93ffeb728486d7b4021c9c1900afccc9.pdf

Media

Part of Podania, wierzenia i zwyczaje we wsi Trościańcu, w pow. śniatyńskim / Lud, 1903, t. 9

extracted text
— 381 —
2298. Ziół dosyć w aptece.
2299. Z kobietą wojować niebezpiecznie.
2300. Życie niewarte jest fatygi.
Omyłki druku w zeszycie I

Pod Nr. 1657. jest: tem kajał ma być: ten kajał.
j uńcom (młodym wołom).
jeńcom
1579.
(Porówn. N.).
(Przon.
A.)
1617.
H. Goldstein.

Podania, zwyczaje i wierzenia
we wsi Trościańcu — w powiecie śniatyńskim.
„Dobosz sławny“ w Trościańcu.

Dawno _ dawno — kiedy jeszcze Dobosz wojował, harne to
były czasy! Biednym ludziom było najlepiej, bo Dobosz był dla
nich bratem rodzonym; Lach i Żyd był mu tylko wrogiem,
a Hucuł i gazda tutejszy, serdecznym druhem. Przebywał on często
w Trościańcu, ale bo i Trościaniec wtedy nie był taki jak dziś.
Trostyna1)2 w nim rosła jak gaj - było się też gdzie chłopcom
chować i hulać - i zasiąść na żyda psiawiarę, jak wiózł marlę )
do Kut i do Kossowa abo do Kołomyi. - Zal się Boże! az się serce
kraje prawowiernemu Rusinowi, kiedy zobaczy te trzy c res y
w Rossowie na górze, to tak, jakby mu rodzona rew z serca
kapała. Tam to, naszemu serdecznemu był i koniec, tam on wbi
swój topor sławny w kamień, że go i dziesięć wołow z amienia
tego nie wyciągnie. Zostały po nim nieboże, tylko e rzy c les y
na rozpukę3) i gorszy żal biednym ludziom.
h Trzcina.
2) Towary.
3) Rozpacz.

■— 382 —
Jak on jeszcze chodził — to bywało posyła swoich chłopców
do jakiego dworu — abo do gazdy, z zapowiedzią, żeby mu nagotowali i napiekli wszelkiego dobra, to on przyjdzie ze swoją wa­
tahą na obiad. Ta gdzie byli mądrzy ludzie, to i zrobili i było im
z tern dobrze, a gdzie byli durni, to co im przyszło z tego! —
wybili ich, wyrżnęli, ta i koniec. — Ot, jak to było i w Tułukowie,
koło Zabłotowa — nie chciał pan posłuchać, to i miał za swoje.
A taki lepiej, jak Iwan Ponur, co to mieszkał pod Łupinką1) —
a potem jego wnuk Michajło zapisał grunt Warwarze Ostafijczuczce,
a ta i do dziś tam siedzi — ta nie lepiej zrobił? — Jak mu przy­
słał sławny Dobosz swoich posłów, jak się zapowiedział, to ten
szczerem sercem i jałówkę zabił i żona kołaczów napiekła i przy­
jęli Dobosza jak Bóg Święty przykazał. Za to potemu, pyta Dobosz
Iwana Ponura, a masz ty diedin 2) hroszi? — A ten jak na spo­
wiedzi świętej prawdę powiedział, że ino jednę berbenicę 3) czer­
wonych ma. — Na to krzyknął Dobosz: chłopcy! dajcie mu drugą! —
I dali niebożęta — niech im tak da Hospod Boh carstwo niebieskie.
Ale to dawne czasy — każdy miał czerwonych w bród — to i Ponur
nie wiedział, co z temi pieniędzmi robić i zakopał pod pagórkiem —
tam, gdzie teraz sad śliwkowy Warwary — ale ona ich znaleść
nie może.
Jest bo to tych skarbów Doboszowych w Trościańcu nie
mało — ledwie co krok stąpisz, to mógłbyś je znaleść, ale co
z tego! kiedy nie wszystkie dają się brać. — To i co przyszło z tego
Janasowi Paulukowi z Caryny4), że wykopał dwa kotły pełne i cie­
szył się niemi! A tu hrym! — przychodzi w nocy jakaś dusza,
puka do okna i mówi: Oddaj pieniądze, bo cię pokręci. Tanasij,
nieboże, skoro świt poszedł w okóp, gdzie pieniądze znalazł i za­
kopał na powrót — ale co z tego! jak go zaczęło kręcić — tak
kręci i kręci — jak by go połamało, ani rusz chodzić. — Co to
może być? Poszli za nim do wróżki, dobrzy ludzie, i pytają, czemu
to tak? — a ona popatrzyła na dym, co zieleni kurzyła i mówi:
u Tanasija pod ławą leży jeszcze jeden srybny, niech go Tanasij
odniesie na swoje miejsce i położy tam gdzie był, to nic mu nie
będzie. I prawda była — bo jeden srybniaczek zakocił się pod ławą
tak, że go Tanasij nie widział — odniósł go potem, to mu i po­
mogło.
b Wzgórze tak nazwane w Trościańcu,
b Ojcze.
3) Beczułka.
ł) Część wsi w Trościańcu.

— 383
Abo teraz! niby jest co? — Nagadał Pawło Ostafijczuk, będzie
temu z lat pięć, że jak był w Orszowcach za Sniatynem (już na
Bukowinie), to spotkał takiego starego w karczmie, jak gołąb
siwego, miał już ten stary pewnie sto abo i dwieście lat — lo
ten stary, jak się dowiedział, że Pawło z Trościanca - dalej ze
mu rozpowiadać. Ta ja synku znam gdzie Trościaniec, ja nie raz
i nie dwa tam był, ta jeszcze z naszym sirym sokolikiem Dobo­
szem a my tam mieli wielkie skarby, co szat bogatych, co ser­
daków, kożuchów, wosku, złota i srebra, to niktby nie przerachował.
Jest tam u was jedna góra Pawłowa a druga Ryzyna
a na
tei Ryzynej jest lasek na samej granicy od Iliniec. Wyjdźcie na
największy pagórek w tym lasku i patrzcie — jak zobaczycie trzy
cerkwie, jedną Iliniecką, drugą Trościaniecką, trzecią Rożnowską,
to w tern miejscu będzie sklep i tam kopcie. - Prawda i to była,
ale co z tego — pagórek znaleźli, kopali i kopali przez kilka nocy
przy pochodniach i nie można było nic znaleść, choc me jeden
widział jak się pieniądze paliły. Bo może jeszcze temu poko emu
nie pisano znaleść - bo mówią starzy, że az czwarte pokolenie
może brać nieczyste pieniądze.
0 odwracaniu gradu.

Są tutaj wróżki! są - i to dobre — nie ndgadałby się o nich
i do jutra. — Jak ta stara, niech z Bogiem spoczywa, Hafija Ga deninczka, co umarła, będzie temu ze cztery lata,
mądra
była, choć którędy - czy to chmura czarna sunie się jak m
z węglami, czy zawarczy jak w kotle gradowa, co z
ą )
uderzyć i zatopić ludzką pracę - co krwawym potem dorobisię
czv trochę żyta w polu czy kokorudzy w ogrodzie. Az strach
bierze człowieka! — A stara Gałdeninczka, bywało ino wyj zie
z miską wody, a zrobi sobie miotełkę z łozy i wasylku - pokropi
tą miotełką na wszystkie strony świata i zaczme przemawiac^A\
Imia Otca, Isusa Chrysta, Syna Bozoho 1 Ducha S^atoh^e dopf.
na horv _ na lisy - na wodu taj łuhy - de kury ne uopi
wajut 2 de psy ne dohaukajut - de koni; kopytamy ne dome­
na lisy, na «dy, “
umarła,
szczezła gdzieś, jak piana na morzu
r,vw.hfl knhnrudzy abo
nie żal było jej dać, czy grajcar jaki, czy trochę kokorudzy
fasoli — ha! niech z Bogiem spoczywa.
i) Ulewa.

— 384 —
. _ Ta jest tu jeszcze Sofija Iwaninczka — ta! i ta nie zła bo
ją jeszcze nieboszczka imość Gadzińska uczyła grad odwracać __
ale to już nie to, co tamta. Ma ona i ziela i korzonki, tak samo
jak Gałdemnczka, ale czasem ona i nie da rady, ot choćby i tani­
ego loku
choć przemawiała i robiła co rozumie a taki wybiła
łucza poł wsi.
J
Dawno, był - to prawda, „Gradobij“*), to ten był najlepszy,
ale tamtemu to z pod kazdgo numeru, każdy gospodarz, dawał co
roku garniec kokorudzy — to też dawnemi latanii nie było gradu
nigdy w Trościańcu.

„On“ albo „Szczezby“ (Dyabeł).
Opowiadanie wakara2)3 Ila Kuryluka w roku 1902.

Nigdzie tak nie straszno spać, jak we dworze
bo taki
w każdym obejściu może być „on“, ale we dworze to bezpiecznie2)
musi byc bo ma się gdzie chować, a potem po nocach spać nie
daje, — to się stuka i tłumi po strychach stajennych, to się prze­
biera za kota i łazi po żłobach, to w psa się przerzuci — zwy­
czajnie — aby nie dać spokoju biednemu chrześcijaninowi A do
kuchni, to bywało, nasypie w komin fasoli choć łopatą wygartui
a niby to państwo wierzą? - śpią jak by nigdy nic! Choćby im
i pokazać, ile przez noc „plugawy“ nasypał, to jeszcze się śmieją.
Najlepiej to wiedzą o „nim“ Ilo Kuryluk i gumienny Mikołaj
Ołeksiuk, tym niebożętom, dał się „szczezby“ we znaki. Raz już
tak nie dawał spać Iłowi w stajni, że musiał pójść pod szopę i poozyc się na wozie. Spi on — spi, aż zaczęło szarzeć, ot, jak to
w lecie — może była trzecia godzina — przerzucił się ze snu —
patrzy, a on gdzie? — A jego „szczezby“ zatoczył z wozem aż pod
pierwszą chałupę we wsi — hej! co tu robić? strach go zdjął
i wstyd — dalej ciągnąć wóz pod górę, aż cały mokry był, nim
zaciągnął napowrót pod szopę.
A raz, to jeszcze gorzej było! Była jedna krowa na stajni,
co me można było dać jej rady — nazywała się Hołubana, jak ją
co ñapadme, to leci i nie pyta, rów, nie rów — płot, nie płot to
przeskoczy. Ale przyszedł i na nią cures. Jak raz przeskoczyła rów
to czy ją co ruszyło, czy co? — aż upadła i nogę złamała. Ale,’
2 ^adycyJna P^tać, oznacza takiego, który pokonuje chmury i grady.
) V akar znaczy pastuch do bydła, nigdy zaś trzody
3) Na pewno.

— 385 —
łaska Boża, że jest we wsi pałamar1), Iwan Łytypiuk, co składa
kości, naciąga i ludziom i marzynie2) — to my, dalej po pałamarza,
ten przyszedł — nogę złożył w leszczoty — zasmarował, a krowa
nieboraczysko leży jak góra w stajni. Leży ona już kilka dni, aż
tu przychodzi do Ila Ołeksiuk i mówi: ot kłopot! sterta nie dowierszona, bo nie można było już dołożyć, choć się woziło i woziło
snopy aż do zmroku; a tu, nie daj Boże deszczu albo jakiej biedy,
to jeszcze może co pokraść snopy w nocy. Chodź ze mną spać na
stertę. To i poszli — wleźli po drabinie na sam wierzch i śpią, llo
na jedno ucho spi, a na drugie słucha, czy nie idzie kto kraść,
a Ołeksiuk chrapie, jakby maź wiózł. Aż tu, naraz, słyszy llo, że
idzie coś — szturknął w bok Ołeksiuka i obydwa patrzą, co to
z tego będzie. — Ale „to“ taki drapie się na stertę, myśleli oni,
że na pewno złodziej, tak się przyczaili i każdy plunął dobrze
w kułak i czeka — aż tu naraz —* aż włosy im stały na głowie,
taż to Hołubana wlazła na stertę i oczy na nich wytrzeszczyła. —llo, jak nie da nogom znać! szczęście, że drabina była oparta z dru­
giej strony, a Ołeksiuk za nim — aż się oparli pod stajnią. Patrzą,
a brama zamknięta i sztaba założona — oni otwierają, a Hołubana
biedaczysko jak leżała, tak leży, ino sobie rurnyga3). —Aha! To-to
ty był paniczu!

Lekarka na „Perepołoch“ (Przestrach).
Opowiadanie Hajseniuczki w r. 1899.

Jak się kto przestraszy, czy nie daj Boże! ognia, albo czego
innego, to najlepiej rozedrzeć na nim koszulę — a jak psa, konia,
lub jakiego innego zwierzęcia — to trzeba zaraz to samo zwierzę
złapać, uciąć mu trochę sierci i podkurzyć tem przestraszonego.
Mikołaicha Hajseniuczka, miała taki „perepołoch“, że rady dać
nie można było. Bywało, jak się położy spać, to serce w niej się
tak bije, że o maleńko, taki nie wypadnie, a nud4)* taka bierze,
że urwałaby się z pościeli. Ale przyszła jakaś babka stareńka proszuczy8) — daj jej Boże zdrowia, i poradziła Hajseniuczce, ażeby
poszła przed wschodem słońca do jakiego sąsiada i ukradła ruty
(tylko kradziona skutkuje i pomaga). Dobrze że niedaleko trzeba
*) Kościelny.
2) Bydłu.
3) Przeżuwa.
4) Niepokój.
8) Po jałmużnę.

25

— 386 —
było chodzić! bo u Kofełczuka huk tego ziela. — Zgotowała tę rutę
Mikołaicha, zmówiła trzy razy Otcze-nasz i trzy Bohorodyce Diwo
i na wschód słońca obróciła się i wypiła. To tak, jakby ręką odjął.
Tylko teraz obrzuciło ją pryszczami, ale na to, to tylko przemowa
pomoże.

Kury piejące, to zła przepowiednia.
Oj! będzie, będzie nieszczęście — bo u Lesia kurka pieje,
u Andrija Semeniuka także piała, ale w samą porę poradzili, i teraz
nic by nie szkodziło, ale trzeba wiedzieć co robić. Żeby Łysycha
była mądra— to wzięłaby kurkę, i zaczynałaby nią chatę mierzyć,
od ściany aż do progu. Jak wypadnie ogon na progu, to ucięłaby
ogon siekierą, a jak główka, to główkę, ino trzeba uważać aby
raz tylko ciupnąć, żeby aż odleciała. To nic wadzić nie będzie
a licho ominie. — Ot! żeby tak byli zrobili i pouważali u Wasyla
Czepiła, a „gadzina przeklęta“ jak zaczęła piać, to wypiała nie­
szczęście. Bywało, stanie na progu, to aż się rozdziawi, tak zawo­
dzi, niby kogut, aż oczy na wierzch wyłupi. Co ją chce Wasyłycha
złapać, a ta furk! ta na strych ucieknie, a tam co? goń wiatcr
w polu! nim Wasyłycha przystawi drabinę, a ta, po pod ostrzeszek
i poszła w sad. A dzieciska! — jak dzieciska — dalej latać boso,
rade że słońce zaświeciło i zabłysnęło, choć jeszcze roztopy ze
śniegu, jak kasza na dworze — aż na jeden raz, aż dwoje ich za­
kaszlało — rozpaliło jak żar — a do tygodnia oboje ksiądz dobro­
dziej pochowali. — A starsza dziewczyna, jak oślepła na oko, to
choć była i w szpitalu, to nic nie pomogło. No! a czemuż kurce
nie było odrąbać głowy?

Wełety czyli Wełykany1).
Przed‘laty mniej więcej dwudziestu, pasł bydło na Dębniakach2) mały chłopak, Nikefor Ostafijczuk, a że miał kilku towa­
rzyszy dobrych do zabawy, zapędził się z nimi na Górę Pawłową,
przyległą do Debniaków i tam w usuniętem glinisku znalazł kość
olbrzymiej wielkości. Była ona długa parę łokci, a gruba jak młody
dębczak. A że matka Nikefora jest po trosze znachorką, kazała
więc sobie przynieść tę kość i wygotowała z niej szpik, który,
’) Wełety i Wełykany — Wielkoludy, olbrzymi.
2J Część pola w Trościańcu.

— 387
z Wełykanów, jak wiadomo, potrzebnym jest bardzo do rozmaitych
praktyk czarownicom. Rozbito więc na drzazgi tę kość, wygoto­
wano szpik, jak zaś był zużytkowanym, nie wiadomo nam wcale.
W kilka lat później usunęło się to glinisko jeszcze więcej
i wyszedł na jaw cały szkielet tegoż Wełykana1).
Paraska Dmytruk, wyżej wspomniany Nikefor Ostafijczuk
i inni ludzie opowiadali mi, że go widzieli w całości. A przytomny
temu opowiadaniu Szmil Than, stary żydek, twierdzi, że ten Wełykan był jeszcze po śmierci bardzo straszny, leżał na wznak
z okrutnie długiemi rękami i że miał „takich zębów jak wielki
pidkowa koński“. Nieszczęście jednak chce, że duch zniszczenia
panuje wszechwładnie w naszym ludzie, więc pastuszkowie, bawiąc
się temi kośćmi na polu, ułożyli wreszcie z nich stos i spalili do­
szczętnie. Nie bali się nawet grzechu, ponieważ ani Wełet Pawło,
od którego góra nosi nazwę, ani brat jego Ryz, który mieszkał na
przeciwnym końcu wsi na górze również od niego nazwanej, nie
byli jeszcze chrześcijanami.
Opowiadają o nich w Trościańcu, że byli tak wielcy i ręce
mieli tak długie, iż przy rąbaniu lasów, podawał jeden brat dru­
giemu siekierę, jakkolwiek Ryzyna Hora od Pawłowoi Hory jest
oddaloną blisko trzy kilometry.
O Ryzie mówią, że miał także i córkę tak wielką jak on, ta
zaś ludzi wracających z jarmarku z Zabłotowa wraz z wozami
i końmi lub wołami, podawała ojcu na dłoni, pytając się co to za
mrówki łażą. A raz nawet stało się wielkie nieszczęście przez zło­
śliwość młodej Wełykanki. Bo jak raz, było to po deszczu, kiedy
wracało mnóstwo ludzi z rocznego jarmarku, wesoła Wełykanka
wykręciła się na pięcie na Ryzynej górze i zrobiła w ten sposób
tak głęboki dołek, że dzisiejszym ludziom zwykłym wydawałby się
jak wielkie jezioro i tam wszyscy wracający z jarmarku potopił
się wraz z wołami, końmi i wozami.

0 Katerynie Wiwczaruczce.

Ej! były to kiedyś baby w Trościańcu — były. Czy to korzec
żyta zadać sobie na plecy, czy i na konia siąść, a choćby i lulkę
zakurzyć — do wszystkiego dobre, bo to i do roboty i do hulanki ■ ■
aż miło 1
’) Mamuta?

25*

388 —
Nie takie one teraz, oj nie takie — te tiutie z poływanym nosom!1).
Opowiadał mi o tych babach llo lwaniuk, z dodatkiem, że dziś
już tylko jedna Paraska Dmytruk na cały Trościaniec, co to i do
siekiery i do konia, a ze siły i wzrostu ze wszystkiem do nich
podobna. Ta i nie dziwota, że podobna, bo to jakaś prawnuczka
tej Kateryny Wiwczaruczki, co to siedziała koło dworskiego łanku
i do dziś jeszcze jej prawnuki w tej chacie siedzą. Ależ bo to i była
Kateryna!
Raz kiedy wszyscy ludzie ze wsi byli na robocie w polu,
a baby tylko zostały po chatach i gotowały obiady, wleciał Tatar
brodaty do chaty Kateryny.
— Czuj babo! jak sie nazywajesz? — krzyknął w progu.
— Kateryna pane Tatar — a szczo tam choczete?
— Zbieraj się babo zaraz i chodź ze mną.
— Zaraz pane Tatar, tylko szkoda, że chleb jeszcze w piecu,
a i w garnkach dogotowuje się strawa, a ja głodna, od samego
rana nic jeszcze nie jadła, to może i wy, pane Tatar troszkę
skosztujecie?
Siadł Tatar na ławie i mruknął — no-no! zaczekam trochę,
tylko ty się prędko zwijaj, bo ja nie mam czasu.
Ale Kateryna naumyślnie powoli wydobywała miski z półek
i potrawy z pieca, a nareszcie i chleb się dopiekł. Tatarynowi aż
samemu ślinka idzie, tak pachnie pod nosem świeży chleb. Aż
Kateryna otwiera drzwi i jchce wyjść z chaty.
— A gdzie ty babo chcesz iść? — pyta Tatar.
— Do komory pane Tatar, po mięso i po kapustę.
-— Nie pójdziesz ty mi babo sama, bobyś uciekła.
1 poszedł za nią Tatar do komory, tam, zabrała Kateryna jakieś
mięso zimne i idzie z miską do beczki, lecz co się nachyli do niej —
stęknie, i znów się podniesie.
— A co ty tam tak długo nabierasz? — krzyknął Tatar ostro.
— Ej pane Tatar nie gniewajcie się na mnie, bo tam już ka­
pusty tylko na dnie, to i dostać nie mogę.
A nieprawdą to było, bo Kateryna była wielka, największa
z całej wsi, oho! teraz już niema takich bab, chyba jedna Paraska
Szteianowa2).
’) „Tiutia z poływanym nosom“ pochodzi od glinianych kogutków wyrabianych
dla dzieci, upstrzonych polewą białą i zieloną, z dziurką w ogonie, służą­
cych do świstania.
2) Wyżej wspomniana Paraska Dmytruk — w Trościańcu bowiem mają zwy­
czaj nazywać dzieci po imieniu ojca — w tym więc wypadku Paraska
Sztefanowa znaczy córka Stefana.

— 389 —
Ale Tatar niecierpliwy, powiada do niej:
— Poczekaj babo, ja sam nabiorę.
No! i schyliło się biedne Tatarzysko na swoje nieszczęście taj
niedolę do beczki, bo jak tylko Kateryna zobaczyła, że Tatar wsa­
dził głowę i nic nie widzi, złapała siekierę i w szyję tak rąbnęła
szczęśliwie, że Tatar ani zipnął.
Wtenczas wybiegła Kateryna z chaty na podwórze, popatrzeć
co się dzieje, ale tam nie było nikogo, tylko koń tatarski pasł się
w sadku śliwowym, a na nim besahy skórzane. Kateryna prędko
zdjęła besahy, a konia wypędziła za wrota. Patrzy — a w besahach same dukaty złote. I dla tego to u Wiwczaruków do dziś
dnia i ziemi dużo — i woły ładne — bo taki tern bogactwem do
tej pory żyją.
0 Katynie czarownicy.

Opowiadał mi Ilo Kuryluk, że jeden gazda w naszem siole
pojechał w pole wołami po snopy. Był on najbogatszy we wsi
i wiodło mu się tak, jak nikomu na świecie. Miał on cztery krowy
jak łanie — a mleka od nich, choć się kąpaj — dwa siwe woły
i parę wronych koników, co jak pojedzie nimi na jarmark do Kossowa, czy doWyżnicy, to się czwani wozem kowanymi konikami,
jak największy bohatyr1).
Jedzie on — jedzie w pole — a wziął ze sobą swoją dzie­
wczynę Kałynę, kraśną jak słońce jedynaczkę. Naładował z nią
żyta na wóz i wraca, aż tu słońce zaszło — a niezadługo potem
pokazał się i miesiąc nowiutki, z rożkami zakrzywionymi w górę.
Gazda zdjął kuczmę z głowy, przeżegnał się trzy razy i odmawia
mołytwy wieczorne, tylko od czasu do czasu zawoła na swoje woły
siwe, sob, sob, cabe! i dalej pomrukuje Bohorodyce DiwoiWiriju.
I nie patrzy, że jego dziewczyny Kałyny dawno już nie ma przy
wozie. Kiedy już skończył pacierze — patrzy — a tu jakoś ciemniej
na niebie, choć gwiazdki mrugają, jakby chciały coś gadać —
a nie śmiały, a miesiąca gdzieś niema — i jakoś na świecie stra­
szno. Popatrzył za wóz — a tam jego dziewczyny Kałyny nie ma.
Zaczął na nią wołać i hukać, aż się w sąsiednim lesie echo odzy­
wało, a tu i ciemno i dziewczyny jak niema, tak niema. Aż naraz! —
patrzy, a tu — aż blask bije w oczy, siwe woły się żachnęły i w bok
skoczyły, jakby złe do nich przystąpiło! To jego Kałyna wraca,
a w ręku niesie miesiąc jasny, jak sierp na żniwa.
h Bogacz.

- 390
Oj! dolo moja! — dolo nieszczęśliwa! a skąd ty doniu ten
miesiąc zabrała? gdzie ty się tych czarów nauczyła — głowo moja
biedna!
— Nie bójcie się mój tatuniu! — bo jak ja się urodziła, mamka
rodzona w nocnej rosie kąpała, tęczą powijała i miesiąc srebrny
zdejmować uczyła, a gwiazdkami jasneńkiemi, jak pisankami
bawiła.
— Doniu — moja doniu! odnieś ty ten miesiąc i postaw tam.
skąd go wzięłaś, bo ja z tern do domu wracać nie chcę.
Zasmucił się i zastraszył biedny gazda tak, że całą noc nie
spał, a rano — skoro świt, poszedł do parocha prosić o radę i pomoc
Paroch wysłuchał i dał taką radę:
— Idź do domu boży człowieku, zamknij twoją chatę i podpal
na wszystkich czterech rogach, bo tobie nie żyć z takiemi czaro­
wnicami.
Usłuchał gazda, podpalił chatę, a sam z dobytkiem wyniósł
się w cudze strony.
A po tej Kałynie, sławnej czarownicy, mówią ludzie, że żyje
jeszcze w górach jakaś wnuczka, czy prawnuczka Rystyna i ta
umie zaprawiać krowy i dać na lubymene i radzić w każdej przy­
godzie. Mieszka ona aż dwie czy trzy mile za Kossowem. Ta to
i Miszko Hajseniuk tam był, będzie temu z pięć lat, kiedy mu
zadali u tej widmy Herczykowej, co to chodził do jej Paraski i tak
go stara Herczykowa oczarowała, że aż mowę odjęło. A ta wróżka
Rystyna mu poradziła, że i gada i więcej na dziewczynę i spoj­
rzeć nie chciał.

W?

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.