R_5_rozmaitości4_krcek.pdf

Media

Part of Rozmaitości, cz.4/ Lud 1899, t. 5

extracted text
— 373 —

R O Z M A I T O Ś C I .
W sprawie „bajeczki o pastuszku“ ( $ 'Lud t. IV. 305 i V. 274).
Ponieważ p. St. Zdziarski, wskazując na podobieństwo tej bajeczki z hinduskiemi, pobłądził w szczegółach, pozwolę sobie podać wierny przekład obu
opowiastek z oryginału sanskryckiego, oraz ustęp ze świetnej przemowy
Piotra Petersona do klasycznego wydania Hitopadesi ( H i t o p a d e ś a by
N â r â j a n a , ed. by P. Peterson, Bombay 1887), zawierający cenne szcze­
góły i wskazówki. Przedewszystkiem przekład z Hitopadesi (tzn. Przyjaciel­
skiego pouczenia), w której opowieść, nas obchodząca, stanowi opow. 7-mą
ks. IV.
„W mieście Dewikocie (tzn. twierdza bogini Durgi) mieszkał brahman,
imieniem Wedasiarman (tzn. obrońca Wed.) Ten dostał raz w czasie zró­
wnania dnia z nocą miskę, napełnioną mąką ryżową. Potem z nią udał
się do kącika budy garncarskiej, pełnej garnków, i tam zasnąwszy, począł
marzyć: „Jeżeli tę misę mąki sprzedawszy otrzymam dziesięć groszy, to za
nie kupiwszy tu garnki i miski, za pieniądze, które się pomnożą przez
sprzedaż łączną tychże, znowu betelem, suknem itp. towarami pohandluję
i doszedłszy do majątku stutysięcznego, pojmę cztery żony. Która zaś po­
między temi żonami będzie najładniejszą i najmłodszą, tę będę kochał naj­
goręcej. Gdy zaś jej towarzyszki z zazdrości ku niej rozpoczną kłótnię,
wtedy spiorę lagą te spółmałżonki jej tak, żeby poczuły pełnią mego gniewu“.
To wyrzekłszy cisnął laskę. Wskutek tego i miska z mąką roztrzaskała się
i wiele się garnków pobiło. Gdy wskutek brzdęku rozbijanych garnków garncarz
nadbiegł i zobaczył, co zaszło, wyśmiał brahmana i wyrzucił go ze swej
budy. Dlatego też powiadam (kończy osoba, opowiadająea bajkę tę w Hito­
padesi) : Kto, marząc o przyszłości, cieszy się nią z góry, tego szyderstwo
czeka, jak owego brahmana, coto potłukł garnki“.
O tej opowieści pisze Peterson we wstępie (str. 56) :
„Opowieść o nieszczęśliwym Dewasiarmanie jestto bajka, znana każ­
demu angielskiemu — a nawet europejskiemu wogóle — chłopcu i dziew­
częciu. Jestto opowieść cyrulika o jego piątym bracie w arabskiej T y ­
s i ą c u i j e d n e j n o c y “. Następnie z angielskiego przekładu tego nie­
zrównanego zbioru powieści, dokonanego przez R. Burtona, podaje uwagę
(str. 57): „Al-Naszszar (imię bohatera opowieści tej w arab.) o l Naszrrznąć piłą — podobnie skrzypek po włosku zwie się segra del villaggio
(piła wioskowa) ; w angielskich wydaniach Gallanda i Riehardsona nazwany
Alnaschar. Powiastka sama jest bardzo dawną. Występuje jako „Brahman
i garnek ryżu“ w P a ń c z a t a n t r z e , a prof. Benfey mniema — jakto
u niego zwyczajem, — że wraz z wielu innemi wypłynęła z jakiegoś źródła
budystycznego. Ja jednak wolę wprost wywodzić ją od Ezopowej przekupki,
która kopnięciem nogi potłukła jaja; stąd przysłowie łacińskie: ante victoriam canere triumphum (przed zwycięstwem tryumfować) i angielskie „to
sell the skin before you have caught the bear“ (sprzedawać skórę na nie­
dźwiedziu). W zbiorze Kalilah i Dimnah i licznych pochodnych jego znaj­
dujemy powiastkę p .n. „Mnich ze swym dzbankiem oliwy i miodu“ ; w Rabelaisa (I. 33) Echpherona szewc wylewa swe mleko, podobnież L a Perette

-

874 —

Lafontaine’a *). Prw. Maksa Miillera Chips t. III. (dodatek niem. wyd.
Essays, t. III. str. 303 n ) — Burton pomylił się jednak, przypisując
Benfeyowi twierdzenie, którego ten nie wypowiedział wcale. Albowiem „Benfey
w wiekopomnem dziele o Pańczatantrze (t. I. str. 499) podnosi tylko — jak
Peterson prostuje (str. 57), — że różne odmianki sanskryckie tej powiastki
zgadzają się z sobą, że odmianka arabska nie różni się też rzeczowo,
i wnioskuje, że powiastka ta należy do najdawniejszej recenzyi Pańezatantry
i że mamy tam „najdawniejszą postać tej pięknej powieści prawie nienaru­
szoną“.
Następnie Peterson streszcza tekst jej według Pańczatatry (ks. Y.
pow. 9). Zamiast tego podam przekład własny bajki tej z oryginału sanskryckiego, przystępnego każdemu bodaj z najpopularniejszej i najpraktycz­
niejszej gramatyki języka dawnych Hindusów, mianowicie Stenzlera-Pischla
„Elementarbuch der Sanskrit-Sprache“ (YI wyd. 1892, str. 63). Opiewa :
„W pewnem mieście mieszkał pewien brahman, imieniem Swabbawakrpanas (tzn. istotnie biedny). Resztkami niespożytemi mąki jęczmiennej,
którą nazbierał żebraniem, napełnił garnek i, ten garnek zawiesiwszy na
kołku, pod nim ustawił swe łoże i stąd spoglądał wciąż ku niemu, nie od­
wracając odeń oczu. Następnie jakcś nocą począł we śnie rozumować w taki
sposób : „Skoro (en pełny garnek mieści w sobie tyle mąki, to w razie
głodu wartość jego wyniesie 100 rupji. Wtedy zań kupię sobie parę kóz.
Następnie z tej po 6 miesiącach wskutek sparowania powstanie stado. Po­
tem za kozy kupię sobie wiele bydła, za bydło bawoły, za bawoły klacze.
Z klaczy urodzi się wiele koni. Ze sprzedaży ich wpłynie wiele złota. Za
złoto wybuduję scbie dom o czteiech izbach. Następnie brabman jakiś przyj­
dzie do mego domu i da mi swą córkę posażną i piękną za żonę. Z tej
syn mi się urodzi. Temu dam imię Somasiarman (tzn. obrońca Somy). Gdy
już podrośnie tak, że będzie go można huśtać na kolanach, ja z książką
usiadłszy poza stajnią, będę ją studjował. Wtedy Somasiarman, spostrzegłszy
mię, porzuci łono matczyne i huśtanie na kolanach i popędzi ku mnie tuż
obok kopyt końskich. Na to ja, pełen gniewu, przemówię do brahmanki :
„Zabierzno sobie tego bębna !“ Ale ona, zajęta gospodarstwem, nie usłyszy
mego wołania. Wtedy ja zerwawszy się, uderzę ją kopnięciem nogi“. — Tu
pogrążony w marzeniu wykonał taki ruch nogą, że aż ów garnek się rozbił,
on zaś cały obielił się mąką. Dlatego to powiadam (kończy osoba, której
włożono w Pańczatantrze tę bajkę w usta): Kto roi sobie marzenia o przy­
szłości, wychodzi z nich omączonym, jak ojciec Somasiarmana“.
O odmiance arabskiej pisze potem Peterson, trzymając się Burtona
(I. 338): „Odmianka arabska nie różni się — jak powiedziano — rzeczowo
od Pańezatantry. Zamiast ryżu mamy tu masło i miód, a złowrogie kopnięcie
wymierzone jest nie przeciw żonie, ale przeciw synowi. Benfey ma prawdo­
podobnie słuszność, gdy utrzymuje, że ryż, główny pokarm w Indjacb, należy
do pierwotnej wersyi. Może też ma jeszcze słuszność i co do tego, jakoby druga
zmiana była „umyślną poprawką nieco surowego pod względem obyczajów
oryginału“. Jednak ten szczegół, co należy zaznaczyć, pojawia się też
*) O becnie — ja k się d o w ia d u ję z C z e s k i e g o L i d u (VI. 110) po n a p is a n iu
p o w y ższej n o tatk i — b a jk ę L a fo n ta in e ’a L a la itiè re e t le pot a u la i t “ i je j o d p o ­
w ie d n ik i e u ro p ejsk ie i w sch o d n ie om ów ił d o k ład n ie z n an y ż u ła w sk i lu d o z n a w c a A.
de Cock w z. 1 —2. t. IX . (18S6) c za so p ism a g a n d aw sk ieg o V o l k s k u n d e .

-

375 —

w innej odmianee arabskiej, o której będzie zaraz mowa. Odmianka tej po­
wieści, zawarta w T y s i ą c u i j e d n e j n o c y , jest pod wielu wzglę­
dami godną uwagi. Bohater jej jest też żebrakiem z zawodu ; lecz jego
ojciec umarł, pozostawiwszy 700 dirbamów, z których 100 nasz bohater
otrzymuje jako swą cząstkę spadku. Jest w kłopocie, co począć z tą nie­
spodziewaną spuścizną, lecz ostatecznie postanawia zakupić za nią wyroby
ze szkła i odbić sobie wydatek z okładem przez ich rozprzedaż. Siada przy tacy
z wyrobami szklanymi, i popada w zadumę. Podobnie jak w Hitopadesi zamierza
zacząć od nabywania i sprzedawania towaru, od którego zaczął, póki nie zarobi
wielkiej sumy. Następnie chce prowadzić w podobny sposób handel innymi towa­
rami i zdobyć sobie kapitał stutysięczny. Potym przychodzi kolej na dom
i małżeństwo. Ale chce pokazać swemu teściowi, naczelnikowi gminy, jak
wyniosłym i niepowszednim jest jego sposób myślenia ; oto w noc ślubną,
gdy jego z żoną zostawią sam na sam, nie zechce na nią patrzyć. Matka
wejdzie — marzy dalej — i ukląkłszy u mych stóp, będzie błagać mię,
ażebym obchodził się z jej córką łaskawiej. Ja nie dam jej odpowiedzi.
Wtedy ona wstanie i przyniesie szklankę wina i rzeknie do córki : „Weź
to i podaj swemu panu“. Lecz gdy ta zbliży się do mnie, rozkażę jej sta­
nąć między memi rękoma a siedzeniem, oprę łokieć na poduszce okrągłej
ze złotogłowia, przechylę się lekko w tył, nie patrząc na nią w majestacie
swego ducha, tak, że weźmie mię za rzeczywistego sułtana i potężnego
pana. Następnie ona odezwie się do mnie : „O panie, Ałłah z tobą, nie od­
rzucaj szklanki z ręki twej sługi, bo jestem prawdziwie twoją niewolnicą“.
Lecz ja nie przemówię do niej, a ona będzie nalegać: „Niema ianej rady,
tylko musisz wypić“ , i postawi mi szklankę przed oczyma. Wtedy ja uderzę
ją pięścią w twarz i kopnę ją nogą ot tak. — Tu zrobił ruch nogą i ude­
rzył w tacę z wyrobami szklanymi, tak że upadła na ziemię, a spadając
z ławki, potłukła w kawałki wszystko, co się znajdowało na niej“.
„W tym kształcie powieść ta zbliża się — kończy Peterson (s. 59)
— do odmianki Hitopadesi bardziej, niż do wszystkich innych. Benfey
(I. 500) skłania się ku przypuszczeniu, że autor Hitopadesi tu zapożyczył
się z i n n e g o d z i e ł a , o którem wspomina w w. 9. wstępu do tego
zbiorii. Jakkolwiek rzecz się ma, to przecież jest jasne, że odmianka T y ­
s i ą c a i j e d n e j n o c y pochodzi z Hitopadesi, względnie z dzieła, za
którem Hitopadesia idzie w tej opowieści, a nie z Pańczatantry“.
Jak widać z tego wszystkiego, com podał dotychczas, i z porównania
odmianki polskiej, którą p. Antoni Siewiński ogłosił jako „Bajeczkę o pa­
stuszku“ w „ L u d z i e “ (IY. 305), wersya polska łączy w sobie pier­
wiastki bardzo dawne z bardzo późnymi. Z jednej strony bowiem zgadza
się z Pańczatantrą co do spoosbu wzbogacania się i co do motywu kopnię­
cia, z drugiej zaś podstawą marzeń różowych o przyszłości i — garnkiem
mleka, zbliża się do odmianek, bardzo późnych, z których jednę uwiecznił
Lafontaine w swej bajce o dziewczynie z mlekiem. Ktoby zechciał zająć
się szczegółowo zbadaniem rozwoju motywów zasadniczych opowieści om a­
wianej i filiacyi jej odmianek, bezwątpienia przyczyniłby się niemało do wy­
jaśnienia wędrówek opowieści wschodnich po Europie, a zwłaszcza Słowiańszczyżnie. Może powyższe wskazówki przydadzą mu się na co.
Ľ r. Fr. Krček.
W sp r a w ie anegdoty o Stańczyku. Zawsze uważałem anegdotę
o Siańczyku, jako wykazującym sprytnie, iż zawód lekarski liczy najwięcej

— 376 —
uczestników na świecie, za oryginalnie polską. Tymczasem czytam w roz­
prawie prof. A. Szantla „Allgemeines und Specielles zur Methodik des
Gymnasialunterrichtes“ (XXII Jahresbericht des k. k. Staats gymnasiums in
Görz 1892, str. 3) wstęp, opiewający: „Władca pewnego w ł o s k i e g o
państewka — tak opowiada z n a n a a n e g d o t a — pytał raz swego bła­
zna nadwornego, która gałąź zarobkowania liczy najwięcej członków w jego
kraju. Ten odrzekł : zawód lekarski. Gdy władca zdziwiony objawił swe
wątpliwości w tym względzie, błazen poradził jego książęcej mości, ażeby
udał pewnego dnia, jakoby go zęby bolały, a wnet twierdzenie owo okaże
się prawdziwem. Książę zgodził się na podstęp i nazajutrz w istocie żadna
z osób, z któremi rozmawiał, nie omieszkała zalecenia mu rzekomo skute­
cznego środka na ból zębów“. Wynikałoby z powyższych słów p. Szantla,
że anegdota ta nie jest oryginalnie naszą, ale przywędrowała do nas, bodaj
z Włoch, może ze scholarami, powracającymi z wszechnic tamtejszych do
kraju. Wartoby jednak poznać źródło jej. Kto z szan. czytelników zdoła
i zechce je wskazać?
Ľ r. Fr. Krček.
Z gw a r y złodziejskiej. W zapisce Słowa Polskiego z 15. września
z. r. (nr. 220) p. n. „Bezpieczeństwo we Lwowie“ czytamy, że jeden z napastników-rabusiów wołał do drugiego: „Zahamuj kieskę!“, na co drugi
odparł: „Daj spokój, bo będzie pluskwa“. Autor zapiski dodaje objaśnienie:
„W żargonie złodziejskim znaczyło to tyle, co „zedrzyj spódnicę“ i „daj spo­
kój, bo nas złapią". Powtarzam te wyrazy, bo w dzienniku ujdą łatwo ba­
czności badacza; rozumie się, odpowiedzialność za wiarogodność ich pozo­
stawiam kronikarzowi, zwłaszcza, że wyraz „kieska“ budzi we mnie podej­
rzenie, iż powstał w głowie reportera, który — zdaje się — nie znał
nazwy k i e c k a = s p ó d n i c a . Lecz może krzywdzę go i złodziej mówił
rzeczywiście kieska, podstawiając wyraz ten zamiast k i e c k a , właśnie z po­
wodu podobieństwa brzmień przyjęty w gwarze złodziejskiej w znaczeniu
spódnicy? Może wreszcie całe wyrażenie: „Zahamuj kieskę!“ należy brać
dosłownie : „Zabierz woreczek z pieniądzmi !“ Kto zdoła rzecz tę wyjaśnić
należycie?
Dr. Fr. Kr.
D o g ienezy m ętow ania „Ekite pekite". Znane jest to mętowanie.
Nawet dwa pierwsze jego wiersze dość trafnie rozwiązano jako: „Acgite,
pangite, eingite me!“ Dalsze: „Abel fabel domine, eks peks kostka gra“
już mniej są przejrzyste. Otóż w Wiktora Pellandiniego artykule „Saggi di
folk lore ticinese“ [Archivio per lo studio delle tradizioni popolari torn
XYI. s. 525) czytam przy grze dzieci, nazwanej tam Giügaa a scundas,
mętowanie następujące:

Énghene pènghene
Pupadinè
Abili fábili
Dominniè
Ess pess puss tráu,
które wprawdzie nie jest całkowite, ale identyczne z naszem i rzuca pewne
światło na pierwotne brzmienie wierszy wspomnianych, które obecnie przy­
najmniej w części można odtworzyć jako: „habilis, fabilis domine“.,.
Dr. Fr. Kr.

— 377 D o g ien ezy w yrażenia „m ieć к о д е za c z t e r y litery". Jak wiadomo,
używa się tego zwrotu zamiast rzuceuiakomu w oczy obelgi: „Jesteś k i e p . “
Podobne wyrażenie odnajduję już w słynnym pierwowzorze molierowskiego
„Skąpca t. j. w komedyi Plautusa p. n. Aulularia (Garnek). W scenie 4,
aktu II. jeden z najętych kucharzy, Antraks, lży drugiego, Kongriona, wy­
razami : „Ty, człowieku trzyliterowy (Tun; trium literarum homo)!“ Znaczy
to: ,,Ty złodzieju!“, bo złodziej po łać. zwie się f u r . Podobnie także
w komedyi Moliera staruszka karci młodzika słowami: „Yous êtes un s o t
en t r o i s l e t t r e s , mon fils!“ , gdzie już jasno położono wyraz obelżywy,
u Plautusa przemilczany.
Dr. Fr. Kr.
P o d o b ie ń s t w a z dziedziny le c z n ic tw a lu d o w e g o (do str. 180).
Że i u nas bazie wierzbowe zjadają na ból gardła, dowiaduję się obecnie
z R. Lubicza „Przyczynków do słown. jęz polskiego“ (Pracefiïol. IY. 207),
gdzie pisze : „Jcociaszki — kotyski, kotki, zawiązkiliści wierzby ; „łyka sie
kociaszki od bólu garła“ w Lubelskiem“ .
Dr. Fr. Kr.
Kołtun lekiem. W Hołodówce k. Komarna (pow. rudeński) znachorki
leczą ból głowy zapuszczaniem kołtuna. (Według opowiadania Dra Konst.
Wojciechowskiego).
Dr. Fr. Kr.
M ow a zw ierząt. W pieśni mazurskiej, zapisanej w Prusach przez
Sembrzyckiego, a powtórzonej przez Dra Karłowicza za H. Frischbierem na
str. 573 - 4 tomu II. Prac filologicznych
czytam :„Gdy na końcu zacznie
słowik czych czach śpiewać“ . Nawiasem dodam, że — zdaniem mojem — tak
ta pieśń, jak i poprzedzająca ją (nry 9 — 1 0 ) nie są pieśniami ludowemi
w ścisłem znaczeniu tego wyrazu, jeno utworami jakiegoś wierszoroba pod­
uczonego trochę ; dowodem sama forma wiersza, szczególnie w nrze 9 arcywyszukana. — Kuna w rozumieniu Kaszubów piszczy : chaw-chaw, czyli
Dr. Fr. Kr.
chawoce (por. Pr. fil. III. 370).
Baba u farosza. Stosownie do odezwy Dra Fr Krćeka wystosowa­
nej w „Ludzie“ (tom Y. str. 81), podaję tekst tej piosnki pod wyżej
podanym tytułem, jak ją sobie zapisałem w Przemyskiem w roku jeszcze
1897 od dziada wędrownego:

V"

Przyszła baba do farosia,
Przewielebnie zmartwiona :
,,Powiedz-że mi mój farosiu,
Czy ja będę zbawiona?“
Zajrzał ci on jej w paszczękę—
Baba zembów ni miała :
„Nie bój-że się babo piekła !
Czymbyś ty tam zgrzytała?“

Nadmieniam, iż piosnkę zapisałem dosłownie, z których jednakowoż
okolic pochodził dziad — nie mogłem z udzielonych mi przez niego obja­
śnień wywnioskować. Na zakończenie dodaję jeszcze, że takąż samą pieśń
bez jakichkolwiek zmian słyszałem śpiewaną kilkakrotnie w powiecie jasiel­
skim w r. 1898. Parę tylko tam wyrazów zmieniono.
St. Zdziarski.
25

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.