R_7_wysłouchowa.pdf
Media
Part of Z ust górala Zakopiańskiego / Lud 1901, t. 7
- extracted text
-
— 181 —
Z ust górala zakopiańskiego.
Pani Gabrjeli, miłośniczce
baśni ludowych.1
Moj gazda, Jędrzej Gąsienica z Gładkiej na G ubałów ce, ma
Ó5 roków. Nie w ygląda jednak na tyle. Głowę niesie dotąd wysoko,
a ib y jeleń — śmigłej postaci nie zgięło mu jeszcze brzem ię lat,
długie włosy, opadające na szyję, kruczą lśnią się barw ą — wązkiej, długiej tw arzy typow ego górala nie brużdżą zmarszczki —
a łatw y uśmiech nerw ow ych w arg ukazuje zęby zdrow e i mocne.
O czy jeno, czarne, głęboko osadzone, nie płoną m łodym ogniem ,
a. na drobne blizkie przedm ioty patrzeć muszą przez szkła okula
ró w , k tóre dziwne robią wrażenie na tw arzy, żbrążowiałej od w i
chrów halnych, wyrazistej i dzikiej, ja k otaczająca przyroda.
Orli niegdyś wzrok gazdy przyćm iła robota kraw iecka,
-w ykonyw ana w lecie u jedynego okienka m alutkiej izby, w której
się mieści z liczną rodziną, a w długie wieczory zimowe przy
rażącem św ietle lam py o poziom ym daszku z pobielanej blachy.
Jędrzej Gąsienica nie zawdy jednak b y ł krawcem . Młodość
u p ły n ęła mu na halach i wirchach, wśród jasnych otchłani p o
w ietrznych — w pustce, sam otności i ciszy, lub w śród dzikich
p ośw istów w ichru, śnieżnych kłębów f u j a w i c y , w zamierzchu
c y r n i a w y. Sam on tak opow iada w zwięzłych słowach zmienne
ko leje sw ego życia:
»Przodziej pasałek owce u ojca, jako juhas, — ow carzow ałek
do 3 0 lát na hálak. P ote jeździłek dwá rázy na Litwe, nie prec
od m iasta Grodna. B yłek tyz za przew odnika. »Sićkie g ó ry przę
se ł, sićkie przew andrował«, w ylazłek i na G erlak, co najhrubsy
g-azda jes, telo co ociec inszym górom . A pote hyciłek sie k r a
w iectw a i to sám ze swojej głow y. Nie byłek nigda u kraw ca ani
p ó ł godziny, ino sám z natury — i to sie nazyw a: k r a w i e c
T i a d n a t u r a l i s t a . R obim góralskie odzienie: portki, cuhy. R o b im i pod innyk królów : do Paryża, do W iednia, do M oskwy,
n a w e t do Szw ajcarji i w sendyk sie podobá nasá goralská modá.
-Robim tyz i sieleniejakie kw iáty na dyw anák starej mody, i takie
w ysyw anie zrobiłek ráz na dyw anie panu Dem bowskiem u. K ie
ju z urobiłek rozm aite gadziki, zapytuje sie mie p. D em bow ski :
VL'tóry najstársy gadzik na tym dyw anie, Jędrzeju? — J a sobie myślim i w zionek z najstársyk rzemieni, co sie nazyw ajbm pasy,
a na nim b y ł w yrobiony gadzik. P adam mu: te n ! A on p a d a :
—
1 8 2
—
»Ja ci dow iodę, су praw dę mówis«. B iere ksionske swojom, co
m iasto było zasute przed 4 tysioncam i roków , a teráz w y kopujęcy
tam rozm aite rzecy m alujom w ksiońskach, co było starodaw nie
m alow ane na m urak. Toz b y ł haw i ten gadzik, w ym alow any
z m uru w ksionsce.
»O hej, praco w ałek, bo i trza było pracow ać. P an B ó g n a
godził dzieciarni, ociec dał mie, jako sie ożeniłek, telo m ajontku,.
co b y k na m ałym palcu unios, toz jakoż było nie robić? No, ale
fała B ogu na staroś dorobiłek sie fajnego m ajontku«.
Ów »fajny m ajontek«, składający się z trzech dom ów i dzie
sięciu rozrzuconych »kęsów« pola, za k tó re — przy obecnych ce
nach — m ógłby wziąść po 6 tysięcy koron za każdy — to przed
m iot słusznej dum y Jędrzeja Gąsienicy. Całą przedsiębiorczość,
skrzętność, energię, rzutkość, inteligencyę, słowem wszelkie p rz y
m ioty, w łaściw e góralom , skierow ał — w nieświadom ości innych —
ku jednem u celow i i osiągnął, co zamierzał: stał się »hrubym
gazdą«.
Z apam iętała pogoń za bogactw em nie pozbaw iła go jed n ak
sym patycznych cech, w rodzonych ludow i górskiem u. G ąsienica
należy do pokolenia, k tórego jed y n ą jeszcze m istrzynią b y ła p rzy
roda, groźna i cudna w dzikim swym m ajestacie, — do pokolenia,
co gasiło żar p rag n ień u jasnych, żywych źródeł; ze szczytów bie
g nących — nie zaś w m ętnych ściekach »cywilizacyi«. To też
jest w nim szczerość n a tu ry pierw otnej, jej wrażliwość i głębia.
Uczucie życzliwości, którem ogarnia ludzi, rozciąga się i do św iata
zwierzęcego. D uszna kuchnia, gdzie się mieści z rodziną, bo
»dom y som lá gości, lá p a n ó w « — to praw dziw a ark a N oego.
P o d ław kam i śm igają m o r s c u k i (świnki morskie), po n alepie
przechadza się k aw ka urodzona w ysoko, bo aże na dzw onnicy
starego kościoła; nad oknem w klatce złocą się kanarki, a śpiew
ich odbija jaskraw ą n u tą od tłum ionego gruchania gołębi, m ających
n ad drzwiam i siedlisko. W e wzorowej zgodzie z resztą to w a
rzystw a żyją biały k o t i piesek też biały, o jednem jak b y przyklejonem uchu czarnem. »Sićko źwierze mám, ino mi ko n ia
hybia« — m aw ia gazda z zadowoleniem . A trzeba widzieć, jakim
ciepłym uśmiechem odm ładza się zasuszona jego tw arz, g d y zrana
»odbywa« swoje d ź w i e r z e n t a w izbie, lub g d y podsłuchuje
p od ulam i »gw ary pscół, co ino-ino majom sie roić«.
P o g lą d y swe na przyrodę i stosunki ludzkie — zawsze
słuszne, nieraz bardzo głębokie — w ypow iada w form ie zwięzłych
z d a ń , ilustrując je oryginalnem i przysłow iam i, ja k n ap rzy k ład :
— 183 —
»Na przodek nie wychodź, na zadku nie ostaj, do pośrodka sie
nie ciś«. A lbo: »temu biedá, co moc ma, tem u wienksa, co nic
піша«. A lbo jeszcze: »bieda tem u, dobze tem u, co nic nimá, bo
sie w yśpi, nie w ydrzym a«.
Najwdzięczniejszem jednak polem popisu dla krasom ów stw a
gazd y są dłuższe opow iadania o zbójnikach — T a ta ra M yśliwca
i M ateję znał osobiście — o polowacach, a także o istotach i zja
w iskach nadprzyrodzonych. W ygłasza je g w arą silną, zwięzłą^
urokiem archaizm ów nęcącą, potęgując bardziej jeszcze wrażenie
g rą tw arzy, dźwiękiem głosu, rucham i.
P a rę z tych opow iadań przytaczam właśnie poniżej z żalem
ogrom nym , że, spisane, tra c ą one p ierw o tn ą swoją świeżość rosy
porannej, gasną i bledną, niby kw iat, w bibule zasuszony.
Opowieść po cem zwane Zakopané.1)
K iejsi, przed kiełka casem, to m iejsce, ka tera stoi Zakopane,
b yło doznaku lasem porośnione. Św iat b y ł nie taki, jako dzisiak.
N ie było haw ludzi moc, jen y cosi szty ro k gazdów. Jeden ś nik
b y ł zw any na Starej Polanie — jest i ta ra S tará Polana, widać,
że je tyz najstársa ta polana. D rugi gazda W alency, zw any na
Skibów ce. Trzeci k y ł na Kościeliskiej dolinie —pisali sie Sobcacy,
a cw árty K osiełka — na H ałubińskiego ulicy, ba w te easy nie
n azyw ała sie H ałubińskiego ulica, ino G rapski wierk, a gazda
p isał sie G rapek.
I co sie nie zrobiło: przyseł jakiś cłek z inszej strony, pono
od K rakow a, i zrobił se kolibem w lesie, wśród G ubałów ki,
z tej stro n y proci tego w irku G rapskiego a. kościoła starego.
Ś cin ał przy kolibie drzewo na opał i zrobił se kąsek ziemi na
kielo-telo krocenia, co sie nazyw a płaśnia.
Jak o sie ten ze św iata przezim ował, odzienie miał cysto
pięknie inakse, jako ci zamieszkalcy. Ci gazdow ie mieli portki
z białego sukna i cuhem na ram iona, którom sie przyodziew ali
z wierchu. Nie było w tenczas na odzieniu nijakich strojów , nija
kich oblanek, jako teraz. A ten cłow iek, ftó ry sie wyzimował,
m iał odzienie carne, a p o rtk i jego b y ły sm użniate: jeden pasek
biały, drugi cárny, trzeci zielony, ćw orty żółty, a p iąty i szósty
coraz inszego gatunku. B yły te paski na jego odzieniu podobne
‘) Porów naj w yjaśnienie n a zw y Z akopanego u W alerego E ljasza: »Kilka w rażeń
z T atr« — w »Pam iętniku T o w a rz y stw a Tatrzańskiego« r. 1880. t. V. str. 75.
— 184
-
do tej gąsienicy, hrobaka, co jad a kapuste. W iem , ze mało cłowieka, coby tego hrobaka nie widział.
Uźreli ci zam ieszkalcy starsi, gazdow ie, ze jakisi cłow iek hań
w tym boku pod G ubałów kom sie przechodzi i nazw ali go po ty k
sm użniatyk portkak-G ąsienicom .
Ten Gąsienica przebył hań pare zim, doś duzom, nie m ałom
płaśnie w yrąbał. Poseł pote kansi dalej do dziedziny, przyniós
owsa w rękaw icy — może było tego owsa s kw artę — na tej
płaśni w ysiał ten owies i zakopał m otykom , bo płu g a ni miał ani
koni. — I po tem zakopaniu jest do dziś dnia w tym miejscu
polana —bedzie jej seść m orgów — nazyw a sie ta polana Zakopiska.
Mój ociec ze strykiem majom ćwartom cęść tej polany, a te insze
trzy cęści mają tyż Gąsienicowie — nik inszy — w tej samej
rodzinie, ale oni wychodzom już z przyjacielstw a, bo to piąte
pokolenie.
I po ty k Zakopiskak nazyw a sie Zakopane.
W idać, ze to nie było w tencás ludno, kie z innyk stron
jakiś cłow iek przyseł i sam dobrow olnie kcąc, obsiad. N ik mu nic
nie pedział, heba mu b yli radzi. T eraz by sie nie dało to zrobić,
coby jakiś przyszeł ze św iata i obsiad, bo b y sie go sp y tali:
»Cosi tu kciät?«
T y Zakopiska nálezom do p o lan y G ładkiej. G ładka sie n a
zyw a przeto, ze ani kam ieni, ani kęp nijakich ni más w niej,
heba jest gładko po tej ziemi. N ad tem i Zakopiskam i postaw ił
pam iątkę sław ny doktor, p. H ałubiński z W arsiaw y — postaw ił
krzyż u loty ze surow iny zelaznej, — ciężki krzyż, ftórego ośmioma
koniam i ciągli bez C iągłów ke do Furm anow ej. Podzw olił Ja k ó b
M ihna na swojej ziemi ten krzyż postaw ić, przy m iedzy zako
piańskiej, prociśród Zakopisk.
W yrazy gw arow e: k i e j s i = kiedyś, k a = gdzie, d o z n a k u = zupełnie,
h a w = tu, b a = ale, k i e l o = wiele, k r o c e n i a = kroki, p ł a ś n i a = łą k ą
leśna, c y s t o pieknie = zupełnie, k a n s i = gdzieś, k,i e = gdy, kiedy p r z y j a
c i e l s t w o = pokrew ieństw o.
Przypowiadka koło boginek.
Za daw niejsyk casów, a dawniejse easy — przed stu la ty —
nazyw ają górale: drzewiej — znajdow ały sie boginki, innego ro
dzaju ludzie, w brzegak, w przykryk, co nie m ogli ani ludzie
nascy dońść ku nim. Ale trefiało sie casem, co ludzie ik widzieli
— 185- i słychow ali ік podcas piątku, abo soboty przy wodzie, ize ony
p ra ły , ale podobno nie kijankom , ani łachy, ale piersiam i swojem i
i oddaw ały głos, w yraźne eho.
G dyby sie była nasła kobieta naska, nasego g a tu n k u ludzi,
zeby nie była na w yw ód z małem dzieckiem, hytro ony m iały
praw o takie jej ukraść, — porw ać jom i dziecko.
I nasła sie taká jedna, toz boginki po rw ały napirw jej
dziecko, a swoje położyły w to miejsce, a ona nie widziała. T a k
pote, zajutro, w ysła ona kobieta do pola do roboty, ku ziemnia-;
kom . Juści przysły w netki trzy boginki, a jed n a ś nik by ła ku
law a. Pew no sie jej cosi kajsi przydarzyło, су sie tak á u lągła.
I porw ały ty boginki jom, te zonke. U ciekały ś niom ty, w tóre
m iały dobre nogi, po polak. Haj. W tencás było pole traw om okryte
i rozm aitem i kwiatam i. Pom iędzy tym i kw iatam i jeden sie ś nik
nazyw ał zwonek. Juści ta kulaw a boginka zostajała prec na zadku
i tym zdrowym zazdrościła tej zony, bo jom odbiegały. I zaw o
łała na kobiete ta kulaw a: »Żonka, chyć sie zwonka!« B y ł to
zw onek nie m ocny, ba jak sie żonka uchyciła zwonka, to juz
boginki nie m ogły uwlec prec, ani nie m iały praw a.
Toz wicie — i m iędzy nimi sie nasła zazrość, nie ja c y mię
dzy naskim i ludziam i; bo i między nasem i ludziami nańdziesz barz
wiela, w tóry i nie zycy jeden drugiem u. Chociajby wiedział pew nie,
ize on bedzie w piekle, coby ino ten był, wtórem u zawidzi, coby
ino tem u zawadzić.
W róciła z tam stela, z tego pola, do dom u żonka, u ratow ana
od boginki kulaw ej. Pielęgnow ała dziecko bogincyne, bo m yślała,
ze swoje. Przecie kobieta, ja k swoje dziecko opiekuje dobrze,
juści ono do roku, abo do p ółtora juz chodzi na sw oik n o g a k
i gw arzy nieftóre dobrze. A to, bogincyne, pielęgnow ała siedm
lat, abo i ośm, a nic na swoik nogak nie chodziło, ani nie m ó
wiło, a do ludzi niepodobne: niby to cłowiek, ba pozior zw ierzency.
Zżarło, kielo uwidziało, wozgrzyło sie ślinami, płacem darło sie,
kw icało po cłow ieceńsku i po zwierzeńsku i ciongiem by było żarło.
K o b ieta sie juz barz zmęcyła przy tem dziecku, mało żyw a
sam a była, toz kotw iło sie jej i zrestom sie i ludzi hańbiła, ze
jom takiem dzieckiem P an B óg nagodził. U k ry w ała go, jako ino
m ogła, jaze nie wiedziała co sobie pocońć i udała sie do ksiendza,
c y b y jej jako nie doradził i prosiła o doradem . Toz ksiondz jej
doradził, coby w lała do skorupianego jaja w ody i pedziała, coby
dziecko słysało: »Bedem w arzyła dziecku jeść*. A pote kazow ał
je j wyńść do pola, a zrobić w ścianie takie okienko, coby to
— 186 —
dziecko nie wiedziało o niem — takom spare małom, zeby go m ogła
w idziéč w tej izbie, co ty z ono bedzie robiło. »A pote — nakazow a!
on ksiondz — przydzies i powieś, co ono robiło, kie ta w oda
w rzała na śniadanie w skorupie«.
Juści to dziecko siedziało ciongiem bez 8 roków w jednem
miejscu, toz go m iała na łóżku, bo wse jak swoje opiekow ała. T eráz
ja k p a trz y ła sparkom s pola, poziera, a ono skocyło s tego sie
dliska, k a n y siedziało, poźrało, co to lá niego sie w arzy, zapłakało
łoseckem i nazw ało swojom m atke m atcyskiem , ze mu ino telo
w arzy. Toz teráz p irsy ráz ta zona go uw idziała na nozyskach
brzydkich, kie leciało k u tem u śniadaniu, ozciapierzone rencam ir
szeroko krocające, oślinione i drapało sie po głowie, ozdarło jesce
lepi rence i wrzescało, ze to mało lá niego.
P o sła ta ko b ieta do ksiendza i ozpow iedziała ksiendzowi, co
ta how ieda pocynała, kie mu sie jeść warzyło.
K siondz przecie kce każdem u pom ódz i doradził jej ta k :
»W eź, w yruć to dziecisko na śmiecisko (do dziśka som jest u n as
ta k ie śm ieciska, co sie izba zamieci i w yrucuje bez rok, abo bez
pół) i bij mietłom' brzezowom, w tórom sie izbe zamiata. I nie lutuj
sie nic, bo to dziecko nie twoje, ino odm ienione od boginki. A ty ś
w inna sama, boś nie b y ła s małem na w yw ód, nie ucyniłaś, jako
B ó g przykazuje.
I biła ta gazdzina brzezowom m ietłom bogincyne dziecko może
koło dw ók godzin przez zmiłowania, coby ino było ledw ie żywe.
Dziecisko brzescało, kw icało, rycało selenijakim głosem . Ozleg a ł sie ten głos po krzakak, po brzegak, jaze boginki usłysały,
poznały sw ojego dzieciska głos, uw idziały, ze juz ta m atka wie^
ize to dziecisko nie jej. I zalutow ały sie, — w netki przyniosły
tam to inse i p rasneły jej: H aw , más! — a swoje porw ały. D yć
i boginkom luto swojej krw ie, a m iendzy krześcijańskiem i m at
kam i to seleniejako byw á.
B yło to dziecko barz w ynendznione od ty k boginek, bo how ały go swemi korzeniam i, haj, — i ciało jego było obrośnione
w kudły, jako nieprzykładając ciało bydlęcia. A le biedna m atka
ozradow ała sie swem u dziecku, bo choć b yło w ynendznione i ch u d e
b a m owe m iało cystom , przem aw iało pieknie do ludzi i do swojej
m atki. B iedny jego śmiech był, kie sie oześmiało, ale jak o b y janioł gw arzył z ludziami. Haj.
— 187 —
T eráz nimás juz boginek zadnyk. A le i to pedzieć trza, ze
nim á i kobiet, zeby s małem dzieckiem nie sły na w yw ód. Pilno
spełniajom obow iązek i przybacajom se ty starodaw ne historje,
co sie ś nimi działo od boginek.
W yrazy gw aroe : d r z e w i e j = dawniej, k o t w i ł o s i e = przykrzyło, w se =
zaw sze, k a n y = dokąd, ł o s e c k i e m = rzewnie, h o w i e d a = potw ór, s o m
j e s t = s ą , l u t o w a ć s i e = litować się, żałow ać, s e l e n i j a k i = różny.
0 topielcach,
Z najdow ały sie za daw nyk casów i topielce w nasyk górak.
To b y ł ani cłek, ani ryba. Topielce ukazow ały sie rybom i uw o
dziły n iektóryk ludzi. W ychodziły do małej wody, zeby cłek
m yślał, co jom hnetki chyci, a pote płynenły prec do wielgiej
w ody. Sam ek widział telo:
Było mie 1 4 lát, chłopakow i drugiem u może było 1 6 lát.
P aśli m y owce przy wodzie u K rólów , bo moja bab k a po
m atce by ła ze Zwijaców K rólow a. Toz pasiem y i pozieram y —
haw przy kraju ryba. I ten chłopak jom kciał ułapić, bo ona
straśnie pom alućko sie rusała — ino-ino, kie jom zestracham y.
A le chociaj jom do garści wzion, ona mu ukiełzła i prec posła.
A le zaráz stanęła. Odeseł ten chłopak za niom od kraju dobre
dw ie siągi. I co sie nie zrobiło; przyleciała woda więksa, chocia
i ni było desea — nazyw am y takom wode naremnom: naw ałnica —
i zajena m ego chłopaka. I nie zratow ał sie — nie! Haj.
Ozpow iadał mie tyz gazda, nie żaden plotka, ino porzom ny
gazda, ze to na to patrzał: Zdarzyło sie jednego casu, ze w yseł
topielec w nocy na ławkę. A dwa chłopy wcieli przeńść. Pazierajom , a hań na ław ce cosi niepodobnego siedzęcy, na kraju nad
wodom. I to praw i tak : »Świeć, goły, zimnom wodom!« A raz
w rzasnął: »Świtaj, Boże!« A o ty k chłopak ani wiedział, co za krza
kiem stały i w idziały go dobrze. A jeden ś nik b y ł śmiały, w rence
m iał sękowiec. K ie topielec zawołał: »Świeć, goły, zimnom wo
dom!« — ten skocył, jak chłuśnie sękowcem w topielca. Topielec
trzasnął we wodem i m yślał tak, co go ten chlusnął, w tórem u
kazow ał świecić i odpow iadający mu topielec, gw arzy ze śluzami :
»Cybyś świecił, су nie świecił, to mie kijem nie bij!
W yrazy gw arow e: U k i e ł z ł a = w yśliznęła się, n a r e m n a — gw ałtow na,
ł a w k a = kładka, s ę k o w i e c == gruby kij, ś l u z y = łzy.
—
188
—
O bogowojnym juhasie.
Toz co téra ozpowiem, to niejes zádna opow iádka abo przypow iádka, ani bájka, jeny to jes praw da. Za nasyk ojców, dzia
dków to sie konało.
Je st jedna hála, w tóra sie nazyw a M iętusia, m iędzy Małom
Łąkom a upłazem Cerw onego W irchu. Drzewiej sie pasało w tej
háli 5 0 0 owiec. B y ł hań sałas w dolinie. N ad tym sałasem b y ł
straśny w irk i turnie. Nie w sendy tyz było módz z owcami doiiść
po traw em , zeby sie pasły. B yło juhasów ośmi, w tóre pasły,
a dziew iąty baca, w tóry on robi ze syrem i jest w sałasie, jako
gazda domu, a m iędzy tem i juhasam i jest jako ociec m iędzy
dzieciarni. Im nie wolno wziońść syra kąsiczka przez niego, ino
wtencás, kie on im dá. Je n y do zentycy, kiej sie w tórem u zekce
to pije, bo baca tem nie dzieli. S y r sie daje na owce gazdom .
Owce sie zganiajom ś pięci i ze seści wsi. To sobie zganiajom
juhasi i oni kázdy musi wiedzieć o swoik, w tóre zajon u gazdy.
Juści b y ł m iędzy nimi jeden, w tóry praw dziw ie nazyw ał
sie juhas, ba to b y ł z B o g a juhas. W sta ł wcás, um ył sie,
klenknął, pacierz zmówił godnie, chociaj to było w lesie, m iendzy
turniam i. Ci drudzy sićko sie ś niego śm iali i nazyw ali go J e
zusek. Przysło połednie, on sie pom odlił, chociaj zwonów on hań
praw ie nigda nie cuł. A ci siedmi inyk juhasów i baca zam iast
sie pom odlić, to w selejakie śm iechy ś niego tocęcy, wselejakiem i
brzyćkiem i radam i radzą, bluźnią.
Ciężko było tem u juhasow i dobrem u w ytrzym ać przy nik.
K ie przyseł nieraz hudobný dziadek na sałas, to on syćkik
przebieg piersy i jem u dał čerpák zentycy. A baca s tem i drugiem i juhasam i w yśm iew ajęcy sie s niego, przykładają mu, ze
»to jest twój ociec, podobnyś do tego dziada, m ógbyś iść ś nim
po zebrze. Św iedcyło b y wam obu«.
A le ten juhas bogow ojny na to nie p a trz y ł — nic a nic —
jen y patrzał, co sie ty cy sałasu i tyz, co sie ty cy B oga. Nosił
Go w sercu.
I co sie nie zrobiło : jednego razu przychodzi dziadek siwy>
stary na sałas. S kocył bogow ojny juhas ku dziadkow i, p rzy
witał, dał mu ciepłej zentycy, co m iał w ypić on, juhas, dał mu
tyz i swój kąsek syra, w tóry m iał od bacy i prosił pieknie, coby
ten dziadek siad na jego miejsce przy watrze, ogrzać sie godnie.
Trudno było juhasom w ystąpić s kijem na obuk, na ju
hasa i na dziadka, bo juhas bogow ojny b y ł właściciel na tej
—
189
-
háli, na M iętusiej, m iał tam cęść, toz jen y naśm iewali sie bluźnierskiem i słowami.
Posiedział końdek ten siwy dziadek i nie pedział im, juha
som: ostańcie z Bogiem , — bo nie godni byli. Odeseł 2 0 kroków
od sałasa i zawołał pobożnego juhasa ku sobie. H ipnął bogow ojny juhas ku dziadkow i siwemu. Pedział mu dziadek: »Za
chowaj moje słow a i pam iętaj, co ci tera powiem. W idzis ten
wirk?« — gw arzy dziadek, a nad samym sałasem b y ł w irk ostry
i w ysoki, na w tóry nie w yseł žáden cłek, ani dzika koza. —
»Poźrij-ze na ten w irk i pam iętaj: jutro w same połednie weńdzie
nad tym wirkiem chm urka. A ty w net uzbiraj swoje rzeczy
i włóz do torby. I ciągiem pozieraj na niebo, nad ten w irk
ostry. K ie w yńdzie chm urka, nie bedzie więksa, jako cała tw oja
torba. Toz zarucaj w artko swojem torbe na plecy, nie uwazuj na
śmiechy, ani bluźnierstw a, weź ciupagę do ręki, zeńdź niżej
owiec, k a owce stały w kosarze, gwiźnij na owce swoje i idź
dołu, nie obzieraj sie nic«.
T ak dziadek nakazow a! i tak sie - stało. Juhas bogow ojny
zebrał w samo połednie swoje rzecy A rzecy juhaskie zw ały
sie takie : form y na sieleniejakie oscypki : baranek, каска, serce,
parzenice, — pote gieleta, co sie owce do niej dojom, — sata,
we ftórej sy r wisi, — čerpák miasto kubka, we ftórym ow car
pije zentyce, — kapałka, co do niej карі zentyca ze satki s se
rem, — ferula, co sie trzepie, kiej sie zentyca uwarzy. Toz te
wsyćkie rzecy bogow ojny juhas sebrał, a co m óg, w łożył do
swojej to rb y ze sukna z długiem i strzępam i, a kie sie chm urka
ukazała nad ostrym wirkiem, zeseł poniżej owiec, w łożył — jako
zw ycanie — dwa palce w usta i gwiznął. Syćkich owiec było
seśćset, a jego wyżej sta. Toz te jego owce w yłącyły sie hnet
cudem bożym i sły za swoim juhasem dołu. A to przecie nie
b y ł jesce osad, bo to było śród lata. I kie taki osad jest, to po
trzebno ludzi, zeby jednego juhasa owce módz odłącyć, zeby ich
poosadzaó. Przecie to owce nie ludzie, zeby one m ogły wiedzieć,
w tórego som jest juhasa, heba kie pobendom wraz ta k seśćset,
to one som praw ie tak, jak b y one b y ły jednego juhasa, a te sie
w y łącyły cudem bożym.
Poseł juhas dó domu z owcami, ze swemi. A nad tym
w irkiem chm ura sie ozciągła w ielga, wieldzazna. B yła ślicna
w ten dzień pogoda, ba ja k sie ta chm ura ozciągła, pogoda
zginena. N apirw zacął desc lać, pote przysły grzm ioty, łyskaw ice
strasne, przeraźliw e, a pierony tak biły do tego w irka, co nigdy
—
190
—
ani przedtę ani pote ludzkie ucho nie słychow ało, ani oko nie
zwidziało. Jaze ozbiły pierony ten w irk ogrom ecny, jaze zawiezło
ty k juhasów niescęsnyk.
Zwióz sie w irk cały na sałas, ani śladu znaku nie ostało,
k a sałas był. Zakońcyło sie życie juhasom sm utne. B y ły to
chłopy mocne, silne, piekne, ozbrojone pasam i, a ty pase obite g u
zikami, łańcuskam i, kapeluse centkam i mosięznemi, mało ik było
widno od m osiądza. A le b y ły to tyz chłopy durne, pysne. Žáden
ś nik nie przeradził do nikogo w porządku, jeny wse z wyśm iechami, w ygadow aniem na drugik, wse o brzyćkik rzecak mó
wili. Toz i śmierzć mieli niescensnom . Ja k á praca — tak á płaca.
T en bogow ojny juhas b y ła to średnia chłopina, nie kochał
sie w zádnyk zbrojak, ba zaw dy na sobie miał, co podia niego
sie patrzy. M iał sobie pasik, pare guzików na nim, łańcusek
jeden u pasika, ftórym m iał nóż przypięty, coby mu sie nie
stracił, bo tak á m oda b y ła starodaw na. Z każdym przeradził w po
rządku ten juhas, i z biednym i z b ogatym . W to sie go co za
pytał, to mu odpedział m iłosiernie. Toz go cud Bozy od śmierzci
zratow ał. P oseł ze swoim kierdelem dó dom u i s tego sie w iela
ludzi w ted y popraw iło.
K ie sie lato skońcyło, nastąpiła zima, pote przysła wiesna.
A na wiesne zaw dy juhasi schodzom sie i zaprow adzajom sałas,
bo przez owiec przecie nie možná być. Tam ok, w tym miejscu,
sałasa nie možná było załozyć, k a łonie b y ł, bo h ań w ielga
ruina, kam ienie, pustać. To naśli se tyz w M iętusiej rów ienke,
zwanom Przysłup, załozyli sałas, uzganiali owce, ale juz o p o
łow ę mniej, jako łonie. W eśli juhasi pirsy dzień do háli ze
swem i owcami. N apaśli owce, a na w iecor podoili i pośli z m ił
kiem do sałasu. I co sie nie zrobiło : owce sie jak o zastrachały
i posły w nocy w turnie, w wieldzazne, i p asły sie po n ajg o rsy k
miejscak. Ju h asi z w ielgim strachem za nimi gonięcy, wcieli jako
wrócić swoje owce na sałas. A le juści w nocy po ta k ik p u staciak, przepaściak, tu rn iak o stry k nijakim św iate nie m ogli ani
dońść, ani przeńść. D yć każdy może ozsądzić, ze jak o idzie rów nom drogom po ćmie, to sie przepaści robiom, a jak o ż dopiero
w przepaściak! A le jako sie nam ieniło na dzień, sam e owce
przysły na sałas. Žádna sie nie straciła i sićkie b ecały do sw oik
juhasów , coby śli ik doić, bo nijaki juhas nie poradzi napaść
owce ta k dobrze, jako ony sie n apasły w nocy. Podoili juhasi
na rano i kcęcy ik paść, jako sie wse pasuje, ale owce do p a sy
rusyć sie nie kciały, ba leg ły i m ierendziały. K u połedniu sie
—
191
—
tam końdek popasły i na odwiecerz końdek. Juhasi w iecor pod.oili i pośli z mlikiem do sałasa. ale nie sićka — p aru ostało
przy ow cak i gw arzyli do owiec, bo m yśleli, co w cora ony sie
cegoś zestrachały. Owce stojom, bystro usami przerabiajom , k ieb y
co zw idziały straśnego. Juhasi padajom do ow iec: »Prrrujka! nie
bójcie sie!« A owce moje, cym barziej do nik mówiom, tern
barziej rusajom sie, strąchajom , jaze sićka d u rkły w lasy, w ostre
turnie....
Juhasi odbiegli mliko i syr, oscypki i swoje rzecy, chcęcy
lap ić owce i zawrócić na salas. Ale to sie juz nie dało. I ta k
sie m ordow ali po kilka nocy, bo każdy wiecór owce ta k robiły.
K ie b y juhasi byli do ty k przepaści pośli we dnie z owcam i,
k a n y sie pasły w nocy, to połow a owiec b y łab y w ybita, a tam ok
jednej uszkodzone nie było i barz dobrze doiły sie w to lato,
dobrze służyły, jako podajom owcarze. Juhasi zm artw ioni byli,
zm ordowani za nimi goniący po nocak, a chociaj pote juz nie
śli za nimi, wse to ik mącyło : co sie stanie z owcami, z nasemi.
Jaze w jedne noc w tóryś juhas ni m óg w ytrzym ać i poseł za
kierdelem w nazorki, chociaj wiedział, ize ik nie wróci. I dobrze
niebardzo słysy przy ow cak śpiew cłowiecy, ale widzieć go nie
m ožná chociaj noc b y ła widna. Owce widział, a cło w ieka nie,
ino śpiew onke słysał i eho w tu rniak sie pieknie odbijało. A śpie
w ało to ta k :
Ani ja portecek, ani ja cuzecki.
Jakoż ja bedem pás te ludzkie owiecki*)
A ciągiem śpiew ało to samo jedno. Ju h as zachow ał do głow y
te n śpiew i poseł na sałas, ozpowiedział tow arzysom , jakom śpie
w ankę słysał. No i dobrze niebardzo, juhasi ta k uradzili: kielo
łonie zgineno juhasów , co ik przysuł ten wirk, telo dali zrobić
kraw cow i p o rtek i cuzek, coby było lá kázdego. I jak podoili
n a w iecór owce, zawiesili to odzienie na strondze i pośli z mli
kiem do sałasa. Pośli, ale wse sie obzierali na kosar: co ta
bedzie z nasem i owcam i? Owce cicho leg ły i zaceny mierenzić.
A le w te coś przysło i to odzienie wzieno i m iłosienym głosem
zapłakało: »Jużeście nás tera wypłacili«...
*) Porów , kilkunastu w ierszow y kom entarz Sabały do w arjantu tej piosenki,
i opow ieść o Miętusiej, przytoczone w e w spaniałem dziele S tanisław a "Witkiewicza
»Na przełęczy« — str. 103, i 114.
—
192
—
Owce leżały cicho, nigda w nocy nie sły juz paść, a juhasi
m ieli spokój i majom go do dziś dnia...
W y raz y g w aro w e: P r a w i e = w łaśnie, k o ń d e k = trochę, o s c y p e k —
serek góralski, w r a z = razem , p r z e r a d z i ł — rozm ów ił śig, n i j a k i m ś w i a t e =
w ż aden sp o só b , m i e r e n d z i a ł . y = żuły.
T yle słów Gąsienicy. Żywa, lotna w yobraźnia zaciera w je g o
pojęciu granicę m iędzy św iatem rzeczyw istych stosunków a cu»
dow nością, ukazuje mu krainę dziwów, czarów, cudów, której b y
nie dojrzał, patrząc na ludzi i rzeczy przez »mędrca szkiełko«.
A tęczow ych blasków tej fantazyi pierw otnej, wspólnej
w szystkim podhalanom , nie gasi książkow a wiedza. T ak i nap rzy k ład Jędrzej Słodyczka z Zubsuchego, wsi graniczącej z Za
kopanem , — pomimo źe synow i dał w ykształcenie uniw ersyteckie
i o w ielu rzeczach od niego słyszał, — pomimo że sam czytuje
z m łodzieńczym zapałem książki i gazety, jest posiadaczem p o
kaźnej bibljoteczki, rozpraw ia o rozm aitych zagadnieniach filozo
ficznych, zna teorję D arw ina, — taki Słodyczka w ierzy w bo
ginki i topielce rów nie szczerze, naiwnie, niezachwianie, ja k
i niepiśm ienny Gąsienica, o w ypadkach zaś na M iętusiej m ów i
głosem , grozą tłum ionym , z przejęciem tak głębokiem , że udziela,
sie ono pomimo woli słuchaczom ..
M. Wysłouchowa.
Polacy na Węgrzech.
Studyum etnograficzno-statystyczno-historyczne.*)
IV. Stolica Spiska.
I. Pogląd historyczny.
c) Okrąg 24 miast spiskich.
Okrąg ten, nazwany także z i e m i ą s a s k ą (Sachsenboden,
terra Saxonum de Scepus) dostał się Węgrom dopiero w latach
m iędzy 1132— 1190 r., w dalszem następstwie nieszczęśliwych wojen
*) Z ob. „ L u d “1 VII., str. 74.
