91160ddb7c213d5ba3269db18948b44e.pdf
Media
Part of Kilka zapisek z Sanoka / Lud, 1907, t. 13
- extracted text
-
— 38 —
mater plorans gaudet in filio,
quia vivit victor sub gladio, Alleluia“.
Obie „Vitae“ pisane były, jak twierdzi dr. Kętrzyński, jako
materyał i przygotowanie do kazań, rozpowszechniane też były,
zdaje się, bardzo, czego dowodem może i wielka stosunkowo
ilość dochowanych egzemplarzy; pieśń śpiewano zapewne przy
najmniej przy uroczystościach ku czci św. Stanisława. Tak i z ka
zalnicy i z tonami pieśni szła w lud wraz z czcią ojca, zabitego
na łonie matki, — i szata słowna, w jakiej mu przedstawiano
to męczeństwo, szła z pokolenia w pokolenie — i w tej samej,
niezmienionej szacie do dzisiaj krąży wśród ludu jako zabytek
historyi w ustach jego, jako ostatnie, konające echo w mrocznej,
wiekowej dali dzwonów bicia...
F. A. Drozd.
Kilka zapisek z Sanoka.
Sanok, stolica ziemi sanockiej, starostwo grodowe, leży na
lewym brzegu Sanu na znacznem wzniesieniu.
Początkiem swoim sięga bardzo odległych czasów. Za
króla Kazimierza Wielkiego, który w roku 1366 nadał Sano
kowi prawo magdeburskie, wznosił się już obronny zamek.
Pierwotne miasto było według podania wyspą; oblewała
je naokoło głęboka woda i tylko promami ludzie tam doje
żdżali. Według wersyi innej stał niegdyś Sanok w miejscu dzisiej
szej wioski Stróże, a tutaj był jedynie zamek.
Ludność tutejsza jest mieszana, Polacy jednak przeważają.
Od miasta nazywają się mieszkańcy „Sanoczanie“; mężczyzna:
„Sanoczanin“, kobieta: „Sanoczanka“.
Nazwy rodowe.
Baran, Barnowicz,Biega,Bocian,Borczyk, Bykowski, Chudko,
Dąbrowski, Dobrzański, Domasławski, Dręgiewicz, Drwięga, Dziuban, Dziura, Filipczak, Germak, Giela, Gościński, Guzik, Hydzik,
Karnas, Kluska, Kołowski, Konieczko, Kulczycki, Kuszczak, Ładyżyński, Lukasiewicz, Mochnacki, Mozołowski, Paszkiewicz, Piątkiewicz, Pióro, Pollak, Raczkowski, Radwański, Reszko, Robel,
Ruczka, Rylski, Sarnecki, Schabiński, Siekierzyński, Słuszkiewicz,
Solon, Starak, Ślączka, Świerczyński, Truszka, Turkowski, Tworzydło, Węgrzynowicz, Wójcik, Wojtowicz, Zajączkowski, Zie
liński, Zmarzliński.
— 39 —
Części miasta, ulice.
Cerkiewna, koło cerkwi.
Nowy świat, nowo zabudowana.
Podgórze, bo ciągnie się pod górą.
Rybacka, zamieszkana dawniej przez rybaków.
Sanowa, prowadzi do Sanu.
Zamkowa, prowadzi do zamku.
Z asa nie, kilka domów, stojących po drugiej stronie Sanu.
Żydowska, zamieszkana przez samych żydów.
Wójtostwo, folwark pod miastem, stanowiący dawniej
dochód wójtów sanockich. Do roku 1849 był własnością mia
sta. W tym czasie Moskale, ciągnący na Węgry, zażądali od ma
gistratu sanockiego 100 korców owsa, grożąc w przeciwnyn razie
spaleniem całego miasta. Sławetni mieszczanie przerazili się bar
dzo, ale nie wiedzieli, Co robić, bo owsa nie mieli, a pieniędzy
także nie było. Udali się więc do ówczesnego właściciela poblizkiej wioski Dąbrówki, Tchórznickiego, i za 100 korcy owsa
odstąpili mu na wieczne czasy rzeczony folwark, wartający dzi
siaj kilkadziesiąt tysięcy koron.
Nazwy pól, lasów.
Aptekarka, góra tuż przy mieście znacznej wysokości, da
wniej zwała się „Stróżnia“. Nazwę „Aptekarki“ wzięła od by
łego właściciela aptekarza. Część jej już w XV w. należała do
miasta; dziś od strony miasta urządzono plantacye, a na samym
szczycie usypano kopiec Mickiewicza, skąd i góra tę nazwę przy
brała.
Biała góra, po prawym brzegu Sanu, w lesie miejskim,
nazwę tę miała już w XV wieku, zdaje się, od bielejących
kamieni.
Bi lik, część zarośli na Białej górze.
Glinice, glinkowate wzgórza, gdzie kopią glinę.
Lado, łąka pod miastem.
Selpy, las miejski, od strony Międzybrodzia.
Sojec, błonie pod zamkiem.
Wierzbo-Łaz, pole pod Olchowcami.
40
Z podań i baśni sanockich.
1. Zamek. Jak każda stara budowla, tak i zamek sanocki,
położony na skalistej górze tuż nad Sanem, kryje według mnie
mania wielu w swojem wnętrzu dziwne tajemnice. Ma on także
swoje duchy, które o północy wychodzą z jego głębokich lo
chów i jęcząc, straszą trupiem obliczem przechodzących ludzi.
W podziemnych lochach, ciągnących się aż do zwalisk Sobieńskiego zamku w Załużu i do ruin pokarmelickiego klasztoru
w Zagórzu, słyszeć się nieraz daje chrzęst żelaza i dziwne
szmery. Mają tam być także ukryte ogromne skarby, których
„złe“ strzeże.
Dawniej widywano, jak nieraz o północy wyjeżdżał z po
dwórza zamkowego powóz, zaprzężony w cztery czarne konie,
a w nim siedzieli: mężczyzna i kobieta, oboje w czarnym stroju.
Powóz ten zajeżdżał na stary cmentarz klasztorny N. Panny
Maryi (gdzie dziś magazyn wojskowy naprzeciw sądu) i tam
znikał.
Kobieta ta za życia była żoną burgrabiego zamkowego,
lecz schwytana na wiarołomstwie została wraz ze swoim uwo
dzicielem straconą. Dotąd dusze ich pokutują w tych miejscach,
schodząc się razem.
2. Pod cerkwią. W miejscu, gdzie dziś dzwonica cerkie
wna, stała niegdyś szubienica, na której wyrokiem sądu grodo
wego skazanych na śmierć złoczyńców wieszano. Tutaj także
„coś“ straszy.
Pewien mieszczanin z wójtostwa wracał do domu późno
w nocy i ujrzał na gościńcu naprzeciw cerkwi psa czarnego. Pies
ten w miarę jego zbliżania się zaczął róść w górę i wydłużać
się tak, że wkrótce długością swoją zajął wpoprzek całą ulicę;
przytem wydawał dziwny pomruk i brzęczał łańcuchem. Mie
szczanin tak się przeraził, że czem prędzej zawrócił i innemi uli
cami dostał się do domu.
Pewna znowu kobieta widziała wieczór wybiegające z pod
dzwonicy białe króliki, które się zaraz gdzieś podziały, jak się
tylko przeżegnała. Były to dusze pokutujących straceńców.
3. Strach na cmentarzu. W miejscu, gdzie dziś stoi
kasarnia obrony krajowej, był jeszcze przed 30 laty stary cmen
tarz, już wtedy nieużywany. Cmentarz był nieogrodzony, więc
wpoprzek niego prowadziły liczne ścieżki dla skrócenia drogi.
41
Wpobliżu mieszkał piekarz Flach. Ten raz wieczorem wysłał
swoją córkę po drożdże do browaru, który stał na wójtostwie.
Dziewczyna, chcąc sobie skrócić drogę, udała się ścieżką przez
cmentarz, a zakupiwszy drożdże, wracała tą samą drogą. W po
łowie cmentarza zobaczyła nagle blizko ścieżki klęczącą czarną
postać.
Przyszedłszy bliżej, poznała, że to ksiądz, który się mo
dli- Ponieważ wtedy starało się o nią kilku kawalerów, myślała
więc, że to jeden z nich się przebrał, aby ją nastraszyć. Pod
chodzi więc z tyłu do niego i ze słowami „będziesz ty mię tu
straszył“, zdjęła mu z głowy nakrycie i przychodzi do domu.
W domu opowiada, co ją spotkało, i pokazuje, co przyniosła,
a to był księży biret. W nocy we śnie zjawia się przed nią ten
sam ksiądz i mówi do niej: „Przynieś mi biret, skądeś wzięła,
bo inaczej twoja śmierć!“ Dziewczyna, przebudziwszy się, opo
wiada o tern ze strachem swoim rodzicom.
Poszli więc poradzić się księdza, co mają robić. Ksiądz
poradził, że trzeba biret odnieść. Dziewczyna się wyspowiadała,
a ksiądz dał jej stary ornat, którym się miała okręcić.
W towarzystwie więcej ludzi udała się wieczorem na
cmentarz. Ludzie zatrzymali się na skraju, a ona w ornacie
i z biretem w ręku poszła w to miejsce, gdzie się jej ten ksiądz
okazał. Widzi, że on klęczy, podchodzi więc z tyłu do mego
kładzie mu biret na głowę i ucieka. Ten jednak także wstał
i zaczął ją gonić.
Chwycił z tyłu za ornat, który z niej spadł, a ona przera
żona uciekła do ludzi, czekających na nią.
Rano poszli w to miejsce zobaczyć i znaleźli same szczą
tki z ornatu, który martwieć porozdzierał. Dziewczyna jednak ze
strachu zachorowała i na trzeci dzień umarła.
4. Królewska studnia. W lesie miejskim na Białej gó
rze znajdują się zwaliska, które historya mieni być szczątkami
studni, zbudowanej przez królowę Bonę, matkę Zygmunta Au
gusta, i stąd królewską zwanej. Jest to ścięty cypel góry o śre
dnicy kilkunastu metrów, otoczony głębokim rowem i wałem,
zawalony nieobrobionymi głazami kamieni, spadłymi ze ścian
cyplu, który jest dziś cały porosły mchami, zielskiem i drze
wami’. Nie są to jednak szczątki studni, ale ruiny zamku, budo
wanego przez tę królowę na szczycie góry, tylko niedokończo
nego. Są tam głębokie piwnice i lochy podziemne, z których
- 42 —
jeden ciągnie się pod San do zamku sanockiego. Od tego zamku
prowadził też nad Sanem most do Sanoka. W tern miejscu
„coś“ zawsze straszy i dyabeł pilnuje niezmiernych skarbów tam
ukrytych.
Jeden mieszczanin zaczął tam raz kopać i już był blizkim
wykopania, bo słyszał dźwięk w ziemi, ale coś zaczęło ciskać
na niego kamieniami i ledwo z życiem uciekł.
Raz znowu szedł tamtędy chłop z Międzybrodzia i ujrzał
na drzewie zawieszone ubranie i czarny kapelusz. Kiedy uszedł
dalej, ułyszał za sobą głośny śmiech, i tak się przeląkł, że
ledwo żywy dostał się do domu.
5. Król wężów. W głębokim rowie, otaczającym zwaliska
zamku królowej Bony na Białej górze, ma swoje siedlisko „król
gadów“, który strzeże zaklętych tam skarbów. Nosi on na gło
wie złotą koronę, wysadzaną drogimi kamieniami.
Raz w południe przy niedzieli wybrało się kilku chłopa
ków podmiejskich na grzyby i doszli do tych zwalisk. Spoj
rzeli do środka i zobaczyłi kłąb poplątanych razem wężów,
a w środku nich jeden miał wzniesioną do góry głowę, na
której coś się świeciło. Jeden z chłopaków rzucił kamieniem
i ugodził go w samą głowę. Wąż wtedy przeraźliwie zaświstał
i w tej chwili tysiące wężów zaczęło wyskakiwnć z dołu. Chło
pcy przerażeni poczęli uciekać, a węże za nimi, i tak ich goniły
aż na koniec lasu.
Innym znowu razem ujrzeli pastuchy pod tern wzgórzem kłąb
wężów razem poplątanych, grzejących się do słońca. Wzięli koło
od wozu i z rozmachem puścili je z góry. Koło przeleciało
przez środek wężów, a te myśląc, że to żyjąca istota, pognały
za niem, został tylko jeden z błyszczącą koroną na głowie. Pa
stuchy, poznawszy w nim króla gadów, dopadli do niego, zdarli
mu z głowy koronę i poczęli uciekać. Ale w tej chwili wąż za
świstał, a inne węże, goniące za kołem, nawróciły się zaraz
i pognały za nimi. Ci, zobaczywszy to, porzucili koronę, a sami
ledwo uciekli i już nie wiedzieli, co się dalej stało.
Wogóle dawniej było bardzo dużo wężów takich wielkich
jak noga ludzka, a jak się taki wąż położył na drodze lub
ścieżce, to go trza było z daleka obchodzić, bo zaraz pędził za
człowiekiem.
6. Topielec. Starzy ludzie to jeszcze dobrze pamiętają,
jak na zakręcie Sanu pod skałą za młynem była dawniej nie-
— 43 —
zmierzona głębia i wir, a siedział tam topielec, który niejednego
kąpiącego się lub idącego brzegiem wciągnął na dno i utopił.
Stary Matlak ze Zasania, jak jeszcze żył — a miał już lat sto
i dwa jak umarł — opowiadał, co mu się raz zdarzyło za młod
szych czasów. Lubiał on łowić ryby przy blasku księżyca, wiec
jednego razu przy pogodnej nocy wybrał się w to miejsce pod
skałą, bo tam miały być wielkie ryby. A że był niebojący, więc
poszedł sam. Miał mocną wędkę z włosienia, którą zapuścił do
wody. Czeka chwilę, wtem jak coś pociągnie za wędkę, a on
na głowę do wody. Tyle tylko jeszcze miał przytomności, że
zawołał: „Jezus, Maryo, ratuj mnie!“ Leciał tak głową na dół,
jak długo, to nie wie. Wkońcu przyniesło go przed jakiś pa
łac, co się błyszczał cały od złota. We drzwiach stał stary dziad,
który mu mówi: „Cego mi ty, cłeku, mącis wodę, twoje szcęście,
coś powiedział, bo by już była twoja śmierć, ale więcej tu nie
chodź!“ Potem wziął go ten dziad — a był to sam topielec —
na plecy i wyniósł do góry. Dopiero na drugi dzień znaleźli
go ludzie daleko od tego miejsca zemdlałego na brzegu, a wędka
była przy nim.
Raz znowu dwie pasterki pasły krowy w poblizkiej wikli
nie, wtem wyleciał z pód skały taki mały „chłopacek“ w czer
wonej czapeczce i jak je je zaczął gonić, tak one ledwie zdo
łały uciec z krzykiem do ludzi, którzy tam kosili. Oglądają się
wszyscy, a tu już nic za niemi nie było, tylko usłyszeli wielki
plusk w Sanie i klaskanie.
Józef Sulisz.
Listy.
Jako przyczynek do tego, co o listach powiedzieli pp. S.
Udziela1) i S. Gonet2), przytaczam kilka listów oryginalnych,
pisanych przez służące, żołnierzy i robotników, pochodzących
z okolic Krakowa (Krowodrzy, Ruszczy, Kościelnik). Listy te,
rymowane, przeplatane są pewnymi, stale się powtarzającymi
zwrotami, które jednak w rozmaitych odmianach występują, co
też i Udziela w listach przez siebie ogłoszonych zaznaczył.
’) „Lud“, t. X, str. 40, w artykule „Poezya na wsi“.
2) Tamże, t. IX, str. 188 i t. X, str. 337.
