384cf21ed4051f9a6d5db05656e78b14.pdf

Media

Part of Przegląd czasopism, cz. 2 / Lud, 1904, t. 10

extracted text
PRZEGLĄD CZASOPISM.
..Ognisko“ pismo miesięczne ilustrowane poświęcone na­
uce sprawom społecznym, literaturze, sztuce. W arszawa. Ro­
cznik 1 Nr. 1—12, rok 1902-1903 (Dokończenie).
Ludy karle w Afryce.
.
W dziewiczych lasach Afryki środkowej żyją dzikie ludy
karłowatej postaci. Żyją z myśliwstwa. Wysokość mężczyzn
dochodzi do P40 m, a kobiet 120 m. Barwa ciała czekoladowo
brunatna przechodzi nieraz w czerwoną, lub jasnozołtą z rą
zowym odcieniem. Skóra pomarszczona pokryta jest delikatnym
drobnym włosem. Strzelają zatrutemi strzałami, zakładają sidła
na zwierzynę, miód bardzo lubią, prowadzą ożywiony bandę
ze sąsiednimi szczepami, od których pozostają w pewnej za t
żności, bo sami nie zajmują się rolnictwem. Swoim sąsiadom
oddają różne przysługi, ostrzegają przed nieprzyjacielem i pomacają w wojnie. Z powodu swojej dzikości i niesta ości niezc a
tni są do ciągłej pracy i obowiązku. Herodot, wspominając
o Pigmejach, miał prawdopodobnie tych karłów na myśli.
Nr. 7. Dr. Włodzimierz Czerkawski. Emięjracya.
Jej istota i znaczenie w życiu narodów.
Autor mówi o różnych formach emigracyi, o jej dobryc
i złych stronach i o modyfikacyach z jakiemi sPoty^X ®«
w życiu. Emigracyą nazywa stałe lub czasowe prz
się pewnej liczby ludności z jednego miejsca na drug' ' :
ze wsi do miasta, z kraju do kraju lub nawę o mny , . - świata. Przyczyną emigracyi może byc prze ludnie J .

miejscowości, na których tak wielka liczba u nosc: yy
może, nadzieja lepszych warunków' istnienia u z . ' z P<ludalej nadmiar sił fachowych do pewnego zaw

jących w swem rodzinnem miejscu zatruć niema |
»
uzdolnieniu, wreszcie chęć korzystniejszego uz- ‘v \
• gtQ
pitałów lub wiadomości. Przyczyną emigracyi y
3
99»

340

PRZEGLĄD CZASOPISM

sunki polityczne, a nawet przymusowe przesiedlanie ludności
w inne strony. O ile emigracya wypływa z przeludnienia lub
nadmiaru fachowo uzdolnionych, o ile ta emigracya nie pozbawia
kraju sił najlepszych, nie ogałaca z kapitałów i nie powoduje
zastoju, może być uważana za pożyteczną zwłaszcza wtedy,
gdy skierowana jest do takich miejscowości, gdzie razem sku­
pieni emigranci nie są skazani na wynarodowienie.
L. T. Geny produktów spożywczych obecnie a przed stu taty.
Według miesięcznika francuskiego: »Lectures pour Tous«
omawia autor stosunki, jakie były we Francyi przed stu laty
pod względem ceny różnych artykułów spożywczych i daje
porównanie z cenami dzisiejszych czasów. Okazuje się, że wiele
przedmiotów znacznie podrożało, ale za to pieniądz potaniał,
jest go więcej. Urzędnicy i różni funkcyonaryusze pobierają
obecnie daleko wyższe płace niż dawniej. Jak wielką jest jednak
różnica w cenach produktów spożywczych, można się przeko­
nać z tego, że np. jeden kilogram mięsa kosztował tyle, co dwa
kilogramy zboża, obecnie zaś tyle trzeba dać za niego ile się
weźmie za 7 kg zboża. Obuwie kosztowało pięć razy mniej
niż teraz. Kury i wszelki drób kosztował cztery razy mniej niż
obecnie, jaja płacono przed stu laty przecięciowo tuzin po 30
centimów, obecnie 1 fr. 50 ct. — groch i fasola dawniej po 20
centimów, obecnie po 50 ct. za kilogram. Potaniały zaś znacznie:
morskie ryby, szafran, cynamon, gwoździki i muszkat. Wino
jest obecnie dwa razy droższe, niż przed stu laty. W końcu
twierdzi autor, że w ciągu ostatniego stulecia wzrosła cena
życia, ale też wzrósł i dobrobyt wskutek większych dochodów
i zarobków. Na dowód stawia życie rzemieślnika paryskiego.
Nr. 8. Skała Dżasy-Bai. Legenda kirgiska.
Kizgizi pozostawali niegdyś w nieprzyjaznych stosunkach
z sąsiednimi Kałmukami, napadając i rabując się wzajemnie.
Czasem młody, a ubogi Kirgiz porywał dziewczynę Kałmukom,
gdy nie miał czem zapłacić zwyczajnego posagu ojcu dziewczyny
swego rodu. W nieustannych walkach wzięli wreszcie prze­
wagę Kałmucy i tak okrutnie Kirgizów prześladować zaczęli,
że ci zamyślali już wywędrować do kraju, gdzie słońce zachodzi.
Właśnie wtedy urodził się zamożnemu Kirgizowi syn, który
rósł szybko, a tak był zręczny i silny, że mu nikt nie dorównał.
Wyrósł na olbrzyma o ogromnej sile. Raz wracając ze zwycięzkiej wycieczki ze stadem owiec zastał namioty swoje spa­
lone, a rodzinę swą przez Kałmuków wymordowaną. Rozsza­
lały z żalu i gniewu popędził za nimi, a zobaczywszy ich ze
szczytu góry,, oderwał olbrzymią skałę i rzucił na nich tak, że
ich pogniotła. Skałę tę wyniósł napowrót na szczyt, a usiadłszy
na górze, czatował na Kałmuków. Skoro się pokazali, walił na
nich ową skałę. W ten sposób zniszczył całą armię Kałmuków
a łupem na nich zdobytym zbogacił się bardzo. Zaślubił 30 żon,

PRZEGLĄD CZASOPISM

341

a każda obdarzyła go co rok synem. Przez 80 lat nie opuszczał
swego posterunku. Mając już sto lat, poczuł, że zbliża się koniec
jego życia; zwołał tedy wszystkich synów, a upomniawszy ich,
aby zgodnie żyli, kazał im na górze, gdzie czatował, wykopać
dół. Gdy to uczynili, powiedział, że to będzie jego grób, kazał
im się oddalić i zasnął. W net jednak obudził go hałas, który
sprawiali kałmucy, przepędzający u stów góry liczne stada owiec.
Wstał jeszcze »Dżasy-Bai« — tak się bowiem nazywał — i z wy­
siłkiem, od którego pękł mu obojczyk, rzucił na nich swą skałę.
Przywoławszy następnie synów, kazał im przynieść tę skałę
na górę, a następnie zabrać sobie trzody zabitych Kałmuków.
Synowie jednak ani poruszyć tej skały nie mogli. Wówczas
starzec zeszedł sam i choć ranny, wyniósł skałę na górę, wstą­
pił do grobu, nakrył się ową skałą i skonał. Nikt tej skały po­
ruszyć nie może, bo trzymają ją potężne, a niewidzialne ręce
zmarłego Dżasy Bai, którego pamięć odstrasza nieprzyjaciół,
a dusza strzeże umiłowanego przez siebie kraju.
Suitan Bangassu.
A. Pont Rieux opisuje kraj sąsiadujący z państwem Kongo
w Afryce. Zamieszkuje ten kraj murzyńskie plemię ludożercze
N’Zakara, nad którem panuje sułtan Bangassu. Obyczaje tego
ludu, jak i jego władcy są dziwną mieszaniną cywilizacyi z dawną ludożerczą dzikością. Opowiada szczegółowo o swojem
przyjęciu u sułtana, opisuje jego osobę, ubranie, otoczenie, mie­
szkanie, służbę, wojsko i zwyczaje. Harem sułtana dochodzi do
tysiąca kobiet rozmieszczonych po różnych miejscowościach.
Gdy sułtan pali fajkę nałożoną i podaną przez kobiety, wtedy
murzyni klaszczą w ręce, grają na piszczałkach i piekielny ha­
łas wyprawiają; gdy fajkę odkłada, wszystko milknie. Niewo ników pochwyconych na wyprawie używają do najcięższej pracy,
gdy zaś który z nich okaże najlżejszy opór, zabijają i pożerają
go N’Zakarasowie. Czaszkami ich ozdabiają swoje mieszkania
lub ulubione drzewa. Dla uprzyjemnienia uczt sułtana tańczy
tłum kobiet przy ogłuszającej muzyce tam-tamów; wydając ogłu­
szające krzyki, jakiejś dzikiej melodyi, wpada w dziki szał tak
w ruchach, jak i w śpiewie, a niemiła woń zjełczałego tłuszczu
rozchodzi się od nich szeroko. Ubiór kobiet stanowią najpry­
mitywniejsze króciutkie tuniki, wyszywane białemi i czarnemi
perłami, 'niektóre nawet ubrane są tylko w paciorki na szyi,
rękach i nogach. Wojownicy i inni mężczyźni ubrani są w ma
terve bawełniane, kwiatami i arabeskami ubarwione. Na głowie
noszą przepaski z białych pereł przymocowanych do włosow.
„W kraju wendety“.
,
W artykule pod powyższym tytułem skreślone są zwy­
czaje mieszkańców Korsyki, tego kraju nienawiści c zie zicznyc ,
pomst nieubłaganych, zabójstw odwetowych, bancy ow uyj
cych się w niedostępnych schronieniach. Dzika s a is a o o

342

PRZEGLĄD CZASOPISM

nadzwyczajna trudność komunikacyi ze światem cywilizowanym
sprzyja rozwojowi, a utrudnia niezmiernie wytępienie bandy­
tyzmu i t. zw. wendetty. Charakterystyczną cechą mieszkańców
Korsyki jest gościnność nietykalna, niewzruszona wierność i ślepe,
fanatyczne posłuszeństwo. Zbrodnią u nich jest zdrada, kłamstwo
i kradzież, lecz nie jest zbrodnią zabójstwo. Korsyka zachowała
dotąd podział ludności na klasy, czyli grupy ludzi złączonych
pod jednym naczelnikiem związkami krwi lub przysięgą. Rody
lub nawet całe klasy prowadzą często ze sobą waśni, które
przechodzą w spadku z ojca na syna. Nie gasnące te nienawiści
pochłaniają całe rodziny a gdy głównych przywódców rodu za­
braknie, obowiązek pomsty spada na służbę. Taka to właśnie
nieubłagana waśń, spragniona krwawej pomsty, zowie się »wen­
detta«. Wendetta rozpoczyna się uroczyście, jakby jakie wypo­
wiedzenie wojny. Krewni zabitego przynoszą ciało do domu,
kładą na stole, deklamują według ponurej melodyi pieśń bólu,
zemsty i nienawiści, wybierają następnie jednego z pomiędzy
siebie na mściciela, kładą na niego skrwawioną koszulę, lub
umaczaną w krwi zabitego chustkę i od tej chwili rozpoczyna
się pojedynek zawzięty bez oznaczonego miejsca i czasu, czychanie, zasadzki, napady podstępne, które się muszą skończyć
zabójstwem. Zabójca ucieka następnie w góry i kryjąc się mię­
dzy zaroślami, między niedostępnymi zwałami skał i przepa­
ściami, drwi sobie z policyi i żandarmeryi. Potrzebne do utrzy­
mania swego rzeczy zabiera lub dostaje jako haracz od okoli­
cznych mieszkańców. Gęste zarośla, przez które chyba tylko
z siekierą w ręku przedzierać się można, dają schronienie dziś
jeszcze 500 bandytom. Korsykanka zdolna jest do najwyższego
bohaterstwa, ale też pojmując fałszywie uczucie swego honoru,
podtrzymuje istnienie wendetty. Trzy czwarte czynów zemsty
są dziełem kobiet. Dziewczyna, upatrzywszy sobie chłopca, który
się jej podoba, oskarża go przed rodziną, że ją skompromitował.
Rodzina żąda wynagrodzenia krzywdy. Gdy odmówi, rozpoczyna
się wendetta. Korsykanin zabija najczęściej tych, których mu
wskaźe Korsykanka. Korsykanie są bardzo zabobonni, wierzą
w różne duchy i widma. Lękają się duchów, które wraz z mgłą
spadają na ziemię i dostają się do domów nie dość szczelnie
zamkniętych, lub w których jest kropielnica pusta. Upiory za­
kradają się do domów i przyczepiwszy się do szyi dziecka wy­
pijają krew jego, skąd pochodzi śmiertelność dzieci. 1 niektórzy
żywi ludzie są upiorami. Dusze ich opuszczają uśpione ciało,
chodzą niewidzialne ze strzelbą i zabijają spóźnionych prze­
chodniów. Wierzą też powszechnie w »zle oczy« t. j. urok
zwany »jettaturą«. Urok może zdjąć tylko czarownica przez
umieszczenie na głowie »urzeczonego« talerza z wodą, do któ­
rej puszcza krople oliwy z palców zamaczanych w oliwie
z lampy — i mruczy przytem zaklęcia. Skutecznem przeciw

PRZEGLĄD CZASOPISM

343

jettaturze i przeciw burzy jest jajko zniesione w poranek W niebowstąpienia. Aby się uchronić od pioruna, wystarczy to jajko
położyć na parapecie okna.
Nr. 9. S. Barszczewski: Aimara, potomek Inków.
Rasa amerykańskich tubylców czerwońoskórych wymiera,
bo nie jest zdolna do cywilizowanego życia. Miedzianoskórzy
usuwają się przed białymi coraz dalej w pustynie i góry,
a mając utrudnione warunki bytu, giną powoli. Jak ciężkie
i smutne życie ta reszta prowadzi, daje nam wyobrażenie autor,
przedstawiając pątnika peruwiańskiego, znachora ze szczepu
Aimara, potomka panującego rodu Inków, który poślubiwszy
dziewicę swego szczepu, według dawnego zwyczaju opuszcza
ją przed nocą ślubną i idzie na dwa lub trzy lata w świat,
aby się nauczyć pracy, życia i męstwa w cierpieniach zdała
od ziemi rodzinnej. Zbiera różne tajemnicze zioła, któ­
rych skuteczność naturze podpatrzył i idzie pomiędzy białych.
Temu sprzeda koki, dającej moc na wesołość, tamtemu mulii,
co zasklepia rany, owemu proszki miłosne i t. d. i t. d. W srod
dumań w czasie wędrówki przypomina sobie Aimara wielkość
państwa Inków, wspaniałe miasta swych przodków, wysoką
cywilizacyę swego szczepu i ciężko boleje nad tern, że wielki
Paczakamaka tak srogo ukarał grzech jedenastego Inka. Iluajna
Kapaka, który zamiast ożenić się ze swą siostrą dla zachowa­
nia czystości krwi Inków, pojął córkę władcy Kwitu za zonę
i miał z nią syna Atahualpę. Ojciec jego i kapłani sprzeciw ili
się temu i zmusili go, aby pojął swą siostrę za z<inę. J ”.leJ
miał również syna Huaskara. Państwo swoje podzielił pomię­
dzy tych synów, którzy po śmierci ojca wszczęli między sobą
wojnę. Prawie w tym czasie przybyli biali Europejczycy, któ­
rzy położyli kres państwu Inków. Zjawienie się białych zapo­
wiadały Inkom różne złowróżbne znaki jak: zjawienie się wi­
dma człowieka białego z czarną brodą i nieznanem zwierzę­
ciem (koniem), zabicie orła przez sokoły, księżyc otoczony krę­
giem krwawym, gwiazdy z wiechami świetlanemi.
lerzą
jednak czerwonoskórzy, że jeszcze zajaśnieje im swla. os<, w e
sela. Na te to czasy ukrywają ich kapłani wielkie skar y n
w niedostępnych pieczarach gór Autis. Znakiem, zt i <- s
przyjdą jest barwny łuk tęczy, którą wielki 1 acza a a
pociechę zostawił.
„„„„zł z z, z
Nr. 10. Bronisław' Dąbski: Cywihsacya s pisea
czterech tysięcy.
. .
..
Babilończycy znali i używali pisma juz na <z
lat przed Narodź Chr. Wszystko, co miało metylko chwiIową
wartość spisywano pismem klinowem na ceg ac , v'
stkach lub tabliczkach glinianych, które nas ęp t
P <
i przechowywano. W ubiegłym wieku o opano ■ \
~
zów niezliczoną ilość tych dokumentową z \ oiy

344

PRZEGLĄD CZASOPISM

znali i opisali całą, wysoką cywilizacyę ludów babilońskich, ich
zwyczaje, religię, ziemię i rośliny, miasta i pałace, rolnictwo,
chów bydła, handel, sztuki i wiedzę. Początki tej kultury się­
gają w zamierzchłą przeszłość. Handel był zamienny pierwo­
tnie, chociaż istniały i pieniądze z kruszcu n. p. srebrne, które
służyły za podstawę rachunków przy handlu zamiennym. Je­
dnostkami monetarnemi były: talent, zawierający 60 min, mina
= 60 szekelów, a szekel miał 180 sze (ziarn). System sześć-:
dziesiątkowy był rozpowszechniony w całej Azyi zachodniej,
pozostałością też jego jest podział koła na 360 stopni a godziny
na 60 minut i t. d. Monety określały pierwotnie tylko ciężar
kruszcu, a wynalazcami wybijania monet są Lydowie w Azyi
Mniejszej. Przedmiotem handlu były produkty krajowe: psze­
nica, jęczmień, cebula, warzywa zbierane na wiosnę; jesienne
zaś: kukurydza, sesam, konopie i soczewica. Z daktylów wyra­
biano wino bardzo upajające, mieszane dlatego z wodą, wina
z gron winnych sprowadzano z Syryi. Wino było najulubieńszym darem dla bogów i kapłanów. Przemysł rozwinął się
bardzo wysoko. Tkaniny babilońskie rozchodziły się po całej
Azyi. Wzajemne stosunki Babilończyków określało ściśle pra­
wo pisane, jak o tern świadczy niedawno odkryty w Niniwie
kodeks wydany około 2250 lat przed Ghr. Najważniejsze spra­
wy uświęcano przysięgą, składaną na bogów i króla, a zawie­
rającą nieraz straszne przekleństwa na łamiącego przysięgę.
Takiego mieli karać bogowie: Marduk pragnieniem i więzami,
Sin wrzodami, Aclar syn Beki zniszczeniem jego granic, Gula
przepojeniem ciała trucizną, ażeby zropiało, Ramman powodzią,
chwastami i zniszczeniem plonów, Nebo nędzą i głodem, a wszy­
scy bogowie przekleństwem i zniszczeniem nawet jego potom­
stwa. Zabobon i magia były składnikami religii, więc też wielki
wpływ wywierali: astrologowie, wieszcze, zaklinacze duchów,
czarodzieje i tłomacze snów. Wierzono w dnie feralne. Życie
rodzinne było prawem uświęcone, cześć dla rodziców surowo
nakazana. Bez zezwolenia ojca nawet pełnoletni syn żenić się
nie mógł. Zwyczaje zaślubin małżeńskich zmieniały się z biegiem
czasów tak, że od licytacyi publicznej piękniejszych dziewcząt
na korzyść brzydszych, od podarków, składanych rodzicom za
dziewczynę doszło do wydawania córek z dodatkiem posagu.
Posagiem swoim rozporządzała żona zawsze dowolnie. Źródłem
do badania zwyczajów i obyczajów Babilończyków są również
liczne płaskorzeźby, przedstawiające typy, stroje i życie Babi­
lończyków.
Nr. 10. Karol Potkański. O pochodzeniu wsi polskiej.
Najdawniejsze osady polskie były jednodworczemi, bądź
zbiorem osad jednodworczych, które wskutek rozrodzenia się
potomków pierwszego osadnika-założyciela, albo też kilku tychże,
jeżeli się w pobliżu siebie osiedlili, tworzyły pierwsze wioski.

PRZEGLĄD CZASOPISM

845

Uprawa gruntów w tych osadach była trzypolowa tj. 1) ozimina,
2) jarzyna, 3) ugór. Były tez okresy gospodarstwa bezobrotowego, ' odosobnionego i następny gospodarstwa pieniężnego.
W pierwszym okresie producent wystarczał sam sobie a han­
del prowadził tylko zamienny, w drugim pieniądz występuje
jako pośrednik. Przejście z pierwszego do drugiego okresu do­
konało się w wieku XII i XIII kiedy to fala osadników llandryjskich, wallońskich i niemieckich dosięgnęła Polski. Ci przy­
nosili z sobą ulepszone sposoby uprawy ziemi, podziału poi
i lepsze narzędzia rolnicze. Sprowadzeni przez książąt, bisku­
pów i opatów osadnicy wprowadzają do ziem polskich zupełny
przewrót ekonomiczny i społeczny. Nastąpiła zmiana gospo­
darstwa bezobrotowego w pieniężny, stare piastowskie grody
zmieniły się w miasta. Za tym przykładem idzie i rycerstwo
polskie, zakładając nowe wsi i miasta na prawie niemieckiem.
Oznaczano miejsce, rozmierzano je na łany frankońskie 60 morgowe lub flandryjskie 30 morgowe. Na łany frankońskie mie­
rzono lasy i pustkowia, a flandryjskie grunt już uprawny. Łany
rozdzielano pomiędzy osadników, którzy odtąd pozostawali po
władzą sołtysa (Scbulthess). Oprócz łanów przydzielano im je­
szcze po cząstce reszty obszaru (Lberschar), czyli przymiar«,
kawał łąki stosowny do łanu, przyznano wspólne pastwisko
i użytek z pańskiego lasu. Osadników na łanach zwano kmie­
ciami. Oprócz kmieci byli jeszcze zagrodnicy na t. zw »nawicie«. oraz karczmarz, piekarz, rzeźnik, szewc i kowal, oryc
wioska niezbędnie potrzebowała. Sołtys otrzymywał 2, 3 lub
4 łany. Jeśli założycielem osady był rycerz (szlachcic), to oprocz
łanów kmiecych ¡'zagród znajdował się często folwark pana.
Zarząd i sądownictwo sprawował sołtys z ławnikami. Na są y
zjeżdżał dziedzic trzy razy do roku, a wtedy osada obowiązaną
bvła ¡rościć aro, a potem obowiązek ten zamieniono na roczną

książę Syngalezów’ miasto i nazwa
radhapura. Miasto rozwijało się szy

346

PRZEGLĄD CZASOPISM

mieszkańców. Rozwój jego ułatwiała wysoka cywilizacya mie­
szkańców, niesłychane bogactwo i urodzajność ziemi. Pałace
bronzowe o tysiącach kolumn i bloków granitowych metalem
inkrustowanych, sale w nich z bajecznem bogactwem złota,
pereł, kości słoniowej i drogich kamieni ozdobione, były zwy­
kłą ozdobą miasta. Wodociągi obfite, baseny marmurowe do
kąpieli, wspaniałe świątynie ozdobione posągami i rzeźbami
służyły do użytku publicznego. Ogrom budowli zadziwia, a za­
chwyca artyzm wykończenia i ozdoby. Pomimo tak wysokiej
cywilizacyi, obyczaje Syngalezów były bardzo dzikie i okrutne.
Fakirowie raniąc się w najsroższy sposób oddają w ten spo­
sób cześć Buddzie. Sądownictwo było u nich również okrutne.
Obwiniony musiał przechodzić próbę ognia trzymając w obu
rękach rozpalone do czerwoności żelazo, próbę wody zanurzony
przez dłuższy czas w wodzie, a wreszcie próbę węża, w cza­
sie której trzymał na szyi owiniętego węża jadowitego kobrę
tak długo, dokąd nie przeczytano 2—3 tysięcy wierszy z dzieła
świętego. Gdy wyszedł z tych prób zwycięsko, był niewinny.
Krwawe są kroniki tego miasta. Tamulowie, mieszkańcy sąsie­
dnich łndyi podbili ich państwo, miasto opustoszało, a bujna
roślinność okryła je zielonym całunem. Gruzy dotąd wzbudzają
podziw Europejczyków.
Piotr Lot i: W krainie głodu.
W obrazku skreślonym na podstawie wrażeń z podróży odŁ*ytej po Indyach angielskich opowiada autor, że rok rocznie
ginie tam śmiercią głodową przeszło 300.000 ludzi. Kraje nie­
gdyś kwitnące i urodzajne zmieniają się wskutek posuchy
w pustynie, bo wiatry przynoszące niegdyś z morza Arabskiego
deszcze, teraz zmieniły swój kierunek i już od kilku lat Indye
są krainą głodu, miasta pustoszeją, ludność wymiera. Żywi
wywierają strasne wrażenie: są to jęczące głośniej lub słabiej,
konające z głodu szkielety ludzkie. Widok tych mrących z głodu
istot jest tam tak zwykły, że bogaci, mający możność zaopa­
trywania się w żywność, a nawet w rzeczy zbytku, obojętnie
patrzą na męki konania biedaków a uprzykrzających się roz­
paczliwą prośbą o parę ziarn ryżu kijem od siebie pędzą.
Zgrozą przejmuje wobec tej strasznej nędzy przepych i zbytek
potężnego władcy tej krainy, dogadzającego sobie we wszel­
kich zachciankach, mającego zabawkę w dostarczaniu obfitej
żywności krokodylom, których całe stada w otoczonych mar­
murem jeziorach utrzymuje, nie żałującego kosztów na urzą­
dzanie wspaniałych pochodów, wśród których każę rozsypywać
drogi, barwny, wonny proszek po ulicach przed sobą. Jęki ko­
nających z głodu, kijem odpędzanych z drogi zagłusza wesoły
hałas i muzyka pochodu. Nastanie wnet noc, której chłód przejmujący uspokoi na zawsze setki, — tysiące, nagich, jęczących
nieustannie szkieletów.

PRZEGLĄD CZASOPISM

347

Nr. 12: Ignacy Radliński w książce swej p. t. „Prsejsstość w teraźniejszości“ opowiada o ludach, które z niewiado­
mej przyczyny zatrzymały się w swoim rozwoju cywilicyjnym
i jako takie są cennymi dokumentami przeszłości z przed
wielu — wielu wieków. Jednym z takich ludów są Ainowie
zamieszkujący wyspy Kurylskie, Sachalin i południową Kam­
czatkę. Jest ich zaledwie kilkanaście tysięcy, a różnice, cech
fizycznych tego ludu są tak wielkie, że go trudno do którego­
kolwiek szczepu zaliczyć. Kości ich nawet są płaskie, jak
u ludów przedhistorycznych — jaskiniowych. Zwyczaje ich ży­
cia towarzyskiego są równie charakterystyczne i dla ludoznawstwa bardzo ciekawe. Oporni na wszelkie wpływy cywiliza­
cyjne, nie używają do pracy narzędzi metalowych, wolą posłu­
giwać się rogiem, muszlą, odziewać się skórą, chodzą boso, nie
myją się nigdy, rolnictwa nie znają, żywią się z rybołówstwa
i inyśliwstwa. Dzieci ich zmuszone przez Japończyków do po­
bierania nauki szkolnej nie okazywały mniejszego uzdolnienia,
ale po ukończeniu szkół wracały do swego pierwotnego życia
i nie korzystały z nauki zupełnie. Jedyny wynalazek ludów
cywilizowanych przyjęli od Japończyków: wódkę! Rysy ic
twarzy regularne, twarz nawet piękna, zarost bujny, usposo­
bienie spokojne, łagodne i melancholijnie apatyczne. Oddani
pijaństwu i lenistwu wymierają. Niegdyś zamieszkiwali wszy­
stkie wyspy japońskie. Kobiety mają zwyczaj tatuowania sobie
nietylko twarzy, ale nogi, ręce i ramiona są też obficie tutuowane. Ainowie żenią się tylko między sobą. Ainki są dzielnemi
pomocnicami mężów, są im wierne i szczerze pizywiązane.
Wiarołomstwo jest u nich nieznane. Zwyczaj tatuowania Anieli
ma pochodzić od pewnej bogini, która swą pięknością wzbudziła
uczucie miłości u wielu bogów, a więc niesnaski i za urzenia.
Aby temu zapobiedz, oszpeciła sobie twarz tatuowaniem ¿a
jej przykładem poszły Ainki. Ainowie nie posiadają swiąyn,
ani kapłanów, ani świąt, ani wogóle żadnej okres onej re lgn.
Wierzą w mnóstwo duchów, które są przyczyną zjawis na
świecie. Porozuipiewać się mogą z duchami tylko w roż mrz
(szamani). Symbolem ich religii jest kloc, nieco o uc z ]
postaci podobny, który sobie sami robią i wszę zie s a w J ,
a dla uspokojenia burzy w morze wrzucają. Nie zwie Z1
czają szczególniejszą czcią. Jednak polują na mego iza J<J‘.
go, poczem przepraszają go i modlą się do niego.
.W
objawem czci tego zwierzęcia jest tzw. »swię o nicc
ifrpwni
Gdy zamożnemu Ainowi urodzi się chłopiec, w e y \ '
i sąsiedzi udają się w góry dla wyszukania małego nie
.
Przyniósłszy go dają go do wykarmiema własną piei» . .
bądź kobiecie, która go troskliwie pielęgnuje, i y

wyrosną, umieszczają go w klatce, karmią i
.
dokąd nie wyrośnie i nie zacznie okazywać swój
v .

348

PRZEGLĄD CZASOPISM

tury przez chęć zburzenia klatki i rzucenia się na swych karmicieli. Wtedy odświętnie ubrani rzucają się na niego zajadle
i każdy pragnie choć dotknięciem drąga lub noża przyczynić
się do jego zamordowania. Po zabiciu'wielbią go i przepra­
szają, śpiewają na jego cześć hymny uroczyste, potem piją jego
krew, jedzą mięso i ucztują wśród wesela i pijaństwa nawet
po kilka dni. Czaszkę niedźwiedzia przechowuje rodzina, która
go wypielęgnowała.
Stanisław Czaja.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.