f559e816cd989ba7c243ac35a015b84f.pdf

Media

Part of Ludność polska w Stanach Zjednoczonych Ameryki północnej / Lud, 1905, t. 11

extracted text
Ludność polska w Stanach Zjednoczonych
Ameryki północnej.
Napisał

Dr Michał Janik.

Daleki od myśli, abym się kusił o wyczerpujące sprawo­
zdanie z tak rozległego i niesłychanie zajmującego przedmiotu,
jakim jest stan kolonizacyi naszej na ziemiach Stanów Zjedno­
czonych Ameryki północnej, przedstawię tylko w krótkości re­
zultat własnych spostrzeżeń, jakie poczyniłem w dwukrotnych
wycieczkach za ocean Atlantycki. Pobyt mój na ziemi Ameryki
wynosił w całości zaledwie pięć miesięcy, a więc czas niewy­
starczający, aby rozejrzeć się dokładnie po niezmiernych prze­
strzeniach między New Jorkiem a St. Francisco, między półwyspem Florida a daleko na północ wysuniętą Alaszką. Zwie­
dziłem jednak wszystkie prawie kolonie wielkomiejskie i nie­
które osady rolnicze; zresztą polegam na informacyach dobrze
z przedmiotem obznajomionych osób trzecich i na wiadomo­
ściach słabo niestety rozwiniętej polsko-amerykańskiej prasy.
Najwięcej cenię sobie spostrzeżenia osobiste, a tych, mimo
wszystko, bardzo było wiele; wynik ogólny powinien zaintere­
sować każdego, kto zajmuje się w jakikolwiek sposób przeszło­
ścią, teraźniejszością i przyszłością ludu naszego i narodu.
Skromna, choć pod wielu względami bardzo ciekawa, lite-

250

DR MICHAŁ JANIK

ratura wychodźcza dopiero w bieżącym roku zdobyła się na
zarys swoich dziejów, w którym ks. Wacław Kruszka
w bardzo lakoniczny sposób opowiada o początku, wzroście
i rozwoju dziejowym osad polskich w Północnej Ameryce.
Z dawniejszych rzeczy o emigracyi chlubnie wyróżnia się
Henryka Nagła: Dziennikarstwo polskie w Ameryce i jego
30-letnie dzieje (Chicago 1894), sumienne studyum nad waż­
nym objawem życia umysłowego amerykańskiej Polonii. Zasłu­
guje jeszcze na uwagę Modesta Mary ań s k i e go: O emigracyi, a w szczególności o emigracyi polskiej do Stanów Zje­
dnoczonych północnej Ameryki i o koniecznej potrzebie jej zor­
ganizowania (Chicago 1898). Nieliczny poczet innych publikacyi z tego zakresu nosi raczej charakter wrażeń podróżnych
i należy do piśmiennictwa europejsko polskiego’)■ Wspomniany
już ks. Kruszka jest w posiadaniu obfitych i cennych materyałów, których oby jak najrychlejsze a całkowite wydanie będzie
dla Ameryki bardzo poźytecznem, a dla nauki historyi polskiej
stanie się w swoim zakresie rzeczą pierwszorzędnej wartości.
Tradycya polsko-amerykańska sięga czasów przedkolumbowych. Uświadomieni Polacy amerykańscy z wielką czcią
przechowują podanie o Mazurze, Janie z Kolna, który jako ko­
mendant duńskich okrętów już w r. 1476 zawinąć miał do
brzegów Labradoru. Z czasów’ przed walką o niepodległość
kronika amerykańska zapisała przybycie Zborowskich w r. 1562
i polskiego nauczyciela niewiadomego nazwiska, którego kolo­
niści holenderscy z Manhattan Island sprowadzili w°r. 1659.
W walce o niepodległość odznaczyło się kilku Polaków, a pod­
ręczniki historyi ojczystej dla najmłodszej dziatwy amerykań­
skiej zapisały nazwiska Kościuszki i Pułaskiego. Nieco później
spotykamy Jezuitów białoruskich i Niemcewicza, potem niektó­
rych rozbitków z wyprawy Jabłonowskiego na San Domingo,
a nareszcie emigrantów politycznych z r. 1831, z r. 1848 (a mię­
dzy nimi zmarłego w Waszyngtonie dyktatora Tyssowskiego)
i z r. 1863. le zastępy oświeconych a poniewolnych wychodź­
ców z natury rzeczy musiały się rozpłynąć w kulturalnie, ple­
miennie i religijnie obcem zbiorowisku. Emigracya sporadyczna
4) Tu należy n. p. książka p. Dunikowskiego, ks. Pindora i M. Ja­
nika Z wycieczki do Ameryki (Cieszyn 1900).

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

251

nie mogła wydać rezultatów, chociaż niektóre jednostki usi
łowały wytworzyć dla siebie pewien rodzaj łączności, czego
dowodem już w r. 1863 wydawane w New Jorku pierwsze
czasopismo polskie, p. n. »Echo z Polski«. Wytłaczano je uSchriftgiessera, podobno żyda polskiego z Królestwa. Pismo to ze­
brało nawet dość ładny fundusz na rzecz sympatycznego wów­
czas dla Ameryki powstania styczniowego, a wśród ofiaroda­
wców między innymi figurują »Polacy wyznania mojżeszowego«
i Czesi. Żywot tego pisma był niestety efemeryczny.
Moment przełomowy stanowi r. 1870, w którym emigracya stała się ludową i od kiedy zaczęli napływać liczni wy­
chodźcy ze Ślązka, z Poznańskiego, z Prus i z ziemi Kaszu­
bów. Pośród tych emigrantów przeważnie z pod zaboru pru­
skiego nie wiele było stosunkowo mieszkańców Galicyi, Kró­
lestwa i Litwy. Ci pojawili się nieco później, gdy ruina materyalna ze zdobytą po zniesieniu pańszczyzny wolnością i z krze­
wiącą się powoli oświatą kazały szukać ludowi polepszenia
bytu na drugiej półkuli. Prąd wychodźczy trwa nieprzerwanie
aż do chwili dzisiejszej. Pod względem narodowym ucierpiały
na tern szczególniej Prusy, gdzie wysprzedawano się całemi
osadami, pozostawiając ziemię przeważnie w rękach niemie­
ckich. Dla ścisłości należy przypomnieć, że pierwsza ludowa
fala wychodźców napłynęła ze Ślązka pruskiego już w r. 1854.
Przybyło wówczas trzysta śląskich rodzin do Texas i założyło
rolniczą osadę, p. n. »Panna Marya«, a pierwszym jej organi­
zatorem był również Ślązak, ks. Leopold Bonawentura Marya
Moczygemba.
Statystyka urzędowa z r. 1900 podaje liczbę źyjących na­
szych wychodźców w sumie 383,595 osób. »Spis ten l) obejmuje
tylko takich Polaków, którzy przybyli ze starego kraju, a nie
tych, którzy się w Ameryce urodzili; nadto nawet przybyłych
ze starego kraju urzędowy census zapisał tylko takich jako
Polaków, którzy na zapytanie: gdzieś się urodził — odpowie­
dzieli urzędnikowi jak najwyraźniej: in Poland (w Polsce). Tych,
którzy odpowiedzieli, że urodzili się w Galicyi, Prusiech albo
Rosyi, zaliczył urzędnik w poczet Niemców, Austryaków lub

*) Według książki ks. Kruszki.

252

DR MICHAŁ JANIK

Rosyan. Nareszcie tych, którzy z rodziców polskich urodzili się
już w Ameryce, raczył census zaliczyć nie do Polaków lecz do
Amerykanów. Dodawszy więc pominiętych przy spisie i uro­
dzonych już w Ameryce, nareszcie przybyłych po r. 1900, otrzy­
mamy prawdopodobną cyfrę około dwóch milionów chrześcijan
Polaków, zamieszkałych w 810 osadach, skupionych w 517 pa­
rafiach polskich pod opieką 546 księży polskich. Cyfra dwóch
milionów, chociaż nie jest ścisłą, nie jest jednak przesadzoną,
o ile uwzględnia poczuwających się jeszcze do narodowości
polskiej, a według informacyi, czerpanych u Amerykanów, jest
za skromną, o ile uwzględniałaby osoby pochodzenia polskiego,
których wielka część uważa się dzisiaj już za Amerykanów,
i zna tylko amerykański patryotyzm. Nie bezprzedmiotową wydaje mi się na tern miejscu uwaga, że Stany Zjednoczone wy­
twarzają raptownie odrębną narodowość, która, posługując się
językiem angielskim i biorąc udział w angielskiem życiu umysłowem, nazywa się jednak amerykańską. W skład jej wcho­
dzą szybko ludzie różnego pochodzenia narodowego, którzy ani
powiedzieć sobie nie dadzą, ani zrozumieć nie chcą, że ame­
rykańskie pochodzenie nie przesądza jeszcze amerykańskiej na­
rodowości. Nie wystarcza im nawet taki argument, że euro­
pejskie pochodzenie nie oznacza europejskiej narodowości. Czyn­
niki wpływowe krzewią tego rodzaju hasła w dobrze zrozumia­
nym interesie assymilacyjnym, który w połączeniu z przekona­
niem o wyższości cywilizacyjnej języka angielskiego zdobywa
bez przeszkody znakomite rezultaty. Zostać Amerykaninem
i być za Yankesa uważanym—to szczyt marzeń wychodźców
europejskich, nieraz już w pierwszem, a z reguły w dalszych
pokoleniach. Wyjątki nie mogą być brane dzisiaj w rachubę.
O ile zauważyć mogłem, — proces ten rozwijać się będzie
w dalszym ciągu z nieubłaganą konsekwencyą.
Czy moglibyśmy otrzymać dzisiaj dokładną cyfrę Polaków
amerykańskich. Byłoby to możliwem w odniesieniu do osób
chrześcijańskich. Takiego jednak spisu nie podejmie się rząd,
któremu nic nie zależy na konserwowaniu narodowości, gdyż
utrudniłoby mu to tylko inne zadania kulturalne. Mogliby to
uczynić proboszczowie parafii polskich, którzy ze względu na
czysto prywatny charakter wszelakich kościołów w Ameryce
mają w każdej chwili dokładny przegląd swoich owieczek. Je-

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

253

dnakże przeważna ilość księży cyfr takich nikomu nie poda,
gdyż od ilości wiernych zależy opłata grosza katedralnego,
składanego na rzecz dyecezalnego biskupa. Ponieważ zaś bi­
skupi ci są do dzisiaj bez wyjątku nie-Polakami, dlatego w spi­
sach, przedkładanych biskupom, podaje się przeważnie cyfry
możliwie najniższe. Dla tych różnych powodów cyfra Polaków
w Ameryce zamykać się będzie prawdopodobnie zawsze tylko
w granicach prawdopodobieństwa.
Ta około dwumilionowa masa polskiej ludności chrześci­
jańskiej rozpierzchła się po całej niezmiernej przestrzeni Sta­
nów Zjednoczonych i w niewielkim odsetku po Kanadzie. Znaleść ją można jako farmerów i skwaterów (squatter) w najod­
leglejszych nawet okolicach i pustkowiach, lecz przeważna ilość
skupiła się w niektórych tylko stanach i w niektórych mia­
stach. 1 tu znowu podnieść należy z radością niezwykłą ener­
gię ludu polskiego na drugiej półkuli i jego siłę ekspanzywną,
a zarazem wyznać ze smutkiem, ile Polska na tern traci, że
lud ten pozostawiono na stopniu zupełnej małoletności we wła­
snej ojczyźnie. Największa liczba polskich emigrantów zgro­
madziła się na czterech głównie terytoryach: w stanie New
Jorku, przy kopalniach węgla w Pensylwanii, nad brzegami
wielkich jezior środkowo amerykańskich i nareszcie w stanie
Texas. Na innych miejscach mieszkają tylko sporadycznie lub
w mniejszych skupieniach. Proces osiedlania się większemi gro­
madami łatwo wyjaśnić przez to, że z jednej strony swojacy
pociągali swojaków, z drugiej zaś strony zdani na łaskę losu
przedewszystkiem wśród swoich szukali przytułku. Z większych
miast amerykańskich największy procent ludności polskiej wy­
kazuje: New Jork i Buffalo w stanie nowojorskim, Pittsburg
w Pensylwanii, Cleveland w stanie Ohio, Detroit w stanie Mi­
chigan, Chicago w Illinois i Milwaukee w Wisconsinie. Po kil­
kanaście tysięcy ludności polskiej mają Baltimore, Philadelphia
i St. Louis. Niektóre mniejsze miasta amerykańskie, jak Wi­
nona w stanie Minnesota, mają do połowy ludność polską. Nie
brak Polaków w najosobliwszych dla piękności przyrody osa­
dach amerykańskich, a więc w La Salle nad kanyonem rzeki
Peoria, w Killburn City w okolicy prześlicznych łupków, przez
które przedziera się rzeka Wisconsin; mają swój kościoł w po­
bliżu najsłuszniej podziwianych wodospadów Niagary, znajdzie

254

DR MICHAŁ JANIK

ich w mormońskim stanie Utah w mieście Salt Lakę City,
zbudowali sobie kościółek w Globeville nad Colorado, nieda­
leko owego cudu świata, Yellowstone Park, który Amerykanie
nazwali ogrodem swoim narodowym (National Garden). W dzi­
kiej Dakocie i na wyspach Hawajskich, w St. Francisco i wśród
poszukiwaczy złota na Alaszce — wszędzie znajdzie się lud
polski, nie w ciemnocie i zubożeniu, lecz w dostatku i swo­
bodach wolnych obywateli amerykańskich.
Łatwo odgadnąć, na jakim gruncie poczęła się naprzód
organizować emigracya ludowa. Z kraju rodzinnego wywiozła
zaledwie niejasne poczucie przynależności narodowej. Wyjątek
stanowili wychodźcy z pod zaboru pruskiego, choć i tutaj w nie­
równej mierze. O prawach i obowiązkach społecznych żadnego
prawie nie mieli wyobrażenia i z początku nie umieli zgoła
korzystać z dojrzałości i równości obywatelskiej, któremi po
kilkoletnim pobycie obdarzało ich ustawodawstwo amerykań­
skie. Obok jędrnego zdrowia i żywiołowej energii okropna cie­
mnota — oto najdokładniejsze słowa, któremi można schara­
kteryzować nadpływające fale wychodźtwa. Wrodzone zdolno­
ści miały się objawić dopiero później i to niemal wyłącznie pod
wpływem stosunków amerykańskich. Jedynym łącznikiem emi­
grantów była wspólna mowa i fanatyczne przywiązanie do
wiary katolickiej. Na podstawie wiary powstaje też pierwsza
organizacya, a jest nią parafia polsko-amerykańska. Pierwszymi
przewodnikami duchowymi byli księża starokrajscy, którzy, stare
z ojczyzny wywożąc poglądy, traktowali parafian swoich prze­
ważnie po starokrajsku, czyli uważali ich za małoletni żywioł
roboczy. Lecz już po kilku latach stan ten zaczął się gwałto­
wnie przeobrażać, ale wskutek ciągle świeżych fal wychodź­
czych stosunki te do dnia dzisiejszego nie zostały jeszcze nale­
życie ułożone. Mimo wszystko nie można jednak nie uznać
wielkich zasług organizatorskich pierwszych zastępów ducho­
wieństwa polskiego. Bez względu na to, czy duchowni ci kie­
rowali się miłością współrodaków, czy względami samolubnymi,
rezultat usiłowań pozostał dodatnim, gdyż zorganizowane w se­
tkach parafie polskie dawały silną podstawę do dalszej pracy
kulturalnej nad ludem polskim. Niektórzy księża odznaczali się
wyjątkowym talentem organizatorskim, a do tych zaliczyć na­
leży w pierwszym rzędzie ks. Wincentego Barzyńskiego (od r.

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

255

1866), twórcy utrakwistycznego, polsko-angielskiego kolegium
św. Stanisława w Chicago i ks. Dąbrowskiego, założyciela utrakwistycznego kolegium i seminaryum duchownego w Detroit.
Oprócz ludu fala wychodźcza wyrzucała na brzegi Ame­
ryki ludzi zawodów wolnych i rzemieślników. Oto jak przed­
stawia się w tym względzie statystyka urzędowa za r. 1900.
Dla porównania przytaczam cyfry, odnoszące się do Niemców,
Polaków i Rusinów. Wyemigrowało w tym roku do Ameryki
32,797 Polaków, Niemców 13,295 i 7,987 Rusinów. Na te cyfry
ludzi zawodów wolnych (lekarzy, nauczycieli, artystów, księży,
inżynierów i t. d.) z pośród Niemców było 1096, Polaków 23,
Rusinów 2. Rzemieślników Niemców (przeważnie majstrów fa­
brycznych) było 4,660, Polaków 1865, Rusinów 33. Podobny
stosunek da się widzieć i w latach poprzednich. Żywioły inte­
ligentniejsze odegrały i odgrywają na emigracyi wybitną rolę
i z ich to szeregów rekrutowali się przeważnie ludzie, którzy
zwalczają patryarchalne rządy duchowieństwa i usiłują oprzeć
organizacyą ludu polskiego na szerokiej podstawie swobód
amerykańskich. Powstały stąd ferment, do dzisiaj nad wyraz
zaostrzony, odgrywa wielką rolę w życiu Polonii amerykań­
skiej, niejedno dźwiga do góry, niejedno w zarodku zabija.
Przewaga pozostała dotychczas w rękach duchowieństwa, a po­
chodzi to między innemi głównie z pobożności emigrującego ludu.
Najmniej zorganizowanymi są Polacy w New Jorku, bo
tworzą tam pięć tylko parafii i trzy w sąsiednim Brooklinie.
Przyczyną tego ogrom nowożytnego Babilonu i pobyt, na kró­
tki czas zamierzony. O New Jork rozbija się pierwsza fala wy­
chodźców i tutaj pochłania ich pragnienie jak najszybszego
zarobku i powrotu do kraju. Nadto przebywający tu emigranci,
których przyjmuje przy opuszczeniu okrętu Dom dla emigran­
tów św. Józefa, to przeważnie Galicyanie i Królewiacy, a więc
żywioł czysto roboczy i ciemny. Przytem o New Jork, zacho­
wujący wśród miast amerykańskich najwięcej stosunkowo eu­
ropejskich obyczajów, obijają się w pierwszym rzędzie jedno­
stki o barwie niepewnej, nieraz nawet obarczone starokrajskimi grzechami, i łowią ryby w mętnej wodzie. To miasto
ma jednakże zarazem najwięcej inteligentnych wychodźców,
którzy nawet próbowali i teraz jeszcze usiłują czasem stworzyć
na nowym gruncie wyższe i czystopolskie życie umysłowe, za

256

DR MICHAŁ JANIK

którem tęsknią i którego potrzebę silnie odczuwają. Usiłowania
to niestety chwilowe, które prędzej czy później muszą wyga­
snąć w pięciomilionowem zbiorowisku, miażdźącem i niwelującem doszczętnie działania niezasobnych mniejszości narodowych.
Najbliższy nowojorskiemu stan New Jersey wykazuje podobne
właściwości; toteż, choć oba sąsiadujące te stany mieszczą prze­
szło 400,000 Polaków, życie umysłowe polskie jest w nich,
ogólnie biorąc, najsłabsze. Wyjątek stanowi miasto Buffalo
z 70,000 Polaków i z ośmiu polskiemi parafiami, gdzie jednym
z kierowników ruchu wychodźczego jest ks. Jan Pitas, ener­
giczny wydawca »Polaka w Ameryce«. Buffalo, rezydencya nie­
zależnego biskupa polskiego Kamińskiego, posiada cały szereg
organizacyi o charakterze narodowym i biznesowym; dlatego
też przyszłość żywiołu, polskiego jest tam opartą na silniejszej
podstawie i pozwoli ciekawemu Polakowi z Europy przez dłu­
gie jeszcze czasy urządzać wycieczki w polskiem towarzystwie
do przesławnych wodospadów Niagary. Zarazem wolno się do­
myślać, że w amerykańskiej walce o byt zorganizowani Polacy
nie dadzą sobie wydrzeć należnej cząstki i zgotują dobrobyt
swojemu potomstwu.
W stanie Pensylwanii po pięć parafii polskich mają Fila­
delfia i Pittsburg. Warunki życiowe emigrantów są do pewnego
stopnia podobne nowojorskim. W Pittsburgu i okolicy ludność
polska pochodzi przeważnie z Galicyi i Królestwa i pracuje
ciężko w tamtejszych kopalniach węgla i hutach żelaznych.
Ponieważ ludność ta jest ciemną, więc walka o byt odbywa
się nierzadko w ciężkich warunkach. Wyższych form życia
umysłowego Pittsburg nie posiada i czeka dopiero na dzielnego
organizatora. Liczba Polaków w całym stanie dochodzi do
350.000 osób.
Przestronny, a słabo stosunkowo zaludniony stan Texas
liczy do dwudziestu tysięcy Polaków, osiedlonych w 34 osa­
dach. Są to przeważnie osady rolnicze, wcale zamożne, z na­
zwiskami często polskiemi, jak: Panna Marya,. Bandera, Św.
Jadwiga, Częstochowa, Kościuszko, Gazeta i Pułaski. Typ far­
mera polskiego z tych okolic jest bardzo sympatycznym. Po­
dobny typ spotyka się jeszcze na krańcach Wisconsinu, w Min­
nesocie i sporadycznie w obu Dakotach.
Najkorzystniej jednak przedstawiają się kolonie polskie

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

257

w okolicy wielkich. jezior, to jest w stanach: Illinois, Wiscon.
sin i Michigan, które liczą razem przeszło 700,000 Polaków.
Największą kolonią polską w Ameryce jest miasto Chicago,
w stanie Illinois, nazywane amerykańską Warszawą. Sami
chrześcijanie Polacy mają tutaj 19 kościołów, a między nimi
stolica Zmartwychwstańców, Stanisławowo, ma sama jedna do
40,000 parafian. Kościół ich podzielony jest na dwa piętra, na
których w niedzielę i święta równocześnie odbywają się dwie
sumy. Dwie parafie należą do Niezależnych, którym przewo­
dniczy niezależny biskup polski, Kozłowski. Chicago posiada
kolegium utrakwistyczne pod opieką Zmartwychwstańców i aka­
demią Sióstr Nazaretanek dla dziewcząt polskich. Jest ono da­
lej stolicą Związku Narodowego Polskiego i posiada od nieda­
wna jedyny w całej Ameryce Klub Polski, gdzie zbierają się
przedewszystkiem najinteligentniejsze i najruchliwsze jednostki.
Na miasto, które skupia do 200,000 Polaków, jest tego wszy­
stkiego za mało, lecz jeśli się zważy, że stworzył to lud polski
w przeciągu lat trzydziestu, trzeba przyklasnąć pięknej pracy
i obfitym owocom. — Cream City Milwaukee czyli Gród Śmie­
tankowy, jak go nazywają tamtejsi Polacy, ma 7 wielkich pa­
rafii polskich i kilka w najbliższej okolicy, tyleż ma miasto De­
troit w Michiganie. Po Chicago są to najlepiej zorganizowane
kolonie polskie, lecz ruch narodowy spoczywa w nich niestety
tylko w rękach jednostek.
Pierwszą rzeczą, o którą obok kościoła starali się emi­
granci, była szkoła, oczywiście utrakwistyczna. Szkoły te znaj­
dują się przy każdej prawie parafii, a sił nauczycielskich, zwy­
czajem amerykańskim, dostarczają przeważnie kobiety, u Pola­
ków zazwyczaj zakonnice. Nie tu miejsce rozstrzygać, czy szkoła
taka jest należytą. Stworzono je dla ochrony religii i narodowości.
W każdym razie ze względu na budynki szkolne, program nauki
i traktowanie dzieci przewyższa ona szkołę galicyjską, a ustę­
puje publicznej szkole amerykańskiej. Za kościołem i szkołą
poczęło się organizować dziennikarstwo. W tej chwili drukuje
się w Ameryce 44 gazet polskich, lecz cyfra ta ciągle się waha
i silnie stosunkowo wzrasta w czasie ważniejszych wyborów.
Wobec róźnolitych interesów w różnych stanach trudno jest
stworzyć organ jednolity. Podobnie jak w Europie, gazety pol­
skie służą głównie stronnictwom lub jednostkom, lecz i w tym
Lud. Rocznik XI.

17

258

DR MICHAŁ JANIK

względzie niełatwo znaleść jakąś myśl przewodnią. Przyczyną
tego jest między innemi i ta okoliczność, że obok dzielnych
prawdziwie dziennikarzy częściej jednak spotyka się ludzi do
zawodu tego nieprzygotowanych, nieszczególnej mocy pióra
i charakteru. Byłoby jednak krzywdą dla Ameryki nie zauwa­
żyć, że pracują na tym posterunku ludzie, którzy ze wszech
miar godni są wysokiego swego powołania. Do najpoczytniej­
szych dzienników należy: Dziennik Chicagoski Zmartwych­
wstańców, Zgoda, organ Zw. Nar. Pol., milwaucki Knryer pol­
ski o barwie postępowej i buff&loski Polak w Ameryce, or­
gan ks. Pitasa. Rolę bociana spełniał Wiarus, pozostający przez
pewien czas w rękach Niezależnych. Wobec tego, że w Ame­
ryce na każde 3000 mieszkańców przypada jedno czasopismo
angielskie, łatwo odgadnąć, jak borykać się muszą mało czy­
tane organy polskie, tem bardziej, że tańsze zazwyczaj gazety
angielskie dostarczają mnóstwa illustracyi i kilku a nawet kil­
kunastu naraz arkuszy bibuły. Toteż rola dziennikarza pol­
skiego w Ameryce, rozumiejącego ważność drukowanego słowa
polskiego, jest iście tragiczną. Ludzie ci przedwcześnie tracą
siły i dochodzą do pessymizmu, a z drugiej strony potrzeba
serca każę im czuwać na posterunku, który uważają za stra­
cony. Widok tem smutniejszy, że młodsi dziennikarze należą
nieraz do najszlachetniejszych optymistów. Rzecz oczywista, że
i na gruncie amerykańskim nie brak pism socyalistycznych.
Równocześnie z czasopismami tworzyły się organizacye
religijno-narodowe, narodowe, robotnicze i dobroczynne. Do
najpowszechniejszych należy Związek narodowy polski
ze swoją Zgodą. Organizacya ta urządza w oznaczonych ter­
minach amerykańsko-polskie sejmy. Dla scharakteryzowania
tych sejmów przytoczę słowa z listu amerykańskiego Polaka:
»Jest czemu się przysłuchiwać. Jest to jedyne całkiem wolne
kawalątko Polski i ma tyle znanych historycznych rysów«. Od
siebie dodaję, że uchwały sejmów przeważnie nie bywają speł­
niane. Widocznie Polacy amerykańscy nie mieli jeszcze czasu
pozbyć się zalet (!) starokrajskich.
Organizacye dobroczynne mają bardzo groźne nazwy,
a członkowie ich podczas parady noszą mundury wojsk pol­
skich z r. 1831. Są to rozliczni Rycerze króla Sobieskiego, Ko­
synierzy Kościuszki, Ułani Pułaskiego, Poniatowskiego, lub

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

259

iznów z mniej wojennemi nazwami: Rycerze św. Kazimierza,
św. Stanisława, św. Jadwigi, Krakusy itd. Stowarzyszenia te
są przeważnie instytucyami ubezpieczeń na życie, a ponieważ
w Ameryce na wypadek wojny wszyscy obyw’atele obowiązani
są służyć ojczyźnie, dlatego członkowie wszelakich organizacyi
tamtejszych ćwiczą się w mustrze i strzelaniu. Czynią to także
spokojni członkowie instytucyi polskich, a ponieważ występują
wtedy w wojskowych uniformach, dlatego Niemcy amerykań­
scy i europejscy piszą, jakby na ironię, o wojskach polskich
w Ameryce. Pod wpływem Związku narodowego poczęło się
organizować amerykańsko-polskie Sokolstwo, które jednak jako
językiem ćwiczeń posługuje się przeważnie angielszczyzną.
Dla pielęgnowania mowy ojczystej urządza się po różnych mia­
stach amerykańskich polskie amatorskie przedstawienia tea­
tralne. Cieszą się one licznym napływem widzów, lecz języ­
kiem amatorów na próbach jest również przeważnie angiel­
szczyzna. Przez jakiś czas noszono się z myślą zorganizowania
stałego objeżdżającego teatru polskiego. Myśl nie doszła do
skutku, choć mogła mieć widoki powodzenia, tern więcej, że
przez występy Modrzejewskiej i Kochańskiej sława aktorów
polskich została w Ameryce ustaloną. Nie doszła także do sku­
tku myśl założenia polskiego seminaryum nauczycielskiego,
choć ją kilkakrotnie na sejmach uchwalano. Przyczyną tego
jest niedługi wiek emigracyi i ogólnie biorąc polska niższość
kulturalna w porównaniu z narodami zachodu Europy, które
na gruncie amerykańskim już dawno podobne instytucye po­
tworzyły. Brak również w Ameryce do dnia dzisiejszego ban­
ków i kas polskich, które mogłyby odegrać wielką rolę w kulturalnem i narodowem życiu emigracyi. Dzisiaj głównie kończy
się i zaczyna wszystko na parafii, a niełatwo przewidzieć, co
stanie się za lat kilkanaście lub później.
Przedstawiwszy w króciuchnych zarysach i z lotu ptaka
dzieje emigracyi, musimy jej jeszcze poświęcić kilka ustępów
ogólnej charakterystyki. Jak przedstawia się Polak w Ameryce
pod względem fizycznym i duchowym, co można powiedzieć
o losach języka polskiego na emigracyi. Naprzód zajmiemy się
językiem. W Orędowniku językowym, wydawanym na wzór
galicyjskiego Poradnika językowego przez ks. Górala w St.
Francis, znajdujemy stałą rubrykę, poświęconą gwarze polsko-

260

DR MICHAŁ JANIK

amerykańskiej. Oto niektóre jej próbki: »chciałem wyrentowae
ten hauz o czterech rumach, ale niema tam żadnych akomodeszens«, albo: »wygrywał na komesie różne dense, a jego
mjuzyktyczer akompenował mu na pyjeno«, albo: grała w ameczer teatrze, ale jej ekspreszens i akszens wcale nie były najs«.
Kto nie zna języka angielskiego, dla tego gwara ta jest najzu­
pełniej prawie niezrozumiałą. Próbki te są obrazem języka
polskiego na całej przestrzeni Stanów Zjednoczonych. Mówi tak
ogół, o ile nie używa wyłącznie angielszczyzny, a inaczej mó­
wią tylko ludzie, kształceni jeszcze w Europie, nieliczni rodo­
wici Polacy amerykańscy, inaczej piszą jeszcze dzisiaj gazety.
Orędownik ks. Górala jest dowodem, że złe to staje się raźącem i powołuje ludzi dobrej woli do trudnej i niewdzięcznej,
a zarazem najszlachetniejszej pracy. Nie bez zdziwienia przy­
słuchiwałem się rozmowie dzieci polskich w polskiej wyłącznie
dzielnicy, których rodzice nie umieli sami dobrze po angielsku.
Na zapytanie, skąd wzięła się angielszczyzna w ustach takiego
maleństwa, odpowiedziano mi, że spada ona z deszczem w Ame­
ryce. Spotykałem starszych emigrantów, którzy wybornie mó­
wili po angielsku i tym językiem głównie się posługiwali, a mimo
kościoła i towarzystwa polskiego źle już mówili po polsku. Gdy
na wystawie w St. Louis rozmawiałem w ojczystym języku
z pewnym rodakiem, przystanął jakiś zaciekawiony młodzie­
niec i zapytał: czy panowie mówicie po polsku? Pytanie było
wystosowane w języku angielskim. Pokazało się, że był to syn
emigranta Polaka, który rozpoznawał jeszcze dźwięki polskie,,
lecz sam już mówić po polsku nie umiał. Słyszałem młodzież
polską, urodzoną w Ameryce, która wymawiała dźwięki polskie
w sposób zupełnie cudzoziemski. Uczniowie i uczenice szkół
polskich, którym w obrębie szkoły nakazuje się mówić po pol­
sku, rozmawiają mimo tego na wszystkich przerwach po an­
gielsku. Pewien szlachetny ojciec, który z żoną rozmawiał wy­
łącznie po polsku i wdrażał to samo w swoje dzieci, opowia­
dał mi, że tylko w jego obecności używały polszczyzny, a gdy
zaszedł je niespodzianie, słyszał angielszczyznę. Było to w ro­
dzime bardzo inteligentnej. Z drugiej strony spotyka się Pola­
ków z wyższem wykształceniem, już urodzonych w Ameryce,
którzy doskonale mówią i piszą po polsku i pełni są zapału
1 0 j§zyka i przepojeni najgorętszem uczuciem narodowem.

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

261

Przekonałem się o tem naocznie i słyszałem o licznych podo­
bnych przykładach z ust nauczycieli w Chicago i Detroit, Pe­
wna panienka, już urodzona w Ameryce i dobrze mówiąca po
polsku, powiedziała mi, że chciałaby, aby na całym świecie
mówiono tylko po polsku i po angielsku. Redaktor Orędownika
ks. Góral należy do tych, którzy już w Ameryce nabrali zami­
łowania do języka polskiego. Podobnych ludzi niejednokrotnie
widywałem. Dla ścisłości muszę przypomnieć, że spotykałem
także ludzi, którzy wstydzili się mówić po polsku, uważając
ten język za ordynarny. Jednakże zapewniano mnie, że są to
zgoła wyjątkowe jednostki, które dlatego nie mogą być brane
w rachubę. Jakie nadzieje na przyszłość wobec takiego stanu
rzeczy, tego zdaje się nikt dzisiaj na świecie nie zdoła z całą
stanowczością powiedzieć. Biorąc na uwagę za i przeciw by­
wałem w tym względzie to optymistą, to znów pesymistą,
a niech mi to za winę nie będzie poczytanem, że częściej by­
wałem pessymistą. Bądź co bądź język polski rozbrzmiewa je­
szcze w kościele, z małymi wyjątkami uczą się go wszystkie
dzieci, które w Ameryce z rodziców polskich i dzisiaj jeszcze
na świat przychodzą, więc można być spokojnym i o najnowsze
nawet pokolenie. Jak zaś sądzą w tej sprawie najwykształceńsi
Polacy amerykańscy? Najczęściej słyszałem zdanie, ze emigracya powinna w tym kierunku naśladować Ajryszów (Irland­
czyków), to jest z ewentualną zatratą języka ojczystego, zacho­
wać przecież poczucie odrębności narodowej. Wymowna taka
rezygnacya brzmi bardzo boleśnie, a gdy niektórzy uważają
stan taki za ideał przyszłości, znów jesteśmy gotowi do zgody,.
byleby przynajmniej poczucie polskości pozostało u tej pięknej
i bujnej latorośli narodu polskiego na ziemiach Ameryki
Proces szybkiego assymilowania się na rzecz angie szczyzny pochodzi także z niedokładnej znajomości języka polskiego
u ludu wychodźczego. Jest to bowiem tylko gwara, której brat
słów i zwrotów na wyobrażenia i pojęcia wyższokulturalne.
Wraz z nowemi pojęciami przybywają obce wyrazy, a laz na y e
przyzwyczajenie staje się w końcu nałogiem.
, , • ,
Fizycznie przedstawia się przesiedleniec amerykański bez
porównania korzystniej, aniżeli jego europejski wspo p ei"ie
nieć, choć i w tym względzie należy zrobić różnicę między
emigrantem a najbliższem jego pokoleniem. Wpłynęło na to

262

DR MICHAŁ JANIK

wyborne i obfite odżywianie się i zdobyta w całem tego słowa
znaczeniu godność ludzka, która wypływa wprost z ustawo­
dawstwa amerykańskiego, nie znającego rozdziałów między
obywatelami. Pierwsi emigranci poddają się jeszcze patryarchalnej władzy parafialnej, lecz ich potomkowie rozumieją już
dobrze, że parafianie wyłącznie swoim kosztem opłacają księ­
dza i kościół. W niektórych parafiach ksiądz nie jest nawet
członkiem Komitetu kościelnego. Gdzieindziej jednak, jak w dyecezyi chicagoskiej, patryarchalna władza parafialna stała się
prawem zwyczajowem. Podobnie ma być w dyecezyi nowo­
jorskiej. Na szczególną uwagę zasługuje już w Ameryce uro­
dzone potomstwo. Zginęła gdzieś bez śladu zgrubiałość rysów
i niezręczność w obejściu. Niedoszłe parobczaki i wiejskie dzie­
wuchy przeobrazili się w paniczów, szczególnie dziewczęta
schludnie postrojone i z angielskim swoim szczebiotem przy­
pominają często najwybredniejsze panny krajowe z high life.
Nieraz niepodobna się nadziwić temu raptownemu przepoczwmrczeniu się w typ prawie zupełnie odmienny. Mają też
Polki sławę pięknych dziewcząt w Ameryce. Małżeństwa pol­
skie cieszą się w Ameryce licznem i zdrowem potomstwem.
Jednak już dzisiaj, chociaż powoli i z trudnością wciska się,
lecz tylko do rodzin najoświeceńszych, system dwojga dzieci,
który w pewnych klasach społeczeństwa amerykańskiego staje
się coraz bardziej powszechnym. Warstwy robotnicze polskie
płodzą we własnym, choć źle zrozumianym interesie, proletaryat roboczy. Gdzie dużo w domu dzieci, tam po skończonym
15tym roku życia idą wszystkie do roboty, a zarobkiem muszą
się dzielić z rodzicami. Nieopatrzni ojcowie cieszą się z tej
chwilowej korzyści, niepomni, że w ten sposób mijają się okro­
pnie z rodzicielskim swoim obowiązkiem. Ta płodność Polaków
i na drugiej półkuli sprawia, że mimo wielkich ubytków’ na
rzecz panamerykanizmu i różnorakiego sekciarstwa ludność
polsko-katolicka wzrasta stale i silnie. Związki małżeńskie ko­
jarzą się głównie między swoimi; małżeństwa mieszane, sto­
sunkowo najczęściej z katolickimi Ajryszami i Niemcami, są
jeszcze dzisiaj bardzo nieliczne, a do wyjątków’ należą małżeń­
stwa z członkami innych wyznań; jeszcze bardziej wyjątkowe
są związki z Murzynami, a nawet Indyanami. Okoliczność ta,
-że Polacy łączą się przedewszystkiem ze swoimi, ma wielkie

KOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

263

LUD

znaczenie dla względów narodowych, gdyż utrzymuje bardzo
silnie tradycyą pochodzenia. W ten tylko sposob amerykańscy
Ajrysze mimo angielskiego języka przechował, swój gorący ir­
landzki patryotyzm. Opowiadali mi księża Zmartwychwstańcy
w Chicago, że w niedzielę bogaci Amerykanie przejeżdżają się
bogami po polskich dzielnicach, aby napatrzyć się mnóstwu
dzieci, które formalnie roją się przed polskimi domami.
Wyjąwszy New Jorku i sąsiednich miast portowych jes
w Ameryce zasadą, że każda rodzina posiada własny dom u
domek Owe dwudziestopiętrowe »drapacze nieba« służą tylko
na pomieszczenie biur czyli z amerykańska ohsow najrozmait­
szych przedsiębiorstw i przedsiębiorców. Lecz po godzinie
ósmej piramidy te opróżniają się, a ulice biznesowe pustosze,ą;
I>o pracy wraca Amerykanin kolejką elektryczną pod własną
strzechę i wypoczywa lub bawi się w zaciszu ogms a c orno
wego. Nie znaczy to, jakoby zbywało Ameryce na amatora^
knajpy i innych nocnych nieprzyjemności. Lecz własny do
jest mimo to dla Amerykanina zasadą. Stąd pochodzi mezmier
rozległość tamtejszych miast, na której nikt jednak me cierpi,
bo'najodleglejsze ulice związane są tramwajem elektrycznym
z centrum miasta. Mają też swoje własne domki polscy e
granci, skupieni dzielnicami przy swoim kościele i szkole. Dom
taki najczęściej drewniany, ma co najmniej trzy pokoje na dole
sypialnię na piąterku i musi być połączony z ogolno-miejskim
kZłem i w,-dociągiem. Prawie w każdym robotniczymi omu
polskim znajdzie się łazienka, a u cokolwiek zann gejszy
felefon Gdzie go niema, tam niedaleko zazwyczaj saloon ( ospoda^ lub grocernia (sklep korzenny), skąd „a koszt^ospp .
rza można się w każdej chwili porozumiewać. Rożnie bywa
w tych polskich domkach, lecz na ogoł trzeba przyznać że i obotnik polski w Ameryce lepiej, hygieniczmej .‘ ^turabiiej
mieszka, aniżeli niejeden wyzszy urzędnik ga yj . .
P
używać może codziennie, a jada mniej może smacznie lecz bo
daj czy nie pożywniej i obficiej aniżeli średnio-zantożny mie­
szkaniec naszego kraju. Prawda i to także, ze W
pniu zachował starokrajską skłonność do górą „
, ■ pJ
! oddaje się pijaństwu przy każdej sposobności. 1 omewaz w Ame­
ryce niema przymusu wojskowego, dlatego małżeństwa zą|er ja się o wiele wcześniej niż w Europie. Reguluje to w zna-

264

UR MICHAŁ JANIK

cznym stopniu stosunki płciowe; a ponieważ nadto swoboda
towarzyska między kobietą a mężczyzną jest w Ameryce bar­
dzo wielką, dlatego prócz New Jorku w wielkich miastach
amerykańskich widzi się bez porównania mniej prostytucyi niż
w zbiegowiskach europejskich. Przytem ustawodawstwo ame­
rykańskie bierze zawsze w opiekę pokrzywdzoną niewiastę.
Jeżeli gorący młodzieniec uwiedzie dziewczynę, obiecując, że
się z nią ożeni, warunku tego musi dopełnić. Inaczej dostaje
się pod klucz i siedzi dopóty, dopóki nie pójdzie przed mayora
czyli po naszemu do ołtarza albo też nie złoży żądanej sumy
dla pokrzywdzonej. Polki amerykańskie korzystają nieraz z tej
konieczności, aby uniknąć gorszego losu. Zapewniano mnie, że
ogólnie biorąc dużo jest swobody wśród młodej Polonii, lecz
niema ani cząstki tych krzywd i hańby, jakich doznają lekko­
myślne dziewczęta w wielkich miastach starego kraju.
O życiu umysłowem Polaka amerykańskiego dużo bardzo
dałoby się powiedzieć. W zasadzie nie różni się ono od Po­
laka europejskiego. Tesame spotyka się zdolności, tęsamą lek­
komyślność i tosamo lenistwo. Kto wie jednak, czy pierwszeń­
stwa w dobrem nie należałoby oddać Amerykaninowi, a zdanie
to tern większej nabierze wagi, gdy się zważy, że to dopiero
najbliższe potomstwo polskiego ludu. Najdawniejsi osadnicy,
głównie z pod zaboru pruskiego, dorównali już w dobrem najkulturalniejszym narodom, a pokolenie ich zawstydzić może
ogół naszej młodzieży krajowej. Wśród Polaków w Ameryce
niema wcale analfabetów i niema ludzi, nie znających praw
swoich obywatelskich. Zdanie to w całości prawdziwe dużo
daje do myślenia. W Ameryce nikt przed drugim nie czapkuje,
ani o nic nikogo nie prosi, ofiaruje tylko swoją pracę i żąda
dobrej zapłaty. Ludność polska w olbrzymiej swojej masie sta­
nowi niestety tylko kadry robotnicze. Jest to podarunek sta­
rego kraju, którego na nowej ziemi dotąd jeszcze pozbyć się
nie może, choć postęp w tym kierunku jaskrawo wpada w oczy.
Zaledwie dziesiąta jej część oddaje się farmerstwu czyli upra­
wie roli i źyje w zupełnym dostatku, dla którego wśród warstw
włościańskich starego kraju daremnie szukalibyśmy porówna­
nia. Około 20% oddaje się wolnym zawodom i rzemiosłom,
reszta pracuje po najrozmaitszych fabrykach i kopalniach, prze­
ważnie w charakterze robotników, rzadko majstrów i nadzór-

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

265

ców, a jeszcze rzadziej inżynierów. Bardzo tylko niewielu bierze czynny udział w wielkiej przedsiębiorczości i w wielkim
przemyśle.. A jednak już dzisiaj mają Polacy nietylko swoich
księży, lecz także swoich lekarzy, nauczycieli, adwokatów, notaryuszy, sędziów pokoju, aptekarzy, k-upców różnego rodzaju
i nawet przemysłowców. Wszystko to jest dorobkiem lat zale­
dwie trzydziestu. W wielkich miastach Chicago, Milwaukee,
Detroit i innych mają swoich aldermanów czyli radnych mia­
sta i innych ratuszowych dygnitarzy. Na swojej ziemi lud ten
mieszkałby w gnoju i żywił się postnymi kartoflami i postną
kapustą Gdy się o tern pomyśli, żywiej serce uderza z radości
nad tą energią polskiego ludu, lecz gdy zestawi się dorobek
jego z Niemcami, Ajryszami, Szwedami, Czechami i innymi,
widzi się dopiero, ile mu jeszcze pozostaje do roboty. Słysza­
łem nieraz w Ameryce skargi na księży polskich, którzy lud
ten mają utrzymywać w ciemnocie i usuwać się od wzrosłej
na jego gruncie inteligencyi. Mówili to ludzie, którzy wszystko
odrazu chcieli widzieć doskonałem, zapominając o tern, jak
ważną rolę odegrało duchowieństwo polskie w organizowaniu
emigrantów. Księża jeszcze dzisiaj olbrzymią mają u ludu powagę i dlatego głoszenie takich wyroków uważałem za rzecz
dla emlgracyi szkodliwą. Z latami znajdzie się droga należyta,
a zwłaszcza wtedy, gdy opiekę duchowną nad Polonią amery­
kańską sprawować będą księża Polacy, urodzeni w Ameiyce
i w innych wychowani zasadach. Każdy Polak amerykański
czyta książki i gazety, więc droga do światła stoi mu otworem.
Światło to przychodzi, coraz szybciej, a uniknąć go nie zdołają
nawet nietoperze. Najzgubniejszą wadą amerykańskiego Polaka
jest umysłowe lenistwo. Okazuje się to przedewszystluem
w kształceniu młodzieży. Wobec niezmiernej liczby szkół w Ame­
ryce wykształcenie wyższe i najwyższe tylko temu się nie dostaje, kto jest umysłowo tępym lub kto nie chce korzystać
z garnącej się do niego wszystkiemi ułatwieniami nauki. Po­
tomkowie, emigrantów w małej nieproporcyonalnie liczbie ko­
rzystają z nauk wyższych, ogół poprzestaje na ośmioletniej
szkole elementarnej. Winna temu owa interesowna meprzezorność rodziców i katolicka niechęć do szkoły publicznej, którą
posądzają o bezwyznaniowość i inne grzechy. Jednak istniejący
już szereg wykształconych emigrantów budzi coraz szersze na-

266

DR MICHAŁ JANIK

śladownictwo. Coraz liczniej nawiedza młodzież prywatne ko­
legia duchowne, lecz unika dotąd prawie stale bezpłatnych ko­
legiów świeckich.
Zwyczaje i obyczaje emigranta zmieniły się do niepoznania. Pozostało tylko przywiązanie do katolicyzmu i potrzeba
współżycia z rodakami. Zniknęła bez śladu starokrajska pokora
i czołobitność, niema niezgrabności i bezradnego skrobania się
po głowie, zginęło na wieki pojęcie chłopa, jako istoty prze­
znaczonej od Boga na końską robotę, nie dopatrzyłby się ani
szczątków tego, co w Europie nazywa się herbowem szlache­
ctwem, nieuznawanem przez 'ustawy amerykańskie. Rzecz na­
turalna, że zginęła także jedna dla wszystkich miska i dre­
wniane łyżki. Takie przedmioty przechowuje się w Ameryce
tylko w muzeach, jako zabytki przeżytej kultury. Nie jest też
znaną w Ameryce różnica stroju; kostyumy noszą tylko Indyanie i aktorzy podczas specyalnych przedstawień. Gdy starsi
emigranci opowiadają dzieciom o dawnej pracy na roli, o su­
chych kartoflach, różnicach stanu, sukmanach i analfabetyzmie,
dzieci nie dają temu wiary, uważając opowiadanie za czysty
wymysł. -- W kościele odznacza emigranta (nie brak oczywi­
ście licznych wyjątków) starokrajska pobożność, lecz rzecz ja­
sna, iż zapomniało się o niehygienicznem całowaniu podłogi,
o wylegiwaniu się krzyżem i wydawaniu głosów brzuchornowczych
podczas podniesienia. W kościele polsko amerykańskim pobo­
żnie, ale cicho. Pieśń powszechną zastąpił chór doborowy. Pol­
sko-amerykańskie kościoły są najpiękniejszymi i ze względu na
aparaty liturgiczne, obrazy i urządzenie najbogatszymi w Ame­
ryce. Poświęcone są świętym polskim, a więc: św. Stanisła­
wowi, Wojciechowi, Kazimierzowi, Jozafatowi, Jadwidze i in­
nym. Kult Najświętszej Panny jest wśród emigrantów bardzo
powszechny i objawia się w sposób przeróżny. W jednym z naj­
piękniejszych kościołów w Ameryce, u św. Józefata w Milwau­
kee, widziałem na wewnętrznej stronie olbrzymiej kopuły obrazy
wszystkich cudownych malowideł Matki Boskiej ziem pol­
skich starego kraju z odpowiednimi napisami i herbem trójjedynej rzeczypospolitej. Ofiarność emigrantów na kościół i du­
chowieństwo jest istotnie ogromną. Rząd do tych rzeczy z ustawy
wcale się nie wtrąca, więc utrzymanie kościoła i księdza od­
bywa się jedynie kosztem parafian. To także dało powód do

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

267

ruchu Niezależnych. Ponieważ dyecezalność jest wyłącznie rze­
czą kościoła, która rząd mc nie obchodzi, zatem biskup dyecezalny jako osoba prawna nie istnieje. Wszystkie zaś kościoły
dyecezalne z woli Rzymu zapisane są na biskupa, lecz nie jako
głowę dyecezyi, ale jako pana X. Y. Wobec tego biskup mógłby
sprzedać komukolwiek wszystkie swoje kościoły wraz z in­
wentarzem. Przykładu takiego dotąd nie było, z czego me wy­
nika, aby się nie mógł zdarzyć. Sarkają na stan taki oswieceńsi, a gdy nadto biskupami z reguły są tylko Ajrysze i Niemcy,
powstała sekta niezależnych, która modli się na dawny sposob,
lecz, uważając Rzym za obałamucony, utrzymuje własnych bi­
skupów, poświęconych przez starokatolików i mających sukcesyą apostolską. Nadzieja rychłego mianowania Polaka biskupem
w Ameryce wstrzymała niezależnych, lecz ruch sam został na
razie zawieszony, ale nie zniszczony.
Poczucie narodowe emigrantów jest na ogół dość żywe,
a niektórzy dopiero w Ameryce nauczyli się kochac dawną
swoją ojczyznę. Tutaj znaczna różnica zachodzi między wy­
chodźcami a ich potomstwem. Starzy doznają często nosta g u
i wyrywają się do Polski; miłość ich ku ziemi ojczystej jest
do pewnego stopnia żywiołową. Młodzi i urodzeni w Ameryce
zą ojczyznę swoją uważają Amerykę, a miłość dla Polski ma
u nich znamię pięknego idealizmu. Z pośród bohaterów naro­
dowych czci emigracya tych przedewszystkiem, którzy imię
polskie związali ze sprawą amerykańską. A więc me Mickie­
wicz, lecz Kościuszko i Pułaski są amerykańskimi bohaterami
narodowymi. Są oni chlubą i dumą Polonii wobec Ameryka­
nów i innonarodowców. Pomniki Kościuszki, dźwignięte ko­
sztem Polaków, wznoszą się na trzech publicznych miejscaci
w Ameryce: jeden w Cleveland, drugi w Chicago w pięknym
parku Humboldta nad jeziorem Michiganu, trzeci w parku Ko­
ściuszki w Milwaukee. Za lat kilka wzniesione zostaną pomniki
Kościuszki i Pułaskiego w stolicy wielkiej rzeczypospolitej t. j.
w Waszyngtonie. Uroczystości narodowe obchodzi się w Ame­
ryce z wielką okazałością, a do współudziału zaprasza się także
innonarodowych obywateli Ameryki.
Obyczaj ściśle polski zanika wśród emigracyi coraz bar­
dziej, przeważnie zaginęło nawet starokrajskie święcone i wi­
gilijny opłatek. Najpowszechniejszą rozrywką emigrantów są

268

DR MICHAŁ JANIK

t. zw. fairy, zabawy ludowe głównie pod gołem niebem. Pro­
gram ich przypomina nasze porządne festyny, a dochód bywa
obracany na cele kościelne, dobroczynne lub narodowe.
Niektóre rodziny, nie mogąc pogodzić się z dogmatyzmem
wyznaniowym ludu, trzymają się na uboczu lub starają się
o skupienie podobnie myślących jednostek. Jaki będzie rezul­
tat tych usiłowań, powiedzieć nie umiemy; to pewnem, że
w Ameryce szkoda idącej luzem każdej szczerze polskiej
a oświeconej jednostki. — Prócz katolików i niezależnych na­
potyka się tutaj ewangelików polskich, którzy pod względem
narodowym taksamo się przedstawiają. Żydzi polscy, których
tu jest mnóstwo, już w kraju nie używali języka polskiego.
Na obczyźnie należą do żywiołów, które powierzchownie naj­
szybciej ulegają assymilacyi. Są jednak zaszczytne wyjątki, które
uczestniczą w pracy Polaków i pielęgnują z zamiłowaniem ję­
zyk ojczysty.
Za lat kilkanaście społeczeństwo polsko-amerykańskie do­
zna gwałtownego przeobrażenia, gdyż rząd spraw przejdzie już
w ręce potomstwa amerykańskiego. W jaki sposób to przeo­
brażenie się objawi, jakie będą jego rozmiary i prądy, jakie
skutki na przyszłość, o tern jako o przyszłości mówić nie chcemy.
Jest niezawodnem, że w każdym razie zaginie wtedy najzu­
pełniej patryarchalno-ludowy charakter emigracyi, a zarazem
wzrośnie przewaga inteligentnych żywiołów świeckich na póź­
niejszą niekorzyść duchowieństwa. Reasumując, co skreśli­
łem z konieczności krótko i niewyczerpująco, rzecz o Polakach
w Ameryce zakończę słowami listu pewnej rodaczki z Buffalo:
»Kocham kraj swój (t. j. Polskę) i jest on dla mnie ściśle ze­
spolony z ideą wyzwolenia tego, co jest uciśnięte i poniżone —
czy w jednostce, czy w narodzie, czy w ludzkości. Ale nie za­
patruję się tak źle na Polaków w Ameryce, natomiast nie tak
dobrze na nasze stosunki krajowe. Polonia tutejsza to jak orzech
w zielonej i twardej łupinie; długo trzeba się w nią wżywać,
aby ocenić cały zasób soków żywotnych, które posiada i doj­
rzeć drobne ale obfite dowody jej niewyczerpanej energii. Za­
pewnie, że my nigdy Polską się nie staniemy, ale pomagamy
jej i jeszcze więcej możemy pomagać finansowo, wreszcie mo­
żemy wydać z pośród siebie jednostki bardzo pożyteczne dla
sprawy ogólnej, a wreszcie moglibyśmy służyć za przedmiot

LUDNOŚĆ POLSKA W STANACH ZJEDNOCZONYCH AMERYKI PÓŁNOCNEJ

269

bardzo pożytecznych studyów, któreby pouczyły kraj o sposo­
bach naturalnego i najwłaściwszego rozwoju dla uciśnionych
mas w kraju... My tu mamy rodzącą się polską przedsiębior­
czość, ale brak nam oświaty (w wyższem tego słowa znaczeniu).
W Polsce zaś jest okropne zabagnienie na wszystkich polach,
właśnie dla braku przedsiębiorczości. Nie tracę z oczu pism
i spraw krajowych i to, co widzę, robi na mnie wrażenie mło­
dzieńczych marzeń, zapalonych uniesień, dorywczych porywow,
podczas gdy praca ta ciężka, praca w kamieniołomach Takty­
cznego wytwarzania, wcielania słowa w czyn, a teoryi w roz­
wój rwie się nam w rękach; masy ludu opuszczają kraj, zie­
mia usuwa się z pod nóg, niema żadnego hasła, przy ktoremby
cały kraj stanął niepodzielnie. Zasady pedagogiczne rozbite,
język nie posiada jednolitej uprawy, jesteśmy rozbici na indy­
widua a te — jak rzadko mają indywidualność!«

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.