R_4_z_3_całość.pdf

Media

Part of Lud t. 4 z. 3 / Lud 1898, t. 4

extracted text
śląska Biblioteka Publiczna

ORGAN

TOWARZYSTWA LUDOZNAWCZEGO we LWOWIE
POD REDAKCYA

Dra A N T O N I E G O K A L I N Y .

WE LWOWIE 1898.
NAKŁADEM

TOW ARZYSTW A

LUDOZNAW CZEGO.

Z D ru k arn i Ludow ej pod zarz. St. B ajlego.
Adres R ed a k c y i: Lwów, ulica Zimorowicza 7.

J . W ito rt : Z a ry s y p ra w a z w y cz a jo w eg o lu d u lite w sk ie g o (Ciąg d a lszy )
.
St. Z d z ia rs k i : P ie rw ia s te k lu d o w y w p o é zy i A. M ick iew icza (Ciąg d a lsz y ) .
L . M ły n ek : Ż y cie sie rsk ic h p a s te rz y p rz e d 20 la ty
.
.
.
.
.
S. U d z ie la : H a g a d a .
.
.
.
.
.
.
.
.
.
A nt. S ie w iń sk i: B a jk a o c ie k aw ej b a jn e
.
.
.
.
.
.
.
T e n ż e : B a jk a o p a s tu s z k u

: ■
.
.
.
.
.
.
M a g ie ro w s k i: S ło w n ic ze k g w a ry lu d o w e j w z ie m i sa n o c k ie j
.
.
.
D r. F r. K rč e k : S o b ó tk a w feałicyi
.
.
.
.
.
.
.
.
R o z m a itości : Dr . K o e h l e r : Czy p ra w d a , że s re b rn ik i m a łe , w ziem i z n a j­
d y w a n e, s ą g łó w k am i św . J a n a C h rz c ic ie la ? str. 3 2 5 ; S z c z . M u ­
s i a ł : D o o b rz ę d ó w w ig ilijn y ch , str. 325: K s. W . S k o p i ń s k i ;
D o z w y cz a jó w w ie lk a n o cn y c h , str. 3 2 6 ; K . N i k o s i e w i c z : W s p r a ­
w ie p isa n ek i W ielk iejn o cy , str. 3 2 6 : F r K r.; N a p o je w y sk o k o w e
w c z a sa c h p rz e d h isto ry c z n y c h , str. 327; F r. K r.: T y p w ie lk o ru s k i,
str. 327; F r . K r .: S ta ty s ty k a U k ra in y , str. 828.
Rozbio ry i s p r a w o z d a n i a ; J a n Š w i e t e k ; L u d n a d ra b s k i, K ra k ó w 1893
(L. M łynek), str. 3 2 9 ; K a r o l P o t k a ń s k i : K ra k ó w p rz e d P i a ­
sta m i, K ra k ó w 1897 (D r. K . J . G orzycki), str. 3 36; F o lk lo re p o lo n a is.
P a ris 1898 (D r. F r. K rček), str. 3 38; F o lk lo ry s ty k a w Pvosyi (H . K a sperow icz). str. 339; B ie ło ru ss k o je P o le s ’ie, K ijew (H. K a s p e ro w ic z ),
str. 340.
S p raw y T ow arzystw a :
P o s ie d z e n ie Z a r z ą d u .
.
.
.
.
.
.
.
.
.
S p ra w o z d an ie o d d z ia łó w : w B u c za cz u i w W ie lic zc e
.
.
.
Z g ro m a d ze n ie m ie się cz n e T o w a rz y s tw a
.
.
.
.
.
D a ry
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
S to su n k i T o w a rz y stw a z in n em i to w a rz y s tw a m i i re d a k c y a m i p ism .
S pis n o w y c h członków
.
.
.
.
.
.
.
.
.
O dpow iedź ks. W . Z ab o rsk ie m u T . J . (D r. A. K a lin a i J. W ito r t)
.

239
256
274
290
300
305
307
308

341
342
345
346
347
347
347

Kom itet redakcyjny :
Dr. Aleksander Ozołowski, Dr. Benedykt Dybowski, Franciszek
Rawita - Gawroński, Dr. K. I. Gorzycki, Dr. Aleksander Kolessa, Henryk
Kasperowicz, Dr. Franciszek Krček, Dr. Jan Leciejewski, Dr. Stanisław
Eljasz-Radzikowski, Stefan Ramułt, Władysław Rebczyński, Dr. Antoni
Rehmann, Dr. Eugeniusz Romer, prof. Antoni Sieuicki, prof. Miecz. Sołtys,
dyrekt. Ludwik Wierzbicki, Marya Wolska, Dr. Aleksander Zalewski.

ІрЦТ” Biblioteka Towarzystwa (instytut zoologiczny c. k. uniwersytetu,
II piętro) otwartą jest dla Członków zawsze w niedzielę od godziny 3 -ciej
do 5 -tej po południu.

ZARYSY PRAWA ZWYCZAJOWEGO
l/CLd/U, litewslsiegro.
(C iąg d a lszy * ) .

ROZDZFAŁ IV.

P r a w o zw y czajo w e liarne.
I.

W a ru n k i historyczne, wśród których rozwijał się i żył lud
litewski, w yrobiły w nim niepospolity hartetnógraficzny, zwłaszcza
wśród jego gałęzi żmudzkiej. Chwilka zastanowienia się nad
przeszłością dziejową Żmudzi wystarcza, by uznać słuszność przy­
słow ia ludowego: „ziemia i niebo przeminą, a Żemajtis (Źmudzin)
zostanie“. Ale ta przeszłość dziejowa wycisnęła swoje znamię na
charakterze ludu, wytwarzając namiętne przywiązanie do swojskości, znany konserwatyzm ludowy, oraz zaciętość i upór, które
weszły w przysłowie, „zacięty jak Źmudzin“, „uparty jak Litw in“
— mówią i mówią słusznie. Rzeczywiście : lud żmudzki nie umie
ani zapominać, ani przebaczać krzywd doznanych.
P o l miał zupełną słuszność, g'dy pisał:
„Ale gdy go kto zahaczy,
To i w grobie nie przebaczy“.
Rozum ie się — w ścisłym związku z tymi rysami charakteru
ludu pozostają liczne ślady dawnych wierzeń, które dziś pozornie
godzą się z formami nowego życia, oraz religią. Zgoda ta byw a
niekiedy naruszaną, co prowadzi do zbyt niemiłych zatargów ;
spotykam y też sporo przeżytków doby minionej. Nie jest wolnem
od nich prawo karne zwyczajowe, o ile można mówić o jego
istnieniu, albowiem w ciągu tylu wieków stopniowych ograniczeń



240



uległo ono głębokim zmianom, które doprowadziły je niemal do
zaniku zupełnego. Zdaniem mojem — można mówić nie o całości
p raw a karnego, zwyczajowego, lecz tylko o jego przeżytkach
i pozostałościach, jeszcze nader licznych. Do nich przedewszystkiem należy bardzo nieznaczna różnica pomiędzy przestępstwem
a szkodą; niekiedy lu d .n a w e t je utożsam ia; dowody przytoczę
poniżej.
Nie zna też k a rn e praw o zwyczajowe ścisłego rozgraniczenia
przestępstw a a w ykroczę..iá moralneg'o.' W y ro k i sądów ludow ych
niewątpliwie stwierdzają ten p o g ląd : zdarza się, że wykroczenia
m oralne byw ają k a ra n e krym inalnie. Sąd gm iny B ernatow ski za
pożycie nieślubne b ra ta i siostry ciotecznych skazał brata na
chłostę, 7 dni aresztu i 100 rubli grzywny, a siostrę — „za roz­
pustne życie w ytrzym ać na chlebie i wodzie 3 doby z użyciem
do robót ciężkich“. W tejże gm inie skazano „za rozpustę“ 2 sio­
stry „do robót publicznych“, a inną dziewczynę Za toż samo w y ­
kroczenie moralne — „na pokutę kościelną“, której w ykonania
m iał dopilnować urząd gm inny (wyroki 1866 r. 1. 5., oraz 1867 r.
1. 4). W ó jt gm inny T aw rogi zajawił sądowi, że pewien włościanin
„prowadzi niewłaściwy obraz, życia, kłócąc się i bijąc z bratem ,
siostrą i sąsiadam i“ ; winnego skazano na 7 dni aresztu (wyrok
1891 r. 1. 1. 411). N iekiedy naw et uchylenie się od obowiązków
religijnych b yw a karanem kryminalnie. Pewien włościanin u c h y ­
lał się od spowiedzi i łam ał publicznie p osty ; t. zw. dziesiętnik
kościelny zapozwał go do sądu. Na posiedzeniu sądowem oćwiczono pozwanego i zaraz kazano odesłać „do szpitalu, by tam
nauczył się katechizmu, potem zaś odbył spowiedź“, (Andrzejewski
sąd gminny, w y ro k 1872 r., 1. 17).
P rz y k ła d y te udowodniają stanowczo, iż lud nie rozróżnia
ściśle przestępstwa od w ykroczenia mora.lneg'o. W y ro k ostatni
w y m a g a kilku słów dodatkow ych: „dziesiętnik kościelny“ — to
sługa kościelny, któreg'0 obowiązkiem było pilnować, b y p a r a ­
fianie przestrzegali nakazy religijne i moralne. Dziś już dziesię­
tników kościelnych niema, chyba tylko wyjątkowo spotkać ich
jeszcze można w najgłuchszych zakątkach głębokiej Żmudzi. P rz y ­
czyniły się do tego zakazy władz świeckiej i duchownej;, ta
osUitnia surowo zakazała proboszczom nauczać lud moralności
w sposób podobny. W y ra z „szpital“ oznacza budynek kościelny,
w którym mieszczą się żebracy miejscowi, niekiedy zaś — służba
księża (co jest już, wedle zwyczaju, nadużyciem ); niekiedy wyraz
ten oznacza w prost lokal, służący do odpoczynku, obchodu

-

241



chrzcin, wesel i t. d. Nawiasem dodam, iż proboszczowie u t r z y ­
mują niekiedy takie lokale; by ludzie nie chodzili do karczmy.
P ra w o zwyczajowe nie uznaje niemal publiczności przestęp­
s tw a ; wedle niego każde prawie przestępstwo jest sprawą czysto
osobistą, k tórą strona poszkodowana zawsze może umorzyć. Sądzę,
iż nie można wykreślić granicy, któraby oddzieliła przestępstwa
publiczne od ściśle prywatnych. W każdym razie rozmaite formy
kradzieży są wykroczeniami ściśle osobistemi, których umorzenie
zależy od woli strony poszkodowanej. W arunkiem nieodzownym
jest zadość uczynienie zupełne np. zwrot rzeczy skradzionej ; n ie ­
kiedy do tego dołącza się wym aganie, by winny przeprosił po­
krzywdzonego. Skradziono kobiecie 5 rub. ; w czasie posiedzenia
sądowego złodziej przyznał się do winy, zwrócił 5 rub. i prosił
poszkodowaną o przebaczenie, które uzyskał. Sąd, „zważywszy
na zupełne zadośćuczynienie poszkodowanej“ wybaczył mu, zwal­
niając od wszelkiej k a ry (sąd gm inny Bernatowski, wyrok 1886 r.
1- 59 )Zdarza się, że kradzież nie by w a karaną, albowiem sądy zadawalniają się zwrotem poszkodowanym rzeczy skradzionych;
wszakże winni muszą uzyskać przebaczenie, co jest warunkiem
koniecznym, ale nie zaw'sze. W gminie Popielskiej skradziono
33 ft. lnu czesanego; poszkodowany dom aga się 25 rubli odszko­
dow ania od złodzieja, k tó ry na posiedzeniu sądowem przyznał
się do w iny; przysądzono 10 rubli odszkodowania, o karze zaś
za kradzież nie było w w yroku ani wzmianki. W tejże gminie
skradziono siano, którego wartość oceniono na 30 rubli; poszko­
dowany żąda 30 rubli za siano i 10 rubli „za zabiegi sądow e“';
sąd kazał zapłacić 25 rub. za siano i 5 rub. „za zabiegi“. W gm i­
nie W idzkiej zwolniono od wszelkiej odpowiedzialności złodzieja,
k tó ry w yciągnął z kieszeni portm onetkę z 10 rub. 20 - kop. ; k a ­
zano tylko zwrócić rzecz skradzioną i pieniądze. O przebaczeniu
winnemu nie było mowy, (wyroki 1888 r. 11. 2 i 20, oraz W idzki
— 1882 r. 1. 1). W ogóle takie wyroki spotykają się dość często;
stanow ią one dowód niewątpliwy, iż lud niemal utożsamia prze­
stępstwo ze szkodą, oraz uznaje je za sprawę czysto prywatną.
Nie mniej jaskrawo występuje to utożsamienie niemal w. spra­
wach o osobiste zniewagi czynne i obelgi, które skrupulatnie
oceniają się n a tyle to a tyle rubli, tyle to a tyle purów zboża,
łokci płótna i t. d. Pow stało naw et wyrażenie osobne, spotykane
nader często w prak ty c e sądów gm innych: „obił na tyle to a tyle
rubli“ np. „pokołotił na 30 ru b .“ W ogóle prawo zwyczajowe zna
wyłącznie przestępstwo przeciwko osobom fizycznym, nie zaś —-

-

242



prawnym. W yjątkow o tylko byw ają k arane przestępstw a czy
wykroczenia przeciwko religii i moralności, oraz porządkowi pu­
blicznemu, o ile go lud rozumie; nie zna zaś ono żadnych przestępstw
ani przeciwko państwu, ani przeciwko jego ustawom, zwłaszcza
podatkow ym . W szelkie w ykroczenia przeciwko ustawom o a k c y ­
zach i cłach lud uważa za czyny moralne i praw ne i nie poczuwa
się do żadnej odpowiedzialności za nie; k a ry i grzywny, w y m ie ­
rzane w tych w ypadkach przez sądy ogólno-państwowe, uznaje
za bezpraw ne i niesprawiedliwe. Skazani po uw olnieniu z wię­
zienia są otoczeni poprzedniem poważaniem, jeżeli cieszyli się niem
do w yroku sądowego. W ogóle wszelkie uchylania się od
opłat na rzecz skarbu, ogół uważa za czyn moralnie uspraw iedli­
wiony ; rozumie s ię — robią to wszyscy o ile uda się, o ile można.
W a rto zanotować, że gorzelnie potajemne czyli t. zw. browarki istnieją niemal wszędzie, a władze w ykryw ają je stosun­
kowo bardzo rzadko : denuncyanci nie zjawiają się, lubo za denuncyacye podobne pobierają wynagrodzenie. Lud brzydzi się
tem ; wedle niego denuncyant, to człowiek z pod „ciemnej gwiaz­
d y “. Lud nie denuncyuje też Żydów, uchylających się od służby
wojskowej, pomimo 50 rubli w ynagrodzenia, albowiem „za Żyda,
Żyd musi służyć“. Przem ytnictw o nie uważa lud za żadne w y­
kroczenie; przem ytnicy cieszą się zwykle uznaniem ogólnem śród
ludności nadgranicznej. Śmiałość i odwag-a, niezbędne w tych
okolicznościach, otaczają ich naw et pew ną aureolą. W ogóle lud
uk ry w a chętnie przem ytników. Dostarczyciele i roznosiciele zaka­
zanych druków litewskich zawsze i wszędzie byw ają otaczani
uznaniem i opieką, ale nie jest to w ścisłem znaczeniu tego w y­
razu przemytnictwo ; wspom niałem o tein, b y rzucić prom yczek
światła na usposobienie ludu.
Um ie on mścić się i nie zwykł ani zapominać, ani p r z e b a ­
czać: b y w ały straszne przykłady zemsty ludowej, wywartej na
denuncyantach różnego gatunku. S p ra w y o to kończyły się zwy­
kle na niczem : nikt nic nie wie, nikt nic nie widział, nie słyszał
i t. d.... Z pomiędzy tych wszystkich w ykroczeń lud najczęściej
praktykuje przem ytnictwo ; „my nie kradniem y, tylko kupujem y
to w a r; komuż przynosim y krzyw dę? Jakie przykazanie Boże za­
brania przynosić towar z z ag ran icy “ ? — mówią zwykle przem y­
tnicy na posiedzeniach sądowych""). Słowa te streszczają w ybornie
pogląd ludu. W og'óle — wedle praw a zwyczajowego — prze-

*) Pamiętnik gub. Kowieńskiej na r. 1890 . str. 2 8 9 .

243



stępstwa. przeciwko państw u i jego ustawom istnieją o tyle tylko,
o ile krzywdzą osoby trzecie ; lud nie zna pojęcia państw a w dzisiejszem znaczeniu tego wyrazu. W e d le niego należy o tyle w y ­
konywać przepisy praw ogólno-państwowych, o ile do tego zmu­
sza konieczność, z zastrzeżeniem wskazanem uprzednio. Je st to
niewątpliwie pozostałość dawnego stanu rzeczy, nie zaś — wynik
świadomego pojęcia położenia kraju i ludu, słowem — przeżytek
poglądu na przestępstwo, jak na czyn ściśle pryw atny, który
krzywdzi osoby trzecie.
W ynikiem tego poglądu prawnego na istotę czynu przestępne­
go jest zasada, dotąd przestrzegana ogólnie: „niema skargi, niema
p rze stęp stw a “. Zdarza się wprawdzie, ale to bardzo rzadko, źe
sądy gm inne z własnej inicyatyw y wszczynają spraw y k a rn e ;
zdarza się to tylko wtedy, gdy przestępstwo wyróżnia się czemś
niezwykłem lub bardzo oburza lud. W w ypadkach zw ykłych s u ­
rowe postępowanie dzieci z rodzicami nie uznaje się za coś n a d ­
zwyczajnego, ale gdy przekracza ono pewne granice, wówczas
dopiero sądy występują z w łasną inicyatywą. G dy w gminie
Gulbińskiej dzieci (syn i córka) zaczęły niemal torturow ać m atkę
staruszkę, wówczas sąd w dał się w tę spraw ę i ukarał surowo
winnych. W spom inałem o niej w rozdziale pierwszym, mówiąc
o stosunkach dzieci do rodziców przestarzałych. Zdarza się też,
że sądy gm inne występują w obronie własnej lub urzędów gm in­
n y ch; wówczas inicyatywa rozpoczęcia sp ra w y należy do nich.
„Za okazany na sądzie h a z a r d “ (uniesienie) skazano robotnika na
areszt (sąd gm inny Towiański, wyrok 1 8 7 1 r., 1. 4 1 ). Za uc h y b ie ­
nie. sądowi sąd gm inny Traszkuński — wyrok 1 8 8 9 r. 1. 4 8 —
skazał winnego na chłostę. W w yroku sądu g-minnego Traszkuńskiego — 1 8 7 4 r. 1. 45 — czytam y: „Karola R . za nieprzyzwoite
zachowanie się w urzędzie gminnym oćwiczyć rózgam i“.
Spotykam y też jeszcze w praw ie zwyczajowem karnem prze­
żytki walk rodow ych; parę przykładów odpowiednich przytoczy­
łem w zozdziale pierwszym, mówiąc o przeżytkach ustroju rodo­
wego; zdarzyły się one w gm inach Kołtyniańskiej i Rogowskiej.
W y p a d k i podobne by w ały też w powiatach innych.
S p o ty k a m y jeszcze przeżytki odpowiedzialności rodowej,
k tóra dziś już ogTanicza się odpowiedzialnością rodziców (niekiedy
naw et najbliższych krew nych) za dzieci, zwłaszcza m atka odpo­
w iada za córki, ojciec — za synów. Dotąd pogląd ten występuje
dość jaskraw o i w praw nych pojęciach ludu, i w w yrokach sądów
gminnych, ale stopniowo zanika już. Najczęściej zdarza się, że
sądy pociągają do odpowiedzialności rodziców za przestępstwa

-

244 : ~

karne ich dzieci, nawet pełnoletnich. Przytaczam tu parę p rzy­
kładów, rzucających pewne światło na kwestyę. Nawiasowo do­
dam, że ta odpowiedzialność stosuje się przeważnie do w ykroczeń
moralnych, kradzieży i samowoli.
W g-minie Towiańskiej pastuch obił dwie dziewczynki ; w y ro ­
kiem sądu miejścoweg-o z r. 1890 1. 41. skazano ojca i syna na
areszt, podkreślając w protokole, iż ojciec jest winien, bo nie
powstrzym ał syna Górki wyróżniły się swoją rozpustą, k tóra w y ­
wołała oburzenie ogólne; sąd gm inny B ernatow ski w yrokiem swym
z r. 1856 1. 5. skazał matkę, na gTzywny. W gm inie Janowskiej
dzieci pełnoletnie •dopuściły się aktu dzikiej samowoli; sąd-w yrok
1875 r. 1. 50 — skazał rodziców na grzywny. Pew ien włościanin
ukradł 200 rub. i uciekł do A m e ry k i; przed wyjazdem zostawił
matce kilkadziesiąt rub. na życie. W ytoczono proces kobiecie ;
na posiedzeniu sądowem w ykryło się, iż pieniądze wręczono jej
przed spełnieniem kradzieży, w której m atka nie uczestniczyła ;
mimo to zażądano od niej 200 rub. odszkodowania. S ąd gm inny
K rożański uznał powództwo za słuszne, co zaznaczył w protokole
ale wyroku nie wydał, bo wysokość sumy poszukiwanej prze k ra ­
czała zakres jego kom petencyi (wyrok 1885 r. 1. 35).
D otąd jeszcze spotykam y przeżytki rodowego wym iaru spra
wiedliwości, lubo już bardzo nikłe. N iekiedy w razie wykroczeń
przeciwko podstaw om p r a w a familijnego luo innym pokrew nym
spraw y załatwiają się w obrębie blizkich tylko krew nych jedne,
i drugiej strony. Uprzednio zdarzało się, że kobietę za złamanie
w iary małżeńskiej sądzili właśni jej krew ni wraz z mężowskimi;
zachowało się o tern dużo podań i opowiadań.... Ślady tego zwy­
czaju spotykam y naw et w archiwach rodzinnych szlachty miej­
scowej. W ś ró d ludu działo się zwykle nieco inaczej : winną są ­
dzili krewni mężowscy, albowiem kobieta zamężna wedle pojęć
ludowych należała zupełnie do rodu męża. W in n e g o sądził jego
ród, jeżeli domagano się tego. Dziś te zwyczaje zanikły doszczętnie
śród klas wyższych, lubo jeszcze przed kilkudziesięciu laty były
żywe; śród ludu istnieją one dotąd, ale praktykują się bardzo
rzadko. Na pograniczu kurlandzkiem młoda m ężatka uciekła wraz
z kochankiem do Am eryki, ale krew ni złowili uciekinierkę i od­
wieźli do domu. Zebrała się rada krew nych mężowskich ; u c h w a ­
lono ukarać kobietę, a potem przebaczyć ; sama ona prosiła
o przebaczenie. Stało się wedle uchw ały: oćwiczono ją. W y p a d e k
ren rozgłosił się; lud, a naw et szlachta okoliczna, pochwalili to
postępowanie, uznając je za słuszne i sprawiedliwe. Działo się to
przed 10 laty. O ile słyszałem małżonkowie dotąd żyją z sobą

-

245

-

w zgodzie. W tych okolicach uciekł od żony młody chłopak ;
porzucona kobieta, o kilka lat starsza odeń, oskarżyła go przed
rodziną. Zbieg- znalazł się. Zebrali się najbliżsi krew ni na sądy
uznano go winnym i ukarano surowo (ochłostano). Takiego r o ­
dzaju załatwianie spraw podobnych spotykamy śród ludu, a naw et
- drobnej szlachty zagonowej, tak licznej u nas, a tak uporczy­
wie trzymającej się starych Zwyczajów i obyczajów.
Niewątpliwie — przeżytkiem zanikającej sądowej władzy
rodu jest szeroka władza rodzicielska,, k tórą sądy gm inne ochra­
niają pilnie; jej zakres — wedle pojęć ludu — wkracza stanowczo
w zakres kom petencyi sądowej. W ogóle małoletni mogą być k a ­
rani tylko przez rodziców lub opiekunów, niepełnoletni zaś — w ra­
zach wyjątkow ych — przez sądy. W w ypadku ostatnim wszystko
zależy od okoliczności miejscowych, albowiem żadnych zasad s ta ­
łych lud nie zna. W gminie Gulbińskiej do sadu,' dzierżawionego
przez Żyda, w padła banda wyrostków i zaczęła gospodarzyć po
swojemu; Żydzi złowili rabusiów, a nazajutrz dostawili do sądu.
N a posiedzeniu sądowem chłopcy twierdzili, iż jednego z pośród
nich Żydzi przywiązali do drzewa i jak o b y „kłóli p a łk ą “, ale to
twierdzenie okazało się fałszywem. Sąd gm inny wyrokiem swym
z r. 1885, 1. 35. kazał dwóch oćwiczyć „dla przykładu“ ; bylito
spraw cy główni całego najścia; innych zaś kazał ukarać rodzicom.
W wypadku podobnym tenże sąd kazał rodzicom i opiekunom
w swej obecności ukarać wyrostków, k tórych złowiono na rabunku
ogrodu owocowego i odstawiono do urzędu gminnego. Wog'óle,
zdaje się, i ż . niepełnoletni są tylko wówczas karani przez sądy,
jeżeli popełnią coś przekraczającego normę przeciętną. Muszę tu
dodać, iż ka ra sądowa nigdy nie omija głównych sprawców i inicyatorów, k a ra ta — to tylko chłosta, bo sądy nigdy nie skazują
niepełnoletnich na areszt lub grzywny.
W ogóle praw o zwyczajowe karne niemal utożsamia prze­
stępstwo ze szkodą, oraz uznaje je za sprawę czysto prywatną,
której umorzenie niemal zawsze zaleiy od strony poszkodowanej ;
w arunkiem nieodzownym jest zadość uczynienie przeciwnika. S kła­
dają się na nie przeważnie dwa czynniki główne : odszkodowanie
m ateryalne i moralne. O pierwszym pisałem już, teraz zaś kreślę
słów kilka o drugim. Oczywiście — zależy on zupełnie od stopnia
uspołecznienia strony pokrzywdzonej, przynajmniej — jeg;0 wy­
rażenie zewnętrzne. W iem y dobrze, iż stopień uspołecznienia ludu
litewskìeg'o wogóle jest dość nizki, przeto z gó ry możemy wnios­
kować, czerń są często przykłady owego zadośćuczynienia moral­
nego. Podkreślę tu dwie g ru p y faktów, rzucających jaskraw e

-

246

-

światło na tę kwestyę, mianowicie : postępowanie ludu ze złodzie­
jami koni, złowionymi na gorącym uczynku, oraz ze zwierzętami,
które wyrządziły jakąbądź szkodę. Samowolne rozpraw y ludowe
ze złodziejami, oraz zwierzętami, które złowiono w szkodzie, są
nader liczne. F a k ty odpowiednie z całą jaskraw ością wykazują
niektóre zasadnicze rysy charakteru ludu litewskiego, przeważnie
jego mściwość, która niekiedy nie zna granic. W y la n ie jej ze­
wnętrzne byw a dość często okropnem ; nie raz i nie dwa zdarzało
się, że złodzieje koni umierali śród tortur, zadaw anych z dziwną
obojętnością i uporem. Złodziejów pojmanych biją bez miłosierdzia,
kaleczą, podpiekają, torturują.... Zdarzyło się naw et na głębokiej
Żmudzi, że raz darto z koniokrada pasy.... Zdarzyło się też, że
chłopi złowionych złodziejów koni zaprzęgli do wozu i p rz y je ­
chali na nich do zarządu gminy, nie szczędząc w drodze razów.
B yw ały przykłady, że torturow ano ludzi podejrzanych, b y wymódz od nich przyznanie się do winy t. j. kradzieży koni. W o góle tak postępując lud, mniema, że ma zupełną słuszność ; nigdy
nie było przykładu, b y włościanie oskarżani o to przyznali się do
winy przed ław ą przysięgłych.
Ten pogląd ludu tłómaczy się przeżytkam i dawno minionej
doby, o których pisałem już, tudzież czynnikami uczuciowo-egoistyczńymi, nie krępow anym i ani przez religię, ani przez kulturę
etyczną. W ostatnich czasach, g d y w alka o b y t i kw estya „osta­
nia się“ tak obostrzyły się, czynniki egoistyczne zyskują p rzew ag ę
zw łaszcza, że niema żadnego przeciwdziałania. Coraz częściej
można słyszeć o w ypadkach prawdziwie dzikiego wyładow ania
uczucia zemsty, wobec której milkną wszystkie inne. P rzytaczam
przykład nader jaskrawy. W jesieni r. z. w pow. R osieńskim
zdarzył się fakt następny. M łoda mężatka, jedyna właścicielka
gruntu, zaczęła podejrzywać swego męża (nadomnika) o złamanie
w iary małżeńskiej. Podejrzenia jej wkrótce sprawdziły się; un ie ­
siona chęcią zemsty, uprosiła swe sąsiadki i sąsiadów, by złowili
jej męża na gorącym uczynku. T a k się stało, ale mąż w yrw ał
się i uciekł, ujęto tylko jego wspólniczkę, którą tak oćwiczono,
że nazajutrz zmarła i działo się to w obecności żony pokrzyw dzo­
nej i kobiet postronnych; uczestniczyły one w tej eg'zekucyi.
W a rto zanotować, iż naw et ko b iety nie poczytyw ały się za winne.
Rozum ie się — w ypadki podobne zdarzają się dość rzadko, ale
inne, na skalę mniejszą, a zupełnie odpowiednią — często; stano­
wią one zwykle treść znacznej części spraw, rozstrzyganych w są ­
dach gm innych. Gospodarz oskarża swoją służącę o kradzież
i żąda odszkodowania. Pozwana odmówiła zadosyćuczynić gospo­



247

-

darzowi, ponieważ on zadosyćuczynił sobie zupełnie, bo bił ją,
ile chciał. Sąd podzielił ten pogdąd, bo odrzucił powództwo,
a winnej za karę kazał wym yć podłogi w urzędzie gm innym (sąd
gm inny Surwiliski wyrok 1872 r. 1. 3).
Nie mniej charakterystycznem jest obejście się włościan ze
zwierzętami, złowionemi w szkodzie; wylanie uczucia zemsty spada
często na nie. Gospodarz złowił cudze świnie, skaleczył je i za­
trzym ał; zjawił się ich właściciel, ale został obity. Na posiedze­
niu sądowem pokrzywdzony żąda odszkodowania za skaleczone
świnie, a za obicie — „wedle p ra w a “. Oskarżony dom aga się 3
rubli za szkodę. Sąd skazał go na chłostę i 3 rub. odszkodowania
za okaleczenie świń W a rto nadmienić: w w yroku powiedziano,
aby chłosta odbyła się „w obecności oskarżyciela“ (sąd gm inny
K ro c k i wyrok 1880 r. 1. 16). D odatek ostatni tak charaktery­
styczny, spotykam y niekiedy w wyrokach sądów gm innych; jest
to przeżytek tych czasów, g d y oskarżyciel sam wymierzał karę
winnemu. W ogóle zabijanie i kaleczenie zwierząt, przyłapanych
na szkodzie, spotyka się nader często : w jednej gminie R um szyskiej w ciągu roku takich spraw było kilkanaście. A ile ich
nie doszło do sądu? Na głębokiej Żmudzi, zwłaszcza w pow. Rosieńskim, dzieje się jeszcze gorzej.... W ogóle bardzo trudno okre­
ślić ścisłe, co lud nazywa przestępstwem, co oznacza to pojęcie ?
Mniemam, iż ścisłego określenia dać nie można, bo samo prawo
zwyczajowe nie zna go, W każdym razie przestępstwo — to
przeważnie taki czyn, który szkodzi osobie trzeciej lub ogólnym
interesom pewnej grupy społecznej, ale o tyle, o ile lud je rozu­
mie i odczuwa. W yjątkow o przestępstwami są niektóre czyny,
skierow ane przeciwko podstawom etyki ludowej i wierzeń prze­
ciętnych, panujących śród ludu.
W o góle praw o zwyczajowe rzadko uwzględnia pobudki moralne,
okoliczności i t. d. ; sam fakt zwykle wystarcza. Praw o zwyczajowe
karne nie rozróżnia usiłowania przestępstwa od samego przestęp­
stwa. Usiłowanie przestępstwa zwykle pozostaje bezkarnem, jeżeli
zaś sądy gm inne karzą za nie, to zwykle uważają je za przestępstwo
osobne. P rz y k ła d odpowiedni przytaczam. Przed sądem gm in n y m
Szydłowskim staje osobiście ojciec wraz z córką i zanosi skargę na
syna sweg-o sąsiada, który do dziewczyny „gwałtem przystępow ał“,
g d y sam a jedna młóciła w to k u ; na jej krzyki nadbiegli ludzie....
Oskarżony „nic złego jej nie zrobił“, ale chwycił za gardło jedną ręką,
drugą zaś — za warkocze, za co sąd kazał go oćwiczyć, uważając
ten postępek za obelgę czynną (wyrok 1870 г. 1 15). Oczywiście —



248



usiłow anie zg w a łc e n ia sąd pu ścił płazem ,
Obelgę czynną.

skazując go

tylk o

za

W a rto podkreślić, iź sądy gminne, puszczając bezkarnie usi­
łowania, karzą niekiedy pogróżki K obieta skarży się sądowi, że
N. N. з razy w yw alał wrota jej domu „nawozem“ *). Na posie­
dzeniu sądowem przebaczyła ona winnemu, ale sąd go ukarał,
albowiem on groził staroście (sołtysowi) zrobić to samo, a s ta r o ­
sta miał córki (sąd g m inny Botocki wyrok 1873 r. 1. 38). T akich
przykładów można przytoczyć sporo.
Prawo zwyczajowe karne nie zna też zbiegu przestępstw ;
jeżeli spraw a podobna wytoczy się przed sądy gminne, to one
zwykle k a rz ą za jedno tylko, pomijając inne; przestępstwem karane.m b yw a jednak zawsze najważniejsze, inne zaś — tylko oko­
licznościami, zwiększającemi winę. W e so łe towarzystwo, złożone
z podchmielonej młodzieży, rozgromiło, chatkę pewnej biednej k o ­
b iety ; w oskarżeniu powiedziano nawet, że chatkę „ zrujnow ano“Na posiedzeniu sądowem oskarżeni tłómaczyli się, że „zrobili to
nie z rozmysłem, albowiem byli pijani“. Sąd skazał wszystkich
winnych na chłostę „bez praw a a pelacyi“, stosując karę do stopnia
udziału w tym czynie występnym, W w yroku powiedziano też,
że w razie powtórzenia czegoś podobnego, gm ina winnych ześle
na S y b ir; oprócz tego skazano ich na areszt i odszkodowanie
sowite (sąd gm inny Andrzejewski, w yrok 1876 r. 1. 85).
W tym w yroku spotykam y już wskazówkę na różne stopnie
współudziału w przestępstwie, nie dość ściśle określone. Wog'óle
prawo zwyczajowe zna je, ale rozróżnia niedokładnie : wyróżnia
ono tylko sprawców głów nych i wspólników oraz —■ w spraw ach
o kradzież — paserów. Nim jed n a k skreślę o tern coś niecoś,
przedtem należy omówić kw estyę poczytalności. Lud ją zna, ale
określa w zarysach najogólniejszych. Poczytalnym i są ludzie,
o zdrowych zmysłach — oto jest określenie ogólne, ale co należy
rozumieć przez „zdrowe zm ysły“, nie da się ściśle określić... W y ­
padki poszczeg-ólne — to rzecz in n a: w nich okoliczności roz­
strzygają to pytanie. W każdym razie ludzie umysłowo chorzy
są wolni od wszelkiej odpowiedzkilności karnej ; za ich czyny o d ­
powiadają najbliżsi krew ni lub opiekunowie, ale tylko cywilnie,
płacąc odszkodowanie. Toż samo stosuje się do przestępstw, p o ­
pełnionych przez m ałoletnich lub niepełnoletnich, wszakże z za­

•*) Wywalać wrota nawozem lub wysmarować je dziegciem, oznacza
żę w tym domu mieszka kobieta rozwiązłego życia.



249

~

strzeżeniem, że w niektórych razach rodzice ich lub opiekunowie
m ogą być karani kryminalnie. Pobiły się dzieci, a na mocy w y ­
roku sądu gm innego w Botokach z. r. 1873 1. 54. grzyw nę zapła­
cili rodzice. K ilka przykładów podobnych przytoczyłem uprzednio.
Zna też prawo zwyczajowe karne okoliczności, łagodzące
winę, które jednak nie dadzą się ująć w pewne normy określone,
albowiem wszystko zależy od widzimisię sędziów, okoliczności
miejscowych i t. d
W każdym razie należy do nich przedewszystkiem uprzednie postępow anie nieskazitelne, wiek, s ta n o ­
wisko społeczno-ekonomiczne, miejsce, czas i t. d., n, p. kradzież
nocna, popełniona w miejscu u stron nem, byw a k araną lżej, niźli
spełniona w dzień biały i w miejscu publicznem. W tych w y­
padkach zwraca się zawsze pilną u w a g ę na okoliczności, z k tó ­
rych można wnioskować o przyszłem postępowaniu winnegoUpicie się stanowczo nie należy do okoliczności łagodzących winę,
jeżeli .udowodnionem zostanie, że winny upił się naumyślnie,, by
popełnić przestępstwo, to należy ono do okoliczności zwiększają­
cych winę. Do nich należą też niewątpliwie n a g a n n e '! złe życie,
czas, miejsce i t. d. W łościanin ukradł w niedzielę trochę lnu;
w yrok: ,5 rub. grzywien i rubla na ubogich, bo „kradzież s p e ł­
nioną została w dzień świąteczny“ (sąd gm inny Suszołacki wyrok
1886 r. 1.). Kradzież dzienna karze się surowiej niż nocna i t. d.
P ra w o zwyczajowe karne zna recydyw ę; jestto okoliczność
stanowczo zwiększająca winę, Za kradzież drobnostki z n a n y
złodziej uleg'1 chłoście ; ta okoliczność została, podkreśloną w w y­
roku sądu gm innego Rogow skiego z r. 1882 1 100. W łam anie
się i podkop stanowczo nie są uznawane za okoliczności zwiększa­
jące winę; prawo zwyczajowe karne nie zna ich, co zresztą s p o ­
tykam y też w praw ach zw yczajow ych rosyjskiem i ruskiem, jak
świadczą Pachm an i Kistiakowśkij.
Nie zna też ono czyli raczej nie określa ściśle przedaw nienia :
oskarżony przed 3 laty u k rad ł g'ęś z wozu na rynku; miejsce
spełnienia kradzieży podkreślono w wyroku. Sąd gm inny Szwiekszniawski wyrokiem z i8go. r. 1. 303. skazał go na chłostę. Go­
spodarz poznał piłę, skradzioną u niego przed 10 laty. Sąd
gm inny Jurborski wyrokiem z r. 1891 1. 25. kazał zwrócić piłę,
zapłacić g rubli odszkodowania, oraz aresztować winnego na
2 dni.
P ra w o zwyczajowe karne zna i uznaje konieczność samo­
o b rony; ta konieczność zwalnia od wszelkiej odpowiedzialności
karnej i cywilnej, ale jej przekroczenie byw a karanem, acz bardzo
lekko. W ogóle jednak niema żadnych pojęć, uznawanych ogólnie



250

-

którem iby sądy gminne kierowały się w sprawach podobnych ;
zresztą są one bardzo rzadkie.
Uprzednio wspomniałem, iż ludowe pojęcia ka rn e rozróżniają
różne stopnie współudziału w przestępstwie. Ten pogląd wyraża
się stopniowaniem kary, stosowanej do winnych ; nie można w tej
kwestyi zanotow ać czegoś stałego, ogólnie uznawanego, ale
w każdym razie spraw cy bywają karani najsurowiej. D a w n e
kary, którem i uprzednio posługiwało się karne prawo zwyczajowe,
znikły już od wielu wieków; dotąd jednak wśród ludu zachow ały
się podania o nich. Zdarza się często słyszeć, że włościanie s a r­
kają na dzisiejszy system karny, potępiając jego łagodność. W e d le
nich n. p, złodziejów należy wieszać, zabójców rodziców lub s ta r ­
szych a bardzo blizkich k r e w n y c h — topić w worze wraz z kotem,
psem i wężem i t. d. Można słyszeć niekiedy włościan, ubolew a­
jących nad łagodnem postępowaniem z oskarżonymi w czasie
śledztwa: wedle wielu należy „przymusić ich do przyznania się
do w in y “.
Dziś praw o zwyczajowe zna tylko te rodzaje kar, na które
zezwala og'ólna ustawa o włościanach z r. 1861 t. j. roboty pu­
bliczne i areszt maximum na 7 dni, grzy w n y do wysokości 100
rub. i chłostę. Rozporządzenia późniejsze ograniczyły sferę jej
zastosowania; dziś nie ulegają chłoście b. urzędnicy gminni, k o ­
biety. osoby, które pokończyły szkoły średnie, nieskazitelni żoł­
nierze dymisyonowani, kawalerowie krzyża św. Jerzego i t . d. ;
maximum uderzeń — 20 rózg'. Chłostę prak ty k u ją tak często sądy
gminne, że należy pomówić o niej nieco dokładniej. Przedew szyskiem granice jej zastosowania, wykreślone przez prawo, bywają
przekraczane ustawicznie : spotykam y wyroki, skazujące na c h ło ­
stę b. żołnierzy i urzędników gminnych, kobiety, dziewczęta
i t. d. Za brzydkie •wymyślanie około kościoła na cmentarzu sąd
gm inny Tow iański wyrokiem z r. 1876 1. 27 kazał b. żołnierza
oćwiczyć. Do tegoż sądu gm innego zaniesiono skargę, w które j
powód pisał: „kiedy on pędził ze szkody gęsi, około 20 sztuk,
to ich właścicielki n a p a d ły na nieg'O, zbiły kamieniami i kijami
pow tarzając: ..kobieta obije, żadnego sądu nie będzie“. W y r o k
z r. 1876 1. 40. skazał je na oćwiczenie rózgami; wykonano go,
pomimo bezprawności. Należy tu jednak dodać, iż wyroki, skazu­
jące kobiety na chłostę, naw et dawniej, sp o tykały się rzadko,
a dziś spotykają się jeszcze rzadziej ; uprzednio, jak zwyczaj n a k a ­
zywał, wyroki podobne nad dziewczętami w y konyw ały kobiety.
W ogóle sądy gm inne szczodrze szafują chłostą, naruszając na
każdym kroku praw ne przepisy o niej : m aximum uderzeń wynosi



251



20 rózg, ale faktycznie ono nie istnieje. R o b ią zwykle t a k : gdy
odliczą kilka rózg, wówczas wójt, który kieruje egzekucyą, mówi :
„raz“ ! Albo też biją z obu stron, licząc dwa uderzenia za jedno.
W każdym razie jednak przestrzega się pilnie, by chłosta nie do­
prowadziła do uszkodzenia stanu zdrowia. Przytaczam tu niejakie
dane, dotyczące zastosowania tej k a ry w sprawach kryminalnych.
W sądach gm innych pow. Kowieńskiego od 1880 roku skończyło
się chłostą 55,8% ogółu spraw karnych, w 1890 roku — tylko
28,4%. Nie można z tego faktu wnioskować, b y jej zastosowanie
zmniejszało się : tak w pow. Rosieńskim w r. 1880 wyroków, ska­
zujących na chłostę, było 101, w roku zaś 1890 — 124. W ogóle
w pow. Szawelskim w ciągu ostatnich 10 lat zapadło 1223 w y ­
roki, skazujące na karę cielesną t. j. 29% ogółu spraw karnych.
Przypuszczają, że praw ie trzecia część spraw karnych kończy się
w ten sposób.
W e d le ludu chłosta nie jest k a rą hańbiącą; lud ją p r a k ty ­
kuje bardzo często. Mniemam —- ten pogląd ludowy daje nam
wskazówkę, iż źródłem tej kary jest władza rodu lub później, n a ­
czelnika rodziny patryarchalnej. W czasach ostatnich zaczyna
powoli rozwijać się pogląd odm ienny; powoli powstaje pojęcie,
iź chłosta obniża g-odność ludzką. Zdaje się — źródłem teg'o po­
glądu jest rozwijające się poczucie indywidualistyczne, które prze­
cieka w m asy ludowe, pomimo 'warunków nieprzyjaznych. Lekcye
hum anizm u dają ludowi przeważnie nowe sądy wedle ustaw 1864
r., a poniekąd młodsze pokolenie warstw przodujących. Środkiem
uniknięcia chłosty, na którą skazał sąd gminny, jest zwykle świa­
dectwo lekarskie, uznające jej zastosowanie za niemożliwe z po­
wodu s ta n u zdrowia winnego. Przytaczam przykład: sąd gm inny
T ry s k i skazał włościanina na chłostę; skazany przedstawił św ia­
dectwo lekarskie.
Chłostę zastąpiono grzywną (wyrok 1894
roku 1. 1).
O innych karach, na które skazują sądy gminne, niewiele co
da się powiedzieć: roboty publiczne sprowadzają się dla mężczyzn
zwykle do n a praw y budynków gm innych lub dróg, dla kobiet —
do posług domowych i mycia podłóg w urzędzie gminnym. Oso­
b n y c h budynków dla umieszczenia osób, skazanych na areszt,
niema ; zwykle g'tnina wynajmuje na ten cel jakąś chatkę
Zda­
rzało się, zwłaszcza uprzednio, że skazanych na areszt zamykano
w chlewkach, niekiedy razem z nierogacizną. Aresztowani i s k a ­
zani na roboty, publiczne winni żyć kosztem własnym, bo strawnego
nie daje się nigdy.

252
W zakończenie tego ustępu o karach kreślę słów parę
0 praw ie grom ad i gmin skazyw ania swych członków szkodliwych
na wysiedlenie do Syberyi. Nie jestto kara, k tó rą m ogłyby w y ­
mierzać sądy g-minne, jestto tylko — wedle litery praw a — śro­
dek zapobieg-awczy, ale zdarza się niekiedy, że sądy gminne,
grożą niem skazanym w razie recydyw y ; rzadko to bywa, ale
bywa. Przykładów parę przytoczyłem. Jeśli recydyw a powtórzy
się, to w takim razie zwykle zapada uchwała gminy, skazująca
recydyw istę na Sybir. Gminy korzystają z tego praw a lubo
względnie dość rzadko: ta k za okres czasu 1884 —1894 г. na mocy
uchw ał gm innych wysiedlono na S ybir z po w. Szawelskiego 123
osoby, w tej liczbie kilka kobiet. Gminy mogą też odmówić p rz y ­
jęcia osób, które odbyły k a ry poprawcze ; korzystają one z tego
prawa, ale to w7yjątkowo tylko i przeważnie w zastosowaniu do
złodziejów koni.
U staw a w łościańska nie zawiera żadnego przewodu sądowego
dla sądów gminnych. W y ro k i D rugiego D ep artam en tu S en a tu
Rządzącego, najwyższej instancyi w spraw ach włościańskich, nic
nie wyjaśniły w tej kwestyi ; stwierdziły one tylko, iż sądy
gm inne w swem postępowaniu winne kierow ać się podstawami
miejscowego p raw a zwyczajowego*).
W śró d ludu litewskiego
istniały już oddawna pewne pojęcia o przebiegu sp ra w sądowych,
lubo niezbyt jasne i określone. Praw dopodobnie ich podstawą,
był przewód sądowy dawnych sądów litew skich wedle statutu
1 organizacyi polskiej; zastosował on je faktycznie w r. 1861, gdy
poraz pierwszy zorganizowano sądy gminne. Pierw si ich org-anizatorowie, komisarze do spraw włościańskich, w ybrani z pośród
szlachty miejscowej, byli przesiąknięci duchem dawnego sądo­
w nictw a publicznego ; zresztą wkrótce po reformie włościańskiej
wprowadzono instytucyę sądów pokoju, w których przebieg spraw
odbyw a się publicznie. Dodam też, iż sam a konieczność zmusiła
usunąć z sądów gm innych biurokratyzm i formalizm, których nie
zna praw o zwyczajowe. Dzięki tym wszystkim okolicznościom,
powoli w yrobiły się pew ne pojęcia o przewodzie sądowym, prze­
strzegane pilnie w zarysach głów nych; na nich opierają się sądy
gminne, rozstrzygając wszelkie sprawy.
Nie wyrobiła się jednak dotąd różnica w postępowaniu sądowem
w spraw ach cywilnych i karnych, ale samo praw o zwyczajowe
ściśle nie określa jej. W szystkie sprawy toczą się jawnie i pu-

*) Wyroki z dnia 15 i 20 marca 1875 r, 11. 2010 i 2042 .



253



blićznie: niemą żadnych ograniczeń. R o z p ra w y sądowe odbywają
się w tym języku, którym mówi lud w danej gminie, a więc nie­
m al wyłącznie po litewsku, albowiem tylko w powiatach K o w ie ń ­
skim i W iłkom ierskim spotykam y wyjątki : odbywają się one po
polsku ; zresztą każdy wolen przemawiać jak umie. Protokóły po­
siedzeń i w yroki sporządza pisarz po rosyjsku, zwykle w języku
okropnym ; wyroki odczytują się po litewsku. Zapozwani muszą
stawić się osobiście; w ią z ie ich nieobecności spraw a odkłada się,
ale zdarza się niekiedy, iż winnego sądzą zaocznie. N iestaw ien­
nictwo lub samowolne opuszczenie posiedzenia sądowego uważa
się za przyznanie się do winy. W łościanin uderzył swego sąsiada
c e g łą ; poszkodowany żąda ю rub. odszkodowania. Na pierwsze
wezwanie sądu oskarżony nie stawił się, zjawił się dopiero na drugie
ale samowolnie opuścił sąd przed wprowadzeniem sprawy, co uznano
za przyznanie się do winy. Św iadków badano; potwierdzili oni
skargę. Sąd gm inny S ałantow ski wyrokiem z r. 1887 1. 56 skazał
go zaocznie na chłostę i wypłacenie 3 rub..20 kop. odszkodowania.
Oskarżony winien zachowywać się przyzwoicie; nie wolno
mu pod grozą k a ry wymyślać oskarżyciela i jego świadków. Po
przedłożeniu sądowi skargi ma on prawo usprawiedliwiać się
wszelkimi sposobami, bo go tu nic nie krępuje. Odprzysiężenie
się nie istnieje; nie zachowało się 0 niem nawet żadnych podań,
ale t. z. ,.przeklinanie się i bożenie“ zdarzają się, acz nie mają
znaczenia szczególnego. Bardzo ważne znaczenie posiadają zeznania
świadków ; w sądach gm innych m ogą świadczyć osoby pełnole­
tnie, nieposzlakowane, bez żadnej różnicy płci, zwłaszcza w s p r a ­
w ach karnych. W szakże ważność ich zeznań zależy od bardzo
wielu okoliczności: im świadek bardziej odpowiada ideałowi czło­
wieka, tem większe znaczenie ma jego zeznanie. Dotąd jeszcze
świadectwo włościan rolnych stawiają niekiedy wyżej od świadec­
tw a bezrolnych, mężczyzn — od kobiet i t. d. Zdarza się, że do
świadczenia w sądzie dopuszczają się małoletni, ale tylko w sp ra ­
wach karnych, a i to bardzo rzadko. W edle praw a zwyczajowego
rodzice i dzieci, oraz blizcy krew ni i powinowaci wolni są od
obowiązku świadczenia w sądzie przeciwko sobie, niekiedy to
pojęcie ściąga się na rodziców chrzestnych. T ak A leksandrowski
sąd gm inny uwolnił od : złożenia świadectwa ojca Chrzestnego
(wyrok 1888 r. 1. 4). Zdaje się jednak, że pogląd ten nie ma
uznania ogólnego ; to samo da się powiedzieć o dawnym zakazie
świadczenia sługom przeciwko panom, który dziś często byw a
przekraczanym . Nadmieniam, iż świadectwo młodszych przeciwko
starszym znaczy niewiele, acz już dopuszcza się, chociaż uprzednio

254
b y ło w zbro n io n e m . Dow ody rzeczowe posiadają największe zna
czenie w przebiegu spraw y sądowej : lice — to dowód kradzieży
spełnionej; praw o zwyczajowe zna i wyróżnia kradzież z licem.
W ogóle wiarogodność zeznań świadków ocenia się nietylko
z punktu widzenia ich wartości moralno-umysłowej, ale też ze
stanow iska ekonomicznego, wieku, płci i t. d. Lud nie uznaje za
złe jednania świadków, więcej naw et : każda strona obowiązana
jest moralnie ugościć swoich.
Fałszyw e zeznania przed sądami gm innym i praw o zwyczajo­
we surowo potępia; zdarza się niekiedy, iż sądy za to karzą
świadków kryminalnie. W sądzie gm innym Słobodzkim, powód
poszukuje 76 rub. odszkodowania „za obicie“ wedle rachunku
szczegółowego ; przysądzono mu 10 rub., ale wkrótce okazało się „że
świadkowie powoda zostali wynajęci“. Na mocy w yroku sądowego
„by usunąć podobne złe przykłady oraz dla przykładu in n y ch “ oćwiczono ich (wyr. 1883 r. 1. 5). Składanie fałszywych zeznań przed są­
dami gm innym i praw o zwyczajowe stanowczo potępia; nie stosuje
się jednak to potępienie do świadectw fałszywych, składanych
przed sądami ogólno państw ow ym i : za kilka rubli zawsze i wszę­
dzie można wynająć praw dziw ie fałszywych świadków.
Lud
chętnie zwraca się do nich w swych procesach i zatargach, nie
widząc w tem nic złego: wedle niego wszystkie środki są
godziwe, byle tylko w ygrać sprawę. W olno naw et składać p rzy ­
sięgę fałszywą, ale tylko przed sądam i państwowym i, bo gm inne
jej nie znają; pomimo religijnej formy przysięgi, krzyw oprzysię­
stwo jest bardzo rozpowszechnionem. Przyczyna tego zjawiska,
zdaniem mojem, tkwi w uznaniu nieważności przysięgi, składanej
na posiedzeniu sądowem. Z podobnym faktem spotkałem się, b a ­
dając praw o zwyczajowe karnei K irg iz ó w : wedle niego przysięg-a,
złożona przed sądami lub urzędami rosyjskimi, jest nieważną*).
Nie zna też praw o zwyczajowe ścisłej różnicy pomiędzy
spraw ą cywilną a karną, nie uznają jej też sądy gminne. Źródło

*) „Materyały do zbadania prawnych zwyczajów Kirgizów“ str. 62
i 75 . Omsk 1886 r. (po rosyjsku).
Na str. 62 tegoż wydania znajdujemy: „Przesądy i fanatyzm nie
pozostają bez wpływu na pogląd Kirgizów na przestępstwo, wywołując
niekiedy najokropniejsze przestępstwa. Tak np. śród Kirgizów, wskutek
poczucia swej odrębności narodowej w stosunku do Kosyan, rozwinęło się
przekonanie, że wszelkie stosunki z władzami rosyjskiemi trzeba tak
prowadzić, by je oszukać. Przedewszystkiem pogląd ten Kirgizów wyraża
się w stosunku do sądów rosyjskich. Fałszywe zeznania, fałszywe de-



255



tego poglądu — to zapatryw anie się na przestępstwo niemal w y ­
łącznie jako na czyn szkodliwy dla osób trzecich, o czem pisałem
już. W wyrokach sądów gm innych spotykam y niekiedy prawdziwą
zamianę ról: powód staje się oskarżonym, oskarżyciel i oskarżony
— w innym i; niekiedy w toku spraw y w ykryw ają się nowe oko­
liczności, nieznane przedtem. W tych w ypadkach sądy często
wszczynają nowe sprawy i wyrokują zaraz. Przytaczam tu kilka
przykładów, by rzucić promyczek światła na sądownictwo ludowe.
W gminie W iewirżańskiej pewien włościanin zobowiązał się za
5 rub. wypić з butelki wódki od razu; zrobił to, ale strona p rz e ­
ciwna nie chciała płacić. Rozpoczął się'proces. Miejscowy sąd
gm inny wyrokiem swym z r. 1875 1. 8 2 .skazał obu na areszt)
„aby takich zakładów nie b y ło “. Powództwo Zostało odrzuconem.
P e w n a kobieta skarży się, iż „obito ją na 2 rub.“ ; przysądzono
jej tę sumę, ale za „niepokojenie wyższej w ładzy“' kazano jej zapła­
cić 8 rub. grzywny. Okazało się, że oskarżycielka zwracała się
do sądów pokoju (sąd gm inny W iew irżański 1875 r. 1. 69). Przed
sądem gm innym w T aw rogach staje ojczym, żądając 30 rub. od­
szkodowania za pobicie pasierbicy; świadkowie skargę potw ier­
dzili, ale sąd uznał ją za niesłuszną i skazał powoda na 2 dni
aresztu (wyrok 1891 r. 1. 33). Pewien włościanin zaniósł do sądu
skargę o pobicie ; okazało się, iż skarżący i oskarżyciel byli pi­
jani. Sąd gm inny Janow ski w swym wyroku z r. 1875 1. 86 pisał:
„uwzględniając pijaństwo oskarżyciela, który w ciągu roku niemal
codzień b yw a pijanym “ skazał go na chłostę, by na przyszłość
prowadził życie trzeźwe“. W y ro k i podobne można spotykać dość
często; charakteryzują one dostatecznie przewód sądowy w sądach
gminnych.
W ykonanie wyroków zapadłych zależy wyłącznie od dobrej
woli wójta (starszyny) i sołtysów (starostów); to też lata mijają,
a one nie są egzekw owane. W y ją tek tylko stanow ią sprawy
o zwrot pożyczek lub wog'óle ' te, w których stroną zaintereso­
waną w rychłem wykonaniu wyroku są włościanie wpływow i ;
w tych w ypadkach egzekucya następuje niezwłocznie.

mmcyacye (donosy), krzywoprzysięstwo — to wszystko nie tylko dozwolonem jest, ale nawet pochwalanem, albowiem Kirgiz znajduje się tu
w walce, dla tego winien on oszukać przeciwnika, zmusić go zrobić we­
dle interesów Kirgiza. „Kłyer ustende siert dżok“ t. j. miecz warunków
nie uznaje; „dżawgo dżanyndy ber, syryndy birme“ t. j. wrogom oddaj
duszę, przysięgę, ale nie wydawaj sekretu.
.18



256

-

W zakończenie tego ustępu dodam słów parę o kom petencyi
sądów gminnych. Praw nie rozciąg'a Się ona tylko na przestępstwa
włościan, popełnione w obrębie g m in y , ale nikt dotąd nie może
określić, na jakie mianowicie. W y ro k i D rugiego D e p a rta m e n tu
senatu Rz. nie wyjaśniły nigdy tego pytania, wyjaśniając wypadki
poszczególne; zresztą spotykam y w nich sprzeczności np. kradzież
kwalifikacyjna winna nie podlegać sądom gminnym, ale sądzą
one kradzieże z włamaniem się i wyroki te zjazdy komisarzy do
spraw W łościańskich uznają za praw ne. Podobnych przy k ła d ó w
można przytoczyć dużo.
Jan Witórt.
(D o k o ń czen ie n a stą p i).

Pierwiastek M ew y w poezyi A. Mickiewicza,
(Ciąg d a lszy * ).

6.
Odtąd zmienia się kierunek w twórczości poety, odtąd stara się
Mickiewicz rozesnuć cały obraz, na bardziej ogólnych motywach z ust
ludu zaczerpniętych, zapełniając go w znacznej części wymysłem
własnej fantazyi. Wiele elementów tajemniczej, nadnaturalnej władzy
nad światem zużył był już poeta do swoich utworów, bo i rusałki,
co w głębi jezior srebrnych, kryształowych są komnat paniami, i moc
kwiatów czarodziejską — zerwanych z grobu zmarłych, co mszczą
się okrutnie za pozbawienie ich wiecznego spoczynku, i duchy, co
w nocy przestrach sieją w sercach spokojnych przechodniów i te, co po­
rywając niewierną kochankę i żonę. Wyczerpawszy tym sposobem
cały niemal materyał, przydatny do artystycznego obrobienia, oglądał
się Mickiewicz za nowymi czynnikami, które świeżem życiem zapeł­
nić mogły ramy jego utworów.
Już ta sama okoliczność, iż poprzednik jego na polu twórczości
ballad — Zan, napisał był balladę p. t. Twardowski1), musiała zwró*) J. C h o d ź k o . Dwi e k o n w e r s a c y e z p r z e s z ł o ś с i. 202-208
O d y n i e c L i s t y z po dr. 1. 1 9 3 —194 .
*) Zob. Lud. str. 150 .



257

-

cié na siebie uwagę poety, jako na zupełnie nowy element, i mimo,
źe ta ballada pojawiła się w druku dopiero w 1824 r o k u 1), mimo tego
nie należy nam wątpić, ażeby Mickiewicz nie był jej znał jeszcze
w rękopisie. A że temat to był bardzo ponętny dla młodych poetów,
0 tem wymowne może dać świadectwo nie tylko samo zajęcie się
nim naszego poety, gdyż aż trzy ballady na tle jego stworzył, lecz
1 ten szczegół, że postać Twardowskiego nieustannie, nawet w pó­
źniejszych czasasb, nie dawała spokoju umysłom, kiedy i Julian K or­
sak i Gustaw Zieliński i Józef Szujski w dramatach, a Kraszewski
w swojej powieści p. t. Mistrz Twardowski, starali się z jego dziejów
odtworzyć obrazy większych rozmiarów. Osobistość jednakże T w ar­
dowskiego dawała Mickiewiczowi treść ściśle określonego obszaru,
ściśle określonego charakteru szlachciea-rubachy, który też później
odzwierciedlił się całkowicie w balladzie p. t. Pani Twardowska, da­
wała mu treść co prawda narodową, ale już tak dobrze wszystkim
znaną, iż początkowo nie bez słuszności mógł się wahać, czy przed­
miot ten nie będzie zbyt nudnym.
Szuka tedy Mickiewicz teraz wśród legend, (ak głęboko zako­
rzenionych w umysłach ludu, szczegółów z życia tego czarodzieja mniej
znanych, które mogły mu dostarczyć pomysłu do nowego utworu.
Motywem zaś tym ze wszech miar ciekawym była opowieść obcego
wprawdzie pochodzenia, zastosowana jednakże niekiedy przez lud do
postaci mistrza Twardowskiego — o odmłodzeniu jego przez pocięcie
członków i sklejenie ich potem maścią przez niego wynalezioną. I to
był główny czynnik, który wywołał w umyśle naszego poety pomysf
do ballady o Tukaju, to był ogólny motyw, około ktorego ugrupo­
wały się kohjno i inne szczegóły, bądź z ust ludu, bądź w większej
części z fantazyi poety zaczerpnięte.
Łatwo zrozumieć, iż sama legenda była zbyt szczupłą, ażeby
poeta mógł z niej utworzyć całość, ona nie była zdolną wypełnić kon­
turów jego ballady, - i teraz właśnie przychodzi poecie z pomocą
twórcza wyobraźnia, która miała zupełnie przekształcić nawet ów po­
etyczny wątek legendarny. Poeta wprowadza przed oczy czytelnika
postać zupełnie niepodobną do Twardowskiego, — oto ,,pan mnogich
włości“ w przedśmiertnem konaniu wyrzeka skargę na los zawistny,
który go wkrótce ma życia pozbawić.
W tem nagle ukazuje się Tukajowi jakiś siwobrody starzec, i ten
mocą nadziemską bierze go z sobą z łoża boleści, a zaprowadziwszy

ľ) D z i e j e d o b r o c z y n n o ś c i k r a j o w e j i z a g r a n i c z n e j VI.
29 — 4 0 . Por. Dr. P. C h m i e l o w s k i . S t u d y a IT. 201 .
'X -



258

-

na jakiś цгоЪ w ustroni ukryty, oznajmia mu, iż jako mędrzec mędrca
cbce i może wspomódz w niedoli, może go natychmiast z choroby
uleczyć, a nawet da mu sposób tajemniczego odradzania się w ciągle
młodego człowieka, stawia zarazem jednakowoż jeden warunek, gdyż
„podług ustaw wyroku“ mógł tę tajemnicę dwom tylko ludziom za­
ufanym powierzyć, którzy jej nikomu zdradzićby nie śmieli.
Długo myśłał Tukaj nad tym warunkiem — niestety, nikogo nie
mógł znaleźć, komuby mógł zaufać — milczy więc, a gdy starzec
nie mogąc się doczekać odpowiedzi, znika z przed oczu Tukaja, który
tymczasem :
„Śród gromów, świstu i szczęku,
Czy to zły duch, czy moc Boża,
Tukaj znalazł się śród łoża,
Na swych domowników ręku“.
Taki jest keniec pierwszej części Tulcaja. Rozpatrzywszy się
w niej dokładniej, można mimo tego, iż wydaje się ona być płodem
fantazyi poetyckiej Mickiewicza, wyśledzić pewne punkty styczne
z analogicznymi utworami wyobraźni ludu, chociaż analogii zbyt ści­
słej odnaleźć nie można. Na pierwszy rzut oka nie wiemy właściwie,
kim jest starzec Polel, który przychodzi uzdrowić konającego mędrca.
Sam nawet poeta, powiada: ,,czy to zły duch czy moc Boża“, domy­
ślamy się co najwyżej, iż uie dobra musi być w tem sprawa, do­
piero po przeczytaniu drugiej części ballady wiemy już na pewno,
iż tym starym mędrcem nie jest nikt inny, jak tylko szatan w swej
własnej osobie. A ten dyabeł przychodzi Tukajowi z pomocą dopiero
w ostatniej chwili jego życia, kiedy wie napewno, źe strach przed
śmiercią i chęć dalszego życia skłonią umysł Tukaja dla jego zamia­
rów, które rzeczywiście udają się najlepiej. Tukaj widząc, iż w razie,
jeśli nie znajdzie wiernej osoby, śmierci się oprzeć nie zdoła, mówi
co prędzej: „Ja mam, ja mam przyjaciela !“ Wraz ztemi słowy „ucho­
dzi bladość z czoła“ jego, Tukaj powraca w jednej chwili do zdrowia.
Źródło tej części Tukaja leży poniekąd w legendach gminnych
tego cyklu, który jest nawet spokrewniony z legendami o mistrzu
Twardowskim, a figurą w nich działającą jest zbój Madej, którego
imię szeroko się osławiło w całej Polsce i Rusi. Przypomnijmy więc
sobie pokrótce ogólną treść baśni tego rodzaju. Zazwyczaj kupiec lub
jaki inny podróżny jedzie wieczorem, wracając z dalekiej drogi do
domu. Naraz wóz grzęźnie w błocie tak głęboko, że mimo usilnych
starań nie można go wydobyć, a tu w dodatku noc, las, znaczna od­
ległość od domostw ludzkich, wszystko to przyczynia się do obu­



259



dzenia złości w podróżnym, który naturalnie klnie na czem świaf
stoi i wywołuje temi przekleństwami moc piekielną, dyabła kuternogę ’
który wybawia go z tego kłopotu za wystawieniem cyrografu, że da
mu w zamian za tę usługę to, o czem nie wie, iź ma w swoim domu
Podróżny nie przeczuwając podstępu, zgadza się chętnie myśląc, że
to musi być jakaś nieznaczna drobnostka, jeśli o niej nie wie. Dalszy
ciąg tych baśni nie należy już do zakresu naszych badań.
A teraz rozważmy w jakim stopniu zachodzi tu stosunek po­
między temi klechdami o Madejoivem lo šu 1) a naszą balladą. Każdy,
sądzę, zauważy tu analogię widoczną, — nie w szczegółach, lecz
w ogólnej części podania. Tak bowiem u ludu, jak i w balladzie
Mickiewicza — tam podróżny — tu umierający mędrzec — pragną
uwolnić się od niebezpieczeństwa, jakie im grozi, obaj popadają
w złość i nią przywołują czatującego szatana, który też tak w balla­
dzie jak w wersyach ludowych podania o Madeju zjawia się ofiaru­
jąc swoje usługi, tego chce uwolnić z błota, tamtego od grożącej mu
śmierci, obaj wreszcie przystają na podany im przez czarta warunek
mimo, że on jest w obu utworach innego rodzaju. Słowem analogia
tu w ogólnych rysach wyraźna, pojedyncze tylko momenta akcyi
różne, pomysł sam atoli nie z innego, jak tylko z tego musiał był
wyjść źródła.
Nie tylko jednakże sam ten pomysł graniczy z wskazaną powy­
żej klechdą ludową w pewnych punktach, Mickiewicz siągnął też po
jeden szczegół i do wierzeń ludu, który zniknięcie dyabła nie inaczej,
jak nasz poeta w swojej przedstawia balladzie, jego zniknięciu towa­
rzyszy zazwyczaj i świst wichru i piekielna wrzawa. Jest to jednakże
jeden z pomniejszych szczegółów, które mogły dodać więcej roman­
tycznych barw utworowi, i znaczenia ich w genezie danego utworu
zbyt ściśle brać nie podobna. My też nie jesteśmy w stanie oznaczyć
stopnia tego pokrewieństwa, konstatujemy tylko sam fakt jako zgodny
z wiarą ludu a).
Kiedy więc Tukaj ujrzał przed sobą zbliżające się widmo śmierci,
zwyciężyła w nim trwoga przedwczesnego zgonu, bezzwłocznie decy­
duje się zatem na warunek postawiony przez tajemniczego starca —
patrzy, a tu obok niego na łożu leży pergamin, na którym czart spi­

1)
Por. S. C i s z e w s k i . K r a k o w i a c y . I. str. 6 7 —72 ur. 60 — 6 2 .
X. S a d o k B a r ą c z . B a j k i , 109— 111. O. K o l b e r g . L u d . V ili. str.
122 nr. 49 XIV. str. 197 nr. 45 i str. 203. t e n ż e . P o k u c i e . IV. str.
144 — 154 nr. 26— 28.
2) K o l b e r g . L u d XIV. j. w. wogóle we wszystkich baśniach o Madeju

-

260

-

sał cały sposób przyrządzania czarodziejskiej maści. Tu właśnie wkra­
czamy w sam środek owego motywu, ktróry nasunął poecie pomysł
do całego utworu, przechodzimy do tego ogólnego elementu z krynicy
fantazyi ludu zaczerpniętego, co poważne zajął w genezie Tukaja sta­
nowisko. I on sam jednak uległ wielu zmianom, zanim przekształcony
ukazał się w tej formie, w jakiej go dzisiaj w balladzie widzimy,
i on przybrał do siebie kilka drobniejszył akcesoryów wiary ludowej,
które mu mogły tem większej mocy dodać i tajemniczości:
„Kiedy miesiąc na młodziku,
Idź za górę do gai ku. . . “

W taki to tajemniczy sposób każe Tukajowi owa recepta dyabelska szukać ziół potrzebnych mu do przyrządzenia maści, która go
miała odmłodzić i nowe siły wlać w schorzałe ciało. Czytelnik na­
turalnie nie rozumie, skąd, na co tu potrzebna jest ta właśnie zmiana
księżyca, wszak te zioła tak czy tak musiały się na oznaczonem znaj­
dować miejscu, równie dobrze mógł je Tukaj w każdej porze zerwać.
Że jednak ten
„młodzik“ księżyca miał swoje i to nie małe znacze­
nie, o tem wiedział dobrze poeta i nie bez przyczyny zaczął od tego
przepis o zbieraniu ziół potrzebnych. Lud bowiem wierzy, iż źli lu­
dzie, jak też i czarownice zawiązują swoje stosunki z dyabłem tylko
w nocy ito tylko na nowiu księżyca, a najczęściej w „nowy czwartek3.1)
Tę właśnie okoliczność mając na względzie, zapewne pisał Mickiewicz
pierwszy wiersz, zaczynający przepisy dla Tukaja, bo nasz lud nawet
wierzy silnie oprócz tego w nadnaturalną jakąś noc księżyca na nowiu
i nieraz można usłyszeć podobne prośby do młodego miesiąca 2).

,) Por. D r. J. Karłowicz. C z a r y i c z a r o w n i c e . W i s ł a . I. 15.
K o l b e r g L u d . V II. 78. nr, 162. str. 79 nr. 165X Y II. str. 109 nr. 3.
2)
Dr. A. S é m e n o v i c . K l e i n e M i t t h e i l u n g e n A r c h i v , slav.
Phil. XI. str. 310-311 Por. A. A f a n a s i e w P o e t w o z z r . 1,426. P. C z ub i ń s k i j . T r u d y . I. 10— 11, J. G T u z i ń s k i . W ł o ś c i a n i e . 546. J.
G r i m m . D e u t s c h e M y t h o L II. 576. O. K o l b e r g L u d . XV. str 5
m. 4. XVII. str. 70. nr. 5. XIX. str. 2 0 9 — 210 nr. 8. X X II. nr. 320.
1. P i ą t k o w s k a . Z ż y c i a l u d u . 766. Ks. A. P 1 e s z с z у ń s к i. B o ­
j a r z y m i ę d z y r z e c z с y str. l o i nr. 14. Ks. W. S i a r k o w s k i . M at e r y a ł y I I . 210. L. S i e m i e ń s k i . D z i e ł a . I. 62. K. S k r z y ń s k a
W i e ś K r y n i c e . W i s l a IV. 110. J. Ś w i ę t e k. L u d n a d r a b sk 'i. 543.
T a l v j . V o l k s l i e d e r d e r S e r b e n 1 .49. M. R a w i c z W i t a n o w s k i .
L u d ws i S t r a d o m i a str. 48. nr. 2. Dr. H . von W l i s l o c k i . V o l k s ­
g l a u b e d e r M a g y a r e n 51— 52. M. Ż m i g r o d z k i . U k r a i n a 327.
M. F e d e r o w s ki , L u d . I. 256— 257 nr. 1284 i nast.
0.



261



A tu Tukaj wïasnie wchod/.i niejako z nieczystymi duchami
w związek bliższy, w związek, który go czynił panem ich czarów, pa­
nem tej potęgi, jakiej nikt posiąść nie zdołał. Lecz nie dość na tem,
czytajmy co dalej następuje:
„I d ź za górę d o g a i k u ,
Znajdziesz kamień, z p o d k a m i e n i a
B i a ł e g o u r w i j k o r z e n i a “. . ,

Słowa te tak proste nie zdają się w sobie zawierać niczego
tajemniczego a jednak i ten szczegół nie został z fantazyi twórczej poety
dla upiększenia samego tylko obrazu wysnuty, nie jest on czczym tylko
wymysłem pozbawionym wszelkiej podstawy. Co prawda, trudnoby
przypuścić na pierwszy rzut oka, ażeby Mickiewicz łączył tak odległe
motywy ze sobą, jakim jest ten właśnie, słowa powyższe bowiem
powtarzają się niemal że prawie dosłownie w ukraińskich i biało­
ruskich wersyach o tle lenorowych baśni, gdzie dziewczynie radzi
stara guślarycha zbierać zioła celem przywołania kochanka, który
gdzieś daleko w obcej stronie bez wieści zaginął. Oto słowa wróżki
„ I d y doniu d o h a j u ,
Kopaj ziła — rozmaju,
T a n a k o p aj k o r i n i a
Z p o d b i ł o h o k a m i n i a “. *)

Co prawda, trudno przypuścić, ażeby tak odległy motyw czarów
miłosnych mógł się był w chwili pisania nasunąć poecie pod pióro,
wobec faktu jednakże wyraźnej i niezaprzeczonej analogii wszelkie
dowodzenia na nic by się, mojem zdaniem, nie przydały.
I teraz możemy śmiało przystąpić do ogólnego motywu, na któ­
rego ramach osnutą została cała ballada.
„Kiedy będziesz bliski śmierci,
Każ ciało posiec na ćwierci,
W wodzie zgotować korzonki,
Pocięte namaścić członki ,
Znowu się duch z ciałem zrośnie,
W młodocianej wstaniesz wiośnie,
I możesz skutkiem tych leków,
Umierać, wstawać, wiek wieków'.

’) P or: J. G a ł o w a c k i j . N a r o d n i j a p i e s n i III. 189 — 191.
S. N e y m a n n . M a t e r y a ł y . Z b i ó r wi a d . V III. 159. Ż eg o t a P a u l i .
P i e ś n i l u d u ' r u s k i e g o . II. str. 37 nr. 34.



262



Już na samym początku zaznaczyliśmy, iż pochodzenie tego mo,
tywu o odrodzeniu się mistrza Twardowskiego przez pocięcie człon­
ków nie jest rodzimem, zarysy bowiem tego podania widzimy już
w X II wieku u Gervaniusza z Filbury w jego dziele Otia Imperialia.
Stąd też przeszło ono do dzieła angielskiego pisarza Benedykta Ale­
ksandra Nechama p.t. Denaturis rerum, poczem zostało nawet wplecione
w osnowę francuskiego romansu p. t. Faietz merueillaux de Virgille,
który też wkrótce został przełożony aż na trzy języki, bo.— angielski,
holenderski i niemiecki1). Po takiej dopiero tułaczce dochodzi i nas to
podanie, w którem już osobą działającą jest Hiszpan Marchion, w po­
czątkach drugiej połowy XVI wieku w Dworzaninie Górnickiego a następ­
nie w dziele Albrychta Stanisława Radziwiłła p. t. Diseurs nabożny z kilku
slow wzięty o wysławieniu N. F. Bogarodzicy, wydanem w Wilnie
1635 roku (roz. V. §. 3 ) 2). W taki to sposób legenda ta utarłszy sobie
grunt w Polsce, zaczęła krążyć podawana z ust do ust, aż niebawem
została przystosowaną do z?jmującej i popularnej wśród ludu postaci
polskiego czarodzieja, nie rozwinęła się jednakże w równej mierze,
jak inne o dziwach Twardowskiego legendy, dotychczas bowiem
w bardzo nielicznych się ukazuje wersyach. Taką mniej więcej jest
historya tego fantastycznego elementu, który tchnął w naszego poetę
pierwszą myśl do stworzenia ballady.
A teraz posłuchajmy analogiczną baśń o odmłodzeniu się Tw ar­
dowskiego, którą w okolicach nadnarwiańskich na Mazowszu Wój­
cicki zapisał:
„Twardowski, co całe życie pracował nad tem, aby wynaleźć
środek oparcia się śmierci, wynalazł wreszcie sposób pewny. Na kilka
lat przed porwaniem swojem zaufanemu uczniowi kazał się posiekać
w kawałki i przepisał mu jak ma dalej postępować. Uczeń rozgłosił
śmierć Twardowskiego, jakoż znikł czarownik, a tymczasem uczeń
krajał ciało jego, siekał, gotował maście i zioła. Tak'posiekawszy
maścią nasmarował, zlał sokami roślin, i złożył napowrót ciało, jak
należy. Nie pochował go na cmentarzu, ale pod murem otaczającym
go wkoło. Twardowski polecił, aby przez trzy lata, siedm miesięcy,
siedm dni i siedm godzin ciało leżało nieodkrywane. Wierny uczeń
dotrzymał wiernie przepisu i czasu odkopania grobu. O północy,
w pełni księżyca, sam z rydlem zapaliwszy siedm świec z tłustości

1) Dr. A. B e ł e i k o w s k i . P r z y c z y n e k d o g e n e z y b a l l a d y
„ T u k a j “. P a m . t o w. l i t e r . i m. A. M i c k i e w i с z a IV. 137— 138.
2) E . Ś w i e ż a w s k i . P r z y c z y n e k do s t u d y ów n a d p o d a ­
n i e m o T w a r d o w s k i m . B i b b W a r s z . 1875. III. 207,



263

-

trupiej, wziął się do roboty, zrzucił ziemię, oderwał nadgniłe wieko
Jakiż podziw! Zwłoki Twardowskiego znikły, w miejscu wiór, na
których leżały, kwitły wonne fiołki i macierzanka; na tej murawie
spoczywało snem ujęte nadobne dzieciątko, zachowawszy w zdrobnia­
łych rysach oblicze Twardowskiego. Wyjął to dziecię — zaniósł do
domu, przez noc urosło, by przez rok, za siedem dni już mówiło tak
0 wszystkiem, jak Twardowski, w siedmiu miesiącach urosło w m ło­
dzieńca. Wtedy zaczął znowu pracować odrodzony Twardowski w czarnoksięstwie ; wynagrodził sowicie wiernego ucznia, wszakże zaraz
żeby tajemnica odrodzenia nie' wyszła na jaw, zaklął go w pająka,
trzymał w swojej komnacie, mając o nim czułe staranie“.1)
Z jakiej atoli wersyi tegoż podania korzystał Mickiewicz, przy
pisaniu swego utworu, czy z tej czy z innej, — oto kwestya, którą
należy rozstrzygnąć, zanim przejdziemy do szczegółowego rozbioru
stosunku, jaki zachodzi pomiędzy wyżej przytoczną klechdą Wójcic­
kiego a lulcajem. Słusznie to już Dr. Tretiak zauważył, że „ponieważ
za tło krajobrazowe balladzie służy okolica Zaosia (jezioro Kołdyczewo, góra Żarnowa), możnaby stąd wnioskować, że podanie to
słyszał poeta w Zaosiu, dokąd, jak wiemy, jeździł często na wakacye,
bo tam mieszkała ciotka jego Stypułkowsk“ 3). Mamy nawet co prawda
1 klechdę litewską Twardowskiego, — niestety nie tego ona się ty­
czy cyklu podań o mistrzu czarodziejskiej sztuki.
Wobec tego sąd nasz musimy wydać na podstawie analogii bal­
lady Mickiewicza ze znanemi wersyami wspomnianej baśni o odra­
dzaniu sio ludzi przez pocięcie ciała i sklejenia go potem czarowną
maścią. Przeczytawszy kilka wierszy następujących niżej po właści­
wym przepisie danym Tukajowi przez dyabła, możemy, sądzę, na
nich oprzeć nasze dowodzenie:
„Jeśli użyty ktoś drugi,
Do namaszczalnej posługi,
Zwiedzion przez nasze fortele,
Innemu pokaże ziele,
Lub w oznaczonej godzinie
Twego ciała nie namaści ;
W tenczas skutek zioła zginie,
W tenczas piekło czeka waści“

Tak te słowa, jak i dalsze wahanie się Tukaja, co ma począć
z tym pergaminem, czy zgodzić się na warunki podane przez moc
’) K l e c h d y . ІГ. 168 — 170.
3) M i c k i e w i c z w W il n i e II. 88— 89,
¿i

-

264

piekielną, czy też je odrzucić ze względu na fortele, jakie mu szatan
już wprzód zapowiedział, naprowadzają nas na przypuszczenie, iż
sama tendencya utworu i dalszy ciąg jego da się już teraz przewi­
dzieć. Dyabeł chyba musiał być zupełnie pewny zwycięztwa swego
nad Tukajem jeśli mu zostawił pewien dłuższy czas do namysłu
przed daniem stanowczej odpowiedzi. A zatem i epilog ballady jasny:
Tukaj musi uledz poiędze piekła, czyli innemi słowy, nie może od­
rodzić się bądź przez ciekawość, łakomstwo lub trwogę swego przy­
jaciela, które to rządze posłużą szatanowi do przeszkodzenia zmartwych powstaniu zabitego Tukaja.
A teraz przypatrzmy się, czy w której z legend o odradzaniu
się ludzi nie znajdziemy takiego motywu, jak to się dzieje z Twar­
dowskim w tej wersyi, którąśmy co dopiero przytoczyli. Owszem,
znajdziemy takie baśnie, i tak w owym francuskim romansie o Wergilim — ciekawość niweczy plany jego; przez zaglądnięcie przed
oznaczonym czasem embryon niedojrzałego jeszcze dziecięcia objawia
się ciekawym. Nie inaczej ma się rzecz i w baśni zapisanej przez
Radziwiłła, sam nawet Dr. Tretiak stwierdza, iż baśń taką, jaką wy­
drukował wspomniany autor, słyszał w dzieciństwie 1), a więc wersye
takie i to o Twardowskim krążyły wśród ludu z tą zmianą, iż cza­
rodziej nie odradza się, jak w baśni Wójcickiego, lecz przez zbytnią
ciekawość zostaje pozbawionym życia, które dopiero zaczęło było
w odmłodzone członki wstępować. Tembardziej zaś prawdopodobnem
staje się to przypuszczenie, że i Mickiewicz słyszał je takiem, bo
dzieło Radziwiłła drukowane było na Litwie, z niego więc mógł ten
motyw przejść wprost do legend i opowieści ludowych. Sama zresztą
ballada potwierdza to ostatnie przypuszczenie, które, sądzę, wobec
tego za fakt niejako przyjąć możemy. Nie tylko bowiem w wersyaeh
tego rodzaju podań istnieje ten fakt odradzania się ludzi przy pomocy
nadziemskich potęg, on bowiem powtarza się często w szerokim cyklu
legend, legend w pełnem znaczeniu tego słowa, gdyż często można
usłyszeć opowieści o Chrystusie bądź o którym z Jego uczniów, iż
w ten sposób uzdrawiał śmiertelnie chorych ludzi t. j. pokrajawszy
ciało zlepiał je i mocą bożą do życia napowrót powoływał. Temu
aktowi jednakże obecny jest zwykle nasz typowy żydek, który na
każdym kroku chciałby robić interesa. Przypatrzywszy się całemu po­
stępowaniu Chrystusa z chorymi, zapragnął na własną rękę w ten

1) M i c k i e w i c z j. w. Dr. H. B i e g e l e i s e n w swojem wydaniu
D z i e ł M i c k i e w i c z a I. 504. cytuje A l p e n b u r g . T i r o l e r S a g e n .
308— 309. F. M. Lu - s e l . A l e x a n d r e l e G r a n d Mel. I II. 492.

265

-

sposób leczyć, co mu się atol. rresh ly n > ly nie u d a je 1). Widzimy
więc, że nie tylko w tych legendach, które przystosowano później
do osoby Twardowskiego, istnieje ta transmutacya umierających star­
ców w młodych, przy pomocy siły nadprzyrodzonej, która raz się
udaje lub nie. Dość jednak tego, takie bowiem baśnie nie należą
ściśle do zakresu naszej pracy, przytoczyliśmy je jedynie dlatego,
ażeby wykazać to pokrewieństwo dwu odmiennych rodzajów opowieści,
aby wykazać, że motyw ten istnieje też mimo, choć w innej formie od
dawna w naszych legendach ludowych.
Przypatrzmy się jednakże jeszcze samej baśni, jakich z niej
czynników zapotrzebował poeta do ram swego utworu, Juź pierwej
zauważyliśmy, że Mickiewicz zmienił poniekąd i samą klechdę, zanim
jej użył do artystycznege obrobienia w balladzie, zmienił mianowicie
podanie w tem, że u niego dyabeł daje sposób odradzania się nie­
ustannego Tukajowi, podczas gdy w innych ludowych opowieściach
Twardowski sam po długich badaniach go wynajduje własną sztuką.
Tej jednakowoż zmiany domagało się już samo założenie ballady —
nie miał bowiem poeta zamiaru skreślić nam obrazu tego czarodzieja
w jego właściwej barwie, — on wolał go przedstawić jako bezsilnego,
który tylko mocą szatańską powraca do zdrowia. I przez to też, że
mu odebrał wszystkie cechy znamionujące Twardowskiego, zmienił
zarazem i całą szatę, jaką on nosi w wyobraźni ludu. Tam bowiem
on — potężny czarodziej — wszedł już dawno w związki z nieczystą
siłą, która jego zachciankom dopomaga i w każdej chwili jego roz­
kazy bezzwłocznie wykonuje, — tu w balladzie widzimy niejako za­
wiązek tych stosunków.z czartem, początek jego działalności, a że
ona w dalszym ciągu musiałaby się była wnet zakończyć — to znowu
rzecz inna. Dalej sam sposób, w jaki miało się odbyć odmłodzenie
Tukaja, — nie jest innym, jak w przytoczonej powyżej ludowej wersyi
Twardowskiego, i otóż wszystko, co zapłodniło umysł poety zarod­
kiem balladowym.
Lecz przejdźmy juź do końca ballady. Po długim tedy namyśle
siada Tukaj, by nareszcie podpisać „pismo grzechu“ — ugodę z pie­

1)
P o r: F e d e r o w s k i . L u i . I. 11 nr. 21. M. D r a g o m a n ó w .
S w o d . ma t . p r i e d . 125. G r i m m . B a j k i . I. str. 4 3 6 —439 nr. 82.
O. K o l b e r g . L u d I I I str. 131 nr. 8. XIV. str. 167 nr. 37. A, L e s k i e n u. К B r u g m a n n . L i t h a u i s c h e V o l k s l i e d e r str. 485 — 88
nr. 39. J. M e n s i k . P o h á d k y a p o v ě s t i n á r o d a M o r a v s k é h o .
V. B r a & 1876.. str. 65. N á r o d n í b á c h o r k y a p o v ě s t i o d B o ž e n y
N ě m c o v é . V P r a z e 1880. II. 299 i 303. L. S i e m i e i í s k i . P o d a n i a
str. 154— 155 nr. 155.



266



kłem. Skreślił już właściwe słowa ugody — „Niech tak będzie“ —
gdy w tem z litery „b“ wynurzył się nagle zgrabny dyablik :
„Szyjka jak u osy wązka,
Nosik orła, bródka kozła,
A z jednej go strony końska,
Z drogiej kurza łapka wiodła.
Postać ta dyabła, nie inna, jak w wierzeniach ludu naszego ^
przychodzi w sam czas — Tukaj bowiem ciągle się jeszcze waha,
co ma zrobić ze samym podpisem, dyabeł wtedy zaciąwszy go no­
żykiem w maleńki palec, umoczył co prędzej we krwi piórko i we­
tknąwszy je w rękę Tukaja dokończył podpisu, poczem uradowany
drapnął prosto do piekła. Szczegół ten podpisania aktu t. zw. przez
lud cyrografu dyabłu, jest skreślony z najściślejszą wiernością podług
mniemania ludu, — bo i on wierzy, iż dyabłu można tylko krwią
własną zapisać swoją duszę 2). Ciekawem jest jednakże, iż dyabeł nie
żąda od Tukaja wprost zapisania mu duszy po śmierci, taką ma
pewność w udanie się owych forteli, przed którymi ostrzegał wprzód
mędrca. I w tem właśnie zachodzi maleńka różnica pomiędzy wyżej
wspoinnianemi wersyami o Madejowem łożu, gdzie za wybawienie po­
dróżnego z błota, w którem mu wóz ugrzązł, dyabeł żąda tego,
0 czem on nie wie, że ma w swoim domu, a tem było dziecię nowo­
narodzone. I zdaje się, że nie z tego tylko źródła zaczerpnął Mic­
kiewicz tych szczegółów o cyrografie, w pomoc mu zapewne przyszły
1 legendy o zaprzedaniu duszy przez mistrza Twardowskiego, w każdym
razie, czy stąd, czy z owąd znał je Mickiewicz, przecież zmieniał je
o tyle, że dyabeł pozostawia Tukaja w tej nadziei, iż jeśli dobrego
ma przyjaciela, to z tej próby cało wyjść musi — będzie się mógł
odradzać wiecznie. . ■
Na tem kończy się druga część Tukaja, a zarazem ostatnia,
którą Mickiewicz sam stworzył, wprawdzie do napisania trzeciej, we­

1) Dość tylko porównać odpowiednie ustępy w baśniach o Madeju.
2) P or : Dr. B a s s a n o v i č. F r a g m e n t a m y t k o l o g i a e . M i t t h ,
d. l e t t i s c h e n l i t t e r . G e s e l s c h a f t . II. str. 350 nr. 30. B e r w i ń s k i K. S t u d y a . II. 1 2 6 —127. S. C i s z e w s k i . К r a k o w i a c y . I.
23. Z. G l o g e r . K i l k a s ł ó w o p o d a n i a c h B i b l . W a r s z . 1867. III.
145. Dr. J. K a r ł o w i c z . C z a r y 178. O. K o l b e r g .
L u d . XIV.
1 9 7 —198., 203. ХУ. 84. XVII str. 106 nr. 15. t e n ż e . P o k u c i e ІУ.
str. 150 nr. 27. P r o c e s p r z e c i w K. K a m i e ń s k i e m u . B i b l . W a r s z .
1844. II. 215— 216 E. K u l i k o w s k i . Z a p i s k i III. str. 102. nr. 1.
L. S i e m i e ń s k i . P o d a u i a . 181. W. v o n S c h u l e n b u r g. W e n d i s c h e
S a g e n . 194, E. Y e c k e n s t e d t . M y t h e n I - |6 4 і Ц 5 — 116.



267



dług jego świadectwa dopomógł Odyńcowi, my jednakże nie możemy
jej dalej badać — z łatwo zrozumiałych powodów.
*

*

Stworzywszy z motywu o odrodzeniu się Twardowskiego balladę,
spostrzegł Mickiewicz, iż osoba wprowadzona przez niego straciła
zupełnie wszelkie cechy, jakie legenda ludowa przywiązywała do tego
nawskroś polskiego czarodzieja, że i w tym materyale, jaki jeszcze po­
został, je s t dość faktów, które z odpowiednego można jeszcze pod­
jąć stanowiska. Spostrzegł Mickiewicz ten żywioł humorystyczny, jaki
na każdym kroku w życiu Twardowskiego się objawiał, tę humory­
styczną tragiczność pojedynczych scen i wypadków jego życia, i te
właśnie elementy postanowił sprządz teraz w jedną całość. Wybór
atoli takiego a nie innego stanowiska, tego humorystycznego zało­
żenia, iż „nie taki dyabeł straszny jak go malują“, musiał zapewne
nastąpić po dłuższym namyśle, o czem nawet zdaje się świadczyć nie
tylko sama bardzo starannie wykończona forma ballady, lecz także
i ten prawdziwie żywy humor, jaki tryska z każdego wiersza utworu,
a który różni się wiele od drugiej części Tultaja, gdzie się niekiedy
poeta silił na ton żartobliwy. Ogołociwszy więc Tukaja ze wszystkich
barw właściwych mistrzowi czarodziejskiej sztuki, bierze teraz poeta
za pióro, ażeby go przedstawić w świetle jego zajęć i panowania nad
mocą dyabelską. Lecz już tu daje się spostrzegać ta łączność pomię­
dzy poprzednią balladą a Panią Twardowską. Przypominamy sobie
iż Mickiewicz zakończył drugą część Tukaja podpisaniem obopólnej
zgody pomiędzy mędrcem Mefistofelem, co zaś dalej nastąpić miało,
tego domślamy się wprawdzie, domysł jednakże nasz prędko na drugi
plan schodzi, jeśli tylko rzucimy okiem na wspomnianą balladę. Tu
bowiem widzimy Twardowskiego takim, jakim jest w calem swem
życiu, patrzymy na jego stosunki z piekłem tak, że podpisanie cyro­
grafu w poprzedniej balladzie wydaje się nam być niejako zawiąza­
niem tych stosunków, których owoce widzimy w utworze p. t. Pani
Twardowska, z niego bowiem dowiadujemy się, że dawniej już stanął
kontrakt pisemny pomiędzy naszym czarodziejem a dyabłem, wraże­
nie warunków cyrografu znika i my zaczynamy uważać go za iden­
tyczny z cyrografem, o którym jest mowa w tej balladzie. I kto wie,
czy nie z tego powodu powziął Mickiewicz zamiar do ukończenia
Tukaja, kto wie, czy z biegiem czasu ten motyw tragiczno-humorystyczny, jakiemu się teraz przypatrzył, nie skłonił go do zaniechania
tamtego utworu i do pozostawienia przeciętnego czytelnika w nie­
pewności, co się z Tukajem stało ?...



268

-

A teraz przypatrzmy się samej postaci Twardowskiego, jakim go
sobie lud w swoich legendach wyobraża ^ K. WL Wójcicki, który
pilnie zbieraì o nim opowieści, taki nam daje obraz cały żywota
i czarnoksięzkich czynów mistrza - „kuternogi“ :
„Twardowski był dobry szlachcic bo po mieczu i kądzieli.
Chciał mieć więcej lozumu niż mają drudzy poczciwi ludzie i zna­
leźć na śmierć lekarstwo, bo nie chciało mu się umrzeć. W starej
księdze raz wyczytał, jak dyabła prz/wołać można : o północnej przeto
dobie, cicho wychodzi z Krakowa, kędy leczył w całem mieście i przy­
bywszy na Podgórze, gdzie miewał w miejscu, szkołą Twardowskiego
zwanem, schadzki z dyabłem, zaczął biesa głośno wywoływać. Stanął
prędko zawezwany i jak w one czasy bywało, zawarli z sobą umowę.
Na kolanach zaraz dyabeł napisał długi cyrograf, który własną krwią
Twardowski, wyciśniętą z serdecznego palca, podpisał. Między wielu
warunkami, był ten główny: że dopóty ni do ciała ni do duszy ż a ­
dnego prawa nie ma, dopóki Twardowskiego w Rzymie nie ułapi“
„Na mocy tej to umowy dyabłu, jako swemu słudze, rozkazał
naprzód, by z całej Polski srebro naniósł w jedno miejsce i piaskiem
dobrze przysypał. Wskazał mu Olkusz; posłuszny służka dopełnił
rozkaz wTydany i z tego srebra powstała sławna kopalnia srebra
w Olkuszu. Drugą rzecz kazał: do Piaskowej skały by przyniósł skalę
wysoką, przewrócił na dół najcieńszym końcem, ażeby tak wiecznie
stała. Posłuszny giermek, jako pan kazał, postawił skałę, co dotąd
stoi i zwie się Skałą sokolą. Wszystko, co jeno zażądał żywnie, miał
na swojem zawołaniu : jeździł na malowanym koniu, latał w powietrzu
bez skrzydeł, w daleką drogę siadał na kogucie i prędzej bieżał niż
konno; pływał po Wiśle ze swoją kochanką wstecz wody bez wiosła
i żagli, a jak szkło wziął do ręki. zapalał wioski o sto mil odległe“ .
„Fani Twardowska na rynku krakowskim ulepiła z gliny dcmek,
w nim przedawała garnki i misy. Twardowski za bogatego przebrany
pana, przejeżdżając z licznym dworem kazał zawsze tłuc je czeladzi.
A kiedy żona ze złości wyklinała w pień wszystko co żyje, on sie­
dząc w pięknej kalasie, śmiał się szczerze i wesoło. Złota miał z a ­
wsze by piasku; bo co chciał, to dyabeł znosił. Kiedy długo doka') Wary anty tego podania zapisali: X. S a d o k B a r ą c z . B a j k i .
213. R. B e r w i ń s k i . S t u d y a . II. 124— 125. S. G i s z e w k i . L u d .
r o l n i c z o - g ó r n i c z y XI. str. 59— 61 nr. 5. t e n ż e K r a k o w і a су. I.
str. 22— 29 nr. 4 3 — 44. L. G o ł ę b i o w s k i . L u d . 165— 166 i 176-177
O. K o l b e r g L u d Y. 20— 25 X1Y. 201. 210. XV. 166— 167. nr. 4. XYII.
107. Dr. W. K o s i ń s k i . M a t e r y a ł y do e t n o g r a f i i . Z b i ó r wi a d .
Y. 1 9 6 — 197. L. S i e m i e ń s k i . P o d a n i a str. 150— 153 nr. 153.

-

269

-

zuje, raz byi zaszedł w bór ciemnisty, bez narzędzi czarnoksięskich.
Zaczął dumać zamyślony, nagle napada go dyabeł i żąda, aby nie­
zwłocznie udał się prosto do Rzymu. Rozgniewany czarnoksiężnik,
mocą swojego zaklęcia zmusił biesa do ucieczki; zgrzytając kłami ze
złości wyrywa sosnę z korzeniem i tak silnie uderza Twardowskiego
po nogach obu, że jedną zgruchotał całą. Od onej doby już był ku­
lawy i zwany powszechnie „kuternogą“.
„W ostatku sprzykrzywszy sobie zły duch, czekając dość długo
na duszę czarnoksiężnika, przybiera postać dworzana, i jak biegłego
lekarza zaprasza niby do swojego pana, że potrzebuje pomocy. T w ar­
dowski za posłańcem spieszy do pobliskiej wioski, niewiedząc, że
w niej gospoda nazywała się Rzymem. Skoro tylko próg przestąpił
0 nego mieszkania, mnóstwo kruków, sów, puhaczy osiadło dach cały
1 wrzaskliwemi głosy napełniało powietrze. Twardowski odrazu poznał,
co go może tutaj spotkać; więc z kołyski dziecię male, świeżo do­
piero ochrzczone, porywa drżący na ręce, zaczyna piastować, gdy
w własnej postaci wpada dyabeł do izby. Chociaż był pięknie ubrany,
miał kapelusz trójgraniasty, frak niemiecki z długą na brzuch kami­
zelką, spodnie krótkie i obcisłe, a trzewiczki ze sprzączkami i wstąż­
kami, wszyscy go poznali zaraz, bo wyglądały rogi z pod kapelusza
pazury z trzewika i harcap z tyłu. Już chciał porwać Twardowskiego
gdy spostrzegł wielką przeszkodę, bo małe dziecię na ręku, do któ­
rego nie miał prawa. Ale bies wnet znalazł sposób. Przystąpił do
czarownika i rzecze: „Quid cogitas, domine Twardowski? An nescis
pacta nostra? Verbum nobile debet esse stabile“ ! Twardowski widząc,
że nie może złamać szlacheckiego słowa, złożył w kołyskę dziecię,
a wraz ze swym towarzyszem wylecieli wprost kominem. Zawrzało
radośnie stado sów, wron, kruków i puhaczy. Lecą wyżej, coraz wy­
żej. Twardowski nie slracił ducha; spojrzy na dół — widzi ziemię;
a tak wysoko podleciał, że wsie widzi takie małe, jakby komary,
miasta duże, jakby muchy, a sam Kraków by dwa pająki razem.
Żal mu serce ścisnął: tam zostawił wszystko drogie co polubił i uko­
chał; a więc podleciawszy wyżej, gdzie ni sęp ni orzeł Karpat skrzy­
dłem wiatru nie poruszył, gdzie zaledwie okiem sięgnął, ze zmordo­
wanej piersi silnie dobędzie ostatku głosu i zanuci pieśń nabożną“.
„Była to jedna z kantyczek, które dawniej w swej młodości,
kiedy nie znał żadnych czarów, duszę -jeszcze miał niewinną, ułożył
na cześć Maryi i spiewsł zawsze codziennie. Głos jego niknie w po­
wietrzu, choć śpiewa serdecznie, ale pasterze górale, co pod nim
na górach paśli, zdziwieni podnieśli głowy,_chcąc widzieć skąd pieśń
pobo; na słowa im z chmurą przynosi. Głos jego bowiem nie poszedł



270



w górę, ale i'.rzylegl do tej ziemi, by zbudował ludzkie dusze. Skoń­
czył pieśń cała: zdziwiony wielce, patrzy, że w górę nie leci wyżej,
źe zawisł na miejscu. Spojrzy dokoła — już towarzysza nie widzi
swojej podróży, głos jeno mocny nad sobą słyszy, co brzmiał w si­
nawej chmurze: „Zostaniesz do dnia sądnego zawieszony jak teraz“.
Jak zawisł w miejscu, dotychczas buja; a choć mu słowa w ustach
zamarły, choć głosu jego nikt nie dosłyszy, starzy, co dawne pamię­
tają czasy, gdy miesiąc w pełni zabłyśnie, przed niewielą jescze laty,
wskazywali czarną plamkę, jako ciało Twardowskiego, zawieszone do
dnia sądu 1).
W takich mniej więcej zarysach przedstawia lud całe życie,
charakter i czyny mistrza-kuternogi. Rzadko zdarzy się napotkać j e ­
den rodzaj podań, któryby się odznaczał taką jednolitością, jak właśnie
klechdy o Twardowskim : we wszystkich bowiem zachował ten cha­
rakter szlachcica, którego każda zachcianka spełnić się musi, choćby
do spełnienia jej przyszło największą ponieść ofiarę. W wyobraźni
ludu rozwinął się obraz jego — na wpół tragiczny, na wpół śmieszny,
nawet poniekąd nawet żartobliwy. Bo ten Twardowski, co początkowo
chce tylko swojej bujnej fantazyi dogodzić, nie myśli wiele nad spo­
sobem, jakim cel jego ma być osiągniętym, nie myśli nad następ­
stwem swego czynu i wszystkiemi jego konsekwencyami, a nawet
wydaje się, iż nie poczytuje sobie za grzech stosunku z dy a b łe m .
Mimo pobożności, o której mogą świadczyć godzinki do Matki
Bożej przezeń ułożone — nie przemyśla nad skutkiem tego stosunku t
lecz żyje z dnia na dzień, nie oglądając się wcale przed siebie. Ufny
w swe siły, iż potrafi dyabła oszukać, żyje bez troski, bez wyrzu­
tów sumienia, i to właśnie jest cechą wybitnie ludową, gdyż w opo­
wieściach chłopa naszego dyabeł zostaje zawsze przezeń oszukany.
I ta lekkomyślność właśnie Twardowskiego dała naszemu poecie do­
skonałą sposobność do uchwycenia tej cechy jego postaci, a humo
rystyczna tragiczność bohatera, zgodna zupełnie z duchem opowieści
ludowych, wyróżnia tę balladę od wszystkich innych, z których czuć
zazwyczaj pewną cześć dla nadnaturalnych zjawisk, kiedy td tym­
czasem widocznem jest lekceważenie dyabła, który, jak powiada przy­
słowie, „nie taki straszny, jak go malują“.
Charakter ten szlachcica hulaki, co nie dba o jutro, byle się tylko
dziś dobrze zabawił, zatrzymał Twardowski w balladzie Mickiewicza p. t.

í) K. W ł. W ó j c i c k i . K l e c h d y .
u K o l b e r g a L u d . V. str. 3 3 5 - 3 3 8 .

I. 182. 210. II . 165. przedruk



271



Pani Twardowska. Mickiewicz atoli chcąc tę balladę stworzyć, ażeby
postać mistrza czarodzieja wypadia taką, jaką ją dziś widzimy, mu­
siał z legend o nim wybrać nietylko same wybitne fakta, lecz nadto
zmienić w większej części samą ogólną osnowę tych klechd, musiał
przedstawić go w takim momencie jego życia, około którego mógł
się bez trudu ugrupować ów żywioł humorystyczny : w stworzeniu
takiego właśnie momentu zapożyczył się z twórczej fantazyi.
Wprowadza tedy Mickiewicz Twardowskiego w ostatnich chwi­
lach jego czarodziejskiej działalności, kiedy władza nad nieczystą siłą
zakończyć się miała. Moment ten był jak najlepiej obmyślany, teraz
bowiem mógł poeta rozwinąć przed naszemi oczyma wszystkie wy­
bitniejsze fakta z życia mistrza kuternogi. Ażeby jednak plan ten się
udał, koniecznem było podjąć dany motyw z najogólniejszej jego
strony, koniecznem było korzystać tylko z ogólnej osnowy opowieści
0 Twardowskim, pozostałe zaś luki wypełnić wymysłem własnej wy­
obraźni w ten jednakże sposób, aby sytuacye stworzone zgadzały się
tak z duchem legend o Twardowskim, jak nie mniej z duchem prze­
sądów ludowych, mimo że nie musiały być żywcem wzięte z ust
gminu.
Nie wspomina zatem nić poeta o przeszłem życiu czarodzieja,
lecz zaczyna swój utwór od tej chwili, kiedy Twardowski dostał się
do karczmy, która miała posłużyć czartom za pułapkę na jego duszę.
Nie wspomina nam nic, tak, jak legenda ludowa, o sztukach jego
dawniej wykonanych, oczom naszym przedstawia się mimo tego postać
ta we wszystkich barwach, jakie fantazya ludu do niej przywiązuje.
1 tu podziwiać należy ów artyzm, z jakim Mickiewicz zaczyna swój
utwór, słów kilka mu wystarcza zupełnie celem dania dokładnego
pojęcia o tym polskim czarodzieju, na którego zaklęcie cień zmarłej
Barbary przesunął się przed oczyma króla.
A charakterystyka Twardowskiego w balladzie jest we wszyst­
kich rysach zgodna z tym mistrzem, którego czyny lud w swojej prze­
chował pamięci; bo i tu żyje on bez troski o jutro, wosoły płata
ciągle tylko figle, w których mu moc piekielna dopomaga: i tak żoł­
nierza za swisnięciem szabli przemienia w zająca, patrona znów
trybunału, zadzwoniwszy nań kieską, wkondla przeistacza, ze łba szew
skiego nakoniec wytacza pół beczki wódki. Fakta te mogą dać do­
sadne pojęcie o figlach, które miały zabawić całe otoczenie, a jakich
Twardowskiemu w całem życiu nie brakło, i choć nie są z tradycyi
ludu zaczerpnięte, zgadzają się jednakże najzupełniej z jego wiarą.
I dalszy ciąg ballady na podobnie ogólnych motywach jak po­
wyższe osnuty, nie odstępuje w niczem od wierzeń ludu : jak bowiem
w Tukaju ów dyabeł z litery „B“ wychodzi, ażeby traktat podpisać,
19



§72



tak podobnie i tu Mefistofel zjawia się niespodzianie z kieliszka wódki
stojącego przed Twardowskim w postaci Niemca.
Już przy poprzedniej balladzie dostatecznie wykazaliśmy, iż lud
nie inaczej wyobraża sobie postać książęcia piekieł, bo w jego po­
jęciach zawsze on jest Niemcem, cała wogóle jego szatańska mość
zupełnie jest z wierzeń ludu skreślona, choćbyśmy j ą tylko porównali
z analogiczną postacią w wyżej przytoczonej legendzie o Twardowskim.
Co prawda, zanim się ona do ballady dostała, musiał ją zmienić
w pewnych rysach poeta, a to ukazanie znowu dyabła w kieliszku
wódki jest tylko drobnym ornamentem w fantazyi poety stworzonym
mimo tego jednakże nie sprzeciwia się wierzeniom ludu, gdyż tu sam
sposób tego nagłego ukazania się jest różnym, fakt sam atoli znaj­
duje w pojęciach gminnych potwierdzenie.
Teraz dopiero dowiadujemy się o dziejach Twardowskiego.
Nadzwyczaj zręcznie wkłada je Mickiewicz w usta dyabła, przezco
uniknął przedługiej akcyi, jaką musiałby był objąć utwór, gdyby miał
pomieścić wszystkie te fakta i wtedy byłby naprawdę nudnym, to
też ten właśnie pomysł — opowiadania dyabła — należy do najlepszych
we wszystkich balladach. Teraz dopiero dowiadujemy się o zmowie
Twardowskiego z dyabłem na Łysej górze i o warunkach zawartego
tam kontraktu, którego treścią było obustronne przymierze, szatan
miał służyć Twardowskiemu dwa lata, poczem mistrz winien się był
udać do Ezymu, ażeby go tam dyabeł mógł „porwać, jak swego“.
Twardowski jednakże nie kwapił się z podróżą do piekła, i teraz do­
piero schwytał się sam w sidła, gdyż karczma ta Rzymem się zwała.
Na te słowa czarodziej zwinął się coprędzaj ku drzwiom karczmy,
aby się ucieczką ratować, szatan jednakże wie, iż szlachcic danej
obietnicy dotrzyma, i rzeczywiście — na samą wzmiankę o nobile
verbum mistrz cofa się, ażeby się oddać w moc piekła.
Przypatrzywszy się tej części ballady, nie trudno spostrzedz, iż
z ludowych legend osnowa jej wzięła swój początek : bo i tam T w ar­
dowski podobnie robi zapis o duszę, takież warunki podpisuje, tak
samo nareszcie szatan go w karczmie Rzymem zwanej chwyta. Tam
czarodziej broni się dziecięciem, do którego szatan nie ma odwagi
przystąpić — na przypomnienie jednakże swego nobile verbum za­
przestaje nawet myśleć o ucieczce1). Wogóle, cała ta część ballady
osnuta jest na znanem powszechnie podaniu, forma sama jednakże
obrobienia tej klechdy z gruntu zmieniona dała też inną fizyognomię

1) Porów. : T w o r z y mi r . W y j a ś n i a n i e p o c z ą t k u
r y c h p r z y s ł ó w . В i b i . W a r s z. 1864. I. 274 i nast,

niktó-



273



tym szczegółom w balladzie. I na tem kończy się właściwy wpływ
legend o mistrzu Twardowskim.
Nie chciał bowiem Mickiewicz wprowadzać do swojej ballady
motywu porwania Twardowskiego, nie chciał przedstawiać go zwy.
ciężonym przez szatana — lecz owszem, wychodząc z obranego na
samym początku założenia, iż dyabeł nieraz zostaje przez ludzi oszu­
kanym, odstępuje zupełnie od legend o czarodzieju i uratowaniu się
jego godzinkami do Najśw. Maryi Panny. I odtąd zaczyna pozostałą
lukę w utworze zapełniać fantazya poety, choć sytuacya sama p rzezeń wprowadzona nie sprzeciwia się duchowi wierzeń ludowych : bo
i zmienienie tego konia wymalowanego na szyldzie karczemnym
w żywego, i utoczenie hieza z piasku, i wymurowanie domu z ziarn
orzecha — nie było niczem nadzwyczajnem dla dyabła, który nie
takie] sztuki był zdolny dokazać, byle tylko dostać nareszcie czaro­
dzieja w swe ręce, kąpie się nawet w święconej wodzie, byle prę­
dzej sprawę wygrać.
„Jeszcze jedno będzie kwita,
Zaraz pęknie moc czartowska;
Patrzaj oto jest kobieta,
Moja żoneczkn Twardowska.
Przysiąż jej miłość szacunek,
I posłuszeństwo bez granic ;
Złamiesz choć jeden warunek,
Już cała ugoda za nic“

Usłyszawszy te słowa dyabeł, nie czekał już dłużej, ulotnił się
gdzieś, zanim Twardowski zdołał się opatrzyć.
Słusznie to już Dr. Tretiak przedemną zauważył, iż Mickiewicz
tworząc ten końcowy ustęp Pani Twardowskiej, mógł mieć na myśli
przysłowie: „Gdzie dyabeł nie pomoże, tam babę pośle“. Przysłowie
to — mówi szan. autor — wskazując bezsilność dyabła w pewnych
razach, przedstawia jednocześnie złą kobietę jako coś gorszego,
przebieglejszego i przewrotniejszego od samegoż czarta. Mniemam,
że to przysłowie, a raczej duch jego, nadal kierunek balladzie Mic­
kiewicza. W podaniu o Twardowskim znalazł się szczegół, który po­
zwalał poniekąd rozwinąć temat podaniowy w tym kierunku. Wiemy,
że pani Twardowska sprzedawała garnki na rynku krakowskim, i że
mąż kazał czeladzi swojej tłuc jej garnki, ażeby się potem bawić wy­
buchami jej złości. Była tedy pani Twardowska przekupką, musiała
więc mieć te wszystkie wady, jakie się łączą z pojęciem przekupki
i musiały być w niej one w wysokim stopniu spotęgowane; musiała
*



274



ona dać się we znaki mężowi, skoro temu chciało się płatać jej po­
dobne figle. Z przekupki tedy łatwo się dawała przeobrazić pani
Twardowska w złą żonę, w złą babę, z którą nawet sam dyabeł nie
umiałby dać sobie rady“1).
Wzór zaś tej niedobrej żony, przed którą sam dyabeł ucieka,
mógł nadto widzieć Mickiewicz w podaniach ludowych, gdzie dyabeł
nie wierząc w istnienie złych kobiet, zamieszkał z jedną razem. Ta
jednakże do tego stopnia się nad nim znęcała, że biedny dyabeł
uznał za najstosowniejsze uciec z pod tak gościnnej strzechy. A po­
nieważ chłop mu w ucieczce dopomógł, obiecał go zrobić bogatym.
Opętał więc, córkę bogatego pana, chłopu zaś kazał ogłosić się
doktorem, poczem za jego przybyciem opuścił opętaną. Ody j e ­
dnak zawołano chłopa do innej panny, którą ów dyabeł później opę­
tał, chłop nie znając sposobu wypędzenia dyabła, najął muzykę i ka­
zał jej grać koło domu, a sam rzecze do dyabła, iż owa kobieta idzie
za mąż i szuka go, by udał się na jej weselisko. Dyabeł przerażony
taką wiadomością uciekł czemprędzej do piekła.
Tak więc i ten szczegół o niedobrej żonie znajduje w swych
najogólniejszych rysach potwierdzenie w ludowych legendach, podo­
bnie jak i cała ballada w klechdach o mistrzu-kuternodze.
C. d. n.

Stanislaw Zdziarski.

Życie sierskicłi pasterzy przed 20 la ty 1).
Sierscy pasterze 2) przed 20 laty wcale nie stanowili osobnej kasty
między ludem wiejskim, jak się to dzisiaj miejscami napotykać zwykło 3).
Nie można ich też w żaden sposób porównywać z pasterzam i in ­
nych okolic, np. górskich, gdzie hodowla bydła zdaw na prowadzona
na w ielką skalę, spowodowała w ytw orzenie się osobnego stanu p a­
sterskiego. Nie byli to bynajmniej „ciardasie“, „gulasie“, „cikosie“
węgierskiej P usty i „kanasie“ I.lakońskiego la s u 4); nie byli to ani
„juhasie“ karpaccy 5) ani też alpejscy „sennerzy“ 6); mało wreszcie
mieli cech wspólnych z dworskim i i gromadzkimi s k o ta k a m i7), wolarz am i8) .i ow czarzam i9) ziem polskich, ruskich a naw et litew skich
trudniącym i się przez całe swoje życie wyłącznie paseniem bydła
1) M i c k i e w i c z .

II. 79 — 80.



275



i o w iec10). Sierści/ „pastusi“ z przed lat dwudziestu byli to młodzi
chłopcy i młode dziewczęta, podrostki niżej lat 15, synowie i córki sierskich włościan11), przyszli członkowie gminy, którzy swój zawód wieś­
niaczy najpierw od „pasyniou drobiu, bydła i koni zaczynali, następnie
na „parobków“ i „dziewki“ awansowali, wreszcie jako „gospodarze“
i „gospodynie'1 swoją karyerę kończyli12). Podobnie jak niegdyś w cza­
sach rycerskich, aby zostać „rycerzem“ a następnie „naczelnikiem “
pewnego oddziału drużyny wojennej, trzeba było już od samej mło­
dości jako „dw orzanin“ i „gierm ek“ zapraw iać się do życia rycer­
skiego, podobnie ja k dzisiaj między rzemieślnikami, aby zostać „cze­
ladnikiem“ a następnie „m ajstrem “, trzeba najpierw jako „chłopiec“
— „term inator“ — pracow ać i znosić wszelkie niewygody w w a r­
sztacie, m usiał dawniej także i każdy chłop sierski, aby zostać kie­
dyś porządnym „parobkem“, a następnie dobrym „gospodarzem“, być
najpierw „pastyrzem “ — i to jest właśnie, co w szystkie te 3 za­
wody: rycerski, rzemieślniczy i wieśniaczy, oprócz ich ostatecznego
celu patryotycznego m iały ze sobą w spólnego13). Wszelakoż, pod­
czas gdy oba pierwsze stany t. j. rycerstw o (dzisiejsza wojskowość)
i rzemieślnictwo niemal w szystkie kobiety od współudziału w yklu­
czały, stan rolniczy daw ał im z mężczyznami równoupraw nienie.
Tak przynajmniej było na Sierczy przed 20 laty, gdzie ta k „chłop“'
ak i „baba“ równo znaczyli, jednakow ą szkołę w życiu przechodzić
i j .cnakow e ciężary ponosić musieli.
Do piątego roku życia pozostawali dawni Sierczañie „przy donmu ” ),
pod pieką matki i „domowników' ,5). Był to czas „zbijanio bąków “
(od 3—5 l a t ) 10), który następow ał po czasie „bawinio sie przy pier­
si“ ( rok i sześ niedzil“), uczenia się „suwać na pieskag“ 17) i „gryś
węgle pod piecem “ (1—2 lat), „chodzić koło nocynio“, „po jizbie“.
„po sieni“, a wreszcie „po polu“ (od 1 roku i 6 miesięcy do 3 lat),
W piątym roku a czasem i wcześniej kazywala matka dziecku „wyglą­
dać na ku ry“, żeby nie chodziły po zbożu, i takow e zganiać, zrazu
rzadko, potem częściej, w końcu zm uszała.je całemi godzinami sie­
dzieć na polu i „kur pilnow ać“ 18), by nie „sły do szkody“. W szó­
stym i siódmym roku rozpoczynało się „pasynie gęsi“ ' 2) zwykle po
ścierniach: najpierw „przy dom u“, a potem „w polu“ ao).
Po gęsiach następowało „pilnowanie św iń21) i cieląt przy domu",
rzadko „w polu“. Mniej więcej w ósmym roki „puscały sie“ podrostki
„za krowami“ 22), najpierw w tow arzystw ie starszych, a potem same:
„na ługorze“ 23), „paśw isku“ 2:j , „na ścierni“ ; „po w ygonag“ 35) i „po
m iędzag“ — w pierwszym razie pasały się krowy „piete“ 2C) lub
chodzące „wolno“, w drugim: prowadzone „na sńurkag“. Często by­
wało, że świnie, cielęta a nawet gęsi pasło się „razem z bydłem1, a wte-

-

276



dy nie wystarczał jeden pasterz; zwykle wyruszała wtenczas wszystka
rabiata z domu „na paświsko“ : chłopcy, dziewczęta — mniejsi i więksi.
„Przy dom u“ 27) zostaw ali m alcy niżej lat pięciu; starsi tylko wtedy,
jeżeli mieli „pilnować dzieci i chalupy“ 2S).
„Na paświshu“ nigdy nie siedzieli pasterze daremnie 29); ale jedni
„nawracali krow y“ 30), drudzy: cielęta i świnie, inni wreszcie gęsi.
Biegali tu i tam , gonili się, strzelali z bicza i z klucza, bawili się,
gwizdali na palcach, na kluczu, n a g w iz d k u 31) i piszczałce32), śpie­
wali i ta ń c z y li33), napastyw ali przechodniów 34) lub innych pasterzy
— kłócili się, przezywali i b ili35). To znowu „rżnęli c h rę śc i3G), ple­
t l i 37) i szyli kapelusze, rw ali kw iaty i robili wieńce „Matce-Boski“,
zbierali grzyby, poziomki, borów ki i zioła —■ albo usiedli grom adką
i opowiadali sobie rozm aite „kistoryje“ 38), „łodgadowali zogodki“,
uczyli się pisać „na plosku“ i „ślabizowali na Grosówce“ зэ). Śród
tego nieraz „zacyno im sie bydło gzić i łozlatow ać w różne strony“.
Starsi biegali za niern i „zganiali do k u p y “, młodsi krzyczeli ze
strachu i uciekali do domu, aby o tem donieść rodzicom. Nie mało
także mieli obawy przed psem wściekłym “ 40), przed w ilk am i41),
„wilkolkam i“ 42) i t. p. „stracham i“ 43), o których między nimi n aj­
rozm aitsze krążyły w ie ś c i44).
Pasterze siérscy pasali w lecie od 5— 10 godziny rano ; wiosną
i jesionią do samego południa45). W południe „śli na tro w e“ lub „na
koni супе do dojo“ ; obrywali liście z kapusty, „nać z boroków, korpieli i zim nioków“ 46). „Przy dojeniu stoli nad krow am i“ 47), aby
jadły spokojnie i nie „bodły sie“. „Po dojeniiŕ, które zwykle było
„po łobjedzie“, biegli się kąpać do staw u lub na „Rzyki“ 48); w racali
na „wyganianie114Э), które rozpoczynało się po trzeciej t. j. „kiedy lu
W efermotów 50) zwoniono“. Wieczorem „zganiali bydło“ koło zachodu
słońca i przygotowywali „trowe do dojo“. „Po dojeniu“ znowu szli
się kąpać lub zryw ać jab łk a i gruszki po sadach — włóczyli sie po
wsi, gwizdali, śpiewali i „darli sie z psam i“. Nie jeden z nich przy
tej okazyi „oberwoł po skórze“ od swego gospodarza. Jeżeli było
wesele we wsi, staw ali zwykle w sieni lub za oknami i przypatry­
w ali się tańcom 51). W zimie pasterze mieli mało do roboty. . Skubali
pierze, „przebierali zboze do sionio“ 52), „skrobali zim nioki“ 53), „łus­
kali groch lub bób“. Czasem przynieśli ze, stodoły koniczyny, siana
lub słomy krowom, wym ieszali „parzonke“ 5'4), „stali nad krow am i“,
kołysali dzieci, „myłli na chlib“ i „zocirke“, uczyli się pisać i czy­
tać 5S) — zresztą „łobijali sie po chałupie“, nadsłuchując z cieka­
wością, co starsi opow iadali56). Koło bydła robiły w tedy dziewki
i same gospodynię. We święta щ . „na Gody“ *'’) chodzili „ze sop­
leom “ 5S) razem z parobkami, „we Smiguszne swienta“ „z łogródkem“,



277

-

nw Kwielno niedziele“ 6Э) „z kitkom “, nna Nowy roh“ „z przenicom “
i t. p., przy ozem mówili różne „íoracye“ i śpiewali „pieśni staro , św ieckie“. Do pasterzy należało także „świencynie kocianek“ 60),
„roznosynie krzyżyków “ elj , „polinie sobótek (poli u io łogni)“ 62),
„świencynie w ionków “ i „zielo“ 63). Ziele święciły także „d ziew k i").
K ażdy pasterz, osiągnąwszy mniej więcej rok 14 . życia, przygoto­
wywał' się do awansu na ..parobka11: „chodziuł łokoło koni“ i uczył
się robót w polu jak „poganiać“, „łorać“, „włócyó“, „bronow ać“,
„sioć“ i t. p wogólności, co każdem u parobkowi jest przy gospo­
darstw ie potrzebne. W szyscy nie nazywali go już wtedy „pastyrzem “
ale „poganiacem“ 65).
Po takiem przygotowaniu zostawał w miarę potrzeby грагоЪкети *s)
i niebawem obierał sobie jakiś ideał kobiecy, którem u rzadko kiedy
okazał się niewiernym. Parobek zakochany zwał się „kawalireur " ),
a dziewka jego „panną“, „kochanką“, stosunek zaś obojga do siebie:
„zalicaniem sie“, „chodzyniem do dziełuchy“, „miłością kaw alirzkom “,
albo „kochaniem sie“. B iß to czas największej ich twórczości poetyc­
kiej, której owocem zwykle były najpiękniejsze „spiwki zolotne“, „strofy
miłosne“ i „kawalirzkie nuty“.
Także i „pastyrki“ zwykle nie zostawały odrazu „dziewkami“
a zarazem „pannami“, ale i one musiały odbyć wpierw paroletni kurs
przygotowawczy jako „dziełuchy“ i „dziopy“ Bi), dziewki młodsze,
dziewkom starszym ku pomocy dodane. Do nich należało wypę­
dzanie bydła w pole, „wynosynie śniodanio“ i „juzyny pastuchom “,
przysposabianie do gotowania, „do dojo“, „wyrzucanie gnoja“, „sa­
dzenie“, „kopanie“, „zecie“ i t. p. Kiedy „dziełucha' znała ju ż wszyst­
kie roboty gospodarskie, a do tego trafił je j się ja ki „kawalir“, zosta­
wała „dziewką“ a względnie „pannom“. Awans ta k na „parobka“ ja k
i n a „dziówkę* zależał od potrzeby w gospodarstwie; następow ał
po ożenieniu się najstarszego parobka, a względnie po w yjściu za
m ąż najstarszej dziewki.
Odzienie pasterzy sierskich przed 20 laty było bardzo pojedyncze :
„koszula konopno“ eil) i „portki zgrzebne“ albo „paceśne“ 70), zwane
„kosokam i“ albo „na fuzyjce“ 71); „pas“ 72) i „górnica“ 75); w zimie
„copka sadlatû" 74), w lecie „kapelus słom iany“. „Kamizelek“ 7r’)
pierwotnie wcale nie noszono. Zimą mieli także buty, latem cho­
dzili boso 76).
„Poganiace“ dostawali ju ż „sukmany“ ''j, „kaftony z.kutosami“ 78)
i „pasy kowane“ 7ІІ), jednakowoż tylko w dni świąteczne i to nie w szę­
dzie, bo właściwie tego rodzaju ubranie należało się dopiero „pa­
robkom“. Zam iast „sadlatyg copek“ nosili poganiace „kapeluse m y­
ślenickie“ 80).



278



,,Pastyrki“ ubierały sie „w długie koszule bez nodolka: jednostalne“ 81); „kołm irz“ i „łoszyw ki“ &i) u rękaw ów były „farbowane“.
Parę „spodniceg pyrkalowyg-', pierwotnie „płóciennyg“ 83), „zopasecka“ S4), „stonik“ 85) i „w izytka“ S6), a w zimie „ k a ta n a “ 87) sta ­
nowiły główna część ubrania Na to przychodziła „chustka krociato“ ss) albo inna — na nogi „buty z choliw kam i“ 8Я) — na szyję
„pociorki- z m entolikem “ 90) — za włosy „kw iotek“ 91). Podobne
ubranie miały „diziełuchy11 i „dziewki" z bardzo małemi różni­
cami 9J).
Pożywienie pasterzy sierskich było takie same ja k i reszty „doinownikówu. Ówcześni gospodarze nie robili pod tym względem żadnych
„w yłacek“, bo pasterzam i po największej części były ich w łasne
dzieci. Zresztą i pasterze n a je m n i93), jeżeli się trafili, jedli to s a ­
mo 9i), co i drudzy.
„Pastyrze"■i „pastyrki11 sypiali w noey, gdzie które mogło, czasem
„w sta jn i“ 95), „na górze“ 95) — najczęściej „w jizbie“ 97j lub „w sto­
dole na sianie“ 9S). Bez łóżek sie obeszło. Tu i ówdzie były „wyr­
k a “ " ) lub „ślabany“ 10°). Ulubioném „ległem“ m ) pasterzy sierskich
był także „piec piekarzki“ 102) i nolepa“ 103).
Tak si§ mniejwięcej przedstawia życie pasterskie na Sierczy przed
20 laty. Dzisiaj ju ż ono prawie zupełnie obumarło. Sierczanie posia­
dają bardzo mało gruntu, chow ają niewiele bydła, gęsi i cielęta
bardzo rzadko, konie tylko w paru miejscach. Pasterzami już rzadko
są synowie i córki gospodarzy, ale poprostu najemnicy tak młodzi jak
i starzy. Najczęściej, kto m a „krow inę“, pasie ją sam „na między
lokolo zbozo“, albo wiąże „kole domu łu kołka“. Rzadko gdzie
spotkasz dziś dzieci z „lydełkem na łące'1, a jeszcze rzadziej, żeby się
baw iły razem, śpiew ały i robiły „kapeluse ze słom y“. Sierczanie są
dziś przeważnie wyrobnikami, szukającymi roboty poza granicami swojej
wsi. Z upadkiem rolnictwa w Sierczy upadł także chów bydła a z nim
i pasterstwo m ).
Dzieci do lat 6 nie mają żadnego zajęcia w domu, nie „paso k u r “
ani „gęsi“, bo choćby n aw et chciały, to ich nie wszędzie m a ją 105).
W 7 roku idą do szkoły miejskiej w Wieliczce106). Tu uczą się pisać,
czytać, rachować, po niemiecku, fizyki, botaniki, mineralogii i t. d.
— i na takich studyach przepędzają przeszło lat siedm 107). W domu
nic nie robią, w szkole także mało 108), także potem, mając blisko lat
15 , z życia wiejskiego zupełnie wykolejeni, szukają zajęcia w mieście:
jedni w rzemiośle, drudzy w kopalni, jako prości robotnicy109). Bar­
dzo m ała tylko cząstka oddaje się dalszym naukom szkolnym 110j.
To też grunta sierskie przechodzą w ręce obcych przybyszów, którzy
także po niejakim czasie za przykładem innych porzucają rolnictwo



279

i starają się o si żbę w W ieliczce lub wyjeżdżają do Krakowa
i O straw y1").
Inaczej było przed 20 laty. Każdy Herczanin od małego zapra­
wiał się do gospodarki na w s iTU). Główny nacisk kładli ojcowie na
„prantyhęu " 3). Zoologii i botaniki uczyły się dzieci przy pracy
w domu i w p olu IU), m atem atyki na „jarrnakii“ i „przy żniw ie“ " 5)
astronomii przy paseniu bydla i pilnow aniu zboża w nocy " 6J, rze­
miosła i nauki szkolnej w porze zimowej ,T7i od starszych w domu
i nauka ta wydała daleko większe owoce, aniżeli teraz, lo dostarczała
mądrych i doświadczonych gospodarzy.

UWAGI
‘) Siercza: wieś w powiecie wielickim. Porów : „L u d “ III., „Praw dę“
1896., „Słowo P o lsk ie ' 1897 „Głos N arodu“ 1896 — 1897.
?) „Pasterz“ — .pastyrz“ , „pastuch'1; rodz. ż. : „pastyrka“, .p a s tu ­
c h a“ ; z drob.: „pastusek“, „pastyrecka“; przym : „pastyrzki“, „pastusi";
„pastuski“ = jasełka, szopka, m sza pasterska.
3) Po dworach, u bogatszych „km ieci“ (we W adowickiem: u „bogotíów“, w Częstochowskiem : u „sołtysów“ i t. p.) w niektórych gminach
wiejskich i miejskich, m ających wspólne t. z. „gromadzkie paśw iska“.
4) Porów naj: A. W. Grube: „Geographische C harakterbilder“ I.
Lipsk, 1891.
6) Porów naj: St. Witkiewicz: „Na przełęczy“.
6) Dr. A. ScMossar : Deutsche Volkslieder aus Steiermark 1881.,
oprócz tego A. W . Grube jak powyżej. „Senner“, „Sente“ ten sam pier­
wiastek, co pois. : „zentyca“.
7) „Skotak“, „skotok“ pochodzi od „skot“ = bydło; porów : „skotocka“ (rodzaj żeńs.), „Skotniki“ ~ wieś w Podgórskiem.
8) „Wolarz“, „wolorz“ r z parobek od wołów; porów.: ru s: „koniar“
= parobok od koni. Podobna forma „św iniarz“ ( = handlarz świń, nie­
przyzwoity), „koniarz“ ( ~ handlarz koni).
°) „Owczarz“, „łow corz“ ~ pasterz owiec, wróż, „doktór“.
10) Również wcale nie można ich porównywać z pasterzami staro­
żytnych ludów pasterskich, o jak ich nam wspomina Biblia i inne zabytki
przeszłości. Nic też nie m ają wspólnego z ludami pasterskimi czasów dzi­
siejszych jak z Lapończykam i i t. p.
’’j Podobnie w innych okolicach Polski, R usi i Litwy W ogóle: pa­

sterzy w rodzaju „sirzkig“ napotykamy wszędzie tam, gdzie emancypacya
włościan jeszcze się całkiem nie przyjęła.
12) Jestto jeszcze bardzo dawny zabytek stosunków patry ar choinych,
gdzie członkowie familii od małego do dużego wspólnie się dorabiali, nie
posługując się wcale najemnikami. W Niemczech te czasy dawno znikły,
może prawie równocześnie z „rycerstwem średniowiecznem“. Na półwyspie
skandynawskim i na Islandyi stosunki te panowały dosyć długo, a ślady
ich mamy w podaniach rodowych. Porów. : Dr. Oscar Brenner : Altnordi­
sches H andbuch, 1882. K . Gislason : Njàlssaga 1875. Najpiękniejsze przy-

I W I I I Mli 111 11ľ! IlII



kłady patryavchalnego
i u Homera.

280

pożycia, choć nieco

odmiennego,

mamy w Biblii

ls) Ta wspólność najlepiej się przejawia w ich poezyi lirycznej
zwłaszcza erotycznej. Porów .: poezyę „rycerską.“ czyli „dw orską“, „rze­
m ieślniczą" czyli „m ieszczańską“ i „ludow ą“ czyli „wiejską“ wieków śre­
dnich i nowożytnych : w Niemczech, we Praneyi i t. p. (Minnesänger •—
Meistersinger-Volkspoesie). W szędzie dadzą się w niej wyróżnić 3 rodzaje
pieśni: I. pieśni z la t chłopięcych, II. pieśni z lat młodzieńczych, III.
pieśni wieku męskiego. Pieśni z lat młodzieńczych [II) zwane „kawaler

skiemi“ („zalecankami^ = Minnelieder) , czy to dworskie, czy miejskie,
czywiejskie — czy we Francy i, czy w Niemczech, czy u nas: prawie niczemod siebie się nie różnią — chyba sposobem wyrażenia się. W pieś­
niach I i III. gatunku różnica jest tylko w różnicy opiewanych zajęć.
Form a — ton — dążności : te same.
14) „Iło m “ = „chałpa“ wraz z zabudowaniami gospodarskiemi i ogro­
dem ; porów.: niem „H eim “. „C hałpa“, „chałupa“ = ru s.: „chata“ .
„O haupa“ (— chałpa) u Rusinów. = izba.
[S) „Domownicyu =z członkowie jednej familii.
T6) „Zbijać bąki‘‘ = : pierwotnie „zbijać bąki z cebuli“, chodzić po
grządkach cebuli“ nie chcący lub naumyślnie.
I7)
.N a pieskag" = na łap k ach ; stary chodzi „na p sa ch ,l. „Pies
(piesek)“ a właściwie tylko: „psy (pieski)“ używ : w znaczeniu „nogi
(łapki)“ zw ierzęce; porow.: bies — w znaczeniu strachu w postaci zwie­
rzęcej (bóstwa leśnego), grec.; япод-подод--rcóóeę, łaó.,: pes-dis-des.
15) Porów, śpiewkę-, „kozali mi kury paś za stodołom w prosie“ .
,9) Porów.: śpiew.: „Huślala, huś ! lala, gąsecki na wodę !*; „Posły
gęsi na stawisko, najadły się rząsy “. Porów.: nadto zabawy pasters.:
„W k u ry “, „W gąski“ i tp Na Rusi pasterze od kur, kaczek i gęsi zwą

się .jtastuchamy drobu“.
20) Porów.: zajęcie dzieci wiejskich w tym wieku w innych okolicach
Polski, na Rusi, na Litwie i t. p.
21) „P astyrze łod św iń“ — świniarcyki 1 (rus : swyniary) rzadko
używ ani; również i „łod cielont“. „ Ciežeraciorz“ — handlarz cieląt, porów :
„św iniorz“, „koniorz“ i tp.

22) „Pastyrze łod krów“ = dworscy „skołocy“,- rus: „pastuchy ro­
hatyny“. Wieśniacy wołów nie chowają, stąd „wolorz“ tylko we dworze
używany.
23) „Lugór = pole orne, przeznaczone przez 1 —3 lat na pa­
stwisko.
24) „Ł ąk a“ przeznaczona do pasenia bydła i koni.
25) „Wygon“ = „goniacka“, szeroka miedza.
2G) Krowy „spina sie śpinackam i“.
27) „Przy domu“ — ,n a łogrodzie"; „w polu“ = daleko
(porów.: na pole = na dwór).

od domu

2S) W innych okolicach Polski, na Rusi i na Litwie tak samo.
Porów : śpiewki: „Jagem pasła bydło, widziałam strasydło“ ; nadto ЫЬагоу:
„W zającki“, „W krycie“, „ W św inki“ i t. p. dla tego wieku prze­
znaczone.
2Э) Podobnie jak i pasterze innych okolic i krajów : karpaccy i wę­
gierscy Juhasie“ grają na fujarze, robią pończochy, wyrzynają łyżki, laski,

-

281

-

noże, fajki itp.; ruscy ^kaniary", „pastuchy rohatyny11, „swyniary“, „pa­
stuchy drobu“ bawią, się w rozmaite gry. Stąd też życie tych ostatnich mało
co się, różni od życia naszych pasterzy sierskżch z przed 20 laty.
30) Porów.: śpiew ; „Nie becie jo pasła, ani naw racała“.
31) „Gwizdki“ były „m ałe“ i „ciurkoty'; kupowano je „na jarm aku“
albo „na łodpuście“, stąd „gwizdki kalw aryjskie“.

за) „ľiscolkir były także dwojakie: „drewniane“ i „wierzbowe“.
Ostatnie robiono tylko na wiosnę. W jednej śpiewce jest mowa о „то
sięzny piscołce“.
33) Śpiewy i tańce pasterskie są częścią zapożyczone od starszych
częścią na pastwisku świeżo skomponowane. Zwykle towarzyszy im gra
na „piscołce“, „na grzebieniu“, czasam i na skrzypcach i zabawa „ W weszele“ lub „W k rzciny“.
34) Żydów, cyganów i t. p , także surdutowców.

. 35j Najczęściej „ze śpasu“, a dosyć często i „naprowde“.
зб) „Słoma do p lecenio', zwana także: „tręści“.
37) Plecie się: w 4, 3, 5, 6, 7 ..., ile się ręką. obstanie; nadto:
„gładko“, „w ząbki“ i „w ęza“. „W ząbki“ plecie się „w 4 “ i „7“ n a j­
częściej.
35) „P odania“, .g o d k i“; porów : średniowieczny w yraz: „aventure“,
„m aere“ .
39) „Grosówka“
mała książeczka do nauki ( = Elem entarz) ;
koszt : 1 grosz.
40J „Pies w ściekły“ jest dla pasterzy największym postrachem, dla­
tego nigdy nie trzeba mu w drogę wchodzić ani go napastywac, jak bie­
gnie drogą. „Pies wściekły“ jest ślepy i głuchy — a kąsa tylko tego,
w kogo „łebem łuderzy»“ . Niektóre stare baby umieją „wściekliznę zazegnować“, odmawiając nad raną pocirz w łopak“ .
41) „W ilk“ podobnie jak i „niedźwiedź“ uważany jest za człowieka
przemienionego w zwierze. P orów .: moją uwagę w Ludzie III. str. 171.
Opowiadają, o nim że się „nimoze zgiąć, lotego ze mo koś jednostalno“.
42J „ W ilkolki“ są to bóstwa leśne, straszące pasterzy. Z postaci po­
dobne są do mężczyzn z wilczemi głowami — porośniętych jak wilki.
Zjawiają się zwykle w czasie mgły i porywają pasterzy. Porów.: niem.:
„W erw ölfe“ (P au l: Grundris der ger. Phil. I ) , gr.: '„ХишпЗрыяОд“ (W er­
wolf = człowiek-wilk), skand.: „berserkir4 (der in Bärengewand Gehüllte).
Porów.: Leubuscher: „lieber die W erwölfe u. Thierverwandlungen im Mit­
telalter“ 1850.
43) „Strachy“ są bóstwa „złe“ wzniecające obawę. Do nich więc
należą także: „wilki“, „wilkołki“ a nawet „psy wściekłe“ . „S trachy“
w postaci zwierzęcej nazywają się „Biesami“.
44) W ieści te stanowią osobny cykiel mitologii pasterskiej, o której
przy sposobności pomówimy.
4r’) W lecie nie mogli dłużej pasać z powodu upału.
46) Drobne liście razem z gałązkami na ziemniakach, koniczynie,
karpielach, burakach, kapuście, rzepie, grochu i t. p. zowią się „nacią ' ;
pozostałe części na ziemniakach, grochu i koniczynie zowią się „badyla­
m i“. W yraz „łodyga“ nieznany.



282

17) Czynności koło bydła były następujące: „pasenie“, „pojenie“,
„dojenie“, f w yganianie“, „zaw iranie“, „stonie nad gembami“ , „rwanie
trowy do doja“, „w yrzucanie gnoja“ i „słanie“.
18) Potok uchodzący do W ilgi, sławny „B ełam i“ i przebywającymi
w nich „Topielcam i“ i „Boginkami“ .

4il) Według głównych zajęć około bydła dzielą pasterze a z nimi re­
szta ludu wiejskiego każdą dobę w zimie na: „przed dojeniem1 i „po do­
jeniu“: rano. w południe i wieczór — a w lede nadto jeszcze na: „przed
wyganianiem“ i „po wyganianiu“. Porów : podział roku według „bydlenio
sie krów", „pyrchanio sie łowiec, k ó z“ i t. p., według robót w polu i t. d.
50)
efermotów“ = Reformatów. Ciekawa przem iana r na w z po­
wodu następnego f . Jestto powszechny proces fizyologiczny przy wymowie

podobnych dźwięków : assocyacya, a stąd podstawienie podobnego organu
mownego: „W echsel der A rticulationsstellen“, porów.: A. Noreen : A ltisländische u. Altnorwegische Grammatik. 1884.; E, S ievers: Grundzüge
der Phonetik 1885.; P au l G rundris d. germ. Philologie I. Proces ten na­
zwiemy „assymilacyą11 — zaś przeciwny jemu ndyssymilacyąu. Porów.:
lii> f w ,,/a /tk a “, ł > w w „gícozra“, / > ch w „Nic/ite ( = n e f-tid a >
n if-tid a > nif-tda > nif-tte > nihhte > nichte) ; norw : / l v / a > goc : r/iliu7ian, gdzie / z powodu następ, h przemieniło się w th. Przykładów assymilacyi jest pełno we wszystkich językach. Najlepiej obserwować je w gwa­
rze dziecięcej. Porów.: P . M üller: „Sprachw issenschaft“.
51J „Pasterze za oknam i“ — „hołota“, „h ałastra“ w przeciwstawie­
niu do „weszelnych ludzi“ .
52) Zboże przebierają do siania tylko niektórzy gospodarze, zwykle
biedniejsi, którzy niewiele wysiewają. Bogatsi czyszczą zboże „na m łynku“.
53) „Skrobać zimnioki11 — obierać ziemniaki. W yraz „kartofla“ nie­
znany. „B ulw a“ ma inne znaczenie = nasienniki, korzenie niektórych
kwiatów jak piwonii i t. p. „Ziem niak“ jest dosłownóm tłómaczeniem niem :
„Erdapfel“.

54) „Parżonka“ = pożywienie dla krów w zimie. Składa się z „pliw“,
„trzyn“, „siecki“, „łupin“, „mąki“, „boroków“ i t. p. polanych gorącą,
wodą“.
55) U czą się pisać „na skrypturze łołówkem abo atram entem “, czy­
tać „na Grosówce“, na „K siążce do modlinio“, na „P rantyce“, na „K antyckag“, „Żyw otach“, „Rozm yślaniach“ i t. p.
56) „Starsi“ opowiadali najczęściej „kistoryje“ i „godki“: „Ło W a li­
górze i W yrw idąbie“, „Ło zaklenty królownie“, „Ło Rokicie“, „Ło Zwodzieielu“, „Ło T opielcag“, „Ło Płanetnikag“, „Ło Carnoksięźniku", „Ło
Sibiliji“, „Ło celebrocie“, „Ło Strachach“ i t. p. Były to poprostu wy­

kłady naszej dawnej mitologii, utrzymującej się obok mitologii nowożytnej
— napływowej.
57) Porów.: Lud. III. 171 i nast.

58) „Sopke“ nazywają, także „jasełkami“, „stajenkom“ i „żłóbkem“.
„W sopce“ widać w głębi dwa stajenne zwierzęta: osła i wołu, drabinkę
i.żłóbek ze sianem. Widzimy tam także ubogą familię wieśniaczą i kilku
„pastusków“. Mimo woli przypomina nam to ubogą chatę wiejską w porze
zimowej, gdzie zarówno ludzie jak i zwierzęta razem przed zimą — przed

283

-

mrozem i śniegiem się chronią. W żłóbku „na sianku leży małe dziecie11
— ..nowonarodzone“. Wół, osioł, pastuszkowie, wszyscy wieśniacy — cie­
szą się — wyprawiają ngodyu. i:N a godya te przybyw ają inni pastuszko­
wie a z nimi-: polne i leśne zwierzęta: „koza“, „koń", „turoń“ — a nawet
„niedźwiedź“. N ie brak i ptaków. Zdaje nam się że „w sopce“ święcą
boże narodzenie — narodzenie swego bóstwa sielskiego, które się opiekuje ich
..stajenką“, „bydełkem11, ich plonam i rolnemi. które ma w mocy w szyst­
kie zwierzęta polne i leśne — je s t ich panem i królem ; narodzenie bóstwa,
którego kult religijny streszcza się ги „Turoniu11, „Bokusie“ i „Ponjezusie“.
53)
„Smiguszne świenta“, inaczej „świenta poliwane“, następują po
„Niedzieli kw ietnej“. Tam kwiaty — nowe rośliny; Ы „śmiguszt': woda
nowy deszcz odgrywają główną rolę. „ K itka“ — pęk nowych roślin;
„łogródek“ z zielenią — zielona gałązka — „kocianka“ czyli „palma“ —
„wian ziela“ : to zwiastuny wiosny i lata — to dary ich chojności. Nowy
deszcz - nowy „łogień z nieba“ — „sobótki“: to żyzność wiosny i lata;
to ciepło nieba, które ogrzewa ziemię, jej twory — i „chroni je od zara­
zy.“ To też święta „od K wietnej niedzieli aż do M atki-Boski Siew ny“ są
potrójnym kultem : ziemi, wody і одггіа.
c0) .K ocianka“ — pąk młodych gałązek z pączkami: „baziami“
(stąd „kocianka“). „W ierzba“, „ sakłak', „ciernie“, „leszczyna“, i „rogóż“
odgrywają w „kociance“ główną rolę. Nazwa „palma“ nieznana. „Kocian­

ka“ podobna jest do „kitki“, w której przeważają kwiaty. Zamiast „kitki“
noszą w niektórych okolicach „zieloną gałąź“. „Kocianka“, „kitka“ i „ga­
łązka zielona“ są zapowiedzią, „zielonego łogródka“ — a razem z n im :
zapowiedzią „zielonego M a ja “: „majowego Króla i Króloicej“: „des Mai­

königs u. der Maikönigin“.
G|) „K rzyzyki“ robi się z „kocianek“ oświęconych w „Kwietną nie­
dzielę“', a następnie zatyka je się na „kalenicy“ domu i stodoły — także
w polu na zasianej roli. „K rzyzyki“ takie t. j . zielone gałązki oświęcone
chronią dom i zasiewy od piorunów i nawałnic. „Sakłaku“ nie może bra­
kować ani w „kociance“ ani w „krzyzyku“. „Krzyzyki“ roznosi się wśród

„kłapania“ „kłapackami“.
62)
„Sobótki“ = palące się pochodnie „z chrustu“, „słomy“ i „smo­
ły“ albo „świerczyny“. Nazywają je także „łogniami“. Sobótkami opala,
się „żytko“, ażeby się ,dolało ' i ładnie rosło — żeby mu „zaraza nie
skodziła“. Porów.: pieśń na „Sobótki“: „Toloj sie żytko — toloj ! (3 razy)“.
Zapowiedzią „sobótek jest „świecenie łognia i wody“ we „Wielgo sobote“
— kiedy pierwszy „Pieron“ uderza w wodę. i „łociepla jo , tak ze można
sie kom pać“ — „kiedy świenty Marek kładzie do wody log ar eh“.
ß3) „Swieńcenie wianków i zielo“ odbywa się w połowie czerwca

i sierpnia: „na swienty Jon“ i „na Matke Bosko Zielno . „Wionki“ robi
się ze zielo i polnych kwiatów; puszcza je się w ^Noc świentojdńską“ na
wodę. „Ziele“, t. j. duże wiany ze ziela i zboża, wstawia się po oświęceniu do zboża w polu. Jedne i drugie są środkami przecinko zarazie
i. chorobom — podobnie j a k „kocianici“.
ci) W obu powyższych ustępach je st mowa o zajęciu pasterzy sierskich przed 20 laty „na p a św isku “ i „w domu“ — w lede i w zimie.
Jak widzimy, składa stę ono z „robót około bydła“ i „zabaw“ okoliczno­
ściowych: śpiewów, tańców, przedstawień teatralnych — opowiadania: „ki-

-

284

-

storyj“ i ngodelcu, — „łodgadowanie zogodek“ — „płotanio różnych figlów
i jisó t“ —- ubocznych zajęć - chodzenia ,,po dorocnkh lobchodarlr. „Ro­

boty około bydła“ poznaliśmy, sądzę, całkiem dokładnie; o „zahawaGli“im towarzyszących napomknęliśmy tu i ówdzie przy okazyi. Aby jednak
czytelnik mógł i o nich nabyć pewnego wyobrażenia i poglądu na całość,
omówimy je w 3 następujących pracach, które zamierzamy ogłosić w naj­
bliższej przyszłości: I. „Zabawy sierskich pasterzy przed 20 laty“, II.
„Psoty i różne figliki pasterzy sierskich przed 20 laty“. Na razie wspomnę
tyiko, że zabawy same jak „W zającki“, „W krycie“, „We wojsko“,
„W zbóji“, „W świnki“, „W kury“, „W weszele“, „W krzemy“. —
ivplecione w nie śpiewy, tańce — „historyjki11, „godici11, „zógodki11; dalej
religijne „lobchody dorocnieu różne psoty i figliki niewinne, którym tak
chętnie oddają się nasi pasterze : młodzi i starsi — a z nim i czasem „pa­
robcy“ i ,,gospodarzeil\ są przeważnie wytworem ich własnej fa n ta zy i : są
pom nikam i ich poezyi dram atycznej, epicznej i lirycznej : są obrazami
z życia ludzi, zwierząt i roślin — obrazami z życia sielskiego — z życia,
przyrody, s którą obcują. Udawanie swych rodziców, braci i sióstr star­
szych — udawanie ich zajęcia — przebieranie się za „dziada11 i za „habe11
— udawanie zwierząt i — bóstw pasterskich w czasie ich uroczystości —
nawiedzanie zagród wiejskich, zwiastowanie im przez to zbliżającej się zim y ,
wiosny, lata i jesieni - oto treść tych zabaw — tej poezyi — tych obra­
zów pasterskich, które tak piękną stanoicią okrasę ich codziennych „robót
kole ly d ła u. Porów: moją „Odezwę do nauczycieli ludowych“ w „Szkol­
nictwie“ z r. 1897 .
65) „Poganiać1,1 t. j. pastuch od koni, na Rusi „kuniar1. Jak wi­
dzimy, pasterze sierscy zaczynali swoje pasterstwo od pasenia kur, kaczek,
gęci ; przechodzili do p>asenia świń, baranów, cieląt, krów (гооіогс)— a koń­
czyli paseniem koni czyli „poganianiem1'.
66) „Parobek4 : we dworze: „fornol“ ; „parobcy“ mogli być także
najemni, jak właśnie „forno.le we dworze“. Wogóle nazw y: „skotok“, „гсоlorz", „łowcorz" i „fornol" dawane są jeszczo podziś dzień tylko „paste­
rzom najem nym 11 t. j . „służbie abo celadzi". Tak sam o: „dziewka". Syno­

wie i córki „gospodarscy“ trudniący się „pasterstwem“ za młodu zwali
się tylko „pastyrzami“, „poganiacami“, „parobkami“, „dzieuchamr, „pa­
sterkami“ — albo wcale nazwy nie mieli, mimo, że roboty pasterskie
pełnili.
e7) Wyraz „kawalir“ i odpowiadający mu „panna" nie są wcale
nowymi. Porów.: „kawalirzko nuta“, „kawalirzko pieś — śpiwa“ ; tak sa­
mo:-„panieństwo“, „panieńskie lata“ odpowiednio do „kawalirzkiego wieku“.
Owszem, w yrazy te nawet są bardzo stare — aczkolwiek całkowicie lub
częściowo obce. „K aw alir": to średniowieczny „cavalir": „chevalier";
„panna" : to średniowieczna „domina, donna" — A gdybyśmy się tak za­
puścili w porównanie „kawalirzkig pieśni z miłosnemi śpiewkami niemiec­
kich Minnesängerów — prowanśalskich troubadourów; gdybyśmy się tak
przypatrzyli owym „kawalirzkim zaliconkom“ jednych i drugich — owym
scenom „pod loknam i", skradaniu się „łokienkem"; gdybyśmy się tak p rzy ­
słuchali owym chłopskim i rycerskim ,,albas", „Tagelieder", Wächterlieder
i t. d., i t. d., w żaden sposób nie moglibyśmy się wstrzym ać ob wypo­
wiedzenia, ze jedne i drugie są wielce zbliżone do siebie — że jedne i drugie
z jednego źródła pochodzą. Porów.: Bariseli „Deutsche Liederdichter des

-

285 —

12 — 14 Jhd .4 1879; jego „Schweizer Minnesänger 1886. Zeitschr : für
österr. Volkskunde III.
GS) ,.Dziełucha' zwykle — „dzioba“ więcej z pogardą.
6Э)
„Konopie“, „płótno konopne“; „koszula konopno“: długa aż po
kolana, noszona na wierzch — w środku przepasana „pasem". Porów.,
grec.: yjrcúv (cąupąicioyakoę).
70) „Paceśny“, „zgrzebny“ także „konopny“ ale w gatunku gorszym
-- chropany; szorstki jak „zgrzebło“.
71) Były bardzo wązkie jakby na „kosie“ albo na „fuzyi" robione.
72) ..Pas“, „łoposek“ ze rzemienia ze „skówką“ i „trzpieniem“.
„Łoposki“ miały nadto -schowanie na pieniądze.
73) „Płótnianka“.
74) Noszono także czapki „baraniate“.
75) Niem.-franc.: „Gilet“.
^5) Strój naszego ludu jest pod każdym względem ciekawy, „koszula11,
„kosoJci“, „copka sadlato“, „pas“ przypomina nam całkiem strój ruskich
„Jconiari“, wogólności strój ruski. „Sukmana1“, „kamizelka“, „kaftanu,
„górnica“, kapelusz, „buty z choliwkdmi“ wielce podobne są do stroju nie­
mieckich wieśniaków. Ciekawość nasza jeszcze bardziej się zaostrza, jeżeli
weźmiemy pod uwagę, że młodsi i biedniejsi noszą strój zbliżony do ru­
skiego — a starsi i bogatsi: strój podobny do stroju niemieckiego. Nie­
miecki strój był zatem modą. a ruski był strojem zwyczajnym. Obecnie,
po 20 latach ju ż z obu strojów niema ani śladu. Dziś strój ma cechę
ogólną europejską : wojskowe „bluzę“, „mantle“ i t. p. „żakiety“, anglosy,
fraki etc. Jak w poezyi tak i w stroju widać żydowski wpływ. Porów.:
moje „Uwagi n. p. 1. wiel“.
77) „Sukmana“ — płaszcz ze sukna białego: „suknianka“ przeciw­
stawienie do „płótnianki“. Tak „sukmana“ jak i „górnica“ czyli „płótnianka‘- mają „lamówki“ i „klapy“ z czerwonego sukna1 „Sukmana“ — „kafton“
— „pas kowany“ — „kopelus myślenicki“ i buty „polskie11 to strój u ro ­
czysty — narodowy Sierczanina i wszystkich Lachów. Na „sukmanę“ na
wierzch przychodzą czarne lub niebieskie „krzyze“.
7S) ..Kafton“ — „katana“ — niem. arabs.: „Kattun“. Porów.: Goe­
the : Hermann u. Dorothea : „Ungern vermiss’ ich ihn doch, den alten kat­
tunenen Schlafrock, Echt ostindischen Stoffs“. Kaftan taki jest bez rę­
kawów.
79) „Pas kowany“ jest szerszy od zwykłego pasa i wysadzany ku­
těmi centkami i guzikami poprostu „kowany“. ^Wielce przypomina dawne
pasy polskiej szlachty : „pasy słuckie“.
s0) „Lachy“ krakowskich rogatywek — „krakusek“ — nie znają, ale
kapelusze okrągłe, filcowe, niższe lub wyższe - - zwykle kupowane w My
ślenicach.
sl) Podobne jak i mężczyźni. „Mężatki“ — „baby“ — nosiły krótkie
koszule sztukowane u dołu, dlatego „z nodołkem“. „Nodołki“ służyły do
zakrycia „dołka“ niewieściego. „Nodołek“ i „gacie“ symbole małżeństwa —
¿rodek zaradczy przeciwko „urokom“.
81) „Mankiety“.

-

їШ

-

аъ) Так sumo ja k „pąstyrze“ miały takie i „pastyrkiu pierwotnie
odzież płócienną i to „konopną“; spódniczki, koszulka, fartuszek i „chust­
ka“ do „łodziono“: wszystko było z „konopnego płótna“. Porów.: odziez
letnią: Górali, Bojków i Hucułów.
8i) „Zapaska“, zopasecka“ = wyraz swojski; „fartuch“, „fartusek“
= wyraz obcy: niem. : „Vortuch“, „Vortüchel“.
85) „Stonile“: od .ston“ = część ciała i ubrania od pacli aż po
biodra: „figura“. W miejsce „stonika wszedł w niektórych wsiach „Gor­
set'. W Sierczy nie znalazł obywatelstwa nawet przed 20 laty - tem
mniej dzisiaj, gdzie sie już na dobre rozwielmożniła „sznurówka“.
SG) „Wizytka“ rzeczywiście „wizytowa“, wcięta nieco „katanka“,
zwykle z lekkiej materyi.
87) „Katana“ — ciepły, watowany „kaftan“ kobiecy po pas.
88) Malowana w „krote“, zimowa.
88) Trzewiki wtenczas rzadko były w używaniu —■ chyba „od
święta“.
90) Korale z „Matkom-Boskom“.
91) Bardzo piękny zwyczaj u młodych dziewcząt, znany w całej
Polsce i na Kusi — „Strój kobiecy11 ja k dawniej tak i teraz przypomina,
„strój niemieckich wieśniaczek“, o czém świadczą same nazwy. ,faftowanyu,
„katana“, „fartuch“, „wizytka“ i t. p. — a jeszcze, jak sie obok wieś­
niaczek naszych postawi „kawalirów* a nawet „facetów“: trudno poznać,
czy to to Laszki — czy to Niemki. Kiedyś był ten strój wielce zbliżony
do ruskiego — podobnie ja k męski.
92) Ze dawny strój naszych wieśniaków nie tylko na Sierczy, ale
w całej ,,Łaszczyźnie1 tak bardzo podobny jest do ruskiego, moina śmiało
przypuścić, ze i sposób ich życia musiał się nie wiele różnić od ruskiego —
a stąd i język, zwyczaje i obyczaje, czyli że ¡potomkowie dzisiejszych La­
chów musieli wspólnie żyć z Rusinami i z jednego gniazda z nimi pocho
dzić. Później dużo przyjęli od Niemców i stąd znacznie się zmienili.
Wreszcie klimat górzystość kraju mogła wpłynąć na zmianę ich sposobu
życia — stroju i usposobienia, jakie dziś mają.
93) „Pasterze najemi“ i reszta „celadzi11 jeszcze podziś dzień należą
u nas do familii, mimo że wcale krewnymi nie są ja k dawniej. Jestto za­
bytek dawnej „spólności“ słowiańskiej.
94) „Na śniadanie“: „ciepły zur mascony z chlebem abo ze zimniokami“, rzadziej „z pencokem“. W niektórych domach dają zamiast .zura“,
„mliko“. „Na łobiod“: „zocirke na mliku“ lub „na wodzie“, „zimnioki
mascone same abo z kapustom“ — „casami kluski lone abo prazuchy“.
„Na juzyne“: „mliko z chlebem“. „Na wiecerzo“: zur z pencokem abo
ze zmmiokami“. „Miso i rosół“ jadano w niedziele i święta. Do przysma­
ków należały: „pirogi“, „kasza jaglano“ „na mliku“ lub ze śliwkami“.
W zimie jadano : „korpiele“, marchew“, „rzepe“, „boroki“ ; w lede: „ga­
las“, „bób“, „groch“ i t. p.; , Mascono: spyrkom, sadłem i masłem1'. —
Podobne jedzenie mają niemieccy chłopi — i oni mają: „Sur“, „Sa­
ura“ i t. p.
95) „W stajni“ tak w „krówski“ jak i w „koński“ umieszczone jest
w tym celu niewielkie rusztowanie pod samą „powałą“, rodzaj „wyrka“



287

-

lub „kolosa“ — i tam znajduje się „legło“ dla 2 pasterzy, a względnie
„poganiacy“. Czasami śpią pasterze „pod gembami łu krów“ — na „jąślu“.
96) Na strychu.
91)
„Jiżbali — na Rusi „chałpa1'. Zwykle są 2 w jednym domu:
„jizba“ i „jizdebka“ — „piekarnia“ i „komnata“. „Jizdebka“ jest „lo go­
spodarza i gospodyni“ — „lo Tatunie i Mamuni“.
98) „Na przyeołku“, rzadziej , na bojisku“.
" ) „Wyrko“ = łóżko „lo pastyrza“ (niem.: Werk?).
10°) „Slabem“ = długi stół, a raczej łóżko „z wiekem“ : „Schlaf­
bank“ (Sch> ś ; porów.: sloga < Schlage, stok CNtockj“.
101) „Legło“ — miejsce do leżenia ze słomy albo ze siana: „lego­
wisko“ , „gniozdo“; porów.: niem.: Lager“.
102) „Piec pielcarszki“ tylko po większych gospodarstwach w używaniu,
Znajduje sie zwykle w „piekarni“ — obecnie wyrzucono go do sieni,
„piekarnię“ zamieniono na „kuchnię“, a w konsekwencyi „jizdebke“ na
„pokój“. Równocześnie prawie wyrzucono także „kwasiok i zur“ —■ „suk­
manę, kafton i pas kowany“ z domu, a na ich miejsce wprowadzono:
„boszcz — zupkę“ - , palito — surdut i sielki“ — „ciućpajs — knydle
transport“ — „mantel —• bluzę i hozny.
103) „Nolepa“ = nalepione z gliny ognisko, gdzie się „poluł login“
i gotowało „w gorkag jedzynie“. Jest ona starsza ‘°łod cygana“ — „pieca“
i „komina“. „Nalepa“, „sapka“, „radlo“, „kožuch“, „koszula“-. „JcosoJci“,
„cliałpa“, „hyz“ i t. p. są zabytkami starszymi jale „zur“, „syr“, , syrwotka“
„chléb“, „sukmana“, „pług“, „stodola“ i t. p. Wartoby się nadtem bliżej
zastanowić.
104) To co mówię о , Sierczy“, można dosłownie zastosować do
„Grabówek“, „Knyszkowic“, „Bogucic“, „Lednicy“, „Rożnowy“ i sąsie­
dnich wsi.
105) Dzieci niżej lat 6 zwykle same siedzą w domu — albo gonią
bezczynnie po wsi. Ojca niema w domu, bo ,,łu roboty“ lub w Ostrawie.
Matka w mieście — ale zajęta gotowaniem, sprzątaniem i t. p. Dzieci
nie wiele jej się boją, nie słuchają •— i w tak w пагорбі dzikim stanie
przepędzają pierwszy okres swego wieku dziecięcego.
loe) Sierczanie nie mają własnej szkółki, zastosowanej do ich potrzeb
wiejskich i to całe ich nieszczęście. Жа]ц. wprawdzie „Czytelnie św. Macieja“

— ale ta dopiero parę lat istnieje.
107) Czasami i dłużej, zwłaszcza, jeżeli powtarzają klasy.
io») yy sokole wymawiają się, że nie mają czasu uczyć się w domu
•— a w domu, że mają dużo zadane — że długo w szkole siedzieli i tp.
To też czas schodzi im na próżnowaniu — psotach studenckich i kłam­
stwie.
юз) p or5 W-; moj e rozprawki w „Głosie Polskim“ z r. 1888: „Dla­
czego oświata ludowa tak pomału naprzód postępuje?“ „Wady i zalety
ludu galicyjskiego“, nadto wszystkie korespondeneye „ze Śierczy“ w „Gło­
sie Narodu“ z r. 1896—1897.
110) Dotychczas Siercza wydała: 2 profesorów gimn., 8 nauczycieli
lud. i jednego księdza. — Dwaj inni księża rodem ze Sierczy pochodzą ze
20

A
i

U



288



dworu — i do Sierczy mało się przyznają. Czwarty ksiądz, obecnie pro­
boszcz, nawet jej się wypiera. Wierni Sierczy pozostali — i o niej tylko
marzą: pierwsi sześciu. Są to dawni „pasterze z przed 20 laty11.
m ) Dzisiaj na Sierczy rolnikami są tylko „baby“: baby sieją i orzą
•— baby okopują — baby zbierają z pola — baby robią koło bydła —
baby młócą. ! Chłopa w dzień trudno we wsi uświadczyć : 3/ 4 już o 5 rano
idzie do kopalni — a reszta „robi przy mularzach“ w Krakowie •—■ lub
wywędrowała do „Łostrawy“. Potrójny zatem wpływ udziela się Sierczanom. „Górnicy11 przynoszą różne nawyczki Wieliczan •— które jeszcze
najmniej są szkodliwe. „Mularze“ zato i „Łostrawiocy“ gwałtem nas „wy­
naradawiają. Zepsucie języka, obyczajów, moda i t. p. tylko przez nich
dostaje się do wsi. Tu samo dzieje się po innygh wsiach. Jestto czas przej­
ściowy z dawnego konserwatyzmu narodowego — do nagłego postępu ogólno
europejskiego.
l n ) „Przed 20 laty“ nie było ani jednego „mularza“ z zawodu —
tylko paru „górników“ i 2 „Łostrawioków“. Wszyscy „chłopi ‘ zostawali
we wsi i zajmowali się gospodarką i przemysłem domowym. „Baby“ pil­
nowały krów, gospodarstwa mlecznego i kuchni. Dziecko, ledwo się od
ziemi podniosło, już musiało rodzicom pomagać: uczyło się posłuszeństwa
b pracy — przytem zaraz nabierało doświadczenia. Piętnastoletni chłopak
sył zdolniejszy i rozsądniejszy —- bardziej rozwinięty ja k dzisiaj dwudzietoletni parobczak, czyli „facet“.
lri) „Prantyka“ = praktyka; ,.prantyką“ nazywają także „wróżbiar­
sko“ książkę, „sennik“, „Salomonowo Grłowe“ i t p.
114) Przy robocie koło. bydła, koni, świń, owiec, kóz — koło drobiu:
kur, kaczek, gęsi, „jindorów' 1 i t. p. ; przy zbieraniu trawy; przy żniwie,
plewieniu ; kąpaniu się i t. d.
115) Licząc pieniądze i plony polne.
11В)

„Wprzód pasterz zliczył gwiazdy, rolnik pozał ziemię
Niźli mędrzec oznaczył brył ognistych szlaki,
Słońce osadził, ziemi wytknął bieg trojaki“.
(Kajetan Koźmian).

117) Dawna „nauka wiejska“, odpowiadająca mniejwięcej dzisiejszej
„nauce szkoinej1, obejmowała 3 stopnie: I. naukę przygodną („przy bydle“ ,
w chwilach „wolnych od pasenio) w lede — II. naukę systematyczną
w zimie, zwykle przy pomocy osób umiejących dobrze czytać: „nauczy­
cieli lub nauczycielek wiejskich“ ; braci sióstr — a najczęściej matek
i ojców. Umieć czytać było ornbicyą każdego wieśniaka i każdej wieś­
niaczki — umieć pisać było zachcianką „bogoców“. To też czytać umieli
ptrawie wszyscy Sierczanie, a pisać tylko niektórzy. Porów.: moje „Listy
pouczające do Braci Włościan z "Wielickiego“ I. Buczacz, 1898. Pierwszy
stopień nauki nie miai właściwie żadnej nazwy. Mówiono tylko: „Jo sie
naucułem przy bydle łod Mikułki, a tamten łod Stańdecki“. Stopień drugi
nazywano „skołom zimowe;,“. Szkół zimowych w Sierczy było 2 a czasem
i więcej. Do otwarcia „szkoły zimowej“ nie potrzeba było żadnej koncesyi
jak dzisiaj do otwarcia jakiejkolwiek szkoły prywatnej. Potrzeba było

— 289 —

tylko umieć czytać i pisać i przyjąć najpierw jedno dziecko „na naukę1'.
Za tem jednem przybyło potem więcej i szkółka taka liczyła nieraz do 20
uczniów i uczennic w różnym wieku. Każde dziecko zapisane „na naukę
zimowo“ musiało mieć jakąś polską książkę do czytania — najczęściej :
„Grosówkę“. Na „Grosówce" tej poznawano najpierw „litery“, które.po­
tem składano w „sylaby“ — a te w „słowa“, czyli „ślabizowano“. Kto
potrafił dobrze „ślabizować“ na „Grosówce“ — zaczynał czytać na książce
do , modlinio“ Wyuczenie się czytania „Modlitew przy słuchaniu mszy
świętej'1, śpiewania pieśni“ było ostatecznym celem ucznia lub uczennicy
„szkoły zimowej“. Kto chciał nauczyć się pisać, to zaczynał naukę pisa­
nia po ukończonej nauce czytania. Lecz takich we wsi było niewielu.
Rachunków nie uczono wcale. „Za naukę płacono nauczycielowi lub nau­
czycielce 1 0 ct. na tydzień lub „zogon zimnioków za jednę zimę“. —
Na III. stopniu obejmowała nauka: czytanie „Żywotów“ Skargi, „Nmessera“,
„Rozmyślań o męce Pańskiej“ — wreszcie piśanie. Udzielał tej nauki
zwykle jaki wędrowny nauczyciel: student, zakonnik lub jaki wojskowy-a pozwalali sobie na nią tylko najbogatsi, którzy takiego ,,łuconego“ brali
do siebie i dawali mu całe utrzymanie. Ci wędrowni nauczyciele pocho ■
chili bardzo często z Niemiec, to też uczyli także po „niemiecku“. Byli
oni zarazem szerzy delami niemieckiej kultury : niemieckich rzemiosł, nie­
mieckiej kuchni, zujyczajów, pieśni, poclaii, „zabobonów“ i t. p., a jeżeli
uwzględnimy, ie ten napływ niemieckich nauczycieli — niemieckiej kultury
— nie tylko lokalny, ograniczony do Sierczy, ale rozciągał się na cały
lud zachodniej Polski i istniał od najdawniejszy eh czasów: ledwo zrozu­
miemy. dlaczego ten lud — aczkolwiek na wskroś polski — tak bardzo
nam Niemców pod każdym względem przypomina — i czemu tak wielce
oświatą swojej, różni się od ludów wschodniej Polski : Rusinów i Litwinów.
Chłopi, którzy nie umieli pisać po szkolnemu, posługiwali się , pismem
kréskowem“ albo „karbowem“, wyrzynanem na „wrotag łod stodoły“ , „na
bicysku“, „na dyślu“ i t. p. Stąd „karba“ oznaczała literę, a „karbowy“
pisarza; „karbować“ znaczyło tyle co „pisać“. „Karbować“ umiał każdy
chłop. , Karbowano“ zwykle liczby, nazwiska i ważniejsze zapiski gospo­
darskie. ,,Karby“ takie nieraz miały rozmaite kombinacye i podobne były
do germańskich „run ‘. Mój Ojciec np. do dziśdnia posługuje się w gospo­
darstwie , pismem karbowem“ czyli „karbami“ i znaczenie pojedynczych
„karb“ trzyma w wielkiej tajemnicy. Wobec tego wszystkiego, cośmy o szkol­
nictwie wiejskiem przed zaprowadzeniem przymusu szkolnego powiedzieli,
zarzucanie Sierczanom i wogóle ludowi naszemu „braku wszelkie oświaty“
jest dowodem wielkiej nieznajomości tego ludu i jego życia ze strony nie­
których jednostek w kraju.
Ludwik Młynek.

— 290 —

W artykule „Przypowiastka w swej wędrówce“, umieściła autorka
p. Zofia Grynbergowa w „Ludzie" tom II, str. 22—-30, ustęp nastę­
pujący, (str. 26—27).
„Pokazano mi książeczkę hebrajską p. t. llagada, co ma znaczyć
opoiviesci. Obok tekstu hebrajskiego był przekład niemiecki, więc
z niego przekonać się mogłam, że w treści (Przypowiastka- o baranku)
nic prawie nie różni się przypowieść hebrajska od polskiego układu.
Lecz gdy mi powiedziano, że powiastki z tej Hagady są religijne
prawie, że je zwykle głowa rodziny obowiązkowo opowiada dzieciom
w dniach świąt wielkanocnych, zdumiałam się naprawdę. Bo jeśl
przypowieść ta jest religijno-obrzędową, więc nie mogli żydzi wziąć
jej od chrześcian, Niemców lub Polaków. A że chrześcianie nie wzięli
jej z hebrajskiej książki, to także nie ulegało wątpliwości. Więc kto
od kogo i kiedy wziął tę pow iastkę?“.
Powyższa słuszna uwaga p. Grynbergowej zaciekawiła mię, jak
również i sama treść Hagady. Bo jeżeli „powiastki z tej H agady“
mieściły między sobą tyle ciekawą przypowiastkę o baranku, mogły
tam być oprócz niej również ciekawe i inne. Należało się zatem roz­
glądnąć w Hagadzie, jakie zawiera materyały ludoznawcze.
W ierni przykazaniu Mojżesza, który polecił żydom obchodzić
corocznie każdego 14 Nisan po południu święto paschy, czyli pa­
miątkę przeprawienia się przez Czerwone morze, urządzają wieczo­
rem tego dnia religijną ucztę w kole rodzinnem lub w kole ściślej­
szych przyjaciół, na której spożywają mięso, mace, rośliny gorzkie,
jak pietiuszkę, rzodkiew lub t p. i piją wino, a przy tem odmawiają
modlitwy, rozpamiętywają wyjście z Egiptu i przejście przez Czerwone
morze, wreszcie pouczają dzieci o tym wypadku z historyi swego n a­
rodu, tłómacząc znaczenie odnośnych ustępów z ksiąg Mojżesza i po­
dając wyjaśnienia uczonych rabinów.
Książeczka zawierająca cały rytuał modłów przy ( j wieczerzy,
opisująca jak tę wieczerzę urządzać i jak spożywać należy, podająca
odnośne wyjątki z ksiąg Mojżesza, to z pism uczonych żydowskich,
nazywa się Hagada. Oprócz ustępów z biblii traktujących o przejściu
żydów przez Morze czerwone, tłumaczenia tych ustępów i modlitw,
nie ma w Hagadzie żadnych opowiadań innych. Obejmuje ona cztery
arkusze druku w ósemce i liczy mnóstwo wydań nawet z rycinami.
Dopiero na samym końcu Hagady znajdują się dwa ustępy nie
związane ściśle z dziejami wyjścia Izraelitów z Egiptu i jak twierdzą
uczeni żydowsey, będące dodatkami najnowszych czasów. Osta-

— 291 —

tnią jest przypowiastka o baranku, którą p, Grynbergowa podała
w „Ludzie“.
Tutaj przytoczę ciekawą odmiankę tej przypowiastki o baranku,
zapisaną pod W ieliczką z ust ludu. Je st to widocznie urywek, któ­
rego końca nie umiał mi nikt dopowiedzieć. A brzmi tak:
Stworzuł Pon Bóg koze,
Zeby gruski trzęsła.
Koza nie kce grusek trząsać,
Gruski nie kcą lecieć.
Stworzuł Pon Bóg piesa,
Zeby koze kąsać.
I pies nie kce kozy kąsać,
Koza nie kce grusek trząsać,
Gruski nie kcą lecieć.
Stworzuł Pen Bóg kija,
Zeby piesa wybić.
I kij nie kce piesa wybić,
pies nie kce kozy kąsać,
Koza nie kce grusek trząsać,
Gruski nie kcą lecieć.
Stworzuł Pon Bóg ogień,
Zeby kija spolié.
Ogień nie kce kija spolić,
I kij nie kce piesa wybić,
I pies nie kce kozy kąsać
(dalej, jak wyżej).
Stworzuł Pon Bóg wode,
Zeby ogień zaloć.
Woda nie kce ogień zaloć,
Ogień nie kce kija spolić,
I kij nie kce piesa wybić,
(dalej, jak wyżej).
Stworzuł Pon Bóg woła,
Zeby wode wypić.
I wół nie kce wody wypić,
Woda nie kce ogień zaloć,
Ogień nie kce kija spolić,
I kij nie kce piesa wybić,
I pies nie kce kozy kąsać,
Koza nie kce grusek trząsać,
Gruski nie kcą lecieć.

— 292 —

Dla porównania należy jeszcze przytoczyć tę bajkę w języku
niemieckim, którą wyjmuję z Hagady drukowanej w Berlinie 1895 r.
Ein Zickelein, ein Zickelein,
das Lat gekauft der Yater mein
um zwei Pfennig.
Ein Zickelein, ein Zickelein,
Da kam die Katze und frass das Zickelein,
das Latte gekauft der Vater mein
um zwei Pfennig.
Ein Zickelein, ein Zickelein.
Da kam der Hund und biss die Katze,
die gefressen das Zickelein,
das Latte gekauft der Yater mein
um zwei Pfennig.
Ein Zickelein, ein Zickelein.
Da kam der Stock und scLlug den Hund,
der gebissen die Katze,
die gefressen das Zickelein,
das hatte gekauft.....
(i t. d., jak wyżej).
Da kam das Fauer und verbrannte den Stock,
der geschlagen den Hund,
der gebissen die Katze,
die gefressen.....
(i t. d., jak wyżej).
Da kam das Wasser und löschte das Feuer,
das verbrannt den Stock,
der geschlagen den Hund,
der gebissen.....
(i t. d., jak wyżej).
Da kam der Ochse und trank das Wasser,
das gelöscht das Feuer,
das verbrannt den Stock,
der geschlagen ,...
(i t. d., jak wyżej).
Da kam der Schlächter und schlachtete den Ochsen,
der getrunken das Wasser,
das gelöscht das Feuer,
das verbrannt.....
(i t. d., jak wyżej).

— 293 —

Da kam der Todesengel und schlachtete den Schlächter,
der geschlachtet ten Ochsen,
der getrunken das Wasser,
das gelöscht......
(i t. d., jak wyżej).
Da kam der Heilige, gelobt sei Er,
und schlachtete den Todesengel,
der geschlachtet den Schlächter,
der geschlachtet den Ochsen,
der getrunken das Wasser,
das gelöscht das Feuer,
das verbrannt den Stock,
der geschlagen den Hund,
der gebissen die Katze,
die gefressen das Zickelein,
das hatte gekauft der Yater mein
um zwei Pfennig.
Ein Zickeleiu, ein Zickelein.
To jest ostatni ustęp z Hagady.
Nie mniej ciekawym jest ustęp przedostatni, który podaję ponižej;
gdyż znalazłem go także w ustach ludu polskiego. Ustęp ten w tekście
hebrajskim brzmi, jak następuje:
1. Echod mi jaudea? Echod ani jaudea,
Echod Elauhenu szebaszomaiim uwoorec,
2. Sznaiim mi jaudea? Sznaiim aui jaudea,
Sznei Luchaus Habrys,
Echod Elauhenu szehaszomaiim uwoorec.
3. Szlauszo mi jaudea? Szlauszo ani jaudea,
Szlauszo Owaus, —
Sznei Luchaus Habrys,
Echid Elauhenu .
(i t. d., jak wyżej).
4. Arba mi jaudea? Arba ani jaudea,
Arba Imohaus, —
Szlauszo Owaus,
Sznei Luchaus Habrys ...
(i t. d., jak wyżej).
5. Chamiszo mi jaudea? Ohamiszo ani jaudea,
Chamiszo Chumszei Tora, —

— 2 94 -

Arba Imohaus,
Szlauszo Owaus.....
( i t. d., jak wyżej).
6.

Szyszo mi jandea? Szyszo ani jaudea,
Szyszo Sydrei Miszno, —
Chamiszo Chumszei Tora,
Arba Imohaus.....
(i t. d., jak wyżej).

7. Siwoh mi jaudea? Siwoh ani jaudea,
Siwoh jemei Szabbato, —
Szyszo Sydrei Miszno, —
Chamiszo Chamszei.....
fi t. d., jak wyżej).
8 . Szmauna

mi jaudea? Szmauna ani jaudea,
Szmauna jemei Müloh, —
Siwoh jemei Szabbato,
Szyszo Sydrei Miszno....
(i t. d., jak wyżej).

9. Tiszoh mi jaudea? Tiszoh ani jaudea,
Tiszoh jarchei Leidoh, —
Szmauna jemei Müloh,
Siwoh jemei....
(i t. d„ jak wyżej).
10. Asoroh mi jaudea? Asoroh ani jaudea,
Asoroh Dybrajo, —
Tiszoh jarchei Leidoh,
Szmauna jemei......
(i t. d., jak wyżej).
11. Achod osor mi jaudea? Aehod osor ani jaudea,
Achod osor Kauchwajo, —
Asoroh Dybrajo,
Tiszoh jarchei......
(i t. d. jak wyżej).
12. Szneim osor mi jaudea? Szneim osor ani jaudea,
Szneim osor Siwtajo, —
Achod osor Kauchwajo,
Asoroh Dybrajo....
(i t! d., jak wyżej).

— 295 —

13. Szlauszo osor mi jaudea? Szlauso osor ani jaudea,
Szlauszo osor Midajo, —
Szneim osor Siwtajo,
Achod osor Kauchwajo,
Asoroh Dybrajo,
Tiszoh jarchei Leidoh,
Szmauna jemei Müloh,
Siwoh jemei Szabbato,
Szyszo Sydrei Miszno,
Chamiszo Ohumszei Tora,
Arba Imohaus,
Szlauszo Owaus,
Sznei Luchaus Habrys
Echod Elauchenu szebaszomaim uwooree.
Po niemiecku toż samo według Hagady :
1. Eins, wer weiss es? Eins, ich weiss es,
Eins ist unser Gott im Himmel und auf Erden.
2. Zwei, wer weiss es ? Zwei, ich weiss es,
Zwei sind des Bundes Tafeln,
Eins ist unser Gott im Himmel und auf Erden.
3. Drei, wer weis es? Drei, ich weiss es,
Drei sind die Väter,
Zwei sind des Bundes Tafeln,
Eins ist unser Gott .
(i t. d., jak wyżej).
4. Vier, wer weiss es? Vier, ich weiss es,
Vier sind die Mütter,
Drei sind die Väter,
Zwei sind des Bundes.......
(i t. d., jak wyżej).
5. Fünf, wer weiss es? Fünf, ich weiss es
Fünf sind der Thora Bücher,
Vier sind die Mütter,
Drei sind die.....
(i t. d., jak wyżej).
6.

Sechs, wer weiss es? Sechs, ich weiss es,.
Sechs sind der Mischna Ordnungen,
Fünf sind der Thora Bücher,
Vier sind......
(i t. d., jak wyżej).

— 296 —

?. Sieben, wer weiss es? Sieben, ich weiss es.
Sieben sind der Woche Tage,
Sechs sind der M'ischna Ordnungen,
Fünf sind der.....
(i t. d., jak wyżej).
8.

Acht, wer weiss es ? Acht, ich weiss es,
Acht sind der Beschneidung Tage,
Sieben sind der Woche Tage,
Sechs sind der......
(i t. d., jak wyżej).

9. Neun, wer weiss es? Neun, ich weiss es,
Neun sind der Schwangerschaft Monate,
Acht sind der Beschneidung Tage,
Sieben sind der......
(i t. d., jak wyżej).
10. Zehn, wèr weis es? Zehn, ich weiss es,
Zehn sind die Gottes-Gebote,
Nenn sind der Schwangerschaft Monate,
Acht sind der.....
(i t. d., jak wyżej).
11. Elf, wer weiss es? Elf, ich weiss es,
Elf sind die Sterne (które Józef widział we śnie)
Zehn sind die Gottes-Gebote,
Neun sind der.....
(i t. d., jak wyżej).
12. Zwölf, wer weiss es? Zwölf, ich weiss es,
Zwölf sind die Stämme,
Elf sind die Sterne,
Zehn sind die....
(i t. d., jak wyżej).
13. Dreizehn, wer weiss es? Dreizehn, ich weiss es,
Dreizehn sind Gottes Eigenschaften,
Zwölf sind die Stämme,
Elf sind die Sterne,
Zehn sind die Gottes-Gebote,
Neun sind der Schwangerschaft Monate,
Acht sind der Beschneidung Tage,
Sieben sind der Woche Tage,
Sechs sind der Mischna Ordnungen,
Fünf sind der Thora Bücher,
Yier sind die Mütter,
Drei sind die Väter,
Zwei sind des Bundes Tafeln,
Eins ist unser Gott im Himmel und auf Erden.

— 297 —

Otóż w parafii Mogilany pod Krakowem, spisałem po polsku
owo „Echod mi jaudea“. Odmawiają je tam wszyscy parafianie przy
pacierzu każdego wieczoru. Matki uczą dzieci i każdy musi tam
umieć płynnie wypowiedzieć ten dodatek do modlitwy, a to dlatego,
bo gdyby kiedy przed północą przyszedł po człowieka djabeł, albo
strzygoft i zadawał mu pytania owe, trzeba na nie płynnie odpo­
wiadać, — a temu djabeł. urwie głowę, kto zapomni odpowiedzieć
chociażby na jedno z trzynastu pytań.
Naturalnie, że tekst polski różni się od tekstu hebrajskiego
w tych punktach, gdzie się różni religia katolicka od izraelickiej. Nie
osłabia to jednak pewności, że obydwa teksty są sobie pokrewne i źe
jeden musiał pochodzić od drugiego — ja przypuszczać się ośmielę,
źe tekst żydowski jest pierwotny i że dopiero przez teologów polskich
w wiekach średnich został naśladowany.
W ustach ludu mogilańskiego brzmi on jak następuje:
1. A ty żaczku ucony,
Coś był w skole ćwicony,
Powiedz, co jest jeden?
Jeden Syn Maryi,
Co w niebie króluje,
A na ziemi panuje.
2. A ty żacku ucony,
Coś był w skole ćwicony,
Powiedz, co jest dwa ?
Dwie tablice Mojżesowe, jeden Syn Maryi,
Co w niebie króluje,
A na ziemi panuje.
3. A ty żacku.... i t. d.... co jest trzy?
Trzech patryarchów, dwie tablice Mojżesowe,
Jeden Syn Maryi....
(i t. d., jak wyżej).
4. A ty żacku.,.. i t. d
co jest śtyry ?
Śtyry listy wanielisty (ewangelistów),
Trzech patryarchów, dwie tablice....
(i t. d„ jak wyżej).
5. A ty żacku
i t. d.... co jest pięć?
Pięć ran cierpioł Pon,
Śtyry listy wanielisty,
Trzech patryarchów.. .
(i t. d., jak wyżej).

— 298
6.



A ty żacku..,. i t. d.... co jest sześć?
Sześć grają n; leliją (?) przed Najświętsą, Maryją,,
Pięć ran cierpioł Pou,
Śtyry listy....
(i t. d., jak wyżej).

7. A ty żaeku.... i t. d
co jest siedem ?
Siedem świętych Sakramentów,
Sześć grają w leliją przed Najświętsą Maryją,
Pięć ran......
(i t. d., jak wyżej).
8. A

ty żacku,... i t. d.... co jest osiem?
Osiem świętych miłości,
Siedem świętych Sakramentów,
Sześć grają w leliją....
(i t. d., jak wyżej).
' ?

9. A ty żacku.... i t. d
co jest dziewięć
Dziewięć chórów anielskich,
Osiem świętych miłości,
Siedem świętych....
(i t. d., jak wyżej).
10. A ty żaeku... i t. d.... co jest dziesięć?
Dziesięć przykozań boskich,
Dziewięć chórów anielskich
Osiem świętych.. .
(i t. d., jak wyżej).
11. A ty żacku.... i t. d.... co jest jedynoście?
Jedynoście proroków,
Dziesięć przykozań boskich,
Dziewięć chórów....
(i t. d., jak wyżej).
12. A ty żacku.... i t. d.,.. co jest dwanoście?
Dwanoście apostołów,
Jedynoście proroków,
Dziesięć przykozań....
(i t. d., jak wyżej).
13. A ty żacku ucony,
Coś był w skole ćwicony,
Powiedz, co jest trzynoście ?
Przynoście, kogut zapioł,
Djobuł się w smołę uozloł,

— 299 —

Dwanośeie apostołów,
Jedynoście proroków,
Dziesięć przykozau boskich.
Dziewięć chórów anielskich,
Osiem świętych miłości,
Siedem świętych Sakramentów,
Sześć grają, w leliją, przed Najświętsą Maryją,
Pięć ran cierpioł Pon,
Šty ry listy wanielisty,
Trzech patryjarchów,
Dwie tablice Mojżesowe,
Jeden Syn Maryi, co w niebie króluje,
A na ziemi panuje.
Czy i w innych okolicach znanem jest to wyznanie wiary, nie
wiem. Byłoby jednakże bardzo ciekawem zbadać to, a mam nadzieję,
źe Szanowna Redakcya „Ludu“ nie odmówi miejsca w swem piśmie
na pomieszczenie wszelkich dalszych przyczynków do omawianej tu
kwesty i.
Seweryn Udziela.

Bajka o ciekawej babie.
Żył raz sobie bogaty chłop. Miał on piękne gospodarstwo, konie
woły, świnie, owce, dużo pola i łąk. Jak zwyczajnie w takiem gospo­
darstwie nie mógł wszystkiemu podołać, musiał więc trzymać czela dź
a w leeie najmował nawet robotników do pomocy. Lubili u niego lu­
dzie robić, gdyż gospodarz był ludzki i wyrozumiały, a znał się on
na rzeczach, bo ludziom oprócz płacy nie żałował strawy i wódki.
Miał on młodą żonę, kochał ją bardzo, nie bił jej nigdy, nawet palca
na nią nie zakrzywił, bo był dobry — ale to właśnie było źle. Co to
warta baba nie bita? Ma ona wtenczas człowieka za nic. Jeśli więc
chcecie, by was baby kochały, obijcie ją dobrze, choć raz na rok,
wtenczas będą was szanować i kochać. Otóż baba owego gospodarza
często brykała i jeszcze mówiła przed ludźmi: ,,Mój mąż to taki rura,
źe niema podobnego na świecie, gdzie go posadzisz, tam siedzi, żeby
się choć kiedy pokłócił ze mną, choćby nawet i wybił, a to nie, ot
taki to człowiek jak fajka za grejcar. Donosili to usłużni sąsiedzi gos­
podarzowi, lecz on by nikomu wody nie zamącił, więc tylko się uśmie­
chał i swoje robił.

— 300 —

Raz, a było to z początkiem lata w same sianokosy, wynajął
sobie kosarzy do koszenia łąki. Z rana sam z nimi kosił, aby dać ze
siebie przykład i mieć dozór nad najmytami, bo wiedział o tem, źe
jak nie dołożysz okiem, to dołożysz workiem. Gdy już było blizko po­
łudnia, poszedł do domu, aby przynieść żeńcom co jeść; wziął więc
z domu bochen cbleba, narwał w ogrodzie cebuli, do korobki nabrał
soli i o flaszce nie zapomniał. W drodze wstąpił do karczmy, wziął
wódki, bo nie wypadało przyjść do robotników z gołemi rękami. Już
dochodził do swych robotników, lecz spostrzegł, że ci zbiegli w je­
dno miejsce i zaczęli krzyczeć: „W ąż! wąż! zabij! zabij! przyczem
podnieśli kosy do góry. Pospieszył i gospodarz w tę stronę, zobaczył
naprawdę węża, lecz nie dał go zabić i mówi: „Dajcie mu pokój,
niech sobie idzie, nic on nikomu złego nie zrobił, na cóż go zabijać“ .
A było to całe gniazdo, wąż ze swemi dziećmi. Zabrał się on tedy
z całą swoją rodziną i poszedł w inną stronę.
Po obiedzie zabrał gospodarz garnki i flaszkę i wracał do domu.
Gdy już był z daleka od ludzi na połowie drogi, na ścieżce zastąpił
go tensam wąż, zwinął się w kłębek i podniósł łeb do góry. Chłop
chciał go obejść, ale wąż rzekł do niego: „Stój1'! Zdziwiony gospo­
darz stanął, a wąż mówi : „Przed chwilą uratowałeś życie mnie i moim
dzieciom, chcę ci się za to odwdzięczyć, żądaj odemnie, co ci się ży­
wnie*) podoba, a dam ci“. ,,I cóż ty nędzny płazie dać mi możesz?“ za­
pytał gospodarz. „Ho, ho, ho, jak zechcesz, dam ci taką moc, że
wszystkie skarby będą przed tobą otwarte, albo dam ci długie życie,
albo dam ci taką władzę, że w każdej chwili będziesz wiedział, co
twoja żona robi lub myśli o tobie, albo będziesz rozumiał, co zw ie­
rzęta mówią“. Chłop nato: „Skarbów mi nie trza, bo mam z czego
żyć — długie życie w rękach Pana Boga, — myśli mojej żony nie
potrzeba mi, ja wiem, źe ona głupia, ale chciałbym wiedzieć, co
zwierzęta mówią ze sobą“. „A więc dobrze, daję ci tę władzę, ale
musisz się ze mną pocałować“. Chłop z początku bał się, ale wąż
zapewnił go, że mu nic złego nie zrobi, bo jest jego przyjacielem,
przystał nato. Wąż szybko uwinął mu się koło szyi i nim się chłop
połapał, już go wąż w same usta pocałował. Dopiero chłopa porwały
dreszcze ze strachu. Wąż tymczasem zesunął się w trawę i zawo­
ła ł: „Będziesz teraz wszystko rozumiał, lecz ostrzegam cię, byś n i­
komu o tem nie mówił, od kogo dostałeś tę władzę, bo gdybyś tylko
komu o tern słówko pisnął, natychmiast umrzesz“.

:f:) Żywnie, znaczy tyle co „tylko".



301

' Idzie chłop, już dochodzi do swej zagrody, patrzy, a tu u niego
w sadzie na czereśni całe stado wróbli — a wrzeszczą „ćw ir, ćwir,
ćwir, czer, czer!“ Stanął gospodarz i słucha, a wróble mówią: „Patrz,
patrz, idzie nasz pan gospodarz, a dobry to człowiek, nie spędza nas
z czereśni, nie straszy nas, nie łapie nas, a my mu szkodę robimy.
Hejże bracia lećmy na czereśnie do sąsiada, tamten to niedobry,
łapie nas, smarzy nas, a dzieciskom daje, hurra na jego czereśnie“.
I wszystkie wróble hurmem poleciały do sąsiada. Gospodarz zaśmiał
się i pomyślał: ,,Jak to dobrego człowieka nawet ptaszki znają“.
Dochodzi do wrót a tu pies z radością wybiega i: „Hau, hau,
witaj mi mój najmilszy gospodarzu, hau, hau, stęskniłem się za tobą,
hau, hau, nikogo nie kocham tak jak ciebie, hau hau ! “
Gospodarz go pogłaskał i wszedł na podwórze, a tu kury gda­
czą: T urururu-ru kodkodak“ a kogut rozgniewany na kury krzyknął:
„Ko! kokoko!“ A kury tak mówiły: „P atrz! oto idzie, idzie, żeby
choć kiedy ziarna dał, a ma tak dużo, nie ma to jak nasza poczciwa
gospodynią, ona tylko o nas pamięta“ . A kogut nato: „Cicho być,
to nasz pan, gdyby nie on, pozdychałybyście z głodu razem ze swoją
gospodynią, a więc cicho s z a .“
Gospodarz poszedł do komory, ukroił psu kawałek chleba, n a ­
brał do kapelusza najlepszych krup i rzucił kurom. „Kokoko, kokoko !“
wykrzykiwał kogut i dreptał nogami, co znaczyło : „Widzicie, widzi­
cie, gospodyni daje plewy, a gospodarz ziarno, kto lepszy ? kto lepszy“ ?
Wieczorem tego samego dnia, gdy przyszło bydło z pola, przy­
słuchiwał się gospodarz ich rozmowie. Wół, co cały dzień pługiem
orał w polu, usiadł zmęczony w oborze na słomie i drzemał, zwie­
siwszy głowę. Filut cap, co cały dzień boży figlował tylko z kozami
lu b wysypiał na pastwisku, podszedł z tyłu i kopnął go nogą, a wół
na to: „Muu!“ a kozieł ,,Bee¡“ Słucha gospodarz, że wół mówi:
„Ej dał byś sobie spokój, ja cały dzień napracowałem się w polu,
jestem kontent, iż mam trochę spoczynku, bo jutro znowu muszę
z pługiem w pole.“ „E t głupiś, mnieby się tam chciało pracować,“
mówi kozieł. „A cóżbyś na to poradził?“ pyta wół. ,,Et wiesz co;
jutro rano wywal język, wytrzeszcz oczy, naciągnij nogi, gospodarz
będzie myślał, żeś ty chory, zlęknie się i da ci spokój“, nauczał go
kozieł. „Uhm“ mruknął gospodarz i poszedł do izby.
Drugiego dnia jeszcze przed wschodem słońca, wpadł parobek
do izby i woła przestraszony : „Panie gospodarzu, wół zdycha!“ „Nic
mu nie będzie“ , mówi gospodarz, „zostaw woła, a zaprząż capa do
pługa, a nie żałuj mu tam pręta, ale go nie zabij“. Usłuchał parobek,

»

_

802 —

zaprzągł capa i pojechał w pole. Zdziwiony cap, nie wiedząc, co się
stalo, z początku zaczął skakać i nie chciał w pole jechać, lecz gdy
poczuł pręt, musiał nieboraczysko w pole jechać. Na polu jednak, ani
usz pługa uciągnąć, lecz gdy dostał z pięćdziesiąt prętów, do połu­
dnia jedną skibę wyorał. Na obiad puścił go parobek na pastwisko
między kozy, lecz on czemprędzej pobiegł do wsi do obory i już de­
likatnie nóżką go poskrobał i zaczął prosić płaczliwym głosem : ,,W stań
mój przyjacielu, idź do roboty, bo mnie tu na śm ierć ubiją“ . „Aha“
rzekł dobroduszny wół i wyzdrowiał.
Dalej przysłuchiwał się gospodarz, jak kotka uczyła swoje dzieci
owić myszy i ptaszki, jak gospodyni ze dzbanka łapką śmietankę
wyjeść i t. p.
Około południa wracał gospodarz z pola do domu, droga wiodła
blizko rzeki, obok rzeki było bagno i wielkie błoto. Tam siedziała
Świnia i ciągle coś chrusikała :
„Chruń, chruń, chruń“. Ciekawy gospodarz zatrzymał się i słu­
cha, z kim ona to tak rozmawia i zobaczył rybkę, co ze świnią kłó­
ciła się. Rybka śliczna i gładka wywijała się w wodzie jak wrzeciono,
a zobaczywszy świnię w błocie powalaną, rzekła: „A ty Świnio !
Popatrz, jaka ja ładna śliczna panna“. Ale świnią popatrzyła na n;ą
z ukosa i mówi: „Ty gorsza Świnia odemnie“. „Dlaczego ?“ pyU,
a świnią nato: „Bo jak mnie ludzie jedzą, to palce oblizują, a ciebie
jak jedzą, to ciągle spluwają pfuj! pfuj! pfuj!“.
Jednakże gospodynią zaczęła coś miarkować, iż mężowi coś
jest. Taki zamyślony, chodzi tylko po oborach, stajniach, po polu i po
lesie, ciągle coś słucha, może on nie samowity?. Pyta go tedy:
„Mój Macieju, (gospodarz Maciej się nazywał), co ci jest?“ „Et nic“,
mówi chłop i ręką machnął, niby chciał powiedzieć: „Co ci durna
babo do tego“. Ale baba nie ustąpiła i mówi: „Mój kochany, powiedz
mi, co ci brakuje, wiesz, że cię kocham nad życie, a ty mnie nie chcesz
się zwierzyć“. „Ta jabym ci powiedział, ale gdybym tylko słówko
o tem pisnął, musiałbym umrzeć“ , mówi chłop. To tern bardziej za­
ciekawiło babę, lecz na razie zmilczała, chodziła tylko jak struta,
a tak ją coś piekło, że na miejscu usiedzieć nie mogła, koniecznie
chciała, by jej mąż powiedział, co wie. Powiadają, że gdzie dyabeł
nie może, tam pośle starą babę, ale gospodynią była młoda i ładnRj
a obleśna, a taka najgorsza. —• Wiecie, co zrobiła ? Posłała do kar­
czmy po kwartę dobrej wódki, narobiła pierogów z samym serem,
upiekła kiełbasę i usmarzyła jajecznicy pełną miskę. Dała to wszy­
stko mężowi na wieczerzę i sama jadła i piła koło niego, a potem
obłapiła go rękami i całowała. Gdy sobie już chłop podpił i był już

— 303 —

w dobrym humorze, mówi mu żona: „Wiesz co mój mężu, raz kozie
śmierć, prędzej czy później to wszystko jedno, a takbym rada z tobą
razem umrzeć, ale powiedz, co wiesz“. Chłop miał już dobrze
w czubie, więc mówi. „A. już powiem, tylko przynieś kilka okłodków
słomy do chaty, żeby mi było łatwiej skonać“. (Na słomie lepiej się
um iera, niżli na pierzynie). Baba zaraz podskoczyła i już za drzwiami
prosto do stodoły po słomę pospieszyła.
Chłop tymczasem jadł kiełbasę i po kawałku rzucał psu pod
stół. Pies leżał pod stołem i był bardzo smutny, głowę zwiesił, nawet
kiełbasa mu nie smakowała. Po izbie chodził kogut, podniósł głowę
do góry i na gospodarza z politowaniem patrzał, potem przystąpił do
psa i dzióbnął go w ogon, a pies: „W errr“ a kogut: „Ko, ko, ko, ko,
ko“. „Co one tam m ów ią?“ nadstawił gospodarz uszy. Pies zaś mó­
wił tak: „Czekaj, czekaj, nie długo będziesz tak brykał, jak nasz go­
spodarz umrze, rychło ciebie gospodynią na sądny dzień żydom
sprzeda“. A na to kogut: „Ej miałbym się czem turbować, co jutro
będzie, ja tylko teraz widzę, że nasz gospodarz głupi“ . „Głupi mó­
wisz“ warknął pies ,,a to dlaczego?“. „A głupi, patrz ja mam siedm
żon, a wszystkim dam radę, on ma tylko jedną, a rady sobie dać
nie może“, mówił kogut. „I tybyś takiej babie rady nie dał“, rzekj
pies. ,,Ja ? jabym jej kazał teraz przynieść jeszcze sznur od studni,
dobrze go namoczył, potem kazałbym się babie rozebrać, a takie
bym jej sprawił smarowanie, żeby jej się odechciało tajemnic“, m ó­
wił rozgniewany kogut.
Na to weszła baba ze słomą. „Przynieś no jeszcze sznur od
studni, a namocz“, powiedział chłop. Baba zaraz przyniosła. „Teraz
rozbierz się“. Baba nie spodziewając się niczego, czemprędzej się
rozebrała. Chłop tymczasem drzwi zahaczył, złożył sznur we czworoi
ej ! jak skropi babę ! Baba w krzyk, ale chłop na to nie pyta, bije
a bije, co się wlezie. Tymczasem w kącie siedziała kwoka na ja ­
jach. Ja k każdemu wiadomo, gospodynią kwoce schlebia, aby nie
złaziła z przetaka i nie zaziębiła j a j , sam a przynosi jej ziarno i wo­
dę. Kurka zaś myśli, że ona w większych łaskach u swojej gospo­
dyni, niżeli inne kury. Kwoka więc zobaczywszy, iż gospodarz bije
gospodynię, jak nie wrzaśnie na koguta: „Ty złodzieju, to wszystko
przez ciebie, to ty namówił gospodarza, żeby on bił gospodynię“.
Kogut kwoki nie lubiał i tylko jednem okiem na nią spoglądał, chciał
jej więc coś powiedzieć, a gospodarz w tej chwili sznurem po kwoce
przez plecy: „Kodkodok“ wrzaśnie kurka a kogut: „Kokoko, kokoko ;
to znaczy: „G w ałtu“ ! „A dobrze ci tak, a dobrze ci tak“, śmiał się
21

— 304 —

kogut i dreptał nogami. Chłop otworzył drzwi, a baba tak całkiem
goła aż na ulicę wybiegła i krzyczała: , Gwałtu", a kwoka za nią.
W chacie został chłop, pies i kogut.
*

*

*

Lud wierzy w to święcie, że zwierzęta ze sobą rozmawiają
i krytykują, lub pochwalają czynności swego gospodarza. Mówią n. p.
wieśniacy, że psy przeczują nieszczęście w domu, taksamo i konie.
Jeśli w rodzinie jest smutek, udziela się to i zwierzętom Mówił mi
jeden wieśniak, że gdy konia sprzedawał, on drżał ze strachu i płakał
ze żalu, chłop go więc nie sprzedał Jeśli ma być we wsi ogień,
psy wyją i patrzą w pewuą stronę. W tej stronie wybuchnie pożar,
jak powiadają. Gdy Tatarzy napadali niegdyś na nasze ziemie, kruki
i wrcny przeczuwając żer, leciały przed nimi. Dlatego to kruki i wrony
dotychczas mają zwiastować nieszczęście. Psy zaś mając zmysły de­
likatniejsze i wrażliwsze, niż ludzie, niepokój swój zwiastowały wy­
ciem, a najbardziej tedy, gdy spostrzegły łunę od pożaru. Wszak
psy i teraz wyją, gdy zobaczą w nocy pożar, lub wschodzący księżyc
i wpatrują się w jasności. Stąd poszło, że teraz chłopi obserwują
wyjącego psa, w którą stronę ma oczy zwrócone.
Powiadają także, jeśli kto chce słyszeć mowę zwierząt, niech
w wigilię Bożego Narodzenia pójdzie o samej północy do stajni i tam
ich rozmowę usłyszy. Ezecz to jednak bardzo niebezpieczna, bo taka
ciekawość sprowadza natychmiastową śm urć. Na dowód czego opo­
wiadają takie zdarzenie:
Pewien gospodarz chcąc się przekouaé, czy woły jego naprawdę
ze sobą rozmawiają, poszedł w wigilię Bożego Narodzenia o połnocy
do obory i wylazł na strych. Wtem jeden wół mówi: „Chrystus się
narodził" ,,A tak“, rzecze drugi „lecz nawet jutro w dzień tak święty
będziemy musieli pracować“. ,,A to dlaczego?" pyta pierwszy wół.
„Czemu pytasz? wszak nasz gospodarz za chwilę umrze, a jutro
musimy go zawieść na cm entarz“. Zeszedł gospodarz ze strychu, po­
żegnał się ze żoną i dziećmi i za chwilę umarł. Woły zaś powiozły
zwłoki jego na cmentarz.

— 8 05 —

Bajeczka o pastuszku.
Pewien pastuszek bawił u pani dziecko. Wieczorem dała pani
pastuszkowi dzbanuszek pełny mleka. Pastuszek nie był głodny, wy­
brał się więc nazajutrz rano, jeszcze przed wschodem słońca, do poblizkiego miasteczka, aby mleko sprzedać, a za te pieniądze kupić
sobie to, co mu się będzie podobało W prawdzie do miasteczka nie
było daleko, ale pastuszek był maleńki, więc nogi go bolały. Jakoś
w połowie drogi leżał nad rowem kamień. Zmęczony pastuszek
usiadł na nim, dzbanuszek postawił koło nogi, oparł sobie łokieć na
kolanie, a głowę wsparł na ręku i zaczął dum ać:
„H m ? Coby ja sobie za to mleko kupił? A ha! Dostanę za mleko
cztery dutki ( 8 kr.). Za to kupię sobie podkładków (jaja, które dają
kurze do wylęgania piskląt) i podłożę pod maminą kwokę. Kwoka
wywiedzie kurczęta, będę je karmił, aż wyrosną duże kury i będą
niosły jaja. Tedy już będę własne kurki sadzał i będę miał dużo
kur. Sprzedam połowę a kupię kaczkę i znów posadzę, aż będę miał
dużo kur i kaczek. Znów sprzedam połowę i kupię gęś, posadzę i
będę miał bardzo dużo kur, kaczek i gęsi. Tedy już kupię sobie dwoje
prosiąt i będę je hodował, aż wyrosną świnie i będą małe prosięta.
Potem będę handlował i kupię cielę. Z cielęcia będzie krowa i będę
miał mleko. Aha! a czem będę ją karm ił? Oto sprzedam z połowę
kur, kaczek, gęsi, świń i kupię sobie łąkę i pole. Potem i łoszaka
kupię a wyrośnie koń, będę nim woził kamienie i zarobię dużo pie­
niędzy i kupię więcej koni i pola. Na polu będę robił, nasieję zboża,
sprzedam i będę miał dużo pieniędzy, aż kupię sobie wieś (mówi się
nieco prędzej), a gdy będę miał jedną wieś, to bardzo prędko kupię
sobie drugą, trzecią, czwartą i będę bardzo bogaty.
Aha! tedy będę już duży i będę się żenił, ale zkim? (pomału
coraz ciszej, aby słuchaczów wprawić w zamyślenie). Może z dziew­
czyną ze wsi? O nie, ja będę pan. H m ? to może z panną ze dw ora?
O! także bym nie miał roboty?! J a będę tedy wielkim panem, (prę­
dzej) Aha, już wiem, z księżniczką . . . . A jakby ona ęiebie nie
chciała ? . . . . (szybko i głośno). Co mnie nie chciała ? . . . Ja k ­
bym ją kopnął ! ! . . . . . i nogą podrzucił w górę, prosto w dzba­
nek . . . . Dzbanek się wywrócił, mleko się wylało i przepadły kury,
kaczki, gęsi, świnie, krowy, konie, pola, wsi, pieniądze i księżniczka.
Oj płakał tedy płakał ! —- „ A widzisz, na co ty księżniczkę kopał ?‘.
*

«

— 306 —

O czemś podobnam śpiewają wieśniacy następującą ruską pieśń.
1.

Zażuryw sia. czołowik, jak na świti żyty?
Kupyw ja sy kuroczku, prostaw sia żuryty ;
A knroczka tururu, teper ja sia ne żuru.

2.

Zażuryw sia czołowik, jak na świti żyty?
Kupyw ja sy kaczoczku, prostaw sia żuryty;
A kaczoczka kwa, kwa, kwa,
A knroczka tururu. teper ja sia ne żuru,

3.

Zażuryw sia czołowik, jak na świti żyty ?
Kupyw ja sy husoczku, prostaw sia żuryty;
A husoczka ge, ge, ge, a kaczoczka kwa, kwa kwa,
A kuroczka tururu, teper sia na żuru.

4.

Zażuryw sia czołowik, jak na świti żyty?
Kupyw ja sy porosia, prostaw sia żuryty;
A porosia kwi, kwi, a husoczka ge, ge, ge,
A kaczoczka kwa, kwa, kwa,
A kuroczka tururu, teper ja sia ne żuru.

o.

Zażuryw sia czołowik, jak na świti, żyty?
Kupyw ja sy telátko, prostaw sia żuryty,
A telátko me, me, me, a porosia kwi, kwi. kwi,
A husoczka ge, go, ge, a kaczoczka kwa, kwa, kwa,
A kuroczka tururu, teper ja sia ne żuru.

в.

Zażuryw sia czołowik, jak na świti żyty?
Kupy w ja sy łoszatko, prostaw sia żuryty;
A łoszatko mehehe, a telátko me, me, me,
A porosia kwi, kwi. kwi, a husoczka ge, ge, ge,
A kaczoczka kwa, kwa, kwa, a kuroczka tururu,
Teper ja sia ne żuru.
Antoni Siewiński.

307 —

SŁOWNICZEK
g w a r y lu d ow ej ¡demi sanockiej.
Wyrazy, które niżej podaję, pochodzą z Jaćmierza i Posady jaćmier­
skiej. Pewną ich część wypisałem z poprzednio zebranych pieśni *), reszta
zaś jest pochwyconą wprost z potocznej mowy tutejszych ludzi.
В a - i n o , tak
B a j d o r , dziecko
B a n o w a ć , żałować — „Kobieta
banuje za krową“
B a r a n e k , pierwiosnka pospo­
lita
B a r s , bardzo
В о с o ń , bocian
B u c h a ć , bić
Chałupa, chałupa
C i u k , kij ■
— „Wiezne ciuka na
psa“
Ciuru, ciuru wołają na kury
С o ć , choć
D r у 1i ć , popychać, szturkać
D é r y n g o w a ó , dyrygować
D z i a r g a ć , szarpać, targać
D ź w i r z e , drzwi
G d z i e k e n d y , gdzieniegdzie
Go n a , łuna — „Skąd ta „gona“
bije"
G r o n e k , reński srebrny
H e j n о к , tam
I n s t y g o w a ć , narzekać na co
J a s k o t к i , łaskotki
К a 1 i ć sie, zawalać się błotem
K i k u t , robiący lewą ręką
K r zy p o p a albo krzykopa, przy­
kopa
L o c e ć , loce, biegać -— a
Ma l i k o w a t y , np. koń, z zagię­
tym karkiem
M а г с у z , narcyz
M i a ł с z у , miauczę
M a ł к a , mąka
O b ł u c z y ć , włożyć na siebie,
ubrać
O d w i e c z e r z , po południu

*)

,,L u d ;; 189(1, str. 262— 264, -

Oj s t r z e , ostrze
O k i e s z c z y n y , swatanie, stąd
gdzieindziej „swaszczyny“
O k r o p a , strasznie, n. p. „Takie
było już dziś gorąco aż „okropa“
P a k o ś ć zrobić, zrobić szkodę
P o k a j a n i e , słowo oznaczające,
że się coś złego stało
P r z e p o m n i e с , zapomnąć
P u b 1i к a . wstyd
R y l , rydel
S i w i k , farba do prania bielizny
S ły c h n o , słychać, „Nie słychno
przepiórki“
S p l á t e к , warkocz włosów mały
a cienki
S p ł ó t n i e ć , zblednąć jak płótno
S t a j á n k o , mały kawałek pola,
przez który konie odrazu . idą
przy orce a stąd wracają
Ś w i n k a , nóż za 2 centy
S z a t r a ć , uważać na co
S z к a ł a , szkoła
S z k a r p n y , zły do jedzenia
S z a n d e r , żandarm
T r e b u c h , dziecko
TJ t ę p a . strata
W d r у 1 i ć do kupna, należeć do
kupna
Z a p o r z ą d , z a porządkiem
Z a d o s у ć , wiele, zawiele
Z a ł o m a s z , w ogóle, zachałem
Z a w o d z i ć sie, zająć się czem
Z ł a , łza
Z w a r k a , cebrzyk na 3 wyso kich nogach, a -służący do pra­
nia bielizny.
L. Magierowski.

S o b ó t k a w Galicyi.
X.
Zestawienie m ateryału, zebranego w r. 1897. staraniem Towa­
rzystw a ludoznawczego.
Podał Dr. FRANCISZEK KRČEK.

Prof. Hieronim Eopaciński (Rafał Lubicz) ogłosił w r. 1891 w V.
tomie Wisły, a następnie w osobnej odbitce, kwestyonaryusz w sprawie tzw.
s o b ó t k i . Towarzystwo ludoznawcze we Lwowie, pragnąc ze swej strony
przyczynić się do zbadania tego obrzędu, o ile on w Galicyi istnieje jeszcze,
rozesłało w r. 1897 kwestyonaryusz, opracowany na podstawie broszury
prof. Lopacińskiego, a przedrukowany poniżej w dodatku. Ograniczyło się
ze względu na swe środki li na część zachodnią kraju, polską, i w odpo­
wiedzi na tysiąc blisko kwestyonaryuszy rozesłanych otrzymało 53 egzem­
plarzy, wypełnionych jużto szczegółami pozytywnymi, jużleż przeczeniami
na pytania postawione. Z tychsamych powodów, które podniosłem w spra­
wozdaniu z kwestyonaryuszy, rozesłanych w r. z. w sprawie pisanek (prw.
Ludu t IV. zesz. 2., str. 186), i na tęsamą modłę podaję niniejszem ze­
stawienie materyału, zebranego w ten sposób, uważając to za początek po­
szukiwań, w których Towarzystwo nie myśli ustawać, postawiwszy sobie jako
jeden z punktów programu zbieranie wiadomości ludoznawczych zapomocą
kwestyonaryuszy odpowiednich.
Przedewszystkiem podaję spis tych osób, które nadesłały łaskawie od­
powiedzi na nasze zapytania, znów — jak w sprawozdauiu o pisankach z dołączeniem miejscowości, które odpowiedzi te obejmują, a w układzie
według powiatów, uwzględnionych przy rozsyłce. Oto spis odpowiedzi na­
desłanych :
I. Pow. bialski — 1.
1. Jabłoński A. n , Bulowice.
III. Pow . bocheński — 2.
J. n., Nieszkowice m. i cała zaeh, Gal.
3. Chorąży К. n., Lipnica g.

2 . Hanusiak

— 309 —

VII. Pow. brzeski

2.

4. Gacek A. d., Nìedzìeliska.
5. Musiał S. п., Złota, okol.
IX. Pow. brzozowski

7.

F. п., Krzywe i sąs.: Dydnia, Krzemienna, J a ­
błonka.
7. Niemiec J., kier. szkoły,Brzozów i całypow.
8 . Szuber P. n , Malimmka i okol.:Rymanów,
Żarszyn, Iwonicz,
Do kła, Krosno, Odrzykoñ, Jasienica i Brzozów.
9. Mielnik К , u., Jablonica poi.
10. Krynicki А. п., Harta.
11. Jaślar P. n., Blizne i okol.: Domaradz, Jasienica, Jablonica,
Kombornia, Maliuówka, Orzechówka, Brzozów i Golcowa.
12. Scbolz К. п., Orzechówka i sąsied.
6 . Łuszczki

XI. Pow. chrzanowski — 5.
13. Bielecki J. п., Byczyna, okol. Jaworzna.
14. Papuziński S. п., Chełmek.
15. Nagel А. п., Rudno i całe Wks. Krakowskie.
16. Pezdańska D. п., Wola filipowska.
17. Ziemba P. u., Ciężkowice (całe Krakowskie)
XII. Pow. eieszanowski — 2.
18. Kwiatkowski М. п., Bihale i sąs.: Eukawiec, Nowa grobla,
Czerniawee.
19. Ustyanowska А. п., Łowcza.
XIV. Pow. dąbrowski -

1.

20. Młynarski A. n , Bolesław, Kanna, Fona, Pawłów.
XVIII. Pow . gorlicki — 3.
21. Niemiec L. n, Turza i sąs.
22. Gurgul В.
п., Ropica poi.
23. Wojtalewicz F. п., Wójtowa i okol.
XX. Pow. grybowski — 1.
24. Niklas F. n , Cieniawa.
XXIV. Pow . jasiełski — 2 p.
25. Wawszczak F. п., Cieklin isąs.
26. WojnarskiR. n,, Bieździedza, Bieździadka i Lublica.

— 310

XXYIII. Pow. kolbuszow ski — L
27. Zajączkowski А. п., Kolbuszowa i álp. Kíapówka.
XXXI. Pow. krakowski — 4.
28. Holcer Т., п., Ozyzyny.
29. Sykutowska В. п., Rmsocice.
30. Urbański L. п., Wyciqée i okol.
31. Terlikiewicz T. n.; Prądnik biały.
XXXÜ. Pow. krośnieński — 1.
32. Wiater S. п., Wietrzno.
XXXIII. Pow. lim anowski — 2.
33. Drzyzga J. kier., Tymbark.
34. Szewczyk М. п., Dobra, Gruszowiec, Jurków, Ohyżówka
Potrzecki, Wilczyce i Porąbka.
XXXV. Pow. lisk i — 3.
35. Friedrich Marya п., Stefkowa.
36. Barówna H. n., Baligróg.
37. Gajdówna К. n., Bereska.
XXXIII. Powr. łańcucki — 1.
38. Szumańska H. п., Żuklin i okol.
XXXVII. Pow. m ielecki — 3.
39. Skopiński W. ks., Padew, parafia.
40. Chrobaczyński J. n., Czajkowa, Chorzelów, Malinie, wogóle
cały pow.
41. Hodbod E. n., Wola mielecka.
XXXIX. Pow. m yślenicki — 1 p.
42. Pitala J. n., Stróża i okol.
XLI1. Pow. nowosądecki — 2.
43. Smolucha С. n., Jazowsko i okol.
54. Koch A. n., SiccHee ad Stróże.

— 311 —

XLIII. Pow. now otarski — 2.
44. Bujas J. n., Maniów.
45. Marek W. n., Starébystre.
46. Godlewski A., Zaluczne i całe Podhale.
47. Bajewski J. n., Klikuszowa.
LX1I. Pow. str/yżow ski -- 1.
48. Słowikowski T. n. , Łączki.

XLV. Pow. tarnowski — 1 .
49. Klocek W. u , Poręba radlna.
LXIX, Pow. wadowicki — 4.
50. Krzyżanowska A. n., Laskowa.
51. Komędora A. n., Brzezinka.
52. Bobak J. u , Bachowice.
53. Borucka M., Rudze.
Me nadeszła żadna odpowiedź z pow. : niskiego, pilzieńskiego, pod­
górskiego i tarnowskiego ; nie mogły nadejść żadne z pow. : ropczyckiego,
rzeszowskiego, sanockiego, wielickiego i żywieckiego, ponieważ z braku
czasu nie rozesłano do nich kwestyonaryuszy. Powiatów wschodnio-galicyjskich - jak już wspomniałem — nie uwzględniono z umysłu.
Bilans zeszłorocznych poszukiwań sobótkowych zamykamy na podstawie
materyału powyższego pZwsami co do miejscowości następujących (uogólnienia,
jak „cały powiat“, „całą zach. Galicyę“ it.p. pomijam) : Bachowice, Baligród,
Bieździadka, Blizne, Bolesław, Brzezinka, Brzozów, Bulowice, Byczyna,
Chełmek, Chorzelów, Chyżówka, Ciężkowice, Czajkowa, Czyżyny, Dobra,
Domaradz, Dukla, Dydnia, Fona, Golcowa, Gruszowiec, Iwonicz, Jabłonica
pol., Jasienica, Jaworzno ok , Jurków, Kanna, Klikuszowa, Kłapówka,
Kolbuszowa, Kombornia, Krosno, Krzemienna, Krzywe, Laskowa, Lipnica
gór., Łączki, Malinie, Malinówka, Meszkowice, Odrzykoń, Orzechówka,
Padew parafia, Pawłów, Porąbka, Potrzeczki, Prądnik biały, Rudno, Rudze,
Rymanów, Starebystre, Stefówka, Stróże i ок., Tymbark. Wietrzno, Wil­
czyce, Wola filip, Wola miel., Wyciąże i o k , Załuczne, Zarszyn, Złota
i ok. (tzn. 1 - 3 , 5—9, 11— 7, 20, 26 w części, 27 —28, 30 - 6 , 39—42,
45— 8 , 50—3), — minusami co do miejscowości : Bereska, Breździedza
(oddawna), Bihale, Cieklin i sąs., Cieniawa, Czerniawce, Harta, Jazowsko,
Lublica, Źówcza, Lukawiec, Maniów, Niedzieliska, Nowa grobla, Poręba
radlna, Ropica pol., Russoeice, Siedlce ad Stróże, Turza i sąs., Wójtowa
i ок., Żuklin i o k , (tzn. 4, 10, 18—9, 21—5, 26 w części, 37— 8 ,
43 —4, 47, 49, 54). Nie należy jednak sądzić, żeby wszędzie istniał zwy­
czaj sobótkowy w równej sile, ani żeby tam, gdzie go niema dziś, również

— 312 —

nigdy przedtem nie istniał. Tak n. p. 11. zaznacza wyraźnie, że w Bliznem
przyjął się dopiero od lat 2 0 , a 46., stwierdzając istnienie jego w gminach,
zwanych „Podhalem“, dodaje, iż w Załucznem praktykują go małe dzieci
„tylko powierzchownie, dla zwyczaju"; podobnie w 7. tylko mała ilość go­
spodarzy, względnie ich dzieci, przestrzega tego zwyczaju. A więc upada
miejscami, np. w 51, gdzie niejednemu żal drzewa na spalenie; niewszędzie
upada jednak, jak dowodzi odp. 8 : „Z najwyższych szczytów pagórków na
południu od Brzozowa można spostrzedz palenie sobótek w sam dzień św.
Jana, mniej w wigilję. Cały północny stok Karpat i dolina sanocka ilumi­
nowana. Miejscowości między Rymanowem, Zarszynem, Iwoniczem, Duklą,
Krosnem, Odrzykoniem, Jasieuicą, Brzozowem, stanowią widnokrąg — na
południu zamykają Karpaty“. Naodwrót w 22., choć dziś nie palą sobótek,
starzy wiedzą, że kiedyś tak czyniono; w Lublicy (26.) istniał ten zwyczaj
do niedawna, podczas gdy w Bieździedzy (26.) nie palą już dawno, w 47.
istniał niegdyś. Nadto musiał niegdyś być znanym w Kadłubiskach (k. Na­
rola), skoro korespondentce 19. opowiadano, że tam w dzień św. Jana da­
wniej „majono“ chaty bylicą dla odwrócenia nieszczęścia, szczególnie zarazy
bydła. Natomiast nie śmiałbym podobnego wniosku wyciągnąć z doniesienia
koresp. 10., iź w Harcie w wigilię św. Jana każdy gospodarz wylewa do
dna wodę ze studni i czyści ją dokładnie, wrzucając w końcu do niej nieco
soli, wierzy bowiem, że w ten sposób wyczyszczona studnia daje przez rok
cały zdrową wodę *) ; a nie śmiałbym tego uczynić wobec uwagi szan. kore­
spondenta, iż ludność tamtejsza jest pochodzenia niemieckiego, chociaż już
zupełnie spolszczona, i zna obrzędy słowiańskie chyba tylko z historyi. Ozy
swojskim 2) był też zwyczaj, praktykowany do niedawna w Maniowie, a opi­
sany w 44., nie myślę rozstrzygać ; jako charakterystyczny opiszę go tu
wyrazami szan. korespondenta : „W tutejszej gminie istniał zwyczaj pale­
nia sobótek w każdą sobotę od Wielkiejnocy do Zielonych Świątek, t. j.
przez 7 sobót, lecz zwierzchność gminna zakazała palenia w roku 1894,
albowiem schodziła się na nie tylko młodzież starsza, c z e l a d ź obojej
płci, wyprawiali przytem grube żarty, popychania w ogień, gorszące mowy,
pijatyki, śpiewy nieprzyzwoite (karczemne). Palili ogień bez żadnego celu,
ot tak z przyzwyczajenia — palenie to datowało się od najdawniejszych
lat, lecz nikt nie umie powiedzieć, na jaką pamiątkę. Palili w różnych miej­
scach ognisko, — miejsce to nie miało nazwy, tylko s o b o t k i . Z gospo­
darzy nikt nie uczęszczał na sobotki. W Zielone Świątki, ani w dzień św.
Jana, nie palili. W sąsiednich Węgrzech również pąlą przez 7 sobót Sło­
wacy sobótki“.
Na z wa obrzędu tego, względnie ogni palonych, przeważnie waha się
między formą liczby pojedynczej a mnogiej jednego wyraził: sobótka ( 1 ,
') Zwyczaj ten zna też 2 4 , który go opisuje następującymi s ło w y : „W naszej
okolicy istnieje tylko zwyczaj w ybierania w od y ze stu d zien w w igilię św. Jana lub też
W samą uroczystość, a następnie wrzucania w nią kaw ałków żelaza i w lew ania św ię c o ­
nej w o d y u.
1)
M ów.ąc „sw ojski“, mam na m yśli tylko p och od zen ie zwyczaju tego w om a­
wianej m iejscow ości, nie przesądzam w ca le pytania, czy tak. jak się przedstaw ia tu,
formami sw em i nie odpow iada starosłow iańskim , które bardzo ła tw o m o g ły się p rze­
chować w niedostępnej S łow acczyźn ie ; liczba 7 p rzem aw ia także" za w ielką starożytn o­
ścią — znana to b ow iem „św ięta“ liczba, o czem obszerniej w osobnej rozpraw ie, którą
tem u przedm iotow i m yślę p o św ięcić,

— 313 —

obrzęd, 3, 5—9, 11—2, 14, 17, 20, 26—32, 34—5, 40—2, 48, 50—3,
sobotka w 39. ì 44.), lub sobótki (1. oguio, 2, 13 ognie, 15 —6 , 45, 33.
і 36. „palenie sobótek“); zresztą spotyka się też nazwę „ogień bystry“
w 29., „fakły“ w 47., a w 46. mówią, ^że idą świecić na żyta“.
Ok r e s ś w i ę t o j a ń s k i jako termin palenia sobótek podaje mniejsza
część zaledwie korespondentów, a to : wigilię św. Jana, tj. 23, czerwca, 4. (co
do pow. gorlickiego, 6 , 12, 20, 26. co do Bieździadki, 36, wigilię i sam
dzień tj. 23—24. t. m. — 7 (rzadziej sam dzień), 8 (mniej w wigilię), U ,
27, 32, 48, li w dzień św. Jana 35., (gdzie jednak istnieje jeszcze ter­
min drugi, р. n.), 24. czerwca i dzień następny — 9. Najbliższym tego
okresu jest termin św. Piotra i Pawła (a więc w tygodniu świętojańskim),
który jest drugim terminem palenia sobótek w 35.
Drugi okres palenia ogni to czas Z i e l o n y c h Ś w i ą t e k , O nim
ogólnikowo mówią odp.: 1, 3, 13—4, 16, 29, 31, 40—1,46 i 52, w obu
dniach jako obrzędowych : 42, 45, 51 i 53, a nadto 50. z dodatkiem soboty
przedświątecznej, podczas gdy 39. przepisuje tylko sobotę. Na pierwszy
dzień Świąt kładą ten zwyczaj : 15 (w calem W. Ks. Krakowskiem, a na­
wet za Wisłą i 30., na drugi: 2, 17, 28, 3 3 —4 dawniej też 47)., O 7 so ­
b o t a c h m i ę d z y W n o c ą a Zi el . Św. w 44. mowa była wyżej:
należy więc tylko wspomnieć jeszcze o 5., gdzie palenie ogni odbywa się
w dzień św. Szczepana (26. grudnia).
Wprawdzie wszyscy niemal korespondenci p r z e c z ą
stałości
m i e j s c a , na którem rozpalają sobótki, jednak pozwolę sobie przyznać im
słuszność do pewnego stopnia tylko w tym razie, gdzie zwyczaj sobótkowy
ogranicza się na chodzeniu z miejsca na miejsce z zapaloną pochodnią
(n. p. 45, 47,’ niegdyś i 50.), choć i tu może istnieją zwyczajowe punkty
zborne, których szan. korespondenci nie zauważyli. Podsuwają mi wątpli­
wości w tym względzie odp. 2 —3 i 15—16; i one bowiem znają zwyczaj,
praktykowany w 45., ale określają bliżej miejsca, z których młodzież roz­
biega się po polach, wzgórzach. Toteż odp. 14, 20, 40 i 42., przeczące
ogólnikowo, uważam za niedostateczne w tym punkcie i wymagające spro­
stowania, względnie uzupełnienia. Pozatem można miejsca, używane do
rozpalania ogni obrzędowych, ująć w grupy następujące : a) wyniosłości,
a więc pagórki i wzgórza, z ktorychby było widać ogień rozniecony daleko
(2 . „czasem na pagórku lub ua środku drogi“, 6 . w jednej wsi kilka ogni,
7., 8 ., 9., 11. „wzgórki, miedze wyżej położone, nawet gościniec“, 13, 17.,
26., 32 —3., w 35. tylko na górze, zwanej Żukowem, 36., w 48. wprawdzie
każdy koło swego pola, ale w miejscach najwyższych, 53.)’) ; b) równiny
i doliny. Ta druga grupa wyraźnie rozpoławia się na dwa poddziały, oparte
wprawdzie na temsamem. przeświadczeniu, bo na przywiązywaniu do miejsca
pewnych skutków, ale rozbiegające się pod różnym kątem widzenia. Ci bo­
wiem, którzy palą ognie na polach uprawnych i pastwiskach, obracają się
w kole wierzeń o siłach
opiekuńczych, zbawczych, co zresztąpotwierdza
zeznanie koresp. 5., gdzie palą ognie koło pszenicy w przekonaniu, że w ta­
kim razie pszenica nie będzie się „śniedziła“ ; ci natomiast, którzy przeno­
szą ugory, miejsca leżące odłogiem, drogi, doliny, zapewne pozostają, chocby

‘) W 15. i 16. nie zapalają wprawdzie ognia na wzgórzach, ale obiegają je z po*
ehodniam i, zapalonem i g d ziein d ziej.



314

-

nieświadomie — pod wpływem dawnych wierzeń o złych mocach, czarowni
cach i t. p,
Ogólnie o p o l a c h mówią,: (3 na osobném miejscu w polu, albo
uganiają z ogniem dokoła pól poszczególnych), 5—6, 27 (na stałem miejscu),
29 (na miejscu, zwanem s o b ó t k ą ) , 30 —1 , 39—40. Wyraźniej już, bo
o zbożach mówią : 1 (zwykle przy życie i pszenicy), 2, 5, (na polach,
zasianych pszenicą), 30, 46, (p. w. „idą świecić na żyta'1), 51 (żyto). Że
tu należy rozumieć przez pola i zboża przedewszystkiem miedze, wskazują
wyrażenia : 8 . „na miedzach“ i 1 . „na granicznych miejscach pól“, oraz
omówienia odp. 2., 30., 46. i 51. (p. w.) Nieraz też bywa, że nie palą
ogni gromadnie, ale każdy roznieca je przy swoim gruncie (5., 17., co do
okolicy Ciężkowic, 48., 51—2). P a s t w i s k a wspomniano w 16 (tu roz­
palają na pastwisku, poczem rozchodzą się po górach, w 28. 31, 33 i 34.
(gdzie podają jako motyw chęć nieuszkodzenia zabudowań1). Ug o r y wy­
stępują w: 8 ., 12. i 33—4, d o l i n y w 7., d r o g i w 8 . i 9' („krzyżowe)“.
Alternatywę do wzgórz stanowi miejsce „ pod l a s e m “ w 32. i 36.
U r z ą d z a n i e m sobótki zajmują się zwykle dzieci i młodzież płci obojga
(prw. 2— 3, 5, 7, 9, 11, 15, 28—30, 34, 39, 50 i 52). Tylko czterej ko­
respondenci (28, 32, 41 i 52.) starają się określić granice wieku tych
młodych aranżerów i aranżerek obrzędu ; wahają się one między 4tym, wzglę­
dnie 6 tym, a 15tym, względnie 20tym rokiem życia. Zresztą zadowalają się
ogólnikowymi określeniami (mały, starszy, w wieku szkolnym, wyrostek).
Ważniejszym, jednak od wieku wydaje mi się inny szczegół, podany przez
kor. 8 , 11—2, 32 —5, iż urządzenie sobótki spoczywa głównie w ręku pa­
stuszków i pastuszek — również młodych. Szczegół ten potwierdzają 47.,
gdzie „czasem pastuchy palą, lecz nic nie śpiewają przytem“, i 34., gdzie
znów młodzi wykonawcy obrzędu śpiewają pieśni „zwykle przy paszeniu by­
dła“. Że i starsi nieraz wykonują sami obrzęd omawiany, to wynika nietylko z wyznania wyraźnego kor. 7., ale i z tego faktu, że w tych razach,
gdzie — jak w 42. lub 45. — każdy z osobna pali sobótkę na swem
polu, chyba gospodarz sam to czyni. O oddzielnem urządzaniu sobótki przez
płci obie mówią tylko kor. 29. i 48. Jednej osoby, któraby zajmowała sta­
nowisko głównego aranżera i kierownika obchodu, nie znają widocznie dzi­
siaj, a kor. 40. zaznacza tylko, że dawniej bywał ktoś, co „szeregował pa­
lących sobótki’1. Ale uwaga ta dowodzi najlepiej, że korespondent szano­
wny nie zrozumiał 4. pytania kwestyonaryusza naszego taksamo, jak kor,
46, który pisze, że tam „wybierają za przewodnika takiego, co najlepiej
umie śpiewać, idzie przed innymi i patrzy z książki“. Nie o to nam cho­
dzi, bo że ktoś energiczniejszy i zdolniejszy wysuwa się na czoło gromady
młodej, to rzecz przyrodzona i niema w niej nic zwyczajowo-tradyćyjnego ;
my chcemy dojść, czy nie zachowały się ślady kapłańskich czynności z cza­
sów zamierzchłych w zwyczaju poddawania się pod rozkazy jednego kiero­
wnika uroczystości. W tym kierunku, pominąwszy obie odpowiedzi wspo­
mniane, albo nie otrzymaliśmy wyjaśnienia (13, 16, 27, 33, 36. 51), albo
spotykamy się z odpowiedzią, zaprzeczającą wybór kierownika (1, 6 , 8 —9,
14, 17, 20, 26, 28, 3 0 - 1 , 24, 41 — 2 , 45, 47—8 i 52 - 3 ) . Niolepiej
‘j I w 29, rozpalają ogień „zdala od domów“ wśród pola, zapewne z tegoż powodu rzekomego.

— 315 —

powiodło się nam z 5. pytaniem'; nie odpowiedzieli na nie kor. 13, 16, 35,
36, 39, 42 i 51, reszta zaś z wyjątkiem 12 i 35. zadowala się przecze­
niem. Być może, źe 12. nie jest odosobnionym, choć sam tylko podaje fakt,
iż p r z e d r o z p o c z ę c i e m obrzędu śpiewają pieśń do św. Jana Niepomucyna „Witaj Janie z Bolesława“, bo pieśń tę znają i nucą też gdzie­
indziej w czasie sobótki, ale nigdzie (p. n.) nieoznaczono chwili tak dokła­
dnie, jak w 12. Natomiast czemś niezwykłem, acz w części prastarém, wy­
daje mi się obrzęd, opisany przez kor. 35.: „ Dr z e wk o do palenia zwy­
kle jest gotowe około drugiej lub trzeciej godziny popołudniu.
Po
ukończeniu drzewka wybierają chłopcy z pomiędzy siebie trzech lub czterech
najsilniejszych, którzy trzymają straż około tego drzewka, aby jaki niepro­
szony gość go niepodpalił fz heców). Około zachodu słońca zbierają się
dziewczęta i chłopcy i przynoszą plecione wianki z polnych kwiatów. Z tych
wianków robią jedno wielkie koło, a w środku stawiają krzyż. Największy
wieniec kładą na sam wierzchołek tego drzewka. Jeżeli on się spali do
ostatka, to się cieszą, a jeżeli przypadkiem podczas gorenia upadnie na
ziemię niédopalony, to się smucą, że rusałki nieprzyjmą ich do siebie, bo
są grzesznemi. Po zawieszeniu wieńca na drzewku stają dziewczęta w koło
i rozpoczynają śpiewać różne pieśni, które mają na celu zwoływanie innych
na sobótkę“.
O k ą p i e l i obrzędowej przed lub po obchodzie sobótkowym zdołaliśmy
tylko od kor. 35. dowiedzieć się, że „zwykle po tej ceremonii kąpią się
chłopcy w rzece, a dziewczęta przedtem“. Śladem jej jest może jednak
wierzenie, o którembędzie mowa niżej w miejscu odpowiedniem.
O p a s y w a n i e si ę b y l i c ą zna tylko 38., gdzie „opasują się
w wigilię (św. Jana) starzy i młodzi, męszczyźui i kobiety, wierząc silnie,
że to pomoże przeciw bolowi w krzyżach“ ; choć niewymieniono tu wyraźnie
bylicy, uczyniła to ta sama korespondentka w innym związku później tak,
że nie ulega wątpliwości, iż i tu mowa o tem zielu. Mianowicie pisze, co
następuje: „W wigilię św. Jana rano zakładają pod strzechę zioła: łopuchy,
bylicę, sroczkę i żółcień. Zioła te wyjmują z pod strzechy, gdy zachoruje
który z ludzi lub inwentarza żywego. Zioła te mają być według ich zdania
bardzo pomocne w każdej chorobie“. Korespondentce 19. opowiadano, że
w okolicy Narola, mianowicie w Kadłubiskach, w dzień św. Jana dawniej
„majono“ chaty bylicą dla odwrócenia nieszczęścia, szczególnie zarazy by­
dła; czy się to utrzymało dotychczas, nie wie. Taksamo korespondent 9. do­
nosi o m a j e n i u strzech „łopuchem i gałązkami l i p o wy mi “, co pozo­
staje w związku ze szczegółem, podanym przez 46., iż tam „chłopcy
biorą lipę, tj; gałązki, i noszą za kapeluszami i umajają izby“.
Przeżytki w s p o s o b i e z a p a l a n i a ognia sobótkowego są rzadkie
bardzo. Ledwie w jednym wypadku (35.) spotykamy się z tarciem 2 drewek o siebie, obok czego jednak posługują się tam także zapałkami, nato­
miast 36. i 40. zapisują tylko tradycyę o dawniejszem „krzesaniu“ ognia.
Zresztą albo odpowiedzi przeczące (20, 30, 47), względnie żadne (29),
albo też siarniki (zapałki) opanowały pole niepodzielnie. Słabe tylko ślady
jakichś zwyczajów dawniejszych widnieją w faktach, iż w 41. i 45. zapalają
tylko pierwszą sobótkę siarnikiem, inne zaś od pierwszej, a w 7. rozpale­
nie ognia następuje z 4 stron („na cztery rogi“).
Sam o b r z ę d wykazuje w odpowiedziach, które mam pod ręką, trzy
typy. Najpospolitszy (4), a snać i najdawniejszy, przedstawia się słowami

— 316 -

kor. 16., jak następuje: a) Parobcy układają stosy z chróstu lub z drzewa,
stosy te zapalają.., ( b ) a gdy się dobrze rozpalą, przeskakują je. (c) Gonią
dziewczęta, chwytają je i zmuszają do przeskakiwania ognia, (d) Następnie
zapalają od płonących stosów kiczaki, osadzone na długich kijach (małe
snopki słomy), lub stare miotły i biegają z nimi po miedzach lub po wzgó­
rzu, wywijając nimi w rożne strony i rzucając je do zboża, rosnącego na
polach lub pomiędzy gromadki dziewcząt“. W opisie tym odróżniam cztery
momenty, które rozmaicie się kombinują i jnżto dają odmianki typów, jużteż dwa inne typy. Odmianki te są tak małoznaczne i dotyczą wszystkich
typów bez różnicy, że dla uproszczenia rzeczy załatwię się przedewszystkiem
z nimi. Co do ma t e r y a ł u na ogień główjy, to chróstu (suchych gałęzi,
zwł. drzew szpilkowych, tarniny, jałowca) używają: 2—3, 7, 12, 14, 17,
27 (w Kłapówce), 32, 46, 51, — drzewienek cz. szczypek w 11., słomy
w 3, 7, 11, 46 i 48 ; zabytek starodawny stanowi w 35. „drzewko“, o którem była mowa wyżej, a które stanowi jedyny materyał palny p o d c z a s
obrzędu wieczornego1). Oblewanie smołą lub naftą tych materyałów nastę­
puje zapewne częściej, niż to zaznaczono w odpowiedziach; jestto krok
do zmodernizowania, a ostatecznie i zagłady pięknego zwyczaju, który w 41.
szczytuje w beczce smolnej, względnie w uboższej widocznie miejscowości
45. ogranicza się na paczce drewnianej, napełnionej smołą. O materjał stara
się młodzież i w tym celu zbiera chróst od dłuższego czasu — niektórzy
korespondenci mówią nawet o ealym roku — nawet składa się na jego zakupno. Że przy paleniu sobótki nie panuje milczenie grobowe, ale owszem
życie, gwar i wrzawa, rozumie się samo przez się, choć tylko ten lub ów
korespondent wspomina o „wiwatach“, trzaskaniu z batów, lub strzelaniu
z pistoletów ; (prw. 2. i 35); w pow. gorlickim (5.) mianowicie chłopcy
wychodzą na wzgórza, gdzie się palą sobótki, i każdy trzaska z bicza tak
długo, jak długo się ogień pali. Natomiast p r z e s k a k i w a n i e o g n i a
jest już rzadkim objawem; wspominają je wyraźnie tylko 2., 7 .- 9 , 12.,
14., 17., 26., 48. i 51 2). A i w tych razach jestto albo pustota czyli —
jak pisze korŁ 8 . — „zbytek“, albo zabawa „bez wszelkiego znaczenia“
i rzadko praktykowana (7.) Jedynie w Witryłowie (podług 7.) skaczą z wiarą
w moc leczniczą skoku, czynią to bowiem dlatego, „by ich nogi niebolaly
(żeby im się nie obierały)“. Owe zbytki (8 . i 14.) polegają przeważnie na trą­
caniu w ogień dziewcząt i zmuszaniu ich do skakania przez ognisko 3).
W 17. zachował się prawdopodobnie ślad podkładu wierzeniowego tych
„zbytków“, tam bowiem „najznakomitszych gospodarzy córki biorą parobcy
niespodzianie, kołyszą (huśtają) je nad ogniem i przezeń przenoszą, a to
w tem znaczeniu: W o s t a t k i o p r ó s z o n a , w ś m i g u s p o k r o ­
p i o n a , a t e r a z o s u s z o n a z o s t a ł a ; a że do szczegółu „najznako­
mitszych gospodarzy córki“ nie należy przywiązywać zbytniej wagi, wska-

, ) M ianow icie 48. pow iada : „P o zachodzie sło ń c a zbierają się w szyscy razem ,
zapalają drzewko, a przytem śpiew ają różne p io sen k i“,
W 26. uczestnicy skaczą w o k o ło p łon ącej żerdzi, a gd y spalona kiczka sp a ­
dnie, skaczą przez nią t y ł e m ; w 36. skakano d a w n i e j przez ogień.
2)
ruskich zaś
sk akują“ .

12. donosi o swej wsi, że tam sami ch ło p cy skaczą, a le dodaje : „w e w siach
parobek chw yta za rękę dziew czynę i rozpędzając się spoinie ogień prze-,

— 317 —

zuje chociażby ta okoliczność, że bohaterkami zwyczajów wielkanocnych
również one bywają przeważnie (o czem proszę porównać moje sprawozdania
o „ P i s a n k a c h w G a l i c y i “) nie z powodów jakichś tradycyjnych, jeno
dzięki swemu stanowisku społecznemu.
Ostatni ważny moment stanowią wspomniane w kor. 14. „kiczaki“.
Najczęściej bywają to stare miotły brzozowe (2, 9, 15, 17, 27—9, 31, 45,
50—3), lub wiechcie słomy (2, 7, 20, 28, 30. mówi o „kłopeiaeh słomy“,
39, 40, 41. mówi o „witce“ słomy, 48, 52. mówi o „pochódkach“ ze słomy, 53);
zwykle tak jedne, jak drugie, osadzają na żerdzi. Smolne szczapy są w uży­
ciu w 11, 15. i 51 ; w 11. zowią je „smółkami“. Zupełnie naszę pochod­
nię przypomina „ dz i a d' , używany w 39. i opisany przez korespondenta
tamtejszego, a zapewne identyczny z pochodnią „ze smoły i szmaty“,
z którą biegają pomiędzy zboża, smoląc się nawzajem i wyrządzając „zbytka“
dziewczętom w 8 . Otóż według opisu kor. 39. ów „ d z i a d “ jestto nà dłu­
giej tyce osadzony „pęk szmat, konopi lub starych zużytych powrozów, na­
moczonych w ropie“. W 13. pochodnia taka bywa bardzo prymitywną, bo
jestto tylko „rodzaj wideł z gałęzi“, do których przymocowują zapomocą
drutu suche łuczywo; pochodnię taką nazywają „ r a ć “. Ostatecznie niebrak
takicb, którzy nie robią żadnych przygotowań, nie zbierają mioteł i t. p., tylko
wprost z rozpalonego ogniska wyciągają płonące gałęzie — ot i pochodnia! ’).
Postępują z tymi pochodniami najczęściej tak, jak podano wyżej w 14.
(prw. 3, 6 , 8 , 11—3. i 16.) W 32. z „dziadem" płonącym oblatują na­
przód ognisko dokoła, a potem zboża, rosnące w polu, przyczem wołają gło­
śno (p. n.) Odmiennie nieco postępują sobie w 11., gdzie chłopcy i dzie­
wczęta biorą po 2 smółki palące się i gdy już ognisko płonie- na dobre,
chodzą z nimi jakby ze świecami naokoło niego, przyczem chłopcy wywijają
smółkami; słomą natomiast obwijają żerdzi i albo je wbijają koło ogniska,
alboteż biorą do rąk jakoby ogromne pochodnie. W 1 2 . także nie słyszymy
0 bieganiu po polach, tylko pasterze kłaniają się zapaloną racią sąsiednim
ogniom i odbierają w zamian ukłony; nie biegają również w Ciężkowicach
(17.), ani Brzozowie (9.), zadowalając się rzucaniem w górę płonących sta­
rych mioteł (prw. 11), w 53. zaś wywijaniem nimi w powietrzu. Przechodzę
do typu II. (B). Podczas gdy w A. porządek punktów programu, podanych
w 14., był na początku rozniecenie spólnego ogniska, a na końeu bieganie
T, pochodniami po połach, to typ B. polega na jego odwróceniu. Obrzęd za­
czyna się mianowicie tem, że z poszczególnych chat, lub kilku sąsiednich,
wych; dzą dzieci (parobcy) z łuczywem, zapalają je i obiegają z niem pola
swoich ojców czy też gospodarzy, a dopiero niedopałki rzucają na kupę
1 kończą obchód spólnem ogniskiem. Tak bywa n. p. w Bieździadce, (27),
gdzie chłopcy szykują się gęsiego i z zapalonymi miotłami urządzają po­
chód w fantastycznych wężach, który trwa z pół godziny ; następnie, gdy
miotły się spalą, układają żerdki z nich na kupę i podpalają je — jak
mówią — „na ofiarę“.
Że jestto już objaw rozluźnienia tego poczucia spólnoty gminnej, która
kazała pradziadom poczynać od jednego ogniska, niepotrzeba chyba wyka­
zywać. Typ B. jest zarazem krokiem pierwszym do zaniku zwyczaju. Na­
') W 35,, gd zie palą „d rzew k o“, niem a p och od n i sp ecyalnych,
p olach .

ani b iegan ia po

— 318 -

stępny stanowi typ III. (O.), polegający na odrzuceniu punktu niegdyś pierw­
szego, a w typie B. ostatniego. Tu już niema ogniska spólnego. Co naj­
wyżej gospodarz poszczególny rozpala sobie ognisko na swych śmieciach (n.
p. 17, 51); zresztą zwykle tylko obiega z płonącą miotłą czyteż pochodnią, swe
pola (n. p. 42), względnie zleca tę czynność, dzieciom i parobkom, którzy
albo uganiają tylko wkoło swoich zbóż (2, 17. w Płazie, 51—2), albo też
zbierają się w większej liczbie i dla uciechy obiegają więcej pól razem
( 6 , 15, 2 0 , 29, 31, 40—1, 45, 48, 50) 1). Bieg ten utrzymuje się jeszcze
i utrzyma do pewnego czasu, bo opiera się na wierzeniu, o którem wspo­
minam niżej na miejscu odpowiedniem, ale ostatecznie z rozwojem oświaty
musi pójść w niepamięć, jak i reszta zwyczajów sobótkowych
Że obrzęd sobótkowy upada, dowodzą też odpowiedzi na pytanie 1 0 .,
do którego przystępuję. Mianowicie aż 17 korespondentów zaznacza, że
w ich stronach nie śpiewają żadnych pieśni podczas palenia - sobótki (2, 9,
13—5, 17, 26—7, 30 —2, 36, 4 0 —1, 47, 50, 53); kor. 20. tosamo
donosi o Bolesławiu, a czterej z tych, którzy dają zresztą odpowiedzi po­
zytywne, nie odpowiadają nic na to pytanie. Z owej siedmnastki dwoj do­
noszą jednak, że dawniej śpiewano w ich wsiach, mianowicie w 9. o „bo­
gini, co wianki dawała“, a w 36. o topie'icaeh i rusałkach. Nie wliczyłem
do cyfry tej odpowiedzi 5, której z powodu osobliwego terminu palenia
sobótki wyznaczam zawsze miejsce odrębne. I tam już nie śpiewają, ale szan.
korespondent słyszał w dawniejszych czasach różne śpiewy przy spalaniu
ognia w dzień św. Szczepana i podaje te, które zapamiętał, jakkolwiek
nie wszystkie. Śpiewały je dziewczęta, zapaliwszy sobótkę. A oto ich
brzmienie :
1. Na mojej grządeczce rosła w lecie rutka,
Dziś wśród ciężkich mrozów płonie mi sobótka.
2. Dziś mojej pszeniczce sobótkę-m spaliła,
Pamiętajże o tem, byś się nie śnieciła.
3. Ty, moja sobótko, palże mi się żywo,
Da Pan Bóg doczekać, przyjdę tu na żniwo.
4. Ty, moja sobótko, rzuć płomień w niebiosy,
Na świętego Jana zakwitną tu kłosy.
5. Zieleńże się, zieleń-ty, pszeniczko złota,
Przyjdę ja tu znowu, gdy minie sobota.

') W yjątkow e stanow isko zajmuje 5., gd zie sob ótk ę pali każdy na swem pola
w dzieli św . Szczepana, starając się o uprzedzenie innych w tej czynności, a odprawia
się ten obrzęd w sp o só b następujący: „Bardzo rano wynosi się wszystko (mowa tu i
o sianie, zbożu i sło m ie ) z izby i daje kontom albo b y d łu do zjedzenia — resztę śm ieć
zmiata zw yk le d ziew czyn a i ąibo sam a, albo w towarzystwie parobczaka, wynosi na
p ole i sp ala“.

— 319 —

Zresztą przypomina sobie tensam korespondent, że w innych pieśniach
była mowa „o rzece Dunaju (Dunajcu), o topielcach, o wianku rucianym,
o tęsknocie za ukochanym, który gdzieś daleko na wojnie zginął, albo nie­
wierny pozostał w obczyźnie“. W 52., gdzie śpiewają też różne pieśni,
nie mające żadnego prawie związku z obrzędem palenia ognia, także nie­
które piosnki mówią o Dunaju, a w innych powtarza się wyraz „leluja“ ;
w 35. zaś spotykamy się z pieśniami o Janie Kupajle i o rusałkach. Cie­
kawe byłoby poznać piosnki, nucone w 32. przez dziewczęta, w tym —
jak pisze kor. — celu, by „zwoływać innych na sobótkę“. Zresztą jeżeli
gdzie śpiewają, to albo piosnki świeckie, nie mające związku z sobótką,
albo pieśni nabożne. Ponieważ zaś — co podniesiono już wyżej — młodzież
pastusza zajmuje się sobótką szczególnie, nic dziwnego, że pomiędzy pie­
śniami spotykamy też nieraz pasterskie (prw. 3, 33--4). W 3. nucą nadto
piosnki „kawalerskie“ i obrzędowe weselne; ostatni gatunek przyjął się też
w 1 1 . i Щу, W ostatniej miejscowości śpiewają też pieśni, zwyczajne pod­
czas chrzcin, i krakowiaki1). Wszyscy zaś ci korespondenci i parę innych
(a-więc 1, 3 7, 11, 28, 33:—4, 4 5 - 6 ) przecząco odpowiadają na kwestye,
poruszone w wadze do 10. pytania naszego kwestyonaryusza. Dokategoryi
drugiej należą pieśni, używane w 6 —8 , 11 —2, 20, 46, 48. i 51. Prawie
zawsze jestto znana pieśń o Janie Niepomucynie : „Witaj Janie z Bolesława“,
jedynie bowiem w 20., 46: i 51. nie powołano jej wcale i mowa ogólnikowo
o pieśniach nabożnych (w 20. śpiewają „Serdeczna matko“ i inne). Dla­
czego śpiewają właśnie pieśń o tym świętym, to tłumaczy 48. tymi słowy :
„Panuje u nich to mniemanie, że to na tę pamiątkę palą“. Należy też do­
dać, że pieśni nabożne nuci przeważnie płeć żeńska. M u z y k a już dziś
nieczęstym gościem podczas sobótki Mówią o niej tylko 2, 7, 11, 14, 27.
(co do Kłapówki), 33, 35, 45 —6 . i 51, a i ci z zastrzeżeniami. Tak np.
w 7. muzyki niebrak 'ylko wtedy, gdy starsi gospodarze — co rzadko bywa —
biorą udział w obrzędzie; wygrywa ona w takim razie tańce zwyczajne,
a gospodarze i gospodynie tańczą w pobliżu koło ogniska, częstując się
wódką i mięsiwem. Tańce podczas obrzędu praktykują się w 2 —3,7, 11 —2
27 (w Kłapówce), 33 - 5, 46; zwykle odbywa się to n a o k o ł o ogni a,
koresp. 1 1 . jednak, mówiąc jedynie o weselnych polkach, nie określa miejsca.
Zresztą zawsze prawie obecność muzyki jest przypadkową — ot, który
parobczak umie grać jako tako, to wygrywa piosnki ludowe (prw. 32. i 51.),
a raczej przygrywa do śpiewu lub do tańca uczestnikom innym. A grają
zwykle na harmonikach ręcznych (14., gdzie niema śpiewów, 45 —6 , 51),
alboteż
na skrzypcach (35. i 45 — 6 ). Tylko 11. używa całej kapeli,zło­
żonej z 2 skrzypiec, klarnetu i basu, a towarzyszącej grą swoją śpiewom
wiejskim.
Ponieważ z zagadnieniami, pomieszczonymi w pytaniu 12., załatwiłem
się wyżej już przy pyt. 9., przechodzę wprrst do kwestyi: „Kto bierze
udział w obrzędzie?“ Tu przedewszystkiem muszę stwierdzić, że prawie
żadna odpowiedź nie dotyczy tego, o co nam chodziło w tem pytaniu, a co
wyjaśniliśmy przecie w uwadze. Jedynie kor. 8 . podkreśla, że „dziewcząt
niemoralnych nie wykluczają, owszem — czem wc z e l s z a , tem lepsza, bo,

*) Co znaczy wyrażenie 46. : „parobcy śpiew ają tak, jak u żyd a“, nie umiem s o bie w ytłum aczyć.

22

— 320 —

starsi mały biorą udział w obrzędzie“. Zresztą mamy do czynienia z samy­
mi ogólnikami w tym względzie. O udziale dzieci i młodzieży mówili ciżsami korespondenci już ex re jednego z pierwszych pytań. Podniosę więc
tylko te szczegóły z odpowiedzi na pyt. 13., które nie znalazły uwzględnie­
nia wyżej i nie mogły nieraz go znaleść, ponieważ tam chodziło o urządza­
jących obchód, a tu chodzi o biorących udział w obrzędzie. A mianowicie
charakterystyczne jest to, że w niektórych miejscowościach uczestniczy
w obrzędzie tylko mł ó d ź mę s k a w — 7. zwykle chłopcy i młodzieńcy,
w Jabłonicy (t. j. 9), wyłącznie chłopcy, starsza młodzież tam nie bierze
udziału. Taksamo, jak w 48. w 13 i 16. p r z e w a ż n i e „chłopcy szkol­
ni“, — w 26 zwykle chłopaki 1 2 —ISletnie, dziewczęta zaś tegosamego
wieku, trzymając się zdala od nich, przypatrują się tylko obrzędowi, podob­
nie w 48. chłopcy bawią się osobno, a osobno dziewczęta; 27. i 39.
mówią tylko o chłopakach, a 45. tylko o dorosłych parobczakach. Parę
odpowiedzi z niejasnemi wyrażeniami o „dzieciach, wyrostkach, młodzieży“
bez określenia płci pomijam ; zresztą bywa mowa o młodzi lub dzieciach
płci obojej. Wszyscy natomiast korespondenci, o ile wdają się w to, stwier­
dzają, że starsi biorą obecnie udział bardzo slaby w obrzędzie. Rola ich
najczęściej odpowiada roli widza na przedstawieniu, względnie stróża mo­
ralności i bezpieczeństwa. Drugą grają nieraz nienajlepiej, bo raczą się
wódką i innymi napojami (prw. 2, 3, 7, 27. co do Kłapówki), przez co
wpływają o tyle źle na młodych uczestników obrzędu, że i wśród tych pi­
cie wódki wchodzi w program (17). W 2. po obrzędzie parobcy i dziew­
częta idą do karczmy lub na zbiorową zabawę do jakiego domu, gdzie
raczą się wódeczką i piwem i przy muzyce tańczą do białego rana. W 4.
po sobótce po kilku parobków gromadzi się w domach dziewcząt, przynoszą
wódki lub wina, częstują się i przygrywają na ręcznych harmonikach, ale
nie tańczą; w 46. kończy się obrzęd nieraz pijatyką w karczmie. Czy to
jest owo„zapijanie zielonego“
(nb. w 2, 14 i 46. sobótkę palą
w Zielone
Świątki), o którem
mówi uwaga do 15. pytania naszego
kwestyonaryusza, czyteż zwyczaj, pozostający w związku ze zwyczajami
okresu pisankowego, nie umiem orzec.
Z kwestyą „zielonego“ zstępujemy z terenu obrzędowego na grunt
wi e r z e ń , łączących się z sobótką. Niektórych dotknąłem już poprzednio
mimochodem, ale ze strony czysto zewnętrznej.
Tak n.p. mówiłem już
o bieganiu po polach z płonącemzarzewiem. Tu nie będęsię powtarzał,
tylko podam uzasadnienie tego szczegółu w wierzeniach ludu. Kor. 42. do­
nosi mianowicie, że gospodarz, lub jego służący, obchodzą z ogniem łan
żyta lub pszenicy w około, „aby się udały“, przyczem wołają : „Sobótki na
Zielone Świątki“. Podobnie rzecz tę motywuje kor. 29. chęcią okadzenia
pola dymem, „by urodzaje nie zawiodły“. Tosamo wynika z wołania, to­
warzyszącego bieganiu dokoła zboża w 32. : „Uciekaj kąkolu, bo cię będę
poluł ( ~ palił)“, lub: „Uciekaj śnieciu (“ śnieci), bo cię będę świeiuł
(— świecił)“, oraz pieśni, nucone niegdyś w 5. na św, Szczepana, a przy­
toczone powyżej1). W 35. chłopcy i dziewczęta biorą głownie żarzących się
ogni, niosą do domu i wstawiają w kapustę w mniemaniu, że jej gąsienice
^ Zresztą kor. 5. wyraźnie pow iad a, że tam palą sobótkę na polach,
pszenicą, więrząc, że się p szenica nie będzie „śn ied ziła “.

zasianych

— 321 —

nie zjedzą,. Zwyczaj ten przypomina inny; opisany przez kor. 24. słowy
następującymi: „W wielki poniedziałek po Wielkanocy popołudniu obcho­
dzą pola i zatykają na rogach gałązki z ognia święconego w wielką sobotę,
i pokrapiają pola świeconą wodą. Później pomiędzy krzaczkami świeżo za­
sadzonej rozsady kapusty zatykają zrobione ze słomy i ubrane w stare
odz;enia tzw. strachy, ale nie w celu odpędzenia ptactwa lub zająców (!),
lecz aby odwrócić pierwsze wejrzenie przechodnia na tego st.acha, aby nie
dał uroków kapuście“. — W 3. i 26. wiara w to, iż pszenica się nie zaśnieci, a zboże uda, jest przywiązaną wprost do spalenia sobótki.
W 35., gdzie jeszcze zachował się zwyczaj palenia „drzewka“ Kupały,
łączy się ze spaleniem wianka, umieszczonego na jego szczycie wierzenie
następujące : „Jeżeli wianek spali się do ostatka, to się cieszą, a jeżeli
przypadkiem podczas gorenia upadnie na ziemię niedopalony, to się smucą,
że rusałki nie przyjmą ich do siebie, bo są grzesznemi“.
Puszczanie natomiast wianków na wodę znane jest według 2 . w W.
Ks. Krakowskiem tylko we wsiach, położonych nad Wisłą, i w samym K ra­
kowie w wigilię św. Jana.
W Witrylowie (7.) towarzyszy obrzędowi sobótki nieraz przebieranie
się za cyganów; co to znaczy, nie wiem.W 12 „gdy sobótka się wypali,
każdy z uczestników ręką ogień powinien przeżegnać, a to dlatego, gdyż
czasem diabeł lubi ogień rozrzucić i wzniecić pożar, do pożegnanego zaś
nie ma przystępu“.
Przyczynę skoku przez ogień podałem według wierzenia ludu witryłowskiego (7.) już wyżej. W 36. dawniej również bydlo przeprowadzano przez
ogień — po co, łatwo się domyślić przez analogię do obiegania pól, choć
nic o tem kor. nie mówi. „Wytrząsanie pcheł“ istniejew 39.
Wiara w pomoc czarowuą kwiatu paproci przy szukaniu skarbów jest
dość powszechną Kor. 5. 50 i 52, mówiąc o niej, każą czynić te poszu­
kiwania o północy w wigilię św. Jana, ale zaznaczają, że lud nie próbuje
tego środka z powodu obawy przed złym duchem, który zerwaniu kwiatu
stawia rozliczne przeszkody; według 52. „jeżeli się tylko o czemś niestosownem pomyśli, to już ten kwiat paproci zniknie“. I w 8 . dyabeł odstrasza
śmiałków od wyprawy po kwiat paproci w owę noc, a raczej północ, bo —
jak powiadają — „ktoby szedł po jej kwiat, spotka dyabła za każdym drze­
wem ; dyabli ci tak go będą długo po lesie oprowadzali po różnych błotach
i tak go w błocie otłuką, że sam będzie podobny do dyabła, a tymczasem
paproć okwitnie“. Przyczyna tych sztuczek dyabelskich tkwi w obawie ich,
aby im posiadacz kwiatu nie zabrał skarbów. Bardzo ciekawem jest opo­
wiadanie kor. 1 2 .: „O samej północy po spaleniu sobótki należy pójść
zupełnie nago i tak, by nikt się tego nie domyślał, do ogrodu, gdzie kwitnie
piwonia, lub do lasu, gdzie jest paproć. Tak piwonia, ja paproć, mają
mieć w wigilię św. Jana kwiat biały. Kto taki kwiat dostanie, wie wszyst­
kie tajemnice. Pierwszy tajemnicę o paproci miał odkryć pewien Ru s i n ,
który, idąc w nocy w wilję św. Jana przez las, nadeptał przypadkowo kwiat
paproci, a ten wpadł mu do chodaka. Rusin miał odtąd być wszystowiedzą­
cym“ . W 48. przywiązują znalezienie „szczęścia“ do znalezienia paproci
w samo południe lub o północy w wigilię lub w sam dzień św. Jana, ale
nie umieją wytłumaczyć, co to za szczęście. Jestto już dowód upadku wie­
rzenia. Co go spowodowało ? Czy może wynik ujemny prób ? Przynajmniej
9 powiada, że dawno temu i w Jabłoniey szukano kwiatu paproci, ale „to
*

322

nieprawda“ i dano pokój. A więc skiepsa, wieczny towarzysz doświadczenia,
zniszczył i tu poetyczne wierzenie !
P o w s t a n i e z w y c z a j u palenia sobótek tłumaczy sobie lud dwo­
jako, prawie nigdy jednak nie sięga poza sferę chrześcijańskich wierzeń ’).
I tak jedni łączą go z zesłaniem Ducha św. w postaci języków ognistych
na apostołów, czyli — jak mówi 5 1 . — „oświeceniem św. Ducha“ (prw. 2, 30
i 45., gdzie mówią o oświeceniu ducha, ale nie wiedzą, co to za duch).
W 40. jest podanie pokrewne, a raczej przekręcone zeń, że „gdy pogan
apostołowie nawracali na wiarę świętą, a ci nie mogli zrozumieć zesłania
Ducha św., zapalano głownię i trzymano poganom nad głową — i na tę
pamiątkę palą sobótki“. Druga grupa podań tych etyologieznych skupia się
dokoła Jana Niepomucyna. Najobszerniej opowiada podanie to kor. 12.:
„Św. Jan Niepomucyn, wezwany od króla do wyjawienia spowiedzi królowej,
został za dotrzymanie tajemnicy pochodniami smalony, a później utopiony.
Otóż kiedy prowadzono go na indagacyę, miało być bardzo ciemno i p a s t u c h o wi e przyświecali mu. Dlatego dziś palą sobótkę“ (pasterze — należy
według mnie dodać). W 26. palą sobótkę na pamiątkę tego faktu, że
gwiazdy świeciły nad miejscim, w którem utopiono tego kapłana czeskiego ;
dodaje też ten korespondent, że w okolicy tamtejszej jest rozpowszechnioną
cześć dla Niepomucyna. W 7. i 27. łączą zwyczaj ten wprost ze spaleniem
męczennika, względnie smaleniem go pochodniami, a 48. mówi ogólnikowo,
że palą sobótkę na pamiątkę tego świętego. Z imieniem tego świętego, ale
nie jego dniem, •— bo jak wiadomo, 24. czerwca jest świętem Jana Chrzci­
ciela, — łączy się też przesąd, przestrzegany z pewnością nietylko w 8 .
i 25., które go podają; mianowicie dopiero po św. Janie należy się kąpać
w rzekach. Obaj kor. podają tensam powód, który powtórzę według słów
25.: „Przed św. Janem robactwo wodne, a szczególniej węże mają moc
szkodzenia kąpiącemu się, kąsząe go. Po św. Janie tracą tę moc, gdyż
woda, którą św. Jan poświęca, w razie ukąszenia nawet leczy chorego“
W 3. niema żadnej podstawy podaniowej dla obrzędu sobótki ; palą
li dlatego, że ich „dziadkowie tak robili“ i z przesądu, że przez to zboże
porośnie lepiej.
N a z w m i e j s c o w y c h , , związanych z nazwą sobótki, nie podali
korespondenci żadnych ; jedynie — jakto zaznaczyłem już wyżej — od
kor. 29. dowiadujemy się, że w jego okolicy wzgórza, na których palą
oddawna, nazywają „sobótka“.

1) Jedynie 5. d on osi, że lud tamtejszy w ie, iż- zwyczaj ten
p ogań sk ich , a utrzymuje go, p on iew aż k o ś c ió ł go nie zakazał.

pochodzi z czasów

— 32В —

D О D A. T E K.

Kwestyonaryusz §obóťkowy.
Pytanie 1. Czy w miejscowości, zamieszkanej przez P. T. Pana, lub w są­
siednich fi w których) istnieje lub istniał dawniej zwyczaj palenia
ogni na polach w wigilię św. Jana lub w sam dzień 24. czerwca,
względnie w Zielone Świątki, Wielki Piątek, pod jesień lub w in­
nym czasie?
Pytanie 2. Jak zowią ten obrzęd (sobótka, kupała, ogień byliczny, krzesz
i t. d.)?
Pytanie 3. Czy używają stale pewnego miejsca do rozpalania tych ogni
(n. p. pod lasem, na wzgórku, nad wodą i t. d.) i jak nazywają
to miejsce ?
Pytanie 4. Czy wyb'erają kogo do urządzania obchodu sobótki, jakie obo­
wiązki nań wkładają i jak go nazywają?
Pytanie 5. Czy przed rozpoczęciem obrzędu odbywają procesyę z broną,
z zeschłą brzózką, pozostałą z Zielonych Świątek, czy też ozda­
biają kołek względnie drzewko (t. zw. kupałę, kupajlo) i wkopują
przy miejscu stosu, albo zawieszają tamże na gałęzi głowę końską
(krowią) przystrojoną? Co znaczy to drzewko lub ta głowa i co
robią z nimi?
Pytanie 6. Czy kąpią się przed obrzędem (lub może po nim)?
Pytanie 7. Czy opasują się w wigilię św. Jana lub w sam dzień rośliną,
zwaną bylicą (a może też inną i jaką), na cały dzień, lub choćby
tylko na czas palenia ogni ?
Pytanie 8. W jaki sposób zapalają ogień (czy krzeszą go lub krzesali da­
wniej zapomocą tarcia drzewa, albo też zapomoeą wiercenia kłody,
osadzonej w pniu wydrążonym) i jak nazywają te niezwykłe sposoby
wzniecania ognia?
Pytanie. 9. Jak się odbywa obrzęd i zabawa palenia sobótki?
Pytanie 10. Czy i jakie pieśni śpiewają przy rozniecaniu ognia, przy wy­
rąbywaniu drzewka (o którem mowa w pyt. 5 ), do drzewka, pod­
czas głównego obrzędu, podczas skakania przez ogień i t. d. ?
U w a g a . Prosimy o załączenie dosłownego brzmienia tych pieśni,
a gdyby to było niemożliwem, przynajmniej o zaznaczenie, które
z motywów, wymienionych zaraz niżej, zachodzą w tych pieśniach,
mianowicie czy są w nich : wzmianki o kupale, o słońcu i jego igra­
niu, o zabawie Eliasza, o zapaleniu przez Boga ognia kupały,
o bóstwie Rumerze, o Janie białym lub zielonym o lelum polelum,
o Dunaju, o topielicach i rusałkach, o górze Sobocie (sobotniej),
o paleniu sobót л, o rozdawaniu wianków dziewczętom, o dziew­
czętach upadłych ; lub przyśpiewki (refreny) : „leluja“, Bad, Did,
Sobot, Łado — łado, lub inne i jakie.



324 —

Pytanie 11. Czy grają przy obrzędzie na przyrządach (jakich) i jakie melodye ? Czy muzyka towarzyszy śpiewom, czyteż gra tylko przy­
grywki ?
Pytanie 12. Czy tańczą koło drzewka kupały (patrz pyt. 5.), lub naokoło
ognia, — czy, kto i jak skacze przez ogień ?
Pytanie 13. Kto bierze udział w obrzędzie ?
U w a g a . Chodzi o to, czy dopuszczają do zabawy dziewczęta
niemoralne, upadłe, chłopaków, posądzonych o złodziejstwo, lub
karanych więzieniem, czy starzy bywają na tej uroczystości, czy
sadzają babę lub dziewczynę (t. zw. drumlę) z kądzielą koło
ognia ?
Pytanie 14. Czy zwyczaje inne i wróżby (jakie) łączą się z paleniem
sobótek ?
U w a g a . N. p. staczanie z góry obręczy i kół w celach wróżby,
ubieranie i palenie lub topienie bałwanka (kupały), skakanie z ognia
do wody, tworzenie koła przy ogniu, „wytrząsanie pcheł“, rzucanie
ziół (jakich?) w ogień, przepędzanie bydła przez ogień itd.
Pytanie 15. Czy i jakie obrzędy lub zwyczaje odprawiają po sobótce i z ja ­
kimi pieśniami?
U w a g a . N. p. zapijanie „zielonego“, puszczanie wianków na
wodę, bieganie po polach z miotłą płonącą, szukanie skarbów przy
pomocy kwiatu paproci itd.
Pytanie 16. Czy jest lub był zwyczaj przenoszenia zarzewia z ognia so­
bótkowego do domu i przechowywania go do następnego św. Jana,
lub przynajmniej chowania popiołu ze stosu i w jakim celu?
Pytanie 17. Czy i jakie jest podanie o początku sobótek, jakie są przy­
słowia, przypowieści i zwroty mowy, dotyczące wigilii i dnia
św. Jana, kąpania się, sobótki, kwiatu paproci, puszczania wian­
ków i t. p ?
Pytanie 18. Czy są w okolicy Pańskiej nazwy miejscowe n. p. pól, wzgórzy
itd., z nazwą Sobota, Sobótka itp. i skąd te nazwy pochodzą według
podania ludowego ?

-

325

Rozm aitości,
C z y p raw d a, ź a sreb rn ik i m a łe, w z iem i zn a jd y w a n e , s ą g ł ó w ­
kami ś w . J a n a C h r z c i c i e l a ?

Taki nagłówek kładzie autor (str. 47) na jednym z ustępów
dziś bardzo rzadkiego dzieła : Nowe Ateny, albo Akademia wszelkiej
Scyencyi pełna, na różne tytuły, jak na Classes podzielona: Mądrym
dla memoryału, Idyotom dla nauki, Politykom dla praktyki, M elan­
cholikom dla rozrywki erygowana, wszystko napisał, nie przepisał,
z pracą wielką Autor enigmatice i jaw nie wierszem wyrażony:
Kościół mi daje imie, a szlachectwo ziele,
Które głowę zawraca, każe stroić trele,
to jest X. Benedykt Chmielowski, Dziekan Rohatyński, Firląjowski
Podkamieniecki Pasterz.
Roku, którego Mądrość Przedwieczna w żłobie Betleemskim
szkołę Zbawienną Światu otworzyła 1754.
W Lwowie w Drukarni J. K. M. Coli. Soc. Jesu. R. P. 1754“.
Autor walczy przeciwko zabobonowi ludu, u którego tradycye
silną mają powagę a słowa od siwej usłyszane brody, wiarogodniejsze,
niż pismo święte. „Ten tedy lud prosty, osobliwie polski, daleki
od miast wielkich, rozumiejąc, źe Święci garnki lepią, że pieniądze
z nieba spadają, źe jakiekolwiek osobliwości, których Maćko albo
Hryńka w ich wsi nie zrobi, są dziełem niebieskiem“ sądzi, źe małe
srebrne pieniążki znajdywane, w ziemi od lat tysiąca kilkuset leżące,
z głową na jednej stronie wyobrażoną, są pieniążkami św. Jan a
Chrzciciela, a głowa na nich oznacza uciętą tego świętego przez H e­
roda. Pieniążki te znaleść można, tak twierdzi lud, w życie tam, gdzie
trzy razem wyrastają kłosy w noc świętojańską, a posiał je sam św.
Jan. Szukają ich też zwłaszcza leniwcy, pijacy i łakomcy, niektórzy
zaś, aby nimi ozdobić swoją Marynkę, wieszając je jej na szyji.
Autor, który widocznie za rychło się urodził i nie odczekał
czasów obecnych, bardzo jest materyalny i tłumaczy, że zabobon ten
jest nieuzasadniony, przedewszystkiem tem, źe przecież św. Ja n nie
miałby „profitu“ z takiego rozsiewania pieniędzy, więc też ten argu­
ment powinien wstrzymać lud od takiego „bajania“. Nie św.
Jana to są główki, lecz pieniążki srebrne cesarzy rzymskich Augusta,
Tyberyusza, Wespazyana, Tyta, a najwięcej Trajana. Autor sam po­
siadał dwa, z których jeden też Trajana, a radzi: „Otóż te głowy,
czyli główki, niech prostych nauczą, źe to są Augusta albo Trajana,
a nie św. Ja n a główki“.
Ľ r. Koehler.
D o o b r z ę d ó w wigilijnych. W Złotej (o. p. Czechów, powiat
brzeski) jest zwyczaj, że w wigilię Boż. Narodzenia znosi gospodarz
do izby po snopie z każdego rodzaju zboża, wiązkę siana i wiązkę
albo więcej słomy. Część zboża i siana kładzie na stół, resztę

— 326 —
zbo::a rozstawia po kątach izby, siana zaś resztę i słomę kładzie
pod stół. Tak zasłana izba ma przedstawiać stajenkę, w której się
Chrystus narodził i niewolno jej zamiatać, aż w dzień św. Szcze­
pana bardzo rano (do dnia) 'j. Po wieczerzy wigilijnej wychodzą do­
mownicy — zazwyczaj dzieci — do sadu. Na czele dzieci, z któ­
rych każde ma pęk powróseł ze słomy, idzie dorosły mężczyzna,
uzbrojony w wielką siekierę. Mężczyzna uderza obuchem siekiery
każde drzewo, niby je ścinając, i wymawia słow a: „Nie będzie ro­
dziło“, dzieci zaś śpieszą niby na ratunek drzewa i wołają : „Dajcie
mu pokój ! Będzie rodziło“ i obwiązują drzewo, niby uszkodzone
obuchem siekiery, aby z wiosną nie uschło. To ma się przyczyniać
do urodzajności drzew.
Szczepan Musiał,
n a u cz , ludow y.

W Padwi (pow. mielecki)
odprawiają w drugi dzień świąt tzw. „święty lejek“. Chłopaki biegają
ze sikawką ręczną, by oblać jaką dziewuchę, — mniejsze chłopaki
zadowalają się trochą wody z garnuszka, a nawet z ust. Dorosłe
chłopaki często wrzucą dziewuchę do wody i wtedy uciechy dużo,
lecz zato dziewucha, jak jej zbraknie cierpliwości, obrzuci błotem
z kałuży napastników, a jak mocna, to którego też do wody wcią
gnie. Zwykle w ten dzień dziewczęta siedzą w domu, by ich nie
napastowano
J e st też zwyczaj, że dzieci graią w jaja farbowane. W tym
celu robi się wyżłobienie w drowce
(?), by tym rowkiem jajo mogło
się stoczyć ; gdzie się zastanowi, tam musi zostać. Tak kolejno pu­
szczają jajka, gotowane, farbowane i różnie pisane. Jeżeli puszcza­
jący jajko trafi spoczywające jajko poprzednika, lub kilka po drodze
ruszy, to wygrał i zabieraje sobie. Ta zabawa trw a przeszło 2 tygodnie,
jest bardzo praktykowaną i zajmującą, przytem dużo wywołuje
śmiechu. W końcu potłuczone jajka konsumują.
Ks. Wilhelm SJcopiński, proboszcz.
Do

zw yczajów

w ie l k a n o c n y c h .

W s p r a w i e p is a n e k i W ie lk ie j n o c y . P. Nikosiewicz Kajetan, słu ­
chacz I I I r. praw, rodem z Kut i tamże mający rodzinę, donosi
stamtąd, co następuje:
W poniedziałek Wielkanocny chodzą chłopcy po domach i oble­
wają wodą dziewczęta, za co dostają od gospodyń jaja lub pisanki.
Zebrawszy pewną ilość jaj, urządzają sobie zabawę, która polega
na tern, źe jeden bierze jaja w pięść, a drugi innem jajem z góry
uderza — rozbite jajo dostaje się przeciwnikowi.
W e wtorek znów dziewczęta oblewają chłopców, przybyłych
w odwiedziny do ich domu.
Ormianie nie wyrzucają skorup święconych jaj, ale zbierają je
razem i przez kilka dni przechowują, do tego dołączają nawet sko­
rupki z jaj, użytych do pieczywa wielkanocnego, poczem wszystko

*) Co w ty m d n iu ro b ią z tem zb o żem i sia n e m , p rw . w a rty k u le p. n. So-

bótlii w Galicyi, odpow iedź 5.
2) T a k p isze a u to r — czy to b łą d
u m ie m pow iedzieć. (F. K.J.

zam . de see,

czy też

z am .

dróżce, nie

— 327 —

w jaki tydzień po świętach wrzucają do potoku, (wogóle do wody
bieżącej). Mają one płynąć do jakiegoś kraju ciemnoty (Kajmanów?),
a lud wierzy, że tym sposobem przesyłają owym nieznanym miesz­
kańcom wieść o Zmartwychwstaniu Chrystusa.
W d zień z a d u s z n y — pisze tenże sam korespondent — odbywa
się w Kutach pieczenie bab, z któremi wychodzą na cmentarz ; tam
rozdają sobie wzajemnie garnek z wodą i babkę. Babka ta zowie
się p e r e p i c z k a . (NB. w Brusturach chodzą chłopcy w wielki
czwartek po chałupach za kukucami t. j. darunkami za dusze zm ar­
łych i otrzymują p e r e p i c z k i [chleb mały] — prw. dr. Fr. K r č e k ,
Pisanki w G-alicyi, II, str. 15).
N a p o j e w y s k o k o w e w c z a s a c h p r z e d h is t o r y c z n y c h . Głośny
antropolog franc., Gabryel de M o r t i H e t , w wykładzie swym „Les
boissons fermmtées“ {Revue de l’Ecole dl anthropologie 1897 i odb. 8 "
str. 22) podaje szczegóły następujące o tym przedmiocie. Mieszkańcy
osad nawodnych po półn. stronie Alp od Sabaudyi aż po Austryę
i w paśmie franc. Jury używali wina z malin i jerzyn w okresie
nowokamiennym i bronzowym, po połudn. stronie Alp od Wareza
(Varese) do Lubiany natomiast pijali wino dereniowe przez cały okres
bronzowy, począwszy od czasów protohistorycznych. Wreszcie bar­
dziej już ku południowi wszystko wskazuje na używanie wina grono­
wego w okresie bronzu, co nie m źe zadziwiać nikogo, ponieważ tam
winna macica była rośliną krajową i udawała się znakomicie. Z tego
p. M. wnioskuje, że zdanie powszechne, jakoby ją przyniesiono ze
W schodu na Zachód, jest błędnem, bo zapewne rozpowszechniała
się. w kierunku przeciwnym. Bull, de la Soc. ď anthrop. de Paris
1897 r. zesz. 5).
Fr. Kr.
T y p w ielkoruski. D r Adolf Bloch w organie Tow. antropol. p ar.
{Bulletin de la Soc. ď anthrop'. de Paris 1897, str. 462 —3) pisze w tej
sprawie: „Rysopis typowy Rosyanina jest następujący: oczy siwe,
włosy jasne u dziecka, napól chatain i blond u młodzieży, chatain
u dorosłych, nos prosty i n i e b a r d z o w y s t a j ą c y , albo też za­
darty (perkaty), zarost na policzkach nieznaczny; ale rozumie się, że
liczne są waryacye co do zarostu i nosa. Zbadawszy typ Rosyan,
chciałem porównać go z typem Słowian Warszawy, ale mogłem
tylko przekonać się, że nos i zarost Polaków tego miasta nie były
podobnymi do moskiewskich i że w tym względzie Polacy różnią się
niewiele od Europejczyków zachodnich. Z drugiej strony wiedząc,
że Węgry są pochodzenia fińsko-ugryjskiego, udałem się do Budape­
sztu celem zobaczenia, czy zachowali jakie ślady atawistyczne tego
pochodzenia, lecz nie mogłem stwierdzić żadnego śladu takiego na
Węgrach, tak z miasta, jak i na wieśniakach, których spotkałem.
Typ fiński zatem musiał uledz znacznej modyfikacyi u tej narodo­
wości“. Wreszcie znalazłszy pewne cechy wielkoruskie też u Biało­
rusinów, mianowicie nos perkaty w gub. smoleńśkiej i mińskiej,
a nawet we wsiach polskich i u Rusinów (Małorusów) gub. kijów.,
gdzie obok nosa prostego spotykamy poważny procent (17%) nosów

— 828 —

wklęsłych, konkluduje dr. B., że wszystkie trzy grupy ruskie wyka­
zują za wiele podobieństwa, by je można rozdzielać od siebie bez­
względnie — ze stanowiska antropologicznego.
Fr. Kr.
S t a t y s t y k a Ukrainy. Koniśkij Al. w 1 zesz. Literatur no-naukowego wistnyka podaje na podstawie spisu ludności w Rosyi staty­
stykę obszaru i ludności Ukrainy (tzn. gub. połtaw., podoi., wołyń.,
kijów., chersoń , Charkow., czernihow., kalerynosŁ, taur. i czarnomor­
skiej). Na obszarze 541.057 wiorst kwadr, (wiorsta == 1 kim. + 25
sążni) przypada tam 25 482.231 mieszk. (z tego 12,855.254 mężczyzn).
Płeć żeńska przeważa li w Czernihowskiem, Połtawskiem i Kijowszczyżnie i to bardzo nieznacznie. Co do ogółu zaludnienia Kijowskie przo­
duje reszcie Rosyi, bo liczy 3,564.433 mieszk.; natomiast najgęściej
zaludnionem na Ukranie jest Podole (82-7 na wiorstę kwadr.), po niem
idzie Połtawskie, (63-7), Charkowskie (52-4), reszta spada poniżej 50
aż do 27-2 (Taurya) i Czarnomorskie (28,6).
Wzrost ludności od 1851—97 największy wykazują: Chersońskie
(206%), Katerynosławskie (154), Taurya (137), Kijowszczyzna (117)
i Wołyń (104) — reszta od 92—67%. Pan K. podnosi ciekawy fakt,
że „szczero“-rosyjskie gubernie nie dorównują w tym względzie na­
wet tym ukraińskim, które wykazują najmniejsze odsetki wzrostu
ludności, bo dosięgają ledwie 62%, natom iast Witebskie i Wileńskie
102, Mohilewszczyzna 103, Mińskie 130, a 10 „gubernii Król. Pol­
skiego“ 92%.

— 329 —

ROZBIORY I SPRAWOZDANIA.
Lud nadrabsld (od Gdowa po Bochnię). Obraz etnograficzny. Skre­
ślił Jan Świętek, członek Koinisyi antrop. Akad. Umiejętności w Krakowie
1893 str. 728. 8 °.
Autor, pochodzący złudo, „urodzony i wychowany nad brzegami Raby“ ,
pragnie tak z życia, jak i z nagromadzonego przez lata materyału skreślić
obraz Nadrabian, o ile możności zupełny“. Nizwą „Nadrabian“ czyli ludn
nadrabskiego obejmuje ^mieszkańców nadbrzeżnych Raby, w średnim jej
biegu, a mianowicie wsi: M a r s z o w i c , N i e z n a n o w i c , P i e r z c h o w a ,
(poniekąd N i e g o w i c i K r a k u s z o w i c ) , K s i ą ż n i c , Ł ę ż k o w i c ,
T a r g o w i s k a , K ł a j a, S t a n i s ł a w i e , C i k o wi c , D a m i e n i c , D ą ­
br owi cy, S t r a d o ms k a , Ni e s z k o wi c , G i e r c z y c . U a p c z y c y ,
Siedlca,
Mo s z e n i c y ,
Ch e ł ma ,
C h o d e n i c y , a częściowo
i O s t r o w a K a m e r a l n e g o — jednem słowem wsi nadrabskich, „od Gdowa
po Bochnię“.
W pracy tej dwie rzeczy najpierw uderzają czytelnika : ogrom ma­
teryału i wskutek tego wielka nieporadność autora w uporządkowaniu dzieła.
Nazbierawszy bowiem przy pomocy krewnych i znajomych bardzo wiele
pieśni, gadek, przysłów, przymówek, zagadek, przepisów i rad lekarskich,
przesądów, zabobonów, opisów rozmaitych jak : zwyczajów, obrzędów, zabaw,
gier, zajęć, zabudowań i sprzętów gospodarskich, strojów, pożywienia, zalet
i wad mieszkańców nadrabskich, słów i zwrotów ich gwary, a nie posiada­
jąc należytej wprawy, nie wiedział, jak się zabrać do zestawienia wszyst­
kiego w pewną systematyczną naukową całość, mimo, że miał ku temu naj­
szczersze chęci. Podzielił więc cały materyał na 13 rozdziałów w miarę,
jak mu się przedmioty obserwowane po sobie nastręczały i tak rozpoczął
rzecz od „Rolnictwa i przemysłu“, a względnie od „uprawy roli i zajęć go­
spodarskich“; opisał następnie „Dom“ i jego części, t, j zabudowania
i sprzęty gospodarskie ; „Lud“ i jego strój, . pożywienie, wady i zalety ;
„Uroczystości i zwyczaje“ ; „Obrzędy“ ; zestawił znane mu „Pieśni“ i „Gadki“ ;
omówił różne rodzaje „Wierzeń“ ludowych ; „Lecznictwo“ ; niektóre „Za­
bawy i gry“ ; Zagadki i łamigłówki“ ; przytoczył wiele „Przysłów i przy­
mówek“ ; skończył kilkoma uwagami gramatycznemi i małym „Słownikiem“
gwary nadrabskiej.
Nie trzeba być wielce uczonym, żeby odrazu nie spostrzedz zasadni­
czych błędów w powyższem zestawieniu, jak również luk między pojedyn­
czymi działami niczem nie wypełnionych. Autor mówi o rolnictwie, o płodozmianie, a dlaczegóż tylko półsłówkami napomyka o gatunkach tej roli
i jej płodów? Mówi o chowie zwierząt domowych, ogrodnictwie, pszczelnictwie, rybołówstwie itd , a czemuż tak mało i to tylko przygodnie wspomina
o samychże zwierzętach, drzewach, pszczołach, rybach itp. ? Do „zupełnego
obrazu etnograficznego“ tego rodzaju dokładne opisy są niezbędnie potrze­
bne, już dla samego zrozumiepia rzeczy i języka Nadrabian. Mówi autor
o przemyśle: a czy Nadrabianie wcale się ceglarstwen?. i kamieniarstwem
nie zajmują, przynajmniej jako prości robotnicy ? Mówi o domie, a o ma­
teryał budulcowy tylko przy okazyi potrąca. — Mówi o ludzie, jego życiu,
a o głównym warunku do tego życia potrzebnym, wpływającym zarówno na

— 330 —

zdrowie Nadrabian, jak i na ich usposobienie, na ich sposób myślenia, o kli­
macie i jego zmianach wspomina tylko przypadkowo ! Czy myśli autor, że
jak napisze dłuższy traktat o Topielcu lub o Płanetnikach — a o bliskości
wód i o klimacie dotyczącej okolicy nie uczyni ani słowem wzmianki, czy­
telnik jego poglądy na oba rodzaje bóstw wodnych i niebieskich jasno i do­
kładnie zrozumie? — A zresztą przyrodnik, kiedy opisuje wróbla, ażeby
ten opis nie był martwym, kaniecznie musi jeszcze wspomnieć o jego spo­
sobie życia, a przedewszystkiem, czem się żywi i gdzie przebywa : ustęp
0 kanarku mieści w sobie przynajmniej pobieżny opis jego ojczyzny —
a czytelnik „Ludu nadrabskiego“, żeby nie wiedzieć jak sobie głowę su­
szył, z „obrazu“ p. Świętka nie potrafi sobie wyobrazić, jak ta okolica wy­
gląda, gdzie ci Nadrabianie mieszkają. Stąd częste nieporozumienia między
nim a autorem. Jeżeli przy opisie zwierząt koniecznie musi się uwzględnić
wpływ przyrody, która je otacza — cóż dopiero przy opisie ludów, gdzie
ten wpływ jest daleko większy i silniejszy. Pan Świętek zatem malując „zu
pełny obraz“ ludu nadrabskiego, powinien był najpierw (I) namalować tło,
podając dokładny opis wymienionej okolicy nadrabskiej, jej ziemi, flory,
itp., a wtedy zarówno kontur jak i farby obrazu przedstawiłyby się były
w należytem świetle.
Dawszy w ten sposób tło obrazowi, powinien następnie wziąć się do
odmalowania głównego przedmiotu tego obrazu t. j. (II) samego ludu a więc
a) j e g o f i z y c z n y c h i m o r a l n y c h p r z e d m i o t ó w : ciała
1 duszy.
b) s p o s o b u je. go ż y c i a : 1 ) czem się żywi, 2 ) czem się okrywa,
3) gdzie mieszka;
c ) j e g o z a t r u d n i e n i a : 1) na roli, 2) w domu, 3) na ulicy;
w końcu
cl) j e g o w y k s z t a ł c e n i a : 1 ) jego zapatrywań religijnych dawniej­
szych i nowszych, 2) poezyi : tańca, śpiewu i muzyki ; 3) sztuki : malarstwa,
rzeźbiarstwa, budownictwa i lecznictwa ;
e) j e g o j ę z y k a .
Autor jednak, jak to już ze samego podziału widać, uczyuił prawie
całkiem inaczej. Zaczął od (c) zatrudnienia Nadrabian na roli i w domu,
pominął ulicę czyli handel, cofnął się do (5) sposobu jego życia i opisawszy
najpierw jego mieszkanie, potem odzież, a na ostatku pożywienie, cofnął
się jeszcze dalej, bo aż do (a) opisu jego wzrostu i charakteru. Po „cha­
rakterystyce“ rozpoczął ustęp (с?) o wykształceniu Nadrabian i zamiast
omówić najpierw wszystkie ich starsze i nowsze wyobrażenia; modlitwy
i praktyki religijne, a potem ich poezyę i sztukę, rozpisuje się osobno
o „uroczystościach i zwyczajach“ osobno o „obrzędach“, jakby te rzeczy
wcale do siebie nie należały — przeskakuje do poezyi : „pieśni i gadek“ —
znowu wraca do religii t. j. do „wierzeń“ i „lecznictwa“ magicznego, przyczem omawia także lecznictwo empiryczne, a załatwiwszy się z tem, cofa
się napowrót do poezyi to jest do „zabaw i gier“, „zagadek i łamigłówek".
Na końcu zamiast dokładnego opracowania gwary nadrabskiej umieszcza
tylko niewielki słowniczek i 1 2 uwag gramatycznych.
Cała praca zatem, aczkolwiek z wielkim trudem i mozołem napisana,
robi na pierwszy rzut oka wrażenie nieładu i nieporadności w ułożeniu. To
wrażenie potęguje się jeszcze bardziej, gdy zaglądniemy w szczegóły:

— 331 —

Pierwszy ustęp I. rozdziału zatytułowauy : U p r a w a r o l i i z a j ę c i a
g o s p o d a r s k i e “. Autor zamiast przedstawić wyczerpujący obraz tej
uprawy, przygauia najpierw mieszkańcom nadrabskim, że nieumieją się nale­
życie „z obornikiem“ obchodzić — wspomina o płodozmianie i załatwiwszy
się kilku słowy z orką i
siewką, odrazu przechodzi do „zajęć
gospodar
jak sprzętu siana, zboża, lnu, konopi itp. Wtem przypomina sobie o sadze­
niu ziemniaków i kapusty i poświęca mu kilka zdań po sianożęciu. O sa­
dzeniu fasoli, bobu, karpieli, buraków — o sianiu grochu, marchwi, maku,
kapusty, rzepy i. t. p. warzyw na wiosnę — o plewieniu i t. d. i t. d.
prawie zupełnie milczy. Ciekawą wreszcie jest rzećzą, źe autor „uprawę
roli“ dzieli od „zajęć gospodarskich“.
W ust. 2-im mówi o „ u r z ą d z e n i a c h r o l n i c z y c h " , w 3-eim
0 „u p r z ę ży“, w 4 o s p r z ę t a c h i n a r z ę d z i a c h g o s p o d a r s k i c h “ ,
dodajemy, że część tych narzędzi już poznaliśmy w ust. 1 . — i poznamy
jeszcze w 5. 6 i I I : 1 . 2 . Cży nie możnaby było tego wszystkiego omówić
w jednym ustępie?
Wszakżeż lud wiejski zowie „narzędzia rolnicze“,
„uprząż“, „sprzęty i narzędzia gospodarskie“, „sprzty domowe i naczynia
kuchenne“, a nawet „narzędzia rzemieślnicze“ potrzebne w gospodarstwie
wyrazem: „nocynie“ — a co najwyżej: „sprzenty i norzendzie gospo­
darskie“.
Dziwna rzecz, że antor mówiąc o „ l u d z i e “ nadrabskim, na równi ze
strojem i pożywieniem stawia jego „pościel“. Pościel na wsi należy prze­
cież wraz z łóżkiem do sprzętów gospodarskich, takich jak „skrzynka“
„somsiecek“ i t. p.
Tego rodzaju usterek odnoszących się li tylko do nieodpowiedniego
uporządkowania zebranego materyału najwięcej jest w rozdziale VIII. za­
tytułowanym „Wierzenia“
Każdy, komu wierzenia ludowe nie są obce, musi przyznać, że wszy­
stkie te wierzenia nie są niczem innem jak zwykłym kultem religijnym :
niektórych ludzi za życia, nieboszczyków po śmierci, kultem duchów i bo­
gów rządzących światem. Musi przyznać, że kult ten : ludzi i nieboszczy­
ków — duchów i bogów jest dwojakiej natury: starszy, odnoszący się do
czasów tak zwanyoh pogańskich : przeważnie swojski, i nowszy, pochodzący
już z czsów chrześcijańskiej ery, przeważnie napływowy obcy. Jeżeli tak,
to i każda praca traktująca o nim powinna mieć na sobie ctchy powyż­
szego zapatrywania. Tego jednak w rozdziale VIII nie widać. Autor bo­
wiem dzieli go na wierzenia odnoszące się do wiary: a) w „Demony“ b)
w „Czarownice, czarowników i czary“, c) we „Wisielców“ — d) do „Wszech­
świata, człowieka i jego spraw“, e) do przesądów i podań z życia zwierząt
1 /) roślin. Do demonów zalicza takie istoty jak: Topielca, Strzygonia,
Przypołudnicę, Kołtona, Inkluza, błędne Światełka, Płanetników, Zmory itp.
Demon,
oznacza u Homera to samo co i ćleóg. U Hezyoda de­
mony są to ludzie złotego wieku, którzy po śmierci stali się nadziemskiemi
istotami, opiekuńczymi duchami ludzi późniejszych, (u Rzymian : dii ludigetes). Filozofowie greccy postawili demony w środku między heroami, a bo­
gami Olimpu. Platon w swoim Sympozyonie (202. E). mówi o demonach
jakby o aniołach chrześcijańskich, którzy między ludźmi a bogami pośredni­
czą. Nowoplatończycy dopiero kult demonów wykształcili tak, jak on się
przedstawia dzisiaj u wszystkich ludów a mianowicie : Demony są to siły
nadprzyrodzone dobre i złe, które na rozkaz bogów ludźmi albo się opie­

— 332 —

kują albo im szkodzą, czyli iniiemi słowy: są to dobre i złe duchy: po­
kusy, pokuśnioki, ciorty, biesy itp. Demon według pojęcia ludowego nie ma
własnego kształtu — ale zmienia się dowoli. Temu pokazuje się w postaci
psa czarnego, tamtemu w postaci dziadka łysego i t. d. Śmierć, Topielec,
Strzygoń, Przypołudnica, Kołton, Inkluz, Światełko, Płanetnicy, Zmora itp.
mają zawsze stalą, ściśle określoną postać — ba nawet stałe miejsce po­
bytu i jedną i tę samą siłę — zatem do duchów t. j. do neoplatońskich
„demonów“ nie należą i należeć nie mogą.
Śmierć, dyabłów i t. d. zaliczył autor do „demonów“ — mimowoli
nasuwa się pytanie, a do jakichby też istot zaliczył autor: Czarownice,
Czarowników, Wisielców i t. p , którym w dziele swojem nie dał żadnej
innej nazwy, ani żadnego określenia równoważnego z „demonologią“ ?
Czarownik i Czarownica, Zmora. Wilkołak, a nawet Niedźwiedź i t. p.
według pojęcia ludu są to ludzie tak jak i my, tylko gdy my jeszcze cał­
kiem charakter ludzki zachowaliśmy, nieskazitelny ; tamtych jeszcze za życia
duch dobry lub zły: „Pombóg“ lub „Pokuśniok1, naznaczył czy to w na­
grodę czy też za karę. I tak czarownicy mają siłę czarowania, wróże :
wróżenia, zmory przemieniania się w kota i duszenia drugich; wilkołak ma
postać „pół chłopa pół-wilka“, chłop — niedźwiedź całkiem zwierzęcą i t. d.
Wszyscy zatem są ludźmi niezwykłymi, „dziwnymi“ czyli najniższego typu,
czyli greckimi r^iosç a kult odnoszący się do nich kultem ludzkim.
Równorzędnym do „kultu ludzi“ jest „kult dusz“ czyli „nieboszczyków“,
ale także niezwykłych, przez duchów naznaczonych w nagrodę lub karę :
są to dusze pokutujące, Strzygonie, błędne Światełka i t. p.
Pozostaje nam jeszcze kult bogów a nimi są: bóg topieli i wnętrza
ziemi: T o p i e l e c ; bogowie chmur, obłoków, deszczu, gromu, gradu, mrozu,
śniegu, światła słonecznego, księżycowego, gwiazd t. j. niebios: P ł a n e ­
t n i c y , L a t a w i e c , S ł o ń c e , M i e s i ą c i G w i a z d y ; boginią ziemi
i jej skarbów: „Matka nasza“ : „ Z i e m i a “ (u Rzym.: „Magna Mater,
u Grek: /lr¡¡.LÍfC7jQ).
To są wyobrażenia religijne starsze — a nowsze są te same, co ma
każdy chrześcijanin katolik. Naturalnie jedne i drugie nie występują czysto
i wzajemnie sie zabarwiły — ale autor powinien je był należycie odróżnić,
a wtedy i materyał zestawiony zarówno w VIII. jak i gdzieindziej byłby
sam przez się przypadł w należyte miejsce.
O wiele lepiej i korzystniej przedstawia się sam materyał bez względu
na jego uporządkowanie.
Autor kreśli dosyć wiernie życie swoich rodaków: ich zajęcie w każdej
porze roku i prawie o każdym czasie. Są bowiem rolnikami, a oprócz tego
trudnią się rzemiosłem domowem jak n. p tkactwem, przędzeniem, olejarstwem, szewstwem, krawiectwem i t. p. Mówiąc o zyjęciach codziennych
Nadrabian, opisuje także najdokładniej narzędzia, któremi się podczas
tego posługują. Przy spisie zabudowań gospodarskich wymienia niemal
drobiazgowo ich części składowe i domowe sprzęty. Całą zaś swoją siłę
autorską skoncentrował głównie do scharakteryzowania zarówno cielesnych
jak i duchowych zalet swych rodaków. Nadrabianie według autora są to lu­
dzie niezwykli i wyróżniający się z pomiędzy swoich sąsiadów nietylko stro
jem — ale także mową i usposobieniem. Są bowiem przeświadczeni o swojej
dawnej przynależności do dóbr królewskich. Uważają się też za Polaków,
chociaż „wszyscy są stanu chłopskiego“. Nadrabianie są nadto bardzo reli­

— 333 —

gijni, a przytem „wstrzemięźliwi w używaniu gorących napojów“. Są uprzejmi
i bardzo rozmowni Jednem słowem, z bardzo małymi wyjątkami posiadają
tylko same dobre przymioty. Mają oni mnóstwo uroczystości i zwyczajów
prawie na każdy ważniejszy dzień w roku : na święta Bożego Narodzenia,
na Nowy Rok, na Trzy króle i t. p. Nie brak im także tak zwanych obrzę­
dów jak chrzcin, wesela i t. p. właściwych innym ludom. Temu wszystkiemu
towarzyszy niezliczona ilość przeróżnych pieśni. Przy zajęciu codziennem
opowiadają sobie Nadrabianie zwłaszcza w porze zimowej rozmaite gadki
Obok swojej religijności są oni wielce zabobonni: wierzą w tak zwane de­
mony, czarowników, czarowniee, czary i t. p. Mają swoje własne wyobra­
żenia o wszechświecie i Bogu. Z temi wierzeniami łączy się ich sposób wró­
żenia i leczenia wiejskiego. Pasterze i dzieci nad Rabą bawią się w rozma­
ite gry i zabawy jak w „Aniołów i dyabłów“, w „Bąka“, „Birki1 itp. Nad­
rabianie lubią sobie zadawać zagadki i łamigłówki — a na każdą rzecz pra­
wie mają jakieś przysłowie lub jakąś przymówkę. Gwarę nadrabską autor
przedstawia nam głównie na przykładach, którymi się wśród swoich opisów
obficie posługuje, wreszcie w niewielkim słowniku umieszczonym na końcu
dzieła. Nazywa ją „mazurską“.
Lecz i pod tym względem praca p. Swiętka nie jest zupełnie wolna
od zarzutu. Jak już z powyższego przedstawienia widać, autor zbyt często
daje wyraz swoim subjektywnym zapatrywaniom, wskutek czego nieraz od­
chodzi od rzeczywistości. Bardzo to chwalebną jest rzeczą, jeżeli w swoich
rodakach widzi się tylko same dobre przymioty — ale równocześnie trzeba
sobie zadać pytanie, czy się przypadkiem rzeczy nie przecenia. Cieszyłbym
się bardzo, gdyby Nadrabianie byli tym wyjątkowym ludem, który czuje
dawną swoją przeszłość i uważali się za cząstkę narodu polskiego ; który
potulny swoim duszpasterzom pilnie uczęszcza do kościoła i unika karczmy;
który żyje przykładnie i dziatki swoje wychowuje prawdziwie po chrześci­
jańsku — doprawdy, cieszyłbym się — ale niestety, widząc i znając do­
kładnie wady i zalety Nadrabów, jako ich krewny i najbliższy sąsiad, nie
mogę uczuć tego błogiego szczęścia i tej niewypowiedzianej radości. Nad­
rabianie to zwykły sobie ludek jak cały ludek, którego jest maleńką cząstką,
skory do tańca i do różańca : do kościoła chodzi, ale i karczmy nie mija ;
kocha się i czubi, jak padnie, przestaje na wodzie, ale i trunkim nie gardzi.
O swojej narodowości wie tyle, co i jego sąsiedzi. Ten i ów nauczył się
ze szkoły i z gezet, że jest Polakiem — a reszta nie słysząc nie o bożym
świecie, wie tylko, że „pon“ i „ślacheic“ nazywają ich, dla odróżnienia od
siebie „chłopami“- Kiedy idą na jarmark do „Tymbarku“ lub do „Sońca“,
dowiadują się, że ich „Gorole“ przezywają „Lachami" a ich baby „Lachówkami“. „Telą łowelą, Lachu, zjodeś debła !" słyszą nieraz na targu w Limanowy, dokąd także zdążają i odpłacając się pięknem za nadobne, akcentują
silnie „stul młorde, Gorolu !“ Wędrując czasem na południowy w'schód za robotą,
spotykają się z „Rusnokami“, którzy ich w zamian bądź to „Lachami“, bądź
„Mazurami“ przezywają. Idąc za Wisłę na kośbę lub na młockę, bo „tam
dobrze płaco“ mówią, że „ido na Mazury“ — Z tego przecież jeszcze nie
można wnosić, żeby się uważali za „Polaków-Mazurów“, owszem, jeżeliby
już o to chodziło, to Nadrabianie podobnie jak i ich sąsiedzi prędzejby się
zgodzili na nazwę „Lachów“, jak się też w istocie sami nazywają, jeżeli
się ich ktoś koniecznie o ich narodowość wypytuje. „Polak“ dodają tylko

334

wtedy, jeżeli widzą, że komuś na tem zależy. „No dyśmy wszyscy Polocy
i ło cóż sie Panu łozchodzi
Co się tyczy ich przeszłości, to wiedzą, że „kiedyś były polskie —
ślacheckie rzondy i wsie dzieliły sie na dominikalne i rustykalne Takich
dominij było wiele — a między innemi i niepołomicko, do który i wsie
nadrabskie nolezaly“. Wtedy „panował król Kaźmierz, bardzo ślachetny mo­
narcha, co zawsze chłopów brał w łopieke i ślachcie nie dal im krzywdy
robić. Śiachta go tyz za to nie cierpiała i na zgarde przezwała go królem
chłopów“. Po nim „nastąpiuł król Sobiecki, co pobiuł Turków pod Widniem
w bardzo ciekawy sposób : kozoł ano na góze połustawiać kilka tysięcy kóp
snopków — poprzebirał ig za zołmirzów — a som z małom gorztkom Po­
loków masirował dzień i noc naokoło Widni i. Turcy sie poprzelękali, ize
Sobiecki mo tyle wojska na górze, a jesce nowe oddziały ciągle przybywajo — i co nie robić, łuciekli“... To też opowiadają, że „za króla Sobka
nie było na strzese ni snopka“. Po Sobieckim panował król Sas : to za króla
Sasa było w kraju dobrze — bo sie jadło, piło, popuscało pasa“. Potem na­
stały rzondy łostryackie. Nolepsy był cysorz Józef, bo ten chodziuł po świę­
cie i wypytowoł się ludzi ło wszyćko, су im panowie nie robio krzywdy.
Panom sie to nie podobało i zrobili powstanie polskie pod Kostuskem.
Wtedy ksiąze Poniatoskie łutopiło sie w rzyce. O bardzo dawnych czasach
wspominają, że „nieroz byli tu Tatarzy i Szwedzi. Ludzie wtedy łuciekali
z dobytkiem do lasów. Szwedzi boli sie za niemi tam iś i ażeby ik stam­
tąd wywabić, wołali, „Kaśka, Maryna, a pódze juz, bo juz Swędy posły“!
i w ten sposób ig łosukowali“- — Po za te wiadomości z przeszłości za­
równo Nadrabianie jak i ich sąsiedzi nie sięgają : stąd liczne domysły autora
w tym celu nie mają najmniejszej racyi.
Co się tyczy gwary nadrabskiej, którą autor także do mazurskiej za­
licza, to wcale nie różni się ona od gwary okolicznych sąsiadów, którzy
jak to już słyszeliśmy, Mazurami wcale nie mają być ochoty i nie są. Nad­
rabianie mówią tak samo, jak i oni. Prawie wszędzie tematowe a przemie­
nia się w o, a to głównie we wyrazach jeduozgłoskowycb, imiesł. czas przesz,
str. czyn. rodz męs., w 3 os. 1. poj. i mn. czas ter., przed wargowemi
sam. i spółgł. np. p o n , wo ł , k o ł , g o j , mo j ,
r o j , bok, doł(em ).
doł(eś), d o ł , gnoł ( em) , gnoł(eś), g n o ł ; c yt o, c y t a j o , s t r o c h o
s t r o c h a j o ; t r o w a , s z o f a , d r o b a , mo m, s t o n i t. p. Jest to
nie żadne pochylenie, jak je niektórzy nazywają, ale najzwyklejszy proces
labializacyi, ten sam co się w staro-norwegskiem i innych germańskich dyalektacb nazywa „m- przegłosem“'. (Mamy 3 rodzaje przegłosu : ¿-przegłos,
r-przeglos i м-przegłos.) W germańskich narzeczach wszędzie oznaczają je
jako zwykłe o,a co najmniej dodają do znaku o jeszcze mały haczyk (o)
u dołu, celem odróżnienia go od pierwotnego o, a nie dla zaznaczenia od­
rębnej wymowy. Dalej wszędzie przed początkową samogłoską dają Nadra­
bianie hiatus: li, j , a najczęściej wargowe l = grec.: F, np. H a n u s i a ,
J a n t o n i , J a g n i s i a , ł o k n o , ł o n , ł o c i e c i t. p; nie znają sz, cz,
ani ż np. chłop s a n u j e z a w s e z o n e ; z e g l o r z i t . p.; mają dualis
ale tylko w 1 . os. czas. i to najczęściej w znaczeniu 1 . os. pl. np. „chodźwa
chłopy do sopyl,, zamiast kreskowanego e (—é) mówią i piszą i lub y np.
c hl i b, ml i k o , s y r , s my r i t p.; końcowe éj = y ¿ ; w miejsce ę
i q występuje e, en, o, on, om. Jedyną różnicę we wymowie Nadrabiali,
która ich od sąsiadów nieco dzieli, stanowi wymowa gardłowo-językowo-

— 335 -

wargowego l, która tylko jest objawem lokalnym, mającym swój powód
w stosunkach miejscowych np. w nadrabskiej puchlinie gardła zwanej „wolą“ .
Refleksy tego t spotykamy w niektórych wsiach pow. wielickiego i innych.
Wieliczanie nazywają tego rodzaju wymowę l „balowaniem“ i wyszydzają
ją następującą przymówką : „sydlo, mydlo, motowidlo“. Podobnie wyśmie­
wają się Nadrabianie z wielickiego „balowania“, ł we Wielickiem podobnie
jak i gdzieindziej w zachodnidj Galicyi, jest czysto wargowe.
Materyał odnoszący się do wykształcenia ludu nadrabskiego został
najobficiej nagromadzony, ale cóż kiedy autor nie uwzględnił prawie żadnych
waryantów — a przy spisywaniu pieśni malo liczył się z muzyką i tańcem.
Mnóstwo wskutek tego zwyczajów, gadek, pieśni, zabobonów, przysłów, zaga­
dek a nawet zabaw podał tylko fragmentarycznie i bardzo niedokładnie.
Tłómaezy się wprawdzie prostą niemożebnością zebrania wszelkich możli­
wych wersyj dotyczącego objawu jak nie mniej opinią Komisyi antropolo­
gicznej Akademii krakowskiej, która postanowiła w zasadzie nie drukować
więcej pieśni, uznając, „że dalsze zbieranie pieśni (mniej więcej w różnych
okolicach kraju i wogóle Polski do siebie podobnych) byłoby bezcelowe,
skoro Kolberg zebrał ich do 16.000“ - wszelakoż tłómaczenie się tego rodzaju4 jak również owa opinia, na którą się autor powołuje, w oczach mo­
ich są conajmniej bezpodstawnemi Że zestawianie wszelkich możliwych wer­
syj, pieśni, gadek, przysłów, zabaw i t. p. objawów ludowej poezyi jest możebne a nawet do należytego studyum nad tymi objawami niezbędnie po­
trzebne — że tego rodzaju zbiory istnieją, polecam zarówno autorowi jak
twórcom wspomnianej opinii przejrzeć tylko jedno dziełko, jakie sobie na
razie przypominam: „A. Hruschka u. Toischer : Deutsche Volsklieder aus
Böhmen. Prag. 1881—91“. A zresztą ktokolwiek myśli na seryo o naukowem badaniu poezyi ludowej, dla tego zmiana jednego ' yrazu — jednego
taktu muzycznego danej pieśni jest niezmiernie ważnym szczegółem do wy­
tłumaczenia jej treści, melodyi, pochodzenia i pierwotnego kształtu — dla
tego nietylko zbiory Kolbergowe — ale wogóle jakie do dziśdnia u nas
istnieją nie są wystarczające. Komisya antropologiczna Akademii krakow­
skiej swojem postanowieniem, którego zresztą przyczyny nie rozumiem, czyni
ogromną krzywdę polskiemu ludoznawstwu — i spodziewam się, że wkrótce
od niego odstąpi.
Ot mniejwięcej w ten sposób przedstawia się powyższa praca p. Świątka.
Dzieło dość grube i zawierające w sobie dużo cennego z trudem i mozołem
nagromadzonego materyalu. Materyał ten jednak zebrano bez odpowiedniego
planu i należytego wyboru — a co gorsza, w uporządkowaniu jego okazano
największą bezradność i brak wszelkiej naukowej podstawy. W dodatku rzecz
samą tu i ówdzie przedstawiono zbyt podmiotowo, nadając jej pozór pewnego
nieprawdopodobieństwa. Mimo tego wszystkiego wartość dzieła niepospolita
i zasługa autora olbrzymia już dla tego samego, że po zbiorach Kolbergowych w tych stronach jest ono prawdziwym unikatem — a co się tyczy
okolic nadrabskich — pierwszą pracą oryginalną na wielką skalę. Zresztą sam
materyał, jakkolwiek on jest zestawiony, daje jeźli nie „zupełnie“ to przy­
najmniej choć w części dokładny obraz ludu nadrabskiego" i przynosi autorowi to wewnętrzne zadowolenie, że mimo swojej ciężkiej pracy urzędni­
czej ,, jak może — ku pożytkowi dobra wspólnego pomoże“
L. Młynek.
28

— 336 —
Karol P o t k a ń s k i. Kraków przed Piastami. W Krakowie. Nakładem
Akademii umiej. (Osobne odbicie z XXXV t. rozpraw wydz. hist, filozof.).
Skład główny w księgarni spółki wydawniczej polskiej. R. 1897.
„Są epoki w historyi“ — pisze p. Potkański — „tak oddalone i tak
mroczne, do których poznania tak zupełny brak źródeł, że nic o nich nie
wiemy i wiedzieć nie możemy. Wtedy stwierdzamy wprost naszą nie­
świadomość i co najwyżej stawiamy a priori pewne hipotezy, zapożyczając
się — nieraz bardzo skutecznie — u innych ludów. Wówczas historya
ustępuje miejsce socyologii, dzieje się to zazwyczaj tam, gdzie nie chodzi
o zdarzenie historyczne, ale o stan lub genezę instytucyi społecznych, sło­
wem o jakiś objaw ogólniejszy, odnoszący się do życia wewnętrznego pewnej
grupy socjalnej“. Bez kwestyi słusznie !.. Ale nie bez potrzeby wyjaśnienia.
Socyologia przecież a t, zw. prehistorya wspierają się bardzo, lecz nie po­
krywają się wzajemnie. Wprawdzie August Comte nie zastrzegł się nawet
przeciw zespoleniu zupełnemu historyi z socyologią; jednak ani on, ani jego
następcy nie uskutecznili tego postulatu. Spencer, Morgan — odnajdują
w prehistoryi i u ludów niecywilizowanych całą masę materyału soeyologicznego ; ale pierwszy uważa ten materyał tylko za część dowodzeń, mają­
cych stwierdzić ogólną jego — biologiczną teoryę socyologiczną, — drugi
zaś jest więcej etnologiem, aniżeli socyologiem. To samo da się powiedzieć
o Mac Lenanie, Taylorze, Westermarku it. d , ba nawet o Dargunie. I dla
tych uczonych jest badanie ludów „pradíikich“, dzikich i barbarzyńskich —
tylko materyalem dla socyologii, mającym głównie stwierdzić faktami etapy
rozwoju rodziny, tj. podobnie jak w najnowszych czasach u prof. Muekego.
Gumplowicz materyału tego używa dla wyjaśnienia genezy „państw“, MarksEngels i następcy dla uzasadnienia t. zw. monistycznego poglądu na rozwój
życia społecznego ; wreszcie Tarde — to socyolog — przyrodnik i prawnik,
dla którego ważniejszym jest materyał, zebrany wśród narodów cywilizowa­
nych, aniżeli prehistorya lub etnologia. Jeśli prof. Simel (Die sociale Dif­
ferenzierung) ^stwierdza w życiu społecznem ciągłe współdziałanie indywi­
duów i grup społecznych, stawiając w rezultacie jako zasadę ogólną, że
socyologia dąży do poznania praw tego współdziałania, a więc do zbadania
przedewszystkiem i określenia stosunku jednostki ludzkiej do „społeczeństwa“,
w którem żyje i na odwrót; tudzież do takiegoż zbadania stosunków grup
społecznych między sobą, — to jużcić jasnem się staje, że socyologia coraz
wyraźniej wyodrębnia się, jako osobna dla siebie gałąź wiedzy ludzkiej, dla
której prehistorya i etnologia są jednak nader ważnemi umięjętnościami pomocniczemi. Ale też i na odwrót — te pomocnicze umiejętności otrzymują
równą pomoc od socyologii, bo ta, stwierdzając pewną mniejszą lub większą
równoległość (analogiczną) zjawisk życia i rozwoju społecznego, wykazując
ją w wielkiej części właśnie na danych faktycznych, zaczerpniętych z „nauki
o ludach“ — pozwala nam bardzo często wglądnąć w najodleglejsze dzieje
ludzkości, które dla ścisłej „historyi“, opierającej się na źródłach pisanych
były dotąd bartą zakrytą. Wówczas rzeczywiście „historya ustępuje miejsce
socyologii“ i dodam także — etnologii Widzimy to n. p. w ostatnich pra­
cach prof. Balzera: do których dołącza się obecnie rozprawa p. K. Potkańskiego, słusznie przez Akademię umj. w Krakowie nagrodzona. Pod skromnym
tytułem „Kraków przed Piastami“ daje nam autor część prehistoryi polskiej,
ważny ekscerpt z doby rasowo-plemiennej ludów, które weszły później w skład
państwa Piastów. Kraków — to prastary gród plemiania Wiślan, o którem



337



mamy już wzmianki czysto historyczne — źródłowe. Plemię to zamieszki­
wało późniejszą Małopolskę, rozdzieloną na księstwa: Krakowskie i Sando­
mierskie. Nawet ten rozdział ma uzasadnienie w dobie plemiennej, bo Wi­
ślanie już wówczas na dwie grupy rozpadli się.
W podaniach ludowych o założeniu Krakowa widzi p. Potbański słu­
sznie — złączenie motywów mitologicznych i historycznych — tylko, że te
pierwsze wyprowadza z „motywu odwiecznego, a mianowicie walki dnia
z nocą, wiosny z zimą, światła z ciemnością“. Nie zgadzam się w tym wzglę­
dzie z autorem -- po prostu z tego powodu, że nie dopatruję się rozwoju
kultów w perzonifikacyach zjawisk przyrody, ale w t. zw. animizmie, okre­
ślonym przez Taylora i Spencera. Prawda, że z czasem pierwotny animizm
stawał się coraz bardziej blizki „pierwszej filozofii“, jak się wyraża Krzy­
wicki, a więc tem samem i badaniu zjawi к przyrody, ale wątpię, czy myty
tkwiące w podaniach o założeniu Krakowa — mogą pochodzić z epok
przetwarzania się pierwotnego kultu ludowego na wyższorzędny system społeczno-religijny. System taki wogóle u Słowian nigdy nie wytworzył się, bo
w chwili, kiedy może mógłby się rozwinąć — ludy słowiańskie uległy sy­
stemowi nadanemu im z zewnątrz, tj. chrystyanizmowi. Kto wie, czy p. Potkański do jaśniejszych rezultatów nie byłby doszedł, gdyby motywów mito •
logicznych o założeniu Krakowa dopatrywał się był w — animizmie. Słu­
sznie natomiast czyni, dopatrując się w mytach śladów walk międzyplemiennych; — jestto niejako historyczna część każdej mitologii, wcale wyraźna
w podaniach krakowskich. A mofywa zupełnie historyczne ? I te istnieją
w krakowskich podaniach, tylko że trudno je wydobyć z naleciałości mito­
logicznych; najwięcej stosunkowo mówi sama nazwa „Kraków“. Nie jestto
nowa ani rodowa (totemiczna), ani też patronimiczna (rodowa), ale podobnie
jak n, p. Sędziszów it.p. — nazwa ojczycowa, wskazująca, że jakiś Krak
był rzeczywiście żałożycielem „Krakowa“. Kim on był? Zapewne jednym
z naczelników rodowych lub wodzów plemiennych; przypuszczam raczej
pierwsze, a wówczas Kraków, podobnie jak Tyniec — byłby pierwotnie
grodem jednego z rodów wiślańskich. Podania z' Tyńca wskazują, co bardzo
jasno uzasadnia p. Potkański, że był to gród rodu Topór (Toporczyków),
o Krakowie zaś domyśla się, że był od początku głównym grodem całego
plemienia Wiślan. „Należy tylko przyjąć, że w ostatnich czasach doby ple­
miennej Wiślica wybiła się kosztem Krakowa“. Nie sądzę! Dowodów na to
nie mamy żadnych, a przeciwnie nazwy: Wisła, Wiślanie, Wiślica wskazują
raczej, że działo się odwrotnie, tj., że grodem plemienia Wiślan — była
Wiślica i, że dopiero w miarę rozradzania się, a więc i wędrówek rodów
wiślańskich — powstały grody rodowe, jak Sandomierz, Tyniec, Krakow
itd. Utwierdza mię w tem mniemaniu jeszcze bardziej fakt, zaznaczony zre­
sztą tamże przez autora, że Kraków — to nazwa ojczycowa, a więc względ­
nie późniejsza (prof. Balzer), podczas gdy nazwa „Wiślica“ jest rodowopatronimiczną — ergo wcześniejszą. Wiślanie wszyscy weszli za rządów Świę­
topełka w skład państwa Wielkomorawskiego i wówczas źródła wspominają
o Wiślicy, jako o głównym grodzie, aczkolwiek istniał już także Krakow
a może — jak się domyśla p. Potkański, był siedzibą biskupów katolickich,
z pośród uczniów św. Metodego. To jednak pierwotne chrześcijaństwo Wiślan
nie miało, czasu utrwalić się w plemieniu, bo upadek .Wielkich Mo
raw zniszczył związek Wiślański z państwem chrześcijańskiem i dopiero
-X -

— 338 —

podbój Krakowa przez Czechów, a później przez Polakow wprowadził doń
i do innych siedzib Wiślańskich —• chrześcijaństwo na stałe.
Autor jasno przedstawia i to nawet źródłowo dowodzi (Al. Bekri),
że Kraków za rządów czeskich wzrósł do większego, aniżeli przedtem zna­
czenia; odtąd też sądzę nstałiła się jego dominująca rola w Małopolsce —
w miejsce prastarej, podupadłej Wiślicy.
Dr. K J. Gorzychi.
Folklore polonais, folklore de la vallée de Résia. Extr. des KQVTVvaôia,
t. Y., 1898. Paris, H Welter, éditeur. 16 ka, str. ni. 2, і 215—274.
Notatka na tytule i nazwa czasopisma, z którego rzecz jest nadbitką,
poucza, iż materyał ten przeznaczony li dla uczonych i nie ma nic wspól­
nego z pornografią, choć zawiera same obscoena (dodajmy nawiasem : trys­
kające humorem niezrównanym). Zresztą samo nazwisko wydawcy ksią­
żeczki, jednego z najwybitniejszych językoznawców naszych, choć zatajone
przed ogółem, musi stanowić rękojmię naukowego celu przedsięwzięcia, któ­
re co do strony wydawniczej można tylko wspominać z najwyźszem
uznaniem.
Ludoznawstwu polskiemu przypadła w udziele lwia część książeczki
(str. 215 —64). Dział ten obejmuje 55 piosnek w 60 odmianach, rozmowę
miłosną między panną a kawalerem, prowadzoną przy mazurze, zażegnywanie liszaju i anegdotę, objaśniającą drastycznie przysłowie : „Z deszczu pod
rynnę“. Ze ścisłością sobie właściwą zapisał szan. wydawca pochodzenie
piosnek poszczególnych. I tak 27. pochodzi z gub. radomskiej, z tego 15
specyalnie z Iłżeckiego, 5 z Kieleckiego i Sandomierskiego, 1 z okolic Czer­
ska, 5 z gub. łomżyńskiej — zapewne zebrane i podane w przepisie fone­
tycznym przez samego wydawcę ; 3 ostatnie zaś, z któryeh zresztą druga
nie jest ludową, lecz — jeśli się nie mylę — fredrowską, wyjęto w pisowni
oryginalnej z rękopisu pewnego włościanina z okolicy Biały (gub. siedlec­
kiej). Materyał to pierwszorzędny do studyowania humoru i wyobraźni lu­
dowej, porównań i przenośni, rytmiki i metryki, zwrotów itd., właściwych
ludowi, oraz narzecza, podnoszą zaś wartość jego odsyłacze do poprzednich
tomów czasopisma, wymienionego w tytule, które — zdaje się — dotyczą dwu
zbiorków podobnych również polskich, nieznanych mi zupełnie, oraz wierny
przekład francuski, który uprzystępnia materyał ten ludoznawcom całego
świata do studyów porównawczych.
Do ludoznawstwa Słowian rezjańskich, którego kopalnię stanowi tom
prof. J. Baudouina de Courtenay pn. „Materialien zur südslav. Dialekte
logie u. Ethnographie. I. Resianische Texte“ (w Petersburgu, 1895), przyby­
wają w tomiku omawianym dwie piosnki ( wyże) , zapisane w r. 1890,
a odróżnione od reszty, wyjętej z owego tomu „Materyałów“, tłumaczeniem
francuskiem ; do części bowiem, przedrukowanej stamtąd, — tz. zagadka, 5
rymowanek i anegdotek, oraz 4 powiastki i dowcipy, — dodano przekład
niemiecki z „Materyałówir.
Tomikowi, wydanemu bardzo pięknie i bezbłędnie, jakby i u nas nie
potrafiono lepiej, poświęciłem wzmiankę obszerniejszą, bo wypełnia ponie­
kąd lukę dotychczasową ludoznawstwa naszego. Oby ciąg dalszy nastąpił,
a badacze nasi nie pomijali z oburzeniem świętoszków podobnych wyskoków
humoru grubego może, ale zdrowego ludu, nie kryli przykładów jego w te­
kach, lecz naśladowali wydawcę zbiorku niniejszego na pożytek nauki. O ileż

— 339 —

w fcym kierunku więcej zdziałano np. w Rosyi, gdzie dla użytku uczonych
wydano szereg podobnych zbiorków, jak sam mógłem się przekonać na to­
miku apokryfów i legiend, podanych w formie arcydrastycznej.
Dr. Fr. Krcek.
F o lk lo r y s t y k a w R o s y i . Folklorystyka jeszcze nie doszła do tego
stopnia rozwoju, w jakim znajdują się inne, towarzyszące jej umiejętności,
archeologia i geografia, bo istotnie, jak mogła ona wznieść się na wyżyny
wiedzy, kiedy dopiero 10 lat temu stoi w rzędzie samoistnych umiejętności
ludoznawczych. Mimo stosunkowo niedawnego istnienia, zdobywa ona pow­
szechne uznanie i wzbudza wielkie zaciekawienie, z dniem każdym wzmaga­
jące się, a spowodowane doniosłością i znaczeniem, jakie może okazać w po­
stępach archeologii, historyi kultury, szczególnie — religii ; znaną bowiem
jest rzeczą, że folklor odegrał wybitną rolę w powstaniu i rozpowszechnieniu
kultu religijnego. Wielu obecnie przeto jest tego zdania, że nie należy
przecież sądzić, jakoby folkrostyka nie powodowała „silnego zainteresowania“,
nie należy myśleć, że jestto nauka zgoła jednostronna, specyalna i nie przy­
czyniająca się bynajmniej do rozwoju pokrewnych gałęzi wiedzy, — prze­
ciwnie, należy podkreślić i zaznaczyć „intenzywne jej stanowisko“ wobec
dociekań nad życiem społecznem.
Folklorystyka datuje się więc od niedawna, jako nauka samodzielna.
Obecnie nie tylko w Anglii, skąd jej nazwa pochodzi, lecz we Francyi,
Niemczech, Włoszech, Hiszpanii, „nowa nauka“ rozwija się szybko, — po­
wstaje sporo specyalnych wydawnictw, omawiających nową dziedzinę, zawią­
zują się folklorystyczne towarzystwa, prowadzące szeroką i energiczną ro ­
botę na niwie badań etnograficznych, pod kierownictwem wybitnych specyalistów, jak np. Kelbra, wytrwale oddawna pracującego dla celów naukowych,
a przez uogólnienie masy faktów, uzbieranych podług wydanych kwestyonaryuszów, dochodzi do poznania rozlicznych właściwości, cech i przymiotów
ludów z doby ubiegłej.
Owe „folklorystyczoe ożywienie“ rozpowszechniło się i na Rosyę, Cał­
kiem naturalnie, że pierwsze objawy jego były nader nieliczne, słabe i chwiejne,
lecz z czasem, gdy się przekonano, że Rosya przedstawia nadzwyczaj cie­
kawe pole dla tego rodzaju badań, kwestya przyjmuje więcej pomyślny
obrót. Powstanie dwóch czasopism „FAnograjiewskoje obozrienie“ w Mcskwie
i nZiiuaja Starina“ w Petersburgu, które w pierwszej linii zajęły się „umiejętnem przeprowadzeniem sprawy“ wśród społeczeństwa rosyjskiego, tj. roz­
budzeniem pożądanego zaciekawienia, — dało możność publicznego i otwar­
tego traktowania dotychczas nieznanej dziedziny. W skutek tego powstaje
sporo zbiorów ludowych podań i bajek, jak np. „Narodnyja russkija skazki“
Afanasiewa; Zbiory Czubinskaho, Manżury — w Małorosyi; Romanowa,
Dobrowolskaho i Stejna — w Białorosyi ; Sadownikowa — w gubernii Samarskiej ; „Kawkazskija skaski i ich predania“ Dorofiejewa, zawierające
podania osietyńskie, imeretyńskie, ormiańskie, kabardyńskie i in. ; — głównie
„Sbornik swiedienij i matieriałow dla opisania plemion i miestnostiej Kawüaza“ (23 t.), obfitujący w nader bogaty materyał etnograficzny i folklory­
styczny — i wiele in. Wszystkie powyższe zbiory, jakkolwiek noszą pewne
cechy ujemne, przedstawiają jednak bardzo cenny zbiór opracowanych, a po
części i zanalizowanych materyałów, wskazujący nam charakterystyczne znamiona
podań i bajek rosyjskich, a mianowicie, że większość z nich posiada swoją

— 340 —
geografię, że one nie wszędzie s% rozpowszechnione : niektóre bajki, poda­
nia i pieśni ludowe egzystują, w pewnych tylko miejscowościach, w innych
nie spotykamy najmniejszych śladów ich istnienia.
Aczkolwiek praca na niwie badań folklorystycznych prowadzi się ener­
gicznie i uzbierano wiele podań i bajek, dotyczących rozmaitych szczepów
narodu rosyjskiego, to jednak masa utworów ludowych pozostaje jeszcze
obcą i nieznaną. Oczywiście — te ostatnie mogą się stać dobytkiem litera­
tury wówczas, gdy naukowe stowarzyszenia i'prywatne jednostki, dla których
ta kwestya przedstawia poważny cel naukowy, dołączą wszystkich starań,
aby zebrać i uporządkować rozpierzchłe na razie pamiętniki myśli ludowej,
wtedy bowiem łatwo będzie oryentować się w tem „uaturalnem bogactwie“
i odpowiedzieć na szereg pytań, które obecnie możemy tylko postawić, jak
np. czy typy zebranych dotychczas podań właściwe są tylko ludowi rosyj­
skiemu i stanowią jego własny nabytek, czy też zapożyczone są u sąsiednich
narodów ; czy tło podań jest rdzennie rosyjskie, czy ono zjawia się skut­
kiem wpływu i oddziaływania ludów zachodnich, lub wschodnich; z jakim
narodem Rosyanie mają więcej podobieństwa; u jakich ludów forma podań
jest więcej archaiczną — Rosyan zachodnich, czy Turko-mongołów ? itd. itd.
Powyższe kwestye mogą być dostatecznie i gruntownie zbadane wówczas,
kiedy większość utworów typowych zostanie poznana; przytem zgłębienie tych
kwestyi ma nader doniosłe znaczenie, gdyż wskaże nam nie tylko pewne
przymioty rozwoju kultury rosyjskiej, lecz — jaką drogą, w jakiej blizkości
odbywa się wzajemne oddziaływanie kulturalne u ludów zamierzchłej, epoki
historycznej. Są to nadzwyczaj pożądane, naukowe wskazówki dla historyi
cywilizacyi Rosyi i ludów, zamieszkałych we wschodnich jej prowincyach.
Skuteczne zaś oświetlenie tego zjawiska przyczyni się do więcej należytego
uregulowania elementarnych i prawidłowych podstaw historyi cywilizacyi
wogóle, dając bogaty i pewny przyczynek dla uogólnień socyologicznych ;
socyologia albowiem dopóty nie stanie na wyżynach wiedzy, dopóki nie zo­
stanie zbadane życie wschodu, szczególnie — świat ludów słowiańskich !
Zbieranie więc podań ludowych w Rosyi winno prowadzić się na większą
skalę, energicznie, ponieważ z dniem każdym, skutkiem wpływów ekonomi­
czno-społecznych^ przeistacza się byt ludu wiejskiego wraz z jego inte­
lektualną i psychologiczną stroną, zamieniając włościan, przywiązanych świę­
cie do swej ziemi, nawyknień, zwyczajów, poezyi i domowego ogniska,
w żywioł wędrowny, z miejsca na miejsce przechodzący i podpadający obcym
wpływom, nic wspólnego z ich własnem życiem nie mającym. Proces ten
społeczny odbywa się w Rossyi obecnie na wielką skalę; nic więc dziwnego,
że następuje szybkie wymieranie poezyi ludowej, gdyż znajduje się ona
w schronieniu nader luźnem — umyśle ludzkim, który wskutek przyczyn nie­
uniknionych musi i powinien ciągle się rozwijać i doskonalić.
!L Kasperowicz.
Biełorusskoje Polesie. Sborník etnograficzeskich matieriatow, sobrunnych M.Downarom — Zapolskim. Wyp. I. Pieśni Pinczukow. Spiriłożeniem kartiny siewiernoj czasti ujezda i siatii o goworie. Kijew.
Zbiór Downara Zapolskiego zawiera w sobie materyały, zapisane
podczas dwóch — letnich naukowych ekskursyi na Pińszczyznę, bardzo ciekawy
zakątek dla studyów krajoznawczych. Uzbierane pieśni dzieli Downar-Zapolski na pewne kategorye tak, jak to czyni tam naród, — co należy uwzglę­

-

341 -

dnić każdemu, zajmującemu się podstawowemi kwestyami, albowiem badacz
nieraz znajduje się w nader trudném położeniu, gdyż nie jest w stanie ści­
śle określić, czy dana pieśń występuje w. postaci ceremonialnej, czy też li­
rycznej ; jeżeli ceremonialnej, to z jakim obrzędem jest ona związaną, gdyż
to ma nadzwyczaj doniosłe znaczenie tak dla określenia samej pieśni, jak
również połączonego z nią obrzędu. W ramach każdego wyznaczonego przez
naród oddziału — Downar-Zapolski umieszcza pieśni z uwzględnieniem miejsc
ich rozpowszechnienia, albowiem tą drogą zapoznajemy się z charakterem
miejscowości i gwary ludowej. Oo się tyczy samego materyału, to autor od­
daje pierwszeństwo pieśniom weselnym, po czem już omawia — liry­
czne. Pieśni zaopatrzone są nader cennemi monografiami, dotyczącemi lite­
ratury przedmiotu. Ze względu na te przepisy i uwagi, praca Downara-Zapolskiego zajmuje — bez kwestyi ■
— pierwszorzędne miejsce w literaturze
rosyjskiej ; oprócz znanych powszechnie rosyjskich i polskich materyałow,
obfituje ona w zbiory innych słowiańskich narodów, jak n. p. : morawskich
pieśni Bartosa, „Mazowsze“, Kolberga i. wielu innych. Co do literatury
przedmiotu, to znajdujemy tam wzmianki o badaniach de Gubernatiów
i Mannhardta; słowem — uwagi autora stanowią całkowite badanie.
Niestety trudno powiedzieć to samo o poglądach, zawartych w drugiej
połowie jego dzieła, o stronie lingwistycznej. Chociaż praca o mowie w piń­
skim powiecie stoi wyżej ol innych w tym rodzaju utworów, dołączonych
np. do zbiorów Bułkowickiego lub pani Rodoczenko, ale przecież z wielu
względów nie odpowiada istotnym wymaganiom. Autor np. mniema, że „dyftongi“,
(podwójna samogłoska) — w miejsce starożytnego 0 — cechują mowę białorus­
ką ; w istocie owa cecha, właściwą jest nietylko mowie białoruskiej (rusińsklej),
gdyż znajdujemy ją w pamiętnikach doby zamierzchłej, w mowie południoworuskiej, również i w obecnej mowie Rusinów. Spotykamy i inne, mniej jed­
nak zasadnicze uchybienia w kwestyi badań lingwistycznych. Sam DownarZapolski jest tego zdania, że „mowa Pińczuków w s we j o s n o wi e jest
maloruską, gdyż ilość dyftongów nader nieliczna“. Poezya i zwyczaje Pinczuków wskazują nam na wspólność ich pochodzenia z Rusinami, są to
prawdopodobnie koloniści z południa.
Praca Downara-Zapolskiego, ze względu na sumienność badań autora,
nader cenny i bogaty materyał, zawierający się w niej — jest bardzo cie­
kawym i pouczającym przyczynkiem w dziedzinie studyów ludoznawczych.
И. Easperowicz.

SPRAWY

TOWARZYSTWA,

I. Posiedzenie Zarządu.
T r z e c i e p o s i e d z e n i e Z a r z ą d u za r. 1898 odbyło się dnia 3.
maja br. Obecni pp. Dr. Gorzycki, prof. Dr. Kolessa, Dr. Krček, p. Rebczyński i z zaproszonych na to posiedzenie członków komitetu red. „Ludu“
pp. Dr. Czołowski i Dr. Leciejewski.
Przewodniczył prezes Tow. prof. Dr. A. Kalina.
1.
Przyjęto po dłuższej dyskusyi do wiadomości szkic odpowiedzi dla
Wydziału Krajowego, napisany przez prezesa Tow. na zapytanie w sprawie
założenia muzeum dla historyi kultury krajowej. W odpowiedzi tej podnie-

— 342
siouo : 1. potrzebę założenia muzeum e t n o l o g i c z n e g o ; 2. konieczność
uwzględnienia w nim wszystkich działów etnologii; 3. utworzenie oddziałów
etnograficznych, polskiego, ruskiego, ormiańskiego i żydowskiego i 4. umie­
szczenie muzeum w pałacu sztuki na placn wystawy.
2. Ekscerpt uchwalonej odpowiedzi Wydziałowi Kraj. polecono Za­
rządowi Tow. ogłosić w pismach codziennych.
Na tern obrady zakończono.
C z w a r t e p o s i e d z e n i e Z a r z ą d u odbyło się dnia 16. maja
br. Obecni pp.: prof. Dr. Dybowski, Bal, Dr. Gorzycki, Dr. Kolessa і Dr.
Krček.
Przewodniczył prezes Tow. prof. Dr. A Kalina.
1. Przyjęto 6 nowych członków.
2. Zatwierdzono oddział Towarz w Wieliczce (przewodniczący S.
Udziela).
3. Na zaproszenie centralnego komit tu dla obesłania wystawy parys­
kiej w Austryi — postanowiono odpowiedzieć przychylnie i wziąć współu­
dział w dziale etnograficznym.
4. Przyjęto do wiadomości zaproszenie z Pragi do wzięcia udziału
w 100-letnim obchodzie rocznicy urodzin Pr. Palackyego — uchwalono wziąć
udział w tym obchodzie przez wysianie delegata.
5. Na najbliższy odczyt przeznaczono rzecz radcy Baranowskiego :
O Karaitach.
6. Uchwalono rozesłać rozprawę Dr. Krčeka o pisankach (odbitka
z „Ludu“) wszystkim, którzy na kwestyonaryusz pisaukowy nadesłali od­
powiedzi.
7. Uchwalono 7 członków, zalegających z wkładkami, wykreślić z listy
członków.
8. Uchwalono rozesłać resztę egzemplarzy kwestyonaryusza sobót­
kowego.
9. Uchwalono papier i kowerty Tow. ozdobić odpowiednią winietą.
li. S p r a w o z d a n ie oddz iałów .
1. Oddział Towarzystwa ludoznawczego w Buczaczu.
O d d z i a ł z a ł oż ono- 3. g r u d n i a 1897. za staraniem del. prof.
L. Młynka — przy współudziale i gorliwem poparciu ówczesnych członków
Tow. zamieszkałych w Buczaczu : dyr. gimn. Franc. Zycha, Dra. M. liirschiera, insp. szkol. A. Janickiego, ks. J. Ścisłowskiego, profesorów: W.
Wiśniewskiego, M. Markowskiego, P. Banacha, A. Orzechowskiego, tudzież
pp. W. Uuratowskiej i A. Młynkowej.
Oddział odbył dotychczas t. j. od 3. grudnia 1897. do 15. kwietnia
1898. jedno zebranie ogólne i trzy posiedzenia Zarządu z następującym
przebiegiem :
Z e b r a n i e o g ó l n e d n i a 18. g r u d n i a 1897. Obecnych było
20 osób, między nimi 14 członków Tow. Przewodniczył del. Tow. prof. L.
Młynek, pisał protokół człon. Tow. prof. P. Banach.
W z a g a j e n i u podziękował przewodniczący obecnym, że przychyl­
ni jego zaproszeniu raczyli przybyć na zebranie — zaś członkom założycie-

343 —

lom wymienionym poprzednio, za poparcie jego usiłowania około założenia
I. oddziała Tow. ludoznawczego w Buczaczu.
W przemówieniu tem rozwinął dość obszernie cel i zadanie Tow. :
„obudzenie w o b y wa t e l a c h kraj u poczuci a na r o d o we g o
i m i ł o ś c i w s z y s t k i e g o co s w o j s k i e “ —
„Cudze chwalimy — swego nie znamy;
Sami nie wiemy, co posiadamy“.
Następnie o d c z y t a ł p i s mo od g ł ó w n e g o Z a r z ą d u Tow.
we Lwowie z 10. grugnia 1897., z a t w i e r d z a j ą c e z a ł o ż e n i e o d ­
d z i a ł u b u c z a c k i e g o , oraz kilka listów z życzeniami dla nowo po­
wstającej Instytucyi naukowej w tych stronach. Wreszcie z a w e z w a ł z e ­
b r a n y c h c z ł o n k ó w o d d z i a ł u do wy b o r u 4 c z ł o n k ó w Z a ­
r z ą d u o d z i a ł u , proponując na przewodniczącego p. dyr. Zycha, na za­
stępcę Dra Hirschlera, na skarbnika inspekt. Janickiego i na sekretarza
prof. Banacha.
Po ożywionej dyskusyi, w której zabierali głos : pp. Zych, Hirsehler,
Służewski, Banach i Guratowska, z g r o m a d z e n i j e d n o g ł o ś n i e
o b r a l i : p r z e w o d n i c z ą c y m oddziału L. Młynka, z a s t ę p c ą Dra
M. Hirschlera, s k a r b n i k i e m A. Janickiego, s e k r e t a r z e m P.
Banacha.
L. Młynek podziękował zebraniu, że raczyło go zaszczycić swoim wy­
borem na przewodniczącego, przyrzekł, że będzie się starał piastować tę
godność z jak największym pożytkiem metylko dla samego oddziału — ale
i dla „jego kochającej go macierzy“, głównego Zarządu we Lwowie. Potem
n a k r e ś l i ł p l a n , we d ł u g k t ó r e g o my ś l i r o z w i n ą ć s wo j ą
d z i a ł a l n o ś ć —- i p r o s i ł z e b r a n y c h o p r z y j ę c i e go j a k o
p o d s t a w y dl a o d d z i a ł a r a z n a z a ws z e . Plan ten obejmuje 4
punkta zasadnicze :
1. U g r u n t o w a n i e o d d z i a ł u na s i l n e j p o d s t a w i e przez
pozyskanie mu jak największej ilości członków i przyjaciół.
2. B a d a n i e l u d u i j e g o w ł a ś c i w o ś c i
w p o wi e c i e
b u c z a c k i m i sąsiednich.
3. P o u c z a n i e s i ę w z a j e m n e za p o m o c ą o d c z y t ó w ,
p i s m i p o g a d a n e k n a u k o w y c h o l u d z i e polskim i sąsiednich.
4. Z a ł o ż e n i e m u z e u m l u d o z n a w c z e g o w p o wi e c i e '
które mieściłoby w sobie wszystko, co stoi w związku z ludem, jego życiem
domowem i spolecznem, oraz wytworami jego duchowej i technicznej
pracy.
Zebranie plan powyższy przyjęło jednogłośnie, a zarazem postanowiło
bacznie przestrzegać i pilnować jego ścisłego wykonania w przyszłości.
Przewodniczący zapytał następnie, czy kto z członków nie ma jakiege
wniosku zdążającego do wskazania dróg i środków potrzebnych do wyko­
nania poszc ególnych punktów dopiero co nakreślonego planu przyszłej pracy
oddziałowej. Na wniosnk p. Guratowskiej zgromadzenie uchwaliło „pozosta­
wić pod tym względem wszelką swobodę obecnemu Zarządowi jako najleniei
świadomemu celów i zadania oddziału“,
< \ J i".'.’";; .

— 3 44 —

Na zakończenie odczytał sekretarz prof. Banach swoją pracę: „O po­
c z ą t k a c h l u d o z n a w s t w a w P o l s c e i na Rus i . Zebrani po­
dziękowali mu oklaskami.
I. P o s i e d z e n i e Z a r z ą d u odbyło się dnia 10. stycznia; II.
10. lutego; III. 6. kwietnia b. r. Brali w nich udział pp. Dr. M. Hirschler,
insp. szk. A. Janicki i prof. Banach. Przewodniczył im prof. L. Młynek
Powzięto na nich. następujące uchwały:
1. Urządzić kancelaryę oddziału i zakupić potrzebne książki : dla prze­
wodniczącego, sekretarza i skarbnika; nadto postatarać się o wszystkie ro­
czniki „Ludu“ (I—IV).
2. Wylitografować ewentualnie rozesłać 200—300 egzemplarzy zapro
szeń do wybitniejszych osób w powiecio i jego okolicy, aby zechcieli przy­
stąpić na członków oddziału.
3. Wylitografować kilkaset ćwiartkowych kwesyonarynszy z różnych
działów ludoznawstwa i te rozesłać w powiecie i jego okolicy celem zebrania
potrzebnych materyałów ludoznawczych.
4. Zdać na najbliższem posiedzeniu Zarządu sprawę z dotychczaso­
wych zbiorów oddziału, prowadzonych pod kierownictwem prof. L. Młynka,
Banacha, Markowskiego, Orzechowskiego i innych.
5. Urządzić na podstawie powyższych zbiorów szereg publicznych od­
czytów: w Buczaczu, Monasterzyskach, Jazłowcu, Baryszu i Uściu solnem —
z jednej strony dla pozyskania w ten sposób mieszkańców powiatu dla dal­
szych celów oddziału buczackiego - z drugiej dla zebrania potrzebnych
funduszów na rozmaite jego wydatki.
6. Uregulować kasę oddziałową.
7. Rozpocząć akcyę celem założenia ludoznawczego muzeum w powiecie.
Z uchwał powyższych wykonano dopiero częściowo; uchwałę 1. 2. 3.
Praca oddziału idzie bardzo powoli — napotyka bowiem, jak każda instytucya początkowa, co krok na liczne przeszkody, które czasami z trudnością
tylko i pewnym wysiłkiem dają się usuwać. Zarząd żywi jednak niepłonną
nadzieję, że przy usilnej pracy do przyszłego ogólnego zebrania w r. b.
z nimi się upora i oddział wprowadzi na właściwe tory.
W Buczaczu, dnia 15. kwietnia 1898.
Dr. Mieczysław Hirschler

L. Młynek

zastępca przewodniczącego.

przewodniczący oddziału

2. Sprawozdanie z pierwszego zgromadzenia członków Towarzystwa
ludoznawczego
które odbyło się dnia 5. kwietnia 1898 roku o godzinie 5-tej po południu
w Wieliczce.
Obecni : pp. Stanisław Czerski, nauczyciel w Wieliczce, Władysław
Koch, słuchacz filozofii w Wieliczce, Józef Kownacki, słuchacz praw w Wie­
liczce, Wojciech Ozga, nauczyciel w Koźmicach Wielkich, Marcin Rembacz,
nauczyciel w Wieliczce, Jan Śliwiński, stygar w Wieliczce, Seweryn Udziela,
inspektor szkolny w Wieliczce,

— 345 ~

Zebranie zagaił Seweryn Udziela, delegat Towarzystwa ludoznawczego
i zaprosił zgromadzonych członków do ukonstytuowania się w oddział To­
warzystwa ludoznawczego i wybrania Wydziału oddziałowego.
Przez aklamacyę zostali jednogłośnie wybrani :
Seweryn Udziela przewodniczącym , Marcin Rembacz sekretarzem,
a Józef Kownacki skarbnikiem, nadto do Wydziału weszli : Władysław Koch,
Stanisław Czerski i Jan Śliwiński.
Następnie uchwalono :
1. Każdy członpk będzie się starał, aby w ciągu roku zjednać Towa­
rzystwu przynajmniej jednego nowego członka.
2. Posiedzenia wydziałowe odbywać się będą każdego miesiąca.
3. Na każdem posiedzeniu członkowie będą sobie komunikować prace
swoje z zakresu ludoznawstwa i wspierać się wzajemnie w poszukiwaniach
ludoznawczych.
Następnie Przewodniczący przedstawił zgromadzonym kilkanaście kar­
tonów zebranych przez siebie wzorów białego haftu z okolic Krakowa
ioznajmił, że gromadzi materyały do opisu miejscowości w powiecie pod
względem etnograficzno-topograficznym.
P. Rembacz oświadczył, że zbiera ludowe środki lecznicze w tutejszym!
powiecie.
P. Ozga zawiadomił, iż gromadzi przysłowia ludowe z Sierczy i Koźmic
Wielkich.
P. Śliwiński spisuje bajki i legendy górników wielickich.
Najbliższe posiedzenie oznaczono na dzień 1. maja na godzinę 11
przed południem.
Na tem posiedzenie zakończono.
Marcin Rembacz
Seweryn Udziela
Sekretarz.

Przewodniczący.

III. Zgromadzenie miesięczne Towarzystwa.
T r z e c i e zgr om, m i e s i ę c z n e To w. odbyło się w sobotę dnia
21 kwietnia w sali muzeum botanicznego na Uniwersytecie Odczytał p. Jan
Grzegorzewski rzecz p. t. „Epopeja tatrzańska o królu Wyporku г królu
Weiu*. Prelegent zapoznał słuchaczów — licznie zgromadzonych z frag­
mentami zacierającej się już obecnie u ludu tatrzańskiego epopei ludowej,
której treścią jest walka górali —• czyli państwa króla Wyporka i jego po­
tomków z królem Wężów. Przypomina to bardzo podobne epopoje u innych
ludów z epoki najazdów międzyplemiennych; wniosków jednak prelegent nie
wysnuł jeszcze żadnych, albowiem przedstawił tylko Iszą część swej pracy.
Z tego powodu została także dyskusya odłożoną aż do odczytania czę­
ści 2giej.
C z w a r t e p o s i e d z e n i e n a u k o w e odbyło się dnia 6. b. m.
w sali botan, na Uniwersytecie, na którem miał odczyt radca- szkol. Boi.
Baranowski: „O Karaitach“. Prelegent badał Karaitów w Haliczu i zwrócił
baczną uwagę na ich język. Okazało się, że jestto bez kwestyi język bardzo
zbliżony do tureckiego. Zważywszy ponadto, że Karaici przyszli do Galicyi

— 346 —

z kraju nad Donem (względnie także z Krymu), że wyróżniają się wyb'tnie
od żydów talmudystycznych wyznaniowe, ba nawet kulturnie — okazuje się,
że przynajmniej en masse nie są żydami — semitami, lecz raczej szcząt­
kiem ludu mongołokształtnego Chazarów, o którym wiadomo, że w IX.
jeszcze wieku wyznawał religię mojżeszową.
Nad odczytem tym rozwinęła się bardzo ożywiona dyskusya, w której
wzięli udział: prof Dr. Kalina, Dr. Głorzycki, Dr. Krček, Dr. Leciejewski,
Dr. Malz, p. Chajesï prelegent. Po odczycie zakomunikował prezes Tow. że
Zarząd Tow. postanowił Imo zająć się także etnologią żydowską i 2do wziąć
udział w jubileuszowym obchodzie 100 letniej rocznicy urodzin F. Palacky’ego
— przez wysłanie do Pragi — delegata.
IV Wykaz darów na rzecz Towarzystwa.
40. Společnost musejní w Brně: František Sušil, sešit 2 od dr. P.
Vychodila. Brno 1898.
41. Leo Wiener swą rozprawę: Popular poetry of the Biissian Jews.
Odbitka z Americana-Germanica (University of Pensylwania). Vol. II.
Part. I.
42. Schwerdfeger swe dziełko : Die Heimatb der Homanen (Indogermanen) TV. Crattinnen, 1898.
43. Alojzy Benj. Füllbier, Fr. Friedel: Zbiór pieśni dla ludu śląs­
kiego. Frysztat 1896.
Tenże : Fridel. Jedniodniówka Na pamiątkę wiecu polsk. w Cieszynie.
Frysztat 1897.
Tenże: Kapitał niemiecki wobec ludu polskiego na Śląsku cieszyń­
skim napisał Piastun. Frysztat 1898.
Tenże: Dr. F. Twardowski: Stosunki polskie na Śląsku. Kraków
1898 roku.
Tenże : O naszem gimnazyum. Cieszyn 1896.
44. Towarzystwo Przyj. nauk. w Poznaniu: Koczniniki T. XXIV.
zesz. 3, 4.
45. Fr. Zych swą rozprawę: Zelman Wolfowicz. Lwów 1898.
45. Jul. Jaworskij swą rozprawę: Sanct Stölpriau. Russische Para­
llelen zum 69. Fastnachtsspiele des Hans Sachs.
47. Prof. I. Polivka swą pracę: O srovnávacím studiu tradic li­
dových.
48. Stan. Polaczek swą pracę: Powiat chrzanowski w W. Ks. Krakowskiem. Kraków 1883.
49. Mikołaj Rybowski swe rozprawy : Kruk. Obrazek z historyi na­
turalnej. Lwów 1883.
Tenże: Skowronek. Kraków 1888.
Tenże: Kot domowy. Kraków 1892.
Tenże : Kuny. Lwów 1894.
Składając serdeczne podziękowanie Szan. ofiarodawcom za ich dary,
prosimy i nadal o nadsyłanie takowych na rzecz Towarzystwa.

— 347 —

V. Stosunki Towarzystwa z innemi towarzystwami i redakcyami pism.
1. Towarzystwo : The American Folk-Lore Society, które posyła swój
organ: The Journal of American Folk-Lore editor William Wells Newell.
Boston and New York.
2. Musealná slovenská společnost, która posyła swój organ : Časopis
red. A. Sokolik. Turčiansky sv. Martin.
3. Towarzystwo gieograficzne w Tokio : Tokyo geographical Society,
które posyła swój organ : The Journal of geography.
4. Towarzystwo : Musejní Spolek w Slaném, które posyła swój organ:
Slánský Obzor. red. A. Ctibor.
Redakcya: Yěstník. Rozhledy historické, topografické, statistické, ná­
rodopisné, školské a. j. po okresním hejtmanství Poděbradském, red. Frant
Hrnčíř v Bohnicích u Nymburka.
5. Towarzystwo nauk. Smithsonian Institution w Waszyngtonie, które
posyła swe publikacye.
VI Spis nowych członków.
352. Dr. Bálasils August, prof. Uniw. Lwów.
353. Burzyński Miecz, sekretarz Wydziału Rady powiat, w Buczaczu.
354. Chajes Wiktor, urzędnik bank. Lwów.
355. Czerski Stanisi, naucz., Wieliczka.
356. Ks. Gromnicki Stanisław, prałat, prob, w Buczaczu.
357. Dr. Hescheles Dawid, kand. adwok. Lwów.
358. Kółko naukowe, Wiedeń.
359. Löwenherz Henryk, słuch, praw, Lwów.
360. Mańkowski Tadeusz, słuch, praw, Lwów.
361. Maykowski Bazyli, weterynarz powiat. Buczacz.
362. hr. Potocki Oskar, Buczacz.
363. Stojowski Wład. inżynier powiat. Buczacz.
364. Wydział Rady powiat. Buczacz.

jr
Odpowiedź ks, W , Zaborskiemu T, I,
W zeszycie kwietniowym „Przeglądu Powszechnego“'rb. str. 121 i nast.
pomieścił ks. W. Zaborski T. I. ocenę pierwszych trzech roczników „Ludu“,
której nie mogę pozostawić bez odpowiedzi.
Jako redaktor czasopisma n a u k o w e g o , jakiem jest „Lud“, mogę
tylko odpowiadać za jego stanowisko naukowe i tendencyę i odpowiedzial­
ność tę przyjmuję całkiem na siebie i bez wszelkich zastrzeżeń; — nato­
miast s t r o n a n a u k o w a artykułów należy do autorów i ci też niezawo­
dnie wystąpią, w obronie zaczepionych przez Szan. recenzenta prac swoich.
Obejmując redakcyę pisma, będącego organem Towarzystwa, którego
zarazem jestem prezesem, uważałem za konieczne nadać pismu kierunek,
wskazany przez Tow. i jego organizacyę statutem określoną.

348 —

Żeby zaś praca Tow-a tem samem jego organu była wydatną, mu­
siała stanąć na gruncie pewnym, który wskazywał z jednej strony cel, jaki
Tow. sobie wytknęło, z drugiej określały środki, za pomocą których cel
ten mógł być osiągnięty. Tylko w dokładnej świadomości tak celu jako też
środków leży żywotność każdej wogóle instytucyi publicznej; — w spełnia­
niu należytem tego zadania spoczywa też pomyślny rozwój Towarzystwa lu­
doznawczego.
Dla znawcy wiadomą jest rzeczą, že na ludoznawstwo polskie przed
t r z e ma laty a podobnie i dzisiaj „składało się kilkadziesiąt tomów“ materya.łów ludoznawczych, które przecież „stanowią nie tylko w porównaniu
z zagranicą drobną jego cząstkę“, jak słusznie twierdzi ks. recenzent, ale,
co najważniejsza, nie są dostateczne, ażeby na nich można budować n a u k ę
etnografii polskiej. Otóż zadaniem tak Tow-a jako też jego organu jest za­
pełnić tę lukę w pracy naszej umysłowej. Zatem p r o g r a m czasopisma
może być taki, jaki nakreśla mu natura przedmiotu i stan, w jakim ludo­
znawstwo polskie faktycznie się znajduje a więc: a) gromadzenie materyału
ludoznawczego, Ъ) postawienie etnografii polskiej na stopniu naukowym,
czyli wytworzenie nowej gałęzi wiedzy, za jaką etnografia dzisiaj się
uważa.
Dział pierwszy — gromadzenie materyałów — spełnia Tow-o za po­
mocą swoich członków, drugi przez organ swój „Lud“. Do tego (t. j. dział
2 gi) ma służyć, według nakreślonego przezemnie planu w „Słowie wstępnem“ a) naukowe opracowanie zebranego materyału, b) samodzielne badania
w zakresie ludoznawstwa. Badania te mają być jednak przystępne, mają
zawierać streszczenie wyników prac naukowych, podjętych nad pewnemi
kwestyami a nie mają być rozprawami akademicznemi, ob.ciążonemi balastem
naukowym. Żeby obznajomić społeczeństwo polskie z nauką ludoznawstwa
i jej postępami, postanowiłem : c) podawać przegląd, ile możności dokładny,
wszystkich dzieł ludoznawczych i tych prac, które stoją w jakimkolwiek
związku z ludoznawstwem — czyli bibliografię, wreszcie umieszczać d) dział
recenzyjny.
Ks. Kecenzentowi plan ten wydaje się być za „szeroki“ i nie „rozu­
mie różnicy pomiędzy ostatnimi działami“ (t. j. bibliografią i recenzyą).
Bóżnica ta jest jasna i zrozumiała dla każdego, kto nie podsuwa autorowi
chaotycznego pomiešania pojęć, do którego nie dał powodu. Kównież i wy­
rażenie: że w bibliografii tej podane będą prace, „które stoją w jakimkol­
wiek związku z ludoznawstwem“, nawet d o s ł o wn i e w z i ę t e , nie po­
trzebują obejmować w s z y s t k i c h dzieł na świecie, ale tylko te, które są
w j a k i m k o l w i e k z w i ą z k u z ludoznawstwem. Czy i jaki związek zaś
ma jaka praca z ludoznawstwem, to wiedzieć powinien każdy, ktokolwiek
ma jakieś pojęcie o ludoznawstwie, a tem bardziej redaktor fachowego
pisma.
W tych ramach zawarta jest cała działalność dotychczasowa „Ludu“,
którego treść rozkłada się stosownie do tego planu w c z t e r y (nie t r z y,
jak pisze ks. recenzent) działy: r o z p r a w y (przedstawiające stronę nau­
kową pisma), z b i o r y materyałów, r e c e n z y e i b i b l i o g r a f i a . Czy
treść ta, wydrukowana w każdym rocznika „Ludu“, nie jest opartą na pro­
gramie ? !
Następnie Wielebny ks. Becenzent zajmuje się rozbiorem „Eozpraw“,
do których zalicza tylko prace „socyologiczne“, podczas gdy inne r o z ­

— 349 —

p r a w y , według jego zdania, należą właściwie do folkloru. Z rozpraw tych
zajmuje pierwsze miejsce odczyt D r. I. F r a n k i , miany na p i e rw s z e m zgromadzeniu miesięcznem członków Tow. p. t. Najnowsze prądy
w ludoznawstwie. Zadanie odczytu tego było informacyjne,' t. j. „określić
i scharaKteryzować'* etnografię, „dać pobieżny pogląd na jej treść i metodę14, — słowem wprowadzić niejako członków Tow-a w naukę ludoznawstwa,
zapoznać ich z teoryami panującemi w tej nauce. Rozprawa ta, według
zdania Dr. Ant. Radica, redaktora Zbornika za narodni život i običaje
južnih Slavena, t. II, str. 501, a więc pisma fachowego, wydawanego przez
Akademię nauk w Zagrzebiu, jest napisana „jasno, pięknie i przedmiotowo
i przyznaje, co przyznać trzeba tak teoryi migraeyjno-historycznej jako też
antropologicznej“, — według zdania ks. Zaborskiego jest ona niejasna, cha­
otyczna i nienaukowa, gdyż „co autor w tej rozprawie chciał wyjaśnić,
czego dowieść — nie wiadomo, jest tam mowa de o m n i b u s e t q u i b u s d a m a l i i s ; streszczenie tego artykułu jest niemożebne, gdyż każdy
niemal peryod czepia się innej umiejętności lub nauki ‘. Wobec takiego
scharakteryzowania tej pracy przez Szan. ks. recenzenta, który autorowi
odmawia wręcz wszelką znajomość przedmiotu a pracy jego wszelką wartość
naukową, nie mogę nic innego powiedzieć, jak tylko wyrazić nadzieję, że
z tym sądem o naukowem znaczeniu I. Franki na polu ludoznawstwa Szan.
ks. recenzent chyba pozostanie osamotnionym wśród wszystkich uczonych
etnografów polskich i zagranicznych. Ks. Zab. widocznie zajmuje się ludoznawstwem okolicznościowo, lub całkiem nie, więc za zdanie takie nie po­
trzebuje się gniewać ani autor, ani redakcya, tem więcej, że jest to tylko
gołosłowne twierdzenie, nie poparte żadnymi dowodami.
Inaczej się ma natomiast sprawa z zarzutem, uczynionym autorowi,
jakoby ludoznawstwo Dr. Franki było „wszechwiedzą“, która „obejmuje
w sobie, ściąga ku sobie i łączy w jedną całość organiczną wszystkie na­
uki, wszysikie gałęzie wiedzy ludzkiej“. Zdawałoby się rzeczą, nie podle­
gającą żadnej wątpliwości, że ks. recenzent powtarzając własne słowa au­
tora, słusznie mógł mu uczynić zarzut takiej ignorancyi. Tymczasem proszę
Szan. czytelnika przeczytać odnośny ustęp Dr. Franki, który tu przytaczam.
Mówiąc o „ograniczeniu zakresu ludoznawstwa przez ściślejsze określenie
pojęcia ludu“, pisze on tak: „Bądź co bądź jednak pamiętać należy, że
mamy tu do czynienia z jedną częścią tej wielkiej, na wskróś nowoczesnej na
uki, która się nazywa historyą cywilizacyi rodzaju ludzkiego i obejmuje
w sobie, ściąga ku sobie“ i t. d. Więc co I. Franko przyznaje „historyi
cywilizacyi rodzaju ludzkiego“, której ludoznawstwo jest „jedną częścią“, to
ks. recenzent chce przyznać l u d o z n a w s t w u i błąd ten, powstały
z prostego niezrozumienia szyku składniowego wyrazów (gdyż nie chcę przy­
puszczać r o z m y s ł u), składa na karb ignorancyi autora !
Lecz to nie wszystko — ks. recenzent idzie dalej w swych inkryminacyaeh i gotów zarzucić dr. France coś więcej jeszcze niż „przesadę, bałamuctwo“ gdyż „bluźnierstwo“. Czyni to wprawdzia nawiasowo, ale i w tej
formie uczyniony zarzut, gdyby był słuszny, trafiałby w równej mierze redakcyę, która umieszcza w swem piśmie takie prace. Dr. Franko chcąc na
przykładach wyjaśnić teoryę migracyjno-historyczną, wykazuje na pewnych
gałęziach wiedzy ludzkiej jej postęp i zarazem związek na pewnym stopniu
jej rozwoju z ludoznawstwem. Ks. Z. takie dowodzenie Franki nazywa „cał­
kiem fantastycznem i blędnem, w zupełnej sprzeczności z historyą i etnolo­

— 350 —

gią,“ i uwagę jego odnoszącą się do „ewolucyi dziejowej pewnej instytucyi,
pewnego wierzenia, pewnego systemu myślowego“, według której „nasze dzi­
siejsze najświętsze“ wierzenia i przekonania, przeholowane przez rozwój
dziejowy, spadną na dno potężnego strumienia cywilizacyjnego i staną się
wdzięcznym materyałem dla ludoznawców przyszłości“, piętnuje mianem
„przesady, bałamuctwa (jeżeli nie hluźnierstwa)“.
Nie potrzebuję słów tracić na dowód słuszności twierdzenia dr. Franki
mimo zaprzeczenia ks. recenzenta, który się powołuje nawet na „bistoryę
i etnologię", a’e nie wiem, jakich użyć wyrazów na scharakteryzowanie tej
metody, której się trzyma ks. Zab., by tylko potępić bliźniego. Nie potrzeba
być zawodowym etnografem; — dość przeczytać jakąkolwiek pracę etnogra­
ficzną, przejrzeć jakikolwiek zbiór materyalów ludoznawczych, by nie znaleść w nich ustępu traktującego o „wierzeniach“, w które lud wierzy ś wi ę ­
ci e, które dla niego mają to samo znaczenie jak artykuły o b j a w i o n e j
w i a r y lub dogmaty kościelne. Takie „najświętsze wierzenia“ są znane
nietylko pomiędzy masą ludową ale one są znane także warstwom inteli­
gentnym i to nietylko w dziedzinie ich codziennego życia, ale także w sfe­
rze umysłowej pracy. Ks. Zab., mimo zawodu swego kapłańskiego, widocznie
zdaje się nic nie wiedzieć o tem, ale „wierzenia“ te bierze za o b j a w i o n ą
wi a r ę , która, w myśl twierdzenia dr. Franki o ewolucyi dziejowej „prze­
holowana przez rozwój dziejowy“, powinnaby dzisiaj już przedstawiać inną
formę po tak długim czasie swego istnienia a w przyszłości stać się
wdzięcznym materyałem dla ludoznawców. Tymczasem ta w i a r a o b j a ­
wi ona , jską była od początku, nic się nie zmieniła i przez całą przy­
szłość pozostanie tą samą, o czem wie doskonale dr. Franko, choćby nawet
nie był gorliwym jej wyznawcą, ale dziwić się trzebn, jak mogła w k a p ł a n i e powstać taka myśl, że wiarę objawioną a tak samo i dogmaty kościoła
ktoś zalicza do etnografii !
Pomijam artykuł Dr. Franki „o snochactwie“, pomieszczony w Z i t j e
i S ł o w o i uwagi o nim A. Strzeleckiego w Ludzie I, str. 145, jako też
Dr. Gorzyckiego, tamże str. 277, i zarzuty ks. recenzenta podnoszone prze­
ciwko nim, które są bezpodstawne, wyrwane z toku zdania, lub niezgodne
z nauką, a przechodzę do zarzutów czynionych rozprawie A. Strzeleckiego
p. t. Z dziejów pierwotnej rodziny. Nie potrzeba dowodzić znaczenia „ro­
dziny“ w nauce i wiążących się z nią kwestyi tak w etnografii jako też
historyi, od których rozwiązania zależy wyjaśnienie wielu zagadnień nie tylko
społeczno-politycznych aie i historycznych, jak tego mamy dowód np. w naj­
świeższej rozprawie dr. B a l z e r a : Rewizya teoryi o pierwotnem osadni­
ctwie w Polsce, Kwartalnik histor. 1898, str. 21 i nast. Kwestya ustroju
pierwotnej rodziny, różne formy jej społecznej organizacyi, stanowisko w niej
kobiety i stosunek do mężczyzny, rozwój instytucyi małżeństwa — zajmują
uczonych historyków, etnografów i socyologów, których gruntowne badania,
często z wielkim podejmowane trudem, składają się już na sporą literaturę.
A. Strzelecki obrał więc sobie za zadanie w swej rozprawie dać pogląd na
te prace, zapoznać czytelników „Ludu“ z panującemi teoryami w tej kwe­
styi, — artykuł jego ma więc charakter czysto referujący, informacyjny,
w którym autor nic od siebie nie powiedział nowego, nawet nie potrzebował
dodawać, jakie jest jego osobiste na tę kwestyę zdanie.
Ks. Zab. na sprawę tę zapatruje się ze stanowiska „chrześcijan wie­
rzących“, i opierając się na „księgach objawionycn“, przyjmuje w myśl nauki

Kościoła, że ,,pierwsi ludzie, Adam i Ewa, żyli w małżeństwie, w małżeń­
stwie też i monogamii żyli ich pierwsi potomkowie“. Samo się przez się ro­
zumie, że katolik, jeżeli chce rzeczywiście uważać się za niego, nie wierzy
inaczej jak kościół naucza, ale nawet i nie katolik, na zasadzie prostej dedukcyi logicznej, nie może inaczej twierdzić, tylko że „Adam i Ewa żyli
w monogamii“, jeżeli przyjmie za pewnik, iż to byli „pierwsi ludzie“. Tego,
zdaje mi się, nikt nie przeczy a najmniej A. Strzelecki! Jeżeli natomiast
ks. recenzent twierdzi, że pierwsi rodzice nasi ,,żyli w małżeństwie sakramentalnem“, to ma słuszność ale tylko o tyle, o ile odnosi się to do sfor­
mułowania tego dogmatu przez Sobor Trydencki, gdy tymczasem jako
kapłan wie z pewnością, że prawo kanoniczne na istotę małżeństwa przed­
tem w różnych czasach różnie się zapatrywało.
Ks. Zab. mylnie sprowadza kwestyę tę na to pole, na którem wogóle
nie może być ona rozwiązaną, gdyż podobnie jak przyrodnik, chociaż przyj­
muje atomy i komórki w swoich badaniach, przecie nie poprzestaje na nich,
ale idzie dalej i obiera szerszą podstawę dla swoich poszukiwań naukowych,
tak samo i etnograf nie wiele rzuci światła na kwestyę „pierwotnej rodziny“
jeżeli poprzestanie tylko na „małżeństwie sakramenfaloem i monogamii Adama
i Ewy“. Kwestya ta wchodzi dopiero w stadyum uaukowe, jeżeli się podda
badaniu ustrój rodziny w najdawniejszych całostkach społecznych, za które
uważać trzeba rody, klany, gromady, j,hordy“, lub jak je nazwać chcemy —
sł wem spolnoty ludzkie, liczące więcej jednostek należących do tej samej
rodziny, lub do tego samego rodu Ks. Zab. o tem stadyum ewolucyi spo­
łecznej wyraża się w sposób, który wogóle usuwa się z pod dyskusyi. Przyjąwszy za pewnik, że „w małżeństwie i monogamii żyli pierwsi potomkowie
Adama i Ewy“, że „ludy stojące na najniższym szczeblu oświaty zachowały,
zasady moralności i wstydliwości, a nadto pilnie je przestrzegają w życiu“ ,
— wszelkie inne dowody i argumenta uważa za „wykwit chorobliwej wyo­
braźni, wyrośniętej na ateizmie“.
Sprowadzenie badań naukowych na tereu religijny, potępienie przeciw­
nego zdaaia w czambuł, obdarzając je mianem ateizmu, zaprzeczenie praw­
dziwości twierdzeniom uczonych o „luźnych stosunkach płciowych“, — usuwa
całkiem grunt nąuce wogóle a krytykę zamienia w gołosłowne twierdzenia.
Wobec takiego stanowiska ks. recenzenta wszelka dyskusya naukowa jest
bezprzedmiotową, ale nawet i w tym wypadku zarzuty Jego mogą spotkać
tylko autorów odnośnych dziel, którym ks. recenzent nie wierzy, ale nie
referenta A, Strzeleckiego.
Jednak ks. Zab. zmuszony jest przyznać, opierając się na księgach
objawionych, że „potomkowie pierwszych rodziców odstąpili od monogamii,
jak np. Lamech pojął dwie żony“ (St. Testament daleko więcej ich wy­
licza !), a o innych „pismo św. milczy“, że „niektóre pokolenia rozeszły się
po świecie, odstąpiły Boga, a stąd mogły odstąpić od praw moralnych, mógł
nastąpić, rozluźnić się a nawet miejscami zaniknąć pierwotny węzeł małżeń­
ski“. Pismo św. czyni nader rozumnie, że milczy o potomkach pierwszych
rodziców, gdyż chcąc wyprowadzić rozszerzenie się rodzaju ludzkiego od
j e d n e j p a r y , konsekwentnie musiałoby mówić o kaziorództwie, jak
i tego są w niem ślady (np. Lot i jego córki), a jaki był rzeczywisty sto­
sunek z ową „monogamią“ u Żydów, to ks. Zab., znając St. Testament,
wiedzieć powinien. Więc sam ks recenzent dopuszcza, że małżeństwo nie
było zawsze i wyłącznie „monogamiczne“, że był, rozluźnienia stosunków
24

35â —

moralnych, że mogio „miejscami zaniknąć małżeństwo“ ! To samo też twierdzą
autorowie, których on piętnuje mianem „ateuszów“, tylko twierdzenia ich
oparte są na spostrzeżeniach własnych lub opisach podróżników, którym
oni wierzą a on nie wierzy, uważając ich opisy za „brednie“.
O tę samą kwestyę potrąca sprawozdanie J. Witorta o pracy L. Krzy­
wickiego p. t. „ G r o m a d a pr a - d z i k a“, umieszczonej w P r a w d z i e
r. 1896 nr. 36—39. Ks. Zab. omawia wprawdzie sprawozdanie J. Witorta
o pracy Krzywickiego, ale noszącej tytuł: „ P i e r w o t n a h o r d a “, która
miała być drukowaną w A t e n e u m warszawskiem Nie wiem, z jakiej
racyi ks. recenzent wciąga w zakres swej recenzyi pra-ę, nie mającą nic
wspólnego z „Ludem“, ponieważ w nim nie podobnego J. Witort nie pisał.
Czy stało się to przez pomyłkę, czy też z rozmysłu, by jak najwięcej zebrać
zewsząd zarzutów potępiających autorów naszego pisma? Przypuszczenie
ostatnie zdaje się mieć pewne uzasadnienie w sądzie ks. recenzenta o J.
Witorcie, który (J. Witort) „ubolewa gdzieś w jednym ze swych artykułów,
że dawniejsze „luźne stosunki’płciowe“ dziś już nie istnieją“ (sic!). Jeżeli
to ma być cios wymierzony przeciwko czasopismu naszemu, by obniżyć jego
poziom „moralny“ , to w równej mierze trafia on także „Przegląd Po­
wszechny“, którego współpracownikiem jest ten sam J. Witort. Na szczęście
znam osobiście p. J. Witorta i mogę uspokoić sumienie Wielebnego księdza
Zab. co do etyki naszego wspólnego współpracownika, który nie tylko
w ty m wz g l ę d z i e , ale także w wielu innych może służyć za wzór nie
tylko dobrego pisarza ale także dobrego człowieka.
Jeszcze raz stał się powodem p. Witort ataków na swą moralność
przez ks. recenzenta a to wskutek pomieszczenia w „Ludzie1' rozprawy
p. t. Jus primae noctis, a którego odpowiedź pomieszczam poniżej.
Z odpowiedzi p. Witorta przekona się każdy, że Wielebny ks. re­
cenzent walczy i tutaj ulubionymi argumentami gołosłownymi tego rodzajn
jak „prosty fałsz“, „brednie“, przyczem nie omieszka szafować takimi za­
rzutami jak „ateizm“, „spóźnieni Wolteryanie naszego stulecia“ itp. Tego
rodzaju argumenta mają znaczenie w innej sferze i na innych miejscach
życia społecznego ; w nauce natomiast nie tylko że nie dowodzą one ni­
czego, ale przeciwnie zwracają jeszcze ostrze swoje przeciwko wyzywa­
jącemu.
Również nie świadczy to o szczerości intencyi wyświecenia prawdy,
jeżeli recenzent przekręca myśli autora, wyrywa pojedyncze wyrazy z toku
zdania, nadaje im znaczenie przeciwne, wreszcie podsuwa myśli i twierdze­
nia autorowi, wręcz jemu obce i niezgodne z prawdą, w dodatku wysoce
uwlaczajęce jego charakterowi. Każdy, komu uczciwość i honor są drogie,
wzdrygać się musi na taką potwarz, jaką bez zarumienienia mógł k a p ł a n
rzucić publicznie na człowieka, iż „ubolewa nad tern, że dawniejsze luźne
stosunki płciowe dziś już nie istnieją“ !
Jak wobec tego wydawać się muszą owe oburzenia ks. recenzenta na
„niemoralność“ naszego pisma, którego „rozprawy nie mogą przynieść lu­
dowi pożytku (jakby to było pismo przeznaczone dla ludu !), które „dążą
do podkopania wszystkich podstaw moralności“ ! ! Braknie wyrazów na scha­
rakteryzowanie takiej napaści, która upozorowaną jest zarzutami nie mają­
cymi żadnej wartości naukowej, opartą na insynuacyi i fałszach !
Sąd o naukowem znaczenia „Ludu“ wydali dawno przed ks. Zabor­
skim uczeni specyaliści w licznych pismach
fachowych : z sądu tego redakcya

— 353 —

może być całkiem zadowolona. Zdanie zaś w tej mierze ks. recenzenta nie
z tego względu jest znamienne, że jest nienaukowe, bezpodstawne, ale dla
tego, że jest tendencyjne.
Byłoby dla mnie łatwą, rzeczą, żebym, trzymając się ściśle metody
Wielebnego księdza, jaką zaaplikował w swej recenzyi naszego pisma, temi
samemi słowy, co on „Lud'', scharakteryzował znaczenie jakiejkolwiek
książki na świecie począwszy, np. od Star. Testamentu a skończywszy na
Przeglądzie powszechnym. Z „rozpraw“ , których w trzech rocznikach „Ludu“
znajduje się ogółem 53, wybrał ks. recenzent tylko t r z y (właściwie
0 t r z e c h kwestyach traktujúce), umieszczone w rocznikach z r. 1895
1 1896 i oceniwszy w sposób powyższy całą wartość czasopisma, „dziwi się,
że referent, który świeżo zdawał sprawę z tej publikaeyi Sejmowi, przed­
stawił ją jako ze wszech miar godną poparcia i zapomogę z funduszów
kraju dla niego wyjednał“. Dla redakcyi „Ludu“, dla Towarzystwa ludo­
znawczego uznanie to najwyższej naszej W ł a d z y K r a j o w e j wystarczy
zupełnie za tego rodzaju recenzyi legion a „dziwienie się“ ks. recenzenta
jaką nazwą chce obdarzyć Szan. czytelnik, pozostawiam do jego woli.
Dr. Antoni Kalina.
Powyższą „odpowiedź“ posłałem redakcyi Przeglądu Powszechnego do
wydrukowania, której jednak redakcya nie umieściła, choć się przyznała, że
,,w niejednym szczególe mam racyę przeciwko ks. Zaborskiemu, w całości
jednak ta odpowiedź nie jest sprostowaniem faktycznego błędu... ale bronie­
niem zapatrywań, które ks. Zab. zwalczał“. Gdy następnie p. J. Witorta po­
słałem odpowiedź „prostującą faktyczne błędy“ ks. Zaborskiego, redakcya
Przeglądu Powsz. i tej wydrukować „nie miała obowiązku“, uważając wi­
docznie za rzecz słuszną i uczciwą czynić napaść z poza płota na bliźniego,
ale nie pozwolić mu się bronić. Taka etyka zapewne należy do XX. wieku,
którą Przegląd Powszechny wyznaje już teraz, gdyż obecnie nie tylko zwy-.
czaj, ale i kodeks prawny napadniętemu pozwalają się bronić na tern
miejscu, gdzie został napadniętym.

Odpowiedź J, W itorta ks, W , Zaborskiemu, T, J,
Przeczytałem wzmiankę o „Ludzie“, umieszczoną w kwietniowym ze­
szycie „Przeglądu Powszechnego“ , przeczytałem.... wzruszyłem ramionami
i spytałem ze ździwieniem samego siebie: co to jest ž krytyka? — wcale
nie, bo krytyki nie ma, a tylko są wymyślania i insynuacye o nieprawdomyśluość społeczną, wyrażając się grzecznie. Sprawozdanie z trzech roczni­
ków „Ludu“ ? — też nie, bo mówi się tylko kilkanaście słów kłamliwych
o wykonaniu programu, tudzież o artykułach pp. Franki, Strzeleckiego, oraz
moich. Otóż zamierzam skreślić słów parę o poglądach rzekomo krytycznych
ks. Zaborskiego, oraz o jego sumienności w przytaczaniu i ocenie moich
poglądów.
Wyznaję, że trudną jest rzeczą polemizować z człowiekiem odrzuca­
jącym wyniki wiedzy i wogóle myśli ludzkiej, wolnej i krytycznej... Są lu­
dzie, których organizacya umysłowa jest taką, że pewne współczesne pojęcia
naukowe są dla nich niedostępne... To uwalnia mię od konieczności obala­
nia poglądów ks. Zaborskiego, ale nie uwalnia od konieczności sprostowania

— 854

jego bîçdaych i wykrętnych przytoczeń z omawianych moich artykułów lub
też dowolnego przekręcania moich poglądów.
Tu tylko słów parę o poglądach ks. Zaborskiego na socyologię. Ks.
Zab. pisze: „poważni myśliciele nie brali nigdy awanturniczych hipotez (hi­
poteza pierwotnego bezładu płciowego) skrajnych socyologów za „ostanie
słowa nauki“ ; mrzonki te, nieoparte na dowodach pozytywnych, były
tylko wykwitem chorobliwej wyobraźni, wyrośniętej na ateizmie“. A kimże
byli i są tacy wielcy myśliciele i uczeni, jak Bachofen, M-Lennau, Herbert
Spencer, Morgan i inni, w których poczet niewątpliwie trzeba zaliczyć na­
szego Darguna? Ich przekonania religijne są mi nieznane, ale niewątpliwie
nie byli oni ateistami, boć ateizm -— to metafizyka, z którą oni wspólnego
nic nie mieli, jak nie mają nic pozytywiści. Ciekawem jest odkrycie, zro­
bione przez ks. Zaborskiego : oto w r. 1884 niejakiś p. Wisłocki w swej
książce p. t. „Nauka o ludach“ obalił teorye Bachofena, M Lennau’a, Spencer’a, Morgana i innych, teorye badaniami późniejszemi wyjaśnione i po­
twierdzone. Jaka szkoda, że wielkie odkrycie p. Wisłockiego pozostaje zupełn;e nieznanem, bo w takim razie człowiek takiej miary, jak prof. Dargun, nie potrzebowałby kreślić „Dziejów rodziny pierwotnej“ (Ateneum
1891 r. zesz X I і XII str. 240—471), w której rozwija swe ciekawe po­
mysły o stopniowym rozwoju ojcowstwa na tle przeobrażeń się i rozkładu
prawa macierzyńskiego. Nie potrzebowaliby późniejsi pisarze badać tych
kwestyi, a jednak badali je gorliwie; rezultat ich badań-- to pewne ogra­
niczenie powszechności pierwotnego bezładu płciowego, nie zaś jego odrzu­
cenie. Okazało się, że nawet przy istnieniu małżeństwa parzystego istnieje
też obcowanie zbiorowe w czasie różnych uroczystości plemiennych lub też
prawo na chwilowe stosunki miłosne z kobietami innemi. O słynnej hipotezie
Westermarck’a Dargun wyraził się, nazywając ją „zasadą fałszywą“ . (Ate­
neum 1891 r. t. IV. str. 242).
Pracy Westermarck’a — „Historya małżeństwa“ — nie można ani nazwać
znakomitą, ani przyrównywać nawet do prac prof. Kowalewskiego np. „Ro­
dzina i własność“, a tem bardziej — do prac Morgan’a i Spencer’a. Westermarck krytykuje hipotezę pierwotnego bezładu płciowego, ale dowody
te są tak słabe, że nie obalają jej wcale, faktów nie odrzuca on, uznając
ich słuszność, ale stara się zwykle wytłómaczyć je w sposób inny. Rozumie
się — nie miejsce tu krytykować szczegółowo jego poglądy, ale trzeba
podkreślić śmiałość twierdzenia ks. Zaborskiego, który mniema, iż potwier­
dzają one jego wnioski. Dajmy jednak temu pokój. Wracam do rzeczy.
Przedowszystkiem podkreślam przekręcenie faktu : ks. Zaborski pisze,
że omawiam „ocenę“ pracy p. Ludwika Krzywickiego, która była drukowana
w „Ateneum“ warszawskiem p. t. „Pierwotna horda“. Otóż w tych fraze­
sach niema ani słówka prawdy : pisząc sprawozdanie z rocznika „Prawdy“
za 1896 r., omówiłem nieco szczegółowiej i streściłem w zarysach ogólnych
pracę p. Krzywickiego p. t. „Gromada pra-dzika“. W „Ludzie“ — rocznik
III. str. 371 — stoi wyraźnie: „W końcu podaję króciuchne streszczenie
pracy p. L. Krzywickiego p.~t „Gromada pra-dzika“, albowiem wyróżnia
się ona niezwykłością i oryginalnością: umieszczono ją w nr. 36, 37, 38
i 39“. Tyle A gdzież tu jest mowa o pracy p. Krzywickiego, umieszczonej
w „Ateneum“ ? Tytuł tej ostatniej brzmi „Horda pierwotna“, a ja podałem
streszczenie „Gromady pra-dzikiej! Taka to jest sumienność ks Zabor­
skiego !

— 3 55 —

Oczywiście ks. Zaborski nie czytał pilnie roczników „Ludu“ ,
lecz je wprost tylko przerzucił. Ze tak było w rzeczywistości, na poparcie
tego przytoczę cały szereg dowodów, zaczerpniętych z jego notatek o mo­
jej pracy p. t. „Jus primae noctis“. Przedewszystkiem muszę tu podkreślić,
że ani jednem słówkiem nie napomknąłem, by to prawo było wytworem
wieków średnich: owszem czarno na białem pisałem: „Przytoczone fakty —
mniemam — udowodniają dostatecznie, że prawo pierwszej nocy uie jest
wytworem feodalizmu; owszem główna przyczyna jego upaiku — to rozwój
ustroju feodalnego, który doprowadził do wykupu jus primae noctis z po­
czątku przez wasalów pochodzenia szlacheckiego, potem zaś — innych.
Było to nieodzownym warunkiem określenia wszystkich stosunków życiowych
zasadą umowy, zasadą iście feodalną. Nie małe też zasługi położył i kościół
katolicki“.
Ten ustęp świadczy wymownie, jakie poglądy uznaję; dalekie są one
od poglądów encyklopedystów, których op:nie w tej kwestyi — wedle ks.
Zaborskiego — podzielam. Jaka to przewrotność i zła wola ze strony re­
cenzenta ! Ale niedość tego : recenzent wprost twierdzi, że czerpię argu­
menty główne z Encyklopedyi, przypisując mi „naiwne przyznanie się“ do
tego. W tem niema ani słowa prawdy: „dość otworzyć głośuą encyklopedyę franc, pod artykułem „culage“, by znaleść bardzo szczegółowe dane
o jus primae noctis, które autor uznaje za nadużycie feodalizmu, prakty­
kowane przez duchowuych i świeckich właścicieli lenów feodalnych“, („Lud“
rocz. II. str. 108). Na tejże stronicy niema ani słówka, któreby pozwoliło
mniemać, żem czerpał materyały z encyklop°dyi wielkiej ; owszem na dal­
szych kartach mojej pracy są liczne dowody, z których ks. Zaborski mógłby
się przekonać, gdyby chciał, jak ostrożnie cytuję fakty, dotyczące użycia
tego prawa, a pochodzące od pisarzy nieprzychylnych kościołowi ; na stro­
nicy 112 pisałem: „Jośli urzeczywistnienie w naturze prawa pierwszej nocy
przez mnichów klasztoru św. Teodoberta (około Moutaubaue) oraz członków
kapituły katedry Lugduńskiej nie zupełnie jest pewnem, bo pochodzi od
kronikarzy i historyków z wieku XVII. i XVIII , tak nieprzychylnych ko­
ściołowi, to świadectwo prezydenta parlamentu w Bourge nie ulega zarzu­
tom podobnym. Prezydent ów w ułożonym przezeń zbiorze wyroków sądo
wych pisze: „osobiście byłem obecny przy rozsądzeniu w drodze apelacyjnej,
a w obecności biskupa miejscowego pewnego procesu z powództwa parafial­
nego ks. proboszcza o przyznanie mu prawa do stosunków miłosnych
w pierwszą noc po ślubie z żoną chłopa, jego poddanego. Parlament nie
tylko odrzucił skargę powoda, ale skazał go nawet na grzywny. Z tego wyroku
widać, że ani kościół, ani władza sądowa nigdy nie udzieliły swej saukcyi
pretensyom podobnych kapłanów, chociaż występujących w charakterze wła­
ścicieli feodalnych“ (Lud rocz. II).
Ten fakt zaczerpnąłem z pięknej prac* prof. M. Kowalewskiego p. t.
„Prawo pierwotne“ (tom II. str. 47) ; praca ta napisaną została w języku
rosyjskim i wydaną w r. 1887 ; istnieją jej przekłady na języki angielski,
francuski i szwedzki. Prof. M. Kowalewski powszechnie znany w kołach
inteligencyi europejskiej i uczonych jako wytrawny badacz socyologü i prawoznawstwa porównawczego ; jest to stanowczo wielka powaga naukowa.
Dowodem może służyć ta okoliczność, że wszechnica w Stokholmie zapro­
siła go na osobno utworzoną katedrę socyologü, zezwalając na wykłady po

— 356 —

francusku; nastąpiło t opo jego usunięciu z katedry uniwersyteckiej w Mo­
skwie z rozkazu rządu.
Właśnie z jego pracy przytoczyłem największą część faktów, dotyczą­
cą istnienia „jus primae noctis“ ; dane te mieszczą się w II. tomie jego
pracy na Str. 4 0 - 63. Krom tego korzystałem z prac Waitz’a, Liprcchta,
Lagrèze’a i innych. Wbrew zdaniu księdza Zab. kiedyś odczytałem i przestudyowalem pamflety reakcyonistów Demestre’a i Bonalde’a, bom zaintere­
sował się niemi, czytając Brandesa. Miałem nawet i przeczytałem, „Droit
du seigneur“ redaktora osławionego ľUuiver’s , Wszyscy wiemy aż nadto
dobrze, kim był Ludwik Yenillot : rozgłośnym obrońcą reakcyi umysłowej
i społecznej, zręcznym pamflecistą, zaciętym wrogiem Napoleona III, ale
nikt dotąd oprócz ks Żaborskiego nie uznawał jego powagi naukowej i nie
uzna nikt, kto umie myśleć, wnioskować i oceniać krytycznie przeszłość,
czerpiąc podstawy do krytyki w socyologii współczesnej, naukowej.
Tu pozwolę sobie przytoczyć
sąd bardzokompetentny, sąd prof. Ko­
walewskiego o wartości tej pracy: „467 stronie wymagał Yeuillot, by skre­
ślić rzekome obalenie istnienia zwyczaju nocy pierwszej. Zagadnienie, które
przedsięwziął rozwiązać autor „Droit du seigneur1, na pierwszych stronicach
swojej książki sam sformułował tak : prawo senioralne — le droit du seigneurw tem znaczeniu, jakie mu zwykle przypisuje się, nigdy nie istniało.
Wszystko, co było pisanem i mówionem w dowód istnienia tego prawa, to
tylko wymysł, kłamstwo i nieuctwo haniebne. W tej formie, w jakiej to
prawo istniało, było ono prawem sprawiedliwem, naturalnem i niewinnem“.
(Prawo pierwotne iom II. str. 33). Ale jakże pogodzić z tem prawems spra­
wiedliwem prawo „conchier avecq la dite de noepee“ (Lud rocz. II. str.
112, Kowalewski str. 46).
Jeszcze jeden fakt, tem bardziej przekonywający, że przytoczył go
Delisle, obrońca poglądów Veuilloťa: oto cytuje on dokument z r. 1419.,
w którym przy wyliczeniu praw właściciela feodalnego powiedziano wyraźnie,
że ma on prawo, gdy zechce pójść i spędzić z żoną swego poddanego jej
pierwszą noc ślubną, czemu nikt przeszkodzić nie może“. (Lud rocz. II.
str. 113. Kowalewski str. 48).
Dość tych faktów, ale jeszcze
słów parę Ks. Zaborski niewątpli­
wie wie doskonale, że w wiekach
średnich we.Francyi nie istniało ogólnie
obowiązujące prawo cywilne,, albowiem każda miejscowość rządziła się swojem własnem prawem zwyczajowem ; ks. Zaborski niewątpliwie wie, że pierwszem ogólno-francusk. prawem cywilnem był Code civile. Wie to niewątpliwie,
a pomimo tego przytacza pewne orzeczenie miejscowego prawa zwyczajo­
wego, które tak brzmi: „Item na zasadzie tego, co wyżej powiedziano,
możesz i powinieneś wiedzieć i rozumieć, iż na wypadek, gdyby pan zwierzchniczy iaceret cum utore sui feudataris aut cum filia ipsius, quae fuerit
virgo, aut cum sanguinea ipsius, wiedz, że wtedy poddany powinien być
na zawsze wyjęty z pod władzy paua“. Jestto jakoby ustęp z pracy p. A.
de Foras p. t. „Le droit du Seigneur“; sumienność zacytowania tego ustępu
jest zadziwiającą, bo ks. Zaborski nie przytacza ani stronicy, ani miejsca
wydania, ani roku. Wiemy też, jak sumiennie cytował ustępy z roczników
„Ladu“; dowód tej sumienności nowy, bom kilka już przytoczył uprzednio.
Przypuszczam jednak, że ustęp wspomniany ks. Zaborski przytoczył bez
zmian żadnych, ściśle. Cóż to dowodzi ? Tylko tyle, że w pewnej okolicy Francyi prawo wspomniane nie istniało i tyle tylko, co absolutnie nie obala mo­

— 357 —

ich dowodów istnienia tego zwyczaju. Zresztą ks. Zaborski stanowczo za­
milcza o tych ustępach mojej pracy, w których mówię o jego stopniowym
zaniku, wyrażającym się prawem jego wykupu z początku dobrowolnem,
potem zaś ohowiązkowem ; również recenzent zamilcza o moich wyjaśnieniach
opłat, pobieranych z tego tytułu przez właścicieli feodalnych.
Jeszcze jeden cytat dotyczący książki dr. Karola Schmidťa. W tym
celu (obalenia dowodów istnienia prawa seinoralnego) Schmidt nadaje humo­
rowi ludowemu znaczenie bardzo poważne i w ten sposób stara się wytłu­
maczyć i wyjaśnić zjawienie się w aktach urzędowych opisów podobnych.
Ale postępując w ten sposób, zapomina on o tej okoliczności, że humor
ludowy wyraża się często w przysłowiach prawnych, nigdy zaś — w wyro­
kach sądowych lub zapiskach prawa zwyczajowego ; zapomina on o tera, że
bardzo wątpliwem jest, by poważny a surowy Ferdynand katolicki chciał
żartować, gdy zakazał w 1486 r. właścicielom feodalnym spędzać z ich poddanką pierwszą noc po ich zamężciu“ — pisze prof. Kowalewski we wspo­
mnianej pracy na str, 35, przyznając jednak autorowi, że po ogłoszeniu jego
pracy niema już ścisłych dowodów istnienia tego prawa w Niemczech.
Teraz słów parę o istnieniu tego zwyczaju w Polsce. Ks. Zaborski
przypisuje mi zdanie, że podzie'am pogląd Czackiego na tę kwestyę, cho­
ciaż pisałem wyraźnie: „W ziemiach słowiańskich istnienie tego prawa nie
jest dotąd dostatecznie udowodnionem“. (Lud rocz. II. str. 114). Myśl tego
frazesu jest zupełnie jasną, tylko zła wola mogła ją przekręcić w ten spo­
sób, w jaki to zrobił ks. Zaborski. Jasnem jest, że wątpię w istnienie tego
prawa, bo na poparcie swego zdania przytoczyłem postanowienie Statutu
Wiślickiego. Przytoczyłem zdanie pisarzy rozmaitych narodowości, by wy­
jaśnić tę kwestyę, lecz ani jednem słówkiem nie wyraziłem swej zgody na
ich poglądy Nawet utwór poezyi ludowej, który Narbut przytacza w prze­
kładzie polskim, nie dowodzi wedle mnie istnienia w Litwie tego prawa,
chociaż wraz z dowodami istnienia władzy wielkich książąt i panów dowol­
nego rozporządzania ręką kobiet zależnych od nich oraz faktu t. z. kunicy
czyni je bardzo prawdopodobnem.
„Na ostatek postrzegamy tu zabytek prawa panów względem włościan
litewskich, których córek dziewictwo do pana należało : wolno mu było
wziąć pierwociny samemu, albo przyjąć okup, o który umawiano się z bra­
tem idącej za mąż. Nazywano to panieńskie albo kunica, jus cunagii albo cunagium“ — tak pisze Narbut w swej Historyi narodu litew­
skiego w tomie I. ns str. 338— 339. Pomimo tego świadectwa głośnego
historyka Litwy, dotąd nie podejrzanego w nieprzyjaźni ku kościołowi,
nie mogę uznać, by istnienie tego prawa było dostatezznie ndowodnionem.
Opłata kunicy — to prawdopodobnie maritagium.
Teraz słów parę o hipotezie pierwotnego bezładu płciowego czyli, jakem
się wyraził uprzednio — pierwotnego pomieszania rozrodczego. Ta hipoteza,
jest przyjętą i uznawaną przez największe powagi naukowe, albowiem wy­
jaśnia ona dokładnie, jasno, prosto i zrozumiale masę faktów z dziedziny
życia społecznego i niekiedy osobistego. Najnowsze badania ograniczyły
nieco zakres rozpowszechnienia tego stanu rzeczy śród ludów pierwotnych
ale sami jej przeciwnicy nie mogą odrzucać jej w zupełności. Tak np. Westermarck na str. 112 „Historyi małżeństwa" (przekład rosyjski) mówi wy­
raźnie, że niektóre ludy pierwotne lubo bardzo nieliczne,, żyły lub żyją
w stanie zupełnego bezładu płciowego. Zresztą należy podkreślić, że już

— 358 —

pierwsi twórcy tej hipotezy zakreślili pewne granice temu bezładowi płcio­
wemu, albowiem zawsze sprowadzali go do granic plemienia lub rodu, lub też
pewnej grupy. Badauia Fisona’a i Howitťa — Kamilaroi aut Kurnai— udo­
wodniły, że podziały na pewne grupy ograniczają, ten bezład, albowiem
stosunki miłosne są, tylko dozwolone pomiędzy osobami, należącemi do grupy
odrębnych. Sam Westermarck mówi o okresach miłosnych rodzaju ludzkiego,
stosując doń ogilne prawo fizyologiczne o okresach parzenia się, których
przeżytki widzi on w wielu faktach etnograficznych i statystycznych. Ta
hipoteza wyjaśnia nam dokładnie powstanie prawa macierzyńskiego i matryarchatu oraz takie przeżytki, jak poliandryę, lewirat, świekrostwo, jus
primae noctis, heteryzm itd. Dziś istnienie prawa macierzyńskiego, osnutego
wyłącznie na tle pokrewieństwa przez matki, tak jasnego, zrozumiałego a do­
stępnego dla umysłów pierwotnych, nie da się zaprzeczyć. Każdy niemal
rok przynosi nowe dowody jego istnienia, podał je w swej pracy „Rodzina
i własność“ prof. Kowalewski, a dotyczą one plemion górali kaukaskich —
chewsurów i pszawów. Osobiście w „Zarysach prawa zwyczajowego ludu litew­
skiego“ przytoczyłem kilka faktów, dowodzących niewątpliwie istnienia prawa
macierzyńskiego, z którego rozwinął się potem matryarckat. W tym okresie
rozwojowym kobiety wcale nie były niewolnicami mężczyzn, jak wyradł się
ks. Zaborski. Fison i Howitt mówią: „W czasie pokoju są zazwyczaj naj­
pracowitszymi robotnikami i najużyteczniejszymi członkami gminy. Podczas
wojny znowu są zupełnie uzdolnione do własnej samoobrony w każdej
chwili, i nie tylko że nie są ciężarem dla wojowników, leez w razie po­
trzeby mogą walczyć tak mężnie jak mężczyźni, a nawet z większą za:iekłością“ („Kamilaroi aut Kurnai str. 133— 147)“. Gdyby jedna połowa tego
gatunku, połowa macierzyńska, w dodatku do wielu słabości naturalnych od
początku była ofiarą złośliwego przymusu i prześladowania w ręku drugiej
silniejszej połowy, ludzkość nie pozostaliby przy życiu“ — pisze prof. Ma­
son w Woman’s Share in primitive Culture“, American Antiquariau, jan. 1889.
W zakończeniu słów parę : ks. Zaborski ironicznie radzi mi poczyty­
wać za przeżytek dawnego bezładu płciowego te luźne stosunki miłosne,
które istnieją w miastach wielkich.
Z tego powodu zauważam, źe nigdy i nigdzie nie wyraziłem ubolewa­
nia nad zanikiem bezładu płciowego, a utożsamianie przez ks. Zaborskiego
spółczesnego nierządu z dawnym stanem rzeczy i przypisywanie go mnie
tchnie poprostu taką zlą wolą, że wprost można poczytywać ich autora za
człowieka, który stanowczo rozmija się z logiką i rządzi się zasadami dzi­
wnej etyki.
Jan Witort.

mfc i, i

Z Drukarni Ludowej pod zarządem Stanisław a B aylego.

Pokwitowanie.
Zapłacili wkładki po koniec czerwca 1898 :
1) Z a r o k 1898: Dr. Ja n Bauduin de Courtenay 4 zł., Bolesław
Borysiewicz 1 zł., Tadeusz Chmielowski 1 zł. 50 ct.. ks. Jerzy C zarto­
ryski 4 zł., Dr. Stanisław E streicher 5 zł., Franciszek R aw ita Crawroński
4 zł., Błażej Jurkow ski 1 zł., Izydor K arpiński 1 zł., Kółko histor. słu­
chaczów uniw ersytetu krakowskiego 1 zł., Ludwik Krzywicki 3 zł., ks.
Platon K arpiński 1 zł., ks. Józef Londzin 4 z ł, Józef Mazur 2 zł., R u ­
dolf Nowak 1 zł. 50 ct.. ks. Stanisław Rzepecki 2 zł., Józef Schnaider
1 zł. 5 0 . ct., Antoni Siewiński 1 zł., Jó zef Śliwiński 2 zł. 50 ct., Broni^ tew ^ w id ń ic k i 1 zł., Paweł Terlik 1 zł., ks. Stan. W alczyński 3 zł.,
W ydział R ady pow. Borszczów 4 zł,, W ydział R ady pow. Lisko 1 zł.,
W ydział R ady pow. R ohatyn 4 zł., W incenty Ziarkiewicz 1 zł., Ja n
Swiętek 4 zł.
2) Z a l e g ł o ś ć z r o k u 1 8 9 7 : Leon Magierowski 2 zł.

Stanisław Bal
skarbnik.

b UD
©rgari t o w a r z y s t w a ludesrtawcsego
w y c h o d z i k w a r t a ln ie
w z e sz y ta c h objętości n a jm n iej 7 a r k u s z y
pod redakcyą

Dra A N T O N I E G O K A L I N Y .
'XTlT'a.r-u.rLlsi preivurn.era,t37-:
W Austro-Węgrzech z przesyłką pocztową . . . . rocznie S zlr. półrocznie 2 zł, 50 ct.
W Niemczeeli..................................................
„10
mrk.

5 mrk.
W krajach waluty f r a n k o w e j...................
„12
frs.

6frs.
W Królestwie Polskiem i Ces. Rosyjskiem . . . .
„ 5 rsr.

2 rsr. 50 kop.

Przedpłatę należy nadsyłać pod adresem administracyi „Ludu“,
Lwów, ulica Zimorowicza 7.
Przedpłatę przyjmują wszystkie znaczniejsze księgarnie.
Członkowie Towarzystwa ludoznawczego, którzy uiścili wkładkę ,
statutem przepisaną, otaymują „Lud“ bezpłatnie.
Artykuły, do druku przeznaczone i reklamacye nadsyłać należy do
Redakcyi (Lwów, ulica Zimorowicza 7), korespondencye i wszelkie pisma,
odnoszące się do Towarzystwa ludoznawczego, należy adresować do pre­
zesa T
ow
arzystw
a (Dr. Antoni Kalina Lwów, ulica Zimorowicza 1. 7),
zgłoszenia do Towarzystwa i wkładki przyjmuje skarbnikT
ow
. Stani­
sław Bal (Lwów, tri. Cicha 1).

Nakładem Towarzystwa ludoznawczego
w y s z ły d r u k ie m :

PIEŚNI N A B O Ż N E
na cały rok kościelny
w u k ła d z ie

c z te ro g ło s o w y m

na

c h ó r m ię s z a n y ~ i m ę z k i

o r g a n o c o n c ilie n te , d la u ż y tk u o r g a n is tó w , s z k ó ł ś r e d n ic h ,
lu d o w y c h i p e n s y o n a tó w .

Zeszyt L : Pieśni adwentowe.
Zeszyt II. Serya I.: Kolędy.
Zeszyt III. Serya L: Pieśni wielkanocne.
R e d a k to r o w i e : M. Biernacki, L. Dietz, J. Gall, H. Jarecki,
St. Niewiadomski, R. Schwarz, P . Słomkowski, M. Sołtys, X. Pr.
Walczyński, W. Żeleński. — Lwów 1897. Drukiem Z. G oil oba.

Ä “ Dzieło to wychodzić Щ т iiajmnie] w 'trzech zeszytach rocznie. I P S
Cena I-go zeszytu 2 kor.
Dla członków To w. ludoznawczego i w abonamencie 1 korona.

Cena po II. i III. zeszytu po 1 koronie.
Nabywać można w Administracyi Towarzystwa ludoznaw­
czego (ulica Zimorowicza 1. 7) lub we wszystkich księgarniach
główniejszych.
W y d aw n ictw o to o trzym ało

ap rob atę

K on systorza M e­

t r o p o l i t a l n e g o o b r z . ł a c . w e L w o w i e , a r e s k r y p t e m W y s . c . k.
R ady s z k o ln e j k r a j o w e j z d. 13. lipca 1 8 9 7 r. L. 14 .213 z o
s t a ł o p o l e c o n e d o u żytku s z k ó ł ś r e d n ic h .

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.