66d09624ed91779ab46166488b1690da.pdf

Media

Part of Bajki i opowiadania z okolicy Krzeszowic / Lud, 1902, t. 8

extracted text
~~

187



S zkoda, że ta k m ało p am iętam z la t m ych dziecięcych.
B o g a ta bo to o k o lica p ere h iń sk a i w p a m ią tk i k u ltu istot
n ad p rz y ro d z o n y c h i tra d y c y e lu d u i b aśn ie i le g e n d y .
W o k o licy ta k tajem niczej w iele m a te ry a łu ze b ra łb y e tn o ­
g ra f, po w ieścio p isarz zn a la złb y p ię k n y te m a t do pow ieści ; nie­
fa ch o w y w y n o si ty lk o w rażenie, że żyje jak iem ś życiem pozag ro b o w e m w k ra in ie duchów i w idm , że żyje »w śród m ar«.
Józef Schmider.

ß a jk i i opow iadania z okolicy K rzeszow ic.
0 babie, co nigdy nic nie zamykała, a nic jej nie ukradli.
W K o ścieln ick im lesie b y ła je d n a b o g a ta b a b a — a nie
m iała c h ło p a — co n ig d y nic nie zam ykała, a przecie jej nic
nie u k ra d li. N ie b y ła to czarow nica, jeno już m iała ta k ą moc.
N ajęła m łocków do ro b o ty , zrobił się w ieczór, nie sk o ń czy li
m łócić. D ziew k a p rz y ch o d zi i p o w iad a :
— G o sp o d y n i, dejcież k łó d k ę, trza zam knąć stodołę.
— N ie zam ykaj !
— T o w am co u k ra d n ą !
— N ie u k ra d n ą, bo ja se nie dam !
W n o cy p rzy szli złodzieje, n a b ra li do w orków pszenicy,
p o d źw ig n ęli n a siebie i ja k stan ęli, ta k zostali sto ją c y n a boisku
i nie m o g li się ruszyć.
. N ad ran em g o sp o d y n i w oła :
— R e jn a , w stańże, w stań , bo m łockow ie przyszli! T rza im
u g o to w a ć ja k ie śn iadanie.
D ziew k a n a to :
— A le ! K a ż b y ta ta k w ćzas przychodzili ! D opierom się
p o ło ży ła.
G ospodyni : A le w stań, kiej ci m ówię, n ap al, u g o tu j zacierki
i ziem n iak ó w a om aść im d ęb rze, bo się dość nap raco w ali.
D z ie w k a g o tu je, a g o sp o d y n i ją p o p ę d z a :
— P rz y łó ż ta jeszcze, przy łó ż do pieca, żeby prędzej b y ło ,
bo m łockow ie g ło d ni.
D ziew k a poszła z la ta rn ią po drzew o i w idzi chłopów
w stodole. W ra c a czem prędzej do izby i m ówi ;



188

W id zicie ; a nie m ów iłam , źe trz a zam knąć stodołę ! Ja k ie ś
ch ło p y sto ją n a boisku.
— N iech ta, niech ! Ż aden ta z nich nie pójdzie. G otujno
p rę d k o !
K ie j już b y ło u g o to w a n e , k a z a ła g o sp o d y n i p rz y w o łać ty c h
chłopów , co stali n a boisku. D ziew k a ich w oła :
— C hodźcie, bo w as g o sp o d y n i k a z a ła w ołać.
Jen o to w ym ów iła, chłopom zaraz sp a d ły w o rk i z pleców .
A le ja k stali, ta k sto ją ; b a li się iść. D ziew k a w ra c a i m ów i, że
się b o ją iść.
— Id ź że, idź, pow iedz im, żeb y się nie bali, nic im nie
zrobię,
A n o c h ło p y przy szły , nieśm iało, p o ch w alili P a n a B o g a,
a g o sp o d y n i do nich :
— N o, siad ajcie i jedzcie, boście się n ap raco w ali.
C hłopi siedli, ale się nie b io rą do jad ła.
— N o, jedzcie, jedzcie, pojedzcie sobie ! A w ięcej tu nie
przychodźcie, bo ja se b ra ć nie dam .
T a sam a g o sp o d y n i m iała sp aśn e g o w iep rzk a w chlew ie,
ale g o nie zam y k ała. R a z w no cy p rzyszli złodzieje, za b ra li
w iep rzk a i w y p ę d zili n a drogę. A le w iep rzek ja k stan ął, ta k ani
weź ru szy ć g o z m iejsca. Złodzieje n am o rd o w ali się z nim , aż
się spocili, p o tem chcieli g o zostaw ić, a sam i pójść.
A le an i rusz z m iejsca ; stanęli, ja k b y ich k to p rz y b ił
do ziemi.
N ad ran em k azała g o sp o d y n i u g o to w a ć śn iad an ie d la ro b o ­
tn ik ó w , a k ie d y już b y ło w szy stk o g o to w e , m ów i do dziew ki.
— R e jn a , idź że, idź, zaw ołaj ty c h ro b o tn ik ó w , co to na
drodze z w ieprzkiem się m ordują, niech tu p rz y jd ą n a śniadanie.
P o szła d ziew k a i w oła :
•— Z ag n ajcie w ie p rz k a do ch lew a i chodźcie jeść !
J a k ty lk o to w y rzek ła, zaraz się ru szy li z m iejsca, zą g n ali
w iep rzk a do chlew a, ale się b ali w ejść do izby.
— No, chodźcie, chodźcie — w oła g o sp o d y n i — pojedzcie
se, a w ięcej tu k ra ść nie przychodźcie, bo ja se nie dam !
Złodzieje zjedli, g ę b y u tarli, p o dziękow ali i poszli a już
tam w ięcej nie przyszli, bo w iedzieli, że g o sp o d y n i nie d a sobie
nic ruszyć.
0 młynarzu i niewiernym żydku.
Ż yd p rzy ch o d ził do m ły n arza, ry c h ło m u się zm iele zboże
n a m ąkę. M ły n arz i m ły n a rk a sp iew o w a li zaw sze pieśń »G w iazdo
m orza«. J e d n e g o razu p rzy ch o d zi ży d i m ów i ta k :



í 89



— W ie le ra z y ty lk o p rzy jd ę, to w y, p a n ie m łynarzu, ś p ie ­
w acie zaw sze »gw iazdom orzie«. C zem u nie śp iew a cie inaksze
pieśni, ino w ciąż »gw iazdom orzie< i »gw iazdom orzie«.
A m ły n arz n a to Ick o w i, ja k o ta pieśń d o b ra i skuteczna.
»Czy to w dom u, czy n a polu, czy to w lesie, czy n a w odzie,
k ie d y jad ę, zaw sze ją śpiew am , a chociażby zbóje zastępow ali,
przez tę g w iazd ę m orza, w szystkie nieszczęścia się ro zp ierzch n ą
i zbóje p o u ciek ają« .
A le Ic e k :
— Aj w aj, p a n ie m ły n arzu , nie chce mi się w ierzyć na
w asze g a d a n ie ! Bo zbój ja k w lasu zastąp i, to on nie d aru je
nikom u, k o g o złapie, to nabije i w szystko m u za b ie rze . Co w un
tam w te d y ra c h u je n a w asze »gw iazdom orzie« !
J a k żyd poszedł, rzecze m łynarz do m ły n ark i :
— P o czek ajże p a rc h u , ja cię tu w n e t sp ró b u ję! Je n o ju tro
p rzy jd ziesz m ielać, w eńdę ja h o la w k rzak i, w ezm ę sobie do b reg o
k o stu ra , zaczekam cię tro ch ę w czas p rzede d n iem i p o tań cu je m y
sobie po k rzak ach .
P rze d e dniem jeszcze nie św itało, m ły n arz już w a rtu je n a
drodze w g ęstw in ie. P a trz y , idzie żyd, a m ły n arz trzy m a n a s tro ­
jo n y sm yczek. M ają się o b a sp o tk ać, a m łynarz ja k nie skoczy,
ja k zacznie sm arow ać, a sm aruje onym sm yczkiem , a łoi, co się
zm ieści.
A żydzisko : g w a łtu , g w a łtu ! D aru j rozbój, nie m am ze sobą
an i g ro sz a ! A m ły n arz nic, ty lk o łoi to cieńszym to g ru b szy m
końcem . Ick o w i bardzo d o piekło i po czął w rzeszczeć: »Gwiazdo-»
m orzie«, »gw iazdom orzie, ra tu j!«

W te d y m łynarz puścił żyda i na bliższe drogi robił chyże
kroki. P rz y p ad ł do m łyna, staje w m łynnicy i jak b y o niczem
nie słychał, czeka. Żyd w pada zdyszany, a m łynarz rzecze :
— Cóż w am to Ic k u , coście się ta k zdyszał ?
Ic e k n a to rzecze :
— A j w aj, an i b y k nie zliczył, ja k m nie zbój naćw iczył !
Id ę w ele k rzak i, tu rozbój w ysoki. J a k stan ie n a drodze ; daj
żydzie p ien iąd z e! »Ja ani szeląga!« T u nie tw o ja d ro g a ! D aw aj
w szy stk o tu m nie, bo cię śm ierć nie m inie! J a k m nie zaczął k i­
jem łoić i mój g w a łt nie p o m ó g ł nic. O b ra c a m się i w tę stro n ę
i w tę stro n ę, w p ad ło mi do g ło w ie o tej waszej osobie. Ja k e m za­
czął w całem g a rd le krzyczeć, w rzeszczeć: gw iazdom orzie, a w aj
g w ałtu , gw iazdom orzie, gw iazdom orzie ! ta k ten rozbój n a ten
p rz estrac h rzu cił kij n a drodze, a on uciekł w k rz ak i. O, mój p anie



19Ó



m łynarzu, ja k i te n pieśń szczęśliw y. J a k b y m b y ł tej p ieśni nie
zaśpiew ał, już b y m do w as nie p rz y d y b a ł.
I ta k m łynarz n a p ra w ił Ic k a , że u w ierzy ł w g w iazd ę m orza.
0 babie, co nie miała dzieci.
J e d n a b a b a nie m iała dzieci, a b y ła b ard zo b o g a ta . D a w a ła
n a msze, ch odziła n a o d p u s ty i co je n o k to doradził,
to ro b iła,
a dzieci ja k nie b y ło ta k nie b y ło . R a z p rz y szed ł do niej chłop,
co ch odził z o lejk am i i te n jej doradził, żeby k lo c e k ow inęła
w p ie lu c h y i przez ro k i sześć niedziel nosiła n a rę k ach , albo
k o ły sa ła , a do n ik o g o p rzez te n czas nic nie m ów iła, jen o w ciąż
śp iew ała, ja k d zieciątku.
B a b a ta k zrobiła : k lo c e k ochrzciła S tasiem i caluśki dzień
k o ły sa ła i śp iew a ła lulu, S tasiu, lu lu !
R a z p rzy szli k u p c y po w oły, a m ęża nie b y ło w dom u.
— P o n o tu m acie w oły do sp rz e d a n ia ?
B a b a nic nie m ów i, jen o w ciąż k o ły sze a śp iew an iem od­
p o w ia d a :
Da w stajni u kołka
Jest ta ładna parka.
Lulu, Stasiu, lulu!

K u p c y obejrzeli w o ły i w ra c a ją :
— Co chcecie za te w o ły ?
B a b a znów śp iew a n ie m o d p o w ia d a :
Co ta sami chcecie,
To ta tyła dej eie.
Lulu, Stasiu, lulu!

K u p c y m ru g n ę li n a siebie i m ó w ią:
— G dzież w am d ać p ien iąd z e ?
B a b a w ciąż śp iew a :
Owińcie ta w chustkę.
Włóżcie pod poduszkę.
Lulu, Stasiu, lulu!

R zeź n icy ow inęli w chustkę, co n a p o tk a li koło stajni, w ło ­
żyli p o d p o d uszkę i z w ołam i odeszli.
P rzy ch o d zi m ąż, a b a b a m u śp ie w a :
Gospodarzu miły
Sprzedałam ci woły.
Lulu, Stasiu, lulu!

-

191

-

— A g d zież pieniądze?
Owinięte chustką
Są tam pod poduszką.
Lulu, Stasiu, lulu !

C hłop zajrzał do ch u stk i i aż się za g ło w ę złapał. B ierze
co tch u czapkę i chce g o n ić oszustów . W e drzw iach p y ta się b ab y :
— Ja k ie ż m ieli czap k i ?
Jeden miat srokatą,
A drugi jarzębiatą.
Lulu, Stasiu, lulu!

— A k tó rę d y ż poszli ?
B a b a śp iew ając p o k azu je rę k ą :
Jeden poszedł tędy
A drugi tamtędy.
Lulu. Stasiu, lulu ! '

G o sp o d arz p o g o n ił za nim i, ale żad n eg o nie schw ycił. W r ó ­
cił, b a b ę w y p ra ł i la lk ę jej p o tłu k ł.
0 hrabi co nie znał biedy.
B y ł jed en h ra b ia , którj^ nie w iedział, co to znaczy b ied a.
J a k i ty lk o u b o g i do n ieg o p rzy szed ł albo p o dróżny, k aż d eg o
p y ta ł się, co tam w św iecie sły ch ać ? K a ż d y z nich o d p o w iad a ł
m u, że nic w ięcej ty lk o że bieda.
Je d n e g o razu m ów i do sw y ch d w o rz an :
— M uszę ja raz iść w św iat i zobaczyć, ja k ta b ied a w y ­
g ląd a.
J a k p o m y ślał, ta k zrobił. W z ią ł sobie w o re k p ien ięd zy
i k o n ia i p o jech ał w św iat.
Z ajechał d alek o w ob cy kraj. L ed w ie w jech ał do p ie rw ­
szego m iasta, ujrzał, ja k u m arły leżał koło kościoła n a słońcu.
P y ta ł się, co to m a znaczyć te n u m a rły i czego się ta k piecze
na słońcu. P ow ied zieli mu, że tu je st ta k i zw yczaj, że ja k kto
um rze, a m a d łu g , to d o tąd m usi się piec n a słońcu, d o p ó k i się
k to n ad nim nie zlitu je i d łu g u za nieg o nie zapłaci.
H ra b ia m ów i ta k :
— P ow iedzcie, w iele w inien, a ja za n iego zap łacę.
P o w ied zieli m u, że ty le a ty le, a b y ło te g o ta k dużo, że
led w ie te p ien iąd z e, co m iał p rz y sobie, n a te n d łu g w y s ta r­
czyły. P o ch o w a li u m arłeg o , a h ra b ia po jech ał dalej.
Z ajechał do d ru g ie g o m iasta, zachciało m u się jeść. Cóż tu
ro b ić ? A n o nie m a ra d y , trz a sp rzed ać konia. P o szed ł dalej



192



i szedł ta k d łu g o , aż w szystkie pien iąd ze stra c ił. G ło d n y by ł,
a nie śm iał n ik o g o prosić. A ż .k ie d y w szedł do lasu, poczuł
zap ach jab łek . Idzie i szuka. N ied alek o ujrzał o k rą g ły , ró w n y
p lac, w śro d k u ja b ło ń a n a niej śliczne jab łu szk a . S ię g n ą ł
po
nie, a tu coś m ów i do n ieg o :
— N ie ruszaj, boś nie sadził !
O n się zląkł, zm ów ił pacierz, później w stał izaś
s ię g a po
jab łk a. A tu znów m ów i do n ie g o :
— N ie rusz, boś nie sadził.
H ra b ia chciał już odejść, ale b y ł straszn ie g ło d n y . P o m y śla ł
sobie : sp ró b u ję jeszcze raz ! K lę k n ą ł i m odlił się dłu g o , później
w stał i zaś s ię g a po ja b łk a . T e ra z już nie sły szał żad n eg o głosu.
N a rw a ł so b ie ja b łe k , ile chciał, ja d ł i szedł dalej.
P o za lasem idzie d ro g ą i s p o ty k a p rz y drodze k lęczącego
staru sz k a. .S taruszek m ów i ta k do n ieg o :
— Co tu robisz, czego szukasz, h ra b io ?
A h ra b ia :
— N ie w iedziałem m , co to znaczy b ied a i poszedłem jej
szukać, a te ra z ją znalazłem , Oj, p ra w d a źe strasz n a b ie d a ! N a ­
w et nijakiej ra d y n a n ią nie m am .
S ta ru sz e k m ów i :
— J a b y m ci coś doradził, ale nie wiem , czy się na to zgodzisz.
H ra b ia od p o w ied ział :
— N a w szy stk o p rz y sta n ę, bo do sw o jeg o k ra ju pow rócić
nie p o d o łam , a już mi straszliw ie b ied a dokucza.
W te d y staru sz ek ta k m ów i :
— W tem m ieście je st k ró l, co m a trz y zaczarow ane córki.
D a łb y nie w iem co za to, żeb y się znalazł ta k i śm iałek, co b y
je w y b aw ił. W sz y stk ie trz y w y ch o d zą o p ó łn o cy , zab ie rają m asa
trzew ik ó w i nie w racają, aż zacznie św itać. K to b y je u p iln o w ał
i p o d p a trz y ł, co ro b ią w nocy, ten b y je w y b aw ił. Idź do k ró la ,
zgódź się z nim , a ja k się zgodzisz, p rzy jd ź do m nie, a ja ci
d oradzę, co m asz robić.
H ra b ia poszedł do k ró la i pow iedział, że on u p iln u je jeg o
córki. A k ró l n a to :
— D obrze, ja k u pilnujesz, to d o stan iesz tę k ró lew n ę, k tó rą
sobie up o d o b asz a z nią p ó ł k ró lestw a , a ja k nie, to stracisz głow ę.
A teraz idź i ry c h tu j się n a noc.
H ra b ia poszedł do staru sz k a, a te n g o nauczył, co m a dalej
ro bić. D a ł m u też trze w ik i i płaszcz i pow iedział, ‘ż e m u się to
w n o cy p rzy d a.

- 1 9 3

-

"W ieczorem zaprow adzili g o do pokojów k ró le w n y c h i zo­
staw ili go sam ego. H ra b ia p o ło ży ł się n a łóżko i po czął chrapać.
P rzy sz ły do n ieg o k ró lew n e, p rz y n io sły d o b re jad ło , w ino p o ­
częły go częstow ać, p o tem za p ra sz a ły do ta ń c a i różnie g o k u ­
siły, że b y w stał, ale on u d aw ał, że sp i ja k za b ity i ani się nie
obrócił.
N adeszła je d y n a sta , poczęły się zbierać. H ra b ia ze rk n ął
z p o d o k a i o m ało się nie zdradził. "W szystkie trz y b y ły p ięk n e
g d y b y łan ie, a n ajp ięk n iejsza najm łodsza. B ije d w u n asta, k ró ­
lew n e tu p , tu p , p o cich u tk u ko ło łóżka a k aż d a z w orkiem trz e ­
w ik ó w na ręce. J a k ty lk o w yszły, h ra b ia w dział sw oje trzew iki,
co w n ich m ilę sk oczy i płaszcz, co w nim n ik t nie u jrzy i dalej
za niem i. O ne jad ą, co k o ń w y sk o cz y , a on k ro k w k ro k za
niem i Co one p rędzej, to i on prędzej.
Z ajechali ta k p rz ed szk lan y pałac. Ś w iatło bije z okien,
m u zy k a g ra , sły ch ać k rz y k i i śpiew anie. J a c y ś k u si ludzie
w p ro w ad zili je n a g ó rę p o d p achę. H ra b ia k ro k w k ro k za
niem i. S p o jrzy po sali, a tu d o k o ła zam iast lam p tru p ie g ło w y
z oczam i św iecącem i, a ca ła p o d ło g a w y ło żo n a ostrem i brzytw am i.
Z ląkł się strasznie, ale nic, czeka co to dalej będzie. A m oje
k ró le w n y ja k zaczną h u la ć p o ty c h b rz y tw ach , a p rz y tu p y w a ć ,
to ino się w oczach m igało. A co raz p rz e ta ń c z y ły w kó łk o ,
w y rz u ciły trzew ik i przez okno n a p o le i ta k do końca. H ra b ia
w sw oim płaszczu nie w id zian y p rzecisn ął się n a pole, bo już
m iał dość. W z ią ł je d n ę p a rę trzew ik ó w n a zn ak i po szed ł do
o g ro d u . N a każdem drzew ie b y ły tam złote ja b łk a , g ru sz k i
i ś liw k i; w ziął też z k aż d eg o drzew a p o jed n em n a pokaz. G d y
się już za b aw a m iała ko ń czy ć, . w rócił p rę d k o do sw ego zam ku
i p o ło ży ł się, ja k w p rzódy. K ró le w n e w chodzą do p o k o ju
i w idzą go n a łóżku. P o c z ę ły się z n ieg o śm iać, że g o w y w ie d ły
w pole. O n się z nich śm iał jeszcze lepiej, ale p o cich u tk a .
R a n o k az ał m u k ró l przy jść do siebie i s p y ta ł się, czy
u p iln o w a ł ?
—- U p iln o w ałem .
— No! to p o k aż jak ie znaki.
O n w y jął ja b łk o , gru szk ę, śliw kę złotą i p a rę trzew ik ó w
p o k ra ja n y c h .
K ró le w n e stru ch lały .
P ierw sza m ów i :
— Ż ebym się po k o la n a w k am ień obróciła, ja k to p ra w d a !
I o b ró ciła się po k o la n a w kam ień.
13

194



D ru g a m ów i :
— Ż eb y m się p o p a s w k am ień obróciła, jeżeli to p ra w d a !
1 o b ró ciła się w k am ień po pas.
T rzecia m ów i :
— Ż ebym się cała w k am ień obróciła ! I o b ró ciła się cała
w k am ień.
P rz y n ie śli trz y tru m n y i złożyli je do nich. A k ró l p o w ia d a :
— K ie d y ś je u p iln o w a ł za życia, m usisz je p iln o w ać po
śm ierci w k o ściele do trze cieg o dnia. J a k je upilnujesz, dostaniesz
p ó ł k ró le stw a , a ja k nie, to stracisz głow ę.
H ra b ia s tra p io n y p o szed ł do sta ru sz k a i opow iedział w szystko.
S ta ru sz e k m ów i m u :
— N ic się nie bój ! K a ż okuć tru m n ę najstarszej k ró le w n y
w d w ie obręcze, c o b y m iały po d w a cale g ru b o ści. P o d w ieczór
pójdziesz n a ch ó r i k ażesz się zam knąć, a w eź se lask ę ze sobą.
H ra b ia p o szed ł i zrobił, ja k m u sta ru sz e k kazał. W ieczo rem
w yszedł n a c h ó r i k az ał się zam knąć.
B ije je d e n a sta g o d zin a, obręcze p ę k ły , w iek o odskoczyło,
w staje n ajstarsza k ró le w n a i szuka czegoś po ko ściele. P o d łu ­
giem chodzeniu sp o g lą d a n a ch ó r i m ów i :
— A h a ! tam eś to p ta sz k u !
Z b iera ław k i p o kościele, staw ia jed n ę, n a d ru g ą i w yłazi
do n ieg o . G d y już b y ła n ied ale k o , on p o p c h n ą ł ją la sk ą n a ko'
ściół, ła w k i się zw aliły, a o n a sp ad ła. T ym czasem u d e rz y ła d w u ­
n a s ta g o d zin a i m usiała iść do tru m n y .
R a n o p o szed ł n a d ro g ę do te g o sta ru sz k a i s p y ta ł się, co
m a dalej robić.
S ta ru sz e k p o w iad a :
— K a ż o k u ć tru m n ę średniej k ró le w n y w trz y obręcze, a ty
idż do za k ry sty i. J e s t tam dół, w k tó ry m je s t p ełn o kości. K a ż
te kości w yrzu cić, w leź do te g o dołu g ło w ą n a dół i k aż się
p rz y k ry ć tem i kościam i.
H ra b ia zrobił, ja k m u staru sz ek kazał. P o te m w lazł do dołu.
i n a k ry li g o kościam i. B ije je d e n a sta godzina, obręcze trza sły ,
w ieko o d skoczyło, w staje śre d n ia k ró le w n a i szuka g o po k o ­
ściele, ale n ik aj znaleść nie może. P o szła p o tem do z a k ry sty i
i ro zrzu ca te kości. N atrafiła na je g o n ogi, ch ciała g o w y c ią g n ąć,
ale g o ty lk o u g ry z ła w piętę, bo już nie m iała na więcej czasu.
W y b iła d w u n a sta g o d zin a i m usiała iść do tru m n y .
R a n o poszedł znow u do staru szk a, k tó ry m u ta k p o w ied ział:
— K a ż sobie zrobić ta k ie sito, żeb y się m ogło zap alić, ja k
nim rzucisz. T ru m n ę najm łodszej k ró le w n y k aż p o te m ustaw ić



195



w y so k o na k a ta fa lk u , a ty w eź to sito do rą k , idź p rzed o łtarz
i tam się m ódl. J a k ona w stan ie i poleci do ciebie, rzuć n a n ią
to sito, a ja k się n a niej spali, w eź ją p o d rę k ę i m ódl się do
sam eg o ra n a. T eraz dostaniesz i k ró lew n ę i p ó ł k ró le stw a .
O n nie w iedział, ja k m a staru szk o w i d zięk o w ać za tę p o ­
moc, a staru sz ek ta k rzecze :
— T y ś za m nie d łu g zapłacił, jak em się p ie k ł n a słońcu,
m u s iO m ci to n ag rodzić. T e ra z już z nam i k w i t a . T o m ów iąc,
znikł.
H ra b ia b ard zo się tem u dziwił, a p o tem poszedł do kościoła,
w ziął sobie to sito i czekał n a k lęczk ach w kościele.
B ije je d e n a sta godzina, tru m n a trzeszczy, w ieko odlatuje,
a z tru m n y w staje najm łodsza k ró le w n a i leci do niego. O n rz u ­
cił im nią to sito, a to sito do cna się n a niej spaliło. P o te m
w ziął ją za rę k ę i poszedł z nią p rz ed o łtarz.
R a n o o rg a n is ta o tw ie ra kościół i nie m oże otw orzyć. Z a­
w o łał k ró la, żeby sam otw o rzy ł. P rz y sz e d ł k ró l, ledw ie o tw o rz y ł
do p o ło w y , a tu widzi, ja k dużo ludzi w ychodzi z kościoła, a co
k tó ry w yjdzie, to n a p o lu zgaśnie. N a o sta tk u w ychodzi h ra b ia
z najm łodszą k ró lew n ą, a za nim i te dw ie starsze sio stry .
K ró l się u cieszył b ard zo i zajął w szy stk ich do pałacu . P o ­
tem w y p ra w ił w esele, p o żen ił h ra b ie g o z najm łodszą k ró lew n ą
i d a ł im p ó ł k ró lestw a . H ra b ia żył szczęśliw ie z w y b a w io n ą
k ró le w n ą i n ig d y już w ięcej b ie d y nie zaznał.
0 złotej bani.*)
J e d n a u b o g a b a b a m iała trz y córki, a w szystkie b y ły p ię k ­
nej u ro d y . R a z przy szedł do tej m atk i u b o g i dziadek i m ów ił,
żeby m u d ała je d n ę có rk ę n a służbę do jed n eg o b o g a te g o p ana.
A te n u b o g i to b y ł zbój ty lk o p rz e b ra n y za dziada. M a tk a się
sp rasza i m ów i, że jej w szystkie trz y p o trzeb n e, ale zbój ja k
zacznie n a le g a ć i d o g ad y w ać, ja k o n a tam będzie m iała dobrze,
ta k m u się już n ijak n iem o g ła w ym ów ić i d ała mu n ajstarszą córkę.
Zbój z a b ra ł dziew uchę i poszli. Idą, idą a nic nie m ów ią
do siebie. T rz ecieg o d n ia p y ta się c ó rk a : a dalek o tam jeszcze?
»Co się p y tasz, chodź!«
C zw arteg o d n ia zaszli p rz ed p ię k n y pałac, a nie by ło
w nim n ig d zie okien, ani drzw i. Zbój n acisn ął sp rę ży n ę w jed*) Niektóre szczegóły tej
zbieracza).

i poprzedniej

bajki przypominają Grimma (Przyp.



196 —

nem m iejscu, drzw i o d sk o czy ły i weszli do środka. B y ło tam
siedm p o k o i, a co je d e n to p iękniejszy. W p iw nicach zaś b y ły
k o p a ln ie zło ta i śre b ra . Zbój o d d ał jej klucze od w szy stk ich
p o k o i i p iw n ic i pow iedział, że jej w szędzie w olno chodzić ty lk o
do sió d m eg o nie. D a ł jej jeszcze czerw one ja b łk o i n a k a z a ł jej
w szędzie z niem chodzić. P o te m ro z e b ra ł się z dziadow skiego
u b ra n ia i p o sze d ł n a dó ł do złotników .
R a z , g d y on p o jech ał n a polow anie, o n a od em k n ęła sobie
do te g o sió d m ego p o k o ju i poszła tam z tem jabłkiem . B y ł tam
dół, a w ty m d ole p ełn o kości ludzkich, a do o k o ła p o ścianach
p o ro zw ieszan e narzęd zia zbójeckie. D ziew ucha p rz elęk ła się b a r­
dzo i ch ciała u c ie k a ć ; sp o jrzy n a ja b łk o a ono bledziusieńkie.
G d y zbój p rz y je ch ał, s p y ta ł się jej, czy b y ła w ty m o s ta t­
nim p o k o ju . O na pow iedziała, że nie.
— A p o k aż ja b łk o !
O na p o k az ała, a zbój zaraz poznał, że b y ła, bo jab łk o
zb ladło. W te d y za p ro w ad z ił ją do te g o siódm ego p o k o ju i uciął
jej g ło w ę n a p n iak u .
W k ilk a dni p o tem p o szedł znow u p rz e b ra n y za d ziada do
tej m a tk i i pow iedział, że tej najstarszej córce b ard zo dobrze
i m ów ił, żeb y tam d ała jeszcze jedne. M a tk a d ała jeszcze i tę
d ru g ą có rk ę.
Z ap ro w adził ją do sw eg o p ałac u ,
d ał jej klucze i jab łk o
czerw o n e i p ow iedział, ta k ja k pierw szej, żeby do siódm ego p o ­
k o ju nie za g lą d ała.
G d y on w yjechał, o n a p oszła do te g o p o k o ju i u jrzała to
co i tam ta. Zbój przy jeżd ża i p y ta się, czy b y ła w pokoju.
— N ie byłam .
— T o p o k aż jabłko!
O n a p o k az ała,
a zbój poznał, że ona tam b y ła i uciął
jej g łow ę.
P o te m poszedł
po tę trzecią i pow ied ział m atce, że tam te
o nią proszą, b o się im cnie M atk a ra d a nie ra d a , d ała ją, a ta k
p o zb y ła się i trzeciej córki.
Zbój p rz y je c h a ł z nią do p ałacu , d ał jej klucze do w szy st­
k ich p o k o i i to jab łk o i pow iedział, że jej w szędzie w olno c h o ­
dzić, ino do siódm ego nie.
A le g d y on znow u w yjechał, ona p o ło ży ła to jab łk o w je d ­
n y m p o k o ju , a poszła sam a. U jrz ała tam dó ł z kościam i ludzkiem i, a n a w ierzchu sw oje sio stry . B ard zo się tem zm artw iła,
p o p ła k a ła n ad siostram i a p o tem p o szła do swojej ro b o ty .



197



Zbój p rz y je ch ał i s p y ta ł się, czy b y ła w ty m pokoju, a ona
m ów i, że nie.
— T o p o k aż jab łk o .
P o k aza ła , a to ja b łk o b y ło czerw one. Zbój m yślał, że o n a
tam n ie b y ła i b a rd zo ją p olubił, bo m u b y ła w ierną.
R a z w y jech ał zbój do d alek ie g o k ra ju n a trz y m iesiące.
W te d y o n a k az ała g ó rn ik o m , żeby jej u lali ze zło ta b an ię ta k ą
dużą, żeby się do niej zm ieściła. O biecała im zato, że ich w y ­
p u ści i d a im dużo złota i śrebła.
G ó rn ic y ją u słuchali i u lali ta k ą dużą b an ię, ja k sam a
chciała. W te d y o na n a b ra ła do niej w sz y stk ie g o : p ierścionków ,
n aczy n ia zło tego, k u lczy k ó w i w szy stk ieg o . G ó rn ik ó w w y p u ściła,
p o z a m y k a ła w szy stk ie pokoje, w eszła do tej b a n i i k azała, żeby
ją w to czy li w g łę b o k ą rzekę. G d y ją w toczyli, to czy ła się ta k
p o d w o d ą d alek o i d o to czy ła się aż p o d u p u stę.
P rz y je c h a ł tam p o d tę u p u stę p a ro b e k od jed n eg o p an a
i chciał k o n ie n ap oić. A le ko n ie nie ch ciały w ody pić ty lk o ją
w ąch ały . P o w ró cił p a ro b e k do dom u i o pow iedział p a n u co
zaszło. S am p a n w siad ł n a k o n ia i pojechał. A le k o ń nie chciał
pić w o d y , ino ją w ąchał. P a n k az ał w odę w szy stk ę spuścić i w y ­
d o b y li złotą b an ię i w staw ili ją do je g o pokoju.
Z astaw ili p a n u n a o b iad jedzenie, a n ik o g o w p o k o ju nie
b y ło . Za chw ilę p atrz ą, a jed zen ia niem a, gdzieś się podziało.
T a k się działo k a ż d e g o dnia, a n ik t nie w iedział, co w tem jest.
P o sąd zali służącą, p a ro b k a , a n ig d y się p ra w d y dow iedzieć nie
m ogli. A to ta p a n n a się o d m y k ała i zjadała, co było.
K ie d y ta k n ie m ogli się dow iedzieć, k to to zjada, p o staw ili
stróża, żeb y p ilnow ał. A le n ig d y nie m ógł w y p iln o w ać, bo m u
się czasem zdrzym ło, to znow u sp a ł i n ig d y nie m ó g ł w y p il­
n ow ać.
T a k nareszcie sam p an zaczął p iln o w a ć : »P rzecie ja tu
te g o p ta sz k a złapię!« I ch y cił tę p annę. A jeszcze przedtem ,
g d y spał, zaw sze m u w k ład a ła zło ty pieszczeń(!) n a p alec, a on
się zaw sze dziw ił, sk ą d on to m a n a palcu.
G d y ją chycił, ona m u w szystko opow iedziała, w y b ra ła
z b a n i w szy stk ie d ro g ie rzeczy i ten p an się z n ią ożenił.
Żyli dobrze ze so b ą i dobrze im się pow odziło, ale ta
p a n n a zaw sze się czegoś b ała, a to w łaśnie te g o zbója.
T en zbój d ow iedział się, że ona je st w jednej wsi, ale nie
m ó g ł się dow iedzieć, w k tó rej o n a jest. C hodził p rz e b ra n y za
d ziad a od w si do wsi i p y ta ł się: »co też tu u w as słychać«.

і 98

*■»

R a z doszedł do jed n ej w si i ta k się z a p y ta ł, a oni m u
pow iedzieli, że p a n znalazł zło tą b an ię, a w niej b y ła p an n a,
W te d y on się sp y ta ł, gdzie te n p a n m ieszka, a g d y m u p o w ie­
dzieli, p o szed ł i p ro sił te g o p a n a o n o cleg . P a n go nie chciał
p rzenocow ać, ale k ie d y ta k b ard zo p ro sił, ta k p an n a t o p rz y sta ł.
G d y już noc z a p a d ła i w szyscy już spali, w ziął zbój z p o ­
d w ó rca d u ży kociół, w lał do n ieg o dużo sm oły i zaczął p o d nim
palić, że aż b y ł czerw ony. P o te m p ozaśw iecał ży łk i z człow ieka
d lateg o , żeb y n ik t się nie przebudził i poszedł n a g órę. Z nalazł
łóżko p a n n y i począł ją ściąg a ć z łóżka. W te d y o n a zaczęła
krzy czeć : M ężu, ra tu j m nie !« ale n ik t się nie przebudził.
W te m n a szczęście k o te k p rzelecia ł przez te żyłki i w szy st­
k ie zagasił. D o p iero te n p a n u sły szał i p rzeb u d ził się. A już
zbój n ió sł p a n n ę do k o tła.
P a n p o p rz e b u d z a ł w szy stk ich i u ra to w a li p an n ę, bo jeszcze
ją nie w sad ził do k o tła. W ię c chycili te g o zbója, w sadzili go do
k o tła i u sm arzyli. T e ra z już żyli razem szczęśliw ie i sw obodnie.
A te k o p a ln ie i p a ła c w zięli n a sw oją w łasność.

Stefan Zaleski.
-S älffC s— "

ROZMAITOŚCI
Przyczynki do baśni lenorowych. W roku zeszłym, w ystosowałem
w „L udzie“ (str. 218 ) i w „W iśle“ (str. 580) odezwę do czytelników
z prośbą o nadsyłanie w ersyi, opowiadań lub pieśni n a tle lenoro
wem. S kutek odezwy przeszedł wszelkie moje oczekiwania, bo w od­
powiedzi na kw estyonaryusz nadeszły... d w i e odpowiedzi. Świadczy
to wcale niekorzystnie o zainteresow aniu się czytelników obydw u
naszych czasopism etnograficznych kw estyam i, poruszanem i często
w odezwach. Je śli w ciągu d z i e w i ę c i u miesięcy nadeszło d w i e
odpowiedzi — trudno liczyć n a cokolwiek w przyszłości. Ten też
w zgląd sk łan ia mnie do ogłoszenia ju ż teraz drobnego przyczynku
do poruszonej spraw y.
Pierw szym , k tó ry odpowiedział n a moje pytanie, b y ł p. Sewe­
ry n U d z i e l a , przy sy łając baśń, zapisaną w roku 1898 . w Nowej
wsi w pow. w ielickim od A nieli Zam erlakównej. Brzm i ona n astę­
pująco:
„Zalócoł sie jeden parobek dziewce, ale go wzięni do w ojska
i tam p rz y wojsku um ar. D ziew ka o tem nic nie w iedziała i w y ­
g ląd ała go każdego dnia. Jednego wieczora przychodzi ten parobek
do dziewki, sta n ą ł za oknem i zaw ołał na nią, zeby ś nim jechała.
Ona w y sła do niego, w zięna ze sobą różaniec, książkę do m odlenia

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.