ce4cd698cd2208c14948897ff9b9a5cf.pdf
Media
Part of Krytyka i sprawozdania. cz. 2 / Lud, 1907, t. 13
- extracted text
-
KRYTYKA I SPRAWOZDANIA.
Witołd Klinger. Ambrozya i Styks a woda żywa i martwa. Studyum
mitol.-porównawcze. W Krakowie 1906. (Rozp. wydz. filol. Akad, umiej,
t. 41., s. 313- 380 i odb.).
W pierwszej części tego studyum, uwzględniającego sumiennie
literaturę starożytną i bieżącą, zajmuje się autor ambrozyą t. j. wodą
żywą, — w drugiej Styksem t. j. wodą martwą, tudzież analogiami do
owych pojęć starożytnych w świecie późniejszym i dzisiejszym. Autor
przychyla się do domysłów T. Bergka („Die Geburt der Athene“, Fleckeisens Jahrbuch, 1860?, że nektar i ambrozya oznaczały wodę niebiańską
i dochodzi w swych badaniach do następujących wyników, które streszcza
na str. 343 - 44 i 377 - 8.
Nektar i ambrozya dawały bezwarunkowo nieśmiertelność. Pod
wpływem słoworodu ludowego ambrosia poczęła oznaczać pokarm stały
którego spożywanie wywoływało skutek, identyczny skutkowi spijania
nektaru, a tak nektar i ambrozya przestały być synonimami. Konieczność
spożywania pokarmu przez bogów wynika z ich antropomorfizmu: prze
cież człowiek nie tylko spija płyny, ale też spożywa pokarmy: taksamo
musieli postępować i bogowie. Wierzenia semickie Babilonu, Judei, Apo
kalipsa św. Jana opowiadają o drzewie żywota, którego owoce dają nie
śmiertelność. W greckich wierzeniach niema wprawdzie na takie olim
pijskie drzewo dowodu wprost, lecz tu wyprowadza autor dowód pośredni
przez analogię z drzewem granatu w Hadesie, którego spożyte ziarnko
włączało na wieki do społeczności umarłych. Jeżeli bogowie podziemni
— 164
mieli takie drzewo, użyczające im pokarmu, musieli je mleć także bo
gowie olimpijscy. Autor przypomina prastare podanie o jabłkach Hesperyd i wnioskuje, że z chwilą, w której ambrozyę poczęto uważać za ciało
stałe, zaginął ślad olimpijskiego drzewa, bo sama ambrozya stała się
pokarmem.
Wierzenia orfików, rozwijające pojęcia o nieśmiertelności duszy,
spowodowały przeniesienie owej wody wiecznego życia do Elizyum
w podziemiu, gdzie się znajdowały dusze błogosławionych. Tutaj prze
niesiona niebiańska ambrozya rodzi hadesową Mnemozynę, wodę pa
mięci. Lecz w Hadesie płynie Styks, woda śmierci. Styks rodzi Letę,
wodę zapomnienia, i miesza się z Peryflegetonem, wodą ognia.
Wyobraźnia Greków powoduje skojarzenie pojęć Lety z Mnemozyną, a Styksu, lokalizowanego już na różnych miejscach ziemi, z żywą
wodą nieba. Tak więc Ambrozya i Styks upodobniają się nawet zewnę
trznie i dają początek baśniom ludów nowych o wodzie żywej i martwej,
krążącej dotychczas w ustach ludów. Autor zbiera analogie u ludów
dzisiejszych i stara się wykazać ich zależność od podań starożytnych.
Polemizuje ze zdaniem wyrażonem przez E. Tylora w „Studyach do
pierwotnych dziejów ludzkości“, jakoby baśni o źródle młodości u niektó
rych ludów północnej Azyi, Oceanii i Ameryki były mitami słonecznymi
i powstały w różnych miejscach samodzielnie, natomiast stara się udo
wodnić, że są ewolucyą mitu greckiego. Myśl przewodnia polemiki autora
taka: mity owe greckie powstały tam, gdzie i kolebka greckiej cywilizacyi, a więc na Wschodzie; stąd zaczerpnęły materyi do swych podań,
podobnych greckim rozmaite plemiona ludzi. Pobudza autora do czynie
nia takich zestawień chęć wykazania żywotności nauk klasycznych, „bez
których znajomości trudne są do rozwiązania niezliczone zagadnienia,
jakie folklor wraz z etnologią i enografią przed nami stawiają“. Pomi
nąwszy tę niedogodność, jaką przedstawiałoby dla ludów Oceanii i Ame
ryki zaznajamianie się z greckimi mitami odległego Zachodu azyatyckiego,
choćby za pośrednictwem ludów azyatyckich, przypominam polemikę,
jaką przeprowadził A. Bruckner („Starożytna Litwa. Ludy i Bogi“, Bibl.
Warsz. 1887-98) przeciw A. Mierzyńskiemu („Mythologiae Lituanicae Monumenta“, t. I. z r. 1892, t. II. z r. 1896) i Mannhardtowi („Die lettischen
Sonnenmythen“, Zeitschr. f. Ethnol., 1875). Mierzyński przypuszczał pewien
wpływ języka łacińskiego na język litewski i religii klasycznej na lite
wską; Mannhardt upatrywał w przygodnych śpiewkach litewskich o sy
nach i córach słońca i t. d. wpływ mitów solarnych sąsiednich Laponów.
Klemens Hammer.
Kantor Józef. Czarny Dunajec. Monografia etnograficzna. (Od
bitka z Mater. Kom. antropolog. Akad. Umiej, w Krakowie, 1907).
Podhale należy do tych wyjątkowo szczęśliwych okolic Polski,
których ludem i przyrodą zajmują się od dawna przeróżni nasi geolo
gowie, etnografowie, poeci, powieściopisarze i estetycy. Staszic, Goszczyń
ski, Asnyk, Tetmajer, Kasprowicz, Orkan, Witkiewicz, Matlakowski, Stop
ka — oto niezupełny wcale szereg autorów, którzy pisali o Podhalu
— 165 —
i o Tatrach. Perła przyrody polskiej słusznie bez wątpienia zwraca na
siebie ogólną uwagę. Do prac poprzedników przybywa nowa, skreślona
przez tubylca, przez syna ludu czarno-dunajeckiego. Tem większa wartość
notatek i zapisków, które w studyum p. Kantora napotykamy. Ponadto
gorące przywiązanie do najbliższej ojczyzny przewija się złotą nicią
przez całą książkę i działa uczuciowo na czytelnika, co należy uważać
za wielką jej zaletą.
Pod względem metodycznym kierował się autor przyjętemi najczę
ściej w tego rodzaju opracowaniach zasadami, więc zdołał przejrzyście
materyał ugrupować. Tekst ozdobiono charakterystycznemi rycinami,
które zawsze niezmiernie są pożądane w wydawnictwach ludoznawczych.
W ostatnim rozdziale zajmuje się autor językiem, lecz jest to niestety
rozdział najmniej wyczerpujący. Podany słownik gwarowy spełnia swoje
zadanie tylko o tyle, o ile uwzględnia najważniejsze wyrazy i ich wy
mowę w najprymitywniejszej transkrypcyi, ale chcielibyśmy poznać tę
wymowę dokładniej, a nadto fleksyę i inne właściwości języka czarno-du
najeckiego. Obowiązek ten ciąży tem więcej na synach Podtatrza, że dla
gwary swojej usiłują zdobyć prawo obywatelstwa w języku literackim.
Czytamy we wstępie usprawiedliwienie autora, dlaczego tego nie uczynił,
a'e byłoby niezmiernie pożądanem, aby piękna monografia o Czarnym
Dunajcu tym ważnym przedmiotem została w przyszłości w osobnem
opracowaniu uzupełnioną, i jeszcze drobna uwaga. Na końcu widzimy
skorowidz ważniejszych przedmiotów, lecz brak jest rejestru poszcze
gólnych rozdziałów i ustępów.
Michał Janik.
Orędownik językowy dla wychodźtwa polskiego w Ameryce,
miesięcznik, wydawany przez ks. Bolesława E. Górala, rocznik II. za
rok 1906.
Pismo popularno - naukowe polskie na drugiej półkuli jest niewą
tpliwie osobliwością i dlatego zasługuje na bliższą uwagę. Z pierwszego
rocznika zdawał sprawę w „Książce“ warszawskiej p. A. Kryński i wyra
ził się tam bardzo pochlebnie o treści i celu wydawnictwa. Mamy drugi
rocznik pod ręką i cieszymy się, że taki sam sąd wydać możemy. Orę
downik ma za zadanie przestrzegać poprawności i czystości języka pol
skiego wśród wychodźców naszych amerykańskich, oraz zaznajamiać ich
z najbardziej znamiennymi objawami literatury polskiej. W jaki sposób
Orędownik spełnia swoje zadanie, dość wymienić tytuły niektórych rozpra
wek i artykułów, jak: Naiwność i łatwowierność naszego ludu, W spra
wie podręczników szkolnych, Konkurs na spolszczenie wyrażeń techni
cznych gry narodowej amerykańskiej, „Baseball gamę“, Ujednostajnienie
pisowni polskiej, O używaniu i nadużywaniu wyrazów obchych, Donio
słość znaczków dyakrytycznych, Co to jest gramatyka, O zdaniu i jego
częściach, Dlaczego, co i jak czytać, Historya wyrazów i znaczenie języka
w rozwoju umysłowym ludzkości, O stylu, Mieszkańcy dawnej Polski,
St. Wyspiański odrodziciel ducha narodowego i t. d. Dla ożywienia wy
dawnictwa każdy zeszyt mieści poemacik treści narodowej n. p. Wi-
166 —
dzenie cara, Śmierć zdr.ijcy ojczyzny, Sursum corda, Katechizm polskiego
dziecka, Do mowy ojczystej, Modlitwa Konrada z .,Wesela i inne.
Be.dziemy tylko sprawiedliwymi, jeżeli powiemy, że pismo utrzymane
jest na poziomie naukowym i że nawet w kraju zasługiwałoby na uwagę,
a dzięki szlachetnej tendencyi spełniałoby i u nas bardzo pożytecznie
swoje posłannictwo. Wydawane w środowisku egzotycznem, zadziwia
śmiałością inicyatywy i świadczy najchlubniej o nastroju duchowym naj
lepszej części naszego wychodźtwa. Dla Polaka europejskiego niezmier
nie ciekawą jest rubryka p. t. „Gwara polsko - amerykańska1, która z je
dnej strony świadczy wprawdzie o dokonywującym się procesie asymilacyi, z drugiej strony wykazuje właściwości fonetyczne języka polskiego
przy przyswajaniu sobie wyrazów obcych.
Jeżeli tradycya polska będzie się mogła utrzymać na drugiej pół
kuli, wielką w tern może zdobyć zasługę wydawnictwo ks. Górala. Dla
tego nie mamy dość słów życzenia, aby pożyteczny miesięcznik docze
kał się jak największej liczby roczników i służył nadal tak dzielnie
sprawie ojczystej. Nie bez interesu będzie uwaga, że wydawnictwo Orę
downika spotkało w początkach wielu pesymistów, a przecież pierwsze
lody szczęśliwie skruszyło i jak dotąd pomyślnie się rozwija. Dla miło
śników ludu polskiego podaję adres pięknej publikacyi: „Orędownik
językowy“ (red. B. E. Góral) St. Francis Wis. O ile wiemy,
oba wydane roczniki w niewielkiej liczbie egzemplarzy są jeszcze do
Ułaszyn Henryk. Jakub Ciszyński poeta łużycki. (Odbitka ze
„Świata słowiańskiego“ za grudzień 1906).
Przyjaciele najmniejszego ilościowo narodu słowiańskiego Serbów
albo Łużyczan obchodzili w roku minionym pięćdziesięciolecie zasłu
żonego żywota Jakuba Barta Ciszyńskiego, największego w obecnej
dobie poety łużyckiego i jednego z najgorliwszych działaczy narodowych
na tej najdalej na zachód wysuniętej placówce Słowiańszczyzny. Piśmien
nictwo łużyckie początkami swymi sięga już wieku szesnastego, lecz aż
do połowy w. XIX trwało na poziomie ludowym. Różnego rodzaju nie
dole były tego przyczyną, a przedewszystkiem twarda ręka najeźdźców
germańskich... A jednak naród łużycki żyje i żyć pragnie. Ogniskiem
działalności narodowej stała się Macierz serbsko - łużycka w Budziszynie,
otwarta w roku 1847, a od niedawna we własnym pomieszczona budynku,
który nosi na fasadzie pełen ufności napis: „Bohu k ćesci a Serbam
k wuźitku!“
Jakub Ciszyński (Ćiśinski) jest epikiem (Nawoźenja), dramatur
giem (Na Hrodźiśću), lirykiem (Kniha Sonettow i inne) i apostołem na
rodowym (Zrudny wowćer). Pierwszy to zarazem poeta - artysta swojej
ziemi i dlatego utwory jego nie tylko wśród ziomków znalazły wielbicieli,
lecz nadto niektóre z nich przełożono na różne języki słowiańskie (pol
ski przekład Melanii Parczewskiej) i na język francuski. Piękną rozprawę
o działałności poetyckiej Ciszyńskiego wydał p. Adolf Ćerny p. n. „Ći
śinski a nova doba hornoluźickć poesie“ (Slovansky Prehled, 1906). Mimo
167 —
niewielkich rozmiarów zasługuje na uwagę dość zresztą wyczerpujące
studyum p. Ułaszyna, które jest zarazem chwalebnym przykładem hołdu,
jaki za pośrednictwem Sz. Autora składa także naród polski wielkiemu
poecie łużyckiemu. Objaw to tern godniejszy zaznaczenia, że za wyją
tkiem nader niewielu literatów polskich ogół naszego społeczeństwa za
chowuje się nadzwyczaj obojętnie wobec żywotności umysłowej najbliż
szych nam nawet pobratymców w Słowiańszczyźnie. Może szlachetnie
pomyślanemu wydawnictwu „Świata słowiańskiego“ w Krakowie uda się
wzruszyć nareszcie te lody nieczułe... Im prędzej się to stanie, tern bę
dzie lepiej.
Dr. Mi. Ja.
Lud. Rocznik XIII-
12
