1a89b2454b0efe4e52d1617173667e18.pdf

Media

Part of Ludowość w poezji polskiej XIX wieku / Lud, 1904, t. 10

extracted text
LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ
XIX WIEKU.
Okruszyny badań.
Kiedy w roku 1901 wydałem obszerną książkę p. t. »Pier­
wiastek ludowy w poezyi polskiej XIX. wieku« (Warszawa.
Nakładem księgarni E. Wende i Sp., 8-ka, str. VII i 590), która
doznała przychylnego przyjęcia ze strony krytyki naukowej,
nie tyle zostałem uradowany pochlebnym tonem recenzentów,
ile tern, że dwaj z nich, a mianowicie ś. p. prof. P. Chmielow­
ski (Gazeta polska, 1901, nr. 283) i p. H. Ułaszyn (Kraj, 1901,
nr. 46), wskazali mi pewne opuszczenia, wymagające uzupeł­
nień. Że takie opuszczenia łatwo zajść mogły, rozumieli dobrze
obaj recenzenci, czułem to sam nawet. Nie trudno pojąć, iż
traktując o poezyi całego wieku, omawiając twórczość kilku­
dziesięciu poetów i paręset utworów, można przeoczyć mierniejsze talenty.
Tymczasem nie spuszczając z oka poruszonego raz tematu —
napotkałem z biegiem czasu nowe materyały do omówionych
w pracy mojej poetów i utworów, tymczasem ukazały się utwory,
napisane jeszcze w wieku XIX., które, do chwili oddania książki
do druku, leżały jeszcze w tekach autorów. Wszystkie te oko­
liczności, a nie mniej zachęta ś. p. prof. Chmielowskiego, spra­
wiły, że postanowiłem dać obecnie wiązankę uzupełnień tam­
tej pracy. Będzie ona z natury rzeczy, jak to zaznaczyłem w ty­
tule, fragmentaryczna, ale nie sposób powiązać luźnych uwag,

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

375

kiedy omawiane utwory są rozdzielone ogromną przestrzenią
lat. Zaczynam drobnemi notatkami.

I. Adam Mickiewicz.

1. Kiedy męźobójczyni w »Liliach« powraca do domu
»z wyroku rada«, jaki wydał pustelnik, iż nikt nie dowie się
o spełnionej zbrodni, u progu witają ją dzieci:
»Stoją dzieci przed bramą,
»Mamo — wołają — mamo!
»A gdzie został nasz tato?«

Zupełnie na takie pytanie nieprzygotowana, odpowiada zbrodniarka z chwilowem pomięszaniem:

i

»Nieboszczyk? co? wasz tato?
Nie wie, co mówić na to.
»Został w lesie za dworem,
»Powróci dziś wieczorem«.

Zarówno przytoczone pytanie, jak i odpowiedź, mają nader
wyraźne analogie w pieśniach ludu białoruskiego o żonobójcach, jak na to słusznie wzrócił uwagę dr. Bruchnalski1).* W je­
dnej z tych pieśni młody wdowiec po zabiciu żony powraca
do domu spokojny, jak »pani« mickiewiczowskiej ballady. Lecz
skoro tylko
»Skripnuv Ivaniusza na poroh,
Kinułyś dieti k jemu do noh:
»Oj, batiuszka, batiuszka,
»A die nasza matuszka?«

Na co kozak odpowiada z lekkiem sercem, bez namysłu:
»Wasza mat’ poszła u zełen sad huliat’,
Jalovych cvietkov irvat’«3).

W innej znowu pieśni ustęp analogiczny brzmi następująco:
»Stali dzietunki pytacisia:
»Ach, nasz tatuńka,
»A jdzie nasza mamuńka?
i) Kilka motywów ludowych w poezyi Mickiewicza. (Pamiętnik Tow.
liter, im. A. Mickiewicza. Lwów. 1898. VI. str. 344—346).
3) B. Romanow. Biełorusskij sbornik. I. str. 20. nr. 38.

376

STANISŁAW ZDZIARSKI

»Wasza mamuńka u sadok poszła,
»U sadok poszła wiszuńki szczipaó!«1).

Nie ulega — naszem zdaniem — żadnej wątpliwości, że Mic­
kiewiczowi musiała być znana podobna pieśń o żonobójcy,
i na jej to podstawie osnuł odpowiedni ustęp zapytania dzieci
i odpowiedzi morderczyni w »Liliach«. Wskazuje na to wyraźna
analogia pomiędzy słowami pieśni białoruskiej a ustępem bal­
lady Mickiewicza, wskazuje na to dalej sposób i ton, jakim
odzywa się matka-mężobójczyni do dzieci. Naturalnie — za­
stosowanie zwrotek ludowej pieśni o żonobójcy w tem 'miej­
scu i nagięcie ich do stworzonej sytuacyi w balladzie — było
nader zręczne i poniekąd oryginalne.
*

*

*

2. Ideowe znowu pokrewieństwo z poezyą ludową wi­
dzimy w tym ustępie ballady p. t. »Świtezianka«, w którym
chłopak, oświadczywszy swoją miłość nieznanej dziewczynie,
— słyszy z jej ust wyrazy obawy:
»Stój, stój, odpowie, hardy młokosie,
Pomnę, co ojciec rzekł stary:
Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie
A w sercu lisie zamiary.
Więcej się waszej obłudy boję
Niż w zmienne ufam zamiary«...

Ponieważ ta część ballady nie opiera się w tak znacznym
stopniu, jak druga, na elemencie ludowym, tedy trudno było
przypuścić, ażeby w powyższych słowach dziewczyny - świte­
zianki tkwił morał, jaki zawierają ludowe pieśni. A przecież
tak jest w istocie. W jednej mianowicie piosnce daje matka
następującą przestrogę:
»Otóż tobie, moja córko, na pamiątkę daję,
Nie wierz chłopcu, nie wierz, choć aniołem staje;
O! bo chłopiec, o! bo chłopiec, Boga się nie boi
Kinie, łaje się, przysięga się, o Boga nie stoi« ’).
1) E. Romanow. Biełoruskij sbornik. I. str. 377, nr. 116, cytowane
u dra Bruchnalskiego.
2) K. Wł. Wójcicki. Pieśni ludu Białochrobatów, Mazurów i Rusi
z nad Bugu. Warszawa. 1836. I str. 151.

LUDOWOŚĆ W POKZYI POLSKIEJ

377

Jak więc widoczne, nauka tutaj nie jest inna, jak w bal­
ladzie Mickiewicza, gdzie chłopiec podobnie klęka i kinie się,
że dochowa wiary dziewczęciu. Ideowe tedy powinowactwo
jest wyraźne.
-X-

*x-

3. Wspomniałem już w mojej pracy, że duch pana wio­
ski, w której odbywa się święto zaduszek w drugiej części
»Dziadów«, ścigany przez stado ptactwa żarłocznego, ma pe­
wien podkład ludowych wierzeń i zabobonów. Podkład ten
da się nawet oznaczyć. Duch prosząc wieśniaków o jadło, od­
zywa się między innemi w te słowa:
»Jestem w złego ducha mocy,
Okropne czuję męczarnie:
Kędy noc ziemię ogarnie
Tam idę szukając nocy,
A uciekając od słońca.
Wiecznych głodów jestem pastwą.
A któż mię nakarmić raczy?
Szarpie mnie żarłoczne ptactwo...«

Cały ten ustęp został stworzony w duchu pojęć ludowych
o pokucie dusz po zgonie, bo lud rozróżnia w szumie wiatru
»jęk przeciągły«, który bywa uważany »za głos srogiego pana,
co w święto wypędzał na pańszczyznę, za co po śmierci po­
tępiony, z góry na górę pędzony przez orszak piekielny i ka­
towany bez litości« Ł). Że przesąd ten jest analogiczny z tern,
co mówi pan z »Dziadów«, to jest jasne zupełnie. Bo i tu
w przesądzie ludu duch jest duchem pana srogiego, a przecież
i u Mickiewicza pan ten był bez litości dla swoich poddanych,
i w »Dziadach« i w wyobraźni ludu odbywa pokutę w nocy,
tak samo pędzą go moce piekielne, szarpią i męczą okrutnie.

II. Franciszek Kowalski.
Ukrainiec, rówieśnik romantyków naszych najpierwszych,
miał wiele sposobności po temu, ażeby do utworów swoich
j K. Wł. Wójcicki. Pieśni ludu Białochrobatów. I. str. 90.

378

STANISŁAW ZDZIARSKI

wprowadzić element ludowy. Bo i pora była odpowiednia,
wszak początki epoki romantycznej popierały usilnie wszelkie
dążenia do nadnaturalności i fantastycznych dziwów, kółko poe­
tów, z którymi obcował, oddawało się z zapałem twórczości
na tle ludowych pieśni i zabobonów, — ruskie ziemie nakoniec, wśród których wzrastał i żył, odznaczały się bogactwem
materyału, jeszcze nie wyzyskanego, a przydatnego do obro­
bienia w artystycznej poezyi. Ze Kowalski znał opowiadania
ludowe, to nie ulega wątpliwości, a że nie poszedł śladami,
jakie naznaczyła poezya romantyczna i jej teorya, — krok ten
jest wynikiem braku wybitniejszych zdolności, a nie mniej
także tej okoliczności, iż poetę trzymały silnie, w więzach niejakoś, reguły teoretyków poezyi klasycznej, które aż nadto były
dalekie od pochwalania wszystkich akcesoryów, jakie poeci
nowej szkoły uważali za »zbawienia słońce« dla odradzającej
się z martwych literatury.
Naturalnem więc następstwem takiego stanu rzeczy musiał być niemal zupełny brak elementu ludowego w utworach
Kowalskiego, który w dodatku uprawiał poezyę po dyletancku,
jako zabawkę raczej, tak, jak ją traktowali wszyscy prawie, co
stali na schyłku wieku XVIII u nas. Poeta nasz nie zważał
ani na treść utworów, ani na ich formę, lecz pisał okoliczno­
ściowo: na imieniny, do sztambuchów i t. p. Wobec tego,
co się rzekło wyżej, bez zbytnego zdziwienia przychodzi nam
zauważyć, iż jeden tylko utwór p. t. »Żołnierz« został osnuty
na opowiadaniu ludowem ruskiem.
Treść tej ballady pisanej na sposób ten, w jakim tworzył
swoje ballady także klasyk — Morawski, jest następująca: Szedł
drogą żołnierz, którego całe mienie stanowiły trzy talary. Mimo
przecież tego, iż sam był niedostatni, spotkanych trzech dzia­
dów obdarzył nimi, a sam został bez grosza. Z głodem poło­
żył się spać w pustej chacie, na jaką natrafił w swej wędrówce
i tu mu się przyśniło, iż je wspaniały obiad, że zjawiają się
owi trzej obdarowani przez niego żebracy z zapytaniem, czego
by żądał za jałmużnę, tak szczodrze udzieloną? Kiedy zaś usły­
szeli od żołnierza, że życzyłby sobie mieć taką fajkę, którejby
nigdy nie zdołał wypalić do końca, kieski, z której zawsze
mógł czerpać złoto, i takiej torby, ażeby do niej na jego roz­
kaz wszystko musiało wieść, dali mu żądane przedmioty. Wtem

LUDOWOŚĆ W POKZYI POLSKIEJ

379

żołnierz zbudził się ze snu i ze zdziwieniem przekonał się, iż
obok niego leżały wymienione przedmioty. Rano udał się
w dalszą drogę, a przybywszy do miasta ukarał najpierw gawiedź uliczną, wpakowawszy ją do worka, poczem przyjęty był
przez króla obiadem. Na królewskim dworze dowiedział się
stary żołnierz, iż ojciec króla zapisał był djabłu swoją duszę.
Stąd też, kiedy po zgonie jego dostali zapis w moc swoją,
osiedli w zamku, wyprawiając w nim strachy. Wtedy żołnierz
podjął się wypędzić djabłów z zamczyska i odebrać cyrograf,
za co mu w zamian król obiecał dać siostrę za żonę. Najbliższej
nocy udał się zuchwały żołnierz do zamku i popijając wino
czekał zjawienia się mocy piekielnych. Nie długo trzeba było
czekać, bo o dwunastej godzinie ze złapanej przez niego pchły
powstał kusy djabeł, który tak rozzuchwalił się, że żołnierzowi
dał w nos szczutka, za co na rozkaz starego śmiałka powę­
drował do worka. Niebawem potem z muszki, która kręciła
się mu koło nosa, powstała piękna dziewica, wabiąca żołnierza.
Ale i ta znalazła się w worku. Wtem drzwi sąsiedniej kom­
naty otworzyły się i wszedł król zmarły w asystencyi djabłów.
Na rozkaz żołnierza znaleźli się szatani w worku cudownym,
z którego mimo gwałtownych szamotań się nie mogli wyjść
żadną miarą. Pozostały król uwolniony został od dalszej po­
kuty. Kiedy zaś djabły po daremnych próbach wydostania się
na wolność zaczęły prosić żołnierza, ażeby ich wypuścił, i usły­
szały, że żołnierz chce ich nazajutrz ukąpać w święconej wo­
dzie, zgodziły się na uzyskanie wolności pod warunkiem wyda­
nia cyrografu. Przez dziurkę tedy, zrobioną w worku, wyszedł
jeden djabeł i przyniósł żądaną rzecz, poczem djabły uwol­
nione z worka pouciekały z zamku co prędzej, a żołnierz oże­
nił się z siostrą królewską. Główna osnowa tej długiej ballady
Kowalskiego została przejęta z ruskiej ludowej opowieści1), bo
i w niej tak samo żołnierz rozdziela pieniądze, jakie miał mię­
dzy żebraków. Kiedy usnął ma taki sam sen, tak samo zastaje
obudziwszy się rano żądane przedmioty obok siebie. Przyby­
wszy do sąsiedniej wsi dowiaduje się, iż król ofiarował za wy­
płoszenie djabłów z zamku i odebranie im złotej korony, którą
i) St. Zdziarski. Garść baśni ludu ruskiego z okolic Naluża. (Materyały antropol.-archeol. i etnograficzne. Kraków, 1903. VI. str. 153 155.
nr. 1). Por. Gliński, Bajarz polski. Wilno, 1899. I—II. str. 229. nr. 19.

380

STANISŁAW ZDZIARSKI

mu ukradły, córkę za żonę i połowę królestwa. Tak samo udaje
się do zamku na noc, moc piekielna ukazuje się w postaci
muchy, poczerń z niej wyrasta djabeł, którego on zabija ze
strzelby, bo zamiast kieski złotonośnej żądał tu od żebraka
strzelby, któraby zabiła wszystko, coby tylko chciała. W dal­
szym ciągu z hałasem wpadają djabły, on ich pakuje do worka
i wypuszcza jednego, ażeby przyniósł złotą koronę. Koniec bajki
nie inny, jak w balladzie Kowalskiego.
Główna tedy treść jest tu i tam ta sama. Czy zaś różnice,
jakie zachodzą pomiędzy bajką ludową a balladą, pochodzą
z tego, że Kowalski zmienił treść słyszanej opowieści i pododawał od siebie odmienne akcesorja, lub też stąd, że poeta
słyszał bajkę opowiedzianą w tej treści, jaka jest w jego utwo­
rze, nie wiadomo na pewno. Naszem zdaniem — to drugie przy­
puszczenie ma za sobą więcej prawdopodobieństwa, trudno bo­
wiem posądzać Kowalskiego, który był talentem bardzo a bar­
dzo nieudolnym, ażeby trudził się zmianą szczegółów słysza­
nego opowiadania, przelewając je w formę wierszowanej bal­
lady. Wiele więcej prawdopodobnem wydaje się nam, że poeta,
pozbawiony całkowicie bujniejszej wyobraźni, żuźytkował treść
opowiadania ludowego bez żadnej zmiany, zwłaszcza, że zmiany
takie były niepotrzebne, skoro bajka ludowa dawała sporo materyału, który był wystarczający w zupełności do zapełnienia
ram balladowych.

III. Michał Jezierski.

1 ten równie klasyk, jak Kowalski, równie mierny »poetą«,
z tą tylko różnicą, że pod względem talentu poetyckiego stoi
o wiele niżej od swojego poprzednika. Jakkolwiek wypisywał
niejednokrotnie w swoim tomiku »Poezyi«, wydanych w Wil­
nie 1837 roku, rozmaite motta z poetów romantycznego kie­
runku, przecież nie zdążył pójść w ślad za nimi, — sił wido­
cznie brakło. Z wczytywania się pilnego w nową poezyę, która
olśniewała blaskiem swoim w tym czasie wszystkich, nabrał
Jezierski niewiele. Kilka frazesów o poezyi i jej znaczeniu,
o uszczęśliwieniu narodów, oto niemal wszystko, co z tamtych
mistrzów zaczerpnął. Ani formy, ani tonu i ducha, jaki wiał

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

381

z zapadłych kątów litewskich, ukraińskich czy podolskich, nie
zdołał Jezierski pochwycić na struny swojej lutni, która brzmiała
ciągle ckliwo-sen ty mentalną melodyą XVIII. stulecia. Nie rozu­
miejąc tedy, w czem leży istota nowego prądu w literaturze,
poszedł — na nieszczęście — ten poeta w ślad za romanty­
kami w pewnej mierze, gdyż wprowadził do swojego »poe­
matu opisowego« p. n »Ukraina« cały legion ornamentów, za­
czerpniętych z obserwacyi życia ludowego. Stąd poszła dziwna
sprzeczność pomiędzy duchem wybitnie klasycznym samego
utworu, a akcesoryami nawskróś romantycznymi, które kłócą
się na każdym kroku z formą, w jaką zostały przybrane.
Już w parę stron od początku »Ukrainy«, po słodkich
wynurzeniach i uniesieniach, które przypominają żywo Karpiń­
skich i Kniaźninów, napotykamy długi ustęp o czarownicach
z okazyi opisu łąk ukraińskich. L opisu tego łatwo przekonać
się możemy, iż Jezierski nie był żadnym materyałem na poetę,
choć znał dobrze lud, co w tym czasie w literaturze nadobnej
bardzo popłacało. Zgodnie tedy z wierzeniami ludu, nietylko
ruskiego, powiada poeta, iż po łąkach chodzą często czarownice,
zrywając zioła przeróżne, — kopytnik, przestęp, szałwiję lub
miętę, — służące przeciwko chorobom. Biada, gdyby kto nara­
ził się czem takiej istocie, bo umie ona szkodzić człowiekowi
ziołami, z pomocą których zdoła
»Niemi miłość rozniecić, lub też ją zagładzić,
Niemi może sen odjąć, albo śmierć sprowadzić«.

Niebezpiecznie jest zaczynać z czarownicą, bo
»Jak wieś każda ma swoję i cerkiew i popa,
Jak w każdej prawie chacie bogatego chłopa
Świętego Mikołaja widać stare lice,
Tak każda musi wioska mieć swą czarownicę«.

Nie dziw tedy, że ludzie boją się tych istot, które juz
przy urodzeniu okazują nadnaturalne swoje pochodzenie. Rodzi
się bowiem czarownica w nocy »z wielkiego czwartku na sam
wielki piątek«, przyjściu jej na świat towarzyszy pianie koguta,
ona sama wreszcie wymawia już wtedy parę słów. To też kiedy
wyrośnie, błąka się ponura po cmentarzach, knując zgubę ludzi.
»W jej własnem pomieszkaniu, jak u alchimisty,
Mnóstwo garnków się smaży, stół długi i czysty

382

•STANISŁAW ZDZIARSKI

W końcu stoi, a na nim korzenie, ziół stosy;
Tam znów w małym rądelku umarłego włosy...«

Wszystko to potrzebne jej do czarów, bo z ich pomocą ona
potrafi zesłać posuchę, chwyciwszy ją w swój garnek, na całe
lato, na nieszczęście dla wsi. Na nic też nie zda się topienie
czarownicy, gdyż ta nigdy nie może utonąć i, poszedłszy pod
wodę, nadnaturalną mocą na wierzch wypływa. Tych zaś, którzyby ją kusili się utopić, ukarać potrafi srodze, czy to zaklę­
ciem sprowadzi, że człowiek znienawidzony przez nią
«... będzie poty latał przez lasy i góry,
Póki go nie poszarpią cierniowe pazury...«

czy to ześle na niego ciężką chorobę, dodawszy mu do jadła
lub napoju prochu ze spalonej jaszczurki i żaby.
Nie trudno przekonać się, że wszystkie te drobne właści­
wości, jakie Jezierski przypisuje czarownicom w swoim utwo­
rze, pochodzą z wiary prostego ludu, który tak samo utrzy­
muje, iż czarownice chodzą po łąkach wczesnym rankiem zbie­
rać zioła potrzebne im do czarów, które potem smażą i gotują 1).
Również powszechną jest wiara w moc ogromną czarów, które
potrafią człowieka uleczyć lub wtrącić w chorobę lub sprawić
wieczne błąkanie się w powietrzu do śmierci2), albo nakoniec
deszcz sprowadzić lub posuchę, ukrywszy ją w garnku3). Że
wreszcie na Ukrainie każda niemal wieś ma swoją czarownicę
i że w pamięci ludu przechowała się średniowieczna tradycya.
iż czarownice pławiono w wodzie, a jeśli która z nich nie mo­
gła utonąć, uważano to za dowód oczywistej winy, to także
wszędzie jest znane i nie potrzebuje osobnego objaśnienia4).
Oprócz tego najobszerniejszego ustępu »Ukrainy«, który
odznacza się najwidoczniej barwą ludową, jakiej pożyczył po­
eta z wierzeń ukraińskich, na wymienienie zasługuje jeszcze
ornament drobny o kwiecie paproci, przy którym Jezierski
wspomina znany przesąd, że ten, kto znajdzie w noc św. Jana
kwiat paproci, może posiąść wielkie skarby, jakoteż życzliwe
') Por. O. Kolberg. Lud. VII. str. 92.
8) Por. Pierwiastek ludowy, str. 190.
’) Por. A. Afanasiew. Poeticzeskija wozzrienija. III. str. 449.
4) Por. Ibidem, wogóle III. str. 422 i nast., oraz Dr. .1. Karłowicz.
Czary i czarownice. (Wisła. I).

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

383

przyjęcie, jakie spotyka lirników, skoro przyjdą do wsi i nader
słabo zaznaczoną uroczystość sobótkową, co jest zgodnie skre­
ślone z obyczajem ludu ruskiego na Ukrainie i lodolu.
Element ludowy zaznaczył się w tym utworze Jezier­
skiego bardzo silnie, jeśli weźmiemy pod uwagę szczupłą obję­
tość "»Ukrainy«. Ale nie nadał on większej wartości utworowi,
w którym stał w sprzeczności z nastrojem klasycznym.

IV. Edmund Wasilewski.

Poeta ten, o bardzo miernych zdolnościach i talencie, sta­
nowić będzie zawsze bardzo ciekawy i wymowny dokument,
że na schyłku już niemal samym okresu romantycznego pieśniarze małego lotu nie potrafili wznieść się ponad poziom
prowincyonalizmu zaściankowego, nie umieli i me byli zdolni
ogarnąć szerszych widnokręgów. Nie mógł Wasilewski, kiedy
zaczął grać na swojej lutni jedną muzykę, stracić jej ze swej
pamięci, przeciwnie wsłuchawszy się eon amore w rytm kra­
kowiaka ludowego, tworzył ciągle w tym duchu, wszystkie
utwory jego odznaczają się tern właśnie niestartem piętnem, iż
w nich wszystkich dzwoni ton piosnki krakowskiej, niekiedy
nawet szczerze ludowy. Skutkiem tego dalej wypłynęła
jaw jeszcze jedna cecha poezyi Wasilewskiego. Krakowiaki
ludowe, — jak wiadomo, - są to króciutkie dwu lub czterowierszowe zwrotki, tworzące dla siebie odrębną całośc. I o tez,
kiedy poeta usilnie starał się pisać w rytmie krakowiaków,
niejednokrotnie zapominał o wiązaniu zwrotek jednego utworu
ściślej jakąś myślą przewodnią. Nawet więc z tego wzg ę u
maja'.jego wiersze wielkie podobieństwo do ludowych krako­
wiaków.
.
, . .
, ,
To byłby najważniejszy moment, najważniejszy pun i
w oddziaływaniu poezyi ludowej na utwory Wasilewskiego.
Jak powiedzieliśmy wpływ ten jest przeważnie ogolny i polega
na tonie wspólnym, jaki daje się pochwycić bez trudu . w poezyach Wasilewskiego i w ludowych. Bo co się tyczy szczegołów, to tych bardzo skąpa ilość weszła z ust ludu lub tez
z obserwacyi życia ludowego do utworow poety, który wołał
do swojej piosenki

■384

STANISŁAW ZDZIARSKI

»Ty leć między ludzi, na tych pól zagony,
Co potem, krwią zlane, bujne dają plony.
Tam ciebie zrozumią pod słomianą strzechą,
Tam serce stroskane rozjaśni pociechą.
Rozjaśni pociechą, zaśpiewa rozgłośnie,
Jak mały skowronek wróżący o wiośnie«....

Akcesoryów, zaczerpniętych z podań czy legend lokalnych,
możnaby wykazać pokaźną liczbę. Jeśli się jednakże weźmie
w rachubę te tylko, które są istotnie ludowe, a odrzuci inne
(n. p. o obronie Krakowa przez włóczków, o koniku zwierzy­
nieckim i t. p.), będące wytworem miejskim, to przekonamy
się, iź faktów szczegółowych na wykazanie oddziaływania pier­
wiastków ludowych na poezyę Wasilewskiego będzie skromna
cyfra.
Widocznie poeta nie znał ludu krakowskiego bliżej lui'
też w kilkuletniej zaledwo swojej twórczości nie zdołał rozwi­
nąć zauważonych momentów z jego życia. Ze jednak ta druga
okoliczność jest znacznie prawdopodobniejsza od pierwszej, tego
dowodem nie tylko doskonale uchwycona sylwetka Krako­
wiaka, który jest »wesoły, szczęśliwy« mając czerwoną cza­
peczkę z pawiem piórem, dostatek i dziewczynę kochaną, ale
wiele innych ornamentów. Bo gdybyśmy tylko wzięli pod
uwagę część trzecią poematu p. t. Krakowiaki, to zobaczy­
libyśmy, że Wasilewski znał lud głębiej, niźli to na pozór zdawaćby się mogło. Pominąwszy miejscami ckliwo-sentymentalny
ton rozmowy chłopca z dziewczyną, jakgdyby zwiany tutaj
z epoki dogasającego klasycyzmu, epoki konwencyonalnych
Laur i Filonów, przekonamy się, że w treści samej tej roz­
mowy zdarzają się akcesorya zgodne z obyczajami i wierze­
niami ludu. Bo i wyrzekanie dziewczęcia, iź kochanek
»Poszedł na wojenkę, zagrodę porzucił,
Wojna się skończyła, a on nie powrócił«...

jak nie mniej nadzieja — na wiadomość, że luby poległ w boju.
— ujrzenia go choćby w postaci ducha:
»Na kochanka mego co noc czekać będę.
Może po miesiączku, co wysoko świeci,
On do mnie przyleci, przyleci, przyleci!«

mają podstawę w wersyach baśni ludowych na tle lenorowem.
Wszak i tam kochanek po skończonej wojnie nie powraca, bo

LUDOWOŚĆ W POKZYI POLSKIEJ

385

zginął, wszak i tam przybywa do tęskniącej za nim kochanki
w nocy przy blasku księżyca. Z zabobonów ludowych użył
także jednego ornamentu, drobnego co prawda. Dziewczyna
mianowicie powątpiewa o prawdziwości wieści, jakoby kocha­
nek miał zginąć:
»Pod wieczór w świętego Jana wigilią,
Zrywałam ja różę, zrywałam lilią.
Zrywałam lilią, rutę, macierzanki,
Rzucałam na wodę z nich uwite wianki.
Rzucałam co roku, a mój wianek płynął,
I ja sobie wróżę, że mój Stach nie zginął«.

Podkład tych słów widzimy w analogicznym obchodzie
»wianków«, znanym ludowi krakowskiemu, podczas którego
dziewczęta puszczają na wodę wieńce uwite z kwiatów i z ich
ruchów wnioskują o swojej przyszłości. To zaś nakomec, co
mówi chłopak do dziewczęcia.
»We czwartek z rodzicem przyjdę do twej chatki,
Poproszę o ciebie i ojca i matki«....

opiera się na zwyczaju ludowym, gdyż według objaśnienia
samego poety »dzień czwartkowy jest zwykle u naszego ludu
dniem oświadczyn«. Ciąg dalszy tego poematu p. t. »Swaty«
został skreślony w jak najzupełniejszej zgodzie z obyczajami
ludu krakowskiego Bo i w utworze Wasilewskiego tak samo,
jak w rzeczywistości, dziewczyna za przybyciem swatów do
izby kryje się za piecem, poczem na znak, iż zgadza się zo­
stać żoną tego, który ich do niej przysłał, pije kieliszek wódki,
przyniesionej przez swatów, ale, jak zwykle, nieśmiało, zewstydem rzekomym. Wzmianka dalej, iż swat zatknie chorągiewkę
»nad rodzica dachem«, opiera się na tym zwyczaju, iz w vrakowskiem rzeczywiście na dachu domu, w którym ma odbyć
się wesele, zatykają chorągiewkę. Wogóle cały ten ustęp
o swatach został skreślony w zupełnej zgodzie z obyczajami
swadziebnymi ludu krakowskiego. Ze Wasilewski zamierza
kontynuować dalej ten poemat, tego dowodem przypisek do
»Swatów«, który tern silniej popiera naszą hipotezę, wyżej wy­
rażoną, że przyczyną malej ilości ornamentów z ust ludu jego
życia i obyczajów zaczerpniętych w utworach Wasilewskiego
był brak czasu, który nie pozwolił poecie snuć dalszych po­
mysłów i zużytkować spostrzeżeń już zrobionych tak, ja k y
Lud. Rocznik X.

386

STANISŁAW ZDZIARSKI

był chciał tego nasz poeta. »Rzadkość podań ludu, — powiada
Wasilewski w owym przypisku, — bo u nas dotąd nikt (Y!)
ich nie zbierał, a szczególniej moje ulubione marzenia o na­
pisaniu dramatu krakowskiego ludu, wstrzymał mię z opisem
wesela, które po swatach następuje, i innych podań podobnych
do opisanego »Konika«. Zostawiłem to dalszemu czasowi, aż.
zbiorę więcej zasobów, ażeby moje marzenia urzeczywistnić«.
Zamiar tedy był, —- niestety — zawiodła poetę nadzieja, gdyż
mu po krótkim czasie — życia, tchu w piersiach zabrakło.
Faktów tedy, jak widzieliśmy, szczegółowych, któreby słu­
żyć mogły jako dowody oddziaływania ludowości na poezyę
Wasilewskiego jest tylko bardzo skąpa garsteczka. Mimo to
przecież niepodobna zaprzeczyć, iż wpływ ludowych pieśni był
bardzo wielki, skoro niemal wszystkie wiersze Wasilewskiego
odznaczają się tem właśnie, że dzwoni w nich najwyraźniej
melodya, takt i rytm krakowiaków. Prócz tego jest w nich
jakaś prostota i szczerość naiwna, niekłamana, serdeczna, że
trudno poetę posądzać o manierę, o pozę, z góry obmyślaną,
a trzeba koniecznie zgodzić się na to, iż cechy te leżały w na­
turze, w usposobieniu, w uczuciach jego.

V. J. N. Jaśkowski.
Ani w porównanie nie mogą iść utwory Jaśkowskiego,
osnute na tle ludowem z takimiź Wasilewskiego. Poeta nie
potrafił uchwycić w sposób właściwy ducha ludowej pieśni,
to też tam, gdzie stara się o prostotę — prostota ta jest wy­
muszona, co daje się odczuć czytelnikowi odrazu, natychmiast
widzimy sztuczną irazeologię, niefortunne naginanie się do
pojęć i wyobrażeń chłopskich. Zamiast szczerego natchnienia
z każdej strofki przebija praca mozolna, robota, byle tylko na­
dać utworowi barwę ludową. Ze to usiłowanie nadania utwo­
rom poszczególnym cech ludowych nie wychodzi na korzyść
poecie, tego nie potrzeba z osobna uzasadniać ani dowodzić.
lypowym przykładem robienia sztucznej prostoty jest
wiersz p. t. »Śpiew rolnika«, w którym dźwięczy fałszywy ton
dawnych reguł, dawnych sielanek, słodkiego gruchania Filonów. Bo mamy tu w tym utworze wprawdzie silnie zazna-

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

387

czone przywiązanie chłopa do ojczystego zagonu, cóż? kiedy
zostało ono wyrażone w formie takiej, takiemi słowami, jakiemi
nigdy nie odezwie się rolnik prosty:
»Ziemio moja czarno-gleba!
Czuły ja kochanek;
Już ja myślę, czegoć trzeba
Nim zaświta ranek«.

Wyrażone zostały wprawdzie uczucia chłopskie słowami
prostemi, niedobieranemi, cóż? kiedy ton tych uczuć jest fał­
szywy, kiedy nastrój całego utworu jest wybitnie nie-ludowy.
Również jako dowód nieumiejętnego wyzyskania pierwia
stków, jakie Jaśkowski widział w poezyi ludowej, może służyć
»ballada z podania gminnego« p. n. »Dzień ostatni«. Treść
tego wiersza jest następująca: Młodzieniec, odjeżdżając na wojnę
przyrzeka kochance, że co miesiąca da znać o sobie przez po­
słańca, gdyby zaś poległ w boju, sam o tern jej oznajmi. Dwu­
krotnie przybywał do dziewicy posłaniec z dobrą wieścią.
W trzecim jednak miesiącu kochanka zachorowała śmiertelnie.
W dniu przesilenia choroby miał przybyć posłaniec, lecz nie
przybył. Natomiast ujrzano u okna gołębia. Skoro zaś dziew­
czyna, ujrzawszy go, umarła, ujrzano dwa gołębie — dusze
kochanków — ulatujące w dal. Co się tyczy tedy osnowy tego
utworu, to przeszła ona bez zmiany do niego z ludowego opo­
wiadania, które sam słyszałem na Podolu. Osnowę tę jednak
odarł poeta zupełnie z barw ludowych — dziwnie pretensyonalną frazeologią i tern zepsuł efekt, jaki ona powinna wy­
wierać.
.
ii
Podobnie też »Urywek z poematu« pomimo wielu akcesoryów, jakie do niego weszły z ust ludu, jest płodem poro­
nionym. Niepodobna wprawdzie zaprzeczyć, iż wpleciona w ten
fragment opowieść, jakoby na Łysej górze straszyła siła nie­
czysta, strojąc żarty podróżnym, kiedy jednemu ukaże się w po­
staci ślicznej dziewicy, gdy zaś on ją chce pocałować, ona się
przemieni w starą babę:
»A noc śmiechem ryknie głucha....
W imię Ojca, Syna, Ducha!
Wszystko znikło, tylko echa
Przedrzeźniają śmiech - cha, cha, cha!«

388

STANISŁAW ZDZIARSKI

ażeby ta powieść nie była doskonałem przetworzeniem wyo­
brażeń ludowych o strachach. Cóż, kiedy dalszą część, — roz­
mowy wieśniaków, — psują wrażenie, jakie z tego opowia­
dania odnieśliśmy, tonem czułostkowym, nienaturalną, nacią­
ganą prostotą wyrażenia, tak, że ono ginie, a zostaje tylko
niesmak.
Raz jedyny tylko nie popsuł Jaśkowski tonu ludowego, raz
tylko udało mu się w ton ten doskonale trafić, — w »piosnce
gminnej« p. t. »Wróżby«. Naturalnie — do napisania tego
utworu nie podsunęła przecie myśli żadna pieśń wioskowa.
Staraniem poety było odtworzenie uczuć dziewczęcia wiejskiego
na widok jej rówieśniczek, wychodzących za mąż:
»Sama nie wiem, co się dzieje?
Czy mi kto czarami szkodzi?
Już trzy lata rutkę sieję,
Nikt po wianek nie przychodzi«.

Czy więc po wilii pyta echa, skąd przyjedzie jej kocha­
nek, — echo nic nie odpowiada, czyli też wróży nad wodą,
niczego pomyślnego dla siebie wywróżyć nie może. A we
wszystkich łych strofkach słychać najwyraźniej ton szczerze
prosty, ton ludowy, myśl niespaczoną, (chyba w ostatniej zwro­
tce), uczucie naturalne. Że zaś tych zalet nie posiadł Jaśkowski
wcześniej, stąd też utwory jego, osnute na motywach ludo­
wych, stanęły może najniżej pośród całego szeregu jego wierszy,

VI. Antoni Czajkowski.
Zupełnie inną od tamtych poetów drogą poszedł Czaj­
kowski, którego utwory mogą być ciekawem świadectwem
czasu, w którym panowała powszechnie wiara, iż jedynie kry­
nica lantazyi ludowej może stanowić i powinna nawet dla poezyi niewyczerpane źródło natchnienia, kiedy wszystkim podo­
bało się niezmiernie to, co trąciło tematem ludowym. Skoro
tedy podziwiano utwory, nieudolne nawet, jeśli tylko treść ich
pochodziła z bajki czy pieśni chłopskiej, nie dziw, że w hufiec
Apollinowy pragnął zaciągnąć się ten poeta, który nie posiadał
kardynalnych warunków, jakie zwykło się stawiać wszystkim,
którzy należą do tego znaku. Czajkowski nie dbał wcale

LUDOWOŚĆ W POBZYI POLSLIEJ

389

o formę utworu, która była wprost haniebna, nie dbał o to,
ażeby nie popadać w rymoróbstwo, nie troszczył się ani o rym,
rytm, ani sens, — skoro ujrzał w baśni ludowej materyał przy­
datny do osnucia utworu. To też utwory Czajkowskiego są
smutnem świadectwem czasu, jak niskie wymogi stawiano
poezyi, kiedy po huraganowych odruchach wielkiej naszej poezyi romantycznej, płody tak mierne, iście częstochowskim na­
pisane wierszem, ukazywały się na szpaltach — »Biblioteki
warszawskiej«.
,.
Treść ogółu baśni polskich o Madeju jest ta, że zbójca
okrutny spotyka kleryka i darowuje mu życie pod tym warun­
kiem, że pójdzie do piekła i dowie się, jak wygląda łoże Ma­
dejowe. Kiedy kleryk, który szedł właśnie do piekła po cyro­
graf, jaki dyabłom wystawił jego ojciec na duszę dziecka, wró­
cił i opowiedział Madejowi o owem strasznem łożu, Madej
przeląkł się bardzo i zapragnął pokutować za popełnione zbro­
dnie. Kazał mu tedy kleryk zasadzić w ziemię morderczą pałkę
i tak długo na klęczkach podlewać łzami, póki z niej drzewo
nie wyrośnie. Długo spełniał zbój wolę księdza, który tymcza­
sem został biskupem. Gdy więc pewnego razu biskup jechał
odludną stroną, doszedł go zapach jabłek z lasu. Wysłani dwo­
rzanie po owe jabłka wrócili z odpowiedzią, że pod jabłonią
klęczy siwy starzec i broni do drzewa przystępu. Przypomniał
sobie teraz biskup Madeja,- udał się pod jabłoń, wyspowiadał
zbója, który rozsypał się w proch, a jabłka, dusze pomordo­
wanych niewinnie ludzi, uleciały w powietrze w postaci gołębi.
Taki jest zazwyczaj szkielet bajek o Madeju. On też po­
służył Czajkowskiemu za osnowę do napisania wierszowanego
utworu p. n. »Madej«. Nie szedł Czajkowski niewolniczo za
tematem, jaki miał w opowiadaniu ludowem, lecz zmienił go
w wielu punktach. Po scharakteryzowaniu czynów strasznego
zbója prowadzi poeta Madeja do szynkowni krakowskiej na
hulankę, podczas której wypowiedział do swoich towarzyszów
zdanie, iż poszedłby nawet do piekła, gdyby tylko znał drogę.
W odpowiedzi na to usłyszał od starego kościelnego, że w noc
na nowiu znaleźć można na Krzemionkach myszkę złotooką,
która zaprowadzi każdego prosto do piekła. Udał się tedy Ma­
dej według otrzymanej wskazówki na Krzemionki, skąd go
mysz zaprowadziła przed bramy piekielne. Wszystko to dał

390

STANISŁAW ZDZIARSKI

Czajkowski z własnej wyobraźni, bo chcąc, ażeby Madej ujrzał
łoże, jakie dla niego w piekle było przygotowane, pominął zu­
pełnie epizod z księdzem. Skoro Madej ujrzał narzędzie męki
przeląkł się, jak w baśni ludowej, bardzo, krwawą pałkę utkwił
w ziemi i żałując za grzechy, podlewał ją łzami, aż maczuga
rozrosła się w drzewo rozłożyste. Również i zakończenie zo­
stało zmienione, bo tu ksiądz spiesząc z wijatykiem do cho­
rego ujrzał pokutę Madeja i dał mu rozgrzeszenie, poczem tak
samo, jak w opowieściach gminnych, jabłka ulatują zamienione
w gołębie, a Madej, który odbył za grzechy pokutę, rozsypuje
się w proch.
Drugim utw’orem Czajkowskiego jest »Baśń o żelaznym
wilku i o pięknym królewiczu«. Treść zaś jej jest następująca:
Młody królewicz poszedł w świat na przygody i służył za pa­
stucha u innego króla. Odchodząc ze służby za radą osła pro­
sił króla, by mu dał zamiast pieniędzy poduszkę królewny,
otrzymawszy zaś ją, ruszył dalej w świat. W drodze rozpruł
poduszkę, z której wybiegło stado baranów. Kiedy nie mógł
sobie z niem dać rady, prosił wilka o pomoc. Wilk zgodził się
pod warunkiem, że królewicz odda mu w przyszłości na po­
żarcie swoje dzieci. Królewicz sądząc, iż nigdy się nie ożeni
zgodził się na propozycyę wilka, poczem wnet wilk spędził
owce napowrót- do poduszki, a sam odszedł. Za powrotem do
domu dał królewicz ojcu owce, po zgonie ojca osiadł na tro­
nie, ożenił się i miał dzieci. Wnet przybiega wilk żelazny
i dopomina się dotrzymania obietnicy. Królewicz wyprosił sobie
zwłokę, ale nie widząc sposobu wyratowania dzieci od pożar­
cia — zmarł z żoną ze zgryzoty. Po pewnym czasie wraca
wilk nie widząc zaś nikogo pyta się okna, potem pieca, gdzie
się podziały dzieci? Ale żadne z nich nie wyjawiło tajemnicy,
dopiero kociuba wskazała mu kryjówkę. Kiedy wilk pewny,
że łup mu nie ujdzie, położył się do snu, ogier zmarłego kró­
lewicza wziął dzieci na grzbiet i uciekł. Dopędzony przez wilka
został pożarty, poczem wilk położył się znowu do snu koło
królewiąt. Tak samo zabił następnie wróbla i trznadla, które
to ptaszki chciały uratować jego ofiary od zguby. Uratowała
je dopiero sarna, która uciekając z dziećmi kazała im za zbli­
żaniem się zwierza kolejno rzucać jajo, szczotkę i ręcznik, bo
z tych przedmiotów powstawały olbrzymie przeszkody, wstrzy-

LUDOWOŚĆ W POBZYi POLSKIEJ

391

mujące wilka w biegu. Przypędziła tedy sarna z dziećmi do
zamku i tu padła ze zmęczenia. Przed skonem oznajmiła, ażeby
wyjąć z niej trzy kostki i rzuciwszy na trawę wymówić parę
słów, bo tak zrodzą się trzy pieski, które obronią dziatki przed
wilkiem. Stało się, jak kazała, a dzieci rosły z biegiem lat.
W tem razu jednego przylatuje kruk i prosi królewnę o rę­
cznik dla młodzieńca, który chce się starać o mą. Skoro trolewna zadosyć uczyniła prośbie, zjawił się żelazny wil i, wie­
dząc zaś, że póki żyją psy, nie będzie mógł pożreć swoich
ofiar, wymógł na królewnej, iż posyłała brata po mleko zaję­
cze liszki i troiste, ale- zawsze królewicz przywiódł żądane
zwierzę, a plan wilka, iż psy zbłąkają się w lesie spełzł na
niczem. Dopiero królewicz, posłany po rodzime pierogi, dał
zjeść je zwierzętom, za powrotem do zamku został rozdzielony
z wierną psiarnią. Widząc tedy niechybną śmierć wyprosił
sobie u wilka, iż mu zezwoli zagrać na skrzypcach. Skoro luolewicz zagrał, pękły wrzeciądze, zwierzęta wypadły i rozszarpały
żelaznego wilka. Porzucił tedy niedobrą siostrę i udał się ze
zwierzętami w świat, aż zmęczony długą drogą usiadł przy
drodze i zagrał na skrzypcach, że wszystko wokoł poczęło tań­
czyć. Książę, który właśnie tamtędy przejeżdżał, słysząc cudną
muzykę zabrał królewicza do siebie, a że nawiązała się mi osc
z jego córką niebawem, więc sprawił huczne zrękowiny. ymczasem w nocy udusił naszego królewicza inny pretendent do
ręki księżniczki, a ciało wrzucił do morza. Wierne zwierzęta
wyciągnęły z wody ciało, liszka, która została przy królewiczu
od czasu, gdy chodził po mleko dla siostry, zagryzła koma
gdy zaś kruki na padlinę zleciały, porwała kruczę i obiecała
je wrócić, skoro kruk przyniesie wodę życia. Stało się wed ug
żądania, wodą ożywiono zmarłego, który odprawił wnet huczne
wesele. Znanym refrenem ludowym — »1 ja tam byłem«....
kończy poeta opowiadanie.
Go się tyczy osnowy, — to pamiętając doskonale analo­
giczne opowiadanie ludowe, słyszane w dzieciństwie, możemy
skonstatować, że nie różni się ona niczem od bajki oryginalnej.
Są tu naturalnie wtręty w tym guście, iż przed księżmcz ą
leżały dzieła Libelta, Kremera, ale wtręty te, psujące ton lu­
dowy, poznać można na pierwszy rzut oka. Co się tyczy wa
tości artystycznej obydwu tych bajek, to niepodobna im ją

392

STANISŁAW ZDZIARSKI

przyznać. Jak wyżej już zaznaczyliśmy — Czajkowski nie dbał
wcale o formę, rym, rytm, t. j. najbardziej podstawowe wa­
runki poezyi, — stąd też utwory jego raczej wyglądają na
bajki rymowane dla dzieci, niźii na poezyą artystyczną.

VII. Roman Zmorski.

Piękny utwór Zmorskiego p. n. »Dziwy« został osnuty
na powszechnie znanej balladzie ludowej o liliach. Obecnie
jestem w stanie dodać ponadto, że Zmorski nie tylko samą
osnowę zapożyczył z ust ludu. Zaczyna mianowicie swój utwór
zwrotką, której dwa pierwsze wiersze powtarzają się przy ka­
żdej następnej części opowiadania. Strofka ta jest zbudowana
bardzo pięknie, a zarazem wyrażona niezwykle prostemi sło­
wami:
»Hej! tam za borem,
Za białem jeziorem,
Siedzi sokół siwy,
Opowiada dziwy....
Hej! tam za borem,
Za białem jeziorem,
W wysokim kościele
Było luda wiele«.

Cały ten ustęp, z wyjątkiem dwu ostatnich wierszy, jest
niemal dosłownem powtórzeniem początkowej zwrotki jednej
ludowej pieśni:
»Hej! tam, za ciemnym borem,
Nad białem jeziorem,
Siedzi sokół siwy,
Opowiada dziwy.
Hej! za ciemnym borem,
Nad białem jeziorem;
Bili się tam długo,
Krew płynęła strugą« >).

Jak tedy można z porównania obydwu tekstów przeko­
nać się — Zmorski zapożyczył pierwszych sześć wierszy swo*) K. Wł. Wójcicki. Pieśni ludu. str. 107.

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

393

jego utworu z pieśni ludowej niemal bez zmiany, i tak dopieio
zaczął tworzyć w dalszym ciągu na temat, jaki mu nasunął
inny utwór ludowy — o liliach. Co więcej
wiersze te po­
wtarzają się zarówno u niego, jak też w pieśni ludowej, przed
każdym nowym ustępem utworu.
VIII. Narcyza Źmichowska.

Jakkolwiek poetka ta miała wszelkie dane, ażeby utwory
jej przepełnione były dziwami i nadnaturalnemi postaciami,
zapożyczonemi z wyobraźni ludowej, bo, jak opowiada w »Prząd­
kach«, nasłuchała się w latach dzieciństwa wielu cudownych
baśni, wielu przesądów i pieśni. — przecież w poezyi swojej
nie tylko nie wprowadziła elementu ludowego na pierwszy
plan, lecz nawet nie zużytkowała go w tej skromnej mierze,
w jakiej współcześni jej poeci go nadużywali niejednokrotnie.
Mamy, co prawda, w poemacie p. t. »Maina i Kościej« próby
odtworzenia pierwotnych wyobrażeń mitologicznych słowiań­
skich, cóż, kiedy wszystkie szczegóły, wszystkie akcesorya, jakie
zostały tutaj zużytkowane z Naruszewicza i innych historyków,
są wymysłem bujnej fantazyi tych, z których Źmichowska czer­
pała, nie ludowe, a więc usuwają się z pod traktowania w naszem studyum. Dziwnym zbiegiem okoliczności jeden tylko
utwór p. t. »Lilia« i wstęp do tego poematu p. t. »Przekleń­
stwo«, zachował w sobie pewne, choć słabe i nieznaczne, rysy
ludowe.
W ostatnim wierszu dwa rysy mogły być wprowadzone
z reminiscencyi ludowych baśni, w których często występują
czarodzieje. Bo i tutaj widzimy czarownika ratującego dziecię
z głębiny wodnej, a po uratowaniu tego dziewczęcia od nie­
chybnej śmierci, rzucającego na nie przekleństwo. Rysy te dto
bne, nic niemal nie znaczące w genezie »Przekleństwa«, mo­
gły być osnute na analogicznych szczegółach z bajek ludo­
wych Trudno oceniać poemat z fragmentów, ale trzeba przy­
znać że to, co mamy z »Lilii« me świadczy dodatnio o zmyśle
obserwacyjnym Żmichowskiej. Stary rybak i jego żona, a nie
mniej ich córka są zupełnie fałszywie pojęci. Rozmowa jaka
między nimi się toczy, nie może być nazwana mową ludową,

394

STANISŁAW ZDZIARSKI

bo pojęcia i wyobrażenia oddane zostały tutaj w formie, jakiej
by chłop nigdy nie użył, o rojeniach zaś, o jakich marzy się
Lilii — nie ma żadna wiejska dziewczyna pojęcia.
Wprost dziwnem się wydaje i niezrozumiałem, dlaczego
to Żmichowska, znając tak dobrze baśni ludowe, nie wyzyskała
icli w poezyi artystycznej? Że nie było tu przyczyn wielu,
wielu powodów takiego stanu rzeczy, nie trudno się domyśleć.
Widoczną jest rzeczą, że Żmichowska widząc, iż doba korzy­
stania pełną garścią z poezyi ludowej już minęła, że teraz
w czem innem należało szukać źródeł natchnienia, zeszła zu
pełnie z tej drogi, jaką jeszcze wielu nie wahało się kroczyć

IX. Henryk Jabłoński.

Wychowany pośród tych obszarów, gdzie
. .»wszędzie tęskna, rzewna nuta dzwoni,
Dum ukraińskich —
Zda się, że przykuta,
Do pól, co wszystkie rajskie wdzięki mają.
Tęskna za rajem biednych ludzi nuta!«...

ukochał Jabłoński serdecznie stepową Ukrainę i za nią później
tęsknił długo i jęczał pieśnią bólu pełną. A wraz z nią poko­
chał lud ciemny, od którego dowiedział się w latach młodo­
cianych, że
...»nieraz uszy wieśniaków słyszały,
Jak biedne dusze okowane grzechem,
Jęczały w łozach, aż kury zapiały«....1)

od którego usłyszał znaną nam dobrze z wiersza Mickiewi­
czowskiego piosenkę
»Co to dziewczyna poszła na jagody,
Zamiast jagódek miała twarz różową,
A drugą stroną wracał panicz młody«...

Niestety — zbyt krótka twórczość nie dozwoliła poecie
wyzyskać tego, co uważał za godne, z ludowej poezyi, w utwo­
rach jego bowiem, w tej szczupłej ich garsteczce, zbyt mało
') Istotnie lud ukraiński wierzy w jęki wydawane przez pokutujące
dusze. Skoro kur zapieje muszą zamilknąć.

LUDOWOŚĆ W POEZY1 POLSKIEJ

395

widać śladów oddziaływania elementów ludowych. I tak w poe­
macie p. t. »Gwido« oprócz przytoczonych wynurzeń napoty­
kamy tylko jeszcze jeden ornament, osnuty na tle ludowem.
Oto w zakończeniu utworu Bóg skazuje Gwidona na pokutę
»na dzikiej Bohu skale«, dopóki nie wyzwoli go mistrz, co
»wszystkie dumy w sercu zbierze, z serca wyrzuci pieśń«....
Zakończenie takie bez wątpienia zostało oparte na wierze lu­
dowej w pokutę dusz po zgonie wśród odludnych pustkowi,
jak o tern obszernie mówiliśmy przy balladzie »To lubię« Mic­
kiewicza.
Udało się też poecie pochwycić bardzo dobrze nastrój
ludowych ruskich pieśni w dumkach. Jedna z nich zwłaszcza:
»W głos serdeczna dumka płynie.
Tam moja jedyna,
A na tej tam Ukrainie,
Matka i rodzina.
Matka tęskno patrzy w pole,
Łzawemi oczyma,
Pusta droga na Podole....
Ani wieści nie ma!«

trafia znakomicie w ton pieśni ukraińskich, a nawet i treścią
swoją zbliżona jest do nich, gdyż i tam częstokroć zdarzy się
usłyszeć skargę na wyjazd syna w daleką, obcą ziemię, skargę kochanki na mołojca, co długo me wraca.
Ale nakoniec zaznaczyć uważamy za stosowne, ze la na­
wet szczupła garstka utworów ma nieporównanie większą
wartość od wierszy Czajkowskiego, czy Jaśkowskiego, ton ich
bowiem jest szczery, obrazowanie naturalne.

X. Adam Pług.
Wychowany na wsi w latach, które są najpodatniejsze
u dzieci do umiłowania wytworów ludowej fantazyi, nasłucha­
wszy się wielu pieśni i »uroczych skazek«, jak o tern później
opowiadał w »Urywku wspomnień Jmci Pana Jakoba i .«,
zwłaszcza od parobka Hryszki, który mu »prawił pełne dziwów
baśnie« nieraz gdy młody panicz towarzyszył mu nocną porą
paść konie w lesie. Tam przy blasku płonącego łuczywa i smo

396

STANISŁAW ZDZIARSKI

laków w kole zakreśleniem nożem poświęconym, które miało
bronić przystępu złej mocy, słuchał ciekawie młody chłopczyna baśni i przesądów wieśniaczych o djabłach, rusałkach
wiedźmach jeżdżących na Łysą górę, wilkołakach i czarowi!
kach. Wszystkie zaś one utkwiły mu głęboko w pamięci, aźełr
w przyszłości dać możność poecie czerpania ze źródła fantazj i
chłopskiej, co też istotnie się stało. Od bab znowu wiejskich
dowiedział się o własnościach cudownych ziół; dowiedział sio
że »przelot« wypędza chorobę i uroki odczynić jest w stanie,
że moc leczniczą ma krwawnik, macierzanka i czerwietocznik,
że źywokost może kości złamane spoić i uleczyć ’) że wreszcie
czarodziejską moc ma dziewanna2),3 wężownik, podróżnik
dzięgiel4),* kalina0)
6
i wiele innych jeszcze. Od pastucha jakiego.znowu dowiedział się o wielu bajkach — »o Baju, co lazł po
ścianie niosąc łapcie za plecami«, »o chatce na lodzie«, »jai:
dziad z babą sadził bób pod ławą«, »o Klimie, sławnym zło
dzieju«, »o kozie, co z swej wełny wytrząsa dukaty«, »o tor
bie«, z której wybiegały na rozkaz kije, »o obrusie, co ucztę
daje w każdej porze«, o rozbójnikach, skarbach zaklętych, djobłacb, upiorach i czyścowych duszach pokutujących, o brato­
bójcy, którego zdradziła dudka wycięta na mogile zamordo­
wanego,
»0 dwóch rozumnych, trzecim durnym bratku,
O strasznym smoku i kościanym dziadku,
l o żelaznym wilku i o chacie w lesie
Na kurzej nóżce; i o tym dywanie,
Go ponad lasy, ponad chmury niesie,
A gdzie mu każesz, tam zaraz i stanie;
O Niewidomie, o sławnych chodakach
Siedmiomilowych; o dziwnych krynicach
Z gojącą i żywiącą wodą; o dziewicach
Zaklętych i Rusałkach i o Wilkołakach«.

Jak z tego pobieżnego wymienienia baśni cudownych1'
widać, pilnym był Pług w młodości swojej słuchaczem opo
’) Por. O. Kolberg. Lud. VII. str. 131.
2) Ibidem. XV. str. 69.
3) Ibidem. XV. 71.
4) Ibidem, str. 69,
J) Ibidem, str. 72. Naturalnie w różnych okolicach lud ma odmienne
w tym kierunku przesądy.
6) Bajki te niemal wszystkie ogłosił Gliński w Bajarzu polskim.

LUDOWOŚĆ W POKZYI POLSKIEJ

397

wieści ludowych. Nie dziw tedy, że później w twórczości swo­
jej wiele z nich zużytkował.
Już w wspomnianym »Urywku«, w którym opowiedział
nam poeta o tych bajkach, jakich tyle nasłuchał się w latach
dziecięcych, napotykamy liczne reminiscencye wymienionych
przez niego opowieści. W ustępie mianowicie 21-szym swojego
utworu opisuje Pług sen swój, jaki miał w noc, skoro tylko
wieczorem opowiadano mu baśnie, a w opisie tym połączyły
się w jedną całość reminiscencye poszczególnych części rozma­
itych ludowych opowieści. Śniło się więc poecie, że zwycięzko
walczył z wrogami, ale skoro zgromił hufce wrogów i spojrzał
w cudowne zwierciadło ujrzał niebezpieczeństwo, grożące swo­
jej ukochanej, którą czarownica na zamku zamurowała, posta­
wiwszy smoka na straży. Przybywa tedy rycerz natychmiast,
rozwala wieżę, morduje smoka, sam zaś na dywame-samolocie
unosi kochankę do lasu. Widząc, że kochanka leży jak nieżywa,
za poradą konia zabija wierne zwierzę i chowa się w jego
wnętrznościach. Wnet nadleciało stado kruków i usiadło na pa­
dlinie. Porywa tedy nasz rycerz młode kruczęta i puszcza na
wolność, gdy stare kruki przyniosły mu gojącej i żywiącej
wody w czarze. Wodą tą ożywia dziewicę i konia, poczem
oddaje kochance pierścień czarodziejski z poleceniem, aze y
przysłała mu koniem wodę żywiącą, gdyby ujrzała, ze per a
pierścienia zaszła krwią. Żywiącą wodą skropił bohater gmach
czarownicy, który runął w gruzy, a zarazem ożywi cia a po
źartych przez nienawistną babę rycerzy i dziewic, poczem pu­
ścił się w pogoń za czarownicą. Już, już byłby ją przecią
czem, gdy ona zmieniła się w zająca. Przerzucił się tedy rycerz
w wilka i pędził za wrogą istotą, gdy ona znpwu zmieniła s,ę
w o-ęś. Widząc jednak, że ścigający ją stał się orłem, czaro­
wnica przybrała pierwotną swoją postać. Schwytaną za długie
włosy rozszarpał bohater czterema rumakami.
Cały ten sen jest, jak powiedzieliśmy, całością sklejoną
z reminiscencyi różnych bajek cudownych. I tak sam początek
oparty jest na bajce, w której słonko wzywa walczącego z wro­
gami rycerza, ażeby biegł ratować ukochaną1), Jak w owym
śnie tak i tu rycerz porzuca pole bitwy i przybywa do zamku,
») Por. Gliński. Bajarz polski. I-II- str. 62.

398

STANISŁAW ZDZIARSKI

w którym była uśpiona dziewica i zabija smoka l)- Wzmianka
o zwierciedle powtarza się często w baśniach ludowych, we­
szła więc tutaj z nich, a nie z wyobraźni poety. Szczegóły
dalsze o dywanie-samolocie zostały zapożyczone z innej baśni *3).
To znowu, co mówi poeta o wodzie żywiącej, jest remiscencyą z innego opowiadania, w którem tak samo rycerz za
poradą konia zabija wierne zwierzę, kryje się w jego wnętrzno­
ściach, chwyta kruczę i puszcza je na wolność, gdy kruk do­
starczył mu wody gojącej, która ożywia konia8). Ożywienie
jednak kochanki zapożyczone już jest z innego opowiadania4).
Dalsze ustępy snu pochodzą już z innych baśni ludowych.
I tak — często można słyszeć w bajkach, że woda żywiąca
przywraca życie zaczarowanym przez wiedźmy, nie inaczej lud
mówi o pierścieniach czarodziejskich. Walka zaś bohatera
z czarownicą została osnuta na jakiejś wersyi opowiadania lu­
dowego, którego jednak w tej postaci nie udało się nam od­
szukać5).6 *Ale i w tern, które znamy, cała walka aż do roz­
szarpania wiedźmy jest taka sama. Co się tyczy zresztą samego
faktu stracenia czarownicy przez rozszarpanie końmi, to często
można go spotkać w bajkach cudownych.
Z pomiędzy innych faktów, mających źródło w opowie­
ściach ludowych, należy wymienić wzmiankę w ustępie 30-tym
»Urywka« o gromnicy, która broni do chaty przystępu czaro­
wnicom, a którą one gryzą ze złości zębami i o obchodzie so­
bótkowym, bo i ten jest zgodnie opisany z obyczajami ludo­
wymi, wymienić trzeba nareszcie szczegóły o rusałkach, buja­
jących wśród żyta i o czarownicach, zbierających rosę przeta­
kiem. Ale to bardzo drobne już ornamenty, które ważą bardzo
mało w genezie całego utworu. Z tego samego powodu nie
będziemy się dłużej rozwodzili nad akcesorycznym ornamen­
tem w »Dziwaku« o czarownicach lecących na łopatach na
Łysą górę celem narady z djabłami. Wystarczy samo skonsta­
towanie, iż fakt ten pochodzi z wierzeń prostego ludu.
’) Gliński. Bajarz polski. I—II. str. 66.
s) Ibidem. III. str. 19 i nast.
’) Ibidem. I. str. 164—165.
4) Ibidem. III. str. 19—20.
6) Por. dr. J. Karłowicz. Podania i opowiadania. (Zbiór wiadom. do
antropol. krajowej. XII. str. 38—40).

LUDOWOŚĆ W POBZYI POLSKIEJ

399

Z pomiędzy reszty utworów, na tle ludowem osnutych,
wysuwa się na pierwszy plan opowiadanie »z podania gmin­
nego« p. t. »Djabeł i muzykant«. Treść utworu jest następu­
jąca: razu jednego zapisał człowiek szatanowi duszę po upły­
wie lat pięciu w zamian za skrzypce, których głos budziłby
wesołość u wszystkich ludzi. Z radością spełnił djabeł żądanie,
spisano cyrograf, poczem człowiek długie lata chodził ze skrzy­
pcami, wlewając graniem wesele w serca ludzkie. Skoro jednak
zbliżał się termin, w którym obiecał oddać djabłu duszę, zaczął
szczerze żałować grzechów i pokutować za nie. Na ostatek
przebrawszy się w habit mniszy ze śpiewem pobożnym na
ustach poszedł w świat na spotkanie z djabłem w umówionem
przed laty miejscu. Istotnie zastał djabła oczekującego zdoby­
czy. Zaczął tedy go kropić święconą wodą, a gdy djabeł obru­
szył się na niedotrzymanie danego słowa, człowiek rzucił du­
szę sosnową ze skrzypek szatanowi mówiąc, że w kontrakcie
nie było mowy o tern, czyja dusza ma stać się własnością dja­
bła. Tak muzykant oszukał moc piekielną.
Drugi znowu utwór »z podania gminnego« p. t. »Pliszka
i bocian« ma treść opowiadania, jak to Bóg po stworzeniu
świata zebrał gady do worka i rozkazał porzucić je w odludnem miejscu. Ale anioł ciekawy, co worek zawiera, zajrzał
do środka i wtedy gady rozpełzły się po świecie. Naznaczył
tedy Bóg pokutę grzesznemu aniołowi taką, że dopóty będzie
po świecie chodził w postaci bociana, dopóki nie wyzbiera
wszystkich gadów.
Obie te opowieści mają wszelkie cechy wybitnie ludowe,
jakkolwiek nie mogliśmy odnaleźć ich pierwowzoru. Musiały
to być zapewne bajki lokalne. W pierwszej z nich powtarza
się motyw ludowy, jak to djabeł daje się oszukać ludziom
Z pośród innych utworów Pługa mamy jeszcze jedną
taką ściśle miejscową legendę p. t. »Źródła cudowne«, która
bez wątpienia została osnuta na »podaniu gminnem«, do czego
się zresztą poeta przyznaje. Treść jej ta, że na odludziu wśród
stepu przy źródle cudownem zbudował kramarz karczmę.
Chciwy zysku, postanowił zamurować studnię i sprzedawać cu­
downą wodę za pieniądze. Kiedy jednak raz nie dał posłuchu
prośbie dziada o wodę, a spragnionemu dopiero jego sąsia
dał pić, cudowną siłą źródło wyschło i przeniosło się na grunt

400

STANISŁAW ZDZIARSKI

owego sąsiada. Darmo próbował zwozić wodę ze źródła do
swojej karczmy chciwy kutwa, woda zawsze z beczek po dro­
dze znikała. Z rozpaczy tedy wskoczył do wyschniętego źró­
dła i tu zakończył życie.
Nakoniec na wzmiankę jeszcze zasługuje zgodny z wiarą
ludową ustęp na wstępie utworu p. t. »Skarby zaklęte«, w któ­
rym poeta mówi o skarbach w ruinach zamków pod ziemią,
nagromadzonych krzywdą sierót, ubogich. Skarby te i tu, jak
w wyobraźni ludu, pozostają pod władzą piekła.
Odegrał tedy element ludowy w twórczości Pługa wybi­
tną rolę dodatnią, bo poeta umiał w legendach pochwycić do­
brze ducha ludowych opowieści, a w szczegółach akcesor'cznych zręcznie zużytkować to, co w latach zarannych prze­
jęła jego wyobraźnia od ludu. Nic tu nie sprzeciwia się wy­
tworom fantazyi chłopskiej, owszem wszystko jest zgodne, nie
skrzywione ani wypaczone pomysłami, jakieby stały w sprze­
czności z duchem opowiadań ludowych.

XI. Józef Grajnert.

Nikt tak dobrze nie potrafił się dostroić do tonu pieśni ludo­
wej prócz Lenartowicza, a z późniejszych oprócz Laskowskiego,
jak właśnie Grajnert, którego można śmiało nazwać pieśnia­
rzem wioskowym, bo barwa, ton i melodya pieśni ludowej
została znakomicie pochwycona w utworach tego poety. Dość
wziąć pod uwagę taką prześliczną piosnkę »Nad kolebką«,
ażeby nabrać pojęcia, jak trafił Grajnert w ton kołysanki ludo­
wej, mimo że z niej przejął dwa tylko końcowe wiersze bez
zmiany:
»Kołysz-że się, kołysz, kolebko lipowa,
Niech-że cię, syneczku, Pan Jezus uchowa».

Oprócz tych dwu wierszy przejętych bez zmiany z pieśni
ludowej!), reszta jest oryginalnie stworzona, tylko, że czuć
w strofkach doskonałe wsłuchanie się w kołysankę chłopską,
tylko że poeta umiał zniżyć się do poziomu myśli i wyobra*) Por. J. Milewska. Kołysanki z Ciechanowskiego. (Wisła. 1901. str.
18. nr. 8). Jedno tylko słowo zmienione, bo zamiast »syneczku« jest tam
»Zosieńko«.

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

401

żeń wieśniaczych i oddać je niezmącone żadnym niestosownym
wtrętem:
»Nie płacz-że mi, nie płacz, Jasieńku maleńki,
Powrócą — powrócą latulo z wojenki.
Oj! jak nam go wzięli, płynie smutny roczek,
Uśnij-że mi uśnij, nie otwieraj oczek«.

A w słowach tych, które wypłynęły poecie z pod serca,
czuć doskonale ton serdeczny kołysanki ludowej, czuć że po­
jęcia matki dziecięcia kołysanego rzeczywiście odpowiadają wy­
obrażeniom ludowym. A czyż wreszcie trzeba jeszcze zwracać
uwagę na prostotę wyrażonych w utworze tym myśli, na pro­
stotę naturalną, nie naciąganą?
Umiłowanie to gorące wioskowej melodyi, poczęte jeszcze
wtedy,
»Gdy w kolebce z lipy spał«....

jak o tern opowiada w »Skrzypku«, dało mu możność do­
skonałego zespolenia się z tonem piosenki ludowej, nawet
wtedy, gdy wpływ utworów gminnych na artystyczną poezyę
Grajnerta był minimalny. Daje się ta właściwość zauważyć
doskonale w »Starej piosence«, której wszystkie części skła­
dowe — zarówno treść, forma, jak i język — dostrojone zo­
stały doskonale do tego poziomu, w jakim lud zwykł utrzy­
mywać swoje opowiadania.
Zaczyna się ten utwór sceną pożegnania dziewczęcia z ko-:
chankiem, wyruszającym na wojnę:
»Grają — grają i bębnują,
Wojaczkowie maszerują«....
1 w tym już ustępie widoczne są ślady oddziaływania
ludowych żołnierskich pieśni, tern pewniejsze, że ustęp analo­
giczny, jaki niżej podajemy, pochodzi z materyałów, zebranych
przez samego Grajnerta:
»Ślicnie grajorn i bębnujom
Gdy Polacy masierujom« ■).
Z tej samej nadto pieśni zapożyczył jeszcze tutaj Grajnert
parę wierszy w samej scenie odjazdu wojaka.
i) J. Grajnert. Zapiski etnograficzne z okolic Wielunia i Radomska.
(Zbiór wiad. IV. str. 205. nr. 3).
26
Lud. Rocznik X.

402

STANISŁAW ZDZIARSKI

»Starsza siostra pałasz dała,
Młodsza konia osiodłała,
A ta trzecia zapłakała....
Choćbym zeszedł na kraj świata,
Nie płace, wrócę za trzy lata«.

Ustęp ten przytoczony jest przeróbką dalszego ciągu wy­
mienionej pieśni ludowej — i to niezbyt zmienione zostały
słowa, jakie podawała pieśń, jak o tern nie trudno będzie prze­
konać się z porównania:
»Starsza siostra usłyszała,
Konicka mu osiodłała.
Weśrednia mu sukniom dała,
Najmłodsa mie zapłakała.
Nie płaccie wy siostry brata,
Wróci się wam za trzy łata« ').

Odtąd też w tym samym tonie, wiernie ludowym, ciągnie
się opowiadanie, będące wytworem fantazyi poety, jak to Hanka
poszła »w sługi« z tęsknoty za kochankiem, o którym »wciąż
dumała«, jak później zapomniała Janka, który tymczasem
»On daleko, w szczerem polu
Trzyma główkę na kąkołn,
Prawa noga we strzemieniu, —
Leży biedny w krwi strumieniu....
Konik jego weclle niego
Kopie nóżką, żałuje go:
— Powstań — powstań ! panie chrobry,
Coś mi dawał obrok dobry;
Teraz niema kłaczka słomy,
Podzióbią nas kruki, »«tomj/....
Wykopał dół po kolana
I pochował swego pana«.

Ustęp ten cały jest znowu, nie przerobieniem, ale dosło­
wną zapożyczką z wspomnianej pieśni ludowej, którą, jak
wiemy od samego poety, znał w kilku waryantach:
»On daleko w scernem polu,
Leży biedny na konkolu.
A główkę ma na kamieniu,
Prawom nóżkę we strzemieniu:
*) Ibidem, loc. cit.

LUDOWOŚĆ W 1'OEZYI POLSKIEJ

403

Konik jego kole niego
Nóżkom ¡ft-sebie, żałuje go.
Powstań, powstań, panie chrobry,
Coś mi dawał obrok dobry,
Teras nie mam kłacka słomy
Ozniesom niie ptaoy, wrony«-1).

Ostatnie zaś dwa wiersze Grajnerta powyżej przytoczone
znajdujemy w takiejże pieśni żołnierskiej:
»Wygrzebał dół po kolana
I żałuje swego pana*. ■. ')•

W dalszym ciągu, kiedy to słyszymy o rozpaczy, w jaką,
popadłe dziewczę za kochankiem, kiedy widzimy je obłąkane
z pieśnią na ustach, — nie występuje już wcale oddziaływa­
nie ludowych śpiewek, choć ton ich dzwoni ze strof utworu
Grajnerta. Ostatni ornament, kiedy to dziewczęciu przywiduje
się trup kochanka na komu, cały w bieli, jest wysoce roman­
tyczny, ale wcale nie ludowy.
Tą samą zaleta odznaczają się też »Trzy piosnki na
temat ludowy«, w których tylko parę akcesorycznych szcze­
gółów pochodzi z ust ludu, pomysł ich jednak i wykonanie
tego pomysłu jest dziełem fantazyi twórczej Grajnerta.
Słowami prostemi on i ona wypowiadają uczucia miłosne,
jakie w nich zbudziły się, prostota zaś tych wyznań szczera
i niewymuszona W części trzeciej utworu napotykamy smu­
tną scenę. Jaś chcąc nałowić ryb dla kochanki - utonął. Stąd
tedy słyszymy długie narzekanie dziewczęcia. Zwrotka zas ta,
w której dziewczę, opłakując smutny los narzeczonego, po­
wiada, iż on
»Za żoneczkę dostał rybkę ploteczkę,
Na wesele sprosił trzcinę i ziele.
O! mój Jasiu — nieszczęśliwy Jasieńko,
Przemów do mnie sieroteczki słóweńko!«

jest w możności wykazać, jak dalece przejął się był Grajnert
tonem strofki ludowych pieśni. Tutaj bowiem widoczny pewien
>) Ibidem, str. 206. i przypisek 2.
’) O. Kolberg. Lud. VI. str. 176. nr. 3ó0.

26*

404

STANISŁAW ZDZIARSKI

wpływ zwrotów ludowych. Podobnie bowiem w jednej pio­
sence czytamy:
»Obrał sobie żoneczkę
Rybkę ploteczkę# ’).

W innej znowu widzimy część drugą przytoczonej zwro­
tki utworu Grajnerta. Po zgonie kochanka dziewczę wyrzeka
wielce zbliżonemi do powyższych słowami:
»O mój Jasio Jasieńko:
Przemów do mnie słóweńko#*2).

Opowiadanie nakoniec p. t. »Osiczyna i Leszczyna«,
zostało napisane, jak sam poeta wyznaje, podług legendy ślą­
skiej. W materyałach nadto etnograficznych, zebranych przez
siebie podał osnowę krótką ludowej opowieści, »że kiedy Ma­
tka Boska, siedząc na osiołku wraz z dzieciątkiem Jezus, ucie­
kała z świętym Józefem przed pogonią Heroda, osina nie chciała
świętej rodziny zakryć swojemi gałęźmi, wymawiając ze drże­
niem »ja się boję!« »Więc bój się i drżyj ze strachu do końca,
świata!« rzekła jej Matka Boska, i odtąd drzewo aż do sądnego
dnia trząść się ze strachu bez przerwy musi3). Dopiero »lesz­
czyna z chęcią przyjęła Boską rodzinę; jak mogła otuliła Ją
drobnemi pławinami tak, że król Herod z niczem powrócił do
domu«. W nagrodę za to według woli boskiej, jeśli kto w cza­
sie burzy i grzmotów stanie pod leszczyną, może być pewny,
że go grom nie zabije4). Opowiadanie to ludowe dostało się
bez zmiany do utworu Grajnerta.
Jak więc z tego, co się rzekło, dowodnie okazuje się —
utwory "na tle ludowych pieśni lub podań osnute zostały przez
Grajnerta wyrażone w formie zupełnie im odpowiadającej, bo
bardzo zbliżonej do sposobu opowiadania, jakim posługuje się
lud, w formie prostej, lecz wdzięcznej. Oprócz formy widać
u Grajnerta wielce do ludowego zbliżony poziom wyrażenia
pojęć wszelkich, wszelkich porównań, określeń. Poeta oddał
nastrój ludowy niezrównanie wprost, z taką prostotą, która
*) O. Kolberg. Pieśni ludu. str. 206. nr. 17.
2) Ibidem, str. 253. nr. 27.
3) J. Grajnert. Drzewa podaniowe. (Tygodnik ¡Ilustrowany. 1863. I.
str. 561).
4) Ks. W. Siarkowski. Podania i legendy. (Zbiór wiad. VII. 117. nr. 38-).

LUDOWOŚĆ W P0BZY1 POLSKIEJ

405

sprawia na czytelniku silne wrażenie — swoją naturalnością.
Teo-o ogromnego wczucia się w ton piosnki wioskowej, w jej
ducha i formę, tego szczerego przystosowania się do pojęć
i wyobrażeń ludowych brakło nie raz tylko jeden wielu na­
szym poetom, którzy pisali w tym sposobie. Żadnemu z mci
oprócz Lenartowicza nie udało się schwycić tak dobrze mysi
prostaczej. Jest tedy Grajnert - mimo to, że nie wzniósł się
talentem swoim ponad miernotę, — jest drugim po »lirmku
mazowieckim« naszym piosnkarzem.

XIII. Włodzimierz Wolski.
Znany powszechnie jako autor libretta do »Halki« St. Mo­
niuszki -nie odznaczał się Wolski ani talentem ani polotem
choćby samej tylko wyobraźni. Epigon wielkiej doby arcynustrzów pieśni polskiej, epigon romantyzmu konającego i tracą­
cego o-runt właściwy pod nogami, trochę bajromsta, choc nie
tak ponury i przesadny, jakim był n. p. Zmorski, czuł wyraźnie
lot swój niski i zależność od dawniejszych, ale znakomitych
wzorów. »Początkowe poezye.... są to dźwięk, z najwrażliwszych
chwil młodzieńczych, kiedyśmy prawie wszyscy więksi i mniejsi
pod wpływem wielkiego przywódcy zwrócili się do pieśni lu­
dowej, najczystszego tego źródła rodzinnej twórczości, »ark.
przymierza między starymi i młodymi laty«, skąd każdy czer­
pał o ile zdołał, »orzeźwiające, zdrowe tchnienie . sw.eze
uczucie piękności« - powiada Wolski w przedmowie do »1 oezyi« (Wilno. 1859). Istotnie - zależność jego od całego sze­
regu dawniejszych mistrzów epoki romantycznej jest odrazu
widoczna. Że skutkiem tego także i pieśń ludowa musiała po­
zostawiać niestarte ślady swojego oddziaływania to zdaje mi
się rzeczą zupełnie jasną i naturalną, prostą konsekwencyą
hołdowania pierwszym rozpędom romantyzmu naszego.
A że poeta nie znał ludu bezpośrednio tak dobrze, jak
go znali inni romantycy, n. p. Goszczyński lub Zaleski, a zpoe­
tów wnorMW pewiww Gosławski lub Groza, s ą e, w
ciągu trzeba będzie nieraz skonstatować wpływ ludowy posredni tylko, który dostał się drogą książkową, z czytania utwo­
rów Mickiewicza.

40(5

STANISŁAW ZDZIARSKI

Przykładem najlepszym na to, cośmy dopiero powiedzieli
jest »iantażya« p. n. »Wioska«. Skreśliwszy obraz wsi, spowity
w mrok nocny, wprowadził poeta postać dziewczyny wiejskiej,
śpiewającej nad wodą posępną pieśń. Z pieśni tej dowiadujemy
się, że ją
»Panicz pokochał,
Polem porzucił —
I jak odjechał,
Już nie powrócił«.

Dowiadujemy się nadto, że dziewczyna utopiła dziecię,
pochodzące ze stosunku z paniczem, w rzece. Faktycznie wy­
padki dzieciobójstwa na wsi przez uwiedzione dziewczęta za­
chodzą często. 1 utaj jednakże niepodobna nie odczuć pewnego
pokrewieństwa pomysłu, a raczej ideowego podścieliska, jakie
stało się powodem napisania »Rybki« Mickiewiczowskiej. Uwie­
dzenie i porzucenie dziewczyny przez panicza, utopienie dalej
dziecka, to motyw bezpośrednio ludowy, ale tak już wyczer­
pany przez romantyków, że tutaj w utworze Wolskiego robi
wrażenie grubego anachronizmu. Ton ten, myśl tę dawno już
przedtem słyszeliśmy. W dodatku pomysł ten stary został skoszlawiony złem i niefortunnem obramieniem, w jakie go wło­
żył poeta.
Cykl znowu, złożony z czterech utworów, p. t. »Krako­
wiaki«, z wyjątkiem utworu drugiego, jest również bardzo
słaby i nie dorównuje ani w części wierszom Wasilewskiego.
Tylko w tym drugim z kolei utworze trafił poeta należycie
w ton ludowego krakowiaka i dostroił swoją myśl dobrze do
poziomu ludowych wyobrażeń. Bo pierwszy, mający za temat
utopienie dziecka przez panią, grzeszy niefortunnością pomysłu
i nieprawdopodobieństwem sytuacyi; trzeci odznacza się konwencyonalnem zakończeniem, które psuje zupełnie efekt po­
przednich strofek, czwarty o zacięciu wojackiej piosenki od­
biega daleko od pojęć ludowych. Drugi utwór jedynie, którego
treścią jest żal odjeżdżającego kochanka, sprawia dodatnie wra­
żenie:
»Jeno mi niebogo
Nie płacz tak tęskniący,
Oj bo będę drogą
Jechał, niejadący.

LUDOWOŚĆ W POEZY1 POLSKIEJ

407

Pofolguj żalowi,
Bo zahaczę w biedzie,
Żem dobrodziejowi
Dal na zapowiedzieć

Tak samo udatnie został utworzony »Oberek w rodzaju
ludowym«, ale - przyznać trzeba, że forma ta, jak me mniej
poprzednia, nie są nowe, tylekroć brzmiały dawniej, a niekiedy
lepiej. W utworze tym, kreślącym miłość chłopską, jest isto n
werwa roztańczonego, rozhasanego parobka, który kocha swoją
Magdę szczerze i uczucie to po prostu, po swojemu wyiaza,
jak umie najlepiej, najdosadniej:
»Hej na odsieb, hejsa żwawo!
Lepiej w lewo, niźli w prawo!
I na lewo serce w piersi,
I na lewo ludzie szczersi!
Jakoś, jakoś i dziewucha,
Gdy na lewo, raźniej słucha.
Ślipkiem zerka, a oberka
Oj ta dana, tną od ucha.
Hej ha!«

Jakby echem początków romantyzmu, kiedy to Mickie­
wicz a po nim inni mali jego naśladowcy, wydawali tonu
ballad, jest utwór p. t. .Topielec«. W nocy słyszy- dztewcg
glos bata z nad rzeki, wołającego o pomoc. Itoe tedy
„ad brzeg oświetlony bladym blask,em ks.ężyca w perze
w której »po ciemnawe,n niebie lec, menel,rzezona dziecka
dusza« (ot! akcesoryum czysto romantyczne.) i w •
leżącego na piasku. Ledwo dziewczę zdołało wymowie p ę
słów - zmarły powetaje, porywa biedną spiesząc» mu na p
moc, i wciąga" do głębiny. Nie trudno •'
Pmicwc
ten utwór osnuty został na ludowem wieizem , j « .
1
wciągali napotkanych w nocy ludzi w ton.e wodno, które
wierzenie jest bardzo rozpowszechnione.
Oprócz tych drobnych utworów, skreślonych na tle ludo
wem, pod oddziaływaniem pośrednie,,, oz,
ieć nieśni i wyobrażeń chłopskich, napisa jesz •
obszerniejsze obrazy. Pierwszy z nici, .Halka« i jest bardzo słaby, jako utwór artys ,czny
najlepsze s, strof, Halki i Jontka. Boc przecież trudno zaprze
czyć, ażeby taki ustęp n. p. •

408

STANISŁAW ZDZIARSKI

».Jako od burzy krzew połamany,
Tak się duszyczka stargała.
Gdzieżeś, ach gdzieżeś, wianku różany,
Gdzie w niin lilijko ty biała?
Zabrał mi wszystko Jaśko mój sokół,
Zabrał mnie całą niebogę.
A ja go szukam, szukam na okół,
A ja go znaleźć me mogę.
Gdzieżeś, ach gdzieżeś, o mój sokole,
Gdzie moje słonko na jasnem niebie?
Jak kłos rzucony na puste pole,
Tak zwiędnę, umrę bez ciebie«.

nie był dobrze zastosowany do pojęć ludowych, ażeby nie oka­
zywał pewnego podobieństwa z pieśniami ludowemi, chociażby
przez te prostoty pełne porównania. Ale i tutaj sam pomysł,
samo zadzierzgnięcie węzła dramatycznego jest nie nowe. Bo
ileż to razy przedtem słyszeliśmy od innych poetów o tern, iż
panicz, uwiódłszy dziewczynę, żeni się potem z bogatą, a o da­
wnej kochance ani myśleć nie chce? Pomysł zatem wcale nie
nowy.
Dalsza scena »Halki« rozpoczyna się śpiewem, tak zna­
nym dobrze wszystkim, w którym dziewczyna mówi, że chciałaby gwiazdą, jaskółką lub rybką płynąć do kochanka. Pieśń
ta znajduje w tych porównaniach pewne analogon z ludową
pieśnią, w której dziewczę, nie chcąc wyjść za mąż, powiada:
»A ja się stanę drobną ptaszyną,
Będę latała gęstą krzewiną«...1)

A dalej mówi, iż przemieni się w rybkę i gwiazdkę na
niebie, bame te porównania wraz z prostotą ich wyrażenia
wskazują najdowodniej, że są odbiciem analogicznych poró­
wnań w jakiejś piosence ludowej.
Halka w dalszym ciągu, dowiedziawszy się od Jontka
o kłamstwie panicza, dobija się do podwoi domu stolnika.
Pieśń zaś jej:
»Powolutku, pomaleńku
Stumaniłeś gołąbeczka!
Powolutku, pomaleńku
Bielutkiego gołąbeczka
*) O. Kolberg. Lud. VI. str. 129. nr. 257.

LUDOWOŚĆ W 1’ORZYI POLSKIEJ

409

Stumaniteś, sokoleńku;
Stumaniłeś go«!

zawiera w sobie sporą dozę prostoty ludowych piesiu, czego
nawet dowodzić nie trzeba. W akcie drugim cała scena z cho­
rem wieśniaków odbiega już zupełnie od tej prostoty i szcze­
rości wyrażenia, powracają dopiero obydwie te zalety w pie­
śni Jontka:
»Szumią jodły na gór szczycie«....

Halka kończy, jak zazwyczaj kończyły dawniej uwiedzione
dziewczęta — samobójstwem — topiąc się w rzece.
Drugim utworem, zakreślonym na szerokie ramy, jest po­
emat p t »Połośka«, kreślony barwami par excellence romantycznemi, ale wartości bardzo małej z powodu wielkiego nie­
prawdopodobieństwa poszczególnych sytuacyj. Może stosun­
kowo jeszcze najlepsze są obrazy, skreślone na tle życia wiej­
skiego, oraz akcesoryczne ornamenty, osnute na wierzeniach
ludowych.
Owo tło wybitnie ludowe występuje, na jaw odrazu w sa­
mym początku tego utworu, kiedy to poeta kreśląc krajobraz,
wplata następujące wyznanie:
»Nida cichutko pluska i płynie...
Na jej wybrzeżu, o tej godzinie
Czy grzeszne dusze miesiąc już budzi,
Nim pokutować pójdą do ludzi?
Czy to topielic senne gromady.
Tańczą i patrzą na księżyc blady ?«

Takich akcesoryów romantycznych, opartych, jak ten, na
wierze ludowej w straszydła nocne i w tańce topielic na brze­
gach rzek, znajdziemy w dalszym ciągu utworu więcej, lętmą
w nich echa starej romantyki, już zszarzałe mocno . przeżyte.
Wnet w drugim ustępie ujrzymy alluzyę do życia świątecznego
na wsi kiedy to w karczmie »skrzypeczki wytną od ucha«,
i podczas gdy »gospodarze siadłszy na ławach radzą przy miar­
kach«, to »parobek dziewkę raźnie wpół ima.... brzękme mu
pasik, czapkę radośnie wsadził na bakier«, »aż dziewce mignie
blaskiem źrenica« z uciechy.
I-o tern wspomnieniu dowiadujemy się o samobojczem
utopieniu się Połosi. nad którą dziedziczka wioski pastwiła się

410

STANISŁAW ZDZIARSKI

za to, że dziewczę podobało się któremuś z kochanków pani.
Połosię utopioną pogrzebano nad brzegiem Nidy. Teraz tedy
spostrzegamy na mogile samobójczyni wyrzekającą matkę na
to, że córka jej tak marnie zeszła ze świata, że ją pochowano
bez udziału księdza, bez śpiewów nabożnych. Zwykłe to narze­
kania chłopskie, jak nie mniej następujące potem wychwalanie
cnót nieboszczki. Po odejściu matki z nad grobu wprowadza po­
eta ornament ściśle romantyczny, zgodny z duchem wierzeń
ludowych. Zmarła dziewczyna śpiewa piosnkę prostą i szczerą,
iż jej jest tam w ciemnej mogiłce lepiej, niżli jej było za życia.
Pieśń druga wychodzi po za zakres naszych badań. Dla
ciągłości akcyi dodamy to tylko, że w niej powraca dziedzic
wioski po długiej nieobecności do domu i znużony zatrzymuje
się na grobie Połosi, która była jego naturalną córką.
W pieśni trzeciej i czwartej matka Połosi, podpaliwszy
dwór, chcąc pomścić zgon swojej córki, wlecze za włosy wyr­
waną z pożaru dziedziczkę na mogiłę córki i zostaje w ciem­
ności zraniona wystrzałem przez dziedzica, zbudzonego poża­
rem ze snu. Usiądą tedy koło mogiły i dysząc pragnieniem
dokończenia zemsty na dziedziczce, którą ma w swojej mocy,
przemawia do zmarłej córki zwyczajem chłopskim. Lecz z wnę­
trza grobu podnosi się ku niej głos zmarłej tęskną piosenką:
»Oj matulu! Nie tęczą,
Ale łuną, gdzie jęczą
Biedni ludzie w żałobie —
Widzę ciebie na grobie.

Oj w trumience mej ciasno!
Ty mi jeszcze krwią własną
I tern ciałem kobiety
Zasłoniłaś błękity«!

A po tej piosence ukazuje się zmarła córka mściwej matce
znowu z rzewną pieśnią na ustach, doskonale odzwierciadlającą nastrój i ton ludowych melodyi. Podczas tego matka
z upływu krwi umiera. Matkę pochowano obok córki.
Romantyk, a raczej epigon tego potężnego kierunku, o ta­
lencie małym, ptak niskiego lotu, nie potrafił zdobyć się na

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

411

ton jakiś nowy. Cała jego twórczość jest jednym odgłosem
dawniej słyszanych tonów. Wyżej powiedziane słowa stosują
się w zupełności i do tych utworów, które powstały na tle
ludowem. Boć przecież do nadania poezyi artystycznej zna­
mion tężyzny nie wystarczało samo umiłowanie ludowej pie­
śni. o jakiem słyszymy w epilogu »Połosi«:
»1 tylko krąży, tylko się żali,
Wieśniacza śpiewka z pod strzechy leniwej.
Smęcą mi, nęcą czyste jej dźwięki.
Zda się woń pierwszych marzeń przylata,
Jak tu nie żegnać cię bez podzięki,
Jak tu nie tęsknić, ziemio garbata?«

XIV. Józef Korwin Kuczyński.

Nad wyraz blado, bezbarwnie przedstawia się twórczość
na tle ludowem Kuczyńskiego. Ma ten poeta w zbiorku swo­
ich utworów dłuższy cykl, który nie może poświadczyć o niczem więcej, jak tylko o pewnej zdolności wierszowania. Bo
wszystkich tych cech, które składają się na prawdziwą poezyę,
darmoby kto tu szukał. Forma aż nadto oklepana, myśli no­
wych brak zupełny, a nadto jeszcze kompletny brak poczucia
artystycznego, któreby mogło poetę zniżyć do pojęć ludowych.
Dowodem całkowitego zaniku możności odczuwania ludowe)
formy jest pierwszy wiersz grupy p. n. »Z tematów ludo­
wych« p. t. »Dumka«. Wyrażona miała być w tym utworze
tęsknota dziewczyny za ukochanym. Została też ona wyrażona
istotnie, ale takiemi słowami i w takiej formie, ze twierdzenie
powyżej wypowiedziane okaże się w całej pełni piaw ziwem.
Dość przytoczyć jednę strofkę.
»Przyszła gwiazdka.... szczęścia wróżka,
Smutku nie rozwiała,
Nie chce mi się iść do łóżka,
Nocbym w oknie stała...«

Czy to poezya? czy tak chłop może wyrażać swoje myśli
' ““fXame wady można bez trądu dostrzedz i w innych
wierszach z wymienionego cyklu utworow. »Nad trumienką <

412

STANISŁAW ZDZIARSKI

żale matki po zgonie córki odznaczają się również banalnością
myśli i formą ograną aż do znudzenia. Kapitalny jest wsze­
lako sam koniec utworu:
»Ludzie!... czemuż kłaść ją chcecie
Ją w głęboki grób ?...
Eh!., jak bywa źle na świecie,
To nie dobrać słów!...«

Rażący brak nowych myśli, nowych poglądów, pewnej
koniecznej zmiany w oświetleniu życia chłopskiego z niewi­
dzianej dotąd strony — ukazuje się w wierszach »Chłopska
dola« i »Z wioski«. Pierwszy z tych utworów ma za przedmiot
historyę dziewczęcia od kolebki do mogiły. Zrodzona w nędznej
chacie wieśniaczej, umiera wydana wbrew swojej woli za sta­
rego chłopa. »Z wioski« znowu opowiada poeta dzieje sieroty,
którą odumiera matka. Z ust Kuczyńskiego wydziera się okrzyk
narzekania:
»Ze świat hańby na rozcież już przed nią otwarty«...

Obydwa te pomysły dawno przedtem zużyte nie dodały
niczego do skarbca ideowego naszej poezyi. O reszcie utworów
»Z tematów wiejskich« nie można powiedzieć niczego ponadto,
co wyżej zostało wyrażone.

XV. Włodzimierz Zagórski.
Miał Zagórski w całej swojej twórczości poetyckiej nad­
zwyczaj skromną ilość utworów, osnutych na motywach ludodowych. Ale przyznać też trzeba zarazem, że ta mała ilość
przeważa swoim artyzmem całe tuziny wierszy niby to napozór ludowych wielu naszych poetów. Bo oprócz doskonałej
formy jest w tych utworach Zagórskiego ogromne przejęcie się
poglądami na świat chłopski, wieje w nich czar nieporównany,
wre życie prawdziwe, uczucie szczere i niekłamane.
Dość będzie dla przykładu przytoczyć choćby w uryw­
kach wiersz p. n. »Opryszek«, który ścigany przez żandarmów,
wiedząc doskonale, że nie ujdzie ich pogoni, uprzyjemnić chce

LUDOWOŚĆ W POKZYI POLSKIEJ

413

sobie ostatnie chwile życia, jak może. Podpiwszy sobie nale­
życie pragnie posiąść córkę arendarza.
»Płacz ni lament nie pomoże;
Musisz moją być, nieboże;
Spiję miód z twych ust korali.
Potem niech się świat zawali...
Oj, du, du, du!...«

Znać już z tej stroiki doskonałe przejęcie się uczuciami
prostego zbója, jego zachciankami i rezygnacyą, kiedy rozwścieklony na żyda grozi mu toporem, bo »dzisiaj jeszcze moje
górą«;

„Jośka tu na drzwiach powieszę,
A z Jośkówną 'się ucieszę...
A Jośkowej łeb rozwalę
I na wiwat, karczmę spalę....
Oj, du, du, du!...«

W zupełnie odmiennym rodzaju został nakreślony obra­
zek wiejski p. t. »Zazula«. Zagórski przejąwszy się do głębi
tern, co'chłopa biedzi, dał obrazek przepyszny żalów starej
wieśniaczki językiem tak prostym, z taką .nocą uczucia,ja
gdyby to istotnie wszystko mówiła wiejska kobieta która ku­
pla sobie cielę w czasie urodzaju sądząc że może chłopca
jedynaka wykarmi mlekiem, skoro po ktlku latach doczeka się
krowy Tymczasem nieszczęście nadeszło niespodzianie męża
jej przygniotło w lesie zrębywane drzewo tak ze niebawem
umarł ' W chacie skutkiem tego nastała bieda. Tymczasem żyd
przyszedł z pożyczką w pomoc. Procenta rosły i rosły, az nakóniec żyd zabrał chałup, , dobytek, a na dob.tek zaz„b,one
pacholę umarło:
»Widzą pan tę chałupę - ot tam, wedle góry! I ten ogród, gdzie grusza - hen; - aż do figury .
To wszystko było moje; - dziś tam zydzi siedzą,
Wszystko poszło, jegomość!... Czy to chłop, wiedzą,
Jakie tam w świecie prawo?... że procenty rosną
U żyda, jak grzyb w lecie pod dębem lub sosną.
Taj że można papierem zabić jak siekierą
Człowieka?... Sama o tern wiem dzisiaj dopiero....«

Poruszył Zagórski w tym utworze historyę bardzo ptekąc, ogól wieśniaczy. p»nMjł aPra""S hcl>wy ^¡T^elng
wiernie naśladuj,eenri styl mowy ludowej, z prostot, zupelnte

414

STANISŁAW ZDZIARSKI

naturalną i szczerą. Potrafił doskonale zniżyć się do wyobra­
żeń chłopskich, do bólów i pragnień duszy wieśniaczej. Bo —
jak się z przytoczonego ustępu można łatwo przekonać —
myśli tutaj zawarte nie odbiegają ani na krok od myśli pro­
stego chłopa ani od sposobu ich wypowiedzenia. Obydwa te
wiersze są może najlepsze ze wszystkich drobniejszych utwo­
rów Zagórskiego.

XVI. Maciej Szukiewicz.

Twórczość Szukiewicza, jakkolwiek dotychczas bardzo
skromna, zaczynała się także skromnie, podobnie jak u innych
»najmłodszych« poetów, zwrotem ku ludowości w dwu utwo­
rach dość obszernych. Ale równocześnie trzeba zaznaczyć, że
utwory te — »Zakopiańska bajka« i »Śnieg« — nie odzna­
czają się jakiemikolwiek zaletami, któreby były w stanie wy­
sunąć je na przedniejsze miejsce.
Pierwszy z wymienionych utworów jest czemś w guście
ballady i zapewne został osnuty na jakiejś baśni podhalańskiej,
jak na to wskazuje sam tytuł, (choć — niestety — analogi­
cznego opowiadania nie mogliśmy odszukać w dotychczas ogło­
szonych materyałach folklorystycznych). Zaczyna się ten utwór
słowami bacy, doświadczonego i biegłego w rozmaitych góral­
skich przesądach i zabobonach, który podaje pastuchom regułę,
która spełniona wiernie obdarzy wielkiem bogactwem śmiałka:
obdarzy go zbójeckiem złotem:
»Trza mu iść pod wielki buk,
W korze niechaj krzyż naznaczy
I zaprzęże w jeden pług
Siedm źrebców z jednej klaczy,
Urodzonych w jednym dniu,
Jednej maści, jednej miary
A skarb ziemia wyda mu«.

Skoro te słowa zasłyszał młody juhas, Maciek, zaczął wnet
przemyśliwać nad wykonaniem tego przepisu. Cóż? — kiedy
to niemal niepodobieństwem było znaleźć gdzie siedm źrebiąt
z jednej klaczy, któreby się urodziły równocześnie, a zarazem

LUDOWOŚĆ W POEZYI POLSKIEJ

415

były jednej maści i jednej miary. Myślał długo Maciek, ale nakoniec wpadła mu do głowy myśl dobra, rozwiązanie trudności
odnalazł. Następnego dnia, skoro juhasi popędzili bydło na pa­
stwisko — Maciek wystrugał sobie maleńki pług z patyczków
i, skoro tylko nadszedł wieczór, pomknął chyżo z tym miniatu­
rowym pługiem i siedmioma kurczętami, wziętemi z pod kwoki,
w ias _ poza siedin rzek, siedm gór i dolin. »Rąbanicą zaciął
buk« i wyrżnął w korze znak krzyża św., poczem zaprzągł
kurczęta w pług i zaczął orać ziemię. Wnet dobił się skarbu.
Z dołu zaoranego dobywał przez noc całą złoto, lecz gdy wre­
szcie noc pogodna rozwidniała jutrznią białą — Maciek nie
zdążył wybrać całego skarbu z ziemi, choć miał już koło siebie
cały stos złota.
Tak samo, jak ta »Zakopiańska bajka«, została też w gwa­
rze góralskiej napisana »baśń ludowa« w formie dramatycznej
p. t. »Śnieg«. W scenie pierwszej widzimy parobków i dziew­
częta lepiących pospołu ze śniegu na łące dwie figury
Mrozu
i Zawieruchy. Wśród tej czynności ochota i nastrój wesoły,
oddany tutaj z doskonałym realizmem, panują niepodzielnie
wśród rozbawionej młodzieży. Sypią się, jak z rękawa, docinki,
śmiechy i przedrzeźniania, aż wreszcie na słowa Bartka ogar­
nia dziewczęta strach. Wszyscy tedy udają się do karczmy
pozostawiając śnieżniki w głuchem polu.
W scenie drugiej widzimy staruszków dwoje — Szymona
i Mao-dę — w ubogiej chacie, utyskujących na lata i biedę.
Żala ’się starzy na brak błogosławieństwa bożego, które im
odmówiło dzieci, obawiają się choroby, wymawiają sobie na­
wzajem wady młodości. Noc nadchodzi. Magda kładzie się
do snu, a tymczasem Szymon, popatrzywszy chwilę na pole,
wśród którego sterczą dwa śnieżniki, zaczyna odmawiać pa­
cierz. Zmorzony snem usypia i teraz pod wpływem rozmowy
o dzieciach, przywidują się mu śnieżniki jako - jego ioc żeni
- syn i córka. Długo rozmawia z nimi, a obudzony przez
żonę chce iść za dziećmi — śnieżmkami w PoleRzecz ta, stworzona bezwątpienia, na modłę, a raczej
w duchu utworów Maeterhncka - nie wyróżnia «ę n.czem
chyba tylko dobrą charakterystyką rozmow chłopskich. A to
samo tylko nie jest w poezyi jeszcze żadną zaletą trwalszą.

416

STANISŁAW ZDZIARSKI

XVII. Lucyan Rydel.

Do dawniej stworzonych utworów — »Bajki o Rusi
i królewiczu« — i do »Zaczarowanego Koła« dorzucił
świeżo Rydel garstkę utworów, mających za przedmiot miłość
poety do narzeczonej — dziewczyny wiejskiej. Utwory te prze­
szły bez wrażenia — jeden tylko — p. Walery Gostomski
pisząc o nich nie szczędził pochwał nieograniczonych, nie znaj­
dując w nich żadnych wad ani braków1). Opinię tak zasłużo­
nego historyka literatury musimy tutaj wysunąć na pierwszy
plan, gdyż nie podzielamy w znacznej części zachwytów w niej
wyrażonych. Tworząc cały ten cykl utworów do narzeczonej,
starał się poeta wprawić się w nastrój taki, któryby mu po­
zwolił wszystkie myśli i pragnienia wyrazić w formie bardzo
prostej, słowami nad wyraz prostemi. Chciał poeta dostroić się
do poziomu umysłowego swojej narzeczonej, jakoteź do tonów
słyszanych w melodyach wieśniaczych. Że to było zamiarem
i celem ostatecznym p. Rydla — widoczne jest z całego zbiorku
utworów. Należy tedy rozważyć, jak został ten zamiar wyko­
nany, dobrze czy źle, czy może rzeczywiście zdanie p. Gostomskiego należałoby przyjąć bez żadnych zastrzeżeń ani ograni­
czeń?
»Leżę w nocy długo
I zasnąć nie mogę,
Miesiąc białą smugą
Pada na podłogę«.

•Jak tedy widzimy — prostota w tym obrazie wielka,
iymy dobre, rytm też, ale czy to poezya? — pozwolimy się
zapytać. Czy jest w tym urywku miara artystyczna, jakiej żąaac się zwrykl ) od prawdziwej poezyi? Wątpię, czy znajdzie
się, ktoby dał potwierdzającą na pytanie powyższe odpowiedź.
Po za igraszką rytmu i rymu — o poezyi tu ani słychu. Idźmy
dalej, weźmy dla przykładu urywek z innego utworu:
»Tamci jedzą wieczerzę.
Ja siedzę przy Jadwince
Na malowanej skrzynce
I pokusa mnie bierze,
*) Por.: Książka. 1901. nr. 11. str. 419—420.

LUDOWOŚĆ W POBZYI POLSKIEJ

417

Po tern liczku, po gładkiem
Pocałować ukradkiem,
Skoro nikt nie spostrzeże«.

Z przykrością wyznać trzeba, że takich lub też tym po­
dobnych utworów jest w zbiorku poezyj Rydla znacznie wię­
cej Byłyby to zresztą wcale słabe próby nawet choćby tyl so
poezyi ‘ludowej, ale wcale nie dorastają tej miary, jaką się
zwykło przykładać do poezyi artystycznej. Przedewszystkiem
brak tu zupełny należytego odczucia prostoty poezyi wio­
Skąd poszło, że rzeczy tak słabe i nieudolne otrzymały
miano »poezyi«, nie trudno odgadnąć. Poeta starał się usilnie
o jak największą prostotę wyrażenia myśli i uczuc, o moż iwę
najprostsze wypowiedzenie się i w tern dążeniu — mocno prze­
sadził. A że, jak to zresztą często się zdarzało innym, poeci
bywają zazwyczaj najgorszymi znawcami wartości swoich utwo­
rów ponieważ nadto z utworami omawianemu łączyły Rydla
wspomnienia osobistej natury, nie dziw więc, że czuł dla nich
wiele pietyzmu. Pietyzm też ten jeden tłómaczy nam przyczynę
ogłoszenia znacznej części utworów niejednokrotnie słabyc .
Nie do wszystkich wszelako wierszy, zawartych w tym
zbiorku, stosuje się to, co wyżej powiedzieliśmy. Niejednokro­
tnie zdarzyło się poecie trafić w właściwy ton prostoty me
zatracając przez to wcale artystycznego poczucia:
sMoje ty słoneczko, moje ty kochane,
Ja o tobie myślę, wprzód nim rano wstanę,
Już o tobie myślę, ledwo się obudzę,
Żeś jeszcze nie moje, żeś jest jeszcze cudze«.

Dźwięczy w tym utworze nuta prawdziwie ludowa sko­
czny rytm krakowiaka, również jak w wierszach, w których
poeta mówi o tern, jak z narzeczonej będą się śmiać ludzie po
feo-o wyjeżdzie. w obcą stronę, lub w utworze zaczynającym
J8i słowami: »Od Krakowa czarny las....« Niektóre wprost
zwroty przeszły tutaj z mowy ludowej. Ponadto strona oby­
czajowa zaręczyn i zaślubin została pochwycona wiernie z życia
rzeczywistego ludu. Najlepszym może dowodnym przykładen
jak Rydel umiał niekiedy doskonale dostroić się do poziomu
wyobrażeń ludowych i do tonu pieśni weselnych, jest przyto
czony urywek:
Lud. Rocznik X.

27

418

STANISŁAW ZDZIARSKI

»Zagrajcież jej grajkowie,
Bo już wyszła z komory —



Wyszła z wieńcem na głowie
Ta jedyna, kochana;
Błyszczą na niej ubiory,
Błyszczy na na niej katana
W srebne listki utkana«.

Szkoda, że tonu tego nie udało się pochwycić we wszy­
stkich utworach, pomieszczonych w cyklu poezyi wioskowych *).

XVIII. Andrzej Niemojewski.

W.jednym roku (1901) wydał Niemojewski dwa dramaty
na tle ludowem, obydwa odmienne od siebie zarówno tendencyą, jak nie mniej formą. Pierwszy z nich p. t. Rokita został
stworzony w kierunku alegoryczno - symbolicznym i jest poe­
matem, przyobleczonym w formę dramatyczną, drugi p. t.
Familia jest znowu dramatem scenicznym, w którym chciał
autor w sposób ściśle realistyczny przedstawić psychologię nie­
nawiści chłopskich. Jak tedy widzimy — obydwa utwory od­
biegają od siebie znacznie. Jak lud w nich został przedsta­
wiony, to będzie rzeczą szczegółowego badania.
Przedewszystkiem musimy na wstępie zauważyć, że Ro­
kita, którego akcya odbywa się na ziemi i w piekle, jak ongiś
w misteryach średniowiecznych, pomimo całej hałastry wpro­
wadzonych w nim djabłów i dusz pokutujących, nie ma w so­
bie niczego z przesądów i zabobonów ludowych. Złe duchy
nie zostały odtworzone w myśl pojęć i wyobrażeń wieśnia') W uzupełnieniu tego,»co napisałem o »Zaczarowanem Kole« w mo­
jej książce, dodaję, że wyrażenie Boruty:
»Moja babka jego babce
Podawała gruszki w czapce....«
zostało dosłownie zapożyczone od ludu, który tak zazwyczaj mówi, gdy
nie ma nawet domniemanego pokrewieństwa między dwiema osobami.
Por.: O. Kolberg. Lud. III. str. 199. nr. 16.
Tak samo bez zmiany wprowadził Rydel słowa skierowane do Ma­
ciusia: »Trzymasz mocno — zgnieciesz; trzymasz słabo — puścisz«. Por.
ibidem, str. 201. w. 87.

LUDOWOŚĆ W POEZY1 POLSKIEJ

419

czych, co więcej sam bohater tego poematu dramatycznego
oprócz swojej nazwy nie ma żadnych cech szczególnych, któreby
zostały przejęte z wierzeń ludowych. Bo lud zupełnie innym
wyobraził sobie Rokitę od tego, jaki występuje u Niemojewskiego.
.
Z całego tedy utworu tylko jedna scena wchodzi w za­
kres naszego badania. Jest nią sytuacya ta, w której Baba szuka
swoich córek, Baba-macocha była dla pasierbic zła i okrutna,
to tez obie biedaczki topią się z rozpaczy, jak to często wy­
darza się w życiu codziennem ludu naszego. Narzekania, po­
zornie pochodzące z żalu złej macochy nad potopionemi dzie­
wczętami, zostały skreślone z realizmem, dosadnie oddającym
istotę biadań:
»Co ja tero pocznę, nieszcęśliwa kobita! O, o, o! 1 oto»piły się, na złość się potopiły, na złość mi kciały zro»bić! O, o, o! A kto tero będzie chodziuł około chudoby,
»jej iej'- Tak, tak’ macocha! Ja was znam’ czyste du‘
»sze! Do Pana Boga wam się kciało na lekki chhb,
»ni miałyście żadnego uważania na macochę!«
Cała ta scena, pisana w gwarze ludowej, udała się poe­
cie dość dobrze. Również trafnie został wprowadzony tutaj
owczarz,-(bo owczarzy lud uważa za znachorów, w raz ym ra
zie za coś wyższego od siebie), który ma do ludu okoliczno­
ściową przemowę, jakgdyby żywcem wyjętą z ust takiego
mówcy wiejskiego:
»Moi mili ludkowie to je tak na tym bożym ś.wiecie.
»Ani wisz, kiedy cię śmierć ucapi za sukmanę, a po­
ciągnie, ani wisz, co ci je tam pisane.
J moi mi i
»ludkowie to je tak. Jeszcze na ten przykład staremu
„umirać nie żal, bo co ma być żal? Staremu zemrzec
»to dla niego akurat w sam raz. Ale jak kto mło y
»umiro, to zawdy człek się trochę nad tern zastanowi.
„Widzicie tu, moi mili ludkowie, te dwie sierotki, nad
„któremi nieraz litowaliśma się. Bo jak Pambog matkę
»zabierze, a dzieci ostawi, abo jeszcze przypadkiem
»macochę im przyda — to strach!
27*

420

STANISŁAW ZDZIARSKI

»Płakały niebożątka na dolę, płakały, a nikt nie był.
»coby je pocieszył, choć się nom serca krajały, że się
»to im tak nie powiodło. Biedactwa nie miały cierpli»wości wytrwać, ino się toto z rozpaczy do wody rzu»ciło. I nie będzie na ich pogrzebie ani plebana, ani
»organisty, ani bicia w dzwony, ani nic! 1 ni może być
»inaczy, bo sie potopiły. Aleć im to może Pambóg mi»łosierny daruje, bo to okrutnie źle na ten przykład
»miały«.
Po za tą sceną wszystko inne nie należy już do naszego
badania i na jej podstawie nie można z góry sądzić o arty­
stycznej wartości tego poematu dramatycznego.
Cały za to dramat p. t. Familia został skreślony na tle
stosunków rodzinnych na wsi w barwach nadzwyczaj ciemnych
i ponurych. Treść jego jest ciągłą mięszaniną przewrotności
i sobkowstwa z jednej, szlachetności z drugiej strony. Wielu
to chłopów »idzie na chleb«, na dożycie? Tak samo też zrobił
stary poczciwy Skiba. Nie dbając o siebie, dzieli grunt pomię­
dzy dzieci, sobie zaś pozostawia jedynie nędzną chałupę, zdała
od wsi położoną, oraz szmat pola, które wszelako wydzierża­
wia zamężnej córce w zamian za ofiarowaną pożyczkę, jaką
zaciągnął u zięcia, celem poratowania swego brata. I jak to
zwyczajnie dzieje się po wsiach — Skiba jest przedmiotem
nieustannej poniewierki, bo dzieci wypominają mu, iż je chleb
za darmo, że nie pracuje. Skiba skutkiem tej czarnej niewdzię­
czności, jaka go spotyka za tyle dobrodziejstw, domaga się od
zięcia, który nie zapłacił mu ani jednej raty dzierżawnej, wy­
mawiając się nieurodzajem i pomorem bydła, zwrotu gruntu.
Zięć i córka starego widząc, iż ojciec jest bez grosza; żądają
zwrotu wypożyczonych pieniędzy. Skoro zaś im Skiba zarzuca,
iż nie płacili rat, otrzymuje odpowiedź, że raty zostały im da­
rowane. Widząc tedy, że znajduje się wobec prawa w poło­
żeniu bez wyjścia, zwołuje stary Skiba całą familię — pomny
dawnego obyczaju, że po tej stronie będzie słuszność, za którą
oświadczą się zebrani krewni. Na tę naradę zaprasza także
zięcia. Zięć z natury leniwy nie jawi się, w zastępstwie przy­
bywa na chwilę żona jego, ażeby oświadczyć całej familii, iż
gruntu nie odda, bo nie lęka się nikogo. Oburzona tern fami­
lia, upatrując w odebraniu gruntu Grzebieniom korzyści matę-

LUDOWOŚĆ W POBZYI POLSKIEJ

421

ryalne dla siebie, decyduje, że Grzebieniów należy zabić. Bo­
jąc się jednak odpowiedzialności sądowej za taki czyn, posta­
nawia chatę podpalić — podparłszy wprzódy drzwi i okna tak,
ażeby znajdująca się w niej familia Grzebieniów nie mogła się
z ognia wydostać.
W samej tymczasem chacie Grzebieniów zanosiło się na
katastrofę. Zięć bowiem Skiby, jak się wyżej rzekło, chłop opa­
sły i leniwy, przypadkowo dowiaduje się o stosunku, jaki utizymuje jego żona z parobkiem Kubrakiem. Dziwnym zbiegiem
okoliczności tej samej nocy, w której Skiba miał wypełnić wy­
rok, wydany na Grzebieniów, zięć Skiby czatuje na strychu
chaty i skoro tylko zjawił się u żony jego Kubrak — Grzebień
zachodzi rozkochaną parę znienacka i zapowiada śmierć obojgu.
Ale chytra żona podbija w mgnieniu oka nogi mężowi, Kubrak
zaś morduje leżącego nożem. Właśnie po spełnionej zbrodni
chcą kochankowie pogrzebać trupa w polu, zastają jednak
okno i drzwi z zewnątrz podparte. W tej chwili wybucha
ogień, podłożony ręką Skiby - kochankowie i synek maleńki
Grzebieniów, znajdują śmierć w płomieniach. W akcie osta­
tnim kreśli Niemojewski zgon Skiby, który na łożu śmiertelnem przyjmuje całą odpowiedzialność na siebie i umiera ez
wyrzutów sumienia, sądząc, iż był wykonawcą sprawiedliwość.
Nadzwyczaj realistycznie została przez poetę pojęta i prze­
prowadzona' psychologia ludu wiejskiego, z ogromną prawdą,
jakgdyby obrazy i charaktery były pochwycone z natury. Me,
przyznać trzeba, ze w charakterach tych nie ma roźnorodnosci,
że są tylko dwa eoctrema — szlachetność i sobkowstwo. — Sam
Skiba, najgłówniejsza osoba dramatu, to poczciwy 70-letm sta­
rowina, który kocha dzieci swoje ponad wszystko, który im
niebaby przychylił, gdyby to było w jego mocy. Niewdzięczność,
jaką płacą mu dzieci miłość i dobrodziejstwa im uczynione,
przeistacza Skibę w chłopskiego Króla Leara. W milczeniu
znosi wiele przykrości i nawet do ostatka kocha wyrodną córkę
i jej dziecko, nawet przed samem podpaleniem ich chaty. Jak
wielu chłopów - wierzy on więcej prawu zwyczajowemu, mzli
rządowemu ustawodawstwu, to też podpalając chatę zięcia, nie
widzi w tym czynie zbrodni, lecz proste wykonanie sprawiedli­
wości. Jak wielu nakoniec chłopów - na łożu śmierci wyznaje
publicznie swój uczynek. Jedyna to jasna postać w dramacie.

422

STANISŁAW ZDZIARSKI

Bo jakże odrodziła się od ojca córka — Katarzyna Grze­
bieniowa. Poza sobą nie kocha nikogo, ani ojca, ani męża
ani dziecka, ani nawet Kubraka, Nie kocha ojca — rzucając
go na poniewierkę i nie chcąc oddać mu gruntu, nie kocha
męża ani dziecka — sprzeniewierzając się wierności małżeń­
skiej, nie kocha też Kubraka, potrzebuje go jedynie dla zaspojenia swoich namiętności. Przytem chciwa, butna i przebiegła,
rafinowana we wszystkich tych kierunkach. Za jej to nawet
poradą i pomocą ginie mąż.
Mąż ten — to uosobienie chłopa, pozostającego pod obu­
chem żony, dzięki której może wygodnie żyć i spać dowoli.
Zależy we wszystkiem od jej kaprysów, nie on jest panem
domu, lecz żona. Tern też tylko tłómaczy się, dlaczego mimo
litości, jaka budzi się w nim dla teścia, nie działa w kierunku
pojednawczym.
Najczarniejsze barwy nadał Niemojewski całej familii,
upatrującej dla siebie korzyść w odebraniu gruntu Grzebieniom,
która wydaje wyrok podpalenia, a tern samem popełnia zbrodnię
nie sprawiedliwość. Wszyscy jej członkowie są ludźmi chci­
wymi, a przytem tchórzami, ćo widoczne jest z całego postę­
powania w akcie ostatnim, gdy chcą ujść odpowiedzialności
sądowej. Stąd też zebranie familii, na którem zapada wyrok
śmierci na Grzebieniów, wzbudza poprostu wstręt nieprzezwy­
ciężony.
Zarówno te indywidua, jak nie mniej sceny poszczególne
zostały osnute wiernie na życiu rzeczywistem wiejskiem. Co
więcej sposób rozumowania wszystkich osób — jest zupełnie
zgodny z myślami naszego chłopa.

Dr. Stanisław Zdziarski.

3

B

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.