-
extracted text
-
294
którego wejście odkryto takim sposobem: Raz chłop usłyszał dzwonienie^ wydobywające się z podziemi na przyległej jego domostwu
łące. Zaciekawiony opowiedział o tern swej żonie i razem zaczęli
kopać. Gdy natrafili na drzwi żelazne i otworzyli je, ujrzeli sta
ruszka, który dzwonił. Ten nakazawszy im milczenie, poprowadził
wąskiem podziemiem do szerszego lochu, gdzie, z wielkiem zdzi
wieniem, spostrzegli całe szeregi śpiących wojaków. Po jednej stro
nie spoczywali oni na ziemi przy ułożonych w kozły strzelbach —
była to piechota; z drugiej zaś strony drzemała łdwając się na
koniach — konnica. W pomroce panującej w podziemiach, chłop
nieostrożnie potrącił jednego z rycerzy, ten obudził się i zapytał:
„czy już czas?“ Staruszek z dzwonkiem obejrzał się, zgromił chłopa,
że śpiących pobudził, a wojaka uspokoił zapewnieniem, „że jeszcze
nie czas“. Gospodarz wraz z żoną musiełi wyjść z podziemiai przy
rzec, że nikomu o tem co tam widzieli, opowiadać nie będą. Lecz
gadatliwa kobieta nie potrafiła ukryć tajemnicy, skoro wszystkim
jest wiadomem, że oglądali tam całe beczki pieniędzy złotych.
Na zapytanie, czyje to wojsko? opowiadający upewniał, „że
wojsko to św. Jadwigi“ — a na co czeka? — „na wojnę“...
Podania _ te o rycerzach św. Jadwigi, sięgają aż po rzekę
Pilicę — gdyż według opowieści ks. L. Pankowskiego — ludzie
starzy utrzymują, że na górze Chełmskiej miał być zamek królo
wej (tak!) Jadwigi, a jej wojsko dotąd jeszcze ukrywa się we
wnętrzu góry. Antoni Skora, ze wsi Leonowa, gotów przysięgać,
że widział pod górą musztrujących się o zachodzie słońca żołnierzy.
(„Tydzień Piotrkowski“ VII. 2.). Dalej jeszcze, za Wisłą — bo pod
Józefowem Ordynackim, pokazują wzgórze — a na niem — co rzecz
osobliwsza w tych stronach, mnóstwo kamieni narzutowych. Olbrzy
mie te głazy tworzą kręgi i są zapewne śladami cmętarzyska po
gańskiego. Lud jednak utrzymuje, że kamienie owe, to śpiący
wojownicy, oczekujący również wezwania do walki.
Michał Rawicz-Witanowski.
Błogosławienie owsa w święto śwr. Szczepana Męcz, nie jest
w całym Kościele powszechne; zachowuje się w samej tylko Polsce
i w przyległych krajach słowiańskich, na Śląsku i w Czechach.
Dlaczego zaś dzień św. Szczepana naznaczono na ten obrządek,
trudno zbadać. Niektórzy domyślają się w owsie jakiegoś symbolu
męczeństwa i do niedawna był zwyczaj, że na wychodzącego księ
dza rzucano poświęconym owsem, naśladując niby rzucanie kamie
niami na świętego męczennika. Takie tłomaczenie nie ma jednak
żadnej faktycznej podstawy. Skądże bowiem właśnie owies ma
oznaczać kamienie? Raczej trzeba się tu domyślać jakiego zwy
czaju, który wpłynął na ustanowienie samej benedykcyi. Ks. Kito
wi cz opowiada, że w tym dniu czeladź odchodziła ze służby („na
św. Szczepan, każdy sobie pan“). Że zaś służbę wynagradzano
w naturze, a po największej części pewną miarą owsa, służba
chcąc, by Pan Bóg tej „wysłudze“ pobłogosławił, zanosiła ją do
kościoła.
Wincenty Badura.
— 295 —
Świteź swoją fabułą przypomina legendę o św. Urszuli
z towarzyszkami. Czytaliśmy w którymś z jej żywotow, ze
kiedy dowiedziała się o rozkazie króla zwycięscy, iż wraz z dzie
wicami, z któremi wzięto ją w niewolę, mają być wydane w ręce
barbarzyńskich żołdaków, padła na kolana błagając Boga, „by je
od hańby ocalił“. Zresztą, jak w balladzie Mickiewicza. Bog modli
twy wysłuchuje, rozstępuje się ziemia, a woda zalewa to miejsce,
w którem do dziś ma istnieć jezioro.
Wincenłg Badura.
Potrójna procesya w czasie rezurekcyi obchodzi się tylko u nas.
Zwyczaj ten sięga odległych wieków Kościoła polskiego takze
trudno wyrzec, kto i kiedy go wprowadził. Dość, że przez później
sze synody został potwierdzony i dziś mało kto zauważa w tern
różnicę pomiędzy powszechnymi obrzędami kościelnymi.
,
Nie musiało to być bez powodu, lecz jakiby był, zbadać nie
podobna. W nabożeństwie wielkosobotniem jest wiele wierszy, które
się trzykrotnie powtarza. Ma to oznaczać potęgowanie danej prośby,^
czy uczucia, może więc i potrójna procesya miała przedstawiać
wzrost radości. Chociaż znowu przesąd do dziśdnia powszechny
między ludem, że czarownica trzy razy procesyi nie obejdzie kaze
się domyślać czego innego, mianowicie, że zwyczaj ten powstał na
tle średniowiecznych ordaliów; z drugiej zaś strony takt, ze Koscioł
przy ustanawianiu obrzędów uwzględniał zwyczaje pogańskie ludów,
uświęcając je swym duchem, daje pewność analogicznego związku.
Wincenty Badura.
— 296
Kolacya (Coïlatio). było to u dawnych chrześcijan czytanie
duchowne, na które zbierali się wieczorem. Po tem czytaniu pozwo
lono im iść na posiłek i posiłek ten nazwano także coïlatio (Berger
diet. thcol. carême).
Wincenty Badura.
Leczenie wścieklizny. W powiecie Sanockim mieszka stary oby
watel, który po ojcu swym odziedziczył przepis sposobu zapobieże
nia wściekliźnie u psów pokąsanych przez zwierzę chore na wodowstręt. Postępuje się w sposób następujący. Słowa
Zna -j- Kaza + Kira + Kazanna -j- Faranna -j- Raaach -j- + -jnależy wypisać na kartce cienkiego papieru, zagnieść z chlebem
na gałkę i tę w ciepłem maśle zmaczaną dać psu zjeść; tego psa
trzeba przedtem trzy razy w wodzie skąpać. — Przepis pochodzi
z roku 1800-go.
„Przegląd weterynarski“ Roczn. XVII. (1902) str. 197.
Wiejscy lekarze. Wiadomą jest powszechnie rzeczą, jak słabe
zaułanie ma lud nasz do lekarzy-medyków, z drugiej znów strony,
z jakiem zaślepieniem daje się powodować samorodnym „doktorom“’
wiejskim Ci pierwsi źli też są na swych „kolegów“, że im psują
interes, denuncyują na każdym kroku Oni, otoczeni ogólnem
współczuciem ludu i aureolą męczeństwa idą do więzienia, lecz
i na potem choć potajemnie nie zaprzestają leczyć.
Lud zwie ich pospolicie wróżami', nie dlatego, żeby był
przekonanym, jakoby oni posługiwali się jakimi środkami czaro
dziejskimi,. lecz poprostu ze względu na skuteczność kuracyi, nie
jednokrotnie w wypadkach, gdzie pomoc lekarska okazała się bez
skuteczną. W wielu miejscowościach miałem aż nadto sposobności
przypatrzeć się tym .stosunkom i takie wypadki jako fakta skon
statować. A ci wróżowie, cóż to nieraz za indywidua z pod cie
mnej gwiazdy! To też trudno sobie było wytłomaczyć w jakiś sposób
tej ich nadzwyczajnej znajomości. Mówię tu o takich, którzy chorób
nie zazegnują, bo i lud już w to coraz więcej zaczyna nie wierzyć
e n*e ,wie,r.zy> xalit.° tych’ co swym pacyentom zapisują recepty,
femiech zbierał, kiedy się najniemożliwsze absurda czytało w po
staci owych recept. Za nic wszelkie tłomaczenia, chłop z receptą
szedł do apteki, a lekarstwo, które przynosił, choremu pomagało.
starałem się tę tajemnicę odkryć w aptece, co mi się też
udało. Ktoś z podobną receptą przychodzi żądając lekarstwa. Apte
karz kaitkę odbiera, lecz niby od niechcenia i z ciekawości wypy
tuje się o objawy danej choroby, wreszcie daje lekarstwo pouczając,
w jaki sposob ma być użyte. I w tem cała tajemnica. Aptekarz
nie stosuje się bowiem do recepty przyniesionej, z której niejedno
krotnie nic wyczytać nie można, lecz, jeśli nie może sobie wyrobić
— 297 —
pojęcia o chorobie, daje lekarstwo nieszkodliwe, a w przeciwnym
razie stosowne, oczywiście starając się, by me zwrocie Podejrzenia.
Wiedząc, że aptekarz sporządzający lekarstwa,, zna je nieraz lepiej
niż niejeden ordynujący lekarz który je przepisuje,
inozjia ę
dziwić że skutek ich bywa zbawienny. A wtedy sława takiego
wróża rośnie, ludzie z dalekich stron schodzą się do mego, a pra
wdziwemu sprawcy jedyną nagrodą jest błogie wewnętrzne zado
wolenie, że przynosi ulgę cierpiącej ludzkości. Na własną.rękę
leczyć nie może, lecz my ani pojęcia me marny, jak on Pod D™
pretekstem głównie ludowi wiejskiemu przychodzi z pomocą, oczy
wiście w skrytości przed okiem „wolnopraktykujących .
.
_ .
Zdarza się też często, że kiedy taki aptekarz z pewnej miej
scowości przeniesie się w drugą, ludzie po.lekarstwa parę mil meraz do meso ida gdyż jego następca, me trzymając się powyż
szego systemu, nie może zadowolić klientów. Powiadają wtedy, ze
to jest aptekarz kiepski, że nie umie się wyznać.na recepcie.
Co do samych wróżów, to oni sami o tern mc wiedzą, w j
sposób się to dzieje. Chłop z lekarstwem do niego nie pójdzie
a choćby poszedł, to niewiele się pozna na jego jakości, Gdy się
zaś zdarzy podobny wypadek, jak zmiana aptekarza, sam odsy
d° daByłbym jednak niesprawiedliwym, gdybym lekarzy wiejskich
całkowicie potępił. Tych są trzy kategorye: jedni, oszusd zumy^,
drudzy ci, o których była mowa, trzecia zas kate.gorya, to lekarze
prawdziwi. Do tych ostatnich w pierwszym rzędzie należą chiru gowie wobec których niech sobie głowy popiołem posypią d.yp>
Kii a także leczący sami różne słabości tak zemątane jak
i wewnętrzne własnymi środkami, głownie przy p
y
W Galicyi jest chłop ja może już i nieżyje), który wyleczył morbum gallicum w trzeciem stadyum.
Badura
ROZBIORY I SPRAWOZDANIA.
Wisła“ miesięcznik geograficzny i etnograficzny, wydawany z czę
ściowej zapomogi Kasy im. Mianowskiego, pod redakcyą Erazma Majew
skiego. Tom XVI., z 20 tablicami i 64 rysunkami. Warszawa. ■ -•
str. XII. i 802.
Kiedy przed rokiem ogłosiłem ocen, „Wisty-, wywołała ona wielkie
oburzenie, ale też zarazem bardzo pożądany
porównań rocznik poprzedni z ebeenre omawra,nym^zeby ¿pojedz
żną między nimi różnicę,
¡‘usterek jakie wytknąłem rocznia zarazem brak niemal całkowity wad i usteieK, jamę
j