66ed05f7dac35b7b5cff724a8eb3e57f.pdf

Media

Part of Bajka o Wojtku / Lud, 1897, t. 3

extracted text
wolno, ty lk o lew ą s tro n ą A b y zaś k to in n y ty c h u ro k ó w nie d o ­
s ta ł — ty lk o „ w ro n a zjadła ze s ł o m ą “ — w y le w a ją tę wodę n a
strzechę, a u w o ln io n y u c ie k a do izby, nie o g ląd ają c się poza siebie.
W razie „ z a k ip ie n ia “ w szystk ich trze ch k o p ek , d o tk n ię ty
u ro k a m i musi się trz y ra z y o b m y w a ć i ty leż ra zy pop ijać i s p lu ­
wać, g d y ż po ch o d z ą od trzech, t. j. w iatru, m ężczyzny i k obiety.

C iekaw em jest tłu m a cze nie tutejszy ch ludzi pzoornej tw a r z y
księżyca, g ło s u ch ruściela i przep iórk i. Co do p ierw szeg o o p o ­
w ia d a ją : Sw. J e r z y b ę d ą c ciek a w y m , co grzmi, w yszedł n a w y ­
s o k ą górę, a g d y zagrzm iało, u c iek ł ze s tra c h u n a księżyc, gd zie
d o tąd p rz e b y w a . Ś w ia d e c tw e m teg o m ają b y ć oczy i nos, w idziane
n a księżycu.
D ru g ie : R a z ch ru ściel s p rz e d a w a ł p rz e p ió rc e ko rale, ch c ia ł
za nie 6 re ńsk ich , o n a d a w a ła pięć ; d lateg o chruściel w o ła sześć,
sześć ■
— a p rz e p ió rk a pięć, pięć.
L . MagierowsM,

Bajka o Wojtku.
A le bo też te żydy dad z ą się k aż d em u cz łow iekow i we znaki,
czy w e wsi, czy w mieście. S ie d z ą po k a rczm ac h , nic nie robią,
ty lk o ch ło p ó w do w ó d k i nam aw iają, inn i za łażą B ó g wie sk ąd
do wsi, chod zą po c h a łu p a c h i szachrują od p oczciw ych ludzi to
zboże, to k ła k i, to k u ry , a czasem n a w e t i c h a łu p ę z g ru n tem ,
0 w te d y to już źle. A co ich po m iastach, aż czarno. T a m to d o ­
p ie ro ludzi cy g a n ią , a czasem i chło pa obiją, a ta k ie to b e s ty e
n a trę tn e , że wszędzie ich pełno, n a w e t po p a ń s k ic h d w orach,
gdzie s a m y c h p a n ó w szachrują.
J e s t p rzecież je d n o m iasto w n aszym po lsk im kraju, gdzie
żydów c a łk ie m n ie m a i nie będzie. M iasto to leży h en d aleko, aż
za K r a k o w e m n a d w ie lk ą rzeką. B y ło to bardzo dawno, j a k rozposiedli się żydy w tem mieście, z a b ra li w s zy stk ie d o m y i ty lk o
je d n a p o z o s ta ła c h a łu p a , w której m ie s z k a ł W o j t e k ze żoną
1 cz w o rgiem dzieci. I je g o chcieli żydzi z ch a łu p y w y żenić, ale
ra b in im z a k a z a ł z tej prostej prz y czy n y , iż nie b y ł o b y k o m u
w szabas żydom w p iecu rozpalić, lub św ieczkę zgasić, czasem
za h a m a n a posłu żyć, lub żyd om w o d ę wozić. M iał W o j t e k konia,
i z p o cz ątk u żydom w o d ę woził, ale i teg o żydzi od n ieg o wy-

-

147 —

^ z a c h ro w a li; m u siał więc w odę n a ko ro m esłac h nosić, a W o j t k o w a
żydom ch u sty p ra ła .
Lecz W o jtk o w i by ło już tego za wiele, p rz em y śli w a ł więc,
j a k b y to sobie swój los po p ra w ić. P e w n e g o razu zro bił on kop y s tk ę , to je s t ta k i p łask i d r ą ż e k do m ieszan ia lemieszki, i cze­
k a ł sob o ty , a b y ło to w zimie. B a b ie k a z a ł u g o to w a ć p e łn y g a r ­
n e k pszonianej k a s z y (jagłyj, . a sam p a trz a ł w okno, czy żydy
nie id ą Ź yd y ty m cza sem czek ają i nie m o g ą się W o j t k a docze­
kać, w chacie u nich zimno, w o d y nie mają, a tu W o j t k a ja k
nie widać, ta k nie w id ać ; idą te d y po niego. W o j t e k z d aleka
ich spostrzegi, k az ał zaraz b a b ie o g ień zagasić, a sam p o rw a ł
g a r n e k z kaszą, w y n ió sł go w śn ieg i nuż k o p y s t k ą obracać,
a k asz a bulk, bulk. M usicie przecież wiedzieć o tem, że pszoniana
k asza trz y m a b a rd zo g o rą c o i d łu g o trz e b a na nią dm uchać, ab y
sobie g ę b y nie sparzyć. Ź y d y je d n a k niczego nie zm iarkowali,
ty lk o zaciek aw ieni p y t a j ą : „Co t y W o j t k u r o b is z ? “ „K aszę g o ­
tu j ę “, odpow iedział. „Gdzie, tu w ś n ieg u bez o g n ia ?“. A tak, m am
ta k i kij, że j a k nim obrócę, k a s z a się gotuje, nie b ę d ę już teraz
p o trz e b o w a ł drzew a k u p o w a ć “. I zaczął k o p y s tk ą ruszać, a k asz a
zn ow u : bulk, bulk. „Ot i już g'otowa“.
Zadziwieni żydzi oczom swoim nie wierzyli, je d e n z n ich r u ­
szył k o p y s tk ą , a k asz a się gotow ała. N a w e t jedli tę kaszę, choć
to b y ł a trefna. B ardzo im się ten kij p o do bał, chcieli go więc
kupić, ale W o j t e k za ś p ie w a ł im aż sto re ń s k ic h i nic nie chciał
spuścić, Ż yd y radzi, czy nie radzi zapłacili i k o p y s tk ę z w ielk ą
rad o ścią do dom u przynieśli. P rz y s z ła znów sobota, żydy nalali
do g a r n k a wody, n ak ru szy li ry b y , soli, pieprzu, w ynieśli g a r n e k
n a d w ó r i zaczęli w nim kijem ruszać i kręcić, lecz w od a niety lk o zakipieć nie chciała, ale i zam arzła. Obrócili te d y kij na
d r u g ą stronę, kręcili w p ra w o i w lewo, lecz nic nie pom ogło.
Z aw sty dzeni, że nie um ieją kręcić, id ą do W o j t k a z k o p y s tk ą .
W o j t e k ty m c z a se m zrobił sobie sanie, w y laz ł n a g ó rę i cze­
kał. G d y ży d y b y li już n ied aleko , w lazł na sanie, p o p c h n ą ł n o g ą
i z sz a lo n y m pęd e m zjechał z g'óry prosto m ięd zy żydów i tu się
z a trzy m ał. Ź y d y jeszcze w te d y nie znali, co to sanie, a n a w e t
przez m yśl im nie przeszło, iż m ożna jech a ć wozem bez kół. Za­
częli z radości p o d sk ak iw a ć, a prosić, b y im pozw olił siadać
i je c h a ć n a ty m wozie bez kół. W o j t e k te d y w y p ro w a d z ił ich na
górę, p o w s a d z a ł n a sanie, a sa m u siadłszy w tyle, n o g ą je p o ­
p c h n ą ł. S an ie rozp ęd ziły się i w m ig z g ó ry n a dół ze żyd am i
zjechały, a ż y d y z wielkiej radości w y k rz y k iw a li ty lk o : „Hif, hif,
aj, waj !“ O k o p y s tc e zapomnieli, a może w stydzili się przyznać,

— 148 —
iż nie um ieli k rę cić i zaczęli dobijać t a r g u o sanie. A le W o j t e k
nie w ciemię b ity , odrz ek ł: „A lboż to ja głupi, żeb ym m ia ł t a k
p o trz e b n ą mi rzecz sprzedaw ać, ja teraz nie p o trz e b u ję już koni
trzym ać, ale nałożę sobie to w a r ó w ile zechcę i po jadę, g d zie mi
się pod oba, a zarob ię lepiej, niż dziesięciu fu rm a n ó w r a z e m “. M ow a
ta tem bardziej żydom w g ło w ę zajechała. D a w a li W o jtk o w i za
sanie lo o zł., ten nie, d aw ali 150 zł., ten n ie — aż nareszcie
z w ielkim ta rg ie m za 200 zł. san ie te im odstąpił. N a d ru g i dzieii
ra n o m ieli ży d y jech a ć z to w a r a m i do B erdyczow a. N ałoży li p ełno
s k rz y ń i w orów , sam i p o siad ali n a w ierzch i wio ! ale sanie ani
d rgn ę ły. Zaczęli c m o k a ć i ruszać tyłk am i, p o p y ch a ć, a sanie ani
rusz. I d ą do W o jtk a po radę.
A l e W o j t e k z ła p a ł srokę, p rz y w ią z a ł n a szn u rk u i pędzi
p rz ed sobą. Żydzi, j a k to je s t ich zw yczajem , nie chcieli odrazu
m ów ić W o j t k o w i o saniach, ale z a p y ta li: „Co ty masz W o j t k u “ ?
„To je s t k u p c o w a , g d y b y ś j ą m iał w sklepie, te d y przez je d n ą
n oc w y p rz e d a ła b y w a m w szy stk ie to w ary , a s a m ib y ście m ogli
sp ać s p o k o jn ie “. „ H e rste k u p c o w a ! ona b y się n am przyd ała,
niera z i r o k leżą to w a r y u n a s n a składzie, nim je k to kupi, a t u
przez noc m o żnab y in tere s zrobić. W o jte k , ile chcesz za tę k u p ­
c o w e ? “. „Sto r e ń s k ic h “. Ż yd y zaczęli się t a rg o w a ć , lecz g d y W oj­
t e k nie chc ia ł spuścić, p o m iark o w a li, że t r u d n a z nim spra w a,
zapłacili więc, ile chciał. P rz y n ie ś li sro k ę do sklepu, posadzili na
stole, p o o tw ie ra li szuflady, dali jej w s zy stk ie to w ary , a p o tem o d ­
chodząc, pow iedzieli jej b ardzo grz ecz n ie : „ D o b ra n o c p a n i k u p ­
c o w a “ i poszli, spać. W o jte k ty m czasem p o b ie g ł za m iasto, tam
z w o ła ł ty c h c ie k a w y c h ludzi, co to k u p u ją bez pien ięd zy, a zna j­
dują to, czego n i k t nie zg u b ił i pow iedział im, gdzie to tan im k o ­
sztem m o g ą przyjść do m ajątku. P rz y sz li k u p cy , rozkupili ze
s k le p u w szy stk ie to w a ry , przeszuk ali szuflady, czy p rz y p a d k ie m
jeszcze czego nie zostało, uciekli, a zostaw ili tylk o srokę, o d w ią ­
za w szy jej w p rz ó d s zn u rek u nogi.
R a n o p rz y c h o d z ą ż y d y , p a t r z ą , w szy stk o ro z p rz e d a n e !
„ A dzień d o b ry ! p an i k u p co w a, ja k to p a n i ślicznie s p r z e d a ł a “.
Id ą do szuflady, a tu z p ie n ię d z y ani .śladu. „Co to j e s t ? gdzie
p ie n ią d z e ? “, wrzasnęli. S r o k a ty m cza sem przez o tw a rte drzwi
fu rr ! poleciała, szczęśliwa, że jej się u d a ło ta k zręcznie uciec
z po m ięd zy rozjuszonych żydów . — „A to ten W o j t e k drab, to
on n a s t a k w y k iw a ł, ch od ź m y do n iego o d e b ra ć co nasze, a to
m y d u rn e żydy, że się d a m y ta k ie m u W o jtk o w i za nos w o d z ić !“
i w szyscy h u rm em poszli k u d om ostw u W o jtk a .

-

149 —

— A cóż W o jte k ? U m a rł. Nie b yło innej rady, bo b y lib y
'■go uśm iercili żydy, m usiał więc sam d o b row olnie u m rzeć. N a d ­
chodzą ż y dy z pospiechem , chcąc w yw lec W o j t k a z ch a łu p y ,
patrzą, a on leży w trum nie, o b o k św iecą się w o sk o w e świece,
n a d g ło w ą obraz, a sam W o jte k leży nieruchom o, blady, ręce ma
złożone i ani drg n ie. W o jtk o w a płacze, łam ie ręce i zawodzi :
„Mój m iły W o jtalu , cóż ja b ęd ę s a m a na świecie bez ciebie ro ­
biła, co ja pocznę z ty m i m y m i m ały m i p ę d r a k a m i ? “ A potem
w ró ciw szy się do żydów, w rz a s n ę ła : „A to w y hu ltaje! wy sza­
chruje, to w y jem u k o ń c a dojechali, o ja nieszczęśliwa !“. Dzieci
ty m cza sem siedzą w k ącie i p łacz ą rz ew n em i łzam i : „Tatu , nasz
t a t u “! Lecz jak oś nie b a rd zo k a p a ły im łz y z oczu, spostrzegała to
W o j t k o w a , p rzy sk o czy ła do nich a chcąc ich n ib y utulić,
ob cierała im łzy szm atką, a n ikt nie wiedział, iż w szm atce
b y ł a n a k r a j a n a cebula. C ebulą tą n a c ie ra ła W o j t k o w a oczy dzie­
ciom, b y lepiej p ła k a ły . Ż yd y nie p o m ia rk o w a li tego, gdyż k a ż d y
z nich śm ierdział, stali jak iś czas p o sęp nie i cicho, a p o tem p rz y ­
p o m n iaw szy sobie, poco przyszli, rzek li razem : „D obrze ci ta k
W o j t e k “. A sp lu n ą w sz y i n a p rz e k lin a w s z y się, chcieli wyjść
z domu. W tem W o jtk o w a ra p te m z a w o ła ła : „Aj, aj, mój n ie b o ­
szczyk W o jtu ś m ówił, że m a w kom orze ta k i w ałek, że jak nim
u m a rłe g o d o tk n ąć, zaraz w stan ie i będzie c h o d z ił“. Ż ydy z a tr z y ­
m ali się i czekali, co z te g o będzie, p rzecież j a k k to raz umrze,
już nie w stanie, p ew n ie W o j t k o w a ze żalu z w ary o w a ła . W o jtk o w a
ty m cza sem p ob ieg ła do ko m o ry, nuż s zuk a ć i p rz ew ra cać w szystko,
aż nareszcie po dłu g iem szu kaniu znalazła w jak iejś starej s k rz y n i
w ałek , u w in ię ty s ta ra n n ie w płó tno . Ż ydy p a trz ą i czekają końca.
„ J e s t “, k rz y k n ie u ra d o w a n a W o jtk o w a . W b i e g a do izby, a za
nią żydy, p rz y s tą p iła do tru m n y i lek k o w a łk ie m u d e rz y ła W o j t k a
po pięcie. Zrobiło się t a k cicho, ja k b y m a k ie m siał, g d y b y n a w e t
m u ch a l a ta ła po izbie, b y ł o b y ją słych ać. W s z y s c y o d d e c h za­
p arli i p atrzali zdziwieni. W o j t e k je d n a k ani d rg n ą ł. D r u g i raz
go uderzyła, W o j t e k leży. Lecz g d y po raz trzeci u d erzy ła g'0
w a łk iem nieco silniej, W o j t e k oczy o tw o rz y ł n ib y ze snu g ł ę ­
bok o, p o p a trz a ł z p rzera żen iem n a zapalone świece, tru m n ę, p ł a ­
czącą żonę i dzieci i n a żydów. J a k nie k rz y k n ie : „a j a g d z ie ? “
i w y sk o cz y ł z tru m n y . „ W o jtu s iu ! d rog i W o j t u s i u “, w o ła żona.
„ T a tu !“ w o łają dzieci, a żydzi z wielkiej radości m ało c h a ty nie
przew rócili i w rz a s k ie m swoim w szystkich zagłuszyli. „W o jtek ,
W o j t e k ! ty już b y ł um arł, a żyjesz ?“ Zaś n ie k tó rz y z nich p a ­
trzali b o k iem n a wałek. W o j t k o w a to spostrzegła, za w in ęła w ałek
s ta ra n n ie w płótno, sc h o w a ła do sk rz y n i i z a m k n ę ła n a klucz.

-

150

-

Oj to musi b y ć b ardzo w artościo w y ten w ałek, k ied y g-о ta k
W o j t k o w a chowTa, pom yśleli sobie. G d y W o j t e k o d s a p n ą ł i p o ­
żyw ił się nieco, opow iedzieli m u żydy, ja k on to b y ł u m a r ł i j a k
oni go żałow ali, n ak o n ie c prosili o po k az an ie cu d o w n eg o w ałka,
chcąc g-о kupić. Ade W o j t e k n a w e t m ów ić sobie o tem n ie d ał
i żydzi z niczem poszli do domu. W ie c z o r e m mieli naradę, c o by
m u dać za te n n ie o c e n io n y w ałek, co życie p rz y w ra c a . P rz y s z li
rano do W o j t k a i m ów ią : „Nasz k o c h a n y p a n ie W o jc ie c h u (już
mu nie tykali), sprzedajcie n am ten w a łe k , m y w a m dobrze za to
zapłacim y, b ędz ie on n a s z y m w s p ó ln y m m ajątkiem , a g d y k tóry ,
czy z nas, czy w y um rzecie, b ędziem y g o w s k rz e sz a li“. D a ł się
w reszcie do tego W o j t e k n am ó w ić i sp rz e d a ł w a łe k coś za k ilk a
ty sięcy reńskich. W z ią w s z y pieniądze, c h c ia ł W o jtek w yn ieść się
cichaczem z m iasta, lecz stało się c a łk ie m inaczej.
J a k o ś w ty m czasie u m a rła w sto lic y k ró le w s k a córka. D o ­
wiedzieli się o te m żydy, a chcąc się królow i p rz y p o d o b ać, b y
im d ał now e p ra w a, lub zw olnił od p o d a tk ó w , w y b ra li n a p r ę d c e
d w u n a stu n ajm ąd rzejszy ch i n a jb o g a ts z y c h żydów do króla. Ci
w z iąw szy ze sobą w ałek, ruszyli w dro g ę . N a d w ieczorem b yli
już w stolicy. P rz y p u sz czo n o ich do stóp k ró le w s k ic h i k ró l za­
p y ta ł, czego sobie życzą. Ź y d y mówią, iż um ieją t a k ą sztukę, że
k ró le w n ą do życia p rz y p ro w ad z ą, ty lk o niech im k ró l pozw oli
ją o g lą d n ą ć i zostaw ić ich s a m y c h razem z nieboszczk ą. N a t u ­
ra ln ie k ró l n a ty c h m ia s t ucz y n ił ich wolę), bo c ó rk ę koch ał, j a k
ojciec. Ż y d y p rz y s tą p ili do tru m n y i le k k o k ró le w n ę w a łk iem
p o pięcie ud erzyli : pac, pac, pac, lecz k r ó le w n a nie ru s z a ła się.
T e d y in n y żyd m ó w i: „To trz e b a mocniej u d e r z y ć “. B iją mocniej,
lecz k ró le w n a leży. J a k o ś in n y żyd już zn iecierpliw iony w o ła :
„To je s t c ó r k a k róla, g ło w y kraju, należy ją bić w g łow ę, nie
w n o g i “ — p o rw a ł za w ałek i k ró le w n ę p o g ło w ie : hop, hop,
hop. K ró le w n a leży. Ż y d y w pa dli w rozpacz, bili ją coraz lepiej
po całem ciele, lecz d arem n ie. P o s ia d a li p o te m po k ą ta c h , rw ali
pejsy, oczekując co to będzie. W tem weszli dworzanie, a z o b a ­
czyw szy zbitą k ró le w n ę , ro z g n ie w a li się b ardzo i p rz y p ro w a d z ili
ży dó w do k róla. T e n usłyszaw szy, co się stało, k a z a ł ich n a t y c h ­
m ia s t potopić.
W ia d o m o ś ć o losie żydów , w y s ła n y c h do stolicy, doszła
w n e t do m iasteczka. Zaw rzeli ż yd y o g ro m n y m g n ie w e m i w pad li
niesp o d zia n ie do W o jtk a . B y ło to jeszcze p rz e d w schodem słońca,
W o j t e k sp ał j a k z a b ity i o niczem nie w iedział, co zaszło, bo
byłb}^ zaw czasu u c ie k ł; d ał się więc złapać. G d y go ż y dy s c h w y ­
cili. w łożyli do o g ro m n e g o w o ra i związali w ór mocno, b y im

-

151

-

W o j t e k nie uciekł, p otem w łożyli n a furę i prosto do rzeki, b y
^.o razem z w orkiem utopić. B ie d n y W o j t e k już n aw et nic nie
m ówił, bo wiedział, że to nie pomoże, m odlił się ty lk o po cichu.
G d y stanęli n a d m ostem , ch cieli go zaraz wrzucić, ale jed en żyd
m ó w i: „On n a m nie ucieknie, zostaw m y go tu, a sam i chodźm y
się p om odlić i p o m y ć ręce, bo to nie w y p a d a t a k o d ra z a t o p i ć “ .
W tem słyszy, iż ktoś jedzie do m iasta, duch w n ieg o w stąp ił.
B y ł to n a jb o g a ts z y żyd w mieście, a szachraj w ielki, w y k u p y w a ł
on od chłopów p o la za b y le co, a p otem puszczał ch ło p ó w z t o r ­
b a m i Zyd ten j e d n a k o niczem nie wiedział, co tu się stało. Zdzi­
w ion y s ta n ą ł ko ło w o rk a i p y t a : „Co to j e s t ? “ A W o j t e k z w o rk a
m ó w i. „O t p o g łu p ie li żydzi, chc ą mie zrobić sw oim k rólem , ale
ja b ie d n y nie u m iem ani czytać, ani pisać, ja k i b y ł b y ze m nie
król, ale oni nie p y ta ją c na to, związali m nie do w o rk a i p o w i e ­
dzieli, że t a k długo b ęd ę tu siedział, d o pók i nie zechcę b y ć k r ó ­
l e m “. „Jaki t y głupi, mój W o jtk u , wiesz co, j a ciebie wypuszczę,
weź sobie mój wóz i k o n ie, a sam wlezę do w o rk a , przecież mnie
lepiej w y p a d a b y ć ż y d o w sk im k rólem , niżeli t o b i e “. T o m ówiąc,
ro zw iązał wór, w y p u ścił W o jtk a , sam wlazł do wora. W o j t e k
cz em prędz ej zw iązał go m ocno, siadł n a b ry c z k ę , zaciął konie
i p o jech a ł w św iat za oczy.
W r a c a ją żydy, a b o gac z z w o r k a m ó w i: „Nu, nu, ja już
b ę d ę w a sz y m k r ó l e m “. Lecz ż y d y b o jąc się, b y ich W o j t e k nie
oszukał, rzucili go czemprędzej do w ody, m ów iąc : „Idź tam , k r ó ­
luj r y b o m “. W ó r ty lk o c h lu p n ął do w o d y i już go nie było, zaś
żydzi w rócili u ra d o w a n i, że się p o zb y li ta k ciężkiego w roga, do
domu.
W o j t e k tym czasem pojechał do d alek ie g o m ia s ta n a jarm a rk ,
s p rz e d a ł konie, s p rz e d a ł wóz, p ien ięd z y z e b rał h u k i z a k u p ił całe
stad o ow iec i b a ra n ó w . Z c a łą tą trz o d ą w ra c a ł do domu. j a k
najspokojniej zbliżał się do m ostu. Zobaczyli żydzi z d a le k a k u ­
rz a w ę i myśleli, że to ja k i h a n d la rz p ro w a d z i do n ich b a r a n y
n a sprzedaż.
Czując d o b ry in tere s, w yszli naprzeciw , patrzą...
a to W o j t e k ! „A to co, W o jte k , m y ciebie utopili, a ty już tu?
„Ot co g łu p ie żydy, w y myśleli, że mi dokuczycie, rzucając
mnie do w ody, a patrzcie, co ja m a m “ i p o k az ał im swoje b a ­
ra n y . „ K tó ż ci d a ł te b a r a n y ? p y ta ją żydy. „ Ja je kupiłem . T a m
n a dole w e w odzie m ieszk a b o g a t a p a n i; g d y ście m nie utopili,
posze dłe m p ro sto do niej i s p rz e d a ła mi te b a r a n y po g-rejcarze,
b y łb y m jeszcze k ilk a ty sięcy ty c h b a r a n ó w nakupił, ale nie m ia ­
łem pieniędzy, — p ro siła m nie j e d n a k ta pani, by m jej k u p c ó w
n a s trę c z y ł“. „A czy tam n a p r a w d ę tyle b a r a n ó w “ ? p y t a j ą żydy.

-

152



„O t patrzcie do w ody, co ich tam j e s t “. A to b a r a n y W o jtk o w e
o db ijały się w e wodzie, żydy myśleli, że to p ra w d ziw e. Zaczęli
te d y j e d e n po d ru g im s k a k a ć do w ody, a że żaden z nich nie
um iał p ły w a ć , zaczęli się topić. A w iecie przecież, że k to się
topi, to rę k a m i ro b i i bije po wodzie, bo się chce ra to w a ć . W o j ­
t e k widząc to, z a w o ła ł: „P atrzcie, ja k oni was w o ła ją “. T e d y oni
w s z y s c y h u rm e m j a k ż a b y zaczęli s k a k a ć do w o d y i w y to p ili się
h e t do jedneg-o, a W o j t e k z ow cam i szczęśliwie wrócił do domu.
O d teg o czasu omijają żydzi to m iasto, j a k b y b y ło zapow ietrzone,
bo ją się bow iem , b y im znow u ja k i W o j t e k k o ń c a nie dpjechał.
A n to n i Siewiński.

@p@wSiip)iè @ dfifblte«
P rz y to c z o n e o p o w ia d a n ie sły szałem od żołnierza, b ę d ą c z nim
pew nej n ocy n a w a rcie (podczas mojej służby wojskowej). Żoł­
nierz ten poch od ził z okolic B rz e ż a n i spędził życie swe na s ł u ­
żbie po g o sp odarzach.
P o d cza s służby u p e w n e g o b o g ac za za u w a ż y ł on, że g o s p o ­
darz jeg-o.m a d y ab ła. G o sp o d arz zw y k le p ił ca ły dzień w k a r ­
czmie, nic nie robił, a dobrze m u się wiodło. D y a b e ł ów m iał
p o stać c z arn e g o kota, siedział n a stry c h u koło kom in a, a g o ­
s p o d y n i d a w a ła m u k a ż d e g o r a n k a niesolone mleko.
G o sp o d y n i b y ł a u cz ciw ą k o b ie tą i m ężow i w y rz u ty cz y n iła
z powodu, że pije i z d y a b łe m trzym a, on j e d n a k n a s w ą żonę
b u rc zał i ch m u rz y ł się.
R a z , b y ło to w je sien i, po całod ziennem m łó cen iu pszenicy,
p o m y ś la ł sobie p a r o b e k , że d o b rz e b y by ło s k ra ść tro ch ę pszenicy,
sp rz ed ać i zabaw ić się za to, zwłaszcza, iż niejeden mu tę u w a g ę
już robił. N a b r a ł w ięc pszen icy do w o rk a i w y s z e d ł ze sto d o ły
n a chw ilkę, a b y ło już ciemno. G d y w rócił, a b y z a b rać w o re k
z pszenicą, sko czy ł z g ó r y n a w o re k cz arn y ko t i rz e k ł „ne r u s z “ !
P a r o b k o w i w ło sy się najeżyły i nie inógł przem ó w ić — w y d o s ta ł
się ja k o ś ze stodoły, z a m k n ą ł i ta k i w y s tra s z o n y w szedł do izby.
G o s p o d y n i p o s ta w iła p rz e d nim m iskę z piero gam i, lecz z a u w a ­
żyła, że s m utn y, p y t a 'a więc, c o b y m u się stało, on j e d n a k nie
ch ciał się p rz yzn ać , co zaszło i wziął się do jedzenia.
W k r ó t c e w szed ł g o sp o d arz, b y ł p o d p ity i spojrzaw szy c h m u r­
nie n a p a r o b k a , z a w o łał go n a d w ó r i k a z a ł iść ze so b ą do s t o ­
doły. P rzyszli, zaświecili, a k o t cz a rn y n a w o rk u siedzi.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.