-
extracted text
-
O ludzie Podduklaiìsldn) w ogólności, a liniczanacli w szczególności.
(Dokończenie )
Część wtóra.*)
Zabawy, pieśni i gadki.
56. W ilk i łysy koń.
W ilk jak ma kogo zjeść, to jidzie do P ana B oga pytać sié,
co mu każe zjeść. R áz P án B óg kázál mu zjeść łysego konia, co
go parobek pás na łące. Ale parobek słyszał, téj zalepiał ko
niowi biały płatek na czele. W ilk przychodzi, nié ma łysego
konia. Téj do P a n a B oga i mówi mu, że niéma łysego konia,
jéno czarny cały. — »To zjedz parobka.« — W ilk poszał i zjád
parobka.
57. 0 Twardoskiśm, co godzinki nłożał.
B y ł jeden pán, co sié nazyw ał Tw ardoski, J a k już nie miał
pienięndzy, bo wszystko przebalow ał, poszał on w pole a lamenci se. Przychodzi d y eb ał: »A to pan tak lamenci?« — »Bo
mi trzá pienięndzy, a nié mám.« — »O zapisz mi sié pán, já d y e
bał, to panu dám piéniçndzy, sieła bedzie trzá.« — »A dobrze« —
i robią zapisy. Ale pán był m ądry i powiedział, że w tedy przydzie se po niego, jak bedzie w R zym ie. P an Tw ardoski myślał
se, że on nie pojedzie do R zym u za życia, to go nie weźnie. A le
dyebał tyż to wiedział. Poszał on do chłopa, dał mu pienięndzy
i kazał mu w lesie w ystaw ić karczmę, w tym lesie, dzie pán
Tw ardoski lubiał polować, i nazw ać te karczm ę R zym . T ák sié
stało. Pan T w ardoski był na polow aniu, spostrzég karczmę, lu
biał wódkę i poszał se trzepnąć. W ty m przychodzi karczmarz :
»Panie, patrz, ile kruków tu sié nazlatowało.« — »Aha, a jak
sié ta karczm a zowie?« — »Rzym.« — »No, to po mnie.« — A le
złapał dziecko niew inne na rence i choć dyebli przyszli, to go nie
wzieni; jaż mu powiedzieli, że to nie ładnie, robić z gęm by cho*) Zob. »Lud« VII, 128,
■'
16
_
242
—
lewe, to położał dziecko, a oni go wzieni. Jeno sié kazał nieść
ta k na w rotach od karczm y, żeby m óg pisać. Nieśli go tak, a on
pisał godzinki, a dyebłom coraz cięnży, cięnży, i ják przyszli
nad piekło, on napisał te słow a: »Z pokłonem Panno Ś w ięn ta« .—
A dyebli: »Oho, już nic z tego, już go ta széroká zastąpieła« i puścieli go, a on tak został wisieć aż do sądnego dnia.
58. Pop, co koniem był.
Jednem u R usinow i um arło dziecko. Tćj poszał on do sw ego
ojczynka, żeby mu pochował. P o p se każe bars dużo dać od
pogrzebu, a R usin chudobný sprászá sié, że ni-má. — »No, kiedy
nié mász, to se sám pochowéj« — pow iedział mu pop. Téj R usin
niew iele m yślęncy, wziąn łopatę, poszał do lasa, téj kop grób.
K opie, kopie, przychodzi do niego siw y dziadek, a to b ył P án
Jezus. — »Co ty kopiesz, człowieku? — »A g rób lá dziecka! Ojczynko nie chcą pochow ać za darmo, to ja se sám pochowam.« —
»Słuchej-no człow ieku! mász tu huzdeczke, jidź i załóż na niego,
on sié zrobi koniem , i rôb z niém cały rok, co chcesz; bi, co
bedziesz móg, a po roku zaś tu przydź!« — R usm wziąn se
i poszał do popa. Prosi go jeszcze, żeby mu pochował, ale ten
ani se dá słyszeć: »zapłać, to ci pochowam« — ani pokropić nie
chce. A R usin dobyw a huzdeczke zpod czuhy, téj na popa, —
a tu koń z niego, śliczny, wielgi. A no nic, wziąn go do dom,
orze z niém, jeździ do lasa, bije okropnie. Ano przeszał rok.
I R u sin wziąn konia, téj zaprow adział na to miejsce, dzie grób
brał. T en siw y dziaduś tám był, dał mu i poszał. A na plebanii
jak k u rát w tedy odpraw iali rocznice za popem, bo myśleli, że go
dzie zabieli. A siw y dziaduś wziąn konia i puściał go do ogroda
plebańskiego. Córka popa zujźrała i poszła go w ygnać. A siwy
dziaduś pow iada: »Nie bi, nie! To twój tatuś«. — T a sié zapa
trzy ła, leci i pow iada m atce, co sié stało; — przyszli i jisi popi,
co byli na ty rocznicy, a siw y dziaduś wziąn i zdjąn huzdeczke,
a tu pop sié zrobiał. — Dziaduś znik, a pop poszał do dom i już
od tego czasu za każdym szał na cmentarz, choć i nic mu nie dał.
59. 0 popie, co miał wolą skóre.
Jeden R u sin zaś brał glinę na brzegu przy rzyce, ot tak na
nalepe, żeby polepić. K opie, kopie, coś szczenkło. K opie dali :
kocioł z dukatam i. R usinisko sié ucieszał, téj jidzie do ojczynka
pochwalić sié i dać na służbę bożą na podzięnkow anie, Popow i
243
-
sie żal zrobieło, że ten chłop bedzie miał tyło pienięndzy. W ziąn
on skóre z wołu, oblók sié i poszał w nocy o 12. godzinie do
tego chłopa, i niby straszy go i powiada, że to jego te pienią- '
dze,. że on to jakaś dusza i każe mu, żeby odniós, bo nie może
mieć spoczynku na drugiém świecie. R usin sié zląk, ale mu żal
było i nie odniós; ale na drugą i trzecią noc zaś przychodzi.
R usin już nie m óg w ytrzym ać i zaniós zaráz, czy mu bez okno
dał. Ale co sié stało ? Pop przyszał do dom, chce zdjąć skórę,
a tu przyrosła. Ano co tu robić? Siedzi cały dzień i nikogo nie
puszcza do siebie, a w nocy wziąn pieniądze i zaniós R usinow i
i mówi mu, żeby se już wziąn, ale skóra nie odpadá. Ano trza
sié przyznać. I dopiero jąk wyszał na - kazanice i opowiedział ,
w szystko przed ludźmi i żałował za to, dopiero w tedy mu skóra
spadła.
, . ;
c) Gadki piekne czyli dobre.
60. Jak świat placi.
Jeden chudobný chłop poszał do lasa na drwa, a tam .krzyczy ktoś. Jidzie on za głosem i spostrzega, że pod skałą coś krzy
czy: »Dobęndż mie, já ci zapłacę, jak świat płaci.« — Próbuje
on dźwignąć, ale nie może. Uci^n on drąg, podważał, dziára sié
zrobieła i wyláz smok, o siedmiuch łbach, straszna bestyá. Téj
pow iada: »Já eie teraz zjém.« -—■ »A jak to, miałjeś mi zapłacić,
jak św iat płaci?« — »A tak św iat płaci.« — »No, ta my pódż
do sęndziego,. aby spraw ę z nami zrobiál, abo co.« — »Ta, my
pódź.« — Téj poszli. Jidą, jidą, nadybali konia, co sié pás na
łące. Chłop opow iedział mu całą rzecz i mówi: »No, panie sęndzio, zrób z nami sprawę.,« — A koń, chudzina, skóra i kości,
pow iada: »Tak świat płaci, tak! Já tyż pókem b ył młody, jeździátjém w pojeździe, jádjém siano wołowe, owies, — a teraz żem
stary, to mie w ygnali na te tu łąkę, dzie sam sit, i przydzie mi
tu zdechnąć, -- o tak to św iat płaci, tak!« — »No, to pódźmy
dali«, mówi chłop. Jid ą i spotykają psa; na gnoju kości gryzie.
Chłop pow iada: »No, panie sęndzio, przyszlim y tu do spraw y.« —
Téj opowiedział mu całą rzecz, a pies w ysłuchał i mówi: »O, tak
św iat płaci, ta k ! Já tyż byłjem pieskiem pokojowym , jádjém to,
co i pán, a potym strzégjém domu w nocy, jeszcze mi nieźle,
było, jaż teráz, kiedy już dłabów wlec za sobą nié m ogę, to mu
sze kości gryźć. Nieboże, przegryw asz spraw ę!« — »No, widzisz,
—
244
—
— mô.wi smok, — teráz eie już zjém, bo już dwóch sęndziów sié
zgodzieło.« — A le chłop odprászá sie jeszcze, aby jinszego sendziego szukać, — i smok zezwoliał. Jid ą oni, spotykają barana,
alé chłop nie chce go brać za sęndziego, bo wić, że to bojażliwe
stw orzenie, zlęnknie sié smoka, tej jeszcza co gorszego powić, —
i m yśli sobie, kieby spotkać liszkę, mówią,., że ona má siedem
zmysłów, a ósmy w y k rę t1), toby ona może lepszy w yrok w ydała.
J id ą ,.jid ą i spotykają liszkę. Chłop m ówi: »Pànie sęndzio,
mam y tu spraw ę«, — i opowiedział ji cały jinteres. A liszka, m ą
dra, pow iada: »Trzá wás pojedyńczo przesłuchać, i zawołała
najprzód chłopa,, téj powdadá mu: »W iész ty co, já eie w ybaw ię,
ale co mi ty za to dász?« — Chłop sié ucieszál i pow iadá: »Dám
ci kôre co niedziela«. — »No, dobrze, jéno żebyś dát.« — »A dám,
dám.« —
P otym zaś zaw ołała sm oka osobliwie. A dopiero potym po
wiedziała do obuch: »Spraw y tu nie m ogę rostrzygnąć, musiemy,
moi kochani, pość w to miejsce, dzie ta skała«. — »No, to do
brze,« — pow iadá smok. Téj poszli do ty skały. J a k przyszli,
mówi liszka do chłopa: »No, podnieś ty skałę, a ty, smoku, wleź
tam, żebym wiedziała, jakeś to tam leżał, czy to w ielgá prácá
była, ab y eie dobyć«. — Chłop podniós skałę, smok wláz i po
w iadá: »Takjém tu leżał«. — A liszka m rugła na chłopa, aby
spuśeiał kam ień, chłop spuściał, a liszka: »I ta k bedziesz leżał«.—
X smok został leżeć. W te d y chłop ucieszał sié niezmiernie i p o
w iada do nij: »Chodź-że ty, moja kochaná, pokaże ci moją chałópe, żebyś wiedziała, dzie po kôry chodzić«. — Téj poszli a chłop
pow iadá ji: »Tu pod tym płotem bedziesz czekać, a já ci co nie
dziela, przyniese, tam moja chałopa«. — »No, dobrze.« —
Tćj rozeszli sié. I chłop nosiał co niedziela kôry, liszka
zawsze rano przyszła. Ale chłop nosi i nosi, ta już mu sié u p rzy
krzyło,: a. naw et już i kôr nié stało; ta kradnie on sąsiadom,
a w końcu już i nie zawsze ukraść może, bo sąsiedzi dają pozor
Cóż on nié ro b i,— bierze strzelbe i zcicha podszał pod sám płot.
Bęnc — trafiał liszkę w samo serce, a mojá liszka fy rt nogam i
i jéno zaw ołała: »O, tak św iat płaci, tak!« — Téj zaraz zdechła.
61. Destatement chłopski.
Jeden chłop um ierał ,i zostaw iał syna już dorosłego na gront.
S yn b y ł jedynak, to nié robiał destam entu piśm iennie, jéno słor) T. zn siedm ra zy zm yśli, a ósm y raz się wykręnci.
-
245
-
wami mu samemu powiedział. I zawołał go i tak mu powiedział:
»Słuchej, mój synu, zostajesz po mnie na groncie, to ci nié mám,
co w ięncy powiedzieć, jéno te trzy rzeczy: i. Nie zwiérzéj sié
żonie ze sekretu; 2. Panu pienięndzy nie pożyczej; 3. Nie miéj
nad sierotą miétosierdzia. To se pam ięntój i w edług tego żyj
a bedziesz szczynśliwy.« — I umár. P o śmierci jakoś na drugi
tydzień przychodzi do niego pán, co miał te wieś. B ył biédny,
a wiedział, że. chłop ma pióniądze, téj prosi go, żeby mu poży
czał pienięndzy i obiecuje mu precent. T en chłop se przypom niał,
co mu ociec powiadał, ale m yślał se: »Gzy to już koniecznie ihá
być práw da, pán przecie jest we wsi, záwdy b y ł rzetelny, to on
mi odda«. — I pożyczał mu. Ja k zaś w yszał termin^ h pán miał
mu oddać pieniądze, poszał on do niego, ale że byli goście, to
pán mu kazał późni przyść. Poszał on na drugi dzień, a tu pán
na n ieg o : »K iedy já ci pienięndzy pożyczał?«. — »Ano, mász, to
mi ociec praw dę powiedzieli« — pom yślał se i poszał. Téj poje
chał w droge, bo zaw dy jeździał dzieś do W ęg ier na zboże. Jechał
koło pańskiego ogrodu, a tam sié baw ieły dzieci pana, znały go;
téj pytają sié, dzie jedzie, a on jém powiedział, że w droge,
i wzian jich na wóz, żeby jich kaw ałek przewieźć. Ale potym
jich już nie pu ściął, jéno wziąn, zawióz do W ę g ie r i dał do szkół,
zapłaciał od nich za rok, żeby jich tám uczyli. J a k zaś jechał
nazád, spotkał siérote przy drodze, mała chłopczyna, praw ie nago,
siedzi koło drogi i płacze. — »Co ci to?« — »A nié mám ani
tatusia, ani mamusi, téj jeść mi sié chce.« — Żal mu sié zrobieło. — »Hm« — pom yślał se — »tatuś mi môwieli, żeby nie
mieć miełosierdzia nad sierotą, ale já go wezme, doświadczę já
ty praw dy.« — I wziąn, chował go w doma i już długi czas
przeszał, a sierota wyszał na parobka. A te dzieci pana, wsze sié
uczyły, co rok jeździał do szkoły i płaciał od nich. Tymczasem
pán szuká dzieci, ale nic z tego : dom yśla sié, że ten chłop musiał
mu jich zabrać, jak jechał w droge i potopieć za to, że mu pie
niądze zapar. Téj już po wsi ludzie mówią, że on utopiał te dzieci.
R áz wieczór p y tá sié go żona po cichu: »Mówią, żeś ty pańskie
dzieci potopiał«. — »Żebyś mie nié -wydała, tobym ci powiedział.«
— »O, nié bój sié, dzieszby já eie w ydała, przecie já twoja
ż o n a .« — Téj powiedział ji, że utopiał, choć nie utopiał. Na rano
zaráz żona do dwora, téj skarży panu, że ji mąż utopiał pańskie
dzieci, że sié ji przyznał. — »A kiedy tak, to my tu zrobiemy« —
pán pow iada i zaskarżał chłopa do sądu. Chłop sié nié przyznaje,
bo nié utopiał, ale żona świadczy, i już go mieli wićszać. A żona
_
246
—
jego látego go oskarżyła, bo polubieła tego parobka te siérote
i chciała sié pozbyć swego chłopa, zeby sié potym za niego
w ydała. Ja k go już prow adzieli na szubienice, py tają sié jeszcze,
czy kto nié má jaki obrony, żeby go uwolnić. A ta sierota po
w iada: »O! dość sié nabrajał, to dobrze mu tak«, — »O! już sié
wszysko spełnieło, co mi ociec pow iadali na śm iertelny pościeli« —
pom yślał se i téj krzyknął : »Hej, panow ie stójcie, dzieci są, uczą
sié w szkołach, ja jich przyw iejze nazad, jéno niech mi pán oddá
te pieniądze, com mu pożyczał i com w ydał na dzieci«. — »A, od
dám ci, oddám, jak jéno dzieci są « — »A są, já jéno ta k naum yśnie zrobiał, żeby sié przekonać, czy to praw da, co mi tatuś
na śm iertelny pościeli pow iadali i przekonáljem sié.« — A kiedy
tak, zaráz go puścieli, on pojechał po dzieci, pán mu oddał pié-,
niądze w szystkie i te, co mu pożyczał i co dál na dzieci, a on
zabrał to wszystko, przyszał do dom, schował, parobka w ygnał
na cztyry w iatry i już wiedział, że ociec praw dę mówiał, i zawsze
sié tego trzym ał i żył szczynśliwie do śmierci.
62. Co nágle, to po dyáble.
W ysłali ráz rak a po drożdże, a to miało być na Boże
N arodzenie do kołaczów. A le raczysko jak poszło, tak nie wracało ;
nim sié zawlôk, upłynęło wiela czasu. N abrał u żyda drożdży;
tej wreście przynosi, ják k ü rát we W ie lg ą Sobote. — »A ty, dra
bie, to na W ielganoc przynosisz?« — A ra k na to-. »Ej, gosposio, nie gniew ajcie sié, bo co nágle, to po dyáble«.
63. Nie gniéwejcie sié, bo wám nos nrzną.
(Przysłowie )
Jeden żyd wTzion se na służbę jednego parobka i tak mu
pow iada: »Jak sie ty co zagniewasz, to ci nos urżnę, a já k já, to
ty mie urzniesz nos«. — Téj dobrze. K azał żyd pojechać p arob
kow i orać, a na południe wyniós mu jeść coś tam , mało, nie
ogotow ane, gárki szkaradne, jak u żyda. Chłop przyjechał i krzyczy
t
*
•
zaraz, czemu mu późno wyniós i takie złe jedzenie. A żyd: »Po
co może sié gniewacie?« — »Pew nie, że sié gniéw ám «. — Żyd
złapał noża, téj szast, — już po nosie. Przepadło tak á zgoda
była. P arobek ten m iał jeszcze dwóch braci. Poszał drugi średni,
ale i ten sié pogniew ał i przyszał bez nosa do dom. Poszał
nam łodszy: »O! wy osły! bedziecie widzieć, co já mu zrobię!«
— Téj poszał. Zyd go w ypraw iał orać. Pojechał; tej orze, orze,
—
247
—
orze, południe, żyda nié ma, chłopu jeść sié chce; Ano wzion
on pług, potrzaskał, zarznoł wołu, podpaliał pług, upiek i zjád.
A wieczór przyganiá wołu bez pługa. — »No, dzie drugi wół
i pług?« — »E, jeść mi sié chciało, téj upiekem se wołu przy
p łu g u ; może sié gniewacie?« — »E, o cobym sié gniewał!« —
P otym zaś żyd go w ypraw iał do łasa po drwa. Żyd kupiał kiela
drzew a i kazał parobkow i ściąć i przywieźć. P arobek poszał,
ścion, oderznął odziámki i przedał, a wierzki i gałęnzie zabrał
i przywióz. —• »Chodźcie! bedziemy zwalać te wierzki«. »No
i odziámki zwáliémy«. — »E, odziámkôw nié ma, bojem przedał,
— może sié gniéwácie?« — »Ej, o co bym sié gniewał!« —
I ták se parobek robiál, co mu sié podobało, a żyd przystał na
wszystko, bo sié bał Jaż ráz w ybrał sié żyd dzieś daleko na
jerm ák, nabrał piéniendzy i jedź. Jadą, jadą, a to było w nocy,
miesiączek świeciał i było widać z daleka tatarkę. — »Szymonie!
a co to je? — »E, to rzołmirze masierują, — a to ci koło drogi
stoją i ják kto wiezie pićniądze, to mu odbierają, w izyterują
i odbiórają«. — »Aj, jaj, co já zrobię?« — »Ej, co tám, lążcie
i leżcie, já powiem, że szkło wiejze, a jákby wás który mion, to,
cicho! jéno brźęnczcie i już, bo wiecie? pieniądze!« — Przyjejecháli do ty tatarki, a chłop stanął i niby to rzołmirze go p y tają :
»Chłopie, co wieziesz?« — »Szkło«. — »A czy to praw da?« —
A w tedy ja k dobedzie beśni, jak zacznie smarować żyda i krzyczy:
»Panie wojaku, bo szkło mi sié potłucze!« — a tu wali a wali,
a żyd jéno: »brzię ! brzię! brzię!« — a potym już nie brzęnczał,
bo go zabiał. W te d y złapał pieniądze, żyda pod most, zacion
konie i do domu i tak nauczał żyda.
64. Prawdzie wydzwoniéli.
(Przysłowie.)
R áz jeden chłop pożyczał pienięndzy, ale nie zrobiéli
żadnych zapisów. M yśli se: »Taki pán, to on mi oddá bez
w szystkiego«. — Ano nic. Jaż tu przyszło za jakiś czás, jidzie
chłop do pana po pieniądze. A pán : »A ty durniu, a kiedy já
u ciebie pienięndzy pożyczał?« — I w ytrąciał go. — Chłop
poszał do Sanoka do cyrkułu, ale tam pán przekupią! sędziów
i oni mu pow iedzieli: »Czyś ty zgłupiał, chłopie? taki pán by
u ciebie pienięndzy pożyczał?« — I nic nie wskórał, dobrze, że
go do haresztu nie wsadziéli, że niby niewinnie pana zaskarżał.
Ano, jidź on do Przem yśla, do biskupa. Przyszał do biskupa,
—
248
—
téj opow iada mu cały j interns : »A ták i ták pożyczał-jem panu
pióniądze, a on sié zapiérá, był-jem w Sanoku, a tam ani mie
słuchać nié chcą«. — A biskup pow iadá: »Ba, mój człowieku, to
ty nie wiész, że praw da już um arła?« — »Umarła?« — »A um arła«.
— »To já nie wiedział«. — »Umarła, ta um arła, a nié má inákszy
rad y , ty lk o jidź do W iednia«. — Przyszał do W iednia, poszał
do kościoła św. Szczepana i kazał cały dzień zwonić i to we
w szytkie zwony. Zapłaciał dobrze, tej zwonią. Zwonią i zwonią,
a że to koło burku, to césárz káže sié spytać, co to je, że tak
zwonią. A toci mu pow iadają, że »jakiś chłop zapłaciał i my
zwoniémy«. — K azał zawołać tego chłopa, bo go ciekawość
zebrała i p y tá sié g o : »Na coś ty kazał zwonić tak długo?« —
»A N ajjaśniejszy M onarcho! bo praw da um arła«. — »Co ty
gadasz.?« — »A tak, ks. biskup mi powiedział, że praw da umarła,
to musi być praw da, ale że já nie słyszał, żeby ji zwoniéli, tájem
dał wyzwonić«. — A potym pow iedział cesarzowi całą spraw ę,
césárz kazał zawołać tego p an a i m usiał chłopow i zapłacić
w szystko i precen t i w hareście odsiedzieć, za to że mu zapierał.
65. M e dyebał nié może poradzić, tám babe pośle.
Było jedno stadło barz poczciwe. D yebał chciał jich skusić,
żeby sié poswarzyli, pobieli i siedział w kom inie siedém lát
i nie móg nic poradzić. P rzyszła baba po chałupach do wsi,
a dyebał ze wsi. W idzi, że sam otny i p y tá sié g o : »Czegoś taki
czarny?« — A dyebał ji pow iedział: »Siedém lát siedze w ko
minie i chce jedno stadło skusić i nié möge«. — »Ej! co mi
dász, to jészcze ty nocy bedą sié bić«. — A baba nié miała
botów. — »Boty ci kupie«, — »No, a dzie to ta chałupa?« —
I dyebał poszał i pokazał ji, a sám wláz do kom ina przypatrow ać
sié, co sié to bedzie działo. A b a b a : »Niech bedzie pochw alony«.
— »Ná w ieki àmen«. — »Ej, widzę, że sié tu barz dobrze màcie,
kochacie sié, ale jábym wám poradzieła, tobyście sié jeszcze lepi
kochali«. — »Ej! cóż takiego?« — »A czymże sié wász zapina?«
— »A poltyką«. — »Żebyście mu tasakiem przerżnęli, tobyście
w idzieli; ale w nocy jak bedą spać wász, w tedy przerżnąć«. —
I b ab a ucieszała sié, téj zaráz tasak włożyła za głow y dc łóżka
i obdarzyła te babe. A ona poszła w pole, dzie chłop kosiał, bo
ji dyebał pow iedział i pow iada m u: »Dèj Boże szczynście«. —
»A déj Panie Boże!« — Téj zaszła z niém w rozmowę, téj p o
w iada m u: »Môj gospodarzyku, w y sié barz kochacie z waszą,
ale ty nocy śmierć wasza«. — »Co w y gádácie?« — »A tak!
-
249
-
tak ! jéno nic nie mówcie, jidźcie spać, skumosik zaśnijcie, a nie
śpijcie, a bedziecie widzieć, że wasza dobęndzie tasák zpod gdôw
i szyje wam zechce poderżnąć«. — Téj chłop uwierzał, tak
zrobiał, jak b ab a radzieła.-— B aba mu chciała w nocy przerżnąć
poltyke, a chłop jak sié zerwie, jak zacznie bić, a baba sié
sprasza, nic z tego, zbiał, zbiał i w ygnał na cztyry w iatry.
A dyebał z kom ina wyláz, zaémiàt i poszał. Jidzie on na drugi
dzień, patrzy, b ab a jidzie, ta, co to stadło skusiała. D yebał sié
zawstydział, że baba mądrzejsza od niego, téj zląk sié: » K ie d y
ona taká, to ona i m ieby co zrobieła« — >>A dzie boty«- —
D yebał miał już w pogotow iu, ale ze strachu to ji aż na żerdzi
podał bez rzyke, bo baba była na jedny stronie, a on na drugi
stronie rzyki.
66. Dyebał siał społu z babą.
B yła jedna baba, miała dużo grôntu, ale nié m ogła se
dać rad y ; była sama, a nikt nie chciał z nią społu siać. —
»Ażeby mi sié dyebał trafiał, tobym z niém siała«. — A dyebał
tuj! — »Bedziesz ze mną społu siać?« — »A bede«. — Téj po
siali pszenicy. — »No«, — dyebał sié p y tá ■
— »jak bedziemy
zbierać?« — »Já bede wierzch, a ty spód«. — I dyebał przystał.
B aba zebrała pszenice, a dyebłow i została ścierń. — »Takaś ty
m ądra!« — »Czekej! já zbiere wierzch«. A na bezrok bedziemy
siać?« — »Bedziemy«. — Na bezrok posiáli rzepy. — »No teráz
ja bede zbierał wierzch, a ty spód«. — »Dobrze«. — Téj dyebał
zdar nać, a babie została rzepa.
67. Co mász zrobić złego dziś, odłóż na jutro.
B y ł jeden chłop na przedmieściu w jednym mieście ; biedny
nosiał wode panom. Biéda mu była, téj zabrał sié i poszał w świat
a żone i dwóch syncw m ałych zostawiał het. Przyszát on dzieś
daleko od tego m iasta i zgodział sié za parobka u jednego
gospodarza. I służał u niego dwadzieścia lát. Zasłużał se- dosyć
pienięndzy, przyodziewek miał dobry i pow iada gospodarzowi, że
chce pość. Gospodarz go nie chce puścić, bo b y ł d o b ry ; nie piał,
ani nic; robiał dobrze i chce go ożenić z jedynaczką. A le on
pow iada, że nie może, bo má żone. »A! kiedy ták, toś ty nie
d obry człek, kiedyś ty żone zostawiał i tak długo sié do nij nie
zgłosiał. Jidź, niech eie me oczy nié widzą«. — Téj ten chłop
ma pość Ale gospodarzow i żal go było, bo d obry; téj załadow ał
-
250
—
brykę zbożem, przendziwem, prz^odziew ą rożną, zaprząg páre
dobrych koni i dał mu i powiedział mu, żeby na trzy rzeczy uważał,
to mu dobrze bedzie: i. żeby nie zajeżdżał do taki karczmy,
dzie je m łoda gospodyni, a gospodarz; 2. żeby nie jechał krótką
d rogą a złą, jeno dobrą, choć dalszą; 3. żeby co má złego dziś
zrobić, to odłożał na jutro
Téj ten chłop pojechał. Jedzie, jedzie, odjechał już kilk a
dziesiąt mil, sp o ty k a on dwóch fórmanów. — »A dzie jedziecie ?«
— »A tám i tám«. Oni byli tyż z jego stron. --- »Ano, to pojedziem y razem«. — Tej jadą. Jad ą, jadą, przyjeżdżają do jedny
karczm y. T en chłop zláz i poszał popatrzyć do karczm y i poziera:
jest młoda gospodyni, a gospodarz stary. — »Oho! kam ráciá!
tu nié bedziem y nocować«. — A mieli już nocować. — »A czemu
n ie? m y tu już nieraz nocowali«. — Téj wjechali. A ten tyż, —
myśli se: »Trzech nás bedzie, to trzá zajechać, a samemu jechać,
niebezpiecznie«. — I zajechał. A jak sié położyli spać, ten leg,
ale nié spi. Jaż tu w nocy przychodzi ksiądz, téj do gospodyni.
Baw ią sié, napijają, a potym mówią, żeby to starego karczm arza
zabić, toby ona poszła do niego za gospodynią, — a fórmanów
krw ią powalać, to bedą m yśleć, że to oni«. T ák zrobiéli, zabieli
starego a jednego form ana pokrw aw ieli, — a ten w szytko słyszał,
bo nie spał i poszał téj, ják ksiądz mazał krw ią fôrmama, téj
wzion i ucion mu kaw ał sukni. N arano, karczm árka zrobiéla
krzyk, form an pokrw aw iony, ala do sendziego ! Téj ten winny,
bo jest ślad, — nie pom ogło nic, choć sié spraszał i sum itygow ał.
Już go mieli wiószać. W te d y ten chłop wychodzi i pow iada:
»Héj, panow ie ! to nie on w inny, nie, ale ten, co nie má cały
su k n i; o, tego kaw ałka mu brakuje!« i pokazał ten kaw ał, co
odcion. A ksiądz ten tyż tam był. P a trz y każdy, czy má całą
suknią : jaż tu ksiądz nié má. Ano, ten chłop opow iedział wszytko,
— wzieni pana b rata i na szubienice,
a form ana puścieli — Téj
jadą dali. Przyjechali na dwie drogi, jedna dłuższa, ale lepsza,
a druga bliższa, ale gorsza. Form ani chcą jechać krótszą, ale ten
se przypom niał, co mu gospodarz radział. — »Aha!« — myśli
se — »jedno sié spełnieło« — i nie pojechał za fórmanami. Aż
tu w ylecieli zbóje i zabieli ich, a sami siedli i jadą. — Ten chłop
choć miał dalszą droge, zderzał sié z niémi, jak sié drogi schodzieły, — poziera, to nie formani ano
nic nie mówi, jeno jedzie
dali. Przyjechali do m iasta jednego i stanęli w karczmie.
Ten zaráz do urzęndu, przyszli szandery i wzieni bratów , —
i dośli do lasu i naleźli zabitych fórmanów. — »Ano, cóż robić?«
—
251
—
— Zbôjôw do krym inału, a jemu dali te dwa wozy i on pojechał
Przyjeżdża on z tym i trzema brykam i do miasta, skąd był, i za
jechał pod śwój dom. P atrzy, aż tu stoi kamienica, ogród piękny
i dom zajezdny koło niego. Ano zajechał i idzie dali, jaż tu
widzi w ogrodzie, jak jego żona, po pańsku ubraná, spaceruje,
a ksiądz z jedny strony a oficer jakiś z drugi trzym ają ją pod
bok i spacerują i spacerują. On sié poziera zdaleka, czy mu sié
nie przyw idziało. Nie, to jego żona: dobyw a pistolet, téj już.chce
wystrzelić do żony. — «Aha ! gospodarz mi powiadał, żebym co
mám dziś złego zrobić, żebym to odłożał na jutro«. — I nie
strzelał, jéno poszał, opytał sie stróża, jak to tu je, co to za pani
i het. A ten mu pow iada całą chrystoryją, »że ta pani to m atka
tego oficera i tego ksiądza, że ona sié dorobieła ty kamienicy,
jak ji, mąż dzieś sié podział«. — A ten jaż sié za głowę uchyciał
i zaraz poszał; téj woła żeby mu ta pani dała wódki. Ona mu
dała, bo była traktyjerniczką. A o n : »Żono, Boże ci dej zdrowie«.
— Téj w ypiął i patrzy sie: »Nie poznałaś mie.?« — Ten oficér
na niego ale żona
go poznała, ucałow ali sié wszytko czworo
i tak dwie dziórki w nosie, skończyło sié.
68. Sbój u leśniczego.
Jeden leśniczy mieszkał, jak zawsze leśniczowie mieszkają,
w lesie. R az poszał do lasu, a w chałupie została żona ze sługam i
i z dziećmi. W te d y przychodzi zbój, ubrany jak dziad. Tej opytuje sié leśniczowy o męnża, a ona nié wiedziała, że to zbój,
i pow iedziała mu het. A ten widzi, że w chałupie porządek,
w szystkiego dość, téj dobył pistolety i zabiał sługi, a potym do
nij : »Dawej pióniądze«. — Ta uciekła na powałę i drabinę wyciągła za sobą. On tu wyleźć nie może do nij, téj złapał dziecko
i m ówi: »Dej pieniądze abo klucze, a jak nie, to ci bachora
zabije«. — Ona wiedziała, że jakby zlazła, toby i ją zabiał
i dzieci i pieniądze by wzion, téj nie zlazła.
A on złapał dziecko
na kloc, co stał w
sieni i zabiał siekierą, ale i drugie i trzecie.
A w tedy leśniczowa posłyszała, że ktoś jedzie, téj krzycz. Jechał
jakiś pan w pojeździe,/usłyszał, téj: »Stań-no! Ktoś tu woła«. —
I w ysłał lokaja, ale lokaja zabiał ten zbój. P an widzi, że lokaj
nie przychodzi, téj kazał fórmanowi pość, ale i tego zabiał zbój.
P an czeka i czeka i sam jidzie, bo ta jeszcze krzyczy. Zbój
zam knął dżwierze, a pan durka. Zbój otworzą! i dali do niego
z nożem, ale pan miał pistolet; bęnc i nie zabiał go, jéno rękę
mu podstrzelał. I tak uciék do lasa z odcięntą ręką, a pán został
—
252
—
pocieszać leśniczową. Zbój do lasa i spotkał leśniczego. — >To
w y leśniczy?« — »A ja«. — »Idźcie czym pręndzy do dom, bo
tam zbóje rabnją, zabieli sługi i dzieci, jeszcze żone chcą, ja com
chciał bronić, to patrzać ręnki nié mam«. — Leśniczy sié zląk
okropnie, téj w nogi, do chałupy, przychodzi, a tam pan roz
m aw ia zza p ro g a z jego żoną; ten m yślał, że to zbój, wycelował
i zabiał go. Żona leci do niego i pow iada mu co sié stało, że
to ten pan ją uratow ał, ale przepadło, już sié stało.
09. 0 césárzu i husarze, co zaszli do zbójów.
R áz b ył césárz jedén na polow aniu. W ieczór sié zrobiał,
césárz chce pość do lágru — bo jak césárz poluje, to zaráz láger
zrobią na kraju lasu — césárz chce wyść, ale zabłądział i trafiał
na dom ek w lesie; jidzie tám. D w anaście zbójów i jedén husar,
co tyż zdezenterow ał z koniem het i chciát uciéc, ale trafiał na
tych zbójów. A no nic. Zbóje nic jém nie mówią, przyjenni ich
dobrze, postaw ieli wieczerzą i jich zaprosieli. K ażdy zbój za nóż
kładzie pałasz; pałasz, pałasz, przyszło na husara, on tyż dobył
szablą i położał, ale césárz nie miał ani szabli: téj husar miał
scyzoryk, dobył i pod stół, żeby tam ci nie widzieli, dał mu. J a k
mu dał, w tedy obróci sié do niego, téj łup go w py sk : »Nie wi
dzisz, durniu, co ‘panow ie robią ?« — I césárz w tedy położał sc y
zoryk na stół. J a k zjedli, w tedy nástarsy zbój pow iadá: »Teráz
waszá śmierć!« — A husar: »Ej, panowie! żebyście pozwoliéli,
tobym já wám jedne sztukę pokazał przody, potym tam róbcie,
co chcecie; ta sztuká by sié i wám przydała!« — Zbóje byli cie
kaw i, téj: »Dobrze«. — No, dejcie-no, panow ie, oleju!« — D ali
mu oleju, on kazał wsuć do k o tła i gotow ać, a jak już wrzało,
w tedy dobył na w arzoche i kazał jém stanąć w koło, a cesarzowi
pow iedział: »Ty tam stój w kącie, boś niegodzien tego widzieć,
co panowie«. — I cesarz poszał do k ąta, a on stanął w środku,
téj w yw inął sié prendko, a oléj po gęm bach zbójów. G w arzyli sié
i popiekli, oślepli, a w tedy husar jak złapie szabli, ja k zacznie
ciąć, w yciąn, w ybiał, nab rał pienięndzy i dał cesarzowi. A le ce
sarz nie chce brać. — »A, ty kpie! wstydzisz sié, żeś tak i m azgaj,
i ty b y ś był stał z niémi, żebym eie nie odepchnął? A teraz zaś
nie chce pienięndzy.« — »No, dej już, dej!« — I nabrali se piénięndzy, siedli na konie, bo cesarz na koniu polow ał, i pojechali.
A le że cesarzowi koń zasłab, téj zostaw iał go, a sam szał. J a k
go nogi zabolały, a już dzieś byli niedaleko burku, cesarz .po-
—
253
—
w iada: »Dej-no mi ty konia, bom barz osłab«. — H usar siad i dał
mu, a w tedy cesarz, jak zbierze konia ostrogam i, tèj poleciał,
a husar został. — »A to mi narobiał, tam zdezenterował, jészczem
i konia straciał. « — I już miał dzie póść w świat, ale żal mu
było kam ratów , bo miał pieniądze, toby jich uszenstow ał i poszał
do W iednia. A cesarz ja k przyjechał do pirszy w arty, kazał zła
pać tego husara i przyprow adzić go do burku. T ak siè stało;
złapali zaraz husara, bo césarz jém powiedział, jak on w ygląda,
i zaprow adzieli do burku. Césarz sié rozebrał i wziąn mondór
cesarski i woła tego husara. H usar drzy na całym ciele : »No,
teraz moja śm ie rć !« — A le césarz go woła i śmieje sié. H usar sié
mieszał, a le ; »Tyć to ten, co wczora b y ł ze m ną na wieczerzy
u zbójów, t o j a cesarzowi dał w pysk. A no, śmierć niechybna«.—
Lecz césarz p y ta sié, czy go poznał, het i co zrobiał w lesie. —
H usar mu odpowiedział, a césarz mu w szystko darow ał, dał mu
te pieniądze, co przyniós od zbójów, i jeszcze w ięncy i puściał
go na orlop za te sztukę.
70. Biéda o jednym oku.
B yło raz trzech braci : kuśnierz, kraw iec i kow al. W e wsi
była biéda, nie było co jeść, a oni zawdy mieli co i jeść i odziać
sié. — »Ej! mówią ludzie, że biéda. Hm ! jakaż to ta biéda? my
nie wiémv, co to biéda.« — Téj w ybrali sié szukać biédy. Jidź,
jidź, przyszli do jednego lasu, téj tam zaszli do jedny chałupki.
W ejdą tam, siedzi babina o jednym oku, na nalepie, i piecze se
bandórki, a w jizbie i w warsztacie pełno baranów. — »A po co
w yście tu przyszli?« — »A my jidziemy biédy szukać.« — »A toście
znaszli, to ja wasza biéda.« — Тосі sié zlęnkli. Tèj kuśnierz po
w iada: »Bieduś moja, bieduś, jéno mie nie uduś, ja ci zrobié
kożuch«. — Ale biéda: »Co mi po kożuchu?« — La p za k ark i po
niém. K raw iec sié też prosi i obiecuje ji płótnianke, ale i jego
biéda udusieła. Został kowal, m ocny chłop i śpiewa se :
»Ej, bieduś m oja, biedus,
Jéno mie nie uduś !
T a bo jak mie udusisz,
Pochow ać mie m usisz.«
Biéda sié roześm iała i p o w iada: »No, śpiewej-no jeszcze !« —
A le kow alow i nie śpiewać, m ocny był, ale sié bał wszelako, bo
widział jak braci dusieła. Téj: »Ej, bieduś! jabym ci oko dorabiał,
bo tak z jednym na czele, to nieładnie; bedziesz mieć dwoje
—
254
-
tak, ja k i ja«. — »A dorobisz?« — »A czemu nie?« — »No, to
dorób.« — I kow al wziąn pogrzebacz, co to niém bandòrki d o b y
wała, rozpaliał i w ypaliał oko biedzie i już nic nié ma. I tem u
to teraz i takiém ludziom bieda, co robią jak konie, a gnojki to
nieraz dobrze mają, bo biéda ślepa, to nie wiś do kogo pość.
Biéda w tedy sié rozgniewała, téj do niego, kow al ucieka, tej do
w arsztatu, biéda zajęnknąła i chodzi między b aran y i szuka, ale
kow al zawsze ucieknie. W te d y biéda siadła na progu i woła b a
rany, po jednem u pom aca po wierzchu i puści i puści, a kow al
to widzi, téj łap skórkę baranią, co tam była, obłócz on, zdjąn
płótnianke i odział barana ; sam na czwôrnôg, jidzie, beczy, biéda
go pom acała i puścieła, a tego b aran a w płótniance zawsze na
koniec zostawiał, biéda pom aca g o : »Oho, to kowal« — i brzdęnk
niém o ziemie, zabieła, a kow al na dw orcu: »Cha! cha! cha!« —
Biéda sié wścieka ze złości, ale cóż? »Kowalu !« — »No ! « —W iész
co ? ja ci już nic nie m ogę zrobieć, ale jest tam klucz złoty w lesie, idź tą drogą, to znajdziesz, to go se weź, zda ci sié, boś
kow al, nie żal mi go, boś zuch!« — K ow al jidzie, jidzie, patrzy,
wisi klucz. A la! W yłaz on, bierze klucz, oho! ręn k a mu przy
rosła. P a trz y na dół, a biéda leci. Co tu robić? Miał nóż tęngi,
szast i oderznął ręnke po łokieć. Biéda przychodzi, bierze klucz,
ręn k a w isi.— »A widzisz kow alu? Szukał-żeś biédy, teraz ją masz,
bo se i nie zarobisz bez ręnki.« — I tak w szytcy trzech znaszli
biéde.
*
*
*
8.
Boginy, boginki. W norach, »dz i o r a m i« pospolicie zwa
nych, mieszkają boginy czyli boginki. Są to małe stw orzenia, p o
dobne do ludzi, płci żeńskiej, z tą jednak różnicą, że . » j a k i mś
s p o s o b e m p r z e z 1) m e n ż ó w « rodzą dzieci. W ielu starych,
pow ażnych a rozsądnych gospodarzy iwonickich utrzym uje, że je
widzieli i przyglądali się, ja k p rały swoją bieliznę. Nieraz naw et
odważniejsi zabrali im » ł a s z k i « , tj. nader bieluchną bieliznę,
podobną wielkością do ubrań, jakich dziew czątka używ ają na
lalki. Dzieci boginek są brzydkie i bardzo u p a rte .. G dy m atka
dostrzeże w swojem dziecięciu nagłą jak ą zmianę, upór, niczem
nie dający się utulić płacz, łub też jaki sym ptom at choroby, sądzi
z całą pewnością, ze » b o g i n y « je odm ieniły. W te d y m atka ma
\------------->) tj. b e z .
—
255
—
wynieść dziecię na gnój i bić miotłą, a bogina przyniesie n a ty c h
m iast zabrane dziecię i mówiąc: »No, c z e g o mi d z i e c k o
b i j e s z ? J a t w e g o n i e b i j e , a t y m o j e b i j e s z « , oddaje
cudze a zabiera swoje dziecko. Albo też tak postępują. Gotuje
m atka w łupinach z jaj jaką potraw ę, rozpaliw szy na kom inku
ogień, a posadziwszy dziecię nà środku izby, wychodzi za drzwi
do sieni ; w tedy bogina przychodzi po swoje dziecię a cudze odnosi,
m ów iąc; » P ó d ź , p ó d ź , t o b y ś t u u m a r ł o , j a k b y c i
w ł u p k a c h t y l k o j e ś ć g o t o w a l i « . — W końcu utrzym ują
o boginach, że plotą one warkocze koniom i duszą niektórych ludzi
w n o c y 1). A by się od nich na przyszłą noc zabezpieczyć należy
położyć sobie na piersiach s k ó r ę j e ż o w ą lub też s z c z e ć 2);
w tedy pokłuje się bogina i już nigdy nie powróci. B oginy du
szące zowią się także »hu r b o s z c z a m i« i »h u r b o r z a m i«.
9. Zapadły kościół. W Cergowskiej górze, na błoniach T a r
g o w isk 3), zapadł się przed laty kościół. Mówią, że pastuchy
zapuścili się w głąb C ergow y4) i wynieśli sobie pełne czapki
pieniędzy, bo w zapadłym kościele mieszkają dyabli, a ci dają
ubogim pastuchom pieniędzy, ile chcą; bogaci jednak nie mają
po co się tam udaw ać, bo ich dyabli obrzucają błotem . W ed łu g
opowieści ludowej na błoniach targow iskich pastuch świń zna
lazł dzwon z zapadłego kościoła. Zaniósł go tedy do kościoła
a dzwon dotąd tak dzwoni :
»Bąberyły, bąberyły,
Świnie mie w yryty,
A pastuch mie znaláz,
Do kościoła zaniôs«.
10. Zwaliska zamku odrzykońskiego. W ed łu g m niem ania ludu
w zwaliskach tego zamku siedzi dyabeł na skarbach. W KLwietnią
Niedzielę, podczas długiej ew angelii, można pójść tam i nabrać
sobie pieniędzy, ile i jakich kto chce, tylko trzeba się spieszyć,
bo skoro tylko ksiądz skończy czytanie ewanielii, zaraz wszystkie
bram y wśród trzasku zam ykają się, a k toby tam był, m usiałby
czekać aż do następnej Kw ietniow ej Niedzieli.
’) Indziej zow ią je » z m o r a m i « .
ł
2) P rzyrząd do czesania lnu.
8) W ieś, w p o w . krośnieńskim , przy drodze z K rosna do Rym anowa, 3 0 2 m n p m ,
4) Cergowa, góra, w obrębie w si Jasionki (pow. krośnieński), w południow ej
jej stronie, 718 w npm.
—
256
-
K am iem e w yniosłe, sterczące m iędzy drzewami obok zw alisk
zamku, to m atka i dwie córki, które w czasie głodu poszły na
grzyby. Córki w ołały na m atkę, aby pow racać do domu, a m atka
zniecierpliw iona rzekła: » B o d e j e ś c i e s k a m i e n i a ł y ! « I ska
m ieniały w szystkie trzy. T eraz jeszcze można na głazach odróż
nić fartuszki, w których g rzy b y trzym ały owe niew iasty. W te d y
takie to czasy były, jak kto kogo zaklął, takim się zaraz staw ał.
Bronisław Gustawicz.
Przyczynek do oznaczenia granicy Lachów.
Słotw inianie, w pow. żywieckim, posiadają pew ną wiedzę
etnograficzną, nie tyle książkow ą ile praktyczną, nab y tą bądźto
w czasie pielgrzym ek głów nie do K alw ary i Zebrzydowskiej
a także do F ry d k u , bądź też podczas służby wojskowej i na
jarm arkach. T ak więc znają i odróżniają »Ślezioków«, »Słowioków«, »Ruśnioków« i »Lachów«.
Na pytanie gdzie to, m ieszkają »ty Lachy«, odpow iadają:
»a, to hań na dole« a czasem spotkam y się z dodatkiem w »Polsce«.
Jeżeli zaś wejdziemy w bliższe szczegóły, to jako granicę ściślej
szą pom iędzy »lachami« a »gorolami« otrzym am y linię od Oświę
cimia ku K ętom , W adow icom , K alw ary i i„. »i jesce tam dalej
na dół«. Po północnej stronie tej linii to »lachy«, po południowej
jeszcze tu i ówdzie m ieszańcy, ale im więcej na północ i pół
nocny wschód zwłaszcza, tem więcej »łachów«.
Za centrum Lachów uw ażają zaś okolice K rakow a, tam to
»bite lachy« mówią i w ym ieniają wsie np. M ogiłę, Bronow ice
i tych »łachów« nazyw ają »krakow iokam i«. K oło Bochni, T a r
now a to także »lachy« a znajdują się jeszcze koło Lw owa, ale
tam już »pomieszani z R uśniokam i«.
Pozostał jeszcze kaw ał ziemi, od powyższej granicy »ląchowskij« na zachód południow y i południe. Otóż w Białej
a zwłaszcza w Bielsku (Śląsk) to »Miemcy«. Od Białej ku Oświęcimowi, na północ, wsie K om orow ice, Jaw iszow ice i inne, to
»Zobialanie«, ale nie »Miemcy«. Słotw inianie i inni mają pew ien
kłopot z nazw ą mieszkańców wsi na południe od Białej leżących,
w pow. bialskim : Godzieszka, K aina, Buczkowice, B ystra i inne,