7872511bdcf3af4dc7e26300e3c61b3a.pdf
Media
Part of Z pamiętnika M. Marksa Witebszczanina / Lud, 1922, t. 21
- extracted text
-
MATERJAŁY I NOTATKI ETNOLOGICZNE.
Z „PAMIĘTNIKA“ M. MARKSA, WITEBSZCZANINA.
Z „Pamiętnika“ niniejszego, napisanego w czerwcu 1885 r.
przez witebszczanina M. MARKSA (ur. około 1815 r.), ogłosiłem
już w „Ludz-e“ (1906, T. XII, s. 183 n.) wyjątek, któremu dałem
tytuł: „Emilia Platerówna jako folklorystka“. Szczegóły ciekawe,
rzucające nowe zupełnie światło na postać kobiety niezwykłej,
opiewanej dla bohaterstwa swego nawet przez MICKIEWICZA,
a której nie można odmówić pewnego miejsca i stanowiska w ludoznawstwie polskiem, jak to wymownie okazała treść rzeczy, były
usprawiedliwieniem ogłoszenia artykułu.
„Pamiętnik“ MARKSA, jak zauważono w przytoczonym roczniku
„Ludu“, składa się z dwóch części: pierwsza o napisie „Ze wspom
nień dzieciństwa“, druga „Coś o gwarze białoruskiej“. Z pierwszej,
która z powodu anegdotycznej, powieściowo-obyczajowej osnowy
w całości swej nie ma znaczenia dla folkloru, podaję tylko wyjątek
p. t. „Znachor i lekarz ludowy“ (pod lit. C), z drugiej, pominąwszy
rzecz o PLATERÓWNIE, ustępów pięć pod napisem: AJ Ubiór ludu,
mieszczan i żydów: tańce i zabawy chłopów witebskich, ich zep
sucie. — B) Hutornik i hutorki. — C) j. w. — D) Folkloryści
i językoznawcy białoruscy w Witebsku. — E) Białoruszczyzna
w Wilnie. — F) Moskwa 1835 r.; ustęp ostatni oryginału p. t.
„Rodowód białoruski“ umieściłem jako przypisek do ustępu B),
z którym organicznie się łączy.
Z pewnością „Pamiętnik“, a raczej „Pamiętniczek“ MARKSA,
nie żywi uroszczenia do tego, by zająć jakiekolwiek miejsce w tym
bogatym, a świetnych pi zedstawicieli mającym dziale piśmiennictwa
polskiego, a przecież, mimo wszystkie braki literackie, ma on coś,
137
co go wyróżnia od innych, mianowicie tendencję nawskróś folklo
rystyczną.. A jak mało takich właśnie rzeczy u nas! — Witebszczyzna,
ciekawy zakątek ziemi naszej, znachodzi w nim przed ogłoszeniem
znamienitych naukowością czy literackiem zacięciem prac i dzieł
0 Białej Rusi, albo też obok nich, bezpretensjonalnego spisywacza
swoich właściwości, wypowiadających się w zwyczaju, poezji
1 języku, spisywacza, nie wszechstronnego i wcale nie głęboko
sięgającego, lecz bez zaprzeczenia umiejącego zdobyć się na uwagi
i spostrzeżenia, niekiedy bardzo drobiazgowe i szczegółowe, ponadto
przez nikogo nie przekazane, a historyczne znaczenie mające dla
społeczności, wśród której się urodził i długie lata życia spędził
autor.
Tą jedynie myślą powodowany, nie przykładając zaś miary
fachowego ludoznawstwa, ani językoznawstwa do „Pamiętnika“,
ogłaszam obecnie dalsze jego części, w żadnym razie nie bez inte
resu dla „Ludu“.
*
'
Kiepska, kiepska
Koło Wiciebska,
A koio Worszy
Jescze horszy;
A "żo *) w Mińsku
Tak sawsim ...pa świńsku!
(Przysłowie miejscowe).
A) Ubiór ludu, mieszczan i żydów, zabawy i tańce chłopów
witebskich, ich zepsucie.
Ubiór ludu białoruskiego jest dzisiaj zapewne taki sam, jakim
był przed laty, a może przed wiekami Zipun i łapcie stanowią
nieodzowne jego atrybuty i główne części składowe. Pod wzglę
dem kultury umysłowej stoją Białorusini na niskim stopniu oświaty,
pod względem zaś materjalnym ogólna u nich, a co gorsza, bez
nadziejna bieda i nędza.
Inaczej zupełnie z ludem miejskim. Po 1825 roku (do tego
czasu bowiem mogę dobrze sięgnąć pamięcią) w Witebsku, Bia
łorusi ognisku, mieszczanie chodzili zwykle w długich aż do stóp
surdutach i nosili buty, wysokie po kolana. Mieszczki stroiły się
’) W całym rękopisie białoruskie u MARKS ozr.acza literą v; cały zresztą
tekst białoruski oddano wiernie według oryginału autora.
138
w spencery — niekiedy nawet ze złotogłowia — bez rękawów,
zwane k i c i 1 a m i, — w długie, lniane, wełniane lub jedwabne
spódnice, na które dziewczęta narzucały jeszcze białe fartuszki.
Szerokie, białe rękawy koszuli, spięte u pięści, i takiż kołnierzyk
u szyi, upiększonej sznurkami korali, bursztynów lub pereł, ślicznie
uwydatniały i twarz i całą kibić w k i c i 1 u. Zawój z kolorowej,
wełnianej chusty, z dużym, występującym naprzód węzłem t. zw.
zumkiem, okrywał głowę. U dziewcząt tylko dwa warkocze,
z pękami wstąg na końcach, spływały z pod zawoju. Odświętny
strój głowy dziewuch stanowił kokosznik ze złotogłowia, wal
cowaty, bez denka, na pół stopy wysoki ; kobiety zaś, szczególnie
podstarzałe, nosiły kapelusze, zawsze jakiegokolwiek ciemnego lub
całkiem czarnego koloru, wysokie prawie na stopę, rozszerzone
nieco w górze i ścięte naukos ztyłu, słowem bardzo podobne
do kaszkietów, używanych w wojsku rosyjskism za czasów Pawła
cesarza. Obucie składało się z wełnianych pończoch, najczęściej
barwy niebieskiej, i trzewików bez korków.
Ubiór żydów witebskich był taki sam, jak w całej Białorusi:
czapka lisia, jarmułka i pejsy — to najcharakterystyczniejsze szcze
góły ich stroju i wyglądu. Żydówki, tak mężatki jak dziewczęta,
nosiły stale na głowach zawoje i z wierzchu spodnie fartuchy:
trzewików nie używały, nie lubiąc tego obuwia, miasto nich obcho
dziły się pantoflami o gładkich bez oocasów podeszwach.
Strój bardzo nielicznych Wielkorosjan (raskolników, filiponów)
był dwojaki: mężczyźni odznaczali się armiakami, kobiety sarafanami.
Na Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha św., Przemienienie
(Spasa) i fest/ kościelne (na św. Jana i św. Piotra) podług sta
rego kalendarza zbierano się w różnych miejscach miasta i za
miastem na tak zwane ihryszcza i kiermasze. Były to zabawy,
trwające przez cały dzień, od ukończenia nabożeństwa w cerkwi
aż do późnej nocy. Zjawiali się podczas ich trwania różnorodni
handlarze jarmarkowi, obnosząc obwarzanki, pierniki, makowniki,
orzechy włoskie i laskowe, boby świętojańskie i owoce. Często
wano się nawzajem i bawiono śpiewem, pogawędką i przechadzką.
Każdy dudarz, czy był sam jeden, czy ze skrzypakiem, sta
nowił kapelę odrębną. Młodzież śpiewała piosnki i tańczyła: miacielicę, koczerbichę, paduszaczkę, lawonichę lub
lepietuchę, gracko rzucając się w różne strony, dziarsko
139
tupiąc nogami, klaszcząc w dłonie i kiedy niekiedy wykrzykująca
„hu ha!“
Czy te zabawy, tańce, pieśni, żyją jeszcze w mieście i poza
miastem, jak za lat dawnych, wątpię, chyba zachowały się gdzieś
w zaciszu, w dali od gościńców bitych i kolei żelaznych, tam,
dokąd .nie przypełzły jeszcze rozwiązłe piosnki obozowe i nie
zmieniły poczciwej i czystej wesołości rozpasaną rozpustą sałdacką.
Oto co mi pisze ostatniemi czasy towarzysz mej młodości::
„Zbierałeś, tłumaczyłeś i cackałeś się niegdyś z piosenkami
białoruskiemu Chceszże wiedzieć, co teraz tu śpiewają? Oto mło
dzież junacka nuci :
„Kak Baszkiewicz Abrywanskij
Pod Arszawoj sostojał...“
a zalotne dziewoje wyuczyły się od zalotnych sałdacików niby
małoruskich piosnek, jak np.:
„1 szumie i hudie,
Drobnyj dożdzyk idie...“
z milutkim finałem:
„Nie dowioł jejo do domu,
Powalił jejo w sołomu...“,
który śpiewają z zachwytem i oklaskami.
Daj, braciszku, na podzwonne ! Wieczne
i piosnkom białoruskim i samej Rusi Siałej!“
odpoczywanie
B) Hutornik i hutorki.
Czasami zjawiał się w mieście hutornik, żebrak, opowiadacz i śpiewak razem. Chodził on od domu do domu, a wszędzie
podejmowano go serdecznie i obdarowywano hojnie. W Witebsku
znałem dwóch tylko hutormków: jeden Vlas był równocześnie
dudarzem, chodził więc zawsze z kobzą; drugi Pilip Smuryj, lecz
ten nie posiadał takiego, jak Vłas, talentu. Łysy jak księżyc w pełni,
z postaci ślamazarny, był jednak Pilip dziwnym jakimś fenomenem
poetyckim z usposobieniem uporu, nieugiętości i kaprysu. Uczęszczał
tylko do domów, które znał i nieskwapliwie przyjmował zaprosiny
lada czyje. Ojciec mój serdecznie mu sprzyjał i z tego powodu,
ilekroć przybywał na kilkudniowy pobyt do miasta, zawsze wie
140
czorem zjawiał się u nas, jakby to był jego dom własny, nocował
i zrana z kijaszkiem i torebką szedł gdzieś na prachciku.
Hut orki jego zaczynały się zawsze jednakowo. Stawał
w środku pokoju i utkwiwszy oczy w stołowanie, jakby szuka]
natchnienia, po krótkiej ciszy przeciągle, prawie śpiewając zapy
tywał :
„Szov baj pa ścianie, czy baić, czy nie?“
Musiano mu odpowiedzieć: „Baj, baj, baj!“
Po takim wstępie odchrząkiwał, zacierał ręce i zrazu cicho
i powolnie, potem coraz to żywiej wiódł nić opowiadania, prze
platając je krótkiemi śpiewkami. Podczas tego jużto spokojnie stał
lub przytupywał nogami na miejscu, jużto miernie poruszając się
i niby idąc drogą, szedł pięć lub sześć kroków naprzód, zakręcał
się wtył i stawał znowu na środku pokoju.
Treść hutorki najczęściej była komiczna, a przedmiot jej sta
nowiło życie włościan lub wzajemne ich stosunki między sobą
i z żydami. Czasami dotyczyła też panów obywateli, księży kato
lickich, unickich i prawosławnych, ekonomów, a nawet urzędni
ków... wiejskich.
Lecz były hutorki także historyczne, choć również, jak po
przednie, pokroju humorystycznego. Jako bohaterowie występo
wali w nich: Pan Ahiński [Ks. OGIŃSKI], Pan Raczyński [rozstrze
lany 1813 r. w Białem], Pan Pańtovśki [Ks. Józef PONIATOWSKI].
Powtarzała się tam, pomnę, kilka razy zwrotka:
„Poszła szlachta na try trachta,
Moskal na czetyry...“
a dalej słowa Pana Korsaka, dającego szczególniejszą komendę:
„Panowie w nohi!“
Skoro po tym ostatnim zwrocie Pilip spostrzegł niezadowo
lenie na twarzy przysłuchujących się, dodawał uniewinnienie: „Won,
jak naszy dziaciuki w rawalucju chadzili“ i zaklinał się: „A niechajże mianie Twardovskij skrucić, koli heta nie pravda!“
Po „bajaniu“ częstował ojciec Pilipa szklanką wódki i wie
czerzą posilną. Ten, pokrzepiwszy się należycie, szedł do kuchni,
by przespać się na piecu. Dobrej komitywy z ojcem moim nie
zerwał ; kilka razy jeszcze przychodził na prachciku do Witebska
i zatrzymywał się stale u nas. Co się z nim stało później, ani skąd
.pochodził, nie wiem, byłem bowiem wówczas małym jeszcze chło
141
pakiem. Z treść: jego opowiadań mogłem tylko później wywniosko
wać, że Połock, Dynaburg, Borysów, Mińsk, Smorgonie, Oszmiana
i Wilno były mu dobrze znane. Czy prachcika jego sięgała
dalej, — rzecz to bardzo wątpliwa; „za Miażoj i nam miaża“ —
mawiał zniechęcony.
Pamiętam jeszcze jedną piosnkę jego, z przyśpiewkiem „dyli—
hojda“ za każdym wierszem:
„A hdzieź tyi kraski? —
Dylihojda!
Panienki parwali! —
Dylihojda!
A hdzieź tyi panienki? —
Dylihojda!
Paniczy pabrali! —
Dylihojda!
A hdzieź tyi paniczy? —
Dylihojda!
Na wajnu paszli! —
Dylihojda!“
Tyle tylko wspomnienia o polskiem, pospolitém ruszeniu,
zostało na Białorusi!
W dodatku do „Pamiętnika“ zamieścił M. MARKS „Opowiadanie
ostatniego hutornika Pilipa Smuryjego“ p. t. „Rodowód Białoruski“,
które tutaj załącza się w odpisie, niewiadomo bowiem, czy w tej
redakcji było ono publikowane.
Pytanie hutornika: Chodzić baj po ścianie. Czy baić, czy nie?
Odpowiedź chóru: Baj, baj, baj!
Hutorka: Oj dávno, dávno, dávno żyv kniaź Boj w Krasno
pole, niedaloko ad taho miesta, hdzie ciapier staić Dryssa. Dryssy
toj tady nie było, a vsio taki i ciapier dziawuchi biahuć na kopcy
Stavry i Havry, hałosiać tam i hukajuć ich.
Stavra i Havra byli sabaki Boja. Jon ich duża lubiv. Brali
jany i wovka sieraha i miedzwiedzia łochmataha i łosia rahataha
i wiepra zubataha.
I biehav jon z kanca w kaniec pa baram i puszczam i tolka
jak schwacić siabie jakuju kniahińku, tak pastawić jej pcsiku; i ina
tam żywiec sabie jak v raju, jeść vsio z miodym, pjeć sytu ta
i walaić sia na miachkich miedzwieżjich szkurach. A kniahiniek to u niaho bywało razam piać, da i sześć, i każnaja mięła
swaju pasiku, swaich parubkow i małaczanok. Prylecić z drużynoju
i sabakar k adnoj, pahulaić z niej, pawalaić sia, pacieszyć sia pa
pałam i lesam i pajdzieć k druhoj, a attuda k trecij. Ładno żyłoś
jamu i jaho kniahiniam; ładno było i jaho drużynie i słuhanu
Razom jeli jany, razom i pili.
142
Nie było tady ni sprawnikov z stanowymi, ni panov z eko
nomami i wójtami, ni pejsatych žydov-randarej. Nichto nie drav
z nas szkury, nie jev nasze miaso, nie ohryzav nam kości. Oj,
dzietki, ładno było, nie to, szto patom. Ta vsio heta prajszło,
dávno prajszło, a me wierniećsia. Wiecznaja pamiać jemu! Sły
szycie, dzietki, wiecznaja pamiać! i vsio, szto my skazem wam,
skażycia swoim vnukám!
Wiecier po lesu hudziev,
Taj kudy to zaleciev!
Wada, szto w reczkie ciekła,
Boh znaić, kudy spłyła.
Ni wiecier tot, ni wada
Vżo nie wiernućsia siudy!
Pierwoj, samoj pierwoj kniahiniej Boja była Wolha, daczurka jahoże drużynnika. Vziav jon jeje u fcaćki razom z Stavroi
i Havroj. Radziła jana adnaha tolko syna Bojku, starszaha va
vsiom kniażeskom rodzie. U Bojki było siascier mnoho a brata ni
□dnaho. Szto Wolha radzić, to dziawucha — ukiasiwa, chwihurnaja,
ciekawaja, a vsio taki dziawucha eie dziaciuk!
Nie takaja że była druhaja kniahinią Rahnieda iz Połocka.
I hetoj szto ciuk — to dziaciuk; i paszlr u nie,a adzin za druhim:
Warhan, Zaranka, Nyzka, Abłauch, Samiszcza i Jurła. Za siadmym
razom spulhawała Rahnieda i radziła dziawuchu.
Treciej była Krasula iz Smaleńsku. Ad nieje radziliś Ciur
i Matus.
Czecwiortaja Oda iz Kijewa i radziła ina Boju Bażenia, Dziawulu, Łapu i Tararczuka.
Piatoju Donia, adna iz małaczanok Krasuli. Ad nieje radziliś
Hadziuk, Żabka, Kawurka i Rewun.
Szestuja vziov Boj pośle śmierci Wolhi i addav jej Stavru
i Havru i vsich swaich sabak. A była hete Aida iz pomorskoj
L itwy, doczka starszaho popa pierunaha. Radziła ina kniaziu dwoje
dziaciuków: Charoszczu i Czyża i umierła pośle wtorych radov.
Boj nie pusciv ad siabie siastru jaje Litu i imiev jeszcze ad nieja
dwacatoha syna Paciuka.
I ad hetich to dziaciuków bojewych razrozsia rod nasz pa
vsiej naszej ziarnie i razmnożysia na niej jak zirki na niebie, pakuł
czornyje tuczy i z połnoczy i z połdr.ia i z woschoda i z zapada
nie zawałakli heta nieba i nie zatuszyli heti zirki da pasledniej
'skorki.
A wot jak paszło patom.
143
Bcjka, adzin syn Wolhi, radziv Haciuka, Haciuk radziv Ka
rasku, Kat aśka Trasitu, a Trasita Husaka i Plastuna.
Ad Husaka paszli: Huszczy, Pliszki i Kisieli.
Płastun radziv Wovka, Wovk Kolyszku, Kołyszko Sewruka,
Sewruk że Lurku i Giinku.
Lurka radziv Woroszyłu, Woroszyło Polzika, Polzik Siwochu,
Siwocha Koszku, Koszka Simaszku, a Simaszka Amielku.
Glinka że radziv Hłasku, Hłaska Chrypku, Chrypka Pietryszczu
a Pietryszcza Wijuka.
I ad Bojki poszło 24 starszych radov.
Pierwyj syn Rahniedy Warhan radziv Piestuna, Piestun radziv
Buraka, Burak radziv Řepku, a Řepka Lesowika, Lesowik że radziv
Wjuna, Wjun Skirlu i Snitku.
Skirlo paszov k Wołocham, a Snitka radziv Barsuka, Barsuk
Sapoćku, Sapoćka Lipku, Lipko Hreczechu, Hreczecha że in iev
Bulbu i Wołoćku. Bulha paszov na Niepior za Kijew, a Wołoćka
radziw Byka, Byk Biełochu, Biełocha Pietucha, Pietuch Osinku
a Osinka Slupku.
Ad wtaraho syna Rahniedy, Zaranki, paszli Taratutki. Adzin
Taratutko radziv Ohryzku, Ohryzko radziv Klopa, Klop Huzku,
Huzko Łuskinu, Łuskina Polatuchu, Polatucha Wydru, Wydra
Krota, Krot Sopielku, Sopielka Ziaziulu, Ziaziula Bloszku, Bloszka
że Bleduchu i Buraczka.
Bleducha radziv Swistuna, Swistun Rabinku, Rabinka Siliwurku, a Siliwurka Skrypoczku i Suczka.
Ad Sk.ypoczka paszli Szwedy, Ciaciery, Toloczki i Szmurly.
Suczok że radziv Czujku, Czujko Wisloucha, Wi slouch Dudku,
Dudko że Tuptału i Kramziela: Tuptała paszov k Kijewu a Kramziel radziv Smolaka.
Buraczek że, brat Bleduchi, radziv Szyszku, Szyszka Żurku,
Zurka Miakisza, Miakisz Obucha a Obuch Krásku i Kulika.
Kraska radziv Leszcza, Leszcz Rybku, Rybka Ibporika
a Toporik Ryndu.
Ad Kulika że paszli Puszczy i Kuroczki.
Ad treciaha syna Rahniedy, Nyzki, paszli Drozdziki, Swirkuny, Sielezni, Prusy, Sosny, Szpaki i Hiadyszy.
Ad czecwiortaha Abłaucha: Zulei, Kniaźki, Korki, Krupieni
i Dulki.
144
Piatyj że syn jeja Samiszcza radziv Misku i Łosia. Misko ataszov za Mieżu k Maskwie, a Łoś radziv Siermiażku, Siermiażko że
Kułaka.
Paslednij szastoj syn Rahniedy, Jurła, radziv Piesta, Piest
radziv Piskuna, Piskun Prażnia a Prażeń Suszku i Sapuna. Suszka
addzieliv sia u Maskwu, a ad Sapuna paszli Smuryje.
Ad Ciura, syna Krasuli, paszli Szkurki, Korowai i Sipki.
Ad Łapy, syna Ody, iduć Dubowiki i Byczki.
Pierwyj syn Doni, Hadziuk, radziv Łasicu.
Wtorojże Żabko radziv Myszku, Myszka radziv Onoszku,
Onoszko że Lisiczku, Lisiczko Komara a Komar Kunu.
Trecij Kawurka radziv Wikułu i Wirłu.
Czecwiortyj Rewun radziv Dziadulu, Dziadula radziv Rodzianku, Rodzianka że Kalinku i Oborku. Kalinka paszov k Ła
cham, a ad Obórki paszli Torczyły.
Ad pierwaha syna Aldy, Choroszczy, iduć Ryły, Swiahi,
Sipajły i Střechy, a ad wtaraha, Czyża, Zmurki. Adzin iz Zmurok
radziv Wołczka, Ryka toho, szto paszov pa Dzwinie k Łatyszam,
i Łuczynu, szto addzielivsia jeszczo dalszy k Słowiencam.
Paciuk, syn Lili radziv Storożku, Storożka radziv Chochluka,
Chochluk radziv Zuka, Zuk Wojciucha, Wojciuch Kryśku, Krysko
Kościuka i Orluka.
Ad Kościuka paszli Piątki i Kułaki, a ad Orluka Żaby
i Rabki. Ad odnaha że Żaby wyszli Kiszki.
Iz vsich hetich radov tolka wosim paszli w szyrokyj świet
iskać szczascia za Dzwinoj, Nieprom i Mieżoj. Vsi astalić na radnoj
ziamielkie, prisosaliś k niej, srasliś z n ej i pakuł sonca budzić
hreć je]o, jany buduć jejo radnyju pachać i skaradzić.
C) Znachor i lekarz ludowy.
W domu rodziców moich bywał olbrzymi, barczysty chłopisko, o ciekawej postaci, nosił bowiem długie włosy, wtył zarzu
cone i spadające na plecy, miał czaszkę wąską i spiczastą, szerokie,
mocno wystające oczy, długi, kaczy nos i długą, ostrą brodę.
Niepowabny zupełnie, o cerze mocno brunatnej i jasno-kasztanowatych włosach, ubierał się zawsze w surdut szary, sięgający niżej
kolan i wysokie, ciężkie, ruskie buty-ostasze, o wywróconych,
żółto-słomianych cholewach.
145
Był to pan Topolski, ekspodoficer wojsk polskich.
Ilekroć przyszedł do nas, szczególnie gdy rodziców nie było w do
mu lub przynajmniej ojca, przed którym miał mores niezwykły, jako
dawnym porucznikiem, brał mię pod opiekę i bawił opowiadaniami
o swych pochodach wojennych po Europie, a przedewszystkiem
0 wyprawie do Hiszpanji. Naturalnie kłamał, jak „lis korsykański“,
przechwalał się, jak „oberżysta z Neapolu“ i plótł androny, jakich
nie znajdziesz ani w „Tysiącu i jednej nocy“, ani nawet w biule
tynach wyprawy moskiewskiej; mimoto w ciekawości dziecięcej
słuchałem go z przyjemnością i zainteresowaniem, wyciągając
corazto nową opowieść pytaniem: „Jakże to, a cóż dalej, dalej?“
Wprawdzie ojciec mój i przyjaciel jego, często bywający u nas
proboszcz u św. Barbary za Dźwiną, ks. Jasieński (o którym możnaby
pisać epopeje jak o Jacku Soplicy), bardzo często, a nawet bardzo
ostro łajali Topolskiego za bezczelne bałamucenie mego rozumu
1 wyobraźni, de on nic sobie z tego nie robił, powtarzając na
swoje uniewinnienie słowa: „Ta to nic, Panie poruczniku, to tylko
tak dla zacięcia“.
Proweniencja Topolskiego była tajemnicą: pewnem było tylko
to, że jako podoficer służył w wojsku polskiem i odbył „wielką
wojnę“ 1812 r. Wtedyto, podczas przechodzenia Berezyny, ugrzązł
w błocie, a nie mogąc się wyratować, został wzięty do niewoli
i jako jeniec przez baszkirów zaprowadzony do Witebska. Tu
został na zawsze, ożenił się z mieszczaneczką, Praksedą Siliwurką,
i posiadł z nią chałupkę na końcu miasta u monasteru św. Marka,
dość obszerny ogród i kawałek pola. Motyką i sochą prując zie
mię, opędzał się Topolski od biedy jako tako; klepał życie, jak
mógł i umiał, a trzeba powiedzieć, że. umiał on względnie wiele.
Nie była to jednak wiedza, nabyta przez lekturę, bo książek
z powodu wielkiego do nich wstrętu nie czytał żadnych, z wy
jątkiem „Kalendarza Berdyczowskiego“, w który wierzył bodaj
więcej, niż w Ewangelję, który czytał i przechowywał jak świę
tość, nie pozwalając nikomu doń zajrzeć. Wałęsając się po Europie
z leg jonami, przypatrywał się zwyczajom obcym i obcemu życiu,
pochwytał zewnętrzne oznaki cywilizacji narodów wysoko stoją
cych i przystosował je do swej pozycji w świecie. Stał więc nie
moralnie lecz umysłowo znacznie wyżej od sfery swego otoczenia,
a przez to pozyskał u niej zaufanie wielkie. Kilka uzdrowień środ
kami przez się doradzonemi i kilka spełnionych przepowiedni, wyLud. T. XXI.
10
146
rachowanych zapomocą doświadczenia, nabytego gdzieś na krańcach
światach, utrwaliło mu wśród masy ciemnej i łatwowiernej sławę
znachora, mędrca, doktora a nawet proroka.
Pomimo upomnień ks. proboszcza Jasieńskiego, że wyklnie
Topolskiego z ambony, Jeżeii nie zaniecha guseł, czarów i kabały,
wykładał on karty dziawuchom i dziaciukom, wskazywał
gospodarzom sposoby odszukania skradzionych koni i bydła, a co
najwięcej: wvkrywania skarbów, zakopanych w ziemię w czasie
katastrofy 1812 roku. Będąc w ariergardzie „wielkiej armji“, mógł
wiedzieć coś o takich schowkach wojennych. Udało mu się też
kilka takich praktyk znachorskich, w rzeczywistości nadzwyczaj
małoważnych, ale wystarczających, by sławę ekswojaka roznieść
daleko, nawet poza granice gubernji-. Szczególnie często powoły
wali go w tej sprawie obywatele smoleńscy, którzy w dobrach
swoich, leżących na drodze pochodu i odwrotu armji francuskiej,
spodziewali się znaleźć skarby bajeczne.
Raz wcale nie powiodła się Topolskiemu ekspedycja taka.
Zaprosił go mianowicie pewien zrujnowany „pomieszczyk“ powiatu
porzeckiego, aby mu wskazał skarby zakopane: było to w czasie
strasznego nieurodzaju i takiego niedostatku, że ludność wiejska
wymierała z głodu. Topolski, przybywszy na miejsce, kazał roz
kopywać pewien pagórek. Spędzono głodnych chłopów do roboty
pańszczyźnianej; jęto się rozkopywania i po pewnym czasie natra
fiono na tak zwaną „mąkę górną“, białą i rozsypującą się na
miękko. Głodem trawiona rzesza rzucita się na nią jak na dar
boży, zesłany w ciężkiej potrzeb'e; rzeszotami więc, worami, wiad
rami, a nawet czapkami roznoszono znalezioną mąkę po chatach;
ludzie popiekli z niej chleby, spożyli je i — większa część ich
zmarła! Dowiedziawszy się o tern Topolski, zemknął co prędzej
i nie chciał już nigdy robić wycieczek w Stno'eńskie. Śledztwo
sądowe, po wypadku tym podjęte, wykazało, że mąka ta składała
się po większej części z gipsu i nic więcej; rzecz cała skończyła
się oddaniem jej całkowitem „sudu bożiju“.
Zajście to mimo tragiczność całą, nie przyniosło jednak naj
mniejszego uszczerbku ani Topolskiemu, ani jego opinji znachorskiej; miał on za sobą wiele: przekonanie powszechne wskazywało
w nim posiadacza iedynie cudownego, jedynie skutecznego lekar
stwa na wściekliznę. Różni różnie o tem mów!!i ; jednak podczas
mego dz:esięcioletniego obserwowania praktyki lekarskiej Topol-
147
skiego, miałem sposobność przekonać się, jeżeli nie jestem złu
dzony, o skuteczności i o dzielności jego kuracji. Oto między
innemi zdarzył się raz straszny wypadek pokąsania więcej niż dwa
dzieścia osób przez wściekłe psy i wilki. Wszyscy pacjenci, którzy
się oddali opiece gubern'ainego inspektora medycznego, wsławio
nego Hübentala, pomarli śmiercią okropną. Ośm tylko nieszczę
śliwych, którzy zgłosili się do Topolskiego, wyzdrowiało zupełnie.
Zasadniczym bodaj środkiem, którym ten cudowny lekarz się
posługiwał, był dekokt wysuszonej z liśćmi i kwiatami rośliny:
Lothus corniculatus (Ornithopodium corniculatum). Czy oprócz
tego używał on jeszcze innych ingredjencyj, nie wiadomo, pozo
stało to jego osobistą tajemnicą, którą zapewne zabrał do grobu.
D) Folkloryści i językoznawcy białoruscy w Witebsku.
Może za przykładem panny Platerówny Emilji, która bodaj że
pierwsza z zapałem, właściwym czułym i szlachetnym sercom, oddała
się duszą ludowi, a może z innej jakiej inicjatywy zjawili się w Wi
tebsku dość liczni badacze języka i zbieracze pieśni i opowiadań
ludu białoruskiego. Do najstarszych, co pamiętam, należy zaliczyć
ĆW1ECIŃSKIEGO, zmarłego w Moskwie, i Aleksandra Z3ROŻKA,
którego poezyjki były drukowane w rozmaitych czasopismach
zagranicznych; następnie Tadeusza Łada ZABŁOCKIEGO, zmarłego
na Kaukazie w 1847 r., i Romualda ZIENKIEWICZA, tłumacza i wy
dawcę pieśni ludu pińskiego; wreszcie Stanisława MARKIANOW'CZA
i cały zastęp młodzieży, do którego zaliczam i siebie.
Nasamprzód zjawiła się u nas trawestacja pierwszej księgi
„Eneidy“.
Urywki z niej, ile wspomnę, przytaczam.
Oto jak Eol spotyka Junonę:
„Zdorov, chwigurnaja Junona,
Davno ciabie ja nie widav“,
I try jej zdziełavszy pakłona,
Miakotnaha na stel padav.
Ina miakotnaha padjełc,
Uciorłaś chustkyj, tak zapięła:
„Nie znaisz majaho ty hora,
Janej z Trojancami pływieć.
Spíchni szwydczej jaho ty v mora.
Nicłtój nieczyścik wadu pjeć!
Ty znaisz : baham jon zvodnik,
Złodziej, waruha, kanawodnik,
pryjawu zrobić na świętu.
Za to dziawuchnu u krasiwu,
Sałodkuju jak z miodym śliwu,
Tabie ja zavtry prywiedu“.
Jawoł rasezupav heta dzieła,
Z niaho aż ślinka paciekła;
Lubiv cieszyć jon hreszna cięła —
Dziewuchna pa nutry paszła,
10*
148
L-jpiv jon zuby, barmatav,
I tak Junonie adkazav:
„A woch ci mnie, moja Junona,
Szto budu dziełać ja ciapier,
Nietuć ni adnaho wietra doma:
Barej, upiwszyś jak wiapier,
Leżyć, opiorszyś na baczonkie,
A Nord pajechav k swojej żonkie,
Zafir z dzievkami zahulavsia,
A Jawier w batraki naniavsia.
Jak choczysz sabie, tak rachuj.
Dy jedź da domu, nie turbuj,
Nie budu tobie lichadziejem,
Nieboś — upravlus ja z Janejem!"
I woś Jawoł holen schwacivszy.
Na pańszczynu hukać jon stav,
I woś jon, wietry razpesciwszy,
Burlić im mora prykazav.
Eneasz modli się do Neptuna:
„O car, carewicz, hrap Nieptun,
Zmiłujsia, mora uśmiry,
Ja krepkyj tabie ciartuchy,
Kabackyj, moszcznyj ja siwuchi,
A broszy sam z maszni biery!“
Nieptun da hroszy miev achotu,
Harełku dobra jon ścibav,
Poczuv, szło budzić za rabotu,
Jak raz na wietry zakryczav:
„Prócz, wy nieczyści ki, lakruciny,
Z jakiej chwantazji wy tut?
Nie to! — skasztujecia dubiny,,
I pa nazdram rażnom daduć!“
Uczta po burzy:
Wzialiś Trajancy za jadzienje,
Jak z pola pańskie charty.
Była tam z zaîovkoj krupienja,
Kułahu pchali w żywoty,
Była i huszcza i draczona
I parasiacina smażona;
A na zajedku pad kaniec
Z alejem smacznyj sialadziec
Trojanie stają przed Dydoną:
„My vsie trajańskaha prychoda
Dwarcowy piered ciem byli,
1 v osień proszłaha hoda
Ad tuda v mora uciekli.
My vsiaka dzieła dziełać znaim:
V biOware sidzieć zmikajem,
Pilip nam lepić hartaczy,
A Waśka k słupam tavkaczy,
A Savka ziela vsiaka znaić,
Dzieciam jon wohnik adsikaić,
Cukav jon także warażyć,
Czemiery vsiaki adwadzić.
O wieńce kornaja Dzidona,
Ty nas u krepoś zapiszy,
V niedzielu rob sabie dwa zhona,
Służyć my budzim ad duszy.
Koliż nam łaska twaja budzić,
Wieli nam banku pratapić;
Adzieżu nużno nam poprudzić,
A to ina tak kiszyć,
Szto i na świecie nie można żyć!“
W lat pięć później dokonana była edycja druga „Eneidy“
trawestowanej: „izdanje vtoroje umnożeno v troje“, lecz bardzo
niezgrabna, bo, chociaż rzeczywiście powiększona przez wstawienie
w różnych miejscach dodatków, to jednak błędna z powodu
mnóstwa wyrazów, nieużywanych przez lud białoruski, z powodu
toku opowiadania, niewłaściwego gwarze, i nakoniec zupełnej nie
znajomości myśli i uczuć, kryjących się w sercu i duszy ludu.
149
Jakiś urwisz, bodaj jeszcze przed „Eneidą“ wspomnianą, strewestował także różaniec, z którego pamiętam tylko:
Pionty smutek — hałowka balić.
A hdzież taja chlaszyczka, szto z wodkyj staić? —
U kleci, pad žernami;
A prydzieć że, haspadyńka, dy napjecca z nami.
ANTYFONA.
Chlasza harełki, kialiszyk zielony,
A chto napjecca, tot budzić czerwo-o-ony !
Uwagę naszą co do gwary białoruskiej zwróciło nasamprzód
to, że nadzwyczaj wiele po siada nieodmiennych części mowy, które
w składni odgrywają rolę czasowników i zawsze oznaczają chyżość
i spotęgowanie akcji. Oto przykłady: „Trahil rahom ab skamarajo,
naciuipav na kukisz, ni uch ciartuchi i kichnuv“ (Uderzył rogiem
0 ławę, natrząsł na duży palec, zażył odrazu (= niuch) tabaki
1 kichnął). — Myśliwy opowiada: „Zajka ciahil, ciahil; ja za kramziel, pstryk i — spulhawało“ (Zając rozciąga się, rozciąga się;
ja za kurek, skrzesał (= pstryk) i — spudłowało). — „Iwacha
h r y m v szeju (uderzył (= hrym) w kark) Pietruchu, a tot jaho
tyc w ryło“ (palną* (= tyc) w twarz). — A oto chłop uskarża
się, iż go „stanowoj“ „pieloch v ucho, laskiś v druhajo“ (palnął
w ucho i na odlew w drugie).
Drugą, wartą uwagi rzeczą w piosenkach białoruskich jest
różnorodność wierszy, tak iż rymowane przeplatają się z nierymowanemi i wielozgłoskowe z krótkiemi, czasami w jakimkolwiek
porządku i symetrycznie, ale częściej tak, iż żadnej symetrji zna
leźć w nich niepodobna. Jako przykład przytaczam piosnkę weselną,
bardzo śpiewną, chociaż o wierszach, różniących się co do ilości
zgłosek:
Chadziła kozyńka pa łuham,
A za niej v sladok
Wavczok.
Choć chadzi, nie chadzi
Kozyńka,
Być tabie sjedzienyj,
Kozyńka,
A cihacca kiszkam
Pa łuham,
A walacca nożkam
Pa darożkam.
Chadziła Hanulka pa dwaru,
A za niej v sladok
Łukaszok.
Choć chadzi, nie chadzi
Hanulka,
Być tabie za mnoju,
Hanulka,
Styć tabie żanoju,
Hanulka.
150
Co się tyczy treści piosnek ludowych, można na pewno
twierdzić, że są poczciwe, moralne, a czasami nawet estetycznie
wzniosłe. Oto jedna z erotycznych:
Aj vżo so.ica zaszło
1 tuman Iażyć,
1 jak twąjo liczko,
Niebo tak haryć.
Tam czomyi tuczy,
A v tuczach blascić,
I piarun żyhuczyj
Al ciabie lacić.
Zirka lubić nieba,
Leszcz lubić wadu,
A i mnie nie treba
Jak ciabie adnu.
Pamiętam miłą piosenkę, zaczynającą się słowami: „Nia dury,
panicz, nia dury, Widz ja tabie nie niewiesta“, co do treści zu
pełnie podobną do krakowiaka: „Mospanie kawalerze, nie żartuj,
proszę, ze mną“.
A oto jak się ujawniły głęboko zatajone aspiracje ludu:
Na papowym na łuhu, ich woch!
Maska, razbiv mnie dudu. Ich woch!
Oj, nie dudka że była, Ich woch !
Wiesiełuszka była. Ich woch!
Wiesieliła mianie. Ich woch!
Na czużoj staranie, Ich woch!
Da i pomież ludziej. Ich woch!
Cj, markotno bez niej! Ich woch!
Kaby tomu maskalu, Ich woch!
Dy wisieć na suku, Ich woch!
A vżo i popu tomu, Ich woch!
Baradatomu! Ich woch!
Nakoniec wspomnę o pieśni: „Szov Boh pa dorohie“, która
przy niezmiernej prostocie opowiadania tak jest wzniosła, iż gdyby
niewia orno było, iż GOETHE swoje „Gott und Bajadere“, zapoży
czył z Indyj, każr.y posądziłby go, iż musiał mieć pod ręką nie
miecki przekład białoruskiego oryginału.
Tal niepowetowany, gdy takie estetyczne zasoby nikczemnieją
w tak poczciwym ludzie! *)
A jednak zauważyłem, iż przed 20 laty rozwój gwary biało
ruskiej w Witebsku cofnął się do zupełnego prawie upadku. Wy
chodzący ze szKÓł miejscowych mówili nibyto po rosyjsku, a słowianof z moskiewscy, przez absolutną nieświadomość dźwięków
i ducha gromady słowiańskiej, przypisywali im polskie pochodzenie
(polskoje proizchożdienijc, z tego powodu, iż oni końcówkę i zmie
niali na ć i nie mogli zmiękczyć dźwięku r (piszuć, buduć zam.
piszuć, budui; zara, rad zam. za/ya rjaà). I dramaturgowie i artyści
dramatyczni korzystali z tego, kalecząc swą mowę w rolach
kruczków, przecher, nikczemników i łajdaków, by sprawić więcej
') Pieśni tej
niestety — niema także w rękopisie MARKSA.
151
efektu i uzyskać więcej oklasków od publiczności, co w prostocie
ducha śmiała się až do rozpuku z jakiegoś polskiego akcentu,
w którym nic a nic nie było polskiego.
E) Białoruszczyzna w Wilnie.
Drugiem ogniskiem studjów nad gwarą białoruską było Wilno.
Wiadomo, że MicK'.ewicz z Marylą śpiewali piosnki ludowe, — że
taż Maryla, będąc już panią Putkammer, śpiewała przy fortepianie:
„Czerez moj dwór, czerez moj sad
Ciaciera lacieła.
Nie dav mnie Boh, nie dav mnie Boh
Kaho ja chacieła!“
A Jan CZECZOT starannie zbierał, tłumaczył i wydawał je
wraz z tekstem oryginalnym. Później niecc, w ;edny.n prawie
czasie, w którym J. I. KRASZEWSKI wystąpił z „Ostapen Bondarczukiem“, a I. CHODŹKO z „Obrazami Litewskimi“, Wincenty MAR
CINKIEWICZ praktycznie wystudjował język i począł pisać wprzód
niewielkie utwory w kształcie bajeczek i piosnek, potem większe
hutorki i nakoniec przystąpił do tłumaczenia znakomitego poematu
„Pana Tadeusza“. Teraz przekład znajduje się bodaj czy nie
w redakcji petersburskiej gazety „Kraj“ i może przemawiać wskutek
tego sam za siebie. Mnie należy wspomnieć jeszcze o ' jednym
zapomnianym pracowniku i miłośniku mowy białoruskiej, Konstan
tym KALINOWSKIM. Oto początek i koniec jego pożegnania z Ma
rysią, napisanego w przeddzień śmierci :
Maryśka czernobrywa, ziaziuleczka maja,
Hdzież padzieło sia szczascio i jasna dola twaja ?
Vsio prajszło, dy prajszło, jakby nie bywało ;
Adna straszenna horycz v hrudzich została!
Horka pakinuć ziemielku radnuju,
Hrudzi zastobnuć, sierco zabolić!...
Z wierszowanych odezw do Białorusinów, pisanych 1862 r.,
przytoczę jedną, mającą pewną wartość polityczną i kulturalną,
a będącą owocem pióra jakiegoś urzędnika pana gubernatora
mohylewskiego :
152
Chuda żyć na świecie stała
Ani soli, ani krup,
I skacinie kormu mało
I samamu ani v zub.
Kalita lażyć pad łavkyj
I pry niej parożnyj hlak,
Ad kolad my z kurnym Savkyj
Pacirali w hubie smak.
Pusto v puni, pusto v kleci...
Widno czort vsio biareć.
Żonka chwora, płaczuć dzieci...
Jakawoż na nich hladzieć!
No pora zabyć nam hora,
Cyc, nieboha, trochu cyc!
Wot daduć swabodu skoro,
My jak ptuszki budzim żyć,
Budzim rovnyi z panami,
Sami budzim my pany
I harełku pić zbanami
I hulać tak, jak jany!
Perestanuć naszym bratom
Jak skacinyj tarhować,
Napuskacca Iichim matom
Szkuru z nas da kózki drać.
Choć hałodno, choć chałodno,
Hołyd, chołyd ni paczem,
Tolkib było żyć swabodno,
Na swabodzie zaźywiem!
Wot panam nie tak to łovka,
Sami stanuć pracować:
Zabolić niraz hatovka,
Kali prydziecca pachać.
Nie adzin to papacieić
I zaskaczyć drapaka,
Bo sam tolki jeść umieić
I drać szkuru z muzyka
Jakby byv jakij skucinyj
A... horszy ad niaho
Bili puhyj i dubinyj
A ciapier, brat, tak jaho!
Nasz brat budzić nia skacina,
Niraz skażyć pan z panów:
Panie Hryszka, panie Mina,
Jakie waszyć, czy zdarov?...
Resztę pomijam dlatego, że ni pan gubernator, ni jego czynownik do osobnych zleceń nie mogli, po półrocznym przylocie
ze wschodu, mieć najmniejszego wyobrażenia i pojęcia o gwarze
białoruskiej, a mogli ją tylko kaleczyć, co też spełnili — jak najprzykładniej.
F) Moskwa 1835 r.
W 1835 r., w czasie pobytu mojego w Moskwie, partja słowianofilów pod wodzą POGODINA tylko co zaczynała uzbrajać się
przeciw Zachodowi (protiw zapadnikow). Sam POGOD1N wówczas,
powszechnie zwany lord (żonaty był z angielką i w pożyciu
chciał naśladować we wszystkiem angielską arystokrację), jeszcze
umysłowo nie zwichnął się ostatecznie. Nastąpiło to dopiero później,
gdy począł tłuste kulebiaki zapijać miodem syconym i ubierać się
jak bojar XVI stulecia.
Słowianofile natenczas byli bardzo nieliczni. W gronie ich
odznaczali się szczególnie bracia K1REJEWSCY, obaj światowi, światli,
szlachetni, utalentowani, skromni i nadzwyczaj umiarkowani w dąż
nościach. Miałem sposobność poznajomienia się z nimi, a uprzej
153
mością ich i współczuciem byłem najczulej zobowiązany. Nauczy
ciel rosyjskiej literatury, CZYSTIAKOW, nadesłał w tymże czasie
KIRĘJEWSKIM z Witebska kilkanaście piosenek białoruskich, w któ
rych liczbie była wyżej zacytowana: „Aj, vzo sonco zaszło". Ro
zumie si ę, CZYSTIAKOW pisał grażdanką. Zachwycali się obaj treścią,
rytmem, czytali piosenki kilkakrotnie, lecz mocno się zdziwili,
gdym im powiedział, że żaden Białorusin nie uznałby ich za bia
łoruskie, gdyby słyszał, jak oni je czytają. Powolnie więc, każde
słowo prawie oddzielnie przeczytałem im, robiąc przycisk na
dźwięki, wyróżniające białoruszczyznę od języka rosyjskiego. Słu
chali uważnie. Najbardziej zajęło >ch u krótkie (v), którego nie
mogli zrozumieć. Wskazywałem im łacińskie au i eu, lecz to nie
pomogło, bo oni z przyzwyczajenia czytali aw, jew. Radziłem przy
stosować pisownię polską z przyłączeniem v, które na pomnikach
rzymskich i w starych rękopisach używało się wszędzie zamiast u.
Lecz im chciało się koniecznie grażdanki, a ta się nie nadawała.
Więcej niż tydzień decydowano o tej nieszczęsnej pisowni. Przy
wołany na radę kolega mój i przyjaciel, Kajetan KOSSOWICZ,
rodem Białorusin, znany już wówczas lingwista, a później profesor
zendu i sanskrytu w Petersburgu, zwrócił im uwagę na to, że
w głagolicy są dwa u — długie i krótkie. Kiedy kirylica uformo
wała się z alfabetu greckiego za dodaniem liter, których brako
wało, więc czemużby i teraz nie można dla gwary białoruskiej
wziąć z głagolicy u krótkiego, przekształcić go, jak przekształcono
inne litery w grażdance i zaradzić potrzebie i prosto i łatwo. Tu
wszczęła się sprzeczka o tem, czy głagolica czy kirylica była
starszym alfabetem słowiańskim, co poprowadziło do szerszych
oyskusyj. I wkońcu, jak zwykle w takich razach bywa, sprawa
spełzła na niczem.
WILHELM BRUCHNALSKI.
Z KRONIK KOŚCIELNYCH.
I. Kronika w Milówce.
!Nie wyzyskane przez naszych etnografów i folklorystów kro
niki kościelne, znajdujące się w każdej parafji, zawierają często
wiele ciekawego materjału do poznania zwyczajów, obyczajów
i wierzeń ludowych.
*
