R_7_gustawicz_o ludzie_3.pdf

Media

Part of O ludzie podduklańskim w ogólności, a Iwoniczanach w szczególności. Część wtóra: zabawy, pieśni, gadki (cz. 1-3)/ Lud 1901, t. 7

extracted text
O ludzie Podduklaiìsldn) w ogólności, a liniczanacli w szczególności.
(Dokończenie )

Część wtóra.*)
Zabawy, pieśni i gadki.
56. W ilk i łysy koń.

W ilk jak ma kogo zjeść, to jidzie do P ana B oga pytać sié,
co mu każe zjeść. R áz P án B óg kázál mu zjeść łysego konia, co
go parobek pás na łące. Ale parobek słyszał, téj zalepiał ko­
niowi biały płatek na czele. W ilk przychodzi, nié ma łysego
konia. Téj do P a n a B oga i mówi mu, że niéma łysego konia,
jéno czarny cały. — »To zjedz parobka.« — W ilk poszał i zjád
parobka.
57. 0 Twardoskiśm, co godzinki nłożał.

B y ł jeden pán, co sié nazyw ał Tw ardoski, J a k już nie miał
pienięndzy, bo wszystko przebalow ał, poszał on w pole a lamenci se. Przychodzi d y eb ał: »A to pan tak lamenci?« — »Bo
mi trzá pienięndzy, a nié mám.« — »O zapisz mi sié pán, já d y e ­
bał, to panu dám piéniçndzy, sieła bedzie trzá.« — »A dobrze« —
i robią zapisy. Ale pán był m ądry i powiedział, że w tedy przydzie se po niego, jak bedzie w R zym ie. P an Tw ardoski myślał
se, że on nie pojedzie do R zym u za życia, to go nie weźnie. A le
dyebał tyż to wiedział. Poszał on do chłopa, dał mu pienięndzy
i kazał mu w lesie w ystaw ić karczmę, w tym lesie, dzie pán
Tw ardoski lubiał polować, i nazw ać te karczm ę R zym . T ák sié
stało. Pan T w ardoski był na polow aniu, spostrzég karczmę, lu­
biał wódkę i poszał se trzepnąć. W ty m przychodzi karczmarz :
»Panie, patrz, ile kruków tu sié nazlatowało.« — »Aha, a jak
sié ta karczm a zowie?« — »Rzym.« — »No, to po mnie.« — A le
złapał dziecko niew inne na rence i choć dyebli przyszli, to go nie
wzieni; jaż mu powiedzieli, że to nie ładnie, robić z gęm by cho*) Zob. »Lud« VII, 128,

■'

16

_

242



lewe, to położał dziecko, a oni go wzieni. Jeno sié kazał nieść
ta k na w rotach od karczm y, żeby m óg pisać. Nieśli go tak, a on
pisał godzinki, a dyebłom coraz cięnży, cięnży, i ják przyszli
nad piekło, on napisał te słow a: »Z pokłonem Panno Ś w ięn ta« .—
A dyebli: »Oho, już nic z tego, już go ta széroká zastąpieła« i puścieli go, a on tak został wisieć aż do sądnego dnia.
58. Pop, co koniem był.

Jednem u R usinow i um arło dziecko. Tćj poszał on do sw ego
ojczynka, żeby mu pochował. P o p se każe bars dużo dać od
pogrzebu, a R usin chudobný sprászá sié, że ni-má. — »No, kiedy
nié mász, to se sám pochowéj« — pow iedział mu pop. Téj R usin
niew iele m yślęncy, wziąn łopatę, poszał do lasa, téj kop grób.
K opie, kopie, przychodzi do niego siw y dziadek, a to b ył P án
Jezus. — »Co ty kopiesz, człowieku? — »A g rób lá dziecka! Ojczynko nie chcą pochow ać za darmo, to ja se sám pochowam.« —
»Słuchej-no człow ieku! mász tu huzdeczke, jidź i załóż na niego,
on sié zrobi koniem , i rôb z niém cały rok, co chcesz; bi, co
bedziesz móg, a po roku zaś tu przydź!« — R usm wziąn se
i poszał do popa. Prosi go jeszcze, żeby mu pochował, ale ten
ani se dá słyszeć: »zapłać, to ci pochowam« — ani pokropić nie
chce. A R usin dobyw a huzdeczke zpod czuhy, téj na popa, —
a tu koń z niego, śliczny, wielgi. A no nic, wziąn go do dom,
orze z niém, jeździ do lasa, bije okropnie. Ano przeszał rok.
I R u sin wziąn konia, téj zaprow adział na to miejsce, dzie grób
brał. T en siw y dziaduś tám był, dał mu i poszał. A na plebanii
jak k u rát w tedy odpraw iali rocznice za popem, bo myśleli, że go
dzie zabieli. A siw y dziaduś wziąn konia i puściał go do ogroda
plebańskiego. Córka popa zujźrała i poszła go w ygnać. A siwy
dziaduś pow iada: »Nie bi, nie! To twój tatuś«. — T a sié zapa­
trzy ła, leci i pow iada m atce, co sié stało; — przyszli i jisi popi,
co byli na ty rocznicy, a siw y dziaduś wziąn i zdjąn huzdeczke,
a tu pop sié zrobiał. — Dziaduś znik, a pop poszał do dom i już
od tego czasu za każdym szał na cmentarz, choć i nic mu nie dał.
59. 0 popie, co miał wolą skóre.

Jeden R u sin zaś brał glinę na brzegu przy rzyce, ot tak na
nalepe, żeby polepić. K opie, kopie, coś szczenkło. K opie dali :
kocioł z dukatam i. R usinisko sié ucieszał, téj jidzie do ojczynka
pochwalić sié i dać na służbę bożą na podzięnkow anie, Popow i

243

-

sie żal zrobieło, że ten chłop bedzie miał tyło pienięndzy. W ziąn
on skóre z wołu, oblók sié i poszał w nocy o 12. godzinie do
tego chłopa, i niby straszy go i powiada, że to jego te pienią- '
dze,. że on to jakaś dusza i każe mu, żeby odniós, bo nie może
mieć spoczynku na drugiém świecie. R usin sié zląk, ale mu żal
było i nie odniós; ale na drugą i trzecią noc zaś przychodzi.
R usin już nie m óg w ytrzym ać i zaniós zaráz, czy mu bez okno
dał. Ale co sié stało ? Pop przyszał do dom, chce zdjąć skórę,
a tu przyrosła. Ano co tu robić? Siedzi cały dzień i nikogo nie
puszcza do siebie, a w nocy wziąn pieniądze i zaniós R usinow i
i mówi mu, żeby se już wziąn, ale skóra nie odpadá. Ano trza
sié przyznać. I dopiero jąk wyszał na - kazanice i opowiedział ,
w szystko przed ludźmi i żałował za to, dopiero w tedy mu skóra
spadła.
, . ;
c) Gadki piekne czyli dobre.
60. Jak świat placi.

Jeden chudobný chłop poszał do lasa na drwa, a tam .krzyczy ktoś. Jidzie on za głosem i spostrzega, że pod skałą coś krzy­
czy: »Dobęndż mie, já ci zapłacę, jak świat płaci.« — Próbuje
on dźwignąć, ale nie może. Uci^n on drąg, podważał, dziára sié
zrobieła i wyláz smok, o siedmiuch łbach, straszna bestyá. Téj
pow iada: »Já eie teraz zjém.« -—■ »A jak to, miałjeś mi zapłacić,
jak św iat płaci?« — »A tak św iat płaci.« — »No, ta my pódż
do sęndziego,. aby spraw ę z nami zrobiál, abo co.« — »Ta, my
pódź.« — Téj poszli. Jidą, jidą, nadybali konia, co sié pás na
łące. Chłop opow iedział mu całą rzecz i mówi: »No, panie sęndzio, zrób z nami sprawę.,« — A koń, chudzina, skóra i kości,
pow iada: »Tak świat płaci, tak! Já tyż pókem b ył młody, jeździátjém w pojeździe, jádjém siano wołowe, owies, — a teraz żem
stary, to mie w ygnali na te tu łąkę, dzie sam sit, i przydzie mi
tu zdechnąć, -- o tak to św iat płaci, tak!« — »No, to pódźmy
dali«, mówi chłop. Jid ą i spotykają psa; na gnoju kości gryzie.
Chłop pow iada: »No, panie sęndzio, przyszlim y tu do spraw y.« —
Téj opowiedział mu całą rzecz, a pies w ysłuchał i mówi: »O, tak
św iat płaci, ta k ! Já tyż byłjem pieskiem pokojowym , jádjém to,
co i pán, a potym strzégjém domu w nocy, jeszcze mi nieźle,
było, jaż teráz, kiedy już dłabów wlec za sobą nié m ogę, to mu­
sze kości gryźć. Nieboże, przegryw asz spraw ę!« — »No, widzisz,



244



— mô.wi smok, — teráz eie już zjém, bo już dwóch sęndziów sié
zgodzieło.« — A le chłop odprászá sie jeszcze, aby jinszego sendziego szukać, — i smok zezwoliał. Jid ą oni, spotykają barana,
alé chłop nie chce go brać za sęndziego, bo wić, że to bojażliwe
stw orzenie, zlęnknie sié smoka, tej jeszcza co gorszego powić, —
i m yśli sobie, kieby spotkać liszkę, mówią,., że ona má siedem
zmysłów, a ósmy w y k rę t1), toby ona może lepszy w yrok w ydała.
J id ą ,.jid ą i spotykają liszkę. Chłop m ówi: »Pànie sęndzio,
mam y tu spraw ę«, — i opowiedział ji cały jinteres. A liszka, m ą­
dra, pow iada: »Trzá wás pojedyńczo przesłuchać, i zawołała
najprzód chłopa,, téj powdadá mu: »W iész ty co, já eie w ybaw ię,
ale co mi ty za to dász?« — Chłop sié ucieszál i pow iadá: »Dám
ci kôre co niedziela«. — »No, dobrze, jéno żebyś dát.« — »A dám,
dám.« —
P otym zaś zaw ołała sm oka osobliwie. A dopiero potym po­
wiedziała do obuch: »Spraw y tu nie m ogę rostrzygnąć, musiemy,
moi kochani, pość w to miejsce, dzie ta skała«. — »No, to do­
brze,« — pow iadá smok. Téj poszli do ty skały. J a k przyszli,
mówi liszka do chłopa: »No, podnieś ty skałę, a ty, smoku, wleź
tam, żebym wiedziała, jakeś to tam leżał, czy to w ielgá prácá
była, ab y eie dobyć«. — Chłop podniós skałę, smok wláz i po­
w iadá: »Takjém tu leżał«. — A liszka m rugła na chłopa, aby
spuśeiał kam ień, chłop spuściał, a liszka: »I ta k bedziesz leżał«.—
X smok został leżeć. W te d y chłop ucieszał sié niezmiernie i p o ­
w iada do nij: »Chodź-że ty, moja kochaná, pokaże ci moją chałópe, żebyś wiedziała, dzie po kôry chodzić«. — Téj poszli a chłop
pow iadá ji: »Tu pod tym płotem bedziesz czekać, a já ci co nie­
dziela, przyniese, tam moja chałopa«. — »No, dobrze.« —
Tćj rozeszli sié. I chłop nosiał co niedziela kôry, liszka
zawsze rano przyszła. Ale chłop nosi i nosi, ta już mu sié u p rzy ­
krzyło,: a. naw et już i kôr nié stało; ta kradnie on sąsiadom,
a w końcu już i nie zawsze ukraść może, bo sąsiedzi dają pozor
Cóż on nié ro b i,— bierze strzelbe i zcicha podszał pod sám płot.
Bęnc — trafiał liszkę w samo serce, a mojá liszka fy rt nogam i
i jéno zaw ołała: »O, tak św iat płaci, tak!« — Téj zaraz zdechła.
61. Destatement chłopski.

Jeden chłop um ierał ,i zostaw iał syna już dorosłego na gront.
S yn b y ł jedynak, to nié robiał destam entu piśm iennie, jéno słor) T. zn siedm ra zy zm yśli, a ósm y raz się wykręnci.

-

245

-

wami mu samemu powiedział. I zawołał go i tak mu powiedział:
»Słuchej, mój synu, zostajesz po mnie na groncie, to ci nié mám,
co w ięncy powiedzieć, jéno te trzy rzeczy: i. Nie zwiérzéj sié
żonie ze sekretu; 2. Panu pienięndzy nie pożyczej; 3. Nie miéj
nad sierotą miétosierdzia. To se pam ięntój i w edług tego żyj
a bedziesz szczynśliwy.« — I umár. P o śmierci jakoś na drugi
tydzień przychodzi do niego pán, co miał te wieś. B ył biédny,
a wiedział, że. chłop ma pióniądze, téj prosi go, żeby mu poży­
czał pienięndzy i obiecuje mu precent. T en chłop se przypom niał,
co mu ociec powiadał, ale m yślał se: »Gzy to już koniecznie ihá
być práw da, pán przecie jest we wsi, záwdy b y ł rzetelny, to on
mi odda«. — I pożyczał mu. Ja k zaś w yszał termin^ h pán miał
mu oddać pieniądze, poszał on do niego, ale że byli goście, to
pán mu kazał późni przyść. Poszał on na drugi dzień, a tu pán
na n ieg o : »K iedy já ci pienięndzy pożyczał?«. — »Ano, mász, to
mi ociec praw dę powiedzieli« — pom yślał se i poszał. Téj poje­
chał w droge, bo zaw dy jeździał dzieś do W ęg ier na zboże. Jechał
koło pańskiego ogrodu, a tam sié baw ieły dzieci pana, znały go;
téj pytają sié, dzie jedzie, a on jém powiedział, że w droge,
i wzian jich na wóz, żeby jich kaw ałek przewieźć. Ale potym
jich już nie pu ściął, jéno wziąn, zawióz do W ę g ie r i dał do szkół,
zapłaciał od nich za rok, żeby jich tám uczyli. J a k zaś jechał
nazád, spotkał siérote przy drodze, mała chłopczyna, praw ie nago,
siedzi koło drogi i płacze. — »Co ci to?« — »A nié mám ani
tatusia, ani mamusi, téj jeść mi sié chce.« — Żal mu sié zrobieło. — »Hm« — pom yślał se — »tatuś mi môwieli, żeby nie
mieć miełosierdzia nad sierotą, ale já go wezme, doświadczę já
ty praw dy.« — I wziąn, chował go w doma i już długi czas
przeszał, a sierota wyszał na parobka. A te dzieci pana, wsze sié
uczyły, co rok jeździał do szkoły i płaciał od nich. Tymczasem
pán szuká dzieci, ale nic z tego : dom yśla sié, że ten chłop musiał
mu jich zabrać, jak jechał w droge i potopieć za to, że mu pie­
niądze zapar. Téj już po wsi ludzie mówią, że on utopiał te dzieci.
R áz wieczór p y tá sié go żona po cichu: »Mówią, żeś ty pańskie
dzieci potopiał«. — »Żebyś mie nié -wydała, tobym ci powiedział.«
— »O, nié bój sié, dzieszby já eie w ydała, przecie já twoja
ż o n a .« — Téj powiedział ji, że utopiał, choć nie utopiał. Na rano
zaráz żona do dwora, téj skarży panu, że ji mąż utopiał pańskie
dzieci, że sié ji przyznał. — »A kiedy tak, to my tu zrobiemy« —
pán pow iada i zaskarżał chłopa do sądu. Chłop sié nié przyznaje,
bo nié utopiał, ale żona świadczy, i już go mieli wićszać. A żona

_

246



jego látego go oskarżyła, bo polubieła tego parobka te siérote
i chciała sié pozbyć swego chłopa, zeby sié potym za niego
w ydała. Ja k go już prow adzieli na szubienice, py tają sié jeszcze,
czy kto nié má jaki obrony, żeby go uwolnić. A ta sierota po­
w iada: »O! dość sié nabrajał, to dobrze mu tak«, — »O! już sié
wszysko spełnieło, co mi ociec pow iadali na śm iertelny pościeli« —
pom yślał se i téj krzyknął : »Hej, panow ie stójcie, dzieci są, uczą
sié w szkołach, ja jich przyw iejze nazad, jéno niech mi pán oddá
te pieniądze, com mu pożyczał i com w ydał na dzieci«. — »A, od­
dám ci, oddám, jak jéno dzieci są « — »A są, já jéno ta k naum yśnie zrobiał, żeby sié przekonać, czy to praw da, co mi tatuś
na śm iertelny pościeli pow iadali i przekonáljem sié.« — A kiedy
tak, zaráz go puścieli, on pojechał po dzieci, pán mu oddał pié-,
niądze w szystkie i te, co mu pożyczał i co dál na dzieci, a on
zabrał to wszystko, przyszał do dom, schował, parobka w ygnał
na cztyry w iatry i już wiedział, że ociec praw dę mówiał, i zawsze
sié tego trzym ał i żył szczynśliwie do śmierci.
62. Co nágle, to po dyáble.

W ysłali ráz rak a po drożdże, a to miało być na Boże
N arodzenie do kołaczów. A le raczysko jak poszło, tak nie wracało ;
nim sié zawlôk, upłynęło wiela czasu. N abrał u żyda drożdży;
tej wreście przynosi, ják k ü rát we W ie lg ą Sobote. — »A ty, dra­
bie, to na W ielganoc przynosisz?« — A ra k na to-. »Ej, gosposio, nie gniew ajcie sié, bo co nágle, to po dyáble«.
63. Nie gniéwejcie sié, bo wám nos nrzną.

(Przysłowie )
Jeden żyd wTzion se na służbę jednego parobka i tak mu
pow iada: »Jak sie ty co zagniewasz, to ci nos urżnę, a já k já, to
ty mie urzniesz nos«. — Téj dobrze. K azał żyd pojechać p arob­
kow i orać, a na południe wyniós mu jeść coś tam , mało, nie
ogotow ane, gárki szkaradne, jak u żyda. Chłop przyjechał i krzyczy
t
*

zaraz, czemu mu późno wyniós i takie złe jedzenie. A żyd: »Po
co może sié gniewacie?« — »Pew nie, że sié gniéw ám «. — Żyd
złapał noża, téj szast, — już po nosie. Przepadło tak á zgoda
była. P arobek ten m iał jeszcze dwóch braci. Poszał drugi średni,
ale i ten sié pogniew ał i przyszał bez nosa do dom. Poszał
nam łodszy: »O! wy osły! bedziecie widzieć, co já mu zrobię!«
— Téj poszał. Zyd go w ypraw iał orać. Pojechał; tej orze, orze,



247



orze, południe, żyda nié ma, chłopu jeść sié chce; Ano wzion
on pług, potrzaskał, zarznoł wołu, podpaliał pług, upiek i zjád.
A wieczór przyganiá wołu bez pługa. — »No, dzie drugi wół
i pług?« — »E, jeść mi sié chciało, téj upiekem se wołu przy
p łu g u ; może sié gniewacie?« — »E, o cobym sié gniewał!« —
P otym zaś żyd go w ypraw iał do łasa po drwa. Żyd kupiał kiela
drzew a i kazał parobkow i ściąć i przywieźć. P arobek poszał,
ścion, oderznął odziámki i przedał, a wierzki i gałęnzie zabrał
i przywióz. —• »Chodźcie! bedziemy zwalać te wierzki«. »No
i odziámki zwáliémy«. — »E, odziámkôw nié ma, bojem przedał,
— może sié gniéwácie?« — »Ej, o co bym sié gniewał!« —
I ták se parobek robiál, co mu sié podobało, a żyd przystał na
wszystko, bo sié bał Jaż ráz w ybrał sié żyd dzieś daleko na
jerm ák, nabrał piéniendzy i jedź. Jadą, jadą, a to było w nocy,
miesiączek świeciał i było widać z daleka tatarkę. — »Szymonie!
a co to je? — »E, to rzołmirze masierują, — a to ci koło drogi
stoją i ják kto wiezie pićniądze, to mu odbierają, w izyterują
i odbiórają«. — »Aj, jaj, co já zrobię?« — »Ej, co tám, lążcie
i leżcie, já powiem, że szkło wiejze, a jákby wás który mion, to,
cicho! jéno brźęnczcie i już, bo wiecie? pieniądze!« — Przyjejecháli do ty tatarki, a chłop stanął i niby to rzołmirze go p y tają :
»Chłopie, co wieziesz?« — »Szkło«. — »A czy to praw da?« —
A w tedy ja k dobedzie beśni, jak zacznie smarować żyda i krzyczy:
»Panie wojaku, bo szkło mi sié potłucze!« — a tu wali a wali,
a żyd jéno: »brzię ! brzię! brzię!« — a potym już nie brzęnczał,
bo go zabiał. W te d y złapał pieniądze, żyda pod most, zacion
konie i do domu i tak nauczał żyda.
64. Prawdzie wydzwoniéli.

(Przysłowie.)
R áz jeden chłop pożyczał pienięndzy, ale nie zrobiéli
żadnych zapisów. M yśli se: »Taki pán, to on mi oddá bez
w szystkiego«. — Ano nic. Jaż tu przyszło za jakiś czás, jidzie
chłop do pana po pieniądze. A pán : »A ty durniu, a kiedy já
u ciebie pienięndzy pożyczał?« — I w ytrąciał go. — Chłop
poszał do Sanoka do cyrkułu, ale tam pán przekupią! sędziów
i oni mu pow iedzieli: »Czyś ty zgłupiał, chłopie? taki pán by
u ciebie pienięndzy pożyczał?« — I nic nie wskórał, dobrze, że
go do haresztu nie wsadziéli, że niby niewinnie pana zaskarżał.
Ano, jidź on do Przem yśla, do biskupa. Przyszał do biskupa,



248



téj opow iada mu cały j interns : »A ták i ták pożyczał-jem panu
pióniądze, a on sié zapiérá, był-jem w Sanoku, a tam ani mie
słuchać nié chcą«. — A biskup pow iadá: »Ba, mój człowieku, to
ty nie wiész, że praw da już um arła?« — »Umarła?« — »A um arła«.
— »To já nie wiedział«. — »Umarła, ta um arła, a nié má inákszy
rad y , ty lk o jidź do W iednia«. — Przyszał do W iednia, poszał
do kościoła św. Szczepana i kazał cały dzień zwonić i to we
w szytkie zwony. Zapłaciał dobrze, tej zwonią. Zwonią i zwonią,
a że to koło burku, to césárz káže sié spytać, co to je, że tak
zwonią. A toci mu pow iadają, że »jakiś chłop zapłaciał i my
zwoniémy«. — K azał zawołać tego chłopa, bo go ciekawość
zebrała i p y tá sié g o : »Na coś ty kazał zwonić tak długo?« —
»A N ajjaśniejszy M onarcho! bo praw da um arła«. — »Co ty
gadasz.?« — »A tak, ks. biskup mi powiedział, że praw da umarła,
to musi być praw da, ale że já nie słyszał, żeby ji zwoniéli, tájem
dał wyzwonić«. — A potym pow iedział cesarzowi całą spraw ę,
césárz kazał zawołać tego p an a i m usiał chłopow i zapłacić
w szystko i precen t i w hareście odsiedzieć, za to że mu zapierał.
65. M e dyebał nié może poradzić, tám babe pośle.

Było jedno stadło barz poczciwe. D yebał chciał jich skusić,
żeby sié poswarzyli, pobieli i siedział w kom inie siedém lát
i nie móg nic poradzić. P rzyszła baba po chałupach do wsi,
a dyebał ze wsi. W idzi, że sam otny i p y tá sié g o : »Czegoś taki
czarny?« — A dyebał ji pow iedział: »Siedém lát siedze w ko­
minie i chce jedno stadło skusić i nié möge«. — »Ej! co mi
dász, to jészcze ty nocy bedą sié bić«. — A baba nié miała
botów. — »Boty ci kupie«, — »No, a dzie to ta chałupa?« —
I dyebał poszał i pokazał ji, a sám wláz do kom ina przypatrow ać
sié, co sié to bedzie działo. A b a b a : »Niech bedzie pochw alony«.
— »Ná w ieki àmen«. — »Ej, widzę, że sié tu barz dobrze màcie,
kochacie sié, ale jábym wám poradzieła, tobyście sié jeszcze lepi
kochali«. — »Ej! cóż takiego?« — »A czymże sié wász zapina?«
— »A poltyką«. — »Żebyście mu tasakiem przerżnęli, tobyście
w idzieli; ale w nocy jak bedą spać wász, w tedy przerżnąć«. —
I b ab a ucieszała sié, téj zaráz tasak włożyła za głow y dc łóżka
i obdarzyła te babe. A ona poszła w pole, dzie chłop kosiał, bo
ji dyebał pow iedział i pow iada m u: »Dèj Boże szczynście«. —
»A déj Panie Boże!« — Téj zaszła z niém w rozmowę, téj p o ­
w iada m u: »Môj gospodarzyku, w y sié barz kochacie z waszą,
ale ty nocy śmierć wasza«. — »Co w y gádácie?« — »A tak!

-

249

-

tak ! jéno nic nie mówcie, jidźcie spać, skumosik zaśnijcie, a nie
śpijcie, a bedziecie widzieć, że wasza dobęndzie tasák zpod gdôw
i szyje wam zechce poderżnąć«. — Téj chłop uwierzał, tak
zrobiał, jak b ab a radzieła.-— B aba mu chciała w nocy przerżnąć
poltyke, a chłop jak sié zerwie, jak zacznie bić, a baba sié
sprasza, nic z tego, zbiał, zbiał i w ygnał na cztyry w iatry.
A dyebał z kom ina wyláz, zaémiàt i poszał. Jidzie on na drugi
dzień, patrzy, b ab a jidzie, ta, co to stadło skusiała. D yebał sié
zawstydział, że baba mądrzejsza od niego, téj zląk sié: » K ie d y
ona taká, to ona i m ieby co zrobieła« — >>A dzie boty«- —
D yebał miał już w pogotow iu, ale ze strachu to ji aż na żerdzi
podał bez rzyke, bo baba była na jedny stronie, a on na drugi
stronie rzyki.
66. Dyebał siał społu z babą.

B yła jedna baba, miała dużo grôntu, ale nié m ogła se
dać rad y ; była sama, a nikt nie chciał z nią społu siać. —
»Ażeby mi sié dyebał trafiał, tobym z niém siała«. — A dyebał
tuj! — »Bedziesz ze mną społu siać?« — »A bede«. — Téj po­
siali pszenicy. — »No«, — dyebał sié p y tá ■
— »jak bedziemy
zbierać?« — »Já bede wierzch, a ty spód«. — I dyebał przystał.
B aba zebrała pszenice, a dyebłow i została ścierń. — »Takaś ty
m ądra!« — »Czekej! já zbiere wierzch«. A na bezrok bedziemy
siać?« — »Bedziemy«. — Na bezrok posiáli rzepy. — »No teráz
ja bede zbierał wierzch, a ty spód«. — »Dobrze«. — Téj dyebał
zdar nać, a babie została rzepa.
67. Co mász zrobić złego dziś, odłóż na jutro.

B y ł jeden chłop na przedmieściu w jednym mieście ; biedny
nosiał wode panom. Biéda mu była, téj zabrał sié i poszał w świat
a żone i dwóch syncw m ałych zostawiał het. Przyszát on dzieś
daleko od tego m iasta i zgodział sié za parobka u jednego
gospodarza. I służał u niego dwadzieścia lát. Zasłużał se- dosyć
pienięndzy, przyodziewek miał dobry i pow iada gospodarzowi, że
chce pość. Gospodarz go nie chce puścić, bo b y ł d o b ry ; nie piał,
ani nic; robiał dobrze i chce go ożenić z jedynaczką. A le on
pow iada, że nie może, bo má żone. »A! kiedy ták, toś ty nie­
d obry człek, kiedyś ty żone zostawiał i tak długo sié do nij nie
zgłosiał. Jidź, niech eie me oczy nié widzą«. — Téj ten chłop
ma pość Ale gospodarzow i żal go było, bo d obry; téj załadow ał

-

250



brykę zbożem, przendziwem, prz^odziew ą rożną, zaprząg páre
dobrych koni i dał mu i powiedział mu, żeby na trzy rzeczy uważał,
to mu dobrze bedzie: i. żeby nie zajeżdżał do taki karczmy,
dzie je m łoda gospodyni, a gospodarz; 2. żeby nie jechał krótką
d rogą a złą, jeno dobrą, choć dalszą; 3. żeby co má złego dziś
zrobić, to odłożał na jutro
Téj ten chłop pojechał. Jedzie, jedzie, odjechał już kilk a­
dziesiąt mil, sp o ty k a on dwóch fórmanów. — »A dzie jedziecie ?«
— »A tám i tám«. Oni byli tyż z jego stron. --- »Ano, to pojedziem y razem«. — Tej jadą. Jad ą, jadą, przyjeżdżają do jedny
karczm y. T en chłop zláz i poszał popatrzyć do karczm y i poziera:
jest młoda gospodyni, a gospodarz stary. — »Oho! kam ráciá!
tu nié bedziem y nocować«. — A mieli już nocować. — »A czemu
n ie? m y tu już nieraz nocowali«. — Téj wjechali. A ten tyż, —
myśli se: »Trzech nás bedzie, to trzá zajechać, a samemu jechać,
niebezpiecznie«. — I zajechał. A jak sié położyli spać, ten leg,
ale nié spi. Jaż tu w nocy przychodzi ksiądz, téj do gospodyni.
Baw ią sié, napijają, a potym mówią, żeby to starego karczm arza
zabić, toby ona poszła do niego za gospodynią, — a fórmanów
krw ią powalać, to bedą m yśleć, że to oni«. T ák zrobiéli, zabieli
starego a jednego form ana pokrw aw ieli, — a ten w szytko słyszał,
bo nie spał i poszał téj, ják ksiądz mazał krw ią fôrmama, téj
wzion i ucion mu kaw ał sukni. N arano, karczm árka zrobiéla
krzyk, form an pokrw aw iony, ala do sendziego ! Téj ten winny,
bo jest ślad, — nie pom ogło nic, choć sié spraszał i sum itygow ał.
Już go mieli wiószać. W te d y ten chłop wychodzi i pow iada:
»Héj, panow ie ! to nie on w inny, nie, ale ten, co nie má cały
su k n i; o, tego kaw ałka mu brakuje!« i pokazał ten kaw ał, co
odcion. A ksiądz ten tyż tam był. P a trz y każdy, czy má całą
suknią : jaż tu ksiądz nié má. Ano, ten chłop opow iedział wszytko,
— wzieni pana b rata i na szubienice,
a form ana puścieli — Téj
jadą dali. Przyjechali na dwie drogi, jedna dłuższa, ale lepsza,
a druga bliższa, ale gorsza. Form ani chcą jechać krótszą, ale ten
se przypom niał, co mu gospodarz radział. — »Aha!« — myśli
se — »jedno sié spełnieło« — i nie pojechał za fórmanami. Aż
tu w ylecieli zbóje i zabieli ich, a sami siedli i jadą. — Ten chłop
choć miał dalszą droge, zderzał sié z niémi, jak sié drogi schodzieły, — poziera, to nie formani ano
nic nie mówi, jeno jedzie
dali. Przyjechali do m iasta jednego i stanęli w karczmie.
Ten zaráz do urzęndu, przyszli szandery i wzieni bratów , —
i dośli do lasu i naleźli zabitych fórmanów. — »Ano, cóż robić?«



251



— Zbôjôw do krym inału, a jemu dali te dwa wozy i on pojechał
Przyjeżdża on z tym i trzema brykam i do miasta, skąd był, i za­
jechał pod śwój dom. P atrzy, aż tu stoi kamienica, ogród piękny
i dom zajezdny koło niego. Ano zajechał i idzie dali, jaż tu
widzi w ogrodzie, jak jego żona, po pańsku ubraná, spaceruje,
a ksiądz z jedny strony a oficer jakiś z drugi trzym ają ją pod
bok i spacerują i spacerują. On sié poziera zdaleka, czy mu sié
nie przyw idziało. Nie, to jego żona: dobyw a pistolet, téj już.chce
wystrzelić do żony. — «Aha ! gospodarz mi powiadał, żebym co
mám dziś złego zrobić, żebym to odłożał na jutro«. — I nie
strzelał, jéno poszał, opytał sie stróża, jak to tu je, co to za pani
i het. A ten mu pow iada całą chrystoryją, »że ta pani to m atka
tego oficera i tego ksiądza, że ona sié dorobieła ty kamienicy,
jak ji, mąż dzieś sié podział«. — A ten jaż sié za głowę uchyciał
i zaraz poszał; téj woła żeby mu ta pani dała wódki. Ona mu
dała, bo była traktyjerniczką. A o n : »Żono, Boże ci dej zdrowie«.
— Téj w ypiął i patrzy sie: »Nie poznałaś mie.?« — Ten oficér
na niego ale żona
go poznała, ucałow ali sié wszytko czworo
i tak dwie dziórki w nosie, skończyło sié.
68. Sbój u leśniczego.

Jeden leśniczy mieszkał, jak zawsze leśniczowie mieszkają,
w lesie. R az poszał do lasu, a w chałupie została żona ze sługam i
i z dziećmi. W te d y przychodzi zbój, ubrany jak dziad. Tej opytuje sié leśniczowy o męnża, a ona nié wiedziała, że to zbój,
i pow iedziała mu het. A ten widzi, że w chałupie porządek,
w szystkiego dość, téj dobył pistolety i zabiał sługi, a potym do
nij : »Dawej pióniądze«. — Ta uciekła na powałę i drabinę wyciągła za sobą. On tu wyleźć nie może do nij, téj złapał dziecko
i m ówi: »Dej pieniądze abo klucze, a jak nie, to ci bachora
zabije«. — Ona wiedziała, że jakby zlazła, toby i ją zabiał
i dzieci i pieniądze by wzion, téj nie zlazła.
A on złapał dziecko
na kloc, co stał w
sieni i zabiał siekierą, ale i drugie i trzecie.
A w tedy leśniczowa posłyszała, że ktoś jedzie, téj krzycz. Jechał
jakiś pan w pojeździe,/usłyszał, téj: »Stań-no! Ktoś tu woła«. —
I w ysłał lokaja, ale lokaja zabiał ten zbój. P an widzi, że lokaj
nie przychodzi, téj kazał fórmanowi pość, ale i tego zabiał zbój.
P an czeka i czeka i sam jidzie, bo ta jeszcze krzyczy. Zbój
zam knął dżwierze, a pan durka. Zbój otworzą! i dali do niego
z nożem, ale pan miał pistolet; bęnc i nie zabiał go, jéno rękę
mu podstrzelał. I tak uciék do lasa z odcięntą ręką, a pán został



252



pocieszać leśniczową. Zbój do lasa i spotkał leśniczego. — >To
w y leśniczy?« — »A ja«. — »Idźcie czym pręndzy do dom, bo
tam zbóje rabnją, zabieli sługi i dzieci, jeszcze żone chcą, ja com
chciał bronić, to patrzać ręnki nié mam«. — Leśniczy sié zląk
okropnie, téj w nogi, do chałupy, przychodzi, a tam pan roz­
m aw ia zza p ro g a z jego żoną; ten m yślał, że to zbój, wycelował
i zabiał go. Żona leci do niego i pow iada mu co sié stało, że
to ten pan ją uratow ał, ale przepadło, już sié stało.
09. 0 césárzu i husarze, co zaszli do zbójów.

R áz b ył césárz jedén na polow aniu. W ieczór sié zrobiał,
césárz chce pość do lágru — bo jak césárz poluje, to zaráz láger
zrobią na kraju lasu — césárz chce wyść, ale zabłądział i trafiał
na dom ek w lesie; jidzie tám. D w anaście zbójów i jedén husar,
co tyż zdezenterow ał z koniem het i chciát uciéc, ale trafiał na
tych zbójów. A no nic. Zbóje nic jém nie mówią, przyjenni ich
dobrze, postaw ieli wieczerzą i jich zaprosieli. K ażdy zbój za nóż
kładzie pałasz; pałasz, pałasz, przyszło na husara, on tyż dobył
szablą i położał, ale césárz nie miał ani szabli: téj husar miał
scyzoryk, dobył i pod stół, żeby tam ci nie widzieli, dał mu. J a k
mu dał, w tedy obróci sié do niego, téj łup go w py sk : »Nie wi­
dzisz, durniu, co ‘panow ie robią ?« — I césárz w tedy położał sc y ­
zoryk na stół. J a k zjedli, w tedy nástarsy zbój pow iadá: »Teráz
waszá śmierć!« — A husar: »Ej, panowie! żebyście pozwoliéli,
tobym já wám jedne sztukę pokazał przody, potym tam róbcie,
co chcecie; ta sztuká by sié i wám przydała!« — Zbóje byli cie­
kaw i, téj: »Dobrze«. — No, dejcie-no, panow ie, oleju!« — D ali
mu oleju, on kazał wsuć do k o tła i gotow ać, a jak już wrzało,
w tedy dobył na w arzoche i kazał jém stanąć w koło, a cesarzowi
pow iedział: »Ty tam stój w kącie, boś niegodzien tego widzieć,
co panowie«. — I cesarz poszał do k ąta, a on stanął w środku,
téj w yw inął sié prendko, a oléj po gęm bach zbójów. G w arzyli sié
i popiekli, oślepli, a w tedy husar jak złapie szabli, ja k zacznie
ciąć, w yciąn, w ybiał, nab rał pienięndzy i dał cesarzowi. A le ce­
sarz nie chce brać. — »A, ty kpie! wstydzisz sié, żeś tak i m azgaj,
i ty b y ś był stał z niémi, żebym eie nie odepchnął? A teraz zaś
nie chce pienięndzy.« — »No, dej już, dej!« — I nabrali se piénięndzy, siedli na konie, bo cesarz na koniu polow ał, i pojechali.
A le że cesarzowi koń zasłab, téj zostaw iał go, a sam szał. J a k
go nogi zabolały, a już dzieś byli niedaleko burku, cesarz .po-



253



w iada: »Dej-no mi ty konia, bom barz osłab«. — H usar siad i dał
mu, a w tedy cesarz, jak zbierze konia ostrogam i, tèj poleciał,
a husar został. — »A to mi narobiał, tam zdezenterował, jészczem
i konia straciał. « — I już miał dzie póść w świat, ale żal mu
było kam ratów , bo miał pieniądze, toby jich uszenstow ał i poszał
do W iednia. A cesarz ja k przyjechał do pirszy w arty, kazał zła­
pać tego husara i przyprow adzić go do burku. T ak siè stało;
złapali zaraz husara, bo césarz jém powiedział, jak on w ygląda,
i zaprow adzieli do burku. Césarz sié rozebrał i wziąn mondór
cesarski i woła tego husara. H usar drzy na całym ciele : »No,
teraz moja śm ie rć !« — A le césarz go woła i śmieje sié. H usar sié
mieszał, a le ; »Tyć to ten, co wczora b y ł ze m ną na wieczerzy
u zbójów, t o j a cesarzowi dał w pysk. A no, śmierć niechybna«.—
Lecz césarz p y ta sié, czy go poznał, het i co zrobiał w lesie. —
H usar mu odpowiedział, a césarz mu w szystko darow ał, dał mu
te pieniądze, co przyniós od zbójów, i jeszcze w ięncy i puściał
go na orlop za te sztukę.
70. Biéda o jednym oku.

B yło raz trzech braci : kuśnierz, kraw iec i kow al. W e wsi
była biéda, nie było co jeść, a oni zawdy mieli co i jeść i odziać
sié. — »Ej! mówią ludzie, że biéda. Hm ! jakaż to ta biéda? my
nie wiémv, co to biéda.« — Téj w ybrali sié szukać biédy. Jidź,
jidź, przyszli do jednego lasu, téj tam zaszli do jedny chałupki.
W ejdą tam, siedzi babina o jednym oku, na nalepie, i piecze se
bandórki, a w jizbie i w warsztacie pełno baranów. — »A po co
w yście tu przyszli?« — »A my jidziemy biédy szukać.« — »A toście
znaszli, to ja wasza biéda.« — Тосі sié zlęnkli. Tèj kuśnierz po­
w iada: »Bieduś moja, bieduś, jéno mie nie uduś, ja ci zrobié
kożuch«. — Ale biéda: »Co mi po kożuchu?« — La p za k ark i po
niém. K raw iec sié też prosi i obiecuje ji płótnianke, ale i jego
biéda udusieła. Został kowal, m ocny chłop i śpiewa se :
»Ej, bieduś m oja, biedus,
Jéno mie nie uduś !
T a bo jak mie udusisz,
Pochow ać mie m usisz.«

Biéda sié roześm iała i p o w iada: »No, śpiewej-no jeszcze !« —
A le kow alow i nie śpiewać, m ocny był, ale sié bał wszelako, bo
widział jak braci dusieła. Téj: »Ej, bieduś! jabym ci oko dorabiał,
bo tak z jednym na czele, to nieładnie; bedziesz mieć dwoje



254

-

tak, ja k i ja«. — »A dorobisz?« — »A czemu nie?« — »No, to
dorób.« — I kow al wziąn pogrzebacz, co to niém bandòrki d o b y ­
wała, rozpaliał i w ypaliał oko biedzie i już nic nié ma. I tem u
to teraz i takiém ludziom bieda, co robią jak konie, a gnojki to
nieraz dobrze mają, bo biéda ślepa, to nie wiś do kogo pość.
Biéda w tedy sié rozgniewała, téj do niego, kow al ucieka, tej do
w arsztatu, biéda zajęnknąła i chodzi między b aran y i szuka, ale
kow al zawsze ucieknie. W te d y biéda siadła na progu i woła b a ­
rany, po jednem u pom aca po wierzchu i puści i puści, a kow al
to widzi, téj łap skórkę baranią, co tam była, obłócz on, zdjąn
płótnianke i odział barana ; sam na czwôrnôg, jidzie, beczy, biéda
go pom acała i puścieła, a tego b aran a w płótniance zawsze na
koniec zostawiał, biéda pom aca g o : »Oho, to kowal« — i brzdęnk
niém o ziemie, zabieła, a kow al na dw orcu: »Cha! cha! cha!« —
Biéda sié wścieka ze złości, ale cóż? »Kowalu !« — »No ! « —W iész
co ? ja ci już nic nie m ogę zrobieć, ale jest tam klucz złoty w lesie, idź tą drogą, to znajdziesz, to go se weź, zda ci sié, boś
kow al, nie żal mi go, boś zuch!« — K ow al jidzie, jidzie, patrzy,
wisi klucz. A la! W yłaz on, bierze klucz, oho! ręn k a mu przy­
rosła. P a trz y na dół, a biéda leci. Co tu robić? Miał nóż tęngi,
szast i oderznął ręnke po łokieć. Biéda przychodzi, bierze klucz,
ręn k a w isi.— »A widzisz kow alu? Szukał-żeś biédy, teraz ją masz,
bo se i nie zarobisz bez ręnki.« — I tak w szytcy trzech znaszli
biéde.
*
*
*

8.
Boginy, boginki. W norach, »dz i o r a m i« pospolicie zwa
nych, mieszkają boginy czyli boginki. Są to małe stw orzenia, p o ­
dobne do ludzi, płci żeńskiej, z tą jednak różnicą, że . » j a k i mś
s p o s o b e m p r z e z 1) m e n ż ó w « rodzą dzieci. W ielu starych,
pow ażnych a rozsądnych gospodarzy iwonickich utrzym uje, że je
widzieli i przyglądali się, ja k p rały swoją bieliznę. Nieraz naw et
odważniejsi zabrali im » ł a s z k i « , tj. nader bieluchną bieliznę,
podobną wielkością do ubrań, jakich dziew czątka używ ają na
lalki. Dzieci boginek są brzydkie i bardzo u p a rte .. G dy m atka
dostrzeże w swojem dziecięciu nagłą jak ą zmianę, upór, niczem
nie dający się utulić płacz, łub też jaki sym ptom at choroby, sądzi
z całą pewnością, ze » b o g i n y « je odm ieniły. W te d y m atka ma
\------------->) tj. b e z .



255



wynieść dziecię na gnój i bić miotłą, a bogina przyniesie n a ty c h ­
m iast zabrane dziecię i mówiąc: »No, c z e g o mi d z i e c k o
b i j e s z ? J a t w e g o n i e b i j e , a t y m o j e b i j e s z « , oddaje
cudze a zabiera swoje dziecko. Albo też tak postępują. Gotuje
m atka w łupinach z jaj jaką potraw ę, rozpaliw szy na kom inku
ogień, a posadziwszy dziecię nà środku izby, wychodzi za drzwi
do sieni ; w tedy bogina przychodzi po swoje dziecię a cudze odnosi,
m ów iąc; » P ó d ź , p ó d ź , t o b y ś t u u m a r ł o , j a k b y c i
w ł u p k a c h t y l k o j e ś ć g o t o w a l i « . — W końcu utrzym ują
o boginach, że plotą one warkocze koniom i duszą niektórych ludzi
w n o c y 1). A by się od nich na przyszłą noc zabezpieczyć należy
położyć sobie na piersiach s k ó r ę j e ż o w ą lub też s z c z e ć 2);
w tedy pokłuje się bogina i już nigdy nie powróci. B oginy du­
szące zowią się także »hu r b o s z c z a m i« i »h u r b o r z a m i«.
9. Zapadły kościół. W Cergowskiej górze, na błoniach T a r­
g o w isk 3), zapadł się przed laty kościół. Mówią, że pastuchy
zapuścili się w głąb C ergow y4) i wynieśli sobie pełne czapki
pieniędzy, bo w zapadłym kościele mieszkają dyabli, a ci dają
ubogim pastuchom pieniędzy, ile chcą; bogaci jednak nie mają
po co się tam udaw ać, bo ich dyabli obrzucają błotem . W ed łu g
opowieści ludowej na błoniach targow iskich pastuch świń zna­
lazł dzwon z zapadłego kościoła. Zaniósł go tedy do kościoła
a dzwon dotąd tak dzwoni :
»Bąberyły, bąberyły,
Świnie mie w yryty,
A pastuch mie znaláz,
Do kościoła zaniôs«.

10. Zwaliska zamku odrzykońskiego. W ed łu g m niem ania ludu
w zwaliskach tego zamku siedzi dyabeł na skarbach. W KLwietnią
Niedzielę, podczas długiej ew angelii, można pójść tam i nabrać
sobie pieniędzy, ile i jakich kto chce, tylko trzeba się spieszyć,
bo skoro tylko ksiądz skończy czytanie ewanielii, zaraz wszystkie
bram y wśród trzasku zam ykają się, a k toby tam był, m usiałby
czekać aż do następnej Kw ietniow ej Niedzieli.

’) Indziej zow ią je » z m o r a m i « .
ł
2) P rzyrząd do czesania lnu.
8) W ieś, w p o w . krośnieńskim , przy drodze z K rosna do Rym anowa, 3 0 2 m n p m ,
4) Cergowa, góra, w obrębie w si Jasionki (pow. krośnieński), w południow ej
jej stronie, 718 w npm.



256

-

K am iem e w yniosłe, sterczące m iędzy drzewami obok zw alisk
zamku, to m atka i dwie córki, które w czasie głodu poszły na
grzyby. Córki w ołały na m atkę, aby pow racać do domu, a m atka
zniecierpliw iona rzekła: » B o d e j e ś c i e s k a m i e n i a ł y ! « I ska­
m ieniały w szystkie trzy. T eraz jeszcze można na głazach odróż­
nić fartuszki, w których g rzy b y trzym ały owe niew iasty. W te d y
takie to czasy były, jak kto kogo zaklął, takim się zaraz staw ał.
Bronisław Gustawicz.

Przyczynek do oznaczenia granicy Lachów.
Słotw inianie, w pow. żywieckim, posiadają pew ną wiedzę
etnograficzną, nie tyle książkow ą ile praktyczną, nab y tą bądźto
w czasie pielgrzym ek głów nie do K alw ary i Zebrzydowskiej
a także do F ry d k u , bądź też podczas służby wojskowej i na
jarm arkach. T ak więc znają i odróżniają »Ślezioków«, »Słowioków«, »Ruśnioków« i »Lachów«.
Na pytanie gdzie to, m ieszkają »ty Lachy«, odpow iadają:
»a, to hań na dole« a czasem spotkam y się z dodatkiem w »Polsce«.
Jeżeli zaś wejdziemy w bliższe szczegóły, to jako granicę ściślej­
szą pom iędzy »lachami« a »gorolami« otrzym am y linię od Oświę­
cimia ku K ętom , W adow icom , K alw ary i i„. »i jesce tam dalej
na dół«. Po północnej stronie tej linii to »lachy«, po południowej
jeszcze tu i ówdzie m ieszańcy, ale im więcej na północ i pół­
nocny wschód zwłaszcza, tem więcej »łachów«.
Za centrum Lachów uw ażają zaś okolice K rakow a, tam to
»bite lachy« mówią i w ym ieniają wsie np. M ogiłę, Bronow ice
i tych »łachów« nazyw ają »krakow iokam i«. K oło Bochni, T a r­
now a to także »lachy« a znajdują się jeszcze koło Lw owa, ale
tam już »pomieszani z R uśniokam i«.
Pozostał jeszcze kaw ał ziemi, od powyższej granicy »ląchowskij« na zachód południow y i południe. Otóż w Białej
a zwłaszcza w Bielsku (Śląsk) to »Miemcy«. Od Białej ku Oświęcimowi, na północ, wsie K om orow ice, Jaw iszow ice i inne, to
»Zobialanie«, ale nie »Miemcy«. Słotw inianie i inni mają pew ien
kłopot z nazw ą mieszkańców wsi na południe od Białej leżących,
w pow. bialskim : Godzieszka, K aina, Buczkowice, B ystra i inne,

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.