R_5_schnaider_z kraju_1.pdf
Media
Part of Z kraju Hucułów, cz. 1-4 / Lud 1899, t. 5
- extracted text
-
-
57 -
1.
Wzdłuż
pasma Karpat i u ieh podnóża znachodzimy wiele miejktórych nazwy podania )udowe wywodzą z czasów napadów
dzikich hord tatarskich. Nazwy te są więc istnymi pomnikami zaciętych walk, staczanych przez Polaków z plemionami tatarskierni.
Jedną z tych miejscowości jest przysiołek Tatarów, naletący
do gminy mikuJiczyńskiej we wschodnich Karpatach, który miano
swe również owej epoce zawdzięcza.
Potomek pierwszych mieszkańców oraz założycieli Tatarowa,
starzec około 80-letni, opowiadał mi taką tradycyę:
Rodzina nasza pochodzi z Wiszniowy na Węgrzech, gdzie pradziad nasz Dziema był popem. Syn mego pradziada, chłopak przy·
stojny i czerstwy, miał narzeczoną (z huculska lubaskę), która jednak
uwodziła go, sprzyjając innemu. Chłopak rozkochany a przytem zazdrosny prosił swą narzeczoną, by się starała odwzajemnić gorącą
jego miłość, a widząc, że słowa jego rozbijały się jakoby o twardą
skałę, że miłosne zapały pryskały jak bańki mydlane, poprzysiągł
jej zgubę przy pierwszej schadzce z jego rywalem.
Sposobność w krótce się nadarzyła. Chłopak tknięty paroksyzmem swej pierwszej i czystej miłości, wiedziony uczuciem zazdrości
i gniewu, nie mógł pohamować swego wybuchu i strzelił z pistoletu
do swej uwodzicielki, widząc ją w objęciach drugiego.
By uniknąć ręki sprawiedliwości, wsiadł na konia, przejechał
granicę węgiersko-galicyjską i przybył do lasu położonego u ujścia
Prutca do Prutu, a upatrzywszy wśród lasu haliznę przez wiatry spowodowaną, zabrał się rychło do Jej uprawy.
Wybierał połamane przez wichry drzewa, wynosił zbutwia,te
kłody, wycinał krzaki i przez lat kilka mozolnej pracy grnnt ów do
wymogów gospodarki rolnej należycie przysposobił.
'ręskno mu jednak było za ojcem, za matką, za rodziną, za domem. Wsiadł więc na konia, a że dawniej nie dochodzono zbrodni
tak śeiśle, jak dzisiaj i nie poszukiwnno za zbiegiem, powrócił do
domu, wied~~ąc, że o czynie jego już zapomniano.
Ojciec ujrzawszy syna, ueieszył się bardzo i jął go wypytywać,
gdiie bawił tak długo i jak l,IlU się wiodło, zmęczony jednak podróżą
syn obiecał nazajutrz rodzicom przygody swe opowiedzieć.
Opowiedziawszy rano o gruncie 11prawianym wśród gór i lasów,
prosił, by mu rodzice na nowej gospodarce dopomódz zechcieli. Dała
scowości,
-
58 -
mu matka kilka sztuk hydła, ojciec dwu parobków i sługę a poże
gnawszy wyprawi1i z Bogiem.
W czasie wyjazdu popowicza, gospodarz Roszka z Mikuliczyna,
krążąc po lesie, spostrzegł to pole, upodobał je sobie i zabrał się
zaraz do orki i siewu.
Dziema przebywszy granicę, wraeał spokojnie na swą rolę
z wianem, darowanem przez rodziców, gdy w drodze spotkał go
Grega - pradziad dzi8iejszej rodziny Gregaszów z Worochty. Spostrzegłszy piękną tę karawanę, zagadnął popowicza, kto jest i dokąd rlroga, na co tenże w krótkieh słowach o swym planie mu opowiedział.
Grnga zwróciwszy się przez Jabłonicę ku Worochcie, doliną
Prutu przybył do Roszki, mówiąc, by zaprzestał dalszej swej pracy,
gdyż jakiś pan tu nadciąga. Roszka jednakże nie miał wcale zamiaru ustąpić z placu cudzoziemcowi i dalej pracę rozpoczętą prowadził.
Nadjechał
wreszeie Dziema, a ujrzawszy Roszkę przy pracy,
radził mu, by się zabrał i nie odbierał uprawionej już roli. Roszka
jednak starał się niewiele sobie robić ze słów popowicza. Wtedy
Dziema wyjąwszy pistolet, wystrzelił dwa razy a Roszka widząc, co
się święci, umknął rychło.
Dziema zabrał się zaraz do budowy chaty a sługę, którą miał
od ojca, pojął za żonę i gospodynię. Że tęgi był z niego gospodarz,
m ówil stary -- widać z teg·o, że dziś nas czternastu na tej schedzie
się mieści, a chata moja stoi w tern samem miejscu, gzie niegdyś
pradziad mój pierwszą postawił.
Nałożywszy świeżo lulkę i pyknąwszy kilka razy, tak dalej
prawił stary:
Ludzi w owych czasach nie było tyle, eo dziś ich mamy, mieściło się tu zaledwie trzech lub czterech gospodarzy, gdyż Tatarzy
ich powyjadali, a karmiąc orzechami i końskiem mlekiem, by byli
tłuści, zabierali ze sobą.
Na szczytach Magóry, Leśniowa i Chyzek były ustawione wiechy
a przy nich straż zwykle. Gdy więc Tatarzy od strony Delatyna
nadciągali, pochylała straż wiechy w tę stronę, ku której dzikie pogai1stwo dążyło. Gdy raz złowrogie te znaki pochy1iły się w stronę
dzisiejszej naszej osady, wiedział nasz Jud biedny, jakie nieszczęście
mu zagrażało. 'l,Rtarzy byli w drodze ku Mikuliczynowi.
Wtedy to nasi przodkowie popodcinali las, ,,Kupelskij" zwany,
pomiędzy Mikuliczynem a dzisiejszym Tatarowem leżący, tak, że
drzewa ledwie na pniach się utrzymywały i za najlżejszym powiewem wiatru z łomotem waliły się na ziemię.
-
59 -
Tatarzy nadjechali konno brzegiem Prutu, wjeżdżając do lasu.
Ludzie trzymający w ukryciu kilka drzew podciętych na długich linach, puścili takowe, a te padając, waliły jedno drzewo za drugiem.
W mgnieniu oka horda najezdników znalazła grób pod drzewami
dziewiczego lasu.
Z całej tej czerni zdołał tylko jeden Tatar umknąć wraz z Tatarką. Przybywszy do mego pradziada., zostawił kobietę przed domem, sam zaś wszedł do chaty, pytając, czyby czego jeść nie dostał.
W domu była tylko baba. Wskazała mu beczkę, mówiąc, że jest
w niej żentyca. Zgłodniały bojownik pochylil się, by zaglądnąć, co
się w beczce znajdowało, a wtedy baba chwytając go za nogi, utopiła w żentycy. Tatarka przeczuwając co zaszło, wsiadła na konia
a przebrnąwszy Prut, zostawiła konia nad brzegiem, kryjąc się sama
w wąwozie z połoniny Leśniów ku Prutowi zbiegającym. Tu pod
skałami powiła małego Tatarczuka.
Mieszkańey poznawszy konia Tatarskiego, pasącego się w łę
gach, jęli szukać za 'l,atarami a znalazłszy Tatarkę w wąwozie, zabili wraz z Tatarczukiem, nadając wąwozowi nazwę "Tatariwczyk",
osadzie zaś „Tatarów".
Mieszkańcy uwolnieni od dalszych napadów, zaczęli powoli tutaj się rozsiedlać. - Tu stary pyknął znowu kilka razy dawno zagasłą już lulkę, splunął i rzekł: ,,kołyś pry nedili skaż u wam szcze
deszczo panyczu ".
Zaciekawiony jednak pi~knemi temi legendami, które w miarę
rozwoju cywilizacyi gasną coraz bardziej wśród naszego ludu, postanowiłem kilka jeszcze tych wzniosłych utworow rozbujałej wyobraźni
ludu górskiego wyrwać zapomnieniu.
Nie długo czekać musiałem. Święto „ Ilłahowiszczenie" wypadło
we środę i stary z ulubioną swą fajeczką przyszedł znowu do mnie.
Nałożywszy do Julki tytoniu i pyknąwszy kilka razy, zapytał
mnie o czem jeszcze chciałbym się dowiedzieć.
Zastanawiając się nieraz nad nazwami „lisny" (nimfy), ,,Lisnowy" (nazwa połoniny) i „ Pidliśniw" (nazwa osady), postanowiłem
dojść związku, w jakim te trzy nazwy pozostają ze sobą.
Zagadną
łem więc starego, co to są te ,,li sny".
Lisny to czeledyna ( dziewczt;ta), które żyją w lesie. Mieszkają
one na Leśniowie (z huculska Lisnowach) i przy nastaniu nowego
księżyca schodzą nad Prut do Podleśniowa na swe igrzyska. 8ą one
i na „Doszczynce'' 1) a na nowiu śmiechy ich, podobne do śmiechu
naszych dziewcząt, dokładnie słyszeć można.
1) Nazwa polanki.
-
60 -
Ja raz tylko w moJem życiu - mówił stary - widziałem
Było to może przed laty dwudziestu, gdyśmy z I wanem
i Andrijem spędzali owce pod Czarnohorą. Wieczorem wyszedłszy
prowałem 1) na polankę, pod szerąko rozgałęzioną, osobno stojącą
smereką, rozłożyliśmy watrę 2), W tern w pobliżu dał się nam słyszeć
płacz dziewczęcy a wkrótce stanęła przed nami leśna zawodząc:
"oj bidkoż moja czorna, upadku mij hyreńkij, aż tepereś na mene
upaw".
Po tych słowach przybrała groźną postawę, mówiąc, zabierajcie
się zaraz, gdy nie chcecie, by was spotkało nieszczęście, i nim zdo·
laliśmy przemówić do siebie, bogini leśna znikła w cieniu otaczają
cych nas dr zew.
Przerażeni chwyciliśmy każdy po jednej głowni, przenosząc się
na inną sąsiednią polankę. Nazajutrz, gdyśmy, zdjęci ciekawością,
przyszli ua miejsce, gdzie tliło pierwsze nasze ognisko, śladu z niego
nie było.
Oj tak, tak panyczu - koi1czył stary swe opowiadanie - lisna
i czolowika sia czepyt. Niech tylko parobek zatęskni za swą kochanką, leśna już go się uchwyci. Stefana nieboszczyka dwa lata się
trzymała i gdyby nie ziela, które mu wróżki dały gdzieś w świecie,
zginąłby był niechybnie z jej ręki.
„leśną''.
*
*
*
Przypatl'zmy się bliżej temu ludowi, wśród którego zachowały
się jeszcze owe legendy, a na którym oświata dzisiejsza dotąd swych
śladów nie pozostawiła.
Lud to w średnich warunkach bytu - ani zbyt biedny, ani
też bogaty. Kilka grządek ripy a), pastwisko, polanka lub połonina
kilkumorgowa, dalej las dawno wycięty - zrąb raczej, stanowią cały
dobytek hucuła. To też i wymagania jego są stosunkowo dość
skromne. Mleko i kartofle, a w braku takowych małaj 4), to poży
wienie tutejszego ludu. Odzieży dostarcza mu wełna owiec własnego
chowu, którą płuczą, farbują, czeszą, przędą, dalej tkają, a utkaną
materyę ubijają w stępach przy młynach wodnych zazwyczaj się
znajdujących. Owca jest też najpożyteczniejszem zwierzęciem domowem tutejszego mieszka1ica, gdyz oprócz wełny dostarcza mu mleka,
z czego bundz 5) a następnie bryndzę wyrabiają.
1) Potokiem.
2) Ogień.
3) Ziemniaki.
4) l\fąka kukurudziana.
5
) Ser owczy.
-
61 -
To też, gdy wiosna zawita, gdy zejdą śniegi ze szczytów gór
i zazieleni się trawa, budzi śię życie po śnie zimowym. W borach
odwiecznych powtarza echo głosy trembit 1), fale Prutu unoszą ze
sobą tęskne melodye dumek, wygrywanych na fujarkach przez pasterzy, po halach świecą ognie, jak gdyby gwiazdy po niebie
rozsiane.
Tu słychać piosnkę pastuszka:
Oj kukała ta zazula
Kukała, kukała,
Jak uczula toj ozymok
Ona sia schowała,
Tam znowu dziewczę zanuci:
Oj ne kukaj zazuleńko,
Ne kukaj ne boho,
Bo ja tużu za Iwanem,
Taj spaty ne mohu.
Tu i ówdzie przemknie stadko owiec lub kóz, pędzonych na poło
niny, nadchodżi t. zw. ,,mi szynie".
Miszynie jest to spędzanie owiec przez kilku lub kilkunastu
gospodarzy na jedną połoninę i do jednego wataha 2).
•
Watah trzyma kilka pasterzy (wiwezari), którzy pasą owce,
doją je i znoszą mleko. Sam jest niejako władzą nadzorczą, wyrabia
bundze, prowadzi zapiski przyjętych na paszę owiec, tudzież ilości
udojonego mleka.
Ciekawemi są też owe zapiski. Służy do tego kawałek drzewa
tak zwany „rawasz" w formie graniastosłupa z dwu części t. j.
z „kłody" i trzaski się składającego_
Kłoda pozostaje u wataha, trzaskę ma u siebie właściciel bydła.
Gdy watah zamierza zanotować ilość przyjętych owiec lub litrów
udojonego mleka, muszą obie strony być obecnemi, względnie obie
części rawaszu do tej manipulacyi są potrzebne. Składa je tedy
razem i wycina nożykiem znaki tak, że na każdej z tych części połowa odpowiedniej cyfry jest widoczna.
Znaki te są: i
1, 11
2: 111
3, Il 11
4, V
5, X
10,
X X
20, X
50,
100,
1000. Kwaterki oznacza dziureczkami na boku kłody i trzaski. Rawasze używają się także przy
=
= = =
= * = I=
==
=
=
1) TrllbY blaszane, lub drewniane, owite korlł brzozową, długości 3 do
3.5 metra; wyrabiane bywają zazwyczaj z drzewa, w które piorun uderzył,
by miały głos silny.
1) Właściciel lub dzierżawca połoniny.
-
62 -
robotach leśnych, na których przedsiębiorcy wycinają ilość dni roboczych lub fur zwożących drzewo, tudzież w sklepach żydowskich
do zapisywania naboru, gdzie znaki powyższe oznaczają złr. - dziureczki na zewnętrznych stronach obu części dziesięciocentówki, centy zaś dziurki na stronach wewnętrznych. W sądach tutejszych
rawasze są również znane, dając najlepsze świadectwo, podobnie jak,
księgi gospodarcze, pokwitowania lub inne rachunki.
l coraz to nowe obrazy i szczegóły spstrzega oko człowieka,
gdy wiosna obudzi zycie w tej dzikiej krainie.
Chłopcy nawiercają brzozy, tocząc sok, z czego następnie napój
chłodzący wyrabiają. Sok zebrany zlewają do beczułek i konewek,
wrzucają po kilka jabłek kwaśnych lub wlewają soku z jabłek wyciśniętego, pozostawiając fermentacyi przez kilka tygodni. Napój ten
o smaku lemoniady, z domieszką cukru jest wcale dobrym, a huculi
z winem na równi go stawiają. Kobiety i dziewczęta uprawiają role
pod szczupłe swe plony, mężczyźni śpieszą do robót leśnych - przeważnego swego zajęcia.
To życie pełne swobody trwa przez całą wiosnę, lato i jesiei1.
We wrześniu spędzają trzodę z połonin wśród piosnek, gry trembit
i fujarek a z zimą wszystko na nowo zamiera, jak ptaków śpiew,
lub jęk Prutu, gdy szumne jego fale w lody się zamienią.
Zdolniejsi wyrabiają toporki 1) wykładane paciorkami różno
barwnymi i wyplatane drutem lub blaszką mosiężną a nawet srebrną
niekiedy, cybuszki do fajek, beczułki i flaszki drewniane, gustowni_e
rzeźbione ; inni rąbią lub zwożą drzewo, kobiety zajęte bielizną
o barwnych wyszyciach lub przędą wełny przeważnie.
Na dworze nie widać nikogo, nie słychać już fujarek ani trembit gry, nie słychać piosnek, ni ogni nie widać po halach. Tu tylko
]ub ówdzie wśród lasu wznoszą się dymu kłęby, wskazując koliby siedliska rębaczy.
Cicho i głucho wszędzie - a białe puszcze widnieją, jak okiem
zajrzysz.
Józef Sclmaider.
1
)
Laska z mosi~żnl! siekierki&,
