1cf87a926e5db2888192c28a7cf68dda.pdf
Media
Part of Rozbiory i sprawozdania, cz. 3 / Lud, 1903, t. 9
- extracted text
-
— 297 —
pojęcia o chorobie, daje lekarstwo nieszkodliwe, a w przeciwnym
razie stosowne, oczywiście starając się, by me zwrocie Podejrzenia.
Wiedząc, że aptekarz sporządzający lekarstwa,, zna je nieraz lepiej
niż niejeden ordynujący lekarz który je przepisuje,
inozjia ę
dziwić że skutek ich bywa zbawienny. A wtedy sława takiego
wróża rośnie, ludzie z dalekich stron schodzą się do mego, a pra
wdziwemu sprawcy jedyną nagrodą jest błogie wewnętrzne zado
wolenie, że przynosi ulgę cierpiącej ludzkości. Na własną.rękę
leczyć nie może, lecz my ani pojęcia me marny, jak on Pod D™
pretekstem głównie ludowi wiejskiemu przychodzi z pomocą, oczy
wiście w skrytości przed okiem „wolnopraktykujących .
.
_ .
Zdarza się też często, że kiedy taki aptekarz z pewnej miej
scowości przeniesie się w drugą, ludzie po.lekarstwa parę mil meraz do meso ida gdyż jego następca, me trzymając się powyż
szego systemu, nie może zadowolić klientów. Powiadają wtedy, ze
to jest aptekarz kiepski, że nie umie się wyznać.na recepcie.
Co do samych wróżów, to oni sami o tern mc wiedzą, w j
sposób się to dzieje. Chłop z lekarstwem do niego nie pójdzie
a choćby poszedł, to niewiele się pozna na jego jakości, Gdy się
zaś zdarzy podobny wypadek, jak zmiana aptekarza, sam odsy
d° daByłbym jednak niesprawiedliwym, gdybym lekarzy wiejskich
całkowicie potępił. Tych są trzy kategorye: jedni, oszusd zumy^,
drudzy ci, o których była mowa, trzecia zas kate.gorya, to lekarze
prawdziwi. Do tych ostatnich w pierwszym rzędzie należą chiru gowie wobec których niech sobie głowy popiołem posypią d.yp>
Kii a także leczący sami różne słabości tak zemątane jak
i wewnętrzne własnymi środkami, głownie przy p
y
W Galicyi jest chłop ja może już i nieżyje), który wyleczył morbum gallicum w trzeciem stadyum.
Badura
ROZBIORY I SPRAWOZDANIA.
Wisła“ miesięcznik geograficzny i etnograficzny, wydawany z czę
ściowej zapomogi Kasy im. Mianowskiego, pod redakcyą Erazma Majew
skiego. Tom XVI., z 20 tablicami i 64 rysunkami. Warszawa. ■ -•
str. XII. i 802.
Kiedy przed rokiem ogłosiłem ocen, „Wisty-, wywołała ona wielkie
oburzenie, ale też zarazem bardzo pożądany
porównań rocznik poprzedni z ebeenre omawra,nym^zeby ¿pojedz
żną między nimi różnicę,
¡‘usterek jakie wytknąłem rocznia zarazem brak niemal całkowity wad i usteieK, jamę
j
— 298 —
kowi XV Obecnie widoczna jest staranność redakcyi w doborze prac
1 materyałow surowych, dbałość o rozprawy syntetyczne z zakresu etno
grafii, krajoznawstwa i antropologii, a nakoniec i o to, ażeby materyał
zapisany z ust ludu, odpowiadał wymogom nauki. Jednem słowem —
postęp w każdym kierunku, ażeby tylko pismo postawić na stopie pra
wdziwie naukowej.
F
Uwadze nasuwa się najpierw praca Marka Gozdawy p. t. „Obszar
dawnego powiatu Kamienieckiego“, stojąca w ścisłej łączności z dawniej
szą rozprawą tegoż autora p. n. „Terytoryum dawnej ziemi Brzeskiej“,
zajmuje się Kamieńcem litewskim w czasie, kiedy on stanowił samodzielny
powiat t. j. do pierwszej połowy XVI. wieku włącznie. Wylicza ona
poczet dzierżawców-namiestników, a następnie zajmuje się poszczególnemi
miejscowościami, jakie wchodziły w skład tego powiatu, opisem samego
Kamieńca i czterech wójtostw, do niego przynależnych. — „Dział etno
graficzny na wystawie rolniczo-przemysłowej w Lublinie w r. 1901“ został
dokładnie opisany przez inicyatora tej części wystawy prof. Hieronima
Łopacinskiego. Z uznaniem podnieść należy, iż zgromadzono na wysta
wie mnostwo cennych okazów, na których — niestety — należy te “roz
mieszczenie brakło odpowiedniego miejsca, a z jeszcze większem tę oko
liczność że skutkiem rozesłania kwestyonaryusza pozyskano cały szereg
odpowiedzi, niejednokrotnie bardzo sumiennych i wyczerpujących. Te wła
śnie ostatnie uważamy za największy sukces wystawy, bo w ten sposób
pozyskała nauka pewną ilość surowego materyału. Na pochwałę wreszcie
redakcyi „Wisły“ należy dodać, że cały ten materyał został wydany
w 3-cim zeszycie omawianego rocznika. — P. E. Majewski podał trafne
uwagi „Z powodu rozpraw antropologów germańskich na temat dziejów
przedhistorycznych słowiańsko-germańskich“. Przytoczywszy referat Dra
. Monteliusa, wygłoszony w r. 1899 w Lindau, oraz dyskusyę, jaka nad
mm wywiązała się, wykazał sprzeczności i tendencyjność uczonych nie
mieckich, nawet tej miary, co Virchov, i, co gorsza, nieścisłość w ich
wywodach i brak koniecznego w badaniach naukowych krytycyzmu. A dowody, jakie na to podaje, są niezbite i niezaprzeczone.
Dr. Nadmorski w pracy p. t. „Połabianie i Słowińcy“ zajął się
omówieniem literatury, jaka w ostatnich latach ukazała się w zakresie
etnografii tych plemion, poczem szeroko rozpatrzył pewne właściwości
słowińskiej i kaszubskiej gwary, oraz przytoczył umiejętnie i pracowicie
ułożony słownik gwary słowińskiej, z objaśnieniami znaczenia poszczegól
nych wyrazów w języku polskim. — Strony językowej gwar ludowych
tyczy się „Kwestyonaryusz do dyalektologii polskiej“ St. Szobera, który
wyszedł też w osobnej odbitce. — Antropologii tyczą się prace Dra Wł.
Olechnowicza „Kilka słów o typie polskim w ogóle, a lubelskim w szcze
gólności“ i dokończenie rozprawy z poprzedniego rocznika „Rasy Europy
i wzajemny ich stosunek dziejowy“, Dra J. Talki-Hryncewicza „Słów
parę ze stanowiska antropologii w kwestyi pochodzenia Słowian“, w której
autor staje na odmiennem stanowisku od badań prof. Potkańskiego, oraz
tłumaczenie francuskiej pracy M. Zaborowskiego p. t. „Słowianie pod
względem rasy i ich początek“. Do rzędu prac syntetycznych zaliczamy
w końcu H. Paprzycy „Poglądy religijne przodków naszych“, oparte na
kronikach i dyplomatach z przed XVI. wieku. Z pracy tej dowiadujemy
się o bogach pogańskich, dyabłach, opętaniu ludzi przez moc czartowską
— 299 —
i o czarownicach. Rzecz cała, napisana nadzwyczaj sumiennie, wykazuje
często nierozerwalny związek między zabobonami średniowiecza a obe
cnymi u ludu naszego. — Artykuł H. Łopacińskiego p. t. „Dawne
podziały administracyjno gubernii lubelskiej“ jost przyczynkiem do geo
grafii historycznej i omawia podział gubernii za czasów pierwszego roz
bioru Polski, z jakich części województw złożono nową całość powiatu
politycznego, jak nakoniec ukształtowano ziemię lubelską po przyłączeniu
jej do Króletswa Polskiego i jakie zmiany poczyniono później w latach
1842, 1844 i 1866. — Dalszy ciąg pracy Ignacego Radlińskiego
p. t. „Apokryfy judaistyczne-chrześciańskie“ ma bardzo mało wspólnego
z etnografią.
Z pomiędzy materyałów surowych odznaczają się swoją objętością
i wyczerpaniem przedmiotu zarysy etnograficzne: Zofii Staniszewskiej
„Wieś Studzianki“, oraz Aleksandry Rumlównej „Z mili kwadratowej
obszaru nad rzeczką Kossówką“. Obie one są pod każdym względem naj
lepsze. Reszta prac — to drobne przyczynki z rozmaitych gałęzi etno
grafii. Nie podobna ich tutaj szeroko omawiać. Na wymienienie zasługują
prace, tyczące się przemysłu, budownictwa ludowego i zmysłu jego w kie
runku zdobniczym. A zatem: J. Brandta „Przemysł drobny w powiecie
Biłgorajskim“, Al. Janowskiego „Nalepianki łowickie“ i ściśle z tym
artykułem łączące się „Wycinanki“, Jerzego Warchałowskiego „Hafciarstwo ludowe w okolicach Ojcowa“ zilustrowała pięknie H. Stattlerówna, przyczynki do budownictwa podał H. Łopaciński w pracy
„Okazy staropolskiego stylu budowlanego w Goraju i Wrzelowcu“. Zwy
czajów i życia ludowego oraz jego twórczości umysłowej tyczą się prace:
W. E. Badury „Żniwo w wioskach parafii Pobiedr i Krzęcin“, J. Milew
skiej „Śpiewy dożynkowe“ i „Ucieszne opowiadania z Ciechanowskiego,
Wł. Ko zmiana „Kilka słów o mieszkańcach parafii Krzczonów“, I. Wo
lanowskiego „0 szopce lubelskiej“ i M. Wawrzenieckiego „Wieś
Prandocin“ i „Ze wsi Lelowie“. Pozatem jest jeszcze mnóstwo drobnych
prac, tyczących się przeważnie gubernii lubelskiej. — Dział „Poszukiwań“,
który składają drobiazgi w pewnych ściśle oznaczonych kwostyach, jest
bardzo skąpy.
Tak samo skąpy jest dział recenzyjny. I tu musimy z przykrością
powtórzyć uwagę, wypowiedzianą już w zeszłorocznej ocenie, że Redakcya
nie czyni należytego wyboru pomiędzy reccnzyami. Nie rozumiemy bowiem,
w jakim związku z etnografią zostaje ocena „Słownika czesko-polskiego“
Hory lub Yrchlickyego „Legenda o świętym Prokopie“. — Grupa „Dro
biazgów ludoznawczych“ reprezentowana jest pięknie, tak samo dział
„Różnych wiadomości“. — Strona techniczna wydawnictwa jest bez za
rzutu. Na podniesienie i prawdziwą wdzięczność zasłużyła sobie Redakcya
podaniem mnóstwa ilustracyi, przedstawiających typy ludowe, budynki
i t. p., bo żaden opis, choćby najdokładniejszy, nie da tak dobrego poję
cia o rzeczy, jak rycina. Kończymy życzeniem, iżby „Wisła“ już z tego
poziomu nigdy nie schodziła, niechaj wzbija się w górę i zyska cały
szereg gorliwych współpracowników na leżącej odłogiem niwie ludoznawstwa.
Dr. Sł. Zdziarslci.
— 300
Kawczyński Maksymilian. Folklor a historya literatury, pismo
polemiczne, Kraków. 1903. W komisie księgarni G. Gebethnera i Sp.,
8-ka„ str. 29.
Broszura ta jest odpowiedzią na recenzyę dwu prac prof. Kawczyńskiego, jaką ogłosił Dr. B. Porębowicz w „Pamiętniku literackim“. Abstra
hując najzupełniej od samej polemiki, której zadaniem jest wykazać, że
prof. Porębowicza „stanowisko naukowe jest opaczne, gorzej niż dyletanckie,
wiadomości nie wystarczające, rozumowanie histeryczne, zarzuty zawsze
prawie na insynuacyach i przekręceniach pelegające“. uważam za stoso
wne zwrócić na niektóre ogólniejsze myśli prof. Kawczyńskiego uwagę,
ze względu na ich doniosłość i najzupełniejszą prawdziwość.
Przedewszystkiem zatem nie można w żaden sposób posługiwać się
tekstami ludowymi, spisanymi w wieku XIX., w objaśnieniu utworów lite
rackich wieków minionych. Bo najprzód niepodobna znaleźć dowód, że
pewien motyw istniał kilkaset lat temu, co więcej, dowód, gdyby się go
istotnie znalazło, byłby bardzo problematycznym i wątpliwym, gdyż tradycye ludowe rozszerzają się najrozmaitszemi drogami. Zwłaszcza opo
wieści ludowe rozszerzają się bardzo szybko: bądź to wędrując z kraju
do kraju, przenoszone przez wędrownych robotników, bądź też, co często
się zdarza, dostając się do ludu z druków ulotnych, jarmarcznych. Stąd
też niepodobieństwem jest częstokroć oznaczyć, czy pewna powieść, na
turalnie grubo zmieniona i przerobiona, jest wytworem fantazyi ludowej,
czyli też dostała się do ludu drogą inną, n. p. książkową? Zanim się tedy
weźmie folklor do badania porównawczego z historyą literatury, należałoby
wprzódy oznaczyć, w jakim okresie powstała dana pieśń lub powiastka.
Nakoniec niech mi wolno będzie, przyklaskując najgoręcej temu
poglądowi szan. autora, wyrazić pewną prośbę, nie w swojem tylko imie
niu, bom jest nieznany zupełnie prof. Kawczyńskiemu, iżby groźby, wy
rażonej w końcowym ustępie swego pisma, cofnięcia wszystkich złożo
nych w Akademii prac, nie wykonywał. Uznanie, jakie go spotkało od
obcych za trudy mozolne, niechaj go wiedzie naprzód, bo żleby było,
gdyby jeden głos pozbawić miał naukę naszą cennych dzieł tylekroć cenio
nego autora. Niechaj wspomni, że ma możność pracować dla swoich,
a przecież są tacy, których prywatna złość i nienawiść wypędza w obcy
kraj, i ci mimo to nie przestają pracować dla swoich.
Dr. Stanisław Zdziarski.
Materyały antropologiczno-archeologiczne i etnograficzne, wydane
staraniem Komisyi antropologicznej Akademii umiejętności w Krakowie.
Tom VI. (z 25 tablicami). W Krakowie 1903. str. XV., dział I. str. 9.,
dział II. str. 421.
Szereg rozpraw z działu antropologiczno-archeologicznego rozpoczyna
rozprawa Dr. Wład. Olechnowicza: „Cmentarzysko w Nowosiłkach pow.
włodzimirski, gub. wołyńska“, w której, z zwykłą badaczowi temu ści
słością, opisuje znalezione w 56 przez siebie rozkopanych mogiłach przed
mioty i kości. Czaszki dobrze zachowane w liczbie 21 (14 męskich, 7 ko
biecych) poddał szczegółowym pomiarom, których rezultatem było, że
301 —
„zarówno czaszki męskie jak i kobiece należą do typu wybitnie długogłowego“. Czas cmentarzyska tego odnosi autor do VII. wieku naszej ery
a mieszkańców jego zalicza do ,,północnej rasy jasnego długogłowca ,
str. 11.
.
St. J. Czarnowski: „Schroniska na górze Okopy nad rzeką 1 rądnikiem pod Ojcowem“, wykopał ogromną ilość przedmiotów, przenoszącą
2000 sztuk, na które składają się szczątki kostne zwierzęce i wyroby
ludzkie krzemienne (1442 sztuk), kamienne (8), kościane (58), rogowe (4),
gliniane (104) i metalowe (bronzowe i żelazne — 4). Sądząc z przed
miotów znalezionych, autor odnosi zabytki te do początków neolitu.
.
Dr. Karol Hadaczek: „Z badań archeologicznych w dorzeczu Dnie
stru“. Jest to pożądany przyczynek do mapy archeologicznej, której po
czątek zrobił Grzegorzewski w Zbiorze wiadom. do antropol. kraj. 1879.
(III.) tabl. III., a której domaga się koniecznie tak wzgląd na naukę samą
archeologii, jako też na sposób i tok dalszych poszukiwań archeologiczni ci.
Podobny cel ma rozprawa Maryana Wawrzenieckiego: „Poszukiwania
archeologiczne w Królestwie Polskiem“, która jest dalszym ciągiem c awniejszej pracy tegoż autora (Materyały T. V., dz. I., str. 36.).
' Rozprawa Michała Brenszteina: „Skarb bronzowy, znaleziony we
wsi Syrajcie, w powiecie i parafii telszewskiej na Zmujdzi“, opisuje szcze
gółowo przedmioty znalezione w tejże miejscowości. — Dr. Włodz. Demetrykiewicz: „Groty wykute w skałach Galicyi wschodniej pod względem
archeologicznym“, poddał szczegółowemu zbadaniu groty, znane juz
dawniej 'światu naukowemu, który widział w nich zabytki przedhistoryczne,
służące celom pogańskim jako świątynie. Autor, po gruntownem zbadaniu
grot na miejscu pod względem technicznej ich budowy, przyszedł do prze
konania, że groty te są wykonane na modłę właściwą czasom historycz
nym przy pomocy narzędzi metalowych. Niektóre z nich służyły dla czernców ruskich i zostały albo wykute przez nich albo co najmniej sztucznie
przekształcone. Takie samo pochodzenie mają groty w I olanicy i Uryczu
(pow. stryjski), chociaż były one tylko częścią składową i ope meniem
daleko większych całości i miały cel odmienny.
II. Dział etnograficzny. — Seweryn Udziela: „Topograficzno-etnograficzny opis wsi' polskich w Galicyi“. Praca ta ma wielkie znaczenie
nie tylko ze względu na treść jej, ale także co się tyczy sposobu opraco
wania i może służyć za wzór dla innych, którzy mają sposobnosci grom
dzenia na miejscu takich materyałów. Uwagę tę należy Przed™st^ieJ"
stosować do nauczycielstwa ludowego na wsi, które w a wy P .
.
przysługę wyświadczyć naszej nauce, idąc żywcem w siady autora i mając
gotowy wzór w tej pracy, o której była mowa w „Ludzie . .,
.
•
W tece ś. p. Lucyana Malinowskiego znajdują się roz lczne ™a‘
teryaly dyalektologiczne i ludoznawcze, z których cząstkę wydaJ
liński p. t. Powieści spiskie. Zbiorek ten skromny ma jednak pewne
znaczenie już z tego powodu, że z tej części kraju naszeS° JąPe
czas mamy materyały, a potem i dla tego, ze zebrany .
JŁ k u.
zasłużonego na polu ludoznawstwa autora który z właściwą sobie, sk
pulatnością starał się ująć w pismo dźwięki mowy
jednak jest rzeczą, że przy dotychczasowych środkach i
P™
lania mowv ludzkiej na papier, nie ma mowy o wiernem oddaniu wszei
kich jej cieniowań, nie tylko o ile chodzi o różnice charakterystyczne całego
— 302 —
Języka- lub narzecza pewnej miejscowości, ale także właściwości mowy
indywidualnej. Z tego punktu widzenia materyały ś. p. Malinowskiego
mimo dążności do ścisłości i wierności muszą okazywać niedokładności
itore nie wiadomo, czy są błędami ortograficznymi, czy też mają grunt
rzeczywisty w mowie samej. Ta sama uwaga służy o pracy Zygm. Wierz
chowskiego; „Jastkowskie powieści i opowiadania z puszczy sandomier
skiej str. 173 n, której cechy gwarowe są bardzo nieznaczne, ograni
czone do wymowy dźwięku ł jak u, dźwięku o w nagłosie w sposób no
i użycia „mazurowania“, któro nawet obejmuje dźwięk f (rz), wymawia
jący się równoznacznie z s. Redakcya sama od siebie zwróciła uwagę na
„mekonsekwentność“ językową tych powieści, które wobec tego można
y o pozostawić w tece redaktorskiej nie zabierając miejsca innym pracom
czekającym długi czas na publikacyę. O „Ludzie łańcuckim“, pracy o szer
szych rozmiarach, była mowa w „Ludzie“ IX., str. 200., którą recenzent
nasz może zbyt ostro osądził. Z zakresu ludoznawstwa ruskiego jest praca
ot. Zdziarskiego: „Garść baśni ludu ruskiego ze wsi Nałuża w powiecie
trembowelskim , którą sam autor w wstępie scharakteryzował w sposób
taki, ze „ani czas powstania tych baśni ani typ tematów nie jest im
wspólny“, potem że „język nie jest ludowy, lokalny, bo diak, od którego
spisał te opowieści, przebywał w różnych stronach, miał do czynienia
ciągle z cerkiewno-słowiańskim językiem, co wszystko złożyło się na to,
ze mowa, jaką się posługiwał, przedstawiała niejednokrotnie konglomerat
nie jednej gwary lokalnej“.
A. Kalina.
Materyały Komisyi językowej Akademii Umiejętności w Krakowie,
łom I., zesz. 1. Kraków 1901. zesz. 2. 1903. str. 312.
Dobrą powzięła myśl Komisya językowa Akad, um., którą przez
przytoczone w nagłówku 2 zeszyty w czyn wprowadziła, ażeby językowi
polskiemu poświęcić większą uwagę, stworzyć dla niego organ naukowy,
w ktoiym pomieszczanoby prace traktujące o nim w sposób ściśle nau
kowy. To przedsięwzięcie powita z zadowoleniem tem więcej każdy miłosmk mowy ojczystej (a chyba jest nim każdy Polak), odkąd Prace Filo
logiczne, zdaje się, zakończyły swój żywotna tomie V-ym, tak że obecnie
język polski zdany jest na luźne prace, poprzyczepiane do różnych czaso
pism i wydawnictw literackich.
Wielką zaletą prac umieszczonych w zeszycie 1-ym z zakresu gwaroznawstwa polskiego jest strona fonetyczna, która pod umiejętną ręką
wj dawcy, Dr. Jana Rozwadowskiego, nabiera rzeczywistego znaczenia dla
nauki o języku, szczególnie jego głosowni. Dawniejszy sposób tłómaczenia i objaśniania właściwości gwarowych za pomocą porównywania
z językiem literackim, który za przykładem Miklosicha i Schleichera. tłómaczących w ten sposób procesy językowe w poszczególnych językach
słów, przez porównywanie z językiem starosłowiańskim, lub sanskryckim
dawniejsi nasi badacze gwar polskich (ś. p. Malinowski i jego uczniowie)
do naszej nauki wprowadzili, podawał tylko fakta porównywanych języ-kow i ich stosunek, ale nie tłómaczył ich, nie wchodził w przyczynę ich
zjawisk lub przemian. Metoda ta była szablonowjmi schematem właściwości
językowych ale nie ich naukowem tłómaczeniem.
303 —
Właśnie badanie narzeczy, przedsiębrane zwyczajnie przez tych, któ
rzy je gruntownie znają, niem mówią od dzieciństwa, a zatem świadomi
są wszelkich cieniowań w zakresie wymowy, odczuwają każdy szczegół
tworzący charakterystyczną cechę gwarową, może przynieść rzeczywistą
korzyść dla gramatyki wogóle a w szczególności jej głosowni, stać się
niejako kluczem, za pomocą którego otwiera się tajniki mowy, wnika
w jej zjawiska, poznaje jej prawa. Język występuje tu jako żywy, „duch“
jego żyje w myśli czytelnika, który może go odtworzyć w swym umyśle
a nie patrzeć tylko na niego jako coś martwego, ujętego w suchą literę
pisma.
Materyały gwarowe, opisane w pierwszym zeszycie, pochodzą z za
chodniej części Galicyi, z których dwie (Jan Witek: „Teksty i spostrze
żenia gwaroznawcze z północno-wschodniej okolicy Tarnowa“ i Tomasz
Gawin: „Teksty w gwarze zaczarnieńskiej“ str. 37.) przypadają na oko
lice północno-wschodnie Tarnowa i uzupełniają się wzajemnie, stanowiąc
jakby dalszy ciąg jbdna drugiej, podczas gdy trzecia (Wojciech Janczy:
„Gwara Sromowiec Wyżnich“, str. 51.) przedstawia nam właściwość narzeczową z powiatu nowotarskiego nad Dunajcem na granicy węgierskiej.
Objaśnienia językowe pochodzą od prof. Rozwadowskiego, które opie
rają się na fizyologii odnośnego dźwięku, o ile naturalnie możliwem to
było na podstawie wymowy autorów tych materyałów. Na tłómaczenia te
zjawisk językowych można się wogóle godzić o ile naturalnie dotyczą one
strony naukowej, gdyż strona gwarowa, jako przedmiot badany, musi się
kłaść na karb zbieraczy materyałów. Życzyć tylko wypada, ażeby prof.
Rozwadowski dalej kroczył na tej drodze i co ważniejsza, znalazł dobrych
naśladowców.
Inne prace, pomieszczone w pierwszym tomie „Materyałów i prac“,
były częścią już rozebrane w „Ludzie“, częścią budzą swą treścią i specyalnością mniej zajęcia dla czytelników „Ludu“, dla tego pomijam je.
A. Kalina.
Witold Schreiber. Małżeństwo i jego dzieje, z jedną tablicą
i 20 ilustracyami w tekście. Lwów. 1903. Nakład Księgarni Polskiej. War
szawa. E. Wende i Ska. 4-ka mała, str. VIII. i 208.
Rozwój życia płciowego ludzkości, zwłaszcza w najdawniejszych wie
kach jej bytu, zajmował niejednokrotnie zagranicznych uczonych. Nic
w tern dziwnego, — z niem bowiem łączą się początki pierwotnej kul
tury w najobszerniejszem tego słowa znaczeniu. Zachęty do badań w tym
kierunku mogły im nadto dodać ciągle nastręczające się trudności w roz
strzygnięciu pewnych kwestyj, wiadomo zaś, że nic tak nie nęci ku sobie
nieprzepartym pociągiem umysłu ludzkiego jak: zagadka, niepewność i nie
jasność. Pragnienie bowiem poznania tego, co nieznane, rozwiązania wąt
pliwości, piętrzących się wokoło najbardziej zasadniczych zagadnień bytu
naszego, jak było, tak też i nadal będzie wielkie. Stąd to wziął swój
początek cały szereg dzieł, traktujących o kwestyach, złączonych z życiem
płciowem człowieka w najodleglejszej dobie jego istnienia, jakie wydali
przeważnie niemieccy i angielscy uczeni. Najważniejsze, nie tyle pod wzglę-
— 304 —
dem doniosłości naukowych rezultatów, ile raczej z powodu objęcia cało
kształtu rozmaitych objawów życia tego, są prace: E. Westermarcka
„Geschichte der menschlichen Ehe“, oraz późniejsza o lat kilka od tamtej
książka J. Mullera „Das sexuelle Leben der Naturvölker“. My, u których
badania etnologiczne oraz prehistorya stoją tak nizko, jak mało gdzie, nie
mieliśmy dotąd pracy, któraby, stojąc na stanowisku nowoczesnej nauki,
zebrała z krytycyzmem ostateczne wyniki badań obcych i ugrupowała je
w pewną zaokrągloną całość. Temu brakowi ma za cel zapobiedz świeżo
wydana książka p. Schreibera o dziejach rozwoju małżeństwa w czasach
najdawniejszych.
Odpowiednio do swego przeznaczenia, napisana została ta praca
w tonie przystępnym dla szerokiego ogółu, bez balastu rzeczy ciężkich,
jakie były konieczno i nieuniknione w pracy ściśle naukowej. Na pochwałę
też powiedzieć należy, że autor nie puszczał się na bujne pole wątpliwej
wartości hipotez i nietrwałych domysłów, nie dawał unosić się fantazyi,
która, zwłaszcza przy rozwiązywaniu tak zawiłych zagadnień, jak te wła
śnie, które zostały poruszone w jego książce, jest nad wyraz wszelki
szkodliwa, a natomiast oceniał wszystko z ostrożnością i krytycyzmem.
Skutkiem tego, książka p. Schreibera nie zawiera fałszów naukowych,
a jeśli niektóre kwestye nie zostały przedstawione w należycie wyczerpującem oświetleniu, jeśli pewne punkty nie zgadzają się co do litery z najnowszemi zdobyczami nauki, temu nie jest winien brak zmysłu kryty
cznego, lecz nienależyte obznajomienie się z literaturą przedmiotu. A gdyby
autor był zapoznał się z kilku jeszcze pracami, wchodzącemi w zakres
jego przedmiotu, horyzont byłby rozszerzył się znacznie, a rzecz sama
zyskałaby wiele na pogłębieniu i wartości naukowej.
Z prawdziwą szkodą dla swojej pracy nie znał autor Spencera „Zasad
socyologii“, Kautsky’ego „Die Entstehung der Ehe und Familie“, Hellwalda „Die menschliche Familie“, — i co najsmutniejsze — prac polskich
n. p. Jana Witorta „Jus primae noctis“ („Lud“, organ Towarzystwa ludo
znawczego we Lwowie, tom II., 1896, str. 97. i nast.). Drobniejszych
rozpraw nie wymieniamy nawet, bo szereg ich urósłby znacznie. Ale już
te, które dopiero co zostały przytoczone, gdyby zostały zużytkowane, do
starczyłyby niewątpliwie wielu nowych spostrzeżeń, a niejednokrotnie może
oświetliłyby sam przedmiot z nowej strony. W pracy zaś, od której nie
wymaga się nowych wniosków ani twierdzeń, wysnutych samoistnie, nale
żyte obznajomienie się z literaturą jest najważniejszem postulatem. Do
błędów tej pracy należy jeszcze pewien chaos w układzie, brak ścisłej
łączności pomiędzy poszczególnemi kwestyami, przeskakiwanie z tematu
na temat, co daje się zauważyć kilkakrotnie. Teraz, po tych uwagach
wstępnych, rozpatrzmy się bliżej w treści książki p. Schreibera.
Treść jej jest bardzo bogata i ciekawa, bo opiera się na najważniej
szem źródle, t. j. na wiadomościach o życiu i obyczajach ludów, stoją
cych dzisiaj na najniższych szczeblach rozwoju kulturalnego, oraz na t. zw.
„przeżytkach“ obyczajów, o których obecnie już zupełnie pamięć zaginęła.
Autor, przyjąwszy definicyę małżeństwa z Westermarcka, który rozumie
przez nie czasowe dłuższe lub krótsze pożycie mężczyzny z kobietą, nie
rozluźniające się zaraz, ale trwające przez pewien czas jeszcze, po uro
dzeniu się dziecięcia, zajmuje się teoryą bezładu płciowego, z którego
dopiero miało się wyłonić małżeństwo mono- lub poligamiczne. Zgodnie
— 305 ---z najnowszymi wynikami nauki sądzi, że nie podobna zgodzie się na tę
hipotezę doby wolnej miłości, bo ani związki wśród blizkich krewnych,
ani rozmaite obyczaje u pogan, ani prawo pierwszej nocy nie przema
wiają za tern.
Najwięcej przeciwko tej hipotezie przemawia natura człowieka pier
wotnego, który był do niemożliwości zazdrosny o swoją żonę. A czyż
wobec tego uczucia może ostać się przypuszczenie o okresie bezładu !
Człowiek pierwotny musiał podlegać okresowości płciowej (takiej, jaką
widzimy dzisiaj u zwierząt ssących), w pierwszym okresie istnienia swego
na ziemi. Przypuszczenie to opiera się na analogicznych zjawiskach, jakie
w czasach obecnych można obserwować u ludów dzikich co najwyżej dwa
razy w roku, po największej części z nastaniem wiosny lub nadejściem
jesieni. Bardzo często odbywają się te uroczystości tylko raz na rok n. p.
u Indyan kalifornijskich lub u niektórych plemion Australii zachodniej.
Na podstawie takich danych, które należy uważać za przeżytki
dawnej okresowości płciowej, można wnosić, że ludzie pierwotni podle
gali jej w stopniu znacznie wyższym, że występowała ona u nich jako
wyznaczony im przez naturę stały czas. Oczywiście trzeba go przenieść
na porę wiosenną roku, co tłómaczy się tern, że dla ówczesnego czło
wieka, żywiącego się przeważnie produktami roślinnymi, była ona naj
odpowiedniejsza, bo skutkiem tego przychodziło potomstwo na świat
w miesiącach największej obfitości pokarmu.
Dopiero później, kiedy począł przeważać pokarm mięsny, mógł nastą
pić drugi okres, wcześniejszy o tyle, o ile musiał odpowiadać porze wio
sennej, najstosowniejszej do urodzin dzieci.
Taką drogą postępując dalej, w miarę, jak, dzięki rozwojowi kul
tury, wyzwalał się coraz bardziej z pod władzy przyrody, skracał sobie
człowiek sam przeciąg między dwiema okresowościami, przenosząc je na
czas dowolny.
Czy pierwotny człowiek, będąc poligamistą, opiekował się posiadanemi kobietami oraz przyszłem potomstwem, na to niema żadnych pe
wnych dowodów, tak, że trzeba sądzić per analogiam z ludami, stojącymi
na najniższym stopniu kultury, u których mężczyzna jest opiekunem swojej
rodziny, jej żywicielem i obrońcą. Jest więc bardzo prawdopodobne, że
i człowiek pierwotny odgrywał taką samą rolę, chociażby tylko instynkto
wnie, czemu w wysokim stopniu sprzyjała owa okresowość, po za ktoią
nie odczuwał on potrzeby opuszczenia rodziny z narażeniem jej na łatwą
zagładę, zwłaszcza, że kobieta w czasie ciąży jest mniej sposobna do
samodzielnej obrony.
Za pierwszą tedy postać małżeństwa musimy uważać czasowe poży
cie mężczyzny w otoczeniu kilku kobiet, mające zrazu na celu zaspoko
jenie wzajemnego popędu, później zaś obronę rodziny przed niebezpie
czeństwem.
...
. .
Tymczasem w miarę, jak człowiek roślino-żerca przemieniał się
w mięso-żercę, ulegały i pierwotne stosunki towarzyskie zmianom. W celu
podołania trudom i niebezpieczeństwom w polowaniu na drapieżcę, łączono
się w gromady, reprezentujące znaczniejszą siłę liczebną, zapewniające
pomyślniejsze warunki życia.
.....
Nie ulega wątpliwości, że stosunek ojca do dzieci był zimny, bo
ojciec nie mógł przedewszystkiem wiedzieć, czy rodzina jego istotnie od
20
- 306 —
niego pochodzi, zwłaszcza, że nie ubiegał się wcale o prawa ojcowskie.
Dopiero z czasem, gdy dzieci dojrzały fizycznie,, ojciec zmieniał swoją
pozycyę wobec nich z obojętnej na samowładczą.
O jakiejkolwiek wierności małżeńskiej lub dłuższej trwałości
związku nie może być. mowy w.owych czasach. Jeżeli była, to była zja
wiskiem jed.nostronnem, obowiązuj ącem słabą i bezbronną kobietę, pod
porządkowaną woli męża. Z. biegiem czasu związki małżeńskie musiały być
zawierane, między członkami jednej wspólnej gromady (cndogamia). za
czeni przemawia większa łatwość zdobycia kobiety pośród swoich, niźli
pośród obcych. Zawarciu małżeństwa nie towarzyszyły „żadne formy, a po
krewieństwo nie. stanowiło przeszkody wcale. Trudności, jakich coraz
więcej nastręczało życie, obaliły wieiożeństwo, na którego miejscu po
wstała poliandrya, bo kilku mężczyznom łatwiej było utrzymać jedną lub
dwie kobiety, aniżeli, jednemu „kilka kobiet. Ale „wkrótce musiał wr takich
poliandrycznych związkach nastąpić rozłam, bo kobieta, której stanowisko
zmieniło się teraz na lepsze, przenosiła jednego z mężczyzn po nad innych.
Mężczyźni zaś, pozbawieni kobiet, wyruszali w okolice, korzystając z ogól
nego rozdrobnienia, jakie sprowadzała płciowa okresowość i porywali ko
biety z obcych gromad. Stąd powstała eksogamia, której najpiorwolniejszą formą — t. zw. małżeństwa przez porwanie, dalszą przez uwiedzenie,
jeszcze dalszą małżeństwo przez. wymianę i małżeństwo służebne. Naj
późniejszą formą rozwoju instytucyi małżeństwa w odległych czasacli, było
małżeństwo przez kupno, które zmuszało mężczyznę do szanowania kobiety.
Po takich dopiero fazach mogło wyłonić się jednożeństwo, jako instytucya,
najwięcej i naprawdę umoralniająca.
.........
Dr. St. Zdziarski.
Polemika.
Odpowiedź na recenzyę W. Badury o „Ludzie łańcuckim“.
W zesz. .2. „Ludu“ z r, b. zamieścił p. Wincenty Badura recenzyę
o pracy mojej p. t. „Lud Łańcucki. Materyały etnograficzne“.
Nie zabierałbym głosu w tej sprawie, gdyby recenzya, a względnie
krytyka była przedmiotowo napisaną; ponieważ jednak.recenzent nie.zdołał
zachować miary w wydaniu ogólnego sądu, o „tej.„prący — zabieram głos,
aby odeprzeć zarzuty, wymierzone we mnie z pewną bezwzględnością.
Nasamprzód muszę zwrócić uwagę p. B. na to, że „Lud łańcucki“
nie ma najmniejszej pretensyi, aby był szczegółowym opisem powiatu..pod
względem „etnograficznym i że to całkiem wyraźnie zaznaczyłem w tytule
książki, mianując ją: „Materyałami etnograficznymi“. Dziwna rzecz,.„że
recenzent pomimo to wystąpił z zarzutem, mającym dotyczyć „mojej pracy
w tamtej formie,. Za taki uważam zarzut odnoszący, się do I-szej części
p. t. Lud. —- Podział ludu łańcuckiego na dwie wielkie grupy nie zado
wala recenzenta,.—radby. mieć scharakteryzowaną każdą wieś z osobna.
Łatwo przecież zrozumieć, że przedstawiając materyały zebrane pośród
wielkiej grupy ludności, mogłem przyjąć tylko podział najogólniejszy, nie
wnikając w subtelniejsze różnice. Z tej samej przyczyny nie mogłem
- 307 —
zapuszczać się w szczegóły ubioru, gdyż —jak sam recenzent twierdzi —
już płótnianka jest tak charakterystyczną, że zestawienie różnic przekro
czyłoby znowu ramy zakreślonej pracy.
•
Zgadzam się z p. B. w tern, że aby módz wydać należyty sąd o war
tości szczegółów podanych w „Ludzie łańcuckim“, należałoby zbadać cały
powiat, — i dlatego uważam za zupełnie bez znaczenia gołosłowne poda
wanie przez p. B. tego lub owego szczegółu w wątpliwość.
Z zarzutami poczynionymi przedstawieniu gwary, także zgodzić się
nie mogę. Zdziwi się p. recenzent zapewne, gdy powiem, że wyrażenia:
„rombeczek“ i „rómbeczek“, '„terá“, „tera“ i „teraz“, „dziewczynie“
i „dziewczynie“, „dzisiáj“, „dzikiej“ i „dżiśiajki“ — bywają używane
często nietylko w jednej i tej samej miejscowości, alé nawet w toku je
dnego i tego samego opowiadania. Gdy recenzent lepiej zaznajomi się
z gwarą, podobne zjawiska nie wywołają u niego zdziwienia. Podobnież
twierdzenie, jakoby wyrażenia: „minia w podejrzeniu“ albo „ów' porwa
wszy rękę i wydobywszy nóż“ i t. d. nie były mieszczańskie lub wiejskie,
uważam za zarzut zupełnie bezpodstawny i na niczem nie oparty.
Prawda jest, że tu i ówdzie błędnie przedstawióńe jest użycie'„á“,
co jednak mojem zdaniem nie odbiera materyałóm wartości folklorystycznej.
Czytelnik, ale rozumie się więcej doświadczony niż p. B., łatwo zdoła
rozpoznać Usterki wynikłe Zazwyczaj bez woli i chęci autora: potrafi sobie
wyrobić należyty Sąd o gwarze.
Chociaż recenzent nie poczynił żadnych zarzutów co do rozdż. TIL,
IV;, V., VI. i VII. i owszem, raczył tu i ówdzie przyznać temu lub. owemu
ciekawość lub piękność, pomimo to ku końcowi recenzyi odmawia mojej
pracy zupełnie wartości, bo pisze: „I sądzi autor, że jego mąteryały nió
są bez wartości i przyczynić się mogą do wypełnienia braków w etno
grafii polskiej..;“ —Ta ocena, chociażby nawet zarzuty, odnoszące się do
gwary były zupełnie słuszne, zdradza powierzchowność sądń lub złą wolę.
Wprost dziwnie brzmi zakończenie recenzyi: „Jedyną zaletą są melodye Spisane z wielką znajomością nut...“ — dziwnie dla tego, bo tak
melodye, jak i tekst zawierają wiele usterek i błędów nie sprostowanych
w korekcie. Błędy w tekście wystarczają recenzentowi do wydania nie
korzystnego sądu o całej pracy, błędówr w nutach p. B. nie zauważył
i chwali przedstawienie melodyi.-Gdzie konsekwencya? A może p. B. nie
jest w muzyce tak biegłym, aby mógł błędy zauważyć? Po cóż więc pisać
o rzeczy, na której się nie rozumiemy?
Pod koniec nasuwa mi się ogólna uwaga.
Ażeby być dobrym recenzentem i krytykiem, nie wystarczy umieć
pisać, ale należy mieć: ................
.......... . . ...... & Vi Vi
1) dokładną znajomość przedmiotu traktowanego w książce;
2) zdrowy logiczny sposób sądzenia;
■3) pewną etykę pisarską, któraby dozwalała wydać sprawiedliwy,
niczem nie zabarwiony sąd o rzeczy.
Aleksander Saloni.
20*
