47d623f72e55ce59825b4d19fc8d77bc.pdf

Media

Part of Zagadki z Wierzbanowej (pow. Wieliczka) ; lanie świec woskowych w Witanowicach (w pow. Wadowickim) / Lud, 1905, t. 11 (Drobniejsze rozprawki i wiadomości)

extracted text
DROBNIEJSZE ROZPRAWKI I WIADOMOŚCI

73

Zagadki z Wierzbanowej (pow. Wieliczka).

1. Cego w lesie najwioncyl? Catyny (igliwia).
2. W cym dziury nie przebije? We wodzie.
3. Cego nie trza robić we dnie? = w dnie, dziur, bo
woda pociece.
4. Co nastarse w kościele? Krzcielnica.
5. Co najkrzepciejse na świecie? Myśl.
6. Cego Pam Bóg ni miau i nie bedzie miau? Grzechu.
7. Jaka nastarsa trawa na świecie? Babka.
8. Jakie nastarse zboże na świecie? Jęcmiej, bo ma
wonsy.
9. Jaki nastarsy sprzęt z drzewa w chaupie? Dziad, przy­
trzymujący drzewo przy struganiu go ośnikiem.
1Ó. Kto za muzykę i taniec posed do nieba? Pasterze,
co tańcyli i grali przy żłóbku Pana Jezusa.
11. Do lassa to idzie ze samym biauym, a z lassa ze
selakiem. — Pod kwokę bieluśkie jaja sadzom, a kurconta sie
iognom selakie: biaue, carne i cećjakie.
13. We dnie i w nocy łajcuskami brzoncy? Woda.
13. U rogule śtyry kule u siutule dwie? — Krowa ma
śtyry dójkl, a kobyua dwie.
14. Dwa wieprze sie zrejom, a jednom dziurom walom?
Dwa kamienie u żarn, to wieprze.
15. Siwe, nieżywe ziemie przewraca, a ziemia pary daje?
Pług.
16. Krzcone a nie rodzone, Boga kwali a nie bedzie zba­
wione? Zwon.
17. Świontym jes, świontym bedzie, a w niebie nie byu
i nie bedzie? Kościół.
18. Dwok braci nie daleko siebie siedzom, a nigdy sie nie
widzom? Ocy.
Stanisława Hradecka.
Lanie świec woskowych w Witanowicach (w pow. Wadowickim).

Bractwa pobożne, utrzymujące się przy kościołach naszych,
zawsze starały się o to, by biorąc udział w nabożeństwie kościelnem uświetniać je rzęsistem światłem; to też w inwenta­
rzu bractwa jedną z pierwszorzędnych, najniezbędniejszych
rzeczy jest skrzynia ze światłem brackiem, w której każdy
członek ma mieć jednę świecę, sprawioną i utrzymywaną tro­
skliwością starszego bractwa (zwanego często cechmistrzem)
ze składek dorocznych członków. Do niedawna, kiedy jeszcze
był dostatek wosku wobec mnóstwa rojów pszczelnych tak

74

DROBNIEJSZE ROZPRAWKI I WIADOMOŚCI

hodowanych jak i dziko w lasach osiadłych, używano do lania
świec według życzenia kościoła tylko pszczelnego wosku, jako
materyału najczystszego, najprzyjemniejszego dla samego już
zapachu, a przytem na ofiarę Bogu najodpowiedniejszego, jako
owocu znojnej pracy mnóstwa wytrwałych robotników. Skoro
z biegiem lat obfitość wosku pszczelnego zanikła, a w prze­
myśle rozpowszechnił się wosk ziemny i inne tłuszczowe materyały, weszły w użytek tańsze a nawet’ błyskotliwsze na oko,
fabryczne niewoskowe świece, które też w pierwszym rzędzie
po miastach usunęły z użycia drogie światło woskowe. Po
wsiach naszych jednakowoż trzymali się poważni ojcowie sta­
rej i pięknej choć kosztownej tradycyi. Choć z większym kło­
potem i za dużo wyższe ceny przychodziło zbierać wosk
prawdziwy, zgromadzali go w ciągu roku całego, by po zuży­
ciu zeszłorocznego, albo przedzeszłorocznego światła było już
nowe gotowe. By zaś ten wosk czysty, jak go Pan Bóg stwo­
rzył a pszczoły zlepiły, nie uległ żadnemu sfałszowaniu, nie
oddawano ulania światła fabryce, lecz staroświeckim sposobem
ręcznym, choć wielce uciążliwym, odlewali sami wieśniacy u sie­
bie światło brackie, składając w ten sposób na usługi kościoła
nietylko grosz swój, ale i ciężki trud. Skoro dziś przy coraz
większym zaniku pobożności ojców naszych a wzroście taniej
w życiu praktyczności coraz bardziej wychodzi ze zwyczaju
ten sposób ręcznego lania świec, warto utrwalić pisanem sło­
wem tę rzecz, jako miłe kiedyś wspomnienie z przeszłości dla
następnych pokoleń.
Celem lania światła zbiera się w wolniejszym dniu zimo­
wym kilku chłopów wprawniejszych w domu z obszerniejszą
izbą i wygodną kuchnią, z szerokimi o ile możności blachami.
W izbie u powały umocowują na żelaznej wykrętaczce koło dre­
wniane, nabite na obwodzie w równych odstępach gwoźdźmi,
przeznaczonymi do zaczepienia knotów. Jeden ze starych pra­
ktyków usnuwa z kłębka bawełny knoty odpowiedniej długo­
ści, przyczem baczy także na potrzebną grubość tychże, stoso­
wnie do grubości świecy. Ponieważ świeca będzie u dołu naj­
grubsza, ku górze zaś stopniowo się zwęża, to też i knot od
górnego końca z kilku nici złożony co kawałek ku drugiemu
końcowi przez odpowiednie zadzierźgnięcie wzmacnia się o jednę chociaż nić, by płomień był większy i zużywał grubszą
warstwę wosku palącej się świecy. Tak złożony knot zaczepia
się najpierw grubszym końcem na obwodzie koła a w końcu
dolnym knota przeciąga się płaski, drewniany 3 cm. długi ka­
wałek patyka podobny do tabliczek gry »domino« a zwany
»kluzinka«. Celem jego jest w pierwszym rzędzie, by się nie
zalał woskiem dolny koniec knota, który potem przyjdzie za­
haczyć przy obracaniu świec na obwodzie koła; następnie za­
radza taka zapora bardzo praktycznie zsuwaniu się świecy

DROBNIEJSZE ROZPRAWKI I WIADOMOŚCI

75

wiszącej po knocie w ciągu lania czyli tak zwanemu »ucieka­
niu świec«. Tymczasem ze dwie skrzętne kobiety biorą wosk
przechowany w kształcie miseczek, sortują co do czystości
i koloru, zostawiając żółty na oblanie ostateczne świec, kawał­
kami wkładają do dużych garnków, by na blasze stopić do
pewnej wyższej temperatury tak, aby łatwo nie stygnął, a z dru­
giej strony by nie zaczął wrzeć, bo użycie wosku wywrzanego
powoduje pękanie świec. Do takiego jednostajnego topienia
wosku najpraktyczniej używać słomy. Stopiony wosk podają
chłopom do izby, która też musi być dość silnie ogrzana, aby
łatwo wosk przy robocie nie stygnął. Chłopi w tej gorącej
izbie jeszcze więcej pocić się muszą od pośpiechu, w jakim
lanie świec odbywać się musi. Staje ich ze dwóch na stołkach
tak wysoko, iżby jeden miarowo obracał kołem z knotami poprzed drugiego, który świece leje. Lejący, bierze dzbanuszek
z odpowiednim dzióbkiem pełny roztopionego wosku i od sa­
mej góry puszcza dokoła po knocie falę płynu tak sporą, iżby
doszła do dolnego końca knota. Ściekający z knota wosk zbiera
się w kotle na podłodze ustawionym, w którym po ostygnię­
ciu łatwo da się odgrzać. Robota ta iść musi spiesznie, iżby
jak najwięcej razy ciepłym płynem oblać wszystkie dokoła
obwieszone knoty. Lejącemu ciągle do rąk podają pełny garneczek wosku, a on ma baczyć tylko na jednostajność oblewa­
nia wzdłuż całego knota. Wosk, spływając ku dolnemu końco­
wi knota chłodnie coraz więcej i tern samem osiada grubszą
wmrstwą, tak iż świeca ku dołowi coraz jest grubszą. Gdy już
wskutek ciągłego oblewania świece dojdą do grubości- biczy­
ska (stysiny), trzeba je obrócić dolnym końcem grubszym ale
cieńszy knot mającym w górę, aby w tern właściwem położę
niu dolać świecę do pożądanej grubości. W tym celu wyjmuje
się owe »kłuziny« drewniane choć prawie zalane woskiem
i przy pomocy wyżłobionej deszczułki odwraca się świecę, za­
czepiając ją dolnym końcem knota na gwoździu, zaś do dru­
giego końca u dołu zakładając drewniane zatyczki. Teraz obrót
koła musi odbywać się z wielką ostrożnością, by świece roz­
kołysane nie trącały się wzajemnie, trudniej jest też oblewać
świecę, aby fala wosku obiegała ją dokoła. Przy tem wszystkiem trzeba spieszyć się, bo świece coraz grubsze a zatem
znacznie ciężkie mogą zsuwać się z knotów.
Skoro już osięgło się pożądaną grubość świec, składa się
je na wyżłobionej deszczułce z koła, by znów nowe knoty
założyć, gdyby pożądana liczba (40—50) świec nie dała się za
jednym razem na kole umieścić. Świece zdjęte z koła układa
się na równo ułożonej pierzynie i również tak ciepło się je
nakrywa, aby w tym złym przewodniku ciepła miarowo tężały
(»stylują się«). Gdy już odpowiednio zesztywniały, bierze się je
na gładką deskę do maglowania t.j. do wyrównania powierzchni

76

DROBNIEJSZE ROZPRAWKI 1 WIADOMOŚCI

z okrągłości. Przedtem pociera się świece szmatką dobrze zwil­
żoną w piwie, gdyż piwo dodaje świecy połysku (glancu) pod­
czas gdy wodą zmyta świeca czepiałaby się deski przy ma­
glowaniu. Maglowanie odbywać trzeba z miernym przyciskiem,
aby warstwy wosku, z których świeca się składa, nie odstawały jedna od drugiej. Końce grubsze świec odcina się z dre­
wnianą zaporą, gładkim klockiem wyrównuje się kraj, znaczy
dowolnymi karbami, a jeśli świeca ma być użytą na lichtarz,
wyrabia się w tym grubszym końcu stosowny otwór.

Ks. Jan Sadowski.
Kilka zapisków ze Starego Bystrego.
Niedaleko od Nowego Targu, w parafii Czarnego Dunajca
nad rzeką Rogoźnikiem rozłożyła się ludna i duża wieś Stare
Bystre. W dokumentach XVII. w. nazywano ją Rogozinek
alias Bystre, w początkach XVIII. w. Bystre, a dopiero z koń­
cem tego wieku pojawia się nazwa Stare Bystre, jaką ta
wieś do dziśdnia nosi.
Kilka szczegółów z życia ludu tamtejszego, które tutaj po­
niżej umieszczamy, zawdzięczamy wielkiej uprzejmości Wiele­
bnego Ks. Kanonika Jana Łaskiego, za co mu na tern miejscu
najuprzejmiej dziękujemy.
I, Chodzenie ze śmierteczką.
W czwartą niedzielę postu chodzą dzieci od domu do
domu »ze śmierztecką«. Z krężela zdjętego z kądzieli i dwóch
łyżek drewnianych ubranych chusteczkami robią dziewczęta
lalkę, mającą przedstawiać śmierć, z którą biegają po wsi, wstę­
pując do chat. Wszedłszy do sieni recytują oracyę:
Sła śmiesztecka z miasta,
Paniezus do miasta, —
Dziewcęta jom nosom,
”0 jajecka prosom;
Zebyście im dali
A niezałowali,
Bo jak im nie dacie,
Wielgi cud poznacie,
Garki, miski pobijemy,
Co na półce macie.
Kurecke wam "oskubiemy,
Pod nozecki pościelemy,
Bo nam zimno stać:

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.