fcc8a788a33d12701b29a970f38d1790.pdf

Media

Part of Literatura, cz. 2 / Lud, 1905, t. 11

extracted text
LITERATURA.
>f. Przegląd czasopism,
„Tygodnik ¡Ilustrowany“, poświęcony literaturze, nauce
i sztukom pięknym. Warszawa, 1904. (C. d.)1).
Gadka ludowa A. Piotrowskiego »0 babie co ozora
za zembami trzymać nie umiaua« zgodna jest co do treści pra­
wie we wszystkich szczegółach z takąż gadką O. Kolberga2);
różni się zaś od niej pod względem języka tern, że napisana
jest w gwarze podlasko-mazurskiej, podczas gdy K. opowiada
ją zwykłym, ogólno polskim językiem. O ile z całości sądzić
można, oddał p. P. tę gwarę poprawnie i konsekwentnie: zakradło się jednak kilka pomyłek przeważnie w użyciu samogło­
ski a, która zazwyczaj wszystkim, nie wtajemniczonym grunto­
wnie w właściwości gwarowe najwięcej sprawia kłopotu. Tak
też i p. P. pisze poprawnie: pado (w znacz, powiada) naloz
zobocyu ale obok tego: pada i podo, noloz zobacyua; padou
i padau zam. podou = padał (deszcz), poński zam. pański, czy
z. cy i kilka innych może poprostu drukarskich błędów.
W drugiej gadce opowiada tenże autor »0 takim d z i a d u,
co się w rzeczy z królewnom ozynił«.
Oto jej krótkie streszczenie.
Jeden bardzo bogaty król miał córkę jedynaczkę, która
nietylko że nic zgoła nie chciała robić, ale się nawet nie cze­
sała i nie myła, tylko leżała po całych dniach na pierzynie
i jadła kiełbasę z ciastkami. Ponieważ niechciała wyjść za żadnego
ze starających się o jej rękę, przeto król rozgniewany kazał
jej wybrać sobie męża z pośród dziadów zwołanych z całego
l) Lud t. XI str. 104.
’) Krakowskie. Cz. IV nr. 88.

206

LITERATURA

kraju. Wybrała małego, chudego dziadka, licząc na to, że w krotce
»parę puści« (umrze) a ona zostanie wdową. Tymczasem dziad
zostawszy mężem królewny spędził żonę z pierzyny, sam się
na niej ułożył a ona musiała mu donosić jedzenie od rana do
wieczora a sama sypiała na skrzynce, aż pewnego razu jedząc
flaki, których mu żona dostarczyła, »wzion i pęk«. Królewna
się ucieszyła, a nauczona przykrem doświadczeniem, wybrała
już teraz jednego z pośród starających się o jej rękę królewiczów.
Rzecz napisana jest w gwarze radomskiej ale z podobnemi
omyłkami jak i poprzednia. I tak n. p. czytamy poprawne: cerwone, zaceni, wiecór i t. d. obok zwyczajnie, zobaczyła, w rzeczy;
chces, posła, uciesyła, próskiem i t. d. obok: poduszki, zeszły,
odeszły i t. d. dopźro i dopiero, że i ze, się i sie, ja i jo, lęzoł
ale obok tego mamrotał i t. d. Niezawodnie też i ł wymawiają
w tej gwarze (podobnie jak i w innych) jak u (u), co też autor
w poprzedniej bajce istotnie uwzględnił, pisząc: chwop, wowami,
bywo i t. d. Ale pominąwszy tę stronę fonetyczną, opowiadanie
to (podobnie jak i poprzednie) pod względem wyrazów, zwro­
tów, budowy zdań i t. d. nosi na sobie wszystkie wybitne ce­
chy gwarowe.
Obydwie bajki opatrzone są licznemi rycinami wykonanemi przez autora.
Dobrze uczyniła redakcya »Tygodnika«, że do programu
tego pisma przyjęła także podawanie artykułów z zakresu li­
teratury ludowej. Nie każdy z czytelników ma sposobność za­
glądania do wydawnictw poświęconych ludoznawstwu (jak Materyały antropolog, wyd. przez Akad. Um., Wisła, Lud) a prze­
cież takie legendy, podania, baśnie i bajki ludowe, odznacza­
jące się po części fantazyą i humorem, opowiedziane w języku
gwarowym a nadto urozmaicone illustracyami stanowią nietylko
bardzo interesujący przedmiot lektury ale nadto przyczyniają
się do obznajomienia czytelników z tą gałęzią literatury.
W artykule „Z katedry na Wawelu“ zdąje p. Prokesch
sprawę z dokonanych dalszym ciągu robót w katedrze, w szcze­
gólności zaś zastanawia się nad wspaniałą polichromią, jaką
artysta malarz, p. W. Tetmajer pokrył kaplicę królowej Zofii.
Nie mam zamiaru podawać treści całego artykułu, pełnego po­
chwał dla artysty, chcę tylko zwrócić uwagę na to, jakim wpły­
wom przypisuje sprawozdawca, że twórcza działalność artysty,
która w powyżej wzmiankowanej polichromii tak znakomicie
się uwydatniła, rozwinęła się w tym kierunku. Oto »chrzestnym
jej ojcem — pisze — był Matejko, który swemu uczniowi do­
starczył wzoru i metody tego rodzaju tworzenia, macierzą zaś
było umiłowanie ludu i wsi, które artysta w dziele swem
zespolił z ideą historyczną«, to też owe postacie, które widzimy
wśród bogatej ornamentacyi »niby królowie, niby chłopi, oto-

LITERATURA

207

czone są girlandami tańczących aniołów, przybranych w wiejskie
wzorzyste sukienki, o modrych oczach i płowych włosach _
a pierwsi piastowie: Mieczysław, Chrobry, Dąbrówka są to wspa- .
małe uchwycone typy ludowe z Bronowie, w strojach pół-chłopskich, pół-królewskich«.
W związku z poprzednim pozostaje artykuł J. K leczy ńskiego o wydawnictwie Tow. Pols. Sztuki Stosowanej. W spra­
wozdaniu swojem przyznaje p. K. wielką zasługę Witkiewi­
czowi, źe zwrócił uwagę na ornamentykę górali tatrzańskich.
o dało pochop do dalszych badan na tom poluj z czasem przekonano się, że tu niema się do czynienia z oryginalnym po­
mysłem ludu tatrzańskiego, gdyż podobne motywa znaleziono
i w innych częściach kraju a nawet na pasach litych, wyrabia­
nych w 17 i 18 wieku w Słucku i w Krakowie.
Wskutek zajęcia się społeczeństwa tą sprawą powstało
I owarzystwo Pols. Szt. Stos, którego wydawnictwa mają po­
budzać artystów nietyle »do naśladowania dawnej ornamentyki
polskiej ile raczej do dalszej twórczości w tym kierunku«. Już
to, co zebrano w trzech pierwszych zeszytach tego wydawnictwa,
dowodzi »wielkiego poczucia estetycznego i bujności wyobraźni
w kierunku wynajdywania nowych fantazyjnych iorm u ludu
litewskiego«. Najbardziej zaś uderza w ornamentyce ludu »owa
nienasycona chęć jak najbogatszego przyozdobienia przedmiotów
do codziennego użytku przez niezliczone kombinacye liści, kwia­
tów, ptaszków fantastycznych deseni« i t. d.
Dziwimy się nieraz, że nasz »ciemny lud« wierzy w czary,
gusła, zabobny i często jeszcze teraz nimi się posługuje, tym­
czasem z artykułu p. J. O. p. t. »Z czarnej magii« dowiadu­
jemy się, że w Paryżu, tern ognisku cywilizacyi, przebywa
mnóstwo czarownic i wieszczek. Według paryskiego cza­
sopisma „Les Annales“ używają one do swych celów trzech
metod: 1. Bierze się żabę, chrzci się ją jak dziecko, nadaje się
jej imię osoby znienawidzonej, potem męczy się ją w różny
sposób a tych samych cierpień, co żaba, doznawać będzie osoba,
której czarownica chce dokuczyć. — 2. Robi się lalkę z wosku,
podobną ile możności do osoby, którą się chce zaczarować; do
wosku trzeba jednak dodać coś takiego, co jest własnością ofiary
n. p. ząb, włos, paznokieć i t. p. Następnie chrzci się lalkę tak
samo jak żabę a potem kłuje się ją szpilką w okolicy serca;
skutek będzie ten sam, co poprzednio. — 3. Operator magiczny
wysyła jakieś medium, które pozbawia życia osobę zniena­
widzoną.
Powyższe czasopismo utrzymuje, źe owe czarownice cie­
szą się wielką klientelą i ciągną wielkie zyski. Od siebie dodaje p. J. O. »że opisane powyżej praktyki nie przynoszą fol-

208

LITERATURA

klorystyce żadnego nowego materyału faktycznego. Żaby, lalki
i tajemnicze działania sobowtórów fluidycznych znane były od
• dawna czarodziejom i znachorom świata starożytnego i wieków
średnich«.
Tocząca się obecnie tam na Dalekim Wschodzie wojna
wkłada na dziennikarstwo obowiązek zaznajamiana czytelników
z krajami, które są teatrem wojny, jakoteź i z ludami, które
w pośrednim lub bezpośrednim związku z tymi wypadkami dzie­
jowymi pozostają. »Tygod. illustr.« spełniając to zadanie umieścił
szereg odpowiednich artykułów, których tytuły już na początku
niniejszego sprawozdania wymieniłem 1).
Główne zainteresowanie zwraca się tym razem ku Japoń­
czykom (a po części i Chińczykom) nietylko dlatego, że tak
mężnie i skutecznie wystąpili przeciwko najazdowi wroga ale
i dlatego, że cywilizowana Europa mniej się nimi dotychczas
zajmowała, niż na to zasłużyli.
Do tej kategoryi artykułów należą najprzód dwie legendy
japońskie. Pierwsza, podana przez W. Renarda (nie Bernarda,
jak poprzednio mylnie wydrukowano2) opowiada o stworze­
niu kobiety. Kiedy Bóg stworzył człowieka, ten przez długie
wieki żył zadowolony i szczęśliwy; widząc to duch złego,
wszczepił w jego serce »przesyt i pragnienie«. Wtedy dobrotliwy
Stwórca »wziął zimny, złoty blask księżyca, kilka gorących pro­
mieni słońca, elastyczność trzciny, lekkość obłoków, zapachy
kwiatów... twardość djamentu, krwiożerczość tygrysa, tchórzliwość myszy... zimno mrozu i barwy tęczowe, gorycz piołunu,
słodycz miodu« jednem słowem dobre i dostatnie obok najgor­
szych własności różnych tworów przygody, zmieszał to wszystko
razem, stworzył z tego kobietę i oddał ją tęskniącemu człowie­
kowi. Ten uszczęśliwiony rozpoczął teraz nowe życie, lecz już
po ośniu dniach prosił Boga, aby wziął od niego kobietę, co
się też stało. Ale zaledwie upłynęło osiem dni, znów począł
wołać do Stwórcy: oddaj ją! oddaj! bo uschnę z tęsknoty. Nie­
bawem nastąpił nowy objaw niezadowolenia, ale tym razem
obrażone bóstwo nie wysłuchało człowieka i zostawiło go wła­
snemu losowi. Wtedy stroskany po raz pierwszy zadał sobie
człowiek pytanie: »Szczęściem czy klątwą będzie dla mnie
ona?«... Z nią żyć tak trudno, a bez niej »nie mogę!«
Marya Rodysowa podaje drugą legendę japońską
p. t. Smok Jatama. Sesanoonomikoto, brat Amatery, bogini
słońca, któremu zawsze wielką przyjemność sprawiało, ile razy
mógł innym bogom zrobić jaką psotę, wpadł pewnego razu
na niefortunny pomysł i podpalił wspaniały warsztat tkacki swej
') Lud t. XI. str. 104.
h Lud I. s. 104.

LITERATURA

209

siostry. A. dotknięta tem do żywego, wpadła w straszny gniew
i usunęła się do głębokiej groty, postanowiwszy nie wychodzić
stamtąd. Niebo i ziemia pogrążyły się teraz w ciemności; ludz­
kość przerażona sądziła, że nadeszła już dla świata ostatnia
godzina, lecz i bogowie w niebie byli niemniej zaniepokojeni.
Wtedy za radą jednego z bogów wywabiono Amaterę z groty
za pomocą muzyki i śpiewu, a gdy wszyscy bogowie zaczęli
ją błagać, aby ich nadal nie pozbawiała światła, przystała na
to pod warunkiem, że jej brat będzie ukarany. Żądaniu jej stało
się zadość, Sesan, został wygnany z nieba.
tułając się po ziemi znalazł się raz boski młodzian przed
nędzną, górską chatą, a przez szparę zobaczył dwoje staruszków,
zalewających się gorzkiemi łzami, tudzież młode dziewczę, nad­
zwyczajnej urody, pogrążone również w głębokim smutku.
Wszedłszy do chaty, dowiedział się o przyczynie smutku tych
nieszczęśliwych. Oto w pobliskiej jaskini przebywał Jatama,
straszny smok, który co rok porywał im jedno dziecko. W ten
sposób stracili już siedm córek, a właśnie w tym dniu miała
ostatnia stać się pastwą tego potwora. Sesan pocieszył zrozpa­
czonych, przyrzekając zabić smoka. Jakoż zaraz przyniósł z góry
8 dużych kamieni, umieścił je przed chatą i mocą zaklęcia
swego zamienił w stągwie, które napełnił wodą. Zamieniwszy
potem wodę w przepyszny napój saki umieścił piękną Inadahime na wzgórzu tak, aby się jej oblicze odbijało w każdej
stągwi.
Nadszedł wieczór. Przy świetle księżyca ukazał się potwór,
który zwabiony zapachem saki, zbliżył się do stągwi a ujrzawszy
w każdej oblicze dziewicy, począł chciwie pić zdradliwy napój,
to też niebawem upojonego ogarnął sen głęboki. Wtedy S. wy­
szedł z ukrycia i odrąbał wszystkie głowy smokowi.
Teraz młody bóg pojął za żonę piękną Inadahime, wybu­
dował dla niej wspaniały pałac, a gdy się skończył czas jego wy­
gnania, zabrał ją do nieba, gdzie ją bogowie przyjęli do swego
grona.
Pałac, w którym mieszkał Sesan, przemieniono na świąty­
nię, która się stała miejscem pielgrzymek, a drogocenny miecz,
znaleziony przez tego boga w ogonie zabitego smoka, stanowi
jeden z trzech talizmanów narodowych Japonii. Legendę tę zdo­
bią oryginalne rysunki japońskie w edług książki wydanej w ro­
ku 1901 w Tokio.
Nowy Rok w Japonii. Japończyk z jednej strony nie ustępu­
je urzędowo zewnętrznie żadnemu ze społeczeństw zachodnich,
z drugiej strony, jako człowiek prywatny zostaje głębokim czci­
cielem i wyznawcą obyczajów i wierzeń swoich przodków azyatyckich. N. Rok t. j. Święto początku wszechrzeczy, obchodzą
od lat 30 według kalendarza gregoryańskiego. Mikado w ostaLud. Rocznik XI.
14

210

LITERATURA

tnirn dniu starego roku, przybrany w szaty arcykapłana, jako
bóg wyznania krajowego, składa ofiary cieniom swych przodków,
bogów jak i on sam. Nazajutrz, w sam dzień N. R. występuje
już w mundurze generalskim i przyjmuje życzenia, składane mu
przez dostojników według ceremoniału europejskiego.
Po ulicach stolicy i większych miast widać tłumy prze­
chodniów, przybranych w mundury, szpady, kapelusze stoso­
wane, białe rękawiczki i t. d. Młodzież gromadzi się w szkole,
aby wysłuchać przemowy o wielkości swej ojczyzny, a po odśpie­
waniu hymnu narodowego rozchodzi się do domu. Dzień 13 go
stycznia jest świętem wierzycieli; w tym dniu muszą być obo­
wiązkowo spłacone wszelkie długi, chociażby w ciągu roku wie­
rzyciel na zwłokę zezwalał. 15-go kończą się uroczystości nowo­
roczne.
P. ,1. K. podaje bardzo interesujące szczegóły o pierwo­
tnej religii Ja poń cz y k ó w. Japończycy czczą kilka tysięcy
bóstw, wyobrażających siły przyrody oraz duchy wielkich wo­
dzów, uczonych i władców. Składają im ofiary z ryżu, owoców,
kwiatów i żywych ptaków. Ta religia zwana »szyntoizmem«,
która wskutek wpływu Chin na Japonię przez wiele wieków
była w upadku, należy do wyznań uznawanych przez państwo
obok buddaizmu. W dalszym ciągu następuje opis kosztownie
i artystycznie ozdobionych świątyń w Nikko. Zasługuje tam mię­
dzy innemi na uwagę artystycznie wykonana rzeźba trzech
alegorycznych małp, z których jedna zatyka sobie rękami uszy,
druga oczy, a trzecia usta na znak, że nie chce nic złego ani
widzieć, ani słyszeć, ani mówić.

Dr. 1P. Kosiński.
„Nasze Kłosy“1) umieściły w 6 nrze z r. 1904 pod tytułem:
»Złotowłosa dziewica« treść klechdy »0 trzech braciach« spisa­
nej przez Wójcickiego. (Złotowłosa dziewica oświadcza jednemu
z trzech braci, że mu odda swą rękę, pod warunkiem, że
wprzód zgładzi jej matkę, czarownicę). Zaznaczono tam, że
ta klechda z upływem długiego czasu, z ust do ust podawana,
straciła w części swój pierwotny charakter nietylko w swej
treści ale i w formie. »Przypuszczać trzeba — pisze autor — że
w pierwotnej wersyi musiała to być bądź macocha, bądź też
poprostu czarownica złośliwa, więżąca w swoim zamku jakieś
królewny wykradzione rodzicom, albowiem w żadnej baśni nie
napotyka się zbrodni matkobójstwa uchodzącej bezkarnie«.
W nrze 10 tym tego samego czasopisma (z d. 11. marca
1904) podaje Jerzy Wernicz legendę o rosie. Rosa jest to łza
*) Jestto dodatek literacki do wychodzącego w Warszawie pisma dla
kobiet p. t. »Dobra gospodyni«.

LITERATURA

211

dzieciątka Jezus, tudzież łzy traw i kwiatów, które nad niem
zapłakały, gdy zgłodniałe uciekało z rodzicami do Egiptu.
K. W.
Zeitschrift für österreichische Volkskunde. Redigiert von Dr.
Michael Haberlandt. X. Jahrgang 1904. Wien.

Razem z »Ludern« przed dziesięciu laty zaczęło wycho­
dzić w Wiedniu czasopismo austryackiego towarzystwa etno­
graficznego: »Zeitschrift für österreichische Volkskunde«. Reda­
gowane starannie zawiera także garstkę materyału do ludoznawstwa polskiego. W tomie X oprócz wielu drobnych arty­
kułów znajdujemy kilka prac obszerniejszych. I tak: Józef
Schrame k: Typowy dom wieśniaczy w Czeskim Lesie, z 23
rycinami. — Autor opisuje szczegółowo budownictwo ludowe
i zdobnictwo budowlane w tamtej części kraju, ¡Ilustrując
wszystko odpowiedniemi rycinami. — Józef Blau: Deski gro­
bowe w okolicy Neuern, Neumark i Neukirchen, z 5 rycinami
i jedną tablicą. U nas przechowany tylko w przysłowiu: »wier­
ny do grobowej deski«, zwyczaj wystawiania ciał zmarłych na
deskach, które potem zdobią krzyżami i napisami i umieszczają
wzdłuż murów kościelnych, obok krzyżów przydrożnych i ka­
pliczek, jest tutaj w powszechnem użyciu 1). Wilhelm T sch i nkel: Podania ludowe w okolicy Gottschee. Wszystkie baśnie
przystosowane są do górzystej i bezwodnej okolicy; z tych wiele
o boginkach, o zakopanych skarbach ma podkład ogólno­
europejski. Karol Adrian: Przysłowia i błogosławieństwa lu­
dowe z okolicy Flachgaue w Salzburgu. Domy, otoczone kwie­
cistymi ogródkami, zdobią tu mieszkańcy różnymi napisami
nad drzwiami lub oknami (u nas dzisiaj tylko na tragarzu);
obok napisu umieszczają nieraz figurę św. I. Czech v. C ze­
che nherz: Przyczynki do ludoznawstwa Morawii i Śląska.
Autor podaje opowiadanie o wędrówkach P. Jezusa, o kiju samodaju, ucieczka (Mick) i inne znane tak u Słowian jak i Germa­
nów. Demeter Dan: Wierzenia i zwyczaje Armeńczyków
przy urodzinach, weselach i pogrzebach. Czytamy tutaj, jakich
środków używają Armeńczycy z obawy porwania lub wymienie­
nia noworodka; jak dziewczęta, wychowane w ukryciu, wyku­
pywane bywają na żony podarunkami, wreszcie jaką rolę odgry­
wają płaczki przy pogrzebach. Józef Blau: Żelazne wotywne
zwierzęta w Kohlheim, z rysunkami. Autor wyprowadza zwy­
czaj ofiarowywania wotywnych żelaznych figur zwierząt, na
osobnym stole w kościele stawianych, z czasów feudalnych.
O tym samym przedmiocie pisze Dr. M. Haberlandt zdając sprawę
z ciekawego dzieła prof. Dr. Ryszarda Andreego o różnych wo­
tywnych podarunkach, składanych na miejscach odpustowych;
*) Patrz: J. Karłowicz, Deska grobowa, »Lud« I. str. 16—19.
14*

212

LITERATURA

zwraca przytem uwagę na niewyzyskany pod tym względem
teren czesko-słowiańsko-polski, tudzież Włochy, Hiszpanię
i Francyę, gdzie zwyczaj odpustów szeroko jest rozpowszech­
niony. Dr. M. Muller: Oświetlenie i lichtarze w okolicy Chebu;.
Opisuje tu autor oświetlenie domów szczepami, palonemi
w osobnych kominkach, lub materyałem natłuszczonym. Po­
dobny zwyczaj panuje dotychczas w niektórych okolicach u nas,
chociaż już bardzo rzadko spotkać go można. Prof. Dr. R. Meringer: pisząc o »Dzwonkach na wsi« szczególniej o rozpo­
wszechnionym zwyczaju używania dzwonków w Alpach, po­
równuje go ze zwyczajami rzymskimi. Słowo »Glocke« uważa
za wyraz obcy w języku niemieckim, a za bardziej swojski
wyraz »Schelle«. Józef Blau: podał artykuł ilustrowany
o koronkarstwie w Czeskim lesie. Jest to nadzwyczaj cie­
kawy opis robót klockowych na owalnej poduszce (u nas w Bo­
bowy i indziej rozpowszechniony także), panujący tu od naj­
dawniejszych czasów. Autor podaje całą terminologię niemiecką
przy tej pracy, także pieśni śpiewane niegdyś przez robotnice.
E d. Domluvil: w artykule »o karbach owczarzy walaskich
na Morawach« opowiada o znakach karbowanych na laskach
w celu późniejszego obrachunku wzajemnego. Zwyczaj sięga
bardzo odległych czasów i jest u nas ogólnie znany. Prof. Dr.
Artur Pętak: Friaul. opisuje ogniska w Friaul, które mają
dużo podobieństwa do ognisk naszych tatrzańskich baców.
Bolesław Tync.

B. Przegląd książek,
Wspomnienia o Słucku. Wydał B. J. K. w Gnieźnie nakła­
dem księgarni Jana Wiśniewskiego. 1905, 8-ka, str. 112.
Autor powyższej książeczki, nieżyjący już Karol baron
S tabel, urodził się w Słucku, w gubernii mińskiej, a w dawnem województwie nowogrodzkiem, uczęszczał do szkół
w rodzinnem miejscu i tu spędził lata młode, stąd też każdy
zakątek miasta i okolicy był mu dobrze znany, a tak ukochany,
że tęskniąc za stronami rodzinnemi już jako siedmdziesięcioletni starzec na obczyźnie chwycił w 1886 r. za nieudolne pióro,
jak się sam wyraża, by przekazać potomności w prawdziwem
świetle to, na co w Słucku w czasie lat pięciudziesiąt (do roku
1880) patrzył własnemi oczyma i co własnymi uszyma słyszał.
Książeczka ta zawiera wiele szczegółów z życia ówczesnych
mieszkańców Słucka i na te momenta pragniemy zwrócić uwagę
Szanownych Czytelników »Ludu«.
Pierwotnymi mieszkańcami Słucka mówi autor byli Bia­
łorusini; w XV wieku przybyli tu Polacy i Litwini, a za cza-

LITERATURA

213

sów reformacyi Niemcy i Szkoci — później zaś zjawili się Ży­
dzi. W roku 1830 było tu 5.000 chrześcijan mieszczan i kup­
ców z tych obecnie pozostało 1.200, podczas gdy liczba Żydów
doszła do 6.000 dusz. Miasto posiada 1.286 domów, a w tej
liczbie tylko 15 murowanych; domy drewniane, starosłowiań­
skiej architektury.
Mieszczanie słuccy trudnili się handlem i przemysłem,
prowadzili rozległy handel, a nawet zapuszczali się z towa­
rami na jarmarki do Gniezna; kwitł tez u nich dobrobyt, a sły­
nęli przedewszystkiem wyrobem »pasów słuckich«. Bogaci syndykowie ubierali się w długie czerwone kontusze, pod pasane
pasami; inni zaś mieszczanie podczas świąt w cerkwiach i na
przechadzkach odziewali się w lisie szuby z brandeburami,
podpasane sutymi słuckimi pasami, na głowie mieli wysokie
kołpaki, a w rękach laski z okrągłą główką nakształt buławy.
Mieszczanie dzielili się na cechy; każdy cech miał swój
obronny bastyon i swój sztandar. W razie niebezpieczeństwa
stawali oni na wałach dla obrony miasta i zamku. Na pomoc
mieszczanom przeznaczone były trzy wsi: Bronowicze, Łuczniki i Warkowicze, których też mieszkańcy nazywali się »wy­
brańcami« i nie płacili żadnych podatków, ale w zamian za to
mieli z bronią w ręku stawać na wałach razem z mieszcza­
nami dla obrony miasta, co, rozumie się, od czasu zaboru już
nie miało miejsca.
Mieszczanie byli religijni; religijność ich zaś potęgowała
ta różnorodność wyznań w Słucku i nienawiść, jaką czuli do
Kalwinów i Żydów.
Na małej uliczce w Słucku żył szewc Bołbutt, który
w czasie świąt Bożego Narodzenia chodził po mieście z »wertepą czyli jasełkami«. Była to wyklejona z kolorowego papieru
duża cerkiew, oświecona wewnątrz woskowemi świeczkami,
a którą nosiło kilku ludzi. W wierzchnim piętrze były lalki,
przedstawiające Boże Narodzenie. Przy przedstawieniu najpierw
pokazywali się tam pasterze i oddawali pokłon narodzonemu
Dziecięciu, później Trzej Królowie, a przytem śpiewano: »Anioł
pasterzom mówił« i inne pieśni nabożne. Potem szło przedsta­
wienie na dolnem piętrze. Najpierw pokazywał się król Herod,
który każę zabijać przy sobie niemowlęta, następnie Rachela,
opłakująca swoje dzieci. Później zjawiał się kozak, a wziąwszy
się w boki śpiewał po rusku:
Jaj kozak, jaj hulak,
Szczo zdobyu, to i prepyu,
A soroczku woszy zjuli,
Da i tu propyt’ chodyły,
Chodyly, chodyły, chodyły!

Dalej pojawiał się żyd. Chwalił się swojem bogactwem,
ale tuż za nim djabeł i za grzechy i za lichwiarstwo chwyta

214

LITERATURA

żyda i pogrąża go w piekle. Znowu ukazuje się Chwiedor
z Ostrowia (przedmieście Słucka), który objadł się »kucyi«,
a więc jest chory. Do niego przystępuje »znachor«, aby go
leczyć. Stawia mu pusty garnek na żołądku, a później garnek
ten rozbija. Te wszystkie przedstawienia odbywały się z akom­
paniamentem pieśni, umyślnie ułożonych, i z dowcipkowaniem,
szkoda tylko, że autor ich nie spamiętał, tern więcej, że, jak
się sam wyraża, w źadnem mieście na Litwie nie widział po­
dobnych jasełek. Bołbutt miał z tego znaczny dochód, a dzieci
tak małe, jak i duże wiele radości.
Oprócz jasełek nosili także chłopcy gwiazdę po mieście
i byli również mile przyjmowani i hojnie obdarzani.
W wigilię Nowego Roku obchodzono »Szczodry Wieczór«.
Wówczas to Bołbutt znowu z wertepą, a chłopcy z gwiazdą,
zachodzili do domów, gdzie ich obdarzano »oładkami« i buł­
kami. Śpiewali przytem chłopcy taką pieśń, jaką śpiewają w tym
dniu na Wołyniu i Podolu:
Szczedryk, wedryk,
Podąjte warenik,
Czaszeczku kaszki,
Iiolco kowbaski.

Mieszczanie dbali o wykształcenie, a głównie o moralne
wychowanie swych dzieci, bo nawet biedniejsi utrzymywali
między sobą guwernera (jednego z uczniów szóstej klasy)
i jemu powierzali kilkunastu uczniów klas niższych z tym obo­
wiązkiem, aby z nimi powtarzał lekcye i czuwał nad ich moralnem prowadzeniem się. To też nie było tyle zepsucia, co
dziś, a towarzystwo w Słucku było nader przyjemne i jak na
owe czasy bardzo wykształcone.
Mimo swej głębokiej religijności i pewnego poziomu wy­
kształcenia mieszkańcy Słucka i okolicznych wiosek mieli' ory­
ginalne w swoim rodzaju pojęcia w odwracaniu od siebie nie­
szczęść. Autor bowiem podaje, że gdy wybuchły poważne cho­
roby i zarazy, to wówczas naokoło miasta pod wałami w so­
lennej procesyi obnoszono zwłoki księżnej Zofii Radziwiłłównej
i dzieciątka Gabryela, zakłutego podobno przez Żydów w mia­
steczku Zadłubowie i podziurawionego gwoździami, a umie­
szczonego w małej trumience w framudze w cerkwi, celem
odwrócenia tych nieszczęść. Gdy zaś w XVIII wieku piorun
uderzył w cerkiew i ta zaczęła się palić, wtedy mieszkańcy
okolicznych wiosek przyjechali w czwał do Słucka i nawieźli,
ile kto mógł, kwaśnego mleka, utrzymując, że pożaru, wszczę­
tego od pioruna niczem innem nie ugasi, tylko kwaśnem mle­
kiem. Mimo tego cerkiew się spaliła.
Garderobiana Wiktusia Cwirkówna, szlachcianka śpiewywała ulubione i popularne naówczas w okolicy Słucka pieśni,

215

LITERATURA

a niektóre z nich autor zapamiętał. Zaczyna od polonesa: »Kon­
kury szlachcica do młodej wdówki«:
Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony,
Witam cię pani, czemżem obdarzony?
Wstępuję pani, w twe progi
Rzucam me serce pod nogi.

Tu konkurent prosi, żeby prędzej nastąpiła pomyślna decyzya na jego afekty:
Niech się w miłości nie nudzę,
Swego konika nie trudzę1).

Wdówka:
Ty swego konika nad złoto szacujesz,
Co milę ujedziesz, to i to żałujesz;
Milszy mi wieniec i cnota,
Niż twój koniczek ze złota.

Szlachcic:
A mój koniczek przez morę prepłynie,
A twój wianeczek na bregu zaginie.
Wdówka:
Milszy mój wieniec i cnota,
Niż twój koniczek ze złota.

Kończy się pieśń tern, że wdówka rekuruje:
Ej fora, fora, ej z domu mojego.
Wolno odjechać do kogo inszego:
Ja cię z przyjaźni ruguję,
I za kochanie dziękuję.

ćwirkówna śpiewała również znaną ogólnie pieśń smętną,
na tle której Mickiewicz osnuł swoje »Lilie«.
Dalej podaje autor zapamiętany »Mazurek« następujący:

*) Widocznie autor zapomniał tej zwrotki, ale na podstawie zapisków
S. Udzieli z roku 1877 według słów Konopackiego z Wołynia brzmiała ona:

—------------— --- —S--S--1 "
—17“"------* — -P
a- - AL
S -Ą —■ ■ . h -r> •
LuT---1
les , H
>. u - ■ * •
* * r
LES -Jü
-----—
■ ’ > * > :
-1—1 taśćki

konkurentem.

Niechaj ko • ników nie tru-dzę,

siebie i

“Tl

aśćki nie nudzę.-

216

LITERATURA

Ona:
Ja za ciebie taj nie pouidę,
Bo ty u karty grasz, grasz.

On:
A ja ciebie taj nie weznę
Brudne nogi masz, masz.

Ona:
A ja pouidę do jeziora
I pomyję nogi,
A ty pregrasz sto tysięcy,
Będziesz pan ubogi.

On:
A ja pregram, czy nie pregram,
To dla mnie nie wiele;
A ty głowy nie czesała
Już sztyry niedziele.

Zatem rozbrat. Szlachcic odjeżdża, żeby swoją zgryzotę
rozpędzić, gdzieś tam na wojniej ale ciągle ukochana nie wy­
chodzi z myśli:
Orlik, orlik, orliczątko,
Jak wysoko latasz,
Powiedzże mi czystu praudu,
Gdzie się. tu obracasz ?
Powiem tobie czystu praudu,
Praudu nie zawiedzionu.
Ze już twoja kochaneczka
Do szlubu wiedziona.
Siedzić panna u kamory
Między paniętami,
Jako miesiąc najjaśniejszy
Między zoronkami.

Panna Cwirkowna wiele jeszcze innych pieśni śpiewała,
ale autor po jednej zwrotce z niektórych tylko pamięta i tak:
Oj na mory, na okręcie,
Panna z turkiem u karty hraje,
I hrajuczy list pisaje.

Dalszego ciągu tej pieśni zupełnie sobie nie przypomina —
pamięta tylko jej treść, podając ją do wiadomości temi słowy:
Panna popadła się bisurmanom do niewoli, pisze listy do
rodziców, żeby ją wykupili z jasyru, ale niema i niema odpo­
wiedzi. Wierny kochanek dowiaduje się o tern, siada na konia,

LITERATURA

217

odszukuje swoją miłą i powraca z nią do domu. Rozumie się —
pieśń kończy się weselem.
Wreszcie przypomina sobie autor, jedną piosnkę, w której
kochanek wyraża swoją tęsknotę i robi porównanie:
Albo ja karszun, co dziere kurycu,
A ona kryczy, bo czuje tęsknicu:
Ach! ach! zmiłuj się, nie kpij też z mienie
Na tobie drogie mosiędzu pierścienie.

Nie przestając na samych piosnkach, przytacza autor sły­
szane opowiadanie, przeplatane wesołemi zwrotkami do śpie­
wu, jak herszt złodziei zabawiając wieśniaków w karczmie gra
na skrzypcach i śpiewkami, tymczasem okradli ich porządnie
we wsi jego wspólnicy:
»Oto we wsi, w niedzielę, zebrali się włościanie w kar­
czmie, piją wódkę i gawędzą. Tymczasem pod wieczór przy­
szła do wsi szajka złodziei. Naczelnik szajki w karczmie gra
na skrzypcach i przyśpiewuje, a złodzieje rozbiegli się po wsi
na kradzież. Włościanie słuchają pieśni i gry skrzypaka. śmieją
się, traktują go wódką. Tymczasem jeden ze złodziei przycho­
dzi i powiada na ucho swemu naczelnikowi, że jest zboże, ale
skąd wziąść miechy? Na to grając i przyśpiewując, herszt od­
powiada:
A soroczka czy nie miech, czy nie miech,
A pomoczy, czy nie zawiązki?

Złodziej odchodzi. Szajka zapełnia koszule swoje zbożem,
a włościanie się śmieją, niczego się nie domyślając.
Drugi złodziej przychodzi i mówi na ucho hersztowi, że
jest krowa, ale jak z nią postąpić? Na to odpowiada herszt:
A korouku, ostrorożku
Wywiedzicie na dorożku,
Prowiedzicie za horu, za horu,
A ja was dohoniu, dohoniu.

Włościanie śmieją się do rozpuku. »Ot i hraje i prypiewaje«! Skrzy pak kłania się i odchodzi, suto utraktowany, a na­
zajutrz biedacy okradzeni widzą, że byli ofiarą przebiegłych
oszustów 1).
W okolicach Słucka urządzało tamtejsze obywatelstwo
polowania na łosie, niedźwiedzie, dziki i wilki, poczem następywała wesoła uczta i poufała gawęda. Nie obeszło się również
bez hucznych zabaw i tańców. Od czasu do czasu urządzano
także wesołe kuligi od dworu do dworu. Towarzystwo przy­
bywało do jakiegoś dworu i tu kilka dni ochoczo się zaba­
wiało, a potem, zabrawszy ze sobą gospodarza, udawrało się
*) Podobne opowiadania znane są u nas wszędzie. Prsyp. Red.

218

LITERATURĄ

do następnego. Kulig trwał czasem i dwa tygodnie. Wówczas^
gospodynie popisywały się sztuką kulinarną tak w potrawach,
jak i napojach, a wszystko sporządzały tylko z podręcznych,
materyałów, po gospodarsku, z czego też Litwa słynęła.
Mieszczaństwo wzorowało się na zabawach szlacheckich,,
i urządzało u siebie reduty, na których popisywano się tańcami.
Aydzi w Słucku dawniej bez względu na swój stan ma­
jątkowy byli wszyscy skrzętni, karmili się bardzo nędznie, po­
zwalając sobie na pewne wygody tylko w szabas, a niechluj­
stwo ogromne panowało u nich i w odzieży i w domach.
U mężczyzn ogolone głowy, pokryte jarmułkami, z pod któ­
rych wisiały pejsy, ubiory czarne, długie, wązkie, w jakich
przywędrowali z Niemiec do Polski i Litwy. Ubiór kobiet ró­
wnież był niepiękny. U zamężnych wygolone głowy, pokryte
kapturkiem, do którego przyszywały tak zwane muszki, u bo­
gatych naszyte perłami. Obwiązywały sobie głowy także weł­
nianymi chustkami, zwitemi w rodzaju zawoju. Spódnice miały
krótkie, wązkie, staniki krótkie aż pod . łopatki, a na nogach
pantofle na korkach, bez tylnej części tak, że przy chodzeniu
podeszwa oddzielała się od pięty i wydawała łoskot w rodzaju
klekotki. Przedewszystkiem zaś czuć było od nich nieznośny
odór: była to mieszanina cebuli, czosnku i ryby z dodatkiem
zapachu, właściwego semitom, a jak się później autor przeko­
nał, całemu plemieniu afrykańskiemu. Niektórzy też, lak autor
powiada, nie znając tej fizyologicznej właściwości rasy, wymy­
ślili, że »nasi /jydzi muszą pochodzić do tych buntowników,
co na puszczy sarkali przeciw Mojżeszowi, a wówczas więcej
winnych pochłonęła zaraz ziemia, a mniej winnych i ich po­
tomków Mojżesz za karę napuścił zapachem potu na wieczne
czasy«. Wszystko to więc sprawiało, że w Żydach było coś an­
typatycznego.
Poziom oświaty stał u nich na bardzo niskim stopniu;
jeden z nich tylko Kantorowicz był uczony, ale w piśmie św.,
a mimo to współwyznawcy podejrzy wali jego uczoność i uwa­
żali go za massona. Zresztą Żydzi byli bardzo religijni i ściśle
obserwowali swój zakon. Do synagogi przyzywali ¡ch kanto­
rowie trzykrotnem uderzeniem młotka we drzwi z przeciągłym
śpiewem: »giej szularain«! (geh Schul herein). W synagodze
kantor, czy rabin podczas nabożeństwa prześpiewywał cienkim
trelistym motywem strofę trenów Jeremiasza, a gdy ją kończył,
wszyscy bili się w piersi, coś śpiewając, dotąd, dopóki uderze­
nie w bębenek nie przerwało żałosnych śpiewów. To powta­
rzało się za każdą strofą tychże trenów.
Fanatyzm u Żydów wr Słucku był wielki i zacięty do tego
stopnia, że przejście Żyda na jedno z chrześcijańskich wyznań
było tam istotnie wprost niemożliwem, bo neofita znikał wnet
bez śladu, widocznie sekretnie go zabijali. Aby zaś takich

LITERATURA

219

śmiałków odstraszyć od zmiany swego wyznania, urządzali
¿ydzi ciekawy w swoim rodzaju dramat na ten temat przy
każdej sposobności podczas uroczystości swoich, a bardzo
chętnie czynili to w obecności zaproszonych chrześcian, do któ­
rych nieograniczoną czuli nienawiść.
Raz byliśmy proszeni na wesele do jednego z bogatych
Żydów, pisze autor. Po zwyczajnych ugoszczeniach winem ro
dzynkowem, które mi się wydawało bardzo smacznem i ciastami
żydowskiej roboty, nagle wystawili stoły i na nich przedsta­
wili nam niewielką sztukę dramatyczną, której treść była na­
stępująca: Jedna młoda żydówka zakochała się w chrześcianinie, co było zgrozą dla prawowiernych, sfanatyzowanych Żydów.
Cała familia stara się perswadować, ale, ani perswazye, ani
groźby nic nie pomogły. Wtedy wstaje z grobu babka dzie­
wicy, owinięta w prześcieradło i zaśpiewała niemiecko-żydowskim żargonem;
Aus dem Grabę gestunden,
Und zu di (dir) gekumen,
0 Madehen! 0 Madchen!
Willst du zu Hause gehen?

Ale i to nie pomogło. Widmo wtedy znikło. Następnie
włażą na stół czterej szatani, ubrani w ułańskie mundury z po­
marańczowymi rabatami, w pomarańczowych kaszkietach, przy
szablach, i schwyciwszy wołającą na gwałt dziewczynę, unoszą
ją do piekła. Tern się skończyła reprezentacya.
Żydzi, korzystając z braku muzyki w Słucku, a mając
w tem interes materyalny, utworzyli sami chór muzyczny, czyli
tak zwaną kapelę, a głównym jej dyryżerem był cyrulik Zelik.
Jemu też ma zawdzięczać Słuck sławny w owym czasie marsz,
skomponowany przez niego, który sam wygrywał z wielkiem
uczuciem, zamrużywszy oczy i pochyliwszy na bok głowę.
Wszystkie wogóle sztuczki i tańce tej kapeli miały charakter
skoczny, a zarazem i smętny, co komiczne na słuchaczu robiło
wrażenie. Późniejsza kapela wyrzuciła ten marsz zupełnie ze
swego repertuaru.
Autor nie zapomniał również wspomnieć o sąsiadach
Słucka, podając chociaż krótkie szczegóły z ich życia. I tak
nadmienia, że Poleszuki i Pinczuki stali wtedy, jak i teraz na
bardzo niskim stopniu oświaty. Wierzą oni w czarowników
i czarownice, znachorów i znachorki, leczą wszystkie choroby
zamawianiami. szeptaniem i magnetycznymi pasami, nie podejrzywając nawet tego, że to jest magnetyzm. ■ Naród ten boi
się znachorów, a osobliwie znachorek, żeby nie napuścili jakiego
uroku czyli czarów na ludzi lub bydło. O znachorach rozpowia­
dają całe legendy, jak zamawiają krew, odbierają mleko krowom,
jak nasyłają lub niszczą miłość między ludźmi i t. p. Polesie
całe zasiane jest bagnami i trzęsawiskami, które można tylko

220

lólTERATURA

przebyć po grobelkach pływających, złożonych z brusów po­
wiązanych podłużnymi brusami i powiązanych łykiem, a które
to grobelki pod ciężarem kolaski i czterech koni pogrążają się
w wodzie, a później znowu wypływają, wskutek czego też
przeprawa taka jest bardzo niebezpieczna. Po Prypeci pływają
już nie tylko małe statki, jak szuchaleje (statki z jednej sztuki
wydrążonego dębu, z rozłożystem, położonem na brzegach jego
zabudowaniem z desek), bajdaki i duby, ale nawet i wiciny
(statki, mające kształt podługowaty, z obu końców zaokrąglony,
spód płaski zupełnie, brzegi niewysokie). Na tych statkach prze­
wożą produkta leśne aż do Kijowa, a stąd do Chersoń u. Z prze­
praw po Prypeci opowiadają ciekawe historye o żarłocznych
sumach; między innemi jednę, że sum porwał kilkoletnią dziew­
czynę, kąpiącą się na brzegu tej rzeki, wciągnął w głębinę
i nieżywej odgryzł rękę.
Wspomina wreszcie autor, że około Słucka, jak i w całej
Litwie są osady Tatarów trudniących się rolnictwem, chowem
koni, bydła i owiec, wyrobem skór, a wsławili się wyrobem
safianu
Do Słucka były przypisane także tabory cygańskie, ko­
czujące w różnych miejscowościach. Mieli oni własnego króla,
który miał swoją rezydencyę koło miasteczka Siemieżowa. Pod­
czas poboru do wojska król cygański przyjeżdżał do Słucka.
Był ubrany w czerwony kontusz z sutym pasem, miał na
głowie wysoki kołpak futrzany z czerwonym wierzchem,
a w ręku nosił długą buławę. Władza jego nad cyganami była
nieograniczoną. Cyganie nie łatWo dawali się brać w rekruty,
a więc też, gdy w r. 1827 przybył do nich burmistrz Słucka,
Pliszka, dla poboru rekrutów, poniósł tam śmierć; roztrzaskano
mu bowiem głovvę nasieką (laską atamańską).
Wspomnienia o Słucku czyta się z przyjemnością, bo
chociaż pisane bezpretensyonalnie, tchną na każdem miejscu
gorącem przywiązaniem autora do tego skrawka ziemi naszej
i zachowują nam wiele ciekawych rysów kulturalnych nie tak
odległej, a już minionej przeszłości.
Bolesław Tyne.
Henryk d’A!meras: „Małżeństwo u różnych narodów“. Przekład
Maryi Rodysowej. Bezpłatny dodatek dla prenumeratorów
»Tygodnika Ilustrowanego« Warszawa. Nakład Gebethnera
i Wolffa 1904.
W dziełku tern zebrał autor mnóstwo bardzo ciekawych,
a dla ludoznawstwa ważnych szczegółów, za pomocą których
wykazuje stopniowy postęp i kształtowanie się pożycia męż­
czyzny z kobietą, począwszy od stanu dzikości, gdy mężczyzna
uważa kobietę za łup i obchodzi się z nią, jak ze złowionem
zwierzęciem. Lepszą dolę zyskała kobieta, gdy ją mężczyzna

LITERATURA

221

uważał za towar, jako życiodawczynię swych dzieci, za istotę
wartościową. W epoce hierarchicznej Chrystyanizm, biorąc
w opiekę słabych i uciśnionych, podnosi kobietę na najszla­
chetniejsze wyżyny, jednak i wtedy mąż posiada nad żoną wła­
dzę ojcowską, ale też i po ojcowsku nią się opiekuje. W ostat­
niej zaś dobie, w epoce prawa cywilnego, małżeństwo staje
się aktem, obdarzającym kobietę względną swobodą przez przy­
znanie obustronnych praw, nie uznających wyższości, ani władzy
mężczyzny nad kobietą. Przemiany te następują jedne po drugich
w miarę podnoszenia się cywilizacyi wogóle, to też nawet
w obecnych czasach równocześnie ze wszystkimi stopniami
tego pożycia u różnych ludów spotkać się można. Małżeństwo
u pierwotnych, jak i obecnie u ludów źyjących w stanie dzi­
kości, nie jest wynikiem jakichś szlachetniejszych uczuć, owszem,
kobieta jest uważana za istotę daleko niższą, jest też wzgar­
dzoną niewolnicą mężczyzny, dzierżącego nad nią prawo życia
i śmierci.
Najpierwotniejszą formą małżeństwa była monogamia, już
przez samą naturę wskazana, która jednak z biegiem czasu
przekształcała się u różnych ludów to w poliandryę (wielomęstwo), to w tak zwane »stowarzyszenia małżeńskie«, polega­
jące na tern, że nie jednostka, lecz rodzina się żeni do wspól­
nego ze sobą pożycia małżeńskiego, to znów w poligamię (wielożeństwo).
W krajach europejskich małżeństwo przybierało formy
coraz szlachetniejsze, podczas gdy Wschód zamknął się w swo­
ich błędach i uważa je za nietykalne prawo.
Przy zawieraniu małżeństwa przechowały się od najda­
wniejszych czasów aż do dnia dzisiejszego różne obrzędy i ce­
remonie, w których przejawia się dusza i charakter narodu.
W siedmiu rozdziałach tego dziełka przechodzi autor kolejno
wszystkie wspomniane formy małżeństwa illustrując je obficie
zwyczajami i ceremoniami przy tern zachowywanemi. A więc
porwanie i kupno u dzikich, gdzie często zdarza się tak wspól­
ność kobiet, jak i mężczyzn, że wszystkie kobiety należą do
wszystkich mężczyzn, — małżeństwo u ludów starożytnego
Wschodu, u muzułmanów i mormonów, gdzie przeważa namię­
tna zmysłowość i pragnienie zapewnienia sohie licznego po­
tomstwa. Dziewictwo uważane było za godny kar piekielnych
występek (Zoroaster). W państwie babilońskiem sprzedawano
kobiety przez licytacyę w tym celu, aby też i najbrzydsze,
otrzymawszy za sprzedane dziewczęta pieniądze, mogły dostać
mężów. Ciekawy jest opis rządów kobiet w starożytnym Egip­
cie, — prawem dozwolona poligamia u Hebrajczyków, —
życie kobiet w haremach muzułmańskich, — zwyczaje przy
zawieraniu małżeństwa u Arabów, Żydów, Chińczyków i Ja­
pończyków, a wreszcie Marmonizm.

222

El I ERATURA

Osobny rozdział poświęca autor opisowi małżeństwa i sto­
sunku kobiety do mężczyzny w starożytnej Grecyi i Rzymie,
wykazuje, jak wielką była zależność kobiety w Grecyi, jak su­
rowe były prawa rzymskie. póki zbytek i bogactwa nie wpły­
nęły na rozluźnienie obyczajów. Rozluźnienie to doszło w Rzy­
mie do tego stopnia, że na bezźennych kary nakładać musiano.
Piękny jest opis zwyczajów weselnych tak w Grecyi, jak w Rzy­
mie, gdzie długo zachowywano zwyczaj przypominający por­
wanie Sabinek.
Historyę małżeństwa u Gallów i Franków od zawiązku
państwa Franków aż do dzisiejszych czasów kreśli autor w roz­
dzielę ósmym bardzo szczegółowo. Dość wymienić kilka pun­
któw wytycznych, aby się przekonać, że autor dał nam dokła­
dny obraz rozwoju małżeństwa od stanu najcięższej niewoli
kobiety, aż do zupełnego zerwania nawet pozoru zależności
w tak zwanej emancypacyi kobiet. »Dziwne to« -— powiada —
czasy, gdzie wszyscy upominają się o prawa, a nikt nie wspo­
mina o obowiązkach«. Ważniejsze punkta tego rozdziału są:
Małżeństwo królewny Gyptis, Poligamia w epoce Merowingów,
Kobieta chrześcijańska, Małżeństwo w poddaństwie, Małżeń­
stwo skazańców, Kobieta w okresie -XV. do XIX. w. Małżeń­
stwo i kodeks cywilny. Wyludnienie we Francyi i jego przy­
czyny, Dlaczego obecnie mniej się żenią? Chciwość mężczyzn
i próżność kobiet, wreszcie Emancypacya kobiet.
W ostatnim rozdzielę zastanawia się nad wiarołomstwem
i karami za nie, nad rozwodem i wpływem jego na małżeń­
stwo.
Ale najciekawszy jest dla nas rozdział piąty, w którym
autor pod tytułem: »Uczucia młode, a stare zwyczaje«, opisuje
dawne zwyczaje małżeńskie we Francyi i w innych krajach
Europy, wróżbiarstwo i jarmarki małżeńskie. Ze względu na
podobieństwo tych zwyczajów7 ze zwyczajami ludu polskiego
niepodobna pominąć przytoczenia choćby kilku dla porówna­
nia. I tak: W Ardenach, w Trzy Króle, młode dziewczę, zanim
się spać położy, kładzie pod poduszkę lustro ze złożoną na
krzyż parą pończoch i grzebieniem. Opiera następnie o łóżko
lewą nogę i mówi jednym tchem: Witajcie, trzej królowie,
Święci monarchowie, Święty Kacprze i Melchiorze, I ty, święty
Baltazarze; Niechaj ja zobaczę we śnie Tego, co mię kiedyś
weźmie. Żegna się następnie trzykrotnie lewą ręką i zasypia,
nie wymówiwszy więcej ani słowa. Kolebka widziana we śnie,
zapowiada ślub w przeciągu roku, anioł lub trumna są wróżbą
rychłej śmierci. W dzień Trzech Króli dziewczęta wstają o pół­
nocy, zapalają przed lustrem świecę i odmówiwszy 3 Żdrowaś
Marya, wpatrują się w zwierciadło, by zobaczyć swego przy­
szłego. Gdy nic nie zobaczą znaczy się im staropanieństwo.
W Wogezach młode dziewczęta, obudziwszy się rano w dzień

I.ITKRAI URA

223

św. Mikołaja mówią: »Święty Mikołaju stary, Co dobierasz ludzi
w pary, Pamiętaj o mnie, Chłopczyka mi daj«.
W wigilię Matki Boskiej Gromnicznej dziewczę zwraca
się plecami do ognia i rzucając garść popiołu na płonące gło­
wnie, stara się przykryć je jak najprędzej i mówi: »Płomyku,
płomyku, Czerwony ogniku. Niech |a dziś zobaczę we śnie,
Tego, co mnie kiedyś weźmie«. Gdy chce wiedzieć, z której
strony przybędzie, wchodzi przed wschodem słońca na kupę,
nawozu i rzuca za siebie trzewik. W jakim kierunku zwróci
się nosek trzewika, stąd przyjdzie narzeczony. Wieśniaczki ro­
bią z pakuł trzy laleczki, kładą obok siebie, a następnie środ­
kową podpalają. Ma ona wyobrażać wróżącą, a boczne jej kon­
kurentów. Do którego z nich najpierw zwróci się płomień, tego
los przeznacza jej za męża.
W Alzacyi dziewczyna ugniata z ciasta chłopca, zjada go
i stawna obok swego łóżka dwie szklanki, jedną z wodą, dru­
gą z winem, a kładąc się spać mówi: »Święty Andrzeju! luż
idę do łóżka, Niechaj zobaczy we śnie moja duszka Sądzonego,
kochanego, Czy młodego, czy starego«. Przyszły mąż ukazuje
się w nocy. Jeśli weźmie za wdno, będzie bogaty, jeśli wodę,
ubogi.
W Lannion, w północnej Francyi, na św. Michał podczas
jarmarku, trwającego trzy dni, trzeci dzień przeznaczony jest
na zrękowiny i nosi nazwę targu zamiennego. Przedmiotem
wymiany są serca. Dziewczęta przechadzają się w alei wiodą­
cej do portu, a młodzież męska zbiera się w sąsiedniej alei,
potem zbliża się parami. Gdy która para porozumie się ze
sobą dziewczyna na znak zaręczyn daje nieść swój parasol.
Podobny jarmark odbywa się na św. Michał w Finisterze.
W Ardenach jest zwyczaj, że w kościele przed mszą pan młody
daje zakrystyanowi 13 sztuk drobnej monety. Leżą one na tacy
naokoło ślubnej obrączki. Podczas ślubu ksiądz bierze obrączkę
i 3 sztuki monety i podaje je narzeczonemu, który obrączkę
wkłada na czwarty palec lewej ręki narzeczonej, a do prawej
wsuwa jej pieniądze. Ma to oznaczać, że mąż winien żonie
utrzymanie. Dużo kobiet przechowuje te pieniążki, jak relikwie
i każę je sobie po śmierci kłaść do trumny.
W okolicach Meaux po ślubnej mszy drużbowie i druchny
przynoszą do przedsionka kościoła ogromną wazę i wręczają
ją proboszczowi. Ksiądz podnosi pokrywę, z pod której wyla­
tują dwa gołębie z nóżkami przewiązanemi wstążką. Gołąbki
odlatują, a drużbowie nalewają do wazy wina i wszyscy obe­
cni piją z niej po kolei.
W Szwecyi podczas uczty weselnej panna młoda wstaje
od stołu, bierze srebrną czarę napełnioną wódką i podaje ją po
kolei do wypicia każdemu z obecnych. Towarzyszy jej przy tern

224

LITERATURA

z talerzem w ręku ktoś znaczniejszy, któremu goście składają
pewną daninę, przeznaczoną na nowe gospodarstwo nowożeń­
ców.
Stanisław Czaja.

C. Bibliografia.
Bujak Franciszek. Studya nad osadnictwem Małopolski. Część L

Odbit. z t. XLVI1 Rozpraw wydz. histor.-filozof. Akadem.
Umiej. Kraków 1905, 8-ka, str. 257 z mapą i 6 ryc. w tek­
ście.
Ciszewski Stanisław. Kuwada, studyum etnologiczne. Odbitka
z t. XLVIII Rozpr. wydz. histor.-filozof. Akad. Umiej. Kra­
ków 1905. 8-ka, str. 59.
Eliasz Walery Radzikowski. Ubiory w Polsce i u sąsiadów w wie­
ku XV z rysunkami na 13 tablicach. Ogólnego zbioru
część IV. Kraków 1905, 4-ka, str. 28.
Gregor ks. Józef. Mapa Górnego Śląska z uwzględnieniem sto­
sunków językowych, granic powiatowych i kolei żelaznych.
Mikołajów 1904, 4-ka, skala 1:0000000.
Mieczników E. O naturze ludzkiej. Zarys filozofii optymistycznej.
Tłum, z franc. Feliks Wermiński. Warszawa 1905, 8-ka,
str. 305.
Radliński Ignacy. Apokryfy judaistyczno-chrześcijańskie, księga
wstępna do literatury apokryficznej w Polsce, Lwów 1905,
8-ka, str. 219 i 5 nieliczb.
SPROSTOWANIE.

W artykule pod nap.: »Z wierzeń i przesądów ludu na
Podhalu« wszędzie zamiast Josiek winno być Jasiek, a nadto
na str. 52, wiersz 5 z góry zamiast pręsło ma być przęsło. Na
str. 53 zamiast na Suchołońskim ma być na Gubałowskiem, wre­
szcie na str. 54 zamiast Wojciech Wolczak powinno być Woj­
ciech Walczak.
Na str. 80 w odsyłaczu 2 powinno być: liche siano =
szuwar.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.