9ce1b5d7564b6df46048767b735886dd.pdf
Media
Part of Dziennik czynności Zofii Cieślanki / Lud, 2016, t. 100
- extracted text
-
Lud, t. 100, 2016
V. ROZMOWY I WSPOMNIENIA
DZIENNIK CZYNNOŚCI ZOFII CIEŚLANKI
Wstęp
„Dziennik czynności Zofii Cieślanki” to notatnik o wymiarach 10 x 15,5 cm,
w twardej oprawie oklejonej czarnym płótnem. Strony są kratkowane, brzegi kart
barwione na czerwono. Tekst dziennika zajmuje mniej więcej 1/3 objętości notatnika. Pozostałe karty są niezapisane. Zapiski obejmują okres od 7 do 28 września
1939 roku. Między strony notatnika włożono dziewięć luźnych kartek o nieco mniejszych rozmiarach, cienkich, koloru żółtawego, na których, jak wynika z dat, dopisano część wcześniejszą tekstu dziennika z okresu od 28 sierpnia do 6 września 1939
roku. Dziennik pisany był piórem wiecznym. Pismo jest regularne, czytelne, kolor
atramentu nieznacznie wyblakły. Nota bene ten charakter pisma znamy dobrze z dokumentacji inwentarzowej Muzeum, ponieważ szereg wpisów do ksiąg inwentarzowych, jak i kartkowego katalogu sporządziła Pani Zofia. Ostatni wpis do „Dziennika” to data 28 września, a potem niespodziewanie, dla czytelnika, pojawia się krótki
wpis dokonany inną ręką: „tu pisanie pamiętnika urwało się. Może dlatego że właśnie
wróciłem z «wycieczki» na wschód i Zocha się czymś innym zajęła. Pamiętnik znalazłem i przeczytałem 20 XI 1994 już w 2 lata po śmierci Zochy. Smutno. Roman”.
Zofia Cieślanka1 (1910-1993), późniejsza żona Romana Reinfussa, absolwentka
geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozpoczęła pracę asystentki w Muzeum Etnograficznym w Krakowie od l lutego 1937 roku. Jej zadania związane były głównie z organizacją oddziału Muzeum noszącego nazwę Muzeum Ziemi Krakowskiej,
a usytuowanego w Pałacu Wołodkowiczów przy ulicy Lubicz 4, tuż przy dworcu
kolejowym. Oddział ten został otwarty w czerwcu 1939 roku i składał się wyłącznie
z ekspozycji prezentującej ludową kulturę Krakowiaków. Zofia Cieślanka pracowała w Muzeum do końca września 1939 roku, to jest do momentu jego zamknięcia.
Późniejsza jej praca to zatrudnienie w instytucjach niemieckich, w tym od maja
1941 roku w Institut für Deutsche Ostarbeit, do którego włączono bibliotekę Muzeum, Instytutu Geografii UJ oraz lwowską bibliotekę Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Pracując w sekcji etnograficznej Instytutu, sprawowała między innymi
1
Właściwie Zofia Cieśla.
278
Rozmowy i wspomnienia
konspiracyjną opiekę nad jej zasobami. Po wojnie ponownie pracowała w Muzeum
Etnograficznym w Krakowie od 1945 do października 1946 roku oraz od l czerwca
1967 do 30 września 1975 roku jako kustosz i kierownik Działu Obrzędów.
Kiedy Zofia Cieślanka pisała swój „Dziennik”, nie była jeszcze żoną Romana Reinfussa; sympatyzowali ze sobą, ale pisała ciągle jeszcze o nim „p. R.” lub „p. Roman”.
Obydwoje zaangażowani byli w sprawę ocalenia Muzeum Etnograficznego w Krakowie
podczas II wojny światowej. Dlatego nieodzowna wydaje się potrzeba krótkiego przypomnienia postaci Profesora Romana Reinfussa, tylko w tym muzealnym kontekście.
Roman Reinfuss (1910-1998), z wykształcenia prawnik i etnograf, był zatrudniony w Muzeum Etnograficznym w Krakowie od l października 1936 roku jako
asystent, a od stycznia 1937 roku jako kustosz. W okresie okupacji niemieckiej pracował nadal w Muzeum, zamkniętym wówczas dla publiczności. Władze niemieckie
zleciły mu przeprowadzenie inwentaryzacji zbiorów, a następnie przygotowywały je
do podziału, w celu włączenia części kolekcji do muzeów niemieckich oraz fizycznej
likwidacji tych eksponatów, które nie służyły ilustrowaniu teorii o wpływach niemieckich na Wschodzie. Praca nielicznych Polaków mających dostęp do zbiorów polegała także na umiejętnym sabotowaniu zamierzeń niemieckich oraz na wykradaniu
dokumentacji, cenniejszych obiektów oraz czuwaniu nad bezpieczeństwem zbiorów.
Po wojnie Roman Reinfuss pracował w Muzeum do 28 lutego 1951 roku jako kustosz
i zastępca dyrektora. W późniejszych okresach jego związki z Muzeum sprowadzały
się do przewodniczenia Radzie Naukowej Muzeum oraz udzielania cennej i życzliwej pomocy merytorycznej. Zofia i Roman Reinfussowie związani byli bardzo silnie
z Muzeum Etnograficznym w Krakowie, a do dziś tę tradycję rodzinną kontynuuje
starszy kustosz Krystyna Reinfuss-Janusz, magister etnografii, ich młodsza córka.
Warto w tym miejscu przypomnieć początki istnienia Muzeum, gdyż wyjaśni to
po części sytuację zbiorów na początku wojny. Powstało w 1911 roku jako rezultat
starań członków Towarzystwa Muzeum Etnograficznego w Krakowie, a wśród nich –
niestrudzonego ludoznawcy i zbieracza Seweryna Udzieli (1857-1937), którego zbiory stanowiły podstawę założenia Muzeum. Było ono własnością Towarzystwa. Będąc
instytucją prywatną, borykało się z wieloma trudnościami lokalowymi i finansowymi,
nie mając wsparcia władz. Pierwszą jego siedzibą były trzy pomieszczenia w oficynie
domu przy ul. Studenckiej 9 w Krakowie. Po dwu latach starań dyrektora Seweryna
Udzieli oraz prezesa Towarzystwa Muzeum Etnograficznego Juliana Talko-Hryncewicza2, Muzeum przeniosło się w 1913 roku do pomieszczeń dawnego seminarium św.
Michała na wzgórzu wawelskim. Tam, mimo fatalnego stanu technicznego budynku,
zorganizowano stałą wystawę, a pracownicy prócz działalności edukacyjnej prowadzili
prace badawcze i publikowali ich wyniki. W 1937 roku dyrektorem Muzeum został
Tadeusz Seweryn (1894-1975)3. We wrześniu 1939 roku, po zajęciu Wawelu przez
2
Prof. dr Julian Talko-Hryncewicz (1850-1936), lekarz, antropolog i etnograf, badacz Syberii, profesor uniwersytetów Wileńskiego i Jagiellońskiego, członek Akademii Umiejętności i później Polskiej
Akademii Umiejętności, jeden z założycieli Muzeum Etnograficznego w Krakowie.
3
Prof. dr Tadeusz Seweryn (1894-1975), etnograf, malarz, grafik, muzeolog i badacz kultury ludowej, dyrektor Muzeum Etnograficznego w Krakowie w latach 1937-1965, z przerwą w okresie 19391945, gdy zaangażowany był w podziemnych organizacjach ruchu oporu ZWZ AK, kierował Ruchem
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
279
hitlerowców, zbiory zostały spakowane i przeniesione do pomieszczeń tymczasowych
w budynku Biblioteki Jagiellońskiej. Część dokumentacji, w tym katalog zbiorów,
katalog biblioteki, pojedyncze eksponaty i książki z biblioteki muzealnej, wykradła
i przechowała w swoim mieszkaniu pracownica Muzeum Lutosława Hajówna. Tuż
po wojnie zbiory przeniesiono do budynków koszar przy ul. Warszawskiej, w pobliżu
dworca kolejowego, by w 1947 roku ulokować je ostatecznie w obszernym budynku
poszkolnym na Placu Wolnica, gdzie znajdują się po dziś dzień. Pierwotnie był to ratusz miasta Kazimierza, zbudowany w XV wieku i aż do końca wieku XIX wielokrotnie przebudowywany. Po definitywnym włączeniu Kazimierza do Krakowa w 1800
roku zmienił swą funkcję. Początki reaktywacji działalności Muzeum Etnograficznego
w Krakowie tuż po zakończeniu wojny, pod nieobecność przedwojennego dyrektora
Tadeusza Seweryna, spadły na barki Romana Reinfussa. On to wraz z żoną i kilkoma
współpracownikami rozpoczął w swym mieszkaniu pracę muzealną.
Dlaczego Zofia Cieślanka nagle zaczęła spisywać „swoje czynności”, jak to nazwała? Nie był to zwykły, stosowany w wielu instytucjach dziennik pracy. Analiza
tekstu wykazuje, że dziennik zawiera wiele innych informacji, nie zawsze związanych
z pracą, ale ważnych z punktu widzenia autorki. Pogłosek o nadciągającej wojnie nie
traktowano poważnie. Ale już pod datą 28 sierpnia 1939 roku autorka pisze, że od tego
dnia rozpoczęto pakowanie zbiorów. Polecenie wydał Roman Reinfuss, pod nieobecność ówczesnego dyrektora Tadeusza Seweryna, który – zajęty kontaktami z urzędami – rzadko bywał w Muzeum. Z tekstu „Dziennika” dowiadujemy się, że Lutosława
Hajówna także pisała swój dziennik, który niestety się nie zachował. Czas był niezwykły, pełen niepokoju i jednocześnie intensywnej pracy muzealnej, pracy ponad siły,
i zapewne poczucie niezwykłości sytuacji oraz obawa przed umknięciem z pamięci
szczegółów tego okresu skłoniła autorki do pisania. W końcu „Dziennik czynności Zofii Cieślanki” przeobraził się w pamiętnik, gdzie obok informacji o charakterze wykonywanych prac pojawiały się, czy wręcz zaczęły dominować, opisy sytuacji życiowej
rodziny, znajomych, sceny z życia miasta. Dlatego „Dziennik” stał się dokumentem
niezwykle ciekawym. Przede wszystkim dowiadujemy się z niego, jak krakowianie
przeżywali początek II wojny światowej. Relacja spisywana na bieżąco pełna jest emocji, informacji o drobnych z pozoru faktach. Nie jest ona „obciążona” wiedzą o późniejszych wydarzeniach. Zapis pełen jest skrótów, styl relacji „telegraficzny”. Mimo
niewielkiej objętości, autorka zawarła tu nadspodziewanie dużo informacji. Dotyczą
one przede wszystkim różnorakich spraw związanych z historią Muzeum, ale także
innych dramatycznych wydarzeń „w mieście”, a także opisów stanu ducha autorki i jej
bardzo osobistych przeżyć. Pierwsze miesiące 1939 roku w Krakowie zostały opisane
przez historyków; z oczywistych względów relacje te pozbawione są emocji. Tym ciekawsza jest opowieść naszej autorki. Wiadomo na przykład, że miasto w czasie II wojny światowej nie ucierpiało wiele w porównaniu z innymi, ale znacznych zniszczeń
w Krakowie dokonały właśnie naloty w pierwszych dniach wojny, o których pisze
Oporu Społecznego, zorganizował na terenie Krakowa Radę Pomocy Żydom – „Żegota” oraz podziemną radiostację nigdy nie wykrytą przez okupanta. Po wojnie aresztowany przez SB, wrócił do Muzeum
w 1945 r., w 1965 przeszedł na emeryturę.
280
Rozmowy i wspomnienia
Cieślanka. Z „Dziennika” dowiadujemy się, że już 1 września bombowce atakowały
strategiczne cele Krakowa, a 4 września hitlerowcy zajęli Wawel. Historycy jednak
jako datę formalnego zajęcia Krakowa przyjmują 6 września 1939 roku.
Zofia Cieślanka była osobą młodą, jako małe dziecko przeżyła pierwszą wojnę
światową, ale później z pewnością nie raz słyszała, żywe ciągle, wspomnienia z tej wojny – szczególnie okrutnej na południu Polski. Znając wartość zbiorów, czuła się za nie
odpowiedzialna, pragnęła ochronić je przed zagładą. Taką postawą i wykonywanymi
„czynnościami” narażała swoje zdrowie, a nawet życie, by zabezpieczyć powierzone
jej pieczy dobra kultury. Odczuwała głęboką troskę o ich losy, aż do fizycznego bólu,
o którym pisze. Martwiła się zniszczeniami, jakich dopuścili się żołnierze i starała się
odzyskać, wraz z Lutosławą Hajówną, ukradzione eksponaty, co im się po części udało. Przez cały „Dziennik” przewija się troska o zbiory, uwagi na temat ich pakowania
i zabezpieczania, ale jednocześnie czuje się wiarę autorki w to, że zbiory ocaleją i wrócą w przyszłości do Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Wielu ludzi z pewnością
nie podzielało takiego optymizmu. „Dziennik czynności Zofii Cieślanki” przeleżał od
września 1939 roku do 20 listopada 1994 roku w zapomnieniu, pomiędzy „papierami
Zochy”, w mieszkaniu państwa Reinfussów. Profesor Reinfuss przez te wszystkie lata
nie wiedział o jego istnieniu. Odnalazł go, porządkując po śmierci żony jej osobiste
rzeczy i dopisał kilka wzruszających słów. Kilka miesięcy później pokazał go nam (tj.
Marii Zachorowskiej – ówczesnemu dyrektorowi Muzeum Etnograficznego w Krakowie i Andrzejowi Ratajowi – wicedyrektorowi Muzeum ds. naukowych) z propozycją, abyśmy „coś pożytecznego z tego zrobili”. Sącząc znane znajomym i przyjaciołom Profesora wino marki „Vinrom”4 (doskonałe, produkowane przez Profesora wino
z czerwonych i czarnych porzeczek) zdecydowaliśmy, że Profesor rozszyfruje skróty
i załączy informacje o osobach, których inicjały, czy tylko imiona, autorka zamieściła
w tekście, a Andrzej Rataj przepisze tekst dziennika i wykona wstępną redakcję całości
tekstu. Ponadto Profesor napisał komentarz zatytułowany „Parę słów wprowadzenia”,
wyjaśniający wiele faktów, o których na bieżąco pisała Zofia Cieślanka, i wyraził
zgodę na wydanie tych tekstów przez nas jako osobnej publikacji, bądź jako artykułu
w „Roczniku Muzeum Etnograficznego w Krakowie”. „Dziennik” został zaprezentowany jako ważny eksponat podczas trwania wystawy poświęconej historii Muzeum
z okazji 95 rocznicy jego powstania, a jego fragmenty wraz z komentarzem Profesora
i wstępem autorstwa Andrzeja Rataja zostały odczytane podczas konferencji towarzyszącej rocznicowej wystawie. Niestety do dzisiaj nie udało się udostępnić tych
materiałów szerszemu gronu czytelników5. Osoby związane z Muzeum miały zawsze
nadzieję, że wcześniej czy później to nastąpi.
4
W czasach PRL firma „Vinprom” była jedynym dystrybutorem win; „Vinrom” stanowi żartobliwą
nazwę marki wina produkowanego przez Profesora.
5
Muzeum wydawało w tym czasie tomy tematyczne „Rocznika” i tekst dzienniczka oczekiwał na
swoją kolej. Po naszym odejściu na emeryturę nowe władze instytucji skierowały politykę wydawniczą
na inne tory. Ponadto tekst był zbyt długi, aby ukazać się jako artykuł, a jednocześnie zbyt krótki, aby
wydrukować go jako osobną pozycję. Próby zainteresowania nim Muzeum Historycznego miasta Krakowa, jak i Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej w Toruniu (wydawcy serii
„Etnografia ocalona”) nie powiodły się.
281
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
Potrzeba prowadzenia badań nad historią polskiej etnografii czy szerzej – polskiej humanistyki, potrzeba ujawniania dokumentów i spisywania wspomnień jest
niezmiernie ważna. Dotyczy to przede wszystkim okresów słabo dokumentowanych,
a przez to ulegających często nieświadomym deformacjom wynikającym z braku
wiarygodnych źródeł. Takim okresem są lata okupacji niemieckiej. Pojawiały się
przecież zarzuty kolaboracji wobec osób pracujących w niemieckich instytucjach,
podczas gdy pracę tę podejmowano głównie z polecenia władz Polski podziemnej.
Zadaniem tych osób było wykradanie i ukrywanie lub przynajmniej strzeżenie zaanektowanych przez władze okupacyjne zbiorów muzealnych, archiwalnych i bibliotecznych oraz dokumentowanie ich losów. Osoby występujące w „Dzienniku”
pełniły w kolejnych miesiącach i latach okupacji takie właśnie funkcje. Ówczesny
dyrektor Muzeum, Tadeusz Seweryn, ukrywał się, i jego działalność w Armii Krajowej i władzach Polskiego Państwa Podziemnego nie miała związku z okupacyjną historią Muzeum. Roman Reinfuss, jak już wspomniano wyżej, opiekował się zbiorami
muzealnymi, na polecenie władz okupacyjnych przygotowywał je do przekazania,
opóźniając ich inwentaryzację i pakowanie.
My – tak zwani „starzy pracownicy muzeum” (dziś już emeryci), wiemy, że dzięki tym odpowiedzialnym postawom pracowników Muzeum Etnograficznego w Krakowie na początku wojny i dalszym działaniom już w „Dzienniku” nie opisanym,
zbiory prawie w całości przetrwały wojnę i do dziś znajdują się w Muzeum. Postawa Zofii Cieślanki, Romana Reinfussa, Lutosławy Hajówny i kilku innych osób,
o których wspomina autorka, powinna być wzorem postępowania muzealnika, który
z całą odpowiedzialnością w każdej sytuacji troszczy się o bezpieczeństwo zbiorów.
* * *
Poniżej przytaczamy oryginalne teksty „Dziennika czynności Zofii Cieślanki”
oraz „Parę słów wprowadzenia” napisanych przez profesora Romana Reinfussa,
wraz z objaśnieniami dotyczącymi osób występujących w „Dzienniku”. Z myślą
o pełniejszym zrozumieniu treści, w nawiasach kwadratowych umieszczamy uzupełnienia, a także przypisy do tekstów.
Maria Zachorowska i Andrzej Rataj
Parę słów wprowadzenia
W ostatniej dekadzie sierpnia [1939 r.] przebywałem na badaniach terenowych
w okolicach Sanoka. Gdy na rynku powiatowej stolicy zaczęto kopać schrony przeciwlotnicze, wróciłem do Krakowa, gdzie również na każdym kroku widać było gorączkowe przygotowania do obrony. Na Wawelu przed budynkiem, gdzie wówczas
282
Rozmowy i wspomnienia
mieściło się Muzeum Etnograficzne, też kopano rowy, a na Zamku odbywał się kurs
sanitarny i obrony przeciwlotniczej dla pracowników i mieszkańców Wawelu. Przez
radio informowano o konieczności zaopatrywania się w czarny papier do zaciemniania okien i taśm do zalepiania szpar na wypadek ataku gazów bojowych.
Gdy przybyłem do Muzeum, dyrektora akurat nie było, więc nie porozumiewając
się z nikim, zarządziłem zamknięcie wystawy dla publiczności i rozpoczęliśmy pakowanie zbiorów na wypadek ewakuacji. Wraz z dwoma asystentkami, mgr Zofią Cieślanką i Lutosławą Hajówną, zaczęliśmy likwidować ekspozycje, korzystając z pomocy woźnego Stanisława Małysy (którego już na drugi dzień powołano do wojska)
i nieocenionej Reginy Kawy de Zielonki, jak nazywaliśmy żartobliwie pracującą od
lat sprzątaczkę, angażowaną jeszcze do pracy przez Seweryna Udzielę. Przebywała
z nami również przysłana z Warszawy praktykantka Władysława Trębska, która nam
jednak zbyt wiele nie pomagała, gdyż myślała jedynie o powrocie do Warszawy, na
co jednak dyrektor, doc. dr Tadeusz Seweryn nie chciał się zgodzić. Uspokajał ją, że
jak będzie naprawdę trzeba, to ją odeśle do mamy pod opieką przystojnego oficera.
Popędzani strachem, pracowaliśmy szybko. Dyrektor pojawiał się rzadko i wpadał tylko na chwilę, żeby nam opowiedzieć, co się dzieje w mieście, co mówią ludzie, a co powiedziało w języku polskim Deutsche Rundfunk Breslau, a co nadawało
radio Warszawa. Przy którymś tam z kolei razie, nie wytrzymałem – i przeprosiłem
Dyrektora, żeby nam nie przerywał pracy, bo parafina do napuszczania papierów
stygnie i trzeba wszystko zaczynać od początku. Dyrektor poczuł się urażony6. Nazwał mnie panikarzem, a całą naszą robotę za szkodliwe podsycanie nastrojów wojennych. Polecił otworzyć ekspozycję dla publiczności, a nam zająć się normalną
pracą inwentaryzacyjną. W tej sytuacji musieliśmy przerwać pakowanie w godzinach pracy i kontynuować je konspiracyjnie w godzinach popołudniowych i w nocy.
Pomagali nam w tym dwaj koledzy socjologowie, mgr Witold Zbierowski i mgr Jan
Szmek oraz zaprzyjaźniona z nami studentka etnografii Maria Jakubowska. Moje
służbowe mieszkanie, które miałem przy muzeum, służyło wszystkim. Jeśli ktoś
chciał się zdrzemnąć, a brakło miejsca, służyło też łóżko w „izbie spiskiej”, gdzie
znajdowały się zbiory ofiarowane dla Muzeum przez ks. Józefa Świstka, proboszcza
w Kacwinie.
Gdy l września spadły na Kraków pierwsze bomby, zbiory etnograficzne na Wawelu były już prawie w całości spakowane i gotowe do ewakuacji. Wtedy dyrektor,
doc. Seweryn polecił Zofii Cieślance i Ludosławie Hajównej likwidować wystawę
w Muzeum Ziemi Krakowskiej znajdującym się w pobliżu dworca kolejowego, gnębionego ustawicznymi nalotami niemieckich bombowców. Do pomocy przydzielił
doc. Seweryn obydwu asystentkom doraźnie zaangażowanego pracownika, niejakiego Kowalskiego, który na ręcznym, czterokołowym wózku przewoził wraz z niemi
eksponaty na Wawel, gdzie ja pakowałem je z Resią [Kawą]. Nasi nocni pomocnicy
ulotnili się całkowicie.
6
Tadeusz Seweryn i Roman Reinfuss, mówiąc delikatnie, nie darzyli się zbytnią sympatią. Ta animozja ujawniła się także po wojnie i była przyczyną konfliktu, który zakończył się odejściem Reinfussa
z Muzeum.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
283
W niedzielę rano, a było to, jeśli dobrze pamiętam, 2 września, przekradając się
od sieni do sieni, między bombardowaniem udałem się na ulicę Szlak, gdzie pod
nr 19 mieszkała na pierwszym piętrze Zofia Cieślanka ze swoją przyrodnią siostrą
Heleną. Przed chwilą na ulicy Łobzowskiej, przed kościołem sióstr karmelitanek
spadła bomba. Gdy skręciłem na Szlak, zobaczyłem przed sobą dwóch mężczyzn,
którzy prowadzili okrwawioną i słaniającą się kobietę. Jak się później okazało, była
to siostra Zofii, Helena Cieślanka. Zofię zastałem na parterze w otoczeniu grupy rozhisteryzowanych sąsiadów. Tam prawdopodobnie byli pp. Jar, Wyrobisz, Wyrobek,
czy Czyżyk, o których wspomina Autorka w swoim pamiętniku. Helena Cieślanka
została poraniona odłamkami muru po wybuchu bomby, gdy wychodziła z kościoła
na ulicy Łobzowskiej. O wezwaniu pogotowia czy jakiegoś lekarza nie było mowy.
Założyliśmy więc prowizoryczne opatrunki, po czym wróciłem na Wawel.
Wiadomo już było, że dla naszych zbiorów nie ma żadnych możliwości ewakuacji, nie miały ich również Państwowe Zbiory na zamku. Przy pomocy przypadkowych pomocników przenieśliśmy z Resią skrzynie ze zbiorami etnograficznymi
i nasze prywatne rzeczy do głębokich piwnic pod Zamkiem, gdzie były przynajmniej
zabezpieczone przed bombardowaniem. Stało się jasnem, że wkrótce Niemcy zajmą
Kraków. W mieście zaczęła się gwałtowna i zupełnie bezładna ewakuacja ludności, która pieszo i różnymi środkami lokomocji uciekała w kierunku Bochni. Komunikaty radiowe nakazywały, aby wszyscy młodzi mężczyźni ewakuowali się wraz
z wojskiem.
Trzeciego września koło południa pożegnałem się matką i Reginą Kawą (asystentek ani dyrektora wtedy nie było) i z jednym z woźnych zamkowych, którego
nazwiska niestety nie pamiętam, pojechaliśmy rowerami na wschód zgłaszając się
po drodze bezskutecznie do wojska we wszystkich napotkanych większych miastach
aż po Kobryń na granicy Polesia. W tym samym dniu dyrektor doc. Seweryn wyjechał do Lwowa. Nasza Warszawianka, Władysława Trębska (późniejsza mgr Kolago)
opuściła Kraków galarem, na którym popłynęły Wisłą bezcenne wawelskie arrasy.
Matka moja ulegając ogólnej psychozie wraz ze swą siostrą dotarły pieszo do Staszowa, skąd na poranionych nogach wróciły widząc bezsens dalszej wędrówki.
Muzeum Etnograficzne i jego złożone w podziemiach zbiory zostały jedynie pod
opieką Resi i dwóch asystentek, mgr mgr Zofii Cieślanki i Lutosławy Hajówny. Jak
to wyglądało, opowiada Zofia Cieślanka. Notatki jej pisane początkowo na luźnych
karteluszkach, w panice, między wybuchami bomb, uspokajają się i stają bardziej
rzeczowe po tygodniu, gdy zaczyna się normalna zmora okupacyjna.
Podobnie jak Cieślanka, pisała swoje notatki Lutosława Hajówna. Niestety, Autorka ich nie żyje, ani nikt z jej rodziny, przepadły też jej zapiski.
Prof. dr Roman Reinfuss
284
Rozmowy i wspomnienia
Wyjaśnienie skrótów i informacja o osobach spisana przez
prof. Romana Reinfussa
Lutka – mgr Lutosława Hajówna, pracownica Muzeum Etnograficznego [właściwie
Lutosława Haja (1909-1971), geografka i etnografka, od 1933 r. pracownica Muzeum Etnograficznego w Krakowie z przerwą w okresie okupacji niemieckiej 1939-1945, do 1969 r., kiedy przeszła na emeryturę].
Pan R. – mgr Roman Reinfuss, kustosz Muzeum Etnograficznego [Prof. dr Roman Reinfuss (1910-1998), prawnik i etnograf, autor wielu publikacji etnograficznych, kustosz
Muzeum Etnograficznego w Krakowie w latach 1936-1951 (z wojenną przerwą).
Od 1946 do 1980 r. kierował sekcją zdobnictwa w Państwowym Instytucie Badania
Sztuki Ludowej Polskiej Akademii Nauk i jego późniejszymi mutacjami, gromadząc
bezcenne dla nauki materiały opisowe dotyczące polskiej kultury ludowej. Po likwidacji tej placówki zbiory przejęło Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli
w Krakowie].
Pan Z. – mgr Witold Zbierowski, socjolog, kolega p. R. pomagający przy pakowaniu
zbiorów.
Pani R-owa – Zofia Reinfussowa, matka Romana Reinfussa.
Resia – „Regina Kawa de Zielonki”, sprzątaczka muzealna.
P. Polk – inżynier Polkowski, pracownik Państwowych Zbiorów na Wawelu [Józef Aleksander Krzywda-Polkowski (1888-1981), architekt, pracownik służb odnowy Zamku Królewskiego na Wawelu].
St. – mgr Stanisław Nowak, kuzyn mgr Zofii Cieślanki.
P. Hojel. – ?
Hela – Helena Cieślanka, przyrodnia siostra Zofii, nauczycielka.
P. Jar, p. Wyrobek, p. Grzech, p. Czyżyk – prawdopodobnie sąsiedzi mgr Zofii Cieślanki
z kamienicy przy ul. Szlak 19, gdzie mieszkała.
Iza – mgr Izabela Dubikówna, historyk sztuki, pracująca początkowo w Muzeum Etnograficznym, następnie przeniesiona do Państwowych Zbiorów na Wawelu.
P. Wyr. – p. Wyrobisz.
P. Grz. – p. Grzech.
Warszawianka – Władysława Trębska, późniejsza mgr Władysława Kolago, pochodząca
z Warszawy, która jako studentka etnografii odbywała praktykę w Muzeum Etnograficznym [Władysława Kolago, z d. Trębska (1910-1986), etnografka, autorka
Stroju kołbielskiego, w serii Atlas Polskich Strojów Ludowych, t. 4, PTL 1970].
Wanda, Urszula – koleżanki Z. Cieślanki z gimnazjum lub ze studiów.
Pan Borgel – organista z katedry wawelskiej, mieszkający na Wawelu, który po zajęciu
Krakowa przez Niemców ujawnił się jako Volksdeutsch i został przejściowo
zarządcą Wawelu z ramienia Niemców.
Pan Bohusz – prof. Adolf Szyszko Bohusz [1883-1948], dyrektor Zbiorów Państwowych
na Wawelu [architekt, od 1916 r. pracował jako kierownik prac renowacyjnych
w Zamku Królewskim na Wawelu do 1946 r. – z wojenną przerwą, de facto był
dyrektorem Wawelu].
Pan Ziobro – pracownik Państwowych Zbiorów na Wawelu.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
285
Pani Sewerynowa – żona doc. Tadeusza Seweryna, dyrektora Muzeum Etnograficznego
[Teresa z Sobolewskich Seweryn].
Marynia – pomocnica domowa sióstr Cieślanek.
Kowalski – dorywczo angażowany przez dyrektora Tadeusza Seweryna, pracownik zatrudniony do przewożenia zbiorów z Muzeum Ziemi Krakowskiej na Wawel.
Ks. Figlewicz – mieszkaniec Wawelu stale zatrudniony przy wawelskiej katedrze [ks.
Kazimierz Figlewicz (1903-1983) – od 1933 r. wikariusz, potem proboszcz w Katedrze na Wawelu, do końca życia z nią związany, znawca jej zabytków i historii.
W czasie okupacji jako jedyny miał prawo odprawiać mszę św. dwa razy w tygodniu, lecz bez udziału wiernych i pod nadzorem niemieckich policjantów].
Dr. Rose – lekarz mieszkający przy ulicy Grodzkiej.
Ks. Józef Świstek [1894-1956] – proboszcz w Kacwinie na Spiszu, darodawca swych
zbiorów do Muzeum Etnograficznego w Krakowie; zbiory znalazły swe miejsce
w osobnym pomieszczeniu nazwanym „Izba ks. Świstka”.
Hanka S. – zapewne koleżanka z gimnazjum lub studiów uniwersyteckich.
Jasia – kilkoletnia córka p. Dubisowej.
Pani Dubisowa – sąsiadka, żona urzędnika pocztowego mieszkająca na II piętrze przy
ul. Szlak 19.
Dr. praw adwokat Roland Goryczko – urzędnik tymczasowego Zarządu Miasta [Roland Goryczko (1907-1983), znany adwokat w Krakowie. W 1939 r. syndyk masy
upadłościowej Pierwszej Małopolskiej Fabryki Naczyń Emaliowanych – późniejszej
Fabryki O. Schindlera. Więzień Auschwitz i Mauthausen, po II wojnie światowej
przebywał w Szwajcarii].
Pani Róża Łubieńska – działaczka społeczna, sprawująca opiekę na ubogimi i bezdomnymi [Róża Łubieńska (1897-1984), hrabianka, działaczka katolicka w Krakowie].
P. Tad Gofron – brat Mieczysława Gofrona, kolegi szkolnego Romana Reinfussa. Po
powrocie z niemieckiej niewoli pracował w Warszawie jako technik budowlany.
P. Muszkietowa – żona Muszkieta, art. rzeźbiarza zatrudnionego przy Państwowych
Zbiorach na Wawelu [Karol Muszkiet (1904-1993), art. rzeźbiarz].
Wikcia – prawdopodobnie znajoma pracownica domowa.
P. Menclowa – Klementyna Menclowa, właścicielka Piekarni Warszawskiej przy ulicy
Rajskiej 22, która w czasie okupacji bezinteresownie udzielała pomocy szpitalom,
domom opieki itp., córka jej, p. Elżbieta Kaczorowska była serdeczną przyjaciółką
Zofii Cieślanki.
Roman Reinfuss
286
Rozmowy i wspomnienia
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
Pakujemy od 28 VIII przez całe dnie i noce, aż do l IX.
31 VIII – pakujemy z Lutką p. R. p. Z. i ja do 12-tej i siedzimy chwilę na parapecie
okna wdychając świeże powietrze i podziwiając piękno spokojnej nocy polskiej na
Wawelu.
1 września
godz. 5.30 obserwujemy z okien prac. M. E. razem z p. R. bombowce niemieckie,
jadące z zachodu i okrążające Kraków w szyku bojowym. Mówimy żartem, oby to
nie były samol. nieprzyj.! Może to już wojna?! Po kilku minutach alarm – lecimy
z Lutką i p. R-ową, Resią do schronu, zostawiamy p. Z. w prac. II śpiącego, p. R. leci
na swój pkt obserwacyjny na strych. W schronie wściekamy się, że ten próbny alarm
tak długo trwa i to wtedy gdy mamy tyle roboty. Wychodzimy na dziedziniec, lecz
p. Polk. nas wraca żeby się podporz. pod ich rozkaz, alarm nie był odwołany. Wracamy. Godz. 8.30 – odwołanie. Za jakieś 2 godz. znów alarm, lecimy do schronu, znów
niby, że alarm próbny. Złość nasza nie ma granic. Po powrocie otrzymuje p. R od
p. Z. telefon, że to jednak regularna wojna bez wypowiedzenia. Zburzony dom na
Warszawskiej – klasztor SS. Miłosierdzia. Chciano zburzyć dworzec tow. Rzucone
bomby w różnych częściach miasta. Straty małe. Dużo ludzi poranionych od odłamków. W czasie następnych kilku nalotów siedzę w M. E. i pakuję nie zważając na
bombowce szalejące nad miastem i na dźwięki syren. W czasie jednego nalotu siedzę
na drabinie na strychu i czytam „Tempo Dnia”7, oraz obserwuję lecące samoloty nieprzyj. Śpię razem z Lutką w prac. Warszawa śpi wraz z p. R-wą i Resią w schronie.
2 września
Wracają rano o 7. Tymczasem w nocy 2 naloty, jeden wieczór około 9-tej, drugi nad
ranem o 5-tej. W pokoju p. R. do 6. Pakujemy dalej ale bezładnie między jednym
atakiem a drugim. O godzinie 3-ej silny atak lotn. Przelot niski samol. nad Wawelem. Radiostacja na Dębnikach częściowo zniszczona, a także jedna z bomb trafia
w schronisko brata Alberta, tak z trudem wystawione. St. przychodzi około 4.30 po
mnie na Wawel, gdzie przedostaje się w czasie nalotu. Siedzimy jeszcze do 6-tej, bo
boimy się wyjść, aby się nie narazić. Alarm odwołany o godz. 7. Idziemy na Flor.
Na kolację, mamy niemiłą przygodę z p. Hojel. i jego ordynarnym znajomkiem (?).
W czasie jedzenia kol. drugi alarm krótki i odwołanie. Wracam o 9-tej do domu.
[Dwu luźnych kartek nie można dopasować do reszty tekstu].
[Pierwsza] –
7
„Tempo Dnia” – popołudniówka aktualizująca informacje z porannego wydania „Ilustrowanego
Kuriera Codziennego”, wychodziła od 1933 do 1939 r.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
287
2 IX na 3 IX o 1-szej w nocy wpadł St. z tym, żebyśmy się pakowały i uciekały, że
j. źle, bo Urząd Woj. się pakuje i ewakuuje. On też musi jechać. Ja powiedziałam, że
się nie ruszę. 3 – Rozmowa p. Wyr. z p. Grz. w sprawie ucieczki z Kr. „Po co więc
pani tę sprawę wentyluje”. Wyjazd Warszawianki Wład. Wandy Urszuli wraz z Wawelasami galarami.
[Druga] –
Umawiamy się na dzień następny.
[Koniec luźnych kartek; dalszy tekst pisany w notatniku].
3 września
Noc spokojna. Rano Hela o godz. 5.20 idzie ze szmatami do Dziuni, a o godz. 6-tej
alarm i nalot, trwający b. długo. Samol. bombardują okolice Szlaku, W-wskiej, Kaź.
Wielk., Staszica, Łobzowskiej. Chcą zburzyć składy mund. na Szlaku – trafiają
w dom narożny Szlak 38. Kilka osób zab., dom zburzony – pali się. Na Stasz. znajd.
się karab. maszynowy chcą go zestrzelić trafiają w ulicę koło Karmel. Straszna wyrwa. Chcą zaatak. dworzec osob. i pocztę pol. znajd. się w pał. Wołodk. 7 bomb pada
wokół pałacyku szyby wylatują, kilka framug, trochę kamieni do wnętrza. A Chrystus
Błogosł. – rzeźba jak stała w oknie tak została nienaruszona, choć szyby i kamienie
wokół niej latały. Około godz. 9.45 p. R. chce mnie wziąć przemocą na Wawel twierdząc, że tam bezpieczniej. Nie idę bo Hela ranna. Opatrywanie ran, gonienie i t.d.
Dostaję rodzaj paraliżu nerwów w krzyżach na wys. nerek i schylać się nie mogę.
Smaruje mnie na goło p. Jar. Spazmy p. Wyrobisz. Ona hister. Chce jechać, wraca
i t.d. W czasie opatrunków przybiega St. kt. widział Mamę Hele., poznanie St. z p. R.
„W dziwnych okolicznościach poznaliśmy się” mówi R. Atak w czasie którego R. wraca na W., ja zostaję w domu. St. gdzieś jedzie ze swoim wujkiem. Dalsze ataki. Wpada
tercjan, aby ktoś poszedł po pieniądze kt. wypłaca kurat. W międzyczasie telefonuję
na W. i dowiaduję się, że rzeczy są już wyniesione do schronu i mają być pakowane
te z Lubicz. Biegnę tam widzę 7 bomb wokół budynku. Kluczy nie ma bo ma je
Lutka. Wędrówka na Podgórz. Lutki nie ma w Łagiewnikach. Powrót na Lubicz.
W międzyczasie gonię za panem, kt. ma Heli wypłacić pieniądze. Mam duszę na
ramieniu, boję się nalotu. Od czasu do czasu ktoś krzyczy nalot i wszyscy biegną do
bram. Wieści przychodzą straszne, że Niemcy już są niedaleko Krak., że obchodzą
się z ludźmi okrutnie, że katują i t.d. Po przyjściu na Lubicz dyr. mnie prosi, abym
poszła po klucze na W., gdyż ma je R. Heli dałam słowo, że nie pójdę na Wawel,
jednak musiałam iść. Przez kratkę bramy Wawel, widzę R. pytam się o klucze, kt. on
nie ma. Zostaję chwilę, aby wypocząć. R. twierdzi że zmuszony j. uciekać, bo i.... Telefon od Lutki, kt. za chwilę zjawia się sama na Wawelu. Chwilę zostajemy jeszcze,
a potem wracamy do domu. Siedzę sama na ławce na „plantach” wawelsk. i patrzę na
planetę Wenus i myślę, że teraz tak błądzimy jak ona. Cisza na W. j. ogromna i taka
jakaś dziwna, silnie naładowana elektr., zdaje się, że coś musi się stać. W domu dowiaduję się, że był przez chwilę St. Noc spokojna tylko wozy jeżdżą i auta, przewożące uchodzące rodziny. P. Wyrobek ucieka z walizami.
288
Rozmowy i wspomnienia
4 września
Od rana gonię za pieniędzmi Heli. Byłam u Zygm. zdenerwowani strasznie. Nie panują nad sobą. Mają żal do mnie i St., że nie dostali pozwolenia na wyjazd z Kr. na
ul. Wygody, gdzie ten p. mieszka, co ma dać pieniądze nie ma nikogo. Biegnę ze znajomym nauczycielem na Wolnicę, gdzie niby ten pan miał tam być. Czekam do 10.
Wracam na Wygodę spotykam go, biegnę na W. zamknięte, za zezwoleniem wpuszczają mnie. Biegnę do schronu gdzie j. p. R-wa i Resia, R. uciekł. Pakuję ostatnie
kawałki, spieszę się, dostaję gorączki ze zdenerwowania. Telefon od Heli. Niemcy
zajmą o 2-gjej Wawel, wracaj szybko. Jestem tym strasznie zgnębiona i rozdygotana, kończę szybko pakowanie. Wpadam do schr. żegnam p. R-wą i uciekam gnana dziwnymi mocami. Grzmoty armatnie huczą z daleka. Spotykam Izę po drodze,
kt. najspokojniej idzie na Wawel do pracy. Mówię jej że Kr. będzie zajęty, ta wraca
i chce wyrwać z Kr. Cisza, a właściwie martwota Wawelu przygniata mnie i zabija.
Nie mogę jej znieść. Dzieje się ze mną coś strasznego. Uciekam od niej. W domu siedzę w schronie, a czasem w domu, aby znów za chwilę być w schronie. Zmienianie
opatr. Wersje lansują okropne. Ale jedno pewne, że Kr. będzie zajęty. Przygnębienie
na wszystkich twarzach. Jedyny nasz mężczyzna p. Grzech ucieka przed Niemcami,
p. Czyżyk płacze za synem, lecz nie rozpacza. Hela chce iść do dokt, lecz nikogo nie
ma, wszystko wyrwało. Noc okropna – ludzie uciekają wioząc dobytek – całe tabuny.
Jedni pieszo z walizkami, inni na rowerach, inni autami, na wozach. Krowy ryczą.
Wózki dziecinne załadowane. Nalotów nie ma. Wędrówka ludów. Jedni idą na płn.
inni na płd., wzgl. wsch. Kr. Wracają aby iść w odwrotnym kier., aż w końcu wracają
do domu. Cały dzień i noc to trwa. Jestem rozbita po przyjściu z W. ryczałam, bo już
nie mogłam, wzięło mnie to, że nie widziałam się z R., i że zostawił pieniądze.
5 września
Siedzenie od wczesnego rana w schronie, potem wśród strzałów na Wawel, bo zapomniałam zapakować klisze i filmy. P. R-wa wyjechała. Spokój i ta martwota jeszcze
gorsza, bo tylko kilka osób zostało. Pakuję graty z R. te co najważniejsze i uciekam
z W., bo nie mogłam usiedzieć, gdyż ziemia pali mi się pod nogami. Wracam do
domu, a tu w schronie czeka mnie Lutka z Izą i wyśmiewają się ze mnie, że Kraków
będzie zajęty. Opowiadanie o kupnie butów dla Izy z policjantem, o ucieczce w karawanie. O tym że jedynymi spotykanymi obecnie pojazdami w mieście są wózki
dziecinne i t. d.
Dnia 7 IX 1939 r.
Lutka rano wpadła do mnie w chwili, gdy wybierałam się na Wawel. Idziemy razem
do pracy, ale nie wiemy właściwie do jakiej. Po drodze spotykamy mnóstwo wojska
zmotoryzowanego niemieckiego i serce nam się ściska na ten widok. Cieszymy się,
że kiedyś to wszystko zostanie u nas, a oni będą zwiewać na nogach.
Oby Bóg dał, abyśmy tego doczekały. Na Wawelu cisza przerywana od czasu do
czasu warkotem motorów i tupotem ciężkich żołnierskich butów. W Muzeum siadamy na stołkach w pracowni i zastanawiamy się co teraz i dalej będzie. Wreszcie
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
289
zabieramy się do porządkowania naszej „spelunki” i zaczynamy to od pokoju „Lutki” względnie prywatnych apartamentów p. R. Szukamy broni, czy jej przypadkiem
nie ma p. R. Przy tej okazji układamy rozrzucone papiery, świstki, fotografie i t. d.
Obijamy szarym papierem co się da. Ja trochę szaleję z tym sprzątaniem i obijaniem,
za co słyszę wciąż jakieś gderanie Lutki, która mocno zbita pali papierosy i myśli
(rzadkość!!). W czasie sprzątania wpadają nam albumy, które z ciekawością oglądamy, przy czym stwierdzamy z oburzeniem, że nie ma tam naszych podobizn. O 13.30
wyruszamy do domu.
Dnia 8 IX
Na wzgórzu wawelskim spotykamy p. Borgiela, który przeprowadza mnie przez bramę, gdzie wartują żołnierze, na Wawel. Tu dostaję od niego przepustkę dla siebie
i Lutki. Od dziś swobodne poruszanie się na samym Wawelu i komunikowanie się
z miastem jest tylko możliwe, wtedy, gdy ma się „Passierschein”. Straszne! Po drodze dowiaduję się od p. Borgiela, że w schronie żołnierze w poszukiwaniu broni
rozbili nam paki, któreśmy z takim trudem spakowali. Ogarnął mnie paniczny strach,
co ja też tam znajdę. Zabieram Resię idziemy do schronu, przez cały czas drżę na
myśl, że wszystko będzie zniszczone. Resię chwycił jakiś dziwny strach, nie chce iść
do schronu. Wciąż powtarza, że się boi tam iść. Wreszcie osiągamy nasz cel. Kilka
pak odbitych, zawartość wyrzucona. Wkładamy z powrotem. Chodzę po wszystkich
piwnicach i zbieram porozrzucane eksponaty, które służyły naszym okupantom za
podkłady pod głowę, nakrycia i t.d. Chustki czepcowe, wyciągnięte z kopert służyły
za okrycia poduszek, zamiast prześcieradeł i ręczników. Jakiś kawałek płótna długi
(Rusini 1230, nie pamiętam dokładnie numeru) rozerwany na trzy części znajduję
w trzech różnych kątach schronu. Kopycie śląskie stoją pod łóżkiem – na pewno
służyły komuś za pantofle. Znoszę to wszystko do skrzyń i serce mi omal nie pęka
ze smutku. Kosz prywatny p. R. zupełnie rozrzucony. Brak w nim zapakowanych
ubrań i płaszcza zimowego. Myślę sobie, że p. R. ma specjalne szczęście jeśli chodzi
o płaszcz zimowy. Notatki i zeszyty walają się po kątach schronu. Zbieram je pilnie
i pakuję z powrotem do kosza. Złość moja nie ma granic. – W drodze powrotnej spotykam p. Bohusza, który z daleka śmieje się do mnie, na co ja również uśmiecham
się, co bierze do siebie jakiś pułkownik niemiecki i pokazuje mi swoje zęby w uśmiechu. Myślałam, że nie wytrzymam i dam mu w „buzię” (mówiąc delikatnie). A to
bezczelny! Jak śmie! Ale cóż się dziwić, nasze Krakowianki – z Kazimierza upoważniły ich do tego. Łażą z nimi po mieście, kawiarniach i t.d. Mają o nas wyobrażenie,
coś strasznego! Powiadają, żeśmy ich z radością witali i t.d. Mój Boże! Żeby oni
natknęli się na prawdziwą Krakowiankę, ta pokazałaby im dumną minę i taką twarz,
jak ja temu wojskowemu, któremu potem głupio zrobiło się. Patrzyli żołnierze.
Od p. Bohusza dowiaduję się, że Lutka stoi pod bramą wejściową i czeka na przepustkę, którą ja mam dla niej. Biegnę ku bramie, ale ona już odeszła. Ma przyjść
po południu i przy pomocy kilku ludzi z powrotem wynieść ze schronu paki
i przetransportować do Muzeum. Pokręciwszy się jeszcze trochę po pracowniach
zbieram swe manatki i idę do domu na obiad. Tu zastaję obie t. j. Lutkę i Izę, które
czekają na mnie, a właściwie na przepustkę.
290
Rozmowy i wspomnienia
(Tego samego dnia popołudniu.)
Spotykam na wstępie p. Ziobrę, którego odkomenderowano do noszenia pak, ale
reszty nie ma, więc umawiamy się na dzień następny na godz. 9. O tej porze ma on
zmobilizować kilku ludzi do pomocy. W Muzeum Lutka pisze już swój dzienniczek,
co i ja za Jej przykładem robię. Wychodzimy przed 6-tą, aby zdążyć przed zamknięciem bram t. j. o 6.30. Niemcy tych, których spotkają po 7-mej zbierają po ulicach
i zawożą gdzieś, gdzie każą im pracować ciężko. Wczoraj takich spóźnialskich użyli
do uprzątnięcia nawozu końskiego z Wawelu. Wesoło!!
9 IX
Dzień dzisiejszy rozpoczęłam od pójścia na pogrzeb matki Zygmunta B., która na
widok wkraczających wojsk niemieckich do Krakowa padła trupem na miejscu. Na
ulicach warkot motorów straszny. Jeżdżą jak szatany, wciąż jedni i ci sami, objeżdżają Kraków w koło. Można oszaleć.
W Muzeum już zastałam Lutkę. Idziemy wszyscy do schronu, skąd wyciągamy
paki na dziedziniec. Mamy już przenosić je do Muzeum, gdy nagle zaczynają zajeżdżać auta z dygnitarzami, składającymi hołd naszemu Marszałkowi. Siedzimy na
pakach na dziedzińcu dokąd dochodzą nas głosy komendy, tupot nóg, a w końcu
coś co przebiło mi serce jak sztyletem. Muzyka zagrała hymn i jakiś marsz żołnierski niemiecki. Uczucie strasznego przygnębienia ogarnęło mnie. Spoglądam przed
siebie, a tu wszędzie porozwieszana bielizna żołnierzy, którzy uprali ją i powiesili
na dziedzińcu do słońca. Sami opalają się. Nad głowami z hukiem przejeżdżają raz
po raz samoloty – bombowce, które okrążają Wawel zniżając swój lot. Tak Niemcy
składają hołd prochom Marszałka. Parada się kończy jedziemy z pakami, zauważam
przed kryptą kilka wieńców, z boku przed katedrą stoi jeszcze aparat do filmowania.
Przewóz skończony, paki umieszczone, na dziś dość idziemy do domu.
10 IX – niedziela
Wczoraj w drodze do domu postanowiłam iść na Lubicz i zobaczyć co się tam dzieje.
Lutka nie chciała mnie samej puścić, a nie mogła iść ze mną, bo nie miała czasu.
Mimo wszystko poszłam sama i o zgrozo! Cóż za widok makabryczny. Skrzynie
rozbite, koniki poprzewracane, każdy rzucony gdzie indziej, bez uprzęży, ceramika częściowo stłuczona, pająki zerwane. Lalki rzucone bezładnie i obdarte z ubrania. Jednym słowem obraz nędzy i rozpaczy, co się z tego pięknego Muzeum stało.
W kancelarii mieszka obecnie jakaś kobieta, na pewno szpieg lub coś podobnego.
Mówi dobrą polszczyzną jednak z lekkim akcentem czeskim, a w każdym razie obcym. Urzęduje tam. Oto na co przydał się pokój gościnny na Lubicz. Oprócz niej
spotykam tam jeszcze żołnierza niemieckiego, który pilnuje tej „damy”, a gdy mnie
zobaczył prędko poszedł po karabin i wszędzie tak uzbrojony łaził za mną. Pozbierałam nieco rozrzuconych rzeczy, podlałam kwiaty. Niemiec uspokajał mnie, że dokąd
oni tam są, to ani jedna rzecz nie zginie. Wytłumaczyć jednak nie umiał dlaczego tak
zniszczono te paki i przedmioty. Odeszłam stamtąd dosłownie zbita. Nie mogłam
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
291
prawie kroku zrobić. Znów odezwała się u mnie ta sama historia z tym drętwieniem
w krzyżach. Prześladuje mnie obraz zniszczenia na Lubicz.
Dziś przyszłam na Wawel, aby dowiedzieć się co robi Resia i jak się czuje. Miała
przyjść również Lutka, obie chciałyśmy iść do p. Sewerynowej. Lutka nie przychodzi, widocznie coś ją zatrzymało w domu. Układam w biurku p. Romana, wypijam
herbatę, na którą zaprosiła mnie Resia, zjadamy upieczony przez Nią doskonały placek ze śliwkami, wreszcie o 1-szej idę do domu. Do katedry wolno było ludziom
przyjść w czasie nabożeństwa, potem tylko wstęp za przepustkami. Jest to pierwsza
niedziela panowania niemieckiego w Krakowie. Zastanawiam się ile jeszcze takich
niedziel będzie. Oby jak najmniej!
11 IX
Dziś zabrałyśmy się z Lutką do pisanek t. zn. wszystkie pisanki błądzące po pracowniach włożyłyśmy do szafy w ciemni. Było tam jeszcze trochę miejsca, więc
trzeba go było wyzyskać. Iza wpadła po chałat; oni w Zbiorach wszystkie pochowane
obrazy, wyroby mosiężne, ceramikę i t. d. wieszają na ścianach na dawne miejsce,
względnie wkładają do oszklonych gablot. W ten sposób łatwiej można sprawdzić,
jeżeli coś zginie, a wtedy krzyczeć się będzie, że to rabunek. Dużo te nasze „Niemiaszki” będą sobie z tego robić. Zabiorą i koniec. Herbatę Lutka ugotowała na
prymusie, który rozpaliła bez spirytusu. Nakopciła strasznie. Gdy już herbata była
nalana, okazało się że jest trochę spirytusu na piecu w kuchni. Lutka sklęła mnie o to,
bo to ja tak gadałam, że nie ma ani kropli denaturatu. Jednak wszystko mucha, bo
herbata była. Idziemy teraz po Izę na Zamek, może już też idzie do domu.
12 IX
Od rana miałam gonitwę, Heli bowiem spuchło nad kolanem, zrobiła się Jej jakaś
gula. Boli Ją to, nie może dobrze chodzić, a przede wszystkim źle się czuje dlatego,
że nie była u lekarza. Dalej więc na klinikę, bo prywatnie żadnego lekarza złapać
nie można. Przyjeżdżamy do szpitala i już z daleka słyszymy straszne, po-prostu
nieludzkie krzyki. Jak się okazuje zeszywają „na żywo” jakiejś kobiecie głęboką ranę
w pachwinie. Kobieta ta starsza została przejechana przez motor. Jak ona musiała
cierpieć i to przez tych Niemców którzy jeżdżą wprost niewiarygodnie szybko. Naturalnie te krzyki tej kobiety zdenerwowały w sposób straszny resztę osób, znajdujących się w poczekalni i czekających na opatrunek. Hela chciała uciekać, mdleć i t.d.
Siłą ją przytrzymałam. Wreszcie koniec. Kobietę wzięli i zanieśli do szpitala. Heli
doktor oglądnął nogę i powiedział, że wszystko jest dobrze tylko na razie nie wolno
chodzić i należy dawać ciepłe okłady. Wychodzimy stamtąd, po prostu uciekamy, ale
nas goni krzyk kobiety i dzwoni nam w uszach rozpaczliwe jej wołanie: „Boli, boli,
boli”. Chirurdzy to naprawdę ludzie z kawałkiem mięsa zamiast serca, ale teraz to już
i tego nie mają. Żeby „na żywo” tak szyć kobietę, to okropne. Ale teraz z niczym się
nikt nie patyczkuje, bo wojna, a w szpitalu robią darmo. A co za darmo, to wiadomo
– dużo chorego kosztuje. Wracamy dorożką do domu, gdzie kładę Helę na kanapie i daję poduszkę elektryczną. Następnie wyruszam na Wawel. Jestem punktualnie
292
Rozmowy i wspomnienia
o 12-tej. Lutki już nie ma. Widocznie myślała, że już nie przyjdę, więc zrobiła swoje
i poszła. Nie dziwię się Jej, że dłużej nie czekała. Pustka wieje z każdego kąta, Resi
nie ma, bo u mnie w domu Maryni pomaga, Kowalski jest u p. Sewerynowej. Jest się
zupełnie samemu i nie można się jeszcze zżyć z tą beznadziejną ciszą, jaka wszędzie
panuje, u nas w Muzeum, na podwórzu za oknami, skąd zawsze słychać było nawoływanie się dzieci, albo ich wesołe zabawy, jak: „Bawmy się w sklep, bałwana, i t. d.”.
Wszelki ruch jakby zamarł, tak też jest i w nas samych. Wewnątrz siebie czuję taką
samą pustkę, jak ta, która jest wokół mnie. Nie wiem czy potrafię coś odczuwać, Ani
smutne, ani wesołe t. zn. dobre wiadomości nic nie wzbudzają we mnie. Uśmiech
czy łzy mam jedynie na ustach względnie oczach ale wewnątrz mnie przerażająca
martwota, której nic wzruszyć nie zdoła. Co mnie wyrwie z tego stanu, a może w nim
pozostanę? Tego ostatniego nie chcę, bronię się przed takim faktem, na razie bezskutecznie. Uporządkowałam szufladę z fotografiami i rękopisami... Wybija 1.30 idę
do domu.
13 IX
Lutka tak jak przewidywałam była wczoraj w Muzeum i wyszła przed 12-tą. Poszła
do mnie do domu, co się stało, że nie byłam na Wawelu. Dowiedziałam się o tym po
przyjściu do domu. Dziś p. Bohusz dał mi jeszcze jedną laskę znalezioną w schronie. Ks. Figlewicz opowiedział mi, że wczoraj nadawali do radia transmisję z krypty
Marszałka i że to auto, które widziałam to właśnie było tu w tym celu umieszczone.
Opowiadali o tym, że gdyby żył Marszałek nie doszłoby do wojny, że nasz obecny
Marszałek zdradził, wciągając nas podstępnie w wojnę i t.d. Biedny nasz Marszałek
spoczywający pod wieżą Srebrnych Dzwonów. Mają rację Niemiaszki, mówiąc iż do
tego by nie doszło. Rzeczywiście!!! Nie doszli-byście nigdy do Krakowa, bo dawno
byście mieli wymłóconą skórę. Kraków znalibyście tylko z obrazków lub kina. A teraz łajdaki rozbijają się po naszym mieście i panoszą się. Mocne słowo ciśnie się na
usta. Czekam tylko na chwilę, gdy oni stąd zwiewać będą. Boże daj, aby to było jak
najprędzej. Nie mogę patrzeć na te karaluchy – szwaby – prusaki, które rozlazły się
po Krakowie plugawiąc go swoim wyglądem i gwarą. Wielu jednak mieszkańców
Krakowa zapomniało swej mowy i szwargoczą po niemiecku. Aż wstyd! Sprzątamy
drugą pracownię, zalewamy parafiną papier w skrzyni, do której jutro wpakujemy
całą Białoruś. Przygotowania skończone. Lutka malowała dziś parafiną, ja zaś trzymałam dynarek. Jak zwykle i dziś nie obeszło się bez dogadywań i ostrej wymiany
słów, a wszystko jak zawsze skończyło się pomyślnie dla dobra instytucji. W czasie
„rekreacji” obgadywałyśmy naszych szefów solidnie. Mam wrażenie, że obaj musieli mieć chrosty na językach, tylko nie po tej samej stronie. Jeden z nich wyszedł
zwycięsko t. zn. prawie same dobre rzeczy z konieczności trzeba było mówić. Przypominałyśmy sobie różne powiedzonka: „Bo to tak nie może dalej być. Musimy
uregulować jakoś godziny pracy. Nie trzeba przychodzić późno, to się nie będzie
i roboty przeciągać do 4-tej” grzmiał głos ze szczytu drabiny w dużej sali Muzeum.
Wzięłam sobie to do serca i to mocno, dlatego idę do domu, bo godziny urzędowe
minęły.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
293
14 IX
Dziś miałam w nocy bardzo niemiły sen. Śniło mi się, że wracając z Instytutu Geogr.8
z dwoma kolegami jeden z nich pod kościołem św. Idziego spytał mi się: „Czy Pani
wie, pana R. pogryzł pies i zachodzi obawa czy nie był wściekły. Proszę sobie wyobrazić, iż to był jego własny pies”. Zdawałam sobie sprawę, że to była niedziela i że do
Muzeum nie wybierałam się zupełnie. Kiedy to usłyszałam pożegnałam się z kolegami
i pobiegłam na Wawel. Tu zastałam już Lutkę mocno strapioną i p. R-wą, siedzące
w pracowni. Kiedy przyszłam p. R-wa poprosiła mnie, abym przyprowadziła lekarza,
który nazywa się Rose i mieszka gdzieś na Grodzkiej. Widzę siebie idącą od placu św.
Magdaleny w stronę rynku, szukającą wywieszki z nazwiskiem tego lekarza. Wreszcie
znalazłam go, gdzieś w okolicy Poselskiej. Wracam sama na Wawel, lekarz ma przyjść
za chwilę i zrobić zastrzyk. Czuję, że idę mocno w górę jakimś ciemnym lochem, po
lekko wilgotnej ziemi. Loch kończy się u szczytu drzwiami, które niby prowadzą do
Muzeum. Nagle ni stąd ni zowąd znalazłam się w sali ks. Świstka i zawieszam obrazy
na szkle. Siedzę wysoko na jakimś kredensie, gdzie wsadził mnie p. R. Zaczęłam się
o to gniewać, bo ma pogryzioną rękę, a mnie podnosi, kiedy sama mogę też wleźć na
drabinę i z niej zawieszać obrazy. Po chwili znów jestem na dole i idę do drugiej sali
ks. Świstka. Iza zostaje w poprzedniej izbie, a Lutka jest o jedną salę wcześniej. P. R.
idzie za mną i kiedy coś zdejmuję z okna odbiera mi to i szepce: „Zofia pocałuj mnie,
pocałuj! Zrób to proszę Cię, pocałuj. Już tak dawno tego nie zrobiłaś. Ja jestem taki
chory, pocałuj!”. Zdaje mi się, że uległam namowom, ale kiedy zbudziłam się jeszcze
słyszałam ten szept: „Zofia pocałuj mnie, pocałuj”. Jestem bardzo niespokojna, czy
komuś coś się nie stało. W żaden sposób niczego nie można się dowiedzieć i jeszcze
przez długi czas nie będzie nic wiadomem. Sytuacja beznadziejna. Śnił mi się również
doktor, że załatwiał jakiś interes w Starostwie. Dobrze wyglądał. Staszek też mi się
śnił, że był u nas w mieszkaniu na Garbarskiej, a mamusia moja była w drugim pokoju.
Na Wawel przyszłam wcześniej niż Lutka. Tu zastaję już Kowalskiego, który nie
może się dostać do Muzeum bo nie ma klucza, a Resia wyszła. Kowalski zmordowany strasznie, bo był z Hanką S. w Przytkowicach w obie strony piechotą. Mówi,
że mu nogi popuchły i odpadają. Nie dziwię się. Stary chłop i mam wrażenie, że
ma blatfuss, więc trudno mu chodzić. Z Lutką pakujemy dziś do paki nr 39 przygotowanej wczoraj całą Białoruś. Oprócz tego chowamy aparaty muzealne, a także
zajmujemy się katalogiem kartkowym, który wyniesiony był do piwnicy, teraz wraca
z powrotem do pracowni. Resia w sklepie dostała marki niemieckie i nie może się
w nich zorientować. Przyszła do mnie, abym przeliczyła czy dobrze jej wydali. Rychło w czas, ale na szczęście wszystko było dobrze.
15 IX
Rano byłam z Jasią na nabożeństwie szkolnym w Instytucie Marii9, dokąd Jasia
uczęszcza do 3-ciej klasy. Dziś miały się zebrać wszystkie wychowanki klasztoru,
8
Instytut Geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Instytut Marii – szkoła prowadzona przez Zgromadzenie Sióstr Bożej Miłości w Krakowie przy
ul. Pędzichów 6.
9
294
Rozmowy i wspomnienia
pragnące dalej w tym zakładzie naukę. P. Dubisowa nie miała czasu pójść z córką,
gdyż sprowadza sobie dziś węgle. Poszłam zatem ja. Dziewczynek zebrało się około
40 ze wszystkich klas razem t. zn. szkoły powszechnej, gimnazjum i liceum. Siostry
jednak tym się nie przejmują, twierdząc, że w ciągu 2 tygodni reszta uczennic się
zbierze. Myślę, że rzeczywiście tak będzie, ale do pierwszej klasy, to na pewno nie
wiele się zgłosi. Dziś była jedna przedstawicielka. Na podwórzu gdzie zbierają się
uczennice słychać tylko rozmowy o wojnie, bombardowaniu. Każdy opowiada swoje
troski, przeżycia. W gmachu Inst. Marii stało wojsko i dlatego budynek ten w czasie
nalotów nieprzyjacielskich w dniu 3 września był silnie bombardowany. Jednak tak
zakonnice, wojsko, jak i budynek, nic na tym nie ucierpiały. Bomby były mocno
niecelne, analogicznie do innych, rzucanych w różnych częściach miasta. Mszy św.
nie ma, bo ksiądz profesor uciekł, zapowiada zakonnica jedynie krótką modlitwę
ze śpiewami w kaplicy. W czasie tego nabożeństwa nachodzą mnie wspomnienia,
od których nie mogę się odpędzić. Przecież to szkoła, w której uczyłam się stawiać
litery jeszcze rysikiem na tabliczce. Tu przebywałam 5 lat, gdyż jeden rok chodziłam do t. zw. freblówki. Świadectwo jedno mam niemieckie. Tak mi się zdaje, że
dopiero wczoraj, jak tu przystępowałam do pierwszej Komunii Św. widzę Mamę
i Ciotkę Marię, czekające na mnie z boku, aby iść ze mną do fotografa. Pamiętam
byłam wtedy strasznie przeziębiona i echo mojego kaszlu rozchodziło się po całym
budynku. Ciotka zrobiła na tę uroczystość świetne kremówki. Jeszcze czuję dziś ich
smak. Boże! jak to dawno, powtarzam to sobie w głębi duszy. A jednak wciąż mi się
zdaje, że jestem dalej malutka i że otacza mnie miłość moich Rodziców i krewnych,
którzy tak tę małą kochali. A przecież i ich nie ma i ja mam już tyle lat, że ta Jasia,
z którą przyszłam zupełnie dobrze mogłaby być moją córką. Nachodzą mnie i dalsze wspomnienia. Przypominam sobie pierwszy dzień po wakacjach, kiedy w klasie
spotykałyśmy się i opowiadałyśmy sobie jedna przez drugą o minionych dniach wywczasów. Dziś nie słychać było wybuchów śmiechu tak właściwym nam gimnazjalistkom „Ceśkom”. Dziś obserwowane przeze mnie dziewczynki mówiły poważnie
o wojnie, o tym, że nie wiedzą co się dzieje z ich ojcami, braćmi, krewnymi i t.d.
Żal mi dzisiejszej młodzieży, którą wojna obdarła z tych wielkich radości i wesela,
a także złudzeń. A jak przyjemnie mieć różowe szkiełka na oczach!
Żal mi minionych czasów gimnazjalnych i uniwersyteckich. Wie się jak było,
a jutro niepewne. Człowiek wciąż czeka, że już, już coś się stanie. Co nie wiem i boi
się, aby nie było to coś bolesnego. Żyję jeszcze trochę złudzeniami, choć z mojego
wielkiego optymizmu (tak wyśmiewanego przez Lutkę) doprawdy niewiele zostało. Przeraża mnie to. Zdaje mi się, że jednak wszystko przetrzymamy i że jeszcze
dużo radości nas czeka. Ale tu zaczyna się i kończy mój optymizm. Więcej wolę nie
myśleć.
Na Wawel idę trochę nieprzytomnie. Całą drogę grzebię się we wspomnieniach
dalszych i bliższych. Jest mi z tym dobrze, a równocześnie źle, boleśnie. Na Wawelu
zamknięte. Lutki nie widać. Piszę ten pamiętnik gdy przychodzi Kowalski i wytrychem otwiera mi drzwi wejściowe. Niedługo zjawia się i Lutka, więc zjadamy z miejsca śniadanie i przypominamy sobie znów zabawy: „geografów” i „socjologów”.
Śmiejemy się, ale tak trochę przez łzy, które mamy ukryte głęboko. Jest nam dobrze
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
295
razem, bo jakoś nam raźniej i weselej tak we dwie. Pakujemy Rosję, uzupełniając
numery inwentarza. Jutro zaczniemy pakować zinwentaryzowane łyżniki i resztę
gratów z drugiej pracowni. Gdy piszę, to mam takie wrażenie, że za chwilę wpadnie
któryś z szefów i zacznie coś gadać. Na Wawel idę z tym przeświadczeniem, że Resia
otwierając drzwi powie mi: „Wie panienka co, że Pan wrócił”. Boję się tego strasznie, bo gdyby p. Roman teraz wrócił byłby skończonym wariatem, a po wtóre nie
wytrzymał by w obecnych warunkach w Krakowie i w Muzeum. Myśl ta mnie wciąż
prześladuje i to stale o każdej porze. Kiedy wracam do domu mam uczucie, że dowiem się, iż p. R. wrócił. Nie lubię u siebie takich natarczywych myśli. Przekonałam
się bowiem, że zwykle sprawdzają mi się. Już nie raz się o tym przekonałam. Tak
samo było i z pewną historią p. Romanie!!! Raz coś sobie w myśli powiedziałam ot
tak sobie i sprawdziło się na całej rozciągłości i w takim nasileniu jakiego nigdy nie
przypuszczałam. Może kiedyś powiem coś Panu na ten temat. Dziś jeszcze nie jestem
pewna, czy się na to zdecyduję. Ale może?! U mnie nigdy nic nie wiadomo!!
16 IX
W nocy lał deszcz. Wszyscy modlimy się, aby wciąż padało i to jak z cebrzyka.
„Zwykle jesienią tak bywa, że ...” u nas zazwyczaj leją deszcze. W tym roku odmiana
– pogoda cudowna, po prostu dobry ciąg dalszy lata słonecznego. Jesień piękna, jak
rzadko. Niemcy zobaczyli naszą cudną złotą, polską jesień. O ironio! Wtedy kiedy
trzeba tego deszczu, to go nie ma. Wszyscy spoglądamy w niebo i kiedy zauważymy,
że ono chmurą zasnuwa się serca nam skaczą z radości. Witamy się okrzykiem będzie
deszcz, będzie deszcz!! Lecz po chwili zazwyczaj w jakiś dziwny sposób chmury
rozpływają się i naszym oczom ukazuje się prześliczny lazur z wesoło uśmiechniętym słońcem, którego jak nigdy dotąd nie bywało, witamy ze smutkiem i z wielce
przeciągłą miną. Dzisiejszy deszcz ucieszył wszystkich. Już myśleliśmy, że niebiosa
będą dłużej łaskawe i spuszczą obfite opady, które rozmiękczą nasze drogi i zmotoryzowane Niemcy również poznają sławne „polskie drogi”. Jestem pewna, że połowa
z ich sprzętu wojennego zostałaby uwięziona i ugrzęzłaby w polskim błocie. Same
Niemiaszki musieli by wyrywać na piechotkę, przez co staliby się doskonałym łupem dla wojsk polskich. Lecz radość nasza jest krótkotrwała. Kiedy czekałam na
Lutkę pod hotelem Polonia o godz. 9-tej deszcz zaczynał słabnąć, aż w końcu 9.30
przestał padać zupełnie. Lutka wreszcie przyszła około godz. 9.40. Strasznie się już
denerwowałam, bo stojąc tak niedaleko dworca musiałam oglądać przejeżdżające
wojska to autami, to na motorach lub rowerach, przyjeżdżających koleją kolejarzy
niemieckich, patrzyłam na polskich jeńców, których gdzieś Niemcy przewozili. Huk
okropny. Głowa mi pękała. Gdy Lutka wreszcie przyszła poszłyśmy do dozorczyni tej kamienicy, gdzie mieści się (a właściwie mieściło się) Muzeum Ziemi Krak.
Tu dowiadujemy się, że jakaś kobieta zabrała niektóre muzealne rzeczy, a przede
wszystkim pościel kupioną niedawno przez dyrektora. Dozorczyni nie kwestionowała jej tego, gdy to ona wynosiła, bo nie wiedziała czyje to jest, a ta kobieta twierdziła,
że to jej własność. Do środka do Muzeum dostać się nie można. Lalki do szopki,
z wesela krakowskiego są zabrane, dużo rzeczy powyrzucanych, zniszczonych. Do-
296
Rozmowy i wspomnienia
zorczyni uratowała jeszcze jeden chodnik kokosowy, który Niemcy chcieli spalić
albo zakopać. Od niej dowiadujemy się, że ta kobieta mieszka na ul. Lubicz 3, bo tam
się przeprowadziła gdy ją z pałacu Wołodkowiczów wyrzucono. Do pałacu przyprowadzili ją sobie żołnierze, gdzie spędziła ona kilka dni i nocy. Przegnała ją dopiero
stamtąd dozorczyni przy pomocy straży obywatelskiej. Szukamy wszędzie kogoś ze
straży, aby i tym razem skorzystać z jego usług, aby wytropić złodziejkę. Wreszcie Lutka swym sokolim okiem wypatrzyła jednego, który jak się potem okazało jest artystą-malarzem, który zna nasze Muzeum. Dozorczyni kierująca się dziwnym węchem psa
policyjnego dopytała się o miejsce zamieszkania tej „damy”. Znajdujemy tam oprócz
pościeli eksponaty muzealne jak n. p. spódnicę krak., fartuszki białe, chustki, talerze,
saganek, szklanki, tackę i t. d. Zabieramy to wszystko i zanosimy do dozorczyni na Lubicz 4, skąd ma to Kowalski przenieść na Wawel. Kowalski oburzony tą kradzieżą chce
koniecznie złapać tę złodziejkę, radzimy mu czekać na nią, ale sami nie mamy ochoty
tego czynić, gdyż niewiadome ile nocy trzeba by przespać pod gołym niebem, zanimby
się na nią doczekało. Kowalskiemu nie przypada do gustu to, że po zabraniu rzeczy
udajemy się do lokalu „Obwodu IV straży obywatelskiej” przy pl. Kleparskim l. Tu
jakiś „pan inżynier” z nosem jak gruby, duży ogórek spisuje z nami protokół, zaś „pan
prezes” klepie po ramieniu „pana malarza”, że tak dzielnie się spisał, bo z narażeniem
życia walczył z szakalami, hyjenami i t. d. innymi dzikimi zwierzętami t. j. ludźmi,
którzy grabią mienie ludzkie. Nasz malarz stał się sławny, gdyż jak twierdził: „Od rana
tropię i łapię złodzieja, który ograbił Muzeum”. Może mu dadzą order za dzielność,
a „panu prezesowi” za dobrych podwładnych jakąś kolorową wstęgę. Zaś „pan inżynier” za genialny protokół zostanie jakimś wielkim dygnitarzem protokolarnym. Przyszedł jeszcze „pan radca”. „Pan prezes” wyszedł, bo przyszedł jego zastępca. On sam
był tak znużony, że czekał na chwilę, zwolnienia z utęsknieniem. Ryczałyśmy z tych
wszystkich prezesów, radców, inżynierów i t.d. którzy nam zaimponowali sprawnością
i szybkością załatwiania sprawy. Zapisali nasz adresy i kazali nam się zgłosić o 4-tej
po przepustkę, upoważniającą do wstępu na Lubicz. W drodze na Wawel wstępujemy
do p. Sewerynowej, która martwi się o pozostałe obrazy doktora10 na Lubicz. Pytamy
o Kowalskiego. Konkretnego nie dowiadujemy się nic. Na Wawelu po śniadaniu kończymy sprzątać drugą pracownię, oraz gazownię i w ogóle bawimy się w detektywów,
którzy szukają zaginionego skarbu. Nie wątpimy, że go znajdziemy.
(Po południu tego samego dnia)
Lutka poszła do mnie na obiad. Po posiłku ona babrała coś niecoś w swym sztambuchu, ja zaś sprzątałam. Nabieram ją tym pamiętnikiem. Raz powiedziała, że jej babranie będzie można czytać, ale niektóre miejsca pozalepia. Śmieję się, że ten pamiętnik
będzie wyglądać jak gazeta, która uległa częściowej konfiskacie. W każdym razie
twierdzę, że coś mocno nieprzyzwoitego pisze skoro nie będzie można tego w całości przeczytać. Daję Jej za przykład siebie, ale bezskutecznie. Dalej brnie w swych
błędach i pisze dalej tak, nie dla każdego oka ludzkiego.
10
Chodzi o Tadeusza Seweryna, dyrektora Muzeum.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
297
W komendzie obwodu wita nas „pan mecenas” Roland Goryczko (dr praw, adwokat),
który rozkładając ręce i deklamując lekko przez nos na sposób aktorski oświadcza
nam coś trzykrotnie, że pomimo usilnych starań miasto bawi się w biurokrację i nie
wydało przepustki, więc o ile możemy, żebyśmy się zgłosiły jutro o tej samej porze.
Idę na zakupy do miasta. Towarzyszy mi Lutka, która jest „w poważnym stanie”
i coś przeżywa wewnątrz. Gadam trzy po trzy i to tak głupio, że nawet Lutka musi się
śmiać. Nie mogę przypomnieć sobie nawet jednej mądrej myśli. Opętał mnie wisielczy humor. Wstępujemy do apteki po gazę sterylizowaną dla Heli, a Lutka mówi dość
głośno, że musi iść ze mną, aby mnie powstrzymać od różnych głupstw. Wywołuje
to śmiech wśród osób znajdujących się w sklepie. Ale aż miło popatrzeć na uśmiechnięte twarze, choćby to było kosztem moim. Tak śmiechu jest teraz mało. W dalszym
ciągu gadam przeraźliwe głupstwa. Przypomniał mi się żyd, którego rano spotkałyśmy w jednej drogerii krak. (w pogoni za „Hanzaplastem” i „Leukoplastem”) gdzie
ważyłyśmy się. Otóż on też chciał się zważyć, ponieważ personel nie miał czasu,
więc ja to czynię. Żyd mówi, że był gdzieś na tułaczce 10 dni i że na pewno zgubił
5 kg. Okazało się jednak, iż „zgubił” tylko 3 kg. Ja na wojnie „zgubiłam” 1,5 kg
(ważę obecnie 51 kg), a Lutka waży jak gorsze ciele, bo tylko 46 kg. Po załatwieniu sprawunków siadamy chwilę na plantach, gdzie obserwujemy bawiące się dzieci. Uśmiałyśmy się przy tym porządnie. Godzina 6-ta dochodzi, trzeba uciekać do
domu, aby zdążyć przed 6.30.
17 IX – niedziela
Jak zwykle byłam o 10-tej w kościele, a potem przyszłam na Wawel, gdzie umówiłam się z Lutką o 11. Mamy iść do Straży Obywatelskiej w sprawie naszego Muzeum na Lubicz. Czekam dość długo. Do żadnej roboty nie chce mi się zabierać.
Wreszcie Lutka przychodzi spocona, zdyszana, tak się biedactwo spieszyło. Piszemy sobie same zaświadczenia, że jesteśmy pracowniczkami Muzeum, podpisujemy
(a właściwie fałszujemy zresztą b. nieudolnie podpis dyrektora). Strasznie źle, że nigdy ani mnie, ani Lutce nie wystawił dyr. czegoś podobnego. Teraz jest nam to czasem
koniecznie potrzebne i stoimy bezradne. Po wypiciu herbaty wyruszamy z pompą do
Straży, gdzie „pan mecenas” omalże nas nie przycisnął do swej bohaterskiej Rolandowej piersi dla uspokojenia i ukojenia naszego smutku, bo z przepustką nic nie załatwił.
„Robię co mogę (mówi nosowo), ale niech mi Panie wierzą nie ode mnie to zależy
i nic na to nie poradzę. Sprawę tę potraktowano mocno biurokratycznie i trzeba czekać.
O ile mają Panie siłę i ochotę, to proszę jutro o tej samej porze pofatygować się jeszcze
raz”. Potem plótł coś o tym, że Muzeum na Lubicz nie leży w jego rejonie, ale że on
jednak tym się zajął i znów to samo, że robi co może itd. (patrz kilka wierszy w górę).
Czujemy, że mamy przed sobą prawdziwego adwokata. Jego mowa przypomina mi
piosenkę ciągnącą się jak soliter, a właściwie nie mającą końca. Nauczyła mnie jej
Lutka, zaczyna się od słów: „Raz piesek wpadł do kuchni ...” Po uściśnięciu dłoni
pana mecenasa, podniesione mocno na duchu i pokrzepione nadzieją na przyszłość,
że i tak z tego nic nie będzie udajemy się na Lubicz, aby choć z daleka zobaczyć co
się tam dzieje. Koło Barbakanu ustawili nasi okupanci wielki wóz firmowy Del-ka,
298
Rozmowy i wspomnienia
na którego dachu znajduje się megafon, a właściwie głośnik, zaś megafon jest wewnątrz auta. Tu dowiadujemy się, że Rosja wkroczyła na ziemie wschodnie Polski.
Nie dajemy temu wiary, uważając to, tak jak i wiele innych wiadomości niemieckich
za jeszcze jedną więcej „kaczkę” propagandową. Niestety jest to tylko smutna prawda. Otrzymaliśmy cios w plecy. Gdzie teraz podzieją się ludzie, którzy uciekali na
Wschód? Co z nimi będzie? Nie chcę o tym myśleć, ale przecież zawsze lepiej znosić
dolę złą czy dobrą razem. Nie! nie! Nie mogę o tym myśleć!
18 IX
Zaczął się nowy tydzień. Zastanawiam się jaki będzie jego koniec. W Muzeum dalej
robota normalna. Pakujemy, sprzątamy i t.d. O 12-tej idziemy znów do Straży Obywatelskiej, aby się jak i poprzednim razem dowiedzieć, że nic z tego. Scena jak dnia
poprzedniego. Pan Goryczko jest marnym aktorem. Różnica w jego mowie polegała
tylko na tym, iż siadając przy stole ze zrezygnowaną miną załamał ręce i rzekł: „Proszę Pań to i tak wszystko jest dla nas bez wartości i będzie. Z jednej strony Niemcy
z drugiej Rosja, to na co nam są teraz potrzebne zbiory etnograficzne polskie. Co nam
teraz po tym”. Chciałam mu plunąć w jego piękny visage, ale żal mi się go zrobiło,
bo to nawet nie najgorszy chłop, tylko tak się nagle, a może nie nagle, lecz w każdym
razie załamał się. Załatwił tyle, że obiecali mu w Stadtkommandantur, że umieszczą
te zbiory gdzieś w jednym pokoju i zamkną, zabezpieczając je w ten sposób. Zobaczymy czy tak rzeczywiście zrobią. Obecnie nic innego nam nie pozostaje jak działać
na własną rękę. W czasie czekania w lokalu Straży Obywatelskiej przysłuchujemy
się bardzo inteligentnej rozmowie jaką prowadzi sklepiczarka, która sprzedaje między innymi masło a jakimś batiarem krakowskim, który z rozwianą czupryną zarzuca
jej pasek maślany (że masło sprzedaje w cenie 6 zł) a on jako człowiek neutralny
musi temu zapobiec. Spisuje jakiś pan w sposób zwięzły i ścisły protokół, z którego wynika coś wręcz przeciwnego. Sprawa wreszcie dobiega końca i pan, protokół,
oskarżona i neutralny opuszczają lokal straży; udając się na miejsce gdzie uprawiany
jest pasek. Chwila ciszy zalega pokój. Mamy z Lutką książki, które czytamy. Ona sobie „Stawia bańki” Nowakowskiego, a ja jestem „W pogoni za pełnią życia” Harrisa.
Na stole obok leży jakaś powieść, patrzę na okładkę i widzę tytuł bardzo aktualny:
„Sodoma i Gomora”. Po chwili wtyka w nią nos znany nam pan malarz i zagłębia się
za naszym przykładem w lekturę. Tak upłynął nam czas do przyjścia pana mecenasa.
Dnia 19 IX
Była u nas dziś Iza, która cuda opowiadała o pozostałych „fischach” wawelskich,
trzymających się obecnie kurczowo kasy wstępów do pokoi królewskich. Nikt jej
nie odstępuje. Każdy chce ją mieć pod swoją wyłączną opieką. Iza kiedyś zrobiła im
kilka mądrych docinków a propos oprowadzania żołnierzy niemieckich, jak dawnych
wycieczek polskich. Również ma różne kłopoty w „Jedności”11, gdzie gospodarują
11
Polskie stowarzyszenie studentek Uniwersytetu Jagiellońskiego „Jedność” w Krakowie działało
w okresie 1910-1939.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
299
różne filantropki, ale z cudzej kieszeni. Opowiadały o tym, że kiedyś przysłali im do
przenocowana kryminalistkę-żydówkę, której inne uciekinierki się bały i nie chciały
z nią w jednym pokoju spać. Iza tak się tym zezłościła, że nasyłają jej takie męty społeczne do „Jedności”, że wieczór około 9-tej poszła do znanej w Krakowie wielkiej
filantropki p. Róży Łubieńskiej, mieszkającej w tym samym bloku co „Jedność” i kazała jej sobie zabrać tę kryminalistkę i pilnować całą noc bo jej się ani śniło. Podobno
były tam przy tym różne sceny, ale w końcu, ku wielkiej radości Izy, że filantropki na
własnej skórze poznają to czym się zajmują, kryminalistka wraz ze swoim inwentarzem znalazła się w eleganckim mieszkaniu Łubieńskiej.
Lutka coś dziś nie bardzo dobrze się czuje. Ciągle narzeka, że jej zimno. Po śniadaniu, a właściwie już około 1-szej tak zmarzła, że wlazła na łóżko Resi i przykryła się
kocem. Leży teraz i odpoczywa. Zrobiła sobie „dolce far niente”, patrzę się a ona
leży do góry łydkami (nie wypada napisać inaczej), gdyż podobno tak lepiej się wypoczywa. Muszę już ją ściągnąć bo trzeba iść do domu. Chwilę temu leżałyśmy na
tym łóżku Resi we trzy (tak nam zimno było) a ułożyłyśmy się jak sardynki w pudełku. Jeszcze teraz czuję brzeg łóżka, na całej lewej stronie ciała.
Dn. 20 IX
Popołudniu wczoraj byłyśmy na Lubicz bo miało wyjechać wojsko, które tam stoi,
ale niestety! Zostają jeszcze kilka dni. Chciałyśmy chyłkiem wynieść szopkę Esenekera12. Zamiary spełzły na niczym. W każdym razie w naszym poszukiwaniu przepustki nie ustajemy. Resia dała mi dziś kartkę, którą przyniesiono z P.C.K. od Tad.
Gofrona, który pisze, że jest w niewoli u Niemców, mieszka w Kobierzynie i błaga
p. Reinfussową o przyniesieniu mu coś do zjedzenia. Kartkę tę czytali wszyscy na
Wawelu i każdy co mógł to przyniósł, bo Lutka, Resia i ja wybieramy się jutro do
Kobierzyna. Dziś p. Bohuszowa na własną rękę posłała kogoś z jedzeniem dla Niego.
Co prawda nie znamy go, ale doskonale wiemy kto to jest, więc bez żadnej obawy
można mu pomóc, a przy nim i innym. W każdym razie Wawel poruszony sprawą
jeńców udziela im pomocy. Dziś nie da się iść bo strasznie leje, tak, że po przyjściu
do Muzeum musiałam zmienić pończochy (chodzę w popielatych prążkowanych
pończochach p. Romana, które mnie okropnie gryzą, a równocześnie przypominają
mi dawne dziecinne lata), a także buciki, które suszą się teraz w rurze w kuchni.
Z Lutką ma się sprawa podobnie, z tą różnicą, że na bosych nogach ma pantofle Resi,
podczas gdy ja chodzę w eksponacie muzealnym (kierpce). Pakujemy dziś do skrzyń
rzeczy wełniane z Lubelszczyzny, Mazowsza, Kurpii i t.d. Musimy iść jeszcze po
artykuły spożywcze do p. Muszkietowej, więc kończę babranie.
Dnia 21 IX
Ludzie z igły robią już nie widły, ale cały parkan żelazny. Wczoraj powiedziałam
w domu, że idę jutro do Kobierzyna. Wszyscy mi przytaknęli. Po obiedzie przyszła
dyr. Heli i oznajmiła, że rzeczy które są przeznaczone dla jeńców można posyłać
12
Szopka krakowska wykonana przez Michała Ezenekiera około 1910 r.
300
Rozmowy i wspomnienia
tylko przez P.C.K., gdyż w przeciwnym razie dochodzą do rąk niewłaściwych. Że
z jeńcami nie wolno się widzieć, że Niemcy odpędzają ludzi kolbami i t.d. Wszystko
brednie, ale mucha. Na to nadeszła Ela, która powiedziała, że w Kobierzynie panuje
czarna ospa, że absolutnie nie powinnam iść. Naturalnie Hela zawtórowała jej i dalejże na mnie, że nie pozwoli iść tam i t.d. To mnie doprowadziło do takiej pasji, byłabym ich wszystkich natłukła porządnie. Powiedziałam tylko kilka zdań dosadnych.
Hamowałam się, bo było nas coś niecoś za dużo, ale wieczór powiedziałam Heli, co
o tym wszystkim myślę. Wystarczyło!! Już drugi raz nie powie słowa. Lubię taką
filantropię jak się siedzi w domu i ma się wszystkiego w bród, a czasem żre się różne
wymyślne smakołyki, podczas gdy ci co się za nas bili cierpią głód i chłód. Współczuje im się mocno, ale nic się w tym kierunku nie zrobi. Ale ja im dam. Wszyscy
muszą dawać dla jeńców, a my z Lutką jako, że mamy zdrowe nogi będziemy zanosić, przynajmniej raz w tygodniu.
Dziś wstałam przed 5-tą, aby pójść po chleb. Wyżebrałam 3 kg chleba. Zapakowałam jeszcze co mogłam i obie z Resią pojechałyśmy do Łagiewnik, gdzie na nas czekały Lutka i jej znajoma p. Ziuta. One mają również prowianty. Okazuje się, że razem
mamy dla nich coś 12 kg chleba, trochę cukru, kiełbasy, marmolady i t.d. Lutka wzięła
trochę bielizny męskiej i żółty sweter z rękawami damski z zamkiem błyskawicznym
na prawej, na piersiach. Strasznie kokieteryjna historia. Myślę, że największą zadymkę
zrobi ten sweter. Przychodzimy do obozu jeńców po chwili błądzenia po Kobierzynie.
Trafiłyśmy najpierw do szpitala wariatów, gdzie myślałyśmy, że stacjonują jeńcy. Mówiono bowiem w Krakowie, że wypuszczono lżejszych wariatów, a cięższych zabito –
zastrzelono. Tak, że szpital opustoszał, więc zajęli go Niemcy. I ta wersja, jak i wiele innych i różnorodnych, okazała się fałszywa. Jeńcy są w koszarach gen. Madalińskiego13.
Na kartce wypisałyśmy imię i nazwisko czytelnie Tadeusz Gofron i czekamy chwilę.
Nagle z daleka idzie ktoś w cywilnym ubraniu, granatowe spodnie i wiatrówka, z wojskowym. Mówię do Lutki: „patrz idzie Gofron, to na pewno On”. Lutka nie dowierza,
lekko pokpiwa, niby na jakiej podstawie opieram swój sąd. Sama nie wiem. Brata tego
pana znam z fotografii, a jego samego nigdy nie widziałam nawet na zdjęciu. Okazuje
się, że miałam rację, że to ten, którego szukamy. Dajemy nasze pakunki, które zanosi
do siebie, a nam przynosi z powrotem plecaki. Rozmawiamy z nim chwilę przez parkan i dowiadujemy się, że walczył pod Przemyślem, gdzie bomba, czy granat przysypał
go ziemią i przez to nie słyszy. Ogłuchł od huku. Robią mu przepłukiwanie uszu. Pod
Przemyślem p. Gofron dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł, przebrany po
cywilnemu, ale go wydali Ukraińcy Niemcom, kiedy szedł do Lwowa. Nie rozmawiamy długo, bo nie chcemy go narażać na brutalność strażników, a także on nie czuje
się zbyt dobrze, kiedy nie dosłyszy. Prosi, aby na drugi raz przynieść mu buty, bo te,
[które] posiada spadają mu z nóg. Obiecujemy przyjść w poniedziałek. W drodze powrotnej obserwujemy ciągle krążące nad naszymi głowami samoloty niemieckie, które
13
Koszary im. gen. Antoniego Madalińskiego w Kobierzynie były jednym z obiektów powstałych
w latach 1885-1890 w ramach rozbudowy Twierdzy Kraków. W okresie 1918-1939 mieściły się tam
koszary 8 pułku ułanów, III i IV szwadronu. W czasie okupacji Niemcy urządzili tam obóz jeniecki.
Obecnie dzieje tego miejsca upamiętnia pomnik wzniesiony przy ulicy Zawiłej.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
301
gonią w ilości dwudziestu kilku l samolot angielski, czy francuski, rozrzucający ulotki.
Zdaje się, że pościg się nie udał i samolot koalicji umknął. W Łagiewnikach wstępujemy do znajomych pań, które dają nam moc kwiatów. Umajone wracamy z tryumfem
do domu. Jesteśmy z siebie zadowolone!
Miałam rację, sweter się udał. Gofron strasznie marzł, więc ogromnie dziękował
za sweter. Ciekawa jestem jak on będzie w nim wyglądał?!! Wrócił dziś z pod Zamościa p. Dubis.
Dnia 22 IX
Mam dziś przypadkowo dzienniczek w domu więc piszę. W Muzeum nie byłam,
bo absolutnie nie mogłam. Rano umówiłyśmy się z Helą i p. Dubisową, że ja będę czekać dotąd w domu, dokąd p. Jadzia nie wróci z miasta z zakupów. Miał do
Heli przyjść doktor, więc musiał go ktoś wpuścić. Czekam na doktora i robię robotę.
Około godziny 10-tej rzeczywiście przychodzi, więc zadowolona myślę sobie, że na
11-tą zdążę do Muzeum. Tymczasem chwilę po jego przyjściu ktoś dzwoni. Patrzę
przez okienko widzę tylko zabandażowaną głowę i czubek jasnych włosów. Otwieram – Wikcia. Okazuje się, że przebiegając przez ulicę wpadła, a właściwie silnie została potrącona przez auto niemieckie. Klamka od drzwiczek rozwaliła jej głowę nad
skronią. Jeden cm niżej byłby z niej trup. Wzięli ją Niemcy do auta i silnie broczącą
krwią zawieźli do szpitala na Wrocławską. Tam zrobiono jej prowizoryczny opatrunek. W skutek silnego napięcia nerwów i lęku aby nie zostać w szpitalu Wikcia cała
skrwawiona przyleciała do domu. Doktor obejrzał ranę i orzekł, że cały ten opatrunek
jest do niczego. Poszedł do domu po narzędzia, kupił zastrzyk przeciwtężcowy, a dla
nas wszystkich krowiankę do szczepienia14. Po silnym wygotowaniu narzędzi zrobił
nowy opatrunek, klamerkami ściągnął ranę i owinął głowę bandażami. Pomagałam
mu przy tym. Potem zrobił zastrzyk przeciwtężcowy, a nas wszystkich domowników
zaszczepił piórem takim do pisania. Cała ta historia skończyła się tuż przed obiadem. Wikci wciąż robiło się niedobrze, mam wrażenie że powodem było odprężenie
nerwowe i to że w szpitalu nawąchała się tych różnych leków. Resia została u nas na
noc. Wieczór zrobiła masło, gdyż mamy maśniczkę i dobrą śmietanę kwaśną, a masła nigdzie nie można dostać. Fabrykujemy go we własnym zarządzie. Mamy z tego
podwójną korzyść: 1) masło, 2) maślankę, za którą przepadamy, a dobrej nie można
dostać w Krakowie. Już idę spać, bo późno, a dziś znów miałam miły dzionek.
Warszawa się broni!!!
Dnia 23 IX
Lutka już była w Muzeum jak przyszłam. Opowiadam jej wczorajsze przeżycia,
a ona znów dzieli się ze mną swymi. Szczególnie ważny jest fakt, że do Muzeum
przychodzą teraz różne ważne persony i dowiadują się o jeńców. Ona musiała ich
objaśnić o wyniku naszej wędrówki do Kobierzyna.
14
„Krowianka” popularna nazwa szczepionki przeciwospowej sporządzonej na bazie płynów z pęcherzyków ospowych chorych cieląt. Wynaleziona w Anglii w 1796 r. przez E. Jennera.
302
Rozmowy i wspomnienia
Pakujemy dalej do pak eksponaty. Na drugie śniadanie zjadamy sałatkę z pomidorów
„czarodziejskich” pijemy słodką herbatę i wcale nie odczuwamy nędzy wojennej. Trochę politykujemy. Idziemy o 1.30 do Izy do Zbiorów państw., aby jej zanieść teczkę.
dnia 24 IX – niedziela
Wczoraj po południu musiałam iść do miasta kupić sobie buty na jesień, bo nie miałam
i po płaszcz. Butów i pończoch brak w Krakowie. Kupuje się to co jest, a nie to czego się pragnie. Dobrze, że dostałam silne buty i znów nie tak bardzo drogie. Płaszcz
ten nowy mam wolny i śmiesznie w nim wyglądam. Myślę jednak, że się do niego
przyzwyczaję. Po nabożeństwie przyszłam do Muzeum, gdzie umówiłam się z Lutką.
Mamy iść do p. Sewerynowej może ma coś starego dla jeńców. Wszędzie cisza i spokój. Nikt jeszcze nie wrócił z wawelasów. Kiedy zacznie się jakiś ruch tu na Wawelu?
Nic tylko tupot butów żołnierskich i ostra komenda wojskowa niemiecka. Straszne!
dnia 25 IX
Od rana biegałam po różnych domach. Od p. Manclowej dostałam chleb, od p. Sewerynowej stare buty doktora, skarpety i zupy Knorra, od p. Dubisowej ciepłą jagerowską bieliznę. W Łagiewnikach kupiłyśmy jeszcze zup Maggi’ego, trochę papierosów,
a jeszcze w sobotę w elektrowni miejskiej kupiłyśmy grzejnik elektryczny, bo prosili
o niego. Nic ciepłego jeńcy nie dostają. Czasem tylko herbatę. Tak obładowane idziemy do Kobierzyna. Pogoda chmurna, nie pada, ale za to wiatr nienajgorszy. Duje, że
hej! Myśmy ubrały się trochę za lekko, to też aby nie przemarznąć idziemy szybko.
Maszerując opowiadamy sobie różne historyjki, aby nie myśleć o zimie. W Kobierzynie mało osób, można to było przewidzieć. Na taką pogodę nikomu nie chce się
nosa z domu wystawić. Z p. Gofronem rozmawiamy chwilę, ale nie długo, bo zimno,
a powtóre odpędzają kolbami od sztachet. Z powrotem lecimy wprost, a nie idziemy.
Mnie jeszcze zimniej, bo przedtem na plecach miałam chlebuś ciepły, który mi je
ogrzewał, teraz ten ciepły został w Kobierzynie. Umawiamy się z Lutką na popołudnie. Ona ma przyjść do mnie o 4-tej, a potem mamy iść na Wawel do ks. Figlewicza,
poprosić go o odprawienie mszy św. za duszę ś. p. Seweryna Udzieli. Jutro wypada
druga rocznica jego śmierci.
Lutka zamiast przyjść o umówionej porze przyszła o 5-tej. Już się lekko ściemniało gdy dochodziłyśmy na Wawel, przy tym deszcz zaczął siec niemiłosiernie, a my
bez parasoli. Zmoknięte przychodzimy na Wawel i przy katedrze spotykamy ks. Figlewicza, powracającego skądś. Prosimy go o odprawienie mszy św. Zgadza się bardzo chętnie. Umawiamy się, że jutro o 8-mej.
Idziemy do Muzeum i czujemy, że p. Reinfussowa, albo p. Roman powrócili. Resia, która miała być o 7 rano u mnie nie była w ogóle, a wiedziała, że siostra zostawi
jej u nas mleko, które przegotowane niosę na Wawel. Rzeczywiście!! Wróciła jeszcze
wczoraj p. Reinfussowa zmęczona, umordowana, z piętą odbitą i obierającą. Była aż
pod Biłgorajem. Kawał świata i jak na Jej nogi i jej siostry to był to spacer bardzo
porządny. Dobrze, że tylko wszystko na pięcie się skończyło. Z Wawelu jeszcze kilka
osób wróciło do swych gniazd rodzinnych.
Dziennik czynności Zofii Cieślanki
303
dnia 26 IX
Wczoraj w drodze powrotnej z Wawelu do domu miałyśmy przygodę. Obecnie wolno chodzić do 9-tej, ale ulice niektóre tylko oświetlone, więc bardzo niemiło kręcić
się później niż o 7. W Rynku byłyśmy o godz. 6.45. Nagle naprzeciw Fridleina wyskakuje jakiś typ – cywil w beretce. Zdaje się, że to jakiś wariat z Kobierzyna i trafił
swój na swego. Nam również Kobierzyn nie dziwny. Osobnik ten staje przed nami
i zapytuje po niemiecku czy mamy przepustki. Ja z bezczelną miną odpowiadam, że
tak, ale pytam również po niemiecku czego sobie życzy, przecież wolno chodzić do
9. Na to on się oburza i krzyczy, że to nie szkodzi, ale on musi widzieć przepustki.
Wreszcie podnosi rękę do góry i mówi: „Ich bin von Gestapo”. Ja wyciągam spokojnie przepustkę jaką mam na Wawel, chcę zyskać na czasie, aby on się opanował, albo
żeby ktoś nadszedł. Akuratnie jak wymiótł nikogo!! Tymczasem on gada i gada, aż
w końcu zapytał się gdzie my idziemy. Wtedy Lutka powiedziała po niemiecku, że
do domu. Teraz twierdzi, że gdyby nie jej niemczyzna niewiadomo coby było. Ona
nas uratowała. Heca śmieszna, ale ona jednak nas nauczyła, że nie należy chodzić
późno, bo mogą nas spotkać różne nieoczekiwane historie. Dziś byłyśmy na mszy
św. za dyrektora Udzielę, a potem słuchałyśmy opowiadania p. Reinfussowej o jej
wędrówce. W Muzeum kończymy pakować graty.
dnia 27 IX
Dzień dzisiejszy podobny zupełnie do poprzednich. Pakujemy eksponaty. Niemcy
chcą, żeby im otworzyć Muzeum, ale ja nie mogę się na to porwać. Nie znam na
tyle niemieckiego to raz, a po wtóre z żołdactwem sama sobie nie dam rady, a Lutka
powiedziała, że mi nie pomoże. Zresztą szkoda gadać. Jak wróci któryś z „szefów”
niech o tym decyduje.
(Po południu)
Zaraz po obiedzie przyszedł Kowalski, którego przysłała p. R-wa, abym natychmiast
poszukała lekarza tego, co chodzi do mojej siostry oglądać nogę i przyszła z nim na
Wawel. Lekarza nie mogłam znaleźć, bo gdzieś latał po mieście, więc powiedziałam
tam u niego w domu, że będę czekać na bramie Wawelu od 5-6 (wieczór), żeby doktora przepuściła straż. P. Borgiel nie chciał mi dać na jeden raz przepustki, więc tylko
zapowiedział temu na bramie, żeby przepuścił lekarza. Jednak lekarz nie przyszedł,
a już 6-ta, więc idę do domu, bo później samej nie przyjemnie wracać.
dnia 28 IX
[Poniżej wpis innym charakterem pisma]
I tu pisanie pamiętnika urwało się. Może dlatego że właśnie wróciłem z „wycieczki” na wschód i Zocha się czymś innym zajęła. Pamiętnik znalazłem i przeczytałem
20 XI 1994 już w 2 lata po śmierci Zochy. Smutno.
Roman
