e9f6728e28edc2073f4e984e46e66460.pdf
Media
Part of O góralach podbabiogórskich — wrażenia i spostrzeżenia ludoznawcze - Lud, 1906, t. 12
- extracted text
-
If
O góralach podbabiogórskich.
Wrażenia i spostrzeżenia ludoznawcze.
Przez
Bronisława Gustawicza.
Wstęp. — Różnica między góralami podbabiogórskimi miejskimi a wiej
skimi. _ Charakterystyka wsi górskich. — Chaty dymne. — Kominy
rzadkością —Jazda z Myślenic do Jordanowa. — Gazda z Krzczonowa.—
Droga przez Pcim do Krzczonowa. — Obejście gospodarskie mego
gazdy. — Przyjęcie mojej osoby przez gaździnę. — Dym przeszkodą
wejścia do chaty. — Uganianie się dymu po izbie. — Wewnętrzny wygląd
chaty. — Niesmaczna, bo przywędzona wieczerza. — Takież śniadanie
nazajutrz. — Chwalebna gościnność góralska. — „Gość w dom, Bóg w dom“.
Poeci, wogóle miłośnicy górskiej przyrody i jej mieszkań
ców, opisywali i opisują w zanadto różowych barwach lud gór
ski, przedstawiając przed oczy czytelnika tylko dodatnie jego
strony. Niedość jest zrobić kilkudniową wycieczkę na „Babią
górę“, lub w jej okolice pod przewodnictwem miejscowego
górala, niedość nasłuchać się jego bajania, aby po powrocie do
miasta opisywać „naszych poczciwych górali“, wielbić
przesadnie ich cnoty, a przemilczać wady, nie mając — prawdę
powiedziawszy — dokładnego pojęcia ani o pierwszych, ani o dru
gich. Aby dokładnie poznać charakter ludu górskiego, jego zwy
czaje i obyczaje, trzeba czas dłuższy wśród niego przebywać,
ustawicznie z nim obcować i z nim zżyć się.
i*
4
Od kilkunastu lat, robiąc niemal corocznie wycieczki w oko
lice podbabiogórskie jużto w celu odpoczynku wakacyjnego, jużteż w celu badań naukowych J), zamieszkiwałem przeważnie
w chatach góralskich po kilka tygodni, wprawdzie po większej
części w miasteczkach, ale także i po wsiach.
Górale podbabiogórscy, którzy w miasteczkach osiedli, ró
żnią się od górali wiejskich tylko tern, że pozrzucali kierpce,
a przywdziali buty, wszelako czynią to tylko bogatsi, wśród mia
steczka mieszkający, a więc tak zwani mieszczanie; przedmieszczanie zaś pozostali po większej części przy kierpcach. Nastę
pnie u mieszczan miejsce guni i opiętych góralskich spodni za
stąpiły długie kapoty, lub przerobione stare surduty, kamizelki
i spodnie szerokie, niedonoszone po większych miastach, któ
rych dostarczają im liczni tandeciarze żydowscy, zjeżdżający z li
chym towarem na jarmarki małomiejskie. Z przykrością zauwa
żyłem w czasie swoich wycieczek w okolice podbabiogórskie, że
zwyczaj przebierania się w stare miejskie łachmany wkrada się
wprawdzie powoli, ale statecznie i systematycznie, już i do więk
szych wsi góralskich, szczególniej między młodzież wiejską. Ten
niedorzeczny zwyczaj, miejscowy charakter ludu zacierający, wpro
wadzają przeważnie parobcy, powracający na wieś po ukończe
niu trzechletniej służby wojskowej. Starzy opierają się temu, ale
że stosunek dzieci do rodziców jest u górali bardzo smutny,
o czem poniżej pomówię, przeto tego prądu stanowczo powstrzy
mać nie można. Zresztą charakter, zwyczaje, obyczaje górali
mieszczan niczem się nie różnią od górali włościan, boć i miej
scowości jak Ślemień, Sucha, Maków, Zawoja, Jordanów, gdyby
nie objaśniały przydrożne napisy, trudnoby odróżnić, czy to mia
steczka , czy też wsi; są one bowiem podobne do jednych
i drugich.
Wsi górskie są zwykle bardzo rozwlekłe, budowane w wą
wozach, w ciasnych, wązkich dolinach, nad potokiem lub rzeką;
chata od chaty znajduje się w pewnem, dość znacznem oddale1) Jerzego Wahlenberga Pomiary barometryczne w Tatrach
i przyległych działach górskich i dolinach w r. 1813 dokonanych. Pono
wnie obliczył prof. Br o n i s ław Gustawicz. W sprawozdaniu Komisyi
fizyograf. Akad. Um. w Krakowie. T XXIX. 1894. 108—141. - Pomiary
barometryczne w paśmie babiogórskiem i przyległych północnych dzia
łach górskich. Wykonał i obliczył Br. G ustaw lcz. W sprawozd. Kom.
fizyogr. Akad. Um. w Krakowie. T. XXXI. 1896. 63—118.
d
—
niu, bo każdy gazda czyli gospodarz pragnie choć kawałek
gruntu mieć w górskiej równinie, niedaleko swej chaty, a ponieważ
dolina jest wązka, więc niepodobieństwem byłoby budować chaty
w takiem skupieniu, jak to widzimy na nizinach.
Chaty po wsiach, a nawet po mniejszych miasteczkach,
przeważnie albo też wcale nie mają kominów; nawet wydarza
się dość często w małych, biednych osadach, przysiółkach, od
ległych od wsi, widzieć chaty, w których ognisko znajduje się
w rogu izby na podłodze, wylepionej dobrze gliną i wyłożonej
płaskimi kamieniami. W takich chatach dym, unosząc się kłębami,
wypełnia izbę i wychodzi na zewnątrz uchylonemi drzwiami,
a latem i oknami. W miasteczkach i większych wsiach, przynaj
mniej u zamożniejszych gospodarzy, są już zwykłe ogniska mu
rowane; wszelako kominy nie wychodzą ponad dach, lecz tylko
na strych, skąd dym uchodzi otworami pod okapem. Wprawdzie
tak w miasteczkach, jakoteż i porządniejszych wsiach, znajdują
się tu i owdzie budynki z kominami, wyprowadzonymi ponad
dach, ale to nie są mieszkania górali; są to szkoły, urzędy, mie
szkania nauczycieli, urzędników, oficyalistów i osiadłych tu zdawna „łachów“, tudzież kupców, lub wreszcie zamożniejszych
żydów.
Jadąc raz z Myślenic do Jordanowa, nająłem wózek gó
ralski z Krzczonowa, wsi położonej 10 km. na południe od
Myślenic, tuż za Pcimem. Ponieważ wyjazd z Myślenic nastąpił
o godzinie 6. wieczorem, przeto mój góral przy ugodzie położył
warunek nocowania w Krzczonowie, zapewniając, że w jego
własnej chacie znajdę wygodny „nocnik“ (nocleg, wyrażenie
góralskie), bo przecież nie mógłby na to pozwolić, abym miał
nocować w żydowskiej karczmie. Chętnie zgodziłem się na tę
propozycyę, raz, że droga z Krzczonowa do Jordanowa na Łę
townię nie była wcale ponętna, bo strasznie kamienista, a powtóre trzeba było kilkanaście razy przejeżdżać potok, lub też je
chać korytem szeroko rozlanego potoku Łętówki, czego w nocy
ciemnej wcale do przyjemności nie zaliczałem, a po trzecie rad
byłem, że, nocując w chacie góralskiej, będę miał sposobność
bliżej przypatrzyć się wewnętrznemu jej urządzeniu i zwyczajom
jej mieszkańców.
O godzinie szóstej wyjechaliśmy z Myślenic gościńcem myślenicko-nowotarskim, tak, że o godzinie ósmej stanęliśmy w Pci
miu. Dotąd droga była wygodna, wózek toczył się gładko
6
i szybko po „cysarce“, ale mój góral nie mieszkał na „skraj u“
wsi, przylegającym do gościńca, lecz na przeciwnym, graniczą
cym ze wsią Tokarnią, a że wsi górskie, jak już nadmieniłem,
są rozległe, więc trzeba było jeszcze odbyć jak najprzykrzejszą
półmilową podróż. Droga była wprawdzie równa, bo wieś roz
łożona w dolinie górskiej, ale nadzwyczaj kamienista, poprzerzynana licznemi ramionami bystrego potoku Łętówki, tak, że
co chwila wózek albo brnął po osi we wodzie, albo podskaki
wał na kamieniach łak gwałtownie, że trzeba było oburącz trzy
mać się za półkoszki, aby z niego nie wypaść i nie użyć przy
musowej kąpieli.
Po całogodzinnej, nader nużącej jeździe przybyliśmy nare
szcie na dziedziniec mojego „powoźnika“. Zeskoczywszy
z wózka, przyglądałem się ciekawie zabudowaniom gospodar
skim i chacie. Po lewej stronie stały w jednym rzędzie, przyty
kając do siebie, stodoła, obora, chlewek i spichlerzyk; wszystko
to było w dobrym stanie i w porządku utrzymane, co świad
czyło wymownie o zamożności gazdy. Po prawej zaś była chata,
o trzech niewielkich okienkach, tworząca względem tamtych za
budowań w oczy bijący kontrast; chata cała pomalowana i na
zewnątrz, że tak powiem, zupełnie odymiona i owędzona, bu
dziła we mnie jakiś mimowolny wstręt.
Tymczasem gazda, nie wyprzęgając konia wbrew zwycza
jowi góralskiemu, bo górale są nadzwyczaj dbali o swój doby
tek, a szczególniej o konie, zdjął z wózka worek do połowy
napełniony kukurudzą i zaniósł do chaty. Otóż śledziłem wzro
kiem za nim i usłyszałem w sieni głos kobiecy:
— Jakoś ? kajś tak bawił, co tak nierano przyjezdzas ?
— Ji! nie byłek ja nikany — była odpowiedź gazdy. —
Wiozę pana do Jordanowa, tośma i nierano wyjechali z Myślenic...
Po tej rozmowie wyszła gaździna z chaty i przywitała mnie
słowy:
— Witajcie panocku !
Za nią wyszła już dorosła córka czyli „dziewka“, bo tak
mianują w górach córkę gospodarza, i temi samemi słowy, co
matka, mnie pozdrowiła. Za nią wyszło troje drobnych dzieci,
które, stanąwszy w progu chaty, zdała mi się z ciekawością przy
glądały. Tymczasem gazda wyprzągł konika, zaprowadził do
stajni i dał mu obroku.
7
Jak wiadomo, górale są już z natury nadzwyczaj ciekawi
i gadatliwi. Już przez całą drogę mój gazda wypytywał się mnie,
skąd jestem, czem się trudnię, po co jadę do Jordanowa i t. p.
Z przyjemnością też słuchał moich opowiadań i sam rozpowia
dał mi wiele. Teraz znowu zawiązałem z nim rozmowę o go
spodarstwie wiejskiem, górskiem. Ze stajenki zaprowadził mnie
do stodoły, pełnej snopów jęczmienia i owsa, w części już wymłóconego, dalej do spichlerzyka, pełnego jęczmienia i owsa,
następnie do obory, w której były dwie krówki ładne i jałowiczka, a w końcu do chlewa, w którym przebywało kilka sztuk
nierogacizny, przyczem wspomniał, że ma jeszcze kilkanaście
owiec, które na teraz znajdują się „w koszarach“.
Wśród tego przedstawiania swojej własności nadmienił mój
gazda, że i gruntu posiada znaczny kawał, a że wódki nie pija,
w karczmie nie przesiaduje, jak inni, więc z łaski Najwyższego
ma z czego żyć i dlatego nigdy nie „furmani“, a jeżeli zgodził
się odwieźć mnie do Jordanowa, to jedynie dlatego, że jedzie
się przez jego wieś i że sam ma interes do załatwienia w Jor
danowie.
Wtem nadeszła gaździna, szepnęła coś na ucho mężowi,
a ten odezwał się do mnie:
— Pan z nami powiecerzają, a potym pójdziema spać, bo
jutro ze świtem trza jechać do Jordanowa, a pan z drogi, to
i potrzebuje odpocąć.
Zwróciliśmy się tedy ku chacie. Kłęby dymu, wydobywające
się teraz drzwiami i otwartemi oknami, przeraziły mnie zrazu;
myślałem, że to pożar, ale po chwili zoryentowawszy się, że
chata nie ma komina na dachu, zrozumiałem przyczynę tego
zjawiska. Przypomniało mi to ukraińskie „kurne chaty“,
w których miałem szczęście nieraz przebywać podczas mego
dłuższego pobytu na Ukrainie w r. 1887. Mimo to wzdrygałem
się wejść do chaty, ale przypomniawszy sobie przysłowie:
„W Rzymie być, a papieża nie widzieć“, śmiało przekroczyłem
próg i zakrztusiłem się od dymu, ale gazda, widząc moje zakło
potanie, wziął mię za rękę i zaprowadził w kąt izby, który po
części był wolny od gryzącego dymu.
Drzwi i dwa okna wychodziły na wschód, a jedno okno
na południe. W południowo-zachodnim rogu izby znajdowało
się ognisko równo z podłogą, na którem tliło się kilka kawał
ków grubych korzeni drzew. Wiatr powiewał od wschodu, a po-
nieważ drzwi i okna stały otworem, więc prąd powietrza gnał
kłęby dymu ku przeciwległej ścianie, które, nie mając tu ujścia,
wracały jużto ku oknu południowemu, którem wychodziły nazewnątrz, już też ku drzwiom i oknom wschodnim, zapełniając
róg północno-zachodni izby. Wskutek tego północno-wschodni
kąt izby był najmniej dymem zajęty. Właśnie do tego kąta za
prowadził mnie gazda. Z tego miejsca mogłem już swobodniej
rzucić okiem po izbie, która wywarła na mnie bardzo przykre
wrażenie. Ściany od dymu zakopcone i pokryte grubą warstwą
sadzy; na ścianach pozawieszane obrazy świętych, jedne oszklone,
a drugie bez szkła, ale wogóle tak okopcone i od much popstrzone, że trudno było rozpoznać, co przedstawiały.
Umeblowanie izby składało się ze stołu okrągłego, ławki
stojącej pod ścianą i kilku pniaków, zastępujących stołki. Dalej
pod ścianą północną izby widziałeś szeroki i długi tapczan, na
którym chrapało kilkoro dzieci różnego wieku i płci, poprzykrywanych kożuchami i guniami. Słowem, całość przedstawiała
prawdziwy obraz nędzy! A przecież to było w chacie zamoż
niejszego gazdy. Cóż to więc dziać się musi w chacie biedaka,
wynoszącego nawóz we workach lub koszach na barkach swoich
na stoki gór?
Ale wróćmy do wieczerzy, do której mnie zaprosiła gaź
dzina. Wieczerza składała się z zacierki z kukurudzianej mąki
na mleku i kawałka chleba. Do niej zasiedli gazda z gaździną,
dorosła ich córka i czternastoletni syn. Wszyscy jedli wspólnie
z jednej misy łyżkami drewnianemi. Dla mnie jako dystyngowa
nego — jak się wyrażają — gościa, dano zacierkę na osobnej
miseczce i wydobyto ze skrzynki łyżkę blaszaną. Jakkolwiek za
cierkę na mleku bardzo lubię, to przecież nie miałem najmniej
szej chęci do jedzenia, a nie chcąc, by mię posądzano, że wzgardzam ich gościnnością, postanowiłem zjeść choć kilka łyżek za
cierki, — ale nadaremne były moje wysilenia; mleko bowiem
było tak dymem przywędzone, że, wziąwszy zaledwie jedną łyżkę
do ust, musiałem dla obrzydliwego zapachu złożyć broń i wy
mówić się tern, że mleka warzonego nie jadam nigdy, bo mi
szkodzi. Uwierzono tedy mojej wymówce i zaproponowano mi
mleko surowe z wieczornego udoju, co — rozumie się samo
przez się — przyjąłem chętnie, a posiliwszy się, udałem się
z gazdą do stodoły na spoczynek.
9
Następnego dnia ze świtem zasiedliśmy wszyscy do śnia
dania, składającego się z ziemniaków i kwaśnicy, bo zacierkę
kukurudzianą na mleku jako nielada specyał podała gaździna
dnia poprzedniego na wieczerzę tylko in gratiatn powrotu gazdy
z jarmarku myślenickiego, oraz dla uczczenia mnie jako gościapana. Śniadania atoli tego nie jadłem, jeno poprosiłem o świeże
mleko, które mi ochotnie podała gaździna wraz z świeżo upie
czonym sporym plackiem z żytniej mąki ze serem. Wypiwszy
prawie litr mleka, zjadłem kawałek tego placka, a resztę scho
wałem do tłomoczka, usprawiedliwiając się tern, że wczas rano
nie mogę jeść wiele, i dodałem, że placek jest bardzo dobry
i spożyję go później z przyjemnością. To moje oświadczenie
uradowało widocznie gaździnę, gdyż gazda zaczął zaraz wy
chwalać zdolności swej żony w pieczywie i kuchni.
Zęby panocek tu dłuży pogościli, a moja zrobiła żuru,
toby sie odjeść nie mogli;
Żegnając się z gaździną, zapytałem, ileby się jej należało
za mleko, placek i nocleg.
— Jakoś panocku? —- U nas śie za gościnę nic nie bierze — była odpowiedź gaździny z niejakiem zadziwieniem, a na
wet z pewnem oburzeniem. Toż samo powtórzył gazda. Podzię
kowawszy tedy za gościnę staropolskiem: „Bóg zapłać!“, udałem
się w dalszą podróż.
Dodać winienem, że w wielu miejscowościach tutejszej
okolicy spotkała mnie ta szczera gościnność; śmiało mogę też
stwierdzić, że u górali podbabiogórskich staropolskie przysłowie:
„Gość w dom, Bóg w dom“ jeszcze nie zupełnie wygasło. Jest
zatem cnota, która obok wielu przywar wielce ich podnosi.
II.
Powierzchowność górali podbabiogórskich. - Wyższość górali nowotar
skich. — Lenistwo i ociężałość górali podbabiogórskich. — Praca ich
niewydatna. — U równiaków większa wydatność pracy. — Zła karinia
przyczyną braku sił fizycznych. — Ubiór męski i kobiecy. — Brak urody.—
Inaczej u Podhalan. — Brud i nieczystość powszechną wadą. — Ume
blowanie. — Obrazy świętych ozdobą izb. — Pożywienie. — Skutki lichej
strawy. — Rafinerya nafty braci Codrigan w Grybowie. — Bieda przy
czyną złego żywienia się u górali.
Górale podbabiogórscy są powierzchowności wcale nie uj
mującej. Rysy ich twarzy niewiele mówią; są przeważnie gapiowate. Wzrost z bardzo małymi wyjątkami jest średni albo też
10
niżki, co przy pochylonej zawsze ku ziemi głowie nadaje im
postać karłowatą. Przypominają mi negrów południowych prowincyi Stanów Zjednoczonych Ameryki północnej. Rozumie się
samo przez się, że zachodzi tu różnica rasy, ale tensam gapiowaty wyraz twarzy, tosamo pochyłe trzymanie się, tasama
ociężałość i tasama nieradność występuje charakterystycznie
u jednych i drugich. O wiele wyżej stoją od nich górale nowo
tarscy, czyli tak zwani Podhalanie. Tu znajdziemy wielu doro
dnych obojga płci, trzymających się prosto i rączych w ruchach,
wyższych wzrostem, a nawet lepszemi zdolnościami uposażonych.
Słowem — między góralami podbabiogórskimi przyjemna powierz
chowność, regularne, szlachetne rysy twarzy, tworzą bardzo rzad
kie wyjątki. Ale za to są krępi i barczyści, wskutek czego wy
dają się silnymi. Jest to atoli złudzenie. Przy budowie kolei
żelaznej, tak zwanej transwersalnej, przed kilkunastu laty, nie
mogli oni sprostać Włochom, sprowadzonym z Tyrolu, ani też
Chorwatom. Przedsiębiorcy i dozorcy budowy, a nawet technicy
utyskiwali ustawicznie na lenistwo, ociężałość i brak sił u górali,
którzy pracowali przy tej kolei.
Ponieważ przedsiębiorcy byli to wyłącznie cudzoziemcy,
a technicy i dozorcy po większej części także cudzoziemcy, prze
ważnie Niemcy, lub zniemczeni Czesi, brałem tedy te ich uża
lania się i skargi na naszych górali na karb nienawiści ku nam,
że wszystko, co polskie, to do niczego, ale wkońcu sam prze
konałem się naocznie, że — niestety — mieli oni zupełną słu
szność. W miejscowościach, gdzie płacono robotnikom „ziem
nym1' od metra sześciennego, górale zarabiali od 60 do 80 cen
tów dziennie, zaś Włosi i Chorwaci od 1 złr. 20 ct. do 1 złr.
60 ct. Gdzie zaś płacono robotnikom dziennie bez względu na ilość
wykonanej roboty, zawsze chętniej płacono Włochom i Chor
watom po 1 złr. 20 ct. dziennie, niż góralom po 80 ct., bo
jeden Włoch lub Chorwat robił zawsze prawie za dwóch górali.
Gdy na wiosnę w r. 1884 pierwszy pociąg roboczy przy
był z Żywca do Makowa, naładowany szynami, użyto 18 górali
do wyładowania szyn. Do wykonania tej roboty potrzebowali
górale około 4 godzin czasu przy ustawicznem stękaniu i narze
kaniu na ciężką pracę. Tego samego dnia otrzymał ówczesny
naczelnik budowy kolei żelaznej w Suchy, p. K., od głównego
zarządu w Żywcu zawiadomienie, że pociągi w Makowie nie
mogą być tak długo zatrzymywane; z tego powodu następnego
11 —
dnia wysłał on ze Suchy dziesięciu Chorwatów, którzy tę samą
pracę bez szemrania wykonali w przeciągu dwóch godzin.
Na innej znowu stacyi tejże kolei zarządzono przeniesienie
progów kolejowych na miejsce wygodniejsze i płacono po cen
cie za jeden próg. Dwóch górali podjęło się tej roboty. Dźwi
gali oni obydwaj każdy próg i przenieśli ich od rana do połu
dnia 50 sztuk; po południu atoli nie przyszli już do roboty, bo
czuli się pokrzywdzonymi, że przy tak ciężkiej robocie nie będą
mogli więcej zarobić jak po 50 centów dziennie. Otóż dnia na
stępnego, podjął się tej samej roboty wyrobnik z pod Skawiny
i sam jeden przeniósł od rana do wieczora 100 progów; zara
biał więc dziennie 1 złr- Widziałem tego robotnika i rozmawia
łem z nim; nie był on atletą, przeciwnie wzrostu średniego,
mięśni nie bardzo zwięzłych, ale cery twarzy zdrowej i krwistej.
Nadmienić winienem, że na chęci i zamiłowaniu do pracy
góralowi naszemu nie zbywa, tylko, że ta robota jakoś idzie mu
niesporo; powiedziałbym, że nie lenistwo jest tego przyczyną,
tylko brak sil fizycznych. Ta bezsilność więc i ociężałość górali
pochodzi niezaprzeczenie ze złej karmi, o czem pomówię ob
szerniej na innem miejscu; tu dodam tylko, że jeżeli corocznie
setki górali podbabiogórskich udają się z kosami na zarobek za
granicę, do Królestwa Polskiego i tam są z ich pracy zadowo
leni, to pochodzi stąd, że są tam nieporówanie lepiej karmieni,
niż u siebie w domu.
Ubiór górali podbabiogórskich składa się z obcisłych spo
dni z białego sukna, z krótkiego kożuszka bez rękawów, guni
czyli burki z czarnego sukna, z kierpców albo chodaków, oraz
z nizkiego o wielkim rondzie kapelusza i jest wogóle bardzo
zaniedbany, brudny, zafolowany do najwyższego stopnia. Jedy
nie w niedziele i święta ubiera się młodzież nieco czyściej i sta
ranniej, a starzy mniej o to dbają. Kobiety w krótkich spódni
cach przynajmniej w dni świąteczne wdziewają buty i okrywają
się białemi płachtami, zlożonemi w trójkąt. Głowy zawiązują
różnobarwnemi chustkami. Bogatsze kobiety zamiast białych
płacht noszą wielkie, różnobarwne chusty, a na głowach z bia
łego, cienkiego, dobrze ukrochmalonego perkalu „stroiki“, w tyle
dość szczelnie do głowy przystające, a na przodzie wznoszące
się w dość wysoki, fantazyjny czub. Tego rodzaju stroje można
widzieć i w nizinach, n. p. w Tarnowskiem, tak u włościanek,
jak u mieszczanek.
12
Dziewki ubierają się w krótkie, jaskrawe, różnobarwne
spódnice, a biedniejsze zarzucają na siebie białe płachty w miej
sce chustek; zamożniejsze zaś noszą krótkie, gustowne kaftaniki
kożuszkowe, podobne do kamizelek, przyozdobione różnobarwnemi wyszywaniami, oprócz tego różnobarwne, jaskrawe, często
dosyć kosztowne chustki. Włosy zaczesują gładko i splatają
w dwa warkocze, w tył spadające, przyozdobione na końcach
w jaskrawe wstążki.
Nietylko piękności, ale nawet miernej urody napróżnoby
tu kto szukał, a jeżeli się znajdą bardzo rzadkie wyjątki, to już
chyba me góralskiego pochodzenia. Inaczej ma się rzecz u Pod
halan nowotarskich; tu widzieć można wiele dorodnej młodzieży
obojga płci. Nadto górale ci wybierają się w dalszą podróż, jak
n. p. do Krakowa, ubierają się czyściej i schludniej, co ich
o wiele wyżej stawia ponad górali podbabiogórskich, którzy
jeżeli posiadają odzież czystszą, to jej w drogę nigdy nie biorą,
chyba gdy się udają na odpust.
Jeżeli n. p. w Krakowie lub w sąsiedniem Podgórzu spo
strzeżesz górala o przyjemnej powierzchowności, schludniej ubra
nego, możesz śmiało twierdzić, że to mieszkaniec od Czarnego
Dunajca, Zakopanego lub Nowegotargu, a jeżeli spotkasz górala
przygarbionego, w brudnej — co się zowie — odzieży, o nie
miłym, gapiowatym wyrazie twarzy, bądź pewien, że to mie
szkaniec podbabiogórski, lub z okolic Mszany Dolnej albo też
Limanowej.
Z brudną powierzchownością górali podbabiogórskich idzie
w parze ich mieszkanie. Już nie mówię tu o ludzkich wędzar
niach, jakie opisałem w poprzednim rozdziale, bo tam czystość
byłaby czemś niępodobnem, ale wspomnę o takich izbach, gdzie
otwory kominów wychodzą na strych, gdzie zatem byłoby mo
żliwe ochędóstwo. Gdzie tam! znajdziesz tutaj zawsze i wszędzie
obrzydliwe plugastwo. Nawet bogatsi górale nie grzeszą czysto
ścią, a wyjątek pod tym względem tworzą po miasteczkach
chyba ci, co z kupczenia dorobili się jakiego takiego majątku,
a tacy górale zapierają się zwyczajnie swego góralskiego pocho
dzenia. ich córki stroją się już w modne kapelusze, w suknie ze
stanikami i nie obejdą się bez rękawiczek i pięknych parasolek;
synowie zaś, bawiąc w większych miastach na studyach, albo
je z pożytkiem kończą, albo co najczęściej się dzieje, w poło
wie drogi przerywają je, tworząc nibyto inteligencyę małomię-
13
szczańską, góralską, która licznymi zabiegami ubiega się o po
sady burmistrzów, wójtów i pisarzy gminnych, a niejednokrotnie
staje się plagą nietylko swego najbliższego otoczenia, lecz także
społeczeństwa, bo w nich prócz niezgrabnego małpowania nibyto
wyższego lepszego tonu, egoizmu i próżności niczego więcej się
nie dopatrzysz. Takim, co dla rozmaitych przyczyn nie mogą
szkół pokończyć, radzilibyśmy miasto porzucić i powrócić pod
ojcowską strzechę i ziemię, jaką ona tam jest, uprawiać.
Brak czystości występuje nader rażąco tak w przygoto
wywaniu potraw, jak i w ich spożywaniu. Noże i widelce znaj
dziesz u zamożniejszych, a to — jak powiadają
tylko od
parady. Widelców nigdy prawie nie używają. Niejednokrotnie
przyglądałem się się w chatach bogatych gazdów, jak w nie
dzielę lub święto uroczyste — bo tylko w te dni spożywają
mięso — przy objedzie krajali mięso nożem, gdyż tego palcami
niepodobna dokonać, ale zawsze podczas tej czynności przy
trzymywali je brudną garścią i w ten sposób obdzielali człon
ków swej rodziny i sługi swe, a ci, nie używając ani noża, ani
widelca, rękami do obrzydliwości brudnemi brali mięso i je
spożywali.
O umeblowaniu chat góralskich niema nic osobliwszego
do powiedzenia. Jest ono stosownie do zamożności gazdy lepsze
lub gorsze, większą lub mniejszą wygodę przedstawiające. U ubo
giego gazdy zobaczysz prosty tapczan, stół i pniaki zamiast stoł
ków, u zasobniejszego zaś łóżka, stoły, ławy i stołki. Sprzęty
te wyrabiają w niektórych wsiach sami górale.
Jak w umeblowaniu izby góral tutejszy jest bardzo skro
mny, tak w ozdobieniu jej ścian obrazami świętych jest aż prze
sadny. W izbie każdej chaty zobaczysz tutaj podostatkiem obra
zów świętych; są nimi szczególniej u zamożniejszych gospo
darzy całe ściany wokoło izby pozawieszane. Obrazy te jednak,
jak wiadomo, są to najnędzniejsze litografie i chromolitografie,
jakiemi nas zagranica zarzuca, albo też są to malowidła olejne,
wykonywane przez domorosłych, wsiowych artystów. Od nieja
kiego czasu do domów bogatszych zaczynają się wciskać olejodruki, które, gdyby były staranniej wykonywane, mogłyby choć
w części wpłynąć na wyrobienie lepszego smaku u ich posia
daczy. Mimo to, chociaż są te olejodruki, które się na wieś dostają, nędzne, jednakże celują pomiędzy nędzniejszemi jeszcze
litografiami i olejnemi bazgraninami domorosłych bogomazów.
14
Z kolei przypatrzmy się bliżej pożywieniu górali podbabiogórskich. Głownem, prawie zasadniczem ich pożywieniem są
ziemniaki. Zobaczysz je rano na śniadanie, w południe na obiad,
a wieczór na wieczerzę. Do ziemniaków przyłącza się barszcz,
żur i kwaśnica. Barszcz podają tylko tam, gdzie mają buraki,
a więc tam, gdzie znajduje się ziemia pod buraki sposobna.
Za to wszędzie u każdego gazdy musi być żur i kwaśnica. Te
dwie strawy są zawsze na porządku dziennym. Biedny i bogaty
nie mogą się obejść bez nich. Żur góralski jest to zakiś z mąki
owsianej. Jest on znany na Mazurach i Kujawach, lecz tam przy
rządzają go kwaśniejszym i rzadszym tak, że go pija ze szklanki
lub filiżanki; żur zaś góralski jest mało kwaśny, słodkawy i tak
gęsty, że go łyżką pożywają. Kwaśnica zaś jest to sok z kapu
sty kiszonej. Górale po nasoleniu kapusty nalewają na nią wody;
gdy kapusta zakiśnie, wybierają kwaśnicę i znowu dolewają świe
żej wody. Czynność tę powtarzają tak długo, dopóki nie wyczer
pie się kapusta z beczki. Wskutek tego kapusta jest bez jakie
gokolwiek smaku, ale góral jest do tego przyzwyczajony, taka
kapusta smakuje mu, a zresztą idzie tu więcej o kwaśnicę, aby
jej było dosyć, niż o kapustę. Bo z czemże tu jeść ziemniaki?
z żurem ? — nie wystarczyłoby na to owsa, który wreszcie
i na placki jest potrzebny. — Z barszczem ? — ale nie wszę
dzie są buraki; ba, przytem barszcz jest już strawą zbytkowniejszą, bo go zaprawiają jajkiem albo mlekiem; żur zaś lub
kwaśnica nie potrzebują żadnych przypraw; ziemniaki wymagają
tylko soli, żur i kwaśnica nawet i tego nie potrzebują. A jeżeli
gaździna użyje półćwierci funta słoniny lub sadła na 8 lub 10
osób, to już tylko w dni uroczyste wydarzyć się może.
Górale, którym kapusta w polu się nie udała, jeżdżą ponią po kilka mil daleko, aby tylko mieć kwaśnicę. Ziemniaki
zaś tedy, żur i kwaśnica są głównem pożywieniem każdego
górala.
Obok tego placki z mąki owsianej, zawsze z przymieszką
ziemniaków, tworzą szczególniejszy specyał. Placki te jednak
nie są Chlebem powszednim; gaździny pieką je tylko wtedy,
gdy gazda udaje się w drogę na cały dzień, czy to do lasu,
czy też na robotę do dworu, tudzież na dni uroczyste.
Nieurodzaj na ziemniaki jest plagą, klęską, przyczyną głodu ;
wtedy owies musi je zastąpić, ale ten dla małych zasobów
szybko się wyczerpuje. Ważną jednak rolę w pożywieniu górali
15
odgrywa jęczmień. Z niego robią pęcak, który, jak utrzymują,
daje się wybornie jeść bez omasty, bo w gotowaniu rozkleja
się. Ale jęczmień w górach nie wszędzie się udaje, a gdzie go
mają, pewną część z niego muszą sprzedać, aby pokryć inne
wydatki. Pęcak tedy należy do potraw zbytkownych i jadają go
rzadko, podobnie jak kapustę, która służy więcej do produkcyi
kwaśnicy. W chatach bogatszych, u gazdów, mających większe
obszary pola ornego, do tego urodzajnego, pojawia się ta zby
tkowna strawa 3 lub 4 razy tygodniowo na stole, czasem nawet
ze'słoniną lub sadłem.
Tosamo można powiedzieć o fasoli i karłowatym bobie,
jaki się w górach gdzieniegdzie na lepszej glebie udaje.
Zamiast placków owsianych bogatsi wypiekają je ze
„zbóż a“, tj. z mieszaniny żyta, jęczmienia i owsa, razem zmie
lonego. Podczas większych uroczystości, jak na weselu, chrzci
nach i t. d., pieką placki z czysto żytniej mąki, które powlekają
serem, jeżeli gazda ma krowy. Placki z mąki pszennej można
widzieć tylko u górali bardzo dobrze się mających.
Otóż, jak widzimy, pożywienie górali babiogórskich jest
wogóle liche. Z tej lichej karmi pochodzi bezsilność i ocięża
łość górali w pracy; praca ich, jak powyżej wspomniałem, nie
jest wydatna. Że tak jest, przytoczę fakt, wprawdzie nie wzięty
z życia Babiogórców, jeno z okolicy Grybowa.
Przed kilkunastu laty Amerykanie, bracia Codrigan, zało
żyli pod Grybowem rafineryę nafty na wielką skalę. Kilku ro
botników przywieźli z sobą z Ameryki. A że zakład wielki mimo
machin parowych i licznych urządzeń mechanicznych, zastępu
jących pracę ręczną, potrzebował więcej ludzi, aniżeli ze sobą
sprowadzili, najęto przeto górali grybowskich. Będąc w r. 1881
w Grybowie, zaznajomiłem się z właścicielami tej rafineryi przy
sposobności zwiedzenia pięknego tego zakładu przemysłowego.
Najstarszy z braci C. oprowadzał mnie wszędzie po fabryce, ob
jaśniając wszelkie urządzenia. Wśród pogadanki, jaka między nami
się zawiązała, utyskiwał Amerykanin na miejscowe siły robocze.
Wyznał on mi wtedy, że swoim Amerykaninom, prostym robo
tnikom, płaci dziennie po 3 złr., góralowi zaś tylko po 90 ct.;
ale i tej płacy stosunkowo do wydatności swej pracy nie są warci.
Podług jego obliczenia wartość pracy górala w stosunku do pracy
Amerykanina nie warta więcej jak 75 ct. dziennie. Na to zwró
ciłem jego uwagę, że Amerykanin może za 3 złr. lepiej się utrzy-
— 16 —
mać i lepiej żyć, niż góral za 90 ct., z których pragnąłby jesz
cze zaoszczędzić coś dla domu. Nic więc dziwnego, że robotnicy
amerykańscy maią więcej siły do pracy niż miejscowi górale.
Wtedy zauważył Amerykanin Codrigan, że gdyby im więcej pła
cił, to oni zamiast lepiej się pożywić, więcejby przepijali. Po
krótkim wszakże namyśle dodał: „Pańska uwaga spodobała mi
się. Otóż spróbuję sam ich żywić“.
Znane jest przysłowie angielskie „to go a head“, tj. ka
żdy pomysł wprowadzić natychmiast w czyn. Więc też już na
drugi dzień miejscowi robotnicy byli na jego stole; od tej pory
dzienna ich płaca wynosiła 60 ct. Dawał im tedy 3j4 kg. chleba ży
tniego,
kg. mięsa, rosół zasypany fasolą lub perłówką i 1 kg.
ziemniaków dziennie na osobę. Z początku użalali się górale,
że im mało daje jeść, że mięso jest zbyteczne, że za te pienią
dze, co mięso kosztuje, lepiejby było kupić ziemniaków, którychby więcej mieli na obiad. I nic dziwnego, że się uskarżali.
Ich żołądki bowiem, ziemniakami rozepchane, nie mogły się
zrazu oswoić z pokarmem, mniejszym wprawdzie co do objęto
ści, ale za to pożywniejszym; skarżyli się tedy, że ich „ckni“,
że im „burcy po brzuchu“, bo w nim były pustki. Je
dnakże po tygodniu prawie żaden z nich nie mógł zjeść kilo
grama ziemniaków, a Amerykanin Codrigan utrzymywał stano
wczo, że robotnicy miejscowi stają się ruchliwszymi i że robota
sporzej idzie.
Wkrótce Grybów opuściłem, a gdy w cztery lata później
tędy przejeżdżałem, powziąłem zamiar odwiedzenia braci Codri
gan, raz, aby odświeżyć dawną znajomość, powtóre, aby się do
wiedzieć o skutku powyższej próby z góralami. Ale ku memu
wielkiemu smutkowi dowiedziałem się, że ci Amerykanie dla
braku dostatecznej ilości surowicy, dostarczanej do ich rafineryi,
zmuszeni byli ją zwinąć. Opowiadano mi atoli, że próba owa
niezupełnie się udała, gdyż robotnicy miejscowi byli przeważnie
rusinami, więc częste i długie posty, jak petrowski, spasowski,
nie dozwalały im jadać mięsa. Więc wydatność ich pracy jak
była małą, tak i taką została.
1 w nizinach u ludu ziemniaki odgrywają ważną rolę, ale
tu obok nich włościanin spożywa wiele potraw mącznych i strą
czkowych. Ma on kaszę tatarczaną, jaglaną, groch, fasolę, bób,
chleb żytni, pszeniczną mąkę na kluski i t. d. Wszystko to u gó
rala jest owocem zakazanym, bo się w górach nie rodzi. A je-
17 —
żeli w porządniejszych sklepach po miasteczkach tego wszyst
kiego dostać można, to biedny góral nie ma za co kupić; bo
gatszy zaś, zanim grosza się dorobił, przyzwyczaił się do swoich
domowych potraw tak, iż o innych wcale nie myśli.
Mało jest takich górali, którzy, ukarmiwszy sobie wieprzaka,
użyliby go na własną potrzebę. Ukarmiony wieprzak musi być
wyprowadzony na jarmark, bo potrzeba opłacić podatki, kupić
soli, wreszcie potrzebna jest jaka taka odzież dla właściciela,
jego żony i dzieci, a przecież i usłużnemu arendarzowi należy
się jakaś danina. Zupełnie tosamo dzieje się z nabiałem ; ma
sło i ser idą na targ, a już tylko z maślanki napół z wodą mają
bal w domu. Owiec mają tu mało, brak bowiem dla nich do
brej paszy. A jeżeli jaki zamożny gazda ma ich kilka, to bryn
dza popłaca; więc lepiej ją sprzedać, niż samemu zjadać, bo
grosz zawsze się na coś przyda.
111.
Przemysł u górali.— Łatwowierność, ciemnota i nieporadność, wyzyski
wane przez spekulantów. — Stołki wyrobu góralskiego w Niemczech
i Anglii.
Radomyślanie, handel nierogacizną. — Ci kształcą dzieci na
przemysłowców, górale zaś na urzędników i księży. — Pośrednicy rze
telni i oszuści. — Kilka przykładów wyzyskiwania górali przez pośredni
ków.— Kupcy pośrednicy doradcami pokątnymi. — Majstrowie od kośby.—
Starostowie od kośby na Huculszczyźnie. — Inne gałęzie przemysłu u gó
rali.—Górale handlujący materyałem budulcowym.
„P orcye“ w karcz
mach popasowych, a w domu nędza.
Powszechnie utrzymują, że górale są rzutni do przemysłu.
Wynika to z natury rzeczy. Nieurodzajna ziemia zmusza ich do
szukania sobie zajęć, któreby obok uprawy roli dały im możność
wyżywienia się. Powstały tedy całe osady bednarzy, stołkarzy,
gonciarzy i t. d. Czy jednak potrafią odpowiednio wyzyskać
przemysł, któremu się poświęcają? Na to odpowiedź bardzo
prosta: oprócz kilkudziesięciu spekulantów, którzy odno
szą rzeczywiste korzyści z góralskiego przemysłu, reszta są to
biali murzyni. Między tymi spekulantami znajdują się też bez
czelni wyzyskiwacze łatwowierności swej braci, tern właśnie nie
bezpieczniejsi, że są jednego pochodzenia, jednej wiary. Cie
mnota i nieporadność góralska nastręczają tym spekulantom
obszerne pole do działania. Przypatrzmy się bliżej tym smutnym
stosu n koili.
Lud. Rocznik XII.
2
18
Oto n. p. wieś, składająca się z 100 do 150 chat. W ka
żdej chacie wyrabiają konewki, cebrzyki i inne przedmioty be
dnarskie. W czasie wolnym od zajęcia rolnego mąż, żona
i dzieci obojga płci pracują w pocie czoła. Ale wkońcu gdzież
tu zbyć swój produkt? Cała okolica jest weń zaopatrzona;
trzeba więc szukać zbytu w dalszych stronach. 1 tu właśnie oka
zuje się jak na dłoni nieradność większej części górali. W tej
samej wsi, najczęściej jednak w innej znajduje się spekulant,
który ich wyroby zakupuje po cenie, jaką sam zazwyczaj na
znacza i wiezie je w odleglejsze strony na jarmarki i targi ty
godniowe, zarabiając na tern przyzwoicie. Taki spekulant, taki
handlarz i lepiej żyje i pieniądze gromadzi wtenczas, kiedy
jego bliźni biedak z całą rodziną pracuje na niego w pocie czoła.
Raz jeden z górali bednarzy wskazał mi podobnego spe
kulanta :
— Patrzajcie pónocku, jaki to na nim kożuch bogaty, a jego
baba jak sie odziewa, a jakie ma korale; a zebyśta u niego
doma widzieli, jakie tam obrazy, a jak uni se tam dobize jedzą.
A i papirków (pieniędzy) tam co mie miara, a wsyćko ta za
nase prace. Cłeka nie stać na półkwatyrek wódki, a uni se wino
pijom. —
— A któż wam winien, moi ludzie, dlaczegóż sami nie
sprzedajecie swoich wyrobów ?
odrzekłem.
— Jakoś panocku? My biedni, co jednego tydnia zaro
bimy, to na drugi musirny sprzedać, boby nie było za có materyału kupić, ani soli do ziemiaków. A dzieby ja sie włók we
świat z kilkoma konewkami?
To prawda gospodarzu! Ale mącić wy konia i wóz?
—■ A juści, mam, z łaski Pana Jezusa.
— Otóż widzicie, musi tu być takich więcej, co mają konie
i wozy. Więc jednego tygodnia moglibyście wy i parą pojechać
gdzieś dalej na jarmark, zabrać swoje wyroby i drugich waszych
gospodarzy, — tam je sprzedać i tym sposobem nie dzielić się
waszą pracą z handlarzami. Na drugi tydzień pojechałby kto
inny i znów wasze wyroby zabrał. 1 tak co tydzień mogłoby
trzech lub czterech z pomiędzy was jechać, a więc na każdego
przyszłaby kolej raz na trzy lub cztery miesiące.
Góral tłumaczył, że to niemożebne, że on i wielu innych
nigdzie w świecie nie bywali; nie wiedzieliby więc, gdzie się
udać, a ci handlarze to już wiedzą wszystkie miejsca, gdzie
19
i kiedy jarmark lub targ. Oni jeżdżą aż do Krakowa i tam, gdzie
to się sól rodzi. Jak nie sprzedadzą towaru, to mają tam ma
gazyny, więc towar zostawiają do przyszłego jarmarku, a na
wóz ładują sól i tu przywożą. A potem kupiec kupi; co zapłaci,
to zapłaci, ale zawsze zapłaci, a swój to wziąłby za konewkę
25 centów, a powiedziałby, że tylko 20.
Rozmowa ta toczyła się w obecności kilku innych bedna
rzy, a każdy z nich potwierdzał zdanie rozmawiającego ze mną,
utyskując zawsze na handlarzy.
Na każdym tedy kroku nieporadność i niewiara, co do
wodzi, że wyzyskiwanie ich przemysłu musi pozostać nadal
w rękach kilku obrotniejszych spekulantów.
Zupełnie tak samo ma się rzecz z innymi wyrobami gó
ralskimi. Żadnego produktu swego nie sprzedają bezpośrednio.
Niektórzy handlarze są rzeczywiście bardzo śmiali w swo
ich przedsięwzięciach, mimo to jednak niedołężni, nieporadni.
I tak n. p. niektóre osady podbabiogórskie wyrabiają dosyć
zgrabne stołki z poręczami, które politurowane służą do ume
blowania mieszkań ludzi mniej zamożnych średniej klasy. Niepoliturowane zaś stołki — te znajdziesz niemal w każdej szynkowni, kawiarni, restauracyi miast i miasteczek podgórskich. Ró
wnież mają one dość znaczny zbyt w Krakowie i Podgórzu.
Z tymi to stołkami pewien góral podbabiogórski zapuścił
się przed czterdziestu laty aż za Lipsk. Był to człowiek już wię
cej niż średniego wieku, który za dawniejszej organizacyi przez
lat kilkanaście służył w wojsku; wskutek tego poduczył się nieco
języka niemieckiego i obznajomił się z obczyzną. Od Niemców
wędrownych dowiedział się o bezleśnej okolicy gdzieś za Li
pskiem, którzy go zarazem zapewniali, że takie stołki miałyby
tam dobry pokup. Góral ten, naładowawszy parokonny wóz,
udał się tam i rzeczywiście swój towar dobrze spieniężył. Na
stępnego roku pojechał już z trzema wozami i od tej pory
przedsiębrał te podróże po dwa i trzy razy do roku, robiąc
zawsze dobre interesy.
Czyż tu nie przebija się śmiałość, a zarazem niedołężność,
nieporadność? Czyż już przy ówczesnym (30 — 40 lat temu)
rozgałęzieniu kolei żelaznych nie byłoby wygodniej przewozić
te stołki koleją, niż wlec się noga za nogą wozami w tak
odległe strony? Jakież to on koszta ponosić musiał na utrzy
manie koni i ludzi? Wprawdzie na tern przedsiębiorstwie nic
20
nie tracił, owszem dobrze zarabiał, ale mógłby był zarabiać
więcej, gdyby n. p. jako śmielszy i znający nieco język nie
miecki pozostał był zagranicą, a wszedł był w związek z dru
gim wspólnikiem, bawiącym tu na miejscu, któryby mu wyroby
koleją przesyłał. Trochę znajomości świata i trochę obrotu
i zręczności, a stołki nasze góralskie mogłyby były mieć zbyt
nietylko w Niemczech, ale i we Francyi, a szczególniej w bez
leśnej Anglii. Cóż, kiedy góral nasz za ciemny, a nasi opieku
nowie ludu więcej podobno z gęby niż z czynów dają się
poznać.
Przed dwudziestu i ośmiu laty widziałem takież same stołki
w mieszkaniach robotników w Anglii. Gdzie je wyrabiano,
niewiadomo mi; nie pytałem się o to, bo mnie ta sprawa nie
wiele wówczas interesowała; wszelako to pamiętam, że cena
jednego stołka wynosiła trzy szylingi, t. j. 3 korony. A że u nas
handlarze sprzedają je po 60 ct„ przeto sprzedając je w Anglii
po 3 szylingi, robionoby jeszcze świetne interesy, tern bardziej,
że w Anglii cło na wyroby drzewne jest bardzo nizkie, a przez
Niemcy przechodziłyby były jako „tran sito“.
Dziś na podobne przedsiębiorstwo byłoby podobno już
zapóźno, bo Ameryka wyrabia takież meble masami fabrycznie
i wysyła je na targi do Anglii, Francyi, Belgii, Holandyi, a po
części do północnych Niemiec. Sądzę jednakże, że w Niemczech
mogłyby nasze wyroby góralskie i teraz jeszcze znaleść odpo
wiedni pokup.
Kiedyśmy z pod Babiejgóry aż do Anglii zajechali, to
zwróćmy się jeszcze do naszego kraju i zaglądnijmy na chwilę
w niziny n.p. w powiat mielecki. Piętnaście kilometrów od Czar
nej, stacyi kolei żelaznej niegdyś Karola Ludwika, leży zamożne
miasteczko Radomyśl. Powiadam „zamożne“, bo tu najbie
dniejszy mieszczanin obraca rocznie kilku tysiącami koron, a są
i tacy, co obracają krociami. Tutejsi mieszczanie trudnią się
handlem nierogacizny. Rozbiegają się oni na wszystkie strony
Galicyi, Bukowiny i nawet za „k o r d o n". Na jarmarkach i tar
gach skupują nierogaciznę i spędzają ją do najbliższej stacyi
kolejowej, skąd wysyłają ją do Oświęcimia, Białej i Wiednia.
Ci, którzy obracają większym kapitałem, siedzą stale w Wie
dniu, a w kraju mają swoich agentów, którzy towar skupują
i do Wiednia wysyłają. Posiadacze zaś mniejszych kapitałów
wiążą się w spółki i wysyłają jednego lub dwóch do Wiednia,
21
Białej lub Oświęcimia, którzy tam przysyłany sobie towar sprze
dają i pieniądze na zakupno świeżego towaru odsyłają do kraju.
Nieustannemi korespondencyami telegraficznemi zawiadamiają
siebie nawzajem o cenach na głównych targach, jaki gatunek
nierogacizny ma szczególniejszy pokup i t. p.
O tak rozgałęzionym handlu, z taką czujnością, skrupu
latnością i przebiegłością prowadzonym, ani marzyć u naszych
przemysłowych górali. A przecież czemże mogą się różnić mie
szczanie Radomyśla od mieszczan podbabiogórskich ? Oto —
chyba tern, że tamci lepiej żyją i lepiej się ubierają od tychże.
Dodam w końcu, że znalazłem w Radomyślu starych kupców,
obracających znacznym kapitałem, którzy nie umieli ani czytać
ani pisać.
Ody młody Radomyślanin ukończy szkołę ludową, pozostaje w domu i pomaga ojcu w kupnie, sprzedaży, w prowa
dzeniu rachunków i t. p., a doszedłszy do 18—20 lat, zaczyna
prowadzić handel na własną rękę. Porzucenie zajęcia ojcow
skiego, a kończenie wyższych szkół, należy tu do bardzo rzad
kich wyjątków. Inaczej dzieje się na góralszczyźnie. Góral bo
wiem, mając zaledwie dziesiątą część majątku najbiedniejszego
Radomyślanina, kieruje swego syna na urzędnika lub księdza,
a że braknie mu najczęściej funduszu na kształcenie drugiego
lub trzeciego syna, wyradza się wskutek tego rażąca anomalia
w społeczeństwie. Nieraz syn rodziców, a brat brata się wstydzi,
bo kiedy jeden, doszedłszy do znacznej posady, rozpiera się
w mieście i żyje wygodnie, drugi w kierpcach i kożuszku na
pniaku lub ławce spożywa żur lub kwaśnicę, cierpiąc częstokroć
chłód i głód. Dodam wszelako, że między Podhalanami, tj. gó
ralami nowotarskimi, często można spotkać młodzieńca, który,
ukończywszy kilka klas gimnazyalnych, wraca na gospodarstwo
ojcowskie, nie wstydząc się wcale stroju ludowego. W okolicach
podbabiogórskich w czasie wieloletnich moich podróży nie zda
rzyło mi się widzieć ani słyszeć nic podobnego.
Pośrednicy, czy też handlarze góralscy, o których poprze
dnio mówiłem, są wogóle ludźmi rzetelnymi; płacą przynajmniej
gotówką za wyroby, nabyte od swoich współbraci, a nierzadko
dają im małe zaliczki na materyał, — więc przy zysku jest
i pewne ryzyko. Ale są tu jeszcze inni pośrednicy, oszuści, któ
rzy kupują towar bez pieniędzy i na nim dobrze zarabiają. Ci
pośrednicy bywają co tydzień, a często i dwa razy w tygodniu
22
w Krakowie, dowiadują się najdokładniej o cenach wszystkich
produktów, jakie z gór do miasta przybywają, a w górach znają
każdy zakątek. Oni to wyczekują górali jadących do Krakowa,
w tych miejscowościach, gdzie zazwyczaj popasają, jak w My
ślenicach, Mogilanach i indziej . W jaki sposób wyzyskują oni
łatwowiernych górali, wskażą następujące przykłady.
O ile pamiętam, w r. 1883 był w okolicach Krakowa
nieurodzaj na owoce, w górach zaś było ich poddostatkiem. Gdzież
je więc było spieniężyć, jeżeli nie w Krakowie? Przemyślniejsi
przeto zakupują je od drugich i wraz z swoimi owocami wiozą
do Krakowa. W jednej z karczem popasowych, kupiec bez
pieniędzy przysiada się do nich za stół, a dowiedziawszy się,
skąd i z czem jadą, przypomina im nibyto dawną znajomość,
częstuje wódką raz i drugi, a w końcu, zaprzyjaźniwszy się na
dobre, poczyna ich żałować, że się wybrali do Krakowa z owo
cami tak nie w porę, bo tam nawieziono ich tak wiele, że cena
spadła bardzo nizko.
„Kiejby do Białej, to haj! — ale cóz? kajśta za daleko!
Trza wam było na Suche i Żywiec jechać. Hawok byś-ta zarobili".
Górale, ujęci wódką i słodkiemi słówkami, wierzą wszyst
kiemu, co on im nagada, a nawet pomiędzy sobą zaczynają
radzić, że to jakiś dobry człowiek, bo i wódki daje i dobrze
radzi. Ale cóż tu robić? — wracać się do domu i wstyd i zadaleko ujechali; —- jechać do Krakowa po to, żeby stracić? —
jeszcze gorzej.
Tymczasem kupiec - oszust, widząc ich zakłopotanie, czę
stuje jeszcze raz wódką i oświadcza, że on także owocami han
dlował i na tym handlu wiele stracił, jednak, aby ich wybawić
z przykrego położenia, gotów1 jest jeszcze raz narazić się na
widoczną stratę i tu na miejscu kupić od nich wszystko, co wiozą,
byle mu z ceny coś opuścili. Wie on jeszcze jedno miejsce,
gdzie jeżeli Bóg da, to spienięży choć bez zysku, ale przynaj
mniej bez straty. Ale o to mniejsza, byle tylko wydobyć z kło
potu swoich przyjaciół. Zaczyna się targ, do którego miesza się
zwykle żyd - arendarz, dobrze z kupcem znajomy, i zachęca gó
rali do sprzedaży, zapewniając, że to dobry człowiek, stary
i wytrawny kupiec, że jeżeli on nie zarobi, to pewnie oni nie
stracą. Wtedy pojawia się jeszcze raz wódka, górale się wahają,
ale w końcu jeden, najwięcej wódką odurzony, dobija targu,
a za jego przykładem idzie drugi i trzeci i w ten sposób trzy
23
wozy śliwek lub jabłek kupione. Teraz wypijają litkup, górale
rozczulają się coraz bardziej, że się znalazł dla nich taki do
brodziej.
Ale nie dość na tem! Ponieważ z trzech wozów śliwek
lub jabłek kupiec na plecach nie poniesie, więc przy kupnie
następuje ugoda, że je dowiozą do Krakowa, gdzie pieniądze
otrzymają. Przybywszy do miasta, kupiec prowadzi wozy na
Mały Rynek, gdzie przekupnie otaczają je, a kupiec sprzedaje
owoce, jak swoje własne, po cenie, jaka mu już naprzód była
znana, i zarabia na każdej beczułce po kilkadziesiąt centów.
Tymczasem górale, widząc się w ten sposób okpieni, pilnują
kupca, żeby im nie uciekł ze wszystkimi pieniądzmi, a, otrzy
mawszy umówioną w karczmie cenę, dziękują Bogu, że ich ze
wszystkiem nie okradł, i przyrzekają sobie, że na drugi raz nie
dadzą się już tak oszukać. Prawda, że na śliwkach i jabłkach
może się rzeczywiście nie dadzą oszukać takiemu kupcowi, ale
za to na czem innem, to najniezawodniej nie raz jeszcze w pole
będą wyprowadzeni. A ów kupiec bez pieniędzy, zarobiwszy na
tej spekulacyi kilkanaście reńskich, podjadłszy i podpiwszy sobie
dobrze, bo ci ludzie lubią dobrze żyć, udaje się znów na gości
niec od karczmy do karczmy i poluje na kupno jakiego towaru
od biednego górala.
Raz jechałem do Makowa—kolei jeszcze nie było wtedy —
z góralem, który wracał do swej wsi Grechini pod Makowem.
W drodze zapytałem górala, z czem był w Krakowie. Odpo
wiedział, że miał 200 cienkich desek na sprzedaż.
— No, jak widzę, deski sprzedaliście i zapewne na nich
dobrze zarobili?
Kaj tam!
była odpowiedź. — Byłbych zarobił, kiejby
nie ta psiawiara kupiec nie ocyganił.
— Jaki kupiec? — spytałem. — Dlaczegóż daliście się
ocyganić?
—- Ot, ja tam nikej nie kupcył, ino woziłek deski żydowi
do Krakowa. Zebrało sie ta trocha papirków; myślę, mają
leżeć?— Pojechałek na tartak i kupiłek se desek. Zimą pozwoziłek je do wsi. Teraz, chwała Panu Jezusowi, zaorałek, obsiałek wsyćko, jak sie patrzy, to i myślę, powiozę deski do Kra
kowa, to se i zarobię; cobych nie miał zarobić? I byłbych se
zarobił, jak se patrzy, kiejby nie ta psiawiara. Panie, odpuść
grzychy, boć to i on katolik, ale co cygan, to cygan!
24
Tu opowiedział góral, że na popasie w karczmie za Mogi
lanami przyczepił się do niego kupiec z Harbutowic, a dowie
dziawszy się, że wiezie deski na sprzedaż, wmówił w niego, że
w Krakowie jest teraz więcej desek, jak we wszystkich tartakach
w górach, bo to dowieźli i z Zawoi i z Raby i z Rabki i z Po
ręby i ze wszystkich stron. Więc wieźć teraz deski do Krakowa,
to je trzeba sprzedać za psie pieniądze, bo niema na nich kup
ców. Ale on z życzliwości, po dawnej znajomości, wyrwie go
z kłopotu i kupi deski tu na miejscu, tylko żeby mu je od
wiózł do Skawiny; broń Boże do Krakowa! Tam nieochybna
strata 1
W Skawinie, to co innego, gadał mi, co on tam cosik bu
duje
ciągnął dalej mój góral. — Já ta i nie wiedział. Kaj ta
Skawina, já tám nikaj nie bywał; ale jak on zacon dogadywać,
to i pomyślałek se: a juści i nie musi to być na końcu świata,
to sie i tám dojedzie. Posło w targ, zyd mu pomagał, to i kupił
po 18 nowych hurtem! Wypiliśma litkup, taj i wio do Skawiny.
W Skawinie, to já ogłupiał; toć on moje deski przedawał po
25, po 22 nowych, a po tern wybrakowane to już 20, ale jużci
po 20, a mnie ino dał po 18. lndziniery i drugie panowie od
kolei kupowali, coby nie mieli kupować? Deski były, ják sie
pátrzy. la psiáwiara zarobił więcy jak 10 papirków za nie, aja
ino 6. A choćby já fury dla żyda najął, dostałbych 4, a tu dopiro wozić z tartaka do wsi. Teraz on staje w kuzdy kárcmie
i pije se za moje grajcary. Ot, jedzie tá za nami ; zabrał sie
z góralem z Biertowic; pewno go ocygani, coby nie miał ocy
ganić! Kiejby já wiedział, kajta Skawina, to haj! Byłbych se zarobiuł, ják sie patrzy, cobych nie miał zarobić? Ále cekáj, cy
ganie, już ty mie nie ocygań is więcy.
Ja to już nieraz słyszę o takiej niegodziwości; dlacze
góż się nie wystrzegacie takich oszustów ?
— li! bo ták: já bo to niby go znałek trocha; ojcowie
jego majom kawał poła w Harbutowicach, ale juz syn, co cy
gan, to cygan. Ale już on mie nie ocygani!
Nie ocygani cię ten, to cię ocygani drugi, mój przyja
cielu,
pomyślałem sobie w duchu. Taka to już natura gó
ralska. Z obcymi przezorny, chciwy, chytry nawet; dla swoich
zaś z całem wylaniem i zaufaniem; i właśnie swoi go okpiwają.
Raz na popasie byłem świadkiem podobnego handlu.
Czterech górali wiozło korę z drzewa, jakiej szewcy używają
25
do podeszew obuwia. Zajechali oni także na popas. Kupiec cze
kał już tam na nich. Zaczęły się targi wśród ustawicznego czę
stowania wódką; karczmarz — rozumie się samo przez się —
pomagał kupcowi. Słyszałem już był nieraz o podobnych kup
cach, więc zrozumiałem od razu, o co rzecz idzie, jednakże
nie chciałem się wtrącać do tego.... Na stronie atoli zwróciłem
uwagę karczmarzowi, że to nierzetelny handel, na co żydek
odparł:
— A cóż to szkodzi ? — przecie każdy potrzebuje żyć na
święcie. Wszak on im zapłaci, na co się zgodzi, tylko, że i sam
zarobi, to rzetelny handel. Co prawda, żeby to nasze żydki tak
robiły, toby był gewałt; ale to górale; oni się tam pogodzą;
wypiją sobie i po wszystkiem. Ja z tego nic nie mam, ot wypiją kwaterkę wódki, a może i drugą i po wszystkiem.
W tej porze roku, kiedy górale są czynni u siebie w domu,
kiedy więc na targi do Krakowa nie jadą, owi kupcy odgrywają
zwykle niepoślednią rolę po wsiach, w których mieszkają. Są
oni pokątnymi doradcami. Waśnią i godzą strony, mając do sie
bie zaufanie, jako ludzie światowi. Nierzadko też piszą skargi
do sądu, gdyż są między nimi i piśmienni. Tu znów — jednej
stronie napisze skargę za kilkanaście centów, drugą pouczy za
częstunek, jak się ma w sądzie tłumaczyć. Wogóle są oni zawsze
ruchliwi, zawsze czynni!
Jest tu jeszcze inny rodzaj wyzyskiwaczy, którzy napozór
niby to bardzo rzetelnie sobie postępują; wszelako niemniej
odzierają swoje ofiary, a to już tern gorsza, że najbiedniejszą
klasę ludzi.
Jak wiadomo, okolica podbabiogórska dostarcza corocznie
mnóstwo górali z kosami za kordon. Tu pośredniczą tak zwani
„majstrowie“. Że taki majster potrzebuje kapitału, więc z po
czątku dwóch lub trzech, mających pieniądze, składa się na je
dnego, a dorobiwszy się, — każdy zaczyna na swoją rękę.
Wkrótce po świętach Bożego Narodzenia taki „majster“
udaje się za kordon, do Królestwa Polskiego, i tam po dwo
rach zawiera ugodę o dostawę ludzi roboczych na przyszłe lato.
Niektóre dwory potrzebują ich po kilku, inne po kilkunastu,
a są i takie dwory, które ich potrzebują nawet po kilkudzie
sięciu.
Obszedłszy pewną ilość dworów i zawarłszy odpowiednią
ilość kontraktów, majster wraca do domu. Tu zaczyna się kap-
26
towanie ludzi. Chcąc się zapewnić, majster udziela chętnie za
liczki, rozumie się, że nie bez znacznego procentu, którą górale
cierpiący w zimie niedostatek chętnie przyjmują, a temsamem
do roboty w Iecie się zobowiązują. W właściwym czasie wyra
bia im „majster“ paszporty, które zatrzymuje przy sobie,
a, dając znów zaliczki na drogę, prowadzi na miejsce przezna
czenia. Tu rozlokowawszy ich po dworach, sam odgrywa rolę
niejako dozorcy i rozjemcy w sporach, wynikłych tak między
nimi samymi, jakoteż między nimi a dworem. Tym sposobem
chodzi on przez cały czas roboczy od dworu do dworu, gdzie
są jego ludzie rozmieszczeni. Wszędzie go nakarmią i napoją;
utrzymanie zatem przez całe lato nic go nie kosztuje, a za po
średnictwo w dostawie ludzi otrzymuje najmniej po rublu za
każdego robotnika od dworu i tyleż od górala. Wszelako wy
nagrodzenie to dochodzi nierzadko do 112, a nawet do 2 rubli
od każdej strony.
Przy ostatecznej wypłacie, która się odbywa po skończe
niu pory roboczej, majster jest zawsze obecny i odciąga sobie
wszelkie zaliczki, oraz inne wydatki tak, że góral mimo dobrej
płacy, jaką tam otrzymuje, po przebyciu dalekiej drogi, przy
nosi z sobą do domu kilkanaście, a czasem tylko kilka rubli,
a gdy te przeje i przepije, znów żąda od majstra zaliczki na
następne lato. Kto więc raz wpadnie w matnię „pana m a js t ra“, nie prędko i nie łatwo z niej wydobyć się może. Tym
czasem „pan majster“ wraca do domu z kieszenią „dobrze na
bitą“.
Gdyby nie te zdzierstwa majstrów, górale ci nie do
znawaliby żadnej biedy, boć otrzymują tam, t. j. za kordonem,
wysoką plącę i dobre utrzymanie.
Takich górali
kosarzy, wprawdzie nie z pod Babiejgory, ale z wschodnio-południowej Galicyi, przeważnie Hucułów
z Pokucia, widziałem przed wielu laty w osadach niemieckich
koło Białogrodu na Budziaku, t. j. w południowej Bessarabii.
Płacono im dziennie po półtora rubla i dawano cale utrzyma
nie. Przybywali oni tam bez pośrednictwa „majstrów“, jedynie
wybierali sobie z pomiędzy siebie „starostę", który ich pro
wadził i w drodze porządku przestrzegał. Po przybyciu na miej
sce urząd „starosty“ kończył się, starosta najmował się do
roboty jak każdy inny. To też nie mieli oni z kim się dzielić
swoim zarobkiem.
27
Górale z pod Babiejgóry, uchodzący podług wielu piszących za bardzo przemysłowych, dają się oskubywać na wszystkie
możliwe strony i sposoby. A jeżeli ci piszący mieli na myśli
owych wyzyskiwaczy jako zdolnych przemysłowców, to niech
mi wolno będzie powiedzieć, że jest ich kilkudziesięciu na kil
kadziesiąt tysięcy ludności góralskiej. To, zdaje mi się, przema
wia samo za siebie.
Innego rodzaju przemysł, jak wypalanie węgla drzewnego,
pędzenie smoły, tkanie płótna i sukna, odbywa się po najwię
kszej części bez pośredników. Tu już producenci sami sprze
dają wyroby swoje na jarmarkach i targach, z wyjątkiem chyba
smoły, którą biedacy kupują beczkami i wożąc ją na wózku
przez siebie ciągnionym od wsi do wsi sprzedają częściowo. Są
też górale szklarze czyli „błon i arze“, którzy wędrują po
wsiach i miasteczkach, wprawiając szyby; inni znowu skupują
jajka i odsprzedają zamożniejszym, a ci wysyłają je wozami
dalej w świat.
Górale - mieszczanie zajmują się przeważnie szewstwem,
rymarstwem, stolarstwem, ciesielstwem i t. p.
Znaczna część górali trudni się przewozem desek, belek,
wogóle materyału budowlanego. Ci górale są już zwinniejsi i sil
niejsi, bo też cały swój zarobek przejadają i przepijają; ale za to
ich rodziny cierpią w domu po największej części wielki niedo
statek. Góral taki z szybkością wiewiórki wskakuje na wóz,
jeżeli ma jechać z góry, a zeskakuje z niego, jeżeli jedzie pod
górę. Naładowawszy swój wóz materyałem budulcowym w je
dnym z tartaków, wlecze się często dwie doby, a przynajmniej
półtorej, do Krakowa, Wadowic, Oświęcimia lub Żywca. Droga
jest przeważnie górzysta, więc pod górę musi ciągnąć wraz z ko
niem, a w wielu miejscach, gdzie góra stromsza, przykrzejsza,
pożyczają sobie koni nawzajem, aby wozy na górę wyciągnąć.
Praca ta żmudna; dlatego też ci górale muszą i siebie i swoje
koniska lepiej karmić. Tu już ani ziemniaki, ani kwaśnica,
ani placki owsiane nie wystarczają. Żywią się oni mięsem, Chle
bem żytnim i serem. W karczmach, uprzywilejowanych na popas,
widzieć można zawsze kilkanaście garnuszków, mniej więcej
litrowych. Są to „porcye“ przygotowane dlą górali-furmanów,
zawierające niby ćwierć kilograma mięsa, po większej części
baraniego lub cielęcego, ugotowanego w posolonej wodzie. Porcya taka kosztuje 10—12 centów. Góral, nakrajawszy w rosół
28
chleba, którego dostarcza mu karczmarz, zjada takich porcyi
najmniej trzy dziennie; prócz tego posila się Chlebem, serem,
piwem, wódką. Wracając do domu, wiezie ze sobą już chleb,
kupiony w mieście, tak dla siebie na drogę, jak i dla swej ro
dziny— choć na jedno śniadanie. Oszczędniejsi przywiozą nawet
z sobą kawę i cukier. Toteż cała rodzina góralska z niecier
pliwością wygląda powrotu ojca. Po jego przyjeździe choć jedno
śniadanie, albo jeden obiad jest dobry, a potem przez trzy lub
cztery dni bieda, bo całe gospodarstwo zostawione jest na opiece
żony i dzieci. Jeszcze gdzie dzieci są dorosłe, tam pół biedy;
ale gdzie jest drobiazg, tam już nędza panuje.
Rozmawiając raz przed laty z pewnym zamożniejszym go
spodarzem z Osieka o tych ludziach, namieniłem, że po ukoń
czeniu budowy kolei transwersalnej wielka ich liczba pozbawioną
będzie zarobku. Na to gospodarz odparł, że to właśnie będzie
dla nich prawdziwem dobrodziejstwem, bo ci ludzie, jeżdżąc
ciągle, zaniedbują swoje gospodarstwa i narażają swe rodziny
na biedę, a to, co zarobią z furmaństwa, wystarcza tylko dla
nich samych i ich koni. Jak nie będą mieli co wozić, zmuszeni
będą „lepiej około roli chodzić“, przez co i dobrobyt
swoich rodzin poprawić będą mogli. Wkońcu dodał: „Wierz
mi, pan, że to jest tylko proste przyzwyczajenie włóczyć się po
drogach“. — Słysząc to od człowieka miejscowego, dobrze ze
stosunkami obznajomionego, zmuszony byłem temu uwierzyć.
IV.
Nienawiść górali do łachów. — Przecenianie usług, zdzierstwo. — Cieka
wość, gadatliwość, pobożność. — Moralność. — Stosunek dzieci do ro
dziców. — Niewiara w naukę i pomoc lekarską. — Skłonność do oszu
stwa. — Brak poezyi.—Chęć łatwego wzbogacenia się. — Zabawy, tańce,
muzyka, wesela, chrzciny. - Stypy pogrzebowe.
Kupowanie trumny. Zakończenie.
Mieszkańców nizin zowią górale „lachami“ i nie lubią
ich, o czem nikt z piszących o góralach nie wspomina, bo
przecież trudno wymagać, by mu to góral w oczy powiedział.
Zresztą miano to tyczy się więcej ludu, niż ..panów“, bo
„pa n o w i e“ są jednacy, czy to w górach, czy też w nizinach,
a nawiasem mówiąc, jednych i drugich nienawidzą górale.
Objawy tej nienawiści nieraz spostrzegłem podczas swych wy-
— X) —
cieczek w okolice podbabiogórskie i indziej. Dowodem tej nie
nawiści górali ku „lachom“ są ustawiczne bójki, staczane
przedewszystkiem w powiecie limanowskim, gdzie obok górali
są i „lachy“; stąd pochodzi znaczna liczba skarg, wnoszonych
o pobicie do sądów. Prawda, że tu jeszcze niewiadomo, która
strona winniejsza, ale też nie to tylko jedynie biorą za pod
stawę swoich spostrzeżeń. Obiło mi się nieraz o uszy, jak górale
rozprawiając o jakiem przestępstwie, utrzymywali, że to chyba
„1 a c h“ musiał zrobić. Raz gospodarz pewien nie chciał swojej
córki wydać za mąż za parobka, dlatego, że ojciec jego „gdzieś
z łachów przybył“ i u nich się osiedlił. Więcej nie miał mu
nic do zarzucenia. Dopiero na moje wstawienie się i wytłómaczenie dobitne, że tak lachy, jak górale są jednej matki dzieci,
zmiękł trochę, ale zawsze głową kręcił z jakiemś niedowie
rzaniem.
Górale są z natury chciwi i z upodobaniem przeceniają
usługi swoje, a to bez najmniejszego rachunku. Nigdy nie poda
góral odrazu ceny, jakiej żąda za swoje usługi; ale zawsze się
pyta:
— A, cózby pan dali?
Pochodzi to z obawy, aby nie powiedzieć zamało, co do
wodzi, że nie potrafi sam ocenić swoich usług. Ile razy najmowa
łem furmankę u górala, zawsze się powtarzało pytanie: „A cózby
pan dali?“ —A jeżeli mu się wytłómaczy, że on sam powi
nien wiedzieć, co jego usługi i praca są warte, nie waha się
wtedy zażądać w trójnasób rzeczywistej wartości. Wreszcie każdy
krok górala musi być wynagrodzony. Gdybyśmy zażądali od
górala najmniejszej bagatelki, ot np.: „Pomóżcie mi ten kuferek
położyć na wóz“, — zaraz usłyszymy:
Dobrze, ale cóz bedzie? — Cóz pan dadzą?
Wynagrodzony za swoje usługi kwotą, jakiej sam za nie
zażądał, zawsze przy wypłacie powie :
- Pan by ta co dołożyli!
A dostawszy odmowną odpowiedź, dodaje zwykle:
Ta choćby na śklanke piwa!
Jadać z góralem, zawsze przy wypłacie należytości słyszę
jedno i tosarno, a przecież nie z jednym i tymsamym góralem
jeżdżę. Dawniej miałem zwyczaj w drodze na popasach poczę
stować górala, z którym jechałem, wódką lub piwem; wkrótce
jednak przekonałem się, że jeżelim to uczynił na pierwszym
30
popasie, na drugim góral sam się o to upomniał; dostawszy
tu i na każdym popasie, ilekolwiek by ich było, i przybywszy
na miejsce, przy wypłacie zawsze powie:
Pan by ta co dołożyli, choćby na sklanke piwa!
Ciekawość jest u górali do najwyższego stopnia posunięta,
ale jest to ciekawość bezcelowa. Skąd, dokąd, po co np. jedzie
jaki podróżny, pyta się go o to każdy góral i zdaje się, że nie
mógłby w nocy zasnąć, gdyby się nie dowiedział. Są przytem
natrętni, gadatliwi i poufali.
Górale podbabiogórscy są bardzo nabożni. W dni nie
dzielne i świąteczne spieszą na mszę do swych kościołów pa
rafialnych, częstokroć bardzo odległych, jedni strojno, drudzy
wprawdzie ubogo, ale chędogo. O postach niema co mówić,
o większa ich część zawsze pości. Mimo tej pobożności, która
każdego przybywającego w góry podnosi i buduje, — z przy
krością rzec muszę — moralność stoi u nich na nizkim stopniu.
Dzieci nie mają najmniejszego poszanowania dla rodziców. Sły
szałem nieraz i nie w jednej chacie, jak dzieci-niedorostki
odpowiadali rodzicom:
— Wy byśta tylko zarli i kazowali'), a nic nie robili.
Widziałem niejednokrotnie dzieci, porywające się do bicia
rodziców, słyszałem nieraz rodziców, utyskujących na dzieci.
Raz u pewnego bogatego gazdy, w którego chacie często
przemieszkiwałem, słysząc, jak córka lżyła oślatniemi słowy
matkę, spytałem się, aby ją zawstydzić, czy zna czwarte przy
kazanie boskie ? Siedmnastoletnia dziewucha, zarumieniwszy się
i popatrzywszy się ną mnie zukosa, odrzekła:
. ~ Cwarte przykazanie ? a juźcić ja sie tego ucyłam w skole,
a e juz pienć lat, jagem wysła ze skoły, tom trochę zapomniała,
ale w książce od nabożeństwa, to musi być, ja zaroz posukam.
Zadziwiło mnie to zaniedbanie; przecież to była córka
bogatego gazdy, umiejąca czytać i trochę pisać, a w rzeczywi
stości nie mogła powtórzyć dziesięcioro przykazań boskich - do
piero jej czternastoletni brat, wyrostek, powtarzający już po raz
trzeci drugą klasę szkoły ludowej, wymienił jej te przykazania,
Które im przy jej sposobności objaśniłem. Wtedy dziewka się
trochę zawstydziła i już tego dnia nie zakłóciła spokoju w cha
cie. Następnego atoli dnia powtórzyło się tosamo.
'
rozkazywali.
31
Jeżeli góral za nic w świecle nietylko swoich gór, ale na
wet rodzinnej wsi opuścić nie chce, to za to góralskie dziewki
czyli góralki młode idą chętnie do służby do miast i miasteczek,
niekoniecznie górskich, przedewszystkiem do tych miast, gdzie
stoi wojsko. Jaki zaś wpływ sługa Marsa na nie wywiera w ja
kim stanie zepsucia i upadku powracają po krótkim nawet po
bycie w większem mieście do wsi rodzinnej, pod strzechę rodzi
cielską, zbyt wiadomo każdemu, a na kogo spada odpowiedzial
ność za to zaniedbanie moralne tego ludu, nie moją jest rzeczą
sądzić.
Przesadne ocenianie swoich usług, wogóle chciwość u gó
rali wyrodziły się z chęci łatwego wzbogacenia się, o czem ka
żdy góral marzy. Stąd też w uściech ludu góralskiego krąży
mnóstwo podań o zakopanych skarbach i bogactwach. Jak in
dziej, tak i u nich przesądy i niewiara w naukę panują tu po
wszechnie. Góral nie wierzy np. w szczepienie ospy, nie wierzy
w pomoc lekarską. Do szczepienia ospy zmuszają go środkami
ądministracyjno-policyjnymi, a pomocy lekarza wzywają tylko
bogatsi, ale dopiero po wyczerpaniu wszelkich środków domo
wych, zażegnywań babskich i owczarskich, gdy zatem chory już
kona. Pacyent umiera, a niewiara rozszerza się tern bardziej.
— Przecież był dochtór i aptyka kostowała dużo, a to
wsistko nic nie pomogło. Umarł, bo tak Bóg chciał 1
Przynajmniej to ostatnie coś warte, że „tak Bóg chciał!“
Wskutek powszechnej manii wzbogacania się góral jest
nawet skłonny do oszustwa. Wie on wybornie, jak mieszać twa
róg krowi do bryndzy owczej, lub do serków owczych, jak do
dawać otrąb do mąki kukurudzianej, jak doić kozy prosto do
szklanki, trzymając ją tak daleko od wymienia, aby pół szklanki
przynajmniej było piany. Niejedna też osoba, udająca się na
kuracyę żętyczną w okolice tutejsze, ani się domyśla, że powrót
do zdrowia zawdzięcza krowiej serwatce. Trzeba bowiem wie
dzieć, że w dziale gór babiogórskich owiec wogóle trzymają
mało, a są przecież tutaj miejscowości uprzywilejowane, do któ
rych rokrocznie znaczna liczba letników zjeżdża na kuracyę żę
tyczną. Zaiste żętyca ta bardzo popłaca; chciwy bowiem góral
miesza S;4 serwatki krowiej z 1 ■, żętycy i tę mieszaninę sprzedaje za czystą żętycę.
W jednem z miasteczek podbabiogórskich widziałem raz
w dzień targowy górala z owczymi serkami. Przyszła mi chęć
— 32
skosztowania tego specyału, bo, prawdę powiedziawszy, lubię
bardzo ser owczy, ale prawdziwy. Serki, które ów góral miał,
ważyły niespełna po
kg. Spytałem się o ich cenę.
— Osiem sóstek — odpowiedział góral — to cysto owce
syrki, a teraz w maju to jesce ich mało mamy. Tak wszyscy
płacom.
Ośmdziesiąt centów za ćwierć kilograma sera owczego?—
wydało mi się bajecznie drogo. Nie kupiłem, ale wróciwszy do
domu, opowiedziałem to mojemu gospodarzowi, który uprze
dziwszy mnie kupił dla mnie ten sam serek za 20 centów. Nie
chciałem temu wierzyć, ale gospodarz upewnił mnie, że tylko
ten jeden góral był na targu ze serkami. Przykładów tej chci
wości góralskiej, tudzież chęci oszukania i zdarcia, mógłbym
z doświadczenia turystycznego przytoczyć bardzo a bardzo wiele,
ale może to, com powiedział, wystarczy do scharakteryzowania
tego ludu. Wspomnę natomiast o bajeczce, która krąży między
samymi góralami.
Raz naszedł góral zająca, śpiącego pod miedzą. — Ha, —
rzecze — schytam go i zdyjme skórę; cobych nie miał zdjąć?
Zajonca se pojem, skórę przedam; cobych nie miał przedać?
Kupiem se sikirke, pudem do lasu i zetnem chojinke; cobych
nie miał ściąć? Choinkę przedam; cobych nie miał przedać?
I tak dalej mówiąc, zaszedł ten góral aż do wybudowania
chaty, kupienia roli, a wszystko to miało się zacząć od śpią
cego zająca. Tymczasem zając się przebudził i czmychnął, a gó
ral stanął rozczarowany z rozdziawioną gębą.
Bajeczka ta charakteryzuje dosadnie góralską żądzę łatwego
wzbogacenia się, a temsamem i nieporadność, bo zamiast wpierw
chwycić zająca i ułożyć plan, co z nim zrobić, nasz góral prze
ciwnie „wykował rożenek na wróbla na dachu“.
Górale podbabiogórscy nie są wcale poetyczni, bo i skądże
może się wyrodzić poezya wśród ludu nawskróś zmateryalizowanego? Gdzie materyalizm górą, tam dla poezyi grunt jałowy.
W nizinach Litwin czy Rusin. Krakowiak czy Mazur, ze sochą,
czy też z kosą na łące, a dziewki, czy to ze sierpem w ręce,
czy przy żarnach, czy przy kądzieli — zawsze z pieśnią na ustach.
Tu usłyszysz tęskną dumkę, tam wesołego krakowiaka lub po
rywającego mazura! A ileż to podań, ile prawdziwej w nich po
ezyi? Mają wprawdzie i górale swe podania, ale zawsze treścią
33
ich zakopane skarby. To przecież nie poezya! Góral idzie za
pługiem, nie z pieśnią na ustach, ale z myślą wyorania skarbów.
Do zabaw górale tutejsi są bardzo skłonni i ochotni. We
sela ich odbywają się przeważnie w karczmach, a goście weselni
sami płacą za trunki. U bogatych tylko, mających obszerniejsze
mieszkania, wesela odbywają się w domu i trwają od dwóch do
trzech dni. Taniec góralski jest monotonny, ogranicza się bo
wiem na tupaniu nogami w miejscu i na przysiadach także
w miejscu. Jeżeli zaś młodzież, szczególniej ta, która w wojsku
służyła, więc „znająca świat“, zaczyna „walcować“, to wtedy
tańczą walca, bez względu na to, czy muzyka gra walca, czy też
krakowiaka lub mazura. Przyznać też należy, że muzyki góral
skie grają wszystko na jedno tempo.
U górali-mieszczan odbywają się wesela, jak w wielu miej
scowościach u mieszczan w nizinach. Zaproszeni goście przysy
łają podarki pod postacią prowiantów i napojów, choć często
na wesele sami nie przyjdą. Ale tu, jeżeli zaproszony góral przy
niesie kilogram mięsa, to pewnie przyjdzie z żoną i dziećmi na
ucztę weselną, aby to podarowane mięso zjeść; darmo nic
u niego niema.
Na chrzcinach gości podejmują po większej części w karcz
mach, a kumowie ponoszą częściowo koszta.
Stypy pogrzebowe spadają wyłącznie na rachunek tych,
którzy opłakują nieboszczyka. W niektórych miejscowościach
podbabiogórskich jest zwyczaj kupowania trumny dla osób je
szcze żyjących, lecz niebezpiecznie chorych. Gdy w jednem
z miasteczek góralskich pod wieczór siedziałem przed domem
na ławce wraz z moim gospodarzem, wskazał mi tenże górala,
przechodzącego z zawiniątkiem czyli „zwitkiem“ białego
płótna pod pachą, i rzekł:
— Ot widzi pan tego górala; był on juz u wsystkich nasych stolarzy i nie może dobrać trumny gotowej. Jeden obiecał
mu zrobić do jutra.
— A to biedny człowiek — odrzekłem — któż to mu
umarł?
— li, — była odpowiedź — umrzeć, jesce mu nikt nie
umar, tylko jego baba juz od pół roku choruje i on wie, ze
jutro bedzie umierać.
— A skądże on to wie? — spytałem.
Lud. Rocznik XII.
3
34
— O! już to nasi górale wiedzom. A że góral chytry, to
powiada sobie: baba ci umrze, mas teraz centy, to kup trumnę
i płótna. Bo jak sie centy rozlezą, to nie bedzies miał za co
kupić.
Tenże sam gospodarz opowiadał mi wypadek, jaki tu za
szedł przed kilkunastu laty. Góral kupił trumnę swojej żonie,
która według niego była umierająca. W tydzień później żona
pochowała troskliwego męża w tejże samej trumnie.
Ponieważ ze śmiercią człowieka wszystko się na tym świę
cie kończy, więc i ja na tern kończę swój opis górali podbabiogórskich. Nie starałem się tu wyszukiwać ich wad. Wpadają
one same w oczy każdemu, kto ma z nimi bliższe stosunki.
Wreszcie nie same tylko wady wytknąłem, które — prawdę po
wiedziawszy — nie od nich są zależne, lecz wypływają z braku
oświaty i ogólnego przygnębienia materyalnego. Tymczasem
cnoty, jak pobożność, gościnność, chęć do pracy, zależne są
wyłącznie od nich samych, przeto stanowczo przeciwważą wszyst
kim ich ułomnościom.
j.
