bbfcb4ae1214205e3caf51b87d2527ab.pdf
Media
Part of Dwie bajki ze Sławkowa w Królestwie Polskiem / Lud, 1903, t. 9
- extracted text
-
— 178 —
A świętego Jantonija z klasztoru wygnali.
Te obrazy, te płótniane pod kulbaki kłali,
A z tych dzwonów a z tych głosów konie napawali.
Przenajświętszą tu Panienkę bardzo oskorbili,
Przenajświętszy ten Sakrament pod nogi kruszyli.
Pokruszyli, połamali koniam jeść dawali,
Konie tego nic nie jedli a przed Nim klękali. —
W kotły biją, w tręby grają na tak głośne struny,
Zawołajmy ta nabożnie do Najświętszej Panny.
Ty Panienko i Maryjo proś nas Syna Swego,
Coby raczył nam podłucał carya tureckiego.
Ty Panienko litościwa, jak to idzą lata,
Cy już będzie ten sąd pański, czy skończenie świata?
Kiedyby my mogli żyć a z Chrystusem Panem,
A zo świętym Jantonijem na wiek wieków Amen.
Podał Jan Wemorski.
DWIE
ZE SŁAWKOWA W KRÓLESTWIE POLSKIEM
według opowiadania Antoniego Trzewiczka spisał
SEWERYN UDZIELA.
0 przemyślnym parobku.
U pewnego gospodarza za Wisłą, służył parobek, który miał
liczyć pszczoły, ażeby żadna nie zginęła. Razu jednego brakło mu
jednej. Obejrzał się na wszystkie strony i zobaczył, jak wilk z jego
pszczołą w pysku uciekał ku Wiśle. Parobek puścił się za nim
w pogoń. Ale wilk zmiarkowawszy, że go gonią, puścił się, co
mu tylko sił starczyło i za chwilę wskoczył w wodę i uczuł się
zupełnie bezpiecznym. Parobek przybiegł na brzeg i zobaczył wilka
już na środku Wisły. Zmartwił się tern niepomiernie, bo znał głę
bokość rzeki i bał się puścić wpław za wilkiem, a znowu bez
pszczoły nie miał poco wracać do gospodarza. Wtem spostrzegł
w bliskości babę rozrzucającą gnój widłami. Porywa babie widły,
rzuca je na wodę i jakby na łodzi jedzie na nich za wilkiem. Do
gonił go wprawdzie, ale odbił mu tylko żądło, bo resztę pszczoły
wilk już pożarł. Po stracie pszczoły bał się już parobek wracać
do gospodarza, ale puścił się w świat szukać nowego pana.
— 179 —
'Tymczasem zaś postanowił użyć wolności na zwiedzenie nieba,
o którem słyszał tyle przyjemnych rzeczy. Wprawdzie było to przed
sięwzięcie za śmiałe, ba, nawet niepodobne do wykonania, bo jakże
ze ziemi dostać się do nieba. Ale przemyślny parobek i na to zna
lazł radę. Z żądła wydartego wilkowi zrobił drabinę, i tak wyszedł
do nieba. Bardzo mu się tam wszystko podobało i kto wie, czyby
był chciał wrócić na ziemię, gdyby nie głód, którego na nieszczę
ście nie było w niebie czem zaspokoić. Obejrzał jeszcze raz wszyst
kie piękności nieba i wraca do miejsca, w którem była przysta
wiona drabina. Spojrzy w otwór, a ziemi ani widać. Ale gdzie
drabina? Strach ogarnął parobka, jakże on teraz zejdzie na ziemię,
kiedy drabinę ktoś mu zabrał. Skoczyć nie można bez narażenia,
się na utratę życia. Wobec tego wołałby już w niebie umrzeć
z głodu. Ale że był przemyślny, zaczął chodzić po niebie, aby wy
szukać jakiego środka ratunku. Nadzieja go nie zawiodła. W je
dnym kącie znalazł kupę plew, z których ukręcił powróz długi
i po nim zaczął się spuszczać na ziemię. Ale jeszcze sto sążni było
do ziemi, kiedy sznur się skończył. Nie wiele myśląc u góry uciął,
a u dołu nadsztukował. Ale i tak jeszcze brakło mu sznura i musiał skoczyć z dość wielkiej wysokości. Właśnie było to po deszczu
i ziemia dobrze rozmiękła. Nie dziw, że parobek spadając, zapadł
się w ziemię sto sążni i w żaden sposób nie mógł się stamtąd
wydostać. Dopiero kiedy sobie przyniósł łopatę z pobliskiej wioski,
wykopał się i tak uszedł szczęśliwie śmierci.
0 królewnie, która była w mocy djabłów.
Było to w łecie, na łące kwiecistej stali dwaj bracia gospo
darze i kłócili się o złote pióro, które samo pisało wszystko, co
chciał właściciel.
— To pióro — mówił jeden - mnie się należy, bo umiera
jący nasz ojciec mnie najwięcej kochał, zresztą testamentem za
pisał mnie wszystko, a za tern i to pióro.
— To prawda — rzekł drugi — że ojciec kochał ciebie naj
więcej z moją krzywdą i testament zrobił tylko na twoją korzyść,
ale pamiętaj, że ja jestem od ciebie starszym i jeśli nie otrzyma
łem nic po ojcu, to przynajmniej to pióro musi do mnie należeć
i choćbym miał trupem paść, nie odstąpię prawa do niego.
Kto wie, do czego by ich ten spór był doprowadził, gdyby
nie wdanie się między nich jakiegoś podróżnego, który namówił
ich, by się nie kłócili, ale poszli z tą sprawą do sądu. Więc obaj
bracia udali się do najbliższego miasteczka z postanowieniem zgo12*
— 180 —
dzenia się na wyrok sędziego i komu będzie przysądzone prawo
do pióra, ten się wróci do podróżnego, u którego pozostawili tym
czasem to pióro. Ale podróżny nie zasłużył na tak nieograniczone
zaufanie, bo ledwie gospodarze zniknęli mu z oczów, wziął nogi
za pas i szybkim krokiem ruszył w dalszą wędrówkę.
Razu jednego przyszedł do wielkiego miasta, w któreni mie
szkał król tamtego kraju. Miasto było piękne i ludne ale jakiś
zewsząd wiał smutek i żałość. Ludzie chodzili ze smutnie zwieszonemi na dół głowami, na wszystkich kościołach powiewały
czarne chorągwie, ale najwięcej było ich na królewskim zamku.
Podróżnego zaciekawiło to i jednego z przechodzących zapytał o
powód tej powszechnej żałoby. Zapytany z góry popatrzył na po
dróżnego i rzekł:
— Widać, że dopiero po raz pierwszy widzisz nasze miasto,
kiedy nie wiesz o wielkiem nieszczęściu, które już od dawna do
tyka naszego króla. Ma on królewnę, która co noc znika z zamku,
a nikt nie może wyśledzić, dokąd się wtedy udaje. Król ogłosił
wielkie nagrody tym, którzyby zbadali tę tajemnicę. Wielu już
próbowało, ale wszyscy poginęłi haniebną śmiercią na szubienicy,
bo król tych, którzy się podejmą, a nie wyśledzą królewny, śmiercią
karze. Od pewnego też czasu już nikt się nie zgłaszał z pilnowa
niem królewny mimo, że w razie udania się zamiaru, król obiecał
dać wybawicielowi rękę królewny i królestwo.
Podróżny wysłuchał z całą uwagą tego opowiadania i po chwili
namysłu kazał się prowadzić na zamek do króla. Król ucieszył się
bardzo, że jeszcze są ludzie, którzy mu pragną przychylić szczęścia,
ale zaraz przypomniał podróżnemu prawo względem tych, co chcą
wykryć miejsce znikania królewny — i wręcz mu oświadczył, że
wrazie odkrycia królewny, dostanie ją za żonę, a w przeciwnym
razie śmierć go czeka. Podróżny zgodził się na wszystko i ponieważ
się już ściemniało, poszedł do pokoju królewny, która uwiadomiona
o jego zamiarze, przyjęła go bardzo dobrze. Zaprosiła go do zasta
wionej uczty, a po uczcie dawała mu pić różne trunki, żeby go
spoić. Ale podróżny zmiarkował ten podstęp, brał jeden kieliszek
po drugim i udając, że pije, wlewał za kołnież. Wkońcu udał już
dobrze pijanego i jak długi runął pod stół.
Tego tylko czekała królewna. Z szuflady wyjęła pudełko
z maścią, którą posmarowała pierścionek, obróciła nim koło palca
i zniknęła. Podróżny przeraził się tern, bo sprawa zaczynała brać
zły obrót, ale nie wiele myśląc, smaruje tą maścią swoje pióro
i obraca nim około palca. I owo dziwo! Jakaś niewidzialna siła
porywa go nagle, wynosi przez komin i niesie ponad górami,
181 —
lasami, het, gdzieś w świat daleki. Wtem czuje, że się spuszcza ku
ziemi. W lesie pod wielkim dębem stała na stoliczku kawa, którą
nasz podróżny wypił i stanąwszy pod drzewem, czekał, co się
dalej stanie. Niedługo nadleciała królewna, a widząc że kawa wy
pita, mruknęła:
— Ktoś mię uprzedził — i cień podejrzenia przemknął po jej
twarzy, ale wnet zniknął na myśl, że swego prześladowcę zosta
wiła w zamku pijanego. Obróciła znów pierścionkiem koło palca
zniknęła.
Podróżny uczynił tak samo z piórem i znowu uniósł się w po
wietrze i leciał, mijając góry, lasy i rzeki. Ale znowu spuścił się
nad brzeg rzeki dość' szerokiej i głębokiej, której przejść ani prze
płynąć nie było sposobu. Wnet za nim przybyła także królewna,
zagwizdnęła na piszczałce i zaraz z drugiej strony rzeki przypły
nęła łódka. Podróżny nie widząc innej rady, wychodzi z ukrycia
i udając zbłąkanego w lesie, prosi królewnę o przewiezienie go na
drugą stronę rzeki. Królewnę uderzyło wprawdzie podobieństwo
tego człowieka do tego, który chciał odkryć miejsce jej nocnych
wycieczek, ale myśl, że zostawiła go pijanym, rozprószyła jej po
dejrzenie i zbłąkanemu pozwoliła przewieźć się przez rzekę.
Na drugi gwizd królewny zjawiła się kareta, w której miała
pewnie dojechać do celu swych wycieczek, które odkryć było znowu
zadaniem podróżnego. Koniecznie trzeba mu było albo jechać w ka
recie z królewną, co jednakże było niemożebnem, albo przeszko
dzić tej jeździe, co już było o wiele łatwiejszem. Odkręcić śruby
przednich kół było dla podróżnego dziełem jednej chwili. Ledwie
powóz wyjechał kilka kroków, a tu dwa koła odpadają, powóz
uderza o ziemię i łamie się, a królewna skutkiem tego musi dalszą
podróż odbywać pieszo.
Za lasem na wysokiej górze wznosił się wspaniały zamek.
W tej właśnie chwili cały oświetlony, a poza uchylone okna bije
rzęsiste światło i słychać piękną muzykę. Zabawa opóźniła się
nieco z powodu nieobecności królewny, ale oto i ona wchodzi
do sali.
Tymczasem podrężnemu nie tak łatwo przyszło dostać się do
zamku. Dopiero po długich prośbach wpuścił go odźwierny, ale
pod tym warunkiem, że przespawszy się u niego, przed świtem
zamek opuści. Podróżnemu nie trzeba było więcej. U odźwiernego
znalazł stare ubranie lokajskie, w które się przebrał i poszedł na
pokoje gościnne. Między bawiącymi się znalazł wnet królewnę,
ale musiał mieć tego naoczny dowód, którymby udowodnił królowi
swoje odkrycie. Zauważył u królewny buciki z pięknemi i bardzo
182 —
do siebie podobnemi różami. Zbliżył się blisko niej i schylając się
niby po opuszczoną chusteczkę, odciął zręcznie jedną różę i z tem
świadectwem opuścił zaraz salę i zamek, uważając swoje posłan
nictwo za skończone, i znowu w ten sam sposób, w jaki tu przybył,
powrócił do pałacu króla i ułożył się pod stołem, udając pijanego.
Wnet za nim powróciła także królewna, a widząc podróżnego
jeszcze śpiącego, uśmiechnęła się złośliwie, życząc mu lekkiej
śmierci na szubienicy. Ale jak się zdziwiła, kiedy rano na zapy
tanie króla, aby odkrył, gdzie znika królewna, odpowiedział po
dróżny twierdząco. A kiedy na potwierdzenie tego chciał wyjąć
różę, królewna zbladła jak ściana i straszliwym głosem zawołała:
— Ojcze, nie dowiaduj się prawdy, bo w przeciwnym razie
zaraz umieram, a przy moim trupie musisz co noc straż stawiać,
bo inaczej ciebie ojcze wraz z całem państwem poduszę.
Ale król nie zważając na groźbę córki, kazał podróżnemu opo
wiedzieć całą prawdę i złożyć dowód. Kiedy podróżny kończył ostatnie
słowo opowiadania, królewna jęknąwszy straszliwie, trupem padła.
W katedrze przed wielkim ołtarzem stoi szklanna trumna
z trupem niedawno zmarłej królewny. Do koła panuje cisza gro
bowa, przerywana tylko odgłosem kroków szyldwacha, głucho
odbijających się o sklepienie świątyni. W tem, gdy zegar odbił
dwunastą godzinę, powstał w kościele hałas i szum, jakieś sza
motanie się i krzyk przeraźliwy szyldwacha i znowu cisza nastała
tym razem już niczem nie zamącona.
Rano zapanowała w mieście straszna trwoga. Straż postawiona
przy zmarłej królewnie, zginęła gdzieś bez śladu. Domyślano się,
że padła ofiarą zmarłej królewny, co jeszcze strach zwiększało.
To samo działo się drugiej, trzeciej i dziesiątej nocy. Król z roz
paczy rwał włosy z głowy, widząc, że całe jego państwo z czasem
wyginie. Ale przypomniał sobie tego podróżnego, który odkrył ta
jemnicę królewny. „Ten, pomyślał sobie król, może sobie da radę
ze zmarłą“. Zawołany podróżny prosił i przedkładał królowi, że
królewna, jeśli się mści na ludziach, nic jej nie winnych, to tem
bardziej mścić się będzie na nim, który właściwie stał się przy
czyną tego całego nieszczęścia. Ale nic nie pomogło. Król za
groził mu śmiercią w razie nieposłuszeństwa. Na śmierć przy
gotowany szedł podróżny do kościoła pilnować trupa królewny.
Przy samym kościele siedział staruszek biały, jak gołąbek, który
zobaczywszy smutnego i zamyślonego podróżnego, spytał, co mu
dolega. Zapytany opowiedział wszystko, a wtedy staruszek pocie
szył go mówiąc, żeby się niczego nie obawiał i kazał mu iść
na chór:
183 —
__ O dwunastej godzinie wstanie królewna i będzie cię szukać
wszędzie i wołać po imieniu, ale nie powinieneś się ani pokazywać,
ani odzywać. Dopiero kiedy kur zapieje i królewna będzie wracać
do grobu, masz się jej pokazać i powiedzieć: „Ja jestem, aleś mię
nie znalazła“. ,
. .
,
,, ,
Te rady dodały podróżnemu otuchy i już weselszy wszedł do
kościoła. Na chórze znalazł sobie wygodne i dobrze zewsząd za
kryte miejsce, z którego wszakże mógł dobrze widzieć cały kościół.
Ciemności nie dozwoliły mu nic widzieć, cisza przerażała go,
a godziny bijące na wieży, im więcej zbliżały się do dwunastej,
tern bardziej niepokoiły go. Wreszcie dźwięk zegaru ogłosił godzinę
dwunastą. Jeszcze ostatnie echo nie przebrzmiało, kiedy nagle
trumna otwarła się z łoskotem, a z niej wyleciała na kościół kró
lewna. Podróżny aż struchlał na jej widok. Włosy miała rozczo
chrane, oczy dzikie, z których iskry leciały, pięści zaciśnięte,
a z ust wydobywały się co chwila straszne przekleństwa. W ta
kim stanie obleciała cały kościół, nie mijając żadnego zakątka,
tylko chór minęła. Gdy się już kładła do trumny, wtedy ukazał
się jej podróżny, ale wystraszony wyrzekł tylko:
— Jestem!
................................
.
— Poczekaj — odpowiedziała królewna — jutro już się me ukryjesz
przcdcninĘ.!
Nazajutrz poradził mu staruszek ukryć się na ambonie. Kró
lewna i tym razem nie znalazła go, ale na trzecią noc obiecała
nie opuścić ani jednego zakątka i wszędzie szukać. Sam staruszek
zwątpił już o ratunku, ale mu poradził. ukryć się przy samej
trumnie tak, żeby go przykryło otwierające się wieko, a kiedy
królewna oddali się na środek kościoła, żeby wszedł do trumny
i czekał, aż przyjdzie. Gdy go zobaczy w trumnie, zaczme go
z niej wypędzać, ale on powinien żądać, żeby mu podała całą
rękę.' Ona mu poda jeden palec, ale niech go nie chwyta, bo by
jeszcze miała nad nim siłę. Tak się też stało, jak powiedział sta
ruszek. Dopiero kiedy mu podała całą rękę, chwycił ją silnie,
wstał z trumny i poszedł z nią przed ołtarz modlić się. Rano przy
szedł do kościoła król z dworzanami i widział, jak królewna bielała
powoli. WTtedy dopiero wstał podróżny, zawołał księdza, ażeby mu
dał zaraz ślub, po którym królewna dziękowała podróżnemu za
wybawienie, bo zaraz po śmierci czarci wzięli ją w moc swoją,
od których on ją wybawił.
Wesele odbyło się wspaniałe na zamku. Stary kroi wnet
umarł, a po nim objął rządy podróżny, który mądrze i bardzo
długo panował.
~_
