6e916623764c739945581950d31e634b.pdf

Media

Part of Recenzje i sprawozdania, cz.2 ./ Lud, 1929, t. 28

extracted text
RECENZJE I SPRAWOZDANIA.
/iS. Aleksander Bas>zykowski. Monografie historyczna
parnfji Jankotoice Kościelne Sandomierskie. Drukarnią Wł. Łazar­
skiego w Warszawie 1927. in 4-to major. str. 296.
Dzieło to wielkiej pracy i znacznego nakładu samego autora, ks.
A. Bastrzykowskiego, prób. jankowickiego, w tych czasach wzmożo­
nych trudności w vd a w 11 iczy c li, jest godnem szczególniejszej uwagi.
Paiafja tu opisana znajduje sit* w Sandomierskiem, tym zakątku kraju
lak obfitującym w zabytki naszej prastarej kultury. To też i kościół
w Jankowicach, choć drewniany, obchodził w roku zeszłym uroczy­
stość trzeehsetlecia istnienia swego.
Pierwotną świątynię, a przy niej parafję, erygował kanonicznie
w r. 1216 świętobliwy Iwan Odrowąż, biskup krakowski, w dziedzicz­
nej swojej posiadłości. O tej właśnie pierwotnej fundacji, zaledwie
w kilkunastu wierszach wspomina autor, gdyż oryginalny dokument,
wypożyczony w r. 1814, przepadł bez wieści. Dopiero nowy kościół,
dotąd istniejący, zbudowany w r. 1627 przez Jakóba z Piasków Bobolę, podczaszego sandomierskiego, dziedzica okolicznych włości, jest
przedmiotem niniejszego opisu. Nazwisko tego powtórnego fundatora,
daje powód autorowi do skreślenia żywota bł. Andrzeja Boboli, mę­
czennika, oraz całego szeregu aktów tej sławnej rodziny Leliwitów
krakowskich. Opis wsi i dworów w parafji jankowickiej, stanowi więk­
szą część dzieła-. Tu autor przytacza cały szereg wypisów archiwal­
nych tręśoi ekonomicznej a także dokumentów historycznych, popar­
tych (rzecz szczególniejszej wagi) ich zdjęciami fotograficznemu Dotyczą one nietylko Jankowie, ale i wiosek rozrzuconych w promieniu
kilkomilowym naokoło wsi macierzystej, jak również ich właścicieli
późniejszych: Duninów-Karwickich, Załęskich, Świeżyńskicli i in.
Jako dodatki luźnie tylko przyczepione do całości, znajdujemy
tu przedruk pracy prof. W. Antoniewicza o eneolitycznych grobach
szkieletowych i ziemiankach mieszkalnych w Nowym Darominie, oraz
„Piosenki ludowe“ i opis weselnych godów w tejże wsi, zapisane przez
samego autora. Te drobne przyczynki, jako też rozrzucone po in. miej­
scach wzmianki o twórczości ludowej (ubiory dawne i obecne wło­
ścian, figury przydrożne — str. 97), nie zastąpią baczniejszej obser­
wacji, co dla ks. proboszcza, przebywającego stale wśród swoich wiej­
skich parafjan, nie byłoby rzeczą trudną.

t
249
Całość dzieła robi wrażenie skrzętnie zgromadzonego materjału,
przeważnie archiwalnego, ułożonego jednak bez planu, gdzie tematy
np. archeologiczne spotykamy w rozproszonych notatkach (str. 97,
251) — z pominięciem zupełnem topografji miejsc badanych, bo arty­
kulik prot. Dziubalskiego o roślinności stepowej w Sandomierskiem —
nie może rościć pretensji do wyczerpania tematu, będącego podstawą
krajoznawstwa.
Korekta na ogół staranna, szkoda tylko, że miejspami styl za' wiły, jak np. „W zakrystji wisi portręt nieznanego malarza mocno
narysowany posiadający dosyć wysoką
wartość, jako rzecz silnie
podkreślająca charakter danej osoby, co się przejawia w jednolitém
powiązaniu wszystkich szczegółów twarzy“ (str. 142) — utrudnia
czytanie.
Monografję ozdabiają śliczne zdjęcia fotograficzne kościoła
i jego zabytków, stanowiące doskonały materjał inwentaryzacyjny,
tak nam koniecznie potrzebny, a płany i przekroje budynków, dostar
czpne autorowi przez Wydział Politechniki Warszawskiej, choć w czę­
ści zastępują brak systematycznie przeprowadzonych badań archi­
tektonicznych.

M R.

Wilanowski.

Gustaf Bolinder: Niezwykłe ludy środkowej Europy. Stock­
holm 1928.
Książka G. Bołindera zawiera przeważnie wrażenia z podróży
po państwię' czechosłowackiem t. j. od Pragi aż do Rusi Podkarpac­
kiej, oraz zapiski z podróży po Polsce południowej z Krakowa, Lwo­
wa i Zakopanego.
Podróż rozpoczyna autor opisywać od Pragi czeskiej nic szczę­
dząc pochwał i słów uznania dla pięknej stolicy czechosłowackiej.
Stamtąd udaje się wprost na wschód i rozpoczyna obserwacje nad Ru­
sinami i po części już Hucułami, od miareczka Użhorod. Munkaczewo
jest drugim postojem. Tu, ze względu na większość żydowską poświęca
niemało stron w swej książce żydowskim obymzajom, opisom ich ży­
cia, obrządków etc. Zajmuje go też ludowa ceramika, o której pobież­
nie wspomina. Położenie miasta i słów kilka o jego historji, krótkiej
zresztą, tworzą koniec tego rozdziału.
Najobszerniej opisuje autor południowo-wschodni stok Karpat,
nizinę rozciągającą się tutaj ku płaszczyźnie węgierskiej. Znakomity*
podróżnik jeździ od miasteczka do miasteczka, szczegółowo opisując
właściwości geograficzne i etnograficzne. Nadto robi piesze wycieczki
w góry, aby zbliska przyjrzeć się życiu na połoninach, słuchać opowia­
dań nawiązujących do wierzeń i zabobonów Hucułów. Zwiedza także
kopalnię soli, Akna Slatina, podnosi bogaci wo niektórych okolic
w źródła mineralne, dotychczas niewyzyskane. Bardzo zajmuje autora
między^ innemi spław drzewa po Cisję,“ znany nam tak dobrze po stro­
nie polskiej na wodaclj Czeremoszu. O Hucułach i Rusinach w Polsce
nie robi pan Bolinder żadnej wzmianki, a wrażenia odniesione w na­
szym kraju rozpoczynają się dla szwedzkiego etnografa od Krakowa,

250
aby, zwiedziwszy Kraków, skończyć na Lwowie. W Krakowie podnosi
w krótkich słowach historję miasta i wymienia jego pamiątki. Miasta
jako takie zdają się mniej go interesować niż wsie. Podawszy charak­
terystykę ludu krakowskiego i niektórych jego obyczajów zwraca
uwagę całą znowu na Tatry. Przyroda i malowniczość ich zachwyca
go w wysokim stopniu. Góralom poświęca cały rozdział, zaznajamia­
jąc szwedzkiego czytelnika z tem wszystkiem, co nam dobrze znane.
Przytacza długą opowieść o Janosiku — z postacią sławnego zbójcy
zaznajamia się oczywiście szwedzki autor przez tłumacza. Każdy taki
szczegół musi być zajmujący dla Skandynawów, nie mających naogół najmniejszego wyobrażenia o stosunkach polskich lub o miesz­
kańcach naszego państwa. Dość dużo uwagi poświęca G. Bolinder
w swej książce tańcom ludowym, wymieniając także taniec zbójnicki
górali. Porównuje różne tańce nasze z tańcami Słowaków i podkre­
śla nawet niektóre podobieństwa z tańcami ludów pierwotnych Ame­
ryki. Pozatem bardzo go zajmują zabobony i przesądy naszych chło­
pów, dotyczące np. jak w Tatrach, wypędzania bydła na hale i t. p.
O Lwowie pisze autor bardzo pobieżnie, wymieniając tylko Or­
mian i opisując niektóre ich zwyczaje, religję i stanowisko społeczne
w Polsce. Ponownie jednak ma sposobność i tutaj napisania kilkuna­
stu słów o żydach — widocznie ilościowo narzucili się oni szwedzkie­
mu gościowi, a raczej jego oczom, do tego stopnia, iż zmuszonym się
czuje zaznaczyć, że Lwów bynajmniej nie jest żydowskiem miastem.
Polskę opuszcza szwedzki uczony znowu, aby zapoznać się z Bojkami,
ludem zamieszkującym południowy stok Karpat wschodnich. Autor
rozpisuje się znowu szeroko o wszystkich spostrzeżonych i usłysza­
nych właściwościach i cechach tego ludu. Najwięcej może interesują
Bolindera Słowacy i wysoki poziom ich sztuki ludowej; poświęca im
też pod koniec swej wycieczki najwięcej czasu i miejsca w swej
książce i pisze o nich z entuzjazmem.
Z dużą sympatją i uznaniem wymienia autor niejednokrotnie
uczonych i profesorów polskich, którzy mu ułatwiali zwiedzanie mu­
zeów lub służyli wskazówkami, niezbędnemi podczas podróży w obcym
kraju. Chociaż wiadomości dotyczące Polski w powyższej książce nie
są zbyt obszerne, to jednak może praca ta na dalekiej północy, wy­
woła pewne zainteresowanie się Polską.

Wanda Almę.

Rudolf His. Der Totenglaube in der Geschichte des germani­
schen Strafrechts. (Schriften der Gesellschaft zur Förderung der
Westfalischen Wilhelms-Universität zu Münster. Heft 9) Münster
i. W. 1929 str. 24.
Prof. His, najwybitniejszy dzisiaj znawca niemieckiego prawa
karnego,
szczególnie średniowiecznego,
autor dzieł podstawowych
z tej dziedziny, że wymienimy „Das Strafrecht des deutschen Mittel­
alters“, kreśli w niewielkiej rozprawce rolę, jaką wiara w dalsze
istnienie zmarłego odegrała w ciągu stuleci w rozwoju germańskiego

prawa karnego. Stanowiskiem zmarłego w prawie zajmowało się po­
przednio szereg autorów, przedewszystkiem Henryk Brunner, który
w krótkiej pracy p. t. „Das rechtliche Fortleben des Toten bei den
Germanen“ (Deutsche Monatsschrift für das gesamte Leben der Gegen­
wart. Bd. XII. Berlin 1907, str. 17 i nast.) omówił rolę zmarłego za­
równo w prawie prywatnem, jak w prawie barnem i procesowem,
a w szczególności Hans Schreuer, który w obszernej monograf ji „Das
Recht des Toten.
Eine germanische Untersuchung“
(Zeitschrift f.
vergl. Rechtswissenschaft. T. 33. str. 333 — 432, i t. 34 str. 1 — 2081
problem ten wszechstronnie naświetla.
Zasadniczo zajmuje się prof. His trzema kwestjami: znaczeniem
obawy przed zmarłym w prawie karnem, zmarłym jako przestępcą
i zmarłym jako ofiarą przestępstwa.
Obawa przed zmarłym występuje przedewszystkiem już w pew­
nych formach pogrzebowych, w których objawia się dążenie do unie­
możliwienia zmarłemu powrotu. Stosuje się to głównie do osób zmar­
łych nienaturalną śmiercią. Trafnie tłumaczy autor, dlaczego zabi­
tych na gorącym uczynku wyciąga się przez podkop pod progiem;
celem tego zabiegu jest zamknięóie zmarłemu drogi powrotnej. Unie­
szkodliwienie zmarłego miało też na celu, o czem wspominają źródła
frankońskie, odcięcie zabitemu głowy i wsadzenie jej na pal. Do tego
też zmierzał zwyczaj wykonywania zemsty krwawej na mordercy,
przez osoby mszczące się na nim za śmierć swego krewnego, na roz­
stajnych drogach. Rozstajne drogi, to zaaniem autora, siedlisko zmar­
łych, uśmiercony więc przez mścicieli zabójca, wchodził odrazu
między innych zmarłych, nie trzeba się więc było obawiać, że będzie
po śmierci chodził po Święcicki szkodził żywym. Pogląd autora, jak­
kolwiek jest trafny, o ile chodzi o późniejsze wierzenia, to jednak nie
wyjaśnia nam wierzeń wcześniejszych. Wykonanie zemsty na rozstaj­
nych drogach, a zwłaszcza, z czem się później spotykamy, wynoszenie
zabitego w domu na gorącym uczynku przestępcę na miejsce, gdzie
krzyżują się dwie drogi, ma zdaném mojem, inne znaczenie. Zabity
wyniesiony na rozstajne drogi, nie może już więftej powrócić, nie wić
bowiem, którą drogą ma pójść. Tu też szukać należy przyczyny, dla­
czego w niektórych okolicach zatrzymują się pogrzeby na skrzyżo­
waniu się dróg. (Por. dla prawa longobardzkiego, Pio Raina, Le denominazioni trivium e quadrivium eon un singolare accessorio, Studí
Medievali. Nuova Serie, vol. I., fase. I. 1928).
Złożenie ino nety obok zabitego na gorącym uczynku przestępcy
uważać należy przedewszystkiem za należną zabitemu nawiązkę. Za
takiem wyjaśnieniem przemawiałby, co do wywodów autora dodaćby
chciałem, spotykany gdzieniegdzie zwyczaj składania na piersiach za­
bitego monety,, albo głowy zarżniętego w tym celu koguta, („und
hauen dem haushahnen den köpf ab und legen dem getödteten auf
die brust“, Grimm, Weisthümer, III., str. 308). To ostatnie ma zna­
czenie głębsze, jeśli zwrócimy uwagę na rolę, jaką odgrywa kogut,
o ile chodzi o odpędzenie złych duchów.

252
Szczególnie liczne są zabiegi, mające na celu unieszkodliwienie
zmarłego, o ile chodzi o osoby zmarłe śmiercią nienaturalną, przerjewszystkiem o samobójcęw. Tu należy zwyczaj wynoszenia ciała są
inobójcy z domu przez okno (zamknięcie drogi powrotnej), chowania
go w głębokim dole, przykrywania grobu kamieniami, spławiania go
rzyką
(powszechny niegdyś w południowo-zachodnich Niemczecji
i w Szwajcarji), a wreszcie palenia trupa denata na stosie. Wszystkie
te zabiegi znane były w całej Europie, a nawet częstokroć ustawowo
unormowane, aż po komeę XVIII stulecia, o ęzein szereg szczegółów
podaję w drukującej się obecnie pracy, w której omawiam również
problem poruszony przez autora
Słusznie dopatruje się prof. His w szeregu sposobów wykony­
wania kary śmierci, dążności do ochrony przed powracającym zmar­
łym. Do tego celu zmierzała kara zakopywania żywcem, połączona
z przybiciem palem do ziemi: do tego samego prowadzić miało ścięcie,
głowa bowiem to siedlisko życia. Czy źródła zakazu zdejmowania wi­
sielca z szubienicy, dopóki ciało jego nie uległo zupełnemu rozkładowi,
względnje nie zjedzone zostało przez kruki, szukać należy również
w obawie przed zmarłym, nie wydaje mi się pewnem. Wyjaśnienia
tego rodzaju przepisów szukać należy, jak przypuszczam, rączej w po­
glądach, że wykonywanie kary śmierci, to składanie ofiary na rzeęp
obrażonego bóstwa. Tej ofiary bóstwu odebrać nip wolno. Ślady tego
rodzaju wierzeń spotykamy w Lęx Salica (Tit. 67, Tit. 68, por. też
Tit. 107 § 2 i 3 Ed. Geflcken), gdzie ostro karane jest zdejmowanie
człowieka z szubienicy, bez względu na to, czy już nieżywego, czy
chociażby jeszcze żyjącego.
Trainern jest zaliczanie do środków prewencyjnych przed zmar­
łym palenia na stosie żywego przestępcy, czy też jego trupa. Gdy
bowiem ciała niema, zmarły już wracać nie może. Nie jest, jak sądzę,
wykluczonem, że -1 palenie zwłok osób zmarłych śmiercią naturalną
do tego samego zmierzało pelu, jakkolwiek zasadniczo przez palenie
ciała starano się umożliwić duszy zmarłego szybsze przedostanie się
w zaświaty. Jak długo bowiem ciało istnieje, dusza stara się doń po­
wrócić.
Według talmudu, dusza przez trzy dni krąży koło grobu
z zamiarem powrotu do ciała.
(Ereistedt E., Ulchrislliche Toten­
gedächtnistage und ihre Beziehung zum Jenseitsglauben und Toten­
kultus der Antike, Münster i. W. 1928, str. 54). Zwyczaj palenia zwłok
pewnej kategorji przestępców (samobójców, czarownic, kacerzy) nie
wyrósł jednakowoż wyłącznie tylko na podłożu obawTy przed zmarłym.
Spalenie na stosie, jest weęlle niektórych wierzeń, karą dla zmarłego.
Zostaje bowiem pozbawiony grobu. „In igneiń datur, ut et sepultura
puniatur“ mówi Tertulian (de anima 30; Corpus scriptomm ectTes.
łat. Vol. XX str. 357). Jeśli zaś .óiało nie zostanie pochowane, dusza
nie może wejść, w zaświaty. Z innemi jeszcze poglądami, na które
zwrócić chciałbym uwagę, spotykamy się po .ęjręsci w późniejszych
czasach. Ogień ratuje zmarłego przestępcę od wiecznych mąk. \Vedle
wierzeń włoskich (Marrenć W., Rzeczy ludowe włoskie, Wisła, III.,

253
1889, str. 812), dusza spalonego na stosie idzie prosto do nieba, bo
przez ogień oczyszczona została; Widzimy tu niewątpliwie ślad owej
teorji, która znalazła swój wyraz i w GlosSiê do Zwierciadła Saskiego,
iż „non iudicat Dóiis, bis in id ipsum“.

W dalszym ciągu zajmuje się autor zmarłym, jako przestępcą.
Średniowiecze zna zarówno proces przeciw złoczyńcy, zmarłemu przed
wydaniem wyroku, jak i wykonanie na nim kary. Ślady tego poglądu
utrzymały się po dziś dzień w opowiadaniach ludowych. Autor wspo­
mina tu o znanej i wśród ludu polskiego bajce o wdzięcznym zmar­
łym. W podaniach też spotykamy się z ukaraniem zmarłego przez
innych zmarłych, autor przytaczłi tu podania nowoislandzkie, jak
i z popełnianiem zbrodni przez zmarłe osoby i wymierza nip im za to
kary przez żyjących, o czem wspominają Jagi skandynawskie.
Ostatnią część swej rozprawki poświęca autor omówieniu roli
zmarłego, jako ofiary przestępstwa. Podmiotem zemsty krwawej jest
zmarły, ród wykonując ją, spełnia tylko obowiązek wobèc zmarłego,
udziéla mu niejako swej pomocy,, jaką udziela i żywym swym człon
kom. Pierwotnie uważa się, że sam zmarły mści się na swym krzyw­
dzicielu, potem, że wykonuje ją za pośrednictwem swych potomków,
czy krewnych. Równolegle z tern, jak przypuszczam, szła ewolucja
w kierunku spadkobrania zbroi (HÆrgewât). Początkowo składa się
ją zmarłemu do grobu, z czasem przechodzi pna> na potomków, ewen­
tualnie innych krewnych męskich, którzy powołani są do wykony­
wania zemsty. W razie braku potomków, względnie krewnych męskich
składa się zbroję do grobu (tak n, p. według prawa fryzyjskiego z 15
stulecia). Ze zmarły bierze czynny udział w ściganiu przestępcy, za lem
przemawia fakt przynoszenia zmarłego do Sądu,
gdzie występuje
w charakterze oskarżyciela. Ślady tych poglądów zachowały się pc>
dziś dzień w opowiadaniach ludowych, jak w baśni o śpiewającej kości,
śpiewających włosach i t. d. Motyw tej baśni rozpowszechniony jest
w całej Europie. (Odmiany jej zestawił Solymossy Sandor, Meát? a jávorfáról. Etnographia A magyar néprajzi társ&ság értesitôje, Buda­
pest 1921, str 1 i nast.l.
Najdłużej utrzymał się pogląd, że zmarły pomaga w wykryciu
przestępcy w instytucji t. zw. „próby zmarłego“ (Bahrrecfit). Próbę
tę stosowano głównie, gdy chodziło o wykrycie nieznanego mordercy.
Rany zabitego krwawią się, gdy zbliża się doń morderca. Autor przy­
tacza przykłady stosowania tej próby w Niemczech z początku XVII
stulecia. Doddc możemy, żu we Francji ślady tej próby spotykam\
jeszcze przeszło wiek później (Jobbé-Duval E. Les klees primitivné
dans la Bretagne contemporaine. Paris 1920, str. 478). W Szwajcarji
przeprowadzano „próbę zmarłego“ również z topielcem. Zaklinano
zmarłego, którego przyniesiono do sądu, aby przez jakiś znak wskazał
osobęj któřa go pozbawiła życia. O ciekawym wypadku, który uszedł
uwadze autora, wspominają źródła sźwajcarskie z XVI wieku. Pewien
krawiec w Lucernie, jak notuje jeden ze współczesnych, uśmiercił
swą żonę, rzucając ją do wody, przyczem upozorował nieszczęśliwy'

254
wypadek. Kiedy zwłoki utopionej złożono do grobu, zaczęła z grobu
-wypływać obficie krew. Zwróciło to uwagę władzy i doprowadziło do
ujęcia i ukarania sprawcy. (Hoffmann-Krayęr E. Cysatiana. Volks­
kundliches aus dem Kanton Luzern um die Wende des 16. Jahrhun­
derts. Archives suisses des traditions populaires XIV. 1910, str. 245).
Dodaç jeszcze należy, że z „próbą zmarłego“ spotykamy się w XVI
wieku na Łużycach (Philipp O. Zum Bahrrecht. Zeitschrift d. Ver
f. Volkskunde XXIV. str. 245), a znaną była także u Rumunów w Sied­
miogrodzie (Zeitschrift d. Ver. f. Volkskunde XXXVII. str. 88), którzy
przyjęli ją prawdopodobnie od kolonistów niemieckich.
W końcu zwraca autor uwagę na udział zmarłego w braniu
•okupu, składanego przez zabójcę i jego krewnych. We wielu okolicach
płacono pierwszą ratę okupu na cmentarzu przy grobie zmarłego. Po­
nadto był zabójca obowiązany złożyć ofiarę na rzecz kościoła dla za­
pewnienia duszy zmarłego spokoju, lub też odbywać w tym celu piel­
grzymki do miejsę. świętych. W Polsce, jak dowodzą źródła, odbywano
jeszcze w XV wieku pokorę na cmentarzu, prawdopodobnie na grobie
zabitego. (Pawiński A. O pojednaniu w zabójstwie, według dawnego
prawa polskiego. Warszawa 1884. Dodatek Nr. 43. por. też Ciszewski
St. Wróżda i pojednanie. Warszawa 1900).
Rozprawa prof. Hisa, to nowy przykład, do jak świetnych wy­
ników doprowadza uwzględnianie matefjałów etnologicznych w ba­
daniach prawno-historycznych. Z rozprawy prof. Hisa zarówno hi­
storyk prawa, jak i etnolog wiele może skorzystać.

Karol Koranyi.

Cezarja Ehrenkreutzcwa: Ze siudjóio nad obrzędami weselJlemi ludu polskiego. Cz. I. Forma dramatyczna obrzędowości
weselnej. Wilno ! 929, S. 154 + 1 nlb.
Nowa książka o polskich obradach weselnych zajmuje się
w przeciwieństwie do prac poprzednich nie treścią, lecz przedewszystkiem formą. Ten punkt widzenia pozwala dokładniej sprecyzować
niektóre problemy. W świetle tej analizy formalnej, występuje zu­
pełnie wyraźnie forma dramatyczna polskiego wesela. Stąd też uczest­
nicy drużyny weselnej muszą, prócz różnych zalet osobistych, posiadać
także znaczne kwalifikacje aktorskie i umiejętność wykonywania swej
roli zgodnie z miejscową tradycją.
Nadto z rozważań autorki wynika, że wesele wiejskie istotnie
bardzo się zbliża pod względem swej struktury do dramatu greckiego.
Treść częściowo tylko odtwarzają uczestnicy obrzędu, czy aktorzy,
u natomiast zdarzenie, jak i rolę bohaterów wykładają recytacje
i śpiewy chóru. Odmienne są jedynie funkcje chóru weselnego, który
spełnia cztery funkcje: 1. epicką, stwierdzając dopełnianie r,ię pe­
wnych faktów w obrzędzie inscenizowanych, 2. dramatyczną, wypo­
wiadając się w imieniu osób biorących w obrzędzie udział, 3. reżyser­
ską, wprawiając w ruch akcję widowiska, 4. intermedjalną, nie zwią­
zaną z zasadniczemi momentami przebiegu akcji weselnej.

255
Wogóle polski obrzęd weselny naświetlono w tej pracy z zupełnie
nowych punktów widzenia. Poza lem mamy luźne uwagi, dotyczące
p8v,nych różnic terytorjalnych, a więc n. p. zaznacza się charaktery1
stycznie więcej aktywna rola pana młodego w Polsce południowej
i bardziej milczący i pokorny nowożeniec na niektórych terenach
Polski północno-wschodniej.
Myśli te zamierza arftorka rozwinąć
w dalszych rozdziałach swej pracy, które niewątpliwie również przy­
niosą nowe, wartościowe wyniki.

A. Fischer.

St. Barabasz. Sztuka ludowa na Podhalu. Cz. III Witów.
Lwów—Warszawa, Książnica-Atlas 1929.
Autor daje nam w swych tekach materjał bardzo wartościowy
nietylko pod względem artystycznym, ale i ogólno-kulturalnym. Pierw­
sze dwie części „Sztuki ludowej na Podhalu“ zawierały materjał ze
Spiszą i Orawy, a obecnie wyszła część trzecia, podająca rysunki ze
wsi Witowa, w dolinie Czarnego Dunajca. Na trzydziestu ośmiu tabli­
cach zmieścił autor 88 fotografij i rysunków, na podstawie których
możemy się zapoznać z, całem zdobnictwem witowskiem na chałupach
i sprzętach.
Sprzęty witowskie uderzają nas jednak nietylko swą ornamen­
tyką, ile raczej konstrukcją, a natomiast bardzo bogato zdobiono
łyżniki, wśród których mamy rozmaite typy, a nawet pozornie po­
dobne, są jednak zupełnie różne. Nawet najbardziej pospolity motyw
zdobniczy nigdy się nie powtarza, lecz rzeźbiarz ludowy, jakby świa­
domie, unika pewnego szablonu i w ramach pewnej, przez wieki
ustalonej, formy, wyraża prawie zawsze coraz to inną zdobniczą
treść. W ostatnio wydanej tece St. Barabasza znajdujemy bogatv
materjał do teoretycznych rozważań nad tem zagadnieniem formy
i treści.

A. Fischer.

Z powodu braku miejsca Kronika etnograficzna, bibljografja
i sprawozdanie kasowe zostaną zamieszczone w T. XXIX „Ludu

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.