e1da8eccb00f5483f7e5c564bc9904fe.pdf
Media
Part of Opowiadania ludu w powiecie sokalskim i buczackim / Lud, 1906, t. 12
- extracted text
-
Opowiadania ludu
w powiecie sokalskim i buczackim.
O wężowym królu.
W samym środku wsi Liski obok Bełza jest sadzawka nie
wielka. W tej sadzawce jest źródło i Wypływa z niej mały
strumyczek. Wieśniacy opowiadają, że w jednem miejscu w tej
sadzawce są żelazne drzwi, a za temi drzwiami jest długi kory
tarz. Tym korytarzem dojść można do pałacu króla wężów.
Rzeczywiście woda w sadzawce w okolicy źródła nigdy nie
zamarza, nawet w największe mrozy. Wieśniacy jednak na to
głową kręcą i mówią, że to inna temu przyczyna i opowiadają:
„Bardzo dawno już temu, żyła we wsi bardzo biedna kobieta.
Miała ona trzy córki i wszystkie chodziły do dworu na robotę.
Najmłodsza z tych córek nazywała się Helena, a była taka
ładna, że aż strach. Wyrażenia: „aż strach“ używa lud, chcąc
coś wyrazić w stopniu najwyższym. Raz poszły się dziewczęta
kąpać, a ubranie zostawiły na brzegu pod płotem. Gdy się
wykąpały, wylazły z wody i pobiegły pod płot, ażeby się ubrać.
Wtem spostrzegły, że na koszuli najmłodszej z nich siedzi
wielki wąż. Na głowie jego świeciła korona, co świeciła jak
słońce, choć to było w nocy. Dwie starsze siostry zlękły się
bardzo, porwały ubranie i uciekły.
Najmłodsza została ze strachu w wodzie i nie wiedziała
co robić. Tedy wąż do niej rzekł: „Nie bój się, nic ci złego
— 251
nie zrobię, czy chcesz być moją żoną?“ Dziewczyna zdumiała
się, lecz bez namysłu rzekła tylko: „Chcę“.
Wąż tedy plusnął w wodę i znikł.
Dziewczyna ubrała się, przybiegła do domu i opowie
działa całą rozmowę swoją z wężem matce i siostrom. Matka
tylko głową pokiwała i rzekła: „No, no“.
Drugiego zaraz dnia przyjechała przed chatę owej baby
złota kareta, zaprzężona w cztery konie. Na koźle siedział lokaj
z wężową głową i rzekł do zdziwionej kobiety: „Dawaj babo
swoją córkę“. Kobieta czemprędzej ubrała najstarszą donię
w wstążki i wsadziła do karety. Nie minęło pół godziny, kareta
wraca a w niej najstarsza córka.
„No i co?“ pyta matka. „Ot nic, nie chciał mnie, ale
mi dał sto dukatów“. Tedy matka kazała drugiej córce ubrać
się i pojechać. Lecz i ta wróciła i przywiozła matce sto duka
tów. W końcu ubrała matka trzecią córkę, zaczesała, w kosy
(warkocze) wpletła wstążki, dała jej korale, pocałowała i posa
dziła do karety. Niedługo jechali, kareta wjechała w sadzawkę,
żelazne drzwi się otworzyły i wjechali w korytarz.
Tam było tak jasno, jak we dnie.
Dalej spotrzegła pałac jasny, jak słońce.
Przed pałacem stał tron, a na nim siedział zniecierpli
wiony król wężów. Na głowie miał koronę. Naokoło siedziało
mnóstwo wężów i posługiwało królowi. Król kazał jej usiąść
koło siebie i pokazał ją wężom. Te zaczęły znosić miód, ryby,
chleb, masło, mleko. Oboje jedli i Helena nic się nie bała.
Potem król zszedł z tronu i oprowadzał ją po różnych poko
jach. Były one piękniejsze niżeli we dworze, były tam złociste
kanapy, krzesła i łóżka. W kącie stały fajki. Król poszedł
do kąta, wziął jedną fajkę, nałożył tytoniem, zapalił hubkę
i włożył ją do fajki. Helenie na niczem nie zbywało i było jej
dobrze przez lat siedm.
Miała Ona potem syna. Chłopiec był ładny, choć o wężo
wej twarzy. Miał on po ojcu zostać królem.
Tedy prosiła swego męża, by jej pozwolił wraz ze synem
pojechać do matki. Wąż dał jej pozwolenie na całą noc.
Gdy się ściemniło, siedli obydwoje do karety i przyjechali
do matki. Ta się bardzo ucieszyła, widząc córkę bardzo pięknie
ustrojoną i bardzo ładnego wnuka- Częstowały wnuka czem
mogły, ale panicz nic nie chciał jeść. Tylko zostawił babce
— 252 —
i dwom ciotkom po sto dukatów i nad świtem siadł razem
z matką do karety i pojechali. Matka z pozostałemi córkami
widziały, jak wjechali do sadzawki, jak drzwi się otworzyły
i wszystko zniknęło.
Teraz, gdy wieśniacy w zimie na sadzawce lód rąbią, ude
rzają drągami w stronę źródła i mówią jeden do drugiego:
„Słyszysz, jak drzwi huczą“. Nie znałem jednak człowieka,
któryby z pewnością powiedział, że drzwi te widział.
O pokutujących duchach.
W Bełzie nad Sołokiją jest most. Kto szedł o północy
przez most, dostawał zawsze kamieniem przez nieznanego spra
wcę. Nikt więc nie chciał tamtędy nocą chodzić.
Raz szedł przez most radny nocną porą i dostał kamie
niem. Radny obrócił się i rzekł: „Pan Bóg miałby cię w opiece
a toś mnie trzepnął“. Aż tu wychodzi z pod mostu jakiś cień
i mówi: „Dziękuję ci za dobre słowo, bo każdy tylko mnie
przeklinał, a tyś mnie dał Bogu w opiekę“. Od tego czasu już
tam nie straszy.
W mieście jest również stary klasztor, zbudowany przez
Chodkiewiczową w roku 1632. Do klasztoru przybudowano
prześliczny kościół, dziś zamieniony na cerkiew. W klasztorze
tym siedziały p. p. Dominikanki, lecz cesarz Józef II. odebrał
im ten klasztor i kościółek. Tuż obok stoi drugi klasztor
00. Dominikanów, który również był przez Józefa II. znie
siony. Po korytarzach obydwu byłych klasztorach pokazują się
często duchy zmarłych mnichów i mniszek. Raz wracał z kasyna
śp. ksiądz Nałkowski, którego znałem osobiście. Wtem w nocy
na korytarzu spostrzegł Dominikanina ze świecą w ręku. Szedł
on pomału przed nim, raptem wszedł w mur i znikł. W kla
sztorze żeńskim snują się czasami zakapturzone mary byłych
zakonnic.
O upiorze.
Zył raz na zabłociu cieśla i chodził w okularach. Był
to sobie tęgi chłop, czerwony na twarzy i mówiono o nim,
że ma dwa serca. Jak podpiął szpinkę (upił się), tedy bił żonę
i córkę. Raz naprawiał on most, a córka przyniosła mu na obiad
— 253 studzone nogi. Cieśla jadł je łakomo i kością udławił się.
Pochowano go na cmentarzu, Tymczasem jeszcze tej samej
nocy wylazł on z grobu, wrócił do domu, otworzył szufladę,
wziął okulary i założył je na nos. Następnie porwał kij i tak
jak przedtem, tak i teraz sprawił żonie i córce lanie.
Żona i córka nie widziały go, tylko okulary i kij. Prze
straszone kobiety poszły nazajutrz do burmistrza i opowiedziały
rzecz całą. Ten kazał grób otworzyć, wyjąć trupa z trumny,
uciąć mu głowę, a serce przebić osikowym kołem. Głowę wło
żono mu między nogi, aby rękami nie dostał. Od tego 'czasu
był spokój.
Zaduszny dzień.
Opowiadają, że w Zaduszny dzień wszystkie dusze zmar
łych ludzi wychodzą z grobu i przypatrują się ludzkim sprawom.
Jeden gospodarz temu nie wierzył. Szedł on na strych po ko
żuch i krzyknął: „Są tu dusze na mojej kożusze?“ Wtem jak
go trzepnie coś w twarz, że gospodarz z drabiny spadł i pięć
palców z uderzenia pozostało mu na twarzy.
W ten dzień po nieszporach wszystkie dusze idą na noc
do kościoła i modlą się. Pewna kobieta, której córka umarła,
pozostała na noc w kościele. Wtem spostrzegła mnóstwo ludzi,
swych dawno zmarłych znajomych i księdza w ornacie i chłop
ców w komeżkach, w końcu spostrzegła swoją córkę. Niosła
ona całą konewkę łez matczynych i stękając rzekła: „Nie płacz
matko za mną, bo twoje łzy nosić muszę“.
Nie przeklinaj.
U pewnej złośliwej gospodyni służył parobek, imieniem
Szymek. Poszedł on raz kosić trawę dla krowy do podoju.
W trawie tej schowała się gospodynina kwoka i siedziała na ja
jach. Trawa była wysoka i parobek kwoki nie widział. Gdy za
winął kosą, zabił kwokę niechcący. Baba narobiła wrzasku, za
częła przeklinać, a w końcu rzekła: „Bodajś nie zgnił“ i wy
pędziła go ze służby. Jakoś w kilka dni potem parobek poszedł
na noclegi paść konie, zaziębił się i zmarło mu się. — Pocho
wali, zapomnieli, taj przepadło.
— 254 —
Od owego czasu upłynęło 33 lat. Ze starych niejeden
umarł, młodzi się postarzeli, ot taka to dola ludzka. Cmentarz
w tej wsi nie był wielki, więc gdy kto umarł, rozkopywano
staie groby i zmarłych chowano. Grabarzem był człek stary,
który od młodości swej groby kopał, wiedział dobrze, gdzie
kto pochowany. Trafiło się, że trzeba było nowy grób kopać.
W czasie roboty łopata mu o coś zawadziła. Zaciekawiony, za
czął kopać dalej i odgrzebał Szymka, ale tak świeżego, jakby
dopiero przed kilkoma dniami umarł. Wydobył go tedy, zaniósł
do trupiarni i tam nieboszczyk leżał. Ludzie się schodzili i oglą
dali to dziwo.
Jakoś w kilka dni później kwoka grabarzowej zrobiła sobie
w nogach u Szymka gniazdo i siedziała na jajach, a nikt jej
nie spędzał.
W niedzielę zeszli się parobcy do karczmy. Gadu, gadu,
to o tem, to o owem, zaczęli się chwalić swą odwagą. Jeden
z nich mówił, żeby się nawet wilka w nocy nie bał, ale inni
mu przerwali: „Jeśliś taki odważny, przynieś Szymkową kwokę
teraz do nas“. Była to już północ, ale parobczak podochocony
rzecze: „Pójdę, ale zapłacicie kwartę wódki“. — „Zgoda“ krzy
knęli inni. Wyszło parobczysko na dwór, wiatr zimny go owiał,
lecz śmiało szedł naprzód. Przyszedłszy jednak na cmentarz,
zwolnił kroku, bo nogi pod nim zadrżały. Zdawało mu się,
że umai li siedzą na grobach i pytają go, dlaczego nawet nocą
spokoju im nie daje. Szymek jednak doszedł do trupami, wziął
kwokę pod pachę i chce wracać. Wtem usłyszał szmer i spostizegł, że Szymek siadł w trumnie, wsparł się na rękach
i mówi:
„Czekaj, jutro umrze stara Magda, ja u niej służyłem
temu lat 33 i zabiłem jej kwokę niechcący kosą, a ona mnie
przeklęła, bym nie zgnił. No i jak widzisz, nie zgniłem. Mnie
to mc nie szkodzi, ale baba może pójść do piekła. Proszę cię,
idź do proboszcza i powiedz mu, by jej przypomniał o mnie
i o kwoce, gdy ją będzie spowiadał“.
Przestraszony parobek już nie poszedł do karczmy, ale
prosto na probostwo. Już było nad ranem, ksiądz wyszedł
z izby i spostrzegł parobka. Ten pocałował go w rękę i opo
wiedział swe nocne zdarzenie. „Upiłeś się, wódka śmierdzi
od ciebie , mówi jegomość. Ale nadszedł jakiś człowiek i pro
sił, by ksiądz poszedł starą Magdę spowiadać. Zdziwiony
— 255 —
poszedł i w czasie spowiedzi wspomniał babie o Szymku. Ale
baba, jak się nie rozjuszy, zaczęła przeklinać i krzyczeć: „A księ
dzu co do tego, on mi najlepszą kwokę zabił“, i ze złości
wyskoczyła z łóżka i padła trupem na ziemię. Tedy niewia
domo skąd zleciały się całe chmury kruków i wron, obsiadły
one wszystkie drzewa, kracząc i wrzeszcząc przez cały dzień
i noc. W czasie pogrzebu zerwała się straszliwa burza z gra
dem i piorunami, że wszyscy uciekli, a babę zostawili przed
cmentarzem, ale na drugi dzień już jej tam nie było. Jedni
mówili, że ją woda porwała, a inni („Duch święty przy nas!“)
czarci ją wzięli. Przyszli do Szymka, ale ten już się w proch
rozsypał.
Przyszło mi tu na myśl, że u naszego ludu uważają
za klątwę, jeżeli ciało nie zgnije, czego dowodem nawet Siciński w Upicie, lub przekleństwo: „Żeby twoją głową za psami
rzucali“.
O dziadach.
Żebractwo jest rzemiosłem, a bardzo starzy ludzie nie
z biedy, ale z własnej chęci idą na dziady, a broń Boże ubli
żyć im, że oni są żebrakami. Prawdziwego dziada można poznać,
że ma długie piękne siwe włosy, czystą płótniankę skórzaną
lub płócienną torbę przewieszoną przez plecy, a w ręce kostur
tęgi przed psami. Dziad taki ma wstęp do chat i do dworów.
Modli się porządnie, a za każdy datek zaraz się modli. Są to
ludzie pobożni i wierzą, że modlitwa ich pomódz musi. Nie
tak poważani są żebracy, których nieraz także dziadami zowią,
lecz już z tonu mowy wieśniaka poznać można ich lekcewa
żenie.
W roku 1894 przychodził do mnie siwy wesoły staruszek.
Zapraszałem go zawsze do pokoju i sadzałem na krześle. Czę
stowałem go również herbatą lub wódką. Chciałem raz rozpuścić
okowitę gorzelniankę, by mu się dać napić, ale dziadek prosił,
by mu dać okowitę „takotak“. Nalałem kieliszek od wina. On
wypił, splunął i powiedział, że dobra, potem zjadł kawałek
chleba ze solą, a ja zacząłem z nim rozhowor po polsku.
„Ile macie dziadku lat?“. „Ja mam proszę pana lat sto i cztery .
Patrzę zdziwiony na niego, a on mówi: „Ja pamiętam jak
jeszcze tu w Liskach granicy nie było, a Moskale nie siedzieli
— 256 —
(kongres 1815). Jestem w Liwczu i Polak jestem, ale mam
wnuków i praprawnuków w Liwczu, Hulczu, Sulimowie i Li
skach i po świecie, oni przeszli na ruskie, ale to wsio ryba,
bo my taki Polaki. Ja sobie chodzę po moich wnukach i do
brych ludziach, bo mi w domu kuczno. Ot pacierz powiem,
a nie oszukam nikogo i tak uczciwie żyję“.
„Albo to dziadek może kogo oszukać“.
„Oj może, dziad jak dostanie kawałek chleba lub grajcar,
musi pacierz powiedzieć, bo inaczej wszystkie grzechy dającego
bierze na siebie. Zresztą to nie jest taka wielka praca, można
to i w drodze odmówić, ale najlepiej zaraz. Niechno pan
profesor posłucha, co ja powiem:
Żył raz dziad, co zbierał pieniądze, lecz nigdy pacierzy
nie odmawiał. Raz przyszedł on do zamożnego gospodarza
i prosił o nocleg. Gospodarz go przyjął, bo dziada taki każdy
przyjmie. Ale w nocy dziad zaczął stękać i umarł.
Gospodarz kazał go według obyczaju chrześcijańskiego
obmyć i dał mu swoje czyste szmatie, a dziadowską opoń
czę rzucił gdzieś w stodole do kąta.
Raz baba potrzebowała komin zatkać i przypomniała sobie
dziadowską opończę.
Wzięła ją do ręki i poczuła, że ona bardzo ciężka i coś
w niej dźwięczy. Zawołała gospodarza, zaczęli oboje szukać
i znaleźli sto talarów. Zanieśli pieniądze do księdza i pytali,
co z tern robić. Ale ksiądz mówi: „Kto wie, jakim sposobem
dziad przyszedł do tych pieniędzy, tembardziej, że nikt nie wie
skąd on był i czy ma jaką rodzinę. Za te pieniądze kup świń
i rozpocznij handel — jeśli będzie ci się wiodło, będzie to zna
kiem, że pieniądze uczciwie nabyte, wtedy dasz na mszę za jego
duszę. Gospodarz tak zrobił, jak mu ksiądz kazał, poszedł
na jarmark i kupił prosię, a resztę pieniędzy schował do kie
szeni, lecz nim się oglądnął, już mu ktoś te pieniądze wycią
gnął, czy sam zgubił. Z prosięcia wyrósł ogromny wieprz, lecz
był on tak dziki, że nie można było do niego przystąpić.
Raz wyrwał się on z kuczy i rozhukany pognał prosto
na cmentarz i zaczął ryć na grobie dziada. Gospodarz pobiegł
za mm az na cmentarz, lecz tu omal nie zginął ze strachu.
Oto z grobu wyskoczył dziad cały płomieniem i gorejącą smołą
otoczony, rzucił się na wieprza i zawołał: „Chodź tu, ty prze-
— 257 —
klęta jałmużno moja!“. Zaczęli się żreć i obaj wpadli do jamy,
z której płomienie buchały“.
Rozgadanemu dziadkowi chciałem dać jeszcze wódki, ale
on rzekł: „O dziękuję panu, ja tylko piję jeden kieliszek dzien
nie, ale mocnej, to mnie trzyma na nogach i przeżyłem wszyst
kich swoich równowieśników. Okowitka nie szkodzi, ale trzeba
ją umieć pić“.
Dziadek ten przychodził jeszcze kilka razy do mnie, kiedy
jednak umarł, nie wiem.
Czy zbrodnia da się ukryć.
Według wierzeń ludowych żadna zbrodnia ukryć się nie
da, a zbrodniarz, czy prędzej, czy później, jeszcze tu na tym
świecie karę ponieść musi, na dowód czego przytaczają nastę
pujące zdarzenie.
Pewien, rzeźnik miał duży sad, a w nim wiele czereszeń.
Chłopcy, jak zwyczajnie łakomi na owoce, przychodzili i często
owoce zrywali. Przecież to nic złego, bo chłopiec jak wróbel,
ot, nastraszyć go, napędzić i spokój. Ale ów rzeźnik zrobił zasiadkę z fuzyą i gdy biedny chłopczyna sięgnął ręką z par
kanu po czereśnie, rzeźnik wystrzelił i zabił nieboraka. Zbrodni
jego nikt nie widział, schował go w krzaki, a w nocy wykopał
jamę i zagrzebał biedne dziecko. Zmęczony usiadł na trawie,
wtem słyszy jak z grobu wychodzi głos: „Boże, Boże, pomścij
mej niewinnej śmierci“. Rzeźnik zerwał się, ale w tej chwili
usłyszał jakiś straszny głos: „Pomszczę się, pomszczę, ale aż
za 9 lat“.
Poszedł rzeźnik do domu i dalej prowadził swe rzemiosło.
Powodzi to mu się dobrze i kupił nawet kamienicę. O chłopcu
zupełnie zapomniał. Aż raz w samą dziewiątą rocznicę śmierci
owego chłopca zabił ów rzeźnik cielę i wiózł je do miasta.
W samym rynku niespodzianie oglądnął się i ujrzał na wozie
owego zabitego chłopca, zaczął krzyczeć z przerażenia i wobec
wszystkich przyznał się do wszystkiego, pokazał nawet miejsce
gdzie chłopca pochował- Zaś zabite cielę zostało cielęciem.
— 258 —
Co większy grzech, zabić, czy postu nie dochować?
Raz na jarmarku spostrzegli dwaj chłopi zgonnika, który
sprzedawał wieprze. Zgonnik był im znany i wiedzieli, którędy
on zwykle wraca do domu. Droga prowadziła przez las. Zaczatowali tedy obaj i już o zmierzchu spostrzegli samotnie idącego
Wyskoczyli tedy obaj z nienacka i zamordowali biednego
cz owiek^ Ciało zawlekli do lasu i zagrzebali, a torbę wzięli
ze sobą W głębi lasu usiedli na murawie i zaczęli się dzielić.
Były tam pieniądze, flaszka wódki, kawałek chleba i kieł
basa Pien.ądzmi się podzielili, wódkę wypili, ale zakąsili tylko
cilebem a kiełbasy me tknęli mówiąc: „Nyni pist światyj, pianycia, hnch buwby poskoromyty sia“. (Dziś post święty, pią
tek, grzech byłby dziś jeść mięso).
O zamku w Buczaczu
r Pb Buczacz’J"asto na Podolu, leży w prześlicznej okolicy nad
rzeką Stiypą. Najpiękniejszą ozdobą tego miasta są rozwalmy
wTTayd sfrypZąamkU "" nieWie’kim pagórku’ unoszącego się
Zamek ten słynny nietylko w hlstoryi krajowej, ale i w po
wszechnej. Tu bowiem zawarty był w roku 1672. ów nieszczę
sny traktat buczacki, w którym Polacy zmuszeni byli oddać
urkom Ukrainę, Podole z Kamieńcem i zapłacić haracz. Zamel< w Buczaczu me był jednak wtedy zburzony, gdyż w trzy
lata później oblęgał go nadarmo Szyszman basza, a nie mogąc
z obyć, uderzył na zamek w Trembowli, którego bronił słynny
w historyi naszej Chrzanowski. Król Sobieski nadszedł z odsie
czą a Szyszman basza uciekł. W kilka lat później był znów '
Sobieski w Buczaczu i pił wodę ze studni pod zamkiem. Stu
lę tę dotychczas pokazują przy ulicy Kolejowej. Zresztą
rodzina i otockich nie zostawiłaby tak silnej pozycyi bez
obrony, om to zasłaniali Podole piersiami swemi przed żalewem Turków i Tatarów. Zamek zniszczono dopiero za czasów
panowania cesarzowej Maryi Teresy. Wiadomo bowiem że po
rPSSZskr°hbiObrZe r°ISki " r’ 17?2-gim mnÓStW0 kie
ratów Barskich ukrywało się po zamkach polskich. Austryacy
edy, zabrawszy Galicyę, chcąc mieć spokój w zabranym kraju,
— 259
wszystke zamki panów polskich burzyli. Wtedy to i zamek
w Buczaczu zapewne uległ zniszczeniu, a czas i sąsiedzi, któ
rzy obok zamku mieszkają, niszczą go do reszty. Ruiny te je
dnak i dziś wyglądają wspaniale, należałoby je tylko powlec
wodnem szkłem i ocalałaby ta starożytna i prześliczna pamiątka.
Niegdyś nad Renem wznosiły się zamki rycerzy rabusiów,
nie mają one tak wielkiej wartości historycznej, a jednak
je szanują, są ogrodzone i dopiero za opłatą można je z bliska
oglądać.
Na południe od Buczacza jest gościniec, prowadzący
do wioski Żyźnomierza. Tu obok gościńca rośnie stara lipa,
pod którą miał być zawarty ów traktat buczacki.
Hrabia Potocki kazał ją ogrodzić i podeprzeć. Jestto jedna
z najstarszych lip w Polsce.
Wyszedłem raz w niedzielę z synami w pole i zobaczy
łem pod lipą ciemnego lirnika ze Żyźnomierza, nazwiskiem
Złotarski. Otoczyli go starsi, siwi gospodarze i rozmawiali.
Poszedłem do niego, prosiłem, by mi coś zaśpiewał i wręczy
łem mu niewielki datek. Lirnik nastroił lirę i zaczął śpiewać
pieśń po polsku, ale na tak rzewną nutę, żeśmy wszyscy nie
wyłączając wieśniaków z zadziwieniem słuchali. Niestety słów
nie mogłem zapamiętać, ale treść jej taka: „O Jezu miłosierny,
patrz na biedne dzieci Twoje, oto car turecki pogniewał się
na króla polskiego i chciał mu zabrać naród chrześcijański.
Niezliczone tłumy pogan stanęło pod Kamieńcem podolskim.
Darmo rycerze nasi krew swoją przelali, Turcy miasto zdobyli,
chrześcijan mordowali, kobiety i dzieci w niewolę zabrali,
Przenajświętszym Sakramentem konie nakarmiali, a świętego
Jantoniego z kościoła wyrzucili, a obrusy i chorągwie pod kulbaki dawali, strasznie Pan Bóg naród karał, bo się nie kochali.
O Jezusie miłosierny, zmiłuj się nad nami“.
Pytałem tedy wieśniaków, czy wiedzą coś o tej lipie, pod
którą siedzimy. Wieśniacy z niedowierzaniem popatrzali na mnie
i byłbym się nic nie dowiedział, ale przedstawiłem się im jako
nauczyciel i powiedziałem, że mam w mej klasie aż trzech
uczniów ze Żyźnomierza. Zaraz prosili mnie siedzieć obok lir
nika, co też z ochotą zrobiłem i zapytałem, czy znają pieśń.
„Pod Kamieńcem pod Podolskiem
Stoi Turek z swojem wojskiem,
— 260 —
Stoi, stoi nie wojuje,
Więcej wojska potrzebuje“.
• • ¿aden z nich teJ Pieśni nie słyszał, tedy zaśpiewałem
im ją całą. Lirmk bardzo się jej przysłuchiwał, a potem rzekł:
„Słowa śliczne, ale nutę do niej trzeba dać nie taką“.
Zaczęliśmy tedy śpiewać na nowo. Lirnik na poczekaniu
ułożył do niej nutę tak rzewną, że mi się nadzwyczaj podo
bała. Prosił mnie potem, bym mu tę pieśń napisał i przysłał
przez uczniów, a jego dzieci umieją czytać, to on się nauczy.
Obiecałem mu. Zacząłem tedy opowiadać znane mi legendy
i baśnie o duchach, zamkach, zaklętych dzwonach. Wtem jeden
ze starszych gospodarzy przerywa mi i mówi, że i u nas
wieści6 ZaklętS dzW°ny ‘ zaczął opowiadać następującą po„Otóż i my mamy podziemne dzwony w Buczaczu pod
zamkiem, a podczas Świąt wielkanocnych słychać je o północy
gdy dzwonią po rezurekcyi. Słychać je głęboko pod ziemią’.
Mieszkają tam zaklęci rycerze, którzy się bili z Turkami i in
nymi poganami, a pilnuje ich dobosz bez głowy. Wychodzi on
nieraz o północy i przygląda się zamkowi“.
„A dlaczego on bez głowy?“ zapytał jeden ze słuchaczów.
.
„Bo to widzicie, jak na zamku kopali, znaleźli ludzki kosciak głowę wydobyli, popatrzyli i rzucili, a kościak zagrze
bali. Głowa się poniewierała, rzucano nią, a w końcu stoczyła
się do Strypy i przepadła. Widocznie był to dobosz, ale
on chociaż bez głowy, dobrze' widzi, bo to duch. Mój niebo
szczyk tato opowiadał, że pewien stelmach był w Buczaczu
na rezurekcyi i jakoś w mieście zabawił do północy. Noc była
ciemna, droga kamienista, no jak wiecie głębokie jary, bał się
więc, by me wleciał do jakiej jamy i żeby się nie zabił, zwła
szcza, ze był trochę podochocony. Wydrapał się więc na za
mek i szukał miejsca, gdzieby mógł przenocować. Wtem spo
strzegł dobosza bez głowy, miał on ogromny bęben i pałkami
na mm : Romtomtom, romtomtom! Otworzyła się przed owym
człowiekiem wielka brama i stelmach wszedł do bramy. Tu naj
pierw zobaczył bardzo długi korytarz i sto worków prochu
do strzelania. On z początku zląkł sięj ale pomyślał sobie:
„Wsio ryba, zginę nie zginę, pójdę naprzód“. A tu się
brama za mm zamknęła, a dobosz wciąż szedł za nim i bębnił.
— 261
A było tam tak jasno jak w dzień. Wyszedł do jakiejś obszer
nej sali. Tam zobaczył dużo wojska, wszyscy byli w żelazo
ubrani, zobaczył tam wiele panów w czerwonych i złotych
ubraniach i dużo ślicznych Kozaków uzbrojonych. Na stelmacha
mało oni zważali. Wtem nadszedł jakiś bogato ubrany pan
z wysoką futrzaną czapką i z piórem na czapce i pyta: „Znasz
mnie?“. „Oj nie panie“. — „Toż to ja jestem pan Kaniowski“.
Stelmach upadł mu do nóg, hej! hej! był to dobry pan, nie
dał on biednemu chłopu krzywdy zrobić i dobrze za jego cza
sów było. Pan Kaniowski wziął go za rękę, posadził za wiel
kim stołem i kazał mu jeść co tylko zechce. Mnóstwo gości
jedli święcone jajko, pili miód i zabawiali się. Na samym prze
dzie siedziała w ciemnej sukni, jakby jaka zakonnica, pani.
Obok niej siedziało dwunastu synów. Najstarszy był już
duży, a miał orle skrzydła na sobie, potem był mniejszy, po
tem jeszcze mniejszy, a najmniejszy był u matki na rękach.
Wszyscy oni mieli skrzydła, a najmłodszy był puchem
pokryty. Zaś pan Kaniowski pyta owego stelmacha: „Dobrze
tam na świecie?“. „Oj źle panie !“. „Ja wiem, że źle, ale cze
kajcie. Jak temu maleńkiemu skrzydła urosną, wtedy wyjdziemy
i w całym naszym świętym kraju znowu dobrze będzie“.
Po uczcie dał mu pan Kaniowski dziesięć dukatów, do
bosz bez głowy zabębnił znowu : . „Romtomtom, romtomtom“,
odprowadził go do bramy na dwór i zamknął drzwi. Stelmach
się oglądnął, lecz nie mógł już owego miejsca znaleść, skąd
wyszedł. Gdy zadniało, wrócił do domu, a tu żona i dzieci
gwałt: „Gdzieżeś był przez całe święta?“. A on tam był przez
trzy dni, a potem wszystkim pokazywał otrzymane dukaty“.
Gospodarze wstali, pożegnaliśmy, podaliśmy sobie ręce
i wrócili do domu.
Opisałem to zdarzenie dlatego, że między ludem naszym
przechowują się prześliczne opowiadania, lecz wieśniacy opo
wiedzą je tylko temu, kto umie ująć ich sobie za serce. Przy
powitaniu należy zawsze powiedzieć: „Pochwalony Jezus Chry
stus“ lub „Sława Isusu Chrystu“. Lud chętnie nawet mówi
po polsku, chociażby nawet był greckiego obrządku, nie patrzy
on na mowę, tylko radby poznać istotę tego, kto z nim mówi.
Lud. Rocznik XII.
18
— 262
Pasiecznik.
Pasiecznik jest to sobie mały chłopczyk, porządnie ubrany
z czerwoną czapeczką na głowie i z fajką na długim cybuchu.
Trzymają go bogaci gospodarze, aby im pilnował gospodarstwa,
a szczególnie pasieki. Nazwiska jego nie wolno powiedzieć,
a najbardziej gniewa się, gdy go kto nazwie czortem. Chłopi
nawet w opowiadaniach O pasieczniku nie ważą się jego nazwiska powiedzieć, aby dyabła nie wywołać, tylko mówią
o nim przez trzecią osobę mówiąc: „On“.
Pewien parobek dostał się na służbę do bogatego chłopa,
o którym powiadano, że ma pasiecznika.
Raz parobek nocował w pasiece, tymczasem „On“ go zo
baczył i zaczął na parobka dym z fajki puszczać. Parobek pod
niósł głowę i zobaczył maleńkiego chłopczyka, który mu się
z ciekawością przypatrywał. Rozgniewany parobek porwał cep
i nuż za nim gonić po pasiece, lecz „On“ jak kuna uciekał
po wszystkich kątach. Parobek bił ciągle cepem i mówił: „Raz,
raz, raz, a był to mądry parobek, bo gdyby był powiedział:
„Dwa“, byłby mu „On“ głowę urwał. Gdy się parobek zmachał,
spostrzegł z przerażeniem, ze stodoła się pali, a tu niema któ
rędy uciekać, aż tu zobaczył okno tarniną założone. Wyrwał
tedy czemprędzej tarninę i uciekł przez okno, patrzy, a pasieka
jak stała tak stoi, tylko przestraszone parobczysko ręce sobie
pokaleczył. Nie dość na tern, zaczął uciekać do domu, ale
„On drogę mu na bagna skierował. Parobek wpadł do błota
i byłby utonął, ale zobaczył światełko, a tatunio mu mówił,
że „On czasem w postaci światełka goni po bagnach i ludzi
topi. Został tedy w błocie do samego rana, dopiero jak się
rozwidniło, poznał gdzie był i wrócił do domu.
U tego gospodarza było w stodole sześć beczek jabłek.
Otóż parobek ten chciał raz sobie wziąć kilka jabłek, podniósł
pokrywę, a tu „On“ przemienił w „hadiukę“ ta do parobka.
Ten w nogi, ledwie ze życiem uciekł. Podziękował tedy za słu
żbę, chociaż mu tam dobrze było.
Gospodarz tedy przyjął sobie do służby dziewkę. W je
sieni robiono u niego miód do picia, a potem w Buczaczu
żydom sprzedawano. Gospodarz mówił do dziewki: „Nie pij
tego miodu, bo sobie narobisz kłopotu“. Nie wiedziała ona,
że nocną porą „On dolewał gospodarzowi do miodu mocy.
— 263 Jakoś raz w niedzielę napiła się dziewka z beczki słodkiego
miodu i wyszła na ogród. Patrzy, a to idą dwaj panicze w czer
wonych czapeczkach i proszą ją do tańca. Muzyka rżnie
od ucha, dziewce nogi zaczynają podskakiwać, a panicze koło
niej hulają i cieszą się. Wtem ktoś krzyknął dziewce do ucha:
„Maryanka uchwyć się wianka“.
Dziewka to zrozumiała i złapała za szkaplerz, co go miała
na sobie. Patrzy a tu panicze uciekli, a ona z pokaleczonemi
nogami w błocie siedzi. Nie chciała już więcej u tego gospo
darza służyć.
Buczacz, 30. lipca r. 1906.
Antoni Siewiński
nauczyciel w Buczaczu.
