4078fb06bbbcd4d125fc56cfeaa6ad2f.pdf

Media

Part of Legenda o zameczku w Bełzie / Lud, 1902, t. 8

extracted text


L e g e n d a

o

Í7 i

~

z a m e c z k u

w

B e łz ie ,

Nim p rzejd ę do w łaściw ej leg en d y , nie od rzeczy będzie
w spom nieć coś o sam em m ieście B ełzie i je g o h isto ry i. O kolice
m iasta B ełza, jak o też i sam o m iasto b y ło zam ieszkane jeszcze
w zam ierzch ły ch czasach przed narodzeniem C h ry stu sa P a n a .
D ow odem te g o p rz ed m io ty staro d a w n e, szczególnie p ien iąd ze
g re c k ie i rzym skie, k tó ry c h p ra w d ziw a k o p a ln ia znajduje się w e
w si L isk ach , położonej 17 k ilo m etró w n a pó łn o c od B ełza tuż
n a d sam ą g ra n ic ą K ró le s tw a P o lsk ie g o . W L isk ach je st n ajw y ż­
szy p u n k t w p o w iecie sokalskim , je st to m o g iła obecnie zaorana.
N ieraz w ieśn iak w yjdzie z p łu g ie m w p o le i w yorze z ro li sre b rn y
w y p u k ły g u zik , lu b m ały p ien iążek z głó w k ą. N a w y p u k ły c h
p ien iążk ach są n a p isy g re c k ie i g łó w k a z hełm em , z pod k tó re g o
w y d o b y w a ją się d łu g ie loki. S ą to p ien iąd ze eg in ety ń sk ie. Zaś
n a m niejszych p ien iąż k ach w y b ite są g ło w y cezarów rzym skich,
ja k o to : T y b e ry u sz a , P iu sa , A u re lia n a i T ra ja n a . L u d n a z y w a te
p ien iąż k i: Iw a n ew a hołow ka. N azw a ta pochodzi z czasów J a n a
K azim ierza. W y b ija n o w ten czas m iedziane p ien iążk i z g ło w ą
teg o ż k ró la , dla te g o n azy w an o je od im ienia je g o : Iw a n ew a
h o ło w k a. L u d p rz en ió sł tę nazw ę n a ow e sre b rn e p ieniążki
i m ów i, że to je st g łó w k a św ięteg o J a n a C hrzciciela. W ie śn ia c y
ch o w ają te pieniądze, iako relik w ie, lu b am u le ty m ów iąc: »Szczę­
ście tam p rzeb y w a, gdzie ta k i p ien iążek się znajduje« i nie łatw o
je s t ta k i p ien iążek dostać. W ie lk i zb ió r ty c h p ien iążk ó w z tu te j­
szej o k o licy znajduje się w M uzeum ś. p. h ra b ie g o W ło d zim ierza
D zied u szy ck ieg o w e L w ow ie. R z y m sk ie p ien iąd z e d o sta ły się tu
alb o d ro g ą h an d lo w ą, albo też ja k o h aracz rzy m sk i d a n y D akom
przez cesarza D o m icyana, a b y o k u p ić p o k ó j u sław n e g o k ró la
D ecéb ala. W p ra w d z ie n a tu ra ln ą tw ierd z ą i głó w n em ich sied li­
skiem b y ł S ied m io g ród, lecz p an o w an ie ich sięgało d alek o na
półn o c, aż p o za K a r p a ty i w w ojsku D e céb a la w iele S ło w ia n
służyło. P óźniej cesarz T ra ja n p o b ił D a k ó w i zbudow ał d ro g ę
w o jsk o w ą do D acy i i ów sław n y m ost n a D u n a ju p rz y Żelaznej
B ram ie. O d te g o też czasu p oczęły coraz bardziej n a p ły w a ć
w te stro n y p ien iąd ze rz y m sk ie aż do czasów S ew era. P óźniej­
szych p ien ięd zy tu już nie znaleziono. Zato znajdują tu k rz e ­
m ienne to p o ry , noże, o strza do strzał i k o ra le starosłow iańskie.
H a n d e l trw a ł tu aż do najścia dzikich lu dów z A zyi ja k
H u n ó w i A w a ró w , czyli O brów . Z zam ierzchłych ty c h czasów

-

172



p o zo stała jeszcze p a m ią tk a ; je st to za b aw a dziecinna ro zpow szech­
nioną w całej G alicyi, D zieci b aw ią się w b o b ra i śp iew ają:

»0 mój mity bobrze
Schowajże się dobrze,
Od niedzieli do niedzieli,
By cię charty nie widzieli,
Bo jak się dowiedzą,
Ręce- nogi ci objedzą.«

Ś p ie w k a ta nie odnosi się do czasów , g d y u nas b y ły sław ne
b o b ry , ale do o w ych strasz n y ch O brów , k tó rz y żyli k o sztem
uciem iężonych przez nich ludów , a g d y ich później K a ro l W ie lk i
ro zb ił i rozpędził, te d y k ry li się po b a g n a c h , a m ściw y lu d ich
w y ław ia ł i w y n iszczy ł do szczętu i stąd p o w sta ła ow a p io sen k a
i zab aw a dziecinna.
N a w id o w n ię dziejow ą w ychodzi. B ełz dopiero za czasów
p ierw szy ch chrześcijańskich k ró ló w polskich. N ależał on do ta k
zw an y ch g ro d ó w C zerw ieńskich i b y ł p ie rw o tn ie w p o siad an iu
k ró ló w po lskich, ale później d o sta ł się w p o siad an ie Ja ro sła w a
M ąd reg o w r. 1030. i w raz z in n y m i C zerw ieńskim i g ro d am i
dzielił lo sy in n y ch k sięstw ru sk ich .
W czasie ro z p ad n ięcia się R u s i n a d ro b n e k sięstw a s ta ł się
B ełz osobném księstw em , a je g o w ład c y b y li ściśle sp o k re w n ien i
z P iastam i. K sią ż ę ta bełzcy w ład a li B ełzem przeszło 200 lat.
Je d n y m z najsław niejszych b y ł W sz ew o ło d i A lek sa n d er. Z ro d u '
te g o po ch o dziła G rzy m isław a, m ałżo n k a L eszk a B iałego. P o d czas
p ierw szeg o n a p a d u T a ta ró w r. 1241. u le g ł i B ełz, a m ieszkańcy
ch o w ali się w n ied o stęp n e puszcze i b a g n a W n ie k tó ry c h w siach
p o zo stały po nich jeszcze w sp o m n ien ia: W e wsi L iskach je s t
n iew ielk i lasek , zw an y Czepiec. T am T a ta rz y m ieli swój M ajdan
(w yrażenie m iejscow e) i w o łali: »H ryciu, a ch o d y siuda, wże nem a
T ata riw « . J e śli te d y , k tó ry z ludzi w y sta w ił gło w ę z b a g n a , lub
z zarośli, te d y go T a ta rz y zabijali, lu b n a w e t pożerali. T a ta r b y ł
szczeg ó ln ie ła s y n a m łode i ła d n e dziew częta, ty c h bow iem zja­
dano (brano w jasyr). B ardzo zbłoconych ludzi nie chcieli b ra ć.
R a z przy szedł do c h a ty g ło d n y T a ta r (opow iadał to K o ro l, g o ­
sp o d arz .z L isek, s ta ry i bardzo uczciw y człow iek) i chciał jeść.
B ab a p o k az ała m u beczkę z barszczem . T a ta r się nach y lił, a b a b a
g o za n o g i i k o m iť h o ło w o ju u to p iła , ale k o ń ta ta rs k i sp ro w a ­
dził in n eg o T a ta ra , k tó ry w szedł do c h a ty i p y ta ł, g d zie jeg o
p rzy jaciel. B ab a p o k d za ła mu beczkę. T a ta r n a c h y lił się dq

-

ИЗ

-

barszczu, a ta go znów chap za nogi i utopiła. T ak baba dwom
T atarom radę dała.
T a ta rz y ta k zniszczyli ziem ie bełzkie, iż w czasie objęcia
ty c h ziem przez K a zim ie rza W ie lk ie g o w ro k u 1340. b y ły o k o ­
lice te p ra w ie całk iem w y lu d n io n e. Za czasów W ła d y s ła w a J a ­
g ie łły w ład a ł tą ziem ią książę Z iem ow it M azow iecki z ro d u P ia st.
O braz te g o zacn eg o m ęża w isi d o ty ch czas w z a k ry s ty i w kościele.
P o s ta ć k sięcia w y m alo w a n a w n atu ra ln ej p o staci klęczącej, w r ę ­
k a c h trzy m a k o ro n k ę i m odli się. S p ra w ia on h a w idzu w ielkie
w rażenie. O sobliw ie tw arz je g o p ięk n ie u d an a . Z iem ow it M azo­
w iecki b y ł ty c h ziem praw dziw ym dobroczyńcą. S ta ra ł się on
przed ew szy stk iem o zap ew n ien ie d o b ro b y tu d la m ieszkańców .
S p ro w ad z ał w ięc n o w ych o sad n ik ó w z pod W a rs z a w y i rzem ieśl­
ników z N iem iec. Z ałożył w ro k u 1384. m iasto S o k a l n ad B ugiem .
D o B ełza sp ro w ad ził 0 0 . D o m in ik an ó w i P P . D o m in ik an k i
w ro k u 1386. i u p o saż y ł ich w siam i, dając im L iski, W itk ó w
p o d B ełzem , P rzew o d ó w , K o ścia szy n i R a d k ó w obecnie już za
k o rd o n e m M ajętność ta p o zo staw ała w ich rę k u aż do ro k u
1784, w k tó ry m to ro k u cesarz Jó z e f II. zniósł o b a k laszto ry ,
a d o b ra ich n a d a ł p a n u M ajew skiem u. Za czasów R zec z y p o sp o ­
litej polskiej b y ł B ełz w ojew ództw em nadzw yczaj obszernem .
C zytając h isto ry ę P o lsk i, s p o ty k a m y się ze sław nem i n azw iskam i
m o żnych ro d ó w i p an ó w , k tó rz y nosili ty tu ł w ojew odów bełzkich.
M ieszkańcy tu tejszy ch okolic b y li zaw sze w ierni K o ro n ie polskiej
i z orężem w rę k u dzielnie b ro n ili g ra n ic ojczyzny. N a p a d S zw e­
dów n a C zęstochow ę sp o w o d o w ał k o n fe d era cy ę w T yszow cach,
k tó rą zw ołali R e w e ra i L a n c k o ro ń sk i; T yszow ce n ależ ały do
w o jew ó d ztw a bełzk iego. M ieszczanie tu tejsi bez w z g lęd u n a ob­
rz ąd ek zach o w ali d o ty ch cz as d aw n ą dum ę i n ik tb y nie poznał,
iż p o d sk ro m n ą k a p o tą m ieszczanina bełzk ieg o k ry je się oprócz
u czciw ego i zacn eg o serca tak że ow a tra d y c y jn a dum a szlach ty
polskiej.
O t n ied aw n o tem u m iałem św ieży p rz y k ła d . P ew ien uczeń
obrz. g r. nazw iskiem L... zasłużył za zb y tk i, ja k to zw y k le u ch ło p ­
ców b y w a , n a p lag i. D ru g ie g o dnia p rzy szła m atk a i prosi, jeślib y
s y n jej po raz d ru g i coś zw ojow ał, b y nie k a ra ć w klasie, ale
g d zieś n a osobności, »bo m y szlachta polska« m ówi. A to ta k a
szlach ta o k tó re j m ów ią:
»A gdzie twoja matuś ?«
»Poszli prać, obiecali suchej rzepy dać.«



174



T a szlachetna duma, to trad y cy jn y zabytek daw nych czasów,
a kto ją w sercu zachowa, ten nie ta k łatw o zejdzie na bezdroża.
M iasto Bełz leży m iędzy dwom a rzekam i Sołokiją i R ze­
czycą; niegdyś było otoczone wielkiem i błotam i i lasami. W e ­
w nątrz m iasta jest kościół i cerkiew m urow ana i w ielka synagoga,
dziś tu bowiem m ieszka wiele Żydów. N a wschód od m iasta
leży Zameczek. Jest to niew ielki p ag órek, należący do tutejszego
mieszczanina Żarskiego i K ozłow skiego. B y ło to dawniej rzeczy­
wiście miejsce obronne. Dziś z daw nego zam ku nie pozostało
ani śladu, chyba tylko gruzu i jakichś starych kaw ałków cegły
dokopać się tu można. Zato utrzym ał się tu piękny drew niany
kościółek, w którym mieści się cudow ny obraz M atki Boskiej,
słynący szeroko z odpustów i cudów.
W kościółku tym b y ł niegdyś obraz M atki Boskiej Często­
chowskiej, nie dziw ota więc, iż w czasie najazdu Szw edów na
Częstochowę m ieszkańcy stanęli w jej obronie, grom adząc się
w Tyszow cach pod sław nym i i nieustraszonym i wodzam i p o l­
skimi. Co się zaś tyczy sam ego obrazu M atki Boskiej Często­
chowskiej, rzecz się m a tak : Obraz ten miał m alować św ięty
Łukasz na cedrow ym stole. D ługi czas b y ł on w przechow aniu
u cesarzów bizantyńskich w K onstantynopolu. Od nich to jeden
z książąt bełskich dostał ten obraz w podarunku i osadził go na
Zameczku, Lud przychodził tu całemi grom adam i i doznaw ał
wszelkich łask. Za czasów panow ania króla L udw ika w ęgier­
skiego w ładał ziemią bełską W ład y sław Opolczyk, Ten w yw iózł
obraz ten z Bełza i chciał go wywieźć daleko na Śląsk, czy
gdzieś aż na Niemcy, ale M atka B oska nie dozwoliła, b y ją
z granic Polski wyw ieziono i została p a tro n k ą polską w mieście
Częstochowie na Jasnejgórze. Od tego czasu zasłynął klasztor
Jasnogórski cudami i lud z całej Polski tu się grom adził na
liczne odpusta. Lecz i w Bełzie pam ięć o tym sław nym obrazie
dotychczas pozostała, gdyż zam iast o ryginału jest w kościele na
Zameczku podobny obraz. Na święto M atki Boskiej Jagodnej
zjeżdża się tu m nóstwo narodu naw et z odległych stron, b y się
tu pomodlić. Sam kościółek jest na podwyższeniu. U stóp Za­
meczku ściele się obszerna rów nina. Z dwóch stron oblew a Za­
meczek Sołokija i ta k zw ana N ow a rzeka. Je st to fosa um yślnie
w ykopana w celu obrony jeszcze w daw nych czasach. Mówiono,
iż na rów nince obok kościółka m iały być wielkie sk arb y zako­
pane, teraźniejszy właściciel tej rów niny p. K ozłow ski kopał tu
w kilku miejscach, lecz prócz kam ieni i cegieł niczego więcej
się nie dokopał. 0 tem miejscu krąży następująca legen d a.

-

175

-

Bardzo dawno już temu m ieszkał w tutejszej okolicy na
Zameczku w Bełzie bardzo b o g a ty pan, posiadający ogrom ne
skarby. M iał on żonę i jednego syna imieniem Jan. (Dziwne to,
żę w opow iadaniach ludow ych imię Ja n przychodzi zawsze, g d y
bohater w ystępuje w roli dodatniej; jeśli bohater głupi, tedy ma
imię M aciuś; jak z cichapęk ted y W ojtek.) M ieszkał on na
zamku i miał wiele służby i wojska dla jego obrony. S yn kształ­
cił się początkow o w domu, lecz g d y podrósł, w ysłał go ojciec
daleko, daleko aż do P ary ża na naukę. K ilk a lat tam Jaś p rze ­
byw ał i kończył w ysokie szkoły. Tym czasem rodzice starzeli się
i pisali do syna, b y jak najprędzej w racał do domu, zwłaszcza
że wtenczas panow ała w kraju cholera, a rodzice obaw iali się,
b y po’ ich śmierci nie skrzyw dził kto ich syna w czasie jego
nieobecności. P oczty w tedy nie było i listy trzeba było w ysyłać
um yślnym posłańcem . Otóż nie tak prędko m ógł syn do domu
powrócić, zwłaszcza że lubiał on wojażować. Tym czasem straszna
cholera chodziła od m iasta do miasta, od wsi do wsi i zaglądała
do chat i dworów. B yła ubrana w białe szaty, a g d y weszła
nocną porą do chaty przez zam knięte drzwi i spostrzegła śp ią­
cych ludzi, tedy p y tała: »Czy ćpicie?« G dy nikt się nie odezwał,
tedy potrząsła chustką i rzekła: »Spijcieże śpijcie« i nikt już się
z nich nie przebudził. R az zaglądnęła do jakiejś chaty, tam spała
złośliwa baba, dziadów ka W arw arka. Przyszła cholera i p y ta :
»Czy śpicie?« A W arw ark a jak w rzaśnie: »A pójdzież ty stara
w ym okła dyablico!« Cholera przestraszona, podskoczyła w ysoko
i uciekała daleko, krzycząc i wrzeszcząc: »Oj gw ałtu W a rw ark a
się gniew a!« T ak zaleciała aż do Żółkwi i ta k się mściła, że ze
w szystkich mieszkańców został tylko ksiądz, co się cholery nie
b ał i chodził od chaty do chaty, szukając żywych, aż znalazł
w jednej chacie obok zmarłej m atki trzyletnie dziecko. W ziął je
na rękę i zaniósł do swego domu. Im nic nie było. G dy cholera
z Be,łza uciekła, już tu nikt nie umarł. Nie ta k szczęśliwie po­
szło jednak z rodzicami Jasia. Ci czując się już chorym i, spisali
cały m ajątek i w szystko testam entem przekazali Jasiow i. W y k o ­
naw cą tego testam entu miał być stryj Jasia, k tó ry b y ł zarazem
rządcą w Zamku. W kilka dni później pom arli rodzice Jasia, nie
pożegnaw szy się ze swoim synem.
Jasio nie m ógł zaraz wrócić, bo czekał na egzamin. Nim
wrócił, upłynęło coś z pół roku. G dy w rócił do domu, płakał
bardzo za rodzicami, lecz to już mu rodziców nie wróciło. S tryj
przyjął go nie ja k .pana, ale ja k gościa. Po jakim ś czasie p o b y tu



І76



sw ego n a zam ku, chciał g o J a ś objąć w po siad an ie. L ecz n ie g o ­
d ziw y s try j p o k a z a ł m u sfałszo w an y te stam en t, w k tó ry m stało
n ap isan e, że ca ły m ajątek ze w szy stk iem i d o b ra m i n ależ y się
stry jo w i, sy n o w i zaś zapisują 1000 d u k ató w , k o n ia i pierścień.
U sły sza w szy to Ja ś, g o rz k o za p ła k ał, lecz cóż m iał ro b ić ? W z ią ł
p ieniądze, w ło ży ł p ierścień n a p alec, s ia d ł n a k o n ia i p o jech a ł
w św ia t za oczy szu k ać szczęścia m iędzy cudzym i ludźm i. —
Jedzie, jedzie, aż zajechał gdzieś n a d ru g i k ra n ie c P o lsk i, g d zieś
■n a K u ja w y , czy jak ieś inne d e b ry i sta n ą ł n a n o c le g w ja k ie jś
b ard zo p ięk n ej o b erży t. j. gospodzie. O b o k tej g o s p o d y s ta ł
jeszcze p ięk n iejszy p ałac , czy zam ek, lecz w o k n ach b y ły tam
p u s tk i, ja k b y tam żyw a dusza nie m ieszkała. W istocie w zam ku
ty m od trzy d z iestu la t coś strasz y ło . W id z ia n o p o nocach, ja k
p o k u ry ta rz a c h i p o k o jach w a łę sał się i trz a sk a ł d rzw iam i d a w n y
p a n te g o zam ku. N iejeden śm iałek, k tó ry chciał tam nocow ać,
zo b aczyw szy ja k ie ś straszy d ło , uciekał, lu b n a w e t życiem p rz y ­
p ła c ił sw ą o d w a g ę i zam ek zu p e łn ie opustoszał. J a ś zaś o tern
nic nie w iedział. G d y te d y J a ś sam je d e n bez żadnej słu żb y do
o b erży zajechał i p ro sił o n o c le g d la siebie i sw eg o k onia,
u p rzejm y g o sp o d arz, k tó re m u p ię k n a p o sta w a i śm iałość J a s ia
się p o d o b ała, niczego m u n a w ieczerzę nie sk ąp ił, ani ja d ła , ani
w ina, an i m iodu. P o w ieczerzy za p ro w ad ził J a s ia do zam ku.
K u ry ta rz e i p o k o je b y ły tam zaprószone, a t a k b y ło cicho, że
ty lk o o d g ło s ich k ro k ó w b y ło słychać. Z robiło to niem iłe w ra ­
żenie n a Ja siu , lecz nic nie m ów ił, ale szedł śm iało n ap rzó d .
U p rz ejm y g o sp o d a rz za p ro w ad z ił g o do najpiękniejszej k o m n aty ,
w sk azał m u prześliczne ło że do sp an ia, p o w ie d z ia ł: »D obranoc«
i odszedł czem prędzej. J a ś p o ło ży ł się do łóżka, a le choć m iał
dobrze w czubku, nie m ó g ł zasnąć. N a stole św ieciła się św ieca,
w ięc zaczął się ro z g lą d a ć po cały m p o k o ju . N a ścianie w isiały
p o r tre ty i żelazne zbroje, k rz esła b y ły z ło tą m a te ry ą o k ry te,
a z b o k u n a ścianie w isiało o g ro m n e sre b rn e lustro. T e d y J a ś
p o m y śla ł: »A lbo te n g o sp o d arz m a m nie za b ard zo znacznego
p an a , k ie d y m nie tu um ieścił, alb o coś w tem jest«. I nie m ó g ł
zasnąć. T y m czasem z e g a r w k ą c ie c ią g le ty k o ta ł : ty k , ty k , ty k ,
ty k i w y b ił n ap rzó d d ziew iątą godzinę, p o tem dziesiątą, b a już
i je d e n a stą — a tu cisza dokoła, żeb y choć m ysz zapiszczała,
św ierszcz św ierk n ął, k o m ar zabrzęczał, nic a nic, ty lk o z e g a r
coraz g ło śn iej i straszliw iej ty k , ty k , ty k , ty k . W te m ja k o ś
około p ó łn o cy usłyszał Ja ś, że n a dole n a k u ry ta rz u k to ś drzw iam i
trz a sn ą ł i ciężkim chodem szedł po k u ry ta rz a c h i schodach coraz

— 177



w yżej i coraz bliżej. Z aczyna się o tw iera n ie drzw i i jed n e
drzw i trzask , d ru g ie trz a sk i ta k przez w szystkie po k o je trzask.
N areszcie o tw iera ją się drzw i do Ja sio w e g o po k o ju i w e drzw iach
sta n ą ł człow iek o g rom nej postaci, z czarn ą b ro d ą , d łu g im i Wą­
sam i, z czarn y m i w łosam i n a g ło w ie i iskrzącem i oczym a K o ­
szulę m iał b ia łą i lew ą rę k ę po łokieć obnażoną, w p raw ej ręce
trzy m a ł b rzy tew i g ład ził n ią po lew ej ręce. C złow iek ten, sp o ­
strze g łsz y Jasia, sta n ą ł i zaczął się w eń w p a try w a ć , ale J a ś nie
u lą k ł się g o , ty lk o z ciek aw o ścią p rz y p a try w a ł się ow em u n o c­
nem u gościow i. T e d y ów człow iek p o staw ił na śro d k u po k o ju
krzesło i rę k ą p o k az ał Jasio w i, a b y u siad ł n á krześle. T e n n ie
w iele m yśląc, u siad ł i czekał, co dalej będzie. T ym czasem czło.
w iek o b w iązał g o ręcznikiem , o strz y g ł g o nożyczkąm i, a p o tem
osm aro w aw szy m u całą g ło w ę m ydłem ,
ogolił m u głow ę, bro d ę,
w ą sy a n a w e t brw i. N ak o n iec u m y ł g o w odą,
o b ta rł i k az ał
Jasiow i, rę k ą , b y się p o p a trz y ł do lu stra . »A niechże cię k u le
biją, ja k ą ty ły s ą p ą łk ę zrobił ze mnie* p o m y ślał sobie Jaś.
T e d y ów człow iek u siad ł n a k rześle sam i w skazał Ja sio w i rę k ą,
b y g o ta k ż e ogolił. »Czekaj b e sty o , zro b ił ty ze m nie m ałp ę
zro b ię ja i z ciebie« i nie w iele m yśląc, o g o lił m u głow ę, b ro d ę ,
w ą sy i b rw i i p o k a z a ł n a lu stro . C złow iek p o w stał, p o p a trz y ł
się do lu stra , a ob ró ciw szy się do Jasia, d o p iero p rz em ó w ił:
»B óg ci w ielki św ię ty zapłać, żeś m ię w y b a w ił od dalszej w łó ­
częg i po ty m św iecie. W ied z bow iem o tem , że
ja nie jestem
ży w y m człow iekiem ty lk o zm arłym przed 30 la ty , lecz za k a rę
p o k u tu ję tu w ty m p ałac u i czekam m iłosiernej duszy, k tó ra b y
m nie od tej w łó częg i w y b aw iła. K a ra zaś m oja za figiel, k tó re g o
raz dw om m nichom w yrządziłem . Zam ek ten b y ł m oją w łasnością.
R a z p rzech o d zili tę d y dwaj p ielg rzy m i, co szli p iech o tą aż do
R zy m u , w stąp ili oni do m nie n a n o c le g i prosili, b y m im na
g ło w ie to n su re w y ciął. M nie p o rw a ł śm iech i zam iast to n su ry ,
kazałem im ca łą g ło w ę ogolić, że b y li ład n i ja k m y teraz. G dy
obaj w yszli n a gościniec, zaklęli m nie w nieszczęśliw ą g o d z in ę :
»B odajżeś po śm ierci golił«. W m iesiąc później um arłem , lecz
nie p rz y ję to m nie w św iat za g ro b o w y , d o p ó k i n a ty m św iecie
p o k u ty nie od p raw ię. T a k w łóczę się już la t 30. T y ś m nie d o ­
p iero od dalszej w łó częgi uw olnił, a zato ci się odw dzięczę, ale
nie dziś i nie tu ta j. B ąd ź n a M atk ę B o sk ą J a g o d n ą w C zęsto­
chow ie i czekaj m nie n a m oście. »To rzekłszy, znikł i już go
nie b y ło. W te m u d e rz y ła g o d zin a pierw sza w nocy. (— L ud
w ierzy , czeg o sam nieraz b y łem św iadkiem , w nieszczęsną go«

1%

— 178



dzinę. P rz e k lę stw a w ta k ą g o dzinę w y m ó w io n e, sp ełn iają się.
D la te g o ojcow ie i m atk i w y strz e g a ją się p rz e k lin a n ia sw oich
dzieci, b y się p rz y p a d k ie m nie ziściły. N a w e t chłop, jeśli do
k o n ia m ó w i: »Żebyś zdechł«, ta k zaraz d o d aje po c ich u : »Dajci
B oże zdrow ie«. A lbo, jeśli w ejdzie do c h a ty obca o soba i p o ­
ch w ali dziecko, że ład n e, te d y zaraz sp lu n ie i m ów i : »Na psa
urok«. Co się zaś ty c z y p o k a z y w a n ia się duchów , to m ożna ich
w idzieć ty lk o m iędzy 12. a 1. o półn o cy . P o pierw szej godzinie
nie w olno już im po św iecie się w łóczyć.)
J a ś te d y w iedząc, że m u już n ik t nic złego nie zrobi, p o ­
ło ży ł się do łó żk a i s p a ł sm acznie do ra n a . N azajutrz śkoro św it
w szedł g o sp o d a rz ostrożnie do k o m n a ty , chcąc się przek o n ać,
czy J a ś żyje, lu b nie uciekł. L ecz zo baczyw szy J a s ia śp iące g o
sm acznie w łó żk u i ta k za b aw n ie o g o lo n eg o , sta n ą ł zdziw iony,
ro z g lą d n ą ł się po p o k o ju i dziw ił się niezm iernie, w idząc w szy stk o
poro zrzu can e. J a ś się p rz eb u d ził i z g n iew em rz ek ł do g o sp o ­
d a rz a : »A ty nicponiu, toś m nie p ięk n ie w yk iero w ał, m usisz
m nie tu ta j i m ego k o n ia karm ić, do p ó k i -mi w ło sy nie urosną«.
G o sp o d arz g o p rz e p ra sz a ł i p y ta ł ciek aw ie o w szy stk o . J a ś m u
w szy stk o w iern ie opow iedział. U ra d o w a n y g o sp o d a rz o b iecał
J a s ia trzy m a ć n ie ty lk o do Ja g o d n e j, ale ch o ćb y do śm ierci. D o
Ja g o d n e j b y ło jeszcze z p ó ł ro k u . Z p o cz ątk u J a ś siedział w dom u,
a b y go n ik t nie w idział, lecz potem już jeździł n a p o lo w an ie
i czas m u m inął, ja k b y biczem trząsł, zw łaszcza, że m u d o g a ­
dzano ja k b y w łasn em u synow i. P rz y k o ń cu m iesiąca czerw ca
p o je c h a ł J a ś dalej w św iat szukać szczęścia. G o sp o d arz p o że g n ał
g o z płaczem i pro sił, a b y J a ś dom je g o u w ażał za swój w łasn y
i zaw sze do n ie g o w ra c a ł ja k do ojca.
W C zęstochow ie n a J a g o d n ą b y ł w ielki o d p u st, ta k i sam
ja k u n as w B ełzie, ty lk o , że tam w ięcej ludzi się schodzi. K o ś ­
ciół je s t na w ysokiej górze. J a ś b y ł w k o ściele n a n ab o żeń stw ie
i m odlił się serdecznie. P o n ab o ż eń stw ie zaczął się lu d ro zch o ­
dzić, zostali ty lk o d ziad y i k alek i. Zaczęło się zm ierzchać, a Ja ś
sta n ą ł n a m oście n a d W a r tą i czekał. J u ż b y ło dobrze ciem no,
nim ru ć h zup ełn ie ustał, ty lk o je d e n dziad śle p y i k a le k a został
n a m oście. Ile w ięc ra z y J a ś koło n ieg o przechodził, dziad roz
p o cz y n ał g ło śn ą m odlitw ę i J a ś m u d a w a ł jałm użnę. W koiicu
je d n a k sp rz y k rz y ło m u się i to w ięc rzek ł : »D ajcie m i dziadku
sp o k ó j i spijcie, a ju tro dam w am znow u«. D ziad g o nie zacze­
p iał, lecz n ajspokojniej za sn ął n a m oście. J a ś ty m czasem ch o d zi
i chodzi, czeka i czeka i ja k o ś tru d n o m u się doczekać. J a k o ś



179



około północy przebudził się dziad i poznał, że to jed en i teńsam pan ciągle po moście chodzi, więc mówi : »Na kogo to p a ­
nie tak czekacie?« »Ej dajcie mi spokój mój dziadku.« A le sta­
rzec m ów i: »Mój Panie, jeśli człowiek na kogoś czeka, a nie
może się doczekać, tedy każda godzina rokiem mu się wydaje.
Otóż dla skrócenia czasu powiem panu, co mi się w tej chw ili
śniło, a tak minie nam czas prędzej.« Jaś posłuchał m ądrej rad y
i stanął, a dziad mówił dalej ; »Przed chw ilą śnił mi się anioł
ze złotemi skrzydłam i. A nioł ten poniósł mnie daleko daleko na
wschód słońca i pokazał mi obszerną rów ninę p o k ry tą lasam i
i bagnam i. W śród tej rów niny widziałem m iasto. W mieście
widziałem dw a piękne kościoły z klasztoram i. Na wschód od
m iasta widziałem zamek otoczony murem i otoczony fosą.
N a zamku widziałem kościółek, a w nim takisam obraz N a j­
świętszej P anny, jak u nas w Częstochowie. Pod kościołem wi­
działem biały kam ień, a na nim ślad sto p y Najświętszej Panny.
Lecz anioł zaprow adził mnie dalej, aż pod m ur zam kow y. Tam
stała altan a z czerwonym dachem . W altanie pod ziemią pokazał
mi anioł skrzynię pełną złota i drogich kam ieni i tu się przebu­
dziłem « Jaś słuchał zdziwiony, nakoniec rzekł: »Dziadku, to
miasto jest moją własnością, tylko niegodziw i ludzie w ydarli mi
je!« A dziadek ted y : »Panie, to widać mój sen proroczy, jedź
do domu, szukaj skrzyni, a może ci B óg dopomoże, to i m ajęt­
ność odzyskasz.«
Jaś nie czekał już dłużej, ale siadł na konia i pojechał.
Jakoś w tydzień później był już w Bełzie. B y ła to noc, ale Jaś
znał tajne przejścia do zamku, więc podziem nym kurytarzem
wszedł do ogrodu. Tu znalazł łopatę, poszedł do altany i zaczął
kopać. P sy usłyszały szmer i czemprędzej przybiegły, ale Jaś
znał w szystkie psy po imieniu, więc zaw ołał: »Brysiu, Mucek,
Szpagat« i psy b y ły cicho. P o niedługim czasie Jaś dokopał się
kam ienia, odw alił go, a tuż pod nim b y ła duża skrzynia z k lu ­
czem. G dy skrzynię otworzył, znalazł tam pełno złota i drogich
kamieni, a na wierzchu leżały jakieś papiery. On tedy pieniędzy
nie brał, ty lko pap iery schował do kieszeni, zam knął skrzynię,
przyw alił kamieniem , zasypał ziemią, udeptał, łopatę zaniósł na
daw ne miejsce i jak przyszedł, ta k tym sam ym podziem nym ku­
rytarzem wyszedł z zamku do m iasta i w szedł do gospody. Tu
w yjął papiery i zaczął czytać. W papierach tych było napisane :
»K ochany S ynu! Jesteśm y oboje chorzy i w ie m y 'z pew no­
ścią, że ciebie już na tym świecie nie zobaczymy. O baw iając się



180



je d n a k , b y cię tw ój stry j nie sk rzy w d ził, zebraliśm y w szy stk ie
nasze sk a rb y i schow aliśm y je tu w sk rz y n i, w iedząc n ap ew n e,
že g d y po nas obejm iesz zam ek i będziesz ro b ił tu p o rz ąd k i,
s k a rb y te znajdziesz. M asz je użyć n a p o p ra w ę zam ku, lu b na
o b ro n ę ojczyzny. A tera z cału jem y Cię serdecznie i do zobacze­
n ia n a ta m ty m świecie.« N a k o ń cu b y ły p odpisy.
J a ś p rz ecz y ta w szy to pism o, u d a ł się w p ro st do ra d n y ch
i zw ołał ich. T u p o k a z a ł im list rodziców i p rz e d sta w ił im sw oją
k rzy w d ę. D o w ied ział się stry j o przyjeździe b ra ta ń c a i w szedł na
salę z p y szn ą m iną i drw inam i. L ecz J a ś nie w iele ju ż j sobie
z n ieg o robił, ty lk o p o k a z a ł m u list ojca i m atki. S try j zbladł,
n ie rz ek ł an i słow a, ty lk o poszedł do zam ku, zeb rał czem prędzej
sw oje m a n a tk i i sw oich ludzi, p o jech a ł i nie w rócił więcej. T a k
J a ś zo stał p a n e m B ełza i sw oich sk arb ó w .
Czyż po ty m Ja s iu nie zostało w B ełzie żad n y ch pam iątek?
N ie, bo on nie p o słu c h a ł ra d y rodziców , ale zabraw szy
s k a rb y , p o jech ał i p rz e p a d ł tam gdzieś bez w ieści.
Co się ty c z y p o d ziem nego k u ry ta rz a , m a on b y ć jeszcze
d o ty ch czas n a p rz estrze n i p ra w ie i k ilo m e tra t. j. od tera źn iej­
szego Z am eczku po p o d s ta rą rzeką, aż do p iw n ic p o d kościołem .
Ö ile w tem p ra w d y niew iadom o.
Antoni Siewiński.

(Z o k o l i c y J a ć m ie r z a ) .
I 0 zbóju i organiście.

Jedèn ojciec m iał trzoch synów. Nié miał ich czem chować,
bo był bièdny. Idźcie ode mnie, szukajcie se chleba! — Tak oni
pośli w las. Dwech pośli na jedne dròge lasu i żaśli za granice’)
tym lasem. Za granicom przyśli do jednego miasta. Jeden trafiuł
do zègarmistrza, nauczuł sie zegarków robić: drugi znalàz organiste,
nauczuł sie organistostwa. Trzeci idzie lasem drógom innom, podybuje go zbój : Dzie ty idziesz mój synku ? J a ide szukać chleba.
C zybyś.do nas nie przystał? Do zboi przystanę, dlaczego. Wzion
b Za granice, znaczy do sąsiedniej wsi lub miasta.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.