R_5_rozmaitości3_krcek2.pdf
Media
Part of Rozmaitości, cz. 3 / Lud 1899, t. 5
- extracted text
-
— 270 przez ogień. Chłopaki rozn osili głow nie po drogach i w ygonach, g a szą c je
0 ziem ię.
kSfcos przygasł, za częły się rozchodzić niew iasty z pieśniam i do
w ioski. Góralska ligawka ozwała się, m iesiąc z poza cerk w i w ystąpił
1 ośw iecił dym Sobótki, który błękitnym pasem p rzew lók ł się po dolinie
i patrzył spokojnie w nurty O staw y. Śpiew ają przy tem ośm p ie ś n i— z j e
dnej ustęp :
,,P o k il h o ry sz n ia n e p o z b ih a ły ,
D o lisz n ia n e Jdtku r o z ir w a ły “ .
(w drugiej).
,,N a K u p a ła, n a K u p a ła
D iw o ń k a sie z a ła p a ła “ .
(w trzeciej).
,,P ro s y ła sy B o b a R u m e r
K oby je j toj sta ry u m e r“ .
(w p ią te j).
„ Z b e ra ła sy fijałońki
Ń a S obótku n a w inońki.
Stanisław Zdziarski.
Pijany jak Polak (prw. t. IV ., str. 4 4 1 ). N ietylk o F lam andczycy
używ ają tego porównania, jak podałem na m iejscu przytoczonem , ale też
we F rancyi w P oitou je st ono w użyciu, jak widać z ciekaw ego zestaw ienia
R. M. L acuve’a „Termes de com paraison en P o ito u “ {Rev. trad. pop. X II.,
s. 6 3 1 ), gdzie czytam y pod hasłem saoul (pijany); ,,comme une grive, un
goret, un polonais, la bourrique au diable, (jak drozd, wieprz, P olak , dyabla szkapa).
Dr.. Fr. Krček
Jedzie, jedzie pan (prw. Lud V ., str. 8 1 ). Inny w ierszyk an a lo g i
czny z N antes znajduję w tem samem piśm ie (Rev. trad. pop. X II, 6 2 4 ) :
Q u an d le c u ré v a - t- e n c a m p a g n e ,
il v a le p as, le p a s, le p a s ;
Q u an d le v ic a ir’ v a - t- e n cam p ag n e,
il v a le tro t, le tro t, le trot,
Q uand le m éd ’cin v a -t-e n cam p ag n e,
il v a ľ g alop, galop, galop.
P rzy tej zabawie d zieck o sied zi na kolanach ojca lub m a tk i, którzy
podrzucają je do góry zrazu lekko, potem coraz silniej.
Dr. Fr. Kr.
Ślimak, ślimak w ystaw rogi — dam ci grejcar na pierogi, tob ie
jeden, a mnie dwa, zjem y sobie obydwa“ . Ten czterow iersz dziecinny przy
pom niał mi się, gdym czytał artykuł dra Pommerola o folklorze ow erniackim (w t. X II. Rev! trad, pop., s. 5 5 2 ). W Owernii mianowicie d zieci także
proszą ślim aka o w ystaw ienie „rogów “ , śpiew ając :
B ado ta is c o rn ais
iu b a d a ra i la is m iais
c o u rn ais.
Dr. Fr. Krček-
— 271 —
„Świątniki" — nazwa ta wsi, dziś słynnej z przemysłu ludowego
kłódkarskiego, pow stała (jak wiadomo) stąd, że jej m ieszkańcy oddawna
byli poddanymi katedry na W awelu I nazwa i instytueya ta znana była
we Francy i, ja k dowodzi cytat z „D ictionnaire roman, celtique et tudesque
par un religieux de la congrégation de Saint-V annes (B o u illo n , 1 7 7 7 “ , p o
dany t. X II. Rev. des trad. pop. (str. 5 1 2 ): „Saintier ou sainteur, serf
d’ég lise“.
Dr. Fr. Kr.
Do obrzędu „Dziadów". Jak się dowiaduję z artykułu O. de Gourguffa, w którym omawia obrazy Richemonta, oparte na legendach bretońskich {Revue des trad, popul. t. X II., 1 8 9 7 , str. 4 7 5 ), ,,w pewnych z a
kątkach B retanii panuje zwyczaj zastawiania w dzień 2 listopada osobno
stołu dla tego członka rodziny, który umarł w ciągu roku ; rodzina cała
zaś spożyw a posiłek przy ognisku i czeka. Zawsze zm arły przybywa“ . —
Podobnie w Perigordzie (okolicy P érigu eu x we Francyi) w w igilię zaduszek
w ieśniacy ok. r. 1 8 2 0 zwykle w ieczerzali spoinie w rodzinę; rozmowa to
czyła się około zm arłych rodziców, pito i c h z d r o w i e , a po w ieczerzy,
złożonej z 9 potraw, zostawiono stół zastawiony resztkam i z każdej potrawy
— nie brakło ani chleba, ani wina. Przeznaczano to dla zmarłych rodziców
(prw. Rev. trad. pop. X II., s. 6 6 4 ).
Br. Fr. Krcek.
Do rozmowy z głuchym. Znanym jest d yalog: „Jak się maeie
B artoszu ? — N iosę koguta w koszu itd .“ г). M yślą zasadniczą zbliża się
doń rozmowa, której ułamek już Luter podał w swoim „P rostbrief an die
C hristen“ (1 5 3 3 r.), szydząc z pytań i odpowiedzi, dawanych podczas prze
słuchiw ania zwolenników nowej wiary na ratuszu lipskim. Oto porównywa
(e przesłuchiw ania z rozmową, w której osoba, spytana: „W o gehet der
rechte W eg h i n a u s ? “, odpowiada: „Ich hebe junge Spechte a u s“ ; A. pyta
dalej: „ W ie viel sind dahin M e i l e ? B. na to: „S ie haben Schnäbel, wie
die P f e i l e “. — A. : „Ich meine, du seiest t o l l ? “ — B .: „D a s N est
ist eben v o ll“ . Na tem Luter urywa, dodając „usw .“ ; a więc rozmowa
ciągnęła się w idocznie dalej. Jakoż prof. R . Hildebrand, niezrównany n a
stępca i spadkobierca ideałów braci Grimmów, zdołał uzyskaó od swego
ucznia z B iszofsw erdy tekst, obiegający dziś w okolicy tam tejszej, a op ie
wający :
A. F reund, wo geht der W e g da naus?
B. Ic h nehme junge Staare aus.
A. Ich m einte, wo der W eg naus g in ge?
B . Sie sind heuer nicht zu geringe.
A. M ensch, seid ihr denn gar tolle?
B . Sie haben F edern und keine W o lle.
A. M ensch, seid ihr denn bei Gott berathen?
B . M orgen werden sie in B utter gebraten.
A le і ta odm ianka nie obejm uje jeszcze całości, jak dowodzi uwaga
O. L yona, że w M iśnieńskiem dzieci znają rozm owę tę zgodnie z w ersyą
biszofsw erdzką, ale z dodatkiem na początku dwuwiersza :
') M ożeby szan .
d e s ła ć go red ak cy i.
czytelnicy,
z n a ją c y c ały te k st tej rozm ow y, zechcieli n a
— 272 —
A. Guten Tag. Mann!
B . Ich leg e meine L eiter an.
N iestety tego początku, którem u zresztą brak w w. 1 paru zgłosek
potrzebnych ze w zględów m iarowych, nie zna też odmianka trzecia z Prutnow a (w C zechach), przypomniana przez J. P etersa z powodu artykułu
H ildebranda „E in Scherzspruck aus V olksm und, alt und neu li (Z eitschrift
für den deutschen U nterricht, r. II. 1 8 8 8 , str. 2 9 4 — 3 0 0 ), który powyżej
streściłem . Odmianka ta brzm i (prw. Ztschr. j. w. str. 4 7 0 ) :
A . Ihr Moůn, g ih ť n dr W eg do grodenaus ?
B. N ee, ich nahm ock junge S toreln aus.
A. Ihr Moim, ihr hot mr übel gerotha.
B . Zuerst muss ich se ruppa, ob ich se konu brota.
A. N ee, ihr M oůn, ihr seid wul to lle
?
B. Àh, Fadern hon se und keene W olle.
A . Ihr Moftn, ihr seid wul vom T eu fel besassa?
B. N ee, zu erst muss ich se brota, eb ich se konn frassa.
Jak zaś rozpow szechnioną jest ta dow cipna rozmowa po obszarze j ę
zykowym niem ieckim , dowodzi ułom ek jej, zapisany przez H. F risch b iera
w jego „ P reu ssisch e Y olkareim e und Y elk ssp ie le “ (nr. 9 2 1 , str. 2 9 9 --prw, Ztschr. j. w. str. 2 9 9 i 4 7 0 ):
A. K inder, wo g eit der W e g g na D rengfort ?
B. Herr, wi nehme man e N est ut.
A. K inder, si ju d oll?
B . Ja, H err, ons Kaii öss kein B o ll.
(T . j. U n sre Kuh ist kein Stier ; prw. ang. bull = byk).
P rof. H ildebrand wprawdzie odrzuca przypuszczenie, żeby to była
rozm owa z głuchym ; utrzym uje bowiem, że je st to li rozm owa między p rze
chodniem a człow iekiem , wybierającym w ysoko na drzew ie gniazda p ta sie,
i wskutek tego nie m ogącym zrozum ieć n a leżycie osoby, stojącej pod d rże
niem . A le trafnie zbija zarzuty jego i wywody ß . Beer (w tym że piśm ie
str. 4 8 4 nast ), wykazując rymami, że tylk o głuchota m oże wywołać takie
w ceporozum ienie, jak ie znajdujemy w tych rozmowach. Becr posuwa się
naw et dalej i otw iera szerokie w idnokręgi badaniu, w skazując na okoliczność,
że podobne dow cipy, polegające na p rzesłyszen iu wyrazów rozm owcy, lub
umyślnem ic h przekręceniu, są ulubionym i stałym składnikiem repertoarów
hansw urstow skich i teatrów łątkow ych (m aryonetek) od w ieków . C zytając
przykłady, podane przezeń, m imowoli zabiegam m yślą do znanych igraszek
wyrazowych u Szekspira, k tó ry w tym w zględzie je st tylko świetnym kontynratorem rzym skiego kom edyopisarza, P lau tu sa, szafującego aż do przesytus
w rozmowach niewolników z panami dowcipem, opartym na p rzesłyszen iu
lub nieporozum ieniu. I nasuwa mi się w niosek, że dowcipy te dyalogiczne
ludowe rzeczyw iście biorą początek z teatru i to z sztuk pewnych, które
m oże nie zaw sze zdołam y odszukać, ale w których dowcipy te są na m iejscu
i zrozum iałe, podczas gdy d ziś w ustach ludu przedstaw iają się zagadkow o,
sfinksowo. To też wartoby poszperać w „starych szp argałach '1, z których
niejeden ciekaw y i pouczający szczeg ó ł wydobyła i podała warszawska TFisła, a w których mnóstwo kryje się pereł fo lk lo r y sty c z n y c h ,— czemuż brak
nam kur, któreby grzebały w śm ietniku p rzeszło ści!
D r. F r. Krček.
Zdobnictwo przedmiotów do użytku codziennego. U c z o n y an
gielsk i, A. C. Haddou, p o św ięcił cały rozdział w dziele swem p. n. „Evolti-
— 273 —
tion in art as illustrated by the life-h isto ries of d esign s“ (w Londynie
u W . S cotta 1 8 9 5 , 1 8 °, str. X V III, 8 6 4 ) badaniu pobudek, które wywo
ła ły zdobienie przedm iotów , będących w codziennem użyciu. N a czele stawia
pobudki religijn e (prw. str. 5 — 6 i 2 3 5 — 3 0 5 ), czerpiąc materyał dowodo
wy z pośród w iadom ości o rasach niecywilizowanych, przedew szystkiem szcze-J
pów now ogwinejskich i m alajskich. M agia sym patyczna, wyobrażenia totemowe i sym bolizm
religijny zaw ażyły — jak się zdaje — ciężko na szali
w tym w zględzie. (Prw . notatkę L. M arilliera w Revue de l’Ust. des reli
gions t. X X X V , 1 8 9 7 , str. 1 6 1 ).
Dr. Fr. Krček.
„Kurza ślepota" nietylko u naszego ludu jest pospolita, jak się
przekonuję z n otatki A . B asseta o wierzeniach anamickich (Rev. trad. pop.
X II, 5 5 7 ). I u Auam itów spotyka się hemeralopię bardzo często, a nazwa
jej ąuang-ga w języku tam ecznym znaczy to samo, co nasza ludowa, p o n ie
waż i tam kura uchodzi za obarczoną tą chorobą od przyrodzenia. Tam
leczą tę chorobę, dając choremu do zjedzenia wątrobę żółwia n a p ; a jak
bywa u n a s?
D r F r Krček.
Lekarstwo na oczy. W psałterzu bezansońskim na karcie ostatniej
wpisano z końcem X III wieku obok wykładu Merlina o własnościach, złych
i dobrych każdego dnia w m iesiącu następującą radę lekarską w narzeczu —
jak się zdaje — z Franche-C om té : „Ce est la m edicine que l ’on doit faire
a l ’eul por la m aie: l ’on dot paure la moile que l ’on trove au lois
de l’auleron de l’oie quant un la tue, et cole mole doit on m etre
sus la maale qui est an l ’oile par 1 4 jorz et laver l’oel de vin blanc et
d’ague r o se “.
(P. L. D élisle w Journal des savants 1 8 9 7 , str 54 1 ).
Bretónska paralela do opowieści polskiej. N iejeden czytelnik
„L udu“ przypom ni sobie zapewne opowiastkę ludu naszego o głupcach-abderytach, którzy chcieli rozszerzyć mury kościółka swej w ioski, za szczupłe
dla nich, Pozdejm ow ali kaftany i płaszcze i poukładali pod zewnętrznym
murem k ościoła, a sami w eszli do środka, by posunąć ściany nieco na ze
wnątrz. P o pewnym czasie w yszedłszy, ujrzeli, że kaftanów nie ma i stąd
w ywnioskowali, źe rozszerzyli mury kościoła, bo kaftany spoczęły już pod
podstawam i murów kościoła; tymczasem owe części ubrania padły ofiarą
sprytnych rzezim ieszków . Zupełnie podoi na pow iastka krąży m iędzy ludem
bretońskim , a bohaterami jej są m ieszkańcy T róguidelu, którym chodzi je
dnak nie o r o z s z e . r z e n i e kościoła, tylko o zbliżenie go do wioski
ich, bo było im zbyt daleko na mszę. Powieść ta każe tym bretońskim
abdarytom po pierwszej próbie przesunięcia kościoła, co do której wy
niku zdania między nimi były podzielone, zrzucać surduty i kam izelki prze
szkadzające im w pracy, składać je pod kościołem i pow tarzać próbę. T y m
czasem przechodzi tamtędy gałganiarz z Lanfainsu, ucieszony pakuje kami
zelki i surduty do worka i odchodzi. Tróguidelanie ustają na chwilę w pracy,
by się przekonać o jej postępie, i również się cieszą; bo w noszą z braku
owych części ubrań, źe kościół przesunął się znacznie, skore nakrył ubra
nia. A le b a! trzeba posunąć go dalej tak, ażeby ubrania w yszły znów na
jaw z drugiej strony kościoła. .Piorą się więc po raz trzeci do roboty, pra
cują aż do nocy i wreszcie zmęczeni po b ezskutecznym w ysiłku w racają do
— 274 domn, uspokajając się nadzieją, że nazajutrz dokończą pracy i odzyskają
swe surduty i kam izele. N iestety nadzieja ta zgasła w net, żony, które wi
działy były owego gałganiarza z iupem , witają mężów drwinami i śm ie
chem, dom yśliw szy się w szystkiego. Oto treść pow iastki bretońskiej, p o d a
nej przez J. M. Carl -n a p. n. „ L ’ég lise d ép la cée“ na str. 4 9 0 — 1, tom
X II, czasop. Revue des traditions populaires.
Ľ r. F r. Krček.
„Büzumczycy" bretońscy. D ruga pow iastka, podana przez C arlo-na
na m iejscu wspomnianem, je st zupełnie podobną do anegdoty popularnej, k tó r a
będzie zapewne niejednem u znaną z wiersza niem ieckiego „B üsum er“ . C h o
dzi tn znów o T réguidelan, którzy policzyw szy się przed k ąp ielą m orską,
po niej ani rusz nie mogą doliczyć się p iętn astk i — t. j. pełnej swej sum y,
bo liczący zaw sze zapomina o sobie. D opiero pewien m ędrszy każe w szy st
kim wetknąć palec w kro wieniec i tak przekonują się, źe n ik t nie z g in ą ł.
W w ersyi niem ieckiej Büzum czycy wtykają nosy w piasek pobrzeżny. W odm iance bretońskiej musiano od tego odstąpić, ponieważ w n iej nastąp iło
p ołączenie dwu m otywów. M ianow icie dla spotęgow ania wyobrażenia o g łu
pocie T réguidelan, kazano im kąpać się w zbożu, którego łan w zięli za morze
falujące. Motyw ten drugi przypom ina mi inny o „ h reczce“ z głośnej „wojny
żyd ow sk iej“.
Dr. Fr. Krček.
Do obrzędów wigilijnych (r. ІУ , str. 3 2 6 naszego p ism a). Obrzęd,
praktykow any w Złotej a opisany przez p. M usiała, zawiera pewne szczegóły,
zbliżające go do zwyczaju, znanego w Sem urze (w e Francyi), a zapisanego
przez p. M alota na str. 4 9 7 , t. X II. Revue des trad, popul. Czytamy tu
bow iem : „W przeddzień nowego roku w okolicach Semuru dziadek sk ład a
drzewom w sadzie życzenia pom yślnego roku za pośrednictwem wnuków. Ci
m ianow icie, uzbrojeni w mały w iecheć zapalony, uderzają szybko pień drzewa
każdego, m ów iąc: „B onne année de poires, pomm es, prunes" stosow nie do
gatunku drzewa.
Dr. Fr. Kr.
Do zabaw dzieci w dawnej Grecyi (prw. str. 1 7 8 i n a st.). P la
ton zaleca w Fajdrosie (2 4 1 b.) i Rzeczypospolitej (V II. 521 с.) jako s t o
sowną dla dzieci zabawę „ostrak in d ę“ czyli zabawę w „dzień i n o c“ . „P o le
gała ona na tem — powtarzam opis prof. K. J. H ecka (w Muzeum I V .,
str. 2 4 4 ), że dzieci d zieliły się na 2 partye : „d n ia“ i „n ocy“ , ro zg ra n i
czone od siebie zapom ocą linii, w środku m iędzy nim i poprow adzonej. N a
stępn ie strony po k o lei w yrzucały do góry m uszlę (po gr. „ ostrak on “),
której wewnętrzna strona, sm ołą p ociągnięta, oznaczała noc i n ależała do
jednej partyi, podczas gdy jasna część zew nętrzna była niejako w łasnością
drugiej partyi. Stosow nie do tego, która część m uszli po spadnięciu na z ie
mię była do góry zwróconą, rzucała się odpow iednia partya do u cieczk i,
podczas gdy przeciwna zaw zięcie ją ścigała. Kto w u cieczce został schw y
tany, ten nazywał się osłem i m usiał u siąść na ziem i“.
Dr. Fr. Kr.
Dwa motywy „bajeczki o pastuszku". W ubiegłym roku o g ło sił
p. A ntoni S iew iń sk i w „L udzie“ (IV . str. 3 0 5 ) „ B a j e c z k ę
o pasztuszk u " . Pom inąw szy już tę okoliczność, że nie zaznaczono tam, z jakiej ok olicy
bajka ta pochodzi, co dla przyszłego kom entatora jej na gruncie po
równawczym będzie dość niedogodnem w w yciąganiu wniosków, obow iązkiem
