b7c7fa9e86303d715a39722f474535fb.pdf
Media
Part of Ze zbioru podań, opowieści i baśni kaszubskich / Lud, 1902, t. 8
- extracted text
-
¿ e zbioru p o d a ń /o p o w ie śc i i b aśni k a s z u b s k i ctp
I. Podania i opow ieści o zw ierzętach.
W szystkie zw ierzęta były pierw otnie ludzie; później zostały
zaklęte i zam ienione w zwierzęta. Gdy się to stało, zostały one n a j
przód przez długi jeszeze czas przyjaciółm i ludzi, gdyż pam iętały
0 swojem pochodzeniu. W ciągu czasu ludzie je d n a k odepchnęli dużo
zw ierząt od siebie a te stopniowo dziczały. Tylko zwierzęta domowe
zatrzym ali ludzie przy sobie, które aż do dnia dzisiejszego są lu
dziom przychylne i łaskaw e.
*
*
*
Przeistaczanie się ludzi w zw ierzęta trw a w wyobraźni ludu
ciągle jeszcze. Zaklęte osoby ukazują się w większej części w postaci
rozm aitych zwierząt.
Raz pewnej księżniczce w ybrała m atk a narzeczonego, który
dum nej dziewicy zdaw ał się być nieodpowiedni, więc go nie chciała.
To rozsierdziło m atkę srodze, więc ją przeklęła i zaklęła. Ciało
księżniczki zaczęło się wciąż kurczyć i ściągać a czarna jej suknia
jed w ab n a porosła czarną delikatną Włosienicą. Z księżniczki stał
się k re t i została nim n a zawsze.
*
*
*
W staw ie w si Zgorzyc1) widziano dwie ' w spaniałe złociste ga
dziny, które podkradały się z wody do stajen i w ysysały krowom
mleko. Gadziny te były dwie siostry księżniczki zaklęte przez ojca,
starego i oślepłego kniazia, z którym obchodziły się bardzo źle
1 z skąpstw a naw et m orzyły gogłodem.
W innych m iejscowościach
w idują ludzie gady z m ałą lśniącą koroną.
Kto te posiędzie, będzie
bogaty i szczęśliwy.
*
1)
S e h o r c h n a w y s p ie R u jn ie .
ii!
«
W T orątach1) żyła dziewczyna, która po swojej babim i odzie
dziczyła czarodziejski rzem yk. Ten m iał tak ą moc, że ile razy
dziew czyna go przepasała zam ieniał ją w zająca. W postaci tej
naprzykrzała się ona kilkakrotnie pew nem u leśniczem u. Ile razy
on je d n a k strzelił n a zająca, śru t zawsze odbijał się od jego wło
sienia. ále on zm iarkow ał, że coś w tem niesam owitego, więc nabił
strzelbę gwoździem z tru m n y a gdy zając zjawił się a on strzelił
do niego, ugodził go w tylną łapkę. W tej chwili znikł zając a przed
nim stała dziew czyna prosząc go ze łzam i w oczach o pomoc. Miała
ona ciężko zranioną nogę. By wzbudzić m iłosierdzie u leśniczego,
w yznała m u w szystko, obiecując, iż tego więcej nie uczyni. Przez
pew ien przeciąg czasu dotrzym ała obietnicy, lecz gdy ran a n a nodze
zagoiła się, wróciła znowu do swego przyzw yczajenia. W pobliskiej
wsi Zubzow służył jej kochanek za parobka. By często i bez
przeszkody m ogła przychodzić do niego, brała swój rzem yk opa
sując się nim . Parobek nic o tem nie wiedział. Raz, gdy jego
oblubienica zjaw iła się w postaci zająca koło niego, zanim zdołała
przybrać k sz ta łt ludzki, porwał za drąg i uderzył nim zająca silnie.
T rysnęła krew . Ze łzam i w oczach w yznała m u w szystko, lecz on
potępiając czarodziejstwo, zerw ał z n ią stosunek. Kulaw ą pozostała
odtąd do śmierci.
Na Pom orzu zjaw iają się trzynożne zające. Są to ludzie. Można
je zabić gdy się nabije strzelbę srebrną-grosżów ką. Srót i kule są
bezskuteczne. Raz pew ien strzelec w ypalił groszem n a trzynożnego
zająca, zam ienił się w chm urę dym u i znikł.
%'
:j*.
Na. R ujnie wiedzą ludzie, że daw niej dużo bab um iało przy
bierać postać w ilka i wilkołaka. W starych czasach opowiadano
n a w yspie dużo o tem . W ilkołaki robiły ludzkości dużo szkody.
Koło wsi Ja rn ic 2). krążył w ilkołak posiadający moc przybierania
rozm aitych postaci. N apadał on nocą obory owiec. Pasterz kilka
razy strzelał do niego, lecz kule odlatyw ały od jego sierci. Raz
nabił pasterz strzelbę gwoździem z trum ny i czyhał w nocy na
wilkołaka. Ten jed n a k zm iarkow ał n a co się zanosi, więc przy
braw szy postać ludzką, zbliżył się do niego i rzek ł:
— Przecież m nie nie zechcesz zastrzelić!
P asterz tak się zląkł zjaw iska, że strzelbę upuścił n a ziemię,
a sam um knął. Odtąd w ilk nie kradł więcej owiec z obory.
!) T rent. Regersclorf 14.
2). Ja rn itz .
— 277 —
Na w yspie Uznojmie stał pew ien chłop z swoim parobkiem
nad brzegiem rzeki Sw inny. W idzą oni, ja k w prost ku nim płynie
wilk. — Parobek m iał żelazne w idły i rzucił się z niem i n a wilka,
którego przebił śm iertelnie. Jakżeż byli obydwaj zdziwieni, gdy
zabitego w ilka w yciągnęli z wody. Była to żona chłopa, która za
m ieniła się w wilka.
Na Pom orzu w ierzy lud, że w ilkołaki są ludźm i, którzy m ogą
się zam ieniać w wilków.
W w si P eest służył parobek pochodzący z miejscowości
M ycynowic1). Miał on narzeczoną. Z tą szedł raz do swojej w si ro
dzinnej, by odwiedzić rodziców. Po drodze szli przez las. Tu po
szedł parobek na stronę, ja k mówił, dla zaspokojenia potrzeby.
W tej chwili stał przed dziew czyną wilk, który skoczył n a nią
i rozszarpał jej now ą spódnicę. W ołała strw ożona na ratu n e k n arze
czonego po jego im ieniu chrzestnem i w tej chwili stał ju ż przed
nią. W tem spostrzega, że on m a w zębach kaw ałeczek z rozszar
panej jej spódnicy. Teraz wiedziała, że w ilkiem był jej sam narze
czony. Taki zdjął ją lęk, iż po trzech dniach była trupem .
W e w si N iclin2) napadali wilcy konie. Najbardziej bali się
pasterze wilkołaków, szczególniej trzech, dwóch wilków i jednej
starej wilczycy. W ilcy gonili konie, a wilczyca je kąsała. Jednym
z wilków był parobek pewnego chłopa. Raz leżał ten parobek za
piecem i spał. Nadchodzi syn gospodarza i chłopiec jeszcze i woła
do ojca:
— „Patrz ojcze, jak i kosm aty, długi i czarny ogon m a nasz
Janek".
Parobek m iał w jednem m iejscu rozdarte spodnie i widać
było przez nie ogon wilczy. Gdy chłop to ujrzał, przybiegł z sie
kierą i bez nam ysłu odrąbał m u ogon. Parobek zbudził się, zesko
czył ja k w ściekły i potargał szaty n a gospodarzu. Od tego czasu
przestał zam ieniać się w w ilka i w dzięczny był gospodarzowi za
ten czyn.
*
*
*
Raz chciał Sw antow it brodzić na koniu przez morze na wyspę
Bornholm. W tedy konie m iały oczy n a kopytach. Dlatego rzecze
ru m a k do boga:
— „Oczy moje zaleje i zgryzie słona w oda!“
1) Miitzenow.
O Ńitżlm.
— 278 —
Bóg więc rozkazał, żeby odtąd konie m iały oczy na głowie.
I tak się stało. Miejsce, gdzie dawniej konie m iały oczy, znaczne
do dnia dzisiejszego. W szystkie konie, m ają tam m ałe rogowate
narosła.
Pew ien parobek koński chciał wiedzieć co jego konie o nim
m yślą, dlatego schował się w noc noworoczną w sta jn i pod żłób.
Gdy północ wybiła, porozw iązywały się łańcuchy i uzdy a zwie
rzęta chodziły wolno po stajn i i opowiadały sobie zdarzenia ubie
głego roku. Rozmawiały następnie o złym parobku, który w yw ija
wciąż biczem a mało daje im obroku. W tem krzy k n ął parobek:
„Dam ja w am zaraz!“ dobywając bicza. Ale konie zaczęły go kąsać
i w ierzgać bijąc go kopytam i n a śm ierć. T ak dzieje się w szystkim ,
którzy w noc noworoczną przeszkadzają koniom w ich obradach.
*
*
*
W P odm ieniu1) koło Swantowa, na w yspie Rujnie, m ieszkała
w stary ch czasach kobieta, k tóra m iała siedmioro dzieci, same
dziew czątka m alusieńkie. U bierała je piękniutko a w szystkie je d n a
kowo m iały p stre k a ta n k i i czerwone czapeczki n a głowie. W wielki
piątek poszła m atk a do kościoła zostaw iając dzieci w domu. Za
piecem m iała spory woreczek napełniony jabłkam i. Chciała je po
południu zanieść chorej m atce, by je ugotować i pokrzepić j ą niemi.
Gdy dziew czątka spostrzegły woreczek z jabłkam i, rzuciły się na
nie i zjadły w szystkie. W raca m atk a z kościoła i widzi, co dzieci
nabroiły. O garnia ją wielki gniew i zaczyna kląć niezw ażając na
w ielki piątek:
— „Jak m yszy rzuciliście się n a jabłka. Dam ja wam !... bogdaj
stałyście się m yszam i!“
Na raz zam ieniają się dziew czątka w m yszy p stre i poczynają
biegać po izbie. W chodzi parobek a one w ybiegają przez drzwi
otworzone w pole, potem w las. M atka goni za nim i ile jej sił s ta r
czy, woła, krzyczy, załam uje ręce z rozpaczy, ale w szystko na
darm o: m yszek z czerwonem i głów kam i dopędzić nie może. P rzy
biegają m yszki nad staw . Stoją chw ilkę na brzegu i oglądają się
za m atką, potem skaczą do wody i nikną. M atka skam ieniała ze
strachu. Nocą w ypływ ają p stre m yszki ze staw u i pieją pieśń o sie
dm iu m łodzianach, którzy kiedyś w ybaw ią ich z zaklęcia.
'ł'
P Podmm .
*
í¡i
— 279
Koń i wół. Razu pewnego chciał Zbawiciel przekroczyć rzekę.
Woda była głęboka, więc ją przejść nie mógł. Na brzegu stoi koń
i wół. P a n Jezus rzecze do konia:
— „Pójdź ku m nie i przenieś m nie przez rzek ę!“
Koń odpowiada:
— „Nie mogę, bo się m uszę wprzód napaść do s y ta “.
W tedy mówi P an Jezus do w oła:
— „Chodź ty do m nie i pomóż mi dostać się n a drugi brzeg rzek i“.
W ół posłuchał i przeniósł syna Bożego przez wodę.
Gdy byli n a drugim już brzegu, powiada P a n Jezus :
— „Za karę, że koń był leniw y i nieposłuszny, niechaj tylko raz
w rok naje się do s y ta ; wół zaś niechaj będzie zaraz syty, gdy
choć trochę zerw ie paszy“.
T ak też pozostało. Gdy koń chce więcej, aniżeli raz w rok
najeść się do syta, zaczynają go boleć szczęki.
*
*
*
Jesiotr. Miał on dawniej ta k ą sam ą paszczękę, ja k inne ryby.
Był atoli w iększym jeszcze ja k szczupak żarłokiem. Potrzebował
zjeść m nóstwo innych ryb, by się nasycić. Szczególnie lubiał on
zjadać śledzie, które m u najlepiej sm akowały, a ta k żarł je bez
m iary, iż nareszcie zaczynało ich ubyw ać. Na to zakazuje Bóg j e
siotrowi, by nie żarł tyle i poskrom ił swoją nadzw yczajną pożądli
wość. Ale on rozkazu Bożego nie usłuchał i robił swoje dalej. Teraz
zaszył Bóg jesiotrow i paszczę a pod nią przeciął m u dziurę w szyji,
przez którą odtąd przyjm uje on pokarm . Nitkę, k tórą m u Bóg za
szywał paszczękę, widać teraz jeszcze wiszącą u jesiotra.
*
*
*
0 niedźwiedziu i myszym króliku. Jednego dnia napotyka n ie
dźwiedź w lesie gniazdo z m łodym i m yszym i królikam i czyli strzy
żykam i. W itają go głośnym świergotem . Niedźwiedź ofuknął ich,
że tak krzyczą, lecz one zawodzą jeszcze głośniej zw abiając swoich
rodziców, którym się skarżą, że niedźwiedź ich ciężko obraził. Ro
dzice uspokoili swoje potomstwo, obiecując m u, że się zemszczą na
niedźwiedziu. Tym sposobem przyszło do wojny. Myszy królik zgro
m adził w szystkie zwierzęta, które latać um ieją i utw orzył z nich
w ielką arm ię. Komarów w ysłał n a zwiady, i n a czaty. One siadły
sobie pod liść drzewa; i n ik t ich nie widział. Tym czasem niedźwiedź
zebrał sobie wojsko, złożone ze w szystkich czworonożnych zwierząt,
robiąc lisa dowódzcą. Ten mówi im :
— 280 —
— „Jak długo będę ogon trzym ał do góry, możecie śmiało postę
pować naprzód“.
Słowa te usłyszały kom ary i doniosły o tem m yszem u króli
kowi, który n atychm iast w ysłał swego trębacza, szerszenia, z tajnym
rozkazem. Szerszeń poleciał i u k łu ł lisa pod ogonem: Lis stulił
ogon m iędzy nogi i um knął. Gdy to ujrzały inne zwierzęta, poucie
kały w szystkie, zanim jeszcze przyszło do bitw y. Niedźwiedź m usiał
przybrać pokorną m inę i prosić m yszego królika o pokój.
*
'Jí
*
Sielawy w wielkiem Belzkiem jeziorze1). Na lesistych brzegach
tego jeziora, na granicy w si W itow a2), wznosił się zam ek polskiego
starosty, który m iał prześliczną, ja k gwiazdę, córkę. O rękę jej
starała się cała grom ada rycerzów. Między nim i był jed e n okazały
mąż, m ający je d n a k oszpeconą nogę, dlatego m łoda Polka, pomimo
jego zalet, dała m u kosza. Postanow ił on atoli dojść do celu a to
w drodze zakładu, licząc na to, że ojciec, panny, jako smakosz
i łakotnik da się złapać. Jakoż przy hulaszczej biesiadzie założył
się z starostą, że m u przedłoży ta k sm aczną potrawę, jakiej jeszcze
nie ja d ł w życiu. Zakład szedł z jednej strony o rękę pięknej starościanki, z drugiej o dobra konkurenta, leżące tam gdzieś za
wodą. K onkurent ten był dyabeł, którego przynęciły wdzięki panny.
N astępnej nocy w yruszył on do dalekiego jeziora — zdaje się
w Sabaudyi i przyniósł stam tąd sielawy. W ciągu dalekiej po
dróży przedziuraw ił m u się worek z rybam i a te, gdy w łaśnie prze
latyw ał przez Belzkie jezioro, zaczęły m u w wielkiej liczbie w y
padać do pięknej i czystej wody. Przy tem zdarzyło się dyabłu
jeszcze in n e nieszczęście. K ucharz bardzo zawołany, n a którego on
liczył, zachorował niespodzianie i ta k nie pozostało m u nic innego,
ja k sam em u w ziąć się do przypraw iania sielaw. Chociaż dyabeł
był w w ielu rzeczach bardzo sprytny, doskonałym kucharzem nie
był. Zam iast sielaw y piec lub wędzić, ugotow ał z nich wcale nie
szczególną potraw ę. R ybak starosty złowił w jeziorze zaraz z ran a
kilka sielaw zgubionych. Ludzie starosty sporządzili je atoli daleko
lepiej, aniżeli dyabeł i przedłożono m u sm akołyk z jego w łasnych
ryb. Biedny dyabeł przegrał zakład. Chcąc się atoli zemścić, zanim
odleciał do piekła, wziął pełen wór kam ieni, by zasypać Belzkie
jezioro. Lecz i to m u się nie udało. W orek bowiem przedarł się,
a kam ienie spadły gęstym deszczem n a całą okolicę. Z najw iększą
1) Bölzigsee. W schodnie Pom orze.
2) W ittfelde o k ręg bąblicki (B ublitz) n a w schodniem Pom orzu.
— 281 —
wściekłością w ysypał resztę kam ieni nad swoją straconą posiadło
ścią za jeziorem . Sielawy rozm nożyły się w jeziorze a ztąd przez
rzeki i potoki dostały się do innych jezior w okolicy.
Voilesgarten 1 8 6 4 . str. 6 7 1 . (JE. B u ss. cl. MarüneJc).
*
*
*
Kania. Gdy m iły Bóg stw orzył ptaki, zwołał je w szystkie ra
zem i rozkazał im wyczyścić jed e n staw , by m iały czystą i dobrą
wodę do picia. Tylko kania w zbraniała się pom agać przy robocie,
by nie powalać piękne swe pierze i nogi. Za to ukarał ją spraw ie
dliwy Bóg, iż nie śm ie odtąd pić wody, gdy m a pragnienie, z po
toków, stru m ien i i stawów. Gdy podczas posuchy w szystkie inne
ptak i lecą pić wodę do potoków i stawów, spragniona k an ia krąży
w pow ietrzu rozwodząc żale, gdyż i n a drzew ach i kam ieniach
wody nie znajduje.
;
*
íjí
*
Bociany. Gdy bociany opuszczają w jesien i w yspę Bujnę, od
latu ją w dalekie, dalekie kraje, dokąd człowiek tylko rzadko kiedy
dociera. Tam nie żyją one w postaci ptaków , lecz, skoro tylko
przybędą, zam ieniają się w rzeczyw istych i praw dziw ych ludzi,
tylko żyw ią się, ja k przedtem , żabami, m yszam i i owadami. O tem
przed w ielu laty przekonał się naocznie jeden ru jn a ń sk i żeglarz,
którego straszna burza przydybała n a m orzu i pędziła przez tygo
dnie w nieznane św iata strony aż dopokąd okręt jego nie rozbił
się i wraz z załogą nie zatonął. On sam dostał się szczęśliwie do
dalekiej ziemi bocianów. Gdy tu ujrzał pierw szych ludzi, będąc
strasznie zgłodniały, prosił ich, żeby m u dali co jeść i co pić.
Chętnie uczynili zadość prośbie jego, staw iając przed nim dużą
m isę napełnioną żabam i i m yszam i. Gdy żeglarz z zdziwieniem
zapytał ich, co m a z tem robić, n a to oni od rzekną :
— „Gdy jesteśm y u was w gościnie, nie dajecie nam także nic
innego do jedzenia, ja k żaby i m yszy“.
To zdziwiło żeglarza jeszcze więcej, więc zapytał ich dalej,
ażali byli ju ż kiedy na Bujnie. Nie wiedział on bowiem zawsze
jeszcze, kto byli m ieszkańcy tego kraju. W ięc opowiadali m u, że
każdej w iosny zam ieniają się w bocianów i przesiedlają się na
północ, gdzie pozostają przez całe lato. On w łaśnie przybył dò tego
ich plem ienia ludowego, które spędza lato na w yspie Bujnie. Znali
ją doskonale : ziem ię i ludzi, jego, żeglarza, także. Bociany dopo
m ogły m u później do powrotu n a wyspę,
— 282 —
Na R ujnie przynosi m ałe dzieci tylko w lecie bocian, w innych
porach roku zaś łabędź. Duże kaw ały granitu, znajdujące się na
w ybrzeżu półwyspu Jasm ody, zowią m ieszkańcy Zaścienic1) „ka
m ieniam i łabędzim i“. W tych leżą m ałe dzieci zam knięte. Gdy
dziecko py ta m atki, zkąd przychodzą dzieci, otrzym uje zwykle
odpowiedź :
— „Z kam ienia łabędziego. Otwiera się go kluczykiem i ztam tąd
przynoszą dziecko“.
Inni opowiadają, że za tym i kam ieniam i u k ry w ają się łabędzie
i że stam tąd przynoszą dzieci. Jeszcze in n i powiadają, że dzieci
leżą pod „Boskim kam ieniem “ 2). Je st to potężny kaw ał skały na
w ybrzeżu koło Zaścienic. Jestto głów ny „kam ień łabędzi“, chociaż
w tej okolicy znajduje się ich wzdłuż w ybrzeża znaczna liczba.
Inne podobne kam ienie zowią się „bocianiem i“. T aki „bociani
k a m ie ń “ 3) znajduje się n a ru jn a ń sk im półw yspie W itow ce4) koło
miejscowości B rzegi6)- Na tym kam ieniu suszy bocian m ałe dzieci,
gdy je wydobył z morza. Potem dopiero przynosi je m atkom do
domu. „Bocianimi kam ien iam i“ zowią także m ałe, okrągławe,
płaskie kam yki czarnego lub mlecznobiałego koloru. Dzieci rzucają
je sobie po za głowę, prosząc wówczas boćka o braciszka lub
siostrzyczkę.
Na właściwem P o m o r z u nie wolno bocianowi nic złego robić.
W ielu z nich wychodzi co roku do E giptu, gdzie są ludźm i, posia
dającym i cudowne siły. W iedział o tern dobrze jeden chłop z oko
licy Kołobrzegu. Na stodole u niego było gniazdo bocianie a po
niew aż p tak był złam ał sobie skrzydło, więc chłop wziął go do
izby i pielęgnował, dopokąd nie mógł w jesieni odlecieć n a w ę
drówkę. Żona i córka chłopa były okropnie skąpe. Żal im było po
k arm u dla ptaka, natom iast poszturkiw ały i z powodu bociana do
kuczały sam em u chłopu. Na przyszły rok bocian nie wrócił. Gdy
ju ż odtąd upłynęło było sporo czasu i niew iasta ta spoczywała
w grobie, zapanował głód w kraju, gdzie ju ż spotrzebowano w szy
stkie zasoby zboża. Chłop ów bogaty w ybrał się do D anii po zboże.
b W ieś i m iejsce m orskich kąpieli n a w ym ienionym półw yspie w yspy Rujny.
Po niem iecku: S assnitz.
2)
Pod Goryniem (Göhren) w y ste rc z a n iedaleko b rz e g u k a w a ł sk ały zw any
dziś po niem iecku : „ B u g s k a m “, „ B u s s k a h m “ albo „ B u h s k a m e n “
і „ U s k u a h n “ a w ięc tak ż e „ B o s k i k a m i e ń “. N iektórzy w idzą w ty c h „Bo
skich kam ien iach “ szczyt k u ltu b o g a ro zk azu jąceg o m orzom i w iatrom . T u p rzy
noszono im ofiary.
3) Po niem iecku: „A deborstein“, z dolno-saskiego n a rz e c z a : bocian = adebor.
*) W ittów .
5) Breege.
-
283 —
B urza zaskoczyła go n a m orzu i gnała jego okręt Bóg wie gdzie.
Przebył dużo niebezpieczeństw a, w końcu pojmano go jako jeń ca
wojennego i powieziono do Afryki. Tu byłby zaginął, gdyby się
nie był ujął za nim jeden m ożny pan. Nosił on rękę w przepasce
jedw abnej i w yglądał bardzo blado. Przydybał on chłopa w wielkiej
nędzy n a gościńcu, pozdrowił go uprzejm ie jako starego znajomego,
wziął go z sobą do gospody, pielęgnował go i pokrzepił. Zdziwiło
to chłopa nie mało, że go znał, więc zapytał go, zkąd go zna. Na
to p an ten odpowiedział, że on mu niegdyś świadczył dużo dobrego.
Potem zapytał chłopa:
— „Czy w asza żona i córka suszą wam jeszcze ta k głowę, ja k
dawniej ?“
Teraz dopiero połapał się chłop z kim m a do czynienia. Bocian,
był to ten sam, co się gnieździł u niego n a stodole i m iał zła
m ane skrzydło, w sadził go n a okręt i w ypraw ił do domu. Przy
pożegnaniu darow ał m u dla córki jedw abną czerwoną chustkę.
Kazał m u, żeby podczas podróży uwiązał ją na maszcie, gdyż m a
ona moc zażegnyw ania burzy na morzu. Gdy będzie w domu,
niechaj da ją swojej córce w upom inku od niego jako od starego
znajomego. Chłop wrócił szczęśliwie n a Pomorze nie doznawszy
w drodze żadnego w ypadku. Gdy córce je d n a k obwiązał piękną
chustkę n a szyji, buchnęły z chustki płomienie, które spaliły m u
córkę n a czarny węgiel.
*
*
*
Jaskółki. Na R ujnie uw ażają je za najlepszych zw iastunów
dobrej lub złej pogody. Gdy one latają wysoko w powietrzu, n ie
zawodnie będzie dobra i piękna pogoda; szybują przy zifemi lub
trzepoczą się trwożliwie w około : przyjdzie pewno deszcz lub burza.
Gdzie się jaskółki gnieżdżą, tam przebyw a szczęście a w szystko
złe trzym a się stam tąd daleko. Gospodarze wszyscy cieszą się, jeśli
jaskółka ulepi sobie gniazdko pod strzechą ich domu albo w sto
dole lub stajni. U łatw iają jej to, ja k tylko mogą. Kto odgoni j a
skółkę, zabije ją lub zniszczy jej gniazdko, tego trafi nieszczęście.
Kiedy nadchodzi zim a skupiają się młode i stare jaskółki, by razem
przezimować. Nie odlatują one jed n a k do obcych krajów n a połu
dnie, ja k sądzą powszechnie, lecz pozostają w k raju i przezimow ują n a dnie morza. Gdy się skupi grom adka jaskółek, usiada na
łodydze lub suchej gałązce, gdy jedno lub drugie płynie wodą
i toną pom ału w morze. Na dnie m orza odbyw ają sen zimowy
a z wiosną w ynurzają się znowu n a światło dzienne.
— 284 —
Jaskółki morskie. D usze żeglarzów i m ajtków , gdy ich śm ierć
zaskoczy na m orzu lub jeziorze, przechodzą w ciała jaskółek wo
dnych. Gdy p tak i te, znużone długim lotem, usiadają n a re ji1) okrętu,
niech Bóg uchowa, żeby im kto zrobił co złego. Byłoby to zbrodnią
i w ielkim grzechem.
*
*
*
Myszy królik i sowa. Pew nego czasu postanow iły w szystkie
ptaki urządzić lot n a w yścigi i tego obwołać sw ym królem, który
wzięci najwyżej. Rozpoczęły się więc gonitw y latania. Natężały się
w szystkie, ile im tylko sił starczyło, by wzlecieć jak najw yżej ;
bocian zwyciężył w szystkich i ju ż m iał św iat ptaszy oddać m u
pokłon jako królowi swojemu, gdy w tem nagle m ały m yszy królik,
który dotąd trzym ał się w u k ry ciu pod pióram i ogona bocianiego,
w zlatuje ponad bociana i w oła:
— „Król — ja ! król j a ! “
Ś w iat ptasi oburzony tern oszukaństw em , skazuje myszego
królika na śm ierć. Lecz jem u udaje się uciec n a ziemię i tu skryć
się w myszej dziurze2). Przed jej otworem ustaw ili ptaszkowie
strażnika z najw iększym i oczyma, m ianowicie sowę, by ta wszystko
dobrze w idziała i spełniła wyrok n a m ałym złoczyńcu. Sowa objęła
wpraw dzie poruczony jej urząd, jed n a k zmęczona lataniem n a w y
ścigi, było jej w krótce niem ożliwem nie zdrzem nąć się i oczu nie
zam knąć. Owszem zdjął ją m ocny sen. Z chwili tej skorzystał
m yszy królik, by w yśliznąć się z myszej dziury i przez pokrzyw y
i płoty um knąć dalej. Król ptaków pociągnął sowę za nieostrożność
i niedbalstw o do odpowiedzialności bardzo surow ej, skazując ją na
zawsze n a w ygnanie.
Na Pom orzu istnieje ta k samo ja k n a R ujnie powyższe po
danie, z tą różnicą, że ptacy obwołują królem orła nie bociana
a m yszy królik skryw a się tu analogicznie pod skrzydłam i ogonowem i orła i ponad niego w zlatuje nagle do góry. Dlaczego n a Rujnie
nie orzeł, lecz bocian je s t królem ptaków , pochodzi to ztąd, że tam
orłów wcale teraz niem a. Przed laty kilkudziesięciu gnieździła się
n a strom ym kredow ym brzegu A rkony p ara orłów. Była to ostatnia
orla para n a Rujnie.
*
*
*
!) Tycz czyli żerdź, do k tó rej u w iązan e są żagle.
2) Z tąd praw dopodobnie pochodzi je g o n azw a. Podanie to ru jn a ń sk ie dowo
dzi zarazem , że p ta k te n w zagm lonem n arz e cz u ru jn a n sk iem zw ał się zupełnie
ta k sam o m yszym królikiem , ja k w gw arze polskiej.
— 285 —
Kurek i kokoszą. Szedł raz k u rek z kokoszką n a wędrówkę
i znaleźli oni robaczka. K urek zjadł robaczka i udław ił się nim.
Kokoszka poszła do morza. Morze daj wodę! Komu w odę? K urkowi
wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A morze rzekło : „Ja nie dam rychlej w odę,. aż dostanę od
lipy liść. Lipo daj liść! Komu liść? Morzu liść. Morze da wodę.
Komu wodę ? Kurkowi wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A lipa rzek ła: J a nie dam rychlej liścia, aż dostanę od wieprza
kło. W ieprzu daj kło! Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść. Konni
liść? Morzu liść. Morze; da wodę. Komu wodę? K urkowi wodę.
K urek leży i ledwo dysze.
A w ieprz rze k ł: Ja nie dam rychlej kła, aż dostanę od krow y
m leka. Krowo, daj m leka! Komu m lek a? W ieprzowi m leka. W ieprz
da kło. Komu kło ? Lipie kło. Lipa da liść. Komu liść? Morzu liść.
Morze da wodę. Komu w odę? K urkowi wodę. K urek leży, ledwo
dysze.
A krow a rzek ła: J a nie dam rychlej m leka, aż dostanę od
kosaŕzów siana. Kosarze, dajcie siana! My nie dam y rychlej siana,
aż dostaniem y od pani podwieczorek. Pani, daj podwieczorek ! Komu
podwieczorek? Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu
sia n a ? Krowie siana. Krowa da mleka. Komu m leka? W ieprzowi
m leka. W ieprz da kło. Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść. Komu
liść? Morzu liść. Morze da wodę. Komu wodę? Kurkowi wodę. K urek
leży, ledwo dysze
A pani rzekła: J a nie dam rychlej podwieczorku, aż nie do
stanę od klucznicy kluczów. Klucznico, daj klucze ! Komu klucze ?
P an i klucze. P ani da podwieczorek. Komu podwieczorek? Kosarzom
podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu siana ? Krowie siana.
Krowa da m leka. Komu m leka ? W ieprzowi m leka. Wieprz da kło.
Komu kio? Lipie Kło. Lipa da liść. Komu liść? Morzu liść. Morze
da wodę. Komu wodę? Kurkowi wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A klucznica rzekła: J a nie dam rychlej kluczów, aż nie do
stanę od gęsi jaj. Gęś, daj ja ja ! Komu ja ja ? Klucznicy jaja. Klucz
nica da klucze. Komu klucze? P an i klucze. P an i da podwieczorek.
Komu podwieczorek? Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana.
Komu sian a? Krowie siana. Krowa da mleko. Komu m leko? W ie
przowi mleko. W ieprz da kło. Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść.
Komu liść? Morzu liść. Morze da wodę. Komu w odę? K urkowi wodę.
K urek leży, ledwo dysze.
A gęś rzekła: J a nie dam rychlej jaj, aż nie dostanę od
zmłocków owsa.. Zmłockowie, dajcie owsa! Komu ow sa? Gęsi owsa.
Gęś da jaja. Komu ja ja ? Klucznicy jaja. Klucznica da klucze. Komu
-
286 —
klucze? P a n i klucze. P a n i da podwieczorek. Komu podw ieczorek?
Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu siana ? Krowie
siana. Krowa da mleko. Komu m leko? W ieprzow i mleko. W ieprz
da kio. Komu kio ? Lipie kio. Lipa da liść. Komu liść ? Morzu liść.
Morze da wodę. Komu wodę? K urkowi wodę. K urek leży, ledwo
dysze.
A zmłocki rzekli : My nie dam y owsa, aż dostaniem y od pana
piwo. Panie, daj piwo! Komu piw o? Zmłockom piwo. Zmłocki da
dzą owsa. Komu ow sa? Gęsi owsa. Gęś da jaja. Komu ja ja ? K lu
cznicy jaja. Klucznica da klucze. Komu klucze? P an i klucze. P ani
da podwieczorek. Komu podw ieczorek? Kosarzom podwieczorek.
Kosarze dadzą siana. Komu siana ? Krowie siana. Krowa da mleko.
Komu m leko? W ieprzow i mleko. W ieprz da kio. Komu kio? Lipie
kio. Lipa da liść. Komu liść? Morzu liść. Morze da wodę. Komu
w odę? K urkowi wodę. K urek leży, ledwo dysze.
A pan rze k ł: Ja nie dam rychlej piwa, aż dostanę od zduna
dzban. Zdunie, daj dzban! Komu dzban? P an u dzban. P a n da piwa.
Komu p iw a? Zmłockom piwa. Zmłocki dadzą owsa. Komu ow sa?
Gęsi owsa. Gęś da jaja. Komu ja ja ? Klucznicy jaja. Klucznica da
klucze. Komu klucze ? P an i klucze. P a n i da podwieczorek. Komu
podwieczorek? Kosarzom podwieczorek. Kosarze dadzą siana. Komu
sia n a ? Krowie siana. Krowa da m leka.’ Komu m le k a ? W ieprzowi
m leka. W ieprz da kło. Komu kło? Lipie kło. Lipa da liść. Komu
liść ? Morzu liść. Morze da wodę. Komu wodę ? K urkowi wodę. K urek
leży, ledwo dysze.
A zdun rzekł: J a nie dam rychlej dzbana, aż ziem ia m i nie
da glinkę. Ziemia dała glinkę, zdun dzban, pan piwo, zmłocki
owsa, gęś jaja, klucznica klucze, pani podwieczorek, kosarze siana,
krow a m leka, wieprz kło, lipa liść, morze wodę i k u rek wyzdrowiał.
Potem k u rek z kokoszką szli dalej.
Jak kurek i kokoszka chciały jechać do Rzymu i kurek cesarzem
a kokoszka cesarzową chciała zostać.
Pow iada kokoszka do k u rk a ;
— „Co m yślisz, mój ku rk u , gdybyśm y oboje pojechali do Rzymu,
ty został cesarzem a j a cesarzow ą?“
— „Byłobyto“ — odpowiada k u rek — „wcale nie źle. Gdybyśm y
tylko wiedzieli, ja k jechać do R zym u“.
— „A o drogę dopytam y się“. — rzecze kokoszka - „Zrobimy
sobie m ałą kolasę z łup orzechowych a zaprzęgniem y do niej m yszy“ .
— 287 —
— „Dobrze“, — mówi k u rek — „tak zrobim y“.
Zrobili sobie m ały powóz z łupiny orzechowej i zaprzęgli do
niego m yszy; wsiedli do powozu oboje i pojechali do Rzymu.
Gdy trochę ujechali nad latu je w rona i krzyczy:
— „K urku i kokoszko, a dokąd w y to jedziecie?
— „A“ — rzecze kokoszka — „chcem y jechać do R zym u; kurek
chce być cesarzem a ja cesarzow ą“.
— „W eźcie m nie z sobą“ — woła w rona — .„będę u was za
k u c h a rk ę “.
— „Nie m ożem y“ — odpiera kokoszka — „koniki są m ałe a powozik słaby“.
— „Ależ weźcie m nie z sobą“ — prosi w rona — „jak konikom
będzie za ciężko, będę od czasu do czasu leciała“.
— „Dobrze“, — powiada k u rek — „wprawdzie koniki nasze
m ałe a powozik słaby, lecz gdy będziesz na przem ian leciała —
proszę siadać!“
T ak przybyła im w podróży do tow arzystw a wrona.
Ujeżdżają kaw ał drogi aż tu nadlatuje gołębica.'
— „Kurku i kokoszko, a dokąd wy to jedziecie? — pyta ich.
— „Jedziem y — mówi k u rek — do R zym u; ja chcę zostać ce
sarzem a kokoszka cesarzową, w rona dędzie u n as służyła za
k u ch ark ę“.
— „A j a — powiada gołębica — będę u w as pokojów ką; weźcie
m nie także ze sobą“.
— „Nie — odeprze kokoszka — m ałe nasze koniki nie będą mogły
nas w yciągnąć“.
Na to k u rek :
— „Pokojówki potrzeba nam , jeśli będziesz przy nas ieciała,
dobrze!“
Gołębica zgodziła się, a prosiła tylko, by się m ogła przysiąść,
gdy będzie bardzo zmęczona.
Ja d ą dalej. W tem nadlatuje wróbel i pyta się:
— „K urku i kokoszko, dokąd to wy zdążacie?
W rona odparła:
— „Chcemy jechać do R zym u; k u rek będzie cesarzem , kokoszka
cesarzową, ja u nich kucharką a gołębica pokojówką“.
— „W eźcie i m nie z sobą — prosi wróbelek. — Będę u w as za
n iań k ę “.
— „W praw dzie nasze koniki m ałe a powozik słaby, lecz ty jesteś
także m ały i lekki, więc w siadaj“ — rzecze kurek.
Jad ą co raz dalej aż tu zabiega im w drogę lis. Rzecze on
do n ich ;
— 288 —
— „Jak się m asz kochany k u rk u i luba kokoszko, a dokąd w am
tak spieszno?“
— „J odziera y — powiada k u rek — do R zym u“ — i przybiera
obronną postawę.
W rona dodaje:
— „Kurek chce tam być cesarzem a kokoszka cesarzową, ja
będę u nich kucharką, gołębica pokojówką a wróbel niańką.
— „A znacie wy — py ta lis — drogę do R z y m u ? “
— „Nie — pieje k u rek — drogi nie znam y. Ale m yszki ju ż nas
tam zaw iozą“.
— „Będziecie się błąkali Bóg wie gdzie i nakładali drogi, jeśli
nie wiecie, którędy jechać trz e b a “ — pow iada lis dobrodusznie.
— „Cóż robić!“ — mówi kokoszka.
— „Ja — rzecze lis — znam drogę bardzo dobrze i chętnie w am
ją wskażę. Patrzcie, droga idzie przez tę górę tam , gdzie widać
dziurę. Musicie w jechać w nią i przejechać górę, ja w am dopomogę“.
Idzie więc lis naprzód a całe tow arzystw o zdąża za nim : kurek,
kokoszka, wrona, gołębica,, wróbel i m ałe m yszy i w jeżdżają w szyscy
do dziury.
Lis m ilczał dopokąd wszyscy nie byli ju ż w dziurze. W tedy
obraca się prędko i zam yka otwór dziury a do nich odzywa się
w te słowa:
— „Teraz m am w as u siebie, każdy otrzym a odem nie zasłużoną
nagrodę. Ty kurku, budzisz m nie zawsze ze świtem . Chcę ci za to
zapłacić“.
I szwabs odgryzł m u głowę.
Zw raca się teraz do kokoszki i mówi do niej :
— „Ty kokoszko, znosisz zawsze ja ja w popiele. Nieraz w ybie
rając je, sparzyłem się. Masz za to zapłatę“ — i szwabs odgryzł
i jej głowę.
Do w rony rzecze:
— „Ty robisz sobie gniazdo ta k wysoko, n a drzewie, że się do
niego dobrać nie mogę. Teraz zapłacę tobie“ - i szwabs odgryzł
jej głowę.
Z gołębicą zrobił to samo, bo i ona m a gniazdo za wysoko.
Przychodzi teraz kolej na m ałego wróbla. Ale ten poleciał już
przed tem do zabitego otworu i dziobkiem i łapkam i, ile tylko mógł,
grzebał w ziemi m ałą dziurkę, przez którą m ógłby się w ysunąć
i um knąć.
Lis ogląda się za nim i znachodzi go p rzy robocie.
W róbel drapiąc dalej ziem ię łapkam i w ykręcił do lisa główkę
i m a do niego uroczystą przem owę :
— „W spaniałom yśly panie lisie! patrz, ja jestem tak m alutki.
Przecież m nie zechcesz oszczędzić. Masz ju ż tyle dobrych kęsów.
Ja m ci nic nie zawinił, moje ja ja m alutkie nie są ci pożądane,
więc nie trudziłeś się za ich poszukiw aniem . J a nikom u nie m ącę
wody, ani nie włażę w drogę. Jestem sobie wesołym oczajduszą.
W spaniałom yślny panie lisie, proszę cię bardzo, nie rób m i'n ic
złego i puść m nie wolno“.
Lis słuchał z uw agą przem owy a wróbel w ygrzebał sobie tym
czasem dziurkę i fru n ął nią w św iat daleki, świergocąc lisowi na
pożegnanie :
- „Pam iętaj o m nie!"
Lis był zły ja k wilk, lecz w szystko było ju ż za późno. W róbel
okazał się od niego m ądrzejszym i chytrzejszym a to było szczę
ściem nie tylko dla niego samego, ale także i dla myszek, które
dziurką w ygrzebaną przez wróbla także um knęły z nory lisiej.
W róbel rozniósł też poŁ świecie całą tę historyę o podróży
k u rk a i kokoszki do Rzym u a m nie opowiedziała ją babka, gdym
był jeszcze dzieckiem.
Z B ujny. G. M.uiiïbucT:'-).
Czarny i biały kogut. Na w yspie Ruj nie twierdzi lud, że dobrze
ten. czyni, kto trzym a w k u rn ik u czarnego koguta. D la czego? —
Bo czarne koguty posiadają dar w noc św iętojańską objawiać, gdzie
znajdują się u k ry te skarby. Tym sposobem niejeden biedak stał
się przez swego czarnego koguta bogaczem. N atom iast źle je s t
m ieć koguta białego, bo zwykle w rodzinie zdarza się w ypadek
śmierci.
*
*
*
Gołąb dziki chociaż tak długo przebyw a ju ż n a ziemi, nie um ie
do dnia dzisiejszego zrobić sobie porządnego gniazda. Przyczyna
tego ta k a : raz prosił gołąb dziki sroki, by m u pokazała, ja k się
buduje porządne gniazdo. Sroka przystała n a to i wzięła się zaraz do
dzieła. Dziki gołąb przypatryw ał się. Gdy sroka składała ździóbełko
lub pręciczek, gołąb mówił każdym razem :
— „Dobrze, teraz ju ż wiem w szystko“.
Z początku znosiła to sroka i nic nie odpowiadała. W końcu
opuściła ją cierpliwość i rozgniewało ją, że gołąb wszystko nibyto
M R iiganä D orpgesch ich ten B lä tte r fü r Pomm. V olkskunde II. 122
— 290 —
wie tak dobrze ja k i ona, więc porzucając dalszą budowę gniazdka
odleciała. T ak stało się, że dziki gołąb nigdy nie mógł się nauczyć
budowy porządnego gniazda. Na próżno żali się wciąż z tego po
wodu, Sam sobie w inien. N ikt m u nie poradzi.
Słowik. Jeśli słowik sm u tn ą tylko nuci piosnkę, m a to swoją
przyczynę. Raz była sobie piękna pastereczka, która m iała miłego.
Ten był jej w ierny i kochał j ą nad życie. Młoda para była bardzo
szczęśliwą. Gniewało czarownicę z okolicy, zazdroszczącą szczęścia
pasterce. W ięc czarownica zam ieniła dziewczynę w słowika. N a
rzeczony biegł jej z pomocą, lecz czarownica zastąpiła m u drogę
i zaczarowała go tak, iż nie mógł nogą postąpić naprzód. Słowik
posm ętniał bardzo i pozostał ta k do dnia dzisiejszego, dlatego i pieśń
jego brzm i wciąż sm ętnie.
*
*
Jemiołucha. Od pewnego czasu u kazują się w lasach rujniańskich jem iołuchy w porze zimowej, które zresztą n a Pom orzu nie
ukazują się. P rzy latu ją one z północy. Gdy jesien ią jaw ią się
wcześnie, w nioskują ludzie, iż zim a będzie sroga. P ta k i te uw ażają
także niektórzy za zw iastunów nieszczęścia, chorób zaraźliwych,
drożyzny i burz n a morzu. Dlatego prześladują tych ptaków . Ro
biono czarodziejskie próby, by ich zupełnie odgonić z w yspy, ale
próby nie udały się, bo czart stoi zawsze n a przeszkodzie.
*
*
*
Pszczoły. Gdy Bóg stw orzył w szystkie zwierzęta, rozkazał im,
iż m ają święcić niedzielę i święta. Pszczoły nie troszczyły się wiele
o przykazanie boskie, gdyż w ylatyw ały w niedziele i święta, by
zbierać miód. Bóg ukarał je niepozw alając im zbierać miodu z czer
wonej koniczyny, która posiada najlepszy miód.
:j:
*
*
Wodna żmija. Był raz sobie parobek, który położył się w czasie
południowym n a brzegu lasu pod drzewo i mocno zasnął. Leżał ci
n a w znak a m iał otw artą gębę. Gdy ta k spał sobie, włazi wodna
żm ija przez gębę do żołądka, a że spał bardzo silnie, nie czuł tego
wcale. W skutek tego trapiły go nudności straszne. Rzecz atoli po
gorszyła się jeszcze znacznie, gdy zwierzę w żołądku człowieka
dostało młode. Teraz cierpiał on boleści najstraszniejsze. Nie mógł
ani żyć, ani um ierać.
— 291 —
Pew nego dnia przyszedł do wsi wędrowny rzem ieślnik i poadził bied n em u parobkowi, żeby sobie przykładał świeżo pieczony
chleb, ta k gorący, ja k tylko w ytrzym ać może, na żołądek. Parobek
usłuchał rady. Położył się znowu na w znak i otworzył u sta przy
kładając sobie chleb gorący. I rzeczywiście nie trw ało długo, aż tu
w yłazi m u z w nętrza przez gębę stara wodna żm ija z trzem a
m łodemi i w szystkie razem rzucają się n a świeży chleb pożerając
go skwapliwie. Parobek rad był bardzo, że pozbył się w ten sposób
swoich dręczycielów.
*
*
*
Komary. Skąpcy i lichwiarze zam ieniają się w kom ary. D la
tego kom ary brzęczą, ja k gdyby liczyli wciąż talary a piją one
także krew z człowieka, ja k pili będąc ludźmi.
Wojna ptaków z zwierzętami czworonożnemi. Lis pokrzywdził
k u ra bardzo srodze. Podusił m u bowiem najpiękniejsze k u ry a k u r
nik, przedtem rojący się skrzydlatym i m ieszkańcam i, stał teraz
praw ie pusty. Szukając praw a swojego poszedł k u r do króla zwie
rząt ze skargą, żądając u k a ra n ia chytrego i w ystępnego lisa. Lecz,
ja k to byw a w świecie, lis um iejący się podchlebiać i dobierać
pięknych słówek, um iał się przed lw em tłum aczyć i wykręcać, zaś
prostoduszny k u r nie robił nic więcej, tylko w iernie i uczciwie
opowiedział cały przebieg zdarzenia. Skończyło się n a tern, że zbro
dniarza uwolniono a skarżący, pokrzywdzony, m usiał jeszcze, nic
nie w skórawszy, zapłacić koszta procesu.
K ura porwał z tego powodu gniew słuszny, więc zwołał wiec
ptaków i im przedłożył swoją sprawrę. W yrok lw a wzbudził tu n a j
żywsze niezadowolenie a po dłuższych obradach uchwalono wypo
wiedzieć wojnę w szystkim zwierzętom czworonożnym. Te przyjęły
wypowiedzenie i oznaczyły dzień i miejsce, gdzie m a stoczyć się
w alka i rozstrzygająca bitwa.
Poranek był prześliczny. P ta k i szybowały w pow ietrzu ponad
polam i i łąkam i, zaś czworonożniki ustaw ili się n a k raju lasu
w gąszczy kierzów. Dowódzcą ich był lis, zaś ptaków prowadził
w bój kur, który pom iędzy obydwoma w ojskam i siedział sobie na
wierzchołku drzew a i ztam tąd w ydaw ał rozkazy głosem swoim do
niosłym . W obozie czworonożnych było spokojniej, gdyż lis po
rozdzielał ich na grom ady, przydzielając im pod dowództwo w iel
kich z pom iędzy zwierząt, którym w ydaw ał rozkazy przez szybko10 *
— 2.92 —
nogi eg-о -zająca. W szędzie też oznajm ił, żeby nie tracono otuchy,
gdyż zwycięztwo je s t zapewnione. Mają tylko zważać na jego ogon
kosm aty. Ja k długo ten stoi dum nie w górę, szczęście wojenne je s t
po ich stronie; jeśliby zaś spuścił ogon na dół, znaczyłoby, że
w szystko stracone.
Z początku przepow iednia lisa zdaw ała się ziszczać. K ur znie
cierpliwiony tern, że wróg nie zabiera się wcale do rozpoczęcia
walki, w ydał rozkaz, że w szystkie wielkie ptaki jako to : orły, bo
ciany, k ruki, sroki, sowy, czaple i ja k się tam one w szystkie zowią,
m ają natrzeć n a czworonożnych. Męztwo ptaków atoli nie odniosło
żadnego skutku. Chociaż w natarczyw ym locie pokrwawiły sobie
skrzydła, w gąszcz lasu nie m ogły one wlecieć ; m usiały więc po
ogrom nym trudzie .cofnąć się napo wrót wśród towarzyszącego im
szyderczego śm iechu wroga. Trzeba było zadowolić się tern, że
uderzenie n a w roga tylko n a tern się skończyło.
Lis pew ny zw ycięstw a w yprężył czerwonaw y ogon do góry
powiewając nim , k u r jed n a k nie dał się zbić z tropu przez to,
tylko rzekł:
— „Nie mogliście, w y wielcy odnieść zwycięztwa, to odniosą go
z pewnością m aluczcy!“
W ysyła zatem w bój : szerszenie, bąki, osy i pszczoły. Zumzum -zum ! zasyczało wr powietrzu, gdy wojsko to m aluczkie skiero
wało się ku lasowi. Na przedzie stał lis, więc szerszenie rzuciły
się najprzód n a niego. Opadły go grom adą znaczną, a podczas gdy
jed n a ich część zagrażała jego oczom i uszom, druga opadła ogon
i zaraz k ilku śm iałków podlazło m u pod ogon, kąsając go niem i
łosiernie. Lis w yjąc z bolu, zw inął ogon m iędzy nogi i czmychnął.
— „Cóż ci k u m ie? — zapytała go dzika Świnia — uciekasz, zanim
bitw a się rozpoczęła?“
— „Ach, wrszystko przepadło, kum ie niedźw iedziu — zawodził
lis ~ w łaśnie zaczęła się bitw a a ju ż dostałem siedm strzałów
w ty łe k “.
Gdy dzika Świnia i inne zw ierzęta to usłyszały, poszło całe
ich wojsko w rozsypkę: każdy uciekał gdzie m ógł i gdzie go oczy
niosły. Tym sposobem m ałe szerszenie pobiły potężne wojsko czworo
nożnych zw ierząt a k u r pom ścił s-wej krzyw dy i n a lisie i n a nie
spraw iedliw ym sędzi, lwie, królu zwierząt.
Z Pom orza zachodniego.
*
*
— 298 —
Jak wilk oszukał lisa a w końcu sam byt skrzywdzony, W ilk
i lis zaw arli raz przyjaźń ze sobą i poszli razem na wędrówkę.
Nadjeżdża rebol z śledziami, a ryby obydwom wonieją ta k m ile pod
nos, że zbiera ich w ielka oskoma. Kum lis zbiega n a bok drogi
a potem wyprzedziwszy wóz kładzie się, jakoby był nieżywy, na
drogę. J a k rebok go spostrzegł, zawołał:
— „A, m artw y lis! Dobrze m u się stało. Ale piękne m a futro,
trzeba je w ziąć“. — Co rzekłszy zeskakuje z wozu, poryw a lisa za
ogon i rzuca go w tył wozu w łaśnie tak, że upada na śledzie, poczem w siada n a wóz a jad ąc stępa zasypia sobie, ja k się to często
zdarza.
Lis czekał tylko n a to. Zaczyna teraz w yrzucać prędko jedną
rybę po drugiej na gościniec a pracy zaprzestaje dopiero wówczas,
ja k spostrzegł, iż rebol zaczyna się przebudzać. Zeskakuje więc
z woza i w szystko było w porządku Spotkaw szy po chwili wilka
pyta go:
— „Miły kum ie, gdzie ukryłeś m oją część zdobyczy?“
— „Oto jest, kum ie najm ilszy — powiada w ilk dobrodusznie —
rów ną całkiem połowę zachowałem dla ciebie“.
I wiedzie go do dużej kupy ości, mięso wszystko bowiem sam
pożarł.
Lis o mało nie pękł ze złości, lecz udał, jakoby nic nie było
i poszli razem dalej. Po śledziach dostaje się atoli pragnienie, więc
nie trw a długo a w ilk zaczyna biadać o wodę:
— „Mój złoty kum ie, pić m i się chce strasznie, w ynajdź m i
wodę“.
— „Dobrze — rzecze lis — będziesz w net m iał wodę najw ybor
niejszą na świecie. Chodź tylko ze m n ą “.
W ilk idzie za nim i przychodzą do studni z kołem. N atych
m iast skacze lis do w iadra znajdującego się u góry i zjeżdża w nim
w głębię, pije tam wrodę a potem zaczyna w ychw alać jej dobroć,
— „Cóż ja m am z tego ?“ — m ruczy wilk z niechęcią na górze.
— „Będziesz m iał jej także podostatkiem — odpiera lis chytry —
wskocz tylko do w iadra, które je s t teraz u góry“.
W ilk czyni to i dziw uje się nie mało, ja k on teraz zjeżdża
na dół a kum lis w yjeżdża na górę i ja k obydwaj spotykają się ze
sobą w łaśnie n a środku.
Zjechawszy n a dół, w ilk chłepcze wodę w yborną łapczywie,
nietroszcząc się w tej chwili o nic więcej.
Tym czasem lis biegnie w pole do chłopów i woła :
— „Pójdźcie tu prędzej w szyscy! w ilk je s t w studni i nie może
się z niej w ydobyć“.
— 294 -
Chłopi przylatują, w yciągają w ilka do góry i teraz w ypraw iają
m u skórę drągam i porządnie tak, że biedne wilczysko z trudnością
tylko um yka śmierci.
Zaledwo je d n a k ubiegł kilkaset kroków, widzi chytrego lisa
wijącego się n a ziemi i słyszy, ja k on zbolałym głosem woła;
— „O, kum ie, drogi kum ie, ze m ną ju ż koniec; tyś w iększy
i silniejszy, więc możesz w ytrzym ać cięgi; lecz m nie mocne chłopiska ta k zwaliły drągam i, że życie m e w isi n a włosku. Pójdź
i nieś m n ie“.
W ilk w ierzy lisowi, a m ając serce litościwe, bierze go na
okropnie pobity grzbiet i objuczony ciężarem pom yka k u lasowi.
Lis nie może pow strzym ać w sobie kpiny, więc mówi półgłosem :
Patrzcie, chory niesie zdrowego !
Czy widział już kto tak głupiego1?
— „Co m ów isz? — w ilk pyta z gniewem.
— „Ach kum ie — stęka lis — zdaje m i się, iż postradałem zm y
sły. Ci źli ludzie przełam ali m i krzyże, więc szaleję teraz“ .
— „To kum ie co innego. J a k ja cię żałuję, biedny kum ie !“
Lis wciąż pow tarza przez całą drogę:
Patrzcie, chory niesie zdrowego !
Czy widział już kto tak głupiego ?
Lecz w ilk uw ażając to za objaw obłędu, nie zw racał uw agi,
dźwigał ciężar na poranionym grzbiecie z w ielkiem w ytężeniem
i bolem i zaniósł ku m a do jego kryjów ki w lesie.
Z R u jn y .
*
*
*
Wdzięczny niedźwiedź. Je d n a białka w racała z jarm ark u . Było
jej pilno do domu, gdyż dzieci czekały n a nią ju ż od południa,
dlatego skróciła sobie drogę idąc w prost ścieżką przez las. Szła
kaw ałek przez gąszcz leśną, gdy nagle spostrzega niedźwiedzia
stojącego na dwóch łapach tylnych przed sobą. B iedna białka s tru
chlała ze strachu stając ja k w ryta, ale niedźwiedź nic złego jej nie
czynił, tylko stał przed nią m rucząc i trzym ając przed nią w ysu
niętą łapę przednią, ja k gdyby ją o coś prosił. Z początku prze
straszyło ją to jeszcze więcej, lecz później n ab rała odwagi m yśląc
sobie: Tak, czy tak, jestem zgubioną. Popatrzę, czego on chce
z swoją łapą. W zięła go rękam i za łapę, a gdy się bliżej jej przy
patrzyła spostrzegła, że dość duża drzazga w biła się w nią i zwie
rzę cierpieć m usiało ból wcale nie m ały. Uczuwszy litość wzięła
się do w yciągnięcia drzazgi z łapy, co przy pomocy igły udało jej
— 295 —
się uskutecznić. Potem niedźwiedź położył ostrożnie łapę n a ziemię
próbując chodzić na niej. Ja k m u to udało się, m ruczał z zadowolnieniem a następnie chwycił zębam i białko za fartu ch , ciągnąc
ją za sobą w gąszcz lasu. W końcu stanął przed dużym dębem
a białka m yślała, że teraz ju ż bije ostatnia jej godzina. Niedźwiedź
atoli puścił jej fartuch z paszczy a sam wylazł na pień dęba.
Teraz czas uciec ! — pom yślała sobie białka i poczęła uciekać
z całej siły. Niedźwiedź spostrzegłszy to, zeskoczył natychm iast
z dęba, puścił się za nią w pogoń i w net dogonił ją. Chwycił ją
znowu zębam i za fartuch i przywiódł nazad do drzewa. B iałka
widząc, że uciec nie może, stała spokojnie pod drzewem zdając się
ju ż tylko n a pomoc boską. Niedźwiedź zaś wylazł znowu n a drzewo
i w połowie pnia dobrał się do dziury w nim się znajdującej, gdzie
była barć pszczół dzikich. W yjął kilka plastrów miodu rzucając je
stojącej pod drzew em białce w prost w fartuch. N arzucał jej tyle,
iż fartuch był przepełniony a białka poznała teraz, że zwierzę
chciało jej tylko podziękować za oddaną m u przysługę. Potem niedź
wiedź zlazł z drzew a n a dół i wyprowadził białkę z gąszczy n a to
samo m iejsce do ścieżki, gdzie ona w yciągnęła kolec z łapy. Tu
obrócił się i poszedł sobie w las. B iałka wróciła obładow ana miodem
do swoich dzieci, opowiadając im o osobłiwem zdarzeniu, jak ie ją
spotkało.
Z Pom orza wschodniego.
Ý
îk
îji
Jak jeden małżonek stał się niedźwiedziem. Pew ny młody pa
robek ożenił się, lecz jakoś w m ałżeństw ie nie znachodził upodo
bania. Od wczesnego ran k u do późnego wieczoru m iał zawsze coś
do m ruczenia a tern zatruw ał życie swej młodej białce. Ponieważ
nie chciał się popraw ić w żaden sposób, więc św iekra w ystąpiła
przeciwko niem u i zaklęła za m ruczenie n a dziesięć la t w nie
dźwiedzia.
Teraz m usiał niezadowolony m ałżonek z skomorochem ciągnąć
odewsi do wsi i od checzy do checzy, by ludzi rozweselać pląsam i.
Raz przyszedł on do checzy, gdzie wesele się odbywało, więc m u
siał pokazywać państw u m łodym swe sztuki. W łaśnie ja k rozpo
czynał pląsy, skończył się rok dziesiąty jego kary, więc stał nagłe
przed młodą parą, k u ździw ieniu w szystkich, jako człowiek.
Dziesięć la t cierpień snać go poprawiły, gdyż upom inał pana
młodego ostro, by ożeniwszy się, nie m ruczał, św iekra m ogłaby go
ta k oporządzić, ja k jego.
— 296 —
Do dziś dniu pam iętają ludzie n a R ujnie o tem zdarzeniu.
Przy każdych zaręczynach zjaw ia się człowiek, który zam iast
w skórę niedźwiedzią, przyodziany je s t w kożuch z wywróconą
w łosienią n a w ierzch a w pasie przew iązany powrózkiem. P ląsa on
chwilę, potem przeżynają m u opaskę a skóra spada z niego, on
zaś teraz opowiada to samo zdarzenie, ja k powyżej, przedstaw iając
je jako swoje własne.
Z R u jn y .
Wilk. D w unastego w m iesiącu wił су pojaw iają się zawsze po
dw anaście razem . J a k ujrzą człowieka, idą k u niem u z rozw artą
paszczęką i zm uszają go tym sposobem do zajrzenia sobie w paszczę,
w której je s t całkiem jasno. Kto w nią spojrzy, dostaje tak ą chrypkę,
że nie może potem przemówić ani słowa. W iedzą o tem wilcy
i dlatego roztw ierają paszczę, by ludzie chrypli i nie mogli wołać
o pomoc.
Wogóle wilcy są osobliwemi zwierzętam i. Kto ja d ł ich mięso,
zyskuje- dar, że może w szystkie spuchliny i narośle skóry leczyć
przez ich obkąszanie. Mówią, że jeśli dzieciom daje się jadło przez
gardziel wilczą, stają się ta k silnem i, ja k wilki. Takich ludzi można
zaraz poznać po tem,- iż są nadzwyczaj żarłoczni i m ają silne, lecz
sztyw ne członki.
Z Pomorza zachodniego.
*
Jak wilk dostal sztywny kark i stal się kuternogą. Gdy P an
Bóg stw orzył wilka, był on tak dziki i broił tyle, że trzeba było
tem u położyć koniec. Miły Bóg przyw ołał go do siebie i w yrzucał
m u jego grzechy oznajm iając, że odtąd posiadać będzie jedno k a
lectwo n a swem cielsku. Może sobie je d n a k z trzech w ybrać jedno,
które mu się w yda najlżejszem . Musi odtąd albo m ieć sztyw ny
k a rk i być kuternogą, lub posiąść ogon długi pół m ili lub nosić
dzwonek, któryby każde zwierzę słyszało n a odległość całej mili.
W ilk posm utniał n a to bardzo, a widząc, że się z przykrego
położenia w yw inąć nie może w żaden sposób, rzekł do P ana Boga :
- - „Długi ogon i dzwonek zdziałałyby, iż w ogóle nie mógłbym
dobrać się do żadnego zwierzęcia, dla tego daj mi, o Panie, lepiej
k ark sztyw ny i zrób m nie kuternogą. W praw dzie będzie m i to b ar
dzo przeszkadzało, lecz przynajm niej nie zdechnę z głodu.
— 297 —
Jale w ilk w ybrał sobie, ta k się też i stało. Każdy w ilk m a
sztyw ny k a rk i m usi nalegać n a jed n ą nogę.
Z Pomorza zachodniego.
Jak wilk postrada} ogon. Ja k się często zdarza, poszło w lesie
wilkowi n a przekór. Gdy stał pod drzewem spostrzegł na drzewie
nad sobą drwala. Rozzłoszczone zwierzę zawołało:
— „Chciałem przecież, żeby m i odpadł ogon z ty łu “.
D rw al n a to rzuca n a dół ostrą siekierę i odrębuje wilkowi
ogon. Tego w ilk nie życzył sobie z pewnością, więc oburzony obraca
głowę w tył i powiada bardzo obrażony:
— „Czyż ju ż nie wolno rzec ani jednego słowa w żarcie?“
Z P oviorza zachodniego.
*
*
Wilka cierpienia. P asła się klacz z źrebięciem n a łące. P rzy
szedł głodny w ilk i chciał porwać źrebię. Klacz widziała, że może
ją uratow ać tylko podstęp, więc się zbliżyła do w ilka i zawołała:
— „Czy nie chcesz wziąć sobie moje źrebię? Nie chcę je mieć
więcej. Je d n ak u sługa w ym aga wzajemności. Musisz mi za to w y
ciągnąć kolec z tylnego kopyta, który m i się w bił“.
W ilk ucieszony przystaje i bierze się do kopyta tylnego. Lecz
zaledwo pyskiem go dotknął, w ierzgnęła klacz tak silnie, że wilk
padł bez przytomności.
Ja k on przyszedł do siebie, była klacz z źrebięciem ju ż daleko,
w ilk zaś uczuł jeszcze w iększy głód. W tem spostrzega on dwa
kozły wadzące się ze sobą. Ofiaruje się im n a sędziego rozjemczego,
w ym aw iając sobie pożarcie strony, która spraw ę przegra. W tym
celu stan ął pomiędzy obydwoma kozłam i. Teraz kozły m rugnęli
sobie oczyma. Spór wiedli z podstępu. W ięc nagle uderzyli z dwóch
stron rogam i n a w ilka ta k silnie, że jn u połam ali żebra i w ilk padł
n a ziemię.
Dopiero po długim czasie przyszedł do siebie, lecz kozłów
ju ż dawno nie było. Z rozbitą głową i połam anem i żebram i poszedł
dalej n a wędrówkę i spotkał lochę z dziewięcioma prosiętam i, która
nań zawołała:
— „Bądź ta k dobry i pożryj dwa lub trzy prosięta, bo m am ich
tyle, że ich wyżyw ić nie m ogę“ .
— „N ajchętniej“ — odrzecze wilk i bierze się ju ż do rzeczy.
Św inia atoli odpiera:
— „Zaraz, poczekaj tylko chwilkę, bym je wprzódy ochrzciła“ .
— 298 —
W ilk zgodził się, więc poszli do m łynów ki n a m iejsce, gdzie
woda spada n a koło. Tam św inią postaw iła przez rynę deskę i wyłazła n a nią, w ilka zaś ustaw iła n a przeciw nym końcu. Gdy się
zaś zabierali do chrztu, Świnia zeskoczyła prędko z deski, w ilk
stracił równowagę i padł n a koło, potem dostał się pod nie tak,
iż zaledwo zdołał uratow ać życie. Tym czasem Świnia z prosiętam i
zniknęła.
W ilk zbity z tropu i zw ątpiw szy o życiu poszedł do lasu, gdzie
stary m iotlarz ścinał sobie z drzew gałęzie. J a k ten zoczył wilka,
wylazł ze strachu n a drzewo. W ilk je d n a k w swojem u trap ien iu
wcale go nie spostrzegł, więc położył się pod drzew em złorzecząc
sw ojem u losowi.
— „Ach — zawołał w zdychając — jeste m ta k nieszczęśliwy, że
m iły Bóg dobrzeby uczynił, gdyby rzucił na m nie siekierą i zabił
m nie“ .
Miotlarz nie leniw y ciska n ań silnie siekierę rozplatając m u
łeb. W ilk krzyczy teraz :
— „O m iły Boże, m ówiłem to więcej w żarcie!“ — i zdycha.
Z P om orza wschodniego.
*
*
*
Lis i wilk grają na w eselu. W e w si było wielkie wesele chłopskie.
Lis powiada do w ilka:
— „Kumie, chodźmy zagrać chłopom“.
W ilk zgadza się, więc idą n a wesele. Lecz oni byli grajkam i,
jak ich n a w eselu nie lubią, żądali bowiem zapłaty z góry.
Dlatego dobrali się najprzód do spiżarni, w ygrzebaw szy dziurę
w ścianie, i zjedli tam szynki i kiełbasy. Gdy podjedli sobie aż do
rozpęku, poszli do piw nicy i łyk n ęli piw a co się tylko w nich
wlazło. Stoją teraz porządnie podchm ieleni i radzą, co uczynić
należy.
— „W iesz, kum ie, — mówi w ilk — obowiązek nakazuje nam
zacząć grać, by ludzie mogli pląsać“.
Lis uznał, że kum m a słuszność, więc zaczynają w yć tak
strasznie, że cała checza zadrżała. Goście w eselni, spostrzegłszy co
się święci, zryw ają się uzbrojeni w siekiery i drągi. Gdy weszli
do spiżarni aż ściemniło im się w oczach. Lisa dopaść nie mogli,
gdyż ten um k n ął przez w ielką dziurę, którą w ilk sobie w ydrapał
w ścianie, w ilk zatem m usiał uciekać przez m ałą dziurę lisią
i utkw ił w niej nie m ogąc się przecisnąć przez nią.
Posypał się grad cięgów n a kudłate jego futro. Schwycono go
za ogon, wyciągnięto z dziury i zbito go tak, iż padł n a ziemię
— 299 —
jakoby nieżywy. Ludzie nie chcąc zaraz zedrzeć z niego skóry zo" staw ili przez noc w spiżarni.
Było to szczęściem wilka, nie był on bowiem zabity, tylko
strasznie zbity, więc z czasem przyszedł do siebie i wylazł przez
swroją dziurę z. checzy a potem wlókł się ja k mógł przy okropnych
boleściach do swej nory. W lesie spotkał lisa, więc z gniew em
zawołał do niego :
— „Ty łotrzyku jesteś przyczyną mojego nieszczęścia; poczekajże,
pożrę ciebie!“
— „Ależ dobry i m iły kum ie — odpiera lis — to była tylko po
m yłka z mojej strony żem pom ieniał dziury. Boleję nad tem n ie
zm iernie, ale cóż m am teraz zrobić. P rzysięgam ci, że mówię
p raw d ę“.
— „Jeśli tak, — powiada w ilk — to ci przebaczę tym razem ,
je d n a k m usisz m nie zanieść do mojej kryjów ki".
— „Gdybym tylko mógł, najchętniej bym to uczynił. — odpo
w iada lis. — Lecz m nie oporządzili chłopi ta k strasznie, iż przy
szedłem tu by się położyć i zasnąć. Chcę. żeby ludzie, którzy będą
przechodzili tędy, dobili m nie, gdyż m ilszą mi je s t śm ierć aniżeli
takie m ęki, ja k ie ja znoszę“.
— „Ze m ną, — rzeknie w ilk — dzięki Bogu, jeszcze ta k źle nie
je s t — a ponieważ m iał serce współczujące, wziął n a swój grzbiet
kum a i poniósł go.
Lis cieszył się niezm iernie, że podstęp udał m u się ta k dobrze.
Poryw a go swawola szydercza i zaczyna mówić nibyto sam do
siebie :
— „Chory niesie zdrowego — zdrowy leży n a grzbiecie chorego —
św iat się przewrócił do góry nogam i“ .
— „Co? — pyta w ilk — jeśli tak , to cisnę cię zaraz do stu
czartów “ .
— „Ależ ja, dobry kum ie, — mówi lis — żartuję tylko“.
- - „To co innego“ — odpiera łatw ow ierny w ilk i niesie go dalej.
Nie trw a długo a lis pow tarza to samo. Teraz było ju ż wilkowi za
dużo, więc rzuca go z gniew em na ziemię z groźną m iną i zmusza,
żeby szedł z nim razem. Lis zw ąchał pismo nosem wiedząc, że
z nim bardzo źle. Jakoż nie omylił się, gdyż w ilk doszedłszy do
nory, rzekł do niego bez ogródki:
— „Przez całe życie dużo m i krw i napsułeś. Teraz zrobim y
obrachunek ze sobą: pożrę ciebie i będzie spokój“.
W trwodze skoczył lis do nory, nie widząc dla siebie innego
ratu n k u . Lecz w ilk poznał jego zam iar i już chw ytał go za nogi.
— 300 —
— „Robisz głupstwo, — zawołał chytry lis — że wolisz mnie,
aniżeli jag n iątk a. Moje mięso tw arde, łykow ate, powyszczerbiasz
tylko sobie zęby“.
— „Jagnięta!... gdzie one s ą ? “ - pyta wilk.
— „Za nam i, n a polance, zaraz obok, pasie się cała ich trzoda“.
W ilk złakomił się n a jagnięta, więc wylazł z nory i szukał
ich po lesie, a chytry kum czm ychnął sobie tym czasem .
Z ziemi Lęborskiej.
*
*
*
Sowa. Raz zm arła bogata pani, opłakiw ana zarówno przez ludzi,
ja k zwierzęta. P ta k i odbyły naradę, kogo z grona swego m ają po
staw ić n a straży przy jej trupie. Los padł n a sowę, która z po
czątku w ypełniała obowiązek z sum ienną pieczołowitością. W końcu
nudziło się jej, więc m ówiła do siebie:
— „Zmrużę jedno oko a d rugiera, będę czuw ała“.
T ak też uczyniła, je d n a k drugie oko w krótce także się zam
knęło i sowra zasnęła sobie w najlepsze.
Ja k zaczęło św itać i in n e ptaki zleciały się, ujrzały, ja k a
spadła n a nie hańba, że ustaw iony przez nich strażn ik ta k n ie
sum iennie w ypełnia urząd honorowy. Z gniew em rzuciły się na
sowę odganiając ją i w ieczną zem stę jej poprzysięgłszy. Tym spo
sobem stało się, że sowa odważa się tylko w nocy w ylatyw ać na
zdobycz, kryjąc się we dnie w ciem nych budynkach i dużych
a gęstych borach.
Ziemia Lęborska.
❖
*
iii
Sowa i mysz. Sowa staje przed dziurą m yszą i mówi poufale
do m yszy :
— „W yjdźże kochaneczkö, wyjdź, ja ci niezrobię nic złego!“
Mysz, zw ąchaw szy pism o nosem , odpiera:
— „Boję się, boję, boś ty filu tk a !“
Z okręgu Nowogrodzkiego.
*
*.
*
Wrona. Chłopi opowiadają, że w rony są przem ienionem i czaro
wnicami.
Pew ien chłop z R ekow a1) jechał sobie gościńcem. Przejeżdża
ją c koło jednego drzewa, n a którem siedziała w rona, słyszy, ja k
ona okropnie wrzeszczy. Na to jad ą c dalej chłop zaw ołał:
‘) Reckow, ziemia Lęborska. Podług Kętrzyńskiego.
ЗОЇ -
— „Stara czarownico, bądź cicho i daj m i spokój !“
Lecz w rona krzyczała jeszcze więcej a ja k chłop oglądnął się
za nią, spostrzegł, że złośliwy p tak m ierzył go oczyma ostro. Stanął
więc i w rzasnął:
— „Stara przeklęta czarownico, daj ludziom spokój ! Czego chcesz
odemnie ?“
Lecz i to nie pomogło. Chłop rozgniew any zaczął kląć k ra k a
jąc ą wronę. Zaledwo je d n a k to uczynił, w yryw ają m u się w szyst
kie koła z wozu i toczą się z góry na dół. Chłopu nie pozostało nic
innego, ja k odprzęgnąć konie, wóz zostawić n a drodze i wierzchem
pojechać do domu. Gdy n a w si opowiadał o swej przygodzie, ludzie
się tem u wcale nie dziwili m ówiąc:
— „Stara rzecz, że w wronie siedzi czarow nica“.
Z iem ia Lęborska.
*
*
*
Kukułka. Chłopu jed n em u szło ta k źle przy gospodarstwie, iż
nie m iał co jeść. W ziął więc dwoje sw ych dzieci, zaprowadził, je
do lasu i rzekł :
— „Szukajcie tu jagód, a gdy zaw ołam : k u k u ! k u k u ! żebyście
wiedziały, że się znajduję w bliskości i w net przyjdę, by przypro
wadzić w as znowu do dom u“.
T ak zostawił dzieci sam e w puszczy leśnej a sam wrócił do
roboty.
N astępnego lata, gdy mu się lepiej wieść zaczęło, stęsknił się
za dziećmi, zatem poszedł do lasu i wrółał z c a łe j's iły : „kuku!
k u k u !“, lecz n ik t m u nie odpowiadał. Naraz, staje przed nim jak aś
białka i pow iada:
— „Dzieci twoje ju ż dawno zm arły w lesie z głodu. Za karę
jednak, iż z takiem okrucieństw em odepchnąłeś dzieci od siebie,
m asz odtąd na w ieki ‘wołać: „ k u k u ! k u k u !“. N atychm iast zam ienił
się chłop w kukułkę i nie mógł ju ż z gardzieli wydobyć co innego,
ja k tylko: „kuku! k u k u ! “ a dlatego przezwali go ludzie kukułką.
Z B u jn y.
Jak kukułka dostała swe imię. Gdy P an Bóg stw orzył zwie
rzęta, otrzym ało każde z nich nazwę, tylko k u k u łk a nie otrzym ała
żadnego im ienia. To zm artw iło ją, więc poleciała przed tron Boga
i rzekła:
„Czy j a nie dostałam im ie n ia ? “
— „Nie“ — odpowiedział P an Bóg.
— 302 —
Na to rozgniew ał się ptak i rzecze :
— „A więc kuk u łk ą chcę być statecznie.
I będę ku-ku! krzyczała wiecznie.
Od tego czasu nie słyszano z jej gardziołka innego głosu, ja k
ku-ku ! i ku-ku !
Z R u jn y .
#
*
*
Sroka. Je st ona ptakiem nieszczęścia, dlatego chłopi ta k często
przybijają j ą w raz z sowam i i jastrzębiam i n a drzw iach stodół.
Czynią oni to głównie dlatego, by przez to oddalać czarownice od
zagrody.
Raz żył w L ubnicy1) chałupnik, którego sąsiad zachorował
ta k śm iertelnie, że m u tylko jeszcze m aść hyclow ska pomódz mo
gła. W ięc chałupnik siadł n a konia i pojechał po m aść do najbliż
szego hycla, a chociaż w yjechał praw ie ze św item , wieczorem nie
był jeszcze z powrotem . W końcu powrócił z m aścią późną nocą,
lecz jakżeż on w yglądał ! Miał tw arz bladą ja k u tru p a i nie mógł
z siebie wydobyć słowa, ja k gdyby m u nagie mowę co odjęło. P y
tano go, co m u jest, lecz długo nie mógł dać odpowiedzi. Gdy przy
szedł w końcu do siebie opowiadał :
— „Gdym w racał od hycla i przejeżdżał koło pierwszej karczm y,
tej co stoi łasem , widzę ćmę pstrych ptaków, krążących w koło
m nie i przeraźliw ie krzyczących. Zdjął m nie lęk w ielki tak, że
, nie wiem sam , ja k ja przejechałem przez las. Na granicy Lubnicy
zniknęły ptaki, tylko dwie sroki siedziały jeszcze n a wierzbie a w y
glądały tak dziwnie, że m nie się zrobiło jeszcze ckliwiej koło serca.
Słyszę, że one rozm aw iają ze sobą ja k ludzie. Nagle stanął koń
mój a jed n a z srok zatrzepotała skrzydłam i i zawołała do m nie na
głos : „Słuchaj Pawle, ty m usisz um ierać i ju ż za dni ośm będziesz
leżał w ziemi, sąsiad twój zaś wyzdrowieje i będzie ochoczo chodził
za p łu g iem “. Teraz dostałem zaw rotu głowy i zdawało m i się, iż
znajduję się n a w ielkiej, dzikiej pustyni. I błąkałem się gdziesik
dobrych pięć godzin a ja k w końcu zajechałem do domu, tego sam
nie w iem ; to jed n a k wiem, że jestem straconym człow iekiem “.
Ludzie pocieszali go i chcieli m u to w ybić z głowy, lecz on
zbladł jeszcze bardziej i zrobiło m u się bardzo słabo i źle tak, że
położono go n a pościel a trzeciego dnia był rzeczywiście trupem ,
szóstego zaś znajdow ał się ju ż w ziemi. Choremu sąsiadow i zaś
b Löbnitz. Pomorze zachodnie. Ziemia Strzałowska.
— 308 —
m aść hyclow ska pomogła, wyzdrow iał prędko a tego sam ego dnia,
ja k się odbywał pogrzeb chałupnika, szedł za pługiem na swojem
polu,
A rndt I I . str. 44.
*
*
*
Kruk i czajka. K ruk nam aw iał raz czajkę, żeby w jesien i nie
odlatyw ała do ciepłych krajów, lecz pozostała n a Ruj nie i tu prze
zimowała. Czajka przystała n a to i z początku bardzo jej się podo
bały piękne dni jesienne, kiedy atoli przyszła zim a z m rozam i
a wody pokryły się lodem, m arzły jej straszn ie nogi a ona pełna
boleści, biegała po lodzie zawodząc:
„Ach Boże, moje nogi, moje nogi!
Pożal się zmarzniętej niebogi!“
K ruk złośliwy śm iał się i krak ał szyderczo :
„Mnie, białko, tak co roku się dzieje,
Lecz ja nie płaczę, tylko się śmieję“ .
Z Bujnij.
*
*
*
S zczygieł Kiedy miły Bóg stw orzył ptaków, pom azał ich farbą,
by się różniły jed n e od drugich. P rzy szczygle, który przyleciał
ostatni, brakło ju ż Stwórcy farby, więc z w szystkich garczków po
zbierał ostatki i pomalował m u pierze, dlatego szczygieł je s t tak
pstrokaty.
*
*
Jak lis zdradził wilka chîopowi. Lis schronił się przed zim nem
za piec, chłop atoli złapał go i zagroził śm iercią. Z pokorą błagał
o życie, obiecując chłopowi, że m u zam iast swego małego fu tra
dostarczy piękniejsze i większe, tylko m usi chłop związać swego
konia i położyć go n a gościńcu.
Chłop dał się nam ów ić i zrobił ja k lis żądał. Lis biegnie teraz
do w ilka i mówi:
— „Ojcze, — (lis zowie ta k w ilka zawsze) — wiem sute jadło
dla ciebie“.
Żarłoczny w ilk w tow arzystw ie lisa pospieszył n atychm iast
n a m iejsce, gdzie koń leżał i chciał zaraz brać się do żeru.
Lis m u je d n a k wzbronił tego, robiąc go uw ażnym , jak ie nie
bezpieczeństwo grozi m u n a gościńcu. Zaproponował więc wilkowi,
że uwiąże jego ogon do konia i ta k będzie w ilk mógł tego w y
ciągnąć w las, gdzie go spokojnie spożywać może.
— 304 -
Głupi w ilk przystał n a to, a lis wziął się do roboty. Gdy n ie
cierpliwy w ilk oglądał się, lis w iązał ogony; ja k w ilk nie patrzył,
huitaj od wiązywał koniowi nogi. Tym sposobem stało się, że chytre
zwierzę ukończyło obydwie roboty n a raz, a gdy zawołało :
— „Teraz ojcze c ią g n ij!“ — koń skoczył i podniósł się n a nogi,
a ponieważ był o wiele silniejszy, włóczył w ilka mimo wszelkiego
oporu za sobą, w prost ku zagrodzie chłopskiej.
Lis śm iał się do rozpuku w ołając:
— „Ojcze, chw ytaj się zębam i tra w y !“Z Rujwy.
*
*
*
Lis i chłop. Lis prześladow any przez strzelca schronił się do
checzy chłopskiej błagając chłopa, by go nie zdradził. Chłopu
zmiękczyło się serce, więc w skazał m u kryjów kę pod łóżkiem.
J a k strzelec wszedł do checzy i pytał o lisa, gniew ało chłopa,
że uniósł się szlachetnością wobec swego starego -wroga. W ięc chłop
chytry odpowiadał wprawdzie, ja k obiecał, że lisa tu nie było,
jed n a k oczyma wciąż w skazyw ał pod łóżko.
Strzelec nierozum iejąc tego poszedł dalej. Gdy niebezpieczeń
stwo przem inęło, wylazł lis z pod łóżka i mówił :
- — „Dobrą była tw oja mowa, tylko to przeklęte m iganie oczym a“.
Z B u jn y .
Lis i gąsior. Lis skradł gąsiora. J a k go chciał zjeść, gąsior
go prosił:
— „Zanim um rę, zrób m i jeszcze ostatnią radość i pląsaj ze m n ą “.
Lis zgodził się, więc obydwaj zaczynają skakać w koło. Gąsior
krzyczał ciągle przy tem : „kya/c! kija.k!“: lis zaś milczał, bo m usiał
zębam i trzym ać go za skrzydło.
— „Dlaczego nie w tórujesz m i w śp iew ie?“ — pytał gąsior.
Lis zapom niał się, puścił gąsiora wolno i wołał ochoczo : „hop
sasa! hopsasa! danaż moja, dana!“ Zaledwo gąsior uczuł się wol
nym od zębów wroga, w yleciał chyżo do góry i usiadł sobie na
drzewie. Dopiero teraz spostrzegł lis, jak ie palnął głupstwo, więc
robiąc m inę, ja k gdyby się nic nie stało, woła do gąsiora dobro
dusznie :
— „Cóż znow u? gdy m nie ogarnęła najlepsza ochota do pląsu,
zostawiasz m nie samego. Chodź, jeszcze raz popląsam y w kółko,
choć jed en r a z ! “
Gąsior z drzew a zawołał:
— „K ijak! kijak! nie g łupim !“
Z Bujnij.
*
*
.
.&:
— 305 —
Lis i kur. Lis złowił raz k u rk a i zabierał się pożreć go. K urek
mówi :
— „Jakżeż ty niepodobny do twego ojca nieboszczyka. Był to
m ąż pobożny, który zawsze przed jedzeniem odm aw iał m odlitw ę“.
Syn nie chciał co do pobożności pozostawać w tyle za ojcem,
więc złożył przednie łapki i modlił się, k u r uwolniony poleciał ja k
strzała i uratow ał się. Lis zbity z tropu zawołał:
— „O statni to raz, żem się modlił przed obiadem ; odtąd wolę
czynić to po jed z e n iu “.
Z R ujny.
*
*
*
Szczury. Roztropniejszych zwierząt, ja k szczury, niem a n a
świecie. Człowiek jed en złapał był raz w jed n y m kotle m nóstwo
szczurów i pozabijał ich w szystkich w yjąw szy jednego. Tego
w ziął sąsiad w opiekę swoją, w kładając do naczynia glinia
nego jako przynętę dla innych szczurów. Chytre zw ierzęta atoli
naw et nie m yślały o tern, żeby iść w pułapkę. Owszem, przywlekały one kam yki i gnój, które pow rzucały do garnka, w ypełniając
go tern tak, że złapany szczur m ógł się wydobyć z niewoli.
Szczególna rzecz, ja k i w pływ nadzw yczajny posiada gędźba
n a szczurów. Jeden chłop przyw iązał złapanem u szczurowi dzwo
neczek n a szyję a potem puścił go n a pole. W szystkie szczury
z okolicy powychodziły ze swoich dziur i poszły sobie stam tąd
precz.
Najosobliwsza rzecz z szczuram i zdarzyła się n a w yspie Omanicach. Z daw ien daw na było tam ta k dużo szczurów, że m ie
szkańcy w końcu nie m ogli sobie dać rady z nimi. W tem zjaw ił
się n a w yspie obcy wyw abiacz szczurów, który otrzym aw szy so
w itą zapłatę, zwabił w szystkie szczury tam tejsze a w ygnał ich
koło w si W ąsow a1) przez wodę n a m ałą w yspę południowo od
Omanie, k tóra od tego czasu otrzym ała nazw ę Szczurzyn2).
Na R ujnie opowiadają ludzie także o królu szczurzym , który
nosi n a głowie piękną, złotą koronę. Je st atoli szczur niesam ow ity.
Podobno siedzi w nim czart.
*
*
*
Dlaczego pędzą gęsi przed owcami na ściernisko. D aw niej gęsi
m iały powód być niezadowolone z swojego losu, gdyż wszędzie
b Wusse. Beyersdorf pisze poi. aaz. Osowo, która mi się wydaje mniej
właściwą. W Polsce Wąsowo, Wąsów, Wąsowice.
2) Rattenort.
20
— ЗОЄ —
upośledzano je, a naw et owcom było lepiej, gdyż po skończeniu
żniw m usiała w pierw trzoda głupich owiec pozbierać ziarna pozo
stałe n a ścierniach a dopiero to, czego te nie zdołały zjeść, pozo
staw ało dla gęsi.
Raz żył jed en człowiek, którego bardzo poważano. Nagle rozchorowuje się śm iertelnie tak, że lekarz żaden nie m ógł go uleczyć.
B iałka płakała gorzko przez cały dzień, co starego gąsiora n a po
dwórzu wzruszyło. Idzie więc do niej i pow iada:
—- „Białko, gdyby twój m ąż był gąsiorem , uratow ałbym go;
ponieważ on je s t tak im człowiekiem, ja k wszyscy n asi ciemięzcy,
więc niechaj gin ie“.
— „Ciekawam bardzo, — odrzecze białka - jak b y ś to zrobił?“
— „Nie je s t to ta k trudne, — odpowiada gąsior — ja k się w y
daje. W jeziorze leśnem rośnie ziele, które m y, gęsi, tylko znam y,
kto go zażyje, w siej czas w yzdrow ieje“.
Białka, słysząc to, prosiła gąsiora najusilniej, żeby przyniósł
cudowne ziele, a ona m u to w ynagrodzi sowicie.
— „Niechaj będzie, ale tylko pod w arunkiem , — odpiera gąsior —
że ludzie nie będą nas tak poniżali, żeby n aw et owcom daw ać na
ścierniskach pierw szeństw o przed nam i. Chcesz się na to zgodzić,
więc dobrze“.
Białka, p rzyparta strachem o męża, obiecała w szystko, więc
gąsior poleciał w las i niedługo powrócił z cudow nem zielem. Gdy
chory zażył z niego m ałą tylko cząstkę, wyzdrow iał natychm iast
i był n aw et jeszcze zdrowszym , niż przed chorobą.
Uszczęśliwiony nie zapom niał o sw ym dobrodzieju. Opowiadał
ludziom, co m a gęsiom do zawdzięczenia a ci postanow ili po wsze
czasy, że zaraz po zwiezieniu zboża z pola gęsi będą pierw sze pę
dzone n a ścierniska, po nich dopiero m ożna tam w ygnać owce.
Z P om orza zachodniego.
*
*
*
Dudek. Był on niegdyś kraw cem żeńskim . M ieszkał w wielkiem i bogatem m ieście, ubierał się w ykw intnie w pstre jedw abie,
a obsługiw ał tylko najzam ożniejsze dom y i pałace. Ponieważ był
przystojny i pięknie się ubierał, więc w szystkie ładne niew iasty
daw ały m u robotę, a także szył suknię królowej do koronacyi.
Tym sposobem stał się m ajste r dudek bardzo bogatym czło
wiekiem , a przecież nie m usiał mieć dosyć, bo wciąż biegał obju
czony tu i tam , że aż jęz y k w yw alał i stęk ał „huup ! h u p u p !“.
P an Bóg byłby mu tę skrzętność i zapobiegliwość przebaczył, lecz
z tego pow stała chciwość a tej Bóg nie mógł przypatryw ać się
— 807 —
spokojnie. W końcu kraw iec okradał w szystkich tych, którzy m u
daw ali robotę.
W ięc stało się tak, że pewnego wieczora, gdy objuczony za
w iniątkam i łatał stęk ając: „hnup ! h u p u p !“, stał się nagle p stry m
ptakiem , nazw anym jego m ianem , który lata około ludzkich checz
i stajen, a tam z nienasyconem łakom stw em zbiera najszkaradniej
sze rzeczy i znosi do swojego gniazda. Ma on do dziś dnia pstre
ubranie, którego jed n a część je s t czarna ja k kruk, druga zaś czer
w ona ja k ogień a obydwie zaś są barw am i piekła: czarność bowiem
jego szaty oznacza ciem nie piekielne, czerwoność piekielny ogień.
D udek zachował jeszcze z starych czasów kraw ieckich one:
„ hu u p ! ku p u p !“, kiedy jeszcze dźwigał kradzione rzeczy, pod którem i się uginał. Ludzie zowią go dlatego „kukułczym kościelnym “,
gdyż głos jego w ydaje się z daleka tak, ja k gdyby chciał n aśla
dować głos kukułki, podobnie, ja k czyni kościelny będąc odgłosem
śpiew u księdza. K ukułka je s t atoli ochocza i pieśń swoją w ygłasza
wesoło, dudek zaś je s t zasępiony nieborak a dlatego m usi wzdy
chać i skarżyć a je g o : „ huup! hupup !“ tak ciężko w ydobyw a m u
się z gardzieli.
A rn d t I. str. 3 5 7 .
*
""
*
Gadzice1) (jaszczurki). Ja k wrogie człowiekowi są gadziny, ta k
przychylne są m u m ałe gadzice. Jeśli człowiek leży n a ziem i i spi
a jadow ita gadzina przy czołga się w jego pobliże, to gadzica wbiega
n a pierś i tw arz człowieka, by go zbudzić, ostrzegając go przed
niebezpieczeństw em w ten sposób. Jeśli kto je d n a k gadzicę roz
jątrzy , staje się bardzo złą i odrazu kąsa dziewięć razy, z czego
pow staje dziewięć ran. Goją się one co roku jedna. Gdy atoli za
goiła się ra n a siódma, wówczas człowiek m usi um ierać.
Z B u jn y.
*
*
*
Lis i gęś. Raz pasła się gęś na polu. W idzi ona, że lis za
krada się do niej. Ponieważ nie m ożna było ju ż i m yśleć o ucieczce,
więc rzecze do lisa:
— „Chodź do m nie i pomóż m i szukać. Zgubiłam grosz a gdy
bym- go nie znalazła, chce m i chłop odrąbać głowę. W olałabym ,
żebyś ty m nie zjadł“.
!) Z gadzica powstało niem. narzeczowe : „H ad i t z e “ = jaszczurka.
20*
— 308 —
Lis pom agał szukać, chociaż m yślał tylko o pożarciu gęsi, nie
zaś o groszu. Po chwili mówił też, że grosza znaleść nie można,
więc chce ją pożreć. Gęś zgodziła się z tern, wym ówiła sobie jednak,
że przed śm iercią m usi sobie z lisem popląsać ochoczo. Lis schw y
cił j ą zębam i za praw e skrzydło i pląsał z nią wesoło w koło. Gęś
była wesołą i pląsając gdakała radośnie sw e: „Tcijalcl U ja k!“, na
co lis wtórował również ochoczo: „hopsasa! hopsasa!“. Gęś, m ając
wolne skrzydła obydwa, rozm achując się w pląsie w zlatuje szybko
do góry i leci do zagrody. Z góry gdacze lisowi :
— „Chodź za m n ą do zagrody, gdyż ja chcę tylko opowiedzieć
chłopowi całą tę historyę, a potem stoję n a twoje u słu g i“.
Lis nie poszedł za nią.
Z Pamorza wschodniego.
*
*
#
Zając. Pew nego razu sprzykrzył zając sobie życie.
— „Po co ja , biedne zwierzę, jestem wogóle n a św iecie?“ —
mówił do siebie. — „Człowiek strzela m nie a zw ierzęta i ptaki za
bijają. Jestem najnieszczęśliw szem i najbojaźliw szem stw orzeniem
Bożem n a ziemi. Dlatego pójdę i utopię się “.
Pognał więc do staw u, by spełnić swe przedsięwzięcie. Jego
kroki w rogozinie. nadbrzeżnej przestraszyły siedzącą tam żabę tak
dalece, że dotknięta śm iertelną trw ogą, rzuciła się na głowę w wodę.
Kiedy zając to widział, rzekł z radością :
— „W ięc przecież je s t jeszcze zwierzę, które je s t bojaźliwsze
odemnie, a n aw et m nie się boi“ — i wrócił od staw u z dum ą,
a więcej ju ż nie m yślał o samobójstwie.
*
*
*
Buszka i sikora. Obydwa te p tak i były niegdyś p arą pięknych
dziewek, córkam i starej, bogobojnej wdowy, która utrzym yw ała się
uczciwie z przędzenia, szycia i p ran ia jako też z innej jeszcze ro
boty. Miała tylko te dwoje dzieci, z których starsza nazyw ała się
Małgosia, młodsza zaś T rin a 1). Chociaż była ubogą, w ychow yw ała
córki bardzo dobrze: były one bowiem zawsze schludnie ubrane,
posyłała ich pilnie do szkoły i kościoła a ja k podrosły uczyła ich
szycia, trzym ając je zdala od wszelkiego zepsucia przy sobie
w izdebce. Małgosia i T rin a rozw ijały się pięknie, ja k pączki róży,
a były zarówno pięknej urody jako też cnotliw e i pracow ite tak,
że sąsiadki staw iały je za przykład swoim córkom.
p Katarzyna.
— 309 —-
Gdy atoli m atk a zmarła, nie pozostało długo w checzy tak
spokojnie, ja k dotychczas bywało. H ulacy zaw ąchałi piękne, młode
dziewczęta a wiedząc, że stróżki, gołąbeczki strzegącej, niem a, n a
chodzili je w checzy, nie dawali im spokoju, aż skusili dziewczęta
do zabaw, pląsów i włóczęgowstwa po wsiach, co kosztowało pie
niędzy, więcej pieniędzy, aniżeli one igłą, choć były bardzo biegłe
i zręczne, zarobić mogły, więc zaczęły pom ału przysw ajać sobie
obce i — ach! — kradły w końcu.
Raz skradły p strą jedw abną spódnicę, która w isiała u sąsiadki
w oknie i sprzedały włóczącemu się żydowi. Ubogiego czeladnika
kraw ieckiego, u którego znaleziono dużo kaw ałków pstrej, jed w a
bnej tkaniny, oskarżono o złodziejstwo, zasądzono go i powieszono.
B iedak w isiał więc n a szubienicy.
W ieczorem w racały obydwie dziew ki w tow arzystw ie parobków
i dziewczyn z pląsów w iejskich a droga prowadziła je w łaśnie
wedle szubienicy. Jeden z tej grom ady zawołał lekkom yślnie:
— „K raw czyku! kraw czyku! drogo ci przyszło zapłacić za szmacie
jed w a b n e!“
Zaledwo atoli słowa te skończył, uderzył grzech ja k grom
w obydwie dziewki, które spraw iły śm ierć kraw ca. Runęły, ja k
m artw e n a ziemię a w szyscy in n i z grom ady pouciekali z trwogą,
ja k gdyby w szystkie p tak i z pod szubienicy pow siadały im na
karki. J a k opowiedzieli zdarzenie to w mieście, poszli ludzie na
one miejsce, lecz obydwóch dziew ek tam ju ż nie było.
B yły one zam ienione w ptak i: Małgosia w ruszkę, T rina
w sikorkę, gdyż pierw sza nosiła czerwoną jedw abną chustkę, T rina
zaś żółtą. Muszą więc teraz jako m ałe ptaszyny latać po lesie, cier
pieć głód i pragnienie, znosić upał i zimno a drżeć przed krogulcam i i sokołami, gadzinam i i żmijam i, przed strzelcam i i chłopcamiszkodnikam i.
Że te ptaszyny były niegdyś ludźm i, m ożna ju ż i z tego w i
dzieć, że zawsze lata ją koło checz ludzkich a często w latu ją przez
otw arte okna do izb i dają się tam łowić a w lasach, gdy tylko
zoczą człowieka, ofruw yw ają go świergocząc. Dawnego nałogu nie
pozbyły się naw et przybraw szy postać ptaszą, m ianow icie p rzy
sw ajania sobie o b cych.rzeczy. Są one owszem zawołanem i złodziej
k am i a gdy tylko ujrzą cokolwiek pstrego i nowego lub lśn ią
cego, w n et lecą tam i zaraz dziobkiem sięgają po zdobycz
a dlatego żadne inne p tak i nie dają się ta k prędko łowić w sidła,
ja k one.
— 310 —
T aka k a ra tra iiła obydwie dziewoje za to, że zanadto hulały
po odpustach i że je skusiła p stra jedw abna spódnica, za którą
niew innie powieszono biednego kraw czyka.
A rndt I. 3 6 0 .
❖
* •
*
Myszy królik. Raz był chłop jeden, który m iał syna nazw i
skiem Jochem. Był to oczajdusza pełen dzikości i psot, którego
n ik t nie m ógł okiełznać. Przytem był bardzo pięknej postaci ciała,
um iał składnie mówić i przym ilać się tak, że n ik t nie mógł m y
śleć, kto nie znał, co w nim siedzi za hultaj.
Tem lepiej mógł w ykonyw ać swoje psoty i kaw ałki, ponieważ
um iał się ta k złożyć, że naw et ludzi najm ądrzejszych i najroztrop
niejszych w yprow adzał w pole. Ojciec, który znał swojego ptaszka,
starał się usilnie nakłaniać go do pracy ; lecz gdy tylko m iał wolną
chwilę, zaraz był hultajem i Wszędzie było dużo narzekań na
niego. Stare przysłowie powiada jednak, że dzban nosi wodę ta k
długo, dopokąd m u się nie urw ie ucho. T ak też stało się i z Jochemem.
Pewnego dnia powrócił był z lasu i zaraz zaczął pogwizdując
i w yśpiew ując biedź przez pole. Był m roźny dzień zimowy i padał
śnieg. J a k on ta k dokazując leciał drogą w wądole, stał tam m ały
bielusieńki człowiek, bardzo sta ry i w yglądający nędznie, który
okropnie stękał i biedził się, nie m ogąc podnieść dużego kosza na
plecy. Gdy zobaczył Jochem a, był bardzo rad, prosząc go, by m u
pomógł, słow am i:
— „Kochany synu pomyśl, że i ty będziesz kiedyś starym i sła
b y m , więc bądź ta k dobry i pomóż m nie w sadzić kosz na plecy“.
— „Bardzo chętnie“ -■ rzecze Jochem.
Bierze więc kosz, w sadza go n a plecy starca, potem z tyłu
w yw raca z koszem w śnieg, śm iejąc się i wołając szyderczo:
— „Teraz ptaszku — pip! pip! leć, kiedy m ożesz“.
S tary człowiek pow stał z w ielkim trudem z śniegu, pozbierał
rzeczy, które m u pow ypadały z kosza a za uciekającym oczajduszą
krzy k n ął gniew nie:
— „Pip — pip — ptaszku ! P a n Bóg cię nauczy pipkać, bezbożny
chłopcze!“
I Bóg go istotnie nauczył, ja k starzec zaklął. Kiedy nazajutrz
rano Jochem z siekierą n a ram ieniu szedł do lasu, by rąbać drzewo,
m usiał iść znowu przez ten wądół. Przyszedłszy bliżej zrobiło m u
się jakoś dziw nie koło serca, ta k dziwnie, ja k nigdy jeszcze w ży
ciu. A choć dzień był ja s n y i słońce zimowe wschodziło właśnie,
— 311 —
ja k kula ognista, jem u zciemniło się w oczach, ja k gdyby to była
północ. Było to jego sum ienie złe, które się odzywało. W ięc zdało
m u się, że starzec wychodził z wądołu i krzyczał n a ń :
- „Piękny ptaszku, pipkaj !“ i ju ż chciał in n ą obrać drogę do
lasu. Je d n ak upór przezwyciężył. Myślał on sobie:
— „Czy ja tam zabił kogo, żebym m iał stronić od tej drogi“ —
i poszedł w wądół złowrogi. Lecz zaledwie stanął n a m iejscu, gdzie
wczoraj przewrócił starca biednego z koszem, ja k go coś nie p o r
wie i nie zacznie nim trząść ta k strasznie, że się gdzieś rozleciał
n a kaw ałeczki a te rozprysnęły się w powietrzu. W ięcej ju ż nie
wrócił i n ik t go więcej nie widział. Ludzie m yśleli, że porwał go
zły duch za jego złe uczynki i bezbożne psoty.
T ak jed n a k nie było, tylko spełniło się zaklęcie pokrzywdzo
nego starca i grzeszny oczajdusza zam ienił się w nikłe ptaszę
pipkające, które wciąż lata przez kierze i głogi lub tłucze się koło
checz ludzkich, m arznie i głód cierpi a wciąż pipita.
Ma siw y kubraczek podobny do swego kaftanika, ja k i nosił
będąc człowiekiem, a oczy jego, ja k były, są śm iejące, choć nieraz
chce się im płakać. Zowią go kpiąco m yszym królikiem , in n i szy
derczo w ielkim Jochem em , albo królikiem Janem , a także i po
krzyw nikiem , gdyż zwyczajnie w pokrzyw ach buduje swe gniazdko.
Ma teraz czas rozm yślać nad swem i grzecham i, gdy w iatr huczy
a śnieżna zadym ka szaleje, on zaś m usi siedzieć n a gołych głogach
lub płotach i p i p k ać . Dzieci słyszą go często śpiew ającego a zaraz
przypom ina im rzecz z Jochemem.
Śpiewa on:
Pip ! pip ! pip !
Jabłka dojrzały,
Gruszki zżółkniały,
Woni słoninka,
Ciepła izbinka,
A Janek wiedzie pod rękę Trino.
Pip ! pip ! pip ! Trim; !
Suknia ma cienka,
Noc dla mnie męka,
Płot moje łoże —
Gdzie głowę złożę?
Wśród zimna, mrozu zginę !
A Janek wiedzie pod rękę Trinę !
Pip ! pip ! pip ! Trinę !
A j a biedny ginę !
Pip ! pip ! pip !
Podług A rndta.
— 312 —
Flądr. P ta k i w ybrały sobie króla, rybom była zawiść, więc
chciały uczynić ja k one. Uchwaliły, że w zsystkie ryby m ają się
zgrom adzić w wielkiej wodzie i p ły n ąć n a w yścigi, kto najdłużej
zdoła pływać, będzie królem.
J a k ustanowiono, ta k się stało. Ryby zgrom adziły się w morzu
i pływ ały współzawodnicząco, lecz w iększa ich część była po krót
kim czasie zmęczoną i pozostała w tyle. Lecz i te nieliczne ryby,
które pozostały na placu, m usiały w końcu ustąpić jednem u, który
pod względem w ytrw ałości przew yższył w szystkie, m ianowicie śle
dziowi, który tym sposobem został królem ryb.
Pom iędzy pozostałym i w tyle znajdow ał się także flądr. P rzy
wiązał sobie fartuch, żeby lepiej płynąć, je d n a k osiągnął tem tylko
tyle, że się przewrócił n a bok i praw ie wcale nie posuwał się
naprzód. Mimo to krzyczał wciąż :
— „Ja będę królem ry b ! j a będę królem !“
Od tego czasu m usi flądr pływ ać zawsze bokiem i m a pysk
krzyw y.
Opowiadał m i Jan Wedte w Wejherowie.
*
iii
+
Król gadów. W ładzcą gadów je s t król gadów. Nosi on piękną,
prześliczną koronę na głowie, k tóra lśni i błyszczy się, ja k szczere
złoto.
Raz ośmielił się i założył jed en człowiek, że może zakląć
w szystkie płazy w jedno koło tak, że nie będą śm iały przekroczyć
granicy. W y tk n ął więc koło, w szedł w nie i zaczął odm aw iać za
klęcie. Jakoż w szystkie gadziny, jaszczu rk i i robactwo powyłaziło
z dziur i zwaliło się ćm ą w one koło. Człowiek ten opuścił przez
pom yłkę jedno słowo w zaklęciu a to stało się jego zgubą, gdy
oto zbliża się nagle król gadów z lśniącą koroną n a głowie, toru
ją c sobie drogę całą grom adą płazów i idzie w prost n a tego czło
wieka. Gdy gady to ujrzały pełzają w szystkie za swoim królem
rzucając się n a czarodzieja, którego nie tylko na śm ierć zakąsały,
lecz całkiem zjadły.
Raz jeździec jed en zoczył króla gadów. Zlazł prędko z konia,
odrąbał m u łeb, schwycił koronę i pocwałował dalej. Chcąc pom ścić
króla, rzuciło się m nóstwo gadów w pogoń za jeźdzcem . Na szczę
ście dotarł ten do wsi i spostrzegł praczkę gotującą ług w kotle.
W trw odze rzuca koronę we w rzątek a gady n a łeb n a szyję lecą
za koroną w kocioł. To było jego szczęście, gdyż w szystkie popa
rzyły się. n a śm ierć a korona została jem u.
Kulm .
*
*
'
*
•
— 313 —
Kraj bocianów i jak piekarczyk stał się tam bocianem. Dokąd
bocian odlatuje w jesieni, tego żaden człowiek nie wie z pewnością.
Ludzie bardzo starzy opowiadają : Daleko, daleko n a południe, znaj
duje się szeroka pow ierzchnia wody. Ja k w ędrow iec tam się do
stanie, pobudza go coś w ew nątrz do klaskania w ręce. Zaledwo
aioli to uczynił, unosi się ju ż jako bocian wysoko w powietrzu,
przelatuje morze i osiada n a drugim jego brzegu jako człowiek.
W szyscy tam m ieszkający ludzie zam ieniają się na wiosnę w bo
cianów i pod tą postacią spędzają lato w naszych okolicach.
Ongi pewien piekarczyk, ochoczy do pątnictw a, ’w ten sposób
dostał się do ziem i bocianów. Zdziwiony pytał w najbliższej wsi,
gdzie się w łaściw ie znajduje. N ikt jed n a k nie rozum iał jego mowy.
W końcu dotarł do piekarza a ponieważ ten odgadł, że obcy n a
leży do jego zawodu, przyjął go do roboty. Życie w osobliwym tym
k ra ju podobało się jem u, gdyż z czasem nauczył się gw ary m iej
scowej. W końcu atoli ogarnęła go tęsknota za domem, więc prosił
swojego pana, by m u pozwolił odejść.
— „Teraz — rzekł ten - nie idzie. Mam w łaśnie odbyć w ielką
podróż, k tóra trw ać będzie pół roku. Zgłoś się na rok przyszły
a w tedy rzecz załatw im y“.
Piekarczyk zgodził się na to, pan jego odjechał i wrócił do
piero za sześć miesięcy. Gdy przyszedł czas, przypom niał czeladnik
piekarzowi dane m u przyrzeczenie.
— „Chętnie zezwalam, — odpowiada m u — gdyż tym razem
odbędziemy podróż razem “.
Kiedy stanęli n a brzegu morza, m usieli mimowoli klasnąć
w dłonie. N atychm iast stali się bocianam i,.lecieli przez morze i przy
byli do ojczyzny czeladnika piekarskiego, lecz i tu pozostali bocia
nam i i czeladnik żyw ił się przez całe lato żabam i a klekotał dzio
bem, jak każdy in n y bocian. Dopiero, gdy z panem swoim wrócił
w jesien i do ziemi bocianiej, odzyskał daw ną postać. A ja k m u
poszło w tym roku, szło m u ta k samo i później. Mógł on tylko jako
bocian opuszczać ziemię bocianią. J a k chciał być znowu człowiekiem,
m usiał przelatyw ać przez wielkie morze.
Z P om orza zachodniego. Jahn 4 6 4 .
' ¡¡fi:
; ■*
‘
:¡:
Sokół raróg był swojego czasu dum nym , zuchw ałym rycerzem ,
ciemięzcą ludzi, ta k znienaw idzony przez chłopów, że jeszcze zawsze
„junJcrów“ zowią raro g a m i1). Raróg m iał najpiękniejsze zam ki
*) W narzeczu dolno-niemieckiem Blagfoot (Blaufuss).
-
314 -
i dobra, mimo to nieznał litości i m iłosierdzia dla ubogich a żaden
żebrak nie- śm iał przestępow ać jego progu. N aw et czart z piekła
nie był by się odważył wyciąć sobie laski w jego lasach. N aj
większą radość spraw iało m u, jeśli m ógł gnać w najw iększą za
dym kę lub podczas najszaleńszej burzy chłopów i najem ników na
pole lub do lasu.
W końcu otrzym ał nagrodę. Śm ierć zapukała do drzw i jego
a z nią przyszedł czart z grom adą piekielnych duchów po duszę
potwora, by ją n a w ieki osadzić w piekle. Lecz pam ięć o nim
m iała pozostać n a ziemi, więc P a n Bóg zam ienił syna dzikiego
„ ju n k ra “, który także był praw dziw em dziecięciem czartowskiem ,
w ptaka, m ianowicie w raroga. Podczas kiedy ojciec sm aży się
w piekle, lata syn krzycząc przeraźliw ie w pow ietrzu a cierpiąc
głód i m arznąc. Inne ludy sokołów i czapel są wesołe i dobrze im
się dzieje. Gdyż kiedy zim a m roźna nadciąga, odlatują praw ie
w szystkie p tak i daleko za m orze w k raje ciepłe a w racają dopiero
n a wiosnę, gdy ju ż niem a śniegów i mrozów. Raróg m usi zostawać
i latać ponad rozległe, śniegiem pokryte przestrzenie i czyhać
a czyhać, by się dochrapać chudej m yszki lub małej ptaszyny.
Musi czyhać, gdyż łotr nie może upolować sobie nic lepszego. P an
Bóg za karę dał m u ciężkie skrzydła.
Gdy ludzie złego „ ju n k ra “ w idzą lecącego, w ołają doń szy
derczo :
— „Rarogu! rarogu! ja k ci sm akuje kocie jad ło ? czy dobre są
m y sz y ? “
Musi w szystko znosić i żyć w pognębieniu on, dzieci jego
i pra-pra-w nuki po wsze czasy.
A rn d t I I . 2 0 .
*
*
*
„Nie k a ra “. P rzez morze wod Р и сім przepłynął njekara; a to bel
w ilk, ale me rzeczeme njekara. A w on to wowce j ó d l T ak me przestawile tu ja d ro wod jednego m orza do dregjego, cobe jego wucKwacic.
T a k ten njekara przeszedł w to jadro; a têj m e jego zds wustrzelele
w tern jądrze.
Chałepe w okręgu W ejherowskim. Genowa 1 5 9 .
*
*
*
Dlaczego dymówki m ają czerw oną plamę pod gardłem. Dym ówki
zawsze były bardzo ciekawe, L atały ciągle po przed okna, by w i
dzieć co się w checzach dzieje i zaspokoić ciekawość. Ziębę gnie
— 315 —
wało to. Sprowadziła więc sobie beczkę czerwonej farby a pod nią
nap isała: „W ew nątrz znajduje się tu tajem nica“.
Zaraz przyleciały dym ówki i zaczęły zaglądać do otworu
wierzchniego beczki. Zięba siedziała w blizkości, przybiegła prędko
i szturchnęła je głową w otwór. Od tego czasu m ają dym ówki
czerwoną plam ę pod gardłem .
*
Okrąg Nowogardzki. Ja h n 4 7 4 .
*
*
Polny konik. Była raz sobie księżniczka, która dzikie prow a
dziła życie. Cały dzień tłu k ła się n a ognistym rum aku, goniąc po
polach i łąkach. Pewnego dnia przejeżdżała przez bór ciemny.
W yszedł k u niej m ały człowieczek i błagał ją o jałm użnę. Lecz
dziewica tw ardego serca nie chciała sobie przeszkadzać w rozrywce,
w ięc ofuknęła człowieczka, żeby jej zeszedł z drogi.
J a k ten nie ustępow ał, napięła konia ostrogam i i przejechała
go. Zaledwo spełniła zbrodnię, słyszy głos um ierającego człowieczka
w ołający :
— „Poniew aż byłaś ta k okrutną, więc tłucz się z twoim koniem
wiecznie po puszczy!“
N atychm iast zam ieniła się księżniczka i jej koń w jętka,
który n a pam iątkę tego zdarzenia zowie się po dziś dzień polnym
konikiem . Dopiero n a sądzie ostatecznym zniknie zaklęcie a polny
konik odzyska pierw otną postać.
Z B u jn y . Ja h n 4 8 S.
*
•Jí .
*
Pająk. I. P ająka nie wolno zabijać. Je st to św ięte stworzenie,
gdyż raz uratowało C hrystusa z wielkiego niebezpieczeństwa. Gdzie
i kiedy się to stało, tego ludzie ju ż niewiedzą. P a jąk je s t dosko
nałym wróżbitą. Pow iadają o n im :
Gdy się pająk z rankiem zjawi,
To cię roju trosk nabawi ;
Gdy wieczorem się ukaże,
Pokrzepieniem cię obdarzy.
A w południe pająk mały
Daje szczęście na dzień cały.
Ludzie widząc pająka w ołają do niego:
Pajączku mój !
Stójże, stój !
Chcesz szczęście mi dać,
To będziesz stać.
— 316 —
Nie chcesz mi szczęścia dać,
Nie będziesz stać.
I pójdziesz dalej,
My będziem płakali!
Potem bardzo uw ażnie przy p atru ją się ruchom pająka a podług
tego, czy stoi lub biegnie, urządzają dzieło dnia.
Z Pom orza zachodniego i B u jn y .
II. Chłop jed en odebrał w m ieście wielki spadek i w racał
z w ielkiem i pieniądzm i do domu. Ludzie źli dowiedziawszy się
0 tern, czyhali n a niego w lesie, by go zabić a potem ograbić.
Schowali się więc w gęstw inie drzew i tam um aw iali się, ja k m ają
w ykonać zbrodnię, co nie szło im gładko, bo jed e n chciał tak, drugi
inaczej, więc głośno poczęli się spierać ze sobą. Chłop ów w łaśnie
przybył n a to m iejsce i w ogromnej swej trw odze słyszał, ja k
wiedli spór o jego skórę. Chroniąc się schował w pień wydrążonego
dęba a gdy tam ju ż siedział w ukryciu, wylazł duży pająk i za
czął zasnuw ać otwór w drzewie przędąc n itk ę po nitce tak, że
pokrył go gęstą pajęczyną.
Tym czasem zbójcy porozum ieli się pom iędzy sobą i zam knęli
drogę. Lecz kto nie przychodził, to chłop bogaty, na którego czy
hali. B iegła godzina za godziną, nadszedł wieczór, a ciągle nie
było go jeszcze.
— „Zapewne gałgan podsłuchał nas — mówi z nich jed en —
1 schow ał, się gdzieś. Chodźcie, będziem go szukali“.
P rzetrząśli cały bór, lecz nigdzie nie mogli go znaleść.
W końcu przychodzą do onego dębu wydrążonego.
— „Zapewne tu siedzi“ — pow iada ich herszt i już chce zaglądać
bliżej. Lecz wszyscy in n i poczynają się śm iać m ówiąc:
— „Ach, jak iż głupiec z ciebie! czyż nie widzisz, że dziura w dę
bie cała zasnuta grubą pajęczyną. Gdyby tam właził, byłby ko
niecznie zdarł pajęczynę“.
Słowa były przekonyw ające, więc herszt zaniechał bliższych
oględzin dęba. Zbójcy czatowali jeszcze przez pew ien czas, potem
z próżne mi rękam i poszli do domu. Chłop był zatem, przez roz
tropność i chytrość m ałego pająka, uchroniony od niechybnej
śmierci.
P ająk ju ż niejedno dobrodziejstwo w yrządził ludziom a dlatego
nie godzi się niszczyć swawolnie jego mozolnej pracy a zbrodnią
byłoby zabijać zwierzę. Ktoby to uczynił, nie ujdzie ostrej kary.
Z Pom orza wschodniego. Tenże 4 9 9 .
