprawę. A warto było zastanowić się nad tą kwestyą, bo
cała nasza literatura XIX. wieku zasila się literaturą ludową. Prac gruntowniejszych
o stosunku naszej poezyi artystycznej’ do twórczości ludowej jest bardzo mało.
Można wymienić jedynie prace Dr. A Kolessy o Bohdanie Zaleskim, Kallenbacha:
Tło obrzędowe Dziadów i W. Dropiowskiego : Pierwsze ślady zajęcia się twórczością
ludową w literaturze polskiej XIX. wieku, (w Programie gimnazyum w Rzeszowie
1900). Dlatego z wdzięcznością przyjąć możemy bardzo poważne dzieło młodego
a sumiennego badacza p. Zdziarskiego, który przejrzał dzieła wszystkich poetów
naszych XIX. w. śledząc wiersz za wierszem, czy nie odkryje w nim słów pieśni
ludowej. Musiał przytem przejrzeć wszystkie dzieła i rozprawy etnograficzne i prze
czytać . uważnie wszystkie zbiory i wydania pieśni i podań ludowych, które nie
I—
209
—
zawsze łatwo znaleźć. A mimo tego wywiązał się autor bardzo^dobrze z swego za
dania. Dzieło swe zaczyna ustępem »Z początkiem stulecia«, w którym rozbiera
pierwsze próby poetów naszych, jak Lacha Szyrmy, Brodzińskiego, Kamińskiego,
Niemcewicza i Tomasza Zana; jest to niejako wstęp do poezyi romantyków,
a zw łaszcza Mickiewicza, któremu autor poświęcił II. rozdział (str. 28— 144). Jest
to najobszerniejszy rozdział w całem dziele. Z niego dopiero poznajemy, jak obficie
czerpał największy nasz wieszcz z krynicy twórczości ludowej i przekonujemy się,
że owe wspomniane słow a jego o pieśni gminnej nie były czczym dźwiękiem, lecz
wypłynęły mu z głębi serca. Czuł on, ile zawdzięcza poezyi ludowej ; wiedział, że
bez iTiej możeby talent jego nie był wszedł odrazu na odpowiednią drogę. Z zesta
wień p. Zdziarskiego poznajemy bowiem, że Mickiewicz nie w ahał się wciągać
całych zwrotek dosłownie do swych utworów, nie mówiąc już o myślach, obrazach
i porównaniach branych z poezyi ludowej. Zarazem jednak spostrzegamy, jak po
mistrzowsku umiał Mickiewicz korzystać ze wzorów ludowych i niezrównanie
piękny »splatać wieniec«.
Zauważyłbym tylko, że dla ducha pana pokutującego w »Dziadach« nie podał
autor analogii z podań ludowych, które znają także panów niedobrych. Za wiele
nacisku położył autor na podania o Madeju, porównując je z balladą o Tukaju.
W yraz »guślarz« nie jest czysto polskim, bo brzmiałby »gęślarz«. Jako śpiewak-poeta zażyw ał naturalnie miru, a jego pieśń »gusło« (gęsło), akompaniowana gęślą,
miała pewien urok czarodziejski, co pokazuje dzisiejsze znaczenie powyższych
wyrazów.
Pedobnie przechodzi dokładnie Zaleskiego (145— 160), który mniej daje zdo
byczy, niż się wogóle spodziewamy, Goszczyńskiego (.161'— 192), przy którym nalażało może jeszcze wykazać, że postępowanie Orliki odpowiada zapatrywaniom
ludowym, Gosławskiego (193—222), dalej rówieśników Mickiewicza: Odyńca,
Chodźkę, Witwickiego, (223—238), następnie Fr. Morawskiego, w młodości zapalo
nego klasyka, później po części już romantyka, i Jul. Słowackiego, który mało czer
pał z utworów ludowych. Ciekawe odkrycie robimy przy Siemieńskim (257 —268) ;
z porównań p. Zdziarskiego dowiadujemy się, że Siemieński dosłowne tłómaczenia
pieśni ludowych ruskich wydawał jako własne oryginalne utwory. Takimi są wier
sze : »Stoi jawor«, »Pochód kożacki«, »Odjazd na wojnę«, »Powrót kozaka«, »Sen« i »Ku
kułka« ; na wpół tłómaczeniem, na wpół parafrazą pieśni ludowej lub tłómaczeniem
z dodaniem kilku zwrotek oryginalnych są: »Zaprzedana«, »Wyprawa Chmielnickiego«,
»Cjganka«, i inne dumki, a w części nawet znana ogólnie duma: »Kniaź Dymitr
Wiśniowiecki«, przy której jednak Siemieński naznaczył, że jest osnuta na pieśni
ludowej. Uczciwiej postępował Bielowski (268 —292), który umieszczając w »Ziewonii«
r. 1834 sześć dumek, zaznaczył wyraźnie, że są one tłómaczeniem dumek ruskich
ludowych.
Z epigonów szkoły ukraińskiej (293—336) najdokładniej przedstawiony jest
A. Groza. U Korzeniowskiego widać wpływ ludowy tylko w »Karpackich Góralach«,
u Pola, Zmorskiego, Kondratowicza, Kraszewskiego i Lenartowicza jest on wybit
niejszy. Гак przechodzi autor rzędem wszystkich poetów naszych XIX. wieku
i kończy na najmłodszych, jak Konopnickiej, Kasprowiczu, Tetmajerze, Niemojewskim, Rydlu i Orkanie. I ci najmłodsi, idąc w ślady Mickiewicza, starają się odrodzić
poezyę na postawie tradycyi ludowej, z której czerpią obficie.
Autor daje więc dokładny przegląd naszych poetów i wykazuje starannie,
ile i jak który z nich korzystał z twórczości ludowej. Znalazłby się jeszcze tu
i ówdzie szczegół do uzupełnienia; nie .będę jednak w ytykał drobnych braków, bo
H,
— 210 —
autor sam ma zamiar wydać uzupełnienie swej pracy w najbliższym czasie. W iększą
wadą pracy jest brak perspektywy, brak uwidocznienia pojedynczych kierunków
w korzystaniu z utworów ludowych i przedstawianiu typów ludowych, co jednakże
w drugiem wydaniu, łatwo da się naprawić.
Jan Leciejewski
J . A . J a w o r s k i ] . К istorii halicko-russkich koliadok. Lwów, 1901 (odbitka
z »Nauczno-literaturnavo bbornika« Halicko-russkoj Maticy, t. I. zesz. 2 і 3), str. 37.
Autor wykazuje niedokładności w dziale kolęd zbioru pieśni halickiej i wę
gierskiej Rusi (4 tomy, Moskwa, 1878), wydanego przez Hołowackiego. Niedo
kładności te wyniknęły wskutek »poprawiania« i »oczyszczania«, któremi tak często
grzeszą różni zbieracze ludowych tekstów. Do tych sprostowań, a właściwie zesta
wień odpowiednich wyrażeń i ustępów z pieśni, wydanych przez Hołowackiego,
z ustępami według dokładniejszego zapisu — służył autorowi rękopiśmienny zbiór
pieśni zapisanych w końcu czwartego dziesięciolecia zeszłego wieku w transkrypcyi
polskiej z notatkami Wagilewicza, a znajdującemi się w »Muzeum A. S. Pietruszewicza« przy bibliotece »Domu narodnego« we Lwowie. Z tego właściwie rękopisu,
zdaniem autora, korzystał i Hołowacki, a że kilka kolęd z niego opuścił, więc p.
Jaworski przedrukował je w swej broszurze. Kontrolowanie podobne zapisów, do
konanych przez różnych zbieraczów jest, jak się przekonujemy, niejednokrotnie w prost
konieczne. Dlatego przyczynek p. Jaworskiego, mający temu zadość czynić, uważamy
za cenny i pożądany.
H. TJłaszy n.
» Ś w i a t o w i t « . Rocznik, poświęcony archeologii przeddziejowej i badaniom pier
wotnej kultury polskiej i słowiańskiej, wydawany staraniem Erazma Majewskiego.
Tom I. W arszawa. 1899, 8°, str. VI. i 210.
Od dłuższego już czasu, bo od roku 1882, w którym ukazał się był ostatni
tom »Wiadomości archeologicznych«, nie posiadało Królestwo Polskie żadnego cza
sopisma poświęconego badaniom pradziejowej przeszłości naszego kraju. Wprawdzie
niektóre prace archeologiczne znajdowały pomieszczenie w łamach »Pamiętnika fizyograficznego«, ale nie było to wydawnictwo, wyłącznie archeologii poświęcone i ze
względu na swój charakter nie mogło służyć za pośrednika w ew zajem nem porozu
miewaniu się redakcyi z czytelnikami, zajmującymi się archeologią.
Odczuwając brak czasopisma, któreby z jednej strony ożywiało ruch naukowy
w dziedzinie badań pradziejowej archeologii i służyło ogniskiem dla prac oryginal
nych miejscowych, rozpraszających się częstokroć po różnych czasopismach, z drugiej
zaś strony, któreby ułatwiało wykształćonemu ogółowi zapoznanie się z zadaniami
starożytnictwa pradziejowego — p. Majewski, z zapałem uprawiający ową gałąź
badań naukowych, podjął przerwaną pracę i założył specyalny organ. Pierwszy
rocznik ukazał się w r. 1899.
Na czele części pierwszej tego rocznika wydrukowano pracę p. St. Czar
nowskiego p. t. »Jaskinie z okolic Ojcowa«, w której autor opisał znajdujące
się w dolinie Prądnika i wąwozach, biegnących ku dolinie Rudawy, jaskinie, leżące
w granicach Królestwa Polskiego.
Najwięcej prac do tego rocznika dał sam redaktor. Wymieniamy przedewszystkiem bardzo ciekawą jego rozprawę o »Grocikach dłutowych polskich do strzał
przedhistorycznych«, a następnie inne: »Zabytki przeddziejowe w Jastrzębcu«,
w powiecie Stopnickim, gub. Kieleckiej, »Zabytki dziejowe w Zernikach dolnych«,
— 211 —
położonych w tymże powiecie, »Sprawozdanie z wycieczek archeologicznych w Kieleckiem w r. 1897«, nakoniec »Toporki rogowe i kamienne«, we wsi Borowe
na Kurpiach.
P. Wandalin Szukiewicz opisuje »K urhm y kamienne w powiecie Lidzkim«
i »Przedmioty bronzowe«, znalezione nad Niemnem i Mereczanką. Ostatni artykuł
ciekawy jest z tego względu, iż przedhistorycznych narzędzi bronzowych w kraju na
szym bardzo mało, a już prawdziwą rzadkość stanowią one w granicach dawnej Litwy.
Prcf. Antonowicz na zjeździe archeologicznym w Wilnie (w r. 1893) zaznaczył, iż
na. całym obszarze kraju między Dźwiną i Prypecią, Dnieprem i Niemnem, nie
znaleziono dotychczas śladów, noszących cechy prawdziwej epoki bronzowej. Sądzi
on zatem, źe znajdujące się tu sporadycznie przedmioty bronzowe, dostały się za po
średnictwem stosunków handlowych ludzi kamiennej kultury z okolicami Europy,
pozostającemi w kulturze wyższej, lub wskutek imigracyi ludu bronzowej kultury
w wieku żelaznym.
P. Zygmunt Gloger w artykule p. t. »Wykopaliska z Horodnicy na Pokuciu«
opisuje jeden grób starożytny, świadczący o wpływie kulturalnym państwa rzym
skiego daleko po za właściwemi jego granicami, — aż nad Dniestrem.
W części drugiej pierwszego rocznika, — »przeglądzie archeologicznym« —; za
mieszczono wiadomości, dotyczące się ogólnych zagadnień z zakresu archeologii
przeddziejowej, sprawozdania z piśmiennictwa, drobne informacye i obfite w ska
zówki bibliograficzne.
Pracowity więc redaktor, informuje czytelnika o »Odkryciach archeologicznych
w Prusach wschodnich i zachodnich« za lata 1895 i 1896, podaje w przekładzie polskim
ciekawy komunikat znakomitego chemika M. Berthelotap. t. »Wiek miedziany w Chaldei«
a w artykule »0 właściwej metodzie badania starożytności słowiańskich« daje w y
ciągi z pracy Wojciechowskiego p. t. »Chrobacya«. Mowa tu jest o znakomitym
archeologu, reformatorze badań nad słowiańszczyzną, hr. Janie Potockim, W tymże
dziale znajdujemy tłumaczenie komunikatu, przesłanego berlińskiemu towarzystwu
archeologicznemu p. t. »Rozbiór chemiczny bronzów przeddziejowych zachodniopruskich« Heima i wynotowane z dawnych dzieł polskich »Kilka wiadomości
0 wykopaliskach« Lopacińskiego. Piękny artykuł W acława Sieroszewskiego: »Nóż
sybirski«, wreszcie »Biblioteka badacza starożytności przeddziejowych« — spis naj
potrzebniejszych podręczników, dokonany przez p. Majewskiego, kończą dział »Ruchu
naukowego«.
Tom kończy się sprawozdaniami, kroniką i spisem analitycznym.
H. Ułaszyn.
Ж. FedeiW sM . Lud białoruski na Rusi litewskiej. Materyały do etnografii
słowiańskiej zgromadzone w latach 1877 — 1893 przez... (Wydawnictwo komisyi
antropologicznej Akademii Umiejętności w Krakowie.) Tom II. Baśnie, przypowieści
1 podania ludu z okolic Wołkowyska, Słonima, Lidy i Sokółki. Część I. Baśnie fantastyczno-mityczne. Kraków. Nakładem Akademii Umiejętności. 1902. 8-ka. sir. XXXII,
358 i 1 nl.
Po długiej, bo kilkuletniej przerwie ukazał się drugi tom tego prawdziwie
pomnikowego wydawnictwa, którego w artość dla nauki jest arcywielka. Wprawdzie
z jednej strony żal jest patrzeć, że ludzie niestrudzonej siły woli, do których śmiało
można zaliczyć p. Federowskiego, poświęcają swoją pracę badaniu obcego plemienia,
niepolskiego, żal ten jednak zmniejsza fakt, iż tak potężny pomnik Białorusi wznio
sła ręka polska, jak gdyby na przypomnienie, iż ta Białoruś, jak dawniej, tak i dzi-
—
212
—
síaj, nám najwięcej ma do zawdzięczenia. A równocześnie nasuw a się inna uwaga
pod pióro: jak mało mamy ludzi, którzyby pracowali tak wydatnie, jak p. Federowski, dla nauki — mieszkając w zapadłej okolicy, jak szczupła jest garstka tych,
co z ogromnym nakładem trudów i pracy robią to, do czego potrzeba właściwie
wielu głów i rąk. Bo materyały p. Federowskiego, które zajmą dziesięć grubych
tomów, kosztowały go ćwierć wieku pracy mozolnej a wytrwałej. A czy tak wielu
jest nas, którzyby ćwierć wieku poświęcili nauce — nie goniąc za uznaniem ani
poklaskiem — lecz pracowali w zaciszu dla idei samej ?
Dotychczas ukazało się jeno 200 podań białoruskich, zebranych przez kilku
badaczy. Z tych nie wszystkie mają wartość naukową, bo tylko zbiorki Karłowicza
i Weryhy stoją na właściwym poziomie, inne są bądź popstrzone samowolnymi
dodatkami i wtrętami zapisujących, bądź znowu nie zostały zaczerpnięte w prost
ź ust ludu. Jak olbrzymią i wyczerpującą jest praca Federo wskiego — niechaj świad
czą o tem nagie cyfry, które pokazują, że w samym tym tomie zapisano zwyż 400
podań, a zatem dwa razy tyle, hiż ich dotąd posiadaliśmy, nie licząc tych opowia
dań, które mieliśmy w tomie pierwszym, ani też tych, które ukażą się w tomie
trzecim. W szystkie zaś one bez wyjątku zostały zapisane w gwarze białoruskiej
z możliwą wiernością brzmienia.
Jak o tem można się było przekonać z tomu pierwszego omawianej pracy,
tradycye białoruskie przedstawiają bardzo bogaty a niezmiernie ciekawy materyał
dla każdego badacza. Naturalnie nie inaczej, jak niemal wszędzie, podania krótkie
tyczące się uroczysk, jezior, gór i t. p. są najliczniejsze. Równie niemal bogaty jest
dział baśni cudownych, a więc o czarownicach, wilkołakach, dyabłach, upiorach,
topielicach i innych nadprzyrodzonych istotach. Najobficiej wszelako reprezentowany
jest w baśniach białoruskich św iat realny, życie codzienne, na które chłop patrzy
zbliska -i ciągle aż do znudzenia. To też opowiadania należące do tej kategoryi
przechowują się w pamięci ludu jak najdłużej, podczas gdy inne z Upływem czasu
zacierają się stopniowo coraz więcej i giną nakoniec. Do najuboższych należy dział
opowieści fantastycznych o bohaterach i mitycznych potworacn, który został wydany
w omawianym przez nas tomie »Ludu białoruskiego«.
P. Federowski przyjął w układzie baśni podział Dra Karłowicza, uzasadniony
na zjeździe folklorystów w Sztokholmie. Umieścił tedy najprzód baśnie, tyczące się
świata zwierzęcego, dalej istot mitycznych i zwierząt o właściwościach nadprzyro
dzonych świata duchowego t. j. życia doczesnego i zagrobowego, istot w postaci
ludzkiej (mór, cholera, śmierć), czarów, duchów (upiór, wisielec, topielec, dyąbeł),
a nakoniec Boga, świętych i kapłanów, uznając słusznie zasadę, że najpierwotniejszy
okres myślenia rozpoczął się od rzeczy, podpadających pod zmysły, a nie od świata
nadprzyrodzonego.
Niepodobna w sprawozdaniu naszem zastanawiać się szczegółowo nad materyałami, wydanymi w tym tomie. Ale też trudno pominąć milczeniem uwagę w y
dawcy, wyrażoną w przedmowie, iż wiele z tych opowiadań okazuje ogromną
analogię z baśniami polskiemi, terytoryalnie bardzo odległemi, n. p. podhalańskiemi.
Dla przykładu spróbujemy wskazać parę takich analogii. Najrzód tedy baśń o pi
szczałce, której Dr. Bugiel w r. 1893. w »Wiśle« poświęcił osobne studyum, wystę
puje i w zbiorze p. Federowskiego (str. 97 ). Baśń znowu o zabijaniu starców,
o której pisał prof. Polivka w »Zeitschrift des Vereins für Volkskunde« w r. 1898.
str. 25—29, jest i tutaj (str. 126). A wreszcie, ażeby już więcej nie wyliczać —
wskażemy bajkę o śmierci, która osierociła z rozkazu Boga kilkoro dziatek, zabie
rając im matkę, zupełnie analogiczną z »Sabałową bajką« H. Sienkiewicza, Przykła
213 —
dów takich możnaby przytoczyć całe mnóstwo. Ale pozatem napotyka się w zbiorze
p. Fedorowskiego co krok szczegóły, o jakich sk ąd in ąd nie wiedzieliśmy wcale, lub
bardzo mało mieliśmy o nich wiadomości.
W obec tego, co wyżej powiedzieliśmy, nie potrzebujemy dodawać niczego
0 zasługach wydawcy. Wyrazimy jeszcze tylko prośbę pod adresem Akademii Umie
jętności, ażeby nie kazała na tom następny, który już jest kompletnie przygotowany
do druku, czekać tak długo, jak na omawiany.
Stanisław Zdziarski.
( G o l d s t e i n H . ) Przyczynki do „Księgi przysłów, przypowieści i wyrażeń p rzy
słowiowych polskich“ S. Adalberga, zebrał i opracował autor »Wrażeń Ciechocińskich«.
I—Ul. W arszawa. 1901 — 1902. Nakładem autora. 8-ka wielka, str. 16, 12, 16.
W przedmowie do tych trzech broszur zajmuje się autor przeważnie wykazy
waniem braków i usterek, jakie napotkał w »Księdze przysłów« Adalberga. Pomi
nąwszy tę okoliczność, że znaczna część jego uwag jest słuszna, musimy zauważyć
niestosowność ich na czele uzupełnień, jakie następują. Boć przecież wiadomo po
wszechnie, że na dzieło takie, jakie w ydał Adalberg, gdyby ono miało być bez
braków, mało życia człowieka. Tu potrzeba sił kilku lub kilkunastu, pracy nie je
dnostki tylko. Stąd też nie można braków, jakie napotyka się w »Księdze przysłów«,
kłaść na karb winy Adalberga. — Ale dobrze się stało, że znajdują się obecnie ci,
którzy podejmują się wydawania uzupełnień do tego dzieła, dziś wyczerpanego
w handlu księgarskim, bo w ten sposób ułatwią wielce pracę nad drugą edycyą
1 kompletniejszą i poprawniejszą. Po Dr. Krczeku, który w naszem piśmie ogłosił
trzy setki uzupełnień wydał wspomniany w tytule autor obecnie znowu trzysta
przysłów, których nie znalazł w »Księdze« Adalberga. Oby tylko rychło wydał dal
sze seciny, o jakich wspomina w przedmowie, a przysłuży się nauce, stokroć lepiej,
niż polemiką z Adalbergiem. Wydawnictwo to zasługuje na najgorętsze poparcie.
St. Zdziarski.
G lo g e r Z y g m u n t . Obrzęd weselny polski z. pieśniami i przemowami zebrał
i opisał.. W arszawa. 1901. (1902.) Skł. główny w »Księgarni polskiej« J. Sikorskiej.
8 ka mała. str. 123.
O książce tej niewiele możemy powiedzieć ponad to, że została wydana w spo
sób nie odpowiadający dzisiejszej nauce ludoznawstwa. Od zbieracza maleryałów
folklorystycznych wymaga się w pierwszym rzędzie, ażeby zaznaczył zawsze, gdzie,
w jakiej wsi czy miejscowości zapisał dany utwór ludowy. Tymczasem w omawia
nej książce, jakkolwiek zaznaczono, że pieśni zostały zapisane w różnych stronach,
to przecież ani razu nie wymieniono, z jakiej okolicy ta lub owa pochodzi. P. Glo
ger zebrawszy 450 kilka pieśni weselnych ułożył je odpowiednio do tego, przy
którem stadyum tego ludowego dramatu bywa śpiewana, i tak nagromadzonym materyałom z różnych stron dał jednolity tytuł — »Obrzęd weselny polski«. Nie jestto
zatem monografia wesela chłopskiego jednej okolicy — tylko zbiór niesystematyczny,
w którym niepodobna się znaleźć. Powióre p. Gloger przymieszał tu do pieśni lu
dowych także piosnki szlacheckie, a wydał to wszystko w języku literackim, nie
w gwarze. Do tych wszystkich błędów zasadniczych przyłącza się jeszcze słabe
obrobienie literackie opisu wesela. Publikacya. omawiana jest zatem dla naukowego
badania nieużyteczna.
St. Zdziarski.
-
214
U ł a s z y n H e n r y k . G runya i G r u zin i (Odbicie z »Czasu«) Kraków 1901. N akt
autora. 16-ka str. 22.
B roszura niniejsza jest streszczeniem odczytu jaki wygłosił autor wobec grona
słuchaczy niefachowych. Stąd też ton popularny brzmi w niej całej. Nas inte
resuje jedynie rozdział pierwszy, w którym jest mowa o kraju i ludziach gruzińskich,
gdyż dalsze są poświęcone literaturze. Po krótkiej charakterystyce Gruzyi podał
autor opis ludu zwięzły a dosadny, w którym pochwycił wszystkie cechy włascb
wości fizycznych i duchowych,
St. Z d zia rsk i.
M a t e r y a ł y a n t r o p o l o g i c z n o - a r c h e o l o g i e z n e i e t n o g r a f i c z n e wydawane staraniem
Akademii Umiejętności w Krakowie, Tom V. Kraków 1901. 8-ka. Dział etnograficzny
str. 272.
Mam zamiar zdać sprawę tylko z drugiej części tej książki t. j. z działu etno
graficznego. Całą tę część o 272 stronach zajęły »Powieści ludu polskiego na Śląsku«,
zebrane przez ś. p, Łucyana Malinowskiego, a wydane przez p. Romana Zawilińsłdego, który »Powieści« te zowie w prost »nieocenionym skarbem«.
Pozory przemawiają istotnie za tem, że mamy przed sobą pracę niepośled
niego znaczenia. Rzecz sama, żeby miała wartość etnograficzną, a więc także języ
kową, napisana jest w wymyślonej przez autora a d h o c pisowni; zaznaczono pra
wie wszędzie nietylko z jakiej miejscowości co pochodzi, ale nawet imię, nazwisko,
i wiek tego, z którego ust zapisano; wydawca dodał jeszcze na końcu wykaz miejsc,
z których materyały pochodzą i indeks rzeczowy, mający ułatwić poszukiwania
pragnącemu z materyału korzystać. Wyznać jednak musimy nie bez przykrości dla
różnych przyczyn, że rzeczywistość nie odpowiada zgoła tym tak świetnym pozorom.
Oto najpierw użyta przez autora pisownia nie wtajemniczonym w nią utrud
nia korzystanie z materyału, może dać zupełnie mylne wyobrażenie o języku, nie
oddaje mowy ludowej dokładniej, od zwykłej pisowni polskiej i konsekwentną nie
jest, co znowu na błędne prowadzi drogi.
Co, pytamy się, zyskuje na tem ścisłość naukowa, jeżeli zamiast znaków
polskich cz, sz, rz, użyjemy czeskich č, š, ř, i napiszemy jak to czyni autor, »Sekać«, »syć«, »řeka«, zamiast »czekać«, »szyć«, »rzeka«. Przecież te czeskie znaki
nie oddają ani na jotę lepiej tego, co w yrażają polskie, a kto w te rzeczy niewtaje
mniczony i nie wie, że te czeskie znaki brzmią tak samo, jak odpowiednie polskie,
będzie fałszywie czytał i myślał, że ma do czynienia z jakąś odrębnością językową;
a nie wyłącznie tylko pisowniową i nabierze fałszywego wyobrażenia o języku materyałów. Dla uczonych cudzoziemskich nie jest to także żadnem ułatwieniem, bo
kto z nich po polsku nie umie, ten z tego materyału korzystać nie będzie, a który
umie, ten wie, jak czytać polskie znaki cz, sz, rz, a użycie czeskich znaków może
go tylko naprowadzić na błędną zgoła myśl, że poza tem kryje się jakaś odrębność
językowa, której naprawdę niema. To samo trzeba powiedzieć prawie o wszystkich
zmianach, jakie autor w pisowni swojej zaprowadził. Dla mnie jestto rzeczą obo
jętną czy mi kto napisze, jak autor »ćoća«, »ńe« »śostra« i t. d. zamiast »ciocia«
»hie«, »siostra«, bo ja wiem, że tamto czyta się tak samo, jak to, dziwić się tylko
muszę niepotrzebnej zmianie, na której nic się nie wygrywa (bo to, jak tamto jed
nako oddaje rzecz) : ale kto w te rzeczy niewtajemniczony, czytać może fałszywie
i fałszywe o języku materyałów wyrobić sobie zdanie. Zamiast polskiego »w«
wprowadził autor czesko-łacińskie »v«, ale dokładność i ścisłość naukowa nic na
tem nie zyskuje, a jest niebezpieczeństwo, źe mniej obeznani z rzeczą lub cudzo-
216
-
ziemoy gotowi także »vapor«, »valor«, »vesofy«, czytać z niemiecka jak » fapor«
»falor«, »fesoiy«, gdyż tak prawie brzmi »V« w w yrazach: »Vater«, »Vorkommen«
»verdienen«. Wargowo wymawiane w niektórych okolicach nawet przez ludzi
uksztaľconych »Í« oznaczył autor przez »w« pisze więc »robiw«, »nosiw«, ale czy
to »w« wyraża naprawdę dokładnie dźwięk, o który chodzi? każdy wie, że nie,
a wielu będzie czytało, jak napisano, i będzie czytało fałszywie. Czy nie lepiej było
zostawić »ł«, a w notatce zaznaczyć, że się wymawia tak a tak, t. j. bardziej war
gowo, aniżeli w języku literackim? Co więcej autor doprowadza w oznaczaniu n ..p .
samogłosek nosowych do niemożliwej w żywym języku, a więc i w dobrej pisowni,
pstrokacizny. A o konsekwencyę ogromnie trudno. Zamiast »i«, jak powiedzieliśmy wyżej,
wprowadził do pisowni kreski (ńe = nie), ale to mu nie przeszkadza pisać także po sta
remu : »drugiego«, (str. 89), »żabskiego« (96), «»spieskë« (96), »zrobiémy« (96),
»vzion« (4, 89), i t . d. W pisowni swej usiłuje autor być tylko fonetycznym, więc pisze
»kref«, »ofca«, ale obok »ftedy« (94 96), mamy vtedy« (92, 96); obok »ftenčas«
(95) mamy trzy razy »irtenćas« na tej samej stronie; obok »s pieskě (96) widzimy
»« peskë (96), obok »potkał« (95) na tej samej stronie niemożliwość »potkał«. Za
miast ustalonego w naszej pisowni i odpowiadającego rzeczywistej wymowie »ł/«
po »es«, »ss«, »rs«, pisze autor z czeska »«’«, a więc »ćisło«, »sie«, »při« zamiast
»czysto«, »szyć«, »przy«, ale prawie na każdej stronie pracy sprzeciwia się sam
sobie w niebywały sposób. Oto na str. 4, obok »kb'z«, »vifstko« mamy »utfořyli«,
»šyje« ; na str. 5. obok »ph'dze,« »pHjechaw«, mamy» swużyw« ( = służył), »vsystko«,
»strašy« ; na str. @. obok »tri«, »vší'scy«, »źrvy«. »pH» mamy »vsyscy«, »powożyw«
(położył), »pi’y«, »cy«. I tak wszędzie s im fin e . A może to odzwierciedlenie rzeczy
wistości ? Bo jeżeli jaka osoba lub miejscowość wymawia z czeska »¿« zamiast »y«,
to wymawia tak konsekwentnie, a nie podług upodobania raz tak, a drugi raz inaczej.
Czy więc oprócz pozoru ścisłości i naukowości ma ta pisownia naprawdę jaką
ścisłość w sobie lub naukowość? Tej tak niby ścisłej i naukowej pisowni użyto,
żeby materyał przedstawiał i pod względem językowym wartość, ale czy on ją ma?
Kto tylko rzuci okiem na pierwszą lepszą kartę tej pracy, przekona się, że
pod tym względem pozór i rzeczywistość zostają do siebie w sprzeczności. Oto na po
czątku mamy materyał z Łąki na Górnym Śląsku, pochodzący z ust 48 let
niego Jana Kędziora. Kto z gwarami ludowemi obeznany, ten wie, że jeżeli jakaś
miejscowość lub osoba, mówi »jeden«, »ten«, ndcleg«, »żona«, »pie'kfo“, »dn«,
»wzion«, »poezon«, »konidm«, »ze mndm«, »sdm«, ( = są), »teráz« (teroz), »zaráz«,
»djabeł« »dał«, »witáj«, to mówi tak zawsze a nieraz tak, drugi raz inaczej ; tym
czasem nasz 48 letni Kędzior i jego Łąka są prawdziwym dziwolągiem językowym,
gdyż podług wydrukowanego tekstu mówią co chwila to tak, jak wyżej zaznaczono,
to znowu: »jeden«, »ten« »żona«, »nocleg«, »piekło«, »on«, »wzion«, »poezon«,
»koniom«, »ze mnom«, »som«, »teraz«, »zaraz«, »djabeł«, »dał«, »witaj«. Obok
»on«, »on«, ma tam być także »d« obok »tarn« także »tą«; obok »podż«, »pdć«
»także »p«sdż«; obok »sztyry« (str. 5.) mamy mieć »sztćrdzieści« (5), obok »w zdmku«
(5), także »w zdmku« (5). Tylko ktoś z rzeczą nieobeznany może wierzyć w taki
chaos językowy u jednej i tej samej osoby W jednej i tej samej miejscowości.
Ale większe jeszcze pomieszanie językowe przedstawia Miedzna (str. 7 — 11).
Trafiają się tu i ówdzie takie mazurskie gwary ludowe, w których nie tylko »ez«,
»s®«, »s« wymawia się jak »c«, »s«. »®« ale nawet »r®« brzmi jak »s«. Słyszymy
więc tam nie tylko »cas« (czas), »syba« (szyba), »zycie« ale także »tsy« (trzy),
»psysed« (przyszedł), »tsymać« (trzymać) i t. d. Otóż i nasza Miedzna ma być
także mazurską gwarą. Cóż z tego, kiedy obok »tsech« (7) »najpsód« (7) »ogzáw«
— 216
ogrzał), (7), »psysed« (7), »psywiód« (') , »dziuze« (dziurze 7), »psyjechali« (8)¡
»tsysta« (8), •*miec< (8), »safle« (8) mamy mieć tutaj także » p rzysew « (7), »p.SÄvsew« (7), »k.92ewiny« (7), »pta&ska« (8), »ptasaek« (8), »p9«i/sed (8), »mieczem« (8)>
a co jeszcze dziwniejsza, że z tej samej Miedzny na str. 9. mamy wiersz, w którym
nie'znajdujem y nawet ani śladu mazurowania, gdzie mam y: »azegóż«, »szukacie«,
»pożyw ienia«,'»pogorzał«, »pogorzalisko«, »siekiereczka«. Kto w Miedzny był, niech
nam teraz powie, czy tam mazurują, czy nie, czy wymawiają »rz«, czy zamiast
tego »sz«, czy »s«, bo to wszystko obok siebie mamy w tym materyale. Kto wie>
niech nas objaśni, ale my możemy czuć tylko to, że mamy do czynienia z chaosem
językowym, a nie z językiem prawdziwym. Stwierdzają to inne rzeczy. Jeżeli w ja
kiej gwarze mówi się jak tutaj »ón« (7), »ogón« (8). a nawet »sdm» (sam) str. 7.
to musi tam być także i »wzión«, »pálnón«, a tymczasem szczęśliwa Miedzna ma
obok tego i »on« (7), »wzion« (7 і 8), »palnon« (8), »som» (są 8), a nawet »sám«
(sam 8), »tom« (tam 8) — znowu galimatyas niemożliwy — Miedzna należy do
gwar, które mają »á« (wym. prawie jak »o«), ale oprócz form z »á« mamy tuta
co chwila i formy bez »á«, jak n. p. »gotowaw« (7), »pedźaw« (7) »ogzać« (7),
»daw« (7) »ptasšká« (8), »ptašek (8), »koszaw« (8), »dnw (8), »pisnw« (8), »la pani«
(8), ba nawet »świat« i »świat (8) — czyli znowu niemożliwość. Ale jest tu rzecz
jeszcze dziwniejsza. Trafiają się gwary polskie, w których mamy »ton«, »jedon«
»każdon«, »zadon« i t. d. zamiast »ten«, »jeden«, »każden«, »žáťtel«. Rzecz oczy
wista, że w takich gwarach niema już tych ostatnich form, tylko są tamte. Ale po
nieważ- Miedzna jest pod każdym względem szczęśliwa, więc też obok »ten« (8,
(8) jest także »ton« (7 i 8) ba nawet »to'n« (8); obok »jeden« (7), »jednemu« (8)
także »jedon« (8), ba nawet »jednomu« (8) i »samomu« (8). »Gdzie jest »tćn«
»jednánu« (8), »drugiego« (8), tam nie może być »gąstej« (8), »jednej« (8) »tej«
(8), tylko »gąs.ty«," »jedny«, »ty«. Jednakże to wszystko od początku do końca,
wszerz, wzdłuż, w zwyż i w głąb, na wszystkie boki i strony i jak kto chce, nic
innego tylko fałsz, na którym nikt polegać nie może.
A może to tylko sam początek taki nieszczęśliwy, a dalej jest ju ż wszystko
tak jak się patrzy? Niestety nie! Weźmy n. p. Jakubkowice, Łańce i Grzędzieńską
Farę (str. 88—97.) I cóż widzimy? Oto ten sam niemożliwy chaos. W Jakubkowicach n. p. ma ten sam człowiek mówić »ten« (89), »jeden« (89), »oficer« (89)
i »tćn« (89) »jeden« (jednego 88), »oficer« (90), a nawet »tyn« (90), »tygo« (91),
a nawet »tomu« (91), obok »tánu« (91) i »temu« (91). Ten sam człowiek ma tutaj
mówić »ón« (88) i »on« (90, 91), »wzidn«”(88) і »wzion« (89), »ddmy« (90) i »dom«
(89), »ptin« (89), »pon« (90) і »pon« (90) ; ten sam człowiek zamiast »młody/«
mówi »młodi« (91), a nawet jakoś z ruska »młod«)'« (91)!! Nie brak oczywiście
i takich mylnych form, jak »teraz« (89, 9!), »pytał« (89), »djabła« (89), »napisał«
(88)! W samogłoski nosowe nawet się tutaj zapuszczać nie możemy, bo z tej gma
twaniny nie wybrnęlibyśmy nigdy. O mowie z Łańc i Grzędzieńskiej Fary, żeby nie
powtarzać wciąż tych samych rzeczy, zaznaczam y tylko, że przedstawia taką
samą pstrokaciznę najróżnorodniejszych niemożliwości, jak »pan« (96) obok »pogdn«
(94), jak »dał«, »nazad«, »kucharz«, jak »wzion« (95), »śćon« (96), »usłuchnon«
(96) obok »wzidn« (96), »owindn« (95), jak »zaden« (96) obok »jedy/n« (96), jak
»ten« (96) i »tén« (96), »Arciján« (94) і »Arcyjan« (94), jak »wtedy« (96) i »wtedy«
(92) і t. d. і t. d.
Sięgnijmy jeszcze dalej w głąb rozpawy, do Dzierzszna (str. 156— 159),
a spotkamy się znowu z takiemi samemi niemożliwościami językowemi. Jeżeli prawda,
że tam mówią »pan« (159), to nieprawda, żeby także mówili »pwn« (159). Jeżeli
-
217
-
tam mazurują i mówią »psy miasteeku« (157), »zyd«, »kazdy« (157), »faraza«
( = fararza 157), »karcmk« (157), »zobacyl« (157), »sukal« (:57), »stwoeyl« (158),
to nieprawdą jest, żeby mówili także: »prsy ty farze« (157), mieszkał« (157), »syd«
(157), »przed« (157), »przeklęty« (157), »wczora« (157), »dziewczyna« (156),
»grosza« (157) Jeżeli prawdą jest, że tam mówią »tyn« (158), to nieprawda, żeby
mówili także »ten« (158); jeżeli prawdziwa jest forma »rynka« (— ręka 158): to
fałszywa jest na »rence* (158); jeżeli się tam mówi »ręk&n« (157), to nie może być
»sobom« (157)); jeżeli jest »pajonk« (157), to nie może być »s&Mitdeś« (159) i t. d. i t d.
Co do samej treści wydanego materyału, to nie zawiera on nic osobliwego
i ani prawie zgoła nic takiego, czegobyśmy nie znali skąd inąd. I zapytać się trzeba
czy w tym stanie pozostaw iony przez nieboszczyka materyał godziło się wydawać,
Nauce nie oddało się przez to usługi, bo z takiego materyału korzystać ona nie
może, a sławie naukowej autora raczej się zaszkodziło, aniżeli pomogło.
Jak w tece autora mogła się znaleźć tak niedostateczna praca, wyjaśnić sta
nowczo nie umiemy, nie znając rzeczywistych powodów. Podać więc możemy tylko
przypuszczenia.
Autor chciał być bardzo ścisłym i naukowym w pisowni, więc popadł
w przesadę, o co nie trudno, jak świadczy tyle innych przykładów. Co do języka,
to .może znowu było tak. Autor języka ludowego nie znał i nie wiedział, że każda
gwara ludowa jest sama w sobie ściśle określoną i w sobie zamkniętą całością,
ja k język literacki, że jak w nim, tak w każdej gwarze zasadnicze jej zjawiska,
jak pochylenie (ścieśnienie) samogłosek, jak rynizm, jak mazurowanie czy brak
tegoż z dziwną przeprowadzone są konsekwencyą; że galimatyasu zgoła w nich
niema, ale owszem nieubłagany ład i porządek, tak dalece, że wyjątki nawet
stwierdzają zasadę. Tego autor dobrze ani wiedzieć, ani czuć nie mógł. A tymczasem
po Śląsku podróż odbył, tu i ówdzie z różnych gwar coś zapisał i zostało mu w
pamięci wyobrażenie wielkiej rozmaitości. Resztę materyału nadsyłali mu zapewne
ludzie zamówieni, którzy zjawisk językowych wiernie przedstawić nie umieli, a on
podług ich pisma i swych notatek kombinował. Wyjaśnienie tej sprawy już zresztą
do nas nie należy.
S. Matusiak.
„W isła“ miesięcznik geograficzny i etnograficzny tom XIV.
W arszawa 1900.
Wielce zasłużony dla naszej etnografii dr. Jan Karłowicz, który stworzył
»Wisłę« i redagow ał ją znakomicie przez lat 13, ustąpił. Ustąpił zmuszony do tego
nadmiarem pracy w ostatnich latach, gdyż oprócz redagowania »Wisły«, oprócz
zasilania tego pisma i innych wybornymi artykułami i rozprawami naukowemi,
przygotowyw ał do druku nieocenione dzieło »Słownik gwar polskich«, wydawany
nakładem Akademii Umiejętności w» Krakowie i rozpoczął wydawnictwo _»Słownika
języka polskiego«, tak pożądanego od dawna, gdyż słowniki: Lindego i wileński
nie wystarczają potrzebom dzisiejszym. Ustąpił może także i dlatego, że »Wisła«
pomimo, że stała na wysokości zadania, że wszędzie w kołach naukowych była
zawsze bardzo pochlebnie oceniana, że położyła nieocenione zasługi na polu ludoznawstwa, pow ołała do pracy cały szereg ludzi i zgromadziła olbrzymie skarby
dla etnologów — pomimo tego wszystkiego walczyła zawsze z trudnościami . finan
sowej natury i nie mogła wywalczyć sobie takiego koła prenumeratorów, jakie mieć
powinna była ze względu na swoją wartość istotną.
Redakcyę ó b j^ f'dàWîiÿ i dobrze nam znany współpracownik »Wisły« p. E.
Majewski, człowiek obszernej wiedzy i niezmordowanej pracowitości, więc też mamy
— 218 —
nadzieję,' źe pismu temu upaść nie dozwoli, ale dołoży starań usilnych, aby je utrzy
mać, rozwijać i ulepszać, jeżeli to tylko będzie możebne.
Zaraz z pierwszego wejrzenia spostrzegamy, że tom XIV. różni się od po
przednich tomów »Wisły« ; użyto bowiem grubszego papieru do druku i nowego
kroju czcionek. W ew nętrzny układ czasopisma nie uległ zmianie, przybyły tylko na
końcu każdego zeszytu dwa nowe działy: »Drobiazgi ludoznawcze« i »Różne wia
domości«. Redakcya bardzo staranna, jak dawniej, ilustracyj wiele wcale udatných.
Tom rozpoczyna dalszy ciąg pracy mojej : »Świat nadzmysłowy ludu kra
kowskiego mieszkającego po prawym brzegu W isły«, w którym pomieściłem w roz
działach: 1. Wielkoludy, 2. Czarownice i czarownicy, 3. Czarnoksiężnicy, 4. Zmora,
5. Gościec i kołtun, 6. Powietrze, 7. Łożnica ■
— 108 baśni, charakteryzujących
w tytułach rozdziałów pomieszczone pojęcia ludowe. — P. L e o n W a s i l e w s k i
w artykule: »Z dziejów zachodniej granicy etnograficznej Słowiańskiej« zapoznaje
nas z treścią dzieła Stefana Komornickiego : »Polska na zachodzie w świetle cyfr
i zdarzeń«, w którem przedstawił autor na podstawie sum'ennych kilkuletnich studyów historyczno-statystycznych, jak postępowała germanizacya zachodnich granic
słowiańszczyzny od czasów najdawniejszych do najnowszych. — P. E r a z m Ma
j e w s k i prowadząc dalej rozpoczęte pirzed laty- monografie zwierząt na podstawie
wiedzy ludowej umieścił pracę pod napisem : »Rodzina kruków w mowie, pojęciach
i praktykach ludu polskiego«. Cała praca obejmuje oprócz słowa wstępnego nastę
pujące rozdziały : 1. Charakterystyka przyrodnicza rodziny kruków, 2. Kruk: na
zwisko, nazwy geograficzne pochodne od kruka, nazwy roślin i zwierząt, homonimy,
naśladowanie i tłómaczenie głosów, zwroty mowy, klątwy, przezwiska, przysłowia,
przypowieści i porównania, pieśni, pojęcia ogólne, przepowiednie, wróżby, ob/zędy,
zwyczaje, praktyki, zabobony, lecznictwo, czary, zamawiania, gry, zabawy dziecięce.
Tak samo bogatą treść obejmuje opis wrony, gawrona, kawki i sroki, w czem autor
pomieścił nadzwyczaj mozolntè zebranych około 400. szczegółów z obfitej już lite
ratury naszej etnograficznej. — P. J ó z e f R a d z i u k i n a s , który w ubiegłym roku
obdarzył nas opisem jeziora »Dusia«, umieścił teraz rozprawę o »Dzukach«, Li
twinach Zamieszkujących południową część gubernii Suwalskiej. Autor opisuje kraj
zamieszkały przez Dzuków, ich siedziby, sposób gospodarowania, strój, pożywienia
i podaje ich charakterystykę fizyczną i um ysłową —
P. G. S m ó l s k i »Z wycieczki na Mazowsze. Pruskie«: jest to zajmująco n a
pisane a poważne studyum o Mazurach pruskich. Namalował nam autor barwnie całe
życie Mazura w dniu powszednim i świątecznym, z jego codziennymi kłopotami
i radościami, jego siedziby, gospodarstwo, strój i robiącą wielkie postępy germamzacyę tego ludu polskiego. — P. W a c ł a w M a k o w s k i »Dożywocie«. Autor
przytaczając różne formy dożywocia na ziemiach Polski między ludem przechowujące
się, dowodzi, że są one przeżytkiem pierwotnego dzikiego zwyczaju pozbywania
się starców, jako nie mogących pracować, przez zabijanie ich P B. B r u c h n a l s k a
podaje »Pieśni ludowe z gminy Sanka pod Krzeszowicami«. — P. M a r y a n K u c z
w artykule pod napisem »Jej łza« zaznajamia nas z trzema podaniami ludowemi
z okolic Iłży w gubernii Radomskiej o powstaniu Iłży. — P. R e g i n a L i l i e n t h a l o w a podaje 141 »Przesądów żydowskich«. — Wielką przyjemność sprawiła nam
redakcya, podając w doskonałem tłumaczeniu śp. Izydora Kopernickiego 7 pieśni
serbskich W uka Stefana Karadzicza. —- P. Z o f i a K o w a l e w s k a : »Obchód we
selny w powiecie wilejskim w okolicy Mołodeczna i Radoszkowic«. Autorka opisuje
szczegółowo wesele ludu białoruskiego, zamieszkującego tamtejsze okolice- P. E.
—
210
—
T e t z n e r opisuje pod względem etnograficznym »Pobrzeże Liwca« na Podlasiu
w pow. Wągrowskim. — Mamy tutaj znowu bardzo cenny »Przegląd rzeczy etno
graficznych w XXV rocznikach »Tygodnika Piotrkowskiego«, z którego udato się mo
zolnie wyłowić 157 artykułów, wzmianek, notatek i t. d. dotyczących ludoznawstwa
W znakomitym jak zazwyczaj artykule »Srodkowość polszczyzny«, dr. J a n K a r
ł o w i c z jasno przedstawia i udowadnia spostrzeżenie swoje, źe »właśnie na ob
szarach polskich, Słowianie przeżyli ostatnią wspólność pobytu i wynieśli stamtąd
wspólność językową, która się później w odrębne narzecza rozwinęła«. — Seweryn
U d z i e l a : »W anioły i dyabły zabawa dzieci wielickich«, jest to uzupełnienie pod
tym samym napisem umieszczonego w XIII tomie »Wisły« artykułu prof. L. Młynka.
Z teki pośmiertnej dr. W ł a d y s ł a w a M a t l a k o w s k i e g o umieszono wspomnienie
»Z letniej wycieczki do Bieniszewa«, gdzie nieodżałowany autor, czuły na piękno
przyrody, opisuje wrażenia z tej r odróży. — E r a z m M a j e w s k i : »Bez i hebd,
ich folklor oraz historya nazwisk«, studyum bardzo zajmujące, w którem autor do
wodzi, że »bez« musiał być znany ludom słowiańskim już na kilka wieków przed
Chrystusem. — Z obszernej rozprawy p. B. W. »Ludność polska ziemi .chełmińskomichałowskiej podług spisu ludności z dnia 1. grudnia 1895 r.« opatrzonej dwoma
mapami i licznemi tablicami statystycznemi, dowiadujemy się o liczbie i rozsiedleniu
Polaków w dzisiejszych pięciu powiatach regencyi Kwidzyńskiej. — P. Romuald
O c z y k o w s k i »Opis ubrań włośęianek z księstwa łowickiego« dokładnie ilustro
wany dwiema kolorowemi tablicami. — Treściwie a jasno przedstawia prof. W a c
ł a w N a ł k o w s k i w artykule: »Sfinks tatrzański« i geologiczny, tektoniczny układ
Tatr. — Spotykamy tu referat z III zjazdu historyków polskich w Krakowie prof,
dra Aleksandra Brücknera »Polska literatura średniowieczna«, w którym pokrótce
przedstawia zdobycze nasze z tego zakresu poczynione w ostatnich 15 latach, zdo
bycze bardzo obfite i wskazuje, że obecnie należałoby te zabytki poddać rozbiorowi
krytycznemu »co do wzorów i źródeł, skąd wzięte, co do wiedzy i myśli, jakie
z nich przemawiają, co do śladów swojskości w każdym kierunku«. — P. F r a n
c i s z e k M a g i e r a w artykule: »Kowale sułkowiccy« zaznajamia czytelnika z pracą
i życiem całem mieszkańców Sułkowic, wioski pod Myślenicami położonej. — H. L.
»Obrzędy weselne na Niżu dnieprowym« bardzo zajmująco opisane. — P. G. J.
Z i e l i ń s k i zapragnął zebrać »Zwyczaje myśliwskie« i podaje ich 30, zebranych z ust
ludu i z książek. W tym kierunku bardzo mało mamy zapisków, więc byłoby pożądanem zwrócić uwagę na zwyczaje myśliwskie i uzupełnić żmudną pracę p. Zie
lińskiego. P. Z d z i s ł a w B i t n e r w artykule »Obrazy z przeszłości« podaje wią
zankę zapisków o kurhanach w powiecie Bielskim i garść baśni ludowych zwią
zanych z nimi. — P. M i c h a ł R a w i c z W i t a n o w s k i podał tu dalszy ciąg bardzo
mozolnej a bardzo pożytecznej pracy. »Etnografia w słowniku geograficznym«, którą
rozpoczął już w t. XIII. »Wisły« a obecnie doprowadził do litery K . — P. R o m a n
Z a w i l i ń s k i w artykule »0 potrzebie mapy etnograficznej polskiej«, przeznaczonym
na III. zjazd historyków polskich w Krakowie, domaga się bardzo słusznie, aby do
tychczasowe owoce badań nad ludem naszym utrwalić na mapie graficznie i aby
badania etnograficzne dalsze skierować do uzupełnienia braków w tym kierunku,
abyśmy mogli przyjść w posiadanie dokładnego atlasu etnograficznego, uwzględnia
jącego nie tylko stosunki gwarowe, ale dającego nam »graficzny obraz rozpostarcia
się wspólnych obyczajów i zwyczajów, wierzeń i przesądów«. — W a c ł a w
N a ł k o w s k i , wytrwały współpracownik »Wisły« od czasu jej istnienia, w swej
»Kronice geograficznej« zaznajamia nas każdego roku z najnowszymi wynikami
badań na polu geografii i nauk jej pomocniczych. W tomie niniejszym czytamy :
— 220 Oznaczenie bieguna półkuli lądowej, ruchy skorupy ziemskiej, giejzery, rzeki i je
ziora, lodowce i ślady lodowcowe, morze antarktyczne, klimat, zmiany widnokręgu,
geneza plastyki, wulkany, w yspy koralowe, plastyka dna morskiego, temperatura
wody morskiej, prądy morskie, opady, śnieg gnejzowy, klimatyczne stosunki okolic
antarktycznych, pochodzenie człowieka i stosunki antropogeograficzne. — Oprócz
obszerniejszych rozpraw i artykułów naukowych znajdujemy tu mnóstwo prac drob
niejszych nie mniej jednak cennych i ciekawych, że przytoczę tylko kilka: p. J a n a
M a g i e r y : Wierzenia ludowe w okolicy Sułkowic — p. S t a n i s ł a w a C z u p r y k o w s k i e g o : Biłgorajanie i sitarstwo — p. R e g i n y L i l i e n t h a l o w e j : Zarę
czyny i wesele żydowskie — p. Z. K o w a r s k i e j : Tabaka i tytoń — p, H. L o p a c i ń s k i e g o : Dwa przysłow ia starożytne — p. H. S a r n o w s k i e j : Piosnki śpie
wane w powiecie gostyńskim na okrężnem — p. M a r y a n a K u c z a : Gregoryanki,
Zwyczaj zawiadamiania o zgonie w powiecie Lubartowskim, Ł u p i ch a-K u p i c h a (kar
czma z legendą o Twardowskim pod Sandomierzem), — p. Z. G l o g e r a : Ości
i chrapki rybackie w powiecie Słonimskim — p. St, B r z o z o w s k i e j : Notatki
z Komornik w powiecie Wieluńskim — p. S. B i t t n e r : Pieśń o ojcu z trzema
córkami — p. Wł. S e m k o w i c z a : Pieśń o królu Sobieskim — p. M. J a n o w
s k i e g o : Rysunki z piasku przed chatą w Smardzewie w powiecie Opoczyńskim
i wiele, wiele innych, których tu trudno powtarzać, aby sprawozdanie niniejsze nie
wyglądało na spis rzeczy XIV. tomu »Wisły«. — Stały dział »Wisły« nazwany
»Poszukiwania« zebrał wiele materyału nowego do: lecznictwa ludowego, naszego
obszaru etnograficznego, kuli, chaty, przysłowi, à pochylonego, pisma obrazowego,
pojęć ludu o przyrodzie, nazw topograficznych, piłkalni, pamięci o zmarłych, pisanek
czytelnictwa ludowego, sobótki, istot nadprzyrodzonych, Szwedów, Tatarów i T ur
ków, kołysanek, chleba, wreszcie do astronomii, hemografii i meteorologii ludowej.
Bogaty jest także dział krytyki i bibliografii obejmujący przegląd książek i czasopism.
Wreszcie nie mogę pominąć milczeniem, że rocznik zdobią liczne rysunki i wybornie
wykonane dwie tablice chromolitograficzne przedstawiające stroje niewieście w księ
stwie łowickiem. Tak się przedstawia całość tego polskiego czasopisma etno
graficznego.
Seweryn Udziela.
SPRA W Y
TO W A RZY STW A.
I. Posiedzenia Sarządu centralnego.
D r u g i e posiedzenie odbyło się 12. kwietnia. Obecni pp. Bal, Bayger, dr.
Gargas, Jankowski, dr. Kalina, Klemensiewicz, ks. Krechowicz, dr. Leciejewski, Rybowski i Zdziarski. Przewodniczył do 7'30 dr. Kalina, później wiceprezes p. Bal
1. Przyjęto 4 nowych członków.
2. Przyjęto ofertę na druk »Ludu« diukam i W.Szyjkowskiego we Lwowie.
3. Załatwiono wnioski oddziału chrzanowskiego.
4. Postanowiono zażądać od dra Eljasza-Radzikowskiego zwrohr rękopisu pracy
śp. dra M. Gumplowicza p. t. »Polacy na Węgrzech«.
5. W ykreślono 60 członków, 40 z nich postanowiono zaskarżyć ozapłacenie
wkładek.
6 Uchwalono zażądać zwrotu zbiorów b. oddziału buczackiego i wielickiego.
— 221 —
7.
Uchwalono w ysłać na Walne Zgrom. Tow. naucz, szkół wyższych i T ow .
pedagogicznego delegatów z referatami.
II. Posiedzenia naukowe.
P i e r w s z e posiedzenie odbyło sig 15. lutego 1902 r. Referent dr. Zygmunt
Gargas odczytał kwestyonaryusz w sprawie »Zwyczajów spadkowych w gospodar
stwach włościańskich w Galicyi«, który wydrukowany będzie w następnym zeszycie.
W dyskusyi zabierali głos pp. Bayger, dr. Kalina, dr. Leciejewski, Rybowski,
dr. W asung, Zdziarski i prelegent.
St. Zdziarski
Dr. A. Kalina
sekretarz.
prezes.
III, Sprawozdania Oddziałów,
Oddział w Chrzanowie.
T r z e c i e w a l n e Z g r o m a d z e n i e odbyło się dnia 9. marca 1902 w Chrza
nowie przy licznym udziale członków i gości z powiatu chrzanowskiego i bialskiego.
Przewodniczył prezes Oddziału próf. Br. Gustawicz, protokół prowadził sekretarz
Oddz. p. St. Polaczek.
I. Przewodniczący w zagajeniu zaznaczył, że pod wpływem rozmaitych czyn
ników zaciera się i ginie powoli u ludu naszego wszystko to, co tworzyło do tej
pory wybitną jego charakterystykę, a więc giną i zacierają się zwyczaje i oby
czaje, wierzenia i przesądy, stroje i muzyka, tańce i pieśni i t. d. Miejsce
dawnych pięknych pieśni i dumek wiejskich zajmują dzisiaj coraz to częściej śpiewki
żołnierskie, i inne pozbawione wszelkich] znamion charakterystycznych naszej ro
dzimej ludowej pieśni, a pełne wyrazów obcych, niemieckich, niezrozumiałych
i po największej części poprzekręcanych. To samo spostrzegamy i w innych objawach
twórczości umysłowej, i życia ludu wiejskiego. Dlatego też, aby uchronić od za
głady i zapomnienia wszelkie u ludu od wieków przechowane pomniki dawno
minionych okresów kultury, należy wszelkiemi siłami zbierać i drukiem ogłaszać
skrzętnie wszystko to, co tylko w zakres ludoznawstwa wchodzi, aby wydawnictwa
etnograficzne zawarły w sobie jak największą i możliwie wyczerpującą ilość utworów
umysłu i fantazyi ludu wraz z jego wierzeniami i przesądami, zabobonami i gus
łami i t. p. Aby zaś to poważne zadanie sumiennie spełnić, należy do zbierania
materyałów ludoznawczych zaprosić nie tylko samo nauczycielstwo ludowe, lecz
także rozbudzić zajęcie się tą sprawą u całego społeczeństwa ludowego.
II. Po odczytaniu i przyjęciu sprawozdania z czynności Zarządu i spraw oz
dania kasowego za rok 1901. wybrano następujący skład Zarządu na rok 1902..
prezesem został ponownie prof Br. Gustawicz, wiceprezesem p. Jan Bieroński
(Chrzanów), członkami Zarządu; pp. Stanisław Polaczek (Krzeszowice), Michał
Makuch (Chrzanów), Tekla Borowiecka (Chrzanów), Stanisław Rzeszódko (Oświęcim),
i Józef Pietrzykowski (Szczakowa).
III. Do komisyi kontrolującej zostali wybrani: pp. Bronisław Janicki i Józef
Krzystek (Krzeszowice).
IV. Posiedzenie zakończył przewodniczący odczytem p. t. »Z ż y c i a S e k
i e r ów«. Prelegent wskazawszy we wstępie geograficzne rozpostarcie się siedzib
Seklerów w dolinie Olty i Maruszy i ich dopływów u podnóża gór Hargity w Sied
miogrodzie, na podstawie] własnych spostrzeżeń zebranych podczas pobytu, swego
tamże w r. 1881., skreślił w żywym i zajmującym obrazie charakterystykę wsi sek-
— 222 —
lerskich, ich mieszkańców, opisał dokładnie zagrody i obejścia, stroje i pożywienie,
tudzież zwyczaje: jak śmigus, następnie chrzciny, wesela i pogrzeby, i w końcu
podał kilka ciekawych baśni, wykazując wszędzie podobieństwo do zwyczajów
ludu naszego.
IV. Stosunki Towarzystwa z innemi Towarzystwami naukowemi
i Hedakoyami pism.
1. Towarzystwo hygieniczne w W arszawie, które posyła swój organ »Zdrowie«.
2. Towarzystwo przyjaciół zdrowia we Lwowie, które posyła swój organ: Przegląd
hygieniczny, red. dr. J. Szpilman,
3. Król. Towarzystwo geograficzne australskie w Brisbane, które posyła swój organ
Quensland Geographical Journal red. J. P. Thomson.
4. Vlastenecký Spolek Muzejni w Ołomuńcu, posyła swój organ : Časopis.
5. Redakcya Věstnik slovanské filologie a starožitnosti wyd L. Niederle, F. Pastrnek,
J. Polívka, Z. Zubatý.
6. Pogląd na świat. Kraków.
7. Finnisch-ugrische Forschungen nebst Anzeiger hrgg. von E. N. Setälä und
Kaarle Krohn. Helsingfors.
V. Dary.
Do biblioteki :
Oprócz czasopism i wydawnictw peryodycznych tych instytycyi, z któremi
Tow. stoi w stosunkach wymiany pism, otrzymaliśmy nąstępujące dary w r. 1902 :
Czeska Akademia cesarza Franciszka Józefa swoje wydawnictwa:
1. Národní písně moravské sebr. Fr. Bartoš. Praha 1901.
2. Památki řeči a literatury české II. 3: Ezopove fabule. Praha 1899.
3. Žaltár poděbradský. Praha 1899.
4. Příspěvky к dějinám moru v zemích ceských zlet 1531— 1746. Praha 1902.
5. Archiv pro leksikografii a dialektologii. Praha 1901.
6. Rozpravy. Třída I. ročnik IX. 1901.
7. Cisty Oldřicha, probošta Steinfeldského do čech na Moravu zaslané. Praha 1900
8. P rokopa pisarě Novom ěstekého č e s k á »Ars dictandi«. P raha 1900.
9. Dr. V. Flajšhans: Literární činnost Mistra Jana Husi. Praha 1900.
10. Jana Amosa Komenského Maudrost Starych Čechiíw wyd. J V. Novák. Praha 1901.
Słow eńska Matica w Lublanie sw oje w ydaw nictw a :
11. Zbornik varstvenich in poučnih spisov. 3 sv. Lubiana 19)1.
12. Slovenské národne pesmi ured. dr. K.Štrekelj. Lubiana 1901.
13. Vojvodina Kranjska spisal Fr. Orožen. 1901.
14. Knězova Knjižnina. VIII. v w. ured. Fr. Orožen. 1901.
15. Zabavna Knjižnina. XIII. sv., 1901.
16. Letopis za leto 1901, Lubiana 1901.
17. Redakcya : Věstnik slovanské filologie a starožitnosti. Room I. Praha 1901.
18. Uprawlenije Kawkazskawo Učebnawo Okruga w Tiflisie: Sbornik Materiałów dla
opisanija městnostiej i plemien Kawkaza. Tiflis 1901.
19. H. Ułaszyn swoją pracę: Na babią górę. Kraków 1901.
20. J. Snitko swoje dzieło: Zarys pojęć o narodzie. Lwów 1901.
21. Museum Královstvi českeho sw ój: Časopis za r. 1901.
— 223 —
22 Gesellsch. z. Förderung deutscher W issenschaft etc. swe wydawnictwo : Sebastian
Grüner, Ueber die ältesten Sitten und Gebräuche der Egerländer, Prag 1901.
23. J. A. Jaworski] sw ą rozprawę: К istorii halicko-russkich koljadok. Lwów 1901.
24. Towarzystwo Appalachian Mountain Club w Bostonie swój Register za r. 1902.
25. Nauk. Towarzystwo im. Szewczenki: Etnograficznyj Zbirnyk X. XII. Lwów
1902.
26. Br. Chlebowski: Słownik geograficzny Królestwa Polskiego. Tom XV. zeszyt
1 7 1 - 175.
27. Matice Moravska: František Sušil sp. dr Pavel Vychodil. Berno 1902.
28. American Academy of Arts and Sciences: Procedings vol. XXXVI. nr. 20—29,
vol. XXXVII. nr. l - \
29. S. Udziela swoją pracę: Świat nadzmysłowy ludu krakowskiego. W arszawa 1901.
30. Redakcya »Zdrowia« dr. J. Tchórznicki : Piekarnie warszawskie pod względem
sanitarnym. W arszawa 1899.
3!. X. M. Czermiński T. J. swoje dzieło: Z Grecyi i Krety. Kraków 1902.
32. L. Krzywicki swe dzieło: Systematyczny kurs antropologii. W arszawa 1902.
33. Księgarnia Hermana Costenoble w Berlinie : Ed. Bogusławski : Methode und
Hilfsmittel der Erforschung der vorhistorischen Zeit in der Vergangenheit der
Slaven. Berlin 1902.
34. Prof. Knoop: Rogasener Familienblatt roczn. III—V. Rogoźno 1899—1901.
35. W. E. Badura swoją pracę : Chów drobiu i bydła oraz weterynarya ludowa
w wioskach parafii Pobiedr i Krzęcin. Lwów 1902.
36. Zygm. Gloger swoje dziełko: Obrzęd weselny polski z pieśniami i przemowami
W arszaw a 1901.
37. Jugoslav. Akademija znan. i umj. w Zagrzebiu. Zborník za narodni život i obicaje južnih Slovena. VI, 1. 2. Zagrzeb 1901.
38. H. Ułaśzyn swoją pracę: Gruzya i Gruzini. Kraków 1901.
39. Tenże: dr. Wład. Wisłocki, notatka biograficzno-bibliograficzna. Kraków 1901.
40. E. Hoffman Krayer sw ą pracę: Die Volkskunde als Wissenschaft. Zürich 1902.
41 Hałycko russka Matyca: Nauczno-literaturnyj Sbornik. T I. 1—4. Lwów ¡901.
42. Król. Česká Společnost náuk: Výroční zprava za r. 1901. Praha 1902.
43 Z. Gloger swoje dzieło: Encyklopedya staropolska ilustrowana. T. 1. 2. W arsz.
1900 і 1901.
44 Smithsonian Institution w W aszyngtonie 14 rozpraw i dzieł z zakresu archeo
logii, antropologii i etnografii i Annual Report za r. 1897 i 1899.
45. R. Baudouin de Courtenay sw ą pracę : Tretij sjezd polskich istorikow. Petrs 1901.
46. A. Pogodin sw ą pracę: К woprosu o Thrakijcach. Petrsb. 1900.
47. Tenże: Iz istorii sławjanskich pieriedwiżenij. Petrsb. 1900
43. Tenże: Wilenskij uczebnyj okrug ¡803— 1831.
49. A P. Stoilow sw oją pracę: Molba za dażda. Soluń 1901.
50. Akademia umiejętn. w Krakowie: M. Federowski: Lud białoruski II. Kraków 1902.
51. H. Goldstein: Przyczynki do księgi przysłów S. Adalberga 1—3. W arszawa
1901-1902.
52. Król. česká Společnost náuk: Zpráva o slavnosti 300-té ročnice umrti Tychona.
Brahe Praha 1902.
53. Taż. Prameny к synodám strany pražské a táborské v 1. 1441 — 1444. wyd. W .
Nejedlý. Praha 1900.
54. T aż: Věstník za r. 1901.
224
—
55.
Société ď anthropologie de Paris: Bulletein et mémoires 1900 nr. 5.. 6. r. 1901
nr. 1. 2. 3.
5,6 S, Udziela pracę swą : Topograficzno-etnograficzny opis wsi polskich w Galicyi
Kraków 190!.
57. Ces. Akademia nauk w Petersburgu: Izyjestija otdjelenija russk, jazyka i słowiesnosti 1901 r. kn. 1—4.
58. Dr. Z. Daszyńska-Golińska sw ą pracę: W ywiady nad położeniem robotnikóry
wykwalifikowanych w Krakowie. Kraków 1901.
59. Redakcya »Hlidky« V. K osmaka: Sebrané spisy. Zesz. 2 8 —37. Brno. 1901 — 1902.
60. Taż: Výbor ze spisií V. Kosmáka zesz. 1. 2. Brno. 1901. 1902.
VI.
Spis nowych członków:
690. Bielecki Włodz. naucz. Chrzanów.
691. Czaja Stan. naucz. Skawina.
692. Dobrzycka Eleonora, naucz Polanka Hallerowska, p Skawina.
693. Furdzik Jan, naucz. Paczołtowice p. Krzeszowice.
694. Gazdeczka Wojciech, naucz. Skawina.
695. Papuziński Stan. naucz. Chełmek, p. Bobrek.
696. Pisiewicz Teodor, naucz. Długoszyn, p. Szczakowa.
697. Twardowski Pius, radca dworu, Lwów.
V
96. Czcionkami »Drukarni Polskiej« we Lwowie (Pasaż Hausmana 5.).
Ö miłości u ludu w życiu i pieśni*).
W A n ty g o n ie , n ieśm ierteln ej trag e d y i S ofoklesa, 2343 la t tem u
w ystaw io n ej w A te n a c h , czy tam y przy k o ń cu 3. a k tu w iersz n a s tę
pu jący , któ ry , p rzy sto so w an y nieco do n asz y ch w yobrażeń, ta k t ł u
m aczy K orneli U je jsk i:
Miłości, któż cię zwycięży :
Wszak równie grot twój się miecie
I na serce wielkich męży
I na ust dziewczęcych kwiecie. —
Morza przelatasz i błonie,
Kędy strumień brzęczy,
I syn nicestwa i ten, co swe skronie
W nieśmiertelne liście wieńczy,
Dla ciebie szaleństwem płonie . . . .
Słow a ta k d aw n e a m y śl ic h całkiem dzisiejsza. W ierzy m y
dziś w szyscy, że n ajo g ó ln iejszy m w y razem tej siły m o ra ln e j, k tó ra
łączy lu d zi w ro dziny, ro d zin y w społeczeństw a i p a ń stw a a w sz y st
k ic h i w szy stk o z B o g iem , j e s t m iło ść , — św ia t i jego p o rz ą d e k , to
dzieło m iłości bożej. B iorąc n a u w a g ę zn aczen ie w y ra zu w ciaśniejszy m z a k re s ie , w co d zien n em jeg o ro z u m ie n iu , zauw ażyć m u sim y
*) Rzecz niniejsza, odczytana na ogólnem zebraniu członków Buczackiego
Oddziału Tow. ludozn. 21. stycznia 1900., obecnie na nowo została przejrzana
i w miarę potrzeby poprawiona i uzupełniona. Obrazy i pieśni w tej rozprawie
zaw arte,m alują stan rzeczy z przed lat około dwudziestu, dziś już nieco zmie
niony. Miejscem jest Trzęsówka, wieś w powiecie kolbuszowskim, wówczas mająca
stary (z r. 1777.) kościół parafialny, stary pałko i starą szkołę „trywialną“, dziś
zaś w miejsce starej nową szkołę murowaną a nadto pocztę, kółko rolnicze ze
sklepem, czytelnię i żandarmeryę. — Całość opracowana na podstawie mojej
dokładnej znajomości języka i obyczajów mieszkańców tejże wsi Trzęsówki; pieśni
nie starszych nad 10—15 lat dostarczyli mi częściowo siostra moja Agnieszka,
dotąd zamieszkała w Trzęsówce i brat Jan, magister zakonny w Dobromilu, naj
więcej zaś i najpiękniejszych brat mój Walenty, uczeń gimnaz., zmarły w 17. r.
życia w Buczaczu 15. listop. 1900. Rzecz o stanie bezżennym i dotyczące pieśni
odnoszą się do czasów nieco nowszych a przysłał m ije obecny proboszcz i wielki
dobroczyńca Trzęsówki ks. Andrzej Konieczny.
15
— 226 —
że są sp o łecz eń stw a, n a w e t in te lig e n tn e , dla k tó ry c h m iłość to
czczy w y raz a jego dźw ięk w d u szach n ie z n a jd u je echa ; n ie m i
łość k o jarz y rodziny, to w arzy stw a i w iąże w całość społeczeństw o,
ale b ez w zg lęd n a , s z o rstk a , często b ru ta ln a w ła d z a , którci im ię
in te re s , z y s k , pożytek. I to w łaśn ie n a z y w a się cy w ilizacy ą, p o stę
pem , w y ższą k u ltu rą .
A p rzecież u przew ażnej części ludzkiego sp o łeczeń stw a rzecz
m a się in aczej. T em p a ń s tw e m , w k tó re m s ta re rz ąd zą p ra w a , to
lud. T u m iłość p a n u je niepodzielnie i bez w spółzaw odnika.
Z n am y życie tego o ra cza , co potem zlan y chodzi za pługiem ,
lu b zw ozi owoce sw ej pracy , albo p asie to w arzy szy sw y ch p ra c
i tro s k , k o n ie , b y d ło , lecz zn a m y je p o w ierzch o w n ie, bo w głąb
je g o d u szy n ie sposób n a m za jrzeć ; a przecież to życie cięż k ie,
s m u tn e , p ełn e tro s k i stra c h u — od k olebki aż do g r o b u — ja k o b y
p ro m ień bożego słońca ośw ietla i ożyw ia ogień m iłości.
Że ta k j e s t , w prow adzę n a dowód p a ste rz a i p a s te r k ę , w spo
m n ian eg o oracza i jeg o połow icę i k ażę im opow iadać p ie śn ią
sw e ż y c ie , sw e u c z u c ia , rozw ijać „m yśli p rzęd zę“ i sy p ać „uczuć
k w ia ty “.
W ja k ic h ż e k ie ru n k a c h objaw ia się m iłość u chłopka oracza,
u d ziew czyny w ie śn ia c z k i? Nie w in n y c h , j a k u n a s , ale silniej,
ale idealniej i szczerzej. M iłuje B oga ta k , j a k u czy go katech izm ,
chow a p rz y k a z a n ia , śp iew a p ie ś n i, h y m n y i m odlitw y n a cześć
B oga i Ś w ię ty c h , p rz e strz e g a zw yczajów i u sta w k o śc ie ln y c h , ja k o
p o śred n io od B oga pochodzących i m iłość B oga je s t p o d staw ą całej
jeg o e ty k i, w szelkich objaw ów jeg o m oralnego życia. M iłuje tak że
o jczy zn ę, co p ra w d a , n ie ta k , j a k m y, ale pod w ielu w zględam i
sz c z e rz e j, niż m y. M iłuje swój ję z y k i to ja k n a jc z y stsz y — g d y
m u si u ży ć w y ra zu obcego, p rz ek rę ca go w n iem iło sie rn y sposób,
b y choć z pozoru w y d ał się sw oj-skim , w łasn y m . N ie lu b i zm ieniać
sw ej siedziby, p rz y w iąza n y je s t do roli pradziadow skiej i tylko
ciężk ą k oniecznością p rz y n ag lo n y j ą porzuca. Z w yczaje i obyczaje,
k tó ry c h n a w e t śla d y w in te lig e n tn y c h sfe ra c h zag in ęły , on chow a
s ta ra n n ie t a k , ja k p rzed w iek am i. P ie lę g n u je cn o ty ojców, obcych
(i cudzoziem ców ) się boi i n ie m a do n ic h za u fa n ia a p rz y n a jm n ie j
m a się p rz ed n im i n a ostrożności. To je s t p ra k ty c z n a m iłość ojczy
zny, bardzo dobra.
Lecz lu d m iłu je ojczyznę i n a n asz sposób, o ile pozna je j
h isto ry ę w szk o le, czy z k a z a ń pleb an a. — W pieśn iach ślad y są
liczn e , że m iłość B oga i ojczyzny bu d ziła n a tc h n ie n ie dom orosłych
poetów.
— 227 —
P obożne p ie śn i czysto ludow e z n a m y w w y k w in tn e j szacie
poetów n a sz y c h ja k K ochanow skiego, K a rp iń sk ieg o i in n y ch . P ie śn i
zaś opiew ających m iłość ojczyzny w k ie ru n k a c h w yżej w sp o m n ia
n y c h je s t niew iele. W ogólności tre śc ią ich to np.: żal po strac ie
ojcow izny, tę s k n o ta za d o m em , g d y j e s t się n a w o jn ie, często
w y śm iew a n ie obcych a zach w alan ie ojcow skiego k ą ta i w s i, ja k o
n ajlep sz y ch n a św iecie. Np.
1. Bedzie wojna, bedzie,
Kto na nią pojedzie ;
Niejedna matusia
Płakać syna bedzie.
2. W Krakowie na sali
Niemcy tańcowali ;
Polak wąsem ruszył,
Niemcy uciekali.
Że i h isto ry czn e w y p a d k i, o ile doszły u szu lu d u , odbiły się
w jeg o p ie ś n i, dowodzi u ry w e k :
3. Dana, moja, dana,
Ojczyzna kochana;
A ja do ojczyzny:
Ojczyzna sprzedana.
W n ajp o w szech n iejszem ro z u m ie n iu m iłość oznacza chęć i ż y
czliw ość w z ajem n ą jed n ej płci dla d rugiej. T a k się rzecz m a i u lu d u ;
n a tem też polu n a jb u jn ie jsz e i n ajp ię k n ie jsz e p ieśń zn alazła k w iaty ,
k tó re zasiliły fa n ta z y ę n asz y ch n ajw ięk sz y ch m istrzów sło w a, ja k
to dobrze zn am y , a i zobaczym y z p rzytoczonych piosnek.
M iłość m łodych płci obojga uśw ięco n y m zw yczajem m a za cel
ty lk o m ałżeń stw o . T a m iłość rodzi się i d o jrz e w a , o siąg a w spo
m n ia n y cel — o siąg n ąw szy n ie o s ia d a , ale dobroczynny w p ły w dalej
szerzy, ro zgałęzia s ię , p o tę ż n ie je , lecz n ie o p ad a ; g a ś n ie , z d m u
c h n ię ta przez śm ierć a przecież żyje i za grobem .
W całem zaś tem życiu m iłości n aju ro d z ajn iejszem polem to
czas p o w staw a n ia i d o jrzew an ia m iło ści, czas p rz e d ślu b n y ; tu też
z a trz y m a jm y się dłużej i z b ierajm y te k w ia ty p ie ś n i, bo ich tu
najw ięcej.
D ziew ica w zd y ch a do m iłości:
4 . Świeci, miesiąc świeci,
Gwiazdy pomagają,
Moje czyrne (czarne) oczka
Kochania nie znają.
15*
— 2Ž8 — .
Albo jeszc ze w y raźn iej :
5.
Wejże (Weźże) mnie, sokole,
Na skrzydełka swoje
I zanieś mnie, zanieś,
Gdzie kochanie moje.
6 . Ojże, moja ojże,
Na którego (tego i owego) pojrzę,
A na mego Jasia;
Dajże mi go, Boże!
7. Moja matusienko,
Dajcież mnie za Jasia,
Spodobały mi sie
Kółeczka u pasa.
A nie tak kółeczka
Ino oczka jego :
Moja matusienku
Dajcież mnie za niego.
i
ч
Albo żarto b liw ie:
8.
Ojże ino, nie inaczej,
Dobrze mi się Jasiu znaczy ;
Taki dobry, jaka i ja,
Nie będzie: mnie nigdy bijał.
J a k z p io sn ek w id a ć , w ie jsk im bo g d an k o m podobają się ła d n i
chłopcy. J e m u zaś podoba się w ięcej gospodarność d ziew czy n y :
9. Pojechałbym do ni,
Ale nie mam koni,
Bo mi się spodobał
Porządeczek u ni.
Nie tak porządeczek,
Ino ona sama ;
Wyleciała oknem
Dała koniom siana.
S cen a o p isan a w pio sn ce 9. odnosi się do pierw szej jego
w izy ty w dom u je j rodziców . N ie g a rd z i je d n a k i on ła d n ą tw a
rz y c z k ą :
10.
Na wysokim dębie_
Turkoczą gołębie ;
Tę dziewczynę lubię.
Co ładna na gębie.
— 229 —
Z n an a n a m je s t p io sn k a n asz y ch p a n ie n : „...pościłabym środy,
żeby m i się d o stał ja k i chłopiec m łody. P o ściłab y m środy, p ościła
bym p ią tk i, żeby m i się d ostał n a Zielone ś w ią tk i“. Z n ajd u jem y
tu podobną pieśń. Lecz — rzecz ciekaw a — w iejsk ie p a n n y , w idać,
sierd zistsze s ą , bo n ie p a n n a , ale k a w a le r tu chce pościć i nie
tylk o w p ew ne d n i, ale n a w e t la ta c a łe :
11.
^
Dolina, dolina,
Wtej. dolinie kościół —
Żeby mi cię dali,
Trzy lata bym pościł.
Trzy lata bym pościł
I cztery niedziele,
Żeby mi cię dali
Twoi przyjaciele.
Do tej p io sn k i jeszcze w rócim y.
D ziew czy n a m a rz y o c h ło p c u , to znow p rz ek o m arz a się z nim ,
b ęd ąc z n im ra z e m :
12. Wiewióreczka w lesie
Orzeszek ni i nieśie.
Niesie, niesie wianek
Do mnie mój kochanek.
13. Oluś ! moja, Oluś !
N ie. dałaś mi doróść :
Doglądałaś na mnie,
Niby na latorość.
14. Kochajże mnie, kochaj
Ino'nie powiadaj,
Gorzałki mi nie daj,
Koło mnie nie siadaj.
W tej p iosnce 14. rzecz dzieje s ię , j a k w id a ć , n a schadzce
w k a rc z m ie , ale coram publico. D ziew czyna ra d a z jeg o uczucia,
ale n ie chce jeszcze n a ra ż a ć się n a zazdrość lub obm ow ę p rz y
jaciółek.
C hłopiec c h ę tn ie sobie p rzy p o m in a sw oją lu b ą , jej stro je , je j
za jęcia, d ro g ę, po k tó rej chodziła itp.:
15. Hej z pola, z pola
Wola,ski gnała,
Wybity, wyszyty.
Fartuszek miała.
— 230 —
16. Ola moja, Ola,
Ścieżka koło pola,
Którędy chodziła
Kochaneczka moja.
17. Ola, moja Ola,
Idą wołki z pola,
Idzie i cielisia,
Goni ją Marysia.
18. Oj w lesie, w lesie
Zamroczyłem się,
Zdybałem dziewczynę.
Ucieszyłem się.
N azn acza je j sch ad zk ę a zaw sze ja k ą ś ro m an ty c zn ą. P rzypop o m in ają się g aje, k alin y , ogrody i a lta n y n a sz y c h poetów np.:
19. Siwy konik, siwy.
Siod (deczko niesie ;
Czekaj mnie dziewczyno
W kalinowym lesie.
2 0 . Jadę ja se jadę
Na koniku gniadem,
Czekaj mnie dziewczyno
Pod wiśniowym sadem.
P rz y s łu c h a jm y się ich rozm ow ie, czyto n a sch a d zce , czy
w dom u je j m a tk i, czy też po drodze z k o ścio ła, k ied y on j ą p ro
w ad zi „za rę k ę “ . R ozm ow a to o rzeczach w ielu i o n iczem a dla
n ic h ta k p rz y je m n a :
21.
Gorzała lipka i jawór ;
Gdzieżeś się, Jasiu zabawiał ?
Zabawiłem się u Zosie,
Pasła koniki po rosie.
2 2 . Od Krakowa jadę,
Krzemienista droga;
Daj dziewczyno gęby,
Bój' się Pana Boga.
Dałabym ci gęby,
Żebyś nie powiedział,
Bo ja bym tak chciała,
Żeby nikt nie wiedział.
23. Diewczyno, kocham cię,
Nikomu nie dam cię,
— 231 —
Nie dam c íq nikomu,
Wezmę cię do domu.
24. Dyna, moja, dyna,
Ja parobek, ty dziewczyna,
Ja parobek chleba krajać,
Ty dziewczyna gęby dajać.
25. Dziewczyno, dziewczyno.
Tyś moja, tyś moja,
Bo ja cię prowadził
Za rękę z kościoła.
To ju ż o b razek bardzo czuły, k ied y dw oje m łodych prow adzi
się „za rę k ę “ z k o ścio ła, to ju ż dalszy k ro k n a drodze m iłości.
P ie rw sz y zaś k ro k ,' zaw iązanie u n a s rozm aicie się o d b y w a , ta k i
J a ś u rz ąd za to j a k n ajp ro ściej. P rzy p u ść m y , że w iezie drzew o z lasu
i sp o tk a d ziew czy n ę , k tó ra m u się „podoba“. W ięc spojrzy n a n ią
z u k o sa i z n ie n a c k a „ c h la śn ie “ b a te m po bosych n o g a c h , aż dziewrczy n a „siędzie“. Z bolu coś przem ów i zw ykle nie bardzo u p rz e j
m eg o , albo ro zg n iew a się i ciśnie za n im ja k im k a m ie n ie m , ale
w g ru n c ie rzeczy ra d a zap o zn an iu się i przed m a tk ą się chw ali,
że „ Ja sie k się do niej za le ca“. A le w róćm y do za k o ch an y ch ju ż
i słu c h a jm y dalej. Oto obiecuje je j złote góry, przyczem w idać
znajom ość g eo g rafii :
26. Ty moja dziewczyno,
Ty moja jodyno,
Ja tobie pojadę
Do Węgier po wino.
Albo g rozi, że u m rz e , jeżeli nie będzie łask aw a.
27. Kamień na kamieniu,
Na kamieniu kamień ;
Pamiętaj dziewczyno,
Moje imię na nim.
C zasem ona prosi go o coś:
28. W polu ber, w polu ber,
Na porębie proso ;
Kup mi Jasiu, buty,
Niech nie chodzę boso.
29. W polu ber, w polu ber,
Na porębie manna;
Kup mi Jasiu buty,
Niech ja będę panna.
— 232 —
J a k d o tąd, w szy stk o idzie n ib y z p łatk a. T y m czasem n ie róże
ty lk o z n a jd u ją ko ch an k o w ie po drodze do ś lu b u ; s ą , i ciern ie n ie
ra z bardzo p rzy k re. S ą one m oralnej i fizycznej n a tu ry . P ierw sze
to albo w s trę t i niechęć d ziew czyny do chłopca, albo niechęć jej
k re w n y c h do n ie g o , d ru g ie to m a ją tk o w e ró ż n ic e , choć te n ie często
o d g ry w ają ja k ą ś rolę, bo p a ry do b ierają się zw ykle jed n ak o w o
posażne albo p o łączo n em i,siłam i zdolne p o k ry ć b ra k i. In n e , ale ju ż
m oraln ej n a tu ry c ie r n ie , to boleść ro z łą k i, g d y on idzie n a w ojnę,
s tą d oboje ró w n y m ciosem są d o tk n ię c i; lecz najcięższa m oże boleść,
g d y je d n a s tro n a d ru g ą o p u ś c i, porzuci bez w zględu n a przyczynę.
Pozw ólm y im sam y m śpiew ać sw e żale:
30. Dolina, dolina,
W dolinie brzezina;
Wzionbym eie dziewczyno,
Nie da eie rodzina.
P rz y p o m in a się p io sn k a 11., w k tó rej „p rzy jaciele“ czyli k re w n i
n ie chcą dać dziew czyny.
31. W niedzielę rano, (2 razy)
Drobny deszcz pada:
Już moja dziewczyna ( 2 razy)
Do mnie nie gada.
To znów ona tę s k n i:
32. Czego ty płaczesz, czego żałujesz,
Diewczyno moja'?
Jakże nie mam płakać (2 razy)
Nie będę Twoja.
P e w n ą re z y g n ас у ę o b u stro n n ą zaw iera n a s tę p u ją c a pieśń,
w k tó rej chłopiec d la w z ajem n ej pociechy i je j i sobie przepow iada
le p sz ą , p a ń s k ą p rzy szło ść:
33. Ty pójdziesz ścieżką (2 r.)
A ja gościeńcem,
Ty będziesz panią (2 r.)
Ja będę księdzem.
Przed tobą będą (2 r.)
Czapki zdejmować,
A mnie jako księdza (2 r.)
W rękę całować.
— 233 —
A gdy pomrzemy, ( 2 razy)
Każemy sobie
Złote litery ( 2 r.)
Wybić na grobie.
N astępne--dw ie p io sn k i ciekaw e. W pierw szej plotki są p rz y
czy n ą ro złączen ia, w d rugiej zachodzi p rzeszkoda k a n o n ic z n a i ry w a l
n a d o b itk ę, j a k w y p ły w a z s e n s u :
34. Kochałem cię kochał,
Jako swoją duszę,
Przez ludzkie gadanie
Opuścić cię muszę.
35. Napiszę, napiszę
Karteczkę do Rzyma,
Gzy mi się należy
Stryj owa dziewczyna,
Nie twoja karteczka,
Nie twoje pisanie,
Nie twoja dziewczyna.
Nie twoje kochanie.
Moja to karteczka,
Bp ja ją napisał,
Moja to dziewczyna,
Bo ja ją kołysał.
U sp o so b ien ie u m y s łu , ja k o je d n a z cech c h a ra k te ru w a żn ą
o d g ry w a rolę i m oże być przeszkodą lub p rz y k ro śc ią :
36. Zielony gaiku,
Zielony, nacięty,
Nie dajże mi, Boże.
Dziewczyny zawziętej.
N ierów ność s ta n u j e s t przeszkodą. Szczególniej czułe są n a
n ią d ziew częta, zn acznie w ięc ej, niż n asze ideały. P odczas gdy
z ty c h k ażd y poszedłby za k sięcia albo jeszcźe w yższego, w iejsk i
id e a ł m ów i w p ro s t:
37. Dana, moja, dana,
Nie pójdę za pana,
Tylko za takiego,
Jaka i ja sama.
Co n a jw y ż e j, zgodzi się pójść za- te g o , co słu ży u p a n a , bo
choć w su rd u c ie ch o d zi, to przecież on dla niej z w ielu w zględów
bliższy :
— 234 —
38. Dana, moja, dana,
Nie pójdę za pana,
Tylko za leśnicę, (leśniczego i gajowego)
Kupi mi spódnicę.
M niej ju ż w y tłu m a c z o n ą , ale i rz ad szą je s t niech ęć chłopca
do d ziew czyny m im o je j p rz y m ila n ia się :
39. Nie pogiądaj na mnie,
Bo nie pójdziesz za mnie,
Pojrzyj se na tego,
Co pójdziesz za niego.
In n a w y ra źn ie n a rz e k a n a chłopców nieżyczliw ość :
40. Toczy mi się, toczy
Wianek po ulicy,
Gdzie się rozpodzieli
Moi zalotnicy ?
Jeden poszedł na flis,
Drugi na zające,
Trzeci wołki pasie
Na zielonej łące.
W y raże n ie „ n a flis “ stą d pochodzi, że d aw niej z ty c h stro n
chodzili n a zarobek ja k o flisacy n a W isłę do N adbrzezia i T a r n o
b rzeg a s tą d o k ilk a m il odległego. „N a za ją c e “ znaczy n a polo
w a n ie a p rzen o śn ie ta k ż e n a w łóczęgę po św iecie.
N ajh ardziej m iło sn y ból to te n , k tó ry pochodzi z rozłączenia,
g d y d w a se rc a , co dla siebie bić poczęły, n a g le ja k ą ś n iezw y k łą
przeszk o d ą zostały rozgrodzone a n ie m iały dość czasu , b y się do
tego przyzw yczaić. Z lis ta m i, rzecz n ie ła tw a , bo niezaw sze u m ie ją
p isać i n ie p o trafilib y sw y ch uczuć w y lew ać n a papier, w ogóle
m iłość n a odległość tu rzeczą n ie z n a n ą , choć czasem i lis ty się
piszą.
G dy zd arzy się rozłączenie n a zaw sze, g d y albo u m ie ra je d n o ,
albo oddali się n a bardzo dłu g o , w ta k im razie tę sk n o ta i boleść
dręczy serce przez czas ja k iś , ale w y śp iew a w szy się p ie ś n ią , w y
p łak aw szy żalem , w stosunkow o k ró tk im czasie p rz y ci cha i znika.
U m iera ń z tę sk n o ty i zaw iedzionej m iłości b ra k p ra w ie zupełny.
P o słu c h a jm y je d n a k p ie śn i:
41. Wyleć ptaszku w górę,
Daj dziewczynie wiadę,
Powiedz jej odemnie,
Że ja do niej jadę.
— 235 —
A jak nie dojadę,
Będę listy pisał,
Choćby mnie płakała,
Nie będę jej słyszał.
42. Będzie wojna będzie,
Kto na nią pojedzie,
Niejedna dziewczyna (waryant por.
Płakać chłopca będzie.
43. Chłopcy się żenicie,
Wojny nie boicie,
. A ja nieboraczek
Muszę być wojaczek.
44. Oj ożeniłem się
Na bidę, na bidę,
Pono cię dziewczyno
Odyjdę, odyjdę.
1)
To znów u ry w e k dłuższego opow iadania o P odolance, k tó rą
P odolak opuścił. Ś piew ano zw rotek k ilk a , ale w m oim zbiorze z n a
lazła się tylko jed n a. P ie śń z n a n a i gd ziein d ziej, w całości z n a j
d u je się u K o lb erg a:
45. Na podolu leży kamień,
Podolanka siedzi na nim,
Siedzi, płacze lamentuje,
Białe rączki załamuje.
M iłość dzieci d la rodziców i n a odw rót, o czem tu dodatkow o
tylk o w sp o m n ę, j e s t zn a czn a , ale pozbaw iona w szelkiej czułostkow ości ta k szkodliw ej n iera z w w y c h o w an iu m łodego pokolenia.
W ięcej serdeczności p rz ed staw ia sto su n e k córki (na w ydaniu) do
m a tk i, k tó ry też zachow uje się i po w y jściu jej za m ąż. M atce
zw ierza się w sw y ch kłopotach i tę sk n o ta c h ■
— m a tk ę też w ięcej
k o ch a niż o jca, któ rego n a to m ia st w ięcej się boi. Oto có rk a będąca
w obcej w s i, praw dopodobnie n a służbie, ta k tę s k n i za m a tk ą :
46. A idźże mi głosie
Po majowej rosie,
Niechże mie mój głosik
Do matusi niesie.
Wyjdzie malusieńka
I będzie słuchała;
Śpiewa moja córka,
Com ją wychowała.
— 236 —
P odobnie tk liw ą w dzięczność córki d la m a tk i zaw iera pio sn k a
w e se ln a :
47. Jak ci ja se pójdę,
Pójdę powędruję,
Mojej matusieńce
Pięknie podziękuję,
Dajże Boże zdrowie
Tej mojej matusi,
Co mnie wychowała
Sama robić musi.
P o słu c h a jm y i sieroty, k tó rą rodzice o d u m arii ; p rz y k ra je j dola:
48. Rodzice, rodzice,
Wy w grobie leżycie,
Ja się poniewieram,
Wy o tern nie wiecie.
Żebyś, ojcze, wiedział,
Co się dziej ď ze mną,
Powstałbyś ty z grobu,
Płakałbyś nademną.
Ze te n ra j z ie m sk i, k tó ry czasem stw a rz a m iłość, bez bolu,
p rz y k ro śc i, zaw odów zdobyć się n ie d a , m ów i o tern ogólnie p rz e
p ię k n a , choć k ró c iu tk a p io se n k a :
■49. Kochanie, kochanie
Gorsze niż więzienie,
Z więzienia wyjść może,
Z kochania broń Boże.
N aw iasem w sp o m n ę ta k ż e , że są i śro d k i n a m iłość, o k tó ry ch
je d n i ż a rte m , in n i z p rz ek o n an iem opow iadają, że sk u tk u ją . S ą to
zioła albo z ry w an e o p ew n y m cz asie, albo o trzy m a n e od jak iej
pobożnej n iew iasty , k tó ra j e św ięciła n a w ielu o d p u stach , albo
ja k ie ś ta jn e śro d k i, o k tó ry c h n ie chcą m ów ić. Z w ykle ta k ie „ziółko“
trze się n a proch i w sy p u je do pieczyw a. U żyw a się n a n ie w ie r
n y c h albo n a o ciąg ający ch się kochanków , albo dla zw ab ien ia ich
do siebie. Sposobności ty lk o trz e b a , a b y m u dać zjeść te n p lace k
(o n a p o ju n ie słychać) m iło sn y a „będzie za n ią la ta ł“, j a k opętany.
J a k w szęd zie, ta k i tu ta j m iłość i z śm ieszn ej s tro n y b y w a
u w a ż a n a , zw łaszcza, g d y się o b jaw ia w śród w a ru n k ó w m n iej sto
sow nych. P io sn k i podnoszą te śm ieszne- stro n y , czasem są tylko
w y b ry k ie m dobrego h u m o ru np.:
— 237 —
50. (Piosnka weselna)
Tralala pszeniczka,
Tralala owies,
Nie chce mnie kawaler,
Weźnie mnie wdowiec.
51. Ja do gęsi, ty do gęsi,
Poszły gęsi, niema gęsi ;
Poszły gęsi na wodę ;
Tyś mnie, Maryś opuściła,
A ja ciebie nie mogę.
52. Żebym ja był księdzem,
Tobym śluby dawał,
Która panna ładna,
Sobie bym zostawiał.
53^ Jak ci ja pojadę
Z góry do doliny,
Będą mnie płakały
Trzęsowskie dziewczyny.
54. Żebyś była katoliczka, katoliczka,
Całowałbym twoje liczka, twoje liczka,
Aleś ty jest luteránka, luteranka
55. W olszynie ja wołki pasła,
a) hola la,la, la, la,
W olszynie mnie nocka zaszła, Ъ) raz, dwa, trzy,
W olszynie ja wołki zgubiła, a) j. w.
W olszynie mnie matka biła,b)
w.
Ktoby mi te wołki znalazł,
a)
Dałabym mu gęby zaraz.
b)
Poszedł Jasio do olszyny,
a)
Przygnał wołki swej Maryni.
b)
Marynia się radowała,
a)
I Jasiowi gęby dała.
b)
M iłość niedozw olona k arze się p iek łem , am o ry w spóźnionym
w iek u b y w ają w y śm iew an e.
56. Parobeczku gładki,
Nie chodź do mężatki :
Będziesz w piekle gorzał
Po same łopatki.
Po same. łopatki,
Po same ramiona:
Dopięro się dowiesz,
Co to cudza żona.
— 238 —
57. Stare baby narzekają,
Że ich chłopcy nie kochają,
A to co ? a to co ?
Stare baby ladaco !
58. A mój tatuś nieboszczyczek,
Daj mu, Boże niebiosa,
Stare baby brał na taki (taczki)
I wywoził do łasa.
„P rzy Bożej pom ocy“ , przebyw szy bez sz w a n k u dolegliw ości
i k lopoty n a drodze m iłości n a p o ty k a n e , dopływ a w reszcie p a ra
m łoda do u p ra g n io n e g o p o rtu , do ślu b u a raczej do w esela. J e s t
to je d y n y c z a s, w k tó ry m uśw ięco n y m zw yczajem wolno p arze
oraczów zapom nieć, o codziennych k ło p o tach , w olno oddać się ra d o
ści bez o g ran iczen ia. D latego też szczogólniej d ziew czy n a m arz y
0 te m , aby w esele w ypadło ja k n a jh u c z n ie j, b y trw ało ja k n a j
d łu ż e j, bo to w calem życiu je d y n a w ią z a n k a chw il ja s n y c h , w ol
n y c h , w e so ły c h ; po n ic h ju ż n a s tę p u je d łu g ie , sza re pasm o dni
p racy , d n i trudów , oznaczone w życiu w spólnem w ieśniaczej p a ry
m ia n e m : „b ie d a “. Z a p y ta n y lu b z a p y ta n a , co u niego lu b u niej
s ły c h a ć , o d p o w iad a; „ S ta ra b ied a“. S tą d i p rz y sło w ie : „W esele, oj
w esele, po w eselu b ie d a “.
U roczystość to p e łn a cerem onii i sym bolicznych zw yczajów ,
k tó rej opis d o k ład n y za ją łb y sporą k sią ż k ę , ale że to k o ro n a ty ch
zabiegów m iło sn y c h , p ie śn ią szczególniej u św ie tn io n a a w p ieśn i
tej cały sk a rb ra d o ści, h u m o ru , ż a rtu , sym boliki j e s t złożony, w ięc
p rz y to c z ę , co ciek aw sze, n a dow ód, że u roczystość ta k w a żn a
w ży ciu i p ie śn i u dzieliła n a tc h n ie n ia , n a d a ła je j n a w e t osobne
piętno.
W e sela części w ogólnych zary sach s ą : 1. p rzy g o to w an ie i ze
b ra n ie się g o ści, w icie rózgi i pochód do kościoła, czyli czas przed
ślu b e m , 2. ślu b , 3. pow rót od ś lu b u , u c z ta , zaczep m y czyli u b r a
n ie p a n n y m łodej w czepiec, w reszcie u c z ta w e se ln a g łó w n a , często
1 ta k zw. p o praw iny, bezpośrednio po w eselu lub w ty d zień później.
C ałość zab iera p ra w ie p ełn e trz y d n i i ty leż nocy. T a ń c e , śpiew y,
m u z y k a — w y jąw sz y k ró tk i spoczynek i p o k rzep ian ie się sn em
i ja d łe m — trw a ją bez przerw y.
P o słu c h ajm y ty c h p ie ś n i:
Oto p rz y w iciu „rózgi“ śp iew a ją d ru ż k i: (Rózgą n a z y w a się
rodzaj b u ła w y w e se ln e j, p rz y b ra n e j k w ia ta m i, w ia n k a m i z b a r
w in k u , ja b łk a m i i w stążk am i)
— ‘239 —
59. Panie Boże, dopomóż nam
T q różyczkę uwić
I nazajutrz raniuteńko
Weselu usłużyć.
60. Miesiączek świeci,
Dajcież nam nici
I soli chleba,
Bo nam go trzeba.
61. Wijemy rózeczki,
Z drobnej niteczki,
Taczamy po stole ;
A. przy parzcie się, matusiu
To wysługi moje.
N u ta p ieśn i je s t p rz e c ią g ła , te m a tu d o starcza robota sam a,,
j a k w 59— 61., albo p ań stw o m łodzi i ich ro d z in a , albo drużbow ie:
62. Rozleciały się siwe gołąbeczki
Po lipach, po lipach;
Po czem poznać młodego ?
Po ślipiach po ślipiach.
63. Przyjechał do mnie,
Ubrał się szumnie,
Odął się, jak sowa;
Ni z nim pomówić, ni pożartować —
Nieszczęsna moja głowa.
64. Powiadaliście moja matusiu,
Nie dam cię, Maryś, nie dam;
Teraz mnię dajecie,
Serce mi krajecie :
Wydam cię, Maryś wydam.
W y b ie ra ją c się do ślu b u śp iew a ją :
65. Hej zaprzęgajcie kare koniki
Wszystkie cztery do cugu ;
Wybierajże się, nasza Marysiu
Do ślubu, hej do ślubu, do ślubu.
66. Idzie wesele, idzie wesele,
Nie ma kto prowadzić —
Trzeba drużbusia, trzeba drużbusia
Do aresztu wsadzić.
67. A nade wsią ruciany wianeczku, nade wsią,
Wybrał se Jasio, wybrał se Jasio Maryś najlepszą.
— 240 —
Wybrał se ją nad ludzi,
Niechże się z nią nie wstydzi.
W ysoce c h a ra k te ry s ty c z n a je s t o racy a sta ro s ty w e se la ta k
zw an e „p rzep ro sin y p rz ed ślu b em ". W n ajw iększej izbie a g d y
w lecie, to w p ra w d ziw y m s a lo n ie , w stodole, za sia d ają n a ła w a c h ,
dokoła ścian u s ta w io n y c h , oboje rodzice p a ń s tw a m łodych i goście
w eselni. Młodzi obchodzą w sz y stk ic h bez w y ją tk u , śc isk a ją c za
k o lan a i p ro szą o błogosław ieństw o. K ażdy w e d łu g czułości ścisk a
ich n a w z a je m , cału je a w k aż d y m ra zie błogosław i słow y: „N iech
cię B óg b ło g o sław i“. W czasie tego obchodzenia sta ro s ta w esela
m ów i oracyę. P rz y ta c z a m n ie k tó re z n iej u stę p y , ja k o w y ja śn ia ją c e
z a p a try w a n ie lu d u n a m ałżeń stw o i obow iązki tego sta n u . W iersz
tej przem o w y n ie ta k ję d rn y , j a k p rz y ta c z a n y c h p io sn e k , bo pod
szy ta c y w iliza cy ą, ułożona w id ać przez jak ie g o ś „ s ta tk a “, co
w św iecie b y w a ł i dużo ludzi i rzeczy w id z ia ł, ale z w szy stk ieg o
n iezu p e łn ie zd aw ał sobie sp ra w ę , w ięc ję z y k n a p u sz y sty i niecałk iem ja s n y . Po p o w ita n iu zg rom adzonych gości w e se ln y ch ta k
dalej m ó w i:
68. Już rodzice swą córkę w ręce męża dają,
Tak jak Bóg oddał Ewę Adamowi w raju,
Wyście ją wychowali, jak źrenicę w oku,
Teraz was odstępuje, nie wzbraniajcież kroku.
Tylko jej z serca życzcie wszelkiego dobrego ;
Niech ją Bóg błogosławi z nieba wysokiego.
D alej prosi o błogosław ieństw o zg ro m ad zo n y ch , poczem p rz e
m aw ia do p a ń s tw a m ło d y ch :
Ty młody dziś jesteś we wielkiej żałobie,
Wszak tego nie zgadnie, co może być tobie,
Bo dziś sercem twojem sam Bóg tylko władnie,;
Znoś wszystko cierpliwie, co na ciebie padnie,
A kawalerstwo twoje zdej mu na ofiarę,
On cię z nieszczęścia wyrwie i oddali karę.
C iekaw e są n ie k tó re zw ro ty odnoszące się do obow iązków
m ałże ń sk ic h :
Miłością małżeńską będziesz kochał żonę,
Wszystkie inne z przyjaźnią skwitujesz na stronę,
Od krewnych, przyjaciół całkiem się oddalisz,
A onej się zwierzysz, przed nią się Użalisz.
A ona nawzajem tobie będzie miła,
Tern cię wszystkięm ukocha, co się w niej zawiera.
— 24І —
Nie tylko w młodych latach ale też i w starszych
kochać się potrzeba,
A Pan Bóg was będzie wspierał swojem szczęściem
z nieba.
N a stę p u je ślub. Noc n a stę p u je powoli po d n iu , przejście od
b y w a się nieznacznie. Ś lub p rz ecin a je d n y m zam ach em d aw n y s ta n
człow ieka a rz u c a go w now y. P io sn k a m alu je to u c z u c ie , a że
w ra żliw szą je s t d ziew czyna, w ięc o niej m ów i p io sn k a , o b jaśn io n a
sym b o liczn y m ob razk iem koników , m o tający ch się przy za p rzę
g an iu .
69. W polu ogródeczek,
W koło ogrodzony,
Kto mi go ogrodził?
Braciszek rodzony.
A w tym ogródeczku
Czerwone gwoździki,
Zaprzęgaj, Jasienku,
Cisawe koniki.
Jakże je zaprzęgać,
Kiedy się motają,
Ciężki żal dziewczynie,
Kiedy jej ślub dają.
Po pow rocie od ślu b u śp iew ają:
70. Cztery świece zgorzało,
Nim się stadło związało
I piątej połowa,
Nim się stała umowa.
P rz y w k ła d a n iu czepca n a głow ę p a n n y m łodej :
71. Oj lesie, lesie,
Rozwijajże się,
Nadobna Marysiu
Rozplataj że się,
72. Jak się będę czepić,
Pojrzyj do komina,
Ażebyś pierwszego
Urodziła syna,
73. Jak cię będą czepić,
Pojrzyj do powały,
By twój syn najstarszy
Miał dużo chwały.
16
— 242 —
P odczas zaczepin m łodzież tań czy . T ań ce są ro z m a ite , p rz e
w aża oberek tań czo n y podobnie, ja k n asz w alc albo m a z u rk a ; je s t
też polka, je s t i m a z u r a w n im fig u ra „p rzep ió rk ą“ zw an a często
się p o w tarza. T ań c ząc y s ta ją w d w a rzędy. Chłopiec i d ziew czyna
po obu stro n a c h każd eg o rz ęd u b ie g a ją w p o sk o k á c h , on s ta ra się
j ą sc h w y c ić , m u z y k a g ra z n a n ą m elodyę a sto jący śp iew a ją :
74. Uciekła mi przepióreczka w proso,
A ja za nią nieboraczek boso,
Trzebaby się Pani matki spytać,
Czy pozwoli przepióreczkę chytać,
A chytajże ją, mój synu chytaj,
Ino się jej pióreczek nie tykaj.
Jakże będzie przepióreczkę chytać,
Kiej nie wolno pióreczek jej tykać,
Upletę ja z złotych nitek sieci.
To się sama' przepióreczka chyci.
Młodzi p rz y zw y cz ajają się w n e t do s ta n u m ałżeńskiego. Jeg o
słodycze p rzep o w iad a im w esoła p io sn k a , śp ie w a n a p rz y ta ń c u
w czasie w esela. D la o b jaśn ien ia n a d m ie n ia m , że ożeniony k aw aler,
p o siad ający m a ją te k , n o si ty tu ł go sp o d arza, jeg o żona gospodyni,
m łodsi nie n a z y w a ją ich po im ie n iu , j a k d a w n ie j, ale ty tu łu ją :
„w y “ lu b „gospodarzu“, „gosp o d y n i“. Oto ow a p io sn k a w pierw szej
części żarto b liw a:
75. Napił się gospodarz ciepłego wina.
Szanuję gosposię koło komina.
Gosposia rada, rączkami kleszcze :
Mój gospodarzu szanuj mnie jeszcze.
Skończyło się w e se le; p ra c a , tro sk a o w y ży w ien ie w ła sn e ,
dzieci i „ d o b y tk u “, b ra k pieniędzy, je d n e m słow em „b ied a“ rozpo
czy n a się n a z a ju trz a n ajd ale j w n ie d łu g i czas po w eselu. Oto k ilk a
p io sn ek o życiu po ślu b n em i p o w eseln em :
76. Wesele, wesele,
I już po weselu,
Schowaj se wianeczek
W ogródeczku w zielu.
77. Dyna, moja, dyna,
Zginęła mi inina;
Jakże niema zginąć,
Kiej pieniędzy niema.
— 243 —
78. Nie tiirbuj się Róziu,
Ma pieniążki Juziu
Sprzedał korzec maku
Wczoraj na jarmaku.
I o in n y c h n ied o lach s ta n u m ałżeńskiego m ów i p io sn k a :
79. Dana, moja, dana,
Nie moja sukmana,
Bo ja za nią piję.
Od samego rana.
Oto o b ra zek zw ykłego życia w ieśniaczego, co p ra w d a , nie
różam i u s ła n e g o , ale oprom ienionego m iło ścią, pełnego odm ian
i w ra ż e ń ; m im o pozornej-sw ej je d n o stajn o ści ro m an ty c zn e ono i nie
pozbaw ione w d zięk u poezyi.
D la k o n tra s tu w y p a d a w p a ru słow ach i p ieśn iac h w spom nieć
o sta n ie bezżen n y m . S ta re p a n n y i sta rz y kaw alerow ie to rz a d k o ść ,
bo k ażd y i k a ż d a , choćby n a jb ie d n ie js i s ta ra ją się założyć w łasn e
ognisk o i rodzinę. Są je d n a k i ta c y nieszczęśliw i. S ą n im i bez
w y ją tk u k a le k i, ale o ty c h n a m n ie chodzi — ta k m ało m a ją p ra w a
do szczęścia. — Z drow i, posażni, g d y zbiegiem okoliczności, czy
w s k u te k ja k ic h w a d c h a ra k te ru n ie w s tą p ią w zw iązki m ałże ń sk ie ,
to n iera z n a ra ż a ją się n a k p in y i przezw iska. N ajzw yklejsze p rz e
zw isko to stare j p a n n y „ c io tk a “ (lub „g ro m ad zk a c io tk a “) a s ta
rego k a w a le ra „w u jk o “ („g ro m ad zk i w u jk o “). S ta re p a n n y nie
zaży w ają tak ieg o lek ce w aż en ia, ja k o n ie -w inne sw ego s ta n u ,
ow szem o taczane b y w a ją czcią, ja k o zazw yczaj pobożne, dobro
czyn n e isto ty , śp iew ające w kościele P a n u B ogu n a ch w ałę, czasem
uczące czytać i p isać rodzeństw o lu b sąsiadów d zieci, najczęściej
prow ad zące gospodarstw o w za stę p stw ie lub obok gospodyni. P rz e
ciw n ie p ra w ie bezw zględnie w y szy d z an y i w zg ard zo n y je s t sta ry
k a w a le r i to n iety lk o , ja k długo trw a w sw ej n ie p o p ra w n o śc i, ale
g d y się n a w e t p opraw i i ożeni, ścig ają go żarty , śm iech i k p in y
J e s t on źródłem s m u t k u , żalu i niedoli dla t e j , której los nieżycz
liw y d a go za m ęża. Oto ta k a ofiara losu pociesza się ja k m oże:
80. Stary ja kawaler, stary ja na pysku,
Ale mam pieniądze w polu na owsisku.
Stary ja kawaler, stary ja na gębie,
Mamci ja pieniądze za stodołą w dębie,
In n y „robi do b rą m in ę p rz y złej g rz e “:
81. Nie będę się żenił, aż mi sto lat minie,
Będę się zalecał, niejednej dziewczynie.
15*
— m
—
82. Nie będę się żenił, nie będę się spieszył,
Będę się zalecał, będę dziewki cieszył.
83. Stary ja kawaler, broda moja siwa,
Która pójdzie za mnie, będzie nieszczęśliwa.
C zasem słowo „ s ta ry k a w a le r“ oznacza n ie tylko rzeczyw istego
stareg o k a w a le ra , ale wogóle stareg o (rozum ie się w dow ca), ż e n ią
cego się po ra z w tó ry i trz e c i, k tó ry d lateg o , że się że n i, o trzy
m u je m ian o k aw alera . Rzecz o b o jętn a, dziew czyna m łoda czuje się
n ieszc zęśliw ą, w ychodząc za stare g o a trag ic zn o ść je j położenia
w y ra źn ie zaznaczają n a stę p u ją c e p ie ś n i:
84. Dolina, dolina, w tej dolinia sosna,
Powiedzcie mi, moja mamo, dla kogom urosła 'i
Urosłaś, urosłaś dla mojej wygody,
Byś nosiła ze studzienki w koneweczce wody.
85. Na moście dudniało i psy zaszczekały,
Kiej przyjechał do dziewczyny kawaler zgrzybiały,
86 . Przy bystrym Dunaju stanęła dziewczyna,
Czemu smutno w wodę patrzysz, ty moja jedyna ?
Czy ci w domu bieda, czy cię matka ła je 1?
Mnie nie. bieda, lecz mnie matka za starego daje.
87. W ogródeczku była, dwa wianki uwiła,
Jednym głowę uwieńczyła, drugi powiesiła,
Drugi powiesiła w komorze za drzwiami,
Ile razy matka spojrzy, zaleje się łzami.
88 . W zielonym gaiku śpiewa dziś ptaszyna,
Że z rozpaczy utonęła, nadobna dziewczyna.
In n a n ie topi się, ale ta k ie życzenie w y sy ła pod ad resem s ta
reg o m ęża :
89. Starego mi dali, starego ja muszę,
Wejrzyj Boże oknem, wy drzej z niego duszę.
Co za o p łak an y l o s , ja k ż e p rz y k ry obraz p rz e d sta w ia ta k ie
życie w p o ró w n an iu z śliczn ą , choć m oże za w esołą id y llą o szczę
ściu m łodej p a ry m ałżeń sk iej (por. 75.):
Gosposia rada, rączkami kleszcze :
Mój gospodarzu szanuj mnie jeszcze !
J ó z e f Mazur.
Z nad Wisłoka.
Rysy etnograficzne ze wsi Białobrzegi w powiecie łańcuckim.
W e s e 1 e*).
M ałżeństw a k o jarz ą się po w iększej części w g ra n ic a c h w si
rodzin n ej m łodej p ary . D w u d z iesty ro k życia m łodzieńca, zw anego
tu pospolicie rwyroutem“, a o śm n a sty u dziew czyny j e s t n ajp o sp o
litsz y p rz y za w ie ra n iu zw iązków m ałżeń sk ich . Młodzi zapoznają się
m iędzy sobą n a ja rm a rk a c h , ta r g a c h , o d p u sta c h , n a zabaw ach
w k a rc z m ie , w e se la c h , w drodze do kościoła i z kościoła, a n ie
rzad k o ta k ż e p rz y rob o tach polnych. P ow ziąw szy w z ajem n e sk ło n
ności k u sob ie, d a ją sobie słowo lub rę k ę , że „jedno d ru g ie będzie
chciało“ i że się „pobie rą “, jeże li tylko „ojcow ie“ n ie sp rzeciw ią
się ich zw iązkow i. W rę k u rodziców stro n obu bow iem spoczyw a
o stateczn a decyzya. R zadkie są w y p a d k i k o ja rz e n ia się m a łż e ń stw
w b rew woli rodziców, chociażby „jedno d ru g ie m u n á b a rd z i sie w i
działo“. S iła m a ją tk o w a ta k je d n e j, ja k i d rugiej s tro n y m łodych
bardzo w a ż n ą , m oże n a w e t n a jw a ż n ie jsz ą o d g ry w a rolę w w y m a
g a n ia c h rodziców , poza n ią idzie pracow itość i g o spodarność, dalej
m o ra ln e , n ie n a g a n n e życie, a dopiero n a o sta tn im p lan ie stoi u ro d a
i pociąg w zajem n y , k tó re m im oto przecież są g łów nym m otorem
zabiegów m łodych. Z auw ażyć należy w sza k że, że m łodzieniec ju ż
p rzed tem ro z p a tru je się należycie w s to su n k a c h m ajątk o w y c h rodzi
ców dziew czyny, zan im zaw iąże z n ią bliższą znajom ość z m y ślą
o ożenieniu. R zadko też się z d a rz a , ab y w y ro st w w yborze n a rz e
czonej n a tra fił n a siln iejszy opór ze stro n y sw oich rodziców i nie
zdołał ich u p ro sić do rozpoczęcia u k ład ó w p rz ed ślu b n y ch z rodzi
cam i dziew czyny, skoro im ośw iadczy, że „dziw ka m u sie n a p ra *) Białobrzegi leżą tuż nad Wisłokiem; mieszka w nich, podobnie jak
w sąsiednich wsiach ludność czysto polska. Grunta są piaszczyste, żyzne, wie
śniacy względnie zamożni, lasy w pobliżu, głównie należące do dóbr hr. Poto
ckiego. Kościół i szkoła ludowa w miejscu.
— 246 —
w d e w idzi i ch ciałb y sie ź n ią ożenić“ . Często ta k ż e sam i rodzice
p o m y ślą o m ałże ń stw ie s y n a z dziew czy n ą, k tó ra im w p a d ła w oko,
i n ie o g ląd ając się n a niego w iele, s ta ra ją się o przeprow adzenie
sw o ic h . zam iarów .
J a k gdzieindziej w śró d lu d u , ta k i tu taj k a w a le r lu b jego
rodzice w y sy ła ją w sw em im ie n iu bądź p rz y jazn eg o sobie gospo
d a rz a , b ądź n á w e t nieżonatego chłopa do rodziców dziew czyny,
k tó rzy , w y c h w a la ją c zalety sw ego p ro teg o w an eg o , s ta ra ją się ich
w y b a d ać, czy byliby sk ło n n i w ydać za niego sw ą córkę. O dbyw a
się to p rzy n a p itk u , k tó ry w y słan iec p rzy n o si ze sobą. W razie
pom y śln ej odpow iedzi, k aw aler, czyli, ja k tu m ó w ią, ndmilejszij
w y b iera się w n ajb liższy ch d n ia c h ze sw oim ojcem do rodziców
d ziew czy n y na zciloty, przy n o sząc ze sobą zw ykle b eczu łk ę lub „półb ec zek “ p iw a i g arn ie c do dw óch w ódki. N a w stęp ie po zw ykłem
p ozd ro w ien iu i p o w itan iu ojciec k a w a le ra prosi o k ieliszek lub
s z k la n k ę i za sia d a za' stołem n ap rzec iw gospodarza i gosp o d y n i,
k tó ra , k rz ą ta ją c się po iz b ie , z a trz y m u je się od czasu do czasu przy
stole. Po k rótszej lu b dłuższej rozm ow ie, toczącej się koło gospo
d a rs tw a lu b n ajśw ież szy ch w iejsk ich w ypadków , przechodzi powoli
i stopniow o do w y jaw ien ia celu sw y ch odw iedzin. D ziew czy n a,
św iad o m a do b rze, o co chodzi, k ry je się ty m cza sem po za piec,
to n a p o le, to do kom ory w ychodzi, chw ilam i tylko rz u c a ją c okiem
u k rad k o w o n a p rzybyłych. R odzice j ą w o łają do sto łu ; o n a , w s ty
dząc się i za sła n ia ją c oczy fa rtu s z k ie m , zbliża się n ieśm iało , p rz y j
m u je w reszcie p o d an y sobie k ieliszek w ódki lu b sz k la n k ę p iw a od
ojca m ło d zień ca, cału jąc go w rę k ę , odw raca się potem i w y p ija
tr u n e k , ro zlew ając w bok cz ąstk ę n a podłogę dla o k az an ia, że „pić
n ie lu b i“. N a z a p y ta n ie , czy będzie chciała u b ieg ająceg o się o jej
rę k ę , o b ejm uje ojca i m a tk ę za no g i i o św iad cza, że zgodzi się
z ich wolą. K aw aler, k tó ry dotąd p ra w ie b ie rn ą rolę o d g ry w a , k ła
n ia ją c się li do n ó g ojcu i m atce dziew czyny i cału jąc ich ręce
p rzy o d d aw an iu i o d b ieran iu od n ic h k ielisz k a lu b s z k la n k i, za
czy n a coraz w ięcej się ożyw iać, zbliża się do dziew czyny, k tó ra
n a bok się u s u w a , i za w iązu je z n ią rozm ow ę. T y m czasem ojcow ie
obu stro n u k ła d a ją się o w yposażenie m łodych. U k ład y te toczą
się g łów nie koło ilości m orgów g r u n tu , j a k ą m a zap isać je d n a
stro n a córce, a d ru g a synow i. O becnie je s t bow iem w yp o sażan ie
dzieci ziem ią przez rodziców pow szechne ; rz ad k ie są n a to m ia st
p rz y k ła d y w y p o saż an ia p ieniężnego n a w e t córek. Z am ożniejsi go
spodarze „ d a ją “ za sy n em lub córką po p a rę m orgów pola, „chud o b n ie jsi“ po m o rg u , lu b pół m o rg a , obow iązani przy tern w esprzeć
m łode m ałżeń stw o , choćby sk ro m n y m d a tk ie m pieniężnym . U kłady
m ajątk o w e rodziców obu stro n kończą się w k ilk a dn i dotyczącym
ak te m n o ta ry a ln y m w m ieście; je ż e li się zaś rozbiją podczas zalót
czy to ze w z g lę d u , że „ojcu dziew czyny coś się n ie w idzi u wyro s ta “, n. p. za m ało m a m a ją tk u lub n ie d aje d o stateczn ej rę ■
k o jm i, że będzie d obrym m ężem lu b dobrym g o sp o d arzem , czy
te ż , że ojciec m łodzieńca żąda znacznego p o sa g u , a ojciec dzie
w czy n y d ać go nie chce, a p rz y n ajm n ie j n ie chce go n o tary a ln ie
za p isać, w ów czas w y ro st k ła n ia się w p a rę d n i potem niedoszłym
teścio m , d o m ag a się zw rotu „ s tra ty “ „zrobionej“ n a zaloty. N ie
k ied y sam i rodzice dziew czyny, u p rzed zając k a w a le r a , odsyłają m u
tę s tra tę , p y ta ją c tylko o jej w ysokość.
Po p o ro zu m ien iu się ojców obu stro n co do w y posażenia ko
ja rz ą c e j się p ary , u d a ją się oboje m łodzi zaraz w n ajb liższą sobotę
b ąd ź pieszo, b ądź w ozem w to w arzy stw ie d w u gospodarzy do p ro
b o stw a „na pacierze'1 i k a w a le r „daje na zapowiedzi“.
W czasie w y g ła sz a n ia zapow iedzi z am bony w kościele, p a n n a
m łoda w y sz u k u je sobie m iędzy g o spodyniam i s ta rs z ą kobietę i w jej
to w arzy stw ie chodzi po w si rodzinnej i sąsied n ich od dom u do
d o m u , p rosząc o błogosław ieństw o. Zw yczaj te n je s t tern ciekaw szy,
że w y ra zem b ło g o sław ień stw a są p o d ark i, ja k ie p a n n a m łoda do
sta je po d o m ach , do k tó ry c h po owe błogosław ieństw o w stęp u je.
D ają jej gospodynie „spom ogę“, ja k ą k tó ra m oże i u w a ża za sto
so w n ą: „páre g re jc a ró w “, ta m ta „g arn iec zio rek “ (ziarna), ow a k u rę
lu b k o g u ta , ow a g ę ś, in n a znow u „m ałe p ro sią tk o “ i t. d. Z biera
n in a ta p rz ed staw ia się czasem dość p o k a ź n ie , zw łaszcza, że
rzadko k to , choćby dla sam ego s k ru p u łu , odm aw ia p a n n ie m łodej
b ło g o sław ień stw a w owej form ie. Z aznaczyć w y p ad a w szelako, że
lu d n ie o k reśla tego zw yczaju w y ra zam i „chodzenie p a n i m łodej
po b ło g o sław ień stw ie“, ale m ów ią zazw yczaj : „p a n n a m łoda chodzi
po w spo m o ży n ie“. N iezależnie od tego p a n n a m łoda „ s p ra sz a “ ze
sw ej stro n y s ta rs z ą d ru ż k ę i staro stó w ze s ta ro ś c in a m i, d ru ž k am i
i d ru ż b a m i, p a n m łody znow u ze sw ej stro n y starszeg o d ru ż b ę,
tud zież starostów , staro ścin y , d ru ż k i i drużbów . Do dw orów , leśn ictw
i do p ro b o stw a z zaproszeniem n a w esele u d a ją się ju ż oboje
młodzi.
D ru ż y n a w e se ln a prócz gości, za p ra sz a n y c h n a u cztę i za b aw ę ,
sk ła d a się śred n io ze czterech staro stó w i z ty lu ż staro śc in (żony
staro stó w są staro ścin am i), ale tylko dw ie p a ry z n ic h a s y s tu ją
p rz y obrzędzie ślu b n y m w kościele, dw óch zaś staro stó w i dw ie
sta ro śc in y zo stają w dom u „przy piw ie i já d le “, t. j, dla poczynie
n ia p rz y g o to w ań n a p rzy jęcie d ru ż y n y w eselnej po pow rocie z k o
ścioła. D ru ź ek i d rużbów je s t liczba w z g lę d n a; w m iarę zam ożności
— 248 —
w esela dochodzi sześciu i w ięcej. M iędzy d ru ž k a m i p ry m trz y m a
n a js ta rs z a d ru ž k a ; n ie o d stęp u je o n a a n i n a k ro k p a n i m łodej
i d latego za p ew n e n a z y w a się pospolicie „relownica“. To sam o za
d an ie p rz y p a n u m łodym sp e łn ia d ru ż b a , zw an y „ sta rs z y m “.
D ru g ie m iejsce m iędzy d ru ž k a m i za jm u je d ru ž k a , zw an a „poclwiergchńicą“. P o d w ierz ch n ica „niesie widię“ podczas ja z d y n a ślub
do k o ścio ła, siedząc n a je d n y m w ozie z p a n n ą m łodą. W iecha w e
seln a j e s t to m ały k rz acz ek je d lin y , p rzy stro jo n ej w białe p ió rk a
k acze lu b g ę sie , obw ieszony ró żn em i w stą ż e c z k a m i, z „obarzankiem“ u w ie rz c h o łk a , z pod któ reg o zw iesza się jabłko.
U roczystość w e se ln a po czy n a się od „g ra n ia n a dorą n o c“ .
G rajk o w ie, k tó ry c h p a n m łody zm aw ia w w ilię ślu b u , przychodzą
w ieczorem tego d n ia p rz ed dom rodziców p a n i m łodej i g ra ją n a
przód p rzed ok n am i okolicznościow ą p io s n k ę , n u c o n ą przez s ta r
szego d ru ż b ę , poczem zap ro szen i do izby i uczęsto w an i jad łem
i n a p itk ie m , g ra ją c jeszcze dom ow nikom do ta ń c a , rozchodzą się
w reszcie do dom u koło północy.
N a zaju trz w czas ran o zjeżdżają się staro sto w ie ze sta ro śc in a m i
i d ru ž k a m i, z b ierają się dru żb o w ie, zjaw ia się p a n m łody i zbliża
się powoli p ierw szy a k t u ro c z y sty w esela. Je d e n ze staro stó w po
w s ta je , z a trz y m u je się otoczony o rszak iem w eseln ik ó w p rz ed m łodą
p a rą i p rz em aw ia do niej po w ażn ie, czyli, j a k tu m ów ią
w sk az u jąc n a w ażność zw iązków m a łż e ń sk ic h , k tó re m a ona za
w rz eć n ieb aw em . S kończyw szy, sta ro sta poleca obojgu m łodym
„u ch y cić ojców za n o g i“, k tó rz y sied zą za sto łe m , i prosić o bło
g o sław ień stw o . P a n n a m łoda w y b u c h a g ło śn y m p łacz em , p an
m łody łez w strz y m a ć n ie m o że, cała d ru ż y n a bardzo rozczulona.
Po b ło g o sław ień stw ie rodziców obojga m łodych przychodzi kolej n a
bło g o sław ień stw o k re w n y c h i pow inow atych. P ro si o n ie p a n n a
m ło d a, o b ejm u jąc za nogi każdego z osobna.
W ychodzą w reszcie z dom u. S taro sto w ie, sta ro śc in y i d ru ż k i
z p a n n ą m łodą w sia d a ją n a wozy, drużbow ie i p a n m łody dosia
d a ją koni. D ru ż y n a sz y k u je się do pochodu. D rużbow ie n a k o n iach
w y su w a ją się n ap rzó d n a czoło o rsz a k u , za n im i ru sz a wóz ze
sta ro sta m i i s ta ro śc in a m i, dalej wóz z p a n n ą m łodą i z dru žk am i,
tu ż za ty m wozem zw ykle p a n m łody i to w arzy szący m u sta rsz y
d ru ż b a n a k o n iach , z a m y k a pochód wóz z g ra jk a m i. C h a ra k te ry
sty czn ą je s t rzeczą, że p a n n a m łoda stoi n a w ozie przez całą drogę
z dom u do kościoła, n ap rzec iw niej siedzi „p o d w ierzch n ica“ z „ w ic h ą “
w rę k u . M uzy kanci g ra ją n ie m a l bez przerw y. D ru ż k i zaw odzą
okolicznościow e pio sen k i n. p.:
— 249 —„Do kościoła jedziewa,
Marysieńko wieziewa,
Do domu Bożego...
Do stanu małżeńskiego“ .
W n iezn a czn e m o d daleniu od kościoła m ilk n ą św ieckie pio
se n k i, a n a to m ia st d ru ż y n a w e se ln a śp iew a dw ie p ieśn i do M atk i
B oskiej.
P rz y drodze w pobliżu kościoła z a trz y m u ją się w ozy i u s ta
w ia ją się rzędem . D ru ż y n a opuszcza w ozy i ko n ie i u d aje się do
ko ścio ła; je d e n ze staro stó w spieszy n a p le b a n ię , aby uw iadom ić
proboszcza o p rz y b y ciu w esela i prosić go o udzieienie ś lu b u ;
m łodzi ty m czasem p rzy g o to w u ją się do spow iedzi.
Po spow iedzi i p rzy jęciu św. k o m u n ii pań stw o m łodzi klęczą
n a sto p n iach w ielkiego o łta rz a , k u k tó re m u zbliża się zaraz d ru
ż y n a w eseln a. R ozpoczyna sią a k t ślu b n y . Z auw ażyć w y p a d a , że
p rz y to m n iejsza p a n n a m łoda s ta ra się p rz y cisn ąć k olanem choćby
nieco „w ąsg i“ (poły) su k m a n y p a n a m łodego, ab y stosow nie do
rozpow szechnionego tu p rz e są d u p ozyskać ty m sposobem n a d n im
w ładzę. N a to m iast w zachow aniu się d ru ż y n y w eselnej n ie u d erza
n ic szczególnego.
D opiero p rzy w y jściu z kościoła podw ierzchnica zry w a „chyżo“
o b w arzan ek z w iech y i chow a do „ z a p a sk i“ lub w c h u stec zk ę,
k tó rą trz y m a w rę k u , n a s tę p n ie z a ś , zerw aw szy ja b łk o , oddaje je
„w oźnicy“ z podw ody p a n i m łodej. P rzychodzi kolej n a obieranie
pió rek z w iechy. R zucają się k u niej w szy stk ie d ru ż k i; k ażd a
z n ic h ra d a b y p ierw sza u ch w y cić za g ałązk ę z piórkam i. U trzy
m u je się bow iem p rz e s ą d , że k tó ra p ierw sza za n ią u ch w y ci, ta
p ierw sza p rzed iń n e m i „w yda się za chłopa“.
Po ogołoceniu w iechy, której w szak że n ie p o rz u cają, ale za
b ie ra ją do dom u n a p a m ią tk ę , d ru ż y n a w e se ln a za jm u je wozy
i k o n i d o siad a, ru s z a atoli w pochód w o d w ro tn y m p o rz ąd k u , niż
n a ślu b p rzy jech ała. N astrój je j n a d e r w esoły. G rajkow ie poczynają
„ciąć od u c h a “, d ru ż k i i sta ro śc in y śpiew ać w eseln e piosenki.
N agle w szak że w strz y m u je konie w oźnica, chow a „ b a tó g “ i ośw iad
cza stan o w czo , że „dalej n ie pojedzie, bo n ie m a czem ko u i poga
n ia ć “. Zgorszone tem n ib y d ru ż k i, docinają w o ź n ic y :
„Nasz woźnica łysy,
Bat mu zjadły myszy!
Hej danaż moja, dana,
Dana, dana, dana...“
A le w oźnica n ie daje się n a stra sz y ć pio sen k ą i , n ie ru sz a ją c
się z m ie js c a , ciągle sw oje pow tarza. Nie pozostaje dru żk o m nic
250 —
in n e g o , j a k k u p ić m u „ b a to g “. S k ła d a ją się po k ilk a centów i w o
źn ica po o trzy m a n iu d a tk u , z n a jd u je zaraz „ b a to g “, podcina konie
i ru s z a żw aw o w drogę. Coraz w iększe rozochocenie w id n ieje n a
tw arzac h w eselników . D ru ż k i ś p ie w a ją :
„Cieszcie się m atuleńku,
Marysia już po ślubeńku“.
N ib y w im ie n iu m a tk i odpow iadają sta ro ś c in y :
„Cóż mi za rada bedzie,
Kiedy mi robić nie bedzie.
Zamknie ją Jaś do piwnice,
Rób se Maryś na spódnice,
Na spódnice czerwono,
Na zapaskę zielono“, i t. d.
P o te m znow u :
„Na polu wielgá burzá,
Marysieńka kieby róża,
Jasiu jak lilijń,
Koło wianka sie uwijá !“
P rzy jeżd żają p rzed dom w eselny. S ta ro śc in y stosow nem i piosn
k a m i w zy w ają m a tk ę p a n i m ło d e j, aby się ukazała. M atka w ycho
dzi n a podw órze i za p rasz a d ru ż y n ę do izby. Za p rz estąp ien iem
progów d ru ż k a-p o d w ierzch n ica w ręcza p a n i m łodej „o b a rza n ek “,
z e rw an y p rz y kościele z w iech y w e se ln e j, k tó ry aż dotąd p rz y
sobie trzm ała. O b w arzan ek te n je s t sym bolem szczęścia w ty m
w y p a d k u , a w ręczenie go p a n i m łodej j e s t w y ra zem ży czen ia, aby
m iała pod d o statk iem „ch leb a“ n a w łasn e m gospodarstw ie.
Po ś n ia d a n iu , k tó re dziś n ierzad k o sk ła d a się z k a w y i k o
łaczy, p o czy n ają „tyńcować“. T ań c e p rz e c ią g a ją się do późnej nocy
z p rz erw a m i n a objad koło pierw szej godziny po p o łu d n iu i n a
p rz e k ą sk i kołaczy. W esołe o k rz y k i, żw aw e p io sen k i b rz m ią bez
k o ń ca, w rz aw a o g ro m n a, h a ła s , w ielk ie p odniecenie ogólne d ru ż y n y
w s k u te k g ę sty c h n ap itk ó w p iw a i w ódki. Zw łaszcza staro sto w ie
i s ta rs i zap ro szen i gospodarze, u sa d o w ie n i, gdzie k tó ry m oże, b y
n a jm n ie j nie h o łd u ją zasadom w strzem ięźliw ości.
W reszcie zm ęczenie i zaw ró t głow y od tru n k ó w w a lą z nóg
w eselników . Rozchodzą się też po północy n a o dpoczynek: je d n i
do d o m u , d rudzy, zw łaszcza dalej m ieszk ający , n o c u ją , gdzie m o g ą ,
w dom u w eselnym . N azaju trz znow u ciężka p ra c a czeka drużynę.
Koło godziny ósm ej ran o je s t ju ż n a sta n o w isk u i po ś n ia d a n iu
rozpoczyna się za b aw a , n ie z b y t w szak że ożyw iona, bo j ą k rę p u je
w czorajsze zm ęczenie i przepicie się. D opiero po obiedzie, p o d an y m
-
251 -
w p a rę godzin po p o łu d n iu , złożonym z grochu z ro so łem , m ięsa
z k a p u s tą , k asz y z fla k a m i i k asz y j a g la n e j, orzeźw ia się znacznie
d ru ż y n a w eselna. Z bliżają się „czep m y “ . C h m ara dziew cząt, chło
paków , n a w e t niedorostków , zbiega się ze w si i zalega w szy stk ie
m iejsca koło d rzw i i okien. S ta rsz y d ru ż b a , in n i d rużbow ie, rękow n ic a , p o d w ierzch n ica i in n e d ru ż k i id ą w ta ń c u w zaw ody ze
sta ro sta m i i s ta ro ś c in a m i, k tó re pow oli g o tu ją się do zaczepienia
p a n i m ło d e j, d ając te m u w y ra z w okolicznościow ych piosenkach.
P a n i m łoda u c ie k a i k ry je się. S ta rszy d ru ż b a m a j ą je d n a k n a
oku i n ie pozw ala je j się o d d alać; g d y zaś p o trafi się zręcznie
w y su n ąć , d ru ż b a j ą o d szukuje i oddaje w ręce sta ro śc in , k tó re
p rz y stę p u ją do a k tu czepin. W k ła d a ją n a głow ę p a n i m łodej cien k ą
o brączkę z d rz e w a , zw an ą „chomytlcą“, o k ręcają j ą w ło sam i, a n a
stę p n ie w ią ż ą n a niej cie n k ą ch u stk ę. T y m czasem sta rsz y d ru ż b a
w y b ieg a z in n y m i d ru ż b am i n a pole i w sp in a się z n im i po d ra
b in ie n a d ach w eselnego dom u. Je d e n z a ty k a n a szczycie dachu
„ w ich ę“, s ta rs z y d ru ż b a trz y m a w rę k u m iędlicę i n ib y trz e k o
n o p ie , in n y znow u przędzie n a k o ło w ro tk u , n a śla d u ją c m łodą go
sposię. Po z a tk n ię c iu w iech y p iją drużbow ie piwo z podanego im
d z b a n k a , m u szą je d n a k pozostaw ić w n im re s z tę , k tó rą w y lew ają
(„ ch lu p n ą“) n a d ach dom u. Z izby ty m cza sem d o latu ją rzew n e pio
se n k i, śp iew an e p rz y czepinach.
P a n i m łoda zaczepiona ta ń c z y z p an e m m łodym i, j a k zw y
czaj k a ż e , u d aje k u law ą . P o w ta rz a ją się podobne sceny, ja k ie po
w szech n ie sp o ty k am y w śród polskiego lu d u podczas czepinow ego
obrzędu.
Późno w nocy kończy się w esele, którego „poprawiny“ odby
w a ją się zw ykle w ty d zień potem w k arczm ie. Do k a rc z m y schodzi
się m nóstw o zn ajo m y ch prócz d ru ż y n y w eselnej i przy n a p itk u
ro zp o czy n ają się tan y . „ T y ń c u ją “ n ap rzó d sta rz y gospodarze ze
„ starem i b a b k a m i“, ab y „rodziły się konopie“ m łodej p a rz e ; później
dopiero m łodzież. D ziew częta podobnie są u b ra n e , ja k n a w eselu ,
w różnokolorow e spódnice ja s n e , k tó ry c h w d ziew ają n a siebie trzy
lu b cztery. K oszule n a n ic h z szerokiem i rę k a w a m i o m a n k ie ta c h
h a fto w a n y c h i ta k im ż e w y k ła d a n y m kołnierzu. Gdy g o rą c o , ta ń c z ą
tylko w g o rsetach . B u ty m a ją w y so k ie, zw an e „polskiem i“, o cho
lew ach „ k a rb o w a n y c h “ w cz te ry lu b sześć fałdów , n a obcasach
nad zw yczaj w y n io sły c h , podbitych podków kam i. P odobne b u ty
no szą tak że w y ro sty, a „ ty ń c u ją “ zw ykle tylko w kam izelkach.
P o jąw szy dziew czynę do ta ń c a , s ta ją p rz ed g ra jk a m i i, „ w y tu p u ją c “,
śp iew a ją :
— 252 —
„Hej, czyja ta dzieweczka,
Co ja z nią tańcuję 1
Co sie raz wykręcę,
To ją pocałuję.,.“
D ziew czy na znow u p rz y śp ie w u je podczas ta ń c a „ n a m ile jsz e m u “,
jeże li się je j z d a je , iż o niej za p o m n ia ł:
„Oj jedzie konik, jedzie
Na szeroką drogę,
Tyś mnie, chłopczyno, zapomniał,
Ja ciebie ni mogę“.
„N ajm ilejszy “ p rz y sta je i ja k b y dla u sp ra w ie d liw ie n ia się
z z a rz u tu , pro w adzi dziew czynę do s z y n k w a s u , cz ęstu je j ą piw em
i p otem długo z n ią tańczy, za n im in n ą pojm ie do tań ca.
1. "W ie rz e n ia lu d o w e .
L u d z n a d W isło k a , podobnie j a k k a ż d y lu d w ogóle, zn a
poza pojęciem B óstw a c h rz e śc ia ń sk ie g o , w pojonem m u przez w iarę
o b jaw io n ą, w iele in n y c h istó t n ad p rzy ro d z o n y ch , k tó ry m p rz y p isu je
w ładzę n a d z w y c z a jn ą n ie tylko n a to k sp ra w lu d z k ic h , ale także
n a całą przy ro dę i jej tw ory. N aw et w ielu legendom o P a n u J e
zu sie i Jeg o czy n ach n ie b ra k akcesoryów , zapożyczonych b ez
sp rzeczn ie z m itologii p o g ań sk iej. Z ty c h le g e n d p rzy to czy m y trzy,
w k tó ry c h P a n Je z u s podczas w ę d ró w ek ziem sk ich w y stęp u je
z je d n e j s tro n y ja k o m ściciel za doznane u razy, z d ru g iej zaś ja k o
d aw ca now ych p ra w przy ro d zo n y ch i stw ó rca now ych istó t o rg a
n iczn y ch . I ta k :
*
*
Ф
W ę d ru jąc po św iecie w to w arzy stw ie św. P io tra , w stą p ił raz
P an Je z u s do je d n e j ch ału p y , w k tó rej za sta ł b ab ę przy po ło g u ,
k a rm ią c ą w ła śn ie now orodka, i k row ę po o cielen iu , k tó rą ssało
cielę. K row a leżała p rz y cielęciu, podobnie j a k k o b ieta przy dziecku.
U litow ał się P a n Je z u s n a d cierp ien iam i k ro w y i kobiety. P o ch w y
cił w Sw e B oskie dłonie k ro w ę z cielęciem , w y b ieg ł n a pole i p rz e
rzu cił je przez d ach chałupy. Z araz po p rz e rz u c e n iu , k ro w a i cielę
zerw ały się n a ró w n e no g i i sk ak a ły . Toż sam o chciał u czy n ić
P a n Je z u s z k o b ietą i je j d ziec k iem , w róciw szy do izby. Ale ko
b ie ta , n ie w ierząc w boskie p o słan n ictw o P a n a Je z u s a i n ie m ając
z a u fa n ia do Jego w ładzy, sp rz eciw iła się stanow czo i ośw iadczyła :
„Z abiłabym się razem z d zieck iem , g d y b y m n a to p rz y s ta ła “.
— 253 —
R ozgniew ał się P a n Je z u s i zaw ołał: „K iedy n ie w ierzysz w m oc
M oją, że ty i tw oje dziecko zarazbyście chodzili, cierpże sobie dalej
i noś to dziecko za k a rę rok i niedziel sze ść“.
D latego k o b ieta nie w sta je zaraz po porodzie i dziecko je j nie
chodzi zaraz po u ro d z e n iu , j a k k ro w a i cielę; k o b ieta m u si nosić
dziecko przez ro k i sześć ty g o d n i, zan im zacznie chodzić.
*
*
*
P rz e d P a n e m Jez u sem n ie było grzybów n a św iecie; P a n
Je z u s je s t ich stw órcą. Rzecz ta k się m iała. W to w arzy stw ie św.
P io tra odw iedził raz P a n Je z u s je d n ą wdow ę, k tó ra w łaśn ie w owej
chw ili p iek ła plack i. Ś w ięty P io tr za b rał p o tajem n ie je d e n placek
i schow ał. Po w y jśc iu z chaty, szli przez las ; P a n Je z u s szedł
n ap rzó d , św. P io tr za nim . Św. P io tr, n ie chcąc się p rzy zn ać do
k rad zieży p lack a p rz y je d z e n iu , trz y m a ł go „pod p a z u c h ą “, u ry w a ł
po o d ro binie, ale co odrobinę w łoży do gęby, to P a n Je z u s o coś
go zapyta. Św. P io tr, ab y odpow iedzieć, m u siał k ą s k i w ypluw ać
n a ziem ię. Skoro ty m sposobem w y p lu ł o sta tn i k ę s , P. Je z u s p rz y
sta n ą ł i rz e k ł: „O glądnij się za siebie św. P io trze, co j e s t n a tw ej
ścieżce“. Św. P io tr się o g ląd n ął i zobaczył w iele grzybów ; z k a
żdego w y p lu teg o k ą s k a grzy b w yrósł. W te d y P . Je z u s zaw ołał :
„M yślałeś, P io trze, że n ie w idzę, co robisz. Otóż od tego czasu
b ęd ą rosły g rz y b y n a św iecie, a b y ludzie m ieli p a m ią tk ę , coś
z a w in ił“.
D latego to g rz y b y za czy n a ją się pokazy w ać od św. P iotra.
*
*
*
M atk a B oska, uchodząc z P a n e m Jez u sem do E g ip tu , chroniła
się podczas deszczu pod drzew a. W sz y stk ie p rzy jm o w ały M atkę
B o sk ą pod sw oje liście z w ielk ą ra d o śc ią ; je d n o n a w e t do tego
sto p n ia okazało sw ą uprzejm ość dla R odzicielki O dkupiciela św ia ta ,
że zw iesiło g ałęzie, ab y tem lepiej zasłonić J ą przed deszczem .
P a n Jez u s, w dzięczny za uczczenie Swej osoby, n a d a ł te m u drzew u
p o stać, ja k ą m iało, o k ry w a jąc Go z M atką. O w em drzew em b y ła
brzoza, o d tąd dopiero zw an a p łaczącą; liście tej brzozy, j a k w ia
dom o, zw ieszają się k u ziem i.
Znalazło się przecież jed n o drzew o, k tó re odm ówiło p rz y tu łk u
M atce B oskiej z S y n aczk iem . O trzęsło się gałęziam i i w ręcz Jej to
ośw iadczyło. R ozgniew ał się P a n Je z u s n a n ieg o ścin n e drzew o
i zaw o łał: „B odajeś się trzęsło całe ży c ie“. T a k się też stało. D rze
w em ow em b y ła o sik a ; je j liście też d rż ą dotychczas b e z u sta n k u .
— 254 —
O osice k rą ż y tu ta j in n a jeszcze le g e n d a , k tó ra m a ju ż w ięcej
n a sobie zn am ię ch rześcijań sk ie. T rzęsien ie osiki d a tu je się w owej
leg en d zie od czasu p o b y tu P a n a Je z u sa n a Górze O liw nej. S tojąc
pod drzew em o sik o w em , d rżał Z baw iciel św ia ta n a ciele. N a tę
p a m ią tk ę trzę sie się też osika.
2. D n i u r o c z y s t e .
Ś w ięta u ro czy ste i n iedziela w y stę p u ją w pojęciach tu tejszeg o
lu d u po w iększej części w zn aczen iu podm iotow em , zaś d n i p o
św ięcone czci św ięty ch P a ń s k ic h częściej w zn a cze n iu przedniiotow em . W p raw d zie lu d u o sab ia n. p. św ięto B ożego N a ro d zen ia
tylko przez D zieciątko Jez u s, k tó re zsy ła n a rodzaj lu d zk i n a jró ż
n oro d n iejsze ła sk i i dary, objaw y czci w sze lak o , tu d zież różno
ro d n e p ra k ty k i i pojęcia p rz esad n e , t. j. te , k tó re n ie m a ją n ic
w spólnego z p ra k ty k a m i re lig ijn e m i, n a k a z a n e m i przez kościół k a
to lick i, odnoszą się p ra w ie w y łąc zn ie do ś w ię ta , a nie do osoby
P a n a Jezu sa. Szczególniej n a w ilii Bożego N arodzenia w y c iśn ię te
je s t w y ra ź n ie to piętno. B ezsprzecznie p ra k ty k i owe są za b y tk ie m
p o g ań sk im , którego Kościół bądź n ie w y tę p ił, bądź k tó ry p rz y
odział sza tą ch ry sty a n iz m u . C ześć, ja k ą oddaw ali po g ań scy Sło
w ian ie b ó stw u słońca z p o czątk iem r o k u , p rz en iesio n a została do
ch rześciań sk iej W ilii. T ak ie sam o zasad n icze z n a c z e n ie , k tó re m iało
dla całego ro k u p o g ań sk ie św ięto n a cześć sło ń ca, m a tak że w ilia
Bożego N arodzenia. N adprzyrodzona m oc n asz ej W ilii stresz cza się
w tem ogólnem z d a n iu ludo w e m : „C okolw iek p rz y n ie sie k o m u
W ilia Bożego N aro d zen ia, to sam o będzie się z n im pow tarzało
przez ro k c a ły “. W ilia je s t d n iem p rz e z n a c z e n ia , a to p rzezn aczen ie
m a te m w ięk sz ą doniosłość w życiu c z ło w ie k a, że sp ełn ia się ono
p ra w ie b ezw aru n k o w o w ciąg u ro k u ; skoro pierw sze je j p rz e sła n k i
w ty m d n iu się u ja w n ią poraz pierw szy, w szelkie śro d k i zaradczei och ro n n e n a n ic się n ie zdadzą. A w k sięg ę p rz ezn a cze n ia W ilii
w chodzą w szy stk ie w ażn iejsze cz y n n o ści, p rzy g o d y i losy każdego
człow ieka, tud zież otaczającej go przyrody. Z a sta n a w ia ją c się n ad
po tężn y m i w sze ch stro n n y m w pływ em W ilii, p rz y p isy w a n y m je j
przez ludow e pojęcie, odnosi się w ra ż e n ie , ja k o b y ona s k u p ia ła koło
siebie całą n ajw y ż szą w ładzę i ze sta w iała o stateczn ie ro czn y p re
lim in a rz losów lu d z i, św ia ta i je g o tw orów . N aw et złodziej w ciągu
ro k u będzie z p ew nością n a k ra d zieży sch w y ta n y , g d y W ilia Bo
żego N aro d zenia w sw ym d n iu n ic m u u k ra ś ć n ie pozwoli. K om u
zaś W ilia w ciąg u ro k u śm ierć przeznaczy, te n z p ew n o śc ią pod
— 255 —
czas w ieczerzy w ilijnej a n i n ie zak o sztu je je d n e j z pod an y ch n a
stół potraw . „W iliá ra d a dzieci b ijá “; dzieci też och to stan e przez
rodziców za n iep o słu szeń stw o w e W ilię, niezaw odnie b ęd ą przez
c ały ro k „bicie b ra ły “ za podobne przew inienie. W ilia d ec y d u je ,
k tó ra d ziew czyna i k tó ry k a w a le r m a ją zaw rzeć zw iązek m a łż e ń s k i,
dobiera i n a z n a c z a n a w e t p ary , stan o w i o p rz y ja ź n i lu b nieprzyja ź n i sąsiadów , o pow odzeniu lub n iep o w o d zen iu , w y ro k u je o j a
kości plonów po ln y ch i owoców, u ro d z ajn y ch lu b n ie u ro d z a jn y c h ,
ro z strz y g a o ro d zaju płodu k ró w cieln y ch , d aje m ow ę b y d łu w sw oją
noc i sta n o w i o d alszy m jeg o chow ie, n iem n iej też n a k re ś la p ra w a
atm o sferze i w y ty cz a drogi i czas zjaw iskom m eteorologicznym
z n ależ y tem u w z g lę d n ie n iem pogody n a ro k cały.
P rze zn ac zen ie W ilii, chociaż n a p rz eciąg jed n eg o ro k u dość
b ez w zg lęd n e , pozostaje w e d łu g pojęć lu d o w y ch , w p ew n y m p rz y
czynow ym zw iązk u z postępow aniem człow ieka, tudzież z ogólnem
p rz ezn a cze n ie m , ja k ie P a n B óg z a k re śla k aż d em u śm ierteln ik o w i
n a drogę ży cia zaraz po urodzeniu. Z w y ją tk ie m w ypadków , nie
pojm o w an y ch ja k o k a r a B oża za grzechy, przezn aczen ie ogólne m a
tło w a ru n k o w e ; jeg o sp ełn ien ie się lu b n iesp ełn ien ie zależy od
człow ieka. S p ełn i się , g d y człow iek zda się n a jeg o ła sk ę i n ie ła sk ę
i n a oślep za n iem idzie. Nie sp ełn i się , gdy człow iek, nie oglą
d ając się n a n ic i n ie u le g a ją c jeg o poryw om i w p ły w o m , w łasn ą
w olą i o w ła sn y c h siłach stan o w i o losie sw ego życia. W obec ta
kiego p o stęp o w an ia człow ieka przezn aczen ie ogólne m o d y fik u je się
i zm ien ia n iejak o stosow nie do p o stan o w ien ia W ilii. P rzezn aczen ie
w ilijn e re g u lu je losy i sp ra w y tego człow ieka n a ro k n a stę p n y , n a
p o d staw ie oceny jeg o m oralnej w a rto ści z ro k u upłynionego. Ale
i to p rzezn aczen ie n ie odbiera człow iekow i w oli, n ie sta w ia m u
p rzeszk ó d an i w d ąż en iach do p o praw y, an i w drodze do zep su cia,
d aje m u ty lk o skło n n ości i popędy, n a ja k ie w poprzednim ro k u
zasłu ży ł, lu b też ja k ie za stosow ne dla niego uzn aje. Od człow ieka
zależy, czy m a w alczy ć z te m i sk ło n n o ściam i i p o k u s a m i, czy też
iść za ich p rąd em . Z łam anie ich w d obrym czy złym k ie ru n k u
stan o w i p o d k ład pod w y ro k n a stę p n e j W ilii.
P rze zn ac zen ie w ilijne sk az u je w szak że n ie k ie d y człow ieka za
je g o g rz ech y n a śm ierć w ciąg u ro k u w śró d n ad z w y c z a jn y c h oko
liczn o ści, o d stęp u jąc od po stan o w ień p rz ezn a cze n ia o g ó ln eg o , k tó re
k aż d em u człow iekow i z a k re śla k re s życia i rodzaj zgonu n ieza le
żnie od jeg o p ostępow ania. Z w ykle atoli przezn aczen ie w ilijne
z p rz ezn aczen iem ogólnem w te m się zg a d za, że p rz y jm u je bez
zm ian y i d ługość ży cia człow ieka i rodzaj jeg o śm ie rc i, w y w ie ra
— 256
-
ty lk o zn a czn y w pływ n a je g o s ta n p rz ed śm ie rc ią , a n a stę p n ie jego
życie pozagrobow e.
Z p o ró w nania ty c h d w u ludow ych pojęć o p rz ezn a cze n iu w y
p ad a przecież, że j e s t tylko je d n o p rz e z n a c z e n ie , zak reślo n e czło
w iekow i przez B óstw o p rz y u ro d z e n iu , podlega je d y n ie n a sch y łk u
każdego ro k u p ew n y m mody Пк асу om w m ia rę u z n a n ia W ilii.
In n e św ięta u ro c zy ste, j a k W ie lk i P ią te k , W ie lk a n o c , W n ieb o
w stąp ien ie P a ń s k ie , Zielone Ś w ią tk i, Boże Ciało, W sz y stk ic h Ś w ię
ty c h , dalej w szy stk ie św ię ta , pośw ięcone czci N ajśw . M aryi P a n n y ,
tu d zież w szy stk ie niedziele (dość często m ów ią : „Ś w ięta N iedziela“),
acz lu d n a d a je im zn aczen ie podm iotow e, n ie w y stę p u ją w szelako
z ta k w ielk ą p o tęg ą w zględem p rzy ro d y i lu d z i, ja k Ś w ięta, a w ła
ściw ie W ilia Bożego N arodzenia. W z g lę d n ie też m ało sk u p ia się
koło n ich objaw ów czci bałw ochw alczej w p rz e ż y tk a c h zw yczajo
w ych. W sw oim sk ro m n y m zbiorze z tej okolicy, lubo stosunkow o
dość o b fity m dla n asz k ic o w an ia o k re su Ś w iąt Bożego N arodzenia,
o d n a jd u ję ty lk o sam odzielne d ziała n ie W ielkiego P ią tk u n a zjaw i
sk a w przy rodzie i je j tw o ry ; in n e św ięta z a ś, tudzież niedziele
w sw em o żyw czem , dobroczynnem d ziała n iu p o zostają w zależności
od ró ż n y ch p ra k ty k ludzkich. O W ielk im P ią tk u je s t m ianow icie
ta k ie m n ie m a n ie : „Jeżeli W ielki P ią te k zeszłe m róz n a ziem ię, to
b ędą lich e ż y ta “.
Co do d n i, pośw ięconych czci Ś w ięty ch P a ń sk ic h , to w n ic h
Św ięci p ra w ie w yłącznie w y stę p u ją ja k o d ziałające isto ty n a d p rz y
rodzone i to za sp ra w ą lu d z i, a z woli N ajw yższej potęgi ; w y s tę
p u ją , ja k b y p o g ań scy bogow ie niższego rz ę d u , którzy, j a k w iadom o,
m ieli ty lk o m niej w ażn e m isye. J e s t n a w e t Ś w ięty (opow iadający
n ie u m iał go nazw ać), do którego m odlą się złodzieje o pow odzenie
w w y p ra w ac h dla kradzieży.
W o d a , k re d a , g ro m n ice , p alm y i zioła św ięcone w dniach
u ro c z y sty c h , n azn aczo n y ch przez Kościół o d g ry w a ją rów nież n ie
p o śled n ią rolę w sp ra w a c h ludzkich. W ład z a n ad p rzy ro d z o n a, ja k ą
przez p ośw ięcenie otrzym ały, n 'e m a w szak że c h a ra k te ru trw a le
n ie z m a z a n e g o ; trw a tylko ro k je d e n , licząc od d n ia , w k tó ry m
b y ły pośw ięcone. A by w n a s tę p n y m ro k u m iały sw oją w ażność,
n ależy j e p o w tórnie pośw ięcić. T a k też robią z k re d ą „trzechkrólo w ą“ i g ro m n ic ą , skoro n ie były zu ży te w ciąg u roku. Co do p a lm ,
ziół i wody, to te z re g u ły b y w a ją corocznie św ieże do św ięcenia.
In n a rzecz z ró ż a ń c a m i, s z k a p le rz a m i, k o ro n k a m i i m ed ali
k a m i, p o św ięcanym i n a o d p u stach kościelnych. P ośw ięcenie ich
m a c h a ra k te r niezm azany.
— 257 —
Z pośw ięconych rzeczy n ajo b szern iejsze, n ie m a l nieograniczone
zasto so w an ie m a w oda św ięcona. U ż y w an a b y w a w różnorodnych
p ra k ty k a c h lu d o w y ch , ja k o broń przeciw złym duchom . A l e i w oda
zw y cza jn a , n ieśw ięco n a, m a dość w ielkie znaczenie w św iecie w ie
rzeń i poglądów ludow ych. — K red a św ięcona broni p rz y stę p u
dyabłom i in n y m złym duchom do m iejsca przez siebie opisanego
za p o śre d n ic tw em człow ieka, św ię c o n a p a lm a , u ż y ta w e w łaściw y m
czasie w e d łu g w sk a z a n y c h przez ludow e pojęcie p ra w id e ł, chroni
bydło, a tak że i plo n y polne od szkodliw ości czarow nic i in n y c h
złych is to t, k tó ry c h lu d bliżej n ie określa. T a k ą sa m ą w ładzę m a ją
zioła św ięcone. O statn ie m a ją w szak że dość obszerne zastosow anie
w lecznictw ie. Co do szk ap lerzy , różańców , k o ro n ek i m edalików
b ra k m i w ą tk u do o sąd z en ia, czy w ludow em zastosow aniu ja k o
czy n n ik i n ad p rzy ro d zo n e, n ie w y k ro czy ły poza g ra n ic e , zak reślo n e
im p rzez n a u k ę K ościoła katolickiego.
(Dok. n.)
J a n Świątek.
Dożywocie
w Jazowsku w powiecie nowo sądeckim w XVIII. wieku.
W czasie w y cieczki m ojej w sąd e ck ie w ro k u 1901 w p a d ła
m i w ręce ]) ta k zw an a „k sięg a g ro m a d z k a “ z Jazo w sk a, w si leżą
cej w pow iecie now o-sądeckim , n a drodze m iędzy S ączem a S zcza
w nicą. K siążk a bardzo dobrze zachow ana, in folio, o p raw n a w te k tu rę
z g rz b ie tem sk ó rz an y m , liczy 248 k a rt, z k tó ry c h 233 je s t z a p isa
n y c h a 15 czy sty ch . N a pierw szej k a rc ie d u żem i lite ra m i łacińsk iem i w y p isan o d ru k ie m :
„In N om ine D om ini A m en
Tom Il-do
A d m ajo rem D ei G lo riam B eata e M ariae sem p er V irg in is et O m nium
S an cto ru m H onorem “ .
N a d ru g iej k a rc ie zaraz od góry w y p isa n e podobném p ism em ,
j a k n a k a rc ie p ierw szej :
„In N om ine D om ini A m en
R ok P a ń s k i 1754-ty
S p raw y roczne K lucza Jaz o w sk ieg o “.
I zaraz pod ty m n a p ise m n a s tę p u ją owe sp ra w y ta k cyw ilne,
j a k k a rn e i c ią g n ą się n ie p rz e rw a n ie aż do ro k u 1806. S ą tam
0 Bo tak ie rzeczy u n as tylko szczęśliw ym przypadkiem n ap o tk ać m ożna.
17
— 258
te s ta m e n ty , k o n tra k ty , zapisy — są ta k ż e w y ro k i k a rn e za kradzież,
ra b u n e k , n iem o ra ln o ść i t. d. i t. d. — a w szy stk o to ra zem c h a
ra k te ry z u je dobrze i czasy ów czesne i lu d zi i podaje w dzięczny
m a te ry a ł do ciekaw ego stu d y u m . N a ra z ie m a m za m ia r p rz e d sta w ić
w k ró tk o ści, ja k tra k to w a n ą była, w XVIII. w ie k u w „K luczu Jazo w sk im “ sp ra w a dożyw ocia.
Do „K lucza Jaz o w sk ieg o “ n ależ ały w ów czas cztery w ioski :
Jazow sko, Obidza, B rz y n a i Łazy, ale k się g a o m aw ian a zaw iera n a
całe pół w iek u zaledw ie 13 do k u m en tó w (m a te ry a ł w cale skąpy),
w k tó ry c h je s t m ow a o dożyw ociu. I ta k je s t tu ta j je d e n d o k u m en t
z ro k u 1768, je d e n z 1773, d w a z 1781, po je d n y m z 1786, 1788,
1789, 1791 i 1792, dw a z ro k u 1794 i dw a z ro k u 1795. W dzie
sięciu w y p a d k a c h rodzice obydw oje, jeże li ży ją jeszcze, bądź też
sam ojciec, lu b sam a m atk a, za p isu ją c i oddając dzieciom m a ją te k ,
z a strz e g a ją sobie dożyw ocie; w je d n y m w y p a d k u (1782 r.) za p isu je
m ąż żonie dożyw otnie u ży w an ie całego m a ją tk u , k tó ry po jej śm ierci
m a p rzejść w całości n a ich córkę p rz y b ra n ą . W je d n y m w y p a d k u
(r. 1792) żona za p isu je d ru g ie m u sw em u m ężow i ') dożyw ocie n a
połowie zagrody. W reszc ie w je d n y m w y p a d k u (r. 1795) dzieli ojciec
zagrodę m ięd zy dw óch synów , a córce zam ężnej ju ż za p isu je do
żyw ocie tylko.
N ajw ażn iejsze są te w y p ad k i, gdzie rodzicze, o ddając m a ją te k
dzieciom sw oim , zw ykle z pow odu podeszłego w iek u i niezdolności
do p ra c y z a strz e g a ją sobie dożyw otnie u trzy m a n ie .
W y d zielenie pew nej części g ru n tó w lu b b u d y n k ó w czy to
m ieszk aln y ch , czy gosp o d arsk ich do dożyw otniego u ż y tk u przez
u stę p u ją c y c h s ta ry c h w łaścicieli n ie było tu ta j w e zw yczaju, skoro
tylko w je d n y m je d y n y m i to n a js ta rs z y m zapisie uczy n io n y m 14.
czerw ca 1768 r. przez G aw ła W ą ch ałę n a rzecz p a sie rb a swego,
B łażeja D y rd ały, c z y ta m y : „T ylko dla siebie iako y Żony Sw oyey
póki im B óg dozwoli ży cia w y m aw ia, o strze g a y ex cy p u ie (Gaweł
W ąch ała) O gródek w k tó ry m ie s t drzew o ro d zay n e, łączk ę przy
ty m że sa m y m ogródku ta k dla siebie iako y Żony Sw oiey dla w ła
snego Oboyga w ygody y pożytku, tu d zież y p o m ieszk an ie przy
dzieciach sw oich póki im P a n B óg w y zn aczy życia".
Zw ykle rodzice za d aw a la ją się w ym ów ieniem sobie u trz y m a
nia. Życie tak ieg o d o żyw otnika nie m u siało je d n a k słodko u p ły w a ć ;
w idocznie zaw adzał on ju ż n a św iecie n a w e t dzieciom w łasn y m
żałow ali m u tego skrom nego k ą c ik a i m izernej straw y , skoro w zah „Który ja k o m łodzian do niej p rz y s ta ł“, ja k się w y ra ż a ją w dokum en
ta c h ów czesnych, a ja k dzisiaj tu m ów ią: „k tó ry p rzyżenił się “, to je s t nie po
sia d a ją c m ajątk u , w ziął żonę z m ajątk iem .
— 259 —
p isach p raw ie zaw sze czy tam y jeszcze żądanie, ab y dzieci ojca
sta ru s z k a i m a tk ę szanow ali, n ie k ie d y pod groźbą u tra ty błogosła
w ie ń stw a ojcow skiego i Bożego. W ięc p o w tarzają się p ra w ie do
słow nie ta k ie z a strzeż en ia w te s ta m e n ta c h i za p isa ch :
„'Chałupę M arcinow i W arzesze, y iego S ukcesorom n ad aię
z ty m ie d n a k dokładem , aby pozostałą M atke Wdową Jadw igą póki
Je y B óg uży czy życia chował y p r z y sobie m ieścił“ *).
„S y n Ja k ó b będzie... całą tę Z agrodę O brabiał y opłacał konserwuiąc Oyca Swego przyzw oicie y z M atką aż do śmierci, p óki które
z nich żyć będzie“2),
„G dyby ta k F ilip D om iniak, iako y Żona R egina, to ie st Ociec
y z M atk ą żyli, pow inne będą dzieci Rodzicom bydż posłusznem i y Ich
z uszanow aniem kontentow ać“2).
„W ed łu g w oli sw oiey n a y s ta rs z e y córce M arian n ie o ddaią dom o
stw o z w sz y stk ie m i pobudow lam i tudzież g ru n te m ornem , Ł ąk a m i
y p a stw isk a m i, aby te n zapis słu ży ł w ieczyście y n a dzieci Jey ,
k tó ra p o w inna będzie Rodziców Sw ych do Śm ierci przy Sobie do
chować“4).
„To sobie ie d n a k W oyciech y R eg in a W arzechow ie w aru ią,
ażeby dzieci m ieli ich za rodziców y nie były w ystępnem i, ale m ieli do
Czasu, śmierci opieką z uszanow aniem “5).
„S eb asty an o w i S ynow i zagrodę oddaię y w iecznem i czasy ta k
O nem uż ia k y S uk cessorom lego z polam i, b u d y n k am i, stay n iam i,
stodołą y w szy stk ie m i sp rz ę ta m i G ospodarskiem i nad aię, ostrzegaiąc
sobie, ażeby m nie Oyca i M atkę w łasną do śmierci chował, przyzw o
ite uszanow anie czynił“6).
„A n to n iem u K lim kow i oddaię y iego S ukcessorom G ru n ta do
p o siad an ia n a D zień ieden, a n a d ru g i D zień Józefowi B ra tu tegoż
m ło d szem u ta k ż e y n a iego potom stw o. W ty m w y z n aię iako do
brow olnie z te y ch ału p y czynię y podział m iędzy w y rażo n y ch ta k
ostrzegam Sobie, abym m iał aż do śmierci od Obuch przychylność dla
siebie y w ychow anie“'1).
ń W zapisie uczynionym przez K asp ra W arzech ę z Jazo w sk a n a rzecz
sy n a 20. lipca 1773 r.
2) W zapisie M arcina P ierzch ały z Ł azów uczynionym synow i 2. m a ja 1782 r.
3) W zapisie F ilipa D om iniaka z Obidzy z d n ia 12. lipca 1786 r.
4) W testam en cie Szym ona N ow orolnika z Obidzy uczynionym d n ia 13.
lipca 1788 r.
5) W zapisie W ojciecha i R eginy W arzechów z Obidzy z d n ia 31. sty czn ia
1789 roku.
e) W testam en cie M arcina P ierzch ały z Jazo w sk a z dn. 6. paźdz. 1794 r.
’j W zapisie Oleksego Klimka z Obidzy z dnia 20. czerw ca 1794 r.
— 260 —
T a k ogólnie oznaczone dożyw ocie dzieci, posiadłszy już po
siadłości rodziców , ro zu m iały i w ychow yw ały, ja k u w a żały za n a j
k o rz y stn iejsz e d la siebie i po n iew ierały rodzicam i, s z a n u ją c i ceniąc
tylko ich siły fizyczne, ich zdolność do p ra cy , albo ich m ajątek .
K o biety b y ły o w iele przezorniejsze od m ężczyzn, a p rz ew i
d u jąc s m u tn ą dolę sw ą w staro śc i n a ła sk a w y m chlebie u dzieci,
n ie m iały w cale ochoty w yp u szczać w ład zy i m a ją tk u z ręki, do
póki ty lk o ta rę k a m ogła go zdzierżyć.
Zofia B re lk a z Jazo w sk a, czyniąc zapis m a ją tk u synow i A n
to n iem u 11. g ru d n ia 1791 r. w y ra ź n ie to p o sta n a w ia :
„Z w ażyw szy to, że dzieci sta rsz e iuż dosyć m a ią ze m n ie
Zapom ożenia, a n a jm ło d sz y S y n im ie n ie m A n to n i n ic a n ic dotąd,
p rzeto dla tego ia d la n a jm ło d sz e g o G ru n t cały, B u d y n k i у w szy stk o
G ospodarstw o za p isu ię у zapiszę, Zachoióuiąc Sobie iednak to, abijm
dotąd p ó ki siły moie w ystarczą wolna sobie była w Gospodarstwie
S w ym у Z a rzą dzaniu tego“.
In n a znow u kobieta, A n n a N iem cow a z Jazow ska, w zapisie
u czy n io n y m 30. sty c z n ia 1795 r. n a rzecz zięciów i córek sw ych
n ie ty lk o zo staw ia sobie do śm ierci za rzą d m a ją tk ie m , ale grozi im ,
że w razie b ra k u z ic h stro n y dla niej u sza n o w an ia, zapis te n
zm ien i n a k o rzyść in n y ch . C zytam y ta m :
„O bostrzam to sobie, że dopóki żyć będę, dopóty iuż to w ol
ność u ż y w a n ia у o p łacan ia z te y Z agrody całey, iuż to p o słu szeń
stw o w szelkie, iuż też k a rn o ść у u sza n o w an ie iako dla m n ie M atki
od ty c h dzieci w yżey w y m ien io n y ch sobie zostaw uię у dopom inam
się, bo g d y b ędę m ia ła iak o w ą dolegliw ość у nieposłuszeństw o,
w a ra będzie m i od ty c h dzieci, k tó rz y b y iak o w y w y stę p e k n a p rz e
ciw m ię popełnili, odebrać у In sz y m dzieciom rozdać, a g d y m ię
b ęd ą m ieli w u szan o w an iu , M atkę za M atkę u z n a w a ć у m ieć zechcą,
to n ie będę w sta n ie z łam a n ia tego Z ap isu у o d eb ran ia od n ich
G ru n tu y te n Zapis w raz z w olnością do Ś m ie rci m ey Sobie zosta
w ioną, ab y b y ł trw a ły , sta ły у n ie z ła m a n y “.
K sięga „S praw ró żn y ch K lucza Jaz o w sk ieg o “ dochow ała n a m
w tom ie II. tak że je d e n zapis dożyw ocia n a m a ją tk u całym żonie
a je d e n zapis dożyw ocia n a połow ie m a ją tk u m ężow i.
W ojciech i F ra n c isz k a S łow ikow ie w Jazo w sk u , bezdzietni
będąc, z m iło sierdzia p rzy jęli w dom swój siero tę m ałą M aryannę
T rzepaczonkę, w ychow yw ali j ą ja k córkę i ja k o córce m ieli zo
staw ić swój m ajątek , polanę „O palonką czyli C zy rsk ą K uśnierzow s k ą “ zw aną. Słow ik u cz y n ił p rz ed śm ie rc ią o sta tn ią sw oją wolę
d n ia 23. sie rp n ia 1782 r., z a p isu ją c tę polanę p rz y b ra n e j córce, ale
z zastrzeżen iem , że odbierze j ą w p o siad an ie dopiero po śm ierci
—
261
—
p rz y b ran e j m atk i. „Szczególnie Żona F ra n c isz k a — czy tam y w tym
te sta m e n c ie — dożyw otnie p o w in n a u ży w ać a po iey śm ierci do
rą k M arian n ie T rzep aczance bydź o d d an ą p ow inna, ab y ta m iała
pam ięć o d u szy R odziców lubo m n ie m a n y c h y D obrodzieiach
S w o ich “. .
,
Inaczej rzecz, się m iała 28. g ru d n ia 1792 r., w k tó ry m to d n iu
Zofia G ały sin a zap isu je dożyw ocie n ą połowie zag ro d y swrej m ężow i
Ja n o w i G ałysie z obow iązkiem , aby w ychow yw ał m ałoletnie dzieci
je j z p ierw szego m a łż e ń stw a a sw oje p asierb y . J a n G ałysa m łody
p aro b ek słu ży ł praw dopodobnie u gospodarza P om ietły, a g d y ten
„p o m a rł“, „ u d a ł“ się w dow ie z czw orgiem dzieci i chociaż n ie po
siad ał żad n eg o m a ją tk u , je n o m łodość i zdrow ie, „jako m łodzian
p rz y sta ł do n ie j“. O bchodził się z n ią dobrze, chcąc po jej n a jry
chlejszej (zapew ne) śm ierci coś odziedziczyć, aby czem prędzej ożenić
się z m łodszą. Z w yczajne sp ra w y ! No i u zy sk a ł dożyw ocie w ty c h
słow ach : „O dbieraiąc p rz y ch y ln o ść od m ałżo n k a Sw ego J a n a G ałysy,
a iu ż b ędąc b lis k a Ś m ierci przez słabość y L a ta Swe, przetoż za
tę p rzy ch y ln o ść y dbałość o liia ru ię n ay p rzo d tem u ż z m ey w łasn ey
w oli dożyw ocie n a połow ie Z agrody m ey oraz y n a W szelk im m aią tk u . W s k u te k zaś uczynionego p rz eze m n ie dożyw ocia m a m ieć
y p o w in ien ie s t w opiece S w ey trz y m a ć D zieci m oie m ało letn ie
z pierw szego m ałże ń stw a, to ie st M arcina y K a ta rzy n ę Pom ietłów ,
k tó re do Ś m ierci S w ey chow ać y o k ry w a ć po w in ien będzie“.
Z przytoczonych w yżej d o k u m en tó w p ra w n y c h „K lucza Jazo w sk ieg o “ m o g liśm y sobie w yrobić zdanie, że po rodzicach dzie
dziczyli w XVIII. w iek u synow ie i córki, p rz y p u szcz an i b ędąc n a
ró w n i do podziału zagród, polan lu b zarębków . Jeszcze w 1792 r.
Zofia G ały sin a dzieli zag ro d ę sw oją n a cztery części, m iędzy trze ch
sy n ó w i córkę. J e d n a k ż e n ieb aw em m iały się zm ienić te sto su n k i
n a k o rzyść synów , k tó rzy m ocą zaprow adzonego p ra w a au stry a ckiego m ieli o d tąd tylko dziedziczyć nieruchom ości, a n a niek o rzy ść
córek, k tó re w y w ia n o w an e m iały b y ć gotów k ą i ruchom ościam i.
W ięc też w zapisie sporządzonym 23. s ie rp n ia 1795 r. przez Józefa
T rz ep ak a z Jazo w sk a, dw aj b ra c ia o trz y m u ją po połow ie „półpolka
trze ch d n io w eg o “, a córka tylko zapis dożyw ocia „w p o sied zen iu co
do b u d y n k u i ta k ż e u trz y m a n ie z g ru n tu pod g a rn c y 28 n a n iw ie “ .
D osłow nie te n zap is b rzm i, ja k n a s tę p u je :
„G dy te ra z z S ukcessorów ic h z n a y d u ie się dw óch Synów
y C órka niew y p o sażonych, to ie s t A n to n i, G asper y R egina, Za
czyni stosuiąc się do Naywyższych Patentalnych Przepisów Synów
ty c h dw óch n ay b liższ em i czy n i Z w ierzchność S u k cesso ra m i do tego
P u łro lk a to ie s t A n toniego i G aspra T rzepaków z ich ta k ż e Sukces-
— 262 —
soram i, ażeby w szelkie pow inności ta k D w orskie, ia k ie są obow ią
zani, iako też y Mon arc bicz no w Sw oim C zasie re g u la rn ie w y p ła
cali y O drabiali. R eginie zaś S iostrze ich, k tó ra ie s t za W oyciechem
K raw ęd ą za dobrow olną ugodą, tu w J u ry z d y k c y i u czynioną, do
żyw ocie w po siedzeniu co do B u d y n k u y ta k ż e u ży w an ie z G ru n tu
pod g a rn c y 28 n a Niwie- n a d M ikołaiem H ebdą przez ty ch że B raci
odstąpione. Z w ierzchność n a n ią z ochotą zezw ala1-.
T a k się p rz e d sta w ia w ty m z a k ą tk u p o d k arp ack im sp ra w a
dożyw ocia w d ru g iej połow ie XVIII. w ieku, a z u w a g i n a podobne
sto su n k i m iejscow e ta k ą m u sia ła b y ć w ów czas w śró d lu d u pol
skiego n a całem p o d k arp aciu w dzisiejszej G alicyi zachodniej.
Seiueryn Udziela.
P olacy na Węgrzech.
S tu d y u m etnograficzne - statystyczno - historyczne*)
(Dokończenie).
IV. S T O L I C A
SPISKA
1. Pogląd historyczny.
d) O k r ę g P o d o l i n i e c k i
( D i s t r i c t u s P o d o 1i e n s is ).
O kręg te n w łaściv/ie n ig d y n ie był liczony do S piszu ; n ależał
on aż do ro k u 1311 do P olski. Z daje się że p ierw o tn ie n a le ż a ł on
w Polsce do K asztelan ii P o ł o w c z e j (Palovia), z k tó rą ró w n o
cześnie d o stał się do W ęgier. O bejm uje on n a s tę p u ją c e m iejsco
w ości : L u b o w 1 a (L ublau) ; G n i a z d o (K niesen) ; R u ż b а к i (Russb ach później R au schenbach) czyli D r u ż b а к i ; J a r z e m b i n a ; К am j o n k a (S tein, Kii ves fal va) ; L u b l o ; K r ę p a k (K rem bach), P od o l i n (P udlein) i T o p o r z e c w raz z ich obwodam i.
I tu ta j osiedlenie N iem ców n astąp iło w ty m sa m y m czasie
ja k i w dolinie P o p ra d u i D u n ajca.
O ile z dyplom atów się d a w y k azać, p ie rw sz y B olesław
W s ty d liw y , k siążę k ra k o w sk i r. 1 2 4 4 n a d a ł Sołtysow i H e n r y
k o w i 1) w n ag ro d ę za u słu g i,' św iadczone m u w w ojnach przeciw
T ata ro m so łtystw o P odolinieckie, daw niej ju ż założone ale przez
T ataró w spustoszone, n a d a ją c m u zarazem ju ry z d y k c y ę n a d osa*) Zob. L ud VII str. 192.
n Sclim auck-B ardossy 311 ; F e jć r IV, 1, 353.
— 263 —
d n ik a m i n a p raw ie M ag d e b u rsk iem 1). R ów nocześnie o sadnikom n a
d an é m zostało praw o m łynów , brow arów , polow ania, rybołów stw a
i m y ta w obrębie so łty stw a P odolinieckiego po obu b rz eg ac h P o
p ra d u m iędzy stru m y k a m i Toporzec, Ł om n ik iem i K lozurow em
a g ó ram i Koń czy stą i Jaw orow ą.
P óźniej k siężn iczk a K in g a ja k o dziedziczka S ącza darow ała
o k rę g Podoi i niecki wrraz ze w szy stk iem i dochodam i założonem u
przez siebie k laszto ro w i S ąd ec k ie m u ,2) z czego ta k ż e w y n ik a, że
o k ręg te n n ależ ał n ie g d y ś do ziem i S ądeckiej.
K olonizacya G n i a z d a przez N iem ców spow odow aną za sta ła
przez so łty sa J a n a R o k s e r o w i c z a z K esm ark u , k tó ry w roku
1286 n a b y ł sołtystw o G niazdeckie od tam tejszeg o sołtysa M ikołaja.
D ziedzice polscy G niazda, P io tr i M irun, synow ie M irosław a
potw ierdzili to k u p n o i n a d a li sołtysow i Jan o w i jeszcze w ięcej p raw
w celu sp ro w ad zen ia dalszych kolonistów i w ykorczow ania są sie
d n ich lasów. Ja k o św iadkow ie tego a k tu w y m ien ien i są trzej Sądeczanie. m iędzy n iem i w ó jt T irm a n (T illm anus) ze S ącza i W a w rz y
n iec sędzia n ad w o rn y księżnej K ingi ze Sącza, co rów nież w s k a
zuje, że G niazdo należało do ziem i S ąd ec k ie j.3)
W k ró tce potem ta sam a k się ż n a K in g a d aro w ała w sp o m n ia
n e m u ju ż H en ry k o w i sołtysow i P odolinieckiem u w celach koloniza cy jn y ch la s położony m iędzy P odolińcem a G niazdem . P rz y spo
sobności o k re śle n ia g ra n ic tego la s u w sp o m n ian e ju ż są m iejsco
w ości Toporzec, R u żb aki i Lachow ice (Łaszkow a?)
A le ju ż w n a s tę p n y m ro k u (1289) potw ierdza k się ż n a K in g a
tem u ż sołtysow i H en ry kow i oba przy w ileje n a d a n e m u w la ta c h
1244 i 1288, k tó ry c h o ry g in ały sp aliły się w kościele Podolin ieck im podczas trzeciego n a p a d u T ata ró w (1289)4).
N areszcie i k ró l czeski W a cław II. po objęciu k się stw K ra
kow skiego i S ąn d o m irsklego potw ierdził tem u ż H enrykow i so łty
sow i P odulin ick iem u „jako założycielow i tego m iasta, dziedziczne
po siad an ie so łty stw a P o dolinieckiego“. R ów nocześnie kró l W a cław
II rozporządził, żeby m ieszk a ń cy L u b law y (Libenov) i G niazda
w razie w o jn y m ogli się schronić do Podolina, za to je d n a k m ieli
p o m ag ać Podolincom p rz y n ap raw ie m urów i w ałów .5)
W r. 1298 o sta tn i ra z w sp o m n ian y je s t w y ra ź n ie P odolin ja k o
należący do dyecezyi krak o w sk iej a to w liście o d p u stn y m k ilk u
■) Kej ér V. 3. 425 i 463; VI. I. 231.
2) Sclimauck-B.arclossy str. 160, 173.
3) S chm auck-B ardossy str. 253.
ł) Tam że str. 285, 305.
3) Tam że str. 851.
— 264 —
b isk u p ó w p rz y k u ry i rzy m sk iej, w y d a n y m do w szy stk ich w iern y ch ,
k tó rzy b ędą pom ocni przy odbudow ie kościoła P odoiinieckiego, k tó ry
to lis t o d p u stn y potw ierd zo n y m został p rzez b is k u p a k rak o w sk ieg o
Mu sk alę. ■)
A le ju ż w n a s tę p n y m ro k u 1299 z n a jd u je m y pierw szy ślad
po łączen ia P o dolina z W ę g ram i. A lbow iem b isk u p sp isk i Jak ó b
n a d a je k a p itu le spiskiej dziesięcinę z Podolina, L u b law y i in n y c h
m iejscow ości po obu stro n a c h P o p ra d u .2) D ziesięciny te b isk u p
Jak ó b m ia ł sobie n a d a n e albo d ro g ą te s ta m e n tu przez k siężn ę
K in g ę S ądecką, albo też odstąpione od k la sz to ru zak o n n ic w S ączu
p rz y sposobności w yzw olenia ich z pod w ładzy a rc y b isk u p a O strzyhom skiego, z którego dyecezyi pierw sze zak o n n ice sąd eck ie pow ołane
zo stały p rzez k siężn ę K ingę, z którego też pow odu p rz y założeniu
k la sz to ru K lary sse k w Sączu, obok znacznej liczby k asztelan ó w i h r a
biów polsk ich w św icie k sięcia L eszk a C zarnego sp o ty k am y je d y n ie
ty lk o re p re z e n ta n tó w arcydyecezyi O strzyhom skiej (fra te r S te p h a n u s
G u a rd ian u s S trig o n ie n sis, w ę g ie rsk i J e n e ra ł F ra n c isz k a n ó w M iko
łaj i t. d.) ale an i jed n eg o re p re z e n ta n ta b is k u p s tw a k ra k o w sk ie g o 3).
O koliczność ta j e s t nadzw yczaj u d erzającą, poniew aż ów cze
s n y b isk u p k ra k o w sk i, P io tr z P rze m a n k o w a, był osobistym zażyłym
p rzy jacielem i d łu g o letn im polity czn y m so ju szn ik im księżn ej K in g i4),
k tó ry w iern ie i gorliw ie b ro n ił p ra w je j w e w sz y stk ic h sporach
z L eszk iem C zarnym (1280 - 1284).)s Jak o św iad ek podpisał te s ta
m e n t sio stry k siężnej K ingi, ow dow iałej królow ej S alom ei H a lick ie j6),
n ad to po założeniu S ądeckiego k la sz to ru K lary sse k w osobnym
liście do k siężnej K in g i p rz y rz e k a je j że „już się o to p o stara , aby
k siążę L eszek C zarn y n ie p rz eszk a d zał b u dow ać k la sz to ru i tegoż
w y p o saż en iu “ . 7)
Maksymilian Gumplowicz.
') Scłim auck-B ardossy str. 430.
2) T am że str. 432.
3) T am że str. 162. P rzy p o m in a n am to mim owolnie ów synod kościelny
odbyty w Budzie w 1279 pod przew odnictw em le g a ta papieskiego Filipa,
w którym w edług G rätza (G eschichte d er Ju d e n VII 163) b ra li u d ział zarów no
W ęg rzy ja k o te ż i „południowo-polscy“ dostojnicy kościoła i n a k tó ry m u c h w a
lone zo stały ogran iczen ia żydów i innych akatolików ta k we W ęgrzech ja k o te ż
i w Polsce. Porów n. R aynold-B arom us: A n n ales E cclesiast. XXII.
4) V ita S ti C unigund w Mon. Pol.
5) M orawski Sądeczczyzna I. 148 i 175; Semkowicz W alk a o M o n arch ię’
K w artaln ik histor. 1890 s tr 762—766.
6) M oraw ski S ądeczczyzna I. 142. G rabow ski S taro ży tn o ści Polskie I. 151
7) G rabow ski loc. cit. Z lis tu tego w spisie aktów k la sz to ru S ąd eck ieg o
zo stał się tylko napis.
ł\ilka szczegółów lu d o z n a w c zy c h
? pöuHalu b o b re e k ieS 6 Z ebrał
PROP. BRONISŁAW GUSTAWICZ.
B ad ają c w la ta c h 1876, 1877 i 1878 w czasie w a k a c y i szkol
n y c h florę p o w iatu b o b re c k ie g o 1), czyniłem , o ile m i się sposobność
n a d a rz y ła , n o ta tk i ludoznaw cze. K ilka szczegółów ze b ran y c h we
w siac h D ź w i n o g r o d z i e i D z i e w i ę t n i k a c h podaję poniżej.
1. Dźwinogród.
W ieś D ź w i n o g r ó d w ra z z p rzysiółkiem Ż u k o w e m leży
w pow iecie b o breckim , w północnej jeg o części, tu ż n a d g ra n ic ą
p o w iatu lw ow skiego, w okolicy nizkiej (250 m . n. p. m .), b ag n istej
n a d p otokiem H orożanką, k tó ry w północno-zachodniej stro n ie w si
zasiliw szy się w o d am i potoków W odnickiego i K ocurow skiego,
tw o rz y rzeczkę K ab an ów kę, p ra w y dopływ P ełtw i. W r. 1880 w ieś
ta liczy ła dom ów 253, a m ieszk ań có w 1524, m iędzy n im i rei igii
rzy m sk o -k ato lick iej 84, grecko-katolickiej 1363, żydów 77. N ależy
do p a ra fii rz y m sk o -k ato lick iej w S tarem siole, od ległem 7 km . n a
południow y zachód. W e w si zaś j e s t p a ra fia ln a cerk iew g reck o
k a to lic k a pod w ezw an iem św. M ikołaja.
1. P o d a n i e o ws i .
P o d łu g opow ieści ludow ej w ieś ta b y ła ongi m iastem , a to
n a w e t grodow em . B ył tu gród k sią ż ą t ru sk ic h . Do dziś d n ia poka‘) Br. G ustaw icz. Zapiski florystyczne z pow iatu bobreckiego. — Osobne odbicie
z XIV. tom u S p raw o zd ań Komisyi F izjo g ra fic z n e j A kadem ii Umiej, w K rakowie.
1880. S tr. 19. — W ro zpraw ce tej znajdzie czytelnik opis tej okolicy pod w zględem
oro-hydrograficznym i florystycznym .
— 266 —
żują tu wały, wpośród których wznosił się w arow ny zam ek i cer
kiew, a poza nim i miejsce, gdzie leżał cm en tarz1).
2. S k a r b y .
Na m iejscu, gdzie w znęsił się zam ek, są u k ry te olbrzymie
skarby i złota bryczka, zwrócona dyszlem ku południowi. Część
tych skarbów m iała pew na kobieta w pierw szy dzień W ielkanocy
podczas samego nabożeństw a zabrać, a to. w sposób następujący.
Góra, a raczej wyniosłość nieznaczna, sztucznie usypana, n a której
gród się wznosił, m iała się daw nym i czasy n a W ielkanoc podczas
rezurekcyi otwierać. Owa kobieta słysząc o tem , udała się raniutko
przed rezurekcyą w to m iejsce z m ałem dziecięciem na rękach.
Podczas nabożeństw a otw iera się góra, kobieta wchodzi tam , a w i
dząc bardzo wiele skarbów , sadza dziecię n a stole pom iędzy sk a r
bam i i nabiera srebra i złota, ile może unieść. U radow ana tem
bogactw em w ybiega, zapom niaw szy dziecięcia. W raca w net po nie,
ale góra ju ż zaw arła się. Zrozpaczona, m atk a nie widzi innego sp o
sobu, ja k czekać do przyszłych św iąt w ielkanocnych. Miejscowy
paroch m iał jej powiedzieć, że znajdzie dziecię żywe i w ydostanie
je stam tąd, ale gdy je w yniesie n a powietrze, w tej chwili umrze.
T ak też stać się miało.
3. Z a t o p i o n y d z w o n .
W Dźwinogrodzie w spom ina lud o zapadłej cerkwi. W skazy
wano m i to m iejsce, które obecnie zajm uje bagno, dość nieprzy
stępne, trzciną i szuw arem zarośnięte. Że cerkiew, czy też dzwony
zapadły się w tem m iejscu, opowiada lud następujące zdarzenie.
Pew ien gospodarz poszedł w to m iejsce łowić ryby, gdyż dawniej
był tu staw , i zarzucił sieć. Sieć ta zaczepiła się w wodzie o jak iś
przedm iot, ta k że jej nie mógł w yciągnąć. W tedy ry b ak rozgnie
w any rzek ł: „A cóż tam za dyabeł tam się zam otał!“ — W tej
chwili odczepiła się sieć, a w wodzie dał się słyszeć trzy k ro tn y
głos dzwonu.. Chociaż później ju ż pomocy Bożej wzyw ał, dzwonu
znaleźć nie m ógł; zapadł się bowiem napowrót. Gdyby był zrazu
P P odanie to odnosi się praw dopodobnie do D ź w i n o g 'r o d u , (rus Z w i
n i l i o r od), daw niej m iasteczk a, dziś w si w poiv borszezoyvskim, n a d D niestrem ,
przy ujściu D źwiniaczki. N ależy do rzędu b ard zo daw n y ch osad. Z y v e n i h o r o d
u N estora, S i v i n i h o r o d u innych latopiscóyy ruskich, S y v i n i g r o d i S iv i n s g r ó d u k ro n ik arz y polskich. Był w p o siad an iu k sią ż ą t ruskich, k tó rz y w znieśli
tu zam ek obronny. W r. 1240 T a ta rz y obrócili m iasto i zam ek w perzynę.
— 267 —
Boga prosił o pomoc, a czarta wcale nie wspominał, byłby dzwon
wydostał.
4. P o d a n i e o s t w o r z e n i u ś w i a t a .
Na początku oblewała kulę ziem ską w oda; duch tylko Boży
unosił się nieustannie nad nią. Umęczony duch Boży chciał w y
począć. Atoli lądu stałego nigdzie nie 'było. Trzeba go było dopiero
stworzyć. Posyła więc duch Boży przewódcę aniołów n a dno n ie
zm ierzonych przepaści wody, aby w ydostał stam tąd garść nam ułu,
mówiąc przy tom słow a: „ B i o r ę c i ę w i m i ę B o ż e “. — Przewódca uniesiony pychą i ufny w swą moc i wiedzę, zapragnął sam
zostać Bogiem. Spieszy n a dno wód, a ująw szy w dłoń nam ułu,
rzecze: „ B i o r ę c i ę w i m i e m o j e “. — Gdy wyszedł z wody,
nam uł znika, a lądu żadnego nie spostrzegł. Pospieszył tedy po raz
w tóry n a dno wód, a biorąc nam ułu, tesarne rzecze słowa, co przed
tem. I teraz sk u tk u żadnego nie odniósł. Dopiero gdy po raz trzeci
ujął nam ułu i w yrzekł: „ B i o r ę c i ę w i m i ę B o ż e “, powstał ląd
stały na kształt małego krążka, na którym strudzony Bóg wypo
czywając usnął. Niepoham owana chęć w yw yższenia się nad Boga
i zostania nim , w yw ołuje w tym przewódcy aniołów m yśl straszną,
m yśl utopienia śpiącego Boga. U chw yciwszy go więc, toczy ku
wodzie. Lecz im dalej toczy, tem więcej lądu stałego przybyw a.
Zw raca się w stronę przeciw ną, dzieje się to samo, i znowu w inną,
i znowu w inną, lecz Boga do wody zatoczyć nie może. Pow stał
tylko przez to niezm ierzony ląd i cztery strony św iata, t . j. północ,
południe, wschód i zachód.
Dla Boga był anioł taki niebezpieczny. Trzeba go się było
koniecznie pozbyć. Przyw ołuje zatem do siebie św. Michała i prosi
go, aby przewódcy aniołów władzę, k tórą tenże w nadanym sobie
m ieczu m iał, w ja k i sposób starał się odebrać. Św. Michał m yślał
nad tem dość długo, wreszcie w ym yślał. Otóż w dzień nader go
rący zaprasza przewódcę aniołów, aby m u tow arzyszył w kąpieli.
Poszli. Rozebraw szy się n a brzegu, weszli w wodę i kąpią się dość
długo. Nareszcie powiada św. M ichał: „ Kt o z n a s n a j d ł u ż e j
w y t r z y m a p o d w o d ą ? “ — Dali tedy n u rk a ; ale św. Michał
w ydostaje się w tej chwili n a powierzchnię, spieszy n a brzeg,
a chw yciw szy za miecz przew ódcy aniołów, robi nini nad wodą
krzyż. W okam gnieniu woda skrzepła i okryła się grubą lodową
powłoką. Anioł-przew ódca chce w ydostać się, lecz nie ta k to łatwo.
Zebraw szy w szystkie swoje siły, przedziuraw ia lód, ale św. Michał,
k tó ry n a to ju ż był przygotowany, w tej samej chwili zarzuca m u
— 268 —-
łańcuch żelazny na szyję i do tej pory ta k przykuty i poskrom iony
przewódca aniołów w tem m iejscu siedzi, i siedzieć będzie aż do
końca świata.
5. S m o k.
Lud tutejszy opowiada o smoku, do węża nieco podobnym ,
lecz daleko w iększym , postaci dziwacznej, potw ornej. Sm ok ten
przebyw ając w lesistych Gołogórach, w yrządzał ogrom ne spustosze
nia m iędzy bydłem . Znalazł się je d n a k rycerz, który wyśledziwszy
jego p a r z e l i s k o 1), w n astępujący sposób go zabił. Na tem parzelisku w ykopał trzy dołki, w których um ieścił trzy moździerze,
a zapomocą sznura nasaletrow anego połączył proch w m oździerzach
się znajdujący z m iejscem , z którego sm oka dobrze mógł widzieć.
Gdy smok w yszedł n a swoje parzelisko i n a moździerze się poło
żył, zapalił szn u ry ów rycerz. Po chwili doszedł ogień do moździe
rzy, a gdy w ystrzeliły, sm oka w kaw ałki poszarpały. Smok ten
m iał bardzo donośnie św istać, a bydło zabijał tak, że zw inąw szy
się w kłębek, toczył się nad er chyżo i uderzyw szy w ten sposób
w wołu lub inne zwierzę, w yw racał je n aty ch m iast i pożerał swoją
ofiarę.
6. C z a r o w n i c a J a z i a .
W okolicy leśnej m iała niegdyś przem ieszkiw ać czarownica,
nazw iskiem J a z i a . Miała ona 12 głów, 6 po praw ej, a 6 po lewej
stronie. Siedzibę swoją m iała w skale, z pod której w ytryskało
źródło. Lud okoliczny m usiał jej codzień dostarczać po jednem
dziecku, które pożerała. Gdy dziecka nie otrzym ała, zatrzym yw ała
wodę i w ten sposób zm uszała ludność do daniny. Na zgrom adze
niu uradzono, aby każda rodzina po kolei dziecię zanosiła czaro
w nicy przed jaskinię. P rzyszła kolej na wojskowego pana, który
w żaden sposób nie chciał dać dziecięcia. Czarownica zatam ow ała
wodę; ludzie z p rag n ien ia m ało co nie m arli. W ojskow y atoli uli
tował się ludu i przyrzekł zabić czarow nicę ; wziąwszy więc z sobą
kilka szabel dobrze wyostrzonych, udał się do siedziby tego potworu.
Szablą w praw ej ręce odciął jej za jed n y m zam achem 6 głów
z jednej, a szablą w lewej 6 głów z drugiej strony. T ak pozbyła
się ludność strasznej plagi, a kraj z wdzięczności w ynagrodził
hojnie wojskowego.
*) W y raże n ie ludow e =
oparzelisko, oparzysko,
— 269 —
7.
C z a r o w n i c a
M a r y n a .
Chłopak im ieniem Iw aś zakochał się był w młodej dziewczynie,
nie wiedząc o tem, że je s t czarownicą. Przez dw a wieczory przy
chodziła M aryna do Iwasia, a w yryw ając m u włos z głowy i trzy
razy w to m iejsce palcem uderzając, przem ieniła go w siwego
konia, siadała n ań i objeżdżała w szystkie granice. O godzinie 12.
w nocy przyjeżdżała n a m iejsce pierwotne, gdzie z konia znowu
stał się Iwaś. Ale Iwaś o niczem nie wiedział, czuł się tylko b a r
dzo zmęczonym, mówiąc, że m iał bardzo ciężki sen. M aryna odsy
łała chłopaka zaraz do chaty, polecając m u, aby się przez noc
i dzień n astępny dobrze w yspał, bo inaczej m ógłby um rzeć. Na
trzecią noc przestrzegła Iw asia sta ra czarownica, je m u bardzo ży
czliwa, mówiąc m u, że gdyby się z nim ta k n a trzecią noc stało,
natenczas z pew nością by um arł. „ J e ż e l i c h c e s z “, — mówiła
sta ra czarownica — „ a b y o n a u m a r ł a , a n i e t y, t o g d y w i e
c z o r e m p r z y j d z i e o n a do c ie bi e, w y r w i j j e j w ł o s
z g ł o w y , u d e r z w to m i e j s c e t r z y r a z y p a l c e m , a n a
t e n c z a s ty na niej p o jed ziesz, gdzie zechcesz; ona
z a ś p r z e s t a n i e ż y ć “. — Iw aś usłuchał, a zam ieniw szy M arynę
w klacz, po w szystkich granicach na niej jeździł. N a drugi dzień
M aryna um iera, zastrzegając sobie, aby j ą Iw aś przez trzy nocy
pilnował, t. j. siedział przy jej katafalku. Rodzice jej wym ogli to
na Iw asiu za bardzo wielkim okupem.
S tara czarownica, która Iw asia przestrzegła pierw szy raz, daje
m u na pierw szą noc książkę, z której m iał się modlić przy k a ta
falku M aryny, pomimo, że czytać nie um iał. Czarownica jed n ak ,
która potrafi w szystko zdziałać, spraw iła też to n a Iw asiu, że tenże
przy pierw szem otw arciu książki zaraz z niej um iał czytać. O 12.
godzinie w nocy w staje M aryna, rozpaczając za Iwasiem . W idzieć
go nie mogła, ponieważ książka robiła go niew idzialnym . Za chwilę
kładzie się znowu do trum ny. Gdyby była Iw asia zobaczyła, byłaby
go pewnie udusiła.
Na ńoc drugą otrzym ał Iwaś od starej czarownicy tak ą sam ą
książeczkę, do tego jeszcze święconą wodę i kropidło ; czarownica
nakazała mu, aby się ciągle modlił i wodą kropił. O północy w staje
znowu M aryna, rozpaczając za Iw asiem ; kładzie się napow rót do
trum ny, nie widząc nikogo. Po chwili wchodzi do chaty niezliczona
chm ara czarownic, w celu pom szczenia się n a Iwasiu. Ćma tych
czarownic nie m ogłaby się była w postaci ludzkiej pomieścić w chacie
i n a podwórzu ; więc w szystkie przem ieniły się w m yszy. Ale
Iwasiowi nic nie mogły zrobić, bo je wodą święconą kropił i w ten
— 270 —
sposób od siebie odpędzał. Czarownice widząc to, w yszły na po
dwórzec,, szukają n a śm ieciu u b a r к ó w 1), a znalazłszy je, rzucają
n a strzechę i zapalają chatę. W szystko spaliło się doszczętnie,
prócz Iw asia i M aryny, bo m iejsce to kropił św ięconą wodą.
Noc trzecią m iał Iwaś przepędzić n a grobie. S tara czarownica
doradza m u kupić tyle płótna, aby się cały n a trzy łokcie grubo
niem owinął.
Przed północą w szystkie czarownice przychodzą n a grób M a
ryny, a widząc tam Iwasia, w yciąga każda jed n ę n itk ę z płótna
i oddala się. Gdyby był nie m iał tego płótna na sobie, byłyby go
czarownice rozszarpały w kaw ałki, ponieważ byłyby ciało jego sk u
bały. M aryna w stała też z grobu, a widząc Iw asia swego, objęła go
wpół, ucałow ała i pół tw arzy zębam i m u odgryzła. W szelako stara
czarownica, co tyle dobrego m u w yśw iadczyła, znalazła też radę
n a to, dając m u cudowną m aść, która za pierw szem przyłożeniem
ranę zupełnie zgoiła.
8. U p i o r y s i e j ą z a r a z ę .
4
W Dźwinogrodzie słyszałem , że upiory p r z e r z u c a j ą się
w niektóre zw ierzęta. I ta k opowiadano m i tu taj o dwóch upiorach,
co się przedziergnęły w psy, zanim zaraza n a bydło w ybuchła.
Dwa psy, jed en biały, drugi czenvony, biegły wieczorem przez
wieś jed en za drugim , jednakow oż w pew nem oddaleniu. Pies biały
biegł pierw szy i aby schronić się przed czerwonym, w padł do stajni,
a ujrzaw szy tam parobka, błagał, aby go tenże przed napastnikiem
u k ry ł i nie w ydał go przed nim , że się tu znajduje. Nadbiegł
w reszcie pies czerwony do stajn i i spytał o białego. Odpowiedziano
m u, że niem a tu tego, za którym pyta. Ale parobek w skazał m u
drogę, którędy biały m iał się niby udać. Czerwony pobiegł. W tedy
po chwili prosi biały, aby go wypuścić, mówiąc : „ Z a m i a s t o n
m n i e , t e r a z j a j e g o z a g r y z ę i z j e m “. — Po tern zdarzeniu
w ybuchła zaraza n a bydło.
9. U p i o r y .
W e w si J a n o w i e , w powiecie gródeckim n a zachód od
Lwowa położonej, słyszałem w r. 1874 n astęp u jącą rzecz o upio
rach, którą tu taj przytaczam .
O U h a r k i = o g a r k i , g ł o w n i e z g a s z o n e . Głowni nie powinno się
rzu cać do śm iecia, bo czarow nice u m ieją niem i zap a ła ć chaty .
— 271 —
Podczas wielkiej epidem ii w r. 1831 widziano nieraz, ja k upiory
koło kościoła zaraz po zachodzie słońca otw ierały sobie groby, ja k
staw ały w szeregi niby żołnierze i fu rtk ą pod różnem i postaciam i
wychodziły poza kościół, udając się gdzieś za miasto. Gdy o pół
nocy k u r zapiał, przychodziły znowu n a cm entarz i każdy kładł
się do swego grobu. Jednego razu widziano całe stado bezrogich
stworzeń, które kw icząc wyszło od kościoła i pobiegło poza kościół.
Koło północy tosamo stado nadeszło z tej samej strony, którędy
było się udało, i ta k samo kwicząc przez fu rtk ę wróciło n a cm entarz.
Były to upiory. Innym razem widzieli ludzie, ja k upiory w białych
szatach n a koniach siw ych jeszcze przed zachodem słońca wyszły
z cm entarza i drogą przez pola pojechały gdzieś w las. Ludzie
widząc to, uciekali ja k najprędzej, albo kry li się, nic nie mówiąc
do siebie, n aw et „ B o ż e u c h o w a j ! “, tylko wzrokiem w skazując
w to m iejsce, którędy upiory biegły albo jechały.
10. C z ł o w i e k - w i a t r e m .
Lud m niem a, że każdy człowiek m usi się rodzić w dobrą lub
złą godzinę. Czasem urodzi się w tak ą godzinę, że m usi być zło
dziejem, inny znowu upiorem , w iatrem i t. p. Przy tem w szystkiem
może być człowiekiem najuczciw szym , lecz gdy nadejdzie owa
chwila, która go powołuje do przeznaczonego czynu, m usi ja k n a j
sum ienniej czyn ten wypełnić. Dlatego też są tacy ludzie, co w szy
stkiego m ają podostatkiem , a przecież kraść m uszą pomimo swej woli.
Pew ien gospodarz urodził się w tak ą godzinę, że przez całe
życie m iał być w iatrem . W iał on tylko wtedy, gdy ta chwila n a
deszła. Otóż raz przerzuciw szy się w w iatr silny, ogrom ne czynił
spustoszenia. Jednem u w ieśniakow i zburzył stodołę. Ten patrząc
n a tę pustotę w iatru, cisnął nożem, którym coś robił, ze złości
w strzechę, lecz bezm yślnie. Po chwili chce noża dostać, ale tego
ju ż w strzesze nie było. W jak iś czas później wyjeżdża ten w ie
śniak w drogę i n a nocleg w prasza się podczas podróży do jednej
zagrody wieśniaczej. Gospodarz domu przyjm uje go, a że to był
ten sam człowiek, który się w w iatr przem ieniał, poznał tedy wr go
ścinie tego, co niegdyś nożem n ań cisnął. Podczas wieczerzy go
spodarz daje podróżnem u jego w łasny nóż do k rajan ia chleba Ten
poznawszy go, zasm ucił się i przeląkł. Gospodarz atoli w yjaw ia
m u teraz w szystko, a zarazem uprasza, aby tego nadal nigdy nie
czynił, ponieważ w tedy skaleczył m u rękę i nogę; on się urodził
w tak ą godzinę, że m usi być w iatrem , a wyrokowi bożemu trudno
się sprzeciwiać.
— 272 —
11. C z a r o d z i e j s k i e ź r ó d ł o .
W e w si S z o ł o m y i , 3 km . od D źw inogrodu n a zachód, z n a j
d u je się źródło czarodziejskie, do tej pory czynne. P ow stało ono
w sposób n a stę p u ją c y . P e w ie n gospodarz w y jec h ał w ołm i w sam
dzień W ielk iejnocy, ab y orać. N ie zrobił on tego z nieśw iadom ości,
lecz ty lk o dla p rz e k o n a n ia się, czy w iele ziem i tego d n ia będzie
m ógł zorać. Mówią bow iem n a te n d z ie ń : „ W e ł y k d e ń “. — Otóż
g d y ty lk o sw ą p ra cę rozpoczął, zap ad a się pod n im ziem ia i w raz
z w ołm i i p łu g ie m z n ik a pod ziem ią, a n a tern m ie jsc u w y try sn ę ło
obfite źródło. K ażdego ro k u n a W ielk a n o c w p ierw szy dzień pod
czas ra n n e g o n a b o ż e ń stw a d aje się słyszeć z w n ę trz a tego źródła
g ło s: „ He ! s o p s i u d y ! n a w e r t a j ! “.
12. T a k i e ż ź r ó d ł o .
We wsi W y s p i e , położonej nad rzeczką Św irzan w powiecie
rohatyńskim , je s t wielkie źródło pod górą, które czterem a otworam i
bucha wodą. O tern źródle gw arzy lud dźwinogrodzki, co następuje.
Na sam ą ru sk ą W ielkanoc m iała ja k a ś pani przejeżdżać przez
wieś W yspę. M ieszkańcy tam tejsi napom inali ją, by w ta k wielkie
święto nie w ażyła się dalej podróżować. Ale ona tej rady nie u słu
chała. Za to spotkało ją takie nieszczęście, że za w sią zapadła się
w ziem ię w raz z końm i i wozem. Owe cztery otwory, którym i
bucha woda tego źródła, są to te cztery konie, którym i jechała.
13. Ł y s a r o m a n o w s k a .
Od Dźw inogrodu 7 km . n a wschód leży wieś R o m a n ó w.
Nad w sią od południa w znosi się znaczna góra, zw ana Ł y s ą 1)O tej górze krąży następujące podanie w uściech tutejszego ludu.
Dawniej przed w iekam i m iała to być rów nina, a na m iejscu
tern, gdzie obecnie wznosi się góra, stał dwór z zabudow aniam i
gospodarskiem i pewnego zamożnego pana, który był w ielkim sk ą p
cem, nieużytym człowiekiem, odm aw iającym każdem u ubogiem u
w sparcia i pomocy. Na gum nie sw em staw iał zawsze ogrom ne
sterty zboża.
Raz przyszedł pielgrzym i prosił go o w sparcie; a że to było
ju ż nad wieczorem, także o nocleg. Ów bogacz nie tylko nie uczynił
zadość prośbie pielgrzym a, ale kazał naw et służbie w yrzucić go za
>) Zowią j ą ta k ż e „ R o m a n o w s k ą g ó r ą “ i „ K a m i e n n ą
W znosi się 438 m. npm. podług m ego b aro m etry czn eg o pom iaru.
g ó r ą “.
— 273 —
bram ę i psam i wyszczwać. W tedy pielgrzym m iał go przekląć tem j
słowy: „ B o d a j m i e j s c e t o z c a l e m t w e m d o m o s t w e m
i g o s p o d a r s t w e m w к a m i e ń s i ę o b r ó c i ł o “. — I to stało
się w rzeczywistości.
'
'
Góra ta należy do form acyi trzeciorzędnej, w ystępuje tu tak
zw any kam ień ciosowy, który podlega nader szybkiem u zw ietrze
niu. Niem niej pom agają tem u zw ietrzeniu rozpadliny skał prosto
padłe do p łyt uław icenia. Skała w ietrzeje m iejscam i chyżej od dołu
niżeli u góry. Piaskow iec tedy rozsiewa się, czasem kam ienie wieli
kości chaty wieśniaczej spadają n a dół ; dlatego też góra ta z dołu
w idziana przedstaw ia widzowi dziwne postaci. Na rozsuw ające się
i spadające odłam y skał w skazuje lud, m ów iąc: „T o s ą t e s n o p y
zboża, k t ó r e n i e g d y ś u teg o b o g a c z a w s to g u spo
c z y w a ł y “.
Góra Rom anow ska w edług podania ludowego wznosiła §ię do
bardzo znacznej wysokości tak, że szczytu jej trudno było okiem
dostrzedz.
14. W ą ż.
a) W sta jn i w ieśniaka był wąż m iędzy bydłem rogatem , który
zawsze w jed n y m czasie ssał krowę, lecz tylko z jednej dój ki.
Krowa ta była ta k do węża przyzw yczajoną i przyw iązaną, że gdy
czasem jeszcze n a pastw isku była, kiedy ją wąż m iał ssać, ryczała
i biegła do stajni. A nakarm iw szy węża, znowu n a paszę wracała.
Gospodarz zabił później tego węża. Za ten czyn wyginęło mu
wszystko bydło, oprócz tej krowy.
b) W ąż, któryby przez siedm la t nie był w idziany od nikogo,
przem ienia się po upływ ie tego czasu w wielkiego, nadzwyczaj
silnego węża, którego zowią „p o w o z“. W ąż ten dusi i zabija ludzi
i bydło.
c) Opowiadał m i w Dźwinogrodzie gum ienny, że gdy orał pokazał,
m u się był płom ień w poblizkości n a zagonie. Zbliżywszy się, do
strzegł ogrom ną ilość wężów, które łaziły po głowie jednego n a j
większego, m ającego „ p o c h o ń “, t. j. koronę n a głowie. W idząc
to, oddali! się ja k najszybciej, naznaczyw szy sobie to m iejsce p a
tyczkiem . Za chwilę przychodzi znowu, lecz ju ż nic tutaj nie było.
M usiały to być pieniądze, które się suszyły.
15. R o z m a i t o ś c i .
a)
Tylko ta kaczka w ylęgnie młode, którą nie k u ra tylko
kaczka wywiodła.
18
— 274 -
b) Kto w nocy twardo śpi, pow inien się obmyć ta k ą wodą,
którąby koń ju ż m iał w pysku. Gdy się kto tą wodą obm yje przed
wschodem słońca, pew nie będzie potem spał ja k najczujniej.
c) Dziecię, które od urodzenia je s t głuche i niem e, zaczyna
w siódm ym roku czysto mówić i słyszeć.
d) Kto laską lub prętem z kory o d a rtjm uderzy człowieka,
nabaw i go suchot, a zwierzę nim uderzone ginie wkrótce.
e) P r z e c i w r o z w o l n i e n i u . Należy wziąć krom kę chleba
razowego i spalić n a węgiel. W ęgiel ten rozciera się n a miałko,
w sypuje do szklanki wody i popija potrochę. W krótce ustaje roz
wolnienie, a to tak, ja k gdyby kto nożem uciął.
f) P r z e c i w b o l e ś c i o m ż o ł ą d k o w y m . Słaby m usi trzy
razy przeleż ć przez próg, a to trzy razy n a brzuchu i trzy razy na
plecach czyli n a w znak, zawsze na przem ianę. N astępnie m usi
zażyć soli wziętej z otworu kądziołki.
g) Na gojenie ra n z poparzenia, pow stałych używ a się świeżej
skóry zdartej z żab, tylko nie z ropuch, przykładając j ą do rany.
(D okończenie n astąp ij.
¿ e zbioru p o d a ń /o p o w ie śc i i b aśni k a s z u b s k i ctp
I. Podania i opow ieści o zw ierzętach.
W szystkie zw ierzęta były pierw otnie ludzie; później zostały
zaklęte i zam ienione w zwierzęta. Gdy się to stało, zostały one n a j
przód przez długi jeszeze czas przyjaciółm i ludzi, gdyż pam iętały
0 swojem pochodzeniu. W ciągu czasu ludzie je d n a k odepchnęli dużo
zw ierząt od siebie a te stopniowo dziczały. Tylko zwierzęta domowe
zatrzym ali ludzie przy sobie, które aż do dnia dzisiejszego są lu
dziom przychylne i łaskaw e.
*
*
*
Przeistaczanie się ludzi w zw ierzęta trw a w wyobraźni ludu
ciągle jeszcze. Zaklęte osoby ukazują się w większej części w postaci
rozm aitych zwierząt.
Raz pewnej księżniczce w ybrała m atk a narzeczonego, który
dum nej dziewicy zdaw ał się być nieodpowiedni, więc go nie chciała.
To rozsierdziło m atkę srodze, więc ją przeklęła i zaklęła. Ciało
księżniczki zaczęło się wciąż kurczyć i ściągać a czarna jej suknia
jed w ab n a porosła czarną delikatną Włosienicą. Z księżniczki stał
się k re t i została nim n a zawsze.
*
*
*
W staw ie w si Zgorzyc1) widziano dwie ' w spaniałe złociste ga
dziny, które podkradały się z wody do stajen i w ysysały krowom
mleko. Gadziny te były dwie siostry księżniczki zaklęte przez ojca,
starego i oślepłego kniazia, z którym obchodziły się bardzo źle
1 z skąpstw a naw et m orzyły gogłodem.
W innych m iejscowościach
w idują ludzie gady z m ałą lśniącą koroną.
Kto te posiędzie, będzie
bogaty i szczęśliwy.
*
1)
S e h o r c h n a w y s p ie R u jn ie .
ii!
«
W T orątach1) żyła dziewczyna, która po swojej babim i odzie
dziczyła czarodziejski rzem yk. Ten m iał tak ą moc, że ile razy
dziew czyna go przepasała zam ieniał ją w zająca. W postaci tej
naprzykrzała się ona kilkakrotnie pew nem u leśniczem u. Ile razy
on je d n a k strzelił n a zająca, śru t zawsze odbijał się od jego wło
sienia. ále on zm iarkow ał, że coś w tem niesam owitego, więc nabił
strzelbę gwoździem z tru m n y a gdy zając zjawił się a on strzelił
do niego, ugodził go w tylną łapkę. W tej chwili znikł zając a przed
nim stała dziew czyna prosząc go ze łzam i w oczach o pomoc. Miała
ona ciężko zranioną nogę. By wzbudzić m iłosierdzie u leśniczego,
w yznała m u w szystko, obiecując, iż tego więcej nie uczyni. Przez
pew ien przeciąg czasu dotrzym ała obietnicy, lecz gdy ran a n a nodze
zagoiła się, wróciła znowu do swego przyzw yczajenia. W pobliskiej
wsi Zubzow służył jej kochanek za parobka. By często i bez
przeszkody m ogła przychodzić do niego, brała swój rzem yk opa
sując się nim . Parobek nic o tem nie wiedział. Raz, gdy jego
oblubienica zjaw iła się w postaci zająca koło niego, zanim zdołała
przybrać k sz ta łt ludzki, porwał za drąg i uderzył nim zająca silnie.
T rysnęła krew . Ze łzam i w oczach w yznała m u w szystko, lecz on
potępiając czarodziejstwo, zerw ał z n ią stosunek. Kulaw ą pozostała
odtąd do śmierci.
Na Pom orzu zjaw iają się trzynożne zające. Są to ludzie. Można
je zabić gdy się nabije strzelbę srebrną-grosżów ką. Srót i kule są
bezskuteczne. Raz pew ien strzelec w ypalił groszem n a trzynożnego
zająca, zam ienił się w chm urę dym u i znikł.
%'
:j*.
Na. R ujnie wiedzą ludzie, że daw niej dużo bab um iało przy
bierać postać w ilka i wilkołaka. W starych czasach opowiadano
n a w yspie dużo o tem . W ilkołaki robiły ludzkości dużo szkody.
Koło wsi Ja rn ic 2). krążył w ilkołak posiadający moc przybierania
rozm aitych postaci. N apadał on nocą obory owiec. Pasterz kilka
razy strzelał do niego, lecz kule odlatyw ały od jego sierci. Raz
nabił pasterz strzelbę gwoździem z trum ny i czyhał w nocy na
wilkołaka. Ten jed n a k zm iarkow ał n a co się zanosi, więc przy
braw szy postać ludzką, zbliżył się do niego i rzek ł:
— Przecież m nie nie zechcesz zastrzelić!
P asterz tak się zląkł zjaw iska, że strzelbę upuścił n a ziemię,
a sam um knął. Odtąd w ilk nie kradł więcej owiec z obory.
!) T rent. Regersclorf 14.
2). Ja rn itz .
— 277 —
Na w yspie Uznojmie stał pew ien chłop z swoim parobkiem
nad brzegiem rzeki Sw inny. W idzą oni, ja k w prost ku nim płynie
wilk. — Parobek m iał żelazne w idły i rzucił się z niem i n a wilka,
którego przebił śm iertelnie. Jakżeż byli obydwaj zdziwieni, gdy
zabitego w ilka w yciągnęli z wody. Była to żona chłopa, która za
m ieniła się w wilka.
Na Pom orzu w ierzy lud, że w ilkołaki są ludźm i, którzy m ogą
się zam ieniać w wilków.
W w si P eest służył parobek pochodzący z miejscowości
M ycynowic1). Miał on narzeczoną. Z tą szedł raz do swojej w si ro
dzinnej, by odwiedzić rodziców. Po drodze szli przez las. Tu po
szedł parobek na stronę, ja k mówił, dla zaspokojenia potrzeby.
W tej chwili stał przed dziew czyną wilk, który skoczył n a nią
i rozszarpał jej now ą spódnicę. W ołała strw ożona na ratu n e k n arze
czonego po jego im ieniu chrzestnem i w tej chwili stał ju ż przed
nią. W tem spostrzega, że on m a w zębach kaw ałeczek z rozszar
panej jej spódnicy. Teraz wiedziała, że w ilkiem był jej sam narze
czony. Taki zdjął ją lęk, iż po trzech dniach była trupem .
W e w si N iclin2) napadali wilcy konie. Najbardziej bali się
pasterze wilkołaków, szczególniej trzech, dwóch wilków i jednej
starej wilczycy. W ilcy gonili konie, a wilczyca je kąsała. Jednym
z wilków był parobek pewnego chłopa. Raz leżał ten parobek za
piecem i spał. Nadchodzi syn gospodarza i chłopiec jeszcze i woła
do ojca:
— „Patrz ojcze, jak i kosm aty, długi i czarny ogon m a nasz
Janek".
Parobek m iał w jednem m iejscu rozdarte spodnie i widać
było przez nie ogon wilczy. Gdy chłop to ujrzał, przybiegł z sie
kierą i bez nam ysłu odrąbał m u ogon. Parobek zbudził się, zesko
czył ja k w ściekły i potargał szaty n a gospodarzu. Od tego czasu
przestał zam ieniać się w w ilka i w dzięczny był gospodarzowi za
ten czyn.
*
*
*
Raz chciał Sw antow it brodzić na koniu przez morze na wyspę
Bornholm. W tedy konie m iały oczy n a kopytach. Dlatego rzecze
ru m a k do boga:
— „Oczy moje zaleje i zgryzie słona w oda!“
1) Miitzenow.
O Ńitżlm.
— 278 —
Bóg więc rozkazał, żeby odtąd konie m iały oczy na głowie.
I tak się stało. Miejsce, gdzie dawniej konie m iały oczy, znaczne
do dnia dzisiejszego. W szystkie konie, m ają tam m ałe rogowate
narosła.
Pew ien parobek koński chciał wiedzieć co jego konie o nim
m yślą, dlatego schował się w noc noworoczną w sta jn i pod żłób.
Gdy północ wybiła, porozw iązywały się łańcuchy i uzdy a zwie
rzęta chodziły wolno po stajn i i opowiadały sobie zdarzenia ubie
głego roku. Rozmawiały następnie o złym parobku, który w yw ija
wciąż biczem a mało daje im obroku. W tem krzy k n ął parobek:
„Dam ja w am zaraz!“ dobywając bicza. Ale konie zaczęły go kąsać
i w ierzgać bijąc go kopytam i n a śm ierć. T ak dzieje się w szystkim ,
którzy w noc noworoczną przeszkadzają koniom w ich obradach.
*
*
*
W P odm ieniu1) koło Swantowa, na w yspie Rujnie, m ieszkała
w stary ch czasach kobieta, k tóra m iała siedmioro dzieci, same
dziew czątka m alusieńkie. U bierała je piękniutko a w szystkie je d n a
kowo m iały p stre k a ta n k i i czerwone czapeczki n a głowie. W wielki
piątek poszła m atk a do kościoła zostaw iając dzieci w domu. Za
piecem m iała spory woreczek napełniony jabłkam i. Chciała je po
południu zanieść chorej m atce, by je ugotować i pokrzepić j ą niemi.
Gdy dziew czątka spostrzegły woreczek z jabłkam i, rzuciły się na
nie i zjadły w szystkie. W raca m atk a z kościoła i widzi, co dzieci
nabroiły. O garnia ją wielki gniew i zaczyna kląć niezw ażając na
w ielki piątek:
— „Jak m yszy rzuciliście się n a jabłka. Dam ja wam !... bogdaj
stałyście się m yszam i!“
Na raz zam ieniają się dziew czątka w m yszy p stre i poczynają
biegać po izbie. W chodzi parobek a one w ybiegają przez drzwi
otworzone w pole, potem w las. M atka goni za nim i ile jej sił s ta r
czy, woła, krzyczy, załam uje ręce z rozpaczy, ale w szystko na
darm o: m yszek z czerwonem i głów kam i dopędzić nie może. P rzy
biegają m yszki nad staw . Stoją chw ilkę na brzegu i oglądają się
za m atką, potem skaczą do wody i nikną. M atka skam ieniała ze
strachu. Nocą w ypływ ają p stre m yszki ze staw u i pieją pieśń o sie
dm iu m łodzianach, którzy kiedyś w ybaw ią ich z zaklęcia.
'ł'
P Podmm .
*
í¡i
— 279
Koń i wół. Razu pewnego chciał Zbawiciel przekroczyć rzekę.
Woda była głęboka, więc ją przejść nie mógł. Na brzegu stoi koń
i wół. P a n Jezus rzecze do konia:
— „Pójdź ku m nie i przenieś m nie przez rzek ę!“
Koń odpowiada:
— „Nie mogę, bo się m uszę wprzód napaść do s y ta “.
W tedy mówi P an Jezus do w oła:
— „Chodź ty do m nie i pomóż mi dostać się n a drugi brzeg rzek i“.
W ół posłuchał i przeniósł syna Bożego przez wodę.
Gdy byli n a drugim już brzegu, powiada P a n Jezus :
— „Za karę, że koń był leniw y i nieposłuszny, niechaj tylko raz
w rok naje się do s y ta ; wół zaś niechaj będzie zaraz syty, gdy
choć trochę zerw ie paszy“.
T ak też pozostało. Gdy koń chce więcej, aniżeli raz w rok
najeść się do syta, zaczynają go boleć szczęki.
*
*
*
Jesiotr. Miał on dawniej ta k ą sam ą paszczękę, ja k inne ryby.
Był atoli w iększym jeszcze ja k szczupak żarłokiem. Potrzebował
zjeść m nóstwo innych ryb, by się nasycić. Szczególnie lubiał on
zjadać śledzie, które m u najlepiej sm akowały, a ta k żarł je bez
m iary, iż nareszcie zaczynało ich ubyw ać. Na to zakazuje Bóg j e
siotrowi, by nie żarł tyle i poskrom ił swoją nadzw yczajną pożądli
wość. Ale on rozkazu Bożego nie usłuchał i robił swoje dalej. Teraz
zaszył Bóg jesiotrow i paszczę a pod nią przeciął m u dziurę w szyji,
przez którą odtąd przyjm uje on pokarm . Nitkę, k tórą m u Bóg za
szywał paszczękę, widać teraz jeszcze wiszącą u jesiotra.
*
*
*
0 niedźwiedziu i myszym króliku. Jednego dnia napotyka n ie
dźwiedź w lesie gniazdo z m łodym i m yszym i królikam i czyli strzy
żykam i. W itają go głośnym świergotem . Niedźwiedź ofuknął ich,
że tak krzyczą, lecz one zawodzą jeszcze głośniej zw abiając swoich
rodziców, którym się skarżą, że niedźwiedź ich ciężko obraził. Ro
dzice uspokoili swoje potomstwo, obiecując m u, że się zemszczą na
niedźwiedziu. Tym sposobem przyszło do wojny. Myszy królik zgro
m adził w szystkie zwierzęta, które latać um ieją i utw orzył z nich
w ielką arm ię. Komarów w ysłał n a zwiady, i n a czaty. One siadły
sobie pod liść drzewa; i n ik t ich nie widział. Tym czasem niedźwiedź
zebrał sobie wojsko, złożone ze w szystkich czworonożnych zwierząt,
robiąc lisa dowódzcą. Ten mówi im :
— 280 —
— „Jak długo będę ogon trzym ał do góry, możecie śmiało postę
pować naprzód“.
Słowa te usłyszały kom ary i doniosły o tem m yszem u króli
kowi, który n atychm iast w ysłał swego trębacza, szerszenia, z tajnym
rozkazem. Szerszeń poleciał i u k łu ł lisa pod ogonem: Lis stulił
ogon m iędzy nogi i um knął. Gdy to ujrzały inne zwierzęta, poucie
kały w szystkie, zanim jeszcze przyszło do bitw y. Niedźwiedź m usiał
przybrać pokorną m inę i prosić m yszego królika o pokój.
*
'Jí
*
Sielawy w wielkiem Belzkiem jeziorze1). Na lesistych brzegach
tego jeziora, na granicy w si W itow a2), wznosił się zam ek polskiego
starosty, który m iał prześliczną, ja k gwiazdę, córkę. O rękę jej
starała się cała grom ada rycerzów. Między nim i był jed e n okazały
mąż, m ający je d n a k oszpeconą nogę, dlatego m łoda Polka, pomimo
jego zalet, dała m u kosza. Postanow ił on atoli dojść do celu a to
w drodze zakładu, licząc na to, że ojciec, panny, jako smakosz
i łakotnik da się złapać. Jakoż przy hulaszczej biesiadzie założył
się z starostą, że m u przedłoży ta k sm aczną potrawę, jakiej jeszcze
nie ja d ł w życiu. Zakład szedł z jednej strony o rękę pięknej starościanki, z drugiej o dobra konkurenta, leżące tam gdzieś za
wodą. K onkurent ten był dyabeł, którego przynęciły wdzięki panny.
N astępnej nocy w yruszył on do dalekiego jeziora — zdaje się
w Sabaudyi i przyniósł stam tąd sielawy. W ciągu dalekiej po
dróży przedziuraw ił m u się worek z rybam i a te, gdy w łaśnie prze
latyw ał przez Belzkie jezioro, zaczęły m u w wielkiej liczbie w y
padać do pięknej i czystej wody. Przy tem zdarzyło się dyabłu
jeszcze in n e nieszczęście. K ucharz bardzo zawołany, n a którego on
liczył, zachorował niespodzianie i ta k nie pozostało m u nic innego,
ja k sam em u w ziąć się do przypraw iania sielaw. Chociaż dyabeł
był w w ielu rzeczach bardzo sprytny, doskonałym kucharzem nie
był. Zam iast sielaw y piec lub wędzić, ugotow ał z nich wcale nie
szczególną potraw ę. R ybak starosty złowił w jeziorze zaraz z ran a
kilka sielaw zgubionych. Ludzie starosty sporządzili je atoli daleko
lepiej, aniżeli dyabeł i przedłożono m u sm akołyk z jego w łasnych
ryb. Biedny dyabeł przegrał zakład. Chcąc się atoli zemścić, zanim
odleciał do piekła, wziął pełen wór kam ieni, by zasypać Belzkie
jezioro. Lecz i to m u się nie udało. W orek bowiem przedarł się,
a kam ienie spadły gęstym deszczem n a całą okolicę. Z najw iększą
1) Bölzigsee. W schodnie Pom orze.
2) W ittfelde o k ręg bąblicki (B ublitz) n a w schodniem Pom orzu.
— 281 —
wściekłością w ysypał resztę kam ieni nad swoją straconą posiadło
ścią za jeziorem . Sielawy rozm nożyły się w jeziorze a ztąd przez
rzeki i potoki dostały się do innych jezior w okolicy.
Voilesgarten 1 8 6 4 . str. 6 7 1 . (JE. B u ss. cl. MarüneJc).
*
*
*
Kania. Gdy m iły Bóg stw orzył ptaki, zwołał je w szystkie ra
zem i rozkazał im wyczyścić jed e n staw , by m iały czystą i dobrą
wodę do picia. Tylko kania w zbraniała się pom agać przy robocie,
by nie powalać piękne swe pierze i nogi. Za to ukarał ją spraw ie
dliwy Bóg, iż nie śm ie odtąd pić wody, gdy m a pragnienie, z po
toków, stru m ien i i stawów. Gdy podczas posuchy w szystkie inne
ptak i lecą pić wodę do potoków i stawów, spragniona k an ia krąży
w pow ietrzu rozwodząc żale, gdyż i n a drzew ach i kam ieniach
wody nie znajduje.
;
*
íjí
*
Bociany. Gdy bociany opuszczają w jesien i w yspę Bujnę, od
latu ją w dalekie, dalekie kraje, dokąd człowiek tylko rzadko kiedy
dociera. Tam nie żyją one w postaci ptaków , lecz, skoro tylko
przybędą, zam ieniają się w rzeczyw istych i praw dziw ych ludzi,
tylko żyw ią się, ja k przedtem , żabami, m yszam i i owadami. O tem
przed w ielu laty przekonał się naocznie jeden ru jn a ń sk i żeglarz,
którego straszna burza przydybała n a m orzu i pędziła przez tygo
dnie w nieznane św iata strony aż dopokąd okręt jego nie rozbił
się i wraz z załogą nie zatonął. On sam dostał się szczęśliwie do
dalekiej ziemi bocianów. Gdy tu ujrzał pierw szych ludzi, będąc
strasznie zgłodniały, prosił ich, żeby m u dali co jeść i co pić.
Chętnie uczynili zadość prośbie jego, staw iając przed nim dużą
m isę napełnioną żabam i i m yszam i. Gdy żeglarz z zdziwieniem
zapytał ich, co m a z tem robić, n a to oni od rzekną :
— „Gdy jesteśm y u was w gościnie, nie dajecie nam także nic
innego do jedzenia, ja k żaby i m yszy“.
To zdziwiło żeglarza jeszcze więcej, więc zapytał ich dalej,
ażali byli ju ż kiedy na Bujnie. Nie wiedział on bowiem zawsze
jeszcze, kto byli m ieszkańcy tego kraju. W ięc opowiadali m u, że
każdej w iosny zam ieniają się w bocianów i przesiedlają się na
północ, gdzie pozostają przez całe lato. On w łaśnie przybył dò tego
ich plem ienia ludowego, które spędza lato na w yspie Bujnie. Znali
ją doskonale : ziem ię i ludzi, jego, żeglarza, także. Bociany dopo
m ogły m u później do powrotu n a wyspę,
— 282 —
Na R ujnie przynosi m ałe dzieci tylko w lecie bocian, w innych
porach roku zaś łabędź. Duże kaw ały granitu, znajdujące się na
w ybrzeżu półwyspu Jasm ody, zowią m ieszkańcy Zaścienic1) „ka
m ieniam i łabędzim i“. W tych leżą m ałe dzieci zam knięte. Gdy
dziecko py ta m atki, zkąd przychodzą dzieci, otrzym uje zwykle
odpowiedź :
— „Z kam ienia łabędziego. Otwiera się go kluczykiem i ztam tąd
przynoszą dziecko“.
Inni opowiadają, że za tym i kam ieniam i u k ry w ają się łabędzie
i że stam tąd przynoszą dzieci. Jeszcze in n i powiadają, że dzieci
leżą pod „Boskim kam ieniem “ 2). Je st to potężny kaw ał skały na
w ybrzeżu koło Zaścienic. Jestto głów ny „kam ień łabędzi“, chociaż
w tej okolicy znajduje się ich wzdłuż w ybrzeża znaczna liczba.
Inne podobne kam ienie zowią się „bocianiem i“. T aki „bociani
k a m ie ń “ 3) znajduje się n a ru jn a ń sk im półw yspie W itow ce4) koło
miejscowości B rzegi6)- Na tym kam ieniu suszy bocian m ałe dzieci,
gdy je wydobył z morza. Potem dopiero przynosi je m atkom do
domu. „Bocianimi kam ien iam i“ zowią także m ałe, okrągławe,
płaskie kam yki czarnego lub mlecznobiałego koloru. Dzieci rzucają
je sobie po za głowę, prosząc wówczas boćka o braciszka lub
siostrzyczkę.
Na właściwem P o m o r z u nie wolno bocianowi nic złego robić.
W ielu z nich wychodzi co roku do E giptu, gdzie są ludźm i, posia
dającym i cudowne siły. W iedział o tern dobrze jeden chłop z oko
licy Kołobrzegu. Na stodole u niego było gniazdo bocianie a po
niew aż p tak był złam ał sobie skrzydło, więc chłop wziął go do
izby i pielęgnował, dopokąd nie mógł w jesieni odlecieć n a w ę
drówkę. Żona i córka chłopa były okropnie skąpe. Żal im było po
k arm u dla ptaka, natom iast poszturkiw ały i z powodu bociana do
kuczały sam em u chłopu. Na przyszły rok bocian nie wrócił. Gdy
ju ż odtąd upłynęło było sporo czasu i niew iasta ta spoczywała
w grobie, zapanował głód w kraju, gdzie ju ż spotrzebowano w szy
stkie zasoby zboża. Chłop ów bogaty w ybrał się do D anii po zboże.
b W ieś i m iejsce m orskich kąpieli n a w ym ienionym półw yspie w yspy Rujny.
Po niem iecku: S assnitz.
2)
Pod Goryniem (Göhren) w y ste rc z a n iedaleko b rz e g u k a w a ł sk ały zw any
dziś po niem iecku : „ B u g s k a m “, „ B u s s k a h m “ albo „ B u h s k a m e n “
і „ U s k u a h n “ a w ięc tak ż e „ B o s k i k a m i e ń “. N iektórzy w idzą w ty c h „Bo
skich kam ien iach “ szczyt k u ltu b o g a ro zk azu jąceg o m orzom i w iatrom . T u p rzy
noszono im ofiary.
3) Po niem iecku: „A deborstein“, z dolno-saskiego n a rz e c z a : bocian = adebor.
*) W ittów .
5) Breege.
-
283 —
B urza zaskoczyła go n a m orzu i gnała jego okręt Bóg wie gdzie.
Przebył dużo niebezpieczeństw a, w końcu pojmano go jako jeń ca
wojennego i powieziono do Afryki. Tu byłby zaginął, gdyby się
nie był ujął za nim jeden m ożny pan. Nosił on rękę w przepasce
jedw abnej i w yglądał bardzo blado. Przydybał on chłopa w wielkiej
nędzy n a gościńcu, pozdrowił go uprzejm ie jako starego znajomego,
wziął go z sobą do gospody, pielęgnował go i pokrzepił. Zdziwiło
to chłopa nie mało, że go znał, więc zapytał go, zkąd go zna. Na
to p an ten odpowiedział, że on mu niegdyś świadczył dużo dobrego.
Potem zapytał chłopa:
— „Czy w asza żona i córka suszą wam jeszcze ta k głowę, ja k
dawniej ?“
Teraz dopiero połapał się chłop z kim m a do czynienia. Bocian,
był to ten sam, co się gnieździł u niego n a stodole i m iał zła
m ane skrzydło, w sadził go n a okręt i w ypraw ił do domu. Przy
pożegnaniu darow ał m u dla córki jedw abną czerwoną chustkę.
Kazał m u, żeby podczas podróży uwiązał ją na maszcie, gdyż m a
ona moc zażegnyw ania burzy na morzu. Gdy będzie w domu,
niechaj da ją swojej córce w upom inku od niego jako od starego
znajomego. Chłop wrócił szczęśliwie n a Pomorze nie doznawszy
w drodze żadnego w ypadku. Gdy córce je d n a k obwiązał piękną
chustkę n a szyji, buchnęły z chustki płomienie, które spaliły m u
córkę n a czarny węgiel.
*
*
*
Jaskółki. Na R ujnie uw ażają je za najlepszych zw iastunów
dobrej lub złej pogody. Gdy one latają wysoko w powietrzu, n ie
zawodnie będzie dobra i piękna pogoda; szybują przy zifemi lub
trzepoczą się trwożliwie w około : przyjdzie pewno deszcz lub burza.
Gdzie się jaskółki gnieżdżą, tam przebyw a szczęście a w szystko
złe trzym a się stam tąd daleko. Gospodarze wszyscy cieszą się, jeśli
jaskółka ulepi sobie gniazdko pod strzechą ich domu albo w sto
dole lub stajni. U łatw iają jej to, ja k tylko mogą. Kto odgoni j a
skółkę, zabije ją lub zniszczy jej gniazdko, tego trafi nieszczęście.
Kiedy nadchodzi zim a skupiają się młode i stare jaskółki, by razem
przezimować. Nie odlatują one jed n a k do obcych krajów n a połu
dnie, ja k sądzą powszechnie, lecz pozostają w k raju i przezimow ują n a dnie morza. Gdy się skupi grom adka jaskółek, usiada na
łodydze lub suchej gałązce, gdy jedno lub drugie płynie wodą
i toną pom ału w morze. Na dnie m orza odbyw ają sen zimowy
a z wiosną w ynurzają się znowu n a światło dzienne.
— 284 —
Jaskółki morskie. D usze żeglarzów i m ajtków , gdy ich śm ierć
zaskoczy na m orzu lub jeziorze, przechodzą w ciała jaskółek wo
dnych. Gdy p tak i te, znużone długim lotem, usiadają n a re ji1) okrętu,
niech Bóg uchowa, żeby im kto zrobił co złego. Byłoby to zbrodnią
i w ielkim grzechem.
*
*
*
Myszy królik i sowa. Pew nego czasu postanow iły w szystkie
ptaki urządzić lot n a w yścigi i tego obwołać sw ym królem, który
wzięci najwyżej. Rozpoczęły się więc gonitw y latania. Natężały się
w szystkie, ile im tylko sił starczyło, by wzlecieć jak najw yżej ;
bocian zwyciężył w szystkich i ju ż m iał św iat ptaszy oddać m u
pokłon jako królowi swojemu, gdy w tem nagle m ały m yszy królik,
który dotąd trzym ał się w u k ry ciu pod pióram i ogona bocianiego,
w zlatuje ponad bociana i w oła:
— „Król — ja ! król j a ! “
Ś w iat ptasi oburzony tern oszukaństw em , skazuje myszego
królika na śm ierć. Lecz jem u udaje się uciec n a ziemię i tu skryć
się w myszej dziurze2). Przed jej otworem ustaw ili ptaszkowie
strażnika z najw iększym i oczyma, m ianowicie sowę, by ta wszystko
dobrze w idziała i spełniła wyrok n a m ałym złoczyńcu. Sowa objęła
wpraw dzie poruczony jej urząd, jed n a k zmęczona lataniem n a w y
ścigi, było jej w krótce niem ożliwem nie zdrzem nąć się i oczu nie
zam knąć. Owszem zdjął ją m ocny sen. Z chwili tej skorzystał
m yszy królik, by w yśliznąć się z myszej dziury i przez pokrzyw y
i płoty um knąć dalej. Król ptaków pociągnął sowę za nieostrożność
i niedbalstw o do odpowiedzialności bardzo surow ej, skazując ją na
zawsze n a w ygnanie.
Na Pom orzu istnieje ta k samo ja k n a R ujnie powyższe po
danie, z tą różnicą, że ptacy obwołują królem orła nie bociana
a m yszy królik skryw a się tu analogicznie pod skrzydłam i ogonowem i orła i ponad niego w zlatuje nagle do góry. Dlaczego n a Rujnie
nie orzeł, lecz bocian je s t królem ptaków , pochodzi to ztąd, że tam
orłów wcale teraz niem a. Przed laty kilkudziesięciu gnieździła się
n a strom ym kredow ym brzegu A rkony p ara orłów. Była to ostatnia
orla para n a Rujnie.
*
*
*
!) Tycz czyli żerdź, do k tó rej u w iązan e są żagle.
2) Z tąd praw dopodobnie pochodzi je g o n azw a. Podanie to ru jn a ń sk ie dowo
dzi zarazem , że p ta k te n w zagm lonem n arz e cz u ru jn a n sk iem zw ał się zupełnie
ta k sam o m yszym królikiem , ja k w gw arze polskiej.
— 285 —
Kurek i kokoszą. Szedł raz k u rek z kokoszką n a wędrówkę
i znaleźli oni robaczka. K urek zjadł robaczka i udław ił się nim.
Kokoszka poszła do morza. Morze daj wodę! Komu w odę? K urkowi
wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A morze rzekło : „Ja nie dam rychlej w odę,. aż dostanę od
lipy liść. Lipo daj liść! Komu liść? Morzu liść. Morze da wodę.
Komu wodę ? Kurkowi wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A lipa rzek ła: J a nie dam rychlej liścia, aż dostanę od wieprza
kło. W ieprzu daj kło! Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść. Konni
liść? Morzu liść. Morze; da wodę. Komu wodę? K urkowi wodę.
K urek leży i ledwo dysze.
A w ieprz rze k ł: Ja nie dam rychlej kła, aż dostanę od krow y
m leka. Krowo, daj m leka! Komu m lek a? W ieprzowi m leka. W ieprz
da kło. Komu kło ? Lipie kło. Lipa da liść. Komu liść? Morzu liść.
Morze da wodę. Komu w odę? K urkowi wodę. K urek leży, ledwo
dysze.
A krow a rzek ła: J a nie dam rychlej m leka, aż dostanę od
kosaŕzów siana. Kosarze, dajcie siana! My nie dam y rychlej siana,
aż dostaniem y od pani podwieczorek. Pani, daj podwieczorek ! Komu
podwieczorek? Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu
sia n a ? Krowie siana. Krowa da mleka. Komu m leka? W ieprzowi
m leka. W ieprz da kło. Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść. Komu
liść? Morzu liść. Morze da wodę. Komu wodę? Kurkowi wodę. K urek
leży, ledwo dysze
A pani rzekła: J a nie dam rychlej podwieczorku, aż nie do
stanę od klucznicy kluczów. Klucznico, daj klucze ! Komu klucze ?
P an i klucze. P ani da podwieczorek. Komu podwieczorek? Kosarzom
podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu siana ? Krowie siana.
Krowa da m leka. Komu m leka ? W ieprzowi m leka. Wieprz da kło.
Komu kio? Lipie Kło. Lipa da liść. Komu liść? Morzu liść. Morze
da wodę. Komu wodę? Kurkowi wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A klucznica rzekła: J a nie dam rychlej kluczów, aż nie do
stanę od gęsi jaj. Gęś, daj ja ja ! Komu ja ja ? Klucznicy jaja. Klucz
nica da klucze. Komu klucze? P an i klucze. P an i da podwieczorek.
Komu podwieczorek? Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana.
Komu sian a? Krowie siana. Krowa da mleko. Komu m leko? W ie
przowi mleko. W ieprz da kło. Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść.
Komu liść? Morzu liść. Morze da wodę. Komu w odę? K urkowi wodę.
K urek leży, ledwo dysze.
A gęś rzekła: J a nie dam rychlej jaj, aż nie dostanę od
zmłocków owsa.. Zmłockowie, dajcie owsa! Komu ow sa? Gęsi owsa.
Gęś da jaja. Komu ja ja ? Klucznicy jaja. Klucznica da klucze. Komu
-
286 —
klucze? P a n i klucze. P a n i da podwieczorek. Komu podw ieczorek?
Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu siana ? Krowie
siana. Krowa da mleko. Komu m leko? W ieprzow i mleko. W ieprz
da kio. Komu kio ? Lipie kio. Lipa da liść. Komu liść ? Morzu liść.
Morze da wodę. Komu wodę? K urkowi wodę. K urek leży, ledwo
dysze.
A zmłocki rzekli : My nie dam y owsa, aż dostaniem y od pana
piwo. Panie, daj piwo! Komu piw o? Zmłockom piwo. Zmłocki da
dzą owsa. Komu ow sa? Gęsi owsa. Gęś da jaja. Komu ja ja ? K lu
cznicy jaja. Klucznica da klucze. Komu klucze? P an i klucze. P ani
da podwieczorek. Komu podw ieczorek? Kosarzom podwieczorek.
Kosarze dadzą siana. Komu siana ? Krowie siana. Krowa da mleko.
Komu m leko? W ieprzow i mleko. W ieprz da kio. Komu kio? Lipie
kio. Lipa da liść. Komu liść? Morzu liść. Morze da wodę. Komu
w odę? K urkowi wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A pan rze k ł: Ja nie dam rychlej piwa, aż dostanę od zduna
dzban. Zdunie, daj dzban! Komu dzban? P an u dzban. P a n da piwa.
Komu p iw a? Zmłockom piwa. Zmłocki dadzą owsa. Komu ow sa?
Gęsi owsa. Gęś da jaja. Komu ja ja ? Klucznicy jaja. Klucznica da
klucze. Komu klucze ? P an i klucze. P a n i da podwieczorek. Komu
podwieczorek? Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu
sia n a ? Krowie siana. Krowa da m leka.’ Komu m le k a ? W ieprzowi
m leka. W ieprz da kło. Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść. Komu
liść ? Morzu liść. Morze da wodę. Komu wodę ? K urkowi wodę. K urek
leży, ledwo dysze.
A zdun rzekł: J a nie dam rychlej dzbana, aż ziem ia m i nie
da glinkę. Ziemia dała glinkę, zdun dzban, pan piwo, zmłocki
owsa, gęś jaja, klucznica klucze, pani podwieczorek, kosarze siana,
krow a m leka, wieprz kło, lipa liść, morze wodę i k u rek wyzdrowiał.
Potem k u rek z kokoszką szli dalej.
Jak kurek i kokoszka chciały jechać do Rzymu i kurek cesarzem
a kokoszka cesarzową chciała zostać.
Pow iada kokoszka do k u rk a ;
— „Co m yślisz, mój ku rk u , gdybyśm y oboje pojechali do Rzymu,
ty został cesarzem a j a cesarzow ą?“
— „Byłobyto“ — odpowiada k u rek — „wcale nie źle. Gdybyśm y
tylko wiedzieli, ja k jechać do R zym u“.
— „A o drogę dopytam y się“. — rzecze kokoszka - „Zrobimy
sobie m ałą kolasę z łup orzechowych a zaprzęgniem y do niej m yszy“ .
— 287 —
— „Dobrze“, — mówi k u rek — „tak zrobim y“.
Zrobili sobie m ały powóz z łupiny orzechowej i zaprzęgli do
niego m yszy; wsiedli do powozu oboje i pojechali do Rzymu.
Gdy trochę ujechali nad latu je w rona i krzyczy:
— „K urku i kokoszko, a dokąd w y to jedziecie?
— „A“ — rzecze kokoszka — „chcem y jechać do R zym u; kurek
chce być cesarzem a ja cesarzow ą“.
— „W eźcie m nie z sobą“ — woła w rona — .„będę u was za
k u c h a rk ę “.
— „Nie m ożem y“ — odpiera kokoszka — „koniki są m ałe a powozik słaby“.
— „Ależ weźcie m nie z sobą“ — prosi w rona — „jak konikom
będzie za ciężko, będę od czasu do czasu leciała“.
— „Dobrze“, — powiada k u rek — „wprawdzie koniki nasze
m ałe a powozik słaby, lecz gdy będziesz na przem ian leciała —
proszę siadać!“
T ak przybyła im w podróży do tow arzystw a wrona.
Ujeżdżają kaw ał drogi aż tu nadlatuje gołębica.'
— „Kurku i kokoszko, a dokąd wy to jedziecie? — pyta ich.
— „Jedziem y — mówi k u rek — do R zym u; ja chcę zostać ce
sarzem a kokoszka cesarzową, w rona dędzie u n as służyła za
k u ch ark ę“.
— „A j a — powiada gołębica — będę u w as pokojów ką; weźcie
m nie także ze sobą“.
— „Nie — odeprze kokoszka — m ałe nasze koniki nie będą mogły
nas w yciągnąć“.
Na to k u rek :
— „Pokojówki potrzeba nam , jeśli będziesz przy nas ieciała,
dobrze!“
Gołębica zgodziła się, a prosiła tylko, by się m ogła przysiąść,
gdy będzie bardzo zmęczona.
Ja d ą dalej. W tem nadlatuje wróbel i pyta się:
— „K urku i kokoszko, dokąd to wy zdążacie?
W rona odparła:
— „Chcemy jechać do R zym u; k u rek będzie cesarzem , kokoszka
cesarzową, ja u nich kucharką a gołębica pokojówką“.
— „W eźcie i m nie z sobą — prosi wróbelek. — Będę u w as za
n iań k ę “.
— „W praw dzie nasze koniki m ałe a powozik słaby, lecz ty jesteś
także m ały i lekki, więc w siadaj“ — rzecze kurek.
Jad ą co raz dalej aż tu zabiega im w drogę lis. Rzecze on
do n ich ;
— 288 —
— „Jak się m asz kochany k u rk u i luba kokoszko, a dokąd w am
tak spieszno?“
— „J odziera y — powiada k u rek — do R zym u“ — i przybiera
obronną postawę.
W rona dodaje:
— „Kurek chce tam być cesarzem a kokoszka cesarzową, ja
będę u nich kucharką, gołębica pokojówką a wróbel niańką.
— „A znacie wy — py ta lis — drogę do R z y m u ? “
— „Nie — pieje k u rek — drogi nie znam y. Ale m yszki ju ż nas
tam zaw iozą“.
— „Będziecie się błąkali Bóg wie gdzie i nakładali drogi, jeśli
nie wiecie, którędy jechać trz e b a “ — pow iada lis dobrodusznie.
— „Cóż robić!“ — mówi kokoszka.
— „Ja — rzecze lis — znam drogę bardzo dobrze i chętnie w am
ją wskażę. Patrzcie, droga idzie przez tę górę tam , gdzie widać
dziurę. Musicie w jechać w nią i przejechać górę, ja w am dopomogę“.
Idzie więc lis naprzód a całe tow arzystw o zdąża za nim : kurek,
kokoszka, wrona, gołębica,, wróbel i m ałe m yszy i w jeżdżają w szyscy
do dziury.
Lis m ilczał dopokąd wszyscy nie byli ju ż w dziurze. W tedy
obraca się prędko i zam yka otwór dziury a do nich odzywa się
w te słowa:
— „Teraz m am w as u siebie, każdy otrzym a odem nie zasłużoną
nagrodę. Ty kurku, budzisz m nie zawsze ze świtem . Chcę ci za to
zapłacić“.
I szwabs odgryzł m u głowę.
Zw raca się teraz do kokoszki i mówi do niej :
— „Ty kokoszko, znosisz zawsze ja ja w popiele. Nieraz w ybie
rając je, sparzyłem się. Masz za to zapłatę“ — i szwabs odgryzł
i jej głowę.
Do w rony rzecze:
— „Ty robisz sobie gniazdo ta k wysoko, n a drzewie, że się do
niego dobrać nie mogę. Teraz zapłacę tobie“ - i szwabs odgryzł
jej głowę.
Z gołębicą zrobił to samo, bo i ona m a gniazdo za wysoko.
Przychodzi teraz kolej na m ałego wróbla. Ale ten poleciał już
przed tem do zabitego otworu i dziobkiem i łapkam i, ile tylko mógł,
grzebał w ziemi m ałą dziurkę, przez którą m ógłby się w ysunąć
i um knąć.
Lis ogląda się za nim i znachodzi go p rzy robocie.
W róbel drapiąc dalej ziem ię łapkam i w ykręcił do lisa główkę
i m a do niego uroczystą przem owę :
— „W spaniałom yśly panie lisie! patrz, ja jestem tak m alutki.
Przecież m nie zechcesz oszczędzić. Masz ju ż tyle dobrych kęsów.
Ja m ci nic nie zawinił, moje ja ja m alutkie nie są ci pożądane,
więc nie trudziłeś się za ich poszukiw aniem . J a nikom u nie m ącę
wody, ani nie włażę w drogę. Jestem sobie wesołym oczajduszą.
W spaniałom yślny panie lisie, proszę cię bardzo, nie rób m i'n ic
złego i puść m nie wolno“.
Lis słuchał z uw agą przem owy a wróbel w ygrzebał sobie tym
czasem dziurkę i fru n ął nią w św iat daleki, świergocąc lisowi na
pożegnanie :
- „Pam iętaj o m nie!"
Lis był zły ja k wilk, lecz w szystko było ju ż za późno. W róbel
okazał się od niego m ądrzejszym i chytrzejszym a to było szczę
ściem nie tylko dla niego samego, ale także i dla myszek, które
dziurką w ygrzebaną przez wróbla także um knęły z nory lisiej.
W róbel rozniósł też poŁ świecie całą tę historyę o podróży
k u rk a i kokoszki do Rzym u a m nie opowiedziała ją babka, gdym
był jeszcze dzieckiem.
Z B ujny. G. M.uiiïbucT:'-).
Czarny i biały kogut. Na w yspie Ruj nie twierdzi lud, że dobrze
ten. czyni, kto trzym a w k u rn ik u czarnego koguta. D la czego? —
Bo czarne koguty posiadają dar w noc św iętojańską objawiać, gdzie
znajdują się u k ry te skarby. Tym sposobem niejeden biedak stał
się przez swego czarnego koguta bogaczem. N atom iast źle je s t
m ieć koguta białego, bo zwykle w rodzinie zdarza się w ypadek
śmierci.
*
*
*
Gołąb dziki chociaż tak długo przebyw a ju ż n a ziemi, nie um ie
do dnia dzisiejszego zrobić sobie porządnego gniazda. Przyczyna
tego ta k a : raz prosił gołąb dziki sroki, by m u pokazała, ja k się
buduje porządne gniazdo. Sroka przystała n a to i wzięła się zaraz do
dzieła. Dziki gołąb przypatryw ał się. Gdy sroka składała ździóbełko
lub pręciczek, gołąb mówił każdym razem :
— „Dobrze, teraz ju ż wiem w szystko“.
Z początku znosiła to sroka i nic nie odpowiadała. W końcu
opuściła ją cierpliwość i rozgniewało ją, że gołąb wszystko nibyto
M R iiganä D orpgesch ich ten B lä tte r fü r Pomm. V olkskunde II. 122
— 290 —
wie tak dobrze ja k i ona, więc porzucając dalszą budowę gniazdka
odleciała. T ak stało się, że dziki gołąb nigdy nie mógł się nauczyć
budowy porządnego gniazda. Na próżno żali się wciąż z tego po
wodu, Sam sobie w inien. N ikt m u nie poradzi.
Słowik. Jeśli słowik sm u tn ą tylko nuci piosnkę, m a to swoją
przyczynę. Raz była sobie piękna pastereczka, która m iała miłego.
Ten był jej w ierny i kochał j ą nad życie. Młoda para była bardzo
szczęśliwą. Gniewało czarownicę z okolicy, zazdroszczącą szczęścia
pasterce. W ięc czarownica zam ieniła dziewczynę w słowika. N a
rzeczony biegł jej z pomocą, lecz czarownica zastąpiła m u drogę
i zaczarowała go tak, iż nie mógł nogą postąpić naprzód. Słowik
posm ętniał bardzo i pozostał ta k do dnia dzisiejszego, dlatego i pieśń
jego brzm i wciąż sm ętnie.
*
*
Jemiołucha. Od pewnego czasu u kazują się w lasach rujniańskich jem iołuchy w porze zimowej, które zresztą n a Pom orzu nie
ukazują się. P rzy latu ją one z północy. Gdy jesien ią jaw ią się
wcześnie, w nioskują ludzie, iż zim a będzie sroga. P ta k i te uw ażają
także niektórzy za zw iastunów nieszczęścia, chorób zaraźliwych,
drożyzny i burz n a morzu. Dlatego prześladują tych ptaków . Ro
biono czarodziejskie próby, by ich zupełnie odgonić z w yspy, ale
próby nie udały się, bo czart stoi zawsze n a przeszkodzie.
*
*
*
Pszczoły. Gdy Bóg stw orzył w szystkie zwierzęta, rozkazał im,
iż m ają święcić niedzielę i święta. Pszczoły nie troszczyły się wiele
o przykazanie boskie, gdyż w ylatyw ały w niedziele i święta, by
zbierać miód. Bóg ukarał je niepozw alając im zbierać miodu z czer
wonej koniczyny, która posiada najlepszy miód.
:j:
*
*
Wodna żmija. Był raz sobie parobek, który położył się w czasie
południowym n a brzegu lasu pod drzewo i mocno zasnął. Leżał ci
n a w znak a m iał otw artą gębę. Gdy ta k spał sobie, włazi wodna
żm ija przez gębę do żołądka, a że spał bardzo silnie, nie czuł tego
wcale. W skutek tego trapiły go nudności straszne. Rzecz atoli po
gorszyła się jeszcze znacznie, gdy zwierzę w żołądku człowieka
dostało młode. Teraz cierpiał on boleści najstraszniejsze. Nie mógł
ani żyć, ani um ierać.
— 291 —
Pew nego dnia przyszedł do wsi wędrowny rzem ieślnik i poadził bied n em u parobkowi, żeby sobie przykładał świeżo pieczony
chleb, ta k gorący, ja k tylko w ytrzym ać może, na żołądek. Parobek
usłuchał rady. Położył się znowu na w znak i otworzył u sta przy
kładając sobie chleb gorący. I rzeczywiście nie trw ało długo, aż tu
w yłazi m u z w nętrza przez gębę stara wodna żm ija z trzem a
m łodemi i w szystkie razem rzucają się n a świeży chleb pożerając
go skwapliwie. Parobek rad był bardzo, że pozbył się w ten sposób
swoich dręczycielów.
*
*
*
Komary. Skąpcy i lichwiarze zam ieniają się w kom ary. D la
tego kom ary brzęczą, ja k gdyby liczyli wciąż talary a piją one
także krew z człowieka, ja k pili będąc ludźmi.
Wojna ptaków z zwierzętami czworonożnemi. Lis pokrzywdził
k u ra bardzo srodze. Podusił m u bowiem najpiękniejsze k u ry a k u r
nik, przedtem rojący się skrzydlatym i m ieszkańcam i, stał teraz
praw ie pusty. Szukając praw a swojego poszedł k u r do króla zwie
rząt ze skargą, żądając u k a ra n ia chytrego i w ystępnego lisa. Lecz,
ja k to byw a w świecie, lis um iejący się podchlebiać i dobierać
pięknych słówek, um iał się przed lw em tłum aczyć i wykręcać, zaś
prostoduszny k u r nie robił nic więcej, tylko w iernie i uczciwie
opowiedział cały przebieg zdarzenia. Skończyło się n a tern, że zbro
dniarza uwolniono a skarżący, pokrzywdzony, m usiał jeszcze, nic
nie w skórawszy, zapłacić koszta procesu.
K ura porwał z tego powodu gniew słuszny, więc zwołał wiec
ptaków i im przedłożył swoją sprawrę. W yrok lw a wzbudził tu n a j
żywsze niezadowolenie a po dłuższych obradach uchwalono wypo
wiedzieć wojnę w szystkim zwierzętom czworonożnym. Te przyjęły
wypowiedzenie i oznaczyły dzień i miejsce, gdzie m a stoczyć się
w alka i rozstrzygająca bitwa.
Poranek był prześliczny. P ta k i szybowały w pow ietrzu ponad
polam i i łąkam i, zaś czworonożniki ustaw ili się n a k raju lasu
w gąszczy kierzów. Dowódzcą ich był lis, zaś ptaków prowadził
w bój kur, który pom iędzy obydwoma w ojskam i siedział sobie na
wierzchołku drzew a i ztam tąd w ydaw ał rozkazy głosem swoim do
niosłym . W obozie czworonożnych było spokojniej, gdyż lis po
rozdzielał ich na grom ady, przydzielając im pod dowództwo w iel
kich z pom iędzy zwierząt, którym w ydaw ał rozkazy przez szybko10 *
— 2.92 —
nogi eg-о -zająca. W szędzie też oznajm ił, żeby nie tracono otuchy,
gdyż zwycięztwo je s t zapewnione. Mają tylko zważać na jego ogon
kosm aty. Ja k długo ten stoi dum nie w górę, szczęście wojenne je s t
po ich stronie; jeśliby zaś spuścił ogon na dół, znaczyłoby, że
w szystko stracone.
Z początku przepow iednia lisa zdaw ała się ziszczać. K ur znie
cierpliwiony tern, że wróg nie zabiera się wcale do rozpoczęcia
walki, w ydał rozkaz, że w szystkie wielkie ptaki jako to : orły, bo
ciany, k ruki, sroki, sowy, czaple i ja k się tam one w szystkie zowią,
m ają natrzeć n a czworonożnych. Męztwo ptaków atoli nie odniosło
żadnego skutku. Chociaż w natarczyw ym locie pokrwawiły sobie
skrzydła, w gąszcz lasu nie m ogły one wlecieć ; m usiały więc po
ogrom nym trudzie .cofnąć się napo wrót wśród towarzyszącego im
szyderczego śm iechu wroga. Trzeba było zadowolić się tern, że
uderzenie n a w roga tylko n a tern się skończyło.
Lis pew ny zw ycięstw a w yprężył czerwonaw y ogon do góry
powiewając nim , k u r jed n a k nie dał się zbić z tropu przez to,
tylko rzekł:
— „Nie mogliście, w y wielcy odnieść zwycięztwa, to odniosą go
z pewnością m aluczcy!“
W ysyła zatem w bój : szerszenie, bąki, osy i pszczoły. Zumzum -zum ! zasyczało wr powietrzu, gdy wojsko to m aluczkie skiero
wało się ku lasowi. Na przedzie stał lis, więc szerszenie rzuciły
się najprzód n a niego. Opadły go grom adą znaczną, a podczas gdy
jed n a ich część zagrażała jego oczom i uszom, druga opadła ogon
i zaraz k ilku śm iałków podlazło m u pod ogon, kąsając go niem i
łosiernie. Lis w yjąc z bolu, zw inął ogon m iędzy nogi i czmychnął.
— „Cóż ci k u m ie? — zapytała go dzika Świnia — uciekasz, zanim
bitw a się rozpoczęła?“
— „Ach, wrszystko przepadło, kum ie niedźw iedziu — zawodził
lis ~ w łaśnie zaczęła się bitw a a ju ż dostałem siedm strzałów
w ty łe k “.
Gdy dzika Świnia i inne zw ierzęta to usłyszały, poszło całe
ich wojsko w rozsypkę: każdy uciekał gdzie m ógł i gdzie go oczy
niosły. Tym sposobem m ałe szerszenie pobiły potężne wojsko czworo
nożnych zw ierząt a k u r pom ścił s-wej krzyw dy i n a lisie i n a nie
spraw iedliw ym sędzi, lwie, królu zwierząt.
Z Pom orza zachodniego.
*
*
— 298 —
Jak wilk oszukał lisa a w końcu sam byt skrzywdzony, W ilk
i lis zaw arli raz przyjaźń ze sobą i poszli razem na wędrówkę.
Nadjeżdża rebol z śledziami, a ryby obydwom wonieją ta k m ile pod
nos, że zbiera ich w ielka oskoma. Kum lis zbiega n a bok drogi
a potem wyprzedziwszy wóz kładzie się, jakoby był nieżywy, na
drogę. J a k rebok go spostrzegł, zawołał:
— „A, m artw y lis! Dobrze m u się stało. Ale piękne m a futro,
trzeba je w ziąć“. — Co rzekłszy zeskakuje z wozu, poryw a lisa za
ogon i rzuca go w tył wozu w łaśnie tak, że upada na śledzie, poczem w siada n a wóz a jad ąc stępa zasypia sobie, ja k się to często
zdarza.
Lis czekał tylko n a to. Zaczyna teraz w yrzucać prędko jedną
rybę po drugiej na gościniec a pracy zaprzestaje dopiero wówczas,
ja k spostrzegł, iż rebol zaczyna się przebudzać. Zeskakuje więc
z woza i w szystko było w porządku Spotkaw szy po chwili wilka
pyta go:
— „Miły kum ie, gdzie ukryłeś m oją część zdobyczy?“
— „Oto jest, kum ie najm ilszy — powiada w ilk dobrodusznie —
rów ną całkiem połowę zachowałem dla ciebie“.
I wiedzie go do dużej kupy ości, mięso wszystko bowiem sam
pożarł.
Lis o mało nie pękł ze złości, lecz udał, jakoby nic nie było
i poszli razem dalej. Po śledziach dostaje się atoli pragnienie, więc
nie trw a długo a w ilk zaczyna biadać o wodę:
— „Mój złoty kum ie, pić m i się chce strasznie, w ynajdź m i
wodę“.
— „Dobrze — rzecze lis — będziesz w net m iał wodę najw ybor
niejszą na świecie. Chodź tylko ze m n ą “.
W ilk idzie za nim i przychodzą do studni z kołem. N atych
m iast skacze lis do w iadra znajdującego się u góry i zjeżdża w nim
w głębię, pije tam wrodę a potem zaczyna w ychw alać jej dobroć,
— „Cóż ja m am z tego ?“ — m ruczy wilk z niechęcią na górze.
— „Będziesz m iał jej także podostatkiem — odpiera lis chytry —
wskocz tylko do w iadra, które je s t teraz u góry“.
W ilk czyni to i dziw uje się nie mało, ja k on teraz zjeżdża
na dół a kum lis w yjeżdża na górę i ja k obydwaj spotykają się ze
sobą w łaśnie n a środku.
Zjechawszy n a dół, w ilk chłepcze wodę w yborną łapczywie,
nietroszcząc się w tej chwili o nic więcej.
Tym czasem lis biegnie w pole do chłopów i woła :
— „Pójdźcie tu prędzej w szyscy! w ilk je s t w studni i nie może
się z niej w ydobyć“.
— 294 -
Chłopi przylatują, w yciągają w ilka do góry i teraz w ypraw iają
m u skórę drągam i porządnie tak, że biedne wilczysko z trudnością
tylko um yka śmierci.
Zaledwo je d n a k ubiegł kilkaset kroków, widzi chytrego lisa
wijącego się n a ziemi i słyszy, ja k on zbolałym głosem woła;
— „O, kum ie, drogi kum ie, ze m ną ju ż koniec; tyś w iększy
i silniejszy, więc możesz w ytrzym ać cięgi; lecz m nie mocne chłopiska ta k zwaliły drągam i, że życie m e w isi n a włosku. Pójdź
i nieś m n ie“.
W ilk w ierzy lisowi, a m ając serce litościwe, bierze go na
okropnie pobity grzbiet i objuczony ciężarem pom yka k u lasowi.
Lis nie może pow strzym ać w sobie kpiny, więc mówi półgłosem :
Patrzcie, chory niesie zdrowego !
Czy widział już kto tak głupiego1?
— „Co m ów isz? — w ilk pyta z gniewem.
— „Ach kum ie — stęka lis — zdaje m i się, iż postradałem zm y
sły. Ci źli ludzie przełam ali m i krzyże, więc szaleję teraz“ .
— „To kum ie co innego. J a k ja cię żałuję, biedny kum ie !“
Lis wciąż pow tarza przez całą drogę:
Patrzcie, chory niesie zdrowego !
Czy widział już kto tak głupiego ?
Lecz w ilk uw ażając to za objaw obłędu, nie zw racał uw agi,
dźwigał ciężar na poranionym grzbiecie z w ielkiem w ytężeniem
i bolem i zaniósł ku m a do jego kryjów ki w lesie.
Z R u jn y .
*
*
*
Wdzięczny niedźwiedź. Je d n a białka w racała z jarm ark u . Było
jej pilno do domu, gdyż dzieci czekały n a nią ju ż od południa,
dlatego skróciła sobie drogę idąc w prost ścieżką przez las. Szła
kaw ałek przez gąszcz leśną, gdy nagle spostrzega niedźwiedzia
stojącego na dwóch łapach tylnych przed sobą. B iedna białka s tru
chlała ze strachu stając ja k w ryta, ale niedźwiedź nic złego jej nie
czynił, tylko stał przed nią m rucząc i trzym ając przed nią w ysu
niętą łapę przednią, ja k gdyby ją o coś prosił. Z początku prze
straszyło ją to jeszcze więcej, lecz później n ab rała odwagi m yśląc
sobie: Tak, czy tak, jestem zgubioną. Popatrzę, czego on chce
z swoją łapą. W zięła go rękam i za łapę, a gdy się bliżej jej przy
patrzyła spostrzegła, że dość duża drzazga w biła się w nią i zwie
rzę cierpieć m usiało ból wcale nie m ały. Uczuwszy litość wzięła
się do w yciągnięcia drzazgi z łapy, co przy pomocy igły udało jej
— 295 —
się uskutecznić. Potem niedźwiedź położył ostrożnie łapę n a ziemię
próbując chodzić na niej. Ja k m u to udało się, m ruczał z zadowolnieniem a następnie chwycił zębam i białko za fartu ch , ciągnąc
ją za sobą w gąszcz lasu. W końcu stanął przed dużym dębem
a białka m yślała, że teraz ju ż bije ostatnia jej godzina. Niedźwiedź
atoli puścił jej fartuch z paszczy a sam wylazł na pień dęba.
Teraz czas uciec ! — pom yślała sobie białka i poczęła uciekać
z całej siły. Niedźwiedź spostrzegłszy to, zeskoczył natychm iast
z dęba, puścił się za nią w pogoń i w net dogonił ją. Chwycił ją
znowu zębam i za fartuch i przywiódł nazad do drzewa. B iałka
widząc, że uciec nie może, stała spokojnie pod drzewem zdając się
ju ż tylko n a pomoc boską. Niedźwiedź zaś wylazł znowu n a drzewo
i w połowie pnia dobrał się do dziury w nim się znajdującej, gdzie
była barć pszczół dzikich. W yjął kilka plastrów miodu rzucając je
stojącej pod drzew em białce w prost w fartuch. N arzucał jej tyle,
iż fartuch był przepełniony a białka poznała teraz, że zwierzę
chciało jej tylko podziękować za oddaną m u przysługę. Potem niedź
wiedź zlazł z drzew a n a dół i wyprowadził białkę z gąszczy n a to
samo m iejsce do ścieżki, gdzie ona w yciągnęła kolec z łapy. Tu
obrócił się i poszedł sobie w las. B iałka wróciła obładow ana miodem
do swoich dzieci, opowiadając im o osobłiwem zdarzeniu, jak ie ją
spotkało.
Z Pom orza wschodniego.
Ý
îk
îji
Jak jeden małżonek stał się niedźwiedziem. Pew ny młody pa
robek ożenił się, lecz jakoś w m ałżeństw ie nie znachodził upodo
bania. Od wczesnego ran k u do późnego wieczoru m iał zawsze coś
do m ruczenia a tern zatruw ał życie swej młodej białce. Ponieważ
nie chciał się popraw ić w żaden sposób, więc św iekra w ystąpiła
przeciwko niem u i zaklęła za m ruczenie n a dziesięć la t w nie
dźwiedzia.
Teraz m usiał niezadowolony m ałżonek z skomorochem ciągnąć
odewsi do wsi i od checzy do checzy, by ludzi rozweselać pląsam i.
Raz przyszedł on do checzy, gdzie wesele się odbywało, więc m u
siał pokazywać państw u m łodym swe sztuki. W łaśnie ja k rozpo
czynał pląsy, skończył się rok dziesiąty jego kary, więc stał nagłe
przed młodą parą, k u ździw ieniu w szystkich, jako człowiek.
Dziesięć la t cierpień snać go poprawiły, gdyż upom inał pana
młodego ostro, by ożeniwszy się, nie m ruczał, św iekra m ogłaby go
ta k oporządzić, ja k jego.
— 296 —
Do dziś dniu pam iętają ludzie n a R ujnie o tem zdarzeniu.
Przy każdych zaręczynach zjaw ia się człowiek, który zam iast
w skórę niedźwiedzią, przyodziany je s t w kożuch z wywróconą
w łosienią n a w ierzch a w pasie przew iązany powrózkiem. P ląsa on
chwilę, potem przeżynają m u opaskę a skóra spada z niego, on
zaś teraz opowiada to samo zdarzenie, ja k powyżej, przedstaw iając
je jako swoje własne.
Z R u jn y .
Wilk. D w unastego w m iesiącu wił су pojaw iają się zawsze po
dw anaście razem . J a k ujrzą człowieka, idą k u niem u z rozw artą
paszczęką i zm uszają go tym sposobem do zajrzenia sobie w paszczę,
w której je s t całkiem jasno. Kto w nią spojrzy, dostaje tak ą chrypkę,
że nie może potem przemówić ani słowa. W iedzą o tem wilcy
i dlatego roztw ierają paszczę, by ludzie chrypli i nie mogli wołać
o pomoc.
Wogóle wilcy są osobliwemi zwierzętam i. Kto ja d ł ich mięso,
zyskuje- dar, że może w szystkie spuchliny i narośle skóry leczyć
przez ich obkąszanie. Mówią, że jeśli dzieciom daje się jadło przez
gardziel wilczą, stają się ta k silnem i, ja k wilki. Takich ludzi można
zaraz poznać po tem,- iż są nadzwyczaj żarłoczni i m ają silne, lecz
sztyw ne członki.
Z Pomorza zachodniego.
*
Jak wilk dostal sztywny kark i stal się kuternogą. Gdy P an
Bóg stw orzył wilka, był on tak dziki i broił tyle, że trzeba było
tem u położyć koniec. Miły Bóg przyw ołał go do siebie i w yrzucał
m u jego grzechy oznajm iając, że odtąd posiadać będzie jedno k a
lectwo n a swem cielsku. Może sobie je d n a k z trzech w ybrać jedno,
które mu się w yda najlżejszem . Musi odtąd albo m ieć sztyw ny
k a rk i być kuternogą, lub posiąść ogon długi pół m ili lub nosić
dzwonek, któryby każde zwierzę słyszało n a odległość całej mili.
W ilk posm utniał n a to bardzo, a widząc, że się z przykrego
położenia w yw inąć nie może w żaden sposób, rzekł do P ana Boga :
- - „Długi ogon i dzwonek zdziałałyby, iż w ogóle nie mógłbym
dobrać się do żadnego zwierzęcia, dla tego daj mi, o Panie, lepiej
k ark sztyw ny i zrób m nie kuternogą. W praw dzie będzie m i to b ar
dzo przeszkadzało, lecz przynajm niej nie zdechnę z głodu.
— 297 —
Jale w ilk w ybrał sobie, ta k się też i stało. Każdy w ilk m a
sztyw ny k a rk i m usi nalegać n a jed n ą nogę.
Z Pomorza zachodniego.
Jak wilk postrada} ogon. Ja k się często zdarza, poszło w lesie
wilkowi n a przekór. Gdy stał pod drzewem spostrzegł na drzewie
nad sobą drwala. Rozzłoszczone zwierzę zawołało:
— „Chciałem przecież, żeby m i odpadł ogon z ty łu “.
D rw al n a to rzuca n a dół ostrą siekierę i odrębuje wilkowi
ogon. Tego w ilk nie życzył sobie z pewnością, więc oburzony obraca
głowę w tył i powiada bardzo obrażony:
— „Czyż ju ż nie wolno rzec ani jednego słowa w żarcie?“
Z P oviorza zachodniego.
*
*
Wilka cierpienia. P asła się klacz z źrebięciem n a łące. P rzy
szedł głodny w ilk i chciał porwać źrebię. Klacz widziała, że może
ją uratow ać tylko podstęp, więc się zbliżyła do w ilka i zawołała:
— „Czy nie chcesz wziąć sobie moje źrebię? Nie chcę je mieć
więcej. Je d n ak u sługa w ym aga wzajemności. Musisz mi za to w y
ciągnąć kolec z tylnego kopyta, który m i się w bił“.
W ilk ucieszony przystaje i bierze się do kopyta tylnego. Lecz
zaledwo pyskiem go dotknął, w ierzgnęła klacz tak silnie, że wilk
padł bez przytomności.
Ja k on przyszedł do siebie, była klacz z źrebięciem ju ż daleko,
w ilk zaś uczuł jeszcze w iększy głód. W tem spostrzega on dwa
kozły wadzące się ze sobą. Ofiaruje się im n a sędziego rozjemczego,
w ym aw iając sobie pożarcie strony, która spraw ę przegra. W tym
celu stan ął pomiędzy obydwoma kozłam i. Teraz kozły m rugnęli
sobie oczyma. Spór wiedli z podstępu. W ięc nagle uderzyli z dwóch
stron rogam i n a w ilka ta k silnie, że jn u połam ali żebra i w ilk padł
n a ziemię.
Dopiero po długim czasie przyszedł do siebie, lecz kozłów
ju ż dawno nie było. Z rozbitą głową i połam anem i żebram i poszedł
dalej n a wędrówkę i spotkał lochę z dziewięcioma prosiętam i, która
nań zawołała:
— „Bądź ta k dobry i pożryj dwa lub trzy prosięta, bo m am ich
tyle, że ich wyżyw ić nie m ogę“ .
— „N ajchętniej“ — odrzecze wilk i bierze się ju ż do rzeczy.
Św inia atoli odpiera:
— „Zaraz, poczekaj tylko chwilkę, bym je wprzódy ochrzciła“ .
— 298 —
W ilk zgodził się, więc poszli do m łynów ki n a m iejsce, gdzie
woda spada n a koło. Tam św inią postaw iła przez rynę deskę i wyłazła n a nią, w ilka zaś ustaw iła n a przeciw nym końcu. Gdy się
zaś zabierali do chrztu, Świnia zeskoczyła prędko z deski, w ilk
stracił równowagę i padł n a koło, potem dostał się pod nie tak,
iż zaledwo zdołał uratow ać życie. Tym czasem Świnia z prosiętam i
zniknęła.
W ilk zbity z tropu i zw ątpiw szy o życiu poszedł do lasu, gdzie
stary m iotlarz ścinał sobie z drzew gałęzie. J a k ten zoczył wilka,
wylazł ze strachu n a drzewo. W ilk je d n a k w swojem u trap ien iu
wcale go nie spostrzegł, więc położył się pod drzew em złorzecząc
sw ojem u losowi.
— „Ach — zawołał w zdychając — jeste m ta k nieszczęśliwy, że
m iły Bóg dobrzeby uczynił, gdyby rzucił na m nie siekierą i zabił
m nie“ .
Miotlarz nie leniw y ciska n ań silnie siekierę rozplatając m u
łeb. W ilk krzyczy teraz :
— „O m iły Boże, m ówiłem to więcej w żarcie!“ — i zdycha.
Z P om orza wschodniego.
*
*
*
Lis i wilk grają na w eselu. W e w si było wielkie wesele chłopskie.
Lis powiada do w ilka:
— „Kumie, chodźmy zagrać chłopom“.
W ilk zgadza się, więc idą n a wesele. Lecz oni byli grajkam i,
jak ich n a w eselu nie lubią, żądali bowiem zapłaty z góry.
Dlatego dobrali się najprzód do spiżarni, w ygrzebaw szy dziurę
w ścianie, i zjedli tam szynki i kiełbasy. Gdy podjedli sobie aż do
rozpęku, poszli do piw nicy i łyk n ęli piw a co się tylko w nich
wlazło. Stoją teraz porządnie podchm ieleni i radzą, co uczynić
należy.
— „W iesz, kum ie, — mówi w ilk — obowiązek nakazuje nam
zacząć grać, by ludzie mogli pląsać“.
Lis uznał, że kum m a słuszność, więc zaczynają w yć tak
strasznie, że cała checza zadrżała. Goście w eselni, spostrzegłszy co
się święci, zryw ają się uzbrojeni w siekiery i drągi. Gdy weszli
do spiżarni aż ściemniło im się w oczach. Lisa dopaść nie mogli,
gdyż ten um k n ął przez w ielką dziurę, którą w ilk sobie w ydrapał
w ścianie, w ilk zatem m usiał uciekać przez m ałą dziurę lisią
i utkw ił w niej nie m ogąc się przecisnąć przez nią.
Posypał się grad cięgów n a kudłate jego futro. Schwycono go
za ogon, wyciągnięto z dziury i zbito go tak, iż padł n a ziemię
— 299 —
jakoby nieżywy. Ludzie nie chcąc zaraz zedrzeć z niego skóry zo" staw ili przez noc w spiżarni.
Było to szczęściem wilka, nie był on bowiem zabity, tylko
strasznie zbity, więc z czasem przyszedł do siebie i wylazł przez
swroją dziurę z. checzy a potem wlókł się ja k mógł przy okropnych
boleściach do swej nory. W lesie spotkał lisa, więc z gniew em
zawołał do niego :
— „Ty łotrzyku jesteś przyczyną mojego nieszczęścia; poczekajże,
pożrę ciebie!“
— „Ależ dobry i m iły kum ie — odpiera lis — to była tylko po
m yłka z mojej strony żem pom ieniał dziury. Boleję nad tem n ie
zm iernie, ale cóż m am teraz zrobić. P rzysięgam ci, że mówię
p raw d ę“.
— „Jeśli tak, — powiada w ilk — to ci przebaczę tym razem ,
je d n a k m usisz m nie zanieść do mojej kryjów ki".
— „Gdybym tylko mógł, najchętniej bym to uczynił. — odpo
w iada lis. — Lecz m nie oporządzili chłopi ta k strasznie, iż przy
szedłem tu by się położyć i zasnąć. Chcę. żeby ludzie, którzy będą
przechodzili tędy, dobili m nie, gdyż m ilszą mi je s t śm ierć aniżeli
takie m ęki, ja k ie ja znoszę“.
— „Ze m ną, — rzeknie w ilk — dzięki Bogu, jeszcze ta k źle nie
je s t — a ponieważ m iał serce współczujące, wziął n a swój grzbiet
kum a i poniósł go.
Lis cieszył się niezm iernie, że podstęp udał m u się ta k dobrze.
Poryw a go swawola szydercza i zaczyna mówić nibyto sam do
siebie :
— „Chory niesie zdrowego — zdrowy leży n a grzbiecie chorego —
św iat się przewrócił do góry nogam i“ .
— „Co? — pyta w ilk — jeśli tak , to cisnę cię zaraz do stu
czartów “ .
— „Ależ ja, dobry kum ie, — mówi lis — żartuję tylko“.
- - „To co innego“ — odpiera łatw ow ierny w ilk i niesie go dalej.
Nie trw a długo a lis pow tarza to samo. Teraz było ju ż wilkowi za
dużo, więc rzuca go z gniew em na ziemię z groźną m iną i zmusza,
żeby szedł z nim razem. Lis zw ąchał pismo nosem wiedząc, że
z nim bardzo źle. Jakoż nie omylił się, gdyż w ilk doszedłszy do
nory, rzekł do niego bez ogródki:
— „Przez całe życie dużo m i krw i napsułeś. Teraz zrobim y
obrachunek ze sobą: pożrę ciebie i będzie spokój“.
W trwodze skoczył lis do nory, nie widząc dla siebie innego
ratu n k u . Lecz w ilk poznał jego zam iar i już chw ytał go za nogi.
— 300 —
— „Robisz głupstwo, — zawołał chytry lis — że wolisz mnie,
aniżeli jag n iątk a. Moje mięso tw arde, łykow ate, powyszczerbiasz
tylko sobie zęby“.
— „Jagnięta!... gdzie one s ą ? “ - pyta wilk.
— „Za nam i, n a polance, zaraz obok, pasie się cała ich trzoda“.
W ilk złakomił się n a jagnięta, więc wylazł z nory i szukał
ich po lesie, a chytry kum czm ychnął sobie tym czasem .
Z ziemi Lęborskiej.
*
*
*
Sowa. Raz zm arła bogata pani, opłakiw ana zarówno przez ludzi,
ja k zwierzęta. P ta k i odbyły naradę, kogo z grona swego m ają po
staw ić n a straży przy jej trupie. Los padł n a sowę, która z po
czątku w ypełniała obowiązek z sum ienną pieczołowitością. W końcu
nudziło się jej, więc m ówiła do siebie:
— „Zmrużę jedno oko a d rugiera, będę czuw ała“.
T ak też uczyniła, je d n a k drugie oko w krótce także się zam
knęło i sowra zasnęła sobie w najlepsze.
Ja k zaczęło św itać i in n e ptaki zleciały się, ujrzały, ja k a
spadła n a nie hańba, że ustaw iony przez nich strażn ik ta k n ie
sum iennie w ypełnia urząd honorowy. Z gniew em rzuciły się na
sowę odganiając ją i w ieczną zem stę jej poprzysięgłszy. Tym spo
sobem stało się, że sowa odważa się tylko w nocy w ylatyw ać na
zdobycz, kryjąc się we dnie w ciem nych budynkach i dużych
a gęstych borach.
Ziemia Lęborska.
❖
*
iii
Sowa i mysz. Sowa staje przed dziurą m yszą i mówi poufale
do m yszy :
— „W yjdźże kochaneczkö, wyjdź, ja ci niezrobię nic złego!“
Mysz, zw ąchaw szy pism o nosem , odpiera:
— „Boję się, boję, boś ty filu tk a !“
Z okręgu Nowogrodzkiego.
*
*.
*
Wrona. Chłopi opowiadają, że w rony są przem ienionem i czaro
wnicami.
Pew ien chłop z R ekow a1) jechał sobie gościńcem. Przejeżdża
ją c koło jednego drzewa, n a którem siedziała w rona, słyszy, ja k
ona okropnie wrzeszczy. Na to jad ą c dalej chłop zaw ołał:
‘) Reckow, ziemia Lęborska. Podług Kętrzyńskiego.
ЗОЇ -
— „Stara czarownico, bądź cicho i daj m i spokój !“
Lecz w rona krzyczała jeszcze więcej a ja k chłop oglądnął się
za nią, spostrzegł, że złośliwy p tak m ierzył go oczyma ostro. Stanął
więc i w rzasnął:
— „Stara przeklęta czarownico, daj ludziom spokój ! Czego chcesz
odemnie ?“
Lecz i to nie pomogło. Chłop rozgniew any zaczął kląć k ra k a
jąc ą wronę. Zaledwo je d n a k to uczynił, w yryw ają m u się w szyst
kie koła z wozu i toczą się z góry na dół. Chłopu nie pozostało nic
innego, ja k odprzęgnąć konie, wóz zostawić n a drodze i wierzchem
pojechać do domu. Gdy n a w si opowiadał o swej przygodzie, ludzie
się tem u wcale nie dziwili m ówiąc:
— „Stara rzecz, że w wronie siedzi czarow nica“.
Z iem ia Lęborska.
*
*
*
Kukułka. Chłopu jed n em u szło ta k źle przy gospodarstwie, iż
nie m iał co jeść. W ziął więc dwoje sw ych dzieci, zaprowadził, je
do lasu i rzekł :
— „Szukajcie tu jagód, a gdy zaw ołam : k u k u ! k u k u ! żebyście
wiedziały, że się znajduję w bliskości i w net przyjdę, by przypro
wadzić w as znowu do dom u“.
T ak zostawił dzieci sam e w puszczy leśnej a sam wrócił do
roboty.
N astępnego lata, gdy mu się lepiej wieść zaczęło, stęsknił się
za dziećmi, zatem poszedł do lasu i wrółał z c a łe j's iły : „kuku!
k u k u !“, lecz n ik t m u nie odpowiadał. Naraz, staje przed nim jak aś
białka i pow iada:
— „Dzieci twoje ju ż dawno zm arły w lesie z głodu. Za karę
jednak, iż z takiem okrucieństw em odepchnąłeś dzieci od siebie,
m asz odtąd na w ieki ‘wołać: „ k u k u ! k u k u !“. N atychm iast zam ienił
się chłop w kukułkę i nie mógł ju ż z gardzieli wydobyć co innego,
ja k tylko: „kuku! k u k u ! “ a dlatego przezwali go ludzie kukułką.
Z B u jn y.
Jak kukułka dostała swe imię. Gdy P an Bóg stw orzył zwie
rzęta, otrzym ało każde z nich nazwę, tylko k u k u łk a nie otrzym ała
żadnego im ienia. To zm artw iło ją, więc poleciała przed tron Boga
i rzekła:
„Czy j a nie dostałam im ie n ia ? “
— „Nie“ — odpowiedział P an Bóg.
— 302 —
Na to rozgniew ał się ptak i rzecze :
— „A więc kuk u łk ą chcę być statecznie.
I będę ku-ku! krzyczała wiecznie.
Od tego czasu nie słyszano z jej gardziołka innego głosu, ja k
ku-ku ! i ku-ku !
Z R u jn y .
#
*
*
Sroka. Je st ona ptakiem nieszczęścia, dlatego chłopi ta k często
przybijają j ą w raz z sowam i i jastrzębiam i n a drzw iach stodół.
Czynią oni to głównie dlatego, by przez to oddalać czarownice od
zagrody.
Raz żył w L ubnicy1) chałupnik, którego sąsiad zachorował
ta k śm iertelnie, że m u tylko jeszcze m aść hyclow ska pomódz mo
gła. W ięc chałupnik siadł n a konia i pojechał po m aść do najbliż
szego hycla, a chociaż w yjechał praw ie ze św item , wieczorem nie
był jeszcze z powrotem . W końcu powrócił z m aścią późną nocą,
lecz jakżeż on w yglądał ! Miał tw arz bladą ja k u tru p a i nie mógł
z siebie wydobyć słowa, ja k gdyby m u nagie mowę co odjęło. P y
tano go, co m u jest, lecz długo nie mógł dać odpowiedzi. Gdy przy
szedł w końcu do siebie opowiadał :
— „Gdym w racał od hycla i przejeżdżał koło pierwszej karczm y,
tej co stoi łasem , widzę ćmę pstrych ptaków, krążących w koło
m nie i przeraźliw ie krzyczących. Zdjął m nie lęk w ielki tak, że
, nie wiem sam , ja k ja przejechałem przez las. Na granicy Lubnicy
zniknęły ptaki, tylko dwie sroki siedziały jeszcze n a wierzbie a w y
glądały tak dziwnie, że m nie się zrobiło jeszcze ckliwiej koło serca.
Słyszę, że one rozm aw iają ze sobą ja k ludzie. Nagle stanął koń
mój a jed n a z srok zatrzepotała skrzydłam i i zawołała do m nie na
głos : „Słuchaj Pawle, ty m usisz um ierać i ju ż za dni ośm będziesz
leżał w ziemi, sąsiad twój zaś wyzdrowieje i będzie ochoczo chodził
za p łu g iem “. Teraz dostałem zaw rotu głowy i zdawało m i się, iż
znajduję się n a w ielkiej, dzikiej pustyni. I błąkałem się gdziesik
dobrych pięć godzin a ja k w końcu zajechałem do domu, tego sam
nie w iem ; to jed n a k wiem, że jestem straconym człow iekiem “.
Ludzie pocieszali go i chcieli m u to w ybić z głowy, lecz on
zbladł jeszcze bardziej i zrobiło m u się bardzo słabo i źle tak, że
położono go n a pościel a trzeciego dnia był rzeczywiście trupem ,
szóstego zaś znajdow ał się ju ż w ziemi. Choremu sąsiadow i zaś
b Löbnitz. Pomorze zachodnie. Ziemia Strzałowska.
— 308 —
m aść hyclow ska pomogła, wyzdrow iał prędko a tego sam ego dnia,
ja k się odbywał pogrzeb chałupnika, szedł za pługiem na swojem
polu,
A rndt I I . str. 44.
*
*
*
Kruk i czajka. K ruk nam aw iał raz czajkę, żeby w jesien i nie
odlatyw ała do ciepłych krajów, lecz pozostała n a Ruj nie i tu prze
zimowała. Czajka przystała n a to i z początku bardzo jej się podo
bały piękne dni jesienne, kiedy atoli przyszła zim a z m rozam i
a wody pokryły się lodem, m arzły jej straszn ie nogi a ona pełna
boleści, biegała po lodzie zawodząc:
„Ach Boże, moje nogi, moje nogi!
Pożal się zmarzniętej niebogi!“
K ruk złośliwy śm iał się i krak ał szyderczo :
„Mnie, białko, tak co roku się dzieje,
Lecz ja nie płaczę, tylko się śmieję“ .
Z Bujnij.
*
*
*
S zczygieł Kiedy miły Bóg stw orzył ptaków, pom azał ich farbą,
by się różniły jed n e od drugich. P rzy szczygle, który przyleciał
ostatni, brakło ju ż Stwórcy farby, więc z w szystkich garczków po
zbierał ostatki i pomalował m u pierze, dlatego szczygieł je s t tak
pstrokaty.
*
*
Jak lis zdradził wilka chîopowi. Lis schronił się przed zim nem
za piec, chłop atoli złapał go i zagroził śm iercią. Z pokorą błagał
o życie, obiecując chłopowi, że m u zam iast swego małego fu tra
dostarczy piękniejsze i większe, tylko m usi chłop związać swego
konia i położyć go n a gościńcu.
Chłop dał się nam ów ić i zrobił ja k lis żądał. Lis biegnie teraz
do w ilka i mówi:
— „Ojcze, — (lis zowie ta k w ilka zawsze) — wiem sute jadło
dla ciebie“.
Żarłoczny w ilk w tow arzystw ie lisa pospieszył n atychm iast
n a m iejsce, gdzie koń leżał i chciał zaraz brać się do żeru.
Lis m u je d n a k wzbronił tego, robiąc go uw ażnym , jak ie nie
bezpieczeństwo grozi m u n a gościńcu. Zaproponował więc wilkowi,
że uwiąże jego ogon do konia i ta k będzie w ilk mógł tego w y
ciągnąć w las, gdzie go spokojnie spożywać może.
— 304 -
Głupi w ilk przystał n a to, a lis wziął się do roboty. Gdy n ie
cierpliwy w ilk oglądał się, lis w iązał ogony; ja k w ilk nie patrzył,
huitaj od wiązywał koniowi nogi. Tym sposobem stało się, że chytre
zwierzę ukończyło obydwie roboty n a raz, a gdy zawołało :
— „Teraz ojcze c ią g n ij!“ — koń skoczył i podniósł się n a nogi,
a ponieważ był o wiele silniejszy, włóczył w ilka mimo wszelkiego
oporu za sobą, w prost ku zagrodzie chłopskiej.
Lis śm iał się do rozpuku w ołając:
— „Ojcze, chw ytaj się zębam i tra w y !“Z Rujwy.
*
*
*
Lis i chłop. Lis prześladow any przez strzelca schronił się do
checzy chłopskiej błagając chłopa, by go nie zdradził. Chłopu
zmiękczyło się serce, więc w skazał m u kryjów kę pod łóżkiem.
J a k strzelec wszedł do checzy i pytał o lisa, gniew ało chłopa,
że uniósł się szlachetnością wobec swego starego -wroga. W ięc chłop
chytry odpowiadał wprawdzie, ja k obiecał, że lisa tu nie było,
jed n a k oczyma wciąż w skazyw ał pod łóżko.
Strzelec nierozum iejąc tego poszedł dalej. Gdy niebezpieczeń
stwo przem inęło, wylazł lis z pod łóżka i mówił :
- — „Dobrą była tw oja mowa, tylko to przeklęte m iganie oczym a“.
Z B u jn y .
Lis i gąsior. Lis skradł gąsiora. J a k go chciał zjeść, gąsior
go prosił:
— „Zanim um rę, zrób m i jeszcze ostatnią radość i pląsaj ze m n ą “.
Lis zgodził się, więc obydwaj zaczynają skakać w koło. Gąsior
krzyczał ciągle przy tem : „kya/c! kija.k!“: lis zaś milczał, bo m usiał
zębam i trzym ać go za skrzydło.
— „Dlaczego nie w tórujesz m i w śp iew ie?“ — pytał gąsior.
Lis zapom niał się, puścił gąsiora wolno i wołał ochoczo : „hop
sasa! hopsasa! danaż moja, dana!“ Zaledwo gąsior uczuł się wol
nym od zębów wroga, w yleciał chyżo do góry i usiadł sobie na
drzewie. Dopiero teraz spostrzegł lis, jak ie palnął głupstwo, więc
robiąc m inę, ja k gdyby się nic nie stało, woła do gąsiora dobro
dusznie :
— „Cóż znow u? gdy m nie ogarnęła najlepsza ochota do pląsu,
zostawiasz m nie samego. Chodź, jeszcze raz popląsam y w kółko,
choć jed en r a z ! “
Gąsior z drzew a zawołał:
— „K ijak! kijak! nie g łupim !“
Z Bujnij.
*
*
.
.&:
— 305 —
Lis i kur. Lis złowił raz k u rk a i zabierał się pożreć go. K urek
mówi :
— „Jakżeż ty niepodobny do twego ojca nieboszczyka. Był to
m ąż pobożny, który zawsze przed jedzeniem odm aw iał m odlitw ę“.
Syn nie chciał co do pobożności pozostawać w tyle za ojcem,
więc złożył przednie łapki i modlił się, k u r uwolniony poleciał ja k
strzała i uratow ał się. Lis zbity z tropu zawołał:
— „O statni to raz, żem się modlił przed obiadem ; odtąd wolę
czynić to po jed z e n iu “.
Z R ujny.
*
*
*
Szczury. Roztropniejszych zwierząt, ja k szczury, niem a n a
świecie. Człowiek jed en złapał był raz w jed n y m kotle m nóstwo
szczurów i pozabijał ich w szystkich w yjąw szy jednego. Tego
w ziął sąsiad w opiekę swoją, w kładając do naczynia glinia
nego jako przynętę dla innych szczurów. Chytre zw ierzęta atoli
naw et nie m yślały o tern, żeby iść w pułapkę. Owszem, przywlekały one kam yki i gnój, które pow rzucały do garnka, w ypełniając
go tern tak, że złapany szczur m ógł się wydobyć z niewoli.
Szczególna rzecz, ja k i w pływ nadzw yczajny posiada gędźba
n a szczurów. Jeden chłop przyw iązał złapanem u szczurowi dzwo
neczek n a szyję a potem puścił go n a pole. W szystkie szczury
z okolicy powychodziły ze swoich dziur i poszły sobie stam tąd
precz.
Najosobliwsza rzecz z szczuram i zdarzyła się n a w yspie Omanicach. Z daw ien daw na było tam ta k dużo szczurów, że m ie
szkańcy w końcu nie m ogli sobie dać rady z nimi. W tem zjaw ił
się n a w yspie obcy wyw abiacz szczurów, który otrzym aw szy so
w itą zapłatę, zwabił w szystkie szczury tam tejsze a w ygnał ich
koło w si W ąsow a1) przez wodę n a m ałą w yspę południowo od
Omanie, k tóra od tego czasu otrzym ała nazw ę Szczurzyn2).
Na R ujnie opowiadają ludzie także o królu szczurzym , który
nosi n a głowie piękną, złotą koronę. Je st atoli szczur niesam ow ity.
Podobno siedzi w nim czart.
*
*
*
Dlaczego pędzą gęsi przed owcami na ściernisko. D aw niej gęsi
m iały powód być niezadowolone z swojego losu, gdyż wszędzie
b Wusse. Beyersdorf pisze poi. aaz. Osowo, która mi się wydaje mniej
właściwą. W Polsce Wąsowo, Wąsów, Wąsowice.
2) Rattenort.
20
— ЗОЄ —
upośledzano je, a naw et owcom było lepiej, gdyż po skończeniu
żniw m usiała w pierw trzoda głupich owiec pozbierać ziarna pozo
stałe n a ścierniach a dopiero to, czego te nie zdołały zjeść, pozo
staw ało dla gęsi.
Raz żył jed en człowiek, którego bardzo poważano. Nagle rozchorowuje się śm iertelnie tak, że lekarz żaden nie m ógł go uleczyć.
B iałka płakała gorzko przez cały dzień, co starego gąsiora n a po
dwórzu wzruszyło. Idzie więc do niej i pow iada:
—- „Białko, gdyby twój m ąż był gąsiorem , uratow ałbym go;
ponieważ on je s t tak im człowiekiem, ja k wszyscy n asi ciemięzcy,
więc niechaj gin ie“.
— „Ciekawam bardzo, — odrzecze białka - jak b y ś to zrobił?“
— „Nie je s t to ta k trudne, — odpowiada gąsior — ja k się w y
daje. W jeziorze leśnem rośnie ziele, które m y, gęsi, tylko znam y,
kto go zażyje, w siej czas w yzdrow ieje“.
Białka, słysząc to, prosiła gąsiora najusilniej, żeby przyniósł
cudowne ziele, a ona m u to w ynagrodzi sowicie.
— „Niechaj będzie, ale tylko pod w arunkiem , — odpiera gąsior —
że ludzie nie będą nas tak poniżali, żeby n aw et owcom daw ać na
ścierniskach pierw szeństw o przed nam i. Chcesz się na to zgodzić,
więc dobrze“.
Białka, p rzyparta strachem o męża, obiecała w szystko, więc
gąsior poleciał w las i niedługo powrócił z cudow nem zielem. Gdy
chory zażył z niego m ałą tylko cząstkę, wyzdrow iał natychm iast
i był n aw et jeszcze zdrowszym , niż przed chorobą.
Uszczęśliwiony nie zapom niał o sw ym dobrodzieju. Opowiadał
ludziom, co m a gęsiom do zawdzięczenia a ci postanow ili po wsze
czasy, że zaraz po zwiezieniu zboża z pola gęsi będą pierw sze pę
dzone n a ścierniska, po nich dopiero m ożna tam w ygnać owce.
Z P om orza zachodniego.
*
*
*
Dudek. Był on niegdyś kraw cem żeńskim . M ieszkał w wielkiem i bogatem m ieście, ubierał się w ykw intnie w pstre jedw abie,
a obsługiw ał tylko najzam ożniejsze dom y i pałace. Ponieważ był
przystojny i pięknie się ubierał, więc w szystkie ładne niew iasty
daw ały m u robotę, a także szył suknię królowej do koronacyi.
Tym sposobem stał się m ajste r dudek bardzo bogatym czło
wiekiem , a przecież nie m usiał mieć dosyć, bo wciąż biegał obju
czony tu i tam , że aż jęz y k w yw alał i stęk ał „huup ! h u p u p !“.
P an Bóg byłby mu tę skrzętność i zapobiegliwość przebaczył, lecz
z tego pow stała chciwość a tej Bóg nie mógł przypatryw ać się
— 807 —
spokojnie. W końcu kraw iec okradał w szystkich tych, którzy m u
daw ali robotę.
W ięc stało się tak, że pewnego wieczora, gdy objuczony za
w iniątkam i łatał stęk ając: „hnup ! h u p u p !“, stał się nagle p stry m
ptakiem , nazw anym jego m ianem , który lata około ludzkich checz
i stajen, a tam z nienasyconem łakom stw em zbiera najszkaradniej
sze rzeczy i znosi do swojego gniazda. Ma on do dziś dnia pstre
ubranie, którego jed n a część je s t czarna ja k kruk, druga zaś czer
w ona ja k ogień a obydwie zaś są barw am i piekła: czarność bowiem
jego szaty oznacza ciem nie piekielne, czerwoność piekielny ogień.
D udek zachował jeszcze z starych czasów kraw ieckich one:
„ hu u p ! ku p u p !“, kiedy jeszcze dźwigał kradzione rzeczy, pod którem i się uginał. Ludzie zowią go dlatego „kukułczym kościelnym “,
gdyż głos jego w ydaje się z daleka tak, ja k gdyby chciał n aśla
dować głos kukułki, podobnie, ja k czyni kościelny będąc odgłosem
śpiew u księdza. K ukułka je s t atoli ochocza i pieśń swoją w ygłasza
wesoło, dudek zaś je s t zasępiony nieborak a dlatego m usi wzdy
chać i skarżyć a je g o : „ huup! hupup !“ tak ciężko w ydobyw a m u
się z gardzieli.
A rn d t I. str. 3 5 7 .
*
""
*
Gadzice1) (jaszczurki). Ja k wrogie człowiekowi są gadziny, ta k
przychylne są m u m ałe gadzice. Jeśli człowiek leży n a ziem i i spi
a jadow ita gadzina przy czołga się w jego pobliże, to gadzica wbiega
n a pierś i tw arz człowieka, by go zbudzić, ostrzegając go przed
niebezpieczeństw em w ten sposób. Jeśli kto je d n a k gadzicę roz
jątrzy , staje się bardzo złą i odrazu kąsa dziewięć razy, z czego
pow staje dziewięć ran. Goją się one co roku jedna. Gdy atoli za
goiła się ra n a siódma, wówczas człowiek m usi um ierać.
Z B u jn y.
*
*
*
Lis i gęś. Raz pasła się gęś na polu. W idzi ona, że lis za
krada się do niej. Ponieważ nie m ożna było ju ż i m yśleć o ucieczce,
więc rzecze do lisa:
— „Chodź do m nie i pomóż m i szukać. Zgubiłam grosz a gdy
bym- go nie znalazła, chce m i chłop odrąbać głowę. W olałabym ,
żebyś ty m nie zjadł“.
!) Z gadzica powstało niem. narzeczowe : „H ad i t z e “ = jaszczurka.
20*
— 308 —
Lis pom agał szukać, chociaż m yślał tylko o pożarciu gęsi, nie
zaś o groszu. Po chwili mówił też, że grosza znaleść nie można,
więc chce ją pożreć. Gęś zgodziła się z tern, wym ówiła sobie jednak,
że przed śm iercią m usi sobie z lisem popląsać ochoczo. Lis schw y
cił j ą zębam i za praw e skrzydło i pląsał z nią wesoło w koło. Gęś
była wesołą i pląsając gdakała radośnie sw e: „Tcijalcl U ja k!“, na
co lis wtórował również ochoczo: „hopsasa! hopsasa!“. Gęś, m ając
wolne skrzydła obydwa, rozm achując się w pląsie w zlatuje szybko
do góry i leci do zagrody. Z góry gdacze lisowi :
— „Chodź za m n ą do zagrody, gdyż ja chcę tylko opowiedzieć
chłopowi całą tę historyę, a potem stoję n a twoje u słu g i“.
Lis nie poszedł za nią.
Z Pamorza wschodniego.
*
*
#
Zając. Pew nego razu sprzykrzył zając sobie życie.
— „Po co ja , biedne zwierzę, jestem wogóle n a św iecie?“ —
mówił do siebie. — „Człowiek strzela m nie a zw ierzęta i ptaki za
bijają. Jestem najnieszczęśliw szem i najbojaźliw szem stw orzeniem
Bożem n a ziemi. Dlatego pójdę i utopię się “.
Pognał więc do staw u, by spełnić swe przedsięwzięcie. Jego
kroki w rogozinie. nadbrzeżnej przestraszyły siedzącą tam żabę tak
dalece, że dotknięta śm iertelną trw ogą, rzuciła się na głowę w wodę.
Kiedy zając to widział, rzekł z radością :
— „W ięc przecież je s t jeszcze zwierzę, które je s t bojaźliwsze
odemnie, a n aw et m nie się boi“ — i wrócił od staw u z dum ą,
a więcej ju ż nie m yślał o samobójstwie.
*
*
*
Buszka i sikora. Obydwa te p tak i były niegdyś p arą pięknych
dziewek, córkam i starej, bogobojnej wdowy, która utrzym yw ała się
uczciwie z przędzenia, szycia i p ran ia jako też z innej jeszcze ro
boty. Miała tylko te dwoje dzieci, z których starsza nazyw ała się
Małgosia, młodsza zaś T rin a 1). Chociaż była ubogą, w ychow yw ała
córki bardzo dobrze: były one bowiem zawsze schludnie ubrane,
posyłała ich pilnie do szkoły i kościoła a ja k podrosły uczyła ich
szycia, trzym ając je zdala od wszelkiego zepsucia przy sobie
w izdebce. Małgosia i T rin a rozw ijały się pięknie, ja k pączki róży,
a były zarówno pięknej urody jako też cnotliw e i pracow ite tak,
że sąsiadki staw iały je za przykład swoim córkom.
p Katarzyna.
— 309 —-
Gdy atoli m atk a zmarła, nie pozostało długo w checzy tak
spokojnie, ja k dotychczas bywało. H ulacy zaw ąchałi piękne, młode
dziewczęta a wiedząc, że stróżki, gołąbeczki strzegącej, niem a, n a
chodzili je w checzy, nie dawali im spokoju, aż skusili dziewczęta
do zabaw, pląsów i włóczęgowstwa po wsiach, co kosztowało pie
niędzy, więcej pieniędzy, aniżeli one igłą, choć były bardzo biegłe
i zręczne, zarobić mogły, więc zaczęły pom ału przysw ajać sobie
obce i — ach! — kradły w końcu.
Raz skradły p strą jedw abną spódnicę, która w isiała u sąsiadki
w oknie i sprzedały włóczącemu się żydowi. Ubogiego czeladnika
kraw ieckiego, u którego znaleziono dużo kaw ałków pstrej, jed w a
bnej tkaniny, oskarżono o złodziejstwo, zasądzono go i powieszono.
B iedak w isiał więc n a szubienicy.
W ieczorem w racały obydwie dziew ki w tow arzystw ie parobków
i dziewczyn z pląsów w iejskich a droga prowadziła je w łaśnie
wedle szubienicy. Jeden z tej grom ady zawołał lekkom yślnie:
— „K raw czyku! kraw czyku! drogo ci przyszło zapłacić za szmacie
jed w a b n e!“
Zaledwo atoli słowa te skończył, uderzył grzech ja k grom
w obydwie dziewki, które spraw iły śm ierć kraw ca. Runęły, ja k
m artw e n a ziemię a w szyscy in n i z grom ady pouciekali z trwogą,
ja k gdyby w szystkie p tak i z pod szubienicy pow siadały im na
karki. J a k opowiedzieli zdarzenie to w mieście, poszli ludzie na
one miejsce, lecz obydwóch dziew ek tam ju ż nie było.
B yły one zam ienione w ptak i: Małgosia w ruszkę, T rina
w sikorkę, gdyż pierw sza nosiła czerwoną jedw abną chustkę, T rina
zaś żółtą. Muszą więc teraz jako m ałe ptaszyny latać po lesie, cier
pieć głód i pragnienie, znosić upał i zimno a drżeć przed krogulcam i i sokołami, gadzinam i i żmijam i, przed strzelcam i i chłopcamiszkodnikam i.
Że te ptaszyny były niegdyś ludźm i, m ożna ju ż i z tego w i
dzieć, że zawsze lata ją koło checz ludzkich a często w latu ją przez
otw arte okna do izb i dają się tam łowić a w lasach, gdy tylko
zoczą człowieka, ofruw yw ają go świergocząc. Dawnego nałogu nie
pozbyły się naw et przybraw szy postać ptaszą, m ianow icie p rzy
sw ajania sobie o b cych.rzeczy. Są one owszem zawołanem i złodziej
k am i a gdy tylko ujrzą cokolwiek pstrego i nowego lub lśn ią
cego, w n et lecą tam i zaraz dziobkiem sięgają po zdobycz
a dlatego żadne inne p tak i nie dają się ta k prędko łowić w sidła,
ja k one.
— 310 —
T aka k a ra tra iiła obydwie dziewoje za to, że zanadto hulały
po odpustach i że je skusiła p stra jedw abna spódnica, za którą
niew innie powieszono biednego kraw czyka.
A rndt I. 3 6 0 .
❖
* •
*
Myszy królik. Raz był chłop jeden, który m iał syna nazw i
skiem Jochem. Był to oczajdusza pełen dzikości i psot, którego
n ik t nie m ógł okiełznać. Przytem był bardzo pięknej postaci ciała,
um iał składnie mówić i przym ilać się tak, że n ik t nie mógł m y
śleć, kto nie znał, co w nim siedzi za hultaj.
Tem lepiej mógł w ykonyw ać swoje psoty i kaw ałki, ponieważ
um iał się ta k złożyć, że naw et ludzi najm ądrzejszych i najroztrop
niejszych w yprow adzał w pole. Ojciec, który znał swojego ptaszka,
starał się usilnie nakłaniać go do pracy ; lecz gdy tylko m iał wolną
chwilę, zaraz był hultajem i Wszędzie było dużo narzekań na
niego. Stare przysłowie powiada jednak, że dzban nosi wodę ta k
długo, dopokąd m u się nie urw ie ucho. T ak też stało się i z Jochemem.
Pewnego dnia powrócił był z lasu i zaraz zaczął pogwizdując
i w yśpiew ując biedź przez pole. Był m roźny dzień zimowy i padał
śnieg. J a k on ta k dokazując leciał drogą w wądole, stał tam m ały
bielusieńki człowiek, bardzo sta ry i w yglądający nędznie, który
okropnie stękał i biedził się, nie m ogąc podnieść dużego kosza na
plecy. Gdy zobaczył Jochem a, był bardzo rad, prosząc go, by m u
pomógł, słow am i:
— „Kochany synu pomyśl, że i ty będziesz kiedyś starym i sła
b y m , więc bądź ta k dobry i pomóż m nie w sadzić kosz na plecy“.
— „Bardzo chętnie“ -■ rzecze Jochem.
Bierze więc kosz, w sadza go n a plecy starca, potem z tyłu
w yw raca z koszem w śnieg, śm iejąc się i wołając szyderczo:
— „Teraz ptaszku — pip! pip! leć, kiedy m ożesz“.
S tary człowiek pow stał z w ielkim trudem z śniegu, pozbierał
rzeczy, które m u pow ypadały z kosza a za uciekającym oczajduszą
krzy k n ął gniew nie:
— „Pip — pip — ptaszku ! P a n Bóg cię nauczy pipkać, bezbożny
chłopcze!“
I Bóg go istotnie nauczył, ja k starzec zaklął. Kiedy nazajutrz
rano Jochem z siekierą n a ram ieniu szedł do lasu, by rąbać drzewo,
m usiał iść znowu przez ten wądół. Przyszedłszy bliżej zrobiło m u
się jakoś dziw nie koło serca, ta k dziwnie, ja k nigdy jeszcze w ży
ciu. A choć dzień był ja s n y i słońce zimowe wschodziło właśnie,
— 311 —
ja k kula ognista, jem u zciemniło się w oczach, ja k gdyby to była
północ. Było to jego sum ienie złe, które się odzywało. W ięc zdało
m u się, że starzec wychodził z wądołu i krzyczał n a ń :
- „Piękny ptaszku, pipkaj !“ i ju ż chciał in n ą obrać drogę do
lasu. Je d n ak upór przezwyciężył. Myślał on sobie:
— „Czy ja tam zabił kogo, żebym m iał stronić od tej drogi“ —
i poszedł w wądół złowrogi. Lecz zaledwie stanął n a m iejscu, gdzie
wczoraj przewrócił starca biednego z koszem, ja k go coś nie p o r
wie i nie zacznie nim trząść ta k strasznie, że się gdzieś rozleciał
n a kaw ałeczki a te rozprysnęły się w powietrzu. W ięcej ju ż nie
wrócił i n ik t go więcej nie widział. Ludzie m yśleli, że porwał go
zły duch za jego złe uczynki i bezbożne psoty.
T ak jed n a k nie było, tylko spełniło się zaklęcie pokrzywdzo
nego starca i grzeszny oczajdusza zam ienił się w nikłe ptaszę
pipkające, które wciąż lata przez kierze i głogi lub tłucze się koło
checz ludzkich, m arznie i głód cierpi a wciąż pipita.
Ma siw y kubraczek podobny do swego kaftanika, ja k i nosił
będąc człowiekiem, a oczy jego, ja k były, są śm iejące, choć nieraz
chce się im płakać. Zowią go kpiąco m yszym królikiem , in n i szy
derczo w ielkim Jochem em , albo królikiem Janem , a także i po
krzyw nikiem , gdyż zwyczajnie w pokrzyw ach buduje swe gniazdko.
Ma teraz czas rozm yślać nad swem i grzecham i, gdy w iatr huczy
a śnieżna zadym ka szaleje, on zaś m usi siedzieć n a gołych głogach
lub płotach i p i p k ać . Dzieci słyszą go często śpiew ającego a zaraz
przypom ina im rzecz z Jochemem.
Śpiewa on:
Pip ! pip ! pip !
Jabłka dojrzały,
Gruszki zżółkniały,
Woni słoninka,
Ciepła izbinka,
A Janek wiedzie pod rękę Trino.
Pip ! pip ! pip ! Trim; !
Suknia ma cienka,
Noc dla mnie męka,
Płot moje łoże —
Gdzie głowę złożę?
Wśród zimna, mrozu zginę !
A Janek wiedzie pod rękę Trinę !
Pip ! pip ! pip ! Trinę !
A j a biedny ginę !
Pip ! pip ! pip !
Podług A rndta.
— 312 —
Flądr. P ta k i w ybrały sobie króla, rybom była zawiść, więc
chciały uczynić ja k one. Uchwaliły, że w zsystkie ryby m ają się
zgrom adzić w wielkiej wodzie i p ły n ąć n a w yścigi, kto najdłużej
zdoła pływać, będzie królem.
J a k ustanowiono, ta k się stało. Ryby zgrom adziły się w morzu
i pływ ały współzawodnicząco, lecz w iększa ich część była po krót
kim czasie zmęczoną i pozostała w tyle. Lecz i te nieliczne ryby,
które pozostały na placu, m usiały w końcu ustąpić jednem u, który
pod względem w ytrw ałości przew yższył w szystkie, m ianowicie śle
dziowi, który tym sposobem został królem ryb.
Pom iędzy pozostałym i w tyle znajdow ał się także flądr. P rzy
wiązał sobie fartuch, żeby lepiej płynąć, je d n a k osiągnął tem tylko
tyle, że się przewrócił n a bok i praw ie wcale nie posuwał się
naprzód. Mimo to krzyczał wciąż :
— „Ja będę królem ry b ! j a będę królem !“
Od tego czasu m usi flądr pływ ać zawsze bokiem i m a pysk
krzyw y.
Opowiadał m i Jan Wedte w Wejherowie.
*
iii
+
Król gadów. W ładzcą gadów je s t król gadów. Nosi on piękną,
prześliczną koronę na głowie, k tóra lśni i błyszczy się, ja k szczere
złoto.
Raz ośmielił się i założył jed en człowiek, że może zakląć
w szystkie płazy w jedno koło tak, że nie będą śm iały przekroczyć
granicy. W y tk n ął więc koło, w szedł w nie i zaczął odm aw iać za
klęcie. Jakoż w szystkie gadziny, jaszczu rk i i robactwo powyłaziło
z dziur i zwaliło się ćm ą w one koło. Człowiek ten opuścił przez
pom yłkę jedno słowo w zaklęciu a to stało się jego zgubą, gdy
oto zbliża się nagle król gadów z lśniącą koroną n a głowie, toru
ją c sobie drogę całą grom adą płazów i idzie w prost n a tego czło
wieka. Gdy gady to ujrzały pełzają w szystkie za swoim królem
rzucając się n a czarodzieja, którego nie tylko na śm ierć zakąsały,
lecz całkiem zjadły.
Raz jeździec jed en zoczył króla gadów. Zlazł prędko z konia,
odrąbał m u łeb, schwycił koronę i pocwałował dalej. Chcąc pom ścić
króla, rzuciło się m nóstwo gadów w pogoń za jeźdzcem . Na szczę
ście dotarł ten do wsi i spostrzegł praczkę gotującą ług w kotle.
W trw odze rzuca koronę we w rzątek a gady n a łeb n a szyję lecą
za koroną w kocioł. To było jego szczęście, gdyż w szystkie popa
rzyły się. n a śm ierć a korona została jem u.
Kulm .
*
*
'
*
•
— 313 —
Kraj bocianów i jak piekarczyk stał się tam bocianem. Dokąd
bocian odlatuje w jesieni, tego żaden człowiek nie wie z pewnością.
Ludzie bardzo starzy opowiadają : Daleko, daleko n a południe, znaj
duje się szeroka pow ierzchnia wody. Ja k w ędrow iec tam się do
stanie, pobudza go coś w ew nątrz do klaskania w ręce. Zaledwo
aioli to uczynił, unosi się ju ż jako bocian wysoko w powietrzu,
przelatuje morze i osiada n a drugim jego brzegu jako człowiek.
W szyscy tam m ieszkający ludzie zam ieniają się na wiosnę w bo
cianów i pod tą postacią spędzają lato w naszych okolicach.
Ongi pewien piekarczyk, ochoczy do pątnictw a, ’w ten sposób
dostał się do ziem i bocianów. Zdziwiony pytał w najbliższej wsi,
gdzie się w łaściw ie znajduje. N ikt jed n a k nie rozum iał jego mowy.
W końcu dotarł do piekarza a ponieważ ten odgadł, że obcy n a
leży do jego zawodu, przyjął go do roboty. Życie w osobliwym tym
k ra ju podobało się jem u, gdyż z czasem nauczył się gw ary m iej
scowej. W końcu atoli ogarnęła go tęsknota za domem, więc prosił
swojego pana, by m u pozwolił odejść.
— „Teraz — rzekł ten - nie idzie. Mam w łaśnie odbyć w ielką
podróż, k tóra trw ać będzie pół roku. Zgłoś się na rok przyszły
a w tedy rzecz załatw im y“.
Piekarczyk zgodził się na to, pan jego odjechał i wrócił do
piero za sześć miesięcy. Gdy przyszedł czas, przypom niał czeladnik
piekarzowi dane m u przyrzeczenie.
— „Chętnie zezwalam, — odpowiada m u — gdyż tym razem
odbędziemy podróż razem “.
Kiedy stanęli n a brzegu morza, m usieli mimowoli klasnąć
w dłonie. N atychm iast stali się bocianam i,.lecieli przez morze i przy
byli do ojczyzny czeladnika piekarskiego, lecz i tu pozostali bocia
nam i i czeladnik żyw ił się przez całe lato żabam i a klekotał dzio
bem, jak każdy in n y bocian. Dopiero, gdy z panem swoim wrócił
w jesien i do ziemi bocianiej, odzyskał daw ną postać. A ja k m u
poszło w tym roku, szło m u ta k samo i później. Mógł on tylko jako
bocian opuszczać ziemię bocianią. J a k chciał być znowu człowiekiem,
m usiał przelatyw ać przez wielkie morze.
Z P om orza zachodniego. Jahn 4 6 4 .
' ¡¡fi:
; ■*
‘
:¡:
Sokół raróg był swojego czasu dum nym , zuchw ałym rycerzem ,
ciemięzcą ludzi, ta k znienaw idzony przez chłopów, że jeszcze zawsze
„junJcrów“ zowią raro g a m i1). Raróg m iał najpiękniejsze zam ki
*) W narzeczu dolno-niemieckiem Blagfoot (Blaufuss).
-
314 -
i dobra, mimo to nieznał litości i m iłosierdzia dla ubogich a żaden
żebrak nie- śm iał przestępow ać jego progu. N aw et czart z piekła
nie był by się odważył wyciąć sobie laski w jego lasach. N aj
większą radość spraw iało m u, jeśli m ógł gnać w najw iększą za
dym kę lub podczas najszaleńszej burzy chłopów i najem ników na
pole lub do lasu.
W końcu otrzym ał nagrodę. Śm ierć zapukała do drzw i jego
a z nią przyszedł czart z grom adą piekielnych duchów po duszę
potwora, by ją n a w ieki osadzić w piekle. Lecz pam ięć o nim
m iała pozostać n a ziemi, więc P a n Bóg zam ienił syna dzikiego
„ ju n k ra “, który także był praw dziw em dziecięciem czartowskiem ,
w ptaka, m ianowicie w raroga. Podczas kiedy ojciec sm aży się
w piekle, lata syn krzycząc przeraźliw ie w pow ietrzu a cierpiąc
głód i m arznąc. Inne ludy sokołów i czapel są wesołe i dobrze im
się dzieje. Gdyż kiedy zim a m roźna nadciąga, odlatują praw ie
w szystkie p tak i daleko za m orze w k raje ciepłe a w racają dopiero
n a wiosnę, gdy ju ż niem a śniegów i mrozów. Raróg m usi zostawać
i latać ponad rozległe, śniegiem pokryte przestrzenie i czyhać
a czyhać, by się dochrapać chudej m yszki lub małej ptaszyny.
Musi czyhać, gdyż łotr nie może upolować sobie nic lepszego. P an
Bóg za karę dał m u ciężkie skrzydła.
Gdy ludzie złego „ ju n k ra “ w idzą lecącego, w ołają doń szy
derczo :
— „Rarogu! rarogu! ja k ci sm akuje kocie jad ło ? czy dobre są
m y sz y ? “
Musi w szystko znosić i żyć w pognębieniu on, dzieci jego
i pra-pra-w nuki po wsze czasy.
A rn d t I I . 2 0 .
*
*
*
„Nie k a ra “. P rzez morze wod Р и сім przepłynął njekara; a to bel
w ilk, ale me rzeczeme njekara. A w on to wowce j ó d l T ak me przestawile tu ja d ro wod jednego m orza do dregjego, cobe jego wucKwacic.
T a k ten njekara przeszedł w to jadro; a têj m e jego zds wustrzelele
w tern jądrze.
Chałepe w okręgu W ejherowskim. Genowa 1 5 9 .
*
*
*
Dlaczego dymówki m ają czerw oną plamę pod gardłem. Dym ówki
zawsze były bardzo ciekawe, L atały ciągle po przed okna, by w i
dzieć co się w checzach dzieje i zaspokoić ciekawość. Ziębę gnie
— 315 —
wało to. Sprowadziła więc sobie beczkę czerwonej farby a pod nią
nap isała: „W ew nątrz znajduje się tu tajem nica“.
Zaraz przyleciały dym ówki i zaczęły zaglądać do otworu
wierzchniego beczki. Zięba siedziała w blizkości, przybiegła prędko
i szturchnęła je głową w otwór. Od tego czasu m ają dym ówki
czerwoną plam ę pod gardłem .
*
Okrąg Nowogardzki. Ja h n 4 7 4 .
*
*
Polny konik. Była raz sobie księżniczka, która dzikie prow a
dziła życie. Cały dzień tłu k ła się n a ognistym rum aku, goniąc po
polach i łąkach. Pewnego dnia przejeżdżała przez bór ciemny.
W yszedł k u niej m ały człowieczek i błagał ją o jałm użnę. Lecz
dziewica tw ardego serca nie chciała sobie przeszkadzać w rozrywce,
w ięc ofuknęła człowieczka, żeby jej zeszedł z drogi.
J a k ten nie ustępow ał, napięła konia ostrogam i i przejechała
go. Zaledwo spełniła zbrodnię, słyszy głos um ierającego człowieczka
w ołający :
— „Poniew aż byłaś ta k okrutną, więc tłucz się z twoim koniem
wiecznie po puszczy!“
N atychm iast zam ieniła się księżniczka i jej koń w jętka,
który n a pam iątkę tego zdarzenia zowie się po dziś dzień polnym
konikiem . Dopiero n a sądzie ostatecznym zniknie zaklęcie a polny
konik odzyska pierw otną postać.
Z B u jn y . Ja h n 4 8 S.
*
•Jí .
*
Pająk. I. P ająka nie wolno zabijać. Je st to św ięte stworzenie,
gdyż raz uratowało C hrystusa z wielkiego niebezpieczeństwa. Gdzie
i kiedy się to stało, tego ludzie ju ż niewiedzą. P a jąk je s t dosko
nałym wróżbitą. Pow iadają o n im :
Gdy się pająk z rankiem zjawi,
To cię roju trosk nabawi ;
Gdy wieczorem się ukaże,
Pokrzepieniem cię obdarzy.
A w południe pająk mały
Daje szczęście na dzień cały.
Ludzie widząc pająka w ołają do niego:
Pajączku mój !
Stójże, stój !
Chcesz szczęście mi dać,
To będziesz stać.
— 316 —
Nie chcesz mi szczęścia dać,
Nie będziesz stać.
I pójdziesz dalej,
My będziem płakali!
Potem bardzo uw ażnie przy p atru ją się ruchom pająka a podług
tego, czy stoi lub biegnie, urządzają dzieło dnia.
Z Pom orza zachodniego i B u jn y .
II. Chłop jed en odebrał w m ieście wielki spadek i w racał
z w ielkiem i pieniądzm i do domu. Ludzie źli dowiedziawszy się
0 tern, czyhali n a niego w lesie, by go zabić a potem ograbić.
Schowali się więc w gęstw inie drzew i tam um aw iali się, ja k m ają
w ykonać zbrodnię, co nie szło im gładko, bo jed e n chciał tak, drugi
inaczej, więc głośno poczęli się spierać ze sobą. Chłop ów w łaśnie
przybył n a to m iejsce i w ogromnej swej trw odze słyszał, ja k
wiedli spór o jego skórę. Chroniąc się schował w pień wydrążonego
dęba a gdy tam ju ż siedział w ukryciu, wylazł duży pająk i za
czął zasnuw ać otwór w drzewie przędąc n itk ę po nitce tak, że
pokrył go gęstą pajęczyną.
Tym czasem zbójcy porozum ieli się pom iędzy sobą i zam knęli
drogę. Lecz kto nie przychodził, to chłop bogaty, na którego czy
hali. B iegła godzina za godziną, nadszedł wieczór, a ciągle nie
było go jeszcze.
— „Zapewne gałgan podsłuchał nas — mówi z nich jed en —
1 schow ał, się gdzieś. Chodźcie, będziem go szukali“.
P rzetrząśli cały bór, lecz nigdzie nie mogli go znaleść.
W końcu przychodzą do onego dębu wydrążonego.
— „Zapewne tu siedzi“ — pow iada ich herszt i już chce zaglądać
bliżej. Lecz wszyscy in n i poczynają się śm iać m ówiąc:
— „Ach, jak iż głupiec z ciebie! czyż nie widzisz, że dziura w dę
bie cała zasnuta grubą pajęczyną. Gdyby tam właził, byłby ko
niecznie zdarł pajęczynę“.
Słowa były przekonyw ające, więc herszt zaniechał bliższych
oględzin dęba. Zbójcy czatowali jeszcze przez pew ien czas, potem
z próżne mi rękam i poszli do domu. Chłop był zatem, przez roz
tropność i chytrość m ałego pająka, uchroniony od niechybnej
śmierci.
P ająk ju ż niejedno dobrodziejstwo w yrządził ludziom a dlatego
nie godzi się niszczyć swawolnie jego mozolnej pracy a zbrodnią
byłoby zabijać zwierzę. Ktoby to uczynił, nie ujdzie ostrej kary.
Z Pom orza wschodniego. Tenże 4 9 9 .
ROZBIORY I SPRAW OZD A NIA .
Bujak F ranciszek Dr. L im anow a. Miasteczko powiatowe w Z a
chodniej Galicyi. Stan społeczny i gospodarczy. Kraków. G. Gebethner
i Sp. 1902. S tu d y a ekonomiczno-społeczne. Zeszyt I. str. 2 2 1 .
Druga to już praca tegoż autora, poświęcona monograficznemu ba
daniu stosunków gospodarczych ze ściśle odgraniczonym terytoryalnym
przedmiotem badania. O pierwszej pracy poświęconej takiemuż opisowi
Maszkienic pisałem też już po jej ukazaniu się jeszcze w г.. 1901. Wy
raziłem tam pewne wątpliwości co do typowości Maszkienic. Tu autor już
z większą restrykcyą, ale i z większą słusznością zaznacza, że „zasadni
czą cechą Limano wy jest przedewszystkiem zacofany i opłakany stan go
spodarczy, tudzież to, że ludność jej składa się z trzech odrębnych grup
społecznych, nie wiele a nawet pod wielu względami nic nie mających
ze sobą wspólnego“, t. j. z ludności urzędniczej, ludności mieszczańskiej
rolniczo-rzemieślniczej i ludności żydowskiej handlowo-przemysłowej. „Co
do tych dwóch cech zasadniczych Limanowa
nie stanowi wyjątku w Ga
licyi, owszem podobnych miasteczek jest u nas znaczna ilość. Choć nie
brak im warunków i cech
indywidualnych, to
jednak nie różnią sięmiędzy
sobą do tego stopnia, aby
poznanie jednego
z nich nie mogło daćpojęcia
o ich ogóle. Jesteśmy przekonani, że opis Limanowej da właśnie dobry
pogląd ogólny na stan takich miasteczek. „Aby jednak udowodnić, że
Limanowa jest zupełnie odpowiednią przedstawicielką tego rodzaju m ia
steczek, musiałbym je wpierw wszystkie osobiście dokładnie zbadać“.
Zastrzeżenie to metodologiczne uważamy za zupełnie słuszne, z drugiej
strony zaś dzielimy przekonanie autora (acz nie pewność) o typowości
Limanowej.
Materyały do niniejszej pracy zbierał autor wśród urzędów i od osób
prywatnych, po części wedle przedłożonych kwestyonaryuszów. Główną
podstawą dla statystyki i środkiem zbierania wielu cennych danych był
ostatni spis ludności, dokonany 15. stycznia 1901 r., z którego autor ko
rzystał przed odesłaniem go do centralnej komisyi statystycznej.
Limanowa jest ciągle’małem miasteczkiem górskiem, mimo że jej
rozwój popierają tak ważne czynniki, jak znaczne jarm arki na bydło,
tudzież okoliczność, że jest siedzibą sądu powiatowego, starostwa i innych
urzędów administracyjnych. Wszystkie te i wiele innych czynników ścią
gają do niej codziennie dosyć licznie ludność okoliczną. Bezpośredni wpływ
jej na okolicę, wyrażający się we wzajemnej zależności gospodarczej jest
oczywiście bardzo słaby i terytoryalnie ograniczony, bo niema ona sił
— 318 —
objąć i wyczerpać wszystkiego, co produkują na zbytek biedne górskie
wioski, a z drugiej strony nie jest w stanie zaspokoić wszystkich ich po
trzeb kulturalnych.
Ten opłakany stan rrzeczy objawia się nadto w upadku rzemiosł,
w lichym stanie handlu, w braku kapitału zakładowego do prowadzenia
przedsiębiorstw, wreszcie w ucisku fiskalnym. Autor przypisuje ten smutny
stan różnorodnym okolicznościom. Mieszczanom brak energii życiowej,
przedsiębiorczości i ochoty do pracy. Zarozumiali i zadowoleni ze siebie,
narzekają na cały świat i skarżą się, zamiast się brać do roboty i starać
0 zarobek, nie mówiąc już o lepszem wykształceniu, zawodowem. Nie
korzystne położenie geograficzne miasteczka wymaga większej niż gdzie
indziej pracy i zabiegliwości, a tymczasem nie ma ich tu nawet w śre
dnim stopniu. Rzemieślnik nie zdołał się jeszcze zastosować do nowych
zmienionych warunków. Posiadanie kawałka ziemi, tak ważne dla rze
mieślnika w małem miasteczku i na wsi, jest w Limanowej raczej szko
dliwe, bo skłania do zbytniego liczenia na dochód z roli i przywiązuje go
do miejsca.
Żydzi, trzymający się wiernie zarówno talmudu jak handlu, posiadają
przedsiębiorczość i energię, ale brak im kapitału. Nie wszyscy mogą sobie
zdobyć dostateczne utrzymanie, bo jest ich jako pośredników w obrocie
(handlarzy) za wiele w stosunku do potrzeb miasteczka i okolicy. Choć
podstawy przedsiębiorstw handlowych (drogi kredyt) są dosyć chwiejne,
to jednak handel znajduje się w nieco lepszem położeniu niż rzemiosło ;
przewaga leży nietylko w energii, ale i w uzdolnieniu zawodowem.
Autor sądzi, że Limanowa nie ma warunków rozwoju na większe
miasto, nie ma specyalnych warunków dla rozwinięcia przemysłu fabry
cznego, ale jako miasteczko może sobie zdobyć dobrobyt. Dobrą podstawą
tego dobrobytu są znaczne jarm arki na bydło, które gromadzą odbiorców
nietylko dla handlu, ale i dla rzemiosła. Zwiększenie ich ilości zwiększy
łoby niewątpliwie ogólny obrót handlowy. Jarmarki na bydło ułatwić mogą
handel mięsem i wyrobami mięsnemi, tudzież garbarstwo, które ma tutaj
warunki rozwoju, a istniejące dwie garbarnie wcale dobrze wegetują.
Szewstwo, mające obecnie bardzo silną konkurencyę ze strony Dob
czyc i Starego Sącza, mogłoby zasadniczo zreformowane dostawać w wię
kszej ilości obstalunki wojskowe, zapewnić sobie zbyt na najbliższych
targach a nawet pracować na zbyt w odleglejszych okolicach. Bo choć
stosunki gospodarcze naszego kraju znacznym uległy zmianom, to jednak
przedstawia on dla produkcyi rzemieśniczej jeszcze znośne warunki pracy
1 zbytu. Butów z wysokiemi cholewami nie wyrabiają fabryki austryackie,
nie ma dotąd importu prostych wyrobów bednarskich i stolarskich, ani
kożuchów takich, jakich obecnie używa i długo jeszcze używać będzie
galicyjska ludność. Nawet w wyrobie tandetnych ubrań może rzemieślnik
skutecznie konkurować z wiedeńską fabryką.
By to wszystko jednak stało się możliwem, trzeba przedewszystkiem
odpowiedniej organizacji zbytu handlowego, choćby w formie pracy na
skład (niezmonopolizowany), a powtóre odrodzenia woli, myśli i czucia
drobnego mieszczaństwa.
D r. Z . Gargas.
— 319 -
Ks. M. Czermiński T. J. „ Z О-тещ i K re ty 11. Tekst objaśniony
107 cynkotypami i mapką. 8 -ka. str. 349. Kraków. 1902.
Ks. M. Czermiński, który przesunął przed oczyma czytelnika cały
szereg barwnie skreślonych obrazów z Albanii, Bośni, Czarnogóry, Dalmacyi, Hercegowiny, Laponii, Norwegii, Serbii i innych krajów, dzieli się
obecnie - wrażeniami, jakie odniósł w podróży, odbytej w roku 1899 po
Grecy i i Krecie.
Na wstępie dzieła kreśli autor rys historyczny Grecyi ; zaczynając
od bitwy pod Cheroneją, przedstawia kolejno dzieje Grecyi niepodległej,
jej upadek, rządy macedońskie, rzymskie, bizantyńskie, tureckie aż do naj
nowszych czasów. Autor zwraca szczególną u w a g ę 1 na stronę religijną
Grecyi od najdawniejszych czasów — na rozwój chrystyanizmu, który cieszy
się starą trądy су ą.
Rys historyczny kończy autor rzutem oka na statystykę dzisiejszej
Grecyi. Pobyt autora w Grecyi, w której wiele miejsc przemawia do wy
obraźni tradyeyą lepszych czasów, skłania go do skreślenia przeszłości
dziejowej tych miejsc, które zwiedzał, znów ze szczególnem uwzględnie
niem strony religijnej.
Pierwszym etapem podróży była wyspa Corfu; opisując ją, naw ią
zuje autor do prastarych tradycyi hornerowych i kreśli historyę wyspy do
czasów najnowszych; Kościołowi katolickiemu stawia autor smutne horo
skopy na przyszłość z powodu obojętności religijnej.
I tak kolejno opisuje autor miejscowości, jakie zwiedzał, dzieląc się
z czytelnikiem tem, co bardziej godne widzenia, a więc opisuje Itakę,
Kefalonię, Zante (fior de Levante). Z Zante udał się autor na Peloponez,
gdzie zwiedził Patras i Mekkę grecką „Olimpię“, sławne igrzyska olim
pijskie dzięki jasnemu i barwnemu przedstawieniu autora, żywo stoją przed
oczyma czytelnika. Z Olimpii lądem ponad zatoką Koryncką udał się autor
do Aten. Wrażenia tamże odniesione grupuje w ten sposób, że poprzedza
stosunki religijne i społeczne wiadomościami z odległej starożytności. Cie
kawe są uwagi autora, odnoszące się do kościoła greckiego, na który
patrzy, jak na coś sparaliżowanego, na coś, coby mogło wykonywać zdro
wotne funkcye, lecz nie jest w stanie dla choroby krępującej wszystkie
muszkuły i nerwy, począwszy od głowy aż do ostatnich kończyn członków.
Duchowieństwo greckie stoi na nader niskim stopniu wykształcenia, na
wyższe dostojeństwa kościelne można się dostać drogą przekupstwa.
W dalszym ciągu zwiedził autor kilka wysp z grupy Cyklad, jak
Syrę, Delos, Tinos, gdzie działali dwaj misyonarze Polacy, 0. 0. Osmołowski i Kuczyński.
W drugiej części przedstawia nam wrażenia, jakie odniósł z pobytu
na Krecie, związanej z Grecyą długowiekowym losem i wspólnemi aspiracyami. Ciekawe są wiadomości, dotyczące tej wyspy; autor zwiedzał
Kretę niedługo po zawierusze politycznej, jaka zapisała się w dziejach
ostatnich czasów głoskami krwawemi rzezi i mordów, a więc wiadomości,
jakie nam podaje, czerpał z pierwszego źródła, z pierwszej ręki. Oprócz
całego szeregu barwnie naszkicowanych obrazów, kreśli autor rys histo
ryczny tych miejscowości, króre zwiedzał, podaje statystykę wyznań.
Praca ks. M. Czermińskiego jest nader cennym nabytkiem dla po
znania tych krajów a nabiera jeszcze większej wartości, gdy zaznaczymy,
że zdobi ją cały szereg wytwornych iłlustracyj, które przyczyniają się do
— 320 —
poznania tych krajów; dość wspomnieć, że na 3 4 0 stron znajduje síq 107
cynko typów. Na końcu dzieła podaje autor mapkę Grecyi, na której wy
znaczył rutę swej podróży, odbytej w roku 1 8 9 9 .
Aleksander M edyński.
G eskoslovanské letopisy musejní.
Věstník m useí
a archeologů českoslovanských. R edaktor a vydavatel
V. V. J e n í č e k . (C z e sk o sto w ia ú sk ie ro c z n ik i m u z e a ln e . O rg a n m u z e ó w
i a rc h e o lo g ó w c z e sk o sło w ia ń sk ic h . R e d a k to r i w y d a w c a W . W . J e n ic z e k ).
W C zasław ie . 1 9 0 2 . Z esz. І. і II.
L u d o z n a w s tw o i a rc h e o lo g ia ta k ie z ro b iły w C z e c h a c h p o s tę p y , że
is tn ie je ta m około 70 m u z e ó w lo k a ln y c h , b o g a ty c h w o b fity m a te r y a ł e tn o
g ra fic z n y i a rc h e o lo g ic z n y . Ż e b y stw o rz y ć łą c z n o ść m ię d z y te m i m u z e a m i
i d a ć sp o so b n o ść p o ro z u m ie n ia się ic h z a rz ą d o m , p o s ta n o w ił p . Je n ic z e k ,
k u sto sz m u z e u m w C z a sła w ie w C z e c h a c h , w y d a w a ć p o w y ż sz y o rg a n .
B ę d ą w n im u m ie s z c z a n e w ia d o m o ś c i sz c z e g ó ło w e o p o je d y n c z y c h m u z e
a c h , o d u b le ta c h w n ic h się z n a jd u ją c y c h , a b y j e m o ż n a w y m ie n ia ć n a
d u b le ty in n y c h z a k ła d ó w , w ia d o m o ś c i o n o w y c h n a b y tk a c h i w y k o p a lis k a c h ,
ra d y d o ty c z ą c e p rz e c h o w y w a n ia z ab y tk ó w , u r z ą d z a n ia m u z e u m itp . Ł a m y
je g o o tw a rte s ą ta k ż e d la ro z p r a w n a u k o w y c h z d z ie d z in y e tn o g r a fii i a r
c h e o lo g ii ; w o g ó le p ism o to m a d a w a ć o b raz m c h u o g ó ln e g o n a p o lu w y
m ie n io n y c h n a u k i w m u z e a c h cz e sk ic h .
W p ie rw s z y c h d w ó c h z e sz y ta c h z n a jd u je m y te ż „ P ro je k t u s ta w y d la
w y m ia n y p rz e d m io tó w m u z e a ln y c h “ , „Z r u c h u m u z e a ln e g o -w P ra d z e
w r. 1 9 0 1 “ , „ D w u d z ie s to le tn ia c z y n n o ść to w a rz y s tw a m u z e a ln e g o w P olic z c e “ , „M u z e u m p rz e m y sło w e d la C zech w s c h o d n ic h w C h ru d im iu “ ,
„ K ra jo w e M u zeu m i T o w a rz y stw o m u z e a ln e w W ę g ie rs k im B ro d z ie “ ,
„ C z e sk ie a r c h iw y “ . Z ro z p r a w fa c h o w y c h z n a jd u je m y : „ 0 s ta ro ż y tn o ś c i
c e ra m ik i s ło w a c k ie j“ i „ U p ra w ia n ie a rc h e o lo g ii p rz e d h is to r y c z n e j n a M o
r a w ie “ . O prócz te g o m a m y 5 n e k ro lo g ó w , o so b n e d z ia ły p o ś w ię c o n e b ie
ż ą c y m w ia d o m o śc io m m u z e a ln y m i b ib lio g ra fię . K a ż d y z e s z y t o zd o b io n y
j e s t j e d n ą ry c in ą g łó w n ą i k ilk o m a w te k ś c ie . M ie się c z n ik te n m o ż e o d d a ć
z n a k o m ite u s łu g i m u z e o m c z esk im , jt ż eli w d a ls z y m c ią g u o d p o w ie z a ło
ż o n e m u so b ie z a d a n iu .
K ie d y u n a s d o jd z ie do te g o , a b y ś m y m ie li 70 m u z e ó w i p o d o b n y
o rg a n m u z e a ln y ?
J. LeciejewsJci.
„Swiatowit“. R o c zn ik p o św ię c o n y a rc h e o lo g ii p rz e d d z ie jo w e j i b a d a
n io m p ie rw o tn e j k u ltu ry p o lsk ie j i s ło w ia ń s k ie j, w y d a w a n y s ta r a n ie m
E ra z m a M a je w sk ie g o . T o m I I — 1 9 0 0 . (5 8 illu s tra c y j w te k ś c ie і X V I. ta b lic ^
W a rs z a w a . Skł. g ł. w k s ię g a rn i E. W e n d e g o S p . 1 9 0 0 . 8°, s tr. 2 - f - 2 6 0 ‘
W części pierwszej znajdujemy prace W. Szukiewicza : „Kurhany
ciałopalne w Pomusiu“, Pr. Tarczyńskiego: „Groby rzędowe kamienne
w powiecie Płockim“, dr. Wł. Olechnowicza „Narzędzia krzemienne z okolic
Chodia“, M. Wawrzenieckiego „Zabytki przeddziejowe w pow. Miechow
skim“ , M. Butrymówny „Kurhany w Pakalniszkach w pow. Poniewieskim“ ,
wreszcie cztery prace samego redaktora „Garncarstwo we wsiach Grabowa
— 321 - ~
Góra“, „Zabytki przeddziejowe w Dziesławicach“, „Sprawozdanie z wy
cieczek archeologicznych“, dokonanych w latach 1898 i 1899 w niektó
rych miejscowościach gub. kieleckiej i radomskiej, wreszcie „Ślady Wendów we Frankonii“.
Jak widzimy z tytułów wszystkie wymienione prace dają tylko materyał, z wyjątkiem ostatniej pracy p. E. Majewskiego, starającej s íq sy
stematycznie zestawić, zsumować szczegółowe badania archeologiczne
i wyciągnąć z nich wnioski ogólniejsze. Praca ta jednak oparta jest na
materyale, zebranym przez obcych uczonych. U nas na uogólnienia tego
samego rodzaju jest zawcześnie, zbyt mało posiadamy potrzebnego materyału. Archeologiczne badania nasze trw ają wciąż w stadyum groma
dzenia materyałów, a nawet nie weszliśmy jeszcze w całej pełni na te
tory. Nie możemy nawet z tego powodu zająć się systematyką zebranego
m ateryału; zamało go i zbyt on dorywczy, fragmentaryczny. Właśnie
Ś w i a t o w i t ma na celu ułatwienie w wypełnianiu tych luk, on też jest
ogniskiem pracy w kierunku gromadzenia możliwie większej ilości potrze
bnego materyału. Nie wątpimy, — sądząc po wydanych już rocznikach, —
że celu tego dopnie. Oby jak najszybciej !...
W tymże dziale pierwszym znajdujemy rubrykę p. t. „Korespondencya“ . Są to drobne przyczynki, dotyczące różnych wykopalisk
i wyjaśnienia zagadkowych, nierozstrzygniętych kwestyj z zakresu arche
ologii przeddziejowej. Spotykamy tu wiadomości i rozstrząsania nader cie
kawe np. o kamieniach z wyrytymi na nich znakami.
Na czele części drugiej wydrukowano dwa przyczynki do krajowej
mapy archeologicznej, a mianowicie „Materyały do mapy gubernii płoc
kiej“ i „Notatki archeologiczne“ podług „Słownika Geograficznego“. Dalej
znajdujemy tu mowę prof. Yirchowa przy otwarciu ogólnego zebrania
Towarzystwa Antropologicznego w Lubece, traktującą o Słowianach w Środ
kowej Europie ; następnie komunikaty : dr. Wł. Demetrykiewicza „O Ba
daniach nad dobą przedhistoryczną w Galicyi“ i dr. Kętrzyńskiego „O Sło
wianach, mieszkających niegdyś między Renem a Łabą, Salą i granicą
Czeską“; — dwie notatki K. Chamca: „O Bastarnach“ i „W sprawie
systematyki wyrobów glinianych“ i G. Ossowskiego ciekawy artykuł syn
tetyczny p. t. „Charakterystyka obszarów archeologicznych Galicyi“ . Całą
przestrzeń kraju od granie śląskich na zachodzie do kończyn wschodnich,
graniczących z Wołyniem i Podolem dzieli autor na trzy obszary archeo
logiczne : zachodni czyli krakowski, środkowo - wschodni czyli lwowski
i południowo-wschodni czyli pokucko-podolski.
Po dziale „Rozbiorów i Sprawozdań“ znajdujemy obszerne i dokładnie
dokonane przez K. Chamca streszczenie cennej pracy dr. L. Niederlego :
„Lidstvo v době předhistorické“,
W rubryce „Z Muzeów“ zamieszczono : Krótkie wskazówki do utrw a
lania przedmiotów starożytnych, Wykaz muzeów archeologicznych obcych,
Jak odkopywać cmentarzyska płaskie, Prawa i rozporządzenia dotyczące
wykopalisk, wreszcie wspomnienie pośmiertne pióra R. Yerneau o Teofilu
Chudzińskim (f 1897 w Paryżu w 55-ym roku życia), znanym i cenionym
w świecie naukowym, szczególniej we Francyi.
„Drobne notatki“ dorzucają również garść szczegółów dla archeologa,
wiadomości zaś, dotyczące zjazdów archeologicznych (w Kijowie r. 1899
i w Paryżu r. 1900) i „Bibliografia“ ważniejszych prac z lat 1898— 1899,
21
— 322 —
wreszcie doskonały „Skorowidz _ analityczny“ — spajają w jedną całość
bogatą treść drugiego rocznika Ś w i a t o w i t a . Wartość artykułów podno
szą wielce pięknie i starannie wykonane przytem nader liczne iluśtracye,
mapy, plany w tekście i fotograficznie wykonane tablice.
H enryk Ołaszyn.
Grabski Stanisław. Słowacy. Warszawa. 1901, wydawn. „Przegl.
Tygodn.“, 8 °, str. 95.
Książeczka p. St. Grabskiego składa się z czterech rozdziałów, w któ’
rych autor kreśli dzieje literatury i języka słowackiego, — mówi o roi"
nictwie, pasterstwie, gospodarstwie mlecznem i domowem, dalej o emigracyi Słowaków, o kramarzach, szklarzach, druciarzach, o większych
spółkach i przedsięwzięciach handiowo-przemysłowych, o sianie szlachec
kim, o „ziemian:1’h “, o ich poziomie umysłowym i moralnym, o renega
tach t. zw. „odrc Jlcach“ i o inteligencyi słowackiej, którą stanowią lekarze,
adwokaci, literaci i nauczyciele ludowi. Wreszcie opisuję centrum życia
umysłowego na . owacyi — Świętego Marcina, r'ew ici :ą stolicę komitatu
turczańskiego — i dzie-ô „Domu“ (narodowego), muzeum przy nim,
fabrykę mebli, narodowy bank „Tatra“ i czasopism lenni wo.
Z wyjątkiem rozdzr a pierwszego, w którym autor mówi o litera
turze i języku, inne nie pozostawiają nic do życzenia. Przeciwnie, z przy
jemnością zaznaczamy, iż autor dał nam w nich wierną i dokładną ogólną
charakterystykę stosunków ekonomicznych i społecznych na Słowacyi.
Z każdego wyrażenia widać, iż stosunkom tym przyjrzał się on dokładnie ;
jedynie wiadomości o literaturze i dziejach języka słowackiego brane są
z drugiej ręki; stąd tu i ówdzie wkradły się niektóre, zresztą niewielkiej
wagi, błędy i sprzeczności. Obszerniej pisać o nich na tem miejscu nie
będziemy, a ciekawego czytelnika odsyłamy do naszej obszerniejszej recenzyi, wydrukowanej w majowym zeszycie „Przeglądu Powszechnego“
(str. 258— 260); zwrócimy tu tylko uwagę, iż autor niesłusznie używa
wyrażenia „język słoweński“ dla oznaczenia języka, którym mówią Sło
wacy. Tak wprawdzie nazj wają Słowacy swój język, ale my, Polacy, na
zywamy go s ł o w a c k i m ; „słoweńskim“ zaś lub „słowieńskim“ nazywamy
język Słowińców.
Na ogół więc praca p. Grabskiego posiada dla nas wartość, jako
praca w większej swej części oparta na samodzielnej obserwacyi, doko?.
nanej przez autora na miejscu, co z vun większą przyjemnością podno
simy, iż u nas wszelkie opisy „pobra mców“ nie wychodzą zwykle po za
ramy kompilacyi, opartych na wydawnictwach niemieckich, częstokroć zu
pełnie nie. zasługujących z powodu swej bałamutności na uwagę.
H enryk Ułaszyn.
Pamiętnik Towarzystwa Tatrzańskiego. Rok 1901. Tom XXII.
Kraków, 1901. str. 169. Nakład i własność Towarzystwa Tatrzańskiego.
Dział naukowy Pamiętnika wypełnia praca znanego miłośnika Tatr
i doskonałego ich znawcy, dra St. Elj^sza-Radzikowskiego, p. t. „ Z a k o r
p a n e p r z e d s t u ł a t y “ (str. 109— 160), ozdobiona widokami gó-
— 323 —
tatrzańskich i mapą, wykonanemi podług współczesnych miedziorytów
Baltazara Hacqueta, wydanych w Norymberdze w r. 1796.
Z pracy tej dowiadujemy się, iż Zakopane już w r. 1578 otrzymało
od Stefana Batorego przywilej osadczy, który jednak gdzieś się zawie
ruszył. W miejsce niego w r. 1670 Michał Wiśniowiecki wydał podda
nym zakopiańskim nowy przywilej, utwierdzający ich prawa posiadłości.
Do rozwoju Zakopanego w ostatniej ćwierci XVII. w. przyczyniła się
głównie starościna nowotarska, Ilaryanna de la Grange et Arquien Wielo
polska, siostra żony Jana III. Sobieskiego. W r. 1765 dokonano ostatniej
w Zakopanem lustracyi, podług której to ostatnie wraz z Olczą (dziś przy
siółek) płaciło czynszu rocznego złp. 2.510 gr. 18.
Inna część tej pracy poświęcona jest etnografii ludu podhalskiego.
Do tego właśnie tekstu dodano dwie chromolitografie, przedstawiające
stroje górali i mieszczan nowotarskich. Zaznaczyć tu jednak musimy, iż
autor nigdzie nie objaśnia, skąd owe ryciny są wzięte. Czytelnik więc,
mając na względzie, iż rzecz traktuje o „Zakopanem przed s t u laty“ ,
sądzi, że i dołączone chromolitografie ilustrują epokę z przed s t u lat, że
zatem są kopiami np. z jakichś starych akwarel. Myli się jednak czytel
nik — i to z łaski p. Eljasza-Radzikowskiego, który nietylkp, że nie po
dał źródła, skąd wziął te ryciny, ale poczynił pewne zmiany, a nawet
dokładnie nie przetłumaczył umieszczonych na nich podpisów. Zaznaczamy
więc na tem miejscu, że ryciny te wziął p. E.-Radzikowski z wydawni
ctwa p. t. D a s p i t t o r e s k e O e s t e r r e i c h , które wyszło nakładem
H. P. Mullera w Wiedniu w r. 1842. Chromolitografie te zatem nie przed
stawiają strojów „z przed s t u la t“ !
Henryk Ułaszyn.
Karłowicz Jan. S łow nik gw ar polskich. Tom I. od A do E, tom
II. od F do G. Kraków. Nakł. Akademii Umiejętności. 1900—1901. 8-ka
str. 454 i 552.
W pierwszej chwili, kiedy się rzecz tę bierze do ręki, ma się uczu
cie, czy przedsięwzięcie nieprzedwczesne, boć tyle a tyle gwar ludowych
jeszcze nie zbadano, a te, co są znane, czy są zbadane gruntownie zwła
szcza pod względem słownikarskim ? Jak się pokazuje z przedmowy, autor
zdawał sobie z tego sprawę i zadawał sobie pytanie: czy to, co ogarnąć
i przetrzebić potrafił, wydać, czy też zbierać i zbierać materyały i prze
kazać je potem „nieprzyjaznym zwykle losom rękopisów pośmiertnych“.
Dobrze się stało, że znakomity autor zdecydował się na krok pierwszy,
gdyż tym sposobem pozyskamy dzieło, o jakiem na razie nikt nie odwa
żył się nawet pomyśleć. Wiele a wiele gwar jeszcze nie zbadano, a tych.
które badano, nie zbadano dokładnie, zwłaszcza pod względem leksykal
nym, a i tak ogrom materyału już istniejącego zajął autorowi trzydzieści
lat pracy ; prawda, że ten czas nie był wyłącznie tej pracy poświęcony,
ale zawsze to praca niezwykła. „Ktokolwiek — powiada autor — zechce
dopełniać, objaśniać lub prostować zebrany przezemnie materyał, niech
raczy przyczynki swe nadsyłać Krak. Akad. Umiej., z nadmienieniem, iż
czyni to w celu zbogacenia słownika; mnie bowiem na ogłoszenie dodat
ków a tem bardziej na drugie wydanie życia i czasu nie starczy ; w Aka
demii zaś każdy przyczynek znajdzie bezpieczne schronienie, a z. czasem
21*
— 324 —
zużytkowanie“. Tym sposobem wprowadził autor i dalszy ciąg tej pracy
na najlepsze tory.
Jak dla samego przedsięwzięcia tak i dla wykonania dzieła możemy
mieć tylko same pochwały, bo naprawdę trudno nam pod tym względem
znaleźć coś takiego, z czcilibyśmy się nie mogli zgodzić. Bardzo dobrze
naszem zdaniem stało się, że autor obrał za punkt wyjścia w pisaniu
wyrazów naczelnych język polski literacki, a tylko w cytowaniu źródeł
przytacza wyrazy z pisowni oryginałów, o ile naturalnie to uczynić się
dało, gdyż pisownia ta je st czasem prawdziwem dziwactwem. Kto zresztą
i tego ciekaw, znajdzie łatwo źródła, gdyż są z wszelką skrupulatnością
cytowane. Nie zapuszczam się w 4dalsze pochwały, gdyż autor ich nie po
trzebuje, samo jego nazwisko wystarcza, aby wiedzieć, że dzieło ma pod
każdym względem pierwszorzędną naukową wartość.
S. Matusiak.
Melodye ludowe litew skie. Z e b r a n e p r z e z śp. k s i ę d z a A n
t o n i e g o J u s z k i e w i c z a ; o p r a c o w y w a n e p r z e z śp. O s k a r a
K o l b e r g a i śp. I z y d o r a K o p e r ni с k i e g o, a o s t a t e c z n i e
o p r a c o w a n e , z r e d a g o w a n e i w y d a n e p r z e z Z y g. N o s k o w
s k i e g o i J. B. d e C o u r t e n a y . C z ę ś ć I. K r a k ó w . W y d a w n i
c t w o A k a d e m i i U m i e j ę t n o ś c i . 1900 r. 4°, str. 247.
Tytuł dzieła streszcza całe, omal nie dwudziestoletnie dzieje ręko
pisu, i poniekąd usprawiedliwia braki tego wspaniałego zresztą wydawni
ctwa. Zewnętrznie przedstawia się ono świetnie. Duży format tworzy gruby
tom ozdobiony portretami braci Juszkiewiczów. Tekst właściwy poprze
dzono „Przedmową“,, gdzie mamy cenną bibliografię danego przedmiotu,
i „Słowem wstępnem“, które odnosi się do tekstu muzycznego. Pozatem
mamy jeszcze uwagi lingwistyczne prof. Baudouin’a cle Courtenay i zapiski
dotyczące muzyki, redakcyi p. Noskowskiego. Dodatek do przedmowy prof.
В. de Courtenay’a zawiera listy kilku uczonych, objaśniające ciekawe dzieje
rękopisu i urywki listów p. Bili Schoultz-Adaiewski, znanej muzyczkietnografki, z niezmiernie cennemi uwagami krytycznemi. Wreszcie wszy
stkie te objaśnienia zakończono podwójnym spisem uwag muzyćznych-raz,
w porządku alfabetycznym (niemiecki i polski), drugi, według numerów
bieżących, któremi opatrzone są melodye. Numery te dochodzą do impo
nującej liczby 1785 (wraz z dodatkiem). Pieśni jednak jest o kilkadziesiąt
mniej, które usunął wydawca muzyczny już po ponumerowaniu.
Wielką to jest zasługą i Akademii i wydawców, że ta olbrzymia
praca ks. Juszkiewicza nie poszła na marne, ale udostępnioną została
szerszemu ogółowi etnografów i muzyków. Tem więcej, że w danych w a
runkach trudności ze strony samego rękopisu były w tym rodzaju, że
o zupełnie wzorowem wydawnictwie nie mogło być mowy. Brak wyższego
wykształcenia muzycznego zbieracza znać bardzo na sposobie notowania
pieśni. Jeszcze większą gmatwaninę wprowadziło przepisanie i przetrans
ponowanie rękopisu przez J. Kopernickiego, który zaledwie nut w tym
celu pisać się nauczył. Prof. Noskowski zamiast zamierzonego ułatwienia
pracy wydawniczej, miał więc tylko więcej kłopotu, bo musiał porówny
wać ów rękopis z kartkami ks. Juszkiewicza. Wogóle ciężkie to było za
danie i nie dziwimy się, że tak trudno było kogokolwiek do tej roboty
zaprządz.
— 325 - Notowanie ludowej muzyki wymaga od zbieracza prócz zdolności
muzycznych, prócz znajomości teoryi muzyki, jeszcze wykształcenia histo
rycznego, aby w danym razie odgadł, gdzie należy szukać pierwowzoru
danej pieśni i nie starał się jej nagiąć do obowiązujących obecnie praw
muzycznych. Znajomość przedewszystkiem systemów greckich jest tu bar
dzo na miejscu. Czasem coś pozornie najniemożliwszego jest prawdziwem
i najbardziej godnem uwagi. Np. szczątki gam tercyowych i kwintowych,
gamy chromatyczne i półchromatyczne, są objawem niezmiernie zaj
mującym.
Spisywanie więc melodyi z ust ludu, to samo już nastręcza wiele
trudnych zagadek — dopieroż wydawać pieśni przez niefachowca spisane.
Włożono w to przedsięwzięcie ogrom pracy; według słów przedmowy:
„na same prace nad korektą jeden z nas (p. Noskowski) stracił około 900
drugi, (prof. Courtenay) przeszło 1200, razem 2100 godzin“ . Dlatego
wszelkie uwagi, które czynić się ośmielimy, nie są zarzutami, ale niezbędnem rozjaśnieniem danej kwestyi.
Usiłowania, nawet szczere, ale w niewłaściwym kierunku, nie wydają
plonu. Chcąc niby wszechstronnie i krytycznie przedstawić cały zbiór, wy
dawca muzyczny (bo rozumie się, o muzycznej tylko stronie dzieła mó
wimy) pominął rzecz konieczną, mianowicie uporządkowanie i systema
tyczne przepracowanie samego materyału. Układ z „grubsza“ Kolberga,
który pozostawiono, jest najzupełniej niewystarczający. Zdając sobie sprawę
z braków zbieracza, należało bez wahania poprawić1) rękopis w kierunku :
1) ujednostajnienia pisowni, 2) ustalenia odpowiednich miar (tj. taktu)
lub też bez taktu, gdzie się okaże potrzeba, 3) ustalenie znaków tonal
nych przy kluczu, .4) oznaczenie odpowiedniej szybkości dla każdej pieśni,
lub chociażby każdej grupy pieśni. Wreszcie oznaczenie i wydzielenie
melodyj tonecznych, wydzielenie (nie odrzucenie) melodyi małoruskich.
Również lepiej było opatrzyć tłumaczeniami polskiemi teksty litewskie,
bo kto to ma rozumieć? Muzycy nie są z zawodu lingwistami a ludowa
piosenka bez słów nie przemawia.
Dopiero po dokonaniu tej pracy można było pomyśleć o studyach
porównawczych i to nie tych istotnych (bo te nie są właściwie obowiąz
kowe), ale o porobieniu odsyłaczy do wydań dawniejszych melodyi litew
skich, choćby tylko do zbioru 0. Kolberga i dzieła Christiana Bartscha
jako najkompletniejszego, a wreszcie przy wyjątkowej staranności w opra
cowaniu powyższych działów, gdyby jeszcze czasu zbywało, wskazać na
analogie z muzyką polską, ale tylko polską, nie mieszając małoruszczyzny.
■Czy może z pietyzmu dla obcego rękopisu nie zaprowadzono powyż
szych poprawek? ЛУсаІе nie. Przedmowa mówi, że o b a j wydawcy „po
prawiali oczywiste fałsze“, p. Noskowski prócz „koniecznych dodatków
i ujmowania n u t“, uważał, że zakończenia pieśni bywały czasem „wprost
niemożliwe“. Transponowano wiele melodyj „ze względów technicznych
dla uniknięcia zbyt wielkiej ilości krzyżyków lub bemoli przy kluczu“.
Tego ułatwienia lepiej było unikać2). Uznano, iż wyrzucić należy melodye,
1) D la znaw cy głębokiego pieśni litew skich, ja k im być m usi d o b ry w y d a
w ca, nie je s t p o p raw k a ręk o p isu rze c z ą ryzykow ną.
2) P or. „Pieśni ru ssk ag o n a ro d a “. Istom in i Diucz. St. P e te rsb u rg 1894.
ЛУ zbiorze tym wzorowo w ydanym w iększość pieśni n o to w an a w to n a c y a c h bem o
low ych i durow ych. W ogóle m elodye oddane z fo to g raficzn ą dokładnością.
~
326 —
„z k tó re m i w ż a d e n sp o só b n ie m o ż n a było d o jś ć do ła d u “ , m e lo d y ę z p o
c h o d e m c h ro m a ty c z n y m „b o p rz y k ła d ta k i n ie e g z y s tu je w lu d o ìv y c'h p ie
ś n ia c h “ . To u z a s a d n ie n ie j e s t n ie do pojQ cia, j a k ró w n ie ż u s u w a n ie p ie ś n i
b ę d ą c y c h „ n a le c ia ło ś c ią m a ło ru s k ą “ . D la c z e g o ? P rz e c ie ż s tw ie rd z e n ie n a
p ły w u s ą s ie d z k ic h m e lo d y j n ie j e s t fa k te m b e z z n a c z e n ia 1), w re s z c ie cały
z b ió r m a m y o 8 -w ę w y ż e j n iż o ry g in a ł.
P o p ra w ia n o w ię c w c a le o b ficie, a m im o te g o w c a ły m rę k o p iś m ie
n ie b ra k b łęd ó w . Z o b a cz m y ch o ć p a rę . N ry 337' i 339 s ą p ię k n y m z a
b y tk ie m to n a c y j g re c k ic h . P ie r w s z y j e s t c a ły w to n ie m ix o ly d y jsk im , d ru g i
m a c z ę ść p ie r w s z ą h y p o fr y g ijs k ą (g ) z a k o ń c z e n ie m ix o ly d y jsk ie (e h).
T y m c z a s e m p rz y k lu c z u m a m y o z n a c z o n ą to n a c y ę n ie g o r o w ą G. D o sy ć
c ie k a w e , że J . T ie r s o t2) w s w e m d z ie le o p ie ś n i p o p u la rn e j fra n c u s k ie j
c y tu je p io s e n k ę z B re s s y i ja k o w z ó r to n a c y i h y p o fry g ., a k tó re j c z ę ść
p ie r w s z a m a ry s u n e k m e lo d y jn y id e n ty c z n y (z n ie z n a c z n ą o d m ia n k ą )
z p ie ś n ią o k tó re j m ó w im y .
7
-tf-yr, —
rf
—
1)
3)
í* J 4 p .в
v .ŕ
-лг -д-.-*-U. *
-гг.—
A j—
^
— ті------------ÁV.
â L
__ J -
- —J -
—
Jak lekko traktowano istotne błędy rękopisu, niech za przykład po
służy jeszcze Nr. 285, gdzie pozostawiono przy kluczu trzy krzyżyki zu
pełnie błędnie.
Nr. 216 i 236 notowany w takcie całym, gdy ma być f dopiero od
piątego taktu do końca takt cały. Wynika to z samego rytmu melodyi
i z porównania jej z podobnemi melodyami Nr. 215, 217, 224, 236. Za
uważyć należy, że odsyłaczy do tych podobnych numerów niema.
Nr. 442 spisany w takcie f ma być Cz. I. g druga cały takt —przez co wystąpiłby wyraziście typ pieśni o dwu i trzydzielnych taktach.
Tenże błąd w Nrze 443, 3Ò0, 287 etc. gdzie spojrzeć. Typ powyższy jest
i ciekawy i częsty, ale zawsze przecie spisany źle, a czasem nawet opa
trzony nadpisem „Trzy taktowa rytmika“ np. Nr. 447.
Ta rytmika trzytaktowa, nie bardzo tekst rozjaśnia. W „Słowie wstępnem“ sam autor tego określenia zauważa że : „bardzo wiele pieśni po
siada p o z o r n i e takt dwućwierciowy, gdyż znajdujące się w nich o d
c i n k i t r z y t a k t o w e nader wyraźnie uwidoczniają r y t m i k ę t r ó j
k o w ą “ . Więc zwrócenie uwagi nadpisem o trzytakcie ma właściwie zwra
cać uwagę, że jest to pieśń na | źle notowana na g. A gdzieindziej znowu
(np. Nr. 641) wraca to określenie do zwykłej przyjętego sposobu rozu
mienia i wskazuje na istotne zdanie trzytaktowe w takcie |. Czy nie pro
ściej było dać pieśni właściwy takt? Temwięcej, że pieśni tych jest legion,
a nadpisów zaledwie parę. Panna Ella Schoultz-Adaiewski w uwagach
,*) np w. zbiorze „N árodné ■pisnę m o rav sk é P. B a rto sza (V P ra z e nakl.
czeské Ak. 1901) są osobne działy „n aleciało ści“ np. ta ń c e „L aszsk ie“ etc. N aw iasem
m ów iąc w spaniałe)w ydaw nictw o z w ybornym w stępem m uzycznym L eo n a Jan áczk a.
3) J. T iersot. H istoire de la ch an so n p opulaire en F ra n ę e . pag. 311.
3) T ak t w zbiorze podany 3/4 w a rto ść n u t w iększa dw a razy.
— 327 —
SMjc h kijtycunych nie uznaje określenia „Rytmika trzytaktowa“ . — Nam
by się to tak źle nie wydawało, choć przez szkołę niemiecką1) jesteśm y
przyzwyczajeni nazywać podział taktów i łączenie tychże ilościowe me
tryką, a dopiero ruch muzyki ten lub ów w obręoie tych podziałów do
konany — rytmiką. Rozróżnienie to może do dna rzeczy nie dociera, ale
wiele kwestyi wyraźniej omówić dozwala. Prancuzcy teoretycy np. Gevaert2)
(również genialny Berlioz) tego podziału nie uznają, biorąc rytm w sensie
zasadniczym oznaczającym symetryczny podział czasu przez dźwięki (ewent.
uderzenia rytmiczne). Ma więc szan. wydawca zupełną racyę, źle tylko,
że jakby nie wierzył w jasność swego określenia, bez ustanku je popra
wia. Na wyrażenie jednej i tej samej rzeczy mamy nazw parę, np. z d a
n i e t r z y t a k t o w e i „rytmika trzytaktowa“ (Nr. 371), „rytm trzytaktowy“
(Nr. 447), „odcinki trzytaktowe“ (510, 1466). Na okresy 5-cio, 6-cio i 7-mio
taktowe ewent. zdania mamy do wyboru: sześciotaktówki Nr. 1412, pięciotaktowe zdania Nr. 1468, „okresy pięciotaktowe“ Nr. 16513): wreszcie
Nr. 1734 ma nadpis „Rytmika pięciotaktowa“ a 1588 takaż pieśń ozna
czona „Podział pięciotaktowy, a nb. całe to oznaczanie nie potrzebne, bo
trzeba było dać pieśni właściwy takt f i f i wtedy żadnego ani podziału
ani rytmiki pięci.otaktowej niema —• chyba możnaby ściągnąć dwa takty
w jeden wielki na f, co jest w istocie ciekawe, ale zupełnie co innego,
jak rytmika pięciotaktowa. Czasem znowu bywa jednaki nadpis a rzecz
inna np. Nr. 986 i 1006 mają obadwa nadpis „rytmika trzytaktowa“ , gdy
w istocie tylko drugi składa się z zdań trzytaktowych (takt |) a pierwszy
źle spisany w takcie f zamiast |, przez co staje się czterotaktowem zda
niem. Wobec poważnej, pracy ma się prawo wymagać ujednostajnienia
takich nazw. A to nie jedyny przykład. Trzy nadpisy w tekście oznacza
jące kołysankę, brzmią za każdym razem inaczej. Raz „kołysanka“ , potem
„melodya kołyskowa“ wreszcie „pieśń kołyskowa“ . Pocóż więc wtedy spis
alfabetyczny, (i to bez odsyłaczy do Nrów odnośnych pieśni).
Uwagi wydawcy muz. dałyby się podzielić na 5 działów, a żaden
nie jest niestety wyczerpująco opracowany. 1) Uwagi, odnoszące się bez
pośrednio do opracowania (np. zmian) tekstu ; 2) Uwagi co do tempa
pieśni ; 3) Uwagi nad charakterem szczegółowych (tańce, kołysanka etc.);
4) Uwagi nad tonalnością i budową metryczną i rytmiczną pieśni; 5) Po
równawcze zestawienie tekstu; 6) Analogie z muzyką polską i małoruską
ludową. Szemat to, jak widzimy, za obszerny. Dział 3 i 4-ty przy porządnem opracowaniu tekstu stałby się zbytecznym — a obecnie jest pra
wdziwie chimerycznym. Np. uwagi o rytmice trzytaktowej rozpoczynają
się z Nrem 371, o pięciotaktowem zdaniu z Nrem 574, o sześcio i siedmiotaktowych okresach z Nrem 1412 — a przedtem i potem pełno tego
układu pieśni4). W ygląda to tak, jakby wydawca dopiero przy korekcie
któregoś tam arkusza zdecydował się zauważyć ten ciekawy fakt. Pieśni
o mieszanej budowie zdań pominięto zupełnie6), albo też oznaczono myl0 np. L. B u sslera Compositions ire.
2) H istoire et th éo rie de la m usique de l ’antiquité. Tom IL L ivre ITI. Chap.
T sfcr. 2.
3) Gdy przy N rze 1468 dopiero d.wa ta k ie zd an ia nazw ano okresem .
4) np. Nr. 1, 2, 157, 314, 322, 411. e tc — 5 -tak to w e: 341,342, 540, 721, 785
1651 — 6-cio i 7-mio ta k t.: 148, 172, 207 etc.
5) np. Nr. 180, 442, 495 i w. in.
— 328 —
nie (np. Nr. 447) „rytm trzytaktowy“ gdy druga część piosenki złożoną
jest z dwu taktowych odcinków.
Uwag o tonalności mamy dwie — nad Nrem 1650 i 1652 widnieje
nadpis „Stara tonacya“ , czemuż nie nad Nrem 153, albo 201, 277, 280,
283, 402 i tp.
Dział pierwszy uwag byłby niezmiernie ważnym, ale w danym stanie
rękopisu nie może brakom tegoż zaradzić. Dział drugi, również zasadniczy,
ogranicza się do uwag czterech!
Dział piąty ma niezliczoną ilość uwag, a mimo tego nie są wyczer
pujące i układem chaotyczne. Bujność określeń z? dziwią. Do wyrażenia,
że numer ten do owego podobny rytmicznie, wydawca pisze: rytmicznie
podoby, pokrewny, bardzo zbliżony, w tym charakterze ; a także do za
znaczenia rytmicznego podobieństwa służą określenia: (Nr. 485) warjant,
numer prawie identyczny (Nr. 487). Weźmy dla przykładu Nr. 25. Mamy
tam na razie dwa odsyłacze do Nrów 95 i 107-go. Te odsyłają napowrót
do Nru 25. Szukajmy jednak dalej. Nr. 705 odsyła znowu do Nrów 107
i 108, te znowu do 25. Szukajmy dalej, Nr. 435 odsyła do Nrów 107,
108 i 705. — Nad Nrem 661 do Nrów 107, 705 i wreszcie nad nume
rami 1420, 1421 i 1422 z uwagą „są podobne typowo“ odsyłacze do
Nrów 25, 107, 108, 485, 661, 705, 866. Dużo więc gmatwaniny i pomi
nąwszy już, że lepiej dawać w poprzednich numerach jeden odsyłacz do
Nru końcowego •— uwagi nie są wyczerpujące. Również podobne rytm i
cznie są jeszcze Nry 399, 474, 545, 667, 692, 755, 1067, 1108, 1361,
1379, a pominięto je. Uwagi wskazujące na podobieństwo z muzyką polską
i małoruską tern zaciekawiają, że 0. Kolberg w opracowanych 119-tu pie
śniach znalazł wiele1) analogij i do pieśni i do tańców polskich, w reszcie
zaś, tysiącu kilkuset pieśniach, mamy tylko kilka odsyłaczy do typów za
znaczonych przez Kolberga (polskich i małoruskich), a ponadto wydawca
zauważa, że jeden numer Í1543) (wraz z warjantem Nr. 1544) ma „cha
rakter pokrewny z krakowiakiem“ . Czy w istocie tylko ten numer?
Muzyka małoruska jest szczęśliwszą, bo mamy około dziesięciu uwag
odnośnych w różnych miejscach zbioru; przeważnie analogij z tańcami.
Musieliśmy, nudząc tak szczegółami, przepatrzyć opracowanie tekstu,
bo wynik tego badania upoważnia nas do niedowierzania uogólnieniom
zawartym w „Słowie wstępnem“ . Po powierzchownej (niestety — są to
słowa autora) charakterystyce muzyki polskiej, która nawet do rzeczy nie
należy, dowiadujemy się, że główną cechą pieśni litewskich — nie wia
domo jakich, bo prof. Noskowski nie bawi się w podziały — ale chyba
nie tonecznych? — ma być trzytaktowość i „dążenie do trójkowości“ .
Jak z powyżej (przy rytmice) cytowanych uwag samego autora wynika,
trzytaktowość owa jest właściwie wynikiem błędnego spisania piosenek
w takcie f i zmieniają się owe t r z y t a k t y na j e d e n w takcie f ewent.
f albo |. Pozostaje więc, że owa „trójkowość“ odnosi się przeważnie (bo
istotnych trzytaktów na § bardzo nie wiele2) do podziału taktu na trzy
4 Nr. 8, 60, 69, 73, 94, 96 — ja k rów nież Nr. 6,-38, 73, 84, 112, u w aża
K olberg za podobne rytm icznie do poloneza.
2) Z ry tm ik ą niew ypow iedzianie u b o g ą :
J
J
J
I (J
J
j
c J
J
j
oXXt o: J c i I J J J \ ę l J i
— : 329 —
czasy (temps). Skądże więc ten główny charakter trzytaktowy muzyki
litewskiej ? Zdaje się — a może się mylimy — chodziło tu głównie
0 umieszczenie zdania, że „nie jest on charakterystycznym (trzytakt) dla
pieśni polskiej ludowej w której się „niespodzianie wydarza“ , pominąwszy
już ciekawe określenie „niespodziany“ , niewiem dlaczego p. N. lekceważy
tak zupełnie zdanie takiego znawcy jak Kolberg1) i co gorsze fakta nie
zbite. Wszakże cała nasza muzyka pasterska spoczywa na zdaniu trzytaktowem, nawet tańce jak np. o w c z a r e k tę mają formę podstawową.
Piękne i liczne przykłady mamy w pieśniach obrzędowych, kańtyczkach,
legendach, dumach. Więc objaw ten może być komuś „niespodzianym“
ale niemniej istnieje i liczyć się z nim należy. Zresztą ani sam trzytaktowy
podział, ani tem mniej podział taktu na trzy czasy (temps) — bo ten jest
już bezsprzecznie ogólną własnością śpiewającej ludzkości — nie zdaje
nam się, aby można było podawać za ważną charakterystykę danej muzki: dopiero rytmika tj. wewnętrzny stosunek dźwięków tworzyć może
(i to zawsze wraz z innemi) cechę indywidualną muzyki danego narodu.
1 jeśli kiedykohviek podnoszono trzytakt w muzyce polskiej ludowej, to
właśnie ze względu na jego oryginalną barwność rytmiczną, dzięki czemu
możemy go uważać jako twórczą jednostkę szerszych form. Ten schemat
2 -ł-l z d a n i e o n a s t ę p n i k u k r ó t s z y m , dało podstawę formie mu
zycznej, która zaznacza przewagę pierwiastku rytmicznego, w przeciw
stawieniu do form o podstawie zdania czworogrannego (carré), które po
legają na symetryi metrycznej ( 2 -{ -2 4 + 4 etc.). Nie tu miejsce do oma
wiania szerszego tej kwestyi — nas tylko dziwi, że twórca istotnie pol
skiej, częstokroć natchnionej muzyki, może wyrażać zdanie, że typowym
dla muzyki polskiej jest frazes (carré) czworogranny.
Zdanie o ubóstwie rytmiki litewskiej wyrażone przez szan. wydawcę
jest w istocie cechą ciekawą, należało tylko wskazać na zależność tejże
od metrów greckich. Na wyniki zwróciła w swym liście uwagę (zob. dod.
do przedrnowy) pna Ella Schoultz — można było szerzej omówić i nale
życie wyzyskać tę uwagę2), a w połączeniu tej cechy z szerokiem pano
waniem tonalności greckich — które jak rzadko gdzie możemy w tym
zbiorze studyować — (co za piękny np. mamy wzór użycia tonacyi hypolidyjskiej w Nrze 153) można było wynaleść niezmiernie interesujące
perspektywy i dla muzyków i dla etnografów.
Z istotną przykrością i obawą czynimy te uwagi. Wiedza i talent
jednego z naszych pierwszych twórców muzycznych były bez wątpienia
na wysokości zamierzonej pracy — nie wiemy więc jakiej przyczynie
braki jej należy przypisać. Że jednak zamierzonym jest drugi tom tak ko
sztownego wydawnictwa, który resztę melodyj i tłomaczenie piesni ma za
wrzeć, czuliśmy się w obowiązku wypowiedzenia powyższych uwag.
H . Windalciewiczowa.
1) Zob. wstęp do „Pieśni lud. litew.“. Zbiór wiad. antr. Kraków. 1879. Tom III.
2) Zdaje się, że nasze piosenki o czystym jambicznym rytmie np. „Wędro
wała Kasia“ pierwowzór swój mają właśnie w pieśniach takich jak Nr. 5, 1210,
również Nr. 586, 1006, 1116 etc.
— 330 —
П оливка I. Д ръ Проф. Б і л і ж к и к ъ м ъ п р и к а з к и т і в ъ Ш апкаревия
„Оборникъ отъ болгарски народчи ум отворения“, кн VIH — IX. София. 1892.
отъ .. (Отд'Ьлеиъ о тп еч атъ къ отъ „Оборникъ за народни ум отворения, н аука
и кни ж яи на“, кн. XVIII.) София. 1902. 8-ka w ielka, str. 38.
W wymienionej pracy podał wybitny folklorysta czeski Dr. Polívka
komentarz niejakiś do kilkunastu opowiadań bułgarskich, zawartych w wymienionem wyżej wydawnictwie. Znane autorowi paralelne wersye podań
zostały w kilku słowach bądź streszczone, bądź też ujawniono tutaj z nich
tylko motywy wspólne, jakoteż różnice, zachodzące między opowieściami
bułgarskiemi a takiemiż innych narodów. Naturalnie wykaz tych pokre
wnych wersyi nie jest zupełny. Najważniejsze jednakże zbiory etnogra
ficzne słowiańskie zostały zużytkowane, między niemi zaś także spora
ilość polskich materyałów folklorystycznych. Praca omawiana może dodać
bodźca młodym folklorystom do kilkunastu prac porównawczych na tle
całej etnografii słowiańskiej, gdyż sama w sobie zregestrowała sporo
materyału naukowego.
St. Zdziarski.
SPRAWY TOWARZYSTWA.
I. Posiedzenia Zarządu centralnego,
T r z e c i e p o s i e d z e n i e odbyło się 7. czerwca. Obecni: pp. Bal,
Bayger, Dr. Gargas, Jankowski, Dr. Leciejewski, Dr. Eliasz-ftadzikowski.
Przewodniczył prezes Dr. Kalina.
1 . Z powodu nieobecności sekretarza nie odczytano protokohr.
2 . Przyjęto 40 nowych członków.
3. Zatwierdzono nowozałożony Oddział w Podgórzu. Uchwalono prze
słać 5 °/0 od wkładek członków Odcziału wielickiego Oddziałowi podgór
skiemu po wyjaśnieniu, czy Oddz' v ten z ог się z podgórskim, czy też
istnieje jeszcze jako samoistny.
4. Uchwalono wnieść petycyę do Sejmu o subwencyę na rok 1902.
5. Wniosek Dra Eljasza-Radzikow'skiego o reasumcyę uchwały po
wziętej na posiedzeniu d. 1 2 . kwietnia w sprawie zwrotu rękopisu pracy
śp. M. Gumplowicza p. t. „Polacy na Węgrzech“, po wyjaśnieniach pre
zesa uznano za bezprzedmiotowy.
C z w a r t e posiedzenie odbyło się d. 26. czerwca. Obecni: pp. Bal,
Klemensiewicz, Ks. Krechowicz, Dr. Leciejewski, Zdziarski, M. Sołtys i Dr.
Gargas usprawiedliwili swą nieobecność.
1 . po odczytaniu i przyjęciu protokołów z dwóch poprzednich po
siedzeń przyjęto 3 nowych członków.
2 . Uchwalono uwzględnić wnioski Oddziału chrzanowskiego w miarę
funduszów Towarzystwa.
3. Wybrano komisyę z pp. Jankowskiego, Dr. Leciejewskiego i Zdziar
skiego celem odebrania biblioteki od Dra Krčeka i umieszczenia jej w no
wym lokalu.
— 331 —
4 . Zastępcą redaktora na przeciąg jego wyjazdu ze Lwowa wybrano
Dr. Leciejewskiego.
5. Nabj ¿o od p. Zdziarskiego rękopis pracy p. t. „Historya etnografii
polskiej“ za cenę 20 kor. od arkusza druku celem wydania jej w własnym
nakładzie.
II. Spraw ozdania Oddziałów.
1. Oddział w Chrzanowie.
D z i e s i ą t e p o s i e d z e n i e Zarządu Oddziału odbyło się dnia 1 2 czerwca 1902. w Chrzanowie "pod przewodnictwem prof. Br. Gustawicza.
Obecni pp. Bieroński, Makuch, Polaczek, wreszcie jako gość p. Kon
stanty Mildner.
1. Przewodniczący wspomniał o stracie, jaką poniósł Oddział przez
śmierć członka swego, śp. Wandy z Konopków Leginowej i wezwał obe
cnych do oddania czci zmarłej przez powstanie.
2 . Sekretarzem na r. 1902 wybrano p. Stanisława Polaczka, a skar
bnikiem p. Teklę Borowiecką.
3. Załatwiono sprawy administracyjne.
4 . Do Oddziału przystąpiło 4 nowych członków, wystąpiło 2 , umarł 1;
Oddział liczy więc 24 członków.
5. Uchwalono przejść do porządku dziennego nad uchwałą Zarządu
głównego w sprawie podwyższenia wkładek członków Oddziału.
6 . Uchwalono upraszać Zarząd główny o przysłanie należytości 5 °'0
od wkładek członków Oddziału za r. 1901.
7. Uchwalono, by Zarząd główny wstawiał corocznie do preliminarza
budżetowego kwotę sto koron na wydatki administracyjne dla Oddziału
chrzanowskiego.
8 . W razie odrzucenia dwóch ostatnich punktów przez Zarząd głó
wny uchwalono rozwiązać Oddział z końcem r. 1902.
9. Uchwalono rozesłać kwestyonaryusz w sprawie zwyczajów spad
kowych ludności włościańskiej pomiędzy sfery sądowe, adwokatów i notaryuszów w powiecie chrzanowskim,' żywieckim, bialskim, wadowickim
i krakowskim.
1 0 . Uchwalono rozesłać artykulik „Cepy“ wraz z kwestyonaryuszem
dotyczącem narzędzi gospodarskich między nauczycieli w pow. chrzanow
skim, bialskim i żywieckim.
11. Uchwalono odbyć na początku lipca br. wycieczkę naukową do
Lipowa i Babic w pow. chrzanowskim.
1 2 . Biblioteka Oddziału powiększyła się o 1 dzieło, a zbiór kart
ilustrowanych o 1 2 2 sztuk, tak, że oddziałowy zbiór muzealny liczy ksią
żek i broszur 35, kart ilustrowanych 461, fotografii 6 , przedmiotów prze
mysłu domowego 53, pisanek 6 .
St. Polaczek
.
B r. Gustawicz
sekretarz.
przewodniczący.
Czwarte posiedzenie
naukowe
odbyło się dnia 10. maja
1902 w Brzezince pod Oświęcimiem.
1.
Kierownik szkoły, p. A n t o n i B i e l e w i c z , zagajając posiedze
nie, przedstawił w krótkich a wymownych słowach zadanie towarzystwa
— 332 —
ludoznawczego w ogólności, a w szczególności działalność chrzanowskiego,
Oddziału tegoż towarzystwa i zaprosił przewodniczącego tegoż Oddziału,
p r o f . Br. G u s t a w i e z a, do wygłoszenia odczytu.
2.
Przedmiotem odczytu był temat! „O l a s a c h , g a j a c h i d r z e
w a c h ś w i ę t y c h “ . Jest coś właściwego, coś szczególnego w drzewie
starem, w drzewie olbrzymiem, coś, czego nie napotykamy w innych two
rach przyrody organicznej, coby tak łatwym, tak prostym sposobem, samo
od siebie i mimowoli zwracało na siebie uwagę naszą. Zwierzę powstaje,
żyje i ginie wraz z nami, a życie dłuższe od ludzkiego u niewielu ga
tunków zwierząt nie robi na nas tak silnego wrażenia, gdyż zwierzęta
zmieniając bezustannie miejsce, świadków dłuższego życia swego nie mają
przy sobie. Inaczej ma się rzecz z drzewem, o którem wiemy, że dziad,
że pradziad nasz siadywał pod niem, o którem starodawne pomniki pisane
świadczą, że przed setkami lat na temsamem stało miejscu, na którem je
dziś widzimy. W szmerze liści jego zdaje się nam, jak gdybyśmy sły
szeli powiastki o dawno upłynionych wiekach, a słowa bogatego w do
świadczenia wieku sędziwego zamieniają się w słowa głębokiej mądrości.
Nic więc dziwnego, że od najdawniejszych czasów i u wszystkich naro
dów okazałe, sędziwe drzewa otaczano pewną czcią, że zbliżano się do
nich z pewnem religijnem wzruszeniem, że w ich cieniu miano się za
więcej zbliżonego do bóstwa. Wspomniawszy o sławnym cyprysie meksy
kańskim, starym platanie pod Bujukdere, o odwiecznym dębie w Lodebura posiadłości w Hanowerze, o dębie dziadku pod Balłerey w Normąndyi,
0 świętym dębie w Wormeln, o czci oddawanej topoli, zwanej drzewem
gałganów, i śliwie na stepach kirgizkich, rozwinął prelegent w żywem
przedstawieniu religijne podanie skandynawskie o powstaniu pierwszych
dwojga ludzi z jesionu i olszy i o takimże micie perskim. Że takie wyo
brażenia o powstaniu człowieka z drzewa były powszechne w starożytnym
świecie, podał prelegent liczne dowody z starego testamentu i z Homera
Odyssei. Wreszcie jak w niemieckim, tak w polskim i każdym innym
języku słowiańskim niemało nazw rodzimych pochodzi od nazw drzew
1 krzewów. — Jeżeli już drzewo zdolne jest wywrzeć silny wpływ na
umysł i wyobraźnię człowieka, to tem silniejszem być musi wrażenie gaju,
lasu lub boru. Zawsze zdawał się człowiek słyszeć w lesie głos przyrody,
mowę jakiejś wyższej istoty niewidzialnej, las stawał się dla niego świę
tym i uświęconym przybytkiem bóstwa. Rozumie się samo przez się, że
uczucia te, którym nie mogą się oprzeć ludzie umysłowo dojrzali, daleko
silniej musiały rozwijać i objawiać się u ludów w dziecięcym ich wieku,
pełnym wrażliwości i bujnej fantazyi. Skoro pierwsze bóstwo człowieka,
czyli pierwsze obrazy bóstwa były uosobione siły przyrody, toć teżjednem
z pierwszych samo nastręczających się miejsc czci bóstwu oddawanej,
był gaj i las z tajemniczym cieniem, spokojem, szmerem lub szumem
swoim. Więc też w dalszej lub bliższej starożytności u wszystkich ludów
napotykamy ś w i ę t e g a j e i ś w i ę t e d r z e w a . Las tedy był świątynią.
Przytoczywszy liczne wzmianki o gajach świętych z starego testamentu,
0 świętych gajach w górach libańskich, o gajach greckich i rzymskich,
tudzież germańskich, dłuższą chwilę poświęcił prelegent świętym gajom
1 lasom, tak zwanym a ł k a s , na ziemiach litewskich, następnie w Polsce
i na Rusi, tudaież u południowych Słowian. Nader zajmujący odczyt swój,
tchnący pełnem zamiłowaniem i przywiązaniem do przyrody, zakończył
— 333 —
prelegent kilku podaniami ludowemi o olszy, osice, wierzbie, leszczynie,,
kalinie, lipie i jarzębinie.
St. Polaczek
sekretarz.
2. Oddział w ielick i.
Wyciąg z protokołu posiedzenia członków Towarzystwa ludoznaw
czego, odbytego w Podgórzu dn. 22 . i 24. lutego 1902 pod przewodnictwem
p. Seweryna Udzieli.
Obecni : Bolesław Tync, Kownacki Mieczysław, Guńkiewicz Maksy
milian, Czerski Stanisław, Świba Kazimierz, Taroni Feliks.
Odczytano i przyjęto protokół z ostatniego posiedzenia członków To
warzystwa. Następnie przewodniczący skreśliwszy dotychczasową działal
ność Oddziału tutejszego, zapytał obecnych, czyby nie należało obecnie
przyłączyć się do Oddziału krakowskiego ; »zaznaczając jednak, że i Od
dział krakowski lepszymi od naszego warunkami swego istnienia pochwalić
się nie może. — W dysk us,уi nad tą sprawą zabrali głos wszyscy obecni,
czego następstwem było powzięcie następujących uchwał: Zebrani uchwa
lają zwrócić się do Kolegów i Koleżanek całego powiatu i zachęcić ich
do przystąpienia do Towarzystwa ludoznawczego ; — podzielić pracę tę
pomiędzy siebie tak, aby każdy z obecnych miał wyznaczone te osoby,
których wciągnięcie przeprowadzić zamierza; — przesłać tym sposobem
statuta, broszurkę : „Ludoznawstwo A. Strzeleckiego“ i deklaracye ; — ze
względu na materyalne liche uposażenie nauczycieli, oznaczyć wkładkę
miesięczną 30 halerzy, która po dziesięciu miesiącach równać się będzie
wkładce i wpisowemu wymaganemu statutem. W odpowiednim czasie,
kiedy każdy z obecnych zbierze pewną ilość członków, zwołać walne
zgromadzenie celem zawiązania oddziału i wyboru wydziału.
Podgórze, dn. 22. lutego 1902 r.
Przewodniczący
Sekretarz
Seweryn Udziela.
Feliks Taroni.
3. Oddział w Podgórzu.
Wyciąg protokołu z posiedzenia Walnego Zgromadzenia Oddziału
Towarzystwa ludoznawczego, odbytego dnia 20. kwietnia 1902 r. w Pod
górzu pod przewodnictwem p. Seweryna Udzieli przy współudziale 50
członków. Zgromadzenie to poprzedziło zwiedzanie wystawy z dziedziny
ludoznawstwa, urządzonej w tejże samej sali ze zbiorów Pana Seweryna
Udzieli. Zagajając posiedzenie, omówił Przewodniczący cel zwołania tegoż
Zgromadzenia. Ponieważ Oddział w Wieliczce za słaby liczbą, aby mógł
się wykazać wydatną pracą, postanowił się zreorganizować i uchwalił
zaprosić szerszy ogół do wzięcia udziału w pracach około ludoznawstwa
a starania te okazały się skutecznemi, bo Oddział ten dawniejszy wielicki
zreorganizowany i przelany na podgórski, liczy obecnie w sobie grono już
kilka razy wzmocnione, co daje rękojmię, że prace w kierunku ludo
znawstwa potoczą się szybszem tempem, przeto dzisiejsze Zgromadzenie
Walne w połączeniu z wystawą etnograficzną ma na celn wprowadzić tych
nowych współpracowników na pole ludoznawstwa. Wita więc przewodni
czący tych P. T. Członków i prosi gorąco o przyjęcie czynnego udziału
w tej tak poważnej sprawie. Następnie zgłaszając z mocy statutu ustą
— 334 —
pienie dawnego Wydziału, zaprasza Przewodniczący do wyboru nowego
i podnosi potrzebę wzmocnienia go do liczby 9-ciu członków, na co Zgro
madzenie się zgadza. Na wniosek zaś p. Kazimierza Jodłowskiego wy
brano przez akiamaayę do Wydziału: Pp. Seweryna Udzielę, Ks. Jana
Łaskiego, Celinę Garbaczyńską, Marcelinę Zajączkowską,, Antoniego Miksteina, Kazimierza Swibę, Bolesława Tyńca, Feliksa Taroniego i Maksy
miliana Guńkiewicza. Potem w dłuższem przemówieniu skreślił Przewo
dniczący dokładny i wyczerpujący obraz celu i kierunku pracy w sprawie
ludoznawstwa. Przed zamknięciem zgromadzenia oświadczył, że o dal
szych postanowieniach Wydziału zostaną Członkowie w swoim czasie po
wiadomieni.
Podgórze, dn. 20. kwietnia 1902 r.
Przewodniczący
Sekretarz
Seweryn Udziela.
M aksymilian Guńkiewicz.
Wyciąg z protokołu posiedzenia Wydziału Oddziału Towarzystwa
ludoznawczego w Podgórzu, odbytego dnia 28. kwietnia 1902 r. przy
obecności wszystkich 9-ciu członków.
Ukonstytuowanie się Wydziału przeprowadzono w ten sposób, że
wybrano prezesem p. Seweryna Udzielę, zastępcą prezesa Ks. Jana Ła
skiego, Feliksa Taroniego skarbnikiem a Maksymiliana Guńkiewicza sekre
tarzem.
Uchwalono przedstawić Zarządowi głównemu prośbę o przyjęcie
nowych członków z wkładką po 2 K. rocznie.
Aby ułatwić sobie i Członkom całego Oddziału pracę na polu ludo
znawstwa i tern samem uczynić ją wydatniejszą w możliwe skutki, po
wziął Wydział uchwałę: 1. Podzielić się na 5 sekcyi a mianowicie:
a) Gromadzącą materyały ludoznawcze wprost u ludu, b) Zbierającą materyały umieszczane w dziennikach, c) Indeksową, mającą robić indeksy
z dzieł ludoznawczych, d) Rysunkową, zbierającą materyały zapomocą ry
sunku, e) Wycieczkową, urządzającą wycieczki celem poznawania ludu, do
której zaproszono Ks. Jana Łaskiego, Miksteina Antoniego i Turaniego
Feliksa. 2. Zaprosić osobnym okólnikiem wszystkich Członków Oddziału do
zapisania się do poszczególnych pierwszych czterech sekcyi i według
własnego wyboru.
3. Sekcye mają zbierać się 1 raz na miesiąc a członkowie Wy
działu, zasiadający w sekcyach, składać będą sprawę z czynności sekcyi
na posiedzeniach Wydziału, mających się odbywać raz na kwartał. We
dług powyższej uchwały podzielił się Wydział w ten sposób, że należą do
sekcyi a): Ks. Jan Łaski, Kazimierz Swiba, Bolesław Tync i Maksymilian
Guńkiewicz; do sekcyi b): Celina Garbaczyńska, Marcelina Zajączkowska.
Złożenie sekcyi c) przyrzekł przeprowadzić sam Przewodniczący a do
sekcyi d) Celina Garbaczyńska, Marcelina Zajączkowska, Antoni Mikstein,
Feliks Taroni i Maksymilian Guńkiewicz.
4. W końcu uchwalono przedstawić Zarządowi głównemu prośbę
o zezwolenie na to, aby Oddział mógł odbierać od wszystkich członków
wkładki w ratach miesięcznych i tak je Zarządowi odsyłać oraz prosić
Zarządu głównego o nadesłanie 5°/o od wkładek za rok 1901, ponieważ
-
335 —
wszyscy dotychczasowi członkowie wkładki te uiścili a na przyszłość o ze
zwolenie ściągania sobie z góry tegoż 5 °/0. Za całość wkładek całego Od
działu uchwalił Wydział złożyć Zarządowi głównemu gwarancyę.
Podgórze, dn. 28. kwietnia 1902 r.
Przewodniczący
Sekretarz
Seweryn Udziela.
M aksymilian Guńkieiuicz.
III. Spis nowych członków.
698. Balicki Karol, nauczyciel, Podgórze.
699. Bator Bolesław, sł. fil., Lwów.
700. Bieleś Jan, naucz., Podgórze.
701. Boberówna Jadwiga, naucz., Podgórze.
702. Bobrzyńska Marya, naucz., Podgórze.
703. Ciastoniówna Zofia, naucz., Podgórze.
704. Depowski Józef, naucz., Radziszów p. Skawina.
705. Domański Antoni, kierownik szkoły, Podgórze.
706. Domagalska Marya, naucz., Podgórze.
707. Piałkówna Emilia, naucz., Podgórze.
708. Flach Marya, naucz., Podgórze.
709. Florczak Józef, ks. katecheta, Podgórze.
710. Garbaczyńska Celina, naucz., Podgórze.
711. Gworek Jan, naucz., Choro wice p. Mogilany.
712. Gustawi.cz Marya, naucz., Podgórze.
718. Kaczor Jan, naucz., Włosań.
714. Kappè Marya, naucz., Podgórze.
715. Kopacz Zofia, naucz., Podgórze.
716. Kosińska Stanisława, naucz., Podgórze.
717. Krzanowska Marya. naucz., Podgórze.
718. Kotowski Floryan, kierownik szkoły, Swoszowice.
719. Kuczerówna Marya, naucz., Podgórze.
720. Łaski Jan, ks. katecheta, Podgórze.
721. Łaska Bronisława, naucz., Podgórze.
722. Malewska Aniela, naucz., Podgórze.
723. Mikstem Antoni, kierownik szkoły, Podgórze.
724. Niewodowski Maryan, naucz., Podgórze.
725. Nowak Józef, ks. wikary, Dobczyce.
726. Nowak Paulina, naucz., Podgórze.
727. Fałkowska Antonina, naucz., Kraków.
728. Prusek Wincenty, naucz., Piaski Wiel. p. Podgórze
729. Prusek Marya, naucz , Piaski Wiel. p. Podgórze.
730. Piotrowski Jan, naucz., Pogórze.
731. Peter Jan, naucz., Podgórze.
732. Podgórski Jan, kierownik szkoły lud. Szczakowa.
733. Ponikło Zofia, naucz., Podgórze.
734. Pyrek Jan, sł. fil, Kraków.
735. Röhrensch'ef Stefan, nauc^., Tarnów.
736. Sroczyń лі Mieczysław, i ucz., Podgórze.
737. Serwa>o,vska Jan' га, nau
Podgórze.
— 836 —
738. ŚwierczyńsM Teofil, naucz., Gaj p. Mogilany.
739. Topolnicka Janina, naucz. Podgórze.
740. Wiśniowski Tadeusz, naucz., Podgórze.
741. Wrona Władysław, ks. katecheta, Podgórze.
742. Zagórska Eleonora, naucz., Podgórze.
Polemika.
Od p. Z. Glogera otrzymujemy następujące pismo:
ßzanowna Redakcyo!
Ponieważ lud nasz szybko zapomina najpiękniejsze stare pieśni
i zwyczaje a obrzęd jego weselny, rdzennie swojski, nabiera dzisiaj cech
miejskich i kosmopolitycznych antysłowiańskich, wydałem przeto książeczkę
popularną dla ludu p. n. „ O b r z ę d w e s e l n y p o l s k i z p i e ś n i a m i
i p r z e m o w a m i “ będącą wyborem najpiękniejszych i najcharakterystyczniejszych pieśni i . obrazów tradycyjnego wesela ludowego.
Razem dla kmieci i dla uczonych etnografów pisać nigdy w jednej
książce nie można, tylko potrzeba pisać albo dla pierwszych albo dla
drugich. Ja przynajmniej sztuki tej nie posiadam. W r. 1869 wydałem
książkę dla etnografów p. n. „Obchody weselne“, ale wydany w r. 1902
„Obrzęd weselny polski“ jest książeczką nawskroś popularno-ludową, jak
to duch samoj przedmowy najlepiej wskazuje. To też jest dla mnie rzeczą
dziwną recenzya tej książeczki w „Ludzie“ (1902. str. 213.), wytykająca
nieuwzględnienie potrzeb folkloru, jak gdyby było równie dziwnem za
rzucanie kwartalnikowi etnograficznemu „Lud“, że nie odpowiada'zadaniu
pisma dla ludu. Jeżeli etnograf napisze coś nie dla pożytku kilkunastu
badaczów ludu, ale dla pożytku kilkunastu milionów samego ludu, czyż
zaraz ci badacze mają go za to schłostać, że drobna jego praca nie dla
nich jest przyprawiona?“
Zygm unt Gloger.
W odpowiedzi na to pismo otrzymaliśmy od recenzenta następujące
wyjaśnienie, którem kończymy polemikę :
„Wobec powyższego wyjaśnienia p. Z. Glogera — zarzuty moje,
skierowane przeciw stronie naukowej jego broszury, nikną zupełnie. Nie
stety nie jestem na tyle domyślny, ażebym był mógł z przedmowy doro
zumieć się, dla kogo książeczka została wydana. Najlepiej, jeśli autor
w przedmowie jasno określi swój cel, a nie liczy na domyślność recen
zentów. Ponadto muszę, wobec oświadczenia p. Glogera, że książeczka
wydana została dla ludu, zaznaczyć, że celowi swemu wcale nie odpo
wiada. Przecież chłop nie będzie wprowadzał do swoich uroczystości we
selnych pieśni, wyczytanych u p. Glogera. Zanikaniu zaś obrzędów wesel
nych nie_ poradzi wydanie nawet stu takich książeczek i bezpłatne roz
dawanie ich między ludem. Czas — to wrogi wróg, któremu kiedyś uledz
muszą płody wyobraźni ludowej.
St. Zdziarski.
Zwyczaje, zabawy i zabobony ludu słoweńskiego
w p o ł u d n i o w e j S ty ry i.
Lud słow eński w południowej Styryi je s t przedew szystkiem
pobożny, czego dowodem są pilnie odwiedzane kościoły w krajach
Słoweńców. Nie będąc jed n ak dosyć w ykształconym , z obrzędami
religijnym i m ięsza różne gusła i stare zabytki pogańskie. Niektóre
z nich są ciekaw e z tego powodu, iż są wspólne in n y m ludom
słow iańskim , a stąd początkam i sięgają do dalekiej przeszłości.
Mając zam iar przedstaw ić, o ile można, dokładny obraz folk
lorystyki ludu słow eńskiego w Styryi, m uszę zrobić początek No
w ym rokiem . N o w y r o k , w wigilię którego je s t u nas kolędo
w anie najżyw sze, rozpoczyna się rozmai tern i życzeniam i szczęścia,
zdrow ia i pom yślności, tak m iędzy dziećmi i rodzicami, ja k m iędzy
poddanym i i ich przełożonymi, a najbardziej m iędzy krew nym i
i znajom ym i. Najochotniej je d n a k obchodzi ten dzień czeladź, która
otrzym uje tego dnia ostatek swej rocznej zasługi, albo zadatek od
nowego pana n a rok przyszły ; w szystko to się po większej części
przepije albo przetańczy. К toby tego dnia, pow iadają, nie skosztował
w ina, nie pożyw ałby radości przez cały rok przyszły.
W dniu poprzedzającym święto T r z e c h K r ó l i w yrabiają
rano ze święconej w ierzby krzyże, i to dla każdej niwy, ile ich
posiada gospodarstwo, po jednym . Również studnie, drzw i domów
i stajen, a naw et okna zaopatrują tym i krzyżykam i, które wieczór,
kadząc trzaskam i, pozostałem i po robocie, roznoszą po polach.
W sam ą uroczystość święci się w kościele woda, k tóra pod nazw ą
„voda sv. 3 k raljev “ przechow uje się w szklankach i używ a przy
różnych okolicznościach, najczęściej podczas choroby m ałych dzieci.
Pisze się także u góry n a drzw iach z liczbą roku początkowe litery
im ion św. 3 królów ( C f M f B f ) . W wigilię św. 3 króli przy
chodzi zw yczajnie w służbę n a gospodarstwo nowa czeladź, lecz to
tylko w tym razie, jeżeli ten dzień nie przypada n a piątek, albo22
— 3á8 —
wiem w piątek n ik t nie chce w stąpić do służby, ponieważ — . po
w iadają — u niej nie przeżyje roku.
W dzień św . P a w ł a (25. stycznia) uw ażają n a sta n m gły
i w nioskują stąd, z jak ich stanów najw ięcej będą ludzie um ierali.
Jeżeli m gła leży przy ziemi, będą um ierali żebracy i biedacy, jeżeli
nieco wyżej — gospodarze, a jeżeli jeszcze wyżej - bogaci. Jeśli
tego dnia wieje w iatr, w tedy oznacza to wojnę. W okolicy m ia
steczka Sredyszcze spieszą tego dnia rano dzieci, a także dorośli
ludzie na pagórki, wołając głośno: „Beži, Pavel, beži, da te m egla
ne dobí“ (Uciekaj, Pawie, uciekaj, ażeby cię m gła nie zaskoczyła).
Tam bowiem panuje m niem anie, iż w obwodzie, dokąd sięga to
wołanie, m gła zboża nie wypije, jako też tam żaden grad nie
spadnie.
W dzień O c z y s z c z e n i a P. M a r y i (2. lutego) święci się
w kościele świece, a stosow nie do tego, czy w ten dzień je s t pięknie,
czy pochm urnie, w nioskują, czy zim a będzie jeszcze trw ać długo,
czy nie. Tego dnia — pow iadają — wychodzi ja m n ik ze swej nory
spojrzeć n a pogodę. Jeżeli pokryw a okolicę m gła, w tedy zostaje
n a dworze, gdy je d n a k świeci słońce, wchodzi znów do swego
ukrycia. — Następnego dnia (św. Błażeja) „blażi się“ lud tem i święconemi świecam i, co się odbywa w następujący sposób. Rano
w. czasie w staw ania każdy członek rodziny z zapaloną świecą Okrąża
po trzykroć każdy członek swego ciała, najprzód ręce, potem
nogi, ciało i głowę przy karku, a również i czubek głowy, gdzie
spali się kilka włosów. Gdy w szystko zostało skończone, zdm u
chnie „blażenec“ zapaloną świecę, otworzy u sta i sta ra się, żeby dym
kadził się m u do ust. Im dłużej knot św iecy goreje, tem dłużej,
powiadają, będzie on żyć n a świecie, a przeciw nie, jeżeli tlejący
się knot prędko zgaśnie, znaczy to, że niezadługo śm ierć jego
nastąpi.
P ięk n a pogoda w dzień św . S c h o l a s t y k i (10. lutego) zna
czy bogate roje i piękne lato. Ta w iara m a niew ątpliw ie swój po
czątek w kościelnej legendzie, która brzm i : „Sanctim onialis quippe
fèiniha caput in m aniłem déclinons, lacrim arum pľuvium in m ensám
fuderat, per quas serenitatem aëris ad pluviam traxit. Nec paulo
post orationem inundatio illa secuta est ; sed ta n ta fu it convenientia
orario nis et inundationis, et de m ensa caput iam cum toni trus
levarci : quatenus unum idem que esset m onum entim i, et levare
caput et pluviam deponere (fr. Breviari um R om anům )“.
Na z a p u s t n y w t o r e k przypada wiele najrozm aitszych
zwyczajów. Piecze się n. p. m alutlde bułki n a m aśle, „krapi“
zw ane i rozdaje się potem czeladzi. Tego dnia baw ią się w rozma-
— 339 —
ite gry. Jed n a z nich zowie się „pogrzeb p u sty “, a odbywa się
w następujący sposób. Jeden z młodzieży położy się na ziemi, roz
ciągnie ręce, oczy zam knie i udaje m artw ego. Reszta tow arzystw a
skupiw szy się, chodzi około niego, a każdy m a kij w ręku. Na
stępnie całują po kolei „zmarłego L azara“, a ten nagle się budzi
i tego, na którego m a ochotę, objąwszy rękam i, silnie trzym a, a inni
biją go ta k długo, dopóki im się z kółka nie w ym knie. Gra w „pa
sterza i owce“ je s t bardzo ulubiona. Jeden z tow arzystw a je s t wła
ścicielem owiec, drugi pasterzem , trzeci wilkiem , a inni — owcami.
W ilk m usi w ejść do przedpokoju, którego drzwi stoją otworem.
P asterz chodzi około trzody i śpiewa, w ilk zaś w pada i kradnie
owce, a w łaściciel odciąga biednem u pasterzow i za każdym razem
coś z zasługi, aż w reszcie pasterz, straciw szy całe stado, nie tylko
nic nie. zarobi, ale jeszcze biją go dotąd, dopóki owiec wilkowi nie
odbierze i nie odda gospodarzowi. Pom ijając jeszcze wiele innych
gier, w spom nę tylko, że tego wieczoru, gdzie się tylko towarzystwo
zbierze, m usi każdy tańczyć, stary i młody, bo gdyby nie tańczono,.
nie rosłaby dobrze rzepa ani jarzyny. Również mięso i wino w dniu
tym trzy razy podają hojnie n a stół, a zwłaszcza wieczór. Je st
także m iędzy ludem przekonąnie, że garść gnoju kurzego, zanie
siona tego dnia n a pole, czyni całe pole urodzaj nem, a resztki
z zapust, wyrzucone następnego dnia n a ziemię sąsiada, sp ra
w iają, iż się tam urodzą tylko sam e chwasty.
Na zapustny w torek w niektórych m iejscach ubierają „welb lu d a“ (wielbłąda) z końską głową i końskim ogonem, nakrytego
płachtą, pod którą włazi silny chłop; dziw ny ten potwór otwiera
ciągle paszczę i chodzi po wsi. Także postać kobiecą lub m ęską
ze słomy, pstro odzianą, staw iają chłopaki w nocy n a drzewie pod
oknami, gdzie kobieta (wdowa lub panna) w ubiegłych zapustach
nie w yszła za mąż. Czynią to n a przekór i dla ośmieszenia, jeżeli
zamążpójście z jak ich bądź przyczyn nie przyszło do skutku.
R esztki z zapust pow inny być w zapustny w torek jeszcze
przed wschodem słońca odniesione daleko n a pole, ażeby lis nie
chodził w pobliżu domów. Tego dnia trzeba przed wschodem słońca
związać brzozową miotłę, która potem służy dla leczenia wielu
chorób, a zwłaszcza nierogacizny. Kurom dają w zapustny w torek
zboże do obręczy, ażeby lis w lecie blisko do nich nie przychodził.
Kto otrzym a tego dnia do jedzenia kość grzbietow ą wieprzową, to
przez cały rok nie będzie m iał bólów w krzyżu. Kto się tego dnia
nie może do syta najeść, ten będzie przez cały rok głodny. Tego
dnia trzeba przynieść kurom cokolwiek zboża z m łyna, ażeby
ochotniej niosły ja ja i t. d. Na zapustny w torek nie śmie n ik t
22 *
— ä 40 —
Szyc, albowiem w tym w ypadku k u ry nie m ogłyby nieść jaj.
Gdzie się tego dnia okaże m gła, tam będzie w lecie padać grad.
Kto w zapustny w torek przędzie, ten przyw oła przez to węża do
domu.
W z a p u s tn y w to re k — p o w iad a ją — o dbyw ają p ta k i do 5-ej
g odziny ra n o sw e w esele. R odzice w s k u te k tego p o sy łają dzieci do
k rz ak ó w szu k a ć re sz te k ich obiadu, poczem ich w ita ją śm iechem ,
g d y p o w ra cają z p ró żn em i rę k am i. „ K o ś c i “ t. j . . g w iazd y m u szą
w z a p u s tn y w to re k zachodzić w ła śn ie o północy, bo inaczej będzie
lich e żniw o i ' w ielk a drożyzna. Jeżeli w z a p u stn y w to re k p ad a
śn ie g lu b deszcz, zn aczy to b o g aty zbiór w w in n icac h i n a polach.
W z a p u s tn y w to re k trz e b a siać k a p u s tę (t. j. je j nasienie), bez
w zg lęd u n a to, czy w ów czas jeszcze p a n u je w okolicy zim a lub nie.
W dzień p o p i e l c o w y m yje się i czyści cały dom ; obfitość
pokarm u się zm niejsza i rozpoczyna post. Gdzieindziej panuje zwy.czaj, iż gdy w jakiej wiosce żadna dziew ka w ubiegłych zapustach
nie poszła za mąż, parobczak u b ran y w kobiece szaty, ciągnie
w dzień popielcowy przez wieś „ploh“, t. j. kosz napełniony słom ą;
jeżeli zaś tam nie było narzeczonego młodzieńca, zrobi tego dnia
to samo dziew czyna w m ęskich szatach, co w yw ołuje wiele śm iechu
ze strony widzów w całej wiosce.
O ś r ó d p o ś c i u piłują „babę“, którą przedstaw ia jak iś bał
wan, lub coś podobnego. Sródpostna środa nazyw a się tu także
„verkovnica“, co pochodzi stąd, iż tego dnia gospodarze „verklo“
(otkę?) sadzą do ziemi. Tego dnia czeka gospodarz rano n a niw ie
i gdy zaczyna wschodzić słońce, rzuca on otkę przeciwko słońcu
i gdzie ona padnie, tam zasadzi j ą do ziem i i pozostawia ta k do
wieczora. Na wieczór odnosi on otkę do domu, obw ija j ą blusz
czem i kładzie do pługa. Kiedy odjedzie następnego dnia orać, za
sadza tam , gdzie była wczoraj otka, błogosławiony p ręt do ziemi,
co przyniesie gospodarzowi bogate żniwo.
W k w i e t n ą n i e d z i e l ę niosą do kościoła dla poświęcenia
„presm ec“, rodzaj wieńca, lub w kształcie drzew a spleciony drąg
z wierzbowych gałązek (z czerwonej lub żółtej wierzby), przybrany
ja k najpiękniej gałązkam i zieleniejących się drzew w zimie. Tego
poświęconego p ręta używ a się potem do kadzenia pola w wigilię
albo też, gdyby w lecie groziła zaraza. Chłopak, w racający z „presm ecem “ do domu, ciągnie go, trzym ając za wierzch, wkoło po
dworze, za co dostaje od gospodyni nagrodę. Robi to dla zabezpie
czenia k u r przed jastrzębiem i lisami.
W niektórych okolicach kładą w środek „presm eca“ chrzan,
którego używ a się w słabościach. Kto przed kw ietną niedzielą boso
— 341 —
chodzi, tego ukąsi wąż. W tygodniu przed kw ietn ą niedzielą nie
śm ie gospodyni piec chleba, albowiem w razie przeciw nym będzie
jej chleb pleśnieć przez cały rok.
Na w i e l k i c z w a r t e k i w i e l k i p i ą t e k nie m a w praw
dzie osobnych zwyczajów, lecz gdzieniegdzie je s t rozpowszechniona
w iara, że jeżeli kto w w ielki czw artek nazbiera pokrzyw i schowa
je pod strzechę, ten m a swój dom zabezpieczony przed piorunem .
Jeżeli w wielki piątek pada deszcz, to będzie w lecie panow ać po
sucha. W w ielki piątek m usi gospodarz kosę przed wschodem słońca
wyostrzyć, przez co zaraza nie naw iedzi domu i zostanie dom za
bezpieczony przed czarow nikam i. W w ielki piątek, sobotę i w dzień
zm artw ychw stania trzeba iść rano n a traw ę się modlić, albowiem
ten, kto to czyni, nie dostanie febry. W wielki piątek gospodarz
nie śm ie orać, w ten dzień bowiem ziem ia jest m artw a.
W w i e l k ą s o b o t ę chodzą do kościoła z naczyniam i po
święconą wodę i błogosławiony ogień, które przynoszą do dom u
P an u je bowiem w iara, iż tam , gdzie m ają błogosławionyogień, je s t dom zabezpieczony przed pożarem. W chwilę, gdy
w w ielką sobotę w kościele po pierw szy raz zadzwonią, trzeba
obmyć sobie tw arz, w takim razie nie dostanie się febry. Także
drzewko, które z jakichbądź przyczyn nie rodzi owocu, trzeba w tejto
chwili poruszyć pom ietłem, co uczyni je znów urodzajnem .
W wielką sobotę, kiedy to nosi się do św ięcenia chleb i mięso,
święci się ten obrządek radosnem strzelaniem ze strzelb i moź
dzierzy. Również w dzień z m a r t w y c h w s t a n i a strzela się
w niektórych dom ach aż do ogłuchnięcia. Tego dnia palą ju ż przed
wschodem słońca w ielkie ognie i powiadają, że dym z tego ognia
zabezpieczy dom od zarazy, a pola od mrozu. Gdy tego dnia za
dzwonią w kościele n a „jutrzenkę“ (Ave Maria), chodzą dom ownicy
pod rynnę dachu się modlić, co uw ażają za najlepszy środek prze
ciwko chorobom. Kto chce być zabezpieczony od febry, ten m usi
tego dnia poświęcony chleb i chrzan naczczo jeść i popić cokolwiek
gorzałki. Poświęconego chleba otrzym ują w iększy lub jnniejszy k a
w ałek w szyscy domownicy, a także zwierzęta, oprócz kotki. Gospo
darz i gospodyni tego dnia nie śm ią położyć się spać, jeżeli nie
chcą, ażeby im nie poległo w lecie zboże n a polu.
W esoły i upragniony dzień św . J e r z e g o w itają Słoweńcy
w Styryi jeszcze wszędzie strzelaniem . Tego dnia w ypędzają zw y
czajnie bydło n a pastw isko, co się dzieje gdzieniegdzie bardzo uro
czyście. Pasterze i p asterki w ieńczą siebie i bydło w iankam i i na
pastw isku wesoło śpiew ają. Do radości i uroczystości tego dnia
— 342 —
przyczynia się i to, że się bydło kropi święconą wodą, zanim się
je wypędzi z zagrody.
Na wiosnę, gdy może po raz pierw szy zjaw ić się kukułka,
noszą chętnie przy sobie pieniądze, bo powiadają, iż tem u, kto m a
wówczas przy sobie pieniądze, gdy usłyszy po raz pierw szy k u
kułkę, nie będzie ich brakow ało przez cały rok. W ówczas także
uw ażają pilnie na liczbę głosów, albowiem k u k u łk a ludziom niem i
oznajmia, ja k długo będzie który jeszcze żył. Każdy jej krzyk znaczy
m ianowicie jed e n rok.
W wigilię św . KI o r y a n a , patrona od ognia, przygotowuje
gospodyni kilka poświęconych pręcików na ognisko, staw ia na
stole święconą wodę, a gdzieś w ukryciu n a obrusie kilka
ja je k z kiełbasą. Przychodzą bowiem „Floryanow ie“, zwyczajnie
dwaj chłopi, z których jed en przygotow ane pręty pali n a ognisku,
tow arzysz zaś jego zgarnia śmiecie w izbie n a jedno m iejsce, po
kropi ogień po krótkiej m odlitwie święconą wodą, a w yszukaw szy
przygotow ane rzeczy w nagrodę, zjada je z towarzyszem , albo z sobą
zabiera. Aż do tego dnia nie zostaw ia k u ch ark a poświęconego ognia
w w ielką sobotę n a ognisku w nieładzie, i nie da m u zagasnąć,
ponieważ ogień, w inny sposób w tym to czasie zapalony, uważa
się za straszny i nieszczęściem grożący. Oprócz tego także powia
dają, jeżeli je s t tego dnia piękna pogoda, to będzie przez rok w oko
licy wiele pożarów.
Przed świętem B o ż e g o G i a ł a urządzają przed dom am i
„m laje“ (maje), kw iatam i przystrojone i po oknach rozstaw iają
zielone gałązki lipowe. Z w iększą jeszcze okazałością obchodzi się
dzień św . J a n a C h r z c i c i e l a . W ieczorem tego dnia palą pa
sterze „k res“, t. j. ogrom ny stos sm olnych gałęzi św ierkow ych
i jodłowych, ju ż przedtem przygotow anych. Około ognia tańczą
i śpiew ają, gdzie indziej naw et skaczą przez ogień. Tego wieczora,
kiedy ju ż k w itn ą po łąkach białe św iętojańskie róże, odgadują
zw yczajnie znaw czynie przyszłość domowników, a to w ten sposób.
Bierze się n a każdą osobę jed en kw iatek i ta k w szystkie pozostawia
się, pooznaczawszy je w pierw im ieniem domowników, przez noc na
środkowem oknie. N azajutrz rano ogląda się je pilnie, a stosownie
do stanu, w jak im się one znajdują, wróży się o przyszłości. Gdyby
listki były skurczone lub odpadłe, oznaczałoby to śm ierć, gdy prze
ciwnie bardzo pięknie kw itnąca korona oznacza wesołe i szczę
śliwe życie. Za pomocą tego k w iatk a badają dojrzalsze dziewczęta,
czy są kochane, czy nie. Obryw ają m ianow icie listek po listku
z w yrazam i : „Lubi — mówi : Kocham cię —- z całego serca — tylko
trochę — wcale nic!" Gdy oderw ie ostatni listek, ostatnie słowo,
— 343 —
które przy jego oderw aniu wymówiła, uw aża za wyrok, w który
wierzy. Również przy w ym iataniu śmieci w tę noc może dziewczę
się dowiedzieć, kto jej przeznaczony. Staw ia ono przed północą
świecę n a stół i w rajskim kostyum ie zam iata p u stą izbę; dopiero
przy drzw iach się obejrzy i w tedy zjawi się jej przyszły, siedzący
zwyczajnie za.stołem . Tego wieczora chodzą także dziewczęta do
studni, żeby zobaczyć obraz przyszłego.
Dzień św. U l r y k a uw aża się za święto wężów. Ktoby tego
dnia w ykonyw ał ciężkie roboty, nie byłby bezpieczny przed nimi.
Również i na dzień św. Leszka nie wolno pracować w polu
i składać snopów w kopki, albowiem w takie rad piorun uderzy.
K w iaty i rośliny, przydatne n a lekarstw o, zbiera się m iędzy
15. sierpnia a 8. w rześnia, ponieważ w tedy zebrane są najpożytecz
niejsze. Trzeba wyznać, że młody św iat daleko m niej zna roślin,
aniżeli starsi ludzie, zwłaszcza pasterze alpejscy, znawcy oprócz
tego zm ian powietrza, opowiadacze ludowych powiastek, śpiewacy
narodowych piosenek. W dzień św . A n t o n i e g o Padewskiego,
św . L e o n a r d a i ś w. K a t a r z y n y m usi próżnować i bydło do
pociągu używ ane, jeżeli chcemy, żeby było zabezpieczone przed
chorobami, ponieważ św iętych tych uw aża się za patronów bydła.
Jeżeli się chce dziewczę dowiedzieć, kto będzie jej narzeczony, nie
śmie cały dzień przed św . J ę d r z e j e m nic jeść ; tylko przedtem ,
nim się położy spać, może zjeść trzy ziarnka pszenicy, w tedy się
jej zjaw i we śnie przyszły narzeczony. W dzień św . M i k o ł a j a
chodzi po domach sam święty z „parkełjem “ t. j. przedstaw icielem
karzącego ducha : pierw szy obdarow uje pilną młodzież rozm aitym i
podarunkam i, drugi zaś grozi dzieciom, które nie um ieją się modlić,
że je weźm ie ze sobą.
Na m urskiem polu panuje także zwyczaj, iż wieczorem przed
św. Łucyą dwie kobiety, przedstaw iające św iętą Łucyę i jej słu
żącą, idą straszyć dzieci. Ł ucya je s t całkiem czarna, jej służąca
zaś biała. Pierw sza m a z sobą w ielki talerz, na którym leży długi
nóż i oczy. Ona żąda od dzieci, aby się modliły. Te, które to
chętnie czynią, obdarowuje podarunkam i, nie um iejącym się modlić
grozi, że im wydrze oczy, przy czem pom aga jej służąca, nosząca
z soba w ielką siekierę, zaopatrzoną ptasiem i skrzydłam i. Tego stra
szydła tak że boją się dzieci najwięcej.
W ieśniak, chcący się wzbogacić, rozpoczyna w dzień św. Łucyi,
rano przed wschodem słońca, robić m alu tk ą ławeczkę. Ław eczka
ta m usi być zrobiona z 11 kaw ałków rozm aitego drzew a m ęskiego
rodzaju. Co rano m usi być wykończona jed n a rzecz : pierwszego
ra n a deska, drugiego i trzeciego poprzecznice, potem cztery nogi
— 344 —
i wreszcie kliny. Z tą ław eczką idzie on w wigilię Bożego N aro
dzenia do kościoła i o północy w czasie „pasterki“ siada przed
drzw iam i kościoła n a niej. Podczas podniesienia m usi ów, chciwy
lekkiego grosza, obejść trzy razy kościół k u wschodowi i za trzecim
razem usiąść n a ławeczce n a poprzedniem m iejscu przed drzw iam i
kościoła. W tedy zjaw ia się przed nim sam duch nieczysty z piekła
i zacznie targow ać ławeczkę. Zw yczajnie dostaje się za nią mieszek,
w którym nigdy nie zabraknie pieniędzy, albo czapkę, która czło
w ieka czyni niew idzialnym , ilekroć w sadzi ją sobie n a głowę.
W wigilię rozpoczynają się także kolędy, sław iące Narodzenie
Syna Bożego, które trw ają przez cały m iesiąc (do 2. lutego). Nie
b rak zw yczajnie jasełek, ani bożego drzew ka, w b lasku św iatła,
pełnego owocu i przysm aków. W dzień Bożego Narodzenia (jakoteż
i n a W ielkanoc) m usi być n a stole w szystko, czego tylko kuchnia
dostarczyć może. Jeżeli kto, idący n a pasterkę, tykw iane nasienie
w kieszeni m ięsza, tem u urodzą się n a przyszły rok n a niw ie tłuste
tykw y. Po pasterce ludzie zw yczajnie spieszą do dom u; kto tej
nocy upadnie n a drodze, albo cień jego przy blasku księżyca nie
m a głowy, ten w przyszłym roku napew no um rze. Ludzie przy
szedłszy do domu, rozbudzą zwierzęta, dadzą koniom i bydłu pokarm
a przed eh lew kiem , w którym się znajdują krowy, strzelają po
święconym prochem , ażeby czarownice nie m iały nad krow am i żadnej
mocy. Człowiek, obchodzący tej nocy trzy razy dom, może się
dowiedzieć o przyszłości, jeżeli przez środkowe okno zajrzy do izby :
zobaczy w izbie albo w ianek, albo tru m n ę lub coś podobnego.
Tej nocy w lew ają dziew częta.roztopiony ołów do wody i z kształtu,
w jak im się ołów pojawia, w nioskują, jakiego sta n u będzie ich n a
rzeczony. W ielką w agę p rzy p isu ją także wiatrowi, w iejącem u
w tę noc; w iatr wschodni znaczy pomór bydła i śm ierć wielkiego
państw a, w iatr południow y obwieszcza choroby, w iatr zachodni zaś
cichą pogodę i dobre żniwo. Tego wieczora może się dom ownik
także dowiedzieć, ja k a będzie pogoda każdego m iesiąca przyszłego
roku. Dla tego celu trzeba z wieczora przed północą sześć buko
wych klocków rozerznąć n a dwoje, a n a każdą z tych otrzym anych
12 połówek, przedstaw iających 12 m iesięcy, kładzie się potem co
kolwiek soli. Po powrocie z p asterk i ogląda się je pilnie; n a któ
rych będzie sól roztopiona, w tych m iesiącach będzie obfitość deszczu,
gdy przeciw nie drugie obwieszczają suchą pogodę. Tego wieczora
także chodzą chłopcy, chcący się prędko wzbogacić, na rozstajne
drogi w „rys“, niosąc z sobą czarnego kota lub koguta, za którego
się dostaje od nieczystego ducha pieniądze. Inni znów idą tego
wieczora z liczbami, napisanem i n a papierkach, do m łyna, znaj du-
— 345 -
jącego się gdzieś na sam otném m iejscu, tak, iż głos dzwonu k o
ścielnego do niego nie dochodzi i w czasie północnej m szy m ielą
te liczby niby ziarno, a które po zm ieleniu zostaną nietknięte, te
potem staw iają n a loteryę. Kto chce być przez cały przyszły rok
zdrów i silny, ten m usi, w racając z pasterki, ta k się spieszyć, że
przyjdzie pierw szy do domu. Jeżeli ludzie słyszą tejże nocy
pobijanie beczki lub odgłos młocków, obwieszcza to bogate żniwo
w przyszłym roku.
W dzień św . S z c z e p a n a przynosi się do kościoła do świę
cenia w szelakie zboże, jakiekolw iek m a się tylko w domu, z każdego
po kilka ziarn; również w iększy lub m niejszy kaw ałek soli, którą
potem soli się krew i uda zabitego zwierzęcia, ja k owiec i niero
gacizny. Ziarnka zaś poświęcone w ybiera się po przyniesieniu do
dom u i chowa w odpowiednich m iejscach razem z innem zbożem.
W dzień św . J a n a e w a n g e l i s t y święci się wino, które nazy
w ają „Sentjanževec“. Po przyniesieniu do domu częstuje się niem
każdego z domowników. Najbardziej oczekiwane przez młodzież
je s t święto „ M ł o d z i a n k ó w “. Dla dzieci jestto dzień radości. Do
tykając doroślejszych prętem , mówi się: „Rešite se, rešite (ma
b y ć : teši le) zdrávi in veseli k novém u le tu “ (Cieszcie się i radujcie
się zdrowi i weseli na nowy rok). W nagrodę za to dostają poda
runki, ja k chleb, owoce, naw et i pieniądze. Ten obrządek nazyw a
się „tepeskanje“, który może 'być w ykonyw any tylko przed połu
dniem , lecz w żaden sposób nie po południu. Dzieciom przycho
dzącym „tepežkat“ po południu, obiecują, że ich w rzucą -w piec.
W ieczorem, w w i g i l i ę n o w e g o r o k u , przyniesie gospo
dyni chleb, „staln ik “ n a stół, potem pokropi dom, chlew i inne
budynki święconą wodą. Także n a pole m usi ktoś udać się kropić,
bezwzględnie na to, czy leży tam w ysoki śnieg. Oprócz tego kadzi
i kropi się pole także w wigilię św. Trzech króli, Z m artw ychw sta
nia i Zielonych św iątek, co oznacza w w ysokim stopniu religijny
nastrój ludu słoweńskiego w południowej Styryi.
Ja k św ięta związane z pew nym i obrzędam i tow arzyszą Sło
weńcowi przez cały rok, ta k samo i różne zwyczaje tow arzyszą m u
przez cały żywot. Nowonarodzone dziecię niesie się zaraz do chrztu,
dopóki nie je s t ochrzczone, nie da m u m atk a pokarm u. Czasem
jeszcze kum owie, w racając z kościoła, posiedzą dłuższy czas w k a r
czmie, a m ałe biedactwo m usi głodować. Zwyczaj ten je s t całkiem
przeciw ny zwyczajowi cudzoziemców, m ieszkających w pośród Sło
weńców, którzy przez tydzień i jeszcze dłużej nie posyłają dziecka
do chrztu, m niem ając, iż m u ta zwłoka doda rozum u. Zaraz po
narodzeniu dziecka szukają „babice“ po kalendarzu, z którego mu
— 346
przepow iadają przyszłość. Jeżeli był tego dnia w kalendarzu znak
barana lub wołu, będzie się dziecko chętnie uczyć, jeżeli narodziło
się w znaku niedźw iadka, będzie złośliwe i skore do gniew u.
Jeżeli dziecko nie je s t dobrze ochrzczone, gdy proboszcz nie
jak ie słówko opuścił, lub fałszyw ie wymówił, to tak i człowiek, gdy
dorośnie, widzi o północy um arłych, ja k do kościoła na pasterkę
wchodzą.
Nowonarodzonemu dziecku przepow iadają baby i krew ni szczę
śliwą, lub nieszczęśliw ą przyszłość. Jeżeli je s t dziecko płci m ęskiej,
to nie śm ie być spowite w kobiece szaty, ażeby później nie było za
wielkim gachem . Również dziecko płci żeńskiej nie śmie być owi
nięte m ęskiem i szatam i, żeby się później zanadto nie oglądało za
m ężczyznam i. Kiedy odnoszą dziecko do chrztu, weźm ie chrzestna
m atka w szystkie pieniądze z sobą, ażeby dziecko było bogate. Kiedy
zaś idą do „upeljevaniu“ (na wywód), schow ają cokolwiek od tego
chleba, którego kum owie jedli, aby dziecko było oszczędne.
W ciągu jednego lub dwóch tygodni pośle gdzieindziej chrze
stn a m atk a „pogaco“ t. j. dw a bochenki chleba z białej pszenicznej
m ąki (na Pohorzu zaś obdarowuje m atk a po „upeljevanju“ m atkę
chrzestną z „pogacą“). W tym czasie częstują m atkę ja k najwięcej
winem. Także do jedzenia otrzym uje ciągle coś lepszego, roboty
nie m a żadnej ciężkiej, oprócz czegoś .nieznacznego w domu. Jeżeliby
jednak przed „upeljevanjem “ chciała m atk a przestąpić próg swego
domu, zawróciliby ją domownicy i sąsiedzi czemprędzej nazad. Mnie
m ają bowiem, iż drzewo, pod któreby ona stąpiła, przestałoby rodzić
owoce, w studni, do której by ona poszła po wodę, zabrakłoby na
zawsze wody. Podczas „upeljevanja“ idzie m atk a i baba do kościoła
razem, niosąc z sobą nowonarodzone dziecko. Po ukończonej m szy
idzie m atk a w raz z dzieckiem około wielkiego ołtarza, gdzie ofia
ru je do skarbonki pieniądz i za ołtarzem dotyka trzy razy
głową dziecka ołtarza, ażeby go nie bolała głowa. O trzym ane od
chrzestnej m atki przy chrzcie płótno, przechowuje m atk a przez
cały rok, w którym m a dziecko, jeżeliby tym czasem um arło, „czecheł".
Gdzieindziej kładą nowonarodzone dziecko n a kożuch, ażeby
miało kędzierzaw e włosy. Jeżeli kum ow ie podczas chrztu pilnie
nie modlą się, to takie dziecko widzi w szelakie widm a. Wody,
w której były prane pieluchy, nie wolno w nocy w ynosić z pod
strzechy, albowiem w takim razie dziecko mocno płacze. Pieluch
także nie wolno osuszać n a w ietrze zam iast w kuchni, jeżeli się
chce, żeby dziecko było zdrowe. Nie wolno także nikom u obcemu
wiele spoglądać n a m ałe dziecko, żeby nie dostało „uroków “. Dla
tej samej przyczyny także sam gospodarz nie może wieczorem w ejść
— 347 —
do izby, gdzie je s t dziecko; m usi coś zostawić na dworze, n. p.
kapelusz, z którym nocny niepokój zostanie n a dworze. Do pierw
szej kąpieli dziecka w rzucają często różaniec i pieniądze, chcąc
przez to obudzić w dziecku zaraz z początku zamiłowanie do po
bożności i pieniędzy. M atka przed sześciu m iesiącam i nie może
wziąć dziecka z sobą do łóżka, bo nad takiem i dziećmi m a pew ną
moc w ałęsający się w wieczór w postaci m iotły duch-dzieciomor,
zw any „škopjenk“, który stara się w szelkim i sposobami udusić
dziecko śpiące z m atką. Jeżeli się gdzie przyjdzie, trzeba konie
cznie posiedzieć, żeby domownikom snu nie zakłócić, tem bardziej
też trzeba n a to uw ażać tam , gdzie są m ałe dzieci. Jeżeli jest
dziecko popędliwe do gniew u i od tej w ady uwolnić go nie mogą,
w tak im razie niech spieszy ktoś po m szy do domu i wyzuw szy
buty, dziecko trzy razy łagodnie uderzy po grzbiecie ; to niezawodnie
uzdrowi dziecko od gniew u.
Małe dzieci podlegają bardzo często „urokom 4“, t. j. chorobie,
która pochodzi z tego, jeżeli ktoś obcy, zwłaszcza człowiek, m ający
brw i na czole zrośnięte, n a dziecko spogląda, a przy tem , ja k trzeba,
trzy razy nie splunie. „Uroki“ odpędzają w następujący sposób:
W eźm ie się m iskę z czystą wodą, do której trzeba włożyć trzy k lu
cze, trzy łyżki, trzy widelce i trzy węgle. Jeżeli węgle opadną na
dno, je s t to znakiem , że choroba pochodzi od dziada, jeżeli jed n ak
spłyną po wodzie, w tedy je s t baba przyczyną tej choroby. Te trzy
węgle trzeba potem rzucić do trzech kątów w izbie, w wodzie zaś
trzeba umoczyć świeżą figę i w ilgotnym palcem trzy razy po każdern oku pociągnąć i cokolwiek wody popić, a wszystko będzie
dobrze. „Urokom“ nie podlegają jedynie tylko dzieci, lecz i młode
zwierzęta, w sk u tek tego widzim y wszędzie wiele spluw ania, gdzie
ktoś obcy przypadkiem takie zwierzę ogląda.
Jeżeli dziecko długo nie może chodzić, niechaj weźmie m atk a
jednoroczny pręt i nim dziecko na m łodą niedzielę trzy razy łago
dnie uderzy, poczeni dziecko prędko zaczyna chodzić.
W eselne zwyczaje w różnych stronach są różne, lecz ich opis
zająłby za wiele m iejsca, dlatego się z nim i załatw ię krótko. Gdy
się już rodzice przedtem porozumieli poniekąd m iędzy sobą, scho
dzą się w dom u narzeczonej „na ogled o“ i naradzają się, co dalej
począć. Obie strony spraszają potem sw ych krew nych i znajom ych
n a wesele, które w edług okoliczności trw a naw et kilka dni. Weselnicy ubierają się pięknie, stroją w bukiety i w stążki i baw ią się,
ja k tylko um ieją, a przedew szystkiem tańcem i śpiew aniem przy
godnych pieśni. O rozw eselenie i zabawę m uszą się przedew szyst
kiem starać m uzykanci, którzy także pana młodego prowadzą do
348
domu panny młodej, żeby ją zabrać z sobą. Ale drzwi zastają za
m knięte, nie m a żywej duszy w domu. Dopiero po długiem pu k a
n iu do drzwi, zjawia się jak a ś staru szk a i chce iść z nim i. P an n a
młoda zaś gdzieś w kącie płacze, żegnając się z domownikami.
I długo m usi pan młody prosić i badać, która ze zjaw iających się
kobiet je s t panną młodą, bo dowcipny gospodarz nie m yśli się po
kazać weselnikom , dopóki p an n a m łoda nie pokaże się sam a sw em u
narzeczonem u. Po drodze do kościoła strzela się wiele i m uzykanci
nie żałują instrum entów , żeby cale tow arzystw o w dobrem utrzym ać
usposobieniu. Jeżeli chce pan n a m łoda mieć w m ałżeństw ie władzę
nad sw ym m ałżonkiem , to powinna, kiedy idą po ślubie dla ofia
row ania razem około ołtarza, za ołtarzem go o coś poprosić; jeżeli
pożądaną rzecz otrzym a, to będzie mąż jej chodzić w czepku. Pod
czas ślubu uw ażają także na świece, ja k się palą, albowiem one
obwieszczają przyszłość m ałżonkom. Spokojnie palące się świece
przepow iadają spokojne, niespokojnie zaś, burzliw e życie w m ałżeń
stwie, a jeżeli która świeca zgaśnie, znaczy to prędką śm ierć, i to
panny młodej, jeżeli zgaśnie n a lewej, a pana młodego, jeżeli zgasła
na praw ej stronie. W esele odbywa się najczęściej w poniedziałek
lub w środę, które także nie śm ie być zakłócone żadnym pogrze
bem, albowiem to wszędzie uw aża się za zły znak. P an n a młoda,
która w yszła za m ąż za takiego młodzieńca, który ju ż innej dziewce
obiecał ślub, m usi się n a drodze do kościoła bardzo strzedz, ażeby
zawiedziona nad nią nie pom ściła się za pomocą garści ziemi, ze
branej n a cm entarzu, którą rzuca n a m łodych małżonków, może
im zakłócić ich szczęście n a całe życie. Młodej parze składają
ze wszech stron życzenia, na drogę żywota, boć to związek, m ający
trw ać do śm ierci, wśród szczęścia lub niedoli, ja k Bóg „potoczy“.
Człowiek, idąc do kościoła, nie śm ie n a drodze jeść, bo będzie
tru m n a jego w dzień pogrzebu bardzo skwierczeć. Do domu, przed
którym odezwie się puhacz, lub k re t ryje pod rynną, śm ierć z pe
wnością niezadługo zaglądnie. W wiosce św. Tom asza panuje zwy
czaj, że żona przynosi sw em u m ałżonkow i n a łóżku śm iertelnem
w ina „sentjanževca“, które jeszcze raz w ypiją razem , ja k się to
stało po ślubie. Na Pochorzu je s t rozpow szechnione m niem anie, iż
ten, którego ostatniego zanoszą n a cm entarz, m usi ta k długo stać
u w rót cm entarza n a straży, dopóki kogo drugiego nie pochowają.
Jeżeli m ałżonka zajrzy za sw ym um arłym m ałżonkiem do grobu,
to, jeżeli pójdzie powtórnie za mąż, także jej d rugi m ałżonek przed
nią um rze. Jeżeli w jak im dom u um rze gospodarz, nie śm ie po
jego śm ierci w ciągu siedm iu dni n ik t orać, bo w takim razie zo
stałaby ziem ia m artw a całych siedm lat. Kiedy człowiek um iera,
— 349 —
uw ażają za potrzebne otworzyć okno w jego pokoju, aby dusza
m ogła swobodnie odlecieć. Zegary na ścianie m uszą być w tej
chwili zatrzym ane, bo inaczej nie szłyby dalej dobrze.
Um arłego obm ywa się, ubiera w odpowiednie szaty i składa
„na p are“ (katafalk), n a którym się znajdują dwie świece, czarka
z święconą wodą i gałązka rozm arynu. Przychodzący kropią nie
boszczyka i m odlą się o spokój jego duszy. Zwyczajnie zbierają się
w wieczór sąsiedzi w znacznej liczbie, modlą się i śpiew ają odpo
w iednie pieśni, a domownicy podają im chleb i napitek. W ybiera
się też dla um arłego „opiekun“, ażeby dopilnował, świec i żeby do
pomógł, by ci, którzy chcą go jeszcze widzieć i odwiedzić, mogli
to uczynić. Gdy się tru m n a z um arłym wynosi przez drzwi, uderza
się nią trzy razy ж próg, n a znak, że m u w szyscy życzą, aby nie
w racał ze św iata, do którego się przeniósł i nie naruszał nocnego
pokoju. M niem ają bowiem, że po nocach słyszane jęki, stukotanie
i t. p. pochodzą od duchów um arłych. Godzina m iędzy jedenastą
i dw unastą uw aża się za przeznaczoną na takie nadzw yczajne zda
rzenia i n ik t też, kto tylko może, nie opuszcza w tej godzinie
strzechy.
Dziwne też sobie rzeczy opowiadają o „drakonie“, m ieszkają
cym w wodzie i szerzącym dokoła postrach i zniszczenie, o „jeziorn ik ac h “, czyli m ężach wodnych, m ających n a dnie jezior prześliczne
pałace; o strasznych „w ilkołakach“ p.ół-łudziach, pół-wilkach, piją
cych krew człowieka ; o „nocnych m yśliw ych“ czyli psach o trzech
nogach, w których pokutują dusze sąsiadów, kłócących się za ży
cia; o siedzących zwyczajnie n a piecu „ sk ratach “, czyli kotach,
dostarczających swoim panom za życia wszelkiego rodzaju skarbów,
a za to w chwilę śm ierci chw ytających ich duszę; o białej żonie,
t. j. śm ierci, która, gdy się kogo kosą dotknie, ten ju ż za n ią iść
m usi. Ale ponieważ rzeczy te nie stoją ściśle w zw iązku z zwy
czajam i ludu słoweńskiego w południowej Styryi, uważam za
słuszne pom inąć je m ilczeniem , ponieważ naw et najkrótszy ich
opis zająłby za wiele miejsca, Ktoby zaś zechciał w tym zakresie
nabyć jeszcze dokładniejszych wiadomości, tem u możemy polecić
w r. 1884 przez „Maticę Słow eńską" w L ublanie w ydaną książkę
p. t. „Ôrtice iz duševnega žitka štajarskich Slovencev, zestavil Dr.
Josiph P a je k “, którą m ożna uw ażać za praw dziw y skarb w tym
przedmiocie. Dziełko to je s t bogate w treść, a w każdym razie ta k
ważne, że się żaden słow iański folklorysta bez niego obejść nie może.
P iotr Mildavec.
— 350 —
«
Zycie pozagrobowe i św iat przyszły
w wyobrażeniu ludu żydowskiego.
Światopogląd ludu żydowskiego je s t naw skróś pierw otny.
Niem a wątpliwości, że czas przekształcił w ierzenia żydowskie, że
zm alały one pod jego wpływem , przecież dziś jeszcze są dość silne
i pełne. Przypisać to można, w znacznej części, w yjątkow ym w a
runkom , w jak ich naród żydowski przez długie w ieki się znajdował.
Zam knięty w ciasnych, ponurych ghettach, odcięty od św iata m yśli
i wiedzy, żyd pielęgnow ał swe w ierzenia, karm ił się duchową spu
ścizną zamierzchłej swej kultury.
W łaśnie silne ślady tej ginącej w pom rokach dziejów prze
szłości noszą n a sobie pojęcia ludu żydowskiego o życiu pozagrobowem i świecie przyszłym.
Grób, życie po za grobem , przejm ują żyda niew ypow iedzianym
lękiem ; m ęką je s t dla niego mówić o tern, co człowieka czeka po
śm ierci. Za to m yśl o świecie przyszłym , o przyjściu Mesyasza,
krzepi go w jego życiu pełnem trosk i udręczeń.
Nasze czasy są w idow nią zatracania się i u ludu żydowskiego
wielu jego pojęć pierw otnych, dlatego spieszyć się trzeba, by co się
da, uratow ać od zapom nienia.
*
*
Oto, co mówi lud żydowski o życiu pozagrobowem :
Z chwilą, gdy ludzie oddalą się od grobu na trzy łokcie, zbliża
się t. z. anioł grobów i puka w grób, pytając zmarłego, ja k się n a
zywa. Nieboszczyk, przerażony, zapom ina im ienia swego, więc anioł
ów uderza go łańcuchem przez brzuch, w yjm uje z niego w nętrz
ności i te daje m u powąchać. Potem w kłada owe w nętrzności na
daw ne m iejsce i po raz drugi zapytuje o imię. Dopiero za trzecim
razem zm arły mówi, ja k się nazyw a i — anioł grobów oddala się.
Przez cały ten czas dusza owego nieboszczyka stoi tuż przy grobie
i cierpi, patrząc n a katusze ciała swego. A są to tortury. Tylko
ten, kto um iera w piątek o 12-ej w południe i kobieta, która trzy
razy urodziła bliźnięta — nie przechodzą tych cierpień.
Po odejściu anioła grobów, dusza prowadzona przez dw a d u
chy swoje, dobrego i złego, idzie przed tron Boga. Tam ważą grzechy
jej i zasługi, a św iadectw em tych je s t księga, w której dusza ta
za życia swego, sam a swe uczynki zapisała Co noc, w czasie snu,
dusza uchodzi do nieba i tam m ałym palcem praw ej ręki swe
dobre i złe uczynki zapisuje. Prócz księgi świadczy i cień człow ieka
— 351 —
a także grzechy i zasługi w postaci dobrych i złych duchów. Każdy
grzech zam ienia się w złego ducha, każda zasługa w dobrego. Jeśli
grzechy przew ażają, zły duch się raduje, gdy dobry się smuci,
w przeciw nym razie duch dobry się cieszy, a zły je s t sm utny.
D usza truchleje wtedy, sta ra się uspraw iedliw ić, zw alając winę
n a ciało, że ono to je s t w szystkiego złego przyczyną.
W reszcie Bóg w ydaje wyrok. Jeśli je s t to dusza człowieka,
który um arł, nie skończywszy 70-ciu lat, to po raz d rugi — . tylko
w inne ciało przyobleczona — w ysyłaną je s t na ziemię. Tylko ten
po raz drugi się nie urodzi, kto um ierając, m a przeszło 70 lat.
Bardzo wielki grzesznik (n. p. przechrzta), przedtem , zanim pójdzie
do piekła, m usi pokutować n a ziem i w ciele człowieka lub zw ierząt
takich ja k pies, koń, kot, Świnia. Ta dusza pokutująca zwie się
d y b u k ; naw iedza bezbożnych i te kobiety, które w nocy wycho
dzą bez fartucha, przypraw iając ich o obłąkanie. Jeszcze dobrze,
gdy uda się jej w ejść w człowieka, bo w tedy rabin-cudotw órca
w ypędzając ją przez m ały palec od ręki, oznacza jej m iejsce pobytu.
D usza m niej grzeszna idzie do piekła; czas i jakość k ary zależne
są od jakości i ilości popełnionych za życia grzechów. Bywa, że
dusza skazana zostaje n a wieczne piekło.
Sprawiedliwego prowadzą aniołowie do raju. Ale by tam się
dostać, i on przez piekło przejść m usi. Dw a są piekła: dolne i górne.
N ajpierw męczy się dusza w piekle dolnem, poczem stopniowo, ja k
po schodach, przenosi się do górnego. Modlitwa, którą syn odm awia
za zm arłych rodziców, czyni ich przesuw anie się szybszem.
K ary są tu rozm aite: w ieszają za język za obmowę, gotują
w smole, tarzają po srebrnej, kolczastej traw ie, toczą w beczkach
napełnionych szpilkami. W dzień chodzą grzeszne dusze po drzewo ;
po powrocie sam e rozpalają ogniska i sam e w nie się kładą. By
ulżyć sobie, przynoszą pod pacham i lód, ale ten zaraz topnieje.
Co noc popiół z nich zostaje, poczem znów żyją i cierpią.
Tylko od piątku przed wieczorem do soboty wieczór grzesznicy w y
poczywają.
Gdy kończy się określony czas m ęki, to przychodzi anioł Mi
chał i radosną w ieść duszy ogłasza. Ta, „oczyściwszy“ się w ogni
stej rzece, idzie do raju. Ale wyjść z piekła może tylko uczepiwszy
się spraw iedliw ego, dlatego też, gdy spraw iedliw y przechodzi przez
piekło, dusze wyzwolone czepiają się jego ram ion i głowy. Zm ierza
jącym do ra ju idą naprzeciw aniołowie i król Daw id z harfą. W raju
w ita dusze praojciec Abraham.
352 —
Dwa są raje : ziem ski i niebieski. Raj ziem ski je s t czemś pośredniem pom iędzy piekłem a rajem isto tn y m 1). Raj niebieski —
to ogród jasn y , w spaniały. Są w nim wszelakie drzewa, a także to
drzewo, z którego jedli A dam i Ewa. W pośrodku raju rośnie t. z.
drzewo życia.
Dusze w srebrnych i złotych koronach na głowie nic innego
nie robią, tylko wciąż chw alą Boga. A Bóg siedzi w siódm em nie
bie (jest siedm nieb), n a w zniesieniu, na złotym fotelu. Orły pod
trzym ują tron jego, a w szystkie zw ierzęta2) są tuż przy nim . Na
głowie m a Bóg koronę złotą, b rylantam i w ysadzaną. U brany je s t
w „tałes“ (płaszcz m odlitewny) i „tefiłin" (naczolniki używ ane przez
żydów w czasie rannego nabożeństw a) i modli się często.
Świat
przyszły.
Kiedyś n astąpi wielka, straszn a w o jn a3). W szystkie ludy bić
się ze sobą będą. Przyjdzie Gogim ugik (albo Gog-magog), olbrzym,
wysoki ja k od nieba do ziem i i bić będzie żydów.
Teraz śpi ten Gogim ugik w pustyni, ale gdy nadejdzie pora,
to się przebudzi.
Bóg ześle n a pomoc żydom M esyasza, syna Józefa, ale Gogi
m ugik go zabije.
Gdy większość ' żydów polegnie, to przyjdzie] drugi Mesyasz,
syn D aw ida; ten powali Gogim ugika i położy koniec walce.
Zernbabel, syn Falfiela, zmówi pacierz za poległych, który to
pacierz wszyscy, n aw et grzesznicy w piekle, zakończą słowem
„am en“. W ywoła to w ielką wrzawę. Aniołowie doniosą Bogu, że n a j
głośniejsze „am en“ pochodzi z piekła i Bóg zm iłuje się. Aniołom
Michałowi i Gabryelowi odda klucze od w rót piekielnych i rozkaże
wypuścić grzeszników , poczem archanioł Michał za trąb i: „odżyjcie
u m arli“.
I zm artw ychw staną w szyscy i M esyasz poprowadzi ich do J e
rozolimy. Kości w grobie toczyć się będę pod ziemią, aż się dowloką
do świętego m iasta.
ń Niektórzy woale o tym raju ziemskim nie wspominają, inni mówią, że,
Ъу dostać się do raju niebieskiego, trzeba przejść przez ziemski. Jedni powiadają,
że raj ziemski znajduje się na ziemi, drudzy — że w niebie i że tam karana jest
rozpusta.
2) Wyliczając owe zwierzęta, wspominają zawsze tylko lwy i niedźwiedzie.
3) Żyd tak się boi tej wojny, że woli nie doczekać przyjścia Mesyasza,
byleby tylko w tej walce nie brać udziału.
— 353 —
Zanim przyjdą do ziemi obiecanej, będą m usieli przejść przez
dw a m osty: spraw iedliw i w szystkich ludów pójdą po papierow ym
moście, zaś grzesznicy i wrogowie żydów — po żelaznym. Pierw si
dostaną się n a drugą stronę, bo aniołowie m ost ich podtrzym yw ać
będą, drudzy, t. j. grzesznicy, zapadną się w morze.
W Jerozolim ie połączą się żydzi z pokoleniem Mojżesza, t. zw.
czerwonym i żydkam i, ludem rosłym i p ięk n y m 1), żyjącym za rzeką
Sam batyą. Ludek to szczęśliwy bardzo, n ik t u nich nie um iera,
a gdy kto z nich m a ochotę um rzeć, to idzie za m iasto, kładzie
głowę n a pew nym kam ieniu i um iera. Teraz czerwoni żydkowie
przejść rzeki Sam batyi nie m ogą2), bo zionie ona ogniem i kam ie
nie z siebie w yrzuca, w piątek wieczorem i w sobotę przy cicha,
ale gdy Mesyasz, syn Daw ida, przyjdzie, Sam batya n a zawsze się
uspokoi.
I w ypraw i Mesyasz w ielką ucztę, n a której uraczy w szystkich
m ięsem olbrzymiego wołu (zwie się wół ten : szor-ha-bor), pasącego
się od początku św iata n a łąkach ra ju ; rybą lew iata nem, która
żyje we w szystkich wodach i — w inem przy gotowa nem jeszcze przez
Adam a, a przechow yw anem w piw nicach raju.
Król D aw id, pobłogosławi w szystkich ucztujących, a aniołowie
usługiw ać im będą.
Zapanuje powszechna szczęśliwość. W szyscy kochać się będą,
wszyscy będą sobie równi. Ziemia gotowe placki rodzić będzie.
Stanie napow rót św iątynia, lud składać będzie ofiary Bogu,
a gdy kto zgrzeszy3), to zaraz będzie wiedział, kiedy grzech został
m u wybaczony. Życie będzie wieczne, zły duch będzie zabity,
a siły nieczyste w ygnane ze świata.
Regina Lilientalow a.
b Inni mówią, że czerwoni żydkowie są mali, ale piękni i silni.
2) Jedni powiadają, że gdyby kto zdołał zbliżyć się do Sambatyi, to Me- ,
syąsz zaraz by przyszedł, drudzy mówią,: że byli tacy, co przeszli tę rzekę.
3) To znów mówią, że nikt wtedy nie będzie grzeszył.
ЙЗ
Z nad Wisłoka.
Rysy etnograficzne ze wsi Białobrzegi w powiecie łańcuckim*).
(Dokończenie).
3. Isto ty n a d p r z y r o d z o n e .
Do istot z w ładzą nadprzyrodzoną, które ju ż z n a tu ry są d u
ellami dobrym i lub złym i, należą jeszcze istoty, w ystępujące w po
jęciach ludowych jako w ykonaw czynie bądź woli Bożej, bądź woli
czarowników i czarownic. Są to Choroby i Śmierć.
0 nich w yraża się lu d : „Roz maj le choróbska obsiędą'czło
w ieka i ta k długo m ęczą, aż przyjdzie Śm ierć i zabierze“. Sylw etki
owych chorób zresztą nie zarysow ały m i się wyraźniej n a tle mo
jego zbioru w ierzeń ludowych w tutejszej okolicy. Nie znajduję
w nim n. p. szczegółu, czy ko łtu n , jako istota, niezaspokojona
w sw ych pożądliwościach, ujaw nia się n a zew nątrz li w splotach
włosów, czy też przybiera jeszcze in n ą postać. W sw ym zbiorze
posiadam zaledwie słaby odcień wyobrażenia Choroby. Ma to być
duch w postaci kobiety, który przed epidem ią przebiega nocam i
pola i sioła, a zaglądając do chałup, naznacza w nich osoby, które
m a Śm ierć zabrać. — Śm ierć w pojęciu ludowem je s t duchem nie
w idzialnym ; tylko ludzie bardzo spraw iedliw i widzą ją w postaci
kobiety, podobnej zupełnie do szkieletu, z kosą w ręku, która prze
cina życie człowieka. W yraźniejsze kształty, jako potęgi nadprzy
rodzone, w yw ierające znaczny w pływ ną losy ludzkie, przedstai
w iają dyabli lub czorci, ziem scy i przez piekło nasyłani n a ziemię,
dalej istoty im pokrew ne, m ianow icie : toplec, mamuna i hiklus
Dyabli ziem scy są częściej widzialni, niż niew idzialni; z dyabłam i
piekielnym i m a się rzecz odwrotnie. I jed n i i drudzy m ają rożk.
*) Por. „Lud“ VIII. str. 245.
— 355 —
na głowie, a ogony z tyłu. D yabłi ziem scy są śniadej cery, pie
kielni tylko czarnej, w czarnem też ubraniu. Strój dyabłów ziem
skich byw a niekiedy do chłopskiego podobny, częściej atoli z materyi, rażącej sw ym kolorem dziw nie pstrokatym (jedna nogawica
spodni czerwona, druga zielona, k u rtk a w czarne, czerwone i zie
lone płatki). Oba te rodzaje dyabłów przerzucają się atoli w razie
potrzeby w różne postacie, ja k : chłopa, baby, psa, konia, świni,
krowy, koguta, kury, a naw et ładnego ptaszka. Pod zm ienioną po
stacią dyabłi w wielu w ypadkach łatwiej łudzą człowieka i osią
gają cel zamierzony.
Dzisiejsze ludowe pojęcie często łączy oba te rodzaje dyabłów
pod jedno znam ię złych duchów, w szczegółach atoli w ystępują
dyabli czarno przybrani, jako złe istoty, naprow adzające ludzi do
różnych grzechów, które w orkam i znoszą do piek ła; pstro ubrani
zaś jako istoty, których stała siedziba n a ziemi wśród wąwozów,
lasów i różnych przepaści; tu także ich działanie. Z tych ostatnich
jed n i pilnują zaklętych skarbów , drudzy „kuszą“ i „zwodzą“ ludzi
aż do zmęczenia, niekiedy naw et do śm ierci n a m anow cach ; inni
w reszcie płatają różne psoty, n. p. ciesząc się i weseląc, m ierzw ią
snopy zboża lub w zniecają tu m an y kurzu po drogach.
Z porów nania tych dw u rodzajów dyabłów, piekielni m ają
cechę dyabła c h rześci a ń s ki ego, rola ich je s t praw ie identyczna
z działaniem , przypisanem dyabłom przez naukę kościoła katoli
ckiego; z dyabłam i ziem skim i natom iast łączy się k u lt pogański.
Zupełnie osobnym rodzajem złych istot (dyabłów) są toplecy.
Toplecy przebyw ają w wodzie, w m iejscach głębokich W isłoka,
rzadko w staw ach, i topią łudzi, podryw ając im nogi. W wodzie
m ają swoje domy, trzym ają sługi, żywią się tem i potraw am i, co
ludzie, a żywność kupują n a targ ach i jarm arkach. U bierają się
ja k chłopi; m ożna ich przecież poznać po praw ej wąsdze (pole)
płócienni су, która je s t zawsze m okra. Tw arz topleca je s t śniada,
oczy św iecące; w wodzie przerzuca się w szakże toplec czasami
w piękną rybę, aby zwabić za sobą człowieka.
Pokrew ne dyabłom mam im y są to istoty w postaci kobiecej.
Rolą ich je s t w yw abianie położnic z łóżka, uprow adzanie w góry
i lasy, zabieranie im nowo narodzonych dzieci, w m iejsce których
podrzucają w łasne brzydkie, zwane odmieńcami.
Innym złym duchem , u krytym w postaci pieniądza papiero
wego lub srebrnego, je s t inMus, przedstaw iciel oszustw a m iędzy
istotam i nadprzyrodzonem i. W łożony do woreczka lub pugilaresu,
w którym znajdują się in n e pieniądze, inklus, jeżeli je s t papiero23*
356 —
Wy, zabiera w szystkie papierowe, jeżeli srebrny, srebrne pie
niądze i z nim i ucieka do człowieka, który je s t jego właścicielem.
Poza powyż pom ienionem i potęgam i widzi w ieśniak tutejszy
także w niektórych żyjących ludziach d u c h y z władzą nadprzy
rodzoną. Do nich należą : Q niedüchy lub GniotM, P łanetnicy, Czaro
wnicy, Czarownice i wreszcie ludzie, rzucający uroki.
Cnieciuch je s t identycznym duchem z nad rab sk ą Zmorą (p.
mój „Lud n a d ra b sk i“, str. 516); podobna też je s t jego geneza.
W domu, w którym je s t siedm lub więcej córek, najm łodsza z nich
staje się gnieciuchem (inaczej : gniotkiem ). Z jej ciała wychodzi
często duch, w ypraw ia się do obcych domów i gniecie śpiących
ludzi, dorosłych lub dzieci, których nie lubi lub którzy jej w yrzą
dzili ja k ą ś przykrość.
„ P łam entnik“ (planetnik) jestto sobie zwyczajny chłop, uro
dzony wszelako pod tak ą „płam entą“ , że w razie potrzeby spusz
czają się po niego chm ury n a ziem ię i zabierają go z sobą, aby
je prowadził w okolice, gdzie w edług woli Bożej m a być grad,
deszcz i in n e naw ałnice. — W ody do chm ur z rzek i staw ów do
starcza Tęcza, coś ja k b y smok, strojny w różnokolorowe pasy.
Czarownicy są to ludzie, którzy, zaprzedaw szy duszę dyabłom,
przy ich pomocy szkodzą w różny sposób ludziom, bądź z zem sty
za doznane urazy, bądź dla własnej korzyści. N asyłają różne złe
choroby, ja k kołtuna, przypraw iają o różne nieuleczalne kalectw a,
w prow adzają do dom ostw szczury i m yszy i z nich wyprowadzają,
leczą też z nieuleczalnych chorób ta k fizycznych ja k i um ysłowych.
Jestto odrębny typ lekarzy od innych sam orodnych lekarzy w iej
skich, którzy leczą przez zażegnyw ania i zam aw iania w im ię Boże.
Czarownice n ad W isłokiem są to po większej części starsze
w iekiem baby, których powierzchowność m a być odrażająca. Po
siadają nadprzyrodzoną władzę odbierania i psucia m leka cudzym
krowom.
W ładza to dyabelska. Dyabeł, z którym często schodzą się na
narady, zaznajam ia je z róż nem i czarodziej skiem i ziołami, tudzież
z różnym i sposobam i szkodzenia cudzem u bydłu.
Są dw a rodzaje czarownic. Jed n e zabierają cudzym krowom
mleko dla w łasnego użytku, drugie p su ją m leko obcym krowom
z zazdrości ; o w łasną korzyść nie chodzi im wiele.
Pierw sze, pożądając nabiału od obcych krów dla siebie, zw ra
cają się z prośbą podczas dnia do w łaścicielki bydła o sprzedanie
garnuszka m leka. Gdy im się uda ten zachód przez nieoględność
gospodyni, nie posądzającej je o czary, ju ż tern sam em „zepsują"
mleko od w szystkich krów, które w owym domu się znajdują.
— 357 Z ep su ją zaś n iety lk o to, k tó re po sp rzed aży pozostało w chałupie,
ale ta k ż e ze w szy stk ich n a s tę p n y c h podojów. Mleko „robi się ciąg łe“,
w lecze się ; użyć go niepodobna. C zarow nica k o rz y sta w szak że
z niego, bo p rz y n ajm n ie j w ięk sza jeg o część p rzen o si się od krów
ja k ą ś n ad z w y cz ajn ą d rogą do n aczy n ia, podstaw ionego p rzez cza
row n icę pod jak iek o lw iek b ą d ź p rzedm ioty, j a k kołki, słu p y , l i p .
C ałą w y d ajn o ść m lek a od cudzych k ró w zab iera ty lk o w ted y czaro
w nica, g d y jej się u d a zak u p ić lu b w ypożyczyć g a rn u s z e k
m lek a po zachodzie słońca. P rzez ta k ą sprzedaż zaczarow ane k ro w y
n a z a ju trz ju ż w cale „m leka n ie p rz ep u szc zają“ ; p rz en iesie się ono
do czarow nicy. — T y m i to s k u tk a m i tłom aczy się ow a zasada, po
w szech n ie p rz y ję ta w śród gospodyń w iejsk ich , ab y n ik o m u po za
chodzie słońca a n i n ie sprzedaw ać, a n i n ie pożyczać zarów no słod
kiego i k w a śn e g o m leka, j a k ś m ie ta n y i śm ie ta n k i.
B aby, cz a ru ją c cudze k ro w y z zazdrości, ro b ią to p rz y pom ocy
im tylko zn a n y c h środków . K row y przez n ie zaczarow ane doją się
w p raw d zie dobrze i d ają ty le m leka, ile go d aw ały p rz ed zaczaro
w an iem , ale n ie m o żn a zrobić a n i z dotyczącej śm ie ta n y m asła,
an i .z k w a śn e g o m lè k a sera. „Żeby i trz y d n i m asło robił, to w m aśn icy an i jed n ej k ru p k i się n ie zrobi. T a k sam o n ie zrobi się
se ra z k w a śn e g o m le k a ; choć się m leko ta k ogrzeje, że się tylko
zleci, lu b ta k , że się m a gotow ać, j a k się zleje do w orka, to se r
w a tk a , zm iesz an a z m lek iem , n ie odpłynie i se r n ie p o w sta n ie “.
P oza lu d źm i-d u ch am i, k tó re szkodzą sw ym bliźn im z rozm ysłu,
sto ją ludzie, k tó rzy m im o woli w y w ie rają szkodliw y w pływ n a oto
czenie. S ą to ludzie, p osiad ający n ad p rzy ro d zo n ą w ładzę w oczach.
R zucają n iem i n a każd ego mola, skoro tylko n a niego się p o p atrzą,
choćby n a w e t dla tego człow ieka żyw ili j a k n a jp rz y jaźn iejsze u cz u
cia. S y m p to m y u roków są : o g ro m n y ból głow y, m dłości i senność.
Ze zw y czajn y m w zrokiem lu d zie tak że u rz e k a ją in n e osoby, a n a w e t
zw ierzęta, skoro n a n ie p o p atrzą ze zdziw ieniem w ty ł przez lew e
ram ię.
W św iecie duchów w a ż n ą rolę o d g ry w a ją d u ch y lu d zi z m a r
łych. W sto s u n k a c h sw y ch do żyjący ch lu d zi w y s tę p u ją one częściej
jak o is to ty szkodliw e, niż pom agające. N ieboszczyk, skoro po śm ierci
m a o tw a rte oczy, u p a tru je m iędzy do m o w n ik am i osoby, k tó re za
sobą do g ro b u w k ró tce pociągnie. Za za n ie d b an ie p ew n y ch p ra k ty k
pogrzebow ych, w y b iera n a d ru g i św iat m iędzy dom ow nikam i ofiary.
Z w raca n. p. u w a g ę n a drzw i, Imi rem i je g o ciało w yniesiono z izby.
Gdy j e zaraz za m k n ą ć zapom niano, d u ch nieboszczyka w ra ca się
n ie m i n iew id zia ln y do izby i zostaw ia tu tc h n ie n ie śm ierci dla
je d n e g o lub w ięcej dom ow ników . N ieuczczony przyzw oitym pogrze-
— 358 —
bęm, tudzież nie pochowany ze św iętem i rzeczami, ja k szkaplerzem )
różańcem, które m u w życiu pozagrobowem są potrzebne, n ie
boszczyk wychodzi z grobu, w ałęsa się po daw nym sw ym domu
nocam i i straszy domowników, przerzucając sprzętam i i tłukąc
nim i. Straszy także, gdy cudzą krzyw dę zabrał ze sobą do grobu,
nie w ynagrodziw szy jej za życia. U stępuje dopiero w tedy, gdy jego
spadkobiercy zapew nią m u spokój w grobie, w pierw szym w ypadku
przez zakupno m szy św iętych, w drugim przez dostarczenie mu
rzeczy w grobie potrzebnych w to m iejsce, gdzie ich poszukuje,
w trzecim przez załagodzenie krzyw dy osób, którym ją wyrządził
za życia.
D uchy tych zm arłych zwykle są niew idzialne. Ze. swem cia
łem nie wychodzą one z grobu. W e w łasnem ciele, tudzież w u b ra
niu, w jak iem byli pochowani, pokazują się na świecie tylko s a m o
b ó j c y , ja k wisielcy. Są to najniebezpieczniejsze dla ludzi duchy,
rek ru tu jące się ze zm arłych osób. U ganiając się po polach, drogach,
lasach, zaglądając także do wsi i domu, z którego pochodzą, nie
tylko straszą ludzi sw ą postacią, ale naw et napadają n a nich, po
ty k ają się z nim i i o śm ierć przypraw iają sw ym zabójczym od
dechem.
Do rzędu duchów nieboszczyków, które w ałęsają się po św ie
cie, należą jeszcze duchy nieochrzczonych dzieci za życia. B łąkając
się po polach, szukają chrztu. Człowiek może je ochrzcić, słysząc
kwilące i wołające chrztu. Żegna je zdala ręk ą i m ów i: „Jeżeliś
chłopiec, niech ci będzie W ojciech, a jeśliś dziewczyna, niech ci
będzie M aryna“.
Gdy takie dziecko przöz lat siedm nie zostanie przez ludzi
ochrzczone, przeobraża się w latawca. Za lataw cam i biją pioruny.
U ciekając przed piorunam i lataw cy k ry ją się pod drzewa, słaniają
się pod miedze, w przykopy i rowy. Dlatego to niebezpiecznie je s t
stać w tych m iejscach podczas burzy.
W sw ym skrom nym zbiorze wierzeń i przesądów ludowych
znajduję w reszcie ślady k u ltu zw ierząt i roślin. K ult ten jeszcze
dziś nie je s t pozbawiony pewnego znaczenia. Kot, zabity przez go
spodarza lub kogoś z domowników, sprow adza niepowodzenie w by
dlęcym dobytku. Bocian m ści się za zburzenie m u gniazda lub
zabicie młodych. Rozgniewany zanosi w dzióbie płonącą głownię
n a domostwo i budynki gospodarskie, gdzie m u krzyw dę w yrzą
dzono. Pali je. N atom iast szczęście i bezpieczeństwo od pożaru
przynosi bocian gospodarzowi, w którego obejściu gospodarskiem
założy swe gniazdo. Gołębie, chowane w domu, chronią budynki
gospodarskie, tudzież dobytek i w szystkich domowników od pio-
— 359 —
runów. Wąż w domu „szczęści“ gospodarzowi w dobytku bydlęcym.
Z roślin, dw oisty kłos żyta, znaleziony przez człowieka, zapew nia
m u szczęście i dobre powodzenie. Ziele, zw ane „lubczyk“, noszone
przez dziewczęta w zanadrzu „pod pazuchą“, zapew nia im miłość
chłopców. „Trawa, zw ana „tanecznik“ (całkiem podobna do prosa),
daje rękojm ię dziewczętom, które ją ciągle noszą przy sobie, że
podczas m uzyki będą się garnęli do nich chłopcy do tańca. Gałęzie
olszy, zatknięte w zagon jęczm ienia, zabezpieczają cały łan tego
jęczm ienia od szkodliwości robactwa, podgryzającego korzenie.
W liściach leszczyny, dodanych do wody, kąpane dzieci w krótce
uczą się chodzić i są mocne.
W e wróżkach przyszłości, szczęścia lub nieszczęścia, dalej
w przepow iedniach atm osferycznych zwierzęta i rośliny niepoślednią
odgryw ają rolę.
P i e s , kopiąc doły koło domu, zapowiada, że ktoś z rodziny,
m ieszkającej w owym domu, w krótce um rze. Ma on bowiem w i
dzieć zbliżającą się śm ierć. Pies, w yjąc z podniesioną głową do
góry, przepow iada pożar, ze spuszczoną głową k u ziemi zaś wojnę.
Pies je s t także wieszczem zwierzęciem dla dziewcząt „na w ydaniu“.
Z której strony usłyszy dziew czyna jego szczekanie, wyszedłszy po
wieczerzy wilijnej n a pole, z tej strony spodziewa się przybycia
kaw alera. — Z a j ą c , przebiegając drogę człowiekowi, wróży m u
nieszczęście w podróży. — K o t , m yjąc się, zapowiada burzę. —
W r o n a , unosząc się nad człowiekiem w pow ietrzu i kracząc, zw ia
stuje m u nieszczęście. — Gdy k o g u t pieje podczas pogody, znak
to, że będzie deszcz, gdy podczas deszczu — pogoda. Gdy k u r a
pieje, to mówią, że kogoś „w ypieje“ (ktoś w krótce umrze). K ury
iskając się i grzebiąc w piasku, zapowiadają deszcz lub mróz. —
Pojaw ienie się wielkiej ilości c h r a b ą s z c z y w m aju je s t wróżbą,
że będą ładne prosa.
Z drzew j a b ł o ń i t r z e ś n i a przepow iadają wojnę, skoro za
k w itn ą w późnej jesieni. Z innych roślin o s t r ę ż y n a , kw itnąc
obficie, wróży urodzaj prosa.
Znaczenie wieszcze m ają również zjaw iska napow ietrzne. Prze
m akające sęki w drzewie podczas pogody zapowiadają deszcz. --Dym, unoszący się z kom inów prosto w górę, zw iastuje pew ną
pogodę, rozw lekający się w powietrzu — deszcz. Ulewny deszcz
zapowiada także donośny głos dzwonów. Droga m leczna, w idziana
w yraźnie n a niebie wieczorem, wróży niezaw odną pogodę w dniu
następnym .
Okres św iąt Bożego Narodzenia, szczególniej zaś wilia, w y
w ierając ogrom ny w pływ n a koleje i losy człowieka, tudzież całej
— 360 —
przyrody w roku następnym , nie pokryw a swych wyroków taje
m nicą, niedocieczoną przez ludzi. Jakie przeznaczenie zakreśla
wilia każdem u z m iesięcy roku następnego co do ich działań atm o
sferycznych, w ieśniak tutejszy odgaduje je bardzo łatwo Po prostu
rozbiera cebulę na łupinki, których dw anaście, jed n a przy drugiej,
ustaw ia n a dolnej suchej opraw ie okna. Ł upinki te uzm ysław iają
dwanaście m iesięcy roku w tym porządku, w jak im są po sobie
ustaw ione, a więc pierw sza styczeń, druga luty... dw unasta g ru
dzień. Po wieczerzy w ilijnej do każdej łu pinki daje po szczypcie
soli. Po powrocie z m szy pasterskiej patrzy znowu, co się z solą
Stało w każdej łupince z osobna. W której sól stopniała, znak to,
że ten m iesiąc, ja k i uzm ysław ia, będzie m okry, jeżeli nie uległa
zmianie, dotyczący m iesiąc będzie suchy, a jeżeli stopnieje tylko
w połowie lub w części, to i m iesiąc będzie w połowie lub w części
m okry, zresztą zaś suchy, pogodny.
Po w ieczerzy w ilijnej rzucają źdźbła słom y w szpary ścian
i poza stra garze pow ały; ile słom ek uczepi się w szparach, tyle
kóp żyta da P an Bóg dotyczącem u gospodarzowi w przyszłym roku.
W domu, w którym je s t krow a cielna, uw ażają rano w wilię
kto z obcych naprzód przyjdzie do izby; jeżeli kobieta, to krowa
będzie m iała cieliczkę, jeżeli m ężczyzna — to byczka.
Ksiądz, którego spotkanie w drodze wogóle wróży nieszczęście,
w okresie Bożego Narodzenia, kiedy chodzi „po kolendzie“, je s t
zw iastunem zam ęźcia dla dziewcząt. Zwłaszcza m iejsce, n a którem
siedział, zostaje ja k b y pod w pływ em siły nadprzyrodzonej. Która
z domowych dziewcząt, zajm ie je pierw sza po odejściu księdza, ta
z pew nością w ciągu roku wyjdzie za mąż.
W iele wróżb nastręczają obchody obrzędowe. U trzym uje się
powszechne m niem anie, że w szelkie zapoznanie, zaniedbanie lub
lekkom yślne obejście praw ideł, połączonych z obrzędem chrzcin, ze
strony chrzestnych rodziców, odbija się w życiu ich ćhrzestniaka.
1 ta k dziecko będzie m ańkutem (zam iast praw ą robić będzie lew ą
ręką), jeżeli chrzestna m atk a przy chrzcie uchw yci je za nóżki
pierw ej lew ą ręką, niż praw ą. W yrośnie n a pijaka, jeżeli chrzestni
rodzice, niosąc je do chrztu do kościoła, w stąpią po drodze do
karczm y. Będzie cierpiało n a różne wrzody, jeżeli chrzestna m atka
podczas jego chrzcin m a m enstruacyę.
Z wróżb, przyw iązanych do obrzędów weselnego i pogrzebo
wego, notuję tu w braku innych, tylko po jednej :
a)
Jeżeli podczas ślubu w kościele świeca zgaśnie n a ołtarz
po stronie pana młodego, to on w krótce um rze, jeżeli po stronie
pani m łodej, to ona.
— 361 —
b) Jeżeli w kościele podczas m szy żałobnej przy zwłokach nie
boszczyka zgaśnie świeca na ołtarzu lub przy katafalku, znak to,
że ktoś z rodziny w krótce um rze.
Co do wróżb, nastręczanych przez obchody obrzędowe, uw ażam
za stosowne zaznaczyć, że wszelkie objawy i zdarzenia, z których
te wróżby są w ysnuw ane, nie są bynajm niej przypadkow e w edług
wierzeń ludowych, ale pozostają w pośrednim lub bezpośrednim
zw iązku z działaniem potęg nadprzyrodzonych. N aw et szkodliwe dla
noworodka nieoględność i niedbalstw o rodziców, chrzestnych w w y
konyw aniu prak ty k , łączących się z obrzędem chrzcin, nie są po
zbaw ione-cech tego działania. Każde dziecko — ja k to ju ż poprze
dnio była m owa — w chwili przyjścia n a św iat otrzym uje od Boga
przeznaczenie n a bieg swego życia. Przeznaczenie t o , którego speł
nienie zależne je s t poniekąd od postępow ania dotyczącego dziecka,
w yw iera z n a tu ry rzeczy w swem początkowem działaniu w pływ
n a rodziców chrzestnych niem owlęcia, którzy je zastępują przy
akcie chrztu, jako jeszcze niezdolne do jakichkolw iek przyrzeczeń
i zobowiązań. W mocy chrzestnych rodziców je s t oprzeć się prądowi
takiego przeznaczenia; w iną też ich jest, jeżeli m u ulegną, nie
przestrzegając przepisów i praw ideł, które wiążą w szystkich chrze
stnych rodziców podczas chrzcin. S kutki tej w iny chrzęstuik lub
chrzestnica w dalszem swem życiu im tylko m a do zawdzię
czenia.
W pojęciu ludowem nie są także przypadkow ym i objawami
świędzenie dłoni, dzwonienie w uchu i opryszczenie języka. W różby
z tych objawów w ysnuw ane, opierają się bez w ątpienia na prze
sądzie, że dotyczące osoby podlegają w danej chwili wpływowi
jak iejś isto ty nadprzyrodzonej.
W różby te są:
a) Gdy świędzi dłoń praw a, znak to, że się z kim ś w itać bę
dzie; gdy lew a — będzie rachow ała pieniądze.
b) Gdy lewe ucho piecze i zaczerw ieni się, wróży ono, że ktoś
„od serca“ tęskni za dotyczącą osobą.
c) Gdy dzwoni ~w praw em lub lew em uchu, usłyszy ono w net
ja k ie ś nowiny.
dj Gdy język „spryszczy“, jestto dowód, że ktoś dotyczącą
osobę obmawia. Pow inna zaraz splunąć n a żarzące się („jarzące
się“) węgle, to zgubi pryszcze ze swego języka, a natom iast język
odm awiającego „osypie się“ w tej chwili krostam i.
Jeżeli pryszcze pojaw ią się tylko po praw ej stronie języka, do
tycząca osoba nie m a się o co niepokoić, bo ten ktoś dobrze o niej
mówi, jeżeli wszelako po lewej — „o! to kiepsko“.
— 362 —
Oddziaływanie przez objawy czci i praktyki przesądne na miarodajne
potęgi nadprzyrodzone.
Lud tutejszy, ja k każdy lud wogóle, czyniąc życie w egeta
cyjne wszelkich ustrojów organicznych zależnem poniekąd od dzia
łania m iarodajnych potęg nadprzyrodzonych, sta ra się też dobre
z tych potęg zjednać dla siebie różnym i objaw am i czci, szkodliwość
złych zaś bądź usunąć, bądź zupełnie udarem nić różnym i środkam i
i p raktykam i m istycznem i.
a) W oltresie świąt Bożego Narodzenia.
1) P rzy opłatku życzą sobie w zajem nie szczęścia i dobrego
powodzenia.
2) Przez cały dzień wilii u trzym ują ścisły post, n a wieczerzę
w ilijną zaś gotuje gospodyni m nóstwo potraw, uw zględniając m iędzy
niem i naw et te artykuły spożywcze, które nie dogadzają wcale
żołądkowi.
3) U nikają powodów do swarów, kłótni, zwad i gniew u.
4) W iążą drzew a owocowe Słomianem powrósłem, aby rodziły.
5) Z atykają — ja k to ju ż przedtem zaznaczono — słomę
w. szpary ścian i poza stragarze, aby był urodzaj n a zboże.
6) Zwierzęta domowe zwłaszcza krow y i konie dostają lepszą
paszę, zm ieszaną z opłatkiem , aby się dobrze chowały.
7) Przed m szą p astersk ą nie udają się n a spoczynek, aby nie
drzem ać przez rok cały przy każdej robocie.
8) W święto św. Szczepana święcą w kościele grom adnie owies
i nim się obsypują, życząc sobie szczęścia.
9) Na Nowy rok pieką gospodynie „szczodraki“ (małe bułeczki
chleba), które chętnie rozdzielają między dzieci, chodzące w ten
pierw szy dzień roku grom adnie od dom u do domu z życzeniam i
zdrowia i szczęścia w zam ian za owe datki.
10) „W yrosty“ chodzą po kolendzie, życzą szczęścia gospoda
rzom i przedstaw iają jasełka.
11) W święto Trzech Króli święcą kredę i n ią opisują w koło
domostwa, aby dyabeł nie m iał do nich przystępu.
Ъ) W życiu codziennem.
1) W poniedziałek nie rozpoczynają żadnej nowej roboty, bo
się nie uda.
2) Dziewczyna, zam iatając izbę, uważa, aby całkiem tę robotę
skończyła. Gdyby dziew czyna zostaw iła izbę niedom iecioną, kaw aler
tak samo opuściłby ją wśród tańca.
— 363 —
3) Nic zam iatają izby po zachodzie słońca, aby szczęścia z domu
nie wymieść.
4) Podartego u b ran ia n a sobie nie szyją, aby tym sposobem
nie zaszyć sobie rozum u.
c) W życiu domoiuo-gospodarsTciem i rolniezcm.
1) Kobiety, piekąc chleb, przestrzegają, aby n ik t nad tym
chlebem, zwłaszcza przy w sadzaniu do pieca, się nie dziwił, inaczej
chleb nie wyrośnie, ale się odsiedzi.
2) Aby chleb duży wyrosi, kobiety cm okają ustam i przy w sa
dzaniu go do pieca.
3) W ioząc św inię n a jarm ark , układają j ą n a wozie tyłem do
koni, aby nie zdechła przed sprzedażą.
4) Aby kupiona Świnia dobrze rosła i pasła się, zlew ają ją
wodą przed zapędzeniem do chlewa.
5) Żal za sprzedaną krow ą spraw ia, że ona u nabyw cy ciągle
ryczy i traci mleko. N abyw cy uw ażają też na to przy kupnie
krowy, aby sprzedający nie okazywali za nią żalu.
6) W yganiając z wiosną pierw szy raz bydło w pole n a paszę,
sk raplają je święconą wodą, a następnie pasterz lub pasterka u g a
nia się za niem ze święconą palm ą w ręku, aby bydło było piękne,
„jak palm a“.
7) Aby kw oka wywiodła sam e kokoszki, sadzają ją gospodynie
na jaja ch w niedzielę po sum ie; ja ja wszelako w kładają do gniazda
z czapki chłopskiej.
8) Miłośnicy cudzych ja j nie przyw łaszczają sobie nigdy pierw
szego jaja, zniesionego przez cudzą kurę, a to dla tego, że w skutek
takiej kradzieży nie dorobiliby się nigdy niczego.
9) Dla zapobieżenia, aby robactwo nie toczyło zasiewów i nie
podgryzało korzonków roślin, święcą przy w ielkanocnem święconem
parę ziarnek bobu, z tem i ziarnkam i w kieszeni są następnie na
rezurekcyi w kościele, po powrocie zaś do domu, spożywszy św ię
cone jajko, udają się w pole n a stajanie, w którem robactwo czyni
spustoszenie. Po obejściu stajania trzy razy w koło, zakopują za
trzecim razem „na czterech rogach“ tego stajan ia po ziarnku bobu.
W skutek takiego zabiegu w szystkie robaki m ają opuszczać
grom adnie stajanie, uw alniając je tem sam em na cały rok od swej
szkodliwości.
10) Istnieje przesąd wśród tutejszego ludu, że od gospodarza,
który pożycza ziem niaków lub fasoli n a sadzenie, a grochu na
sianie, przenosi się siła rodzajna dotyczących płodów do tego, kom u
się je wypożycza. Liche urodzaje są następstw em takiej pożyczki
— 364—
w polu nieoględnego gospodarza, czy to przedtem czy potem zasadzonem ziem niakam i i iasolą, lub obsianem grochem z owych za
pasów, których były cząstką pożyczone. Gospodarz wszelako, zm u
szony m oralnie do podobnej pożyczki, udarem nia jej złe sk u tk i
w ten sposób, że ju ż z pożyczonych owych artykułów „ubiera“ po
trochę ręką „do trzeciego ra z u “.
11) A by k ap u sta była „p ięk n a“, zatykają, przed posadzeniem
jej „rozsady“, na zaczątku zagona w sam ym środku dwie lub trzy
gałązki olszyny, przy nich znow u nieco święconego ziela i „wro
niego sadła“ (rosnącego przew ażnie n a moczarach), a następnie
kropią rozsadę święconą wodą i kw asem z kapusty.
12) A by len m iał ładne prom ienie, długie, „jak w stążka“,
skrapiają siem ię ln ia n e , przeznaczone do siew u, święconą wodą,
a potem „w kładają“ w nie ład n ą, długą i szeroką w stążkę, a nadto
także kaw ałek kości, zachowanej od święconej szynki.
13) Aby rzepa nie była „pękata“, nie pow inna kobieta ani jej
siać, ani też. być obecną przy sianiu.
14) Aby się pozbyć ostu czy to w ogrodzie, czy w polu, w y
ryw ają w wilię św. Ja n a oset z korzeniam i i w sadzają go napow rót
w to samo m iejsce, wierzchołkiem wszelako w ziem ię, a korze
niam i w górę.
15) Gospodyni, proszona usilnie po zachodzie słońca o sprzedaż
garnuszka m leka dla chorego, odstępuje niekiedy „z niem ałym
strachem “ od przyjętej pow szechnie zasady niesprzedaw ania ani
pożyczania nabiału w tym czasie. Aby je d n a k nie sprowadzić za
tak ą sprzedażą czarownicy do swego d o m u , nabiera w palce szczyptę
soli i sypie ją do mlekami za ucho g arn u szk a bezpośrednio przed
w ręczeniem go kupującem u lub kupującej.
16) Po spostrzeżeniu, że zaczarow ane krow y dają mleko „cią
gnące się“, rozlew ają cały od nich podój n a progu sta jn i krowiej
i rozlany „siekają“ siekierą. Siekanie to udziela się równocześnie
ciału czarownicy, która też odstępuje od dalszych czarów. „Mleko
krowom się n ap raw ia“.
Przeciw czarownicom, które z zazdrości psują cudzym krowom
m leko, zalecają jako jed y n y środek:
Zbiera się różne stare „żelaziw a“, ja k ie tylko są w dom u n. p.
m łotki, gwoździe, łańcuchy, siekiery i w rzuca się je do kotła, do
którego zlano cały podój od zaczarow anych krów. Zostaje potem tylko
je d n a osoba w izbie, zam yka „na k lu cz“ w szystkie drzw i dom u,
zam yka także szczelnie okna i zasłania chustkam i, zanim zacznie
palić silnie pod kotłem . Gdy się w kotle zagotuje, nabiera znowu
okrągłego grochu na przetak i niby „przesiew a“. Tym czasem żela-
— 365 —
zi wo poczyna kłębować we wrzącem m leku. J e st to chw ila, kiedy
zbliża się czarownica („szkodnica“) do drzw i i okien chałupy, bła
gając o przebaczenie i zaklinając się, że „więcej szkodzić nie
będzie“. Osoba w izbie je s t je d n a k n ieu b łag an a, udaje, że nie sły
szy, ustaw icznie poruszając przetakiem . Czarownica oddala się, aby
za chwilę z tym w iększym im petem przypaść do drzw i i okien
i żebrać litości. Osoba wpuszcza ją dopiero do izby i w ym yśla do
woli, gdy czarownica poraz trzeci swe błagania ponowi przy drzw iach
i oknach. W puszczona do izby, od rzek a się szkodnica nadal swoich
czarów. L ud utrzy m u je, że żelaziwo, gotując się w m leku i pod
skakując w górę, tłucze i piecze równocześnie czarownicę w po
śladek.
d) W ivypadka.cli, wróżących nieszczęście.
1) Za spotkanym księdzem w drodze, dla odwrócenia zm ar
tw ienia, należy rzucić g arstk ę
2) Nieboszczykowi kładą po cencie n a oczy, jeżeli m a niezam knięte.
3) D la zażegnania nieszczęścia, ja k ie zapowiada w rona, kracząc nad człowiekiem, spluw a się po trzykroć w stronę jej lotu
i wľola: „A tfy! darła się tw oja m atk a , drzesz się i ty !“
4) K urą piejącą przem ierzają przestrzeń od stołu do progu
izby. Jeżeli ogon przypadnie n a próg, to ucinają jej ogon, jeżeli
głowa — to głowę. W ten sposób udarem niają jej szkodliwość.
5) Aby samobójca nie chodził po śm ierci i nie szkodził ludziom,
zalecają uciąć m u głowę, włożyć m iędzy nogi tw arzą do ziem i,
całe też ciało położyć w tru m n ie grzbietem do góry.
s ł o m
y .
e) W staraniach o przypodobanie się i pozyskanie miłości płci drugiej.
1) Dziewczęta pocierają sobie tw arz pierw szem ja jk ie m , zniesionem przez m łodą k u rę, aby były białe, ładne i okrągłe na
tw arzy.
2) D ziew czyna, chcąca się w ydać za m ąż, nosi jabłko przez
dziewięć dni pod lewą pachą i daje je zjeść „wyrostow i“, który jej
„sie w idzi“ (podoba). Choćby w yrost przedtem okazywał dla niej
obojętność, od tej chwili zapłonie m iłością i z pewnością z nią
się ożeni.
3) Dziewczyna upaja naprzód k aw alera, a skoro upity uśnie,
w yryw a m u trzy włosy z głowy. Tym i włosam i owija słom kę żytnią
i w kręca ją w łój, ja k b y świeczkę. Gdy kaw aler nieco się w y
trzeźw i, zapala ona z nienacka ową świeczkę i z nią obchodzi go
trzy razy w koło, jednakże „w opak“, t. j. od strony lewej ku
— 366 —
praw ej. Choćby kaw aler byl dotychczas nieczuły n a jej wdzięki
i um izgi, odtąd ją pokocha i w krótce poślubi.
4)
Dla przypodobania się osobom drugiej płci, radzą kobiecie
napluć do lewego b u ta dotyczącego m ężczyzny i n a odwrót m ęż
czyźnie — do lewego bu ta dotyczącej kobiety.
f) W lecznictwie.
1)
K ołtun zalecają nosić na głowie rok i sześć niedziel, potem
dopiero obciąć go „pom alusięńku“ ostrym nożem , zanieść osobiście
w „piekne, porządne m iejsce“ przy drogach lub w lesie i zakopać
w m row isku.
Przeciw róży jako niezaw odny środek zalecają sproszkowany
lisi język. Procedura je s t następująca: Lisi język po ususzeniu
tłucze się na proszek, ten proszek sypie się n a żarzące się w ęgle,
narzucone do starego, nieużytecznego garnka. Nad unoszącym się
ztąd w górę dym em nachyla się chory i całą tw arz sobie okurza
tym sposobem. Gdyby pierwsze okurzenie nie pomogło, powtarza
się je do drugiego lub trzeciego razu. S kutek niezawodny. Lud
utrzym uje, że rzadkim trafem róża się potem powtórzy, a jeżeli
kiedy się pokaże jeszcze, to .a ż po długim czasie.
Przeciw chorobie z przestrachu uciekają się do następujących
środków m istycznych: Potrzebne są dwie osoby. Je d n a z nich pod
trzym uje nad głową śpiącego chorego szklankę z wodą, druga ty m
czasem nadstaw ia nad szklankę m iotłę i przez jej rękojeść w ylew a
jajo do wody. Z k sz ta łtu , ja k i przybierze płyn ja ja w szklance
wody, odstawionej n a okno, w noszą, czego przestraszył się chory;
u trzym ują też, że polepszy m u się zaraz.
Topią również wosk do m iski zimnej wody, podtrzym yw anej nad
głową chorego. „A najpew niej to się wyleje we wodzie, czego się
przestraszył“.
Jako doraźny środek, bezpośrednio po przestraszeniu, zalecają
dotyczącej osobie trzykrotne połknięcie zim nej wody; przed każdem
połknięciem m a przestraszona osoba „chlupnąć“ odrobinę z wzię
tej do u s t wody w tył „przez głowę“. Pew nie strach odejdzie“.
Dla pozbycia się Ш а ги , przeciw którem u inne środki nie
pom agają, radzą udać się przed wschodem słońca „na bieżącą wodę
i do niej, co się tylko d a, nos w ysiąkać“. „K atar odejdzie n a za
wsze z w odą“; należy wszelako uw ażać, aby do dom u wrócić jeszcze
przed wschodem słońca.
Przeciw łamaniu w kościach używ ają nacierań m asłem św.
W aw rzeńca. Jestto m asło, robione w dzień św. W aw rzeńca przed
wschodem słońca, a potem zaraz rano święcone w kościele
367 —
Przeciw szumowi w uszach, który pow staje z przeciągu i może
skończyć się głuchotą, zalecają okładać uszy pianą „z wody bie
żącej“.
Uroici odpędza się, zanim działać zaczną, także trzykrotnem
splunięciem i równoczesnem wym ówieniem form uły: „Na psa uroki,
n a kota suchoty!“ Tę procedurę stosują n a w idok czyjego wzroku
w siebie utkw ionego, a nadto po spostrzeżeniu, że ktoś „ogrom nie
się dziw i“, dając tem u zdziwieniu w yraz bądź słow am i, bądź też
rucham i.
Z urokam i do snu kłaść się nie należy, bo jak b y kto z nim i
u sn ą ł, to ju ż tyle jego życia. Rzucone „zezy nia ją “ też czemprędzej.
Do szklanki, napełnionej zim ną w odą, w rzucają po kaw a
łeczku rozżarzonego („rozjarzonego“) w ęgla drzewnego. Przy pierw
szym rzucie spluw ają w bok i w ym ieniają te słowa: „Jeden m i
uroki daje“; przy drugim — spluw ają w in n ą stronę i mówią:
„Drugi m i (uroki) zm aw iá“; przy trzecim w reszcie, znowu sp lu
w ając, lecz w przeciw ną stronę, dodają: „Trzeci m nie uzdraw ia“.
Czynność tę pow tarzają po trzykroć. T ak zbierze się w szklance
wody dziewięć węgielków, do których dorzucają następnie okru
szyny chleba. Przy narzucaniu okruszyn stosują kolejno tę sam ą
procedurę, ja k ą stosowali przy w rzucaniu w ęgla; ta k samo więc
spluw ają, takie form uły też wym aw iają. Jeżeli toną okruszyny,
dowód to, że uroki rzucił m ężczyzna, jeżeli w ęgle, to -- białogłowa.
Jeżeli toną i okruszyny i w ęgielki, to uw ażają, czy pierw szych,
czy drugich więcej zatonęło. Z tego stosunku też w nioskują o płci
osoby, która rzuciła uroki. Po owem doświadczeniu upijają nieco
wody ze szk lan k i, a, połknąw szy, spluw ają, następnie znowu m a
czają palce w wodzie i zm aczanym i „przeciągają“ po tw arzy od
lewej ku praw ej stronie. P ow tarzają to trzykrotnie, potem dopiero
„obcierają“ tw arz, również „na opak“ (od lewej ku praw ej stronie)
„k rajem “ (rąbkiem , brzegiem ) koszuli, spodniam i lub spódnicą.
Po obtarciu, w ylew ają wodę ze szklanki w tył przez głowę poza
siebie. Kończy się procedura i uroki ustęp u ją niebaw em .
Z zasady „zczyniają“ uroki przed zachodem słońca. Zczynianie
uroków po zachodzie słońca albo „nie pom aga“ wcale albo też po
m aga tylko chwilowo; uroki „w racają się“ wkrótce.
D ziew czyna, której uroki często się czepiają, udaje się wreszcie
w niedzielę do kościoła i „przed su m ą“, kiedy ksiądz kropi świę
coną wodą, zatrzym uje się po stronie kościoła, gdzie stoją kobiety;
skoro zaś ksiądz z kropidłem zwróci się w drugą stronę, przechodzi
i ona równocześnie n a stronę dziewcząt. Te zabiegi dziewczyny
-
368 -
m ają ten sk u tek , że w przyszłości nie będzie ona ju ż tak czuła n a
uroki, „za byle zdziwieniem jej sie nie chycą“.
Inne środki lecznicze, ja k ie posiadam w swoim zbiorze, za
czerpnięte są najprawdopodobniej z m edycyny em pirycznej. I tak :
1) Dla pozbycia się ^гедо'гс, zm yw ają tw arz kobylem m lekiem .
2) Przeciw zajadom zalecają nacierać kąciki u st wuskow iną
uszną.
Na zakończenie jeszcze jed e n szczegół z w eterynaryi. Z leśnej
majowej paszy choruje często.bydło, zwłaszcza paszone „na tra w ie “,
n a którą „oblatuje k w iat sosny“. Co najrychlejsza pomoc je s t ko
nieczna; inaczej bydło pada. Pędzą też pasterze krow y n aty ch m iast
do dom u, skoro zauw ażą u nich objaw y tej choroby. W domu
k rząta się żywo gospodyni koło zgotow ania odw aru kory dębow ej,
który w lew ają chorym bydlętom do pyska. Odwar ten gotuje się
n a wodzie, wodę je d n a k odlewa się po należytem w ygotow aniu
kory, a n a jej m iejsce daje się znaczną ilość niesionego m asła.
Jan Swiąteh.
ł\ilk a szczeg ółów lu d o zn aw czy c h
? pouiiatu b o b r e e k i e ^ 6 *)
z eb rał B R O N I S Ł A W
( ¡ U S T A W I O Z.
(Dokończenie).
II. Dzieviçtniki
W ieś D z i e w i ę t n i k i wraz z przysiółkam i B a z a r e m i S e
r e d n i e m , leży w powiecie bobreckim , nad rzeczką Boberką,
w okolicy górzystej, 13 km . n a południe od m iasta powiatowego
B obrki, a 5-6 km . w prostym południowo-wschodnim k ieru n k u od
*) P or. „L ud“ VIII. Ptr. 265.
— 369 —
W ybranów ki, czwartej stacyi kolei Iwowsko-czerniowieckiej. W roku
1880 było tu domów 117, a m ieszkańców 744, m iędzy nim i rzym sko
katolickich 35, grecko-katolickich 671, a żydów 38. Należy do parafii
rzym sko-katolickiej w Sokołówce; we wsi je s t parafialna cerkiew
grecko-katolicka p. w. św. Jerzego.
1. A d w e n t .
Św ięta Bożego Narodzenia poprzedza w kościele grecko-katolickim czterdziestodniowy post, rozpoczynający się' dniem 14
listopada (st. st.), t. j. dniem św. Filipa Apostoła ( F y ł y p a , P ył y p a ) ; dlatego lud ru sk i zowie go F y ł y p i w k ą , P e ł y p i w k ą .
Z nadejściem P yłypiw ki urządzają sobie dziewczęta w e c z e r n y c i ,
t. j. zgrom adzają się wieczorami z kądzielą po kilkanaście d o jednej
chaty, zwyczajnie tak iej, gdzie niem a m ęża, lub do chaty wdow iej,
bo tam m ogą swobodniej i dłużej w nocy prząść, a schodzą się
dlatego, bo ja k m ówią, „w k u p c i n e d r y m a j e s i a t a k b a r z o
j a k s a m o m u “. Na w e c z e r n y c i przychodzą także niby z jak ą ś
robotą parobcy, którzy ciekawem i i śm iesznem i opowiadaniam i
zabaw iają towarzystwo. W ieczornice te kończą się n a tydzień przed
Bożem Narodzeniem. Nadm ienić trzeba , że post ten zachowuje lud
bardzo ściśle, w strzym ując się od m ięsa i nabiału. W karczm ach
m uzyki i śpiewów nie słychać; również nigdzie nie usłyszysz
piosnki naw et sm utnej i tęsknej; b a , naw et m atki i niańki nie
nucą kołysanek przy kołysce dziecka, bo „ h r i c h w p i s t ś p i w a t y (i. Podczas wieczornic zachowuje się młodzież obojga płci bardzo
skrom nie i przyzwoicie.
2. Ś w i ę t o B o ż e g o N a r o d z e n i a .
Święto Bożego Narodzenia lud ru sk i zowie „ R i ż d w o “ Obcho
dzi je w dzień naszych Trzech Króli, t. j. 6. stycznia n. st.
W dzień w ilii, którą zowią „ ś w i e t y j w e c z e r “ (święty w ie
czór), poszczą w szyscy od ran a aż do w ieczora, gdyż tylko „nas z c z e “ (na czczo) powinno się zasiadać do „ ś w i e t y j i w e c z e r i “.
Z w ilią tą wiążą się u tutejszego ludu ruskiego liczne zabobony
i przesądy.
Jeżeli gospodarz lub w ieśniak pożyczył co sąsiadow i, pow inien
najdalej w dzień wilii odebrać od niego, bo by m u tenże w n a
stępnym roku wszystko zabrał.
W dzień wilii ani bydło, ani drób, ani ptaki nie m ogą być
głodne; dlatego rzucają im do sy ta paszę i zboże, przedew szystkiem
24
— 370 —
pszenicę, i to do późnej nocy. Lud poczytuje to sobie za św ięty
obowiązek.
B aba trąca m ak do potraw y k u t y j ą zwanej lub ktokolw iek
inny, nie śm ie pokosztować m aku przed w ieczerzą, boby tę osobę
pchły k ąsały przez cały rok.
N ieprana bielizna, wogóle brudne rzeczy nie m ogą znajdow ać
się w onym dniu w chacie, boby w niej zam ieszkał nieczysty d u c h ,
dyabeł.
Podobnież ł o k c i s u r o w y c h nie m ożna w tym dniu trzym ać
w chacie, gdyż za każdą n itk ą łokcia ukryw a się czart; n aw et na
w rzecionie nie śm ie znajdować się przędza surowa. Jeżeli przy
padkiem je s t w chacie trochę przędzy surowej lub łokcia surow ego,
kładą j ą pod ław kę i przykładają kam ieniem ciężkim , aby czart
nie wlazł do niej. Lud nazyw a przędzę n a motowidło naw iniętą
i z niego zdjętą „ ł o k c i e m “, a jeżeli je s t n ie p ra n a , to „ ł o k c i e m
s u r o w y m “.
Wogóle sta ra się lud n a ów dzień o najw iększą czystość
i ochędóstwo w swojem obejściu. Dlatego m yją w szystkie izby
i zakątki chaty, czyszczą obory i sta jn ie , byleby tylko złego ducha
oddalić, gdyż nie powinien się znajdow ać w obejściu na czas
przyjścia D zieciątka Bożego n a świat. Sam i też m yją się ja k n a j
staranniej , czeszą i ubierają n a wieczerzę zupełnie po św iątecznem u.
Każdy w ieśniak, choćby był najbiedniejszy, m usi m ieć na
wieczerzę dw anaście potraw , gdyż P. Jezus m iał dw unastu Apo
stołów. Te potraw y są następujące: 1) barszcz (borszcz) z olejem
i czosnkiem , 2) k a p u sta , 3) groch, 4) kasza hreczana z olejem ,
5) różne grzyby (h u b y ) zasypane jag ła m i, 6) fasola, 7) fasola
z śliw kam i, 8) gołąbki z liści kapuścianych (h o ł u b с i), 9) pierogi
z k a p u stą , 10) k u ty ja , 11) susz, t. j. suszone owoce, 12) hreczuszki,
t. j. pączki z m ąki hreczanej n a oleju smażone.
B ogaty zagrodnik m a m iędzy tem i potraw am i jed n ę lub dwie
potraw y z jakichkolw iek ryb.
Do każdej potraw y w lew ają łyżkę święconej wrody. Olej, któ
rego używ ają do potraw w ilijnych, sporządzają sam i sposobem n a
stępującym :
Biorą siem ienia lnianego lub konopnego, suszą je i upychają
w stępie, poczem przesiew ają i jeszcze raz upychają w stępie, aż
się w grudy zbije; potem w kładają do olejni (przyrząd służący
do w yciskania oleju) i w yciskają, czyli, ja k m ów ią, „ b i j ą o l e j “.
Pozostałość po w yciśnięciu oleju zowią „ m a k u c h e m “. N a j e d e n
m akuch idzie garniec siem ienia. Tym m akuchem karm ią w iep rzk i,
jakoteż robią z niego potraw ę, „w u r d a “ zw aną. W tym celu trą
— 371 —
m akuch z w odą, który przecedzony daje m leko; mleko to gotują,
podczas gotowania tw orzącą się pianę zbierają i odrzucają, a w końcu
przecedzają jeszcze raz przez szm atkę. Mleko to spożywają z chle
bem , tudzież nadziew ają niem pierogi. Je st to potraw a postna.
Na stół, przy którym m ają wieczerzać, rozpościerają wiązkę
sian a, n a które dopiero kładą czysty biały obrus. Pod stołem nä
podłodze rozrzucają także wiązkę siana. Oprócz tego rozkładają po
rogach stołu i jego kraw ędziach i na sam ym środku stołu czosnek
w głów kach, razem 12 kawałków, bo 12 daje się potraw. Albo też
po najw iększej części kładą 12 kaw ałków czosnku w główkach
r a z e m n a stół, a n a to staw iają m iskę z potraw ą, z której w szyscy
razem jedzą.
Czosnek ten przechow ują starannie i używ ają go potem za
środek leczniczy przeciwko różnym słabościom , przedew szystkiem
przeciw ko bolowi zębów, gardła lub kaszlow i; pocierają nim bowiem
tw arz, dziąsła, jakoteż gardło. Również używ ają go w raz z solą
przeciwko kolkom , pocierając nim dotyczące miejsce. W reszcie gdy
bydło je s t chore, dają m u go z in n ą straw ą do jedzenia lub n a
cierają je nim.
Nim zasiądną do jedzenia, biorą z każdej potraw y kilka łyżek
i w rzucają (sypią) n a bok do naczynia, co dają po wieczerzy krowom
i cielętom.
Oprócz tego pieką placki jęczm ienne z cebulą, które olejem
po w ierzchu polewają. P lacki te s z c z y p i ą (łamią) n a czterech
końcach. Odłamki te przeznaczają dla krów i cieląt, dodając je do
paszy. Resztę zaś placka pozostawiają n a stole wieczernym.
Gdy ju ż w szystko do wieczerzy przygotow ano, zgrom adza się
przy stole cała rodzina, po św iątecznem u u b ran a, a odmówiwszy
pacierz, wnoszą snop pszenicy i owsa lub żyta niemłóconego i roz
staw iają w kątach izby k ł o s e m d o g ó r y , bo, ja k lud m niem a,
„ ś w i ę t y w i e c z ó r p o d n i m s i ę c h o w a “. Snop ten zboża zowią
d z i a d e m , t. j. d i d , także d i d u c h . Snopy te stoją cały tydzień
aż do drugiego świętego wieczora, t. j. aż do wilii Jordanu czyli
ruskich Trzech Króli.
Również od początku św iąt tych aż do Jordanu nie wolno w ie
czorem prząść, tylko we dnie. Tak u trzy m u ją w Dziewiętnikach.
Indziej, ja k w Leszczynie, Łuczanach i Ostrowie „ w i d R i ż d w a
do A r d a n a “ ani dziewczętom , ani kobietom nie wolno prząść, bo
z takiej roboty „ b u d u t w o ł o k n a “ (włókna).
Nim zasiądą do stołu, uw ażają pilnie, czy do p ary siadają,
boby w przeciw nym razie jed en z uczestników wieczerzy w prze
24*
— 372 —
ciągu roku um arł. W razie nieparzystej liczby wieczorników za
praszają kogoś z sąsiadów do wieczerzy.
U siadłszy do stołu, gospodarz bierze placek, o którym była
pow yżej, i łam ie się nim z w szystkim i uczestnikam i wieczerzy,
przyczem składają sobie w zajem ne życzenia, zw łaszcza, „ b y i m
P. B ó g z e s ł a ł s z c z ę ś l i w ą d u s z ę do w i e c z e r z y “. Po placku,
który zastępuje tu taj opłatek, piją wódkę. Gdy pierw sza potraw a
je s t n a stole, gospodarz w staje i błogosławi, mówi: „D a j H o s p o d y ,
ż e b y ś m o d o c z e k a ł y d r u h o h o ś w i t o h a ( ? ) w e c z e r a “, poczem spożywają potraw y w porządku danym .
Gdy przyniosą n a stół к u t y j ą (pszenyci z medom), gospodarz
w staje i bierze pierw szy n a łyżkę ku tyją i w yrzuca j ą n a powałę
(sufit). Jeżeli sam a pszenica uczepi się su fitu , a miód z m akiem
opadnie, to znakiem , że pszenica uda się (rodzić się będzie) w przy
szłym roku, czyli wogóle rok przyszły będzie dobry na zboże; jeżeli
zaś sam m ak z miodem uczepi się su fitu , a pszenica spadnie, to
pszczoły będą się dobrze roiły i będzie bardzo wiele miodu. Potem
w szyscy uczestnicy wieczerzy jed zą k u ty ją i rzucają j ą po ścianach,
powale i kątach.
W niektórych w siach, ja k w Łuczanach i Ostrowie, kładą
w ten św ięty wieczór węgle żarzące n a blaszkach w raz z ogniem
n a placuszkach jęczm iennych przed każdym uczestnikiem w iecze
rzy; n a czyim placuszku ogień zgaśnie prędko, tem u urodzaje nie
dopiszą w przyszłym roku.
Po w ieczerzy przeżegnaw szy się, w staw ają od stołu i siadają
n a d z i a d a ze słomy, w szyscy razem i m ówią: „ k w o k “ trzy razy;
to znaczy, aby kwoki pierw sze w chacie kw okały i k u ry dobrze
się niosły.
Przez całą noc w iłijną św ieca świeci się w chacie, w szystkie
zam ki m uszą być pootwierane. Lud bowiem m niem a, że żaden
złodziej tej nocy nie idzie k raść , gdyż nie śm ie czyli n i e m a
s iły . Gdyby zam ki były zam knięte, to przed złodziejem sam e się
otwierają. Jeżeli więc złodziej m a przypadkiem coś u k raść , to
zawsze u k ra d n ie , naw et gdy wszystko n a z a m e k zam knięto.
N azajutrz, t. j. w pierw szy dzień Bożego N arodzenia, w stają
w czas rano, bo ju ż o 5. godzinie, idą do cerkw i, a po nabożeń
stw ie w racają do dom u n a obiad, składający się z różnych potraw ,
ale ju ż nie postnych. W dniu tym k u ty i nie jedzą, boby p tak i,
przedew szystkiem w róble, w przyszłem łecie bardzo zjadały psze
nicę w polu. Dlatego w yrzucają niezjedzoną ku ty ę kurom n a
podwórze.
— 373 —
W innych w siach okolicznych zaczynają ju ż tego dnia kolę
dować; w D ziew iętnikach atoli kolędują dopiero w trzeci dzień
św iąt, t. j. w dzień św. Szczepana; a to po obiedzie w dzień chłopcy,
a parobcy i sta rsi wieczorem. Za kolędę chłopcy dostają bochenek
chleba, albo kilka „ b r o s z y “, a parobcy wielki k n y s z , albo też
„ b r o s z e “. Parobcy idą najczęściej z m uzyką i chodzą po tych cha
łupach, gdzie je s t m o ł o d y c a n a w ydaniu. Zebraną kolędę oddają
n a bractwo do cerkwi. Kolędują tylko w swojej w si, do sąsiednich
wcale nie chodzą.
3. N o w y R o k.
Zakończenia starego roku nie obchodzi wcale lud tu tejszy;
przynajm niej w D ziew iętnikach niczego nie mogłem, się dowiedzieć.
Za to Nowy Rok przedstaw ia się jako dzień radosny.
Zaraz zrana ktobądź z chłopców lub parobków, u gospodarza
służących, wyprow adza krow ę (lub wołu) ze sta jn i, prowadzi ją do
chaty, gdzie daje jej siano i składa gospodarzowi życzenia, aby
m u się dobrze wiodło gospodarstw o, krow y dobrze się trzym ały
i t. d. Gospodarz dziękując za życzenia, daje im po kilka centów
( h r o s z y ) i po kieliszku wódki. Tym czasem krow a je siano, a gdy
je spożyje, odprowadzają ją do stajni. (Por. O f i a r o w a n i e N.
M. P a n n y ) .
Dzieci, m ające do 7 la t, zbierają się, zarzucają torbeczkę n a
plecy i chodzą od chaty do chaty, ja k m ów ią, „po N o w im l i t i e “
(po Nowem lecie) i składają gospodarzom życzenia:
Pomahàj Bih! na szcziście, na zdorowie,
Na toj nowý rik !
Łedwym sia do was prywołyk.
Sijsia, rodysia,
Żyto, pszenycia,
czesnýk
jak byk,
cebule
jak dule,
bu rakie
jak Maćkowe chodakle,
a owes
jako pes.
Mówiąc to, m łócą dzieci paliczkam i d i d u c h a , t. j. snop
zboża, czy ow sa, czy też pszenicy lub też żyta, ustaw iony w wilię
— 874 —
Bożego Narodzenia w kącie izby. W ypadłe ziarna chowa gospodarz
na nasienie. W tedy gospodarz dom u lub. gospodyni daje im m ałe
bochenki chleba żytniego, zw ane „ k o ł ą c z y k i “. Dzieci wziąwszy
kołaczyk do ręki i podniósłszy go do góry, m ów ią: „ T y ł k i k o
l o s “, t. j. tak wielkie m ają być kłosy, poczem śpiew ają:
„Winszuju wam tym nowym rokom,
ażeby wam lizły kołacz! bokom,
hałaszkl oczyma,
a kołacz! płeczyma".
A gdy im nic nie dadzą, w tedy wychodząc, złorzeczą:
„Naj wam sia rodyt łopuch.
Żeby wam żiwot spuch“.
W dniu tym palą słomę i siano zebrane ze stołu i izby, a to
m iędzy drzew am i owocowemi, aby dobrze rodziły i gąsienice w y
ginęły.
4. Ś w i ę t o T r z e c h Kr ó l i i J o r d a n .
Święto Trzech Króli ( B o h o j a w ł e n i e ) zowią powszechnie
J o r d a n e m ( A r d a n ) . W ilia Jordanu zowie się u ludu ruskiego
» d r u h y j s w e t y j ( ? ) w e c z e r “, t. j. „ d r u g i m ś w i ę t y m w i e
c z o r e m “, bo pierw szym jest w ilia Bożego Narodzenia. J e s t dniem
postnym . W ieczerzają dopiero wieczór. Gotują przedew szystkiem
barszcz z olejem , gołąbki z liści kapuścianych i kutyją. Do każdej
potraw y w lew ają łyżkę wody święconej. Z rana w dzień wilii koło
godziny 11. poświęca w cerkw i ksiądz wodę, którą lud zowie
„ t w a r d ą w o d ą “. W odę tę czerpią w flaszki lub dzbanki i za
noszą do dom u; jed n ę część dają do potraw , drugą zaś w lew ają do
m iseczki, w sypują doń m ąki pszennej i robią papkę klejstrow atą.
Tą papką znaczą wszędzie n a obejściu (drzw i, okna, ściany chaty,
stodoły i obory, płot i t. d.) znak krzyża, aby czarownica nie m iała
przystępu do tego obejścia.
W e w si O ryszkow cach, położonej n a południe od D ziew iętnik,
zam iast papki biorą dziegieć i nim sm aru ją nietylko w wilię Jor
d a n u , ale także w Nowy Rok w szystkie drzw i obejścia, znacząc
krzyż, aby odpędzić czarownice, wogóle złego ducha.
Przed wieczerzą kropią t w a r d ą w o d ą całe obejście, potem
kadzą je i to ł a d a n e m chatę, by w szystka bieda (złe) uciekła,
a s a f a t y d ą zaś stajnie i obory, by czarownice odpędzić.
— 375 —
Po wieczerzy albo też nazajutrz wynoszą d i d u с h a z chaty;
z jego słomy robią gniazda kurczętom i gęsiom , ziarnem zaś z kło
sów jego karm ią kury, aby się dobrze niosły.
W nocy, z wilii n a św ięto, ja k lud powszechnie utrzym uje,
bydlęta, t. j. krowy, woły, byki m ają z sobą rozm aw iać czyli do
s t a j ą m o w ę . Otóż pew ien gospodarz chcąc się o praw dzie tego
przekonać, poszedł do stajn i i schował się w kącie. W tem odzywa
się byk do drugiego: „ B r a c i e , j u t r o p o w i e z i e m y g o s p o d a
r z a n a s z e g o do g r o b u “. Ten przejęty tą przepow iednią ta k się
przestraszył, iż n a drugi dzień um arł. Dlatego też n ik t nie m a
odwagi podsłuchiw ać rozmowy bydła w wilię Jordanu pod u tra tą
życia.
W Leszczynie, wsi położonej o 10 km . n a południowy-wschód
od D ziew iętnik, opowiadano m nie to pod in n ą postacią. Pew ien
bogaty gospodarz chcąc się przekonać o praw dzie tego m niem ania,
poszedł w nocy przed Nowym Rokiem (st. st.) do obory i tam że
w kącie się ukrył. Po chwili para najm łodszych byczków położyła
się, inne woły pytały się, czemu ta k w cześnie kładą się? Na to
rzekły: „ M u s i m y s i ę s m u c i ć i o d p o c z ą ć , bo j u t r o c z e k a
n a s b a r d z o c i ę ż k a r o b o t a ! “ — „A t o j a k a ? “ — pytały inne
woły. Na to byczki odrzekły: „ Te j j e s z c z e n o c y u m r z e n a s z
dobry gospodarz, gdyż p r z y s z e d ł p o d s ł u c h i w a ć naszą
r o z m o w ę ; j u t r o p o w i e z i e m y go do g r o b u “. N azajutrz odbył
się pogrzeb tego gospodarza, a owe wołki wiozły go n a cm entarz.
Również utrzy m u ją, że tej nocy w szystka woda zam ienia
się n a jak iś czas w wi n o .
W sam dzień Jordanu poświęcona przez księdza woda n a
rzece lub staw ie zowie się „ w o d ą J o r d a n o w ą “. W odę tę bierze
lud chciwie w dzbanki i flaszki i przechowuje w dom u, jako czyn
n ik błogosław ieństw a i zdrowia. Nią to pokrapia pasieki na w iosnę,
kropi bydło, gdy po raz pierw szy w ypędzają je w pole, następnie
kropią nią krow ę, gdy m a cielę.
W ieczorem chodzą m ali chłopcy kolędować, t. j. „ s z c z o
d r o w a t y “ od chaty do chaty, śpiew ają i zbierają do koszyka lub
w orka t. zw. „ s z c z e d r y w n y j c h l i b “, t. j. m ałe, okrągłe b u łk ij
um yślnie przez gospodynie n a ten dzień pieczone; dają im także
„ b r o s z e “.
5. Ś w i ę t o M a t k i B o s k i e j G r o m n i c z n e j .
Na Rusi zowią to święto „ S t r i t e n i j e H o s p o d n i e “. Na on
dzień lud m ów i, że „ z y m a s t r y c z u j e z l i t u “, t. j. zim a strąca
— 376 —
się z latem ; stąd ru sk a nazw a tej uroczystości. Jeżeli w tym dniu
je s t przew ażnie zim no, to dalej ostra zim a trw ać będzie; jeżeli zaś
panuje przew ażnie ciepło, to aż do końca wiosny ciepło będzie.
W edług m niem ania ludu w ilki chodzą stadam i w tym dniu,
bo to, ja k utrzym uje, wilków święto. Mało też lud wychodzi w tym
d n iu , przynajm niej do lasu nie chodzi, bojąc się w ilka.
6. Z a p u s t y . P o s t w i e l k i .
D ni zapustne czyli m ięsopusty zowią „ m i e s n y c i “ a ostatni
ich tydzień „ t y ż d e ń s y r o p u s t n y “. W tym to tygodniu nie jedzą
ju ż m ięsa, tylko nabiał.
Po ostatniej niedzieli s y r o p u s t n e j , t. j. w poniedziałek roz
poczyna się p o s t w i e l k i , jakkolw iek przez ten poniedziałek i w to
rek baw ią się i piją.
W pierw szym tygodniu postu wielkiego w ystrzegają się świecić
po zachodzie słońca wieczorem św iatło, lub prząść na kądzieli, bo
wówczas św. Teodorowi (Peodor) w y p a l a s i ę o c z y l u b w y k r u
s za brodę.
W w ielkim poście nie godzi się w piątk i czesać głowy; ktoby
tego przestrzegał, tem u po śm ierci włosy w grobie nie zbutw ieją.
Niedzielę kw ietnią zowie lud ru sk i „ ć w i t o n n a n e d y ł a “(?!),
a polski „ wi e r z b o w ą « . Od poniedziałku białego, czyli od wielkiego
tygodnia począwszy, porządkują, czyszczą, m y ją, bielą chałupę,
wogóle cale obejście.
W sobotę w ielką gospodynie sporządzają na W ielkanoc p a s к ę
(paschę) z pszennej m ąk i, t. j. pieką jed en kołacz dla gospodarza,
drugi dla siebie, a w końcu dla każdego dziecka z osobna. Oprócz
tego pieką baby, gotują kiełbasę, a bogatsi m ałe prosię.
U trzym ują, że czyja paska się rozpadnie, ten um rze w p rze
ciągu roku, rów nież, że m ysz zjadłszy okruchy z p a sk i, przem ienia
się w nietoperza.
7. Z w i a s t o w a n i e N. P. M a r y i .
Na „B ł a h o w i s z c z e n i e p r e c z y s t o j i B o h o r o d y c y “ (25-go
m arca st. st.) w ieśniaczki tutejszej okolicy nie ru szają, ani też nie
przeglądają żadnego n asien ia, gdyż w przeciw nym razie nasienie
przem ienia się w in n e, ja k pszenica w jęczm ień, rozsada w rzepę
i t. d. Również nie podkładają pod kw okę lub gęś ja ja zniesionego
w owym dniu uroczystym , gdyż z takiego ja ja , które zowią „ bł a how i s t n e “, w ykluje się zawsze kaleka. Najlepiej podkładać ja ja pod
kwokę w każdą niedzielę w chw ili, gdy ludzie z cerkw i lub ko
ścioła wychodzą z nabożeństw a; utrzym ują bowiem , że ja k w szyscy
ludzie z św iątyni bożej powychodzili, ta k też młode z w szystkich
jaj się w ylęgną. Gdy k u ra lub gęś lub też kaczka siedzi n a jajach,
nie wolno ja j ruszać, gdyż z niego wyjdzie kaleka.
W ogóle w tym dniu nie bierze lud żadnej roboty do ręk i, bo
nic się nie u d a ; ani gotują, ani też p alą, boby ogień się gniew ał
w tym dniu i naw iedzałby tego człowieka, któryby go wzniecał.
O ogniu dodam , że n a Rusi panuje powszechny przesąd, że
je m u trzeba na noc staw iać garn ek w ody; w przeciw nym razie
m ści się ogień n a tej gospodyni, która tego zaniedba, a to tym
sposobem , że niszczy całą zagrodę swoją pożogą.
' 8. W i e l k a n o c .
Święto Z m artw ychw stania Pańskiego zowią „ W e ł y k d e ń “.
Obchodzą je bardzo uroczyście. Gospodarze zanoszą przygotow aną
„p a s к ę “ n a dziedziniec cerkiew ny, gdzie po nabożeństw ie święci
ją ksiądz. Doj św ięcenia ustaw iają się parafianie w dwa rzędy.
W pośród tej paski w ybitne m iejsce zajm ują ja ja gotow ane, „p i
s a n k a m i “ zwane. P isan k i tutejsze są przew ażnie farbow ane „ n a
g ł a d k o “, t. j. bez ry su n k u , i to na żółto lub czerwono. Aby mieć
żółte p isan k i, gotują je w odwarze z kory jabłoni albo też z ziela
jaskółczego ( c h e l i d o n i u m m a i u s L.).
Po nabożeństw ie obnosi gospodarz „paskę“ naokoło chaty trzy
razy, a wniósłszy ją do izby, m ów i: „ C h r y s t o s w o s k r e s “,
a obecni odpow iadają: „ W o i s t y n n o w o s k r e s “. Potem posta
w iw szy ją n a stół, bierze jaje święcone białe, dzieli je n a tyle
części, ile je s t głów rodziny i daje każdem u do u s t jed n ę cząstk ę1)
N astępnie dzieli „paskę“, którą rozdaje po starszeństw ie, poczem
spożywają inne potraw y, ja k słoninę, kiełbasę i t. d., popijając
„ h o r y ł k ą (horyw ką)“.
W drugie święto oblewa się młodzież obojga płci wodą. Je st
to zwyczaj tutaj powszechny. Dziewczęta przez parobków oblewane
w ykupują się pisankam i. Dzień ten zowie się „ p o n i e d z i a ł k i e m
o b l e w a n y m “.
I) Ten sam zwyczaj istnieje na Litwie. Por. Ludwik г Pokiewia (Jucewiez).
Litwa. Wilno. 1846. str. 182,
— 378
9. Ś w i ę t y J e r z y (Jur).
W wilię tego św ięta ruskiego (5. m aja st. st.) robią w ieśniacy
drabinki osikowe, ustaw iają je w oborze, za niem i ukryw a się go
spodarz i czeka n a czarow nicę, by j ą od bydła odpędzić. W tym
bowiem dniu przychodzi do zagrody czarownica po raz pierw szy
i odtąd pojawia się coraz częściej. Lud nazyw a to pierw sze poja
w ienie się czarownicy „ p e r s z y p o ł a ź “; następnie pojaw ia się
w dzień W niebow stąpienia P. Jezu sa, n a Zielone Św ięta, w wilię
Bożego Ciała (Zielonego Czw artku), n a ścięcie głowy św. Ja n a
(25. m aja st. st.), n a św. Ja n a Chrzciciela (24. czerwca st. st.),'n a
św. Piotra i Paw ła (29. czerwca st. st.), n a U śpienie św^ A nny
(25. lipca st. st.) i na św. P antałejm ona (27. lipca st. st.). W tym
to dniu pojaw ia się czarow nica po raz o sta tn i, gdyż od tej pory
nie m a siły i m ocy szkodzenia. W czasie zatem od św. J u ra aż do
św. P antałejm ona ludzie kropią święconą wodą Jordanow ą i obkurzają całe obejście, aby czarownicom zabronić przystępu.
10. O f i a r o w a n i e N. M. P a n n y .
Uroczystość ta „ W o w e d e n y e B o h o r o d y с у “ przypada
21. listopada (st. st.). Dzień ten n a Rusi obchodzą uroczyście. Zaraz
z ran a ktoś z domowników (sług, parobków) wyprow adza krowę
z s ta jn i, oprowadza ją naokoło obejścia i chaty, przyprow adza
przed próg chaty i mówi do gospodarza: „ Da j H o s p o d y , a ż e b y
w a m sia weł o z rosy, z wody, z j a s n o h o s o ń c i i z toj
k o r o w y , a ż e b y ś t y s i a d o c z e k a ł y m n o h o h o s t a d a “. —
Potem gospodarz dziękując za życzenia, daje m u k ilk a groszy
i wódki. (Porównaj N o w y Rok).
11. Św. A n d r z e j (30. list. st. st.).
W w ilią św. A ndrzeja dziew częta poszczą przez cały dzień do
sam ego wieczora. W ieczór m yją się, czeszą i ubierają, mówią pacierz,
przynoszą kw artę wódki i zastaw iają w ieczerzę, n a k tó rą dają go
łąbki z liści kapuścianych (ho ł u b ci), kaszę hreczaną z olejem,
pierogi z kap u stą i susz. Na wieczerzę tę zapraszają parobków swo
ich, a ci z niem i wieczerzają. Po wieczerzy nak ry w ają m ały stołek
ręcznikiem lub kaw ałkiem płótna, n a brzegu naokoło kładą tyle
upieczonych b a ł a b u s z k ó w (małe bułeczki), ile je s t dziewcząt i parobczaków. Parobczaki przyprow adzają z podwórza psa (nie sukę)
do dziewcząt. Jed n a z nich zdejm uje z kosy (warkocza) w stążkę
— 379 ~ -
czerwoną i.przyw iązuje ją psu do ogona; następnie puszczają p a
robcy psa, który kręcąc się koło stołka z bałabuszkam i porywa
bałabuszkę i zjad a; czyja była bałabuszka, ta pójdzie najprzód
w przeciągu roku za mąż. Tę zabawę pow tarzają trzy razy.
Aby pies jad ł bałabuszki, nie dają m u w tym dniu um yśl
nie jadła.
Po psie następuje gąsior, którego w prow adzają parobcy na
środek izby. Jedna z dziewcząt zawiązuje m u chustką oczy, poczem
zasiadają dziew częta n a ław ki-dokoła i puszczają gąsiora wpośrodek
siebie. K tórą z dziew cząt chwyci gąsior za fartuszek lub spódnicę,
ta w yda się w przeciągu roku za mąż najw cześniej. I tę zabawę
pow tarzają do trzeciego razu.
Po tem w szystkiem dziewczęta pozostawiwszy parobków w izbie,
wychodzą n a próg chaty i słuchają, w której stronie psy szcze
k ają ; u trzym ują bow iem , iż z tej strony przyjdzie ž e n i c h (kawaler).
N astępnie rozbiegają się n a podwórzu i rach u ją kołki w płocie,
m ówiąc co kół: „ w d o w e c , m o ł o d e c “. Jeżeli w końcu w ypadnie
„ m o ł o d e c “, dziew czyna cieszy się, klaszcze w ręce, gdyż dostanie
młodzieńca (kaw alera) za męża. W przeciw nym razie, gdy jej w y
padnie „ w d o w e c “, sm uci się i płacze, bo pójdzie za wdowca.
Indziej, ja k w S trzeliskach, Żabokrukach i Bakow cach w y
chodzą dziewczęta i liczą od w rót swego obejścia 9 kołów w płocie,
a to w ten sposób: „ o d è n n e o d è n , d w a n e d w a , t r y n e t r y
i t. d. aż do dziewięciu ( d e w i e t ) . Ja k i w ypadnie dziew iąty kół,
n. p. zdrowy, prosty, sękaty (ślepy), krzyw y i t. d., takim będzie
jej przyszły mąż. Zowią tę zabaw ę „ k o ł e m a c a t y “.
W końcu biegną w szystkie razem do najbliższego potoku
i łapią we wodzie, co im się pod rękę naw inie. Jeżeli podbiegnie
kam ień, to dziewczyna dostanie za m ęża człowieka ciężko pracu
jącego; drzewo lub trzask a oznacza stolarza lub cieślę, skórka
z buta szew ca, kaw ałek żelaza kow ala, błoto próżniaka i leniucha,
szkło pijanicę i t. d. Jeżeli która nic nie znajdzie, ta za m ąż tego
roku nie pójdzie.
Gdy dziewczęta w racają do chaty, zatrzym ują się-pod drzw iam i
i podsłuchują, co parobcy mówią. Jeżeli która z dziewcząt usłyszy
słowa tw ierdzące, ja k n. p. p ó j d z i e , p o w i e d z i e s i ę , b ę d z i e *
c h c ę i t. d., to ta pójdzie za m ąż w przeciągu roku. Jeżeli zaś
usłyszy w yrazy przeczące, pozostanie jeszcze w dom u tego roku.
W szedłszy do chaty, biorą len , skubią go i robią zeń trzy
k u le, które kładą n a stół i zapalają w szystkie trzy naraz równo
cześnie. Której dziew czyny kula zapaliw szy się, wzięci w górę
— 380 —
i w pow ietrzu się spali, pójdzie szybko za m ąż ; której zaś kula
spali się n a stole, nie wyjdzie tego roku za mąż.
Całą noc aż do samego ran a spędzają n a tych zabaw ach
dziewczęta z parobczakam i. Do tej zabaw y w ybierają pew ną chatę,
do której wieczorem się schodzą, zabraw szy z sobą kądziel pod
pozorem przędzenia.
W róciw szy nazajutrz do dom u, doznają dziewczęta od m atki
k rzyku i h ałasu , nieraz oberw ą bicie, że nic nie uprzędły. Chłopcy
dowiedziawszy się o tem , śm ieją się z dziew cząt, śpiew ając:
„Buło Warwary, ne warwasyty,
Andreja, ne androsyty,
Buło wzięty kurzil i buło kondosyty“.
12. Św. B a r b a r a .
Lud m ówi, że „ ś w i ę t a W a r w a r a z a w i d u j e w i s p o w “,
t. zn. „że św. B arbara zarządza ospą“. Dlatego lud ru sk i obchodzi
ten dzień uroczyście, a we wilię tego dnia nie przędą, bo „ k t o
przędzie, będzie prządł zawsze i nic nie będzie miał
n a w r z e c i o n i e “. Za karę n aw et św. B arbara zsyła ospę n a ten
dom , w którym w oną wilię przędzono.
13. Św. M i k o ł a j .
Ś w i e t y j O t e c N y k o ł a je s t patronem sierót, wdów a w e
dług m niem ania ludu zaw iaduje w ilkam i. Modli się tedy lud w onym
dniu do tego św iętego, p ro sząc, by go strzegł i chronił od pożarcia
przez wilki.
Gdy w tym dniu śnieg spadnie, pow iadają, że „ Ś w i e t y j
o t e c N y k o ł a t r i e s è b o r o d o m “ (trzęsie brodą).
11. P i e ś n i .
P ie śn i, które w szczupłej liczbie podaję, pochodzą z Dziew iętnik.
1. A choć bo ja ne parubok, parubocka mina,
a jak pidu z diwku w tanec, diwoj po kolina.
2. A ja huzar mołodeńki mezy (?!i2ed) huzaraihy,
basam-kutia-terem-tety i ja pidu z wamy.
3. A ja huzar mołodeńki huzaroczku lubiu,
a ja swoji huzarici czerewiczki kupiu.
— 381 —
4. A jak meni ne łmlaty, koły ridna maty
postyłyla, taj nakryła, lełiaj, domu spaty.
5. A jak my sia polubyły, suchi duby ćwiły,
a jak my sia perestały, to toti powieły.
.6. A ja lubiu Petrusia,
taj skazaty boju sia;
oj bida, ne Petrus,
biłe łyczko, czornyj wuś.
Maty sia dohadała
szczom Petrusia kochała;
oj bida, i t. d.1).
Była mene matusia,
szczo ja lubiu Petrusia !
oj bida i t. d.
Choć ty mene maty wbyj,
takoj bude Petruś mij !
oj bida i t. d.
Jak ne wydżu Petrusia,
ta od witru walu sia;
oj bida i t. d.
Jak obaczu Petrusia,
to pid boki beru sia;
oj bida i t. d.
Nawaryła, napekła,
a dla kobo? dla Petra!
nyma Petra, ino Hryć,
szkoda mojich warenyć.
7. Bidum sobi kupyła,
taj za swoji broszy,
każut bidu lubyty,
bida ne choroszy.
I kry wyj, i ślipyj,
szcze do toho horbatyj,
jak sia stane trypotaty,
treba z chaty utikaty.
') Бмга ostatnie wiersze pierwszej zwrotki powtarzają się w dalszych.
— 382 —
Ja w nedylu(?!) pjana buła,
w ponedyłok;(?!) spała,
ä w wiwtorok snopiw sorok
pszenyci nażała.
W seredu suszyła,
w czetwer mołotyła,
a w piatnyci prodawała,
w sobotu propyła.
Za szczoż mene mużu bijesz,
za jaldji wczynki ?
czy ja tobi ne napreła
za rik dwa poczynki?
Ne samaż ja preła,
kuma pomahała,
to za masło, to za syr,
to za kusok sała.
Ne samaż ja preła,
preły pomicnyci,
to za muku, to za tisto,
to za warenyci.
Су ja tobi ne żinka,
су ne hospodynia,
try dni chaty ne meła,
Smitia po kolina.
Choć ja budu mesty,
to ne budu nesty,
kupyj, mużu, wizoczok,
budem smitia werty.
Kupyj(?!), mużu wizoczok
i sywu kobyłu,
wywezemo śmitiasko
na popowa nywu.
A popowa nywa
sim lit ne rodyła,
jak wy węzły smitia,
pszenyciu wrodyła.
8. Bodajbyś tak kosu kosyw,
jakieś diwku w tańcy nosyw.
— 383
Bodajbyś tak šerpom żała,
jakieś w tańcy wydrobiaia.
9. Chodżu, nudżu, mczki łamiu,
wzdychaju do neba,
z tiażkim żalom promawiaju,
muza meni treba.
Neszczasływa hodynońka
Każda nastnpaje,
oj koły sia mij myłeńkij
na mene łmiwaje.
Stratyła ja wik swij marne,
taj i SAVoj u dołu,
zostałam sia neszczasływa
jak byłyna w polu.
Neszczasływe zakochanie
treba zanechaty,
lubyłam ho i kochałam,
treba perestaty.
Ludy meni rozradyły,
ne życzu im łycha;
jest u mene hospod Boh,
taj moja poti cha.
Oj zarosły teji steżki
mechom i trawoju,
dem chodyła howoryty.
serdeńko z .toboju.
Oj na wodi dwa hołuby
zymnu wodu pyły,
bodaj tyji ne skonały,
szczo nas rozłączyły.
Oj, jak tiażko bidnoj łozi,
koły witer wije,
jeszcze tiaższe bez kochania,
koły sercie mhlije.
10. Cisary, cisary, cisary Frantiszku,
pusty mene do domu, choć na jednu niczku.
11. Ciupaju fasolku, ciupaju kukuruszku,
a ja tebe, chłopcie, lubiu w sywym kapeluszku.
ř
— 384 —
12. Су ja tobi ne kazała, kazały ti lude,
szczo z naszoho zakochania niczoho ne bude.
13. Су ja tobi ne kazała na szyrokim poły,
abyśmy sia ne schodyły do kupy n ikoly.
14. Су ty mene wczarowała, су trutiwki dała,
oj, szczoż bo ty meni rozum ze wsim widobrała?
15. Dałaś mene, moja maty,
za muż mołodoju,
jakby tuju kołopeńku1)
w wodu zelenoju.
Oj, jak tiażko kołopeńci
w serji wodu łmyty,
oj tak meni mołodeńki
staroho In byty.
Dałaś mene, moja maty,
za dida staroho,
taj kazałaś szanowaty,
taj jak mołodoho.
A ja dida taj szanuj u,
szanowaty muszu,
oj hospody miłoserny, (?!)
wyj myj z dida duszu.
A koho ja wierne (I!) lubiu,
to toj za płeczyma,
a koho ja nenawidżu,
toj pered woczyma
A koho ja wierne lubiu,
Za toho mnia dajty,
a koho ja nenawidżu,
taj ne wspominajty.
16. Durna hyra sim lit żyła,
swoje szmatie pohodyła,
pryjszło hyry czys wmyraty,
ne ma hyry w czym chowały.
Wzięły hyru na drabynu,
taj wynesły na mohyłu!
‘) Albo: konópełku.
— 385 —
Skiypka hraje, dudka duje,
durna hyra nic ne czuje.
Skrypka, skrypka, dudka, dudka,
a ty hyro łeży tutka,
Jak zabrały na cymbały,
tohdy hyru pochowały.
17. Dwa hołuhy wodu pyły, obydwa czubati,
lubyła ja chłopczetońka, a teper żonati.
18. Dwa hołuby wodu pyły pry jednyj hołubci,
najlipsza tam roznwwońka, gdy(?! lied.)") nas dwoje w kupci
19. Dwa hołuby wodu pyły, a dwa kołotyły,
bodaj toti ne prożyły, szczo nas ro/.luczyły.
Bodaj ony ne prożyły, taj szczyścia ne mały,
szczo ony nas mołodeńkich z kupci rozerwały. (?! iž e d )
20. Ej huzary, ej huzary, dobri koni majty,
jak budety dobri maty, tohdy nam jich dajty.
21. Jak ja buła mała, mała,
kołysała mene mama,
to w kołyści, to w korobci,
teper mene lubiet chłopci.
Hoho, hoho, hoja, hoja,
hołowońka bidna moja!
A jak ja pidrosła,
na stanoczku stała,
nejednomu hiltajowy
do sercia prystała.
Hoho, i t. d.
Ne budu sia widdawała,
budu ja szczo rik czekała,
budu rosła jak topola,
ne záhyny moja dola.
Hoho, i t. d.
Na horodżu (? ! Bed) ćwity wjut
[sia,
a za mnoju chłopci bjut sia,
ne bijty sia, nema za szczo,
choć (? ! Bed.) ja harda, ne łada[szczo.
Hoho, i t. d.
Kobym buła bidu znała
bułabym sia ne widdała,
a ja teper bidu znaju,
pizno leżu, rano wstaju.
Hoho, i t. d.
Bida mene pidkusyła,
szczo ja piszła za Rusyna,
żebym buła poczekała.'
tobym buła Laszka mała.
Hoho, i t. d.
Rusyn każe rano wstały,
Polka chocze dowho spaty.
Czys wże tobi, żinko, wstaty,
w połe woły wyhaniaty.
Hoho, i t. d.
Rano wstaty, chatu mesty,
taj do płuha jisty nesty,
taj do płuha, taj do rała,
taj z chłopciamy chozadrała.
Hoho, i t. d.
Chatu metu, diżu miszu,
dyjtia (1! Bed.) płacze, ja kołyszu,
') Za w szelkie przypieki od R edakcyi w ty m zeszycie je s t odpow iedzialny
p. S tan isław Z dziarski.
25
— 386 —
nim ja dyjtia ufulyht.
kürlta meni misku zbyła.
Hoho, i t. d.
A na mene, fajnu, hładku
zasidały chłop ci w sadku,
zasidały, howoryły,
dulka zjiły, ne złowyły.
Iloho, i t. d.
22. Ja kosońki ne wtynała, pytałam sia mamy,
а су lipsze i z kosoju, су z kuczirekamy?
Treba kosu krasno myty, ładno wypletaty,
a kucziry wyczesaty, taj popidhynaty.
23. Ja ne pidu na robotu, nahaj {V.Iìed.) idùt mama,
a w nedylu na hulanie taj ja pidu sama.
24. Ja odnoho polubyła,
druhoho ne budu,
jak ne budu z myłym żyła,
lipsze w propast’. skoczu.
25. Jak pojidesz mylyj na nycz,
woźmy meni 0 ! Red.) z sobu(? !)
budu koni zawiniała,
budu spała z tobu (? ! Red.).
26. Ja u swoji mamunienki jedna jedynycia,
ja po wodu ne chodyła, bo w sadzi (?! ižetč.) kiernycia.
Ja po wodu ne chodyła, korowy ne pasła,
mene maty wychowała, żebym buła krasna.
27 Ja za Handziu dukat daw,
bom sy Handziu spodobaw,
za Mary nu szóstaka,
bo Maryna ne taka.
28. Jedna hora wysokaja,
a druhaja nyska !
jedna myła dałekaja,
a druhaja błyska.
A u toji dałekoji
woły, ta korowy,
a u toji błyzeńkoji
czorneńkiji browy.
A ja tutu dałekuju
komu podaruj u,
a do toji błyzeńkoji
piszki powandruju.
29, Koby meni z ranku
hory loczki w dzbanku,
i do toho lulka,
diwczyna Hanulka ;
horyłoczku pywbym,
tiutiunec к ury w bym.
u iw czy nu Hanullm
do sebe tuływbym.
Koby meni z ranku
kawy iiliżanku,
sucharcia do toho,
chłopcia mołodoho;
kawońkubym pylą,
sucharec bym jiła,
chłopcia mołodoho
do sebe tułyła.
30. Kobyś ne pyw, mene ne byw,
to bym fia ¡ubyła,
tobym tobi szczo nedylu
hołowońku zmyła;
f
887
hołowońkn zmyła,
soroczońku dała,
rozczesała kuczeryczki,
taj pociłowała.
31. Kolio lubysz, obimajesż,
horywkię kupujesz;
mene lubysz, obimajesż,
a rozumu trymfujesz.
Ne trymfuj, paroboczku,
rozumońku moho,
bo ja w tebe wytrumfuju
konika (?! Red.) wronoho.
32. Lipsze buło, barny chłopcze,
szobyś sia ne rodyw,
kołyś mene ta ne lu byW,
szczoś do mene chodyw.
33. Ludy my sia dywowaly,
szczom na twarzy (? ! Red.)
[hładka.
Ja sia tohdy urodyła,
jak paliły(?! Ued) jabka.
Ludy my sia dywowały,
chłopci mene iubyły,
Tohdy ja sia urodyła,
jak fija.wki cwyły.
34. Mołody, mołodu
posadiw na łyd u,
utikaj mołoda,
zabere tia woda.
35. Ne tak bołyt, jak ukusyt lutaja hadyna,
oj jak bołyt, jak zczaruje lubaja diwczyna;
jak ukusyt hadynońka, znajdesz w zilu liki,
jak zczaruje diwCzynońka, propadesz na wiki.
36. Ne wsi toti doby cwyły,
szczo sia rozwywały,
ne wsi toti za muż piszly,
szczo sia pokochały.
Ino toti izrodyły,
szczo dribneńko cwyły,
ino toti za muż pi szły,
szczo sia ne lubyły.
37. Oj ciupaju kukurusku, ciupaju fasolku,
pojid’ myły do Bursztyna, kupy meni parasolku.
Kupy meni parasolku, abym ne whoryła,
kupy meni kapeluszu, abym buła biła.
38. Oj, diwczyno krasna,
de ty woły pasła?
Pid dubkamy,
z parobkamy,
de trawycia krasna!
39. Oj diwczyno, diwczynońko, ja w tobi kochaw sia,
a tyś meni widpowiła, ja ne spodiwaw sia,
widpowiła, widpowiła, zakazała byty, (? ! Red.)
ja o tobi, moja myła, ne mohu zabuty.
25*
— 388 —
40. Oj, koby ja buła znała,
szczo meni tak bude,
bułabym sia utopyła,
de wody ne bude.
Oj, koby ja buła znała,
szczo ty mij myłeńki,
bułabym ja utykała,
taj w baj zełeneńki.
Oj, koby ja buła znała,
szczo ty mij hiltaju,
bułabym sia utopyła,
na tychim dunaju.
Kobyś buła utykała,
utykłabyś buła,
a tyś tomu ne wtykała,
boś my rada buła.
41. „Oj mamuncia!“ — „Szczo choty, synu?“
„Kupyt meni drabynczynu !“
„Na szczo tobi drabynczynu?“
„Pidu na nycz do diwczynu,
Drabynczynu zołotoje,
do diwczyny mołodoje“.
42. Oj misiaciu, misiaczeńku, zajdy za komom,
naj ja trochu ze (11 Red.) swym myłym taj choć (? ! iže<l) pobo woni.
43. Oj, na hori dwa jawori, tretyj pochyływ sia,
jak ne woźmu, kotru lubiu, ne budu żenyw sia. '
44. Oj na hruszci biły ćwit, ta wże opadaje,
łubyw chłopec diwczynońku, ta wże pokidaje.
Nechaj pokidaje, jak sam sobi znaje,
szczasływaja dorożeńka, kuda win dumaje.
45. Oj pryjszow kum do kumy,
kuma morkwe połe ;
dobre kume, szczoś pryjszow,
bo mij piszow w połe.
A szczo budesz, kume jisty,
czy syr, czy smetanu,
a jak budesz peruhy,
taj masła distami,
46. Oj Semene, Semene,
ne chody ty do mene,
bo u meni kucy pes,
jak tia wkusyt, taj umresz.
47. Po sim boci, po dorozi horoch pokotyw sia,
koho lubiu, a ne woźmu, ne budu żenyw sia.
48. Pryjszła karta wid cisara, taj wid cesaryci,
żeby diwok ne lubyty, tylko mołodyci.
W mołodyci bili łyci, malowani dwerci,
ta to meni mołodycia pryj stała do serci.
49. Prodaj, mamo, dwi korowy,
kupy meni czorni browy,
na kołodci stojatý,
taj na ciiłopeiw morhaty.
— 389 —
Prodaj, maty, dwi tełyci,
kupy meni sznurowyci,
w mene cyci triesut sia,
z mene cliłopci śmijut sia.
50. Rudy tato, ruda mama,
rudu dońku widdawała.
Rudy ksiądz ślub (? ! R e d ) dawaw,
rudy diak jim śpiewaw. (? ! Дей.)
Rudi żydy horywku prodawały,
rudi sluhy usłyhiwały. (? ! Red.)
Rudy drużba, rudy brat,
ruda družka, rudy swat.
Tam rudi muzy kie brały,
rudi ludy tanciowały.
Jedno buło małeńkie,
taj i to buło rudeńkie.
51. Ryzaw tato sojku,
ryzała maty sojku,
ryzały di ty, dity,
wże nam sojke ne wydity.
Oj haj, haj, haj !
Połetiła sojka w haj !
Skubaw tato sojku,
skubała maty sojku,
skubały dity, dity,
wże nam sojko ('П Дей.) ne
Oj haj, i. t. d. [wydity.
Wary w tato sojku,
waryła maty sojku,
waryły di ty, di ty,
wże nam sojke ne wydity.
Oj haj, i t. d.
Soł.vw tato s°jkuso^ a maty s°jkll>
sołyły dity, dity,
wże nam sojke ne wydity.
Oj haj, i t. d.
Pożer tato S0-Íku’
P °żerła m a ty s ° jlm -
pożerły dity, dity,
wże nam sojku ne wydity.
Oj haj, i t. d.
52. Sedythołub nad wodoju, hołubka na kładci,
Skaży meni, moja myła, szczo tobi na hadci ?
53. Sedythołub nad wodoju pry swoji hołubci.
oj ne maż bo rozmowońki jak nas dwoje w kupci.
54. Stojit jawir nad wodoju, hylom pochyływ sia,
jak sia z tobu ne ożeniu, ne budu żenyw sia.
55. Stojit werba nad wodoju, kołysze spboju,
oj czy tużysz tak za mnoju, jak ja za toboju?
56. Sywyj hołub, sywyj, hołubka sywyższa,
myłyj tato, myła mama, myłeńka myliższa,
— 390 —
57. Śywfj koniu, sywyj koniu, sywa twoja hrywa,
skaży meni, sywyj koniu, de diwczyna myła?
58. Szczo ty tużysz, diwcze krasne?
Perestań tużyty;
ja pro łyczko twoje harde
budu tia lubyty.
Ach, nedolo wsim nemyła,
czomżeś mene ne wtopyła?
Lipsze buło u topyty,
niż z myłeńkim rozłuczyty.
59. Szumyt, szumyt dubrowońka,
tużyt, tu żyt diwcZynońka,
tużyt, tużyt i dumaje,
na nedolu narykaje.
Kuda idu, obernusia,
nazad, sebe ohlanu sia,
ach, ja płaczu, jak zòbaczù,
lita swoji darmo traczu.
60. Tam za hory misiczeńku, za hory, za hory,
schowaj boj кu tiutiunec, ¡dut rewizory.
61. Tecze woda z pid horoda, kiń ne chocze pyty,
oszeliła diwczynońka, ne chocze lubyty.
62. U susida chata biła,
u susida żinka myła,
a u mene ni chatynki,
ani szczastïa ani żinki.
63. Zakowała zazułeńka popid nebesamy,
zapłakawże Iwaseńko dwoma hołosamy :
Łyczko twoje rumianej e kraśnijsze nad rużu,
ja tia bidny mołodeńki zabuty ne możu.
Pieśni polskich mało tu słychać, bo wieś i okolicę zam ieszkują
przew ażnie Rusini. Z pomiędzy k ilku pieśni polskich, które zdo
łałem spisać, jed n ę większą, znaną indziej w okolicach polskich,
śpiew aną podczas wesela, podaję z tego powodu, że w tej postaci,
ja k ą m am , nigdzie tej pieśni nie spotkałem 1).
Kąpała się Kasia w morzu,
konia pasła w pańskiem zbożu.
Jechał Jasio i ze Lwowa,
zajął konia, taj do dwora.
Naści, Jasiu, dwa talary,
jeden nowy, drugi stary.
Ja talarów, Kasiu, nie chcę,
ino nockę z tobą prześpię.
Przyjdź-że Jasiu wnet z wieczora,
będzie otworem komora;
pomaleńku tylko stąpaj,
a podkówkami nie brzękaj,
żeby matka nie słyszała,
żeby ojca nie wołała.
Ale matka usłyszała,
i na ojca zawołała:
1) Por, Polaczek St. Wieś Rudawa. Warszawa, 1892. str. 178,
— 391 —
Wstańże, stary, wstań nieboże,
ktoś tam z Kasią jest w komorze.
Nim się stary z łóżka stoczył,
Jasio oknem już wyskoczył,
i wyskoczył i zagwizdnął,
i podkówkami zaświstnął.
Bądź mi, Kasiu, bądź mi zdrowa,
ja kawaler, a ty wdowa,
ja kawaler do konika,
a ty wdowa aż do wieka.
Kupię ja se sznuróweczkę i różową wstęgę,
będę ja się sznurowała, jeszcze panną będę.
Żebyś ty się sznurowała z rana do wieczora,
już nie będziesz taką panną, jakąś była wczora.
Czyś ty, Kasiu, kiszki zjadła,
żeś na liczku tak pobladła?
Oj, nieraz ja kiszki jadła,
takem nigdy nie pobladła.
Czegoś nasza Kasia chora,
trza sprowadzić jej doktora.
Doktorowie przyjechali,
wszędzie Kasię obmacali.
Czyś ty, Kasiu, piwo piła,
żeś mocno się roztyła?
Oj, nieraz ja piwo piła,
nigdym jeszcze tak nie styła.
Waszej Kasi nic nie będzie,
tylko chłopiec jej przybędzie ;
jak dziewiąty miesiąc minie,
to puchlina całkiem zginie.
15. R o z m a i t o ś c i .
a) W pobliżu Ż a b o k r u k , w si położonej z 7 km . n a północny
wschód od D ziew iętnik, przy gościńcu wiodącym do Sokołówki,
je s t w kształcie słupa kam ień. W uściech ludu tutejszego krąży
o nim podanie, jakoby przed w iekam i m atk a z córką pracow ały na
łące i kiedy m atk a najpilniej pracuje, córka często sobie odpoczy
w ając napom nienia m atk i nie słuchała, w tedy rozgniew ana m atk a
przeklęła ją , aby się w kam ień obróciła; w ty m m om encie niepo
słuszna córka przem ieniła się w kam ień i stoi przy drodze.
Między Strzeliskam i Nowymi a O ryszkow cam i, bliżej Bertyszowa, znajduje się przy drodze polnej kam ień, o którym podobne
podanie opowiada lud.
b) Dlaczego święta polskie, ruskie i żydowskie nie przypadają
w jednym dniu? W Oryszkowcach opowiadano m i następującą gadkę.
Dawniej św ięta te obchodzono rów nocześnie, dopóki ludzie chodzili
boso; ale gdy rozm aite o b m o i a zaprowadzono, spowodowano opó
źn ienia jed n y ch św iąt od drugich. I ta k żyd obuł się w pantofle
więc prędzej niż Polak i R usin zdążył do tem plu n a modlitwę;
Polak w dziew ał buty, przeto poszedł później, a R usin był ostatni
— 392 —
bo długo w „ c z o b o t y 1) o b u w a j e
z n a j e s i a “.
sia, taj n a s w i e t a zapi-
c) W Sokołówce słyszałem , iż p i o r u n o w e j s t r z a ł k i (belem nit) powszechnie używ a lud ruski przeciw kolkom. W tym
celu należy ze strzałki naskrobać nożem proszku i tym proszkiem
potrzeć bolące miejsce, (powszechne. Red.)
d) Ludzie w iejscy usłyszaw szy pierw szy raz n a wiosnę grzm ot,
rzucają się n a ziemię i tarzają po to, aby ich krzyże nie bolały,
a następnie m ocują się, aby byli silni.
e) Kot czarny, pies czarny, krow a czarna i kogut czarny ozna
czają, że do dom u tego, w którym przebyw ają, m ają przystęp
dyabły, albo że ludzie w nim m ieszkający m ają w sobie złego ducha.
U ro k i o d czy n iają baby. W ty m celu bierze b a b a g a rn u sz e k w ody,
w rz u ca doń ząpom ocą noża żarzące w ęg le d re w n ia n e i to k a w a ł
ków 7; za k aż d y m w rzu co n y m k aw ałk ie m w ę g la odm aw ia „Zdrow aś
M arjá“; n a stę p n ie w sad z a te n ż e nóż do w ody i d aje pić w odę tej
osobie, z k tó rej zd e jm u je u ro k , n a k rz y ż , t. j. z czterech stro n
g a rn u s z k a ; p o tem osoba ta m y je w odą tw a rz w ierzch e m , a n ie
dło n ią rę k i, i to trz y razy, i w reszcie ociera się o podołek baby,
k tó ra w k o ń cu w ylew a w odę pod p ró g i zap y ch a nóż w ziem ię,
gdzie pozostaje z godzinę. Jeżeli przez te n czas nóż zardzew ieje, to
dotycząca osoba m iała u ro k , w p rzeciw n y m razie n ik t n ie rz u cił
n a n ią u ro k u , ty lk o d ostała słab o ści, k tó rą zow ią „ n a s e r n y c i a “
(D ziew iętniki).
Uwaga. W szelkie podania, przesądy, gadki i nazw y ludowe
w dziedzinie przyrody, zebrane w tym powiecie, ogłosiłem drukiem
w rozprawce p. t. P odania, yrzesądij, gadki i n a zw y ludowe w dzie
dzinie przyrody. Część pierw sza. Z w ierzęta w V. tom ie Z b io ru w ia
domości do antropologii krajow ej (Akad. U m iejętności. Kraków. 1881)str. (102)—-(186), następnie „Część druga. R o ślin y “ w VI. t. powyż
szego Zbioru (Kraków. 1882) str. (200)— (317), czego tu ta j ju ż nie
pow tarzam , a ciekawych tam odsyłam.
B ronisław Gustawicz.
U po s t o ł y w Kołomyj skiem.
— 393 —
Naśladowanie głosu zwierząt.
J a k wogóle w językach innych ludów, ta k i w języku pol
skim — a może jeszcze najw ięcej — wiele nazw zw ierząt (kukułka,
gęś, kruk) i w yrażeń na oznaczenie dźw ięku ich głosu powstało od
podobieństw a tego dźw ięku: ku k ać, gęgać, k rak a ć , syczeć, kw akać,
beczeć, ćw ierkać, gruchać, m iauczeć, i t. p.
Głosy zw ierząt lud naśladuje nieraz bardzo łudząco; niekiedy
także przy pomocy słów. Podaję poniżej kilka takich przykładów,
zebranych m iędzy ludem , zam ieszkującym parafie P o b i e d r (powiat
wadowicki) i K r z ę c i n (powiat podgórski).
Kura po zniesieniu ja ja : „boso chodzę, já jk a niosę, n a tab a k “,
albo, „bodej zej sie w ściekną, coś m i ta k dopiekua, jesce spró
buję rá z “.
Kogut m ały pieje: „C iórrrrr“, w iększy: „Cip-ci-lip-ci“ i „po
k w aterce“, stary : „po k ieluchu“, a czasem „piják idzie“, n a co pies
odpowiada: „Uon, uon“.
Indyk jed en : „D ziadu, dziadu, dej korále“, dru g i: „Nie dám,
nie dám , bo nie m oje“; albo indyczka się żali: „Biéda, biéda“,
a indor jej odpowiada ze złością: „Tobie diabli do tego“.
Afrykanka (aprykanka) klnie: „psia krew , psia k rew “, ale tylko
m ężczyźni ten w yraz w ym ów ią, bo to wielkie przekleństw o (zwy
kłe psia krew ), kobiety zaś i dzieci naśladują przez: „cia-krew,
cia-krew “.
Przepiórka przed dojrzeniem zboża: „Podpalaj, podpalaj“, przed
żniw am i: „Podźcie ząnć, podźcie ząnć“; niekiedy znów kłóci się
z chruścielem (chrząśeiel), który mówi: „Sześ, sześ, sześ, sześ“,
czem u ona zaprzecza, w ołając: „Pięnć p ąn o , pięnć pąno“.
W ilga: „Zofijá, Zofijá, podź sę-m nąm n a piwo“.
Dudek: „Ub, u b “, od czego jego nazw a ludowa „ubek“.
Wrona w lecie, kiedy m a dosyć jedzenia: „Pszęnica k u a k “,
zaś w zim ie, gdy jej głód dokuczy: „Uajno kouac“ 1). To od podo
bieństw a brzm ienia kua, a od podobieństw a kra: „Strach, stra c h “;
i rzeczywiście wronę uw ażają jako zw iastunkę niebezpieczeństwaKot w ym aw ia w yraz „m iau“. Ktoś ścisnąw szy kota za ogon
równocześnie zadaje m u pytanie: „m iaueś uojca?“, k o t — „mi au“,
„a m a tk ę ? “ kot — „m iau“ i t. d.
Żaby: „Regi-negi, regi-negi“, lub: „Radujmy sie, radujm y sie“.
Tem ostatniem naigraw ają się z innych żab, zw anych „ubkam i“,
które w jak iejś sadzaw ce n astęp u jący prow adzą dyalog:
‘) Pospolicie mówią ..ko u a c“ t. j. placek z serem, pieczony na święta.
— 394 —
Pierw sza: — Kum osiu:
D ruga: — Coo?
Pierw sza: — Chuopiec tim ar.
D ruga: — Który?
P ierw sza: — T eęn, co byu chory.
W szystkie: — Puacm yz go...
P rzy naśladow aniu uw zględniają n atu raln ie tonacyę, ale przedew szystkiem ry tm brzm ienia, i n ad tern w artoby się zastanowić,
czy to nie w tern należałoby szukać pow stania m etryki? Bo n. p.
naśladując głos przepiórki, w ym aw iają pierw szą zgłoskę dłużej
i z p rzy cisk iem , dwie następne krótko, głos w rony (strach, strach)
obydwie długo, afrykanki — pierw szą krótko, drugą dłużej z przy
ciskiem , a powszechne k u k u k — pierw szą długo z przyciskiem ,
drugą krótko, czyli w pierw szym w ypadku najczystszy d a k t y l ,
w drugim s p o n d e j , w trzecim j a m b , w czw artym t r o c h e j .
Wincenty E. Badura.
O PIAŚCIE.
Na dowód, ja k żywo zajmowano się w ostatnich czasach po
czątkam i dziejów naszych, dość przypom nieć dzieło Małeckiego
o L echitach, obszerną rozpraw ę B ru ck n era o Piaście i poważne
studya prof. Potkańskiego: Lachowie i Leehici i Kraków przed
Piastami.
Nie w dając się w rozbiór tych dzieł i w szystkich kw estyi, tam
poruszonych, ośm ielam y się przedstaw ić w ynik w łasnych nad tą
spraw ą dociekań, prowadzonych od la t przeszło dw udziestu i to
w ynik dotyczący jednego szczegółu.
Poprzednikam i M ieczysława L, podług naszych kronikarzy, są
Z i e m o m y s ł ojciec, dziad L e s z e k , pradziad Z i e m o w i t i ojciec
tego ostatniego P i a s t , założyciel dynastyi. W szystko to imiona,
z którem i historycy i lingw iści jakoś sobie radzą, bo chociaż do
chodzi się do takich wyników, ja k n. p., że Mieczysław nie nazyw ał
-
395 -
się M ieczysławem , lecz N i e d ź w i e d z i e m (prof. B rückner) albo
M ś c i s ł a w e m (dr. Karłowicz), to jednakże wszyscy uznają, że to
im iona historyczne, gdyż pow tarzają się i później. P i a s t tylko ta k
dla historyków , ja k i lingw istów dotąd niejasny. Prof. B ruckner
w yraził naw et przekonanie, że to w ym ysł. Tw ierdzi on, że im ienia
osobowego P i a s t po prostu nigdy nie było, a gdyby było, to by
łoby przezw iskiem i znaczyłoby t ł u c z e k , przezw isk zaś n a owe
odległe czasy przypuścić praw ie niepodobna. T łuczek, Rzepka
i jak iś Chościszko, ojciec P iasta — to samo przez się zakraw a na
bajkę i bajką jest.
J e st najpierw praw dą niezbitą, bo historycznie w iadom ą, że
byli u nas P iastow ie, a skoro się ta k nazyw ali, to również je s t
rzeczą pew ną, że był ktoś m iędzy nim i, co p i e r w s z y nazyw ał
się P i a s t e m . Nazwa P i a s t nie je s t tedy bynajm niej zm yśleniem
ani k ronikarsklem , ani ludow em , ja k nie je s t fikcyą ani Mieczy
sław I , ani Chrobry, ani Kazimierz W ., ani żaden in n y P i a s t ,
historycznie znany, aż do XVII. w., kiedy ta rodzina w ygasła.
Nazwę tę odziedziczyli Piastow ie po przodkach jeszcze w czasach
przedchrześciańskich i z nią weszli do historyk Historyę popiera
ja k najusilniej lingw istyka.
L ingw istyka w ykazała, ja k wiadomo, że pew ne nazw y m iej
scowości pozostają w ścisłym zw iązku z im ionam i i nazw am i osób
irodzin. J a k się mówi po dziś dzień w ó j t ó w s y n l u b m a t c z y n
k a p e l u s z , ta k się mówiło K r a k ó w gród czyli gród K r a k a ,
L w ó w gród czyli gród L w a i stąd te nazwy. Takiego samego
pochodzenia i ta k samo pow stały: W r o c ł a w , S a n d o m i e r z ,
P r z e m y ś l i t. d. Otóż nazw y miejscowości stw ierdzają, że imię
P i a s t było u nas niegdyś dość rozpowszechnione. P i a s t pod
Trzebnicą n a Śląsku i w tym że k raju P i a s t e n t h a l (Gross i Klein)
to m iejscowości, które zapew ne m ają bezpośredni związek z n a
zw iskiem rodziny, niegdyś nam panującej. Ale trudniej ju ż łączyć
z tą rodziną P i a s t ó w wieś i folw ark w powiecie radom skim ;
P i a s t ó w o, wieś i folw ark w powiecie sierpeckim i tam że P i a
s t o w s k i e P i a s k i ; P i a s t o s z y n , wieś w powiecie tucholskim
i folw ark w powiecie chojnickim ; a trudniej jeszcze wsie i za
ścianki w powiecie dziśnieńskim n a Litw ie, ja k P i a s t u n , P i a s t u n y , P i e s t u n ó w k a lub P i s t u n y , P i s t y ń n a Rusi czer
wonej. Były też rodziny tego samego nazw ania n a Morawie i w Cze
chach, ja k tego niezbicie dowodzą miejscowości: P i s t o v , P i s t y ,
P i s t o y i c e , co rów na się najzupełniej polskim nazwom: P i a s t ó w ,
P i a s t y i P i a s t o w i c e , gdyż imię P i a s t brzm i po czesku P i s t .
— 396 —
L ingw istyka stw ierdza tedy najzupełniej fa k t znany z tradycyi
i historyi, że im ię P i a s t rzeczywiście istniało, a nadto dowodzi, że
im ię to nie było w yłączną w łasnością panującej rodziny, lecz m iały
je także i inne rodziny w Polsce, n a L itw ie i R usi, a również na
Morawie i w Czechach. Nie je s t tedy P i a s t bynajm niej bajką lub
zm yśleniem ; chodzić może tylko o to , czy to im ię , czy przezwisko
i co ono oznacza.
Aby pod tym w zględem dotrzeć do praw dy, trzeba w ejść
w tajn ik i daw nej nom enklatury polskiej, czego w szakże dotąd nie
uczyniono.
Jeżeli weźm iem y pod rozwagę miejscowość P i a s t ó w , to ona
nas poucza, że w łaściciel nazyw ał się P i a s t , od czego P i a s t ó w ,
rozum ie się g r ó d lub d w ó r . To samo dotyczy i miejscowości
P i a s t o w o , z tą tylko różnicą, że w tym w ypadku należy się do
m yśleć w yrazu m i a s t o, s i e d l i s k o lub pole, ta k ja k P i a s t o w a
rozum iałoby się wieś. T ak samo m am y od im ienia C h o t m iejsco
wość C h o t ó w i C h o t o w a (Galicya), od im ienia W i e k m iejsco
wość W i e k ó w (1189); od im ienia C z e c h miejscowość C z e c h ó w ;
od im ienia D o b r miejscowość D o b r ó w (1252); od im ienia S o b
miejscowość S o b ów (pow. T arnobrzeski w Galicyi); od im ienia
S t a s z (1241) m iejscowość S t a s z ó w ; od im ienia M i e s t m iejsco
wość M s t ó w (1193); od im ienia M i r (1244) miejscowość Mi r o w o ;
od im ienia D a l miejscowość D a l e w o; od im ienia G n i e w m iej
scowość G n i e wo w o (1242) (dzisiaj G n i e w ) ; od im ienia G o r z
miejscowość G ó r z e w o (1253); od im ienia W a r s z (1289) m iejsco
wość W a r s z e w a (1289, dzisiaj W a r s z a w a ) ; od im ienia W ł o s t
(1155) m iejscowość W ł o s t o w a (1254) i W ł o s t o w o (1155) i t. d.
A ja k rozum ieć miejscowości: P i a s t , P i s t y (Piasty), P i a s t u n , P i a s t u n y , P i s t u n y (Piastuny)? To miejscowości pier
w otnie bez nazw y? W miejscowości P i a s t osiadł P i a s t , w m iej
scowości P i a s t u n osiadł P i a. s t u n i nazw a jednego i drugiego
stała się nazw ą miejscowości; w m iejscow ościach P i s t y , P i a
s t u n y , P i s t u n y , osiadło k ilk u P i a s t ó w lub Pi a s t u n ó w i oto
od ich im ion nazw y miejscowości. Miejscowość P i a s t pow stała
ta k sam o, ja k miejscowości: R a d o s z , Z a w i c h o s t , Z a w ó j , Mi
k o ł a j , S a w a , O d r o w ą ż , O d r z y k o ń , a miejscowości P i s t y ,
P i a s t u n y , P i s t u n y , ja k m iejscowości: D o m o s ł a w i c e , B o g u miłowice, K ni a z ie , K r a w c e , L a s z k i , A d a m y , J a d a c h y
(Adachy == Adamy), W a w r z y n c e , C z e c h y , P r u s y , T a t a r y ,
Cygany.
P i a s t od P i a s t u n różni się tylko dodatkiem u n , który
je s t zw ykłem zjaw iskiem u im ion osobowych. I tak obok Ch o t ,
— 397 —
skąd C h o t ó w , mówiło się C h o t u n , skąd miejscowość C h o t u ń
(w Czechach); obok W i e l mówiono W i e l u ń , skąd W i e l u ń
(1120); obok B o g u s z mówiono B o g u ń (po ru sk u B o h u n ) , skąd
В o g u n o w o (1177); obok M iś (Mikołaj), skąd miejscowość M i s i e
(pow. radzyński) m ieliśm y M i s i u n , skąd M is i u n y ; obok В or u t a mówiono B o r u n , skąd n a Litw ie B o r u n y ; obok B a r t o s z
m ówiliśm y В a r t u n , skąd nazw isko rodowe B a r t u n e k i t. d.
Miejscowość P i e s t u n ó w k a oznacza posiadłość P i e s t u n a tak
sam o, P a l i s z ó w k a , P a l e j ó w k a , H e n r y k o w k a, I w a n ó w k a ,
J а полу к a, J a k u b ó w k a , J ę d r z e j ó w k a , K a z i m i r ó w k a ,
K l i m k ó w k a , L a s z k o w k a , posiadłość Palisza (Chwalisza) P a
l e j a (Chwalej), H e n r y k a , I w a n a i t. d.
Ruskie P i s t y ń brzm iałoby po polsku P i e ś c i ń z dom yślnem
g r ó d lub d w ó r , co znaczy P i e ś c i n a gród lub dwór ta k samo,
ja k W i e l u ń znaczy W i e l u n a g r ó d lub dwór. Imię zaś P i e ś c i n wywodzi się nie od nom inatiwu P i a s t lecz P i a s t a ; P i e ś c i n rozum ie się s y n , j a k c i o t c z y n n. p. k a p e l u s z . T ak od
im ienia B o r z ę t a m am y B o r z ę c i n (1240), dzisiaj B o ż ę c i n ro
zum ie się d w ó r l ub g r ó d , ja k od im ienia W i e r z b i ę t a (1228
pochodzi W i e r z b i ę c i n (1235).
Pozostaje nam jeszcze do objaśnienia P i a s t o s z y n . Po tern,
cośmy powiedzieli, nazw a zupełnie zrozum iała. W łaściciel nazyw ał
się P i a s t o s z a , a P i a s t o s z y n to jego g r ó d l ub d w ó r . Co do
form y P i a s t o s z a zauw ażyć tylko należy, że je s t to P i a s t o s z
z żeńskiem zakończeniem podobnie ja k je s t P i a s t a obok P i a s t ,
jak je s t C h o t a , skąd m iejscowość C h o c i n (Galicya), obok Ch o t ,
skąd om aw iany ju ż C h o t ó w . P i a s t o s z i P i a s t o s z a nie zdziwi
n a s , jeżeli sobie przypom nim y, że obok D o b r os z (1136) mówi
liśm y D o b r o s z ą (1270), że obok B o g u s z (1287) m ówiliśm y B o
g u s z a (1153), skąd B o g u s z y n (1065); że obok W y s z (1288) je s t
W y s z a (1259), skąd W y s z y n (1228), że obok B u d z i s z , skąd
B u d z i s z ó w (1193), było B u d z i s z a , skąd B u d z i s z y n , ż e obok
Z a w i s z (1264) było Z a w i s z a (1285) i t. d. Im iona, ja k M i ł o s z
(1136), R a d o s z (1245), J a r o s z (1245), W i l k o s z (1136), Ż y r o s z
(1228), U n os z, G n i e w o s z i t. d. używ ały się zawsze i z koń
cówką żeńską.
Z powyższego wywodu w y n ik a, że nazw a, o którą nam chodzi,
brzm iała: P i a s t , P i a s t a , P i a s t u n , P i a s t o s z i P i a s t o s z a ,
a brzm ienia te zgadzają się najzupełniej z brzm ieniam i rozlicznych
innych nazw.
Zobaczmy teraz, czem są te nazwy, z którem i P i a s t tak
zgodnie idzie w parze? Oto C h o t (od czego C h o t ó w , C h o t o w a )
— 398 —
inaczej C h o t a a także: C h o c i e s z , C h o c i s z , C h o c i e c h , Chot u c h , C h o t u n , C h o t e k , C h o t k o , skąd C h o t k ó w i nazwisko
C h o t колу s k i — to skrócenie im ienia Chocisław, co znaczyło w sła
w iający ukochaną, podobnie ja k O c i e s ł a w w sław iający ojca,
M a c i s ł a w w sław iający m atkę (w skróceniu M ą c i s z , skąd Mac i s z e w i nazw isko M a c i s z e w s k i ) , C i e c i s ł a w , w sław iający
ciotkę; B r a c i s ł a w , w stew iający b rata , w skróceniu B r a t k o , skąd
B r a t k ó w i nazwisko B r a t k o w s k i ) i t. d. W i l k (skąd W i l
k ó w) inaczej W i l k o s z , W i l c z e k , W i l c z ę t a , skąd także i owi
sław ni W i ł с у m iędzy Odrą a Łabą — to skrócenie im ienia Wilkomir. D o b r (skąd D o b r ó w ) , inaczej D o b r o s z , D o b r o s z a , Dob r o c h (skąd D o b r o c h o w o (1242), D o b r o t a (1225) i D o b r o s t a (1125), w reszcie D o b r z ę c h (skąd D o b r z e c h ó w ) — to skró
cenie im ienia D o b r o s ł a w , D o b r e m i r (1015), D o b r e g o s t ( 1 2 4 5 )
lub D o b r o w i t (1264). S o b (od czego So b ów), inaczej S o b a
(1136), S o b i e s z (1247), S o b i e s z a (skąd S o b i e s z y n o (1256),
S o b k o (1290) i S o b i ę t a (1136) — to skrócenie im ienia S o b i e
s ł a w . S t a s z (od czego S t a s z ó w ) , inaczej S t a ś , S t a s z e k ,
S t a s z k o (1394), S t a c h (skąd S t a c h ó w 1287, 1300), S t a n e k ,
S t a n k o (1293, 1330) — to ja k wiadomo skrócenie im ienia S t a
n i s ł a w . M i e s t (od czego Mstów) inaczej M ś c i s z (1276), Ms t u j
(1015), M ś c i ę t a (1243), M s z c z u j (1235) — to skrócenie im ienia,
M ś c i s ł a w , M ś c i w ó j l ub M ś c i g n i e w . M i r (od czego M ir o wo)
inaczej M i r o s z (od czego M i r o s z e w i nazw isko M i r o s z e w s k i ) ,
M i r z n (1246), M i r z ę t a (1218) — to skrócenie im ienia M i r o
s ł a w . D a l (od czego Ва і е л у о ) , inaczej D a l e s z (1136) i D a l e k
(1280) — to skrócenie im ienia D a l e b ó r (1259). G n i e w (od czego
G n i e w o w o), inaczej Gniewosz, G n i e w a n i Gniewon (1125)
i G n i e w k o (od czego Gniewków 1185) — to skrócenie im ienia
G n i e w o m i r (1120). W a r s z (od czego W a r s z a w a ) je s t nieza
wodnie skróceniem im ienia W a r t o s ł a w. W ł o s t (od czego W łos t o w o i W ł o s t o w a ) inaczej W ł o ś c i e j (1211) i W ł o s z c z o n ,
skąd W ł o s z c z o n ó w (1299) je s t skróceniem im ienia W ło ś с is ł a w l u b W ł o ś c i b ó r (1260). Skróceniam i są i w spom niane wyżej
im iona: В o g u s z , B o g u n z B o g u s ł a w ; W y s z , W y s z a z Wys z em i r; B u d z i s z z B u d z i s ł a w ; Zawi sz , Zawisza, Za
w i c h o s t , ( Z a w i c h , potem Z a w i c h o s t , j a k R a d o s t z R a d
a to z R a d o s ł a w ) z Z a w i s ł a w ; R a d o s z (inaczej R a d e k 1065,
R a d z i e j 1271, R a d z i e c h , R a d o n 1153, R a d z i s z , R a d z i e s z ,
R a d o s t i t._ d.) z R a d o s n y ; Ż y r o s z (inaczej Ż y r a 1065,
Żyro(n) 1187, Żyroch 1136) z Ż y r o s ł a w ; W i e l u ń (inaczej W i e -
— 399 —
l i s z , skąd W i e l i s z e w o 1254), i W i e l ę t a 1293 z W i e l i m i r
lub W i e l i s ł a w ; B o r u n z B o r y s ł a w .
Okazuje się tedy, że nazwy, z którem i nazw a P i a s t zgadza
się we w szystkich swych odcieniach, są im ionam i osób, z czego
w niosek, że i nazw a P i a s t je s t nie przezw iskiem , lecz im ieniem
osobowem i to, ja k tam te im iona, imieniem, skróconem. A ja k
brzm iało w całości, nie trudno dociec.
J a k W ł o ś c i s ł a w skracano n a W ł o s t , w form ie żeńskiej
n a W ł o s t a , S o b i e s ł a w na S o b i S o b a ; C h o c i s ł a w na
C h o t i C h o t a ; G n i e w o m i r na G n i e w i G n i e w a ; W i e l i s ł a w n a W i e l i W i e l a ; M i r o s ł a w na M i r i M i r a i t. d., tak
imię Pieścisław m usiano skracać n a P i a s t , w form ie żeńskiej
Piasta.
J a k zam iast B o g u s ł a w mówiono B o g u n , w form ie żeń
skiej B o g u n a , po ru sk u B o h u n , B o h u n a . J a k zam iast B o r y
s ł a w mówiono B o r u n , a potem n a wzór starodaw ny zam iast
B a r t ł o m i e j mówiono В a r t u n ; zam iast M iś (Mikołaj) M i s i u n;
tak zam iast P i e ś c i s ł a w mówiono P i a s t u n .
J a k obok R a d o s ł a w używano R a d o s z , w form ie żeńskiej
R a d o s z a ; obok M i ł o s ł a w — M i ł o s z i M i ł o s z a ; obok M ir os ł a w — M i r o s z i Mi r o s z ą ; obok J a r o s ł a w — J a r o s z i J a r o s z a ; tak obok P i e ś c i s ł a w , mówiono P i a s t , P i a s t o s z
i Piastosza.
Rozpatrzenie się w im ionach naszych starodaw nych poucza
n a s, że im ię P i e ś c i s ł a w mogło się pojawiać jeszcze w takich
skróceniach, ja k Piestek. Piestko-a (porów. Bolek, Bolko); Pieścisz-a
(porów. B r o n i s z 1230 z B r o n i s ł a w , W o l i s z 1136 z W o l i m i r 1238, B o l e s z 1136 z B o l e s ł a w , W r ó c i s z 1209 z W r ó c i s ł a w i t. d.)! Pieścich-a (porów. R a d z i c h 1209 z R a d z i s ł a w
1142, B o l e c h 1136 z B o l e s ł a w , G o ś c i c h 1234 z G o ś c i s ł a w 1211); Piastoch-a (porów. U n o c h 1125—1175 z U n i s ł a w
1222—1264, M i ł o c h 1136 z M i ł o s ł a w , Ż y r o c h 1136 z Ż y r o s ł a w 1120); Pieściej-a (porów. R a d z i e j 1271, B o l e j 1218, U n i e j
1260). B o ż e j 1218 z B o ż y s ł a w ) ; Pieszczon-a lub Pieszczan-a
(porów. W ł o s z c z o n i W ł o s z c z a n 1298, 1299, M i r z o n 1246);
Pieścik (porów. R a d z i k 1065, U n i k 1125—1275); Piestuj (porów.
L u t u j 1209 z L u t o s ł a w , M s z c z u j 1235 z Mś c i s ł a w ) ; Piastuta (porów. B o g u ł a 1136 z B o g u s ł a w ) ; Piech (porów. M i e c h
z M i e c z y s ł a w , skąd M i e c h ó w , C z e c h z C z e s ł a w , Z d z i e c h
1298, skąd Z d z i e c h ó w i Z d z i e c h o w s k i ze Z d z i e s ł a w 1228,
S t a c h ze S t a n i s ł a w ) .
— 400 —
Na szczególniejszą uw agę zasługuje skrócenie P i e s t e k ,
P i e s t k o , co daw niej brzm iało praw ie ja k P i s t e k , P i s t k o ,
gdyż w w yrazie tym m am y pierw otnie e długie, a z długiego e
wyłoniło się, ja k wiadomo, pochylone czyli ścieśnione, w ym aw iane
praw ie ja k і, y (porów, m l é k o , r z é k a ) . Skrócenie to zasługuje
n a uw agę, gdyż m ieliśm y w P ru sach Zachodnich za czasów krzy
żackich rodzinę szlachecką zw aną P i s t k o (zob. rozprawę W . K ę
trzyńskiego O narodowości polskiej w Prusiech Zachodnich. P am iętnik
Akad. Umiej, w Krakowie. 1874. str. 220) i m am y tam miejscowość
P i s t k i (niem. Pistken) (r. 1559). Zresztą jeszcze w XIV. w. uży
wano im ienia P i e ś c i s ł a w a w postaci P i e s t k o jako im ienia
chrzestnego, ja k świadczy księga m iasta Torunia z r. 1394, w której
wśród nazw isk czytam y Piestko (Pesthko) K r u d i n (K ętrzyński
1. c. str. 211).
Nie ulega tedy najm niejszej w ątpliw ości, że P i a s t był i że
to nie przezw isko, lecz im ię, które w całej rozciągłości brzm iało
Pieścisław.
W yraz p i e ś c i ć znaczyło pierw otnie ty le , co d z i e r ż y ć ,
t r z y m a ć , to samo praw ie, co dzisiaj jeszcze używ ane p i a s t o
w a ć n. p. jak iś urząd. P i e ś c i s ł a w więc je s t to sam o, co pó
źniejsze D z i e r ż y s ł a w , piastujący sławę. Skrócenia, ja k P i a s t ,
P i e s t k o , P i a s t o s z , P i a s t u n znaczą oczywiście to sam o, po
dobnie, ja k M i r o s ł a w , Mi r , M i r k o , M i r o s z , M i r u n , j a k
R a d o s ł a w , R a d o s z , R a d k o , R a d o s t , jak В o l e s ł a w , B o l k o ,
B o l e c h , ja k dzisiejsze W ł a d y s ł a w , W ł a d z i o , W ł a d e k lub
S t a n i s ł a w , S t a c h , S t a s z e k , S t a ś , S t a n e k , a w form ie
żeńskiej S t a n i s ł a w a , S t a c h a , S t a s z k a , S t a s i a , S t a n k a .
Z t ł u c z k i e m , o którym mówi prof. B rückner, m a P i a s t
tylko etym ologiczny zw iązek, a co do tego rzecz się m a, ja k n a
stępuje:
Istnieje w języku polskim podziśdzień w yraz p i a s t a po cze
sku p i s t a i oznacza ową głowę czyli puszkę u koła, w której
tkw ią sprychy. Prócz tego posiada języ k czeski w yraz p í s t w zn a
czeniu t ł u c z e k . W yraz ten brzm iałby po polsku p i a s t i m usiał
niegdyś w polszczyźnie być, bo od niego w łaśnie pochodzi p i a s t a
kołowa Pczasow nik p i e ś c i ć , piastować, w znaczeniu daw niejszem
d z i e r ż y ć , t r z y m a ć i dzisiejszem . Dlaczego czeskie p í s t (po
polsku p i a s t ) m a znaczenie t ł u c z k a , zrozum iem y odrazu, skoro
tylko sobie przypom nim y, z czego to pierw otnie t ł u c z k i robiono
i ja k one w yglądały. Przypom nienie to nie tru d n e , bo lud nasz
i dzisiaj takie sam e t ł u c z k i w yrabia i posiada. Są one zresztą
i po naszych dom ach w pow szechnem używ aniu. W m ałym roz-
tґЬ.
vi-
— 4oi
m iarze panie nasze nazyw ają ta k i tłuczek m ą t e w k ą (od mącić),
a n a Rusi k o ł o t e w k ą (od w yrazu ruskiego k o ł o t y t y , po pol
sku k ł ó c i ć ) . I każda z naszych pań w ie, ja k tak i tłuczek po
w staje. Drzew a szpilkowe, n. p. św ierki, m ają tę w łasność, że
w pew nych odstępach pień m a węzły lub głów ki, z których dokoła
w yrastają gałązki, zupełnie n a k ształt sprych, w ychodzących z p u
szki kołowej. U cina się młody pień takiego drzew ka szpilkowego
poniżej główki, potem skraca się tkw iące w niej gałązki do je d n a
kowej długości, obdziera się korę, u tn ie się u góry pień ta k daleko
od główki, ja k długi chcem y m ieć trzonek — i tłuczek gotowy.
Słabszy ta k i p i a s t służy do m ącenia lub kłócenia płynów i stąd
nazw a m ą t e w к i i k o ł o t e w k i ; m ocniejszy zaś do tłuczenia n. p.
ugotow anych ziem niaków i stąd nazw a t ł u c z e k .
Tkw i zatem ta k w w yrazie p i a s t a j a k i p i a s t pierw otnie
to samo znaczenie d z i e r ż e n i a , t r z y m a n i a ; obydwa różnią
się tylko rodzajem i, co z tern pozostaje w zw iązku, pew ną modyfikacyą tego samego pierw otnie pojęcia.
Jeżeli więc od w yrazu p i a s t (tłuczek) m am y w yraz p i a s t a
i p i e ś c i ć (piastować) w znaczeniu d z i e r ż y ć , to rzecz to cał
kiem n a tu ra ln a , gdyż w wyrazie p i a s t tkw i pierw otne pojęcie
d zi e r ż e n i a .
J e s t tedy m iędzy w yrazam i pospolitym i p i a s t , p i a s t a ,
p i e ś c i ć , p i a s t o w a ć , a im ieniem w łasnem , osobowem P i a s t
związek pod względem etymologicznego pochodzenia i pierwotnego
tkw iącego w nich pojęcia, ale to im ię protoplasty, panującej nam
przez tyle wieków z chw ałą i pożytkiem rodziny, nie w ten sposób
powstało, jakoby ów człowiek z jak ich ś względów był do tłuczka
podobny i dlatego ta k go nazwano. Co do tego niem a m iędzy rze
czownikiem p i a s t (tłuczek), a im ieniem osobowem P i a s t żadnego
a żadnego związku, im ię Piast powstało przez skrócenie im ienia.
P ieścislaw — oto nasze tw ierdzenie, oparte n a przytoczonych fa k
tach i znajom ości starodaw nych im ion polskich.
Jak . zaś im ię osobowe P i a s t mogło się stać nazw iskiem ro
dziny, — praw ie objaśniać nie trzeba, gdyż ogrom na ilość naszych
nazw isk rodowych, które codziennie słyszym y, od imion osobowych
pochodzi: Z a w i s z a to Z a w i s ł a w, M i e r (Mir) to M i r o s ł a w ,
B o g u s z , B o g d a n i k to B o g u s ł a w , G n i e w o s z to G n i e w o m i r , W ł o d e k to W ł o d z i s ł a w , W i e l o c h t o W i e l i s ł a w ,
W o l a n to W o l i s ł a w ; C z e c h to C z e s ł a w ; R a d e k to R a d o
s ł a w ; Ś w i ę t e k i Ś w i ę c h to Ś w i ę t o s ł a w ; J a r o s z to J a
r o s ł a w ; S t a n i s z , S t a c h to S t a n i s ł a w ; tak samo J a n u s z ,
J a n i k to J a n ; U r b a n e k to U r b a n ; A d a m i e c , J a k u b i e c ,
26
— 402 —
to s yn A d a m a , J a k u b a ; J a c a k , S z y m o n i a k , M a t u s i a k
to s yn J a c k a , S z y m o n a , M a t u s a . Im ię osobowe staw ało się
nazw iskiem rodzinnem oczywiście wtedy, jeżeli te n , co je posiadał,
zaznaczył się czemś ta k ie m , że zwrócił n a siebie pow szechną uwagę;
przez niego rodzina staw ała się znaną, n a niego sam a się powoły
w ała lub inni ją tem im ieniem powszechnie oznaczali.
Pod tym względem podanie o P i a ś c i e nie pozostawiło nas
ani n a chwilę w jakiejkolw iek wątpliwości. Stał się on sław nym
i głośnym powszechnie w rodzinie swej i w całym narodzie, ale
oczywiście nie przez to, że chłopom najlepsze w yrabiał wozy. Kołodziejstwo jego i w ieśniactw o je s t b a śn ią , której źródło dla k a
żdego widoczne.
Od chwili, ja k im ię to stało się nazw iskiem rodziny p a n u
jącej, n ik t zwłaszcza w W ielkopolsee, gdzie ono było n ajsły n n iej
sze, nie śm iał go sobie nadaw ać. Stało się też z biegiem czasu niezrozum iałem . F an tazy a ludzka, ja k zw ykle, p ragnęła uchylić za
słony i w tedy n asu n ął się związek im ienia z w yrazem p i a s t y
u koła. Nic innego — m ówiła ' sobie w tedy fantazya - tylko m usiał
być kołodziejem , a więc i w ieśniakiem , skoro się ta k nazywa.
P i a s t stał się głośnym i sław nym w swej rodzinie i w sw ym n a
rodzie nie przez kołodziejstwo i w ieśniactw o, lecz przez to, że był
założycielem dynastyi. T ak o' nim m ówią n a si kronikarze, a w ia
domość tę naszych kronikarzy popierają postronne fak ta historyczne.
Między P i a s t e m , a M ieczysławem L, który w r. 963 zasiada
ju ż n a tronie, m am y trzech Piastowiczów (Ziemowit, Leszek i Ziemomysł). P rzyjąw szy dla każdego z nich po lat 30, bo tak i je s t;
ogólnie biorąc, okres życia ludzkiego, a dojdziemy do r. 873. D ata
to bardzo w ażna, bo w tym czasie zaszedł w ypadek w dziejach
naszych, w ypadek znany ze współczesnego źródła, a m ianowicie
z „Żywota św. Metodego“. W żywocie tym czytam y, że „książę po
g ań sk i, bardzo potężny, w ziemi W iś ł a n siedzący, dręczył chrześcian i z nich się naśm iew ał; posłał tedy do niego (Metody), mó
wiąc: dobrzeby ci było, sy n u , ochrzcić się n a swojej ziem i, abyś
nie był ochrzczon poniewoli, jako jeniec w cudzej ziem i; co się
też — kończy pisarz — w ypełniło“. Na tronie w ielkom oraw skim
zasiadał w tedy, ja k wiadomo, sław ny Ś w i ę t o p e ł k . Jeżeli tedy
spełniło się to, co Metody przepow iedział, to nie kto inny, tylko
Świętopełk podjął w ypraw ę przeciw pogańskiem u księciu, pobił go
i wziął do niewoli. W niewoli został książę W iś ł a n ochrzczony
i ju ż ziemi ojczystej nie oglądał. Jeżeli do tego dodam y opowiada
nie naszego G allusa, podług którego nadzw yczajni jacy ś cudzo
ziem cy (hospites) w zgardzeni zostali przez Popiela w ładcę, a przy-
— 403 —
jęci przez jego podwładnego P i a s t a , cud uczynili, syna Ziemo
w ita m u postrzygli, a potem stało się, że władcę Popiela P an nad
pany ze szczętem zagładził (cum sobole radicitus estirpavi!), Zie
m owita zaś n a tron w yniósł, to praw da dziejowa staje nam żywcem
przed oczyma. Owym potężnym księciem W i ś l a n n a Podkarpaciu,
którem u ulega i książę P i a s t , w ładca Polan, je s t P o p i e l . Przeciw
Popiełowi niechętnem u wierze chrześciańskiej w ystępuje do w alki
Świętopełk, a w spiera go w tern P i a s t , książę P o l a n , u którego
owi h o s p i t e s znaleźli posłuch t. j. przychylność dla chrześciaństwa. Popiel pobity dostaje się dò niewoli i w niej trzym any um iera,
a P ia st czy jego syn obejm uje dzielnicę Popielową i zostaje naczel
nym księciem polskim , niem a bowiem o tem w zm ianki, żeby ziem ia
W iślan przeszła pod panow anie Świętopełka. Stać się to mogło, ja k
to z całą ścisłością w ykazał p. P o tk ań sk i w swej rozprawie „Kraków
przed P ia sta m i“, m iędzy r. 874 a 879, a zatem w chwili, kiedy
P i a s t mógł rzeczywiście żyć i działać.
J a k P i a s t , ta k nie je s t także zm yśleniem , ani żona jego
R z e p k a , ani ojciec C h o ś c i s z k o , ani P o p i e l e , ani L e c h o
w i e , ani W a n d a , ani K r a k ( u s ) , ale o tem ju ż chyba kiedyindziej.
S. M atusiai.
do
ІШЮВ,
(Zebrane w Sułkowicach i Mogilanach).
B a r t ł o m i e j u trzym aj dupę n a płom ieniu!
D y j o n i z y hejże nizy!
F r a n c i s z k u , zagrajcież m i n a pysku!
F r a n c i s k u , nauccie m ie po francusku.
F r a n e k , u k rád m atce obarzanek.
F r a n e k , ozbiu zbąnek, pozbieral czupecki, włożył do dupecki.
H a n k a pasła baranka, przyleciał wilcosek, ujád ji cycosęk. S .1)
H a n k a pasła b aran k a pod bożą m ęką, janioł ji sie ukazał,
do Betlejęm jiś kazał; una się go zlękła, do B etlejęm uciekła. M.
!) S = słyszane tylko w Sułkowipach; M — tylko w Mogilanach.
26*
— 404 —
J a g n i é s k a dej pyska!
Dobrá J a g n i é s k a , kie sie ś niąm nie m iéská. M.
J a g n i é s , dej sie nagniés!
J a n t o n i , m y sk ą goni po jabłoni.
J a m r ó s, kiedy bedzie m rós?
J i g n a c y jinacy.
J ę n d . r z e j s kotęm sie nie drzéj, bo ja k sie bedzies- dar, to
nie bedzies zar.
J ó z e k , zrób m i wózek, dám ci kłaków na powrózek.
J ó z e k zjád kopę kluzek, ji m iskę k ap u sty n a zápusty, jesce
nie tłusty.
K a r o l — Berol.
К on d a rydybąnda (wrzięte z kolędy: funda ridi bund a).
L u k a s , cegó su kás? su kás rzepy, cyś je ślepy?
M a r e k zjád m atce łoskw arek.
M a r y n a , śtan d ry n a z.Ł y se góry, W o j t e k , posed n a zaloty
pożycył se portek, M aryna n a niego, ze portki nie jego, a u n na
n ią , co ci psiákrew do tego. M.
M a t y j á s kury p ás, za stodołą prosię, k u ry ja ja pogubiły, un
se dubál w nosie.
М і с b a ł trzy dni kichał.
M i c h á l trzy dni zdychál, n a cw árty dzięń łożył, gówno
w garło włożył.
R ó ż a n a , kropiana.
S o b e k , — w yskrobek.
S t a s e k wyláz n a dasek, ztapál w róbla, w ygniót ś niego
gówna. S.
S t a s e k wyláz n a dasek, kosyki plecie, ji zaby gniecie. M.
S t a s e k látá! po pod dasek, sypát m u sie z dupy piásek. M.
T e o d o z y woził kozy.
Je d n a deska, dwie deski, nie lękaj sie T e r e s k i , bo Tereska
zlá baba, kłapie pyskięm ja k za ba. M.
Siedzi piesek n a desce robi b u ty T e r e s c e , Tereska sie
rad u je, ze se b u ty obuje; nie raduj sie T ereska, bo te buty lá
pieska. S.
U l i s i a cielisia.
W a ł e k wyláz n a balek.
W a w r z e k — Babrzek.
W i c e k ugryź m atce cycek.
Tańcow ała M a g d a l ę n a z W i c k i ę m , w ybiła m u śty ry zęby
cyckięm. M.
W i n c e n t y u k rád m atce trzy centy.
— 405 —
W e r o n k a posukáj se pieszczonka.
W o j t e k bez portek.
Podobne przezw iska rym ow ane do im ion spotyka się w w iel
kiej liczbie n a w si, słyszeć je m ożna szczególnie z u s t dzieci
i podrostków. Zbiór przezw isk takich przydać się może do przed
staw ienia rozwoju i tw orzenia się poezyi i rym otw órstw a ludowego.
Powyższe przykłady w padły m i pod pióro przy zapisyw aniu tekstów
gwarowych.
Jan Franciszek Magiera.
O p o w ia d a n ie z P o n ie w ie ż a .
Był kowal biedny, robił on cóść z drzew a, zastrzem pił sobie
palce; rozpuch jem u palec, poszedł on do doktora, a doktor powie
dział, że „bez 3 ruble operacyi robić nie będę“. P łak ał on i prosib
że „nie m am z czego 3 rub. dać“, a doktor „w szystko jed n o “ po
w iedział, że „bez 3 rub. operacyi nie będę robił“. Przyszed on do domu
i mówi do żony, że doktor bez 3 m b. operacyi nie robi, a żona
powiedziała, że trzeba przedać ostatki i palce wyleczyć. Zebrał
kowal biedny 3 rub., ponios do doktora, a doktor rano jeszcze był
nie u b ran y , chodził w szlafroku, miczce i palił fajka n a długim
cybuku. W zioł 3 rub. od biednego kow ala, zrobił operacya, napisał
recept i posłał do apteki. Dali lekarstw o w aptece, powrócił do
dom u, przeszed tydzień, wygoił palec i mówił do swojej żony, że
„będę i ja doktorem , doktor ta k letko zarabia pieniędzy; nie prze
szła godzina, zarobił 3 rub., a ja biedny na 3 rub. pracuje cały
tydzień“. A żona odpowiedziała: „jak będziesz doktorem , kiedy nic
nie um iesz, ni pisać ni czytać“ .
Ale kowal jed n a k doktorem chce być; rozprzedał kowadła,
m łoty, dłuta, m iech, zebrał pieniądze sw oje, najoł k w atera, w y
staw ił tablica z nadpisem : „doktor i znachar propażnych w ieszczej“.
U jednego pułkow nika była sodierżanka, a pułkow nik chciał żenicie
z ino pano, a ta sodierżanka nie chciał trzym ać u siebie. Były
u pułkow nika dw a źrebcy hodow ane w domu. Razu pewnego w y
jech ał pułkow nik do swojej narzeczonej, a ta sodierżanka nam ów iła
fu rm an a, zabrała złoto, srebro i dwa źrebcy te i uciekła. Pułkow nik
— 406 -
powrócił, niem a sodierżanki, ni złota, n i srebra; pułkow nik nie
żałui n i sreb ra, n i złota, aby tylko jo pozbył. Zachodzi do stajn i
zobaczyć źrebcy swoje, patrzy, źrebcy nie m a; bardzo odżałowany
przyszed do pokoju, u b rał sie i furm anow i kazał u bracie, założyć
k o n ia, pojado szukać źrebcy. Jado ulico, patrzy w ystaw iona tablica,
patrzy n a tablica napisany, że „doktor i znachar propażnych w iesz
czej“. W syła fu rm a n a zapytać, gdzie są p an a źrebcy, a kowal,
ubraw szy sie w szlafroku i w m yczce, pali fajka n a długim cyb u k u ; zapytui fu rm a n kow ala, gdzie są pułkow nika źrebcy, a ko
w al n a to nic nie odpowiedział, tylko m ów i, że bez 3 m b . nic nie
będzie. W ychodzi furm an do pana i mówi do p a n a , że kowal mówi,
że bez 8 rub. nic nie będzie, a pan w syła i.p o w tó rn y raz do ko
w ala i kazał powiedzieć, że tobie pan da i 25 rub., nietylko 3 rub.;
a kow al w szystko jedno m ówi, że bez 3 rub. nic nie będzie. F u r
m a n , rozgniew aw szy sie, w ybrał swoje 3 rub. i podał dla kowala;
kowal wzioł kaw ałek papieru i nam alow ał n a nim kruczki, p a
łeczki, odesłał do apteki. Á ptekarzow ie n a ten papier popatrzyli
i zaśm ieli sie; dali m u proszku n a zwolnienie. F u rm a n , chcąc do
wiedzieć] sie, gdzie p an a źrebcy so, wzioł w pierw tego proszku,
a reszta panu odnios. N apadła ich wolność; podjechali oni, aż tu
w idzą karczm a. Zastanow ili sie; furm an pobieg za stodoła, patrzy
p an a źrebcy stoją w stodole. Sodierżanka zobaczyła, że pan jej
przyjeżdża, zabrała złoto, srebro, furm ana i uciekła, a p an a fu r
m an przychodzi i mówi do p an a: „wot, goworit, barin ja w pieriad
poroszku w ziął, w pieriad w znał, gdie barin a źerebcy“. Zaszli do
karczm y i kazali sam ow ar dać; w ypili h e rb a ta, pozdrowieli, wzięli
źrebcy i pojechali do domu. P a n pułkow nik w racając mimo tego
kow ala w esłał jem u 25 rub. i podzienkował.
W drugim królew stw ie zachorowała królew ska córka. Dużo
doktorów głowy położyli, a córka królew ska nie wyleczyli. Dowie
dział sie król, że je s t tak i doktor; kazał jego zawołać, a kowal
choć i niech ciał jechać, ale pod przym usem zawieźli. Pojechał ko
w al i kazał dać pokoj gdzie ta p anięka leżała; zam knąć okienicy
kazał i powiedział do rodziców, że. przez dwa tygodni wchodzić tam
n ie m ożna, że „ja m usze jed e n być z panięko“. W zioł kowal w ra
cać panięka po kow alsku; tym czasem penk panięce wrzód we
w n ętrzościach , i zrobił płu k an ie, ju ż panięka i siadać zaczęła i jeść
prosi. Przeszło dwa tygodni; w puścił ju ż on i rodzice; rodzice takie
radzi, że ich córka wyzdrowieje. Przeszło i drugie dw a tygodni,
ju ż córka zaczęła chodzić. Odjeżdża kow al do dom u, przywozi p ie
n ię d z y do nieźliczenia. Żona i dzieci nie ta k radzi z pieniędzy, jak
z swego ojca, że w życiu przyjechał. Przeszło m iesiąc; u tego samego
— 407 —
króla, u którego on m ieszkał, obekradli k red en s, król dowiedział
sie, że w jego królew stw ie je s t tak i człowiek, co zgaduje, gdzie co
kom u przepadło. Kazał zawołać jego, a on ju ż nie chciał jechać,
bo pieniędzy ju ż m iał, póki żyć będzie, ale m usiał jechać, bo król
powiedział: „jeżeli nie pojedzie, to głowa zetn ą“. Jedzi kowal; po
żegnał się z żoną i z dziećmi; wyjeżdżał ja k n a śm ierć. Pojechał
do króla. Król zawołał i powiedział: „jeżeli nie znajdziesz przepadzionych rzeczy, to głowa z e tn ą “, a kowal odpowiedział, że „proszę
m nie dać pokoj; ta rzecz prędzej nie będzie ja k m iesiąc“. Dali
pokoj kowalowi, tam je ść jem u odnosili, a kowal gniew ał sie, do
stołu stu k ał i zgadyw ał im iona, a te podchodzili pode drzw i i słu
chali, co kowal robi, a kowal słyszał ich szeptanie. Jeden mówi:
„uż tiebie u zn ał“. Na drugi dzień także samo kowal stu k a ł, gnie
w ał sie i powiedział drugiego imie. Teraz mówi trzeci: „i tiebie
u zn ał“. Na trzeci dzień także samo kowal stu k ał, gniew ał sie i trze
ciego im ie powiedział. Teraz mówi jeden do drugiego: „płocho budiet n a m , oczeń stran n o , m y byli u gosudaria w iernye, choroszie,
a tiepier ostatniem i w oram i“. Oni złożyli pieniądze w ielkie, przy
nieśli kowalowi, a kowal zapytał: „czy u was są te rzeczy co
ukradliście?“ Oni odpowiedzieli, że. są. Kazał im w szystko przy
nieść. Teraz powiedział do króla, że „nado m oju su p ru g u , odin nie
m ogu, silno u s ta ł“. Przyw ieźli żona; kowal m yślał, że będzie jem u
śm ierć, chciał pożyć jeszcze z żoną. Minęło m iesiąc; zawołał król
kow ala, mówi król do kow ala: „cztoż gołubczik, uznał uże?“
„U znał“. „Da ktoż eto diełał?“ „Da wot kto: czerti. Biłsia s nim i
tri niedieli, рока otobrał od nich wsio!“ Król zapytui: „wsio je s ť
u tiebie?“ Kowal odpowiedział: „W sio“. Teraz posłał sługi, w szystko
to przynieśli. Zaprosił gości. Zebrali sie gości. Bal był, a kowal,
choć pieniędzy i m iał, ale inszego ub ran ia sobie nie spraw ował,
tylko szlafrok, m yczka, fajka na długim cybuku. Zebrali sie gości.
Obiad będzie. Inni królowie kazali dla kow ala w rona zastrzelić
i usm ażyć n a zakąska. U sm arzyli, podali zakąska; w szystkie tale
rzy serw etkam i pozakrywali. Zaprosili w szystkich i mówili do ko
w ala: „Jeśli ty choroszij znachor’, to uznaj, czto na tarełkie dla
tiebia n a z ák u sk u ?“ Kowal złożył ręcy, kiw noł głowo i mówi: „nieszczastnaja w orona, cziego ty tu t w ięzła!“ Zapleskali ręk am i, k rzy
knęli h u ra , że kowal powiedział, co u niego n a talerzu, a kowal
to m yśląc n a siebie powiedział „w rona“. W szyscy pom yślili, że to
on powiedział, co n a talerzu. Kowalowi pieniędzy król daw ał, aż
póki on i dzieci jego żyli.
*
*
*
To opowiadanie zostało spisane dosłownie i możliwie ściśle
z u s t 13—14 letniej dziew czynki, M arcysi K urlandzkiej, córki m iesz
czanina poniew ieskiego, dziew czynki bardzo sprytnej i rozgarniętej.
Zna dużo podań ludowych i bajek, które lubi opowiadać z zapałem.
Umie czytać po polsku i trochę po rosyjsku.
Jan Witort.
pieśni ludowe z Dobczyc^.
Poważnie. M. M.
ť
32.
- 0 — «r. 1
ář
1. A za Kra-ko-wem
na bło-niu ,
---- 8 —
Wy- wi- jal Ja- sień
na ko - niu2).
2. Kasienia Jasia lubiła.
Dziecię za rączkę wodziła.
6. „A moje dziecię mam cię znać,
Kasia wójtowna twoja m ać“.
3. „Rzuć to dzieciątko do wody,
Nie będziesz miała przeszkody“.
7. W niedzielę rano dzwoniono,
Wszystkie panienki zwołano.
4. Kasienia Jasia słuchała,
Dziecię do wody wrzuciła.
8. Wszystkie panienki do rzędu,
Kasię wójtownę do sądu.
5. Rybacy ryby łowili,
I dziecię owo chycili.
9. Wszystkie panienki po mieście;
Kasia wójtowna w areszcie.
*) Miasteczko nadrabskie w pow. wielickim.
2J J. Św iętek. L ud n a d ra b s k i cfr. str. 181. Nr. 18.
— 4Ò9 —
IL
Žj'wo M. M. q 112.
/TS
i Ť—
<s »
10 (S-
1. Z tam-tej stro-ny
- f -
je-zio-recz-ka
pa- są się ko — nie;
V—
^—!v—
f)— - N
J — & b Ł J -ф ^ ------é
^-1
-
„
.
—
—
A z tej stro-iiy
. K-ł^— i
—^
je-zio-recz-ka dziew-czy-na to-
nie1) . '
2. Mówi jeden do drugiego, pójdźmy ratować,
Mówi trzeci do czwartego, c i ę ż k o zgruntować.
3. Pierwszy skoczył, suknie zmoczył i już utonął.
Tylko jego kary konik na ląd wypłynął.
4. „Nie powiadaj kary koniu, że ja utonął,
Tylko powiedz siostrze, bratu, żem się ożenił“.
5. „Jest tu moja pani młoda nadobna woda,
Są tu moje drucheneczki, wodne rybeczki“.
6. . „Są tu moji drużbeczkowie, wodni raczkowie,
Są tii moji starostowie, wieloťybowie“.
Co do w y konania: A kcent i przedłużenie głosu n a k o ta k t З-ci i n a n i e
ta k t ostatni.
IIL
Żywiej M. M 112.
Poważnie M. M. J 104.
1.
Na Po-do-lu
bia-ły ка-miń.
NaPo-do-lu bia-ły ka-miń-
Jak początek.
g =::::F :F ^
E
Po-do-lan-ka sie-dzi na nim , Po-do-lan-ka
w~~w
sie-dzi na nim 2)
1) J. Św iętek. L ud n ad rab sk i. cfr. str. 230. Nr. 85.
2) J. Św iętek. L ud nad r., cfr. str. 171. Nr. 6, 7.
— 410 —
2. Siedzi siedzi, wianki wije
Z drobnej rutki, to z lilije.
8 . „I wylej go do szklenice,
3. Przyszed do niej Podoleniec
„Podolanko daj mi wieniec“.
9 , Brat twój jedzie tą ulicą,
Trzysta koni za nim liczą.
4. „Jabym wieńca nie wzbraniała,
Żebym brata się nie bała“.
10 .„Pijże bracie czarne piwo,
5. „Otruj, otruj brata swego,
Będziesz miała mnie samego“,
11 . A brat pije z konia leci;
6.
12 .„Będę na nich uważała,
I wynieś go do piwnice“.
Nie piłeś go jako żywo“.
„Siostro moja, patrz na dzieci"
„Idź do sadu wiśniowego,
Znajdziesz gada jadliw ego“.
Nóżką za próg wyrzucała“.
7. „Usiekaj go drobniusieńko
Ugotuj go prędziusieńko“.
14.
13 . Pisze listy do miłego:
„Już otrułam brata swego“.
„Otrułaś ty brata swego,
Otrułabyś mnie samego“, (lub młodego).
IV.
Powoli. M. M. 0 52.
i
hl
N
);------------
7- -
i
^ /
j—
«
/
V
V
L
V
. A
... V .
Г “ . ГТ .
L - У
\
—
# —--------В \—
^
4 —
,
$ —
1 . Słu-ży-łem ja przy dwo-rze, Przy francuskim tamborze, tamborze,
ф ь —
-----h---Й!
Przy fran-cu-skim tam-bo-rze1).
2 . Wysłużyłem panienkę,
Siedmiu laty Lorenkę, Lorenkę,
Siedmiu laty Lorenkę.
3. Ale mi jej nie dali,
Poczekać mi kazali, kazali, etc. (jak pierwsze zwrotki).
4. Ale ja się pogniewał,
I na wojnę pojechał, pojechał, etc.
') J. Swiętek. Lud nadr. str. 170. nr. 5.
— -ill
5.
Trzy latam ja wojował,
Mój koniś mi chorował, chorował, etc.
6 ,. Przyjechałem przed w rota,
„Moja Lorciu puść mnie ta, puść mnie ta “, etc.
7. Wyszła pani w sukience;
„Moja Lorcią w trumience, w trumience“, etc.
8 . Wyszła druga w żałobie;
„Twoja Łorcia już w grobie, już w grobie“, etc.
9. Wyszła trzecia w zieleni;
„Twoja Lorcia już w ziemi, już w ziemi“ , etc.
10. Pojechałem na jej grób;
Mój koniczek tup, tup, tup, tup, tup, tup, etc.
11. „Kto tam puka po grobie?“
„Moja Lorciu do ciebie, do ciebie“, etc.
12.
„Gdzieś podziała te szaty,.
Com ci sprawił przed laty, przed laty“ etc.
13. „Sukniem dała w organy,
A korale we dzwony, we dzwony“ etc.
14. Zagrajcież ji w organy,
Moji Lorci kochany, kochany etc.
15. Zadzwońcież ji w wielki dzwon,
Kiedy miała letki skon, letki skon,
Kiedy miała letki skon.
Żywo M M.
J
V.
108.
v ____________
1 . Z tamtej strony
jeziora,
v______ v
jeziora,
2 . Zawołała libusiu, libusiu,
A przyjedźże Józusiu.
v
_______ v
Pasła panna gęsiora.
— 412 —
Я. „Nie przyjeżdżaj w sobote, w sobote,
Bo mam wielko robote“.
4. „A przyjedźże w niedziele, w niedziele,
Łóżeczko ci. wyściele“.
5. „Pokoiki wymiete, wymiete,
Warkoczyki zaplete“,
6 . „Cztery świece zgorzały i półpięta,
Mój Józusiu jedziesz ta?“
7. „Oj nie jad e, nie jade, nie jade,.
Bo się innym polecam“ .
8 . „Polecaj sie, polecaj, polecaj1),
Mnie chusteczki powracaj“.
9. „Cóżeś mi ich nadała, nadała?“
„Jednem dała z wyszyciem“ .
1 0 . „Drugem dała z kwiatami, z kwiatami,
Jakżeś chodził z bratam i“ .
11. „Trzeciom dała z lilijo, z lilijo,
Jak cię proszę, wróć mi jo “.
12. „Oj nie wrócę, nie wrócę,
Pod konika obrócę“.
13. „A gdy konik stratuje, stratuje,
Wtenczas ci ich daruje“.
Umiarkowanie. M. M. ¿ 54.
г 5
%
=
1 . „Sze-ro-
—
. С
=
=
и
ka wo- da
г—
,
¿
J
J
na
Wi- śle,
na Wi- śle,
Sze- ro- ka w o- da
— eH
é—— J
^—
'1
,
Po-wiedz mi pan-no
co
my- ślę,
') cfr. J. Świętek. Lud nadrabski str. 177. nr. 13. brak od 1—7.
— 413 —
ï
i f
f
Po-wiedz mi pan-no
co
m
my- ślę“.
2. „Com myślał wczoraj to i dziś,
Musisz ty panno moją być“.
5 . „Żebyś ty była sierota,
3 . „A jakże ja mam twoją być,
6. „Aleś ty panna nad panny,
Powędrujesz ty wraz z nami“.
Nie byłby wianek ze złota“.
Kiedy ja biedna niemam nic“.
7. Powędrowali do miasta,
4. „Ty Pan, masz srebra pokoje,
Sprzedała wieniec niewiasta.
A ja sierota jak stoję“.
Każdy wiersz tej pieśni powtarza się.
VII.
Z powagą. M. M. 0 88.
-i-i-¿
1.
ÍO sŕ
Mia-ła my-nar-ka trzy córy,
ji
U 7 X ...
Miała mynarka
¿.-ГТ* в ¿
mia-ła my-nar-ka
jì h
trzy córy.
fi F f í F —t r j y-j—f
/ - / Z
g
. --------------
cere mere cere cyrku łupu cupu eins zwei drei.
2. Najstarszej było Ludwisia.
Najstarszej było Ludwisia.
Najstarszej było cere mere
cere cyrku łupu cupu, eins zwei, drei.
3. A średniej było Stasiunia, etc.
4 . Najmłodszej było Agnesia, etc.
5. Najstarsza miała tirera, etc.
6. A średnia miała fraj tera,, etc.
7. Najmłodsza miała oficjera, etc.
-Ш —
Vili.
M. M.
^
i
72.
i
i
.
ľ\—d
Ifc tA d
•Ma-mu-niii. m o-ja,
A
V "
----Ś:—^ U
Boli mnie głowa,
Odjechał mnie
t
І
náj-ihi-lej-szy
wczo-raj. do Lwo-wa1).
2 . Jak
mnie odjechał,
Tak nie przyjedzie,
Obiecał mi za półroczku,
Liścik napisać.
5. Mamuniu moja
Jadą malarze.
Daj mi jego odmalować,
Choć na papierze.
3. Półroczku mija,
Liścik przychodzi.
Przeczytaj go najmilejsza,
Bo ci się godzi.
6 . Mamuniu
4. Liścik czytała,
Rzewnie płakała,
Z tego płaczu i frasunku
Aże zeinglała.
7. Jakby liliją,
- Jakby róży kwiat,
Milszy mi jest najmilejszy,
Niźli cały świat.
moja,
Świetnie malują,
Odmalowali miłego,
Jakby lillją.
М. М. я 1 66.
1. Stoi.u wody
Chłopczyna młody, Powstań, powstań moja miła
r
V
r
^
r
k - r t ------ t—
^
S
n;
i—
1V У i
.
.
v 4 r - K- - K -K .... 4ł —-
V—
4—
L - e 4 — Jp « Ç - J -
;
m
L í L Í * _ ...í
Daj koniom wody, Powstań powstań moja m iła’ daj koniom wody“.
') J. Swiętek. Lud nadr. /cfr. str. 181. nr. 19.
— 415 2 . „Jakże ja
mam wstać,
Koniom wody dać.
Zimna rosa da ja bosa,
Nie mogę wystać“.
4. „Nie kupuj ty mnie
Kup ty sam sobie;
Mam ja ojca, mam ja matkę,
Kupią oni mnie“.
3. „Masz dwie chusteczki
Obwiń nożeczki,
Jak Pan Bóg dopomoże,
Kupię trzewiczki“.
5. „Powiadałaś raz,
Że mi buzi dasz.
I ten wianek z rozmarynu,
Co na głowie masz“.
6.
„Nie dam nikomu,
Oddam go tobie,
Tylko sobie przyklękniemy
Przed ołtarzem oboje“.
X,
Żwawo. M. M.
J 108.
j J J
1 . Hej
Weselna1).
1 J
z góry, z góry,
jadą mazury.
Jedzie, jedzie kochaneczek
wolniej
________ SjS____
A^
Wiezie, wiezie mój wianeczek,
Rozmaryno-wy,
rozmarynowy2).
2 . Przyjechał w
nocy, koło północy.
Puka, puka w okieneczko,
„Puść tam, puść tam panieneczko,
Daj koniom wody, daj koniom wody“.
3. „Jakże.ja mam wstać, koniom wody dać,
Mamunia mi zakazała,
Żebym z tobą nie gadała
Muszę się jej bać, muszę się jej bać“.
1) Odwożąc młodą do domu pana młodego.
2) J. Świętek. Lud nadr. str. 191. nr. 20. temat — Z. Gloger: Pieśni ludu
identyczne i jeszcze ponad te 5 zwrotek. Melodya mniej typowa.
— 416 —
4. „Mamy síq nie bój, siadaj na mój w ó z ,
Pojedziemy w.cudze kraje,
Są tam piękne obyczaje
Malowany dwór, malowany dwór“.
XI.
É
1.
M. M.
J 100.
-ф —гігж
ф -
„Od Prancyji ja-dę,
é
Ŕ
j'
ш
Щ
Od Francyji ja-dę,
szabelką toczę,
Moja panienecz-ko,
Oto cię proszę“.
в
Wynieś mi chusteczkę
2. „Ja ci nie wyniosę.
Ja ci nie wyniosę,
Bom nie powinna.
Niech ci ją wyniesie,
Niech ci ją wyniesie,
Z Francyji inna“.
3. „Boś ty po Francyji,
Boś ty po Francyji,
Panny miłował;
Terazbyś odemnie,
Terazbyś odemnie
Chusteczki żądał“.
4. „Nie było tam czasu,
Nie było tam czasu,
Panny miłować;
Musiałem od rana,
Aże do wieczora,
Egzecyrować“.
.
5. Kto zna egzecyrkę,
Kto zna egzecyrkę,
Temu jest dobrze;
(Siądzie na konika,
Wykręci wąsika
Jedzie w paradzie).
Powtórzenie to tylko w ostatniej zwrotce.
XII.
Poważnie. M. M. J 72.
£
1. Gdy młodzieniec dziewczynę polubił, I chciał się z nią o-że-nić,
—
417
—
I chciał się z nią oże-nić, Rodzice wzbraniali, ženie się nie dali,
Kazali mn we świat iść.
2. Gdy młodzieniec ze świata powrócił*
Chciał swą lubą odwiedzić.
Przyszedł pod jej okna,
Wyszła matka smutna,
Zaczęło mu serce drzyć (drzeć).
3 . „Powiedzże mi moja miła matko.
Gdzie, twa luba córka je s t? “
„Wczoraj tydzień minął,
Jak ona umarła,
Jeszcze pościel w sieni je st“.
--,
4 . „Powiedzże mi moja miła matko,
W którym grobie ona jest?
„Cztery groby z wieży,
Piąty grób, tam leży.
Tam w tym grobie miła je st“.
5. „Moja miła najmilejsza,
Moja milusieneczka,
Przepowiedzże do mnie
Chociaż ze dwa słóweczka!“
6. Chodziłabym, mówiłabym
Lecz mam serce zadrzałe , (?)
Oczkaby mrugały,
Ustaby gadały,
Lecz to serce nie może.
P ieśni te śpiew ały m i dziewczęta z Dobczyc: A gnisia Żuław iiiska, M arysia M ichalikówna i A gnieszka Bilińska.
II.
WindaJciewiczowa, -
27
— 418 —
ROZMAITOŚCI.
Kwestyonaryusz w sprawie zw yczajów spadkowych ludności
włościańskiej. Gdy przed kilku laty kw estya reform y praw a spad
kowego stanęła n a porządku dziennym Sejm u galicyjskiego, w sk a
zywano kilkakrotnie, że reform a tak a nie może być skutecznie do
konana bez znajom ości zwyczajów spadkow ych ludności w łościań
skiej wobec znanego konserw atyzm u tej ludności. Zachodzi bowiem
obawa, że przepisy ustaw ow e, przeciw ne poczuciu praw nem u lu
dności włościańskiej nader łatwo, m ogą pozostać m artw ą literą praw a,
że ludność będzie się więc starała albo je om inąć albo sprowadzi
niezgodność stan u faktycznego ze stanem praw nym .
Jakkolw iek postulat uw zględniania zwyczajów spadkow ych
ludności włościańskiej nie znalazł może takiego oddźwięku, na
jak ib y zasługiw ał, to przecież zaznaczyć się godzi, że pogląd ten
bynajm niej nie je s t odosobniony w literatu rze, a podzielają go tacy
w ybitni przedstaw iciele polityki agrarnej ja k Lujo B rentano i Max
Bering m im o, że są to mężowie, hołdujący zasadniczo różnym po
glądom w kw estyi reform y praw a spadkowego. A choć wielu zape
w ne napotka przeciw ników zdanie B ren tan a, że prawo pisane ża
dnego zgoła nie w yw iera w pływ u n a pryw atne dyspozycye stron
interesow anych, — bo w szak w ten sposób m ożnaby negować'
wszelką reform ę i w szelką zm ianę ustaw ow ą, ew entualnie znów
zaprowadzać zm iany, stojące w zasadniczej a stanowczej sprzecz
ności z poczuciem praw nem szerokich m as ludow ych, — to przecież
trudno zaprzeczyć, że punktem w yjścia reform y pow inna być sta
nowczo znajomość faktycznych stosunków , zbadanie szczegółowe
a możliwie dokładne zwyczajów spadkowych. Siła i napięcie tych
zwyczajów, rozm iary i siedziby ich terytoryalne, ich podkład ety
czny i gospodarczy w reszcie, w skażą, w łaściw e k ieru n k i i drogi
reform y.
Ten p u n k t w yjścia je s t też drogowskazem celu i zakresu n a
szych badań. Zarząd Tow arzystw a Ludoznawczego m iał dwie alter
naty w y do w yboru, albo zainicyow ać badania nad całokształtem
zwyczajów spadkow ych albo też ograniczyć się n a te p y tan ia, które
z kw estyą reform y praw a spadkowego, więc przedew szystkiem
z postulatem skupienia gruntów w łościańskich na w ypadek dzie
dziczenia beztestam entow ego, w m niej lub bardziej ścisłym stoją
związku. W ybraliśm y tę ostatnią alternatyw ę. Zapew ne, że m ożna
było postaw ić jeszcze cały szereg p y tań co do rozporządzeń osta
tniej woli, co do zachow ku, co do zapisów i t. p., sądziliśm y wszakże,
że zbyt w ielka ilość pytań m ogłaby zbyt łatwo odwrócić uw agę
deklarantów od głównego celu tych badań, m ogłaby zbyt łatwo
spraw ić ten sk u tek , że zyskalibyśm y może wcale liczne m ateryały,
m ające niew ątpliw e znaczenie naukow e dla poznania życia naszego
lu du, pozbawione wszakże wszelkiego znaczenia ze stanow iska re
alnych interesów krajow ych. A choć Tow arzystw o Ludoznawcze,
jako stow arzyszenie naukow e, m a przedew szystkiem czyste pozna-
— 41Ô —
nie n a oku, to przecież sądzi ono, nie zrzekając się bynajm niej
zam iaru przeprowadzenia w przyszłości dalszych badań w kw estyi
zwyczajów spadkowych ludności włościańskiej, że pow inno, bez
żadnego zgoła uszczerbku dla swego charakteru naukow ego, dać
pierw szeństw o tym badaniom , które nie będą chyba bez znaczenia
dla żyw otnych potrzeb społeczeństwa.
Chodzi tu oczywiście tylko o zbadanie ściśle faktycznych zw y
czajów praw nych, względnie poczucia praw nego czy też pojęć p ra
w nych, leżących n a dnie tych zwyczajów a istniejących ew entual
nie po za u staw ą, nie są zaś n atu raln ie przedm iotem badania norm y
praw ne we właściwem tego słowa znaczeniu, gdyż te są ju ż wypo
w iedziane w ustaw ie.
Dla zbadania zwyczajów spadkowych konieczne je s t zebranie
możliwie obszernego m ateryału. Tylko w ów czas, jeśli badania obejm ą
kraj cały, w szystkie jego części i z a k ątk i, a przynajm niej w szystkie
okolice t. zw. typow e, badanie będzie m ożna uw ażać za udałe. Za
rząd Tow arzystw a Ludoznawczego m a przeto niepłonną nadzieję,
że zwłaszcza ze w zględu n a społeczny cel tych badań, ogół spo
łeczeństw a nie poskąpi m u swego poparcia, a odpowiedzi będą
licznie napływ ały.
B adania m ają przedew szystkiem n a oku Galicyę, pożądane
byłyby w szakże również wiadomości, dotyczące ludności polskiej
n a Śląsku ja k i ludności polskiej i ruskiej n a Bukowinie.
U praszam y o odpowiedzi, oparte n a stosunkach ściśle fa k ty
cznych, z dokładnem podaniem m iejscow ości, gdzie dany zwyczaj
panuje, oraz społecznego charakteru ludności. Nie chodzi nam bo
wiem o zbieranie opinii, ja k raczej o zbadanie stosunków fa k ty
cznych, a tylko odpowiedzi ściśle zlokalizowane (wedle m iejsco
wości, części powiatu i t. p.) w pełnej m ierze zdołają odpowiedzieć
tym wymogom.
Oto więc p ytania, których omówienie najbliższy dla nas przed
staw ia interes:
1. Czy dziedziczenie odbywa się zazwyczaj n a podstaw ie roz
porządzeń ostatniej woli, czy bez takich rozporządzeń, więc n a
podstaw ie przepisów ustaw y o dziedziczeniu beztestam entow em ,
czy więc ludność w ten sposób sprowadza świadomie działanie
w spom nianych przepisów ustaw y o dziedziczeniu beztestam ento
w em , czy też może je s t to tylko wypływem niechęci do norm p ra
w nych o rozporządzeniach ostatniej woli, ew entualnie zaś zbyt
małej przezorności u ludności w łościańskiej? Ja k i zachodzi sto
sunek liczbowy m iędzy poszczególnymi sposobami dziedziczenia?
W razie dziedziczenia beztestam entow ego :
2. Czy gospodarstwo zostaje zwyczajowo podzielone m iędzy
dziedziców, czy też to nie zachodzi?
3. Ja k a ew entualność zachodzi w razie, jeśli gospodarstw o
pozostaje niepodzielone, czy więc istnieje jak iś stały porządek dzie
dziczenia t. zn. czy istnieje jak iś zwyczaj w tym. k ieru n k u , że
któryś z członków rodziny obejm uje gospodarstwo, czy je s t nim , np.
a) zawsze syn najstarszy, najm łodszy lub jak iś in n y np. n a j
bardziej odpowiedni do prow adzenia gospodarstw a czy też może
27*
— 420 —
t:>) gospodarstw o o trzy m u je córka i k tó ra ? w zględnie w dow a,
w zg lęd n ie
' ' '
c) czy m oże w szy scy dziedzice pozostają w e w spólnem gospo
d a rstw ie , ew en tu aln ie
d) czy n ie m a w ty m w zględzie żadnego w yrobionego zw y
czaju , a w um ow ach w ty m k ie ru n k u m iędzy dziedzicam i z a w iera
n y c h o b jaw ia się zu p e łn a niepraw idłow ość?
4. Gzy w razie dzielenia g o sp o d arstw a w spółdziedzice u s tę p u
ją c y o trzy m u ją ta k i sam ud ział w w arto ści sp rzedażnej go sp o d ar
s tw a , j a k i dziedzic o b ejm u jący sam o gospodarstw o, lu b czy też
godzą się n a m ocy zw yczaju n a uprzy w ilejo w an ie głów nego dzie
dzica w in te re sie u trz y m a n ia g o sp o d arstw a w je d n e m rę k u i w in
te re s ie lepszego zagospodarow ania?.
5. Gzy s p la ta w spółdziedziców odbyw a się w p ien iąd zach czy
i n 'natura, w. gotów ce czy n a ra ty , czy dziedzic o b ejm u jący gospo
d arstw o. b ierze dziedziców u stę p u ją c y c h n a w ychow anie lu b w yży
w ien ie i w ja k ie j form ie?
6. Czy i w jak ich rozm iarach sprow adzają te zobowiązania za
wielkie stosunkow o obdłużenie gospodarstw a?
7. Czy po dokonaniu spłaty ustaje w szelki ściślejszy związek
obyczajowy i rodzinny m iędzy dziedzicem prow adzącym gospodar
stwo a dziedzicam i ustępującym i, w szczególności także w sferze
interesów m ateryalnych, czy też to. nie zachodzi?
8. Czy obliczenie odbyw a się n a po d staw ie w a rto ści sp rz e
d ażn ej (t. j. obliczonej n a po d staw ie ceny, p rzy p u szczaln ie w razie,
sp rzed aży dającej się u zy sk ać) czy też n a po d staw ie w arto ści p rz y
chodowej (t. j. obliczonej n a p o d staw ie rocznego przychodu)?
9. Do ja k ic h zaw odów zw raca ją się w spółdziedzice u stęp u jąc y ,
czy e w e n tu a ln ie w sk u te k u stą p ie n ia z g o sp o d arstw a e m ig ru ją s dokąd
i n a j a k długo?
10. Czy sprzęty domowe uw ażane są za część in te g raln ą go
spodarstw a, czy też stanow ią przedm iot działu?
11. Czy istnieje jak iś zwyczaj w tym k ie ru n k u , że zabudo
w ania gospodarskie obejm uje jed en z dziedziców i który, a in n i
tylko dalsze części?
12. Czy te dalsze części stan o w ią całości gospodarcze dla siebie,
a p rz y n a jm n ie j czy ta k ie całości gospodarcze dadzą się z n ich w y
tw o rzy ć i w ja k i sposób Się one w y tw a rz a ją ?
13. Czy podział gospodarstw a odbywa się n a zasadzie równości
czy nie?
14. Jak ie rozm iary posiadają te podzielone gospodarstw a? Czy
podział doprowadza do tw orzenia gospodarstw , nie odpowiadają
cych ze w zględu n a swe rozm iary wym ogom racyonalnej upraw y
rolnej?
15. W jakiej form ie technicznej odbywa się podział gruntów ,
obok siebie położonych?. Czy k sz ta łt tych gruntów odpowiada w y
mogom techniki rolniczej?
16. Czy postanow ienia, zaw arte w rozporządzeniach ostatniej
woli, zgodne są ze zw yczajam i istniejącym i w razie dziedziczenia'
— 421 —
beztestam entow ego? Czy może sp ecjaln ie w rozporządzeniach osta
tniej woli pojaw iają się zwyczajowo jakieś odrębne postanow ienia?
17. Czy i w jak ich rozm iarach przepisy u staw y o zachowku
(części obowiązkowej t. j. tej. części spadku, którą spadkodaw ca
je s t obowiązany pozostawić dziedzicom koniecznym ), znajdują zw y
czajowo u ludu zastosowanie?
18. Ja k długo istnieją te zwyczaje? Czy w szczególności ust.
z r. 1868, rów nająca gospodarstw a w łościańskie z innym i przed
m iotam i dziedziczenia, w płynęła na. zm ianę zwyczajów, poprzednio
istniejących? Czy w płynęła w szczególności także n a zm ianę w liczbie
narodzin ślubnych?
19. Czy pow stanie w danej okolicy jakiegoś przedsiębiorstw a
przem ysłowego lub górniczego, względnie jak ie jś gałęzi przem ysłu
domowego wywołuje ja k ą ś zm ianę w tym k ieru n k u czy tworzy lub
rozszerza np. stosowanie zwyczaju niedzielenia i t. p.?
20. Czy zm iana system u dziedziczenia (czy to w skutek ust.
z r. 1868 czy też ze względów czysto gospodarczej natury) spowo
dowała zm iany w kulturze gospodarczej (n. p. przem ianę k u ltu ry
rolnej na ku ltu rę ogrodniczą i sadowniczą i t. р.)?
21. Czy i jak ie zwyczaje istnieją u ludu co do zapisów?
22. Czy w m iejsce rozporządzenia ostatniej woli w stępuje
ew entualnie um owa m iędzy żyjącym i n. p. m iędzy ojcem a dziećmi
w zględnie synem , obejm ującym gospodarstwo i jak ą treść m a tak a
um owa, czy i jak ie w szczególności obowiązki przyjm uje n a siebie
dziedzic, obejm ujący gospodarstwo, wobec rodziców i rodzeństw a
w zględnie wobec dziedziców ustępujących w ogóle?
23. Czy powyższe zwyczaje spadkowe spowodowały, i o ile,
niezgodność stanu tabularnego (ksiąg gruntow ych) ze stanem
faktycznym ?
Odpowiedzi upraszam y nadsyłać pod adresem : Prof. Dr. A n
toni K alina, Lwów ul.-św . Mikołaja 1. 23.
D r. Z y g m u n t Gargas.
Z poezyi przedmiejskiej. Pieśni ludu w iejskiego, skrzętnie zbie
ran e i notow ane, stanow ią u nas obfity m ateryał etnograficzny;
uwiecznione w d ruku pieśni te nie zaginą nigdy i pozostaną jak o
trw ały pom nik poezyi ludu i jego kultury.
Nie ta k sprzyjał los pieśniom ludu m iejskiego, a raczej pod
m iejskiego, który nie gorzej od w ieśniaka tworzy piosenki i poe
m aty, biorąc zaś żywszy udział w życiu społecznem , prędzej i do
kładniej uśw iadam ia sobie zjaw iska, n a obszarze tego życia za
chodzące.
Niepodobna byłoby naw et przypuszczać, aby wśród w ieloty
sięcznego tłu m u , n a który składa się najniższa w arstw a ludności
wielkiego m iasta, nie znalazły się jednostki, obdarzone bujniejszą
w yobraźnią, um iejące interesujące w ydarzenie przyoblec w m niej
lub więcej u d a tn ą form ę poetyckiej opowieści lub pieśni.
Zdobyć je d n a k te utw ory nie je s t rzeczą łatw ą. Zbliżenie się
na wsi do chłopa, zyskanie jego zaufania i spisanie jego opowia-
— 422 —
dań lub pieśni nie nastręcza trudności: poparcie dworu lub księdza,
codzienna styczność ze służbą dw orską — znakom icie to zadanie
ułatw iają.
Zupełnie inaczej rzecz się m a w mieście. Tu w arstw y oświe
cone żyją zdala od ludu roboczego; nieprzebyty m u r dzieli te dwie
grupy ludności, nigdzie nie sty k ają się one z sobą we wspólnej
m yśli i w zaufaniu, a widok idących obok siebie po przyjacielsku
t. zw. „inteligenta“ i chłopca od m urarza lub rzeźnika — wyw o
łałoby zdum ienie i szydercze kom entarze w śród znajom ych i n ie
znajomych.
A je d n a k , chcąc dotrzeć do tych zaklętych skarbów ludowej
poezyi, trzeba się uzbroić w wolę i odwagę, ja k ów rycerz bajeczny,
idący wyswobodzić zaklętą księżniczkę z pod straży strasznego
smoka. Trzeba um ieć zawrzeć przyjacielskie stosunki z potrzebnem i
osobami, nie im ponując im sw ą społeczną i um ysłow ą wyższością,
trzeba wzbudzić w nich zaufanie i w tedy dopiero zapytać o owe,
starannie ukryw ane płody ducha.
Każde w ielkie m iasto m a swoich ludow ych pieśniarzy. Nie
mówiąc o politykującym ludzie p aryskim , u którego bulw arow a
piosenka nieraz zaważy n a szali zdarzeń politycznych, albo odziera
z uroku popularności ja k ą ś w ybitną osobistość, i nasz lud wielko
m iejski m a swoje tradycye pieśniarskie, i to sięgające dość odle
głych czasów.
W końcu XVI. w ieku, po ucieczce W alezyusza, śpiew ają
Krakow ianie piosenkę polityczną, zaczynającą się od słów: „Rex
H enricus, urządził nam a sik u s“. Miała też i W arszaw a w końcu
zeszłego w ieku i później swe pieśni polityczne, przechow ane w lite
raturze jako objaw y twórczości ludowej.
Dzisiejszy nasz lud w ielkom iejski, w hum orze i w erw ie nie
wiele ustępuje paryskiem u, m a też bogatą skarbnicę pieśni, gdzie
tra fi się i pam flet polityczny i ostra saty ra, i tren żałobny, i ogni
sty erotyk; ale ja k do niej dotrzeć? W ostatnich czasach pew na, '
choć, niestety, jeszcze bardzo nieliczna g a rstk a naszej m łodzieży
z klas oświeconych, w zięła się do pracy rzem ieśniczej; od tych •
więc jednostek należałoby spodziewać się pomocy w tru d n ém za
daniu zebrania pieśni ludu m iejskiego, zwłaszcza zaś p rak ty k an ci
m u rarscy m ogliby to zrobić najw ięcej, z pomiędzy innych bowiem
cechów m urarze posiadają najbogatsze zasoby pieśni i opowiadań.
Starodaw na tradycya łączności korporacyjnej dotychczas prze
chowała się w cechu m u rarsk im , objaw iając się w w ybitnym po
czuciu braterskości jego członków, w większej niż w innych ce
chach solidarności, oraz w pew nem w yodrębnieniu się z pośród
innych pracow ników rzem ieślniczych. Te znam iona korporacyjne
w ynikają niew ątpliw ie z samego rodzaju pracy: kiedy bowiem
kow al, ślusarz, rzeźnik lub szewc przez cały dzień może stykać
się z publicznością, pracując zaś w blizkiej styczności z tow arzy
szam i, przy jed n y m stole lub w arsztacie, może pracę przeplatać
ogólną pogaw ędką, m urarz, pozbawiony n a długie godziny przy
robocie odosobnionej wśród stu k u młotków i skrzypienia w ind, ja k
— 423 —
p tak m iędzy niebem a ziem ią zawieszony, śpiew em tylko uprzy
jem n ia sobie .żm udną pracę.
Każde, jaskraw iej odbijające od codziennego tła, zdarzenie
z życia m iejskiego, podaw ane z u st do u st, pnąc się z piętra na
piętro rusztow ań, ubarw ia się w fantastyczne dodatki, i ze szczytu
wyniosłego gm achu, spływ a ju ż w pieśni, pow tarzanej następnie
przez w szystkie zaułki wielkiego m iasta.
Mówiono m i, że o głośnym przed laty zabójstwie W isnowskiej, arty stk i teatrów w arszaw skich, istnieje długa pieśń; ta k samo
historyę o zam ordowaniu żony i dzieci przez W iśniew skiego śpie
w ają n a m ieście (ob. „W isła“, t. XIV.).
W spom niane ju ż trudności nie dozwoliły mi dotąd otrzym ać
odpisu tych pieśni, zdołałem jed n a k wydostać odpis historyi o Felku
Zdankiew iczu, jak im ś bohaterze dzielnicy podrogatkowej. Kto był
ów Zdankiewicz nie mogłem dowiedzieć się nic pewnego, o autorze
zaś pieśni tem bardziej n ik t m nie poinformować nie um iał.
Al. Janowski.
P ieśń o F elku Zdankiew iczu:
Pewien młodzieniec, ze służby wojskowej,
Przyjechał na urlop sześciotygodniowy;
Felek Zdankiewicz to nazwisko jego,
Wszak wszyscy znacie chłopca tak zwanego.
Urlop mu się kończy, czas do pułku wrócić,
Ale Felusiowi żal kolegów rzucić:
Więc go policya szuka na wsze strony,
By go odesłać, gdzie był przeznaczony;
Więc go pojmali grudnia dwunastego
I odesłali do biura śledczego.
À gdy go ajenci wypuścić nie chcieli,
Przed samym nosem drzwi na klucz zamknęli,
Feluś nie gapa, nóż prędko otworzył,
Sąmodulskiego przebił, do Fuksa przyłożył!
Fuksina mdleje, Samodulski pada,
Łapiński ucieka, bo widzi, że biada.
Feluś tymczasem ucieka z ratusza,
Woła dorożkę i na miasto msza.
Miał czasu nie wiele, przytem strachu troszkę,
Więc kazał się odwieźć w knieje Czerniakowskie.
Tam znów wydany przez gapę jednego
I odesłany do biura śledczego.
Jedzie karetka po Nowym Świecie,
Trzech lokai z tyłu, a czwarty woźnica —
Wiozą do sądu Felka Zdankiewicza.
Jedzie Feluś, jedzie, kolegów zobaczył:
Chciał do nich wyskoczyć, lecz nie można było,
Choć się razem jadło i wspólnie się piło.
Wiozą Felka, wiozą samego jednego
I przywożą na plac sądu wojennego.
— 424 —
Sala ponura, a w niej są sędziowie,
A nasz Feluś słucha, co mu sędzia powie.
Prokurator wrstaje, do sądu przemawia
I wszelkie winy Felkowi wymawia.
Prokurator prosi, by do końca życia
Wysłać w katorgi Felka Zdankiewicza,
Sąd idzie na rady i wyrok wynosi,
I na lat dwadzieścia Felkowi głosi.
Feluś nie gapa, na tern nie bastaje
I do kasacyi prędko apeluje.
Tam w akasacyi (tak!) wyrok mu zmniejszyli
I na lat dwanaście Felka osądzili.
— „Ej, wy, koledzy, jakieście wy dla mnie!
Ja idę w katorgi jedynie dlatego,
Żem za was zabił Samodniskiego.
Kochanka go płacze, bo ma płakać, czego,
Bo postradała chłopca tak ładnego.
Ach, prawda, prawda, był chłopak uroczy:
Miał jasno-blond włosy i niebieskie oczy.
Będę przechodził wyspę Sachaliny,
Już ja nie ujrzę mej lubej dziewczyny.
Będę oglądał wyspę Kominiarzy,
Gdy parę miesięcy w kajdanach połażę“.
(Spisał n a wiosnę 1901 r. Wacław B. p ra k ty k a n t m urarski.
Sobótka. W Jaćm ierzu, Posadzie jaćm ierskiej, Baranówce, D łu
giem , Odrzechowej, B esku, Zarszynie (pow. sanocki) i we W zdowie
(pow. brzozowski) cały rok suszą n a stry ch u , zatknięte pod strzechą
p a ty k i, ziela: ja k kąkol, bław at i t. p. W wilię św. Ja n a (23 czerwca)
wiążą to wszystko razem , a zatknąw szy n a kij, podpalają; biegnąc
zaś z sobótką wołają:
Dziś wigilia św. Jana,
Sobótka zapalana.
L . Magierowski.
Dlaczego pies nie lubi kota? P rzed kilk u n asty łaty opowiadał
m i Jędrzej Pejcer, gospodarz w Jasionce pod D uklą, dlaczego pies
nie lubi kota. Otóż bardzo dawno tem u , u kradły psy rzeźnikow i
bardzo dużo mięsa. N ażarłszy się, debatow ały, gdzie schować resztę.
Jeden z nich doradził, prosić koty, by zjadłszy, ile się im podoba,
resztę zaniosły do ogrodu i pilnowały. Zaproszone koty, po zjedze
n iu pew nej ilości, zabrały mięso do ogrodu i pilnowitły go. Późno
w nocy zachciało się kotom spać. Gdy te spały, przyszły m yszy
i w szystko mięso zjadły. Dlatego dziś pies nie lubi kota, a gdy się
z nim spotka, w arczy: Gdzie mięso?!
L . Mugieron;ski.
Przyczynek do rozmowy z głuchym. W 1-szym zeszycie „L udu“
z ubiegłego roku podaje p. Jakóbiec z Żywca i Słotw iny dyalog:
— 425 —
„Jak się m acie B artoszu?“ 1) W rzeszowskiem opowiadają ten dyalog
odm iennie i nie m ów ią, aby to była rozmowa z głuchym , lecz
z Bartoszem , który nie dosłyszał. Brzm i on:
Jak się macie Bartoszu?
Niese gęsiora w koszu.
Jak się ma wuj, stryj?
On bury, nie pstry.
Jak się mają dzieci?
On związany, to nie wyleci.
L . Magierom ski.
ROZBIORY I SPRAWOZDANIA
Wisła, miesięcznik geograficzny i etnograficzny, wydawany z czę
ściowej zapomogi' Kasy pomocy im. Mianowskiego, pod redakcyą Erazma
Majewskiego. Rok ,1901. Tom XV., z 1 0 tablicami i 43 ilnstracyami. War
szawa. 1901, 8 -0 ,, str. X i 796.
Niepodobieństwem, jest zaznajomić czytelników chociażby pokrótce
z zawartością pokaźnego rocznika drugiego polskiego czasopisma ludo
znawczego, gdyż sprawozdanie nasze rozrosłoby się do zbyt wielkich roz
miarów. To też lepiej i korzystniej będzie, jeśli zastanowimy się z ogól
niejszego punktu луі0гепіа nad „Wisłą“, bo może w.ten sposób, wydatniej
ukażą się w ady. i braki, jakie na przyszłość należy usunąć, jeśli pismo
ma postępować i . rozwijać się, ażeby z czasem dosięgło chociażby tego
stopnia doskonałości, na jakim stało za czasów redaktorstwa zasłużonego
językoznawcy i etnografa, dr. J. Karłowicza.,
Że pismo, omawiane przez nas, nie zdołało utrzymać się na tej
wyżynie, na jakiej je postawił ten kierownik po latach dwunastu ciężkiej
pracy, kiedy trzeba było przełamywać trudności, piętrzące się bez miary,
wałczyć z niedostatkiem prac i współpracowników, ciągle uczyć społeczeń
stwo nasze, co to jest etnografia, i przekonywać, że to nauka, bez której
nie obejdzie się dziś ani historyk, ani prawnik, .ani badacz dziejów pi
śmiennictwa ojczystego — że poziom, „Wisły“ obniżył się znacznie z chwilą
usunięcia się. Karłowicza od redakcyi, tego nie godzi się kłaść na karb
nowej redakcyi, która z pewnością dokładała wszelkich starań i pracowała
z zaparciem się siebie. Wina tego wszystkiego tkwiła gdzieindziej.. Ogół
społeczeństwa, czytającego pisma poważne, nauczył się wprawdzie po
pewnym przeciągu czasu,że ludoznawstwo to nauka ważna, chroniąca
resztki pierwotnej naszej kultury od zagłady, że nauka to u nas, młodą,
b „Lud“, tom VIL, zesz. 1. str. 91.
— 426 —
rozwijająca się powoli; przestano tedy kiwać bezmyślnie głowami i ma
chać rękami, jeśli się mówiło o folklorze, ale też nie odczuwano moral
nego obowiązku popierania „Wisły“ materyalnie. To też, kiedy Karłowicz
ustąpił, nadeszła chwila, która groziła pismu śmiercią z powodu braku
funduszów. Prenumeratorów niewielu, zapomoga z Kasy im. Mianowskiego
była skąpa, a pismo wymagało ilustracyi i ulepszeń; słowem końce się
nie schodziły Dopiero na wielki gwałt, jaki cała prasa warszawska jedno
głośnie wszczęła, przybyło trochę prenumeratorów. Byt materyalny „Wisły“
polepszył się nieco.
Łatwo zrozumieć, że w takich warunkach wartość naukowa pisma
musiała się obniżyć. Redakcya, licząc się ze sferą umysłową prenumera
torów, musiała zamieszczać rzeczy przystępnie pisane, po dyletancku ze
brane materyały ludoznawcze. To też cały ten niemal rocznik przepełniony
jest zbiorami rzeczy surowych — pieśni, podań, legend i wierzeń ludo
wych. Prac syntetycznych, regestrujących to lub owo w etnografii lub
w pokrewnych naukach, wyciągających z dostępnego, obfitego materyału
pewne wnioski naukowe, px’ac takich w roczniku jest bardzo mało. Do
rzędu ich należą rozprawy: dr. J. Karłowicza p. t. „Najnowsze kierunki
badań mitologicznych“ na podstawie pracy J. Krala, I. Radlińskiego „Apo
kryfy judaistyczne-chrześciańskie“, dr. Wł. Olechnowicza „Rasy Europy
i wzajemny ich stosunek dziejowy“, L. Rutkowskiego „Gościccy Papaje
w świetle podań szlacheckich“ i R. Łazęgi „Powiat Brodnicki“. Po za tern
napotyka się co krok drobiazgi małowartościowe lub też zbiory materyałów
folklorystycznych, odwiecznym sposobem Chodakowskiego trzymające się
pieśni i podań ludowych. Jak widać z nazwisk autorów, są to przeważnie
nowieyuszki i. nowieyusze w etnografii. Świadczy to bezwątpienia nader
korzystnie o zainteresowaniu, jakie „Wisła“ wzbudziła. Jeśli jednak ci
nowi współpracownicy chcą istotnie przysłużyć się rzetelnie nauce, jeśli
mają ochotę poświęcić się zbieraniu materyałów ludoznawczych, powinni
pamiętać, że nic nie należy czynić dorywczo. Niechaj więc raczej nauczą
się n. p. z krótkiego podręcznika ludoznawstwa. G. L. Gomme’a, wydanego
w roku zeszłym przez nasze Towarzystwo, jak i co należy zbierać, nie
chaj nauczą się pierwej metody jasnej i ścisłej, a wtedy nauka odniesie
z nich prawdziwy korzyść, oni sami zaś wcześniej czy później znajdą
zadowolenie wewnętrzne. Niechaj nakoniec pamiętają, że mamy stokroć'
ważniejsze i więcej zagrożone pomniki twórczości ludowej, aniżeli pieśni
i podania, .niechaj więc ratują od zagłady przesądy i zabobony wieśniacze,
architekturę ludową, strój i narzędzia domowe i gospodarskie, gwarę
chłopską. Na tem wszystkiem bowiem ostry ząb czasu z rokiem każdym
czyni ogromne szczerby. Przepada więc dla nauki wiele materyałów cha
rakterystycznych, których później nie odnajdziemy. Niepowetowanych szkód
dla ludoznawstwa nie nagrodzą pieśni ani legendy, których mamy bardzo
znaczną już ilość; trzeba ratować to, co ginie w oczach, co wymaga ba
cznej uwagi. Wreszcie jeszcze słowo. Nie każdy ma ku temu sposobność,
ale wielu jest w tem wyjątkowo szczęśliwem położeniu, że mieszka stale
na wsi. Oby więc ci, którzy mogą, zechcieli pamiętać, że najlepiej przy
służą się etnografii, jeśli dadzą jej zupełną monografię jednej choćby
tylko wioski. Będzie stąd dla nich chluba, a dla nauki wielki pożytek.
Na to potrzeba tak niewiele, tylko odrobinę dobrej woli i czasu.
— 427 —
Jaka jest przyczyna wskazanego wyżej braku prac systematycznych
w „Wiśle", tego nie umiemy odgadnąć. Bo przecież tylu jest u nas pra
cowników, obeznanych dokładnie z etnografią, tylu dobrze przygotowanych
do pracy poważnej, naukowej, dlaczegóż więc ich nazwisk brak w tym
roczniku? Niewątpliwie jedną z tych przyczyn jest nasze typowe polskie,
czysto polskie lenistwo. Ale temu nie zaradzą narzekania, jeśli jest w nas
wogóle tak mało poczucia obowiązku. Gdyby ci (chciałoby się wymienić,
ale nomina sunt odiosa)'zechcieli pracować, z pewnością nie ukazywa
łyby się w „W iśle“ rzeczy bardzo mato mające związku z etnografią pol
ską, jakie zauważyliśmy w tym roczniku, n. p. A. Preimana „Wstęp do
Schachname Firdusiego“, lub „Pieśni serbskie“ Karadźicza w przekładzie
dr. I. Kopernickiego. Gdyby ci starsi pracownicy pisać zechcieli, z pe
wnością nie zamieszczałaby „W isła“ recenzyj prac, niemających żadnego
związku z etnografią, n. p. „Documenta histórica seminarii Yladislaviensis“.
W jakim celu omówiono w „W iśle“ Kochanowskiego „Kazimierza W iel
kiego“ , Porębowicza „Świętego Franciszka z Assyżu“ — tego nie pojmu
jemy. Książki te przecież nie mają nic wspólnego ani z etnografią, ani
z krajoznawstwem. Na uwagę zasługuje również, że recenzye te wyszły
z pod pióra etnografa, który raczej powinienby trzymać się prac ludo
znawczych.
Kończymy już nasze uwagi, które podyktowała nam troska o dalszy
rozwój pisma. Ufamy, że nie będą nam one poczytane za złe i radzi bę
dziemy, jeśli choć część ich. zwłaszcza ta ,' którą wypowiedzieliśmy pod
adresem współpracowników, znajdzie życzliwy posłuch.
*
*
*
W odpowiedzi na tę recenzyę, drukowaną pierwotnie w tygodniku
warszawskim „Prawda“ , odpowiedział redaktor „W isły“, p. Erazm Ma
jewski w zeszycie 1-szym swego pisma argumentami czysto podmioto
wymi, dotykającymi podpisanego o s o b i ś c i e . Piętnujemy fakt ten
zaszły w p o l e m i c e n a u k o w e j , tem surowiej, że zarzuty te osobiste
były fałszywe lub zmyślone. Zbijać ich nie będziemy, bo ubliżają one
raczej temu, który je miał odwagę podpisać, niźli nam. Nam wystarczy
zupełnie przekonanie, że recenzya była pisana u c z c i w i e , że dalej zga
dza się na nią najzupełniej redaktor „Ludu“ , prof. dr. A Kalina. A chyba
w nauce polskiej więcej zaważy zdanie dra Kaliny niż p. Majewskiego.
Co się zaś tyczy opinii, jaką wyrobiłem sobie u najpoważniejszych repre
zentantów. nauki naszej, opinii, że piszę to tylko, co czuję rzetelnie, że
pracuję u c z c i w i e , — jej nie zdoła mi popsuć żaden zarzut p. Majew
skiego. Tyle podaję do wiadomości szan. redaktora „Wisły“ i jej czytel
ników, bo na dalsze zarzuty zrzekam się z góry odpowiedzi.
Stanisław Zdziarski.
A.
Brückner. Powieści ludowe, sz k ic e lite r a c k ie i o b y c z a jo w e . {Bi
blioteka Warszawska. 1 9 0 0 . IV. s tr. 2 0 1 — 2 4 4 ).
Autor omawia t. zw. „książki ludowe“ (Volksbücher, Volksromane)^
a w pierwszym rzędzie „Sowizdrzała“ (Eulenspiegel) i „Marchołta“ (Sal.
— 428 —
man und Morolt) głównie w tłómaczeniu i przeróbkach polskich. W oma
wianiu tem utrzymuje, że „książki“ te, stanowiące ulubioną lekturę czy
tającej publiczności średnich wieków, stoją z „bajkami“ ludowemi „w nie
rozerwalnym związku“, bo tą samą drogą i w taki sam sposób, jak „po
wstawały i szerzyły“ się „powieści ludowe“ , „powstawały także i sze
rzyły“ się „bajki“ i inne „tradycye“ ludowe. Jest więc zdania, że tak
samo ja k „powieści ludowe'1 są i „bajki“ ludowe u nas, podobnie jak
i gdzieindziej, „obcym“ nabytkiem — posiadającym zaledwie chyba ro
dzimą „szatę“ językową, „niektóre szczegóły i wiązania motywów“; Ko
lebką zaś tych „powieści ludowych“, a więc i „bajek“ wraz z innemi
„trądycyami“ ludowemi jest albo Wschód (Indye) albo Zachód (Prancya).
Gdzie „kobieta“ występuje gorszą od szatana— tam mamy do czynienia
z pierwiastkiem wschodnim, gdzie „kobieta“ ma rysy „szlachetne, wznio
słe, wzruszające“ tam pierwiastek jest zachodni. „Powieści ludowe“ wraz
z „bajkami“ i innemi „tradycyami“ ludowemi powstają zarówno na Wscho
dzie jak i na Zachodzie niespodziewanie wśród ludu. Autor, zwykle nie
znany, nadaje im tylko, formę i puszcza je w świat. Te wędrują za słoń
cem lub naodwrót, zmieniając się po drodze niedopoznania. Zwykle do
stają się one na dwór .rycerski lub plebanię, do klasztoru, szkół i war
st ai,ów rzemieślniczych
a wreszcie do ludu wiejskiego i małomiejskiego.
Takim to sposobem dostały się u nas i gdzieindziej do ludu „powieści“
0 „Molnzynie“ , „Gryzeklzie“ , „Łokietku“, „Krakusie“, „Fortunacie“, „Mar
chołcie“, „Sowizdrzale“, „Banaluce“ i t. p. Takim sposobem dostały się
wszystkie „bajki“ ludowe o „Kowalu“ i o „Zaklętej Królewnie“ i t. p.
W taki sam wreszcie sposób dostały się wszystkie inne „tradycye“ lu
dowe — nawet „zagadki“ i „przysłowia“ . Znane przysłowie „Kto się
mięsza z plewami, tego świnie zjedzą“ dostało się do nas na wieś z ła
cińskiej „powieści“ o „Marchołcie“, którą przetłómaczył na polskie niejaki
Jan z Koszyczek. Czyli innemi słowy; autor stoi na bardzo skrajnem sta
nowisku nie tylko co do pochodzenia „powieści ludowych“, ále nawet co
do pochodzenia t. zw. „bajek“ ludowych i wszelkich innych „tradycyj“.
Uważa' je zupełnie tak samo, jak owe „powieści ludowe“ średnich wie
ków za całkiem obcy pierwiastek w naszej literaturze ludowej. Z tego
założenia wychodząc zarzuca objaśnienie swoich poprzedników znaczenia
1 pochodzenia „tradycyj“ ludowych w trojaki sposób: mityczny, etycznosymboliczny i etnograficzny. „Co za rozczarowanie dla naszych mitologów.!’“
gdy się dowiedzą, że „Meluzyna“, „główna osoba romansu francuskiego,
przeszła z powieści do samych wierzeń ludowych“ w Czechach, Polsce,
a nawet na Rusi, gdzie ją lud czci jako osobne bóstwo i składa jej ofiary!
Takie są mniej więcej zapatrywania prof, Brucknera na owe „po
wieści ludowe“ i stojące z niemi w nierozerwalnym związku „bajki“,
„przysłowia“, „zagadki“ i t. p. „tradycye“ ludowe, Że zapatrywania te
są często mylne, a przynajmniej idą za daleko, na to nie potrzeba
wielkich, dowodów.
Najpierw t. zw. „powieści ludowe“, o których się autor rozpisuje,
czy bardzo dawne, czy późniejsze, nie są wcale „ludowemi“, to znaczy:
nie są przez lud stworzone, zupełnie tak samo, jak nie są ludowe wszyst
kie „powieści ludowe“ „Macierzy Polskiej“, Promyka, Miarki, Fołtyna,
Pisza i t. p. wydawnictwa, mimo, że_ są przeznaczone dla „ludu“ pol
skiego. To też żaden uczony w tern znaczeniu, co autor, za „ludowe“ ich
— 429 —
nie uważa. Utízeni. niemieccy n. p. wiedzą dobrze , žě: ták zwane-„książki“
i „powieści ludowe“ są tylko albo skróceniami „rycerskich powieści“ dwor
skich poetów albo, tłómaczeniami i przeróbkami dzieł obcych, głównie
hiszpańskich i francuskich „Amadis-Romane“, albo wreszcie — co naj
częściej się zd arza— zbiorami, przeróbkami miejscowych podań ludowych
do użytku czytającej publiczności, zwłaszcza dworzan, mieszczan i ducho
wieństwa niższego
nie dla rycerstwa i nie dla, uczonych — słowem dla
„ludu“. Układali je zaś wędrowni pisarze i poeci, rzadziej księża lub in
teligentni mieszczanie. Nigdy chłopi, którzy pisać ani czytać nie umieli.
Lud wiejski, na te powieści pisane nie reflektował wcale.- On miał swoje
powieści niepisane, prawdziwie „ludowe“, te same, które autor nazywa
„bajkami“. Niemi się delektował. Tak było w Niemczech, tak było i u n a s,
tak musiało być gdzieindziej, tak jest dzisiaj jęszcze, tak było i dawniej,
w średnich wiekach.
Wobec tego przyzna każdy, że co innego są „książki“ i „powieści“,
pisane dla czytającego ludu, a co innego „bajki“ tworzone przez sam lud
dla siebie. Istota, pochodzenie, rozwój jednych i drugich są różne i mie
szać ich ze sobą, jak to czyni autor, nie można. Pierwsze są dłuższe
i bardziej zawiłe, miejscami nienaturalne i głupie, drugie są krótkie,
proste, przystępne i zrozumiałe. Pierwsze podyktowały korzyści materyalne:
sławy i zarobku-— drugie wiara szczera i chęć pouczenia drugich. Pierw
sze mają nastrój światowy, rozweselający — drugie mają cechę religijną,
zniewalającą do kontemplacyi. To też i „cuda“ w jednych i drugich wy
stępujące grubo się różnią od siebie. Pierwszych cuda są niczem nieuza
sadnione — ex machina — wytwór płytkiej a chytrej fantazyi, cuda dru
gich mają początek na dnie duszy, w silnej wierze opowiadającego. Jeżeli
mimo to autor dopatruje się tych.sam ych pierwiastków zarówno w „baj
kach“ i innych „trądy су ach“, ludowych, co i w t. zw. „ludowych po
wieściach“, jak n, p. w „Sowizdrzale“, „Meluzynie“, „Marchołcie“ i t . p:,
to dostały się one . z „bajek“ i innych „tradycyj“ do t. zw. „powieści
ludowych“ — a nie z „powieści“ do „bajek“ i t. p. „tradycyj“ ludowych.
Nie potrzeba być -wcale uczonym, aby poznać, że „Sowizdrzał“, a-w ła
ściwie „Sowiźrał“ jest tylko zbiorem dowcipów i facecyj czysto ludowych
zebranych przez wędrownych poetów lub pisarzy. Sam dyalekt dolno-’
niemiecki, a więc ludowy, w jakim one były pierwotnie ułożone, jest
tego niezbitym dowodem. A jeżeli tymi samymi dowcipami posługują się
trefnisie dworscy niemieccy, włoscy, francuscy a nawet polscy, to dowód,
że „Sowiźrała“, ową skarbnicę humoru ludowego, doskonale znali i z niego
korzystali, a nie „Sowiźrał“ od nich.
„Sowiźrał“ nie jest żadną nazwą rodową ani pseudonimem jakiegoś
„ludowego“ nieznanego pisarza, jak mniema autor, ale jestto tytuł „książki“
i znaczy tyle, co oblicze czyli maska „sowy“ -— poprostu człowiek w masce
sowiej, co „źry jak sowa“, a więc śmieszny, drugich do śmiechu pobu
dzający. Zatem jestto „książka“, „zbiór humoru ludowego“. „Reineke Voss“,
„Lis Mikita“ jest drugą taką maską: „ludowej przebiegłości i chytrości“.
U Greków i Rzymian był „kozioł“ obrazem śmieszności, u Słowian i Niem
ców „so-wa“. Błazny dworskie, posługując się zatem humorem „Sowiźrała“,
posługiwali się humorem ludu własnego i obcego. Lukian, Plaut, Szekspir,
Molier> Fredro korzystali wiele z humoru ludowego, a taki „Gonella“,
„Villo11“? „Bebel“, „Smolik“, „Stańczyk“ i inni komicy i satyrycy dworscy,
— 43Ó
których autor w swojej rozprawce przytacza, mieliby tym humorem gar
dzić, mieliby nie znać „Sowiźrała?!“ Poeci, artyści, kompozytorzy nowo
żytni, wszyscy gonią za motywami ludowymi do swoich pomysłów — czyż
w średnich wiekach i starożytności miałoby być odwrotnie? Lud miałby
do swoich „bajek“ i innych swoich „tradycyj“ brać motywa aż od dwor
skich błaznów i poetów?
Większą część swojego życia spędzam na wsi, od dziecka obcowałem
i obcuję ciągle z ludem wiejskim. Nasłuchałem się tysięcy rozmaitych
historyjek i gadek, ale jeszcze nikt mi nie opowiadał na wsi o „Meluzynie“, „Banialuce“, „Magieionie“ i t. p. „powieści ludowych“, tak samo,
jak się opowiada „bajki“. A trzeba wiedzieć, że dom mego ojca jest
najstarszym we wsi, odwiedzany przez różnego rodzaju „wędrownych“,
uczonych i nieuczonych. Niektórzy z nich nawet przebywali u nas i po
kilka lat, pomagając w gospodarstwie ojcu i ucząc braci i mnie pisać
i czytać. Książeczki o „Meluzynie“, „Banialuce“, „Magieionie“, „Geno
wefie“, „Gryzeldzie“, „Sowiźrale“ — tylko nie o „Marchołcie“ — czytałem
po kilka razy, ale ani razu nie zebrała mię chętka opowiadać ich komu.
Takich rzeczy na wsi nikt nie opowiada, ale czyta, jeśli umie. To są „bałakosty“, które „szkoda opowiadać ,ji casu marnować“. A sprzedają je
„wydrwigrose na jarm aku“. Czytają je zwykle „chłopoki abo dzieuchy,
by sie prendzy chycili na ksionsce do modlinio“. Lud do żadnej książki
dotąd jeszcze nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi, „cheba ze jes staro ji
możno sie z ni cego naucyć, notenprzykłod: wróżenio abo licenio chorych“..
Natomiast w wielkiem poszanowaniu są u niego tradycye ustne. To też
idą one z ust do ust — z pokolenia w pokolenie i kto ich więcej umie,
to „ten wiency zno“.
Nie twierdzę tego nigdzie, jakoby tradycya ludowa u nas i gdzie
indziej była nawskróś rodzima, bez żadnych domieszek obcych, ale
stanowczo uważam, że przeważa w niej pierwiastek swojski. Obcy pier
wiastek jest tylko nabytkiem w drodze sąsiedzkiej zamiany — a nie im
portem aż z Indyj albo Francyi. To nie są druki — ani żadne pisma spro
wadzane do nas w tłomaczeniach i sprzedawane po jarm arkach i odpu
stach w celach zysku. To jest produkt nawskróś ludowy i swojski, tak
jak jest ludowa i swojska mowa, w której ten produkt powstał. Gdyby
„bajki“ i inne „tradycye“ ludowe były u nas obcemi, to musiałaby być
u nas także obcą nasza mowa ludowa — a w końcu i lud sam, boć nie
podobna sobie pomyśleć ludu na świecie, któryby nie miał własnego spo
sobu życia, własnych „tradycyj“ i własnej — do swego sposobu myślenia
ukształtowanej mowy. Lud, jego własny sposób życia, jego „tradycye“,
jego myśli, jego mowa, stanowią jednę nierozerwalną całość!
Przy osądzaniu zatem, co mamy obcego, a co swojskiego, trzeba
być bardzo ostrożnym. Sama obca nazwa, przypadkowe podobieństwa,
nawet pochodzenie obce pewnych „powiastek ludowych“ u nas jeszcze
nie mogą być powodem do kategorycznego przyjęcia, że wszystko, co
nasz lud posiada w swojej „wieści gminnej“ prócz „szaty zewnętrznej
językowej, niektórych szczegółów i wiązania motywów“ jest pochodzenia
obcego.
L . Mhjnek.
— 431 —
St. W indakiew icz. Teatr ludow y w daw nej Polsce przez... (Osobne
odbicie z Rozpraw Wydziału filologicznego t. XXXVI. Akad.. Umiej.) Kra
ków. Nakł. Akademii Umiejętności. Skł. gł. w księgami Spółki wydawniczej
Polskiej. 1902. 8-ka lex. str. 2 ni. і 231.
Główną zasługę omawianej pracy stanowi ogromne bogactwo nagro
madzonego w niej skrzętnie materyału. Będzie ona tern większa, jeśli
zechcemy wziąć pod uwagę okoliczność, że przeważna część tego ma
teryału ukryta była w rękopisach. Po za zebraniem dokumentów ręko
piśmiennych należy podnieść jeszcze należyte ugrupowanie treści, oraz
wykazanie kilkakrotne źródeł naszego dramatu średniowiecznego. Do stron
ujemnych należy przedewszystkiem styl ciężki i oschły, jakkolwiek temat
sam był tego rodzaju, że można było o nim pisać więcej zajmująco —
beż najmniejszej szkody dla strony naukowej.
Nie wdając się w rozbiór szczegółowy tej pracy, bo wnet by nam
miejsca zabrakło, pozwolimy sobie streścić główne momenta, o jakich on
traktuje. Teatr ludowy zaczął u nas działać równocześnie z jezuickim
i zagranicznym już w XVI. wieku — powołując do życia dwie kompanie
aktorów narodowych. Działalność jego rozpoczyna „Sąd Parysa“ z r. 1542,
oraz kilka sztuk religijnych. Teatr ludowy nie rozróżniał dzisiejszych
działów sztuki, tkwiąc silnie w obyczaju krajowym, bo -wynikł on nie
z teoryi, lecz z obyczaju i to świadczy najlepiej o jego żywotności. Do
dzisiaj jeszcze wspomnienia o nim żyją wśród ludu.
Objawy działalności teatru ludowego rozpatruje autor, trzymając się
kościelnego kalendarza. Zaczyna tedy od misteryów na Boże Narodzenie
i Trzech Króli, których posiadamy 17. Często w scenie pasterskiej osoby
przemawiają gwarą ludową, a i imiona ich często są czysto ludowe n. p.
Kuba, Klimek, Staszko i t. p. Dawne te misterya żyją do dzisiaj w żywej
tradycyi ludowej pod nazwą Herodów. Obejmują one scenę poszukiwania
noclegu, jak w naszych misteryach z XVII. wieku, dalej scenę pasterską
i audyencyi Trzech Króli u Heroda i często bywają mięszane z reminiscencyami dawnych intermedyów karnawałowych. Tekstów mamy sporą
ilość: z Podkarpacia, Powiśla małopolskiego aż po Lublin i z Mazowsza.
Oprócz tego istnieją pośród ludu szopki, wystawiające dwie sceny z He
rodów, ale pomijające zupełnie scenę noclegu.
W dalszym ciągu przechodzimy z autorem do dewocyi postnych
o charakterze ściśle ascetycznym i do officyów wielkotygodniowych, które
zachowały się w wielkiej ilości, gdyż tego rodzaju środki do popularyzo
wania rozmaitych idei kościelnych były wprost niezbędne. Dalszą grupę
stanowią misterya wielkanocne, których mamy tylko cztery. Pamięć o nich
zachowała się wśród ludu bardzo słaba, bo śladem znajomości sceny
z Judaszem jest zwyczaj włóczenia bałwana Judaszowego po ulicach
w Wiehd Czwartek, który jest znany powszechnie po wsiach naszego
Powiśla. Śladem zaś znajomości dawnej sceny złożenia do grobu jest sta
wianie rzeczywistej straży przy grobach, jak to się dziś często dzieje po
wsiach i małych miasteczkach.
Zabawy i misterya na Wniebowstąpienie i Boże Ciało były u nas
szeroko rozpowszechnione, tak samo też misterya o świętych n. p. o św.
Janie Chrzcicielu, Kazimierzu i innych. Z tych wszystkich jedynie wspo
mnienie Gregołów dotąd zachowało się w żywej pamięci ludu naszego.
— 432' —
Oprócz, tych religijnych czysto sztuk, rozwinęła .się u nas także
tragedya ludowa, osnuta na tematach klasycznych, która po raz pierwszy
zaczęła z grubsza zaznaczać wartość charakterów dramatycznych i sta
wiała sobie nieco głębsze zagadnienia moralne. Pominąwszy moralitety
karnawałowe, przystępujemy do intermedyów, które powstały z rozwojem
sceny ludowej dla urozmaicenia przedstawień poważnych. Z tych najbar
dziej popularne musiały być intermedya o lekarzach i cyrulikach, bo pa
mięć o nich przechowała się dotąd zarówno w „Herodach“, jak nie mniej
w tekstach szopkowych. Cała praca kończy się krótkimi rozdziałami -o bła
znach , frantach, oraz o sztukach rybałtów.
St. Z dziarski.
Udziela Sew eryn. Ś w ia t nadzm ysiow y ludu WjkTcowsTciego, m ie
szkającego po p ra w y m brzegu W isły: Wielkoludy, czarownice i czaro
wnicy,. choroby. (Odbitka z .XIV.: tomu „W isły“). Warszawa. 1901. 8-ka.
str. 70.
Autor wymienionego zbioru materyałów folklorystycznych znany
dobrze i zapisany chlubnie na kartach etnografii polskiej, daje obecnie
kilkadziesiąt baśni wràz z ich odmiankami, tyczących się przeważnie m i
tologii ludu tak rdzennie polskiego, jakim są Krakowiacy. Przedewszystkiem na pochwałę tego zbiorku trżeba powiedzieć, że wszystkie opowia
dania zostały napisane wiernie tak, jak je p. Udziela słyszał, t. j. w gwarze
ludowej. Podwójny jest stąd pożytek, bo i dla etnografa, który ma za
pewnioną ścisłość opowiadania, i dla badacza gwar polskich. Ponadto
musimy zauważyć fakt nader charakterystyczny, że wierzenia ludowe
w czarownice i moc czarów są w Krakowskiem i dzisiaj te same, jak
w wieku XVII. і ХУІІІ., co okazuje- się z porównania ' ich z dawnymi
procesami sądowymi o czary. Co więcej, okazuje się, że istoty świata
nadprzyrodzonego ludu krakowskiego mają wiele cech wspólnych z takiemiż
istotami, żyjącemi w wyobraźni innych ludów słowiańskich, zwłaszcza
Serbo-Łużyezan.
St. Z dziarski,
Rozprawy Akademii Umiejętności. Wydział historyczno-filozoficzny.
Serya 11. Tom XVIII. W Krakowie 1902. 8-ka. lex,, str. 375.
Książka obejmuje same prace historyczne, ale w znacznej mierze
mają one-znaczenie i dla nas: dwie pierwsze: S. Z a k r z e w s k i e g o :
Z e studyów nad bullą z r. 1 1 3 6 i K. 1‘ o t к a ri s k i e g o : Opactwo na
łęczyckim grodzie szczególnie ze względu na pierwotne imiona i nazwiska
polskie osób i miejscowości; dwie inne (W. Kętrzyńskiego) ze względu na
pierwotne dzieje i siedziby Słowian.
Źródła, na których się opierają pp. Zakrzewski i Potkański wyzyskał
już pod względem językowym dr. Baudouin de Courtenay w znanej rozprawie
o staropolskim języku, napisanej po rosyjsku, ale mimo to godzi się
z wielu powodów i do tych rozpraw zaglądnąć. Ciekawe dla nas jest n. p.
u p. Zakrzewskiego zestawienie około 300 imion „niewolnej ludności pol
skiej“ z bulli z r. 1136. z imionami, napotykanemi we współczesnych
lub mało co późniejszych źródłach, a odnoszących się do różnych części
— 433 —
Polski i Czech. Jedną z osobliwości bardzo pouczających tego długiego
regestru jest to, że niemal wszystkie imiona są słowiańskie, polskie, że
brak prawie zupełny takich imion chrzestnych, które przyszły' dopiero
z chrześciaństwem (Piotr, Maciej i t. p.). Ze starodawnych a pełnych
imion znajdujemy tu takie, jak: Budzisław, Bogumił, Cieszymysł, Dobro
mysl, Drogomyśl, Niemir, Niezamysł, Ninomysł, Вirosła w, Snowid, Stoigniew, Sulirad, Sulimysł, Bul isław, Tęgomir, Trzebi emysł, Uniemysł,
Uniewit, Wszemir, Wszemił. Z przytoczonych imion Niemir jest przeci
wieństwem do Mir, jak Niezamysł do Zamysła, jak Ninomysł (myślący
o teraźniejszości, porów, n i n i e teraz) do Przemysław (przemyśliwający
o przyszłości); Trzebiemysł, w innych źródłach Trzebomysł to myślący
0 tern, co trzeba. Imiona, jak Uniemysł, Unimir, Unisław pozostają
W związku z czasownikiem starosłowiańskim u n i t i (desiderare, velie),
który w polszczyźnie zaginął. Kto wie, że s u l i c a oznacza u nas jeszcze
w-XVI. w. d z i d ę , temu nie będą niezrozumiałe z tym wyrazem zhn
żone, jak Buli wał, Sulimysł lub Sulisław. Si r , później s i er, z czego
S i e r o t a znaczy p o z b a w i o n y , a więc Sirosław to po grecku оу.Щс.
Jak dziś mówimy nie tylko Stanisław, ale także Stach, Staś, Staszek,
Stasik, w rodzaju żeń. Stanisława, Stacha, Staszka, Stasia, tak i dawniej
mieliśmy wielką obfitość, nawet większą od dzisiejszej, skróceń, zgru
bień, zdrobnień, upieszczotliwień i najrozmaitszych w najrozmaitszych
celach przerobień tego samego imienia. Regestr, o którym mowa i pod
tym względem bardzo pouczający. Do najstarszych i najciekawszych skró
ceń należą takie, jak D a l (Dalebor 1239); jak G od (Godzisław); jak S u l
(Sulislaw, •Sulimir, Sulirad); jak W r ó c i s z (Wrócisław). Imię Wrócisław
można było także skrócić na W r o t , W r o t e k , . j a k Włościsław lub \Yłostotor, Włościbór na W ł o s t (skąd Włostów) W l o s t e к; jak R o ś ć is ł a w . na R o s t , Rosiek ; jak Włodzisław na W ł o d (stąd W ł o d a w a )
1 Włodek. Zamiast Włodzisław, Włościsław, Dzierżysław można było po
wiedzieć także P i e ś c is ł a w, gdyż pierwotnie p i e ś ci ć znaczyło tyle,
co w ł o d z i ć , w ł o ś c i ć , d z i e r ż y ć , z czegoby wynikało, że P iast jest
takiem samem skróceniem imienia P i e ś c i s ł a w, jak W ł o s t (1155,
1241, 1237), skąd Włostowo (1155) imienia Włościsław; jak S u l imienia
Sulisław etc., skąd Bule wo (1242); jak D a l imienia Delebor, skąd Dalewo (1242); jak G n i e w imienia Gniewomir (1120), skąd Gnie wo wo (1242);
jak S o b , S o b a (1136) imienia Sobiesław, skąd miejscowość (wieś w Galicyi) Sobów. Że tak istotnie było, t. j. że P i a s t jest skróceniem imienia
P i e ś ć i s ł a w , stwierdzają nazwy miejscowości takie; jak P i a s t pod
Trzebnicą na Śląsku; jak w tymże kraju P i a s t e n t h a l (Klein i Gross);
jak P i a s t ó w , wieś i folwark w powiecie radomskim; jak P i a s t ó w o,
wieś i folwark w powiecie sierpeckim, jak P i a s to s z y n , wieś w po
wiecie tucholskim i folwark w chojnickim; jak P i a s t u n , P i a s t u n y ,
P i e s t u n ó w k a , wsie i zaścianki w powiecie dziśnieńskim na Litwie.
Że tak samo nazywali się ludzie na Morawie i w Czechach, najlepiej tego
dowodzą takie nazwy miejscowości, jak P í s t o v , P í s t y , P i s t o vi ce,
co równa się najzupełniej polskim nazwom P i a s t ó w , P i a s t y i P i a
s t o w i c e , gdyż imię P i a s t brzmi po czesku P í s t .
Z innych skróceń zasługują na uwagę takie, jak Czestoch, powstałe
z Cześcisław, co skracano także na C z e c h , gen. С z c h a , stąd Czchów;
jak Chocian (Chotan), powstałe z Ohocisław, wsławiający c h o ć (oblubie
23
nicę), podobnie jak Mśćisław, wsławiający matkę, Ciecisław — ciotkę,
Bracisław — brata, Sipstroch (Sostroch), Siostrosz (Sostros), Siestrzysław —•
siostrę, Oe isław — ojca. Woj an powstało z Wojesław, Wojsław, jak Bojan
z Bojesław.
Prof. Potkański ma niezrównany dar kombinowania i docierania do
prawdy samej lub cennego prawdopodobieństwa nawet tam , gdzie z po
wodu niedostateczności źródeł ogarnia historyka jeżeli nie rozpacz, to
zupełne zwątpienie. Dla nas cennymi są z jego pracy osobliwie te ustępy,
w których widzimy naocznie, jak różne kategorye ludności służebnej przy
kościołach i grodach dają początek nazwom miejscowości: jak sługi,
Świątniki (obsługujący świątynie), piekary, świniary, koniary, winiary wy
stępują potem jako Sługi, Świętniki, Piekary, Koniary, Świniary, Winiary.
Pozwalamy sobie dodać, że osada Ż a l e , na której gruntach, jak autor
donosi, istnieje niezbadane dotychczas obszerne cmentarzysko pogańskie
z licznymi okopami i nasypami, stąd właśnie ma swą nazwę, albowiem
ż a l znaczy pierwotnie (mianowicie w języku starosłowiańskim) to samo,
co g r ó b lub mogiła: Ż a l e to tyle, co Groby lub Mogiły.
Przechodzimy do znakomitych rozpraw tyle zasłużonego dra W. Kęt r z y ú s k i с g о. Pierwsza z nich: „Co wiedzą o Słowianach pierwsi ich
dziejopisarze Prokopius i Jordanes?“ jest niejako wstępem i podstawą dla
drugiej, której tytuł: „Swewowie a Szwabowie“. Takie kroczenie od rzeczy
znanych do mniej znanych lub zgoła niejasnych, jak jest zawsze właściwe,
tak w tych rzeczach, ogromnie zawiłych i trudnych, niezawodnie jedynie
wskazane. Z Prokopiusza i Jordanesa wynika, zwłaszcza z pierwszego, że
na początku YI. w. po Chr. t. j. koło 512 r. całą olbrzymią część Europy
od Morza Czarnego po Holsztyn i od Dunaju po Bałtyk zajmują Słowianie.
0 ich wtargnięciu w te strony nikt nic nie wie: ani najbliżsi YI. w. ani
wcześniejsi lub późniejsi pisarze: są więc Słowianie na tych obszarach od
niepamiętnych czasów. To jeden rezultat pracy pierwszej, a drugim jest
to, że nazwa S u a v i, S u e v i jest rzymskiem oznaczeniem tego, co Prokopiusz nazywa S c l a v e ni. Rozpatrzeniem tej sprawy w szczegółach
zajmuje się rozprawa druga. Odsyłając ciekawych po szczegóły do samych
rozpraw, pozwolę sobie zwrócić uwagę na imię A n t e s , które tak u Pro
kopiusza jak i u Jordanesa oznacza tę część Słowian, która mieszka od
Ujścia Dunaju i morza Czarnego ku Wiśle.
Słusznie twierdzi dr. Kętrzyński, że nazwa , A n t ó w oznacza to
samo, co Tacytowska V e n e di i oczywiście niem. W e n d i sądzi, że
A n t a e od V e n e di , V e n d i różni się tylko brakiem w, który to brak
w ustach Greka dziwić nie może. Otóż rzecz tę można sobie jeszcze inaczej
tłomaczyć, a mianowicie przypuszczać, że już w ustach słowiańskich
nazwa ta dwojako brzmiała, że jedni wymawiali ją W e n d , a inni And.
Jedynem prastarém imieniem słowiańskiem, które z tą sprawą łączyć
się może, to nasza W a n d a , imię wymawiane przez Kochanowskiego
W ę d a (Wenda) i już przez najstarszych kronikarzy naszych wyprowa
dzane od wyrazu w ę d a , gdyż przez swą piękność niby w ę d ą serca
ludzkie chwytała. Ponieważ dawniej samogłoskę ę pisano przez a n , więc
dziś jeszcze mówi się W a n d a zam. W ę d a podobnie jak się mówi Jan
K a n t y zam. Jan K ę t y (Jan de Kęty).
Język tych Słowian, którzy za czasów Prokopiusza mieszkali w Dacyi
1 W ęgrzech, a potem zajęli Śtyryę, Karyntyę i Krainę, znamy dobrze
— 4à5 —
i wiemy z całą pewnością, że w Dacyi mówili wtedy Słowianie a n d a
zamiast naszego w ę d a . Jeżeli tedy nazwa, o której mówimy, pochodzi
od tego samego pierwiastka, co w ę d a , to całkiem jasną jest rzeczą,
dlaczego mamy dwoistość formy: w Dacyi mówił o sobie Słowianin, że
się nazywa A n d , co w ustach cudzoziemca zmieniło się na An t , a nad
W isłą, że on jest W en d. Że ta nazwa w tej formie już od wieków trzy
mała się Wisły świadczą o tern już Taeytowsćy W e n e d i , wyraźnie przez
tegoż pisarza nad Wisłą umieszczeni. Jak W e n d (Węd) jest męską tak
W e n d a (Wanda) żeńską formą imienia i to imienia niezawodnie skróco
nego z W ę d z i s ł a w (chwytający sławę) i W ę d z i s ł a w a . Skrócenie
całkiem naturalne, bo skoro z Sobiesław (a), Włościsław (a), Włodzisław (a)
i t. d. powstaje Sob i Soba, Włost i W łosia, Włod i Włoda (dziś W ła
dysław i skrócenie Wł a d a ) , toć dlaczegóż z Wędzisław (a) nie miałoby
powstać W e n d i W e n d a? Nazwa W e n d o w i e , A n d o w i e byłaby
więc tak samo ródowa (patronimiczna), jak R a d y m i с z a n i e (Radym),
jak C z e s i (Czech, Czesław, Cześcisław), jak niezawodnie W ił с у (Wiek
Wieikomir), jak L u t y c y (w języku połob. L u - t i c e o d L u t a , jak w poi.
K m i c i c e od K m i t a , a L u t a , L u t o albo wprost L u t , L u t o s ł a w
i t. d. Rzecz, jak sądzimy, godna największej uw agi, że tam , gdzie za
czasów Tacyta mamy Wenedów, tam są W enedzi i w VI. w .1), a prócz
tego wyłania się nad dolnym Dunajem nazwa Antów (Andów), która jest
identyczna z tamtą i tylko w innym dyalekcie słowiańskim wypowiedziana;
tamta jedynie polskiemu plemieniu właściwa, u którego też w imieniu
W a n d a do dzisiaj się przechowała, a ta jedynie dakosłowiańskiemu;
inne języki słowiańskie samogłosek nosowych nie posiadają i nie wiadomo,
czy kiedy je posiadały (?! ižeá.). Przywiedzione okoliczności są najlepszą
gwarancyą, że wywód nasz nazwy W e n d i A n d jest trafny.
Są jeszcze w tym tomie R o z p r a w dwie bardzo piękne i ważne
prace S. Kętrzyńskiego: „O p a lliu szu biskupów polskich ги X I . го.“
i „O zaginionym żywocie świętego Wojciecha“, ale mówić o nich, nie
stety, nie możemy, przedłużywszy już i tak nad zamiar i miarę niniejszą
recenzyę.
S. M atusiak.
Oerny Adolf. Isto ty m ityczne Serbów łużyckich, z łużyckiego tło
maczył Bronisław Grabowski. (Odbitka z „W isły“). Warszawa. 1901
8-ka. kt. nl. 2. str. 444.
Omawiane dzieło jest zbiorem wszystkich podań ludir serbo-łużyckiego
o nadnaturalnych mitycznych postaciach. Autor zebrał je w jedną całość
dlatego, że były one drukowane przeważnie po mało dostępnych czaso
pismach, zwłaszcza dla obcych uczonych. Ponadto dodał p. Černý sporą
ilość b aśn i, ukazujących się dopiero w tej książce po raz pierwszy. Co
więcej — poszczególne postacie usiłował wytłomaczyć, genezę ich w wy
obraźni ludu rozjaśnić. Naturalnie — nie jest to wszędzie i zawsze możliwe.
Z przeglądu tych postaci nadprzyrodzonych okazuje się,' że są one nie') Jordanes (V. 34.) powiada: Ab una stirpe exorti tria nunc nomina ediderunt, id est Venethi, Antes, Slaveni.
28*
— 436 —
jednokrotnie zbliżone do takichże istot świata nadzmysłowego u ludu pol
skiego. Naukowa strona roztrząsań autora jest silna, bo stanął on zupeł
nie słusznie na stanowisku najnowszej szkoły badaczy mitologii, jak:
Langa, Krala i Karłowicza.
St. Z dziarski.
K oskowski Bolesław. F inlandya, według zbiorowego dzieła auto
rów fińskich i rosyjskich. Warszawa. 190U. 8-ka'str. 224
IV. i mapka.
Finlandya zwróciła w ostatnim czasie powszechną na siebie uwagę,
wskutek wielkich ukróceń samorządu finlandzkiego. Był to więc moment
ściśle polityczny powodujący, że na kraj ten zwrócono baczniejszą niż
dotąd uwagę. Ale stosunki tego kraju przedstawiają niewątpliwy a trwały
interes i w wielu innych kierunkach, odstępujących nawet zupełnie od
chwilowej aktualności politycznej. Więc sama ludność przynależna do
grupy fińsko-ugrskiej spokrewniona z Madziarami, Estam i, Finami i t. d.
Więc ustrój polityczny, oparty na zasadzie dawnej, prawo wyborcze,
w kraju czy gminie, oparte na systemie wielokrotności głosów przy
zastosowaniu cenzusu plutokratycznego bez uwzględnienia jednostek do
chodowych. Więc walki sekty religijnej, walki fenomanów ze swekomanami, wysoki stan oświaty ludowej, mimo słabego rozwoju szkolnictwa.
Na pierwszy plan zwłaszcza wysuwa się tu przedewszystkiem walka feno
manów ze swekomanami. Fenomanie to stronnictwo, które usiłuje ludowy
pierwiastek fiński wykształcić, które dąży do wytworzenia własnej naro
dowej kultury, swekomanie to ci, co uwzględniając dotychczasowy.‘rozwój
historyczny, usiłują kulturę szwedzką przeszczepić i utwierdzić. Fenomanie
opierają się na ludzie, swekomanie na warstwach wyższych. W ruchu
fenomańskim widać ciągły rozwój i rozrost, u swekomanów widoczne chy
lenie się do upadku.
Pomijając kwestye polityczne,. których wyczerpujące omówienie było
utrudnione rozmaitymi względami, książka p. Koskowski ego daje wszech
stronny obraz stosunków Finlandyi. Obok stosunków politycznych i reli
gijnych mamy tu interesujący obraz jej stosunków przyrodzonych, ekono
micznych, kulturalnych i administracyjnych. Język na ogół dobry, pożądanaby była tylko dokładniejsza korekta.
D r. Z. O ar gas.
M ateřjaíy do ukraińsko-ruskoi etnologii. Wydanie etnograficznoi
komisyi. Tom II. Lwów. 1899. 8-ka. str. 144.
Tom powyższy zawiera monografię o Hucułach, owoc przeszło dwu
dziestoletniej pracy prof. Włodzimierza Szuchewicza. Nie je st to jedna
kowoż pierwsza większa monografia w tym przedmiocie. Poprzedziła ją
o kilka lat wcześniejsza praca Dra Kaindla p. t, „Die Huzulen. Ihr Leben,
ihre Sitten und ihre Volksüberlieferung“ (1894); między temi dziełami
zachodzi ta przedewszystkiem różnica, że podczas-gdy Dr. Kaindl zajmuje
się więcej Hucułami bukowińskimi, autor kreśli nam obraz życia Hucułów
— 437 —
galicyjskich. Monografię swą p. t. „Huculszczyzna“ (Część I.) podzielił
an tor na 8 rozdziałów; w pierwszym z nich daje pogląd na fizyografię
kraju, zamieszkanego przez Hucułów; opiera się tu na pomnikowem dziele
prof. Dra Rehmanna p. t. „Karpaty pod względem fizyczno-geograficznym“
i na dziele Dra Zubera „Atlas geologiczny Galicyi“. I tak zajmuje się
najpierw orografia, hydrografią, dalej geologią i klimatem krajów hucul
skich, wreszcie podaje płody mineralne kraju, a w końcu rozdziału za
znajamia nas z florą i fauną Huculszczyzny. Rozdział drugi zawiera pogląd
etnologiczny. Genezy samej nazwy autor nam nie podaje; przytacza tylko
zdania kilku badaczy. Korzeniowski we wstępie do „Karpackich górali“
wywodzi nazwę Hucułów od słowa „koczować“, ponieważ w czasach na
padów Tatarów i Turków, mieszkańcy kraju leżącego po tamtej stronie
Dniestru, szukali dla siebie schronienia w górach i koczując tam prze
zwali się „Koczułami“ (str. 21). Dr. Kaindl w wyżej cytowanem dziele
wywodzi nazwę Hucuł od słowa „hucan“ (t. j. rum. potoman t. zn. wielki
złodziej). Inni wywodzą tę nazwę również od rumuńskiego „ha“ t. zn.
złodziej i końcówki „ul“. Dodać tli wypada, że Háquet w „Neuste physi.»kalisch-politische Reisen“ (1794) nie zna słowa Hucuł; na oznaczenie tego
ludu używa nazwy „Gebirgs-Russen“ albo „die wahren Pokutier“. Autor
zajmuje się w dalszym ciągu gwarą huculską i podaje szereg form gra
matycznych. Co do pochodzenia Hucułów, to istnieje dziś cały szereg
teoryj; jedni wywodzą ich od Scytów, inni od Gotów, Kumanów, Mongołów; inny znów szereg uczonych wywodzi ich od Rusinów i Rumunów;
autor — nie licząc się z całym tym szeregiem teoryj — twierdzi, że Huculi są narodowości ukraińsko-ruskiej.
Pewnie możemy twierdzić, że ilu cni i to nie element czysty, ale
według słów Dra Kaindla „ein Mischvolk“.
Codzienny tryb życia huculskiego przedstawiony jasno wraz z wszystkiemi stronami jego doli i niedoli. Kilka uwag poświęca autor nieznającej
częstokroć granic gościnności huculskiej. Nieograniczone zamiłowanie wol
ności, umysł żywy i niespokojny, skłonny do kłótni a pochopny do bójki,
pchał dawniej Hucułów do życia zbójeckiego; to życie opryszkowskie Hu
cułów kreśli autor na podstawie przedmowy Korzeniowskiego w „Kar
packich góralach“. Ono, jak mówi, „nie pochodzi z ich skłonności do rozbójnictwa, jak to niesłusznie im wyrzucają, ale poprostu z gorącości
ślepych, ale wcale nie nizkich namiętności“; Według twierdzenia autora,
Huculi to lud bardzo pobożny; twierdzenie to jest dobrym odwetem, da
nym Buchnerowi, który w „Kraft und Stoff“, (16. Aufl. 1888. s. 389)
powiada: „Obgleich dieselben (seil. Huzulen) sehr gut geartete Menschen
sind, kennen sie kaum eine Religion; und im Umkreise vieler Stunden
ist keine Kirche zu sehen. Nur einmal im Jahre reitet der Pope, den sie
kaum kennen, durch die Dörfer und tauft die neugeborenen Kinder ...sie
sterben ohne die Tröstungen der Kirche“ i tym podobne niedorzeczności.
Ale z drugiej strony ta ich pobożność, nie wyklucza bynajmniej całego
szeregu ich wierzeń i zabobonów, n. p. „Bohorodyca“ a „Preczysta Diva“
to dwie odmienne osoby i t. p., wiara w duchy, w bogi ziemne i czary
jest u nich silnie zakorzeniona. Stosunki zdrowotne nie są pomyślne.
Wogóle rzecz biorąc, Huculi nie dorośli do dzisiejszych stosunków spo
łecznych. Rujnują się oni na wesela, chrzciny, pogrzeby i pozbywają się
swych majątków; ogromne obszary ziemi, lasy i połoniny przechodzą
— 438 —
w ręce Żydów, którzy zwracają się tu ku pracy rolnej; upadek Hucułszczyzny widzi autor najpierw w wzroście ludności żydowskiej, a w zmniej
szaniu się huculskiej, w ciężarach m ateryalnych, nakładanych na Hucu
łów, w braku oświaty i licznych procesach (szczególnie o obrazę honoru).
Zakończenie tego rozdziału wzoruje autor na uwagach prof. Rehmana,
który w „Karpatach“ (str. 533— 4) powiada, „że ów rycerski Hucuł,
który dźwiękiem olbrzymiej drewnianej trąby (szałaja albo trembita) wita
na połoninie wschodzące słońce i żegna złożonego do trumny towarzysza,
dla którego koń i strzelba były do niedawna nieodstępnymi towarzyszami,
który wiedziony poczuciem swej niezależności zostawał opryszkiem i był
postrachem Ormian i Żydów, stanie się dla nas mityczną postacią“. •
W trzecim rozdziale zajmuje się autor statystyką Huculszczyzny ;
i tak Huculi tworzą 40 gmin katastralnych, z których 24 należy do po
wiatu kossowskiego, 11 do peczeniżyńskiego, a 5 do nadwórniańskiego.
W edług spisu z roku 1880 wynosiła ludność w tych 40 powiatach 54.049,
a w dziesięć lat później 63.265. Dalej podaje autor statystykę tabularnej
własności, wykaz podatków i dodatków, płaconych przez Hucułów, wykaz
dochodów, statystykę szkół i młodzieży szkolnej. W 40 wsiach jest 25
szkół jednoklasowych a 2 dwuklasowe. Liczba dzieci (1899), obowiązanych
do nauki, wynosiła 4997 a do szkoły uczęszczało 690 dzieci.
Czwarty rozdział nosi tytuł: „wieś huculska“. Dzięki licznym i do
brze wykonanym rycinom ilustrującym tekst, przedstawia się ta wieś hu
culska o wiele jaśniej, niż to wynika z opowiadania; autor bowiem zaj
muje się przedewszystkiem w tym rozdziale nie tyle samą wsią, ile opi
sem konia huculskiego i jego zalet.
W piątym rozdziale wprowadza nas autor do chaty huculskiej. Spo
sób budowania chat, z całym szeregiem związanych z budową wierzeń,
przedstawiony jasno. Wiele rycin ilustruje wnętrze chaty, poszczególne jej
części oraz sprzęty domowe.
Huculskiej cerkwi poświęca autor osobny rozdział (VI.). Prawie wszyst
kie Cerkwie są budowane na jeden sposób t. j. mają kształt krzyża. Kilka
rycin podaje poprzeczne i podłużne przecięcie cerkwi.
W rozdziale siódmym zajmuje się autor malowniczym i pięknym
ubiorem huculskim; najpierw ubiorem męzkim a potem niewieścim; cały
szereg ilustracyj przedstawia nam oryginalne zawoje hucułek t. zw. „perem itki“, t. j. zawoje na głowie z płótna własnego wyrobu i t. zw. „rantuchy“, z płótna nie rodzimego wyrobu.
W ostatnim rozdziale (VIII.) zajmuje się autor artykułami spoży
wczymi Hucułów, i wylicza ich potrawy, wśród których pierwsze zajmuje
miejsce znana „kulesza“ (z mąki kukurudzianej), owa włoska Polenta.
Pracę swą zaopatrzył autor w liczne ryciny (około 90), które żywo
przedstawiają nam ważniejsze wypadki z życia huculskiego; kilka koloro
wych rycin przedstawia hucuła i hucułkę i dwa ich oryginalne ubiory
t. zw. „keptar“ i „serdak“. Autor używa w określaniu przedmiotów no
menklatury huculskiej, a znaczenie tych wyrazów podaje w nawiasach.
Dodać na końcu wypada, że praca ta nie jest jeszcze ukończona, że to
dopiero część L, podczas gdy część II. przedstawi nam domowy przemysł
huculski, śpiewy i muzykę, zwyczaje n a weselach i pogrzebach, oraz ma
nas zaznajomić z płodami ducha Hucułów.
A leksander M edyński.
— 439 —
S w iatow it. Rocznik poświęcony archeologii przeddziejowej i bada
niom pierwotnej kultury polskiej i słowiańskiej, wydawany staraniem E.
Majewskiego. Tom III. 1901. Warszawa 1901, 8-ka. str. V I- |- 254.
W części pierwszej, zatytułowanej „Badania oryginalne“, znajdujemy
następujące prace: Wandalina Szukiewicza; „Poszukiwania archeologiczne
w powiecie Lidzkim i Trockim“ (gub. wileńskiej), w jednym z najbardziej
interesujących zakątków Litwy ze względu na obfitość zabytków przeddziejowych (str. 3—29). — Pr. Tarczyńskiego: „Groby rzędowe w powiecie
Płockim“. Jest to dalszy ciąg pracy rozpoczętej w t. П.; zawiera opis
wykopalisk kurhanu w Orszymowicach (30— 332 tabi.), •— Józ. Kolskiego:
„Kamień z wanienką Matki Boskiej“, znajdujący się we wsi Wrzącej, pow.
Tureckiego, . gub. kaliskiej, a stanowiący niezawodnie ongi ołtarz jakiegoś
bóstwa. Miejscowe podanie ludowe głosi, iż w wgłębieniu (w wanience)
tego kamienia Matka Boska, uciekając z Egiptu, kąpała Dzieciątko (33— 41).
Maryana Wawrzenieckiego: „Ślady przeddziejowe w mieście Rawie, gub.
Piotrkowskiej i w najbliższej okolicy“ (42— 45). — St. Jarockiego: „Kur
hany i cmentarzyska w pow. Oszmiańskim, gub. Wileńskiej“ (46— 48).
Dr. Leona Rutkowskiego: „Szkielety i czaszki z cmentarzysk rzędowych
powiatów Płońskiego, Płockiego i Sierpskiego“ (49— 59). — Erazma Ma
jewskiego: „Zabytki przeddziejowe we wsi Janina, w pow. Stopnickim“,
z grobu o ceramice mogił kamiennych i grobów bez kamiennego obło
żenia (60— 75). — S. J. Czarnowskiego: „Jaskinia Borsucza nad P rą
dnikiem“; autor opisuje znalezioną w jaskini tej czaszę (podług badań
J. Tura), wyroby krzemienne, gliniane, kości itp. (7 5— 84). „Bronzy i kości
ludzkie z grobu we wsi Koniuchy (pow. Wiłkomierskiego“); bronzy opisał
B. Majewski, kości ludzkie Jan Tur (85— 93).
Najobszerniejszą pracę znajdującą się w tomie III. „Światowita“ jest
praca p. E. Majewskiego p. ť. „Powiat Stopnicki pod względem przed
historycznym“ (95-<t61). Część ogłoszona obejmuje: przedmowę, wstęp,
(w którym autor skreślił obszar badań swoich, hydrografię i orografię
obszaru, stosunek jego do sąsiednich, szkic geologiczny, postęp odkryć
i gęstość stanowisk przedhistorycznych, ich stosunek do gleby i pod
glebia, wykaz miejscowości, wnioski wypływające z gęstości stanowisk
przeddziejowych, obfitość materyału archeologicznego, sposób eksploatacyi,
literaturę, cel praktyczny pracy i t. p.) — wreszcie część pierwszą: „Wykaz
zabytków porządkiem miejscowości“ (porzecze Schodnię), Nidy dolnej
i górnej i Czarnej). Część druga, która ukaże się w tomie IV. „Światowita“,
zawierać będzie opis zabytków. Rzecz to licznie ilustrowana starannie wy
konanemu mapami, planami etc. Pragnąć należy, aby każden powiat mógł
posiadać podobną monografię. Dopiero wówczas przystąpić by można było
do pewniejszych uogólnień i dokładniejszej charakterystyki przedhistorycznej
ziem polskich.
W dalszym ciągu w dziale zatytułowanym „Korespondencya“, znaj
dujemy szereg notatek o horodyszczu na polach Dubrowca, gub. Podol
skiej (A,. Purzyckiego), o kurhanach, starych śmietniskach, oraz cmen
tarzyskach w widłach Niemna i Hańczy (W. Sieroszewskiego), o wykopa
lisku w Kretkách w dawnej ziemi Dobrzyńskiej (Z. Glogera), o wykopalisku
z epoki la Tene w Smardzewicach, pow. Opoczyńskim, gub. Radomskiej
Bronisł. Aleksandrowicza) i wiele innych.
— 440 —
W części zaś drugiej III. rocznika, w „Przeglądzie archeologicznym“
znajdujemy dalszy ciąg streszczenia pracy Dr. L. Niederlego: „Lidstvo
v době předhistorickó“, a mianowicie: początkowy użytek kruszców, mie
dzi i bronzu (171 — 199). W następnym roczniku ukaże się okres żelazai
W dziale: „Ruch naukowy“ zamieszczono: „Pierwsze pojawienie się
żelaza“ — mowa prof. Mónteliusa ze Sztokholmu, „O ukazaniu się Słowian
w Niemczech“ — mowa prof. R. Yirchowa, miana w Halli.
„Materyały do mapy archeologicznej“ M. K. W ilanowskiego. „Roz
biory i sprawozdania“ z prac: Mónteliusa, R. von Eckerta i S. K. Kuźniecowa; dalej spis artykułów archeologicznych z „Gazety Kaliskiej“ (za
r. 1900) i „Tygodnia Piotrkowskiego“ (za lata 1873— 1898), wreszcie
notatki IV dziale „Z Muzeów“ (229:— 237), „Drobne wiadomości“ (239— 243),
„Wspomnienie, pośmiertne o ś. p. Franciszku Tarczyńskim“ i „Literatura
ogólna (archeologiczna) z ostatniego dwulecia: 1899 — 1900“ (str. 244 - 248)
dopełniają i zaokrąglają treść III. rocznika „Światowita“.
Jak do tomów poprzednich tak i do niniejszego dodano doskonale
ułożony „Skorowidz analityczny“ (B. W. Korotyńskiego).
II. Ułaszyn.
Lončar Dragotin Dr. O gostosü prébivalstva in 'krcijev na K ranjskem .
Y Liubliani. 1902. 8-ka. str. 31. Sprawozdanie II. gimnazyum w Lublanie
za rok 1901/2.
Prof. Lonczar omawia dokładnie i sumiennie gęstość zaludnienia
i osiedlenia się Słoweńców w Krainie. Uwzględnia w swych wywodach
położenie topograficzne miejsca, stopień ciepłoty, ilość opadów rocznych,
jakość i produktywność ziemi, stosunki gospodarcze i handlowe, wogóle
wszystkie przyczyny, które na gęstość zaludnienia wpłynąć mogły. Całość
zaopatrzona jest w tablice statystyczne, podające wyniki badań autora.
Dowiadujemy się z nich, że Kraina liczy obecnie 468.369 mieszkańców,
zajmujących 4595 osad. Najwięcej ludności i osad znajduje się na wyso
kości 300 400 metrów ponad powierzchnią morza, bo 1087 osad z 116.070
mieszkańcami, czyli 23 660/0 osad i 24.78°/0 mieszkańców, t. j. blizko ’/4
całej ludności. Jeżeli zaś patrzeć będziemy na gęstość ludzi i osad na
podstawie podziału polityczno-administracyjnego, natenczas widzimy, że
najgęściej zaludniony jest okręg sądowy lublański, a najmniej radowlicki;
największą zaś liczbę osad pokazuje okręg sądowy komnicki, najmniejszą
ma znowu okręg radowlicki. W ogólności część zachodnio-północna ma
większą gęstość ludzi i osad, niż wschodnio-południowa. Jako powód
różnego rozmieszczenia ludności i osad podaje prof. Lonczar głównie sto
sunki orograficzne; hipsometryczne, hydrograficzne i klimatyczne. Od tych
czynników zawisła także produktywność ziemi i jej uprawa. Natomiast
stosunki handlowe i kupieckie nie wpływają w ogólności na gęstość za
ludnienia.
D r. J . LeciejeiusM.
Soukup Jan. S t a r o č e s k é v ý r o č n í o b y č e j e , s l a v n o s t í ,
pověry, č á r y a z á b a v y p r o s t o n á r o d n í ve s p i s e c h Tomáše
ze S z t í t n é h o . Pilzno. 1902. 8-ka. str. 18. Część L (Sprawozdanie cze
skiej szkoły realnej w Pilznie za rok szkolny 1901 — 1902).
— 441 —
Dla badań folklorystycznych ważną jest rzeczą mieć wiadomości
o zwyczajach ludowych z czasów dawniejszych; tylko bowiem w takim
razie można stwierdzić, o ile zwyczaj jaki bardziej się rozpowszechnił czy
też zanikł, jakie formy przybierał, jakie fa.zy przechodził; często można
znaleźć w starszych wiadomościach klucz do poznania początku i obja
śnienia powstania jakiego wierzenia, przesądu lub innego zwryczaju. Celem
rozprawy jest zebranie wiadomości o zwyczajach ludowych, jakie się znaj
dują w pismach staroczeskiego pisarza, Tomasza ze Szczytnego (1331 —1401);
Zebrane szczegóły ułożył według kalendarza. Zaczyna od święcenia różnych
przedmiotów, jak wody, gromnicy, popielea, palm, ognia i t. d.; mówi
jednak w tym rozdziale tylko ogólnie, o danych rzeczach, bo dokładniej
zastanawia się nad święceniem tych przedmiotów, w rozdziałach nastę
pujących. Ciekawą jest rzeczą, że już Tomasz ze Szczytnego powiada; iż'
dawniej święcono więcej przedmiotów, księża jednak zaprzestali je świę
cić, ponieważ ludzie używali tych rzeczy święconych do czarów i guseł.
Dowiadujemy się także, że dawniej święcono w Czechach wodę i sól
w każdą niedzielę, że na początku postu święcono rzodkiew, aby chrześcianom przypomnieć gorzką mękę Chrystusa i zwrócić uwagę na suro
wość postu wielkiego. Dalej następują zwyczaje w wigilię św„ Trzech
Króli, zwyczaje mięsopustne, święcenie gromnic. Ostatni zwyczaj wywodzi
staroczeski pisarz z motywów religijnych, twierdząc, że gromnice święci
się na pamiątkę wywodu Matki Boskiej, ku obronie przeciw dyabłu i dla
uzyskania szczęśliwej śmierci; tymczasem zwyczaj święcenia świec po
chodzi z czasów pogańskich. Inny pisarz z tego samego wieku, Jan Mi
licz z Kromieryża, podaje też inny początek tego zwyczaju, mówiąc, że
w tym miesiącu była porwana Prozerpina przez Plutona, a matka jej
Ceresj szukała swej córki z pochodnią całą noc; na pamiątkę tego zda
rzenia poganie oświetlali w tym miesiącu ziemię zapalonemi pochodniami;
ojcowie święci, nie mogąc wytępić tego zwyczaju, postanowili świecić
świece wośkowó w dzień Matki Boskiej na jej cześć. Dalej znajdujemy
wiadomości o popielcu, poście i o niedzieli czwartej postu, zwanej środopostna. Zwała się ona w owym czasie u Czechów niedzielą drużebną,
rzekomo dla tego, że w nią schodziły się dawniej dziewczęta na wspólną
zabawę. Dziś ten zwyczaj prawie już nie istnieje. Na tem kończy się
połowa pierwsza rozprawy p. Soukupa; na drugą połowę trzeba będzie
czekać rok t. j. do następnego sprawozdania szkolnego, a szkoda, że tak
długo nie wyjdzie, bo jest i zajmująca i pouczająca. Autor bowiem po
daje nie tylko wiadomości zebrane u wspomnianego pisarza staroczeskiego,
ale dodaje zarazem świadectwa z innych dzieł czeskich starszych i no
wszych dla wyjaśnienia rzeczy.
D r. J . Leciejeivslci.
— 442 —
SPRAWY TOWARZYSTWA.
L Spraw ozdania Oddziałów.
1. Oddział w Podgórzu.
Posiedzenie zarządu Oddziału Towarzystwa ludoznawczego w Pod
górzu odbyło się 29. czerwca b. r.
Obecni pp.: Udziela, jako przewodniczący, Garbaczyńska, Zającz
kowska, Świba, Mikstein, Tync', Taroni i Guńkiewicz sekretarz. Posiedzenie
to zaszczycił swoją obecnością jako gość p. St. Zdziarski, sekretarz głó
wnego Zarządu Towarzystwa ludoznawczego, który przybył umyślnie w tym
celu do Podgórza.
Przewodniczący odczytał pismo Zarządu głównego z 24 czerwca
1902 r. 1. 68. zatwierdzające założenie Oddziału. Witając następnie p. St.
Zdziarskiego, wyraził zadowolenie wydziału z Jego obecności i prośbę
0 udzielenie rad i wskazówek, potrzebnych do wprowadzenia sprawy na
należyte tory. W odpowiedzi na to, zaznaczył p. Zdziarski pewność, jaką
Zarząd główny, a także i on wr osobie tak światłego, doświadczonego
1 wytrawnego kierownika, jakim jest p. Udziela, pokładają, wobec czego
zbędnemi okazują się tu jakiekolwiek rady i wskazówki. Oznajmił tylko
następnie, że Zarząd główny zgodził się na uchwałę wydziału tutejszego
Oddziału w sprawie miesięcznego ściągania od członków wkładek, oraz
przyrzekł wypłacenie 5°/0 od włożonych przez Oddział wielicki za rok
1901, lecz żądał dowodu, że Oddział nie istnieje. Sprawę wyjaśnił p. prze
wodniczący. Przyjmując wyjaśnienie, prosił p. Zdziarski p. skarbnika Od
działu o wykaz tych członków, którzy za r. 1902 już całą wkładkę uiścili,
aby ich w „Ludzie“ pokwitować. Zapewniono, że taki wykaz można do
piero w grudniu b. r. przedstawić, bo dopiero wtedy wszyscy członkowie
wkładki ukończą płacić. Następnie opisał p. przewodniczący wycieczkę
tutejszego Oddziału do Skawiny i urządzoną tamże wystawę etnograficzną,
z której kilkanaście przedmiotów naszkicowali pp. Taroni i Guńkiewicz,
oraz postawił pod dyskusyę sprawę podziękowania p. Stanisławowi Mrocz
kowskiemu, burmistrzowi, za przyjęcie wycieczki, a Komitetowi miejsco
wemu na ręce prezesa tegoż Dr. Stanisława Nawrata, za gorliwe zajęcie
się sprawą urządzenia wystawy. Uchwalono wystosować podziękowanie do
burmistrza i do każdego członka Komitetu miejscowego z osobna. Uchwa
lono zwrot pp. Taroniemu i Guńkiewiczowi kwoty 2 K. 20 h. tytułem
kosztów podróży, odbytej osobno na wystawę do Skawiny celem zrobienia
szkiców, oraz o upoważnienie skarbnika do poczynienia wydatków z fun
duszów Oddziału na wykończenie zebranych szkiców. Przewodniczący
przedłożył sprawozdanie z ukonstytuowania się 3-ch sekcyi tutejszego Od
działu a mianowicie: 1) do sekcjń a) „zbierającej materyaly wprost u ludu“
należy 11 osób, pp. Łaska, przewodnicząca, Zagórska, Kopaczówna, Ciastoniówna, Kappe, Serwatowska, Tync, Świba, Balicki, Guńkiewicz i Pio
trowski sekretarz sekcyi — wszyscy z Podgórza, oraz zamiejscowi pp.:
Gazdeczka Czaja, Depowski, Dobrzycka, Kotowski i Trasińska; 2) do
sekcyi b), „dziennikarskiej“ należy miejscowych osób 12 a to pp.: Świba,
pizewodniczący, Bieleś, sekretarz, Domagalska, Krzanowska, Topolińska,
Spisówna, Kuczerówna, Piotrowski, Jodłowski, Balicki, Domański i Nie-
— 443 —
wodowsM, a 5 zamiejscowych : pp. Depowski, Dobrzycka, Świerczyński,
Gworek i Czaja; 3) do sekcyi с) „rysunkowej“ wpisało się 7 członków
miejscowych, a to pp.: Boherówna, Flachówna, Garbaczyńska, Zajączkow
ska, Taroni, Mikstem i Guńkiewicz, a zamiejscowy 1, p. Gworek. Prze
wodniczącym tej sekcyi obrano p. Udzielę, sekretarzem p. Miksteina. Na
stępnie rozwinęła się dyskusja między p. St. Zdziarskim a p. Przewodni
czącym w sprawie prowadzenia indeksu, który ograniczyć należy naj
przód do roczników „Ludu“.
W y s t a w a e t n o g r a f i с zn o- аг c h e o 1o gi с zn a w Skaw inie.
Sekcya wycieczkowa' Oddziału podgórskiego, złożona z pp. Ks. Łaskiego,
Miksteina i Taroniego urządziła wycieczkę naukową do Skawiny, połączoną
z wystawą etnograficzną w Skawinie. W dniu 7-go czerwca popołudniu
wyruszyło grono Członków tutejszego Oddziału w liczbie około 50 osób
z Podgórza i okolicy pociągiem kolei żelaznej. Na dworcu w Skawinie
oczekiwali na wycieczkę pp. Stanisław Mroczkowski, burmistrz miasta
Skawiny, Dr. Stanisław Nawrat, prezes komitetu przyjmującego wycieczkę,
i Cz. Czapkiewicz, sekretarz magistratu. Po krótkich słowach powitania
ruszono do starego grodu, który przybrał odświętny charakter, a z gma
chu jego Rady miejskiej powiewała chorągiew o barwach narodowych.
Przy dźwiękach muzyki skawińskiej w strojach narodowych weszli wycieczkowcy do sal gmachu Rady miejskiej, gdzie znaleźli urządzoną ze
znacznym trudem i nakładem pracy miejscowego komitetu wystawę etnograficzno-archeologiczną.
W 3 salach rozmieściła się ta wystawa, zawierająca zbiory z miasta
Skawiny i okolicy a 4-tą salę urządziła wycieczka, wystawiając zbiory
p. Udzieli.
W wystawie, urządzonej staraniem miejscowego komitetu można
było wyróżnić 3 oddziały a mianowicie: D z i a ł I-szy, który obejmował
zbiory etnograficzne, a więc ubiory męskie i kobiece miejskie i wiejskie,
nietylko dzisiejsze, lecz także noszone jeszcze przed kilkudziesięciu albo
nawet 100 laty, — a dalej sprzęty i narzędzia ludowe z drzewa oraz
wyroby z wełny z czasów dzisiejszych i dawniejszych. D z i a ł Il-gi archeołogiczno-archiwalny przedstawiał akta grodzkie, przywileje, nadawane
miastu Skawinie w różnych czasach, akta cechu ślusarskiego, oraz wyko
paliska: urny i różne dawne wyroby z krzemienia i kości. D z i a ł Iłl-ci
wreszcie charakteryzował faunę i florę miasta Skawiny i okolicy. W sali
4-ej wyłożono ze zbiorów p. Udzieli niektóre oryginalne wyroby koronek
i haftów, dalej rysunki haftów, zdobnych strojów i sprzętów ludowych
a także szkice z zakresu budownictwa ludowego, oraz liczny komplet kart
ilustrujących, różne typy ludu naszego, jakoteż ozdobionych motywami
ludowymi.
Wystawa wywołała wprawdzie u obecnych przekonanie, że trzeba
tu było wielkiego zasobu energii i trudu miejscowego komitetu, by ją zor
ganizować, lecz z drugiej strony widok jej dowodzi, że lud nasz zacho
wuje u siebie wiele jeszcze cennych wskazówek, potrzebnych do jego
poznania. Trzeba tylko, aby znaleźli się ludzie ochoczy do tej pracy
a sprawa ludoznawstwa naszego może w niedalekiej przyszłości wydać
dobre owoce. Miło też zaznaczyć tutaj wypada, że sprawa nasza przyjęła
się pomyślnie tak między tutejszą inteligencyą i mieszczaństwem, jak oby
— 4.4-1 —
watelstwem okoMcziiem, a nawet włościaństwem, czego dowodem jest to,
że wystawa miała licznych gości ze wszystkich tych sfer ludności..
Gdy obecni'po oglądnięciu wystawy zebrali się w sali głównej za-,
brał głos p. Udziela. W przemówieniu zwrócił się przedewszystkiem do
przedstawicieli Rady miaśta Skawiny, pp. Mroczkowskiego, Nawrata i Czapkiewicza i w gorących słowach wyraził podziękowanie za trudy podjęte
w przyjęciu i powitaniu z sercem wycieczki. Nie szczędził też słów uzna
nia i podzięki miejscowemu komitetowi za żmudne a umiejętne urządzenie
wystawy. Następnie w ykazał. cele Towarzystwa ludoznawczego, ich wragę
dla przyszłości i omówił wszystkie kierunki, w jakich pracować można,
aby dojść do zamierzonych statutem Towarzystwa rezultatów. Przyznawszy
dalej, że nadzwyczaj trudną, byłaby, praca jednostki i skąpą w skutki,
gdyby, jej nie poparło społeczeństwo, wykazał błogie owoce pracy wielu
takich chętnych, choćby każdy działał tylko w małym zakresie, bo w za-,
kresie najbliższej swej okolicy. W dalszym ciągu zaznaczył wysoką war
tość najdrobniejszego nawet szczegółu z dziedziny ludoznawstwa, który
czasem przypadkowo uda się pochwycić. Podziękowawszy wreszcie, obecnym
z miasta i okolicy gościom dzisiejszej wystawy za okazane zajęcie się nią,
zaprosił do wspólnej, solidarnej, pracy wszystkich obecnych.
Po przemówieniu, przyjętem oklaskami, zwrócono się jeszcze raz do
obejrzenia wystawy. Wystawa ta pozostała jeszcze przez następny dzień
otwartą, aby dać możność korzystania z wolnego czasu z powodu nie
dzieli mieszczanom i wieśniakom, którzy też rzeczywiście tłumnie na wy
stawie się jaw ili, a wszystkim z objaśnieniami szczegółów wystawy służył
niezmordowanie p. Czapkiewicz.
Wiele przedmiotów wystawy zostało przez zwiedzających opisanych,
wiele odpisanych, a niektóre okazy odrysowali pp. Taroni i Guńkiewicz.
II. D a r y .
61. „Światowit“, rocznik poświęcony archeologii przeddziejowej i badaniom
pierwotnej kultury polskiej i słowiańskiej, wydawany przez E. Majew
skiego. Tom IV. AVarszawa. 1902.
62. Hi Ułaszyn, Lipsk, swoją pracę: O Janie Potockim i literaturze Kau
kazu. AVarszawa. 1902.
63. Księgarnia E. Wende i Sp.: A., Öerny, Istoty mityczne Serbów łuży
ckich. Warszawa. 1901.
64. St. Zdziarski, Lwów, swoją pracę: Garść baśni ludu ruskiego ze wsi
Nałuża w po w. trembówelskim. Kraków. 1902.
65. St. AVindakiewicz, Kraków, swoje dzieło: Teatr ludowy w dawnej
Polsce. Kraków. 1902.
66. Ks. J. Londzin, Cieszyn, swoją pracę: Stan szkół ludowych w Księ
stwie Cieszyńskiem na początku XIX. stuleqia. Lwów. 1902.
67. Towarzystwo Tatrzańskie: Pamiętnik... za rok 1902. Kraków. 1902.
68. J. Policka, Praga, swoją pracę: Bieleżki km prykazkitie w Szapkarewyja „Sborńik“.. Sofia 1902.
69. Akademia Umiejętności w Zagrzebiu: Zborni k za narodni život a običaje južnih Slavena. Tom VIL cz 1. Zagrzeb. 1902.
— 445 —
70. A. Landau, Wiedeii, swoją pracę: Zur polnischen Gaunersprache.'
Wien. 1902.
"
7 !.. L. Magi erowsld, Jaćmierz: Przewodnik bibliograficzny. 1889— 1898.
Ponadto zakupiono następujące dzieła:
1. O. Kolberg. Lud. Tom: Y, VI, VII, IX, XI, XIV, XVII, XVIII i XIX.
2. 0. Kolberg. Pokucie. Kraków. 1882. Tom .1.
3. Ż. Pauli. Pieśni ludu polskiego w Galicyi. Lwów. 1838.
4. Ż. Pauli. Pieśni ludu ruskiego w Galicyi. Lwów, 1840,
5. J. Lipiński. Pieśni ludu wielkopolskiego. Poznań. 1842.
6. L. Jucewicz. Litwa. Wilno. 1846.
7. K. Turowski. Dodatek do zbiorów pieśni ludu. Lwów. 1846.
8. J. Łoziński. K u skoje wesile. Przemyśl. 1835.
T ow arzystw o lu d ozn aw cze, pragnąc sk o m p leto w a ć sw o ją bib liotek ę tak,
by ona o ile m ożności zaw ierała w s z y s tk ie polskie dzieła etn ograficzn e, a ta k że
o b ce, prosi w s z y s tk ic h , którym dobro T o w a rzy stw a leży na sercu , o zasilanie
zbiorów książkam i, z w ła sz c z a starszem i. Pp. autorów i nak ładców dzieł etnogra
ficznych, lub sto ją cy ch w zw iązku z lu d ozn aw stw em , upraszam y o nadsyłanie
egzem plarzy recenzyjnych. Każda k siążk a będzie om ów iona w „Ludzie“ obszerniej
lub krócej.
B ib lio te k a Ś lą sk a w K a to w ic a c h
ID :0 0 3 0 0 0 2 0 2 7 4 7 4
II 4 5 2 1 / 8 / 1 9 0 2
