80d9a030405e734ccfa0d259dff92843.pdf

Media

Part of Recenzje i sprawozdania, cz. 2 / Lud, 1910, t.16

extracted text
B

RECENZYE I SPRAWOZDANIA.
--- <x---- x>---

Rozprawy Akademii Umiejętności. Wydział filologiczny, Tom 46,
Kraków 1910.

Ponieważ najobszerniejszą z rozpraw tu zamieszczonych (Dr.
J. Reinhold, O Bercie z dużemi stopami) omówił już prof. P o rę­
bowi cz (Lud XV, 169—187), uwzględniamy tylko ostatnią, K a z. Ni­
tscha, Próba ugrupowania gwar polskich, z mapą (str. 336—365). Pier­
wsza to próba mapy gwarowej polskiej; wykreślił na niej autor liczne
izoglosy t. j. linie takich samych zjawisk gwarowych, pokąd np. sięga ma­
zurowanie, wymawianie a pochylonego jak a otwarte i t. d. Jako pierw­
sza próba przedstawienia zjawiska bardzo skomplikowanego i wobec
braku prac przygotowawczych, musiała wypaść i niedokładnie i niezupeł­
nie : autor sam zaznacza jej luki, (t. j., że nie mógł całego ciągu każdej
izoglosy przedstawić), i wymienia te zjawiska, których nie uwzględnił
wcale. Pokusił się więc o rzecz, którą gdzieindziej (we Francyi, Niem­
czech), z inicyatywy rządowej (ministeryum oświaty), albo prywatnej
(ale popartej hojnie przez ministeryum), z olbrzymim nakładem pracy
przedsiębrano i należy mu się wdzięczność i gorące uznanie za wy­
pełnienie takiej luki. U nas był on jedyny, co podobnej pracy mógł
się podjąć, jako najlepszy znawca całości gwar polskich, badający je
od szeregu lat i ogłaszający od dawna wyniki swych studyów. Po
opracowaniu materyałów pruskich (z Prus królewskich i książęcych, wscho­
dnich), ogłosił świeżo w Materyałach i Pracach Komisyi językowej IV.
(Kraków 1909, str. 85—356), obszerne studyum, „Dyalekty polskie Śląska,
z mapą“, gdzie pierwszy, po Malinowskim i Bystroniu, dyalektologię ślą— 215 —

Recenzye i sprawozdania
ską o znaczny krok naprzód posunął, obejmując całokształt narzeczowy
prastarej dzielnicy. Po wstępie, gdzie się z pracami poprzedników — dysertacyi berlińskiej ks. Nickela, co tylko jedno narzecze śląskie opraco­
wała, autor jeszcze nie znał — krótko rozprawił i własnej pracy sposób
i drogi oznaczył, omówił głosownię, zwracając szczególną uwagę na ma­
zurowanie i na nosówki. Dalej powiedział nieco o słowotwórstwie (głó­
wnie tylko o nazwiskach osobowych), potem odmianę wyczerpał; w czę­
ści trzeciej przeszedł do ugrupowania dyalektów mianowicie do rozró­
żniania dyalektów mieszanych, przejściowych; w części czwartej dał kilka
listów ludowych i bogaty słownik gwarowy, bardzo dokładny (i co do
strony fonetycznej i co do znaczeniowej). Należało się może tylko nieco
więcej objaśnień, np. „fąsok, jakaś choroba reumatyczna“; p. Nitsch
wie chyba, że to nasz węsad, (/zamiast w, jak niby w Cześkiem fous
— wąs, chociaż ta nazwa nic z wąsami niema do czynienia; w jest przydechowe), ależ nie każdy z jego czytelników to wie; byłbym też pododawał czeskie słowa, z których śląskie wzięte (np. fuczy sie = dmu­
cha, czeskie foućiti), a których nie każdy czytelnik się domyśli, Ga­
lu n k a modry pas u dołu spódnicy — stąd przenośnie dziewczyna,
„a kole galane k... jatu żadnej niema m“: ależ to chyba dwa ró­
żne słowa, jedno g a 1 o n, a drugie gal antka. Olmaryja (o d m aryja, o z ma ryjka) nie z „armoire?“ poszła, lecz jest najpospoli­
tszy polski i czeski wyraz, z niemieckiego, a to z łać. almarium (skrzy­
nia). Przy „og u 1 o rz, ogulorka obłudnik, obłudnica“, można było
dodać nasze, fałszywie przez ó zamiast u pisane, oguł, ogułem (ob­
łudnie), po narzeczach na o gul ach (np. w Ezopie z r. 1522, na ogułach im rozkazał = pozornie). „S po baby za darmo np. młócić pogo­
rzelcowi i t. d.“, to nasza powaba = tłoka Pluskfa pliszka, z takim
1 u zamiast li, jak my mówimy lunąć zamiast linąć, albo stolug w a zam. s t o 1 i g wa, L i b i ąż zam. L u b i ąż itd. Takie drobne uzu­
pełnienia nie ujęłyby wartości samego słownika. Po przedstawień u gwar
pruskich i śląskich przejdzie autor do wielkopolskich. Lecz wracam na
chwilę do owej próby ugrupowania gwar polskich.
Autor bowiem nie ograniczył się samą statystyką czy geografią,
nie zadowolił się wykazaniem np. pokąd sięga wymawianie pochylonego
a jak a, końcowego o jak om, nierozróżnianie y i i, zatrata nosowości
zupełna albo tylko przed szczelinowemi (ciognoć, dziesiotka, p i ot y, m i es o, ge s i) i t.d. Wdaje się w znaczenie i w przyczynę tych faktów,
mówi np. o etnicznych odwiecznych różnicach, na jakich sie mazurowa­
nie zasadza, o tubylcach Prusakach na Kociewiu, co polskie pochylone
a jak czyste a przyjmowali i t. d. Wszystko to są szczere fantazye; ani ma­
zurowanie ani a zamiast a itd., niczego podobnego nie dowodzą, lecz
na inne miejsce szersze o tern wywody odkładam, przestrzegając tylko
tym razem czytelnika, aby owych domysłów' autorskich niczem nie spra­
wdzonych, nie stawiał na równo ze sprawdzonymi przez autora faktami.
Berlin.
A. Bruckner.
Dr. Przemysław Dąbkowski. Prawo prywatne polskie. Tom 1.

Lwów, Nakładem Tow. dla popierania nauki polskiej. 1910. XXII i 601.

- 216

Recenzye i sprawozdania
Liczne części tego dzieła winne zająć i czytelników „Ludu“. Autor
bowiem nie poprzestaje na systematycznym wykładzie przepisów da­
wnego prawa polskiego, lecz wyjaśnia ich genezę na podstawie pararel
etnograficznych, przy czem szeroko uwzględnia prawo obyczajowe, lu­
dowe; cytuje więc, nieraz na jednej stronicy kilkakrotnie, i Wisłę i Lud,
prace Witorta np. (Jus primae noctis z „Ludu“ 11. i polemikę o to z ks. Jaborskim i i.), Potkańskiego (Postrzyżyny i i.), Bruchnalskiego o Piaście,
Glogera Encyklopedyę staropolską i t. d. Przedstawia, mówiąc np. o pra­
wie małżeftskiem, pojęcie małżeństwa i jakie ta instytucya przechodziła
koleje, od pierwotnego bezładu płciowego, jakie po nim pozostały ślady
i t. d.;albo mówiąc o osobach przyrodzonych, wspomina o nadawaniu imion
(słowiańskich i chrześciańskich), o postrzyżynach i t. d., to znowu o pobratymstwie i t. d. Są to dla nas najciekawsze ustępy całej książki. Wy
kład bardzo ostrożny, trzeźwy, jasny, uwzględnia najnowsze wyniki ba­
dań etnograficznych i streszcza je nadzwyczaj przystępnie; tu i ówdzie
można jakiś szczegół dodać lub poprawić, np. żona, żenić niema nic
wspólnego z ż o n ę t. j. gnam (to tylko niefortunny domysł Glogera, co
w podobny sposób i zięcia od z-jęcia wyprowadzał). Albo omawia­
jąc kunę (kunicę), jako resztki służącego niegdyś panom ius primae noctis
a to znowu jako pozostałość tego stanu, kiedy kobieta musiała się oddać
każdemu mężczyźnie, należało może dodać ograniczenie: mężczyźnie tego
samego rodu czy szczepu, co potem tylko na naczelnika rodu czy szczepu
a w końcu na pana przechodziło. Maciejowskiego pasterne, niby bá­
steme (str. 366) wydaje mi się fikcyjne; by k o w e zaś opłacał mężczyzna
(ojciec nieprawego potomstwa), nie kobieta. Nie uwzględnił autor cieka­
wego wywodu słownego małżeństwa, rzucającego dziwne światło na
pojęcie prawne Słowian (podobnie jak wywód księdza, księcia na
ich pojęcia państwowe). Ale to są drobne dodatki, nie ujmujące w niczem wartości dzieła, które się czyta z wielką przyjemnością, bo nie ma
nic owej suchości, jaką nas dzieła prawnicze, szczególniej podręczniki,
odstraszać zwykły; szeroki podkład historyczny, traktowanie porównaw­
cze (paralele germańskie, rzymskie, słowiańskie) urozmaiciły nadzwyczaj
wykład, celujący zarazem znaną gruntownością i uczonością autorską.
W obszernym wstępie omówiono dotychczasowe prace na tym polu,
uwieńczone teraz przez dzieło, zapełniające wielką lukę w nauce polskiej.
Berlin.

A Briickner.

Ludwig Emil Iselin. Der morgenländische Ursprung der Orallegende
aus orientalischen Quellen erschlossen von ...Halle a. S. Verlag von
Max Niemeyer, 1909. 8-0 s. IV. + 133 -j- 1 nlb.
Już w samem określeniu rodzaju tematu o św. Gralu napotykamy
na poważną trudność i musimy się wahać, czy nazwać należy opowieść
tę legendą, czy baśnią. Z jednej strony bowiem gra wybitną rolę postać
Józefa z Arymatei, z drugiej strony przygody miłosne i bohaterskie.
Rozwiązanie tej kwestyi jest bardzo trudne, tern więcej, że nie możemy
wykazać źródeł motywu, a przedmiotem badania może być jedynie prze­
róbka artystyczna i to oczywiście silnie przekształcona, bo wyszła z pod

— 217 —

Recenzye i sprawozdania
ręki mistrzów niepoślednich, jak Chrestien de Troyes czy Wolfram von
Eschenbach.
Sam motyw, jako niezwykle ciekawy i pociągający swym tajemni­
czym urokiem, budził już oddawna wielkie zainteresowanie i poświęcono
mu wiele studyów, które z różnego punktu widzenia starały się wyja­
śnić genezę Gralu. I tak większa część badaczy przypuszcza, że zasadni­
czym pierwiastkiem w tej legendzie jest podkład chrześcijańsko - legen­
darny a baśniowe elementy celtyckie dodały szczegółów ubocznych, podezas gdy inni badacze, jak E. Martin (Zur Gralsage, 1880, Quellen und
Forschungen zur Sprach und Kulturgeschichte der germanischen Völker
XLII.) i Alfr. Nutt (Studies on the Legend of the Holy Grail, London 1888)
widzą zasadnicze podłoże w motywach celtyckich. Wpływy wschodniej
tradycyi przypuszcza Wesołowski (Der Stein Alatyr in den Lokalsa­
gen Palästinas und die Legende vom Graal. Arch. f. slav. Phil. VI. s. 33),
a M. Gaster w podaniu o Aleksandrze, a to w podróży do raju ziem­
skiego widzi źródła Gralu (The Legend of the Grail. Folklore II. 1891).
Również ku oryentalistycznej teoryi skłania się R. Heinzei (Über die
franz. Gralromane in den Denkschr. d. Wiener Akad., phil. hist. Kl. 40,
Wien 1891.) i P. Hagen, (Der Gral. 1900, Quellen und Forschungen 85),
który przypuszcza, że „die Sage vom Priester Johannes hat zweifellos
für Wolframs Gedicht Material geliefert“. Pierwiastek chrześcijański bar­
dzo silnie podkreślili Willy Starek. (Über den Ursprung der Grallegende
Tübingen 1903) i K. Burdach (Deutsche Litteraturzeitung, 1903, s. 2821).
W ostatnich czasach okazała się rozprawka Th. Sterzenbacha (Ursprung
und Entwickelung der Sage vom heiligen Gral, Münster 1908), który usi­
łował dowieść, że lege da o św. Gralu nawiązała do relikwii, mianowi­
cie do starożytnego, rzekomo od Salomona pochodzącego, ołtarza prze­
nośnego. Teorya ta nie utrzyma się prawdopodobnie z powodu braku
dość naukowego uzasadnienia, co jej już zarzucono.
Zupełnie inaczej pragnie postawić kwestyę L. Iselin, choć nawią­
zuje właściwie do tych teoryi, które ze Wschodu motyw Gralu wyprowa­
dzały. Do wyników swych Iselin dochodzi następującą drogą.
Omawia przedewszystkiem przeróbki motywu o św. Gralu.
A więc: Crestien de Troyes około r. 1180 wraz z dalszymi ciągami Ano­
nima, Gauchiera de Dourdan, Gerberta de Montreuil i Maneciera, Wolf­
ram von Eschenbach i poemat Roberta de Boroń o Józefie z Arymatei,
następnie prozaiczną przeróbkę tego poematu, L’histoire del St. Graal lub
Le grand St. Graal z pierwszej połowy w. XIII, t. zw. Percewal Didotowy, i Queste Saint Graal. Po tych wstępnych rozważaniach przechodzi
autor do badań samego problemu. O Gralu mają poeci, używający go jako
motywu literackiego dość niejasne i mętne pojęcie; jest to coś niezwykle
tajemniczego i samo słowo Grał pozostaje dotąd niewyjaśnione. Ma ono
niby oznaczać misę, kryjącą hostyę, która przez jej właściciela, obok talerzów, świeczników i krwawiącej się włóczni bywa obnoszona w uroczystej
procesyi. Pochodzenie słowa graal od łać. grad(u)alis, używanego w Hi­
szpanii ok. 1010 na wyrażenie naczynia na potrawy i napoje, jest nie dość
pewne. Graal można zresztą wywodzić także z niejasnego etymologi­
cznie, ale danego już w 9. i 10. w Anglii i Włoszech słowa garal-is ozna-

— 218 —

Recenzye i sprawozdania
czającego naczynie na napoje a stąd powstałe graal-(is) zlatynizowano
na gradalis (stąd prowens. grazal). Bliższe szczegóły podaje Gröber.
Grundriss der rom. Philologie. Strassburg, 1902. 11. Band 1. Abtheilung
s. 502.
Dziś brak nam zupełnie danych, potrzebnych do stwierdzenia tego,
jaki był punkt wyjścia, chrześcijański czy fantastyczno-baśniowy. W ka­
żdym razie związana ona od początku z postacią Józefa z Arymatei, cu­
downie żywionego wedle Vindicta Salvatoris.
Iselin przy rozważaniach nad tematem Gralu stwierdza dwa zasa­
dnicze typy tego motywu: 1) Legenda francuska opowiada, że gdy Józef
z Arymatei mył ciało Chrystusowe, z ran jego spływała krew. Krew tę
zebrał w naczynie, zwane Grałem. Gdy zaś po zmartwychwstaniu Chry­
stusa żydzi uwięzili Józefa, okazał mu się Jezus i dał mu misę z krwią
swoją. A była to ta sama misa, która służyła przy ostatniej wiecze­
rzy; Chrystus oddał ją Józefowi ze słowami, że wszyscy, którzy będą ją
oglądać, posiądą ukojenie duszy i trwałą radość. Odtąd też posiadało to
naczynie cudowne własności: utrzymywało i żywiło Józefa przez 40 lat
jego niewoli, pomogło mu wreszcie w wielkiej biedzie, stało się środkiem
do odróżniania dobrych od złych, a wreszcie punktem, około którego
zbiera się zgromadzenie czystych, gmina św. Gralu. 2) U Wolframa von
Eschenbach natomiast jest Grał rajskim klejnotem, który spełnia wszyst­
kie życzenia, darzy młodzieńczą siłą, a śmierć w pobliżu niego traci swą
moc. Siła jego związana też z tym przedziwnym cudem, że w każdy
wielki piątek gołębica zlatuje z niebios i na cudownym kamieniu składa
hostyę. Niewiernym jest niewidzialny, a wierni mogą ujrzeć na nim pi­
smo, które objawia im wolę bożę. Dawniej strzegli go aniołowie, obe­
cnie’ pozostaje zaś pod strażą króla Titurela i jego rycerzy na dalekim
zamku Montsalvage.
Stąd więc pierwsza wersya ma charakter biblijno-katolicki, Grał
jest symbolem Sakramentu Ołtarza, a druga wersya bardziej fantasty­
czna, gdzie mowa nie tyle o relikwii, jak o czarodziejskim kamieniu ja­
kimś. W każdym razie w pierwszej wersyi widziałbym pewną niejasność;
bo mowa najpierw o misy, do której zebrał Józef krew Chrystusową
przy obmywaniu, a następnie spotykamy wyrażenie, że Chrystus ukaza­
wszy się, daje Józefowi naczynie z krwią, którego używał przy ostatniej
wieczerzy, a wtedy mimowoli musi się przypuszczać, żeć to kielich z krwią
przemienioną z wina. Jest tu więc pewna dwuznaczność i niejasność,
pochodząca może z chęci alegoryzowania pierwotnej bardziej prostej le­
gendy. Wydaje mi się, że pierwotną była tu legenda o relikwii w posta­
ci naczynia z krwią Chrystusową, której stróżem był Józef z Arymatei;
podanie zaś mogło się rozwinąć dalej w Bretanii celtyckiej, której
apostołem miał być właśnie Józef z Arymatei, a stąd przejść do Roberta
de Borron. Iselin oczywiście jest zupełnie odmiennego zdania i ołtarz
wydaje mu się najpierwotniejszą formą podania, bo odpowiada to jego
późniejszym wywodom.
. .
Autor bowiem usiłuje udowodnić, że we wschodniem chrześciaństwie istniało dawne, w formę pobożnej symboliki ubrane wierzenie
o cudownym kamieniu. 1 wskazuje przedewszystkiem na literaturę syryj-

— 219 —

Recenzye i sprawozdania
ską, a szczególnie wschodniosyryjską, nestoriańską, z której szczególnie
jedno dzieło pozostaje w bardzo blizkim stosunku do legendy o św.
Gralu, a mianowicie ulubiona księga podań syryjskiego chrześciaństwa,
znana pod nazwą „Jaskini skarbów“, właściwie „Księga jaskini skarbów1
(Ketabha demearrat gazze) powstała prawdopodobnie w V. wieku po
Chrystusie.
Należałoby rozstrzygnąć najpierw zagadnienie, dlaczego Józef
z Arymatei został legendarnym posiadaczem Gralu. W literaturze wscho­
dniej, a mianowicie w Ewangelii Piotrowej mowa o tern, że Józef mył
Chrystusa, a według „Jaskini skarbów“ jadł Jezus ostatnią wieczerzę
w domu Nikodema, czyli, że można było stąd łatwo wywnioskować, że
Józef mógł stać się właścicielem misy i mógł do niej następnie zebrać
krew Chrystusową przy obmywaniu. Samo podanie o Gralu zawiera na­
tomiast cały szereg rysów analogicznych w podaniach o raju i wedle
wszelkiego prawdopodobieństwa oddziałały też one na ukształtowanie
się legendy o Gralu.
Zasadniczą kwestyą jest oczywiście w tym wypadku istota przed­
miotu, nazywanego później Grałem. Zdaniem Iselina należy szukać źró
deł Gralowego motywu w kierunku wyobrażeń z żydowskiej tradycyi,
gdzie mowa niejednokrotnie o cudownym drogim klejnocie, który miał
być opoką, kamieniem węgielnym ziemi, a później Chrystus bywał
nazywany tą duchową skałą, która zawsze swym wybranym towarzyszy,
daje im orzeźwienie, duchową strawę i napój. Stosunek tego tajemnicze­
go kamienia do św. Gralu rozpatruje też autor dalej. Grał posiadał tę
własność, że Józef z Arymatei żywił się nim przez lat 40, a w „Jaskini
skarbów“ również mowa o kamieniu, który żywił ludzi cudownie przez
lat 40. W tejże „Jaskini skarbów“ mamy atoli miejsce, wskazujące na
nowy stopień rozwoju, bo oto ten kamień zostaje złączony z ołtarzem,
na którym ofiaruje się sakrament przebaczenia. Już Augustyn wytłómaczył życiodajny kamień jako sakrament eucharystyi. Ten cudowny ka­
mień związano atoli też z ołtarzem i można wkazać na jego prawzory
i typy. !ak kamień Jakóbowy, ołtarz Melchizedekowy. I wogóle jak to
wynika z „Jaskini skarbów“ istniało we wschodniem chrześciaństwie prze­
konanie o cudownym kamieniu, który posiadał tę własność, że utrzy­
mywał ludzi przy życiu i cudownie orzeźwiał napojem i pokarmem, tajemniczem pismem odsłaniał przyszłość, prawdę i sprawiedliwość wyja­
wiał: z grobem Chrystusowym, lecz i Jozuy był łączony i miał swe dzieje
do pewnego stopnia przez cały Stary Testament, posiadał znamiona klej­
notu, a nawiązany został wreszcie do kamienia ołtarzowego, na którym
złożony jako hostya, Chrystus, darzyciel życia dla całego świata. Z tern
złączyła się też wschodnia legenda o klejnocie rzyniesionym przez anio­
łów z nieba. 1 wszystkie te motywy znane z żydowskiej tradycyi używa­
ne były do chrystologicznego i typologicznego wyjaśnienia Starego Te­
stamentu. A te typy i porównania o cudownym kamieniu przemieniły się
w legendę, gdy obudził się interes dla relikwii i tendencya do snucia dalej
biblijnych opowiadań; legenda zaś została nawiązana do pewnych szczegól­
nych osób i miejscowości. W kole tych samych tradycyi znajdujemy wyo­
brażenie o tajemniczym stróżu Świętego Gralu. Jest nim Melchizedech,
— 220 —

Recenzye i sprawozdania
strzegący grobu Adamowego, objaśniany typologicznie jako zapowiedź
największego kapłana Chrystusa, a ofiara jego interpretowana jako pro­
totyp ostatniej wieczerzy i sakramentu ołtarza. W tradycyi „Jaskini skar­
bów“ doznała postać Melchizedecha chrześciańskiego przekształcenia,
staje się on kapłanem wiecznym, który na miejscu dawnej Golgoty skła­
da ofiarę z chleba i wina. To Bogu poświęcone miejsce nie jest dostę­
pne dla wszystkich, król-kapłan otrzymuje niebiańską potrawę, którą mu
przynoszą aniołowie; prowadzi życie cźyste i święte, a ofiara którą skła­
da, z góry poświęcona, gdyż sam Duch św. zstępuje z nieba, a wtedy
rozświetla się cały zamek. A wszystkie te rysy dziwnie zgodne z legen­
dą o Gralu.
Nadto pozostają jeszcze do wyjaśnienia szczegóły uboczne, ale
ważne, t. j. dzida i miecz. W podaniu o Gralu, szczególnie w wersyach francuskich mamy motyw włóczni, dorównywającej prawie że Gralowi. Pod względem źródeł najbliższych wydawała się tu oczywiście
lanca Longinusa. 1 można rzeczywiście stwierdzić, że w tradycyi antiocheńsko-konstantynopolitańskiej relikwia ta była bardzo popularna i mo­
gła stąd łatwo przejść do legendy, Zresztą wskazuje też na chrześciańskie pochodzenie tego wątku ustęp w „Jaskini skarbów“, w którym wy­
rażona myśl, że cios zadany lancą Chrystusowi dopomógł mu do odnie­
sienia pełnego zwycięstwa nad piekłem i śmiercią, bo błogosławiona
krew jego wypłynęła z boku, a oblawszy strumieniem czaszkę Adamową,
wybawiła przedstawiciela ludzkości. Ten motyw, że ta sama lanca zabija
i ożywia, ma swą analogię w tajemniczej włóczni o Gralu. Trudniej jest
wyjaśnić motyw miecza, ale i tu można do porównania zestawić miejsce
z „Jaskini skarbów" w którem mowa, że miecz Cheruba został stępiony
przez śmierć Chrystusa.
Ten chrześciański sposób wyjaśniania Starego Testamentu prze­
szedł później do bogatej literatury „Kronik świata“ Dyonizego z Telmahar, Jozuego Stylitesa, Eutychiosa, Salomona z Bassory i księgi Meto­
dego. Stąd przeszedł na zachód. Wpłynęło też zapewne na to osobiste
zetknięcie się rycerstwa zachodniego z ludnością wschodnią chrześcijań­
ską w czasie wojen krzyżowych. Że zaś rzeczywiście stare pisma z za­
kresu literatury „Jaskini skarbów“ były krzyżowcom znane, na to dowód
widzi w tern, że ok. r. 1220 przełożono i rozsze zono prawdopodobnie
dla zagrzania walecznych zastępów akopalipsę św. Piotra.
Tak się w ogólnych zarysach przedstawia zawartość tej nowej
próby rozwiązania tajemnicy św. Gralu. Książka nie jest zupełnie bez
wartości, gdyż v skazuje na bogaty materyał analogicznych typów, z lite­
ratury wschodnio-chrześciańskiej, ale nie przyniesie chyba zasadniczych
zmian w dotychczasowych poglądach i trudno będzie chyba przyjąć
wszystkie wyniki autora za prawdopodobieństwa naukowe. Bo widać nie
pojmuje autor, w których wypadkach przy podobieństwie pewnych mo­
tywów można mówić o wpływie. I nie może mi przemówić do przekona­
nia jego metoda, polegająca na zebraniu różnych motywów z literatury
wschodnio-chrześc ańskiej i skonstruowaniu stąd drogą czysto logiczną
pewnej formy podania, które następnie w dalszym rozwoju miało przy­
brać formę Gralowej legendy. Więc hypoteza autora dość śmiała jeszcze

— 221 —

Recenzye i sprawozd an i a
jak długo realniejszych dowodów nie przedłoży; hypoteza tem mniej
prawdopodobna, gdy przypuszcza możliwość podłoża wschodniego nawet
dla ubocznych szczegółów, choć na to żadnych już nie ma naukowych
dowodów, prócz mało tu podobnych wzmianek. Nie rozwiązana pozo­
stałe zresztą absolutnie pierwotna forma motywu, a nadto autor zbyt
mało zna niestety literaturę odnośną francuską bezpośrednio, nie mó­
wiąc już o celtyckiej, by mógł odpowiednio całe zagadnienie roztrząsać.
Powstają stad liczne niejasności, więc mowa, że Robert de Boroń opra­
cował temat Józefa z Arymatei prozą i w poemacie, a tymczasem
R. de Boroń był jedynie autorem poematu, rozwiązanie poematu prozą
znacznie późniejsze i od niego nie pochodzi; wśród wymienionych ro­
mansów brak wzmianki o Perlesvaus. choć później uwzględniany i t. d.
Nie myślę tych przeoczeń dokładn ej wyliczać. W każdym razie byłoby
książce tej na dobre wyszło, gdyby autor krótko i zwięźle hypotezę
swą był wyłożył, bo tak niejednokrotnie zupełnie zbytecznie się powta­
rza, co psuje uchwycenie nowych tez, stawianych przez autora i po
zbawia przejrzystości naukowe ich uzasadnienie.
Więc ogólnie streszczając sąd swój, zaznaczam, że choć zasadni­
cza hypoteza wydaje mi się nieuzasadniona, to jednak nowe to studyum
zawiera wiele cennych, ciekawych i nowych szczegółów, niejednokrotnie
trafnych. Jeśli zaś praca autora nie wypadła zupełnie zadowalająco, to
należy to przypisać też trudności tematu, który tak ze względu na ol­
brzymi materyał jak zawiłość problemu przedstawia prawie że niepokonalne trudności.
Adam Fischer.

Ubiory Ludu Polskiego: I. Krakowskie. Zeszyt 1. z 8 tablicami
i 12 rycinami w tekście, str. 16. Zeszyt II. z 6 tablicami i z 2 rycinami
w tekście, str. 20. W Krakowie, MCMIV i MCM1X, nakładem Akademii
Umiejętności, Skład główny w księgarni Spółki Wydawniczej Polskiej.
Komitet wydawniczy komisyi antropologicznej Akademii Umieję­
tności w Krakowie, do którego należą pp.: Włodzimierz Tetmajer, Sewe­
ryn Udziela i Roman Zawiliński, podjął myśl niezwykle piękną, godną jak
największego poparcia nie tylko w sferach naukowych. Bo oto w dzie­
sięciu tomach materyałów antropologiczno-archeologicznych i etnografi­
cznych, w kilkunastu rocznikach „Wisły“ i „Ludu“ zebrano — żeby już
nie wymieniać dzieł osobno wydanych, z „Ludem“ Oskara Kolberga na
czele — olbrzymi materyał do pieśni i podań ludowych, do gwary stron
różnych, a nawet po części, do ludowej muzyki, opracowano także bu­
downictwo i zdobnictwo ludu polskiego, ale dotąd prawie nic nie zro­
biono w tej niesłychanie ważnej, z wielu bardzo względów, dziedzinie,
w dziedzinie strojów ludowych.
Jest faktem smutnym, niestety jednak niezaprzeczonym, że ów pię­
kny, malowniczy, w swej formie tak szczerze narodowy, strój ludu na­
szego, ginie zwolna, lecz stale, zanika poprostu, ustępuje zalewowi miej­
skiej, obcej tandety. A my, ludzie dziś żyjący, jesteśmy świadkami tego
faktu nad wyraz smutnego, lecz zazwyczaj przeciwdziałać nawet nie pró­
bujemy, a co dziwniejsza, nie staramy się chociażby o to tylko, aby
—i 222 —

Recenzye i sprawozdania
barwne stroje ludowe sklasyfikować umiejętnie i opisać, najbardziej ty­
powe ich okazy zebrać i zachować przynajmniej w reprodukcyach, prze­
kazując w ten sposób ów materyał tak cenny a piękny ludziom tych cza­
sów, którzy lud wiejski oglądać będą prawdopodobnie już tylko w nie-

STRÓJ MĘSKI w KRAKOWSKIEM: GIEBUŁTÓW.
(Tetmajer: Ubiory ludu polskiego).

mieckich kaftanach, surdutach i kapotach, stroje zaś ludowe („dawne“!)
zobaczą rzadko tylko w jakiemś muzeum etnograficznem, lub na scenie
narodowego teatru
Wszakże zaczyna się to już dziać od dłuższego czasu, rzeczywiście
w naszych oczach 1

— 223 -

Recenzye i sprawozdania
Nadszedł więc niewątpliwie już czas ostateczny aby uratować od
nieuchronnej zaguby to, co się da jeszcze uratować, co dotąd jeszcze nie
zmarniało i niepowrotnie już nie zaginęło...
Wielki swój obowiązek zrozumiała komisya antropologiczna Aka­
demii Umiejętności w Krakowie i przystąpiła do wydawnictwa, które ma
objąć stroje ludowe ze wszystkich stron Polski.
Na razie wydano część pierwszą, stanowiącą dla siebie osobną ca­
łość: ubiory ludu krakowskiego. Tekst do obu zeszytów napisał
Włodzimierz Tetmajer; ten sam artysta dostarczył też obrazów do tych ze­
szytów i kierował stroną artystyczną wydawnictwa. Oprócz reprodukcyi
ze zdjęć z natury, oraz z rysunków i obrazów Wł. Tetmajera, są tu jeszcze
bardzo dobrze wykonane rysunki Józefa Zabagły.
Dział ¡Ilustracyjny, który w tego rodzaju wydawnictwie odgrywa nie­
zmiernie ważną rolę, przedstawia się wprost okazale. Reprodukcye,
zwłaszcza w druku trójbarwnym, odbite bardzo pięknie i czysto, są do­
skonałe. Zwykłe autotypie, porozrzucane w tekście, wypadłyby o wiele
lepiej, gdyby i w tej części użyto lepszego kredowego papieru. Okładkę ry­
sował Jan Bukowski, a w zdobieniu jej użył ładnego motywu, zaczerpnię­
tego z haftów ludowych. W ogóle techniczna strona zasługuje na uznanie.
Tekst Wł. Tetmajera, opracowany treściowo i zwięźle, zajmuje się
charakterystyką pojedynczych części stroju ludowego, męskiego i ko­
biecego.
Tetmajer wyróżnia w politycznym powiecie krakowskim sześć głó­
wnych typów stroju wiejskiego. Poczynając mianowicie od zachodniego
krańca powiatu, to jest od wsi Czernichowa, wylicza autor:
Typ pierwszy: Flisaki (granicami tego typu jest od południo­
wego zachodu Czernichów, od południa Wisła, od północy granica po­
wiatu, a od wschodu Liszki). Typ drugi: Lisiecki (od Wisły okolica
miasteczka Liszek). Typ trzeci: Zabierzowski (wsi od Zabierzowa, aż
po Rząskę wyłącznie). Typ czwarty: Bronowicki (od Rząski poczyna­
jąc, wsi na wschód aż po Zielonki). Typ piąty: Mogilski albo Racławski (od Zielonek aż po wschodnią granicę powiatu). Typ szósty:
Ogrodnicy, (to jest mieszkańcy wsi za rogatkami zachodniemi Krakowa
położonych, a więc: Krowodrzy, Łobzowa, Czarnej Wsi, Nowej Wsi Na­
rodowej i Zwierzyńca).
Podział ten ułożony przejrzyście i jasno, ale szkoda wielka, że
autor nie podaje, jakiej właściwie zasady trzymał się przy układaniu tego
podziału, że nie zaznacza równocześnie, które charakterystyczne odmiany
strojów ludowych zadecydowały o przydzieleniu pewnego obszaru do tego
lub owego typu. Taka ogólna charakterystyka, podana zaraz na począ­
tku (na końcu również jej niema), uzasadniałaby doskonale to rozróżnie­
nie sześciu typów, rzuciłaby na cały podział wiele światła, a równocze­
śnie, przez to uogólnienie, uzyskane drogą indukcyjną na podstawie zszeregowania pojedyńczych szczegółów, podniosłaby zarazem wartość całej
pracy.
Szczegółów bowiem, odpowiednio zgrupowanych, praca ta posiada
bardzo wiele. Autor omawia i charakteryzuje najpierw strój głowy męski
(kapelusz, magierka, t. j. czapka tkana z grubej wełny, baranica, t. j.

— 224 —

Recenzye i sprawozd a n i a
czapka barania i krakuska czerwona z czarnym barankiem) i kobiecy
(uczesanie głowy, chustki i chusteczki), a następnie strój wierzchni, (mę­
ski: sukmana, kaftan, szarawary, buty; kobiecy: katana, gorset, sukienka,
spódnica i zapaska), wspominając także o ubraniu głowy panny młodej
i jej druchny, oraz o kilku odmianach koszul, przyczem niejednokrotnie

STRÓJ KOBIECY W KRAKOWSKIEM: GIEBUŁTÓW.
(Tetmajer: Ubiory ludu polskiego).

zwraca uwagę na ciekawą ornamentykę, która w strojach ludu krakow­
skiego tak wyraziście nieraz występuje.
Ornamentyce ludowej, znajdującej zastosowanie w różnych czę­
ściach ubioru, wartałoby w tego rodzaju pracy, jak omawiana, osobny

— 225 —

Recenzye i sprawozdania
ustęp poświęcić, omówić ją szerzej i dokładnej poddać charakterystyce.
Wtedy dopiero publikacya taka, jak ta pierwsza część „Ubiorów ludu pol­
skiego“ posiadać może nieprzemijającą wartość pracy naukowej, kryty­
cznej a wyczerpującej, kiedy nie poprzestanie na samem zebraniu szcze­
gółów i odpowiedniem ich ugrupowaniu, ale poda nadto charakterystykę
danego działu i dojdzie do uogólnień, których zdobycie jest celem każ­
dej nauki. Wymaganiom tym uczynić zadość nie będzie trudno w nastę­
pnych częściach tego wydawnictwa, aby tylko te serye następne nie dały
na siebie czekać zbyt długo.
Dalszy postęp i rozwój wydawnictwa „Ubiorów ludu polskiego“
zależeć musi od poparcia ogółu, gdyż zresztą niema na cel ten specyalnych, większych funduszów. Na poparcie ogółu, i to usilne, skuteczne,
wydawnictwo tak piękne i cenne, jak „Ubiory ludu polskiego“ zasługuje
w zupełności.
Mieczysław Treter.
Sztuka stosowana. Wydawnictwo Towarzystwa Polska Sztuka Sto­
sowana w Krakowie, rok 1909, zeszyt 13. Nakładem Towarzystwa, Kra­
ków, 1909, str. 4 nl. -j- tabl. 60—71, 4°.
Zeszyt niniejszy przynosi siedmnaście pięknych rycin, których tre­
ścią są wnętrza mieszkalne i przedmioty z różnych dziedzin sztuki sto­
sowanej, projektowane i wykonane przez artystów polskich.
Pierwiastek sztuki ludowej najwybitniej zaznacza się w projektach
p. Karola Tichy’ego; są to meble do pokoju sypialnego (z konkursu roz­
pisanego przez Miejskie Muzeum Techniczno-Przemysłowe w Krakowie),
o motywach jak najprostszych. Wykonane z drzewa naturalnego (w pra­
cowni Andrzeja Sydora), bez niepotrzebnego przeładowania, rzucającą się
w oczy ornamentacyą, mają swój styl odrębny, niewyszukany, a prostota
ich doprowadzona rzeczywiście do ostatecznych już granic; dążenie zaś
do naturalnej prostoty, to zasadnicza cecha współczesnej sztuki stosowa­
nej w Europie. Wątpić możnaby tylko o tern, czy meble, projektowane
tak ciekawie przez p. K. Tichy'ego spełnić mogą swe główne zadanie, t. j. czy
odpowiedzą w zupełności potrzebom życia codziennego. Już samo bo­
wiem dobranie odpowiedniego wnętrza, któreby pomieścić mogło te me­
ble stosownie do wymagań sztuki przestrzennego zespołu, jest rzeczą
niewątpliwie trudną, w naszych zwłaszcza stosunkach, po miastach.
Pozatem, są projekty, w których pierwiastek ludowy albo bardzo
mało, albo też wcale nie odgrywa roli. Jest więc urządzenie salonu
(w mieszkaniu p. A. Suskiego w Krakowie), projektowane przez Ludwika
Wojtyczkę, oraz żyrandol do światła elektrycznego, tego samego proje­
ktodawcy, dalej lampy stojące, również do światła elektrycznego, pomy­
słu Jana Szczepkowskiego, Edwarda Trojanowskiego: scena kabaretu
„Chochlik“ w Warszawie, witraż J. Mehoffera „Chrystus“ dla katedry na
Wawelu, ofiarowany przez p. Erazmową Jerzmanowską wykonany w kra­
kowskim zakładzie witrażów i mozaiki S. O. Żeleńskiego) a wreszcie
dwie podobizny dawnych książkowych opraw ze skóry owczej, oraz dwie
oprawy, skomponowane i wykonane przez p. Bonawenturę Senarta w Kra­
kowie.
— 226 —

Recenzye i sprawozdania
Forma zewnętrzna tego zeszytu, jak zwykle w wydawnictwach Tow.
Polska Sztuka stosowana, staranna i wytworna; złożyły się na nią roboty
A. Pawlikowskiego (zdjęcia fotograficzne), T. Jabłońskiego (klisze do autotypii) i drukarni W. L. Anczyca i Sp. w Krakowie.
Mieczysław Treter.
Ziemia, tygodnik krajoznawczy ¡Ilustrowany. Warszawa. 1910.
Nr. 1—26. Redaktor Kazimierz Kulwieć.
Pismo to znane chyba już wszystkim, co się folklorem i etnografią
nie tylko żywo, ale i prawdziwie poważnie zajmują, a pojmują dobrze,

MĘSKI STRÓJ GŁOWY W KRAKOWSKIEM.

(Tetmajer: Ubiory Ludu polskiego).

że żadna z tych nauk nie da się pomyślić niezależnie od krajoznawstwa
ale jako pewien dział jego musi się w znacznej mierze wynikami badań
krajoznawczych wspierać i kontrolować. Jesteśmy uradowani nowym ty­
godnikiem tern więcej, że w ten sposób i my w naszem wydawnictwie
mamy ułatwione zadanie; możemy się trzymać ściślej swego programu,
nie potrzebujemy wchodzić w dziedziny, do nas właściwie nie należące, co
przedtem nieraz czyniliśmy, gdyż żal było, iż różnego rodzaju ciekawe
nieraz bardzo prace krajoznawcze właściwie nie znajdowały odpowie­
dniego dla siebie przytułku; oczywiście nie wykluczamy ich odtąd zu­
pełnie ze swych łamów, bo są zaprawdę niejednokrotnie i opisy etno-

— 227 —

Recenzye i sprawozdania
graficzne, które prawdziwie pełny obraz dają dopiero na tle krajoznawczem; tak nie zacieśnia się też nowe to pismo w obrębie poszukiwań
krajoznawczych, w ciasnem bardziej potocznem tego słowa znaczeniu,
a więc tylko w zakresie położenia geograficznego, kartografii, geologii
i t. d., ale uwzględnia też dziedziny nas szczególnie interesujące t. j. etno­
grafię, folklor i dyalektologię.
Wypada się z góry zastrzedz, że nie sposób omówić choćby naj­
ogólniej zawartość i dotychczasowych zeszytów, nie mówiąc już o kryty­
cznej ocenie; musimy się ograniczyć do krótkiego zaznaczenia tytułów
zamieszczonych rozpraw, by dać choć w przybliżeniu pojęcie, jak różno­
rodny i dobrany to materyał.
Musiano oczywiście poruszyć przedewszystkiem szereg zagadnień
metodycznych i teoretycznych. Tak dr. L. Sawicki daje szkic programu
badań krajoznawczych, W. Nałkowski omawia stosunek krajoznawstwa
do geografii, a dr, Al. Maciesza domaga się pogłębienia ruchu krajoznaw­
czego u nas. W tym dziale organizacyi krajoznawstwa mamy nadto cie­
kawe, choć niekiedy jedynie sprawozdawcze artykuły, a mianowicie: Organizacya pracy krajoznawczej w Finlandyi przez dra L. Sawickiego, roz­
prawa Wł. Gorczyńskiego o pożytku i sposobie prowadzenia spostrzeżeń
deszczowych, K. Rakowieckiego uwagi o pomnikach przeszłości i roczni­
cach dziejowych, J. Kwiatkowskiego o stanie obserwacyi deszczowych
w dorzeczu Wisły i T. Kołodziejczyka notatka o ochronie osobliwości
przyrody w Szwajcaryi.
W dziale opisów malowniczych miejscowości, oraz zabytków prze­
szłości i przyrody pomieszczono: Żywe kamienie — K. Kuiwiecia. Je­
zioro Łuban w Inflantach Polskich — bar. G. Manteuffla. Tablica w Fa­
lentach — M. Wisznickiego. Kanał Augustowski — K. Kuiwiecia. Pomnik
Czarnieckiego w Tykocinie — Z. Glogera. Baublis — K. Chmielewskiego.
Ginące drzewo — J. Miłobędzkiego. Pomniki przyrody żywej — B. Dya­
kowskiego. Poszukiwania zabytków przedhistorycznych w gub. Kiele­
ckiej — A. J. Czarnowskiego. Grzyb kamienny pod Wiśniczem — L. A.
W. Krajoznawstwo na III. wystawie „Odłamu“ — Al. janowskiego. Stary
podręcznik krajoznawstwa — K. Chmielewskiego. W Otwocku — Al. Ja­
nowskiego. Stare domy w Wilnie — Dr. Wł. Zahorskiego. Kopiec pod
Kołomyją — L. A. W. Przyczynki do dziejów ogrodnictwa — Z. Glogera.
Wycieczka do Świtezi — J. Bułhaka. Krajoznawstwo na wystawie miast,
ogrodów i przyrodniczej — K. Kuiwiecia.
Pomieszczono też niezwykle liczne szkice geograficzne: Geografi­
czne położenie Polski — dra L. Sawickiego. W obozie nieprzyjaciół —
St. Thugutta. Okolice Warszawy — Al. Janowskiego. Lazurowe wy­
brzeże — E. Jankowskiego. Kolonie Polskie w Paranie — St. Łaganowskiego. Wrażenia z wycieczki w Nowogródzkie — J. Rodysówny. Na wy­
brzeżach Bałtyku — J. Hureta. Krainy przejściowe według Hanslicka —
dra L. Sawickiego. Na dawnej rubieży — J. Warnkówny. Wody artezyjskie
w północnej części Królestwa polskiego — Jana Lewińskiego. Czy Polska
jest krainą przejściową — E. Romera. Z wycieczki do Parany — K.
Włodka. Lokomocya zwierząt — K. Kuiwiecia. Grecya i Grecy — W. Nał­
kowskiego. Ordynacye polskie — E. Maliszewskiego. Rzeka Nida — Jana

— 228 —

Recenzye i sprawozdania___________ ....
Kwiatkowskiego. Sven Hćdin w Tybecie — St. Thugutta. Pierwsze wia­
domości o odkryciu Ameryki w literaturze polskiej — B. Olszewicza.
Żmudź i Żmudzini — A. Jaczynowskiego. Marmury kieleckie — S. K.
Z dziejów kasztanowca — M. Heilperna. Lawiny w Tatrach — L. Sawi­
ckiego. Jaskinie góry koronnej — S. J. Czarowskiego. Wiwianitowe i żelaziakowe złoża u źródeł Baryczy — F. Chłapowskiego.
Uwzględniono też, jak już wyżej wspomniałem zagadnienia, bardzo
nas blisko stojące, a mianowicie etnografię i folklor. Pomieszczono tu
artykuły: Lud polski na Górnych Węgrzech — G. Smólskiego. Święcenie

MĘSKI STRÓJ GŁOWY W KRAKOWSKIEM.

(Tetmajer: Ubiory ludu polskiego).

wody na Rusi - M. W. Kolędnicy we dworze w Garbaczu - K. J. Rze­
miosła zdobnicze u ludu - Zofii Plewińskiej. Zwyczaje Wielkanocne -Al Janowskiego. Baśń o Krakusie — Stan. Ciszewskiego. O Chlebie
¡zwyczajach przv jego wypiekaniu - Z. Glogera; poruszono tez tu
sprawę nas również wielce interesującą, a mianowicie potrzebę słownika
imion własnych. Zwraca na to uwagę Z. Gloger, a szereg uwag dodaje B.
A' UarBoMtSąk zawartość zeszytów dopełniają niezwykle liczne opisy dwo­
rów zamków i pałaców, feljeton krajoznawczy, recenzye, sprawozdania,
oraz kronika krajoznawcza. Wartość wszystkich artykułów.wzrasta nie­
pomiernie przez dodanie bardzo licznych, poprawnie wykonanych illu
stracyi— 229 —

Recenzye i sprawozdania
I zaprawdę tych 26 zeszytów „Ziemi“ możemy uważać za dosko­
nały wyraz ruchu krajoznawczego, jaki ogarnął Królestwo Polskie, a któ­
rego ogniskiem jest Polskie Towarzystwo Krajoznawcze z centralą w War­
szawie, i licznymi (21) oddziałami prowincyonalnymi, które z dniem każ­
dym się mnożą. Wytężona akcya Towarzystwa może się już pochlubić
licznymi wynikami, dość zaznaczyć, że w wycieczkach urządzonych przez
Towarzystwo brało udział 4.000 osób, a w zebraniach miesięcznych 2.000
osób, a przygotowane już plany do dalszej akcyi w różnych kierunkach,
jak organizacya sieci stacyi deszczowych, ogłoszone konkursy — jeden
na monografię lub opis miejscowości, drugi (dla młodzieży) na gromadze­
nie zbiorów krajoznawczych, a wreszcie rzucono myśl urządzenia „Wystawy
polskiego zdobnictwa ludowego“. Jak widzimy nie brak więc Tow. polsk.
kraj, zapału do pracy i należy tylko sobie życzyć, by znalazło u społe­
czeństwa zasłużone uznanie i poparcie i nie było zmuszone z powodu
obojętności ogółu do niemożności spełnienia najlepszych zamiarów; piszemy te słowa z własnego doświadczenia.
A. Fischer.
Ćesky Lid. Roinik XIX., v Praze, 1910. Nr. 1—8.
Fr. Max Hruby (Nr. 1, s. 1—4) podaje tekst starej pieśni „hauackiej“, ujętej w 14 zwrotek, dziś w całości nigdzie już nie śpiewanej
Jej treścią chwała Hany i Hanaków, z którymi pod żadnym względem
nie mogą się równać sąsiedzi, jak Ślązacy, Czesi, Rakuszanie lub P ola cy.
Ciekawa jest charakterystyka tych ludów. Ślązacy są pilni i skrzętni
Polacy „w prostocie swojej — dobrego serc a“, Czech na­
tomiast „fałszywego serca“ („hledi ośedit Moravce“). Odzywa się tu pra­
wdopodobnie duch doby po r. 1848, kiedyto rozbudzono w Hanie nie­
ufność ku Czechom, do dziś się utrzymującą.
„Markolt a Nevim“ w literaturze staroczeskiej (Nr. 4, s. 173—187).
Marchołtem zajął się ostatnio gruntownie prof. Zibrt, który, skre­
śliwszy podłoże kulturalno-historyczne, przedrukował z unikatów staroczeskie teksty marchołtowe oraz ich źródła łacińskie. Średniowiecze
obok postaci mądrego króla Salomona stworzyło przedstawiciela rozumu
prostego ludu, bez cienia uczoności, a przytem franta i błazna-Marcholta.
(Istnieją rozmaite odmiany tej nazwy: Marcolphus, Morolf, Marcol, Marcoul, Marcon, Marchult). Opowieści o Marchołcie, prozaiczne lub wier­
szowane, rozpowszecl niły się we wszystkich literaturach europejskich
w. XV — XVII jako ulubiona literatura ludu i wogóle t. zw. niższych
warstw społecznych.
Pierwotne jądro powieści o Marchołcie tkwi w starych tradycyach
hebrajskich; imię Marchołta zawierało także szczątki pojęcia istoty de­
monicznej, a on sam występował dlatego nieraz jako istota nadprzyro­
dzona. Przeważnie jednak był to chytry prostak, który ośmielił się
wszcząć rozmowę z królem Salomonem i z niej wyszedł zwycięsko.
Cenzura świecka i kościelna umieściła Marchołta w spisie książek nie­
dozwolonych, odbijać go zatem musiano potajemnie. Popularności wą-

— 230 —

____________________Recenzye i sprawozdania
tku fakt ten jednak nie zdołał osłabić. Pojedyńcze epizody tych powie­
ści, postaci Marchołta, jego żony, siostry, stały się tak dalece własno­
ścią warstw ludowych, iż dały początek nowym, dalej idącym tradycyoin,
osnutym około wątku pierwotnego.
Marchołtowi staroczeskiemu odpowiadają dwie niemieckie rozmowy
króla Salomona z Marchołtem, przetłómaczone swobodnie z łaciny.
Marchołtem polskim zajął się głównie prof. Aleksander Briickner
w pracy o powieści ludowej polskiej.
Marchołt polski wykazuje liczne pokrewieństwa i związki z cze­
skim. Wysoko ceni Briickner Marchołta pod względem językowym: wi­
dzi w nim pierwsze zwycięstwo jędrnej polskiej mowy ludowej i wzo­
rowy przykład umiejętnego przekładania łaciny średniowiecznej na lu­
dową gwarę polską.
Na Rusi rozpowszechniły się również niektóre opracowania opo­
wieści o królu Salomonie, ale ulubione rozmowy Salomona z Marchoł­
tem nie zdobyły sobie w literaturze rosyjskiej takiego panowania, jak
u ludów Europy zachodniej.
Przekład czeski Marchołta, w porównaniu z oryginałem łacińskim,
przedstawia znamienne różnice i zmiany, świadczące o wielkiej zręczno­
ści tłómacza, który doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak możnaby
najlepiej uczynić książkę przystępną dla prostego ludu. Obrotności tej
tłómacza dowodzi n. p. przemiana łacińskiego rodowodu Marchołta
i jego żony w sposób taki, że w miejsce imion łacińskich wprowadził
swojskie, ludowe: Sedläk, Chlap, Slivofi, Blivofi, Rumiplot, Radvan.
Drugim wątkiem pokrewnym Marchołtowi jest motyw pana „N i ewiem“ (Nevim — Niemand — Weissnit — Nemo), który przywę­
drowawszy po tułaczce europejskiej z Niemiec do Czech rozpowsze­
chnił się najpierw w języku łacińskim. Postać pana „Nevim“ była personifikacyą istoty nieszczęliwej, poniewieranej, na którą otoczenie skła­
dało wszelkie przewinienia. (Kto w tern zawinił?,„Nikt", „niewiem“, itd.).
Kareł Novak: Lidovöda ve śkole. (Ludoznawstwo w szkole) nr. 5.
s. 221-2.
Kwestyę tę zaliczyć trzeba do zagadnień, które usiłuje rozwiązać
dzisiejsze szkolnictwo.
Poświęcono jej już sporo rozpraw i artykułów. Ludoznawstwo ma
być łącznikiem między pracą szkolną, a kulturą ludową. Najstosowniej­
szy materyał dla wyobraźni dziecka stanowi właśnie folklor. Wyobraźnia
dzieci, zaznajamiając się z utworami ludowymi, idzie drogami kultury
ludowej, tego pierwotnego źródła piśmiennictwa narodowego. Świat po­
dań ludowych najlepiej odpowiada rozwojowi umysłów młodzieńczych,
a korzyść stąd płynie podwójna. Młódź, poznając pieśni ludowe, powie­
ści, legendy, humor, wnika powoli w treść samej duszy ludu, w istotę
jego świata. Powtóre zaś ocali się w ten sposób wiele cennych zaby­
tków dawnej kultury narodowej od zapomnienia, niekiedy nawet od za­
głady. Nie ulega wątpliwości, że i tok nauki szkolnej wielce możnaby
ożywić i uprzyjemnić za pośrednictwem folkloru.

— 231

Recenzye i sprawozdania
Dr. Jan Bramberger. Ćeskd śvćtska piseń lidovd v XVI. stoleti
(Czeska świecka pieśń Indowa w XVI. wieku.), nr. 6, s. 257—261, nr. 7,
s. 319-322, nr. 8, s. 353—356.
Pieśni duchowne śpiewano w Czechach często na ulubione melodye świeckie, lub znowu swawolnym świeckim śpiewkom podkładano
tekst nabożny. Jedynie dzięki temu zamiłowaniu ocalały nieliczne zaby­
tki dawnej czeskiej muzyki, ponieważ w nutach zapisywano wyłącznie
pieśni duchowne; śpiew zaś ludowy żył tylko w tradycyi ustnej. Wdzię­
czność przeto należy się szczera niektórym wydawcom kancyonałów
(głównie z XVI w.), którzy do pieśni duchownych, śpiewanych na świe­
cką melodyę, dołączali początek tekstu świeckiego, z którego wzięto
melodyę. Dokładne spisanie tych świeckich melodyi, rozprószonych po
kancyonałach umożliwi poznanie charakteru staroczeskiej muzyki świe­
ckiej, a tern samem zapełni dotkliwą lukę w obrazie kultury ogólnonaro­
dowej.
W w. XIV i XV czeska pieśń świecka pojawia się sporadycznie,
wiek XVI. natomiast przedstawia zasób wcale poważny. (Studya prof.
Ot. Hostinskiego).
Jan Kolldr wspomina, iż kancyonał z r. 1574 zawiera obok pieśni
duchownych także początki starych ulubionych świeckich melodyi, we­
dług których śpiewano teksty nabożne. Wśród tych pieśni znajduje się
również pieśń polska. Pokazują się — mówi Kolldr —, iż Czesi
układali pieśni duchowne na melodye słowackie, Słowacy na czeskie,
a ci i tamci na melodye polskie. Kancyonał wspomniany jest pierwszem wydaniem „Pisni chval boźskych“ (1576) Jakuba Kunvaldskiego,
Morawianina. Tą ostatnią okolicznością tłómaczyć można obecność
dwu polskich melodyi z początkowym tekstem świeckim w czeskim kancyonale. Są to pieśni: 1) „Y k o g o Z m a m w i n o w a ć, w tey m o j i
prigodzie" i 2) „Jakaż ci to niezgoda“.
Czeskich i morawskich pieśni świeckich jest w kancyonale z roku
1576 siedmnaście. Zaciekawia nas zwłaszcza pieśń ostatnia: „Żel se bohu
polske Skody, pana Macka ctne vevody...“ W „Nowych pieśniach“ Szy­
mona Łomnickiego (1580) jest pieśń, której słowa początkowe: „Żel se
bohu polske Skody“. Melodye wszakże różnią się zupełnie.
5. Vrtel.
Kwartalnik Litewski. Wydawnictwo poświęcone zabytkom prze­
szłości, dziejom, krajoznawstwu i ludoznawstwn Litwy, Białorusi i Inflant.
Redaktor i wydawca Jan Obst. (Marzec 1910, rok I. tom 1-y, 4°, str. 160
-j- 16 tabl.).
Właśnie ukazał się tom pierwszy tego ciekawego i z wielu wzglę­
dów zasługującego na uwagę wydawnictwa. W tomie tym, poza całym
szeregiem studyów i artykułów z różnych dziedzin wiedzy, a zwłaszcza
z zakresu historyi, jest kilka rozpraw, na które należy zwrócić uwagę
czytelników „Ludu“.
P. Wandalin Szukiewicz pisze o „Śladach epoki ka­
miennej w gubernii wileńskiej“ (str. 48—52). Jest to roz­
prawka, której temat tern wdzięczniejszy, że badania archeologiczne, do-

— 232 —

Recenzye i sprawozdania
tyczące ziem Litwy, mają niemal jeszcze wszystko do zrobienia, bo do­
tąd pracowano w tym kierunku bardzo mało. Autor, charakteryzując po
krotce epokę kamienną, podaje następnie wykaz miejscowości, w których
ujawniono ślady człowieka, w ugrupowaniu, zastosowanem do przyjętego
dziś podziału administracyjnego na powiaty, ażeby w ten sposób uprzy­
tomnić zarówno możebność gęstego zaludnienia gub. wileńskiej w tej
epoce, jako też i nierównomierność zbadania jej obszarów.
Pracę p. W. Szukiewicza ¡Ilustrują ciekawe reprodukcye wykopalisk
i głównych motywów ornamentacyjnych, spotykanych na urnach i wazach.
Gustaw br. Manteuffel opisuje „Słupi Róg“ zwany „StabbuRags“, olbrzymią skałę, wznoszącą się na kurlandzkim brzegu Dźwiny,
w miejscowości Stabiten, położonej w utworzonem przez Zygmunta Augu­
sta dawnem księstwie Kurlandyi i Semigalii (str. 135— 142.) Autor podaje
opis „Słupiego Rogu“, z podobizną tej skały, rysowanej z natury przez
Steffenhagena, wskazuje przytem na liczne legendy i sagi, żyjące dotąd
nie tylko w baśniach, ale i w pieśniach ludu łotewskiego.
Dalej jest w tym tomie jeszcze kilka piosenek wieśnia­
czych z nad Niemna i Dźwiny, zanotowanych wraz z melodyą
(str. 143—146), oraz „Album typów ludowych“, na które składają
się udatne zdjęcia fotograficzne, dokonane przez p. Jana Bułhaka. W „Al­
bum“ tern jest: wieś białoruska „Szczepanowszczyzna“ pod Kłeckiem
(gub. mińska), a dalej następujące typy: Dziewczę białoruskie z pod
Kiecka (pow. słuckiego, gub. mińskiej) w stroju ludowym, Białorusinka
z pod Kiecka w stroju ludowym z samodziału, staruszka Białorusinka
z maj. Peresieka pod Mińskiem, Białorusini (tracze) ze wsi Plebańce pod
Mińskiem, Białorusin z pod Kiecka i żebracy Białorusini pod Mińskiem.
Wreszcie J. O. pisze o „Środkach leczniczych ludu na­
sz e g o“, przyczem podaje cały szereg sekretów wiejskich znachorów
i znachorek (str. 147—152).
Forma zewnętrzna tego wydawnictwa staranna, cynkotypie i autotypie (na kredowym papierze) odbite czysto.
Mieczysław Treter.
NEKROLOGIA.
Eliza Orzeszkowa. Zasługi Orzeszkowej na polu naszego piśmien­
nictwa uczczono po zgonie jej jednogłośnie. Przypominać je na tern miej­
scu byłoby zbyteczne. Ale nie możemy pominąć zupełnie milczeniem zgonu
znakomitej autorki, jesteśmy zobowiązani poświęcić jej choć kilka słów
wspomnienia, bo działalność jej obejmowała też pola etnografii i folkloru.
Że lud, jego duszę i przyrodę, wśród której żyje, studyowała, na to mamy li­
czne dowody, rozrzucone w jej pismach. Ale pisała też prace ściśle folklo­
rystyczne, że przypomniemy tylko bardzo piękne i ciekawe notatki florystyczne i etnograficzne z nad Niemna w artykule drukowanym we „Wiśle“ p. t.
„Ludzie i kwiaty nad Niemnem“ („Wisła“ II. s. 1, 675). Winniśmy więc do
żalu za Orzeszkową, jako znakomitą powieściopisarką, dodać tę krótką
wzmiankę o Orzeszkowej, jako pracowniczce na polu ludoznawstwa.
Red.

— 233 -

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.