f15c7b99da325c3c6b85fd0d083ccfdf.pdf
Media
Part of Flisacy / Lud, 1904, t. 10
- extracted text
-
FLISACY.
Przez
Dra Michała Janika.
Flisactwo znalazło już w złotym okresie literatury naszej
swojego poetę. Był nim flisak-amator Sebastyan Klonowicz.
Późniejsi niewiele umieli opowiedzieć o flisakach; snąc Muza
polska, pozbawiona morza, w uczuciach i dziejach wiślanych
żeglarzy nie znalazła dla siebie poetyckiego materyału. A i sarni
fisacy posiadają skromną bardzo wiązankę piosenek własnego
układu. Poprzestawali przeważnie na znanych. pieśniach pobo
żnych lub świeckich, wywiezionych z miejsca urodzenia.
Postęp nowożytny, usuwając wiele prastarych instytucyi,
zagroził także flisowi i bliskim jest czas, kiedy ten sposób za
robkowania utraci nietylko racyę bytu, lecz nawet zaginie po
nim tradycya.
Początek flisu sięga prawdopodobnie tej doby, kiedy nad
rzekami osiedlili się ludzie, a więc kiedy u nas nad Wisłą za
mieszkali Polanie. Rzeka była naturalnym gościńcem, a flis koniecznem w razie potrzeby zajęciem. Gdy społeczeństwo zorga
nizowało się w stany i zawody, otrzymał i flis swoją organizacyę.
U nas w Polsce nie była ona rodzimą, lecz jak wiele innych
dobrych i złych rzeczy, przyszła od rządnych i gospodarnych Niem
ców. Świadczy o tern terminologia flisowska, która jest prawie wy
łącznie niemiecką. Była ona jednak dość dawną, skoro już Klonowiczowi znane są wcale dokładnie obyczaje i język flisacki.
Nie umiałbym powiedzieć, które miejscowości w Polsce
posiadały organizacyę flisacką. Od trzystu lat, a do pewnego
stopnia jeszcze i dzisiaj, posiada ją galicyjskie miasteczko Ula
nów, położony przy ujściu Tanwi do Sanu. W Ulanowie do dzi
siaj flis jest głównym zarobkiem przeważnej części ludności i ma
dość dawną tradycyę. Nie jest jednak monopolem ulanowskich
mieszkańców, gdyż sławetnym retmanom tego miasteczka prze-
FLISACY
5
szkadzają niejednokrotnie Krakowiacy od Czernichowa, Nadbrzeziacy z nad Wisły i wielu innych nieprawnych, jak sądzą
w Ulanowie, przywłaszczycieli flisu. W każdym razie Ulanów
pozostał do dzisiaj najbardziej znamiennem gniazdem flisu,
a przed kilkudziesięciu jeszcze laty był bardzo oży wionem ogni
skiem wywozowem. Oddawali mu tę sprawiedliwość nawet
Niemcy, nazywając go wówczas nie bez przesady galicyjskim
Gdańskiem (galisiscłier Dansig)). Starsi mieszczanie opowiadają
jeszcze teraz z przechwałkami o licznych i zasobnych spichle
rzach, do których sandomierska ziemia i część lubelskiej zwoziła
swoje zboże i inne płody na eksport do Gdańska. Budynki były
drewniane, więc zniszczały, a gdyby nie akta miejskie, nie możnaby nawet sprawdzić, o ile te przechwałki mają uzasadnioną
podstawę. Po rozbiorze kraju, gdy z powodu różnorakich ceł
musiało sobie szukać zboże innych gościńców, niepotrzebnymi
były spichrze, gdyż od tej pory najgłówniejszym artykułem wy
wozowym stało się drzewo. Dzisiaj i drzewa zaczyna brakować
i koleje silną czynią konkurencyę, więc i flis w starem tego słowa
znaczeniu przechodzi godziny przedłużonego konania.
Osada Ulina z woli właściciela Stanisława z Uliny Ulińskiego, a na mocy przywileju króla Zygmunta III. z r. 1612,
wyniesioną została do godności, miasteczka i obdarzoną prawem
niemieckiem (»wedle Saksonu«). Zarząd miasteczka spoczął w rę
kach »pospólstwa«, a sprawowali go: wójt, dwaj burmistrze (je
den dworski), pisarz przysięgły, szafarz i ławnicy. Władza za
rządu dzieliła się na administracyjną i sądowniczą i była dość
rozległą, bo wyrokowała nawet wspólnie z dworem w sprawach
zabójstwa. Od sądów miejskich można się było odwołać przed
forum dworskie. Także każdorazowa elekeya zarządu miejskiego
musiała być przez dominium zatwierdzaną. Ludność miasteczka
trudniła się rękodziełami, z których najgłówniejszemi były: sukiennictwo, kowalstwo, garncarstwo i budowanie statków. Flis
był z początku jednem tylko z zajęć, dopóki z upadkiem Rze
czypospolitej nie stawał się coraz bardziej wyłącznym, aż
wreszcie za czasów austryackich stał się prawie jedynem zatru
dnieniem mieszkańców. Jednakże już wkrótce po założeniu
miasteczka zawiązali się flisacy w bractwo patronki swojej
św. Barbary, czyli cech flisacki. Na jego czele stał cecbmistrz,
czyli »starszy brat«. Cech ten, na wzór innych urządzony, po
siadał swoje księgi i miał zupełną władzę nad flisakami. On
6
DE. M. JANIR
oznaczał, kiedy młody chłopiec odbył lata próby, on nareszcie
mianował majstrów czyli rotmanów. Wpływ cechu trwał do
niedawna; dopiero kiedy austryaccy urzędnicy nałożyli opłatę
na patenty rotmańskie, flisacy, nie chcąc uiszczać opłaty, gdyż
zarobkowania swego nie chcieli uważać za rzemiosło, zerwali
przez to samo organizacyę cechową. Dzisiaj bractwo św. Barbary
jest związkiem czysto religijnym, a z dawnych czasów pozostała
tylko msza na wspólną intencyę, opłacana niegdyś dukatami.
Świadkiem dziejów flisackich pozostanie niezadługo jedynie
sam kościółek parafialny, drewniany, z XIII. w., który na ścianach
wnętrza mieści wiele emblematów, związanych do pewnego
stopnia z długoletniem zatrudnieniem mieszkańców. Zbudowany
pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, • w jednym z bocznych
ołtarzów ma obraz patronki flisaków św. Barbary. Na ścianach
pomieszczono Chrystusa podczas burzy na jeziorze, św. Krzy
sztofa przenoszącego wedle znanej legendy cudowne dziecię,
św. Jacka z wizerunkiem Bogarodzicy, rotmana na łódce i nakoniec między innemi siedm sakramentów, gdzie widzieć można
dawne stroje mieszczańskie, nie różniące się zresztą prócz braku
karabeli w niczem prawie od stroju drobnej szlachty.
Już z wpzesną wiosną przygotowują się flisacy i oryle do
wędrówki, która trwa do późnej jesieni. Zaledwie spłynie lód,
a za nim pierwsze wielkie wody, zaczyna się robota przy drze
wie. Znajduje się ono w pewnych miejscach na brzegach dopły
wów wiślanych, dokąd je przez całą zimę wywożono i tam roz
poczyna się z b i j an k a, czyli z niemiecka b i n d u ga albowinduga. Drzewo bywa różnego rodzaju; najczęściej spławia się
budulec t. j. potężnej nieraz wielkości jodły i sosny, albo
morłaty, również drzewa szpilkowe, lecz mniejsze i ciosane
w kostkę, rzadziej dębinę w wielkich pniach lub krajaną na
progi czyli szwele albo ćwiele. Na progi kraje się także
drzewa szpilkowe. Drzewo to spuszcza się po pomostach sztuka
za sztuką na wodę, gdzie rozpoczyna się zbijanka. Zazwyczaj
po siedm do dziewięciu sztuk zbija się gwoździami do dwóch
ramion (cieńsze belki poprzeczne) w jeden tafel. Siedm do
dziewięciu tafli tworzy jeden pas. Tafie łączy się ze sobą zapomocą śrykówek (kręcona brzezina) albo cumy (drobne
liny). Zdarzają się także wiązania zapomocą jarzma drewnianego.
Dwa pasy tworzą jedną tratew lub tratwę, a kilka tratew,
nieraz sześć i więcej, tworzy jedną kolej, z którą załoga flisacka
FLISACY
i
odbywa ryzę do Gdańska. Tratwy kierują się za pomocą dry
ga wek (olbrzymie wiosła, mniejwięcej w połowie swej długości
osadzone na gładkim palu), których bywa na każdym pasie
cztery albo sześć, po dwie lub trzy na pierwszym i ostatnim
taflu. Do zatrzymywania tratew służą śryki, silne drzewa gra
bowe, które zręczny oryl puszcza na ukos do wody, a gdy śryk
się osadzi, podbija go strzałką. Na wpuszczanie śryków są
umyślnie wyrobione i obite dokoła otwory, po kilka na każdym
pasie. W razie nadmiernie wezbranej wody, gdy śryki nie mogą
dostać gruntu, przymocowuje się tratwy linami do lądu,
aby nie uległy uszkodzeniu. Na każdym pasie pomieszczone są
budy (namioty drewniane) na nocleg dla orylów i jedna za
zwyczaj na każdej kolei skarb ówka, przeznaczona dla szypra
i rotmana. stanowiąca rodzaj małego domku, a tak nazwana
dlatego, ponieważ tutaj wypłaca się zarobek.
Na czele załogi flisackiej stoi rotman albo majster,
który sprawuje zazwyczaj także obowiązki szypra. Rotman
kieruje całą koleją, aby nie zajechała na hak albo mieliznę,
ani nie uszkadzała mostów i tam, czyli główek, gdyż naraża
to nietylko tratwy na uszkodzenie, lecz i właścicieli kolei na
dotkliwe grzywny i zwłoki. Dlatego jedzie przodem na łódce
albo czółnie (jednolita sztuka drzewa, wyżłobiona i nader
chybka, lecz konieczna dla łatwości zwrotów) i osadza za sobą
wicie wierzbowe lub olszowe, wskazując płynącym drogę. Po
mocnikami rotmana są: podmajstrzy i dwaj zazwyczaj rotmańczykowie, którzy czuwają nad tylnemi tratwami. Szyper,
osobno nieraz obok rotmana, wypłaca ludziom pieniądze. Wy
mienieni nazywają się w ściślejszem słowa znaczeniu flisakami;
reszta załogi, obsługująca same tratwy, nosi miano orylów
i dzieli się na przedników i chłopów. Ci poruszają drygawkami, a przednik, jeden zazwyczaj na każdym pasie, jest
doświadczonym sterownikiem. Chłopi są zwyczajnymi najemni
kami i rekrutują się z pośród ludności włościańskiej z różnych
stron kraju. Tego samego pochodzenia są zazwyczaj i przednicy,
lecz już dobrze wprawieni w swój orylski zawód. Komenda
rotmańska jest dość skromna i ogranicza się do kilku tylko
sakramentalnych wyrazów, jak n. p.: wybijaj (śryki, aby
odpływać), śrykuj, aby kolej zatrzymać, calem (przednią
część pasa od haku t. j. mielizny) i niektórych innych. Pomo
cnicy rotmana jadą obok tratew na krypach (większa łódź,
8
DR. M. JANIK
zbita z desek) lub powtarzają namacalnie ogólne rozkazy rotmańskie. Zarobek flisaków nosi różne nazwy i wedle stopnia różnej
jest wysokości. Podczas zbijanki otrzymują dniówkę, a podo
bnie przy spustach do wybiegu (do uścia rzeki, jednego
z dopływów Wisły). Dniówkę do wybiegu otrzymują tylko nad
programowi flisacy, których liczba jest wtedy większą z powodu
mozolniejszej żeglugi, czy to skutkiem niskiego, czy też nad
miernego stanu wody. Na początek ryzy otrzymują flisacy za
datek; przy wybijaniu z Ulanowa, jeśli tędy przypadkiem prze
pływają, pobiera nadto rotman p o r ę k a w i c z n e dla »pani maj
strowej«. Zazwyczaj jednak ta zapłata mija się z celem i tonie
w gospodzie »na odchodnem« z kolegami, pozostałymi je
szcze w domu. Nadaremnie pani majstrowa piecze smaczne
chru paczki (rodzaj mazurków) dla zjednania małżonka i inny
wikt zamieszcza w rajzetaszu, boć trudno przecież nie pa
miętać o kolegach, zwłaszcza gdy takie jest prawo zwyczajowe.
Tylko biedni oryle sami muszą zaopatrzyć swoje kobiałki, bo
oni porękawicznego nie dostają. Od całej ryzy, trwającej do
czterech i więcej, wedle wody, tygodni, otrzymują flisacy myto.
Rotman dostawał dawniej pięćdziesiąt i więcej dukatów, albo
odpowiednią ilość talarów i marek, wedle tego, czy wypłata
myta następowała na granicy pruskiej, czy aż w Gdańsku. Na
koszta utrzymania wypłaca się tygodniowo strawne, dawniej
wynoszące dla rotmana do czternastu rubli. Po odbyciu trzech
ryz, co nie jest rzeczą trudną, wcale nieźle zarabiali rotmanowie
tembardziej, że nie zbywało na różnych obrywkach. I reszta
flisaków, choć znacznie skromniejszy, niezły przecież miała za
robek, lecz dzisiaj stosunki pod każdym względem zmieniły się
na niekorzyść. Wszystkie interesy flisackie skupili w ręku swem
żydzi, obniżyli zarobki, a nadto i tak już zmniejszonymi każą
się dzielić ze sobą. Dzisiaj często idą flisacy na spółkę tj. otrzy
mują jednorazową tylko zapłatę na miejscu, gdzie oddane ku
pcom tratwy sprzedano. Toteż minęły czasy, kiedy rotmani ulanowscy nietylko cudze tratwy spławiali, ale sami się kupiectwem
bawili. I wtedy było to niestety rzadkością, bo dawniejsi flisacy
przestrzegali staropolskich obyczajów. Szedł więc zarobek za
miód do żydowskiej kieszeni, a resztę pochłaniały śniadanka
rotmańskie. Było bowiem dawniej zwyczajem, że w czasie pię
ciomiesięcznego wypoczynku rotmanowie kolejno się odwiedzali
na tzw. rańszą, tj. obfite poczęstunki, składające się z górą-
FLISACY
9
cych wędlin i napitku. Przytem odbywała się ożywiona poga
danka, której materyałem były plotki codzienne, a przedewszystkiem przygody flisackie z ubiegłego roku.
Nietrudno odgadnąć, że przygód takich niemało się zda
rzyło w ciągu siedmiomiesięcznej podróży. Dodać trzeba, że
flisacy są ludźmi najlepiej znającymi Polskę w granicach Korony.
Każdy z nich pływał Sanem i Wisłoką, Pilicą, Wieprzem, Bu
giem i Narwią, a przedewszystkiem Wisłą. Każdy zna dobrze
mniejsze i większe miasta polskie, jak: Warszawę, Lublin, Brześć,
Modlin, Puławy, Włocławek, Toruń, Gdańsk, Wielbląg (Elbląg),
Grudziądz, Bydgoszczą, Poznań,.Częstochowę, Wrocław, Kraków
i inne. Toteż nic dziwnego, że z ust bywalców sypią się ane
gdoty i dowcipy jak z rękawa, a humorysta czy inny literat
znalazłby w nich niemało barwnego materyału. Kiedy nie
było jeszcze kolei i wogóle ustalonej komunikacyi, zdarzało
się. że flisacy jesienią sto mil z Gdańska wędrowali do domu
piechotą. Ta znajomość kraju i ludzi czyni flisaków śmiałymi,
a nieraz zarozumiałymi. Dość powiedzieć, że dzieci swoich nie
posyłali dawniej do wyższych szkół, lekce sobie ważąc godności
urzędnicze. Trzynasto- lub czternastoletniego chłopaka brał już
ojciec na flis, ażeby się robocie przypatrzył. Nazywano go
wtedy frycem lub luzakiem albo żartobiiwie lizakiem,
ponieważ starszym musiał się »przylizywać«, a od niejednego
za niezręczność »oblizał«. Kto poraź pierwszy jedzie na flis za
zarobkiem, tego nazywają ha r t w ó 1 n i k i e m.
Zboże i owoce spławiano dawniej galarami (większe
statki, budowane podobnie jak promy przy przewozach). Teraz
używają galarów do spławiania płuta. Jest to kora ze starych
drzew, ciosana i obrabiana w niewielkie kawałki, a używana
zwyczajnie przez rybaków do wielkich sieci.
Pośrednikami między właścicielami drzewa a flisakami,
są faktorzy, przeważnie żydzi. Orylów rekrutuje sam rotman.
Niekiedy biorą rotmani drzewo na własny rachunek tj. godzą
się z właścicielem odstawić drzewo za umówioną cenę do Gdań
ska. Taki sposób flisowania jest bardzo korzystny, lecz zarazem
niebezpieczny, gdyż w razie uszkodzenia lub zniszczenia drzewa,
co zdarza się przy wielkich powodziach, odpowiadają za straty
własnym majątkiem. Nazywa się to flisowanie na fracht.
Nie bez pewnego zdziwienia trzeba nadmienić, że mimo
dokładnej znajomości Polski, flisacy nie zawsze mieli wyrobione
10
DR. M. JANIK
uczucia narodowe. Wina to bezwątpienia osławionej gospodarki
porozbiorowej, kiedy rząd tutaj podobnie jak i w innych mia
steczkach występował w obronie drobnomieszczaństwa przeciw
dworom i w sporach o różnorakie daniny i opłaty, których dwór
się domagał, stawał zawsze po stronie płacących i najczęściej
uwalniał ich od wszelakich ciężarów. Działo się to oczywiście
zaraz po rozbiorach, a w księgach miejskich, gdzie niema żadnej
wzmianki o rozbiorze kraju, spotyka się liczne takie właśnie
zapiski. Miał jednakże Ulanów swoich żołnierzy w obu powsta
niach, a w niektórych rodzinach przechowywano w sposób pra
wdziwie wzruszający polskie tradycye. W r. 1863 oddawali fli
sacy przysługi powstańcom w roli szpiegów, do czego zatru
dnienie bardzo się nadawało, a gdy ogłoszono w Galicyi stan
oblężenia, wielu powstańców zręcznie w Ulanowie ukrywano
i ratowano. Ogólnie powiedzieć można, że mimo wszystko da
wniej i dzisiaj uczucia narodowe żywszem biły tętnem w mia
steczku fiisackiem, aniżeli w innych zakazanych kątach, czyli
t. zw. miasteczkach galicyjskich.
Obowiązkiem każdego flisaka było przywieźć z podróży
»gościniec« dla rodziny. Bywały one bardzo rozmaite, a do tra
dycyjnie przywożonych podarków należały: korale, bursztyny,
kadzidło do kościółka, drogie materye na sukna, futra, wódka
gdańska (Goldwasser), pierniki toruńskie i herbata. Dzisiaj z upad
kiem zarobków przywozi się szych i tandetę Żeniąc się między
sobą, flisacy ulanowscy tworzyli jakoby jedną rodzinę, związaną
ze sobą najdrobniejszymi interesami. Nie brakowało jednak ró
żnic towarzyskich. Hierarchię stanowili ławnicy miejscy i zarazem
starsi rotmanowie; ci pierwsze miejsce zajmowali na wszelkich
uroczystościach. Młodzież nie należała do zebrań starszych i była
dość surowo wychowywaną. Jedynym dniem w roku, w którym
wolno jej było ochoczo i bezkarnie się zabawić, były Mło
dzianki, na święto Młodzianków w czasie godów.
Dzisiaj, jak wspomniałem, gubią się tradycye i patryarchalne
stosunki. Flis przestał być korzystnym zarobkiem, a wskutek
tego nie jest już wyłącznem zajęciem mieszkańców. Nastało
ubóstwo a z niem tłumna emigracya do Ameryki i do większych
miast. Miasteczko traci charakter flisacki i stało się zbiegowi
skiem ludzi, którzy w zmienionych warunkach szukają nowego
sposobu utrzymania.
