363e6c7e3b7409c53532754c8c6fb5bc.pdf

Media

Part of Literatura, cz. 3 / Lud, 1905, t. 11

extracted text
LITERATURA.
4. Przegląd czasopism.
„Tygodnik ¡Ilustrowany“ poświęcony literaturze, nauce i sztu­
kom pięknym. Warszawa, 1904. (dok.) r).
Tom ll-gi tego rocznika (od nr. 27 do 53) odpowiada pod
względem treści ściśle kierunkowi tomu 1-go, rozwijając w dal­
szym ciągu te działy, na które już poprzednio zwróciliśmy uwagę.
I tak z zakresu literatury ludowej znajdujemy dwa
artykuły A. Piotrowskiego »0 chłopie co osukoł dyabła« (str.
554) i K Tetmajera »Turniej Janosikowy« (str. 874). Gadka Pio­
trowskiego powtarzana bywa w różnych okolicach w różnych
odmianach a znana jest również w niemieckiej literaturze lu­
dowej. — Dyabeł umówił się z mazurem, że za przysługę, którą
mu wyświadczył, zabierze jego duszę, jeżeli go trzy razy oszuka.
Tymczasem sam się oszukał trzy razy, wybierając raz to »co
z wierzchu«, (woreczek zamiast pieniędzy, nać zam. ziemniaków),
drugi raz to co »pod spodem« (korzenie zboża zam. kłosów),
ale nie chcąc jeszcze dać za wygraną, powiedział chłopu, że
się muszą próbować »na moc«. Teraz mazur był już w strachu,
ale baba przyszła mu z pomocą. Wymyła i wyczesała świnię,
obwiązała jej koło szyi korale, i wciąż się z nią pieściła nazy­
wając ją swą córką. Dyabeł, który chłopa przez tydzień szpie­
gował, uwierzył, że to jest rzeczywiście ich córka. Po tygodniu
przylatuje, ale w chałupie zastaje krzyk i narzekanie i widzi
leżącą świnię z rozpłatanym brzuchem. Na zapytanie co się
stało, odpowiada mu baba, że chłop chcąc spróbować, czy ma
dość ostre pazury, zadrasnął córkę tylko małym pazurem i przytem na pół ją przedrapał. Dyabeł przerażony tą niezwykłą siłą
chłopa, uciekł i nie wrócił więcej.
’) »Lud« XI. 205.

LITERATURA]

330

Rzecz napisana jest w gwarze krakowskiej, oddanej z temi
samemi zaletami i wadami, o jakich wspomniałem już przy
dwóch gadkach tegoż autora, umieszczonych w I. tomie Tyg. ’>
szczegółów więc nie przytaczam, zaznaczam tylko ogólnie, że
najwięcej razi używanie w niewłaściwem miejscu a pochylonego
zamiast otwartego i odwrotnie. Innych błędów natomiast jest
nie wiele (n. p. kiej zam. kaj; uśmieli się zam. uśmiali i jkilka
innych).
Ośm rycin uwydatnia doskonale humorystyczną stronę tej
gadki.

Chata w Piekielniku na Orawie. Fot. J. Warchałowski.

Turniej Janosikowy. Janosik, to bohater górali tatrzańskich,
to polski Rinaldini, sławiony w pieśniach, legendach i opowia­
daniach podhalan, przedstawiających go jako niesłychanie od­
ważnego i mężnego górala, obrońcę słabych i pokrzywdzonych,
który zabierał bogatym a rozdawał biednym i mścił się za na­
dużycia możnych. Nieodstępną jego towarzyszką była mu ciu­
paga; jak długo ją miał przy sobie, tak długo wychodził zwycięzko ze wszystkich niebezpieczeństw, dopiero gdy mu ją
zdradliwa kochanka ukryła, dostał się w ręce karzącej sprawie­
dliwości. Ta ciupaga odgrywa też ważną rolę w »Turnieju«;
>) »Lud« XI. 205.

LITERATURA

331

Te t m aj e ra. Autor przepięknych nowel »Na Skalnem Podhalu«,,
osnutych na tle życia i obyczajów naszych górali, tak opiewa
w swym poemacie jeden epizod z życia J a:
Król węgierski wyprawia! turniej na cześć swej córki.
Zjechało się 12 rycerzy, synów najznakomitszych rodów. Gdy
już stanęli gotowi do walki, wszedł niespodziewanie w szranki
góral, skłonił się królowi i rzecze:
»Dwunastu tych rycerzy dwanaście naszych dziew uwio­
dło w chłopskich si«łach — niech płynie krew za krew.
... Za wstyd słowiańskich dziewek ja się przychodzę mścić«.
Zapanowała cisza i zdumienie. Król pyta: Ktoś ty jest?'
Przybyły odpowiada:
»Hetman zbójecki jestem, Janosik, rodem z gór« — a oświad­
czywszy, że chce z wszystkimi rycerzami równocześnie się po­
tykać, otrzymuje na to od króla pozwolenie. Wtedy »zezuł cuchę«,
ścisnął mocniej w garści ciupagę i czekał gotów do boju. Na
dany znak przez króla zagrali heroldowie i rozpoczęła się
walka. Dwanaście kopij skierowało się ku piersiom Janosika,
ale niebawem wszystkie pokruszone wypadły z rąk walczących
rycerzy. Zabłysły miecze; ale i teraz walka nie trwała długo;
jeden rycerz po drugim padał w proch pod ciosami niezwy­
ciężonej ciupagi. A gdy już padł dwunasty trup, wtedy Jano­
sik »odetchnął tęgo«.
»1 sparł się na ciupadze i bujny stał jak buk«, poczem
skłonił się do stóp króla, podczas gdy widzowie w niemem
przerażeniu na tę straszną scenę spoglądali. »Tak pomścił sięJanosik za rodnych dziewek cześć«.
Z szeregu artykułów J. Ryszkiewicza, ogłaszanych w »Ty­
godniku« p. t. »Nasze zwierzęta i ptaki w podaniach«, spoty­
kamy w tym tomie dwie rozprawki, jedną o Sokole (str. 528),
drugą o Koniu (str. 717). Autor zaznaczywszy w pierwszym
z tych zajmujących artykułów, że dzisiaj zniknął już sokół
a z nim ulubiona dawniej rozrywka szlacheckiego stanu, wspo­
mina potem o sposobach obłaskawiania tego dzikiego i dra­
pieżnego ptaka oraz o układaniu i używaniu go do łowów
zwłaszcza na zające, czaple i żórawie. — Podolskie bardzo dra­
pieżne i silne białozory były cenione i służyły często jako dary
dla ościennych dworów. — Największą osobliwość stanowił
raróg, który słynął z okrucieństwa.
Godzi się tutaj zaznaczyć, że Opaliński, nauczyciel Zy­
gmunta Augusta, zakazał uczniowi swemu polować z rarogiem;
przezorny mistrz lękał się nie bez przyczyny, aby królewski
jego wychowanek nie oswoił się z okrucieństwem.
Jak dalece były cenione sokoły, dowodzi tego, i ta oko­
liczność, że nawet prawo opiekowało się sokołami. W statucie
litewskim jest ustęp orzekający karę na tego, któryby gniazdo
sokole skaził. Dalej przytacza autor różne zwroty mowy, przy-

332

literatura

słowia śpiewki, sny i przepowiednie, w których figuruie soko
i tak n. p. matka nazywała synów »sokolikami«, dziewczyna
lubesro »sokołem« i t. d.
.
Rozprawkę kończy gorzka uwaga: »Zarzuciliśmy swoje
rozrywki a przyjęli od Anglików wyścigi w najlichszej formie

Kościół w Dzierzbnikach w gub. Kaliskiej. Fot. K. Dietrich.

najzwyczajniejszego hazardu z nierozłącznym towarzyszem tej
bezcelowej hecy — totalizatorem«.
W drugim artykule mówi autor o koniu i przedstawia
nam go w trzech następujących momentach.

LITERATURA

333

I. Koń wróżbita. Chociaż u północno zachodnich Słowian
główną siłę wojska stanowiła piechota—pisze autor —nie tak
jak u Polaków, to jednak koniowi okazywano pewną cześć
i używano go do wróżb. Mianowicie gdy się sposobiono do
jakiej wyprawy, orszak zbrojny z wodzem na czele udawał się
do świątyni światowida. Tu odprawiano modły i składano dary,
poczem kapłan wyprowadzał wspaniałego białego rumaka. Je­
żeli ten po trzykroć przekroczył trzy szeregi skrzyżowanych
włóczni, zaczynając stąpać prawą nogą, wówczas wróżono wy­
prawie pomyślny skutek; w przeciwnym razie odkładano ją na
później. Nie trzeba dodawać, że wynik wyroczni zgodny był
z interesem kapłanów i zależał od tego, który konia prowadził.

Wejście do dworku w Zalesiu w gub. Wileńskiej.

2. Koń w legendzie. Tu przytacza autor treść znanej z Mi­
ckiewicza ballady (p. t. »Ucieczka«), chcąc okazać, że »koń,.to­
warzysz rycerza, taką stanowił z jeźdżcem całość, ze nawet po
śmierci razem, gdy legenda tego wymaga, ze swym panem
zmartwychwstaje i z nim ponownie do grobu zapada«.
3. Najwięcej interesuje może ustęp trzeci o komu żołnier­
skim. Takie konie są dzisiaj prawie nieznane, bo niema spo­
sobności, aby międzv koniem a jego panem przyszło do tej
zażyłości, co w czasach najświetniejszych dla jazdy polskiej,
gdzie żołnierz, właściciel konia stanowił z nim nierozerwalną

334

LITERATURA

całość, którą dopiero śmierć rozdzielała. To też koń przybierał
właściwości charakteru swego pana, tęsknił za nim, żałował
go (wierzchowiec Czarneckiego) a nawet bronił go podczas boju
(zob. »Pamiętniki Mroczka« Kraszewskiego). Dawni żołnierze wy­
ciągali różne wróżby z zachowania się koni, które przeczuwa­
jąc ’nieszczęście, okazywały niechęć do marszu, stawały dęba
i t. d. Historya zaznacza podobne fakta. Na zakończenie przy­
słowia, w których występuje koń zawsze w znaczeniu dodatniem.
Każdy z tych trzech ustępów ozdobiony jest odpowiednią
illustracyą wykonaną przez autora.

Dworek w Giżycach w gub. Kaliskiej.

Z działu etnograficznego mamy do zanotowania kilka korespondencyi i wspomnień z podróży, kreślących sposób życia,
charakter, obyczaje, stosunki prywatne i społeczne i t. d. nie­
których ludów azyatyckich, w szczególności Chińczyków man­
dżurskich i Japończyków. Tu należą artykuły G. Olechowskiego:
Z Madżuryi; Najnowszy jarmark »Złotego Runa« (Charbin);
Kupcy chińscy; Język polski w Chinach i hieroglify chińskie;
’) A konicek wedle niego,
Grzebie nozką, zauuje go.
.
(Z pieśni, którą słyszałem w Jurkowie).

LITERATURA

335

Prowincya mandżurska; Ceremoniał grzeczności i święta chiń­
skie; Stosunki w Mandźuryi; J. 0: Korea; J. K: Uśmiech Ja­
pończyka i wreszcie F. Cohna: Z podróży po ziemi Urgauchów.
Chcąc należycie scharakteryzować Chińczyków, nie opiera
się Olechowski na spostrzeżeniach uczynionych w Charbinie
(jestto bowiem miasto nowe, stek rozmaitych nietylko azyatyckich ale europejskich i amerykańskich narodowości), lecz po­
sunął się do Chulań-czeń, jednego z miast środkowej Mandźuryi,

Drzwi kościelne w Dzierzbnikach.

przedstawiającego typ mandżursko-chińskiego miasta. Do roku
1870 nie wolno tam było Chińczykom nabywać nieruchomości,
ale dzisiaj te dwa narody (Mandżurowie i Chińczycy) zlały się
już tak dalece z sobą, iż trudno odróżnić jednych od drugich;
zachodzi między nimi tylko pewna, niewielka różnica w rysach
twarzy. — Język chiński i mandżurski nie mają nic wspólnego
z sobą. Język mandżurski jest dzisiaj martwym, urzędowym
i wyraża się zapomocą pisma składającego się z liter jak

336

LITERATURA

w jeżykach europejskich, chiński natomiast nie posiada liter,
lecz każdemu wyrazowi odpowiada na piśmie inny znak, inny
hieroglif, a ponieważ słownik chiński posiada 44.000 wyrazów
wiec'też istnieje 44.000 odrębnych znaków, których wyuczyc
się musi ten, kto chce czytać wszystkie dzieła chińskie, jednak
do czytania n. p. dzienników wystarczy znać kilka tysięcy,
a do zrozumienia afiszów teatralnych, szyldów i t. p. kilkasettych znaków i tyle umie każdy Chińczyk, ale do zupełnego
poznania własnego języka musi poświęcić 15—20 lat pracy.
»Stad pochodzi fakt bardzo małego wykształcenia kobiet w Chi­
nach«; przed zamążpójściem bowiem (w 15—16 roku życia) me
może Chinka ukończyć nauk a potem znów obowiązki zony
i matki nie pozwalają na dalsze kształcenie się.
Kobiety mandżurskie mają białą cerę i nie krępują nog
tak jak Chinki. Mandżurowie uważają się_ za coś lepszego od
Chińczyków zwłaszcza, że dynastya panująca w Chinach jest
pochodzenia mandżurskiego.
. .
,
Chałupa wiejska (fanza) mieszkańca Mandzuryi jestto epianka z glinv i słomy z dachem krytym słomą, albo też ule­
pionym z gliny ze słomą; ściany są nadzwyczaj niskie. Okna
zwrócone tylko ku południowi mają zamiast szyb papier otłu­
szczony. Wzdłuż ścian ciągnie się ulepione z gliny podwyższe­
nie ogrzewane przeprowadzoną przez jego środek rurą od pieca
a służące za ławę i za łóżko zarazem. Na środku izby pali się
ognisko, na którern gotują; chata niema powały; wprost z da­
chu zwieszają się różne części ubrania jak i przedmioty słu­
żące do pożywienia (suszone ryby, worki z ryżem i t. pl Cod
jedną ścianą znajduje się szereg drewnianych bałwanków Buddy
w postaci tłustych Chińczyków a przed każdym z nich w dre­
wnianych lichtarzach czerwone, woskowe świeczki i miseczki,
na których składają ofiary nieraz bardzo niewybredne
Świątynia stojąca w pośrodku wsi, tern się tylko rożni
od innych chat, że jest otoczona wałem zbudowanym rowmez
ze słomy i gliny. Pod ścianą, przeciwległą drzwiom widać na
podwyższeniu posąg Buddy, a obok niego kilkanaście innych.
Osobny artykuł poświęca O. przemysłowi, który nie
może się bardzo rozwijać, bo Chińczycy nie mają machin i za­
stępują je siłą rąk ludzkich, zwierząt i bardzo prostych narzę­
dzi. Bardzo rozwinięty jest jednak przemysł farbierski, gdyż
Ch-y sami farbują materye na ubiory i prawie na wyłącznie uży­
wany kolor niebieski. Czysto chińskim jest wyrób świec do świątyń
z trocin zgniłych drzew. — Chociaż Chińczycy są narodem naj­
mniej pijącym, mają jednak znaczną ilość gorzelni. Wyrabiają
w nich płyn żółtawy, który piją zawsze ciepły w filiżankach.
Gorzelnie cieszą się w kraju ogromną powagą a to z wielu po­
wodów
ijprzód służą za miejsce ochronne dla całej wsi przed
napadt u chunchuzów i są też odpowiednio zbudowane (jak

LITERATURA

337

forteczki). Dalej przy każdej gorzelni jest sklepik uniwersalny
i lombard udzielający pożyczek na najbagatelniejsze zastawy,
następnie znajduje się tam apteka i lekarz a wreszcie bank wy­
dający zaliczki na zboże.
Ceremoniał grzeczności. Wskutek dobrego wychowania
odznaczają się Chińczycy uprzejmością, grzecznością i delika­
tnością w obejściu a nadto posłuszeństwem i poszanowaniem
starszych. Dzieci różnią się od europejskich: są ciche, grzeczne,
bawią się bez hałasu, bez bijatyk, witają ukłonem każdego
starszego i są posłuszne na każde skinienie nawet osób obcych.
Do tego zmierzają też zasady moralności zawarte w księgach
Kon-fu-ce. Ten szacunek dla starszych jest powodem, że jeżeli
Chińczyk chce komu powiedzieć komplement, to mu przypisuje
znacznie starszy wiek, niż go ów rzeczywiście posiada. Cnotę
tę posuwają często do przesady, która zgoła dla nikogo nie
jest szkodliwą, chociaż nieraz Europejczykowi śmieszną wyda­
wać się musi. Wielką grzecznością jest n. p. powiedzieć 16
letniej panience, że wygląda na lat 30 z górą. Wogóle w rozmo­
wie stara się każdy siebie poniżyć jak najbardziej a tego, z któ­
rym rozmawia, obsypać pochwałami.
Najlepiej okazują to przykłady, z których bodaj dwa po­
wtórzymy za O-im. »Jakie też szanowne imię pańskie?« zapy­
tuje A. »Podłe przezwisko pańskiego głupiego niewolnika jest N.«
odpowiada B. »A ilu też mądrych i drogocennych synów pan
posiada?« — ciągnie dalej A. »Mam tam pięcioro głupich i bru­
dnych prosiąt — mówi ojciec wielkomiejskich elegantów, ubra­
nych w jedwab od stóp do głów«.
Świąt religijnych Chińczycy właściwie nie mają; wszystkie
dni są dniami roboczymi (dlatego też tamtejsi chrześcianie na
mocy upoważnienia Stolicy Apostolskiej nawet wd nie świąteczne
po odbyciu rannego nabożeństwa zajmują się zwykłemi pracami);
natomiast obchodzą uroczystości o charakterze narodowym jak
»dzień rolnictwa«, »dzień smoka« (jako godła państwa) i »dzień
latarni« (symbolu »światło«). Takiem świętem jest też uro­
czystość Nowego Roku, która właściwie trwa kilka tygodni.
W pierwszy dzień nad ranem obserwują stan pogody i wypro­
wadzają stąd wróżby na rok rozpoczynający się, poczem zaczy­
nają składać wizyty. Zwyczaj wymaga, aby w tym okresie czasu
odwiedzić wszystkich (literalnie wszystkich) znajomych i złożyć
im jakiś podarek; dalej wstępują na chwilkę do świątyni, idą
do teatru i zabawiają się puszczaniem rakiet, co jest najulubieńszą rozrywką Chińczyka.
Ale N. R. to nie jest dla Chińczyka tylko znak podziału
czasu, to pora na rachunek sumienia i przygotowanie się do
śmierci. »Przed nadejściem N. R. Chińczyk kończy wszelkie
zobowiązania tak moralnej jak materyalnej natury«. A jak
wszystkie inne sprawy przed N. R. przyprowadza się do »poLud. Rocznik XI.
22

338

LITERATURA

rządku« tak też i więzienie »oczyszcza się« a więc chińskie
głowy lecą w tym czasie dziesiątkami. Zresztą kara śmierci w Man­
dżura jest bardzo pospolita; w większych miastach codzien pra­
wie wykonują wyroki śmierci. W jak zaś okrutny i barbarzyński
sposób odbywa się ścinanie, duszenie a nawet krajanie żywcem
skazańców w Państwie Niebieskiem, opowiada w osobnym arty­
kule sk. P Aby się uchronić od kary śmierci, Chińczyk zostaje
albo chrześcianinem, wskutek czego przechodzi pod opiekę misyonarzy i konsulów europejskich albo wstępuje do bandy
opryszków (chunchuzów), którzy stanowią straszną plagę tam­
tejszych mieszkańców.
.
Kreśląc stosunki społeczne podnosi p. Ol. takt, że
w Chinach niema kast; wszyscy są równi wobec prawa, na­
uka może utorować każdemu drogę do najwyższej godności
a pomimo tego — rzecz dziwna — istnieje tu niewolnictwo.
Nędza zmusza częstokroć rodziców do sprzedawania swych
dzieci. Atoli położenie tutejszych niewolników jest bardzo wy­
godne, a stosunek ich do gospodarstwa prawie familijny. Nie­
wola polega głównie na tem, że niewolnik me może porzucić
swego nabywcy.
...
Korea. Na podstawie studyum francuza K. Granpre p.odaje
p I O. garść ciekawych szczegółów etnograficznych o tym
półwyspie. Korea, urzędowo zwana »Czosen« a poetycznie »Zie­
mią spokojnego poranku«, była według przekonania tamtejszyc i
mieszkańców kolebką rodzaju ludzkiego. »Na początku świata
'twierdzą kronikarze tamtejsi, nie było ani ludzi, ani zwierząt,
ani roślin Te ostatnie dopiero ze zwierzętami zeszły z obłokow
na szczyt góry P. z której wnętrza powstali pierwsi przedsta­
wiciele rodu ludzkiego: Ko, Pu i Jang«. Ci praojcowie wszystkich
narodów na ziemi, rozprawiając o najważniejszych zagadnie­
niach ludzkości przyszli pewnego razu nad brzeg morza i zo­
baczyli nadpływające trzy kosze a w każdym z nich cudne]
piękności dziewicę; każdy poślubił jednę z nich i w ten sposob
powstali pierwsi ludzie na Korei, którzy się potem rozeszli po
świecie. Półwyspu strzegą duchy gór i straszne smoki; jeżeli
mimo to jaki cudzoziemiec dostał się na wybrzeża Korei, giną
z rąk mieszkańców w najokropniejszych mękach, uważano go
bowiem za jednego z duchów podziemnych, odwiecznych wro­
gów mieszkańców tego półwyspu. — Zabobony i przesądy rozwi­
nęły się tam więcej, niż w którymkolwiek innym kraju. 1 tak
n. p. między innemi starali się obcokrajowców odstraszyć oc
siebie stawiając po drogach straszydła podobne do tych, jakich
my używamy na wróble. — Dalej wierzyli i dotąd jeszcze
wierzą w straszne nieziemskie potwory w głębiach jezior, ja­
dowite, okropne smoki, złośliwe ptaki i t. d. Te to właśnie prze>) Zob. Tyg. ill. I. s. 173 »Egzekucya w Chinach«.

LITERATURA

339

sądy »stanowią główną przeszkodę do rozwoju intellektualnego
narodu koreańskiego« i sprzyjają niesłychanemu rozwielmożnieniu się czarowników i znachorów, którzy zabobonnych swoich
ziomków niemiłosiernie wyzyskują dopuszczając się przy tern
najrozmaitszych nadużyć a nawet zbrodni. Zwłaszcza przy ko­
jarzeniu małżeństw są oni niezbędnymi a częstokroć niebezpie­
cznymi pośrednikami, którym ogół ślepo wierzy. — Obecnie
jednak pod wpływem idei zachodniej widać już i pod tym
względem stopniowy zwrot ku lepszemu.
Uśmiech japończyka. Europejczyk przybywający do Japonii
;— mówi J. K. — nie może się oswoić z tym wiecznym, jakby
do warg przyrosłym, uprzejmym uśmiechem Japończyka; jest
on dla cudzoziemca niezrozumiałym, często przez niego fałszy­
wie tłómaczonym i daje nieraz powód nawet do niemiłych zajść.
Autor przytacza kilka przykładów. Woźnica uderzony silnie
biczyskiem po słowie przez oburzonego (ale nie bez powodu)
Eu-ka, kłania mu się z uśmiechem. — Służąca, której mąż umarł,
przychodzi do pani z nader uprzejmym uśmiechem, prosząc by
jej pozwoliła iść na pogrzeb a potem śmiejąc się już na dobre
pokazuje oburzonej tym »cynicznym« uśmiechem pani urnę
z jego popiołami. — Kupiec europejski posprzeczał się z po­
ważnym starcem japońskim, z którym żył w przyjaźni; na
wszystkie obelgi Europejczyka odpowiedział starzec uśmiechem,
co tak dalece oburzyło kupca, iż starca uderzył. Wtedy dopiero
Japończyk uniósł się gniewem, wydobył miecz z pochwy i za­
mierzył się na E-ka, ale w tej chwili zapanował nad sobą i wy­
szedł. Wieczorem dowiedział się kupiec, że ów starzec odebrał
sobie życie dlatego, że został niesłusznie znieważony a nie
chciał się mścić na tym, który mu kiedyś wyświadczył dobro­
dziejstwo.
Hearn, prof. literat, angielskiej w uniwersytecie w Tokio,
badając ten szczególny objaw obyczajów japońskich, »przyszedł
do przekonania, że to jest jedna jedyna z najbardziej charakte­
rystycznych cech kultury japońskiej«. Uśmiech jest tam obo­
wiązkiem towarzyskim i społecznym zwłaszcza wobec rodziców,
przyjaciół i przełożonych; tego się uczą od dzieciństwa. Uśmie­
chają się nawet w bolesnych dla siebie okolicznościach, by
własnem cierpieniem nie niepokoić i nie martwić swoich naj­
bliższych. Wobec niższych zachowuje się Japończyk z naj­
większą powagą. Przy tej sposobności zwraca I. K. uwagę i na
inne rysy charakteru Japończyka. O sobie mówi on jak naj­
mniej, natomiast interesuje się wszelkimi szczegółami życia
przyjaciela nie posuwając się atoli do zbytniej ciekawości. Nie
mówi nigdy źle o nikim; w’ krytykowaniu czynności innych
jest nadzwyczaj oględny — a co w nim nadewszystko cenić na­
leży, to przejęcie się tą prawdą, że »szczęście nasze na świecie
zależy od szczęścia tych, którzy nas otaczają«.
22*

340

LITERATURA

Tyg. ill. podaje też stale wiadomości biograficzne i podo­
bizny osób bądź świeżo zmarłych, bądź też zyjących, które od­
znaczyły się na polu nauki, literatury, sztuki i t. p. Obok zna­
komitości polskich, spotykamy tutaj także nazwiska cudzoziem­
ców, o ile ich działalność pozostaje w związku z polskiemi
sprawami (jak n. p. I. Caro, Canonico Tankred, Jelinek L. i t. d.)
albo o ile to są postaci z powodu zajęcia lub stanowiska swego
rozgłośne w świecie (n. p. Bartholdi, George Sand, Finsen Niel,
Waldeck-Ronsseau i t. d.).
Z długiego szeregu tych nazwisk przytyczamy nastę­
pujące:
1. Bruchnalski W. prof. lit. pols. w uniwers. lwowskim; na
pisał: »Motywy ludowe w poezyi Mickiewiczowskiej«; »Legenda
Aurea w literaturze pols. XV wieku«; »Znaczennie i pojęcie po­
ezyi u poetów pols. XV i XVI wieku« i wiele in.
2. Brzozowski Karol »ze wszystkich poetów polskich naj­
mniej znany«. Nad brzegami Niemna zebrał tom pieśni lu­
dowych i przełożył je na język polski (wyszły w r. 1844
u Żupańskiego w Poznaniu).
3. E. Jelinek, Czech, przyjaciel Polaków, zmarł w r. 1877.
Ogłosił: »Polskę pani a divky«, »Damy starsich salonó polskych«, »Zapomenuty kont slovansky« (o Kaszubach), »Ukrajinske dumy« i w. in.
Dr Jan Loś, prof. filol. słowiańs. w uniwers. Jagiell; z prac
jego wymieniamy: »Gwara opoczyńska«, Kraków, 1885 (w »Roz­
prawach wydź. filol. Akad, urn.« XI); »Porównanie fonetycznych
właściwości kilku gwar, polskich« (tamże).
5. Dr A. Kalina, prof. filol. porównawczej i języków słowias. w uniwers. lwowskim, mąź niesłychanie pracowity. Roz­
liczne jego zajęcia naukowe nie przeszkadzały mu brać czyn­
nego udziału w różnych towarzystwach.
Działalność tego uczonego łączy go ściśle z naszem to­
warzystwem, raz przez to, że właśnie on pospołu z Karłowiczm
i Baudonimem de Courtenay założył Towarzystwo ludoznawcze
i aż do ostatnich czasów był jego prezesem, a następnie przez
to, że był redaktorem »Ludu«, organu tegoż Towarzystwa. Do­
piero w roku przeszłym wskutek nadwątlonego zdrowia był
zmuszony usunąć się od redagowania »Ludu« a w roku b. zło­
żył także i godność prezesa Towarzystwa.
W dziale bibliograficznym omówiono treściwie następujące
książki: A. Rehmann: Ziemie dawnej Polski. — Z. Kłośnik: Ja­
ponia. — Tetmajer: Na skalnem podhalu. — Życie i prace
J. Karłowicza. — Posner: Japonia. — S. Korczak: Wieczornica
Wołyńska. — Witanowski: Kłodawa pod względem histor. lu­
doznawczym. — Kosiński: Materyały etnograf. II. -- Pamiętnik
fizyograficzny III.
W. Kosiński.

LITERATURA

341

B. Przegląd książek.
Budownictwo drzewne. Wydawnictwo Towarzystwa »Polska
Sztuka Stosowana« w Krakowie pod redakcyą Edwarda Troja­
nowskiego i Jerzego Warchałowskiego. Materyały. Zeszyt VI.
Kraków 1905 r., 8 stron i 16 tablic’).
Wierne programowi swemu, obdarzyło nas sympatyczne
i zasłużone już dobrze Towarzystwo »Polskiej Sztuki stosowa­
nej« w Krakowie szóstym zeszytem materyałów. Zeszyt ten
pod względem typograficznym nie ustępuje poprzednim; cynkotypie wyraźne i pięknie wykonane, odbite na gładkim papie­
rze czysto i starannie, zaraz na pierwszy rzut oka robią dobre
wrażenie. Gdy jednakże poprzednie zeszyty tego wydawnictwa
obejmowały treść różnorodną i zawierały materyały z zakresu
budownictwa, rzeźby, malarstwa dekoracyjnego i t. d., zeszyt ten
poświęcony został budownictwu drzewnemu w Polsce. Dopraszał się tego bogaty materyał zebrany na ostatniej wystawie
budownictwa polskiego w Krakowie 2), a żałować tylko wypada,
że ze względów finansowych pomieszczono go tutaj w nader
mikroskopijnej ilości. Zeszyt przedstawia na 16 kartach 35 ilustracyj domów wiejskich i mieszczańskich, budynków gospodar­
skich, kaplic, kościołów, cerkwi i dworków szlacheckich. »Dajemy szereg artystycznych wrażeń« i— mówi p. Jerzy Warchałowski w słowie wstępnem i stwierdzć należy, żę cel ten w zu­
pełności został osiągnięty. Zeszyt ten uzupełnia niejakro znako­
mitą pracę Kaz. Mokłowskiego »Budownictwo«. Dzięki uprzej­
mości p. Jerzego Warchałowskiego jesteśmy w stanie podać
naszym Czytelnikom szereg ilustracyj z »Budownictwa drzew­
nego«.
Seweryn Udziela.
Hieronim Łopaciński: Ślady powodzi u nas w historyi, archeo­
logii, języku, przysłowiach, podaniach, piśmiennictwie i sztuce.
(Odbitka z książki zbiorowej na dochód powodzian »Myśl«),
Warszawa 1904., 8°, str. 26.
W czasach dawniejszych powodzie przybierały zazwyczaj
charakter o wiele groźniejszy, niżli obecnie. O najdawniejszych
powodziach w Polsce wspomina Długosz w swej »Historyi«,
a wiele szczegółów znaleźć można w rocznikach Traski i ka­
pitulnym. Autor wylicza kilkadziesiąt większych powodzi
w Polsce, o których wiadomość zaczerpnął z różnych źródeł
i autorów.
Liczne, do dziś dnia zachowane tablice pamiątkowe, słupy,
t. zw. wodowskazy, pomniki, świadczą o tycli dawnych wyle-

*) Patrz str. 108.
2) Patrz str. 203.

342

LITERATURA

wach rzek polskich, a zwłaszcza Wisły. Do najstarszych tego
rodzaju zabytków należy tablica wmurowana w bramie daw­
niejszego mostu w Toruniu z datami: 1570, 1584 i 1719, oraz
pomnik w kształcie nizkiego, cylindrycznego, słupa kamiennego,
znajdujący się w Krakowie przy ul. Dietlowskiej w murze
P°d Dla nas jednak najważniejsza jest kwestya, jakie ślady
pozostawiły liczne u nas wylewy rzeczne w języku, przysło­
wiach i podaniach ludowych.
W okolicach Kazimierza Dolnego nad Wisłą lud zwie
powódź powstałą wskutek deszczowych nawałnic: wpwsfew,
a powódź Wiślaną: tatrówką, gdyż od Tatr przychodzi Rzeczy,
które woda zatopiła lub z sobą uniosła i wogole wszelkie straty
przez powódź wyrządzone, zwie lud tej okolicy: utopłoscią.
Człowieka zaś, który przez powódź mienie swe' stracił, nazy­
wają w okolicach Bochni: utopkiani.
...
,, .
Według czasu, w jakim powodzie się pojawiają, rozróżnia
lud nasz: śmietojcinkę (około 24. czerwca), i: jakóbówkę (około
25 lipca). Do'tych letnich powodzi odnoszą się liczne przysło­
wia, jak n. p.: »Świętojanki kiedy padną, zboża w równiach
się pokładną« i w. i.
.
,
Baśni i opowiadania o potopie, o wodą zalanych miastac ,
wsiach i zamkach, stanowią mit wspólny wszystkim ludom
aryjskim; podania takie napotykamy już u ludów pierwotnynh
(opowiadania te zestawił Andree w dziele p. t. »Flutsagen«
Brunświk 1891).
, , ,
Miasta, zamki, wsi i kościoły zalewa woda zwykle wskutek
ciężkich win i grzechów ludzkich. Autor wyżej zacytowanej
rozprawy przytacza jedno tylko podanie góralskie (o Grajcarku,
potoku przepływającym przez Szczawnicę), które jednak by­
najmniej dla tego typu opowiadań charakterystyczne me jest ).
Za patrona, chroniącego przed powodzią, uważa lud sw.
Krzysztofa, stąd w okolicach nadrzecznych jest wiele wizerun­
ków tego świętego po kaplicach i kościołach wiejskich ).
Przechodząc do omówienia śladów powodzi w literaturze
pięknej i piśmiennictwie w ogóle, wspomina autor o opisach
powodzi u Kochanowskiego, St. Grochowskiego, X. Wielewickiego, Mikołaja Ossolińskiego, S. Twardowskiego, K. Kozmiana,
oraz wielu innych, późniejszych, a wreszcie przytacza szereg
i) O tego rodzaju opowiadaniach pisze Prof. Sumcov (»Skazki o proyalwszychsia gorodach«. - Charków 1896) a S Udziela w rozprawie p.t.
»0 miastach zapadłych, kościołach, dzwonach i karczmach« (Lud t. V.
str. 220. i n.) podaje 15 takich legend ludowych z powiatu wielickiego
' POdga°rNafsUrsze obrazy przedstawiają go w postaci olbrzyma zwykle
z palmą w ręku, który przechodzi wielką rzekę, a w ramionach tizym
dzieciątko Jezus.

LITERATURA

343

dzieł naukowych, traktujących o stanie wody na rzekach i o po­
wodziach. Do szeregu tego koniecznie dodać należy dzieło,
wydane staraniem berlińskiego »Wydziału do badania stosun­
ków wodnych dorzeczy, szczególniej na powodzie narażonych«
p. t.: »Memel- Pregel- und Weichselstrom, hrg. v. II. Keller«.
Berlin 1899—1900, w 4 ch tomach z atlasem.
Rzecz kończy się przytoczeniem kilkunastu rycin i obra­
zów, których przedmiotem jest powódź; do śladów powodzi
w muzyce zaliczony utwór I. Paderewskiego p. t.: »Powódź«.
Praca ta wyczerpującą bynajmniej nie jest; autor na po­
czątku zestrzega się, że zebrał tu tylko to, co bez szczególnych
poszukiwań do omawianej tu sprawy zgromadzić mu się dało«.
Mieczysław Treter.
Ks. Gregor Józef: Mapa górnego Śląska z uwzględnieniem
stosunków językowych, granic powiatowych i kolei żelaznych.
Mikołów 1904 r.
»Często była mowa w ostatnich czasach o stosunkach ję­
zykowych na Górnym Śląsku, lub o walkach, jakie pojedyncze
narodowości w rozmaitych powiatach staczały między sobą.
Dlatego jest rzeczą bardzo ważną i pożyteczną wykazać
w sposób łatwy do pojęcia na mapie stosunki językowe
i podać równocześnie najgłówniejsze dane statystyki urzędo­
wej«. Tak zakreśla autor w przedmowie cel swojej pracy po­
żytecznej. Rzeczywiście, dotychczas nie mieliśmy etnograficznej
mapy Śląska Górnego, któraby nam dokładnie przedstawiała
obecny stan narodowościowy w tej prowincyi polskiej, bo do­
tychczasowe mapy językowe Kieperta, Partscha lub Stan. Ma­
jewskiego przedstawiały Śląsk Górny w tak drobnych rozmia­
rach, że o dokładnem oznaczeniu granic między narodowością
polską a niemiecką i czeską nie mogło być mowy. Zadania tego
podjął się Ks. Gregor z Tworkowa i nietylko, znając dobrze
stosunki miejscowe z własnych obserwacyj na Śląsku, ale nie
żałując pracy i trudów podjętych dla studyów nad statystyką
rządową, opracował i wydał mapę Śląska Górnego w wielkości
1:600000, na której przejrzyście i dokładnie uwidocznił granice
etnograficzne Polaków, Niemców i Czechów. Z mapki tej przekonywujemy się, że tylko małą cząstkę Śląska Górnego od gra­
nicy zachodniej zamieszkują Niemcy w zwartej masie, a ma­
leńki skrawek od południa Czesi. Tylko miasta są przeważnie
wszędzie zniemczone. Wielką trudność musiał pokonać autor,
aby na mapie swojej przywrócić wszędzie właściwe nazwy pol­
skie, które Niemcy tak skrzętnie usuwają i tak starannie zacie­
rają, pragnąc w ten sposób krajowi polskiemu nadać pozór ziemi
niemieckiej. Dla lepszego ocenienia stosunków narodowościo­
wych na Śląsku Górnym podał jeszcze autor na okładce mapy
według statystyki rządowej z 1861 i 1900 r. liczbę mieszkań-

344

LITERATURA

ców w ogóle i Polaków w szczególności, zamieszkujących poje­
dyncze powiaty, oraz powierzchnię tych powiatów, religię mie­
szkańców i liczbę parafij katolickich. Z tego zestawienia dowiadu­
jemy się, że powierzchnia Śląska Górnego obejmuje 1322536
hektarów, tworzy tak zwany Obwód Opolski, dzieli się na 25
powiatów; w roku 1861 mieszkało tu 1137844 ludzi, w czem
było 665865, czyli 58°/0 Polaków; zaś w roku 1900 na 1868146
mieszkańców było 1048255 Polaków, to jest, 56°/0 ogólnej liczby
ludności. Byłby to smutny objaw, gdyby nie ta pewność, że tak
nie jest, gdyby nie ta pewność, że Niemcy, którzyby nas pra­
gnęli na Śląsku wytępić co do nogi, i obliczenie ludności ze
względu na narodowość rozmyślnie na naszą niekorzyść sfał­
szowali. Mapa Ks. Gregora zasługuje na największe rozpo­
wszechnienie, a ułatwi to nader niska jej cena, bo zaledwie
25 halerzy wynosząca.
& U.

C. Bibliografia.
Kruszka Wacław ks. Historya polska w Ameryce. Początek, wzrost

i rozwój dziejowy osad polskich w północnej Ameryce
(w Stanach zjed. i Kanadzie). T. II. Wyd. pop. Milwankee,
druk Spółki wydaw. Kuryera 1905, 8 str. 160
Kuraś Ferdynand. Z pod chłopskiej strzechy, zbiorek poezyi
chłopa z nad Wisły. Wydaw. groszowe im Tadeusza Ko­
ściuszki r. XI. ser. II. nr. 50. Kraków, nakł. ks. Ludowej
K. Wojnara, druk W. L. Anczyca i Sp. 1905. 8 str. VIII.
104 h. 50.
Lapczyński Kazimierz. Baśń tatrzańska o królu wężów wedle
opowiadania górali szczawnickich spisał. Ilustrował Walery
Eljasz Radzikowski. Kraków, G. Gebethner i Sp., druk
W. L. Anczyca. 8 z ilustracyami K. 250.
Malewski B. dr. Próba charakterystyki ubiorów ludowych. Odbitka
z t, XVIII »Wisły«. Warszawa. 8. str. 68.
Miarka Karol. Kan tyczki, kolędy i pastorałki w czasie Świąt
Bożego Narodzenia po domach śpiewane, z dodatkiem
pieśni przygodnych w ciągu roku używanych. Mikołów,
nakł. i druk. K. Miarki. G. Centnerszwert w Warszawie.
1904. 8. str. 704. opr. kop.’ 80.
v. d. Mohl P. Aleksander S. J. Sammlung von kaffrischen Fabeln
in der Ci-Tete-Sprache am unteren Sambesi. Aus den Mit­
teilungen des Seminars für orientalische Sprachen zu Berlin.
Jahrg. VIII. Abtei III Afrikanische Studien. Berlin 1905.
8. str. 43.
Dęby św. Wojciecha. (Podania ludowe). Poznań, nakł. i druk,
księg. św. Wojciecha, 1905. 8. str. 80. fen. 40.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.