1de9f2d5dd25485f08df18cae2c80ed4.pdf
Media
Part of Lud górno - egipski / Lud, 1907, t. 13
- extracted text
-
Lud górno - egipski.
Napisał
Tadeusz Smoleński.
Prowadząc w pierwszych miesiącach 1907 roku austrowęgierskie wykopaliska w okolicach Szaruny i El-Gamhudu
w Górnym Egipcie, stykałem się ustawicznie z żywiołem miej
scowym i miałem sposobność przyjrzenia się fellahom i beduinom, a stąd poczynienia etnograficznych spostrzeżeń, które dziś
z pamięci i z zapisków pragnę w całość ułożyć. Mając myśl zwró
coną przedewszystkiem w innym kierunku, ku martwemu Egi
ptowi ukrytemu w ziemi, a nie ku żywemu, nie mogłem oczy
wiście czynić takich badań nad ludem tamtejszym, jakieby musiały
wyniknąć z umyślnej, wyłącznie na to poświęconej pracy; jedna
kowoż zdało mi się, że i to, co przypadkowo i dorywczo zwró
ciło moją uwagę, nie pozbawione jest wartości. Być może przy
szłość pozwoli mi niejednokrotnie szczegóły zebrane rozszerzyć
i pogłębić; na razie — czem chata bogata, tern rada.
Obie wyżej wspomniane miejscowości leżą między Beni
Suef a Minie; ściśle mówiąc jest to raczej Średni niż Górny
Egipt: przyjęło się jednak nazwą drugą mienić wogóle część
kraju, położoną na południe od Delty. El-Gamhud znajduje się
po lewym brzegu Nilu, na zachód od miasteczka Feszn, Szaruna
Lud. Rocznik XIII.
19
— Ź68 —
zaś po prawym, niedaleko od Magagi, a naprzeciwko stacyi ko
lejowej Aba-el-Uakf. Jest to typowa wieś górno-egipska. Poło
żona tuż nad świętą rzeką, na tle odległych skał pustynnych, stroi
się mnóstwem palm daktylowych, żywo odbijających w słońcu
od jednostajnej szarości domów z niepalonych cegieł. Kręte
wąziutkie uliczki prowadzą do najwyższego dostojnika gminy,
omde czyli wójta. Na widok europejczyka mężczyźni wychodzą
z domów i ciekawie się przyglądają ; wielu podąża za osłami
chauagi (cudzoziemca) i wypytuje się skwapliwie towarzyszą
cych mu krajowców o cele przybycia. Kobiety, osłonięte czarnemi sukniami, szybko zakrywają twarze i odwrócone nikną
przed gościem; za niemi drepce wystraszona gromada bru
dnych do niemożliwości dzieciaków, o jednej błotnistej koszulinie, głowach pełnych robactwa, twarzach pokrytych muchami,
które pchają się zwłaszcza do ust i oczu. Na ziemi najróżnoro
dniejsze odpadki i śmiecie, często zebrane w kupy, ale zdaje
się nigdy niesprzątane, wywołują smród nie do opisania. Domy
jednakowe, nizkie, za jedyną ozdobę mają umieszczone niekiedy
nad drzwiami ułamki sztuki faraońskiej lub koptyjskiej z poblizkich ruin w Kom - el-Ahmar, wlepione w glinę niezgrabnie, czę
sto na wywrót, raczej może dla sprowadzenia szczęścia jak na
sze podkowy, niż dla artystycznych celów. Niektórzy zamożniejsi
obywatele wznieśli piętrowe domy z wypalonej cegły, kamienia
i drzewa; naśladując bezmyślnie budynki widziane po miastach,
nie zdradzają nawet śladu poczucia piękna; barbarzyńskie upo
dobania oddają w krzyczącej farbie, którą ściany smarują.
Stajemy przed domem wójta; na bramie nalepiono parę
świstków arabskich: rozporządzenia maamura (starosty) lub mudira (naczelnika prowincyi). Omde wybiega sam na spotkanie
chauagi i zdaleka już składa salamalejki, prawicę zbliżając ku
sercu, ustom i czołu. Na znak szacunku nie wyciąga dłoni ku
gościom; przysłowie mówi, że „ręka na wierzchu szlachetniej
sza jest niż u spodu1', — a więc obie dłonie wystawia jakby po
garść pieniędzy, gość zaś lekko dłoni tych dotyka końcami pal
ców prawicy. Wtedy uradowany omde pocałunkiem z rąk wła
snych ściera dotnięcie przybysza. Ale ceremonii tej sam euro
pejczyk nie dozwala częściej powtarzać, poprostu podaje rękę
i kilkakrotnie wymieniając pozdrowienia wznosi rękę ku pier
siom i czołu. Ponieważ gość nie jest muslimem (muzułmaninem),
wójt nie wita go religijnem essalam alejk (zbawienie z tobą),
— 269 —
lecz przeznaczonem dla innowierców naharak saajde, co odpo
wiada naszemu „dzień dobry“. Arabowie zważają bardzo na tę
różnicę pozdrowień. Zdarzało mi się, że gdy naprzeciw mnie
jechał ktoś drogą, towarzysze muzułmańscy zaraz pytali tubyl
ców, czy kopt nadjeżdża czy muslim: chodziło im o to, czy
użyć essalamu, czy naharaku. Wprowadzony do sali przyjęć
u wójta, siada europejczyk na ciągnącej się wzdłuż muru wązkiej i nizkiej sofie, obitej zwykle białem płótnem. Prócz stołu
i czasem lampy wiszącej nie znajdziesz tam innych sprzętów.
Wójt nie ma tajemnic: na przywitanie gościa i dla zaspokoje
nia silnie podrażnionej ciekawości tłoczą się do izby poważni
obywatele i pozdrowiwszy niewiernego, kucają wkoło i bacznie
śledzą rozmowę. Całkiem niebiegły w arabszczyźnie musiałem
stale posługiwać się tłómaczem, za którego służył mi mój ku
charz, berberyn Ali Mussa (Mojżesz) Agid. Znaczna część roz
mowy polega na komplimentach: z poważną miną oświadcza
się wszem obec i każdemu z osobna, że piękniejszej wsi nad
Szarunę świat nie posiada, że energia wójta tutejszego słynie aż
do Kairu, że wreszcie po raz pierwszy w życiu spija się tak wy
borną kawę. Napój ten należy koniecznie do każdego przyję
cia; podają kawę gęstą i gorzką, wyjątkowo tylko europejczy
kowi słodzą ją, prawdopodobnie za podszeptem chytrego Moj
żesza. Gdzieniegdzie podają zamiast kawy odwar cynamonu
z cukrem; de gustibus non est disputandum, mnie jednak ten
napój bardzo smakował, a wydał się nieco odurzającym. Oko
gościa, znudzone pustką sali, zatrzymuje się z zajęciem na leżą
cej na stole gazecie: rzecz ciekawa! najczęściej widzi się organ
narodowców, przeciwny okupacyi angielskiej, nieraz Lenę, pismo
słynnego Mustafy Paszy Kamela. Trudno jednak sprowadzić roz
mowę na tory polityczne; nieufni tubylcy strzegą się i trzymają
język za zębami. Wychodząc od wójta, doświadcza się od niego
najczęściej różnorodnych grzeczności; dostaje się osły do dzien
nego użytku, przewodnika, stróżów itp. Omde, na polecenie mudira, odpowiedzialny jest za bezpieczeństwo znajdującego się
w jego okręgu chanagi, który od chwili wkroczenia w pustynię
polecony zostaje plemionom beduińskim i opiece stałych stra
żników.
Pole wykopalisk moich w Szarunie, odległe o godzinę ja
zdy osłami od wsi, nie leżało jednak na właściwej pustyni. Ma
jąc w pobliżu, tuż na granicy ziemi uprawnej, drobną osadę
— 270 —
(fermę) ludzi, zajętych obrabianiem pól, należących do Towarzy
stwa cukrowniczego, rozbiłem namiot tuż obok folwarku, a na
wet na czas zimna i deszczu (rano miewałem w styczniu -J- 3°
C!) przeniosłem się do opuszczonego budynku gospodarskiego,
za łaskawem upoważnieniem dyrektora cukrowni w niedalekiej
wsi Szejch Fadl. Cmentarzysko, w którem robiłem poszukiwa
nia, było tak blizko od fermy, że swobodnie wychodziliśmy
rano do pracy, a w południe piechotą wracałem do domu na
śniadanie. Robotnicy, których tu używałem, byli w przeważnej
części mieszkańcami cukrowniczej osady, a kilku z nich zasłu
guje na nieco bliższe poznanie, jako dobrzy przedstawiciele ludu
górno-egipskiego.
Na czele postawić trzeba sędziwego Szejcha Junisa (Jona
sza), naczelnika osady i jej ojca, powszechnie czczonego. Jest to
bywalec nie lada: gdy inni znają tylko świat między Magagą
a Beni Mazarem, on widział Kair, a przed rokiem 1869 praco
wał przy tworzeniu kanału suezkiego. Chwali się, że naówczas
mówił dobrze po francuzku ; starość wypędziła mu z łysej głowy
tę wiedzę, ale dziś jeszcze, ku zdumieniu mniej oświeconych
wieśniaków, pracę zowie, w niezupełnie paryskim dyalekcie, tarabalja (travail), a gdy mu czytać bajki o „stoliczku nakryj się!“
wykrzykuje, miasto pospolitego kaman (jeszcze!), ozdobne ankur, utikur (encore!). Chociaż czytać nie umie, a ze sztuki pi
sania posiadł jedynie możność nagryzmolenia ciężką ręką czci
godnego imienia Junis, — o świecie ma jasne pojęcia i lubi
rozprawiać o wielkiej polityce europejskiej. Z otwartemi usty
słucha młodsza brać, gdy szejch z tajemniczym wyrazem twarzy
tłómaczy przymierza zawarte między mocarstwami: Feransa
i Moskof trzymają razem, — Almanja, Nimsa i Italja (Niemcy,
Austrya i Włochy) znów ze sobą. Niemcy cieszą się poważa
niem i sympatyą w Górnym Egipcie ; choć Germanina nigdy
może nie widział, Junis wie — dzięki wiadomościom gazeciarskim, powtarzanym z ust do ust, że sultan altnani jest przyja
cielem padyszacha, którego broni przed zakusami Anglii. W przy
jaźni dla Niemców zachwiał się nieco, gdy mu opowiedziałem
o żmudzie szkolnej dzieci polskich w Poznańskiem: oburzony
zrozumieć nie mógł, jak śmie ktoś zabronić modlitwy w języku
ojczystym Bizymarg jest, obok Nabuljuna, jedynym może przed
stawicielem Europy XIX. wieku w oczach Junisa. Anglików nie
lubi; gdy raz niedaleko od pola moich robót przepływał Nilem
— 271 —
w pięknej dahabii Lord Cromer, a na brzegach witali gó uro
czyście, z rozkazu władz wyższych, omdowie i szejchowie, Junis
patrzał na to z niechęcią. „Effendina (pan nasz, tj. chedyw) —
powiadał — nie doznaje podobnych zaszczytów, jak Gurumar!“
Z ciekawością wypytywał się starzec o moją narodowość: gdy
zrozumiał, że nie należę do żadnej ze znanych mu, nie poprze
stał na dziwnej nazwie Buluni, lecz kazał sobie opowiadać historyę polską. Zajęła go wysoko — i kiedy później ktoś z ob
cych pytał o moje pochodzenie, zwolna a mądrze tłómaczył:
„Chauaga jest nemsani (austryak), ale i nie jest nemsani; na
leży do narodu, który ongi miał własnego sułtana. Trzej sąsie
dni sułtanowie napadli go i odebrali mu ziemię: stąd są dziś
ludzie Buluni i w Moskof i w Almanji i w Nimsie. Ale, jeżeli
Bóg da, będą jeszcze mieli razem, jak dawniej, swojego sułtana“...
Szejch Junis chadza codziennie pod wieczór nad Nil i od
wiedza chauagę Mitri (pana Dimitri Z.), kierownika małego za
kładu do nawadniania pól cukrowych. Samotny Grek, od dzie
cięctwa wychowany śród fellahów, zna język arabski, jak wła
sny i czyta na głos nowiny dziennikarskie Junisowi, który zwolna
siorbiąc’) kawę słucha pilnie, wtrąca uwagi i sentencye. A przy
słów i morałów umie wiele ; przytoczę ich trochę exempli gratia:
To, co jest w twojej ręce, bliżej jest od tego, co w two
jej kieszeni, bliżej niż to, co w twym domu. — Strzeż się
swego nieprzyjaciela raz jeden; strzeż się swego przyjaciela
zawsze. — Bój się rzeki milczącej. — Kogo wąż ukąsi, ten
boi się sznurka. — Próbą wiernego jest, że gdy mówi, mówi
prawdę, — gdy powiedział, wie się, że prawdę powiedział, —
co przyrzecze, wypełni, — a jeśli mu się zaufa, nie dozna się
zawodu. — Mądry rozumie na migi. — Chciwy traci wszystko. —
Rzecz zaniedbana uczy ludzi kradzieży. — Kupując nie zapo
minaj o dniu, w którym sprzedasz. — Jeźli kradniesz, kradnij
wielbłądy, jeśli kochasz, kochaj piękność. — Trzeba umawiać
się przed orką, aby nie kłócić się na klepisku.
Warunkiem
brania jest oddanie. — Kto służy ludziom, temu i ludzie
>) Pozwolę sobie mimochodem zaznaczyć, że wyraz polski siorbać
pochodzi niewątpliwie — jak mi to przedstawił p. Mieczysław Geniusz
ze Wschodu. Por. w arabskim szurb (napój), szZrifc i jiszrab (pić).
272 —
służą. — Kto bierze i oddaje, ten łączy się z fortuną drugiego
(tj. gdy odda, jest pewien powtórnej pożyczki. Przyp. A.). —
Sprawiedliwość podnosi domy niepodparte, a niesprawiedliwość
burzy domy hojne i szczęśliwe. — Kto wam ufa, tego nie
okradajcie...
Dość powyższych przykładów, aby wyrobić sobie pojęcie
o praktycznej mądrości wybitnego obywalela kraju, gdzie
przysłowia mają zgoła inne znaczenie niż u nas, — gdzie nie
są przeżytkiem, ale uczą i zmuszają słuchaczów do rozmyślań.
Szejch Junis lubi też powtarzać zasłyszane w ciągu długiego
życia opowiadania o dawno ubiegłych stuleciach. Wie on, że
czterech było królów, którzy cały świat zawojowali: Iskan
der (Aleksander Wielki), Sulejman ibn el Daud (Salomon syn
Dawida), Buchtynasar (Nabuchodonozor) i Kysra (Kserkses);
z tych dwaj ostatni byli bałwochwalcami. Iskander nosi w świę
cie arabskim przydomek Zuelgarnena t. j. rogatego; z rogami
bowiem miał przyjść na świat. Krąży o nim mnóstwo legend;
nieraz ubocznie zjawia się w baśniach, jak w tej, którą ściśle
za Szejchem Junisem niżej przytaczam. Nie wiem, jaką ona
drogą dostała się Szaruny, ale zdaje mi się, że jest dość piękną
i zajmującą, aby zasłużyć na powtórzenie:
Pewien król miał syna, który opuścił dom ojca swego
i poszedł żyć na cmentarzu. Iskander Zuelgarnen, podczas je
dnej ze swoich podróży, odwiedził tego króla, który opowie
dział mu o synu i prosił o namówienie go do powrotu i do
dziedziczenia królestwa. Iskander zgodził się; poszedł na cmen
tarz, jako dobry muslim (!) zdjął obuwie przed wejściem
i, zobaczywszy królewica, zapytał: „Dlaczego tutaj siedzisz,
gdy twój ojciec gniewa się i martwi, komu zostawi króle
stwo?“ — „Czego chcesz odemnie?“ — zapytał królewic. —
„Abyś wrócił i został królem w swojem państwie“. Tedy tam
ten przyrzekł usłuchać, jeśli Iskander wypełni trzy żądania: na
przód — rozróżni na cmentarzu kości władców od kości pod
danych, powtóre — wskaże mu królestwo wiecznotrwałe, po
trzecie — nauczy życia bez śmierci. Żednego z tych zadań
Iskander nie mógł wypełnić i z niczem musiał odejść. Bóg zaś
w nagrodę zesłał królewicowi anioła, który pozwolił mu wy
brać sobie trzy rzeczy przyjemne. Ale królewic odmówił: „Ja —
— 273 —
rzecze — wybierać nie będę; Pan Bóg wie lepiej odemnie, co
jest przyjemne“. Tedy anioł wziął go i poniósł do pałacu
z ogrodem, wodotryskami, wszystkiem, czego można było po
żądać. Ale królewic dostał to pod warunkiem, że nic go nie
będzie dziwiło i niczem nie będzie się przejmował. Po pewnym
czasie zobaczył dziewczynę, ściganą przez młodego człowieka,
za którym biegł janczar z wyciągniętą szablą. Zawołał tedy do
młodzieńca: „Patrz za siebie! nie myśl o dziewczynie, lecz
o janczarze, który może cię zabić!“ Zaledwie to wypowie
dział, zniknęło wszystko i znalazł się znowu na cmen
tarzu. Zjawił się anioł i spytał: „Cóżeś uczynił ? czy nie wie
działeś, że dziewczyna to świat, młodzieniec to człowiek w ogól
ności, a janczar to anioł śmierci? Wszyscy ludzie tak są świa
tem zajęci, a nie śmiercią“. I znowu po raz drugi anioł prze
niósł królewica w owo piękne miejsce. Po pewnym czasie kró
lewic ujrzał dwóch rzeźników: jeden z nich sprzedawał bara
ninę, a drugi psie mięso. Ludzie kupowali psie mięso po trzy
piastry, a baraniny za darmo brać nie chcieli. Rozgniewało to
królewica i zapytał: „Dlaczegóż nie kupujecie baraniny?“ I znowu
znalazł się na cmentarzu i znowu zjawił się anioł, mówiąc:
„Straciłeś już dwie sposobności- Czy nie rozumiesz, co znaczą
ci rzeźnicy? Oto ojciec twój, mając prawą małżonkę, szuka in
nych kobiet, płacąc za to psie mięso. Tak też cały świat
czyni“. I przeniósł anioł po raz trzeci królewica do owego
pałacu. Wkrótce zobaczył królewic drwala, który narąbał wiele
drzewa, zrobił ogromną wiązkę i nie mogąc jej podnieść zosta
wił i odszedł. Nazajutrz znów bardzo wiele narąbał i chciał
obie wiązki naraz zabrać; widząc, że nie zdoła, rzucił wszystko
i znów odszedł. Na trzeci dzień jeszcze więcej narąbał i da
remnie próbował zabrać wszystkie trzy wiązki. Wtedy rozgnie
wał się królewic i zawołał: „Co czynisz? Zabierz naprzód
część pierwszej wiązki 1“ I znów się znalazł królewic na cmen
tarzu, a anioł zjawiwszy się powiedział: „Skończyła się już
sposobność. Ów drwal — to człowiek, który zwątpił o miło
sierdziu Bożem wskutek grzechów swoich i coraz więcej grze
szy“... Królewic został na cmentarzu aż do śmierci, zajęty
grzebaniem rozrzuconych kości.
— 274 —
A oto inna powiastka szejcha (w streszczeniu):
Gdy raz pewien przyjaciel sułtana cierpiał biedę i ska
rżył się na to przed władcą, sułtan poradził mu iść w świat
za pieniądzmi. Tedy człek ów — a był to aalem bardzo
uczony — wędrował po różnych krajach i wszędzie udawał
nawróconego na miejscową wiarę, co mu wszędzie sporo gro
sza przynosiło. Przyszedł wreszcie z powrotem do Stambułu,
w szatach greckiego księdza — i udał nawróconego na islam.
Muslimini przyjmowali go wszędzie otwartemi rękoma i oka
zywali wielką radość. Pewnego ranka oznajmił przebiegły
aalem, że mu się w nocy ukazał Mohammed i wlał mu
w głowę cały koran. Uczeni zadawali mu więc różne pytania
i zdumieli się jego mądrością. Innego znów dnia udawał, że
w nocy cudem pouczony został o najtrudniejszych zagadnie
niach teologicznych. I znów pytali go uczeni i dziwowali się,
że ksiądz grecki z łaski nieba taką wiedzę od razu posiadł: ani
się nawet nie domyślali, że mają przed sobą dawnego aaletna.
Doszła wieść o tern aż do sułtana, który przywoławszy na
tchnionego rzekomo księdza, poznał w nim starego przyjaciela
i, choć zrazu ganił go za kpinki, z kolei — przypominając
sobie własną radę pójścia w świat za groszem — wszystko
przebaczył,
Szejch Junis był dla mnie przy wykopaliskach nieocenio
nym pomocnikiem: za wynagrodzeniem sześciu piastr dzien
nie (niespełna półtorej korony) stanowił od rana do wieczora
duszę robót. Wczesnym rankiem wychodził z robotnikami, zwią
zawszy starannie aemmę (rodzaj turbana) i drewnianym grzeby
kiem, który stale nosił w zawoju, przyczesawszy siwą brodę.
Otulony, w szerokie czarne i białe szaty, oparty na wielkim
kiju, w skórzanych — żółtych lub czerwonych — papuciach,
miał w sobie wiele z biblijnego patryarchy. Posłuchem cieszył
się wielkim: praca szła przy nim raźno i wesoło. Za każdym
razem, gdy trzeba było podważyć głaz ogromny, on — chociaż
starzec — sam brał drąg żelazny i dawał dowód siły niezwykłej.
Spuszczał się ze mną do grobów i korytarzy podziemnych, ra
zem czołgał się i pełzał na brzuchu. W dniach pozbawionych
zdobyczy chodził zmartwiony, ale dodawał mi otuchy, poważnie
wskazując w niebo ze słowami Allah kerim (Bóg litościwy);
— 275 —
znaleziona starożytność — jego przedewszystkiem przejmowała
radością. Okazywałem mu szczery szacunek i przyjaźń; najwię
kszą uciechę sprawiłem mu odwiedzinami w jego ubożuchnej
lepiance, gdzie na macie słomianej kawą mnie częstował. Zbie
gała się wtedy cała rodzina, oczywiście z wyłączeniem kobiet:
synowie Mohammed i Ali byli chlubą szejcha, największym je
dnak ulubieńcem malutki wnuczek Afifi. Spytać się o zdrowie
malca sprawiało dziadkowi nadzwyczajną przyjemność; ze wzru
szeniem dziękował za pamięć. Jeżeli wszystko, co dotąd powie
działem o Szejchu Junisie, wyda się czytelnikom sympatycznem,
zrazi ich może pogląd jego na „sprawę kobiecą“. Matkę Mo
hammeda i Aliego wypędził i pojął żonę drugą; gdy dziś spotka
na drodze dawną małżonkę, która już od długich lat pocie
szona znalazła sobie towarzysza, z powagą podnosi połę swego
płaszcza i zakrywa oblicze. Tak mu każę pobożność. Raz mi
wyłuszczył swój sąd o kobiecie: Jest ona —■ powiedział —- jak
papuć; gdy wygodny, należy go starannie przechowywać, —
gdy jednak uciska i gniecie, rozum każę precz go odrzucić“...
Z innych obywateli tejże osady zasługuje na bliższe pozna
nie rodzina Abdelaalima. Ślepy ojciec, zajęty ustawicznie przę
dzeniem, umie na pamięć koran i tę wiedzę synom przekazuje.
Młody jego syn, pilny robotnik Abdeltanab, również podobno
posiadł całą świętą księgę, a biegle czytając służy towarzyszom
za lektora. Późnym nieraz wieczorem słychać było, jak z wiel
kiej, w skórę oprawnej księgi snuł powieść o Harun al Raszydzie. Mały jego braciszek, może dwunastoletni, umie już wiele
sur na pamięć i pięknie je nieraz śpiewa ku zbudowaniu słu
chaczów. Tej rodzinie uczonych przeciwstawić trzeba typ inny,
pospolitych fellahów, jak Ahmed Mohammed, chudy i zwiędły
starzec, który z wieku czuł prawo witania mnie zawsze poda
niem ręki. Pracował niezdarnie, ale wypadało patrzeć na to
przez palce, bo w zamian za dwu się trudził przysadkowaty
Ibrahim Mohammed, narzeczony córeczki Ahmeda, nie wiele co
nad dziesięć lat mającej. Brzydki, o twarzy buldoga, z siłą nie
zwyczajną ruszał kilofem; nic też dziwnego, że przyszła jego
żona, przynosząca wodę robotnikom, z podziwem nań spoglą
dała.’ Dwudziestoletnia różnica wieku nikogo nie raziła i już
parę tygodni po moim wyjeździe z Szaruny Ibrahim poślubił
Aaszę, uzbierawszy widocznie na nowe szaty i wesele. Wogóle
— 276 —
fellahowie żenią się bardzo wcześnie: często widać 15-letniego
męża, a 12-letnią małżonkę.
Fellahowie górno-egipscy są robotnikami silnymi i pracę
swoją sprzedają tanio, a to z powodu, że w okolicy niema na
nią popytu, a przy tern życie ich bardzo pierwotne małe ma
potrzeby. W Szarunie płaciłem dorosłym 3 piastry dziennie za
9 godzin roboty, tj. koło 75 halerzy, — a chłopcom o piastrę
mniej; w El-Gamhudzie 4 piastry, tj. mniej więcej koronę. Na
leży jednak pracy bezustannie doglądać, bo — z natury leniwi —
w braku dozoru natychmiast zaniedbują się. To też od rana do
wieczora rozlegać się muszą okrzyki nadzorców: „Szyddi helak,
szyddi helkum! auafi! auafi! Nuże, wytężcie siły!“ W niczem
nie można się spuszczać na uwagę robotnika: przy odgrzeba
niu naczyń lub trumny upominać trzeba bezustannie, zwracać
uwagę na kruchość przedmiotu i niebezpieczeństwo zniszczenia.
Najsilniej działa na jakość roboty obietnica bakszyszu; krzy
czą też oń wszyscy przy lada sposobności, zwłaszcza gdy coś
odkryją. Wielkich usług dostarcza gromada małych chłopaków,
zręcznych i ochoczych w wypełnianiu ziemią koszyków i odno
szeniu na bok. Przy ciężkiej pracy, np. podważaniu głazów, ro
botnicy wzywają pomocy świętego Zirebiego, który ongi („wię
cej niż sto lat temu“...) żył w pobliżu i na małym pagórku ma
kubbę (kapliczkę kopulastą), skąd roztacza cenną opiekę nad kra
janami. Często odkładają narzędzie, by odetchnąć dymem tyto
niu ; papierosy kręcą z bibułek, a zapalają najczęściej krzesiwkiem. Gdy ktoś zapragnie wody, siedząca obok dziewczyna podaje mu kubek blaszany; pijący nie połknie ani łyku, zanim nie
wypłucze ust i gardła z kurzu i piasku. Przykre wrażenie robi
zupełny brak uszanowania dla dobywanych trupów: uchodziło
za dobry dowcip trzaskanie czaszki o czaszkę. Napróżno tłómaczyłem, że są to ich właśni przodkowie; jedynie surowy nakaz
uczył barbarzyńców składać kości osobno i z powrotem grze
bać. O wartości antików (starożytności) mają wieśniacy przesa
dne pojęcie: europejczyk w ich oczach szuka skarbów niezmier
nych, złota i drogich kamieni. Gdy sami czynią tajemne poszu
kiwania, palą przepisane kadzidła, dla odpędzenia starych du
chów, strzegących kosztowności. O zakopanych skarbach krążą
poruszające szczegóły; zapewniano mnie o grobie bint es suł
tan (córki królewskiej), pełnym złotych sprzętów. Roznosiciele
baśni podobnych powołują się na jakieś księgi, w których za-
— 277 —
znaczone mają być miejsca godne wykopalisk. Ogół wierzy, że
i europejczycy, szukający antików, wiedzę swą z takich ksiąg
czerpią. Arabowie podają sobie legendy z ust do ust w najle
pszej wierze: marnowałby jednak czas i pieniądze, ktoby za
wskazówkami tego rodzaju śledził starożytne zabytki.
Kiedy podczas południowej przerwy wszyscy wydobędą
z zawiniątek zapasy obiadowe, warto się przyjrzeć, jak niewielka
ilość pokarmu wystarcza fellahowi. Cieniutki placek suchego
chleba, kawałek białego miękkiego sera, parę główek czosnku
czy cebuli — oto i wszystko. Chleb przypomina mace żydow
skie, jest jednak i twardszy i ciemniejszy; wypiekają go z mąki
durry (Andropogon Sorghum), ze sporą przymieszką gorzkich
ziarenek helby (Helba trigonella, foenum graecum), rośliny po
dobnej do koniczu. Smaku dodaje sobie robotnik szczyptą
pustynnej soli, którą kobiety i dzieci troskliwie śród piasku
wygrzebują. Mimo bardzo skromnego jedzenia fellahowie na ogół
są silni i zdrowi; niestety i tu, na egipskiej ziemi, zagościła naj
straszniejsza z chorób, kiła. Mówiono mi o lekkim jej przebiegu,
ale odstraszającym przykładem tej „lekkości“ był nieszczęśliwy
syfilityk, który nieraz przychodził gapić się na roboty, młody
a podparty kijem, wlokący się powolutku, wychudły i zeschły,
owinięty szmatami. Choroba jest tu dziedziczna: żre również
jego matkę, beznosą kalekę. Wieśniacy lekceważą sobie kiłę,
a wykształceńsi mienią ją opacznie rumatistnem. Zebrałem nieco
szczegółów o ludowem lecznictwie: Na ból głowy nacina się
czoło brzytwą dla upływu krwi, albo też w tyle głowy stawia
bańki z rogów capa. Na ból zębów gryzą pewne ziele; na bo
lące oczy kładzie się na noc ałun z białkiem jaj, albo tłuczone
pączki jakiegoś drzewa (nie dowiedziałem się nazwy). Chorego
na porażenie słoneczne rozbiera masażysta i trze roztworem
solnym, mięsząc ku jednemu punktowi, poczem odstający w tern
miejscu naskórek zdziera zębami. Słyną szczególniej masażyści
koptyjscy, używający do tarcia jaj z olejem lnianym '). Zaczer-
') W grudniu 1905 roku jechaliśmy z p. Mieczysławem Geniuszem
i panną Dr. Maryą Schulzówną, na osłach do świątyni w Denderze. Osioł
panny Sch. uniósł się i spadła, boleśnie wykręcając sobie nogę. Wrócili
śmy do stacyi kolejowej w Kene, i natychmiast po przybyciu do Luksoru,
wezwaliśmy słynącego w okolicy masażystę koptyjskiego, który z zadzi-
— 278 —
wienienie skóry z potów, czyli t. zw. wysypkę nilową, smarują
mąką z łubinu. Mędrale radzą się co do lekarstw książki p. t.
Taskara Daud (Zapiski Dawida), bardzo wziętej. Epileptycy
uchodzą za opętanych przez szatana: przywołany szejch pisze
na papierku 99 własności Allaha, wszystkie litery stawiając
z osobna, papierek ten kładzie w woreczek skórzany i przy
wiązuje do ciała chorego. Jeżeli „opętany“ mówi od rzeczy,
zbiera się lud w jego domu i szejch uroczyście pyta: „Kto je
steś?“ — Kiedy chory wymówi imię szatana, szejch woła: „Roz
kazuję ci wyjść z niego!“ Szatan gotów się wynieść, ale przez
oko, — czemu szejch się opiera, bo chory by oślepł. Uzdrawiacz zadziera nożykiem palec u nogi i tamtędy każę złemu du
chowi opuścić nieszczęśliwego.
Robotnicy moi byli w znacznej części muzułmanami; nie
brakło jednak koptów różnoobrządkowych: ortodoksów i pro
testantów. Różnica religijna nie wywołuje niesnasek: koptowie,
stanowiący zaledwie kilka odsetków miejscowej ludności, w ży
ciu niczem się prawie nie odróżniają, a co najciekawsze, prze
strzegają obrzezania, tak u chłopców jak i u dziewcząt, zupeł
nie według muzułmańskiego zwyczaju. Wszyscy jednak noszą
na prawicy, poniżej dłoni, wytatuowany krzyż, — mają osobnych
księży (gassis, u protestantów zaś szejch) i zmarłych grzebią
na własnych cmentarzach, gdzieindziej położonych od mahometańskich. Cmentarze koptyjskie stykają się zazwyczaj ze sta
rożytnemu nekropoliami Egipcyan; tak było i w Szarunie,
a jest to odwiecznem podaniem, świadczącem o związku koptów
z faraońską przeszłością, w przeciwstawieniu do najezdnych
arabów. Poznałem księdza koptyjskiego z Szaruny, Ortodoksa;
na imię mu Stefanos. Ubrany po duchownemu, w czarną szatę
i czarny zawój z jasnoniebieskim szczytem, o długiej brodzie,
zachowuje się poważnie, ale jest prostakiem. Czyta koptyjskie
modlitwy, nic z nich nie rozumiejąc; wiadomo bowiem, że język
dawny, używany dziś jeszcze w liturgii, w życiu wymarł już od
wiającą zręcznością i umiejętnością nogę opatrzył, wymięsił i obandażował,
używając przytem mąki, wody i jaj. Panna Dr. Schultzówna, będąca leka
rzem kwarantanny port-saidzkiej i oficerem akademii paryskiej, z podzi
wem wyrażała się o skuteczności mięsienia; już bowiem na drugi dzień
mogła wstać i chodzić o lasce.
— 279
wieków, zastąpiony arabszczyzną. Pytał mnie ksiądz Stefanos
o katolicyzm i mocno był zdziwiony, gdy go zapewniłem, że
niema krztyny prawdy w bajdach, jakie u koptów za pewnik
uchodzą, jakoby u katolików chory, opatrzony ŚŚ. Sakramen
tami, a nie umierający, ulegał śmierci z rąk kapłana, — lub
jakoby mnisi katoliccy raz na rok mieli dozwolone obcowanie
z kobietami. Ksiądz Stefanos i inni obecni koptowie robili z tych
dwu zwyczajów zarzut katolicyzmowi i, choć po moich zaprze
czeniach udawali przekonanych, w głębi duszy pewno mi nie
wierzyli, myśląc, że tylko obłudnie swoją wiarę zakrywam.
Skoro już mamy się rozstać z fellahami, zanotuję tutaj
parę ich przesądów. Z wielką niechęcią sprzedawali mi mleko —i nieraz, mimo że chciałem dobrze zapłacić, przez cały tydzień
mleka dostać nie mogłem. Wieśniacy tłómaczyli, że ich zdaniem
sprzedawać mleko to rzecz nierozsądna, bo z mleka robi się
ser i masło, a te pójdą drogo na targ. Było to jednak z pe
wnością zatajenie właściwej przyczyny, którą musi być przesąd,
zabraniający sprzedawania mleka cudzoziemcowi i to chrześcijani
nowi. Dowiedziałem się także o dwu zabobonach związanych
z księżycem: patrząc nań pociera się pieniądzem włosy brody,
aby pieniądze stały się tak liczne, jak te włosy, — a gdy popa
trzywszy na księżyc spostrzeżesz nagle twarz piękną przecho
dnia, możesz być pewny dobrej wróżby. Zajęty wykopaliskami
nie miałem sposobności do łowienia przesądów i zabobonów,
ale musi ich być dużo, bo Szaruna uchodzi za dzikszą od prze
ciwnego brzegu Nilu, a kutab (szkółka) tamtejszy nie wiele sze
rzy światła, zwłaszcza, że nauka nie jest obowiązkowa. Mało
kto umie czytać i pisać, nawet poprzedni omde był analfabetą.
Niedaleko pola moich robót leżały brudne i nędzne na
mioty beduinów. Nic prawie nie miałem z nimi w Szarunie do
czynienia; czasem tylko podchodził dla przyjrzenia się kopaniu
obtargany beduin, —z krzywą przy boku szablą, nieraz pięknie
okutą — i z góry patrzał tak na mnie, jak i na fellahów:^ beduini, choć nędzni, zawsze wywyższają się nad mieszkańców
doliny. Mają oni odrębne zgoła zwyczaje, a nawet swoje wła
sne wewnętrzne prawodawstwo. Opowiadano mi, że beduini
w razie zabicia kogoś przez jednego z nich nie idą nigdy do
trybunału, lecz sami wymierzają sprawiedliwość, każąc spłacie
winę wielbłądami, od dwudziestu sztuk i więcej, stosownie do
znaczenia zabójcy i zabitego. Jeżeli oskarżony zapiera się zbro.
— 28Ó —
dni, sędzia daje mu do polizania rozpalone do czerwoności że
lazo, które na niewinnym śladu rzekomo nie zostawia, winny
zaś nie śmie go dotknąć i zazwyczaj pod samą groźbą do zbro
dni się przyznaje. Jeżeli zabójca odmawia zapłaty odszkodowa
nia w wielbłądach lub bydle, rodzina zabitego ma prawo zgła
dzić mordercę, lub — jeśli ten nie żyje — kogoś z jego ro
dziny. Zdaje mi się, że zwyczaje tego rodzaju sięgają bardzo
odległej przeszłości i być może nawet malują obraz społe
czeństw arabskich z przed Mohammeda, ślady bowiem islamu
na pustynno-górskich mieszkańcach są niezmiernie drobne.
O ile w Szarunie przypadkowo tylko stykałem się z beduinami, o tyle na drugim etapie moich wykopalisk ciągle nimi
byłem otoczony. W marcu rozbiłem namioty na pustyni libij
skiej, cztery do pięciu godzin jazdy osłami od brzegu nilowego.
Wprawdzie do robót przychodzili fellahowie z najbliższej wsi
El - Gamhud, ale zostawałem pod opieką beduinów, ich miałem
za strażników osoby i mienia. Mogłem też podziwiać świetne
typy wolnych górali (pustynia, wzniesiona wyżej od pól rolnych,
zowie się gebel jak góry), — nieustraszonych, dumnych, nie
uznających żadnej władzy poza własnem plemieniem. Szejchami
nie są tu starcy, jak w nizinie: przeciwnie, na czele plemion
stoją dzielni młodzianie, ale arystokratycznego pochodzenia. Ta
kim arystokratą był mój opiekun Bakir, dorodny, smukły,
o ognisfem wejrzeniu i Wysokiem czole, nosie orlim i maleńkim,’
czarnym wąsiku. Trzeba go było widzieć na koniu ze strzelbą,
aby pojąć olbrzymią różnicę, jaka dzieli wolnego syna pustyni
od fellahów. Wolni są beduini nie w przenośni, ale prawdziwie:
nie są związani obowiązkową służbą wojskową, bo ich szejchowie nigdy się na to nie zgodzili w umowach z rządem dolin
nym. Odpowiedzialności przed urzędową władzą nie znają: —
„Czem jest maamur? — powtarzał Bakir — czem mudir? czem
effendina (chedyw) ? Ta władza nic nas nie obchodzi, to wła
dza fellahów! Ja dla siebie jestem też effendiną!“ — Widziałem
tę niezależność w praktyce, gdy raz przedstawiciele dwu plemion
sąsiednich pokłócili się przy moich namiotach, chwycili nawet
za broń i ledwie dali się rozdzielić, aby nazajutrz wraz ze mną
pojechać do Fesznu przed maamura (starostę). Bakir był obwi
niony, ale nie było w nim ani śladu pokory: z dumą wy
ciągnął dłoń do starosty, przedstawił godnie swój pogląd na
sprawę, a maamur spokojnie i z szacunkiem nakłonił go do
— 281
zgody. Fellah-starosta nie śmiał z góry besztać arystokratybeduina; raczej go prosił o ustąpienie, niż nakazywał; zda
wało się po prostu, że w tej wielkiej sali urzędowej, pełnej
miejskiego pospólstwa, Bakir był pierwszą osobą. Polubiliśmy
się serdecznie i gdy, wyjeżdżając do Kairu, prosiłem go o ule
głość dla mojego zastępcy, Ahmeda Beja Kamala, on się oburzył:
„Ja uległy dla fellaha ?/“ Trudno mu było wejść w służbę przed
stawiciela nizin, choćby baszy orderowanego medżidiami, dygni
tarza i mędrca. Bo i cóż go łączyło z Bejem? Wiara? Ależ Bakir
tylko de nomine był muzułmaninem; w duszy poganin, modlitw
nie odmawiał nigdy, czcił Boga cwałem swojego rumaka i cel
nością w srebro okutej strzelby.
Kair, grudzień 1907-
