b455a1815acd457d42f790451f357e1b.pdf
Media
Part of O śpiewającym zbóju / Lud, 1929, t. 28
- extracted text
-
TADEUSZ SEWERYN.
O ŚPIEWAJĄCYM ZBÓJU.
Bastianowska teorja samorodności wielu wytworów kultu
rowych uznawana jest przez etnografję nietylko w wypadkach,
gdy pewnych zjawisk nie da się uzasadnić oddziaływaniem wpły
wów, których wędrówkami zajmuje się etnogeografja, ale także
i wtedy, gdy mamy do czynienia z faktem, którego wiązanie
z analogjami, polem do wykrycia wpływów, dokonywa się drogą
naciągania do wniosków z góry powziętych. Odnosi się to szcze
gólnie do sztuki ludowej, w której człowiek niezawsze jest maszy
nową konstrukcją reprodukującą. Naukowe uzasadnianie wpły
wów, które mogą rozjaśnić drogę wiodącą do poznania istotnej
wartości utworu, jest zawsze obowiązkiem naukowego badania,
jednak ostrożność w skwapliwem łączeniu pewnych zjawisk, rze
komo podobnych do siebie, może nas zaprowadzić do źródła
rzeczy, zgoła nieoczekiwanych, a dla nauki cennych.
W r. 1926 otrzymałem od Józefa Maruszewskiego z Poświętnego pieśń z Rzeczycy, w pow. rawskim. Treść jej znana
w ludowej pieśni: Kochanek, nie chcąc odstąpić kochanki
innemu, zabija ją. Kolberg w „Pieśniach ludu polskiego“ S. I.
1857 przedstawia 52 odmianek podobnej pieśni, a jedna z nich
pochodzi z tej samej Rzeczycy (od Inowłodza). Porównanie tej
pieśni z pieśnią, jaką otrzymałem od J. Maruszewskiego, kazało
wierzyć, że ma się tu do czynienia albo z samorodnym, lokalnym
tworem ludowym, albo jakąś bardzo cudaczną odmirnką kolbergowskiej pieśni, należącej do systemu pieśni o Sinobrodym,
posiadającej bardzo szerokie geograficzne rozprzestrzenienie1).
ł) J. Karłowicz: Systematyka pieśni lud. poi. — Wisla 111, 535,
Dr. Jan St. Bystroń: Polska pieśń ludowa — Kraków str. 75. Dr. Jan
St. Bystro ń: Pieśni ludowe z polskiego Śląska — Kraków 1927, Akad.
Um. str. 22.
227
Wspomniana pieśń kolbergowska1) z Rzeczycy przedstawia
się następująco:
OD INOWŁODZA
(Rzeczyca)
1. W wieńcu na Dobrzyńcu,
Co się na wsi stało,
co sie dwoje łudzi
w sobie zakochało.
7. Ja cię tu zabiję
I tu cię pochowam,
sam cif! nie będę miał,
Nikomu cię nie dam.
2. Jak się zakochali.
Tak się miłowali,
Żadnej godzineczki
Bez siebie nie byli.
8. I tam ci ją zabił,
Tam ci ją pochował,
Z zielonego drzewa
Domostwo sfundował.
5. Skoro o północy,
o siódmej godzinie:
Wstańże, Magdalenko,
Odprowadzisz ci mnie
9. Przyszedł ci do domu,
rodzicom oznajmił,
Że ja dzisiaj w nocy
Magdalenkę zabił.
4. Magdalenka wstała,
Odprowadzić miała,
Bieluchną chusteczką
Oczki wycierała.
10. A cóżeś ty, Jasiu,
poganinie zrobił,
kiejś ty młynarzowi
Magdalenkę zabił.
5. Odprowadziła go
Tam aż na ostaje,
A idźże, Jasienku,
Już mnie nie dostaniesz
11. A i wy rodzice,
cóż wy mi zrobicie,
kićj wy w mojém sercu
kochania nie w iécie.
6. A on jej się prosił,
Żeby dalej biegła,
A ona od żalu
Już dalej nie mogła.
12. Magdalenkę wieżą
młodzieńce pod wieńcem,
J asia, poganina,
trzech rakarzów z. miecem.
13. Magdalence dzwonią,
Magdalence grają,
Jasia, poganina,
w drobny mak siekają.
Z powyższej pieśni zwrotka 9, 10 i 11 występuje również
w pieśń:, która zainteresowała mnie swą treścią. Pomimo tej
wspólności motywu, trudno było wiązać obie pieśni jakiemikolwiek nieiami pokrewieństwa, a nawet dopatrywać się w, nich
cech radykalnie swoistej odmianki. Imiona kochanka w obu
pieśniach są wspólne, lecz nazwisko występuje tylko w pieśni,*)
*) O. Kolberg: Pieśni ludu polskiego str. 83.
' 15*
228
zagotowanej przez Matuszewskiego» Brzmi ono: Jan Pawłowski.
Imię to i nazwisko mogłoby znowu nasunąć pewią łączność tej
pieśni z dyngusowemi pieśniami, w których zachowały się remi
niscencje historyczne o walkach konfederatów barskich. W pie
śniach tych, śpiewanych w pow. rawskim podczas chodzenia
z żywym kurkiem po dyngusie, Puławski przemianowany został
właśnie na Pawłowskiego („Drzewicowe nogi — już nie będą
wydeptywać Pawłowskiemu drogi“)1). Diametralnie odmienna
treść tych pieśni od intrygującej nas pieśni rzeczyckiej wyklucza
jednak łączność wspomnianych typów utworów, pomimo, że
w obu bohaterem jest Jan Pawłowski. Na pozór, jak widać,
piętrzą się coraz to większe trudności w wyświetleniu pocho
dzenia motywów i szczegółów tej dziwnej, tak niepodobnej do
innych, pieśni rzeczyckiej. Gdyby po kilkunastu lub kilkudzie
sięciu latach etnograf starał się rozwikłać ten poplątany węzeł,
stanąłby niezawodnie wobec takich samych trudności, jakie to
warzyszą zgłębianiu źródeł powstawania wielu dawnych legend
ludowych. Tymczasem te właśnie intrygujące, znane motywy
obok zasadniczo odmiennego i nowego charakteru wspomnianej
pieśni, które skłoniły mnie do bliższego zainteresowania się nią,
stały się przyczyną niejako sfotografowania jednego z przykła
dów mechaniki powstawania pieśni i legendy ludowej.
Dowiedziałem się, że pieśń tę śpiewają „na muzykach“, że
jest to najaktualniejsza pieśń w okolicach Rzeczycy, senzacyjna
i romantyczna zarazem, a treść jej jest oparta na rzeczywistem
zdarzeniu we wsi przed niespełna dwoma laty. Ponieważ od
swych uczniów w Państw. Seminarjum Naucz, w Tomaszowie
Mazow. otrzymywałem o tern zdarzeniu wiadomości, zakrawa
jące na wytwór bujnej wyobraźni, przy nadarzającej się okazji
wyjechałem do Rzeczycy i tam na podstawie relacji ludowej za
notowałem w miarę możności wszystko, co wiąże się z treścią
i duchem pieśni.
Rzecz miała się następująco- Był w Rzeczycy parobek, Jan
Pawłowski. Powiadają: djabli go piastowali. Zachciało mu się
starszej od siebie i bogatszej dziewczyny z sąsiedztwa. Zapa
miętał się z miłości. Kradł ojcu ćwiercie, sprzedawał dobytek,*)
*) Por. Jana SI. Bystronia: „Historja w pieśni ludu polskiego“
(Drewicz i konfederaci — 1769—1772), oraz T a d. Seweryna: „Z żywym
kurkiem po dyngusie“ — Prace Kom. Et. Pol. Ak. Um. Nr. 6, str. 33.
229
aby coraz to nowe prezenty znosić swej Hanusi. Ojciec dziew
czyny rad mu był i tytułował go „zięciu“. Kiedy jednak Junek
sprzedał nawet konie ojcowskie i zmarnotrawił morgi rodziców,
„teść“ zmienił swoje sympatje. Tymczasem Junka zabrano do
wojska. Odetchnęła cała wieś. O jciec Hanki na gwałt chciał wy
lać córkę za bogatszego, aby się uwolnić od tego awanturnika
i złodzieja, Junka. Znalazł się kawaler, Błażej Chaber, i został
przyjęty. Gdy donieśli o tem Jankowi jego koledzy, zdezerterował
z wojska w lipcu 1924 r. Przyszedł piechotą do Rzeczycy,
w pierwszem spotkaniu postrzelił swego rywala, potem zaszedł
do swej kochanki. Była druga godzina w nocy. Po krótkiej roz
mowie w silném podnieceniu, poprosił ją o wodę dla ochłody.
W chwili, gdy dziewczyna podawała mu garnuszek, podniósł
rewolwer, strzelił i zabił ją. Potem uciekł w las. Opowiadali, że
w dzień przed pogrzebem gro/bą użycia rewolweru, zmusił gra
barza do wykopania mu jamy w bocznej ścianie grobu, przezna
czonego na trumnę dla zabitej kochanki. W tej to jamie miał
siedzieć Junek i podczas pogrzebu patrzeć małym otworem na
trumnę Hanki, bo granarz z obawy zemsty ze strony mordercy,
nie zdradził go. Po pogrzebie, gdy wszyscy odeszli z cmentarza,
wyszedł Junek ze swego grobu i błąkał się po Jesle, aż wpadł
w ręce policji. Zakuto go w kajdany i oddano władzom. W Lu
blinie zasądzono go na 12 lat ciężkiego więzienia. Karę odsia
dywał wT Przemyślu. Stamtąd uciekł wraz z pewnym uczniem,
którego zamknięto do więzienia za kradzież chleba. Piechotą
przybyli obaj do Rzeczycy, bo Junek chciał być bliżej swoich
i zobaczyć, jak wygląda grób zabitej kochanki. Wkrótce strach
padł na całą okolicę. Obaj uciekinierzy z więzienia w biały dzień
za Inowłodzem koło Gielzowa obrabowali siedem furmanek ży
dowskich, jadących na targ do Opoczna. Powtórzyły się śmiałe
napady. Jednocześnie głośno było o tem, że Junek śpiewa „na
graniach“. Albo sam aranżował zabawy, albo wraz ze swym
towarzyszem zjawiał się tam, gdzie muzyka grała, ludzie pili
i tańczyli, witał się ze znajomymi, płacił suto muzykantom, fun
dował komu padło i brał dziewczęta w taniec. Nie krył się z re
wolwerem i funtami naboi. Dziewczęta nie wymawiały się od
tańczenia z groźnym zbójem. On zaś w czasie „obéra“ stawTał
przed muzyką i rwanemi przyśpiewkami zawodził po chłopsku,
treścią swych śpiewek budząc sensacyjne zaciekawienie Śpiewał
230
bowiem o swojej miłości, o Hanusi, o morderstwie, o ucieczce
z więzienia i o marnej śmierci, która go czeka. Byli tacy (z pośród
tych, którym „fundował“), którzy powiadali: „Zabił, to zabił, ale
on nie winowaty“.
Aż wreszcie przyszedł kres. Gdy między Glinnikiem, a Kró
lową Wolą, w miejscowości Konewka, niedaleko Spały, napadli
na kupców, z których dwóch zabili, Prezydent Rzpltej Stanisław
Wojciechowski, polecił urządzić obławę na bandytów. Zmobili
zowano wielkie siły policji z Warszawy, Łodzi i sąsiednich miast,
Opoczna i Tomaszowa Mazowieckiego. Po długich poszukiwa
niach odkryto bandytów, oblężono ich w stodole włościanina
Kołodziejczyka w Rzeczycy. Policja rozsypana w tyraljerze
ostrzeliwała przestępców, oni zaś odstrzeliwali się z karabinów
lub rewolwerów. Pawłowski po każdym oddanym strzale śpie
wał, jakby był na „muzyce“. Trwało to przez całą noc. O świcie,
gdy już bandytom zaczęły się wyczerpywać naboje, zapowie
dzieli, że spalą się żywcem, a nie oddadzą się w ręce policji..
Wśród głośnego, szubienicznego śpiewu podpalili słomę w sto
dole. Właściciel stodoły Kołodziejczyk, pomimo strzałów, jakie
padały ze strony bandytów, wbiegł do stodoły i ugasił pożar.
Przestępcy nie ponowili swej próby, gdyż brakło im zapałek.
Wtedy Pawłowski zrezygnował z obrony, wyszedł ze stodoły.
Okuto go w kajdany. W drodze do posterunku policji, rzucił się
do ucieczki. Trafiony kilkoma kulami, padł trupem. Towarzysz
jego, Surowy, nad ranem również zapowiedział poddanie się, ale
zastrzegł sofcie czas i spokój do napisania generalnej spowiedzi.
Przyniesiono mu stół, krzesło, papier, atrament i pióro. On wy
szedł ze stodoły, usiadł przy stole, rewolwer położył przed sobą
i zaczął pisaę. Dookoła stał-mur policji z karabinami w rękach.
Chciano go wziąć żywcem przy pomocy różnych podstępów, ale
bezskutecznie. Kiedy skończył pisanie, chwycił rewolwer i po
krótkiem wahaniu się strzelił sobie w serce*).
Ostatnie chwile bandyty, zresztą nie bez ekscentrycznego
i romantycznego pierwiastka, komentowane były przez lud
w różnych odmiankach. W opowieściach nadawano mu rysy
bohaterstwa, albo też łączono całą pisaną spowiedź i samobój
stwo Surowego z osobą Pawłowskiego. Te właśnie fakty stały
się przyczyną utwierdzenia się tego zbója i jego pieśń w tra
dycji ludowej.
231
Pieśni, śpiewane przez Pawłowskiego, „na muzykach“ były
następujące:
1. Zabije cie, kolego, kulo olowiano,
Za mojo dziewcyne, za mojo kochano.
2. Oj, nie boje sie tego, ze tak mamie zginę
Kiedy moją Anusie zakopali w ziemie.
3. Oj, prosieła mie Anusia ostatniej godziny:
Chodź Junecku do kościoła, ślub sobie weźmimy.
4. Prosieła mie Anusia świętymy słowamy:
Daruj ty mnie życie, Jasieńku kochany.
5. Oj, wyleciały okna, oj wyleciały ściany,
Zapłakały ocka dziewcyny kochany.
6. Oj, w poniedziałek rano wody zawołano
A jak una wyniesła, to jej dzieńkowano.
7. Śli Jaśkowo w pole, śli po kónicyne,
Znaleźli na ugorze zabito dziewcyne.
8. Oj, tyś moja Anusia, tyś moja kochana
Od twego tatusia ze świata zabrana.
9. Oj pocóześ ty, Andziu, tako ślepo beła,
Coześ mie, bandycie, wodę wynosiła?
10. Jageś mie wyniesła, zaraz cie porwali,
Wynieśli na ugór, -wodą polewali.
11. Posedem do dumu i rodzicom mówił,
Ze jo dzisiaj w nocy Lekutosko zabił.
12. A cóześ ty, Jasiu, poganinie, zrobił,
Coś ty sumsiadowi jedynacke zabił?
13. Oj tatulu, tatulu, co wy mie winicie,
Ze wy w swoim sercu kochania nie wicie.
14. Wsystkie kwiolki ładne, ładno i mazurka,
Zginie Lekutoski, jak zginyła córka.
15. Ojcoski majuntek sprsedołym lo niego,
Popominta jesce Junka Pawłoskiego
A po każdym przyśpiewie szedł w taniec wokoło. Nie było
to wesołe śpiewanie Franka Mołojca z Ałbertowa, co to na wiej
skich „graniach“ zmyślał na poczekaniu dowcipne piosenki
o dziewuchach, które go nie chciały. Gdy muzyka rżnęła od
ucha oberkowe melodje, Pawłowski śpiewał z zawadjacką miną
smutne pieśni. Słuchali ludzie tej publicznej spowiedzi, wiązanej
w szczere, nie uczone, improwizowane rymy, szeptali na uboczu,
rozgrzeszając z win śpiewającego. A on tańcząc do upadłego, za
wodził dalej przed muzyką:
232
H.
X. Docekolym biédy, docekołym wojny,
Zeby mie zabili, byłbym juz spokojny.
2. Miołem juz wejść do dum, co mo okienice,
Teraz mi sykujo w Łodzi kamienice.
3 Oj siedze w winziniu i płace i płace,
Ze mojej dzicwcyny nigdy nie obace.
4. Oj wyleciały okna, wyleciały ściany,
Zapłakały ocka dziewcyny kochany.
5. Oj, ocka moje, ocka, cego wy placecie,
Kiedy moja kochanecka juz na tamtym świecie.
6. Ty moja Anusia juz królujes w niebie,
Zeby mie zabili, posedbym do ciebie.
7. Zeby mie zabili, w ziemie zakopali,
Bylibyśmy razem, w niebie królowali.
8. Oj, marny ze mnie chłopok, marne moje życie,
Kryje sie prsed wami, jak zajuncek w życie.
9. Oj, matko moja, matko, dosieś napłakała,
Takiześ sie pociechy ze mnie dočekala.
10. Nie smuć sie, matulu, ze tak marnie zginę,
Kiedym tak zasłużył za mojo dzićwcyne.
11. Płakaliście matko, kiedy jo spićwołym,
Jak w przemyskim winziniu zwiunzany siedziołym.
III.
1. Oj, matko moja, matko, jakześ mie wychowała,
Jakiześ sie pociechy ze mnie docekała.
2. Oj, jak mie okujum w zelazne kajdany,
Oj, moja matulu, zalejes sie łzami.
3. Oj, z zolu zemdleje, łzami sie zaleje,,
Ze jéj syn kochany w kajdany zwiunzany.
4. Oj, ojciec mie wychował, matka wykarmiła,
Rodzina Lekutoskich na zawse zgubiła.
5. Nie boje sie tego, ze tak marnie zginę,
Kiedy moją Anusie zakopali w ziemie.
6. Chłopoku rekrucie, marne twoje życie,
Musis sie ukrywać, jak zajuncek w życie.
7. Oj, juz mie polikiery pod Łęgiem łapali
I na mnie, Pawłoskiego, kajdany trzymali.
8. Zabiją mie, potyry, oj, kulą ognistą,
Za moją Anusie, za moją najmilsą.
9. Nie smuć sie, matusiu, ze tak marnie zginę
Wole w swojej wiosce, jak w obcej krainie.
233
1. Oj, matko moja, matko, jakześ mie chowała,
Jakiześ sie pociechy ze mnie docekała1).
2. Oj, matko moja, matko, nie bedzies wiedziała,
Oj, dzie sie moja krewka bedzie rozlewała1).
3. Oj, nie smuć sie, matulu, ze lak mamie zginę,
Kiedym tak zasłużył za moją dziewcynę1).
4. Idź głosie po rosie, ku zielunym łunkum,
Odezwij sie, Anusiu, niech jo sie nie błunkum1).
5. Oj, mój Boże kochany, marne moje życie,
/.ab.juin mie, zabijum, jak zajuncka w życie.
6. Oj, chłopiec ci jo, chłopiec, oj z polskiej krainy,
Nie zginyłem za nie, tylko za dzlewcyny.
7. Oj, zabiełym cie, Andziu, ładnyś pogrzeb miała,
Chłopcy ciebie nieśli, muzyka ci grała.
8- Oj, jak ciebie chowali, jo w grobie siedziołym,
Jo ciebie, Anusia, pod z:emią płakołym
9- Oj, jo clenie płakołym, matula płakała,
Płakali sumsiedzi, muzyka ci grała.
10. Oj moją kochanecke na ugorze bito,
W buzie piosku nasypali, nosikiém przybiło.
) Z ivrotki 1, 2, 3, 4 znane są w różnych odmianach z drukowanych
materjałów etnogr. do ludowej pieśni. Strofka pierwsza należy do grupy
pieśni żołnierskich. Wszystkie powyższe zwrotki odnaleźć można u samego
O. Kolberga np. pierwszą w „Kieleckiem“ I 330 i „Mazowszu ‘.-.IV 372 (od
Wyszogrodu, drugą w „Mazowszu“ II 272 (od Rawy, Tomaszowa), trzecią
w „Mazowszu“ II 530 (od Bolimowa), czwartą w „Mazowszu“ IV 246.
234
11. Oj, ocka moje, ocka, cego wy placecie,
Kiedy moja kochanecka juz na tamtym święcie1).
12. Oj, wsiunde na kunika, który letko niesie,
Posukom dziewcyny w kalinowym lesie.
13. Oj, Boże mój, Boże mój, o eo jo cie prose,
Oj, wróćze mi dziewcyne, co ją w sercu nose.
14. Oj, kwitnie róża, kwitnie, kwitnie karbowaná,
Juz moja Anusia w grobie pochowana.
15. Oj, wcora ci mi grały w kościele organy,
A dzisiok mi włożyli na ręce kajdany.
16. Oj, zegnum sie jo z tobum opłakany świecie,
Zabiełeś mie ty, zabieł w mojim młodym kwiecie.
17. Oj, siedze we winziniu, siedze za krolamy,
Opłakuje życie dziewcyny kochany.
18. Oj, uciekłym z winzinio, ide ku ulicy,
Pytom sie o drogę prosto do Rzécycy.
19. Oj, cy we dnie, cy w nocy niemiło mi droga,
Płace i narzykum i wzdychum do Boga12).
20. Oj, moja Anusia śpi w dole, śpi w dole,
Jo do niej, mój Boże, da-dana bez pole.
21. Oj, równo dróżka, równo, mógby jabko tocyć,
Dej mi, Panie Boże, dziewcyne obocyć.
22. Oj, równo dróżka, równo, kiejby malowano,
Do ciebie dziewcyno, do ciebie kochano.
23. Oj, fijoiki, fijołki, fijołki pachnunce,
Tyś moja Anusia, serce kochajunce.
24. Oj, dziewcyno, dziewcyno, tyś moja jedyno,
Nie bedzies ty miała ze mnie pociesynio.
25. Oj, płacą ocka, plącą, płacą i powieki,
Bo juz pożegnały, dziewcyne na wieki.
26. Oj, ocka moje, ocka, cego wy placecie,
Kiedy moja Anusia nie żyje na świecie.
27 Oj, smutne serce moje, smutne, ale dumne,
O tobie, Anusia, nigdy nie zapumne.
•ť
Tak żalił się Jan Pawłowski „na graniach“ wiejskich w Mysiakowcu, Rzeczycy, Stefanowie, Studziannie, Wólce Kuligowskiej, Kozłowcu, Ponikłej i innych, gdzie zrabowane z kamratem
pieniądze przepuszczał na zabawę i pijatyki. Pieśni, improwizo
wane przez niego podczas tańca, wsiąkały w otoczenie i dzięki
1) Por. O. Kolberg: Poznańskie V, 229.
2) Por. O. Kolberg: Poznańskie IV, 230 (Od Żnina, Rogowa).
235
nim „sel chyr po dziedzinie“ o śpiewającym zbóju. Kto co zapa
miętał, śpiewał potem na innych graniach. Toż samo śpiewały
dziewczęta przy kądziełi, a wreszcie młodzież przy paseniu krów.
Ledwie minął rok od śmierci sentymentalnie rozśpiewanego
zbója, już ludowa pieśń o nim, rozrastając się coraz bujniej, oto
czyła jego postać legendą. Nie ulega wątpliwości, że powyżej
przytoczone pieśni są niekompletną treścią tej legendy. Pierwszą
wiązankę pieśni Junka Pawłowskiego, otrzymałem od Józefa
Maruszewskiego z Poświętnego w pow. opoczyńskim w lł/2 roku
po śmierci przestępcy t. j. w r. 1926, a nieco później czwartą.
Drugą wiązankę podyktował mi Józef Warsicki z Jasienia w pow.
rawskim, resztę zebrałem sam na miejscu w Rzeczycy. Stwier
dziłem, że towarzysz Pawłowskiego, Surowy, jako inteligentniej
szy od swego kamrata bezwarunkowo nie był autorem pieśni,
śpiewanych na muzykach, bo podczas zabaw nic go nie obcho
dziła tragedja Junka.
W przytoczonych powyżej pieśniach znajduje się wpraw
dzie wiele zwrotek znanych i zapisanych w naszych materjałach
etnograficznych, mimo to nie można uważać całości za konglo
merat różnych motywów pieśni, nie można zaliczyć jej do kategorji, którą Niemcy nazwali ,, Kontamitation der zersungenen
Lieder“1), gdyż znane nam urywki są w tych pieśniach mało
znaczącą domieszką, drugorzędną ornamentacją lub tworzywem
pomocniczem do wyrażenia znanego nam tematu..
Meiodja tych pieśni jest małą odmianką jednej z najpopu
larniejszych melodyj pieśni weselnych w pow. rawskim, brze
zińskim, piotrkowskim i opoczyńskim. Charakter pieśni jest wy
bitnie ludowy (przedstawianie faktów nie w ich naturalnej
i chronologicznej kolejności, oraz fragmentaryczność)12), a pod
względem typologicznym pieśni te są utworem, w którym pier
wiastek liryczny, ściśle osobistej natury, (biadanie nad swoim
losem) przeważa tak nad stroną opisową, że cecha ta wybitnie
różni je od innych, dawnych, znanych pieśni. Materjały powyższe
są przykładem mechaniki powstawania legend i pieśni ludowych,
materjałem do wykazania, wedle jakich praw i z jakiego two
1) Adolf Thimme: Das Märchen s. 85 — Leipzig 1909 (Hand
bücher zur Volkskunde B. II).
2) Dr: Jan St. Bystro ń: Artyzm pieśni ludowej — Poznań—War
szawa 1921, str. 79.
f3S
rzywa kształtować się mogły różne, szeroko -ozprzestrzemone
wątki pieśni, podań i baśni, które przetrwały do naszych czasów
w formie fragmentarycznej d zniekształconej czasem i wędrówka
mi. Nie bez korzyści naukowej byłoby zbadanie po kilkunastu
iub kilkudziesięciu latach postaci powyższych pieśni i porówna
nie ich z najdawniejszą, przedstawioną tutaj formą z okresu ich
narodzin.
Co do długotrwałości bogatej dziś tradycji lokalnej „o śpie
wającym zbóju“ nie mamy złudzeń. Erazm Majewski1) wielką
trwałość tradycji ludowej łączy tylko z wierzeniami, mitami
i baśniami. „Są to niby zamczyska, wciąż odnawiane: zmieniają
się w nich cegły, a nawet przekształcają zarysy, istota ich jednak
zniknąć nie może.“.
Jest też druga kategorja tradycji. Do niej należą podania
i opowieści ogólne i lokalne, związane z jakiemś zdarzeniem,
które raz się spełniło. Tych żywot jest, w samej rzeczy, znacznie
krótszy, ich nic nie odżywia i restauruję, istnieją one tak, jak
ruiny zamków raz na zawsze opuszczonych. Rozsypują się pod
wpływem czynników przyrody, dopóki ślad ich nie zniknie
zupełnie“.
Pieśni „śpiewającego zbója“ z istoty swej i geograficznego
rozprzestrzenienia mają dziś charakter wybitnie lokalny.
PRZYPISY.
*) Materjały biograficzne, zanotowane przeze.nnie wedle relacji
ustnej, uzupełnia ustęp w „Pamiętnikach“ Wład. Nowaka, emer kom. polic,
państw, woj. warsz. 1927 Serja I, „Oblężenie niebezpiecznych bandytów,
którzy zamordowali przejezdnych kupców pod Spałą“. str. 36—41. Opiewa
on: „W r. 1924, na szosie w pobliżu wsi Konewka, po w. rawskiego, o kilo
metr od Spały, nieznani sprawcy, wśród dnia napadli na 2-ch przejezdnych
kupców. Po zatrzymaniu koni, z bronią w ręku przystąpili do rabunku.
Jeden z napadniętych. Sz w a1' cenkop f, usiłował przeciwstawić się bandytom.
Wobec oporu bandyci dali do Szwarcenkopfa i jego wspólnika kilka strza
łów, kładąc ich trupem na miejscu. Zrabowawszy następnie pieniądze, weksle
i dowody osobiste, zbiegli w niewiadomym kierunku.
Po otrzymaniu zawiadomienia o morderstwie wyjechałem na miejsce
w towarzystwie przedstawicieli: Ministerstwa Spraw Wewn., Władz Sądo
E. Majewski: Mogiła królewska pod Seddînem (Przyczynek do
pytania: jak długo przetrwać może podanie ludowe). Wisła XVII, 1903,
str. 466.
W
237
wych, Komendy Głów. Pol. Państw, i Województwa Warsz., ponieważ prze
stępstwo dokonane było w pobliżu rezydencji Pana Prezydenta Rzpltej.
Wydane mi było polecenie, by za w szelkę cenę ująć bandytów. Drogą
wywiadów prowadzonych pod moim osobistym kierunkiem przez moich pod
władnych i przydzielonych mi funkojonarjuszów policji łódzkiej, ustaliłem,
że bandytów tych ukrywa niejaki Maciej Socha we wsi Rzeczyca, pow raw
skiego. Po pięciu dniach bezustannej pracy, w której najbardziej był mi po
mocnym Stan Bobowski, były lotnik francuski, inteligentny, sprytny i od
ważny wywiadowca, zmobilizowałem nieliczny oddział policji i około go
dziny 9 wieczorem, wraz z przybyłym mi do pomocy, chwilowo pełniącym
obowiązki komendanta pow. rawskiego, komisarzem Ptasińskim, wyruszy
liśmy na miejsce, gdzie mieli się ukrywać bandyci.
Nietrudno wyobrazić sobie nasze rozczarowanie, kiedy w osadzie
Sochy bandytów już-‘-nie było. Gospodarz Socha i jego żona zaprzeczali
stanowczo, aby kiedykolwiek mieli przetrzymywać u siebie przestępców.
Inaczej jednak było w rzeczywistości. 9 letni synek Sochów, po krótkich
indagacjach oświadczył mi, że w ciągu kilku dni nocowało u nich w domu,
2-ch nieznanych mu mężczyzn, którzy przenieśli się do sąsiada Kołodziej
czyka i będą nocować u niego w chałupie. Ruszono tam. W izbie bandytów
nie było, lecz usłyszeliśmy podejrzane szmery w stodole i domyśliliśmy się,
że tam właśnie nocują. Natychmiast tyraljerą rozsypano policjantów, tak,
że o ewentualnej ucieczce bandytów nie mogło być mowy. Sprzyjała noc
księżycowa.
Na mój rozkaz „wychodzić ze stodoły“ — bandyci odpowiedzieli
ogniem. Zv naszej strony padło kilka salw karabinowych w stodołę. Bandyci
nie przerywali ognia. Uradziliśmy wezwać większe siły policji, a przedewszystkiem sprowadzić amunicję, której było stanowczo za mało. Miejscowy
starosta, który był z nami, na ochotnika wyruszył do Spały i około pierwszej
w nocy przywiózł ze sobą 300 ładunków i karabin maszynowy. W tym czasie
nie odpowiadaliśmy na strzały bandytów; Dopiero kiedy przyszły posiłki
i amunicja, otworzono ogień, uprzednio wzywając bandytów do poddania
się, Wezwania te bezskutecznie powtarzano, ilekroć następowała jakaś
przerwa w strzelaniu — bandyci odpowiadali na to śpiewem i wymy
słami. Wkońcu chcąc się ratować ucieczką, podpalili oni słomę w sto
dole. Był to moment chwilowej ich rezygnacji.
Gospodarz Kołodziejczyk natychmiast wbiegł do stodoły i przy po
mocy szpadla zdołał ugasić ogień. Bandyci rozkazali mu otworzyć tylne
wrota stodoły Kołodziejczyk uchylił połowę wrót. W momencie jednak
podbiegł wywiadowca Bobowski i olbrzymim kamieniem wrota te zabez
pieczył. Kiedy Kołodziejczyk gasił ogień, bandyci dali kilka strzałów; twier
dził on później, że strzelali oni do niego, lecz go nie trafili.
Około 2 w nocy, po ostrzelaniu bandytów z kulomiotu, oblężeni po
częli prosić o wszczęcie pertraktacji. Jeden z nich, Pawłowski, groza tamtej
szej okolicy, oświadczył, że się poddaje i że wyjdzie na podwórze bez broni.
Wkrótce też ukazał się we wrotach stodoły z rękoma do góry i na rozkaz
położył się na ziemi na wznak. Tak leżąc odpowiadał na pytania. Dowie
dzieliśmy się, że jego towarzysz, nazwiskiem Surowy, posiada karabin z kil
1238
koma ładunkami, dwa rewplwery i nie więcej jak 20 nabojow. Pawłowskiego
zrewidowano, zakuto w kajdany i odstawiono pod eskortą na posterunek
policyjny do Rzeczycy. W jakiś czas powrócił jeden z eskortujących z mel
dunkiem, że bandyta w drodze rzucił się do ucieczki, nie zatrzymał się,
mimo nawoływań, wskutek czego kilkoma kulami, posłanemi w pościgu,
został zabity.
Tymczasem drugi bandyta nie chciał się poddać. Nad ranem po kilku
godzinach pertraktacji, przerywanych strzałami, wystąpił on do policji
z niezwykłą propozycją. Zażądał mianowicie, aby mu dano papieru i ołówek,
bo chce opisać swój życiorys i wytłumaczyć, co go pchnęło na drogę wy
stępku. Zgodził się pisać na podwórzu, ale stawiał warunek, że wyjdzie
z rewolwerem, sam nie będzie strzelał, jeżeli ze strony policji nie padną
.strzały.
Po dłuższej naradzie z komisarzem Ptasińskim, zgodziliśmy się na propozycję bandyty. Było już widno na dworzu. Ustawiono na podwórzu
stolik i krzesełko. Bandyta pełen rezygnacji, z rewolwerem w ręku wyszedł
ze stodoły. Obejrzał się wokoło po' tyraljerze policyjnej i z tragicznym
uśmiechem zawołał: „Ech, iluż was przyszło po mnie jednego 1
potem
zasiadł przy stoliku, położył rewolwer obok siebie i zaczął pisać. Gdy skoń
czył pierwszy arkusz, zwrócił się do policji, aby ktoś odebrał napisane
i przejrzał, czy dość szczegółowo pisze i może będą jakie pytania. Odrzucił
zapisany arkusz i rozpoczął pisać na drugim. Położył podpis na siódmej
z kolei stronicy i oświadczył „skończyłem“, biorąc jednocześnie do ręki
rewolwer.
W odpowiedzi na to rozległa się komenda „gotuj broń“, po której
zwróciłem się do bandyty z wezwaniem podniesienia rąk do góry, oznaj
miając mu, że jest aresztowany. Bandyta zerwał się z krzesła, oparł się lewą
ręką o stół. Była to pozycja zwierza, gotującego się do skoku. Uzikim
wzrokiem powiódł wokoło i nagle twarz mu się zmieniła, ramionam. za
targało szlochanie. Chciał coś powiedzieć, lecz tylko ręką oderwał się od
stołu, machnął nią beznadziejnie w powietrzu i przyłożywszy rewolwer do
piersi, strzelił w serce. Padł trupem. Stwierdzono, że była to ostatnia kula
w. rewolwerze. Ustalono, że nazywał się Tadeusz Surowy, lat 22, był ucie
kinierem z więzienia w Przemyślu.
W ostatniem swojem piśmie Surowy dokładnie podał, co następuje:
„Ja Tadeusz Surowy, syn Maksymiljana i Kunegundy z Ujmów, uro
dzony w Jarosławiu w r. 1902, dnia 7. kwietnia, religji grecko-katol., przy
należny do Jarosławia, pow. jarosławskiego. Ďo szkół uczęszczałem w Jaro
sławiu, a ukończyłem szkoły w Przemyślu, t. j. ukończyłem 7 klas ludowych.
Szkoły ukończyłem w 1915 roku, w czasie tym, gdy Przemyśl poddał się
Rosjanom. Ojca mego wówczas wzięli na Kaukaz do niewoli. Pozostaliśmy
wówczas bez opieki ojcowskiej. Z chwilą wyjazdu ojcowskiego z Przemyśla,
pozostawił ojciec fundusz na to jedynie, abyśmy mogli ukończyć szkoły.
Ciężka sprawa była z matką, a to, że ona będąc nieczytelną t. j. analfabetką,
nie zezwoliła, jak również nie uszanowała woli ojca, pieniądze przej.ulała
wraz z kochankiem. Całemi tygodniami nie było jej w domu, więc my
głodni musieliśmy iść do familji, aby się pokarmić, lecz i to długo nie trwało.
209
matka zabroniła nam uczęszczać za pokarmem do rodziny, jak również do
znajomych, to jedynie, że znaliśmy wolę rodziców, więc stosować do tego
musieliśmy się. Mając lat 15 musiałem ciężko pracować na chleb, lecz i jego
nie miałem, gdyż matka pieniądze brała i zawsze przepiła. Więc zapoznałem
się z chłopakami niższej kategorji, nauczyli mnie oni kłamać, jak również
kraść. Więc głodny i goły wyjeżdżałem do Czech do Berna
tam dopiero
pierwszy raz na siebie zarobiłem, choć przykrtf mi było, lecz musiałem.
Kradzieży w swem życiu miałem może 20, określić bliżej nie mogę. Lecz
za czasów polskich miałem tylko sześć kradzieży kasowych. W między
czasie, będąc chwilowo w Przemyślu, w więzieniu śledczem wojskowem
Dow. Okr. Korp. Nr. 10, zapoznałem się z Janem Pawłowskim, więc na jego
prośbę, jak również na prośbę swoich współtowarzyszy niedoli, postanowiłem
zbiec i wyprowadzić ich na wolność. Jak postanowiłem, tak się też i stało:
W więzieniu pozostawałem za to, iż w roku 1921 zbiegłszy z wojskowego
zakładu karnego w Stanisławowie, przebywałem w Przemyślu, tam skradł
niejaki Michał Moskal chłopu z wozu koc i kożuch chłopski, ogólnej war
tości 10 dolarów, więc za to, że ja byłem obecny przy tern, a nie wzbroniłem,
ani też nie przeszkodziłem jemu w kradzieży, pozostałem ja jego wspólni
kiem. Wynik rozprawy był taki, że zostałem skazany na 5 lat ciężkiego
więzienia. Przy rozprawie powiedziano mi, iż przy zastosowaniu się do po
przedniego wyroku, na jaki byłem skazany w roku 1925 za kradzież na
3 lata więzienia, wyrok teraźniejszy l, j. 5 lat, powiedział mi pan pułkownik
Sowilski, przewodniczący mej rozprawy, iż ten wyrok jest łaskawy. Nie
było widać w nim nietylko łaski, lecz’ i prawa kodeksu karnego nie było.
W życiu jestem drugi raz karany; raz 3, raz 5 latami; ciężko mi było, więc
uciekałem.
Gdy zbiegłem z Przemyśla, udałem się wraz z Pawłowskim Janem do
wsi Rzeczycy i stąd wychodziliśmy rabować pieniądze na życie, pieniądze
braliśmy tylko żydom. Pierwszy napad nasz byl na żydów koło Inowłodza,
drugi za Pilicą, również koło Inowłodza, trzeci był w lesie na szosie koło
wsi Konewka, tam zastrzeliliśmy żydów, lecz strzelałem dlatego, że stać nie
chcieli. Stamtąd wróciłem wraz z Pawłowskim do Rzeczycy i tu zostaliśmy
osaczeni przez policję. Po kilkakrotnem wezwaniu nas przez policję, abyśmy
się poddali, Pawłowski zdecydował się na poddanie, lécz ja postanowiłem
sobie życie odebrać, więc to wykonam. Pawłowski brał udział w każdym
napadzie. Kreślę się Surow.“.
W podpisie zabrakło ostatniej litery. Napięte nerwy nie wytrzymały!
